E-book
13.65
drukowana A5
28.44
drukowana A5
Kolorowa
50.52
Opowieści uśmiechniętego Księżyca

Bezpłatny fragment - Opowieści uśmiechniętego Księżyca

Bajki na Dobranoc


Objętość:
82 str.
ISBN:
978-83-8189-294-0
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 28.44
drukowana A5
Kolorowa
za 50.52

……Połóż się wygodnie w łóżeczku, przykryj się swoją kołderką i zamknij oczka moje słoneczko…

Wiewiórek

Zawitała jesień, słoneczko jeszcze świeciło, ale już nie tak mocno jak w lecie. Pierwsze liście zaczęły spadać z drzew, te lekko zółte i lekko czerwone. Przyszedł czas na to, aby zacząć zbierać zapasy na zimę.

Mama Wiewiórka wiedziała o tym dokładnie, dlatego przyniosła ze spiżarki wiklinowy koszyk.

— Chodź ze mną — powiedziała do Kubusia, pozbieramy trochę orzeszków na zimę.

— Orzeszków? — zawołał Kubuś Wiewiórek, już teraz?, nie, nie chcę, wolę sobie poleżec na sofie, niż męczyć się i zbierać coś, co może wogóle nie bedę chciał jeść w zimie.

Mama, pani Wiewiórkowa, poszła więc sama i nazbierała cały koszyk orzechów. Pyszne, dojrzałe będą smakowały popołudniami, kiedy na zewnątrz będzie zimno i mroźno.

— To może pójdziesz ze mną dzisiaj, zapytała mama, kiedy następnego poranka wyniosła koszyk ze spiżarki.

— Dzisiaj też nie mogę — odpowiedział stanowczo Kubuś.

Mama wzięła koszyk i poszła sama. Długo jej jednak nie było spowrotem, ciągle nie wracała, a na zewnątrz zaczęło robić się ciemno.

Kubuś zauważył, że mama jeszcze nie wróciła, kiedy poczuł głód i nabrał ochoty na zjedzenie kolacji.

— Mamuś, gdzie jesteś tak długo? — pytał wiewiórek samego siebie.

Na dworze nie tylko, że było już ciemno, to jeszcze zaczęło wiać i zbierać się na burzę.

— Ojej!! — pomyślał wiewiórek, ale tam na zewnątrz robi sie brzydko. Tam jest moja mama, która ciągle nie wraca do domu.

Kubuś chciał coś zrobić. Wstał z sofy, ubrał czapkę i kurtkę, wziął latarkę i wyszedł z domu. Na zewnątrz była już noc. Wiatr zmuszał drzewa, by te wykręcały swoje konary w kierunku, który im nakazał. Liście zataczały kręgi i szybowaly w powietrzu raz na dół, a raz w górę. Krzewy pochylały swoje gałązki nisko do ziemi. Wszystko w ciemności było jakieś inne, duże, migocące i niespokojne.

Kubuś zaczął się trochę bać, ale nagle przypomnial sobie, że ma latarkę.

— Tak, włączę ją i będę miał światło!!! — zdecydował wiewiorek

Teraz nic nie było już straszne. Można było maszerować naprzód.

Na drodze, do pobliskiego lasu, tam gdzie mama Kubusia zawsze chodziła zbierać orzeszki, wiewiórek zobaczył małego ślimaczka, swojego kolegę z przedszkola.

— Cześć ślimak! — zawolał Kubuś. Co ty tu robisz w taką pogodę?

— Idę powoli do domu — odpowiedział ślimaczek, idę powoli, bo nie potrafię szybciej.

— A ty, Kubusiu, dlaczego podczas deszczu i wiatru idziesz do lasu? — zapytał ślimak.

— Szukam mamy — odpowiedział Wiewiórek. Długo nie wraca, a wyszła z domu już dawno temu, żeby nazbierać orzechy.

— Dobrze, więc pójde z tobą i pomogę ci szukać mamy — odparł ślimaczek. Tylko proszę cię, nie idź za szybko.

I tak oto dwaj przyjaciele, wybrali się nocą do pobliskiego lasu na poszukiwania mamy Wiewiórki.

Szybko jednak nie posuwali sie na przód. Nagle pod dużym, zielonym listkiem, Kubuś zauważył czerwonego motyla.

— Cześć motylku! — zawołał Wiewiórek. Szukam mojej mamy, nie widziałeś jej gdzieś w pobliżu? Moja mama jest śliczna, brązowa, ma piękne czarne oczy i nosek i długi, mięciutki, puchaty ogonek.

