E-book
6.83
drukowana A5
39.32
drukowana A5
Kolorowa
69.3
Opowieści starej Łęczycy

Bezpłatny fragment - Opowieści starej Łęczycy

Objętość:
247 str.
ISBN:
978-83-8126-763-2
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 39.32
drukowana A5
Kolorowa
za 69.3

„Opowieści starej Łęczycy”

dedykuję moim cudownym Rodzicom

— Irenie i Jerzemu Pisarkiewiczom

oraz ukochanej babci — Florentynie Papierskiej

Opowieści starej Łęczycy

Wydarzyło się to w 1905 roku. U wysokiego urzędnika rosyjskiego w Łęczycy służyła kobieta, która miała siedemnastoletnią córkę. Dziewczyna, jak to dziewczyna — chodziła z chłopakiem. Traktowała go niemal jak narzeczonego — chłopak nie chciał iść do wojska, zdobyła więc od matki pieniądze i pomogła w zwolnieniu go od obowiązku służenia w carskiej armii. Wszystko wydawało się układać młodym pomyślnie. Ale … młodzian za pomoc wcale nie odpłacił się wdzięcznością. Za, prawdopodobnie czyjąś namową, postanowił dziewczynę rzucić. Jak się wydaje, trafiała mu się po prostu lepsza partia. Podczas jednego ze spotkań powiedział więc biedaczce, że się z nią nie ożeni. W przypływie rozpaczy zagroziła niewdzięcznikowi, że wyda władzom sposób, w jaki udało mu się wywinąć od wojaczki. To popchnęło niedawnego amanta do działania. Postanowił pozbyć się niedoszłej żony. Udał więc, że się przestraszył i że pragnie zgody. Zaprosił dawną miłość na romantyczny spacer niedzielny. Wybrać się mieli w okolice dzisiejszej poczty przy ulicy Kaliskiej, gdzie wówczas znajdował się duży ogród. W nim, za wysokim żywopłotem, była stara, zabita deskami studnia. Nikt jej od dawien dana nie używał. Upiorny narzeczony poluzował dzień wcześniej deski przykrywające cembrowinę … Podczas przechadzki, gdy zaczęło się ściemniać, zaciągnął dziewczynę w pobliże studni i … udusił ją jej własną chustką. Ciało zaś wrzucił do wody i nakrył studnię na powrót deskami.

W domu nie było jej jeden dzień, drugi, tydzień. Rodzina coraz bardziej zaniepokojona, a jej nie ma. Rozpoczęto poszukiwania. Chodzono, pytano. Ów narzeczony również. Oznajmił wszystkim, że rozstał się z nią w niedzielę i od tej pory jej nie widział. W wypytywaniu starał się nawet przodować. Rozpytywano o zaginioną nawet w Łodzi, ale … zniknęła jak kamień w wodę.

W Topoli Królewskiej był w tamtych czasach niewidomy znachor. Ktoś poradził matce kompletnie zrozpaczonej, aby się do niego udała. Kobieta zrobiła to, acz z wahaniem, nic nie dały przecież nawet działania policji, jak zatem pomoże ślepy znachor? Ale, tonący deski się chwyta, a to zawsze jakaś nadzieja, ten znachor.

„Teraz żeś przyszła? Po co przyszłaś? Zresztą czy teraz, czy wcześniej, wszystko jedno. I tak jej nie ma i tak jej nie ma. To znaczy jest w Łęczycy, lecz tam jej słońce nie sięgnie i wody ma dosyć. Szukajcie. Znajdziecie ją”.

Po powrocie z Topoli, matka narobiła rabanu. Policja postanowiła aresztować narzeczonego i wszcząć ponownie poszukiwania. Starsi ludzie mówili: „Jak słońce nie dochodzi i wody ma dość, to należy szukać w studniach …”. Było ich wówczas w mieście bez liku. Przeszukano jednak wszystkie i … natrafiono wreszcie na właściwą. Wezwana Straż Ogniowa wypompowała wodę i wyciągnięto ze środka ciało dziewczyny na powierzchnię. Nadal miała chustkę w ustach.

Na pogrzeb przyprowadzono niefortunnego oblubieńca, który musiał iść w kondukcie w kajdanach. Później zesłano go na katorgę.

Jak twierdzą dawni łęczycanie, historia ta wydarzyła się naprawdę.


(Tekst powstał na podstawie opowieści pani Janiny Kozioł z ul. Żydowskiej 3/5 w Łęczycy)

„Ziemia Łęczycka”, nr 22/23 (667/678),
22 XII 1990

Łęczycanie

Legenda Łęczycy

Kiedy jesienią ubiegłego roku dyrektor łęczyckiego muzeum wnosił Panią Jadwigę Grodzką na własnych rękach na zamkową wieżę, nie przypuszczałem, że widzę ją po raz ostatni. Bardzo wzruszona i jakby troszeczkę zawstydzona opowiedziała, zamiast uroczystej przemowy, fragment życiorysu. Wspominała epizod z Bitwy nad Bzurą, kiedy to omal nie postradała życia, użyta wraz z synami przez Niemców, jako żywa tarcza.

Kilka tygodni później zmarła. Był dzień 17 listopada 1990 roku. Miała 85 lat. Nie udało mi się przeprowadzić z panią Jadwigą wywiadu. Odmawiała mi kilkakrotnie. Nie chciała rozmawiać z żadnym z dziennikarzy. Powiedziała tylko, że nigdy nie będzie rozmawiać z nikim z gazety. Prasa zrobiła jej zbyt wiele krzywd przez swoją niesprawiedliwość.


Fascynujące dzieje rodziny


Fascynujące dzieje rodziny stały się logiczną konsekwencją jej własnego życiorysu. Protoplastą rodu miał być Hiszpan — oficer przybyły do Polski wraz z Napoleonem, według rodzinnego przekazu, osobisty tłumacz Cesarza. Nazywał się Teodor lub Konstanty Cuevas. Nocując w Łęczycy wraz z Napoleonem miał się zakochać w miejscowej szlachciance i osiąść tu na dłuższy czas. Jego potomkowie dorobili się z czasem dużego majątku, zdobyli też w Łęczycy ogromne poważanie. Ojciec pani Jadwigi ukończył w 1883 roku prawo na warszawskiej uczelni. Konstanty Cuevas pojął wkrótce za żonę córkę powstańca 1863 roku Jadwigę z Cybulskich. Z tego związku przyjdzie na świat Jadwiga i jej trzy siostry. Rodzina będzie zasobna. W jej posiadaniu znajdował się od wielu lat słynny Hotel Polski. W nim to, przed Powstaniem Styczniowym, nocował biskup (włocławski Michał Jan) Marszewski, przegnany przez łęczycan za wysługiwanie się zaborcom. W czasie I wojny światowej swój sztab umieścił w nim feldmarszałek August von Mackensen, a w 1937 roku w hotelu Cuevasów rozlokował się marszałek Edward Rydz — Śmigły ze swoimi generałami (podczas wielkich manewrów nad Bzurą). Hotel był ekskluzywny. Posiadał stajnie na 60 koni. Miał własnych kiperów do win, sprowadzanych przeważnie z Węgier. Otaczał go kilkuarowy ogród z fontanną.

Rodzina nie tylko prowadziła interesy, ale zajmowała wiele eksponowanych, publicznych funkcji. W takiej to atmosferze przyszła na świat 21 września 1905 roku Jadwiga.


Jej pasją była wiedza


Szkołę powszechną i gimnazjum ukończyła w Łęczycy. Na Uniwersytecie Jagiellońskim studiowała polonistykę, romanistykę i historię sztuki. Następnie wyjechała do Francji, gdzie pogłębiała wiedzę na Uniwersytecie w Dijon. Wróciła do kraju z dyplomem. W Krakowie także otrzymała tytuł magistra filozofii w zakresie filologii polskiej. Po powrocie do Łęczycy podjęła pracę pedagogiczną w miejscowym gimnazjum, jednocześnie dojeżdżając do gimnazjum w Zgierzu, by wykładać w nim polski i łacinę. Jeszcze w 1930 roku wyszła za mąż za Wacława Grodzkiego, właściciela niewielkiego majątku pod Grodnem, a zarazem dyrektora łęczyckiego oddziału warszawskiej Spółdzielni Rolniczej.