— Nie, nie widziałem tak pięknej wiewiórki, a siedzę tutaj od wczoraj. Może twoja mama Kubusiu jest po drugiej stronie lasu. Jak chcesz, zabiorę cię tam wraz ze ślimaczkiem — powiedział Motylek.

I tak oto cała trójka, wybrała się w podróż na drugą stronę lasu, tam gdzie mieszka rudy wilk Tomas.

Wilk Tomas jest duży i silny, może pomoże nam poszukać moją mamę — pomyslał Kubuś.

— Leć, leć, leć dalej Motylku — wolał Wiewiorek, widzę domek wilka. Motylek pofrunął tak szybko jak mógł i przyniósł Wiewiórka i ślimaczka pod same drzwi domu wilka.

Kubuś zapukał lekko jeden, a potem drugi i trzeci raz. Wilk był w domu, ale nie otwierał drzwi wejściowych.

— Zapukaj jeszcze raz!! — zawolał Motylek, może wilk zasnął, albo jest w kuchni i pije herbatę.

Nagle drzwi wejściowe domu Wilka otworzyły się na całą szerokość i w dodatku tak szybko, że nasi podróżnicy nie zdołali głęboko odetchnąć.

— Co to, kto to śmie mi przeszkadzać? -zawołał Wilk.

— Przepraszamy panie Wilku, to ja Wiewiórek. Szukam mojej mamy, która wyszła do lasu zbierać orzechy i do teraz nie wróciła — opowiadał szybko wystraszony Kubuś.

Pomyślałem, że mógłby mi Pan pomóc, ponieważ jest Pan duży i silny. Umie Pan szybko biegać i ma Pan bardzo dobry wzrok. Widzi Pan nawet wtedy, kiedy jest ciemno.

Wilk odgarnął włosy z czoła, poprawił szelki i zawołał

— No to w drogę kochani! Pani Wiewiórkowa czeka.

Wilk Tomas wziął ze sobą lornetkę i drugą latarkę, gdyby ta, którą miał Kubuś nie wystarczyła.

Zaczęło świtać, pierwsze promyki słońca nieśmiało zaczęły ogrzewać kolorowe liście. Nawet małe muchomorki zdjęły swoje okągłe kapelusze, żeby poczuć na buziach parę, ciepłych, słonecznych promieni.

— Stójcie! — zawołał wilk Tomas. Muszę się rozejrzeć. Wilk przyłożył latarkę do prawego oka i stanął pionowo na tylnych nogach, żeby być jeszcze większym.

— Coś widzę, tak tam w oddali!! — powiedział tajemniczo wilk.

— Motylku, poleć proszę w kierunku tego starego Dębu — zdecydowanie zawołał Tomas.Motyl rozprostował o poranku swoje kolorowe skrzydełka. Wzbił się w powietrze. Poleciał pomiedzy konarami drzew, pomiedzy dziuplami i domkami ptaków.

— Widzę ją, widzę!!!, dzień dobry!!! — powiedział łagodnie motylek.

— Szukamy Pani już tak długo i wreszcie znaleźliśmy.!!!! Huuura, Huuuura!!!Kubusiu twoja mama jest tutaj cała i zdrowa z koszykiem pełnym smacznych orzechów.

Biedronka Lisi

Biedronka Lisi skończyła właśnie pięć lat i dzisiaj były jej urodziny. Mama i tata zorganizowali piękne, urodzinowe przyjęcie z wielkim tortem.

Lisi zaprosila swoich przyjaciół motylka, pszczółkę i muchę. Mucha miała wielkie, czarne oczy i musiała nosić okulary, motylek posiadał przepiękne, kolorowe skrzydełka, a pszczółka miała mięciutki, żółty brzuszek.

Po zjedzeniu tortu truskawkowego i wypiciu zimnej wody z cytryną, Lisi zawołała

— Ej! chodźmy pobawić się na ląkę!

— Mamo, Mamo — krzyknęła biedronka — możemy polecieć na ląkę? Chcemy się tam pobawić zanim zajdzie słoneczko.

— Ależ oczywiście — odpowiedziała mama. Możecie kochani tam polecieć, tylko pamiętajcie, żeby wrócić przed zachodem słońca i żeby nie polecieć do dużego Dębu.