Życie powikłała okupacja


Jadwiga Grodzka, prowadząca w Zgierzu tajne nauczanie, ostrzeżona w porę schroniła się w Łęczycy, unikając aresztowania. Nie zrezygnuje z tajnych kompletów kontynuując je w rodzinnym mieście, pracując jednocześnie w restauracji, w hotelu należącym do jej rodziny, teraz przejętym przez Niemca Lamka z Tallina. Wyzwolenie nie przyniesie pełni szczęścia. Oszukany przez nową władzę mąż, umrze nagle starając się odzyskać rodowy majątek. Ona rzuca się w wir pracy nauczając od 1945 do 1952 języków polskiego i francuskiego w miejscowym Liceum Ogólnokształcącym. Do lat 70. XX wieku wykładać będzie nieprzerwanie w Liceum Pedagogicznym i Technikum Łączności. Nie zrezygnuje także z własnego pogłębiania wiedzy, podejmując w 1949 roku studia ma Wydziale Historii Sztuki Uniwersytetu Łódzkiego.


Jej pasje


Jej pasje z tego okresu, to nie tylko praca z młodzieżą, którą rozumiała i kochała, z wielką zresztą wzajemnością. Celem życia stanie się przywrócenie świetności Łęczycy. Wykorzystując przedwojenne znajomości, a także kontakty turystyczne (jest aktywna na tym polu) doprowadza do zainteresowania sprawą zniszczonej w 1939 roku archikolegiaty łęczyckiej w Tumie. Głównie dzięki jej staraniom rusza odbudowa bezcennej romańskiej budowli prowadzona przez Jana Koszczyc Witkiewicza.

Idee fix staje się następnie zamek. Od 1948 roku Jadwiga Grodzka jest kierownikiem łęczyckiego muzeum. Gromadzi w nim bogate zbiory etnograficzne i historyczne. Chodzi pieszo po wsiach Łęczyckiego zbierając nie tylko stroje i sztukę ludową, ale także legendy, piosenki i zwyczaje.

Przejmuje opiekę nad słynnym ludowym artystą, jakim jest chłopski działacz i poseł na Sejm Ustawodawczy II Rzeczypospolitej, Ignacy Kamiński. Popularyzuje sztukę ludową Ziemi Łęczyckiej w artykułach naukowych i popularnych publikacjach. Organizuje wiele wystaw o niejednokrotnie krajowym znaczeniu, np. w Domu Chłopa w Warszawie. Stara się by Łęczyca była znana w kraju ze swoją przebogatą przeszłością i kulturą.


Odbudowa zamku


Odbudowa zamku staje się jej spełnionym marzeniem. Dzięki niesamowitej wytrwałości i wielu zabiegom doprowadza do rekonstrukcji kazimierzowskiej warowni. Nie byłoby to możliwe bez życzliwości ze strony wielu ludzi, takich jak np. ówczesny konserwator zabytków Zbigniew Ciekliński. Bardzo też pomogły władze wojewódzkie w Łodzi i te w Warszawie. W 1964 roku ruszyła odbudowa według projektu inż. architekta Henryka Jaworowskiego. W 1974 roku PKZ oddało zamek do użytku. Pani Jadwiga w trakcie odbudowy nie tylko trzymała rękę na pulsie tej inwestycji. Zajmowała się także działalnością wydawniczą publikując wiele prac o Łęczycy, również swojego autorstwa. Nadal prowadziła badania naukowe.


Wyrzucono ją z zamku


Wyrzucono ją z zamku mimo tak ogromnych zasług. Partyjne układy okazały się silniejsze od ludzi, którzy próbowali wziąć ją w obronę. Mimo interwencji prof. Stanisława Lorentza i wielu innych znanych osób, odesłano ją w 1973 roku na przymusową emeryturę. Odchodząc z zamku stwierdziła: „Mam jedną satysfakcję — oddałam muzeum w takim stanie jak chciałam”.

Tak głęboka niesprawiedliwość przybiła ją, ale nie złamała. Pracowała jeszcze społecznie jako radna. Pomagała zakładać w Łęczycy oddział Towarzystwa Naukowego Płockiego. Działała w Towarzystwie Miłośników Ziemi Łęczyckiej i w PTTK, w Związku Kombatantów i wielu społecznych inicjatywach. Zawsze skromna, niepozorna, do ostatnich dni starała się być czynna i potrzebna dla świetności Łęczycy. Jeszcze na krótko przed śmiercią pracowała nad rozdziałem do Monografii Łęczycy opracowywanej pod redakcją doc. dr. red. Ryszarda Rosina. Zmarła w szpitalu. Nie wytrzymało serce.