Duży Dąb był bardzo rozłożysty, miał gęste konary, dużo liści, a przede wszystkim mieszkała tam Pani Sowa Marta.

Sowa Marta nie lubiła hałasu dzieci, ponieważ spała w ciągu dnia, a dopiero po zmroku lubiła wybierać się na wieczorne loty, aby sprawdzać, czy wszystko w okolicy jest w najlepszym porządku.

— Dobrze dobrze, polecimy tylko na ląkę — wołała zadowolona Biedronka.

— Lisi — stanowczo odezwała się mama, wiesz, że jeżeli pofruniesz za daleko, to zgubisz swoje czarne punkciki na skrzydełkach. Jeżeli nie będziesz ich mieć, nie będziesz mogła wrócić do domu!!

— Wiem mamusiu — odpowiedziała biedronka i natychmiast wraz ze swoimi przyjaciółmi wystartowała w podróż, w kierunku zielonej ląki. Ach jak tam, było pięknie, kiedy cała trójka wylądowała na dużym kamieniu pod sasną.

— Fajnie tutaj — odparła mucha, która właśnie poprawiła okulary na swoim nosie. Może zagramy w piłkę?

— W piłkę — zapytał motylek. Nie, nie chce mi się, zmęczyłem się tym lotem i chcę trochę odpocząć.

— W porządku, więc posiedźcie sobie tutaj i odpocznijcie, a ja polecę do Dużego Dębu. Chcę koniecznie zobaczyć Panią Sowę.

— Do Dużego Dębu? — zawołali razem motylek i mucha. Nie można tam lecieć, nie slyszałaś, kto tam mieszka?

— Wiem, kto tam mieszka — odpowiedziała Lisi i dlatego chcę tam polecieć i powiedzieć Pani Sowie — Dobry Wieczór.

— Ale biedronko — nie można, odpowiedział otwierając szeroko oczy motylek, Pani Sowa śpi, ponieważ w nocy pracuje, a poza tym wiesz, że możesz stracić kropeczki!

— Tak wiem, ale ja chcę dolecieć do Dużego Dębu. Nic mi sie nie stanie będę cicho i zrobię to bardzo szybko. Jak nie chcecie polecieć ze mną, to pofrunę sama — zdecydowała biedronka.

Mucha nie chciała lecieć, była trochę leniwa i wolała tylko leżeć na słońcu, a dla motylka tak długi lot byłby za ciężki, ponieważ po drodze nie było żadnych kwiatów, na których mógłby usiąść i odpocząć.

— Dobrze, niech się dzieje co chce, lecę — zawołała biedronka.

Poderwała się do góry i obrała lotny kurs na Duży Dąb. Bardzo dzielnie machała skrzydełkami, ale odległość była duża.

— Nie zawrócę!!! — powtarzała sobie Lisi. Dolecę do Dębu choćby nie wiem co!!!

Ostatnimi silami bierdronka wylądowala na najniższym konarze drzewa.

— Uffff — ale to było wyzwanie dla mnie — stwierdziła Lisi. Ten dąb nie jest taki straszny, a i Pani Sowy nie widać. Pewno śpi — pomyslała biedronka.

Ale Pani Sowa Marta wcale nie spała i jednym okiem obserwowała biedronkę.

Kiedy ta podeszła bardzo blisko do jej dziupli, Pani Sowa zawołała — kto śmie mi tutaj przeszkadzać?

— Ojejku — wystraszyła się Lisi, Sowa nie śpi nie dobrze!!!

— Przepraszam Panią, Pani Sowo, ja tutaj przyleciałam, ponieważ chciałam zobaczyć Dąb i wcale nie chciałam Panią obudzić, tylko tak sobie tutaj pospacerować i,i,i tak sobie popatrzeć…. — drzącym głosem zaczęła opowiadać Lisi.

— Dobrze, to napatrzyłaś się już i pospacerowałaś? — więc możesz zabierać sie spowrotem na łąkę, ponieważ ja muszę jeszcze spać — zdenerwowanym głosem szybko mowiła Pani Sowa.

— Tak, dziękuje! — odpowiedziała szybko biedronka i chciała poderwać się do lotu, ale nie mogła!

Lisi popatrzyła na swoje skrzydełka i zauważyła, że nie ma już żadnej kropeczki!!!.

Bez kropek nie może latać!!! — tak właśnie ostrzegała biedronkę mama, ale Lisi nie chchiała słuchać….