Siostra pani Jadwigi — Janina Rębalska, od której w znacznej mierze pochodzą informacje zawarte w artykule, wspominała pewien dzień w 1990 roku, kiedy to pani Grodzka przyszła do niej w wielkim podnieceniu. Powiedziała wówczas: „Czy ty wiesz kto u mnie był?”. I z radością i niedowierzaniem dopowiedziała szybko: „Dyrektor łęczyckiego muzeum”. Przez prawie 18 lat nikt jej nie zaprosił na zamek, a duma nie pozwoliła jej się tam udać. Przez te wszystkie lata mogła odbudowane dzięki niej mury oglądać tylko z własnych okien, wychodzących wprost na Szlachecką basztę.

„Nowy Tygodnik Płocki”, nr 11 z 17 III 1991

W mundurze i z monstrancją

Są życiorysy zwyczajne i są niebanalne. Życie księdza Zygmunta Frykowskiego należy z pewnością do tych ostatnich. Jest tak barwne, że z powodzeniem mogłoby posłużyć do napisania powieści lub filmowego scenariusza.


Dorastanie


Zygmunt Frykowski urodził się w 1917 roku w Ostrzeszowie. Rodzina była prosta, robotnicza. Ojciec, Roch, powstaniec wielkopolski, był działaczem politycznym. Matka, Julianna, zmarła w 1935 osierocając ośmioro dzieci. Życie Zygmunta zostało przesadzone z chwilą przybycia do miasta Salezjanów. Zanim jednak dopełniło się kapłańskie przeznaczenie, trzeba było jeszcze wielu barwnych i niebezpiecznych dni. W trakcie szkoły powszechnej angażował się w życie religijne służąc do Mszy i pomagając Salezjanom. Zauważono jego predyspozycje do kapłańskiego stanu. Nim trafił jednak do Czerwińska i Krakowa, pracował fizycznie przez wiele miesięcy, przede wszystkim w pracowni introligatorskiej.


W seminarium i na wojnie


Na południe od Lwowa, w Daszawie koło Stryja, przebywał w Niższym Seminarium do wiosny 1939 roku. W marcu powołano go do wojska. Otrzymał przydział do 53 pp 11 Dywizji Karpackiej. Szkolenie w Stryju trwało krótko. We wrześniu wybuchła wojna, na którą poszedł z karabinem w ręku, jako taśmowy ciężkiego karabinu maszynowego umieszczonego na taczance. Jego pułk wyruszył ze Stryja. Zbombardowany 4 września koło Rzeszowa nie opuścił obszaru między Przemyślem a Lwowem. Jak wielu żołnierzy Września Zygmunt Frykowski jedyne strzały oddał do samolotów. W dniu 17 września dostał się do niewoli w okolicach Przeworska. O wkroczeniu Armii Czerwonej dowiedział się od Niemców.


Oszukany jeniec


Po pierwszej nocy spędzonej w leśniczówce Niemcy popędzili wziętych do niewoli do Jarosławia, gdzie trzymano ich tydzień … w parku. Następnie przegrupowano polskich żołnierzy do Przeworska — tam nie dając pożywienia zamknięto wszystkich w cukrowni. Jedyną żywność dostarczali mieszkańcy miasta. W Przeworsku oznajmiono Polakom, że pojadą transportem kolejowym do Katowic i tam zostaną zwolnieni do domów. Przez Kraków i Bogumin wywieziono jeńców do Hemmer … w Westfalii.


W Niemczech


Pracował początkowo w majątku. Pod koniec listopada, z jeszcze jednym żołnierzem z Lidy, trafił do „bauera”. Praca kończyła się codziennym marszem do Peckelsheim, gdzie mieściła się „komenderówka pracy”. W lutym 1940 roku zaproponowano Polakom z zachodnich województw zwolnienie do domu. Ukrywający się wśród szeregowych oficerowie ostrzegali przed podstępem. Mieli rację, ci którzy wyrazili chęć wyjazdu, trafili, ale … do hitlerowskiej armii. Za odmowę zelżono go i wysłano do wyrębu lasu. Wkrótce rozchorował się na czerwonkę. Mimo poważnego nadwyrężenia, po krótkim pobycie w obozie, skierowano go do fabryki niedaleko Bochum. Zły stan zdrowia spowodował ponowne odesłanie do obozu.