Biedronka zeszła po pniu Dębu na sam dół i nie wiedziała co teraz zrobić.

Zaczynało się już ściemniać, zbliżał się wieczór….

— No to teraz mam, nie posłuchałam mamy, moi przyjaciele czekają na mnie na łące, a ja nie mogę wrócić spowrotem, ponieważ na skrzydełkach nie mam żadnej kropeczki.

— Co tu zrobić? Przecież nie pójdę na piechotę, ponieważ mam za krótkie nóżki i będę szła trzy dni. Niebezpiecznie jest tam na dole wsród traw.

Lisi była coraz bardziej smutna.

— Wiem, że źle zrobiłam, wiem że nie posluchałam mamy. Niepowinnam tutaj być, niepowinnam….

Nagle w oddali, bierdonka zauważyła jakby małe, migocące światełko.

— Co to jest? — zaciekawiła się Lisi. Światełko migało i raz było jaśniejsze to znowu jego blask slabł.

— Co to jest? — zapytała raz jeszcze Lisi.

Światełko poruszało się okrężnymi ruchami właśnie w jej kierunku, i nagle Lisi zauważyła, że jest to mała wróżka.

Ale sliczna. Wróżka miała długie, białe włosy upięte w kok, liliową sukienkę w gwiazdki i srebrne skrzydełka.

— Ale piękna — pomyślała Lisi i aż otworzyła buzię z wrażenia.

Wróżka skakała z jednej trawki na drugą i podśpiewywała sobie jakąś piosenkę. Wcale nie widziała biedronki, ponieważ była zajęta zbieraniem malutkich kropelek wody.

— Halo, Halo — zawołała Lisi. Ale wróżka wcale nie odpowiadała, tylko dalej przeskakiwała z listka na listek.

— Halo, pani wróżko!! — głośniej krzyknęła biedronka.

— Uff, co to?, kto to?…ojej!!! — zawołała wróżka. Co się dzieje!!! Kto mnie woła???

— To ja Lisi, jestem tutaj na dole. Nie mogę pofrunąć wyżej, ponieważ nie mam kropeczek na moich skrzydełkach.

— Ojej — przykro mi bardzo. Nie masz kropeczek, siedzisz w trawie i nie widzisz tych pięknych listków, ponieważ nie możesz polecieć do góry.

Chyba coś zrobiłaś nie tak……

— Tak — odpowiedziała Lisi. Nie powinnam tu być. Poleciałam za daleko, chociaż obiecałam mojej mamusi, że tak nie zrobię. Teraz nie mogę wrócić do domu, a już jest bardzo późno. Czy mogłaby mi pani pomóc?? — zapytała Lisi wróżkę?

Śliczna Fee usiadła na brzeszku zielonego listka i podrapała się po nosku, zmarszczyła czoło, otrzepała pyłki kwiatów z rzęs i odpowiedziała.

— Naturalnie, że mogę ci pomóc.

Czarodziejską róższczką zakreśliła duże koło w powietrzu i po chwili tuż za nią, pojawił się piękny, biały bocian. Ale był biały, taki biały jak śnieg w zimie.

— Piekny bocian — pomyślała Lisi i szeroko otworzyła swoje czarne oczka.

— To jest bocian Wojtek — powiedziała wróżka. Jak chcesz, to Wojtuś przeniesie cię przez łąkę i poleci z tobą do domu.

Mała biedronka była przeszczęśliwa. W końcu wróci do domu, do swoich rodziców i przyjaciół!!

— Tak, proszę panie Boćku — zawołała Lisi, zabierz mnie do domu.

Pan Bociek, zaklekotał głośno, pomógł Lisi zaczepić się na jego skrzydle i łagodnie wzbił się w powietrze. Zakreślił dwa koła w powietrzu i pofrunął na drugi koniec ląki.

Na pożegnanie wróżka podarowała Lisi małe, czerwone serduszko, w którym biedronka zobaczyła swich rodziców.

— To jest prezent dla ciebie — powiedziała wróżka. Daję ci to serduszko, abyś zapamiętała, jak bardzo kochają cię twoi rodzice i martwią się gdy ich nie słuchasz.

— Już zawsze będę słuchać mojej mamy — pomyslała Lisi.

— Dziękuję pani wróżko — odpowiedziała Lisi i zawiesiła serduszko na swojej szyi. Wtedy rozbłysnęło ono pięknym, łagodnym światłem i oświetliło drogę lotu bocianowi.