W obozowej konspiracji


Kiedy zorientowano się, że Frykowski był w Niższym Seminarium, powierzono mu utworzenie w obozie kaplicy i opiekę nad nią. Wraz z francuskimi kapelanami organizował życie religijne. Trwało to niemal do wyzwolenia. Jednocześnie przydzielono go do pracy w obozowej poczcie. Koledzy wykorzystując to wciągnęli go do konspiracyjnej grupy żołnierzy podporządkowanych Armii Krajowej. Jego zadaniem było przyjmowanie, przychodzących w paczkach z kraju, grypsów. Wpadli. Do obozu przyjechał, prawdopodobnie z Polski, człowiek z listą konspiratorów. Rozesłano uczestników konspiracji do różnych obozów w Niemczech. Trafił z grupą podchorążych w okolice Kolonii. Na peronie kolońskiego dworca dowiedzieli się o lądowaniu w Normandii.

Jesienią 1944 roku znalazł się znów w Hemmer, skąd dużym transportem kolejowym odesłano jeńców na wschód do Mühlberg nad Łabą. Podróż była pasmem udręk — żołnierze dłubali dziury w deskach podłogi na „sanitariaty”. Do obozu leżącego w pobliżu Drezna przywieziono dziewczęta z Powstania Warszawskiego. Jeńcy pomagali im dzieląc się żywnością, ale tej zaczęło wkrótce brakować. W lutym alianci zbombardowali Drezno — mimo kilkudziesięciu kilometrów odległości było jasno jak w dzień od lanych z samolotów środków zapalających. W Wielkanoc Polaków przetransportowano statkami do Drezna. Tam odgruzowywali arterie komunikacyjne i kopali rowy przeciwczołgowe. Niemcy nie dawali już wtedy jedzenia. Jeńcy wykradali koniom obrok i gotowali pokrzywy. Czasem udawało się wymienić za mydło z czerwonokrzyskich paczek coś do zjedzenia. Na początku maja 1945 roku wysłano ich na południe. W rejonie Jeny, 3 maja, w czasie apelu, Polacy zaśpiewali „Jeszcze Polska nie zginęła”. Strażnicy nie zareagowali. Rozpoczęła się masowa ucieczka w kierunku Amerykanów.

Niemcy panicznie bali się Armii Czerwonej. Po bombardowaniu przez „kukuruźniki” miasteczka Teschen Schönau, wkroczyli do niego Rosjanie. Polaków wraz z Frykowskim przygarnęli jeńcy amerykańscy i nowozelandzcy. W obozie przed krasnoarmiejcami chroniły się także Niemki. Był 9 maja 1945 roku. Najpierw przyszła czerwonka, a później dylemat „Co dalej?”. W większości nie chcieli wracać do Polski rządzonej przez komunistów. Tymczasem zorganizowano podział na strefy i wymianę jeńców. Frykowski i jego koledzy dostali angielskie mundury i odtąd udawali brytyjskich żołnierzy. Po kilku dniach zrobiono apel, na którym nastąpiła wymiana jeńców rosyjskich na alianckich. Udało się! Trafili na lotnisko do Norymbergii, skąd przewieziono ich do Francji, a następnie część z nich do Anglii.


Wśród aliantów


W Anglii skierowano Zygmunta Frykowskiego do polskiego obozu szkoleniowego w Szkocji. Ukończył w nim podchorążówkę sanitarną, otrzymał też awans na starszego szeregowca. Po rozwiązaniu armii w 1947 roku zapisał się na kurs fotograficzny, w ramach Korpusu Przysposobienia Zawodowego. Odmówiono mu — pierwszeństwo mieli Anglicy. Skontaktował się wówczas z bratem w Łodzi. Ten zaś odpisał „Wracaj” i zaproponował pracę.


W kraju


Jesienią 1947 roku przypłynął statkiem do Polski. Po przejściu przez gdański obóz „Narwik”, wyjechał do brata, przedwojennego działacza endecji, który w Łodzi prowadził hurtownię. Zygmunt Frykowski pracował w niej do 1948 roku. Następnie zatrudnił się jako kierownik administracyjny Kursów dla Nauczycieli Szkół Średnich w Łodzi. Jednocześnie uzupełniał szkołę średnią w II Liceum i Gimnazjum dla Pracujących. W 1951 roku uzyskał maturę.


Kapłaństwo


W 1952 roku, w wieku 35 lat, dopełnił kapłańskiego powołania, wstępując do łódzkiego seminarium. W jego roczniku znalazł się m.in. późniejszy ordynariusz łódzki bp Władysław Ziółek. W czerwcu 1957 roku uzyskał święcenia kapłańskie, mając lat 40. Przez ponad sześć lat był wikariuszem, kolejno w: Piotrkowie Trybunalskim, na łódzkim Julianowie i w Zgierzu. Pierwsze probostwo otrzymał w 1964 roku w Kwiatkowicach, skąd trafił w 1971 roku do Topoli Królewskiej pod Łęczycą. Z czasem otrzymał godność dziekana tumskiego, którą to funkcję sprawował dwukrotnie. Po likwidacji dekanatu tumskiego mianowano go dziekanem witońskim w 1990 roku, honorując jednocześnie przywilejem rokiety. Nadano mu także godność kanonika. W 1985 roku ks. Frykowskiego odznaczono medalem „Za udział w Wojnie Obronnej 1939 roku”. W sutannę nosi wpięty znaczek organizacji kombatanckiej żołnierzy AK.


Obrazki z wystawy


W utworzonym przez ks. Kanonika Zygmunta Frykowskiego Domu Parafialnym w Topoli Królewskiej, od kilku miesięcy oglądać można wystawę związaną z dwudziestą rocznicą objęcia probostwa w Topoli Królewskiej i niemal 35 — leciem święceń kapłańskich. Zobaczyć tu można także wspaniały księgozbiór renesansowych i barokowych starodruków uratowanych dzięki staraniom ks. Frykowskiego, dokumentację remontu kościoła pod wezw. Św. Bartłomieja Ap. prowadzonego nieprzerwanie od lat 70. XX wieku. W czasie prac natrafiono na metalową puszkę z relikwiami świętych i dokumentem konsekracyjnym z 1724 roku wystawionym przez sufragana gnieźnieńskiego bp. Franciszka Kraszkowskiego, z którego wynika, że kościół nosi nie tylko wezwanie św. Bartłomieja Ap, ale także św. Jana Nepomucena (prawdopodobnie jest to wezwanie wcześniejszego kościoła). Ksiądz kanonik planuje z posiadanych eksponatów utworzeni ekspozycji muzeum parafialnego.

Setki fotografii ukazują życie i pracę księdza. Zdjęcia z 50. Rocznicy Bitwy nad Bzurą, gdzie przemawiał na łęczyckim rynku, znajdują się obok fotoreportażu z pogrzebu bratanka na Starym Cmentarzu w Łodzi — Wojtek Frykowski został w 1969 roku zamordowany, wraz z żoną najbliższego przyjaciela, Romana Polańskiego, Sharon Tate, przez Bandę Mansona. Listy z niewoli, rysunek z obozu zrobiony przez rosyjskiego żołnierza …

Całe życie zaklęte w prostokątach papieru. Całe życie pełne treści, przebogate niczym bielejący w zmroku fronton topolskiego kościoła.


„Kurier Mazowiecki”, nr 27/28 z 22/29 grudnia 1991 r.


(Inna wersja artykułu ukazała się w „Ziemi Łęczyckiej”, nr 21 (644) z 13 grudnia 1991 i w „ZŁ” nr 22 (645) z 28 grudnia 1991 r.)

Prymas Andrzej Krzycki — łęczycki dziekan

Andrzej Krzycki urodził się 7 VII 1482 r. w Krzycku w Wielkopolsce. Za radą bp. Piotra Tomickiego, którego był siostrzeńcem, ukończył studia w Bolonii. Po powrocie z Italii rozpoczął karierę duchowną obejmując w 1501 r. stanowisko dziekana w Łęczycy