— Do widzenia — zawołała jeszcze raz biedronka. Do widzenia, dziękuję za pomoc i dobre rady. Dziękuję za piękne, zaczarowane serduszko!!!

Bocian Wojtek zabrał po drodze zniecierpliwionych przyjaciół Lisi i szcząśliwie doleciał z całą trójką do domu biedronki.

— Do widzenia kochani — bocian Wojtek pomachał wszystkim na pożegnanie swoim dużym, białym skrzydłem. Świętujcie koniec dnia przy pysznej kolacji!!!!

Potem wzbił się w powietrze i pofrunął, pozostawiając po sobie w powietrzu srebrny, błyszczący pyłek uśmiechu…

Trzy wspaniałe grzybki

Od kilku już tygodni, w całej okolicy ciągle padał deszcz. Nie był on zimny, ale za to miał bardzo duże krople wody, które mocno uderzały o trawe i liście, bombardowały kamienie i celnie trafiały wszystkie kwiaty, które rosły na polanie w pobliskim lesie.

Za każdym razem, kiedy jeden z trzech grzybków muchomorków, które mieszkały w małym domku, koło rozłożystej sosny, wychylił swoją główkę przez okno, odczuwał uderzenia wody o swój rozłożysty kapelusz.

— Oj, oj, będę miał dziury w kapeluszu jak tak dalej będzie padać — powiedział do Pieczusia Kurek.

— No nie da sie nawet krótko wyjść przed dom, żeby popatrzeć, czy pani Mrówkowa, czegoś nie potrzebuje.

Musimy wiedzieć, że sąsiadka trzech grzybków, Pani Mrówkowa, była już starszą babcią, nosiła okulary, miała siwe czułki i nie mogła już pracować. Pieczuś, Kurek oraz Maślak, przynosili jej regularnie małe porcje jedzenia.

— No to może zabierz parasol — powiedział Maślak, kiedy jego przyjaciel Kurek znowu podszedł do drzwi żeby sprawdzić, czy dalej mocno pada.

— Nie, chyba jednak zostanę w domu — odpowiedział Kurek, nie da sie wyjść.

Po obiedzie, trzej przyjaciele usiedli przy dużym stole w pokoju, żeby wypić owocową, ciepłą herbatę, gdy nagle usłyszeli jakieś ciche pukanie.

— Cicho — zawolał Maślak. Coś słyszę, jakieś stuki.

— Jakie stuki? — włączył się Kurek, ja nic nie słyszę.

— Ja też nic nie słyszę — odparł Pieczuś. To spadające krople deszczu uderzają o kamienie.

Grzybki ponownie zajęły sie piciem herbaty. Ale była pyszna, bo cieplutka i słodziutka. Pływaly w niej malinki i leśne borówki. Pachniało w całym domku grzybków.

— Puk, puk — znowu dało sie słyszeć. Pierwszy zareagował Pieczuś. Ktoś puka do naszych drzwi.

— Nie, nikt nie puka — odparl Kurek. Kto by się odwarzył w taki deszcz wyjść na zewnątrz. Wszyscy siedzą w domkach i czekają na słoneczko.

— Puk, puk — tym razem stukanie było już mocniejsze.

Maślak wstał i odważnie podszedł do drzwi wejściowych.

— Otwieram — zawołał grzybek.

I otworzył. W drzwiach stała zmarznięta i przemoczona pani Mrówkowa.

— Proszę natychmiast wejść do środka — zawołał Maślak. Chłopcy, chodźcie tu szybko, to nasza sąsiadka całkiem przemoczona i zmarznięta, potrzebuje pomocy.

Trzy grzybki pomogły Pani Mrówkowej wejść do pokoju. Okryły ją ciepłym, wełnianym kocem i nalali duży kupek ciepłej herbaty.

— Co się stało, że opuściła Pani swój dom — zapytał jako pierwszy Kurek. Tak mocno pada.

Pani Mrówkowa, przetarła swoje okulary, zrobiła łyk herbaty i powiedziała

— Do mojego domu wdarła się woda. Wszystko jest mokre i stało się zimne. Nie mogę tam zostać.

Nagle w domu grzybków zrobiło się cicho i jakby trochę smutno. Wydawać by się mogło, że deszcz jeszcze mocniej zaczął padać i do tego zerwał się też wiatr.

Pierwszy zareagował Maślak.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 28.44
drukowana A5
Kolorowa
za 50.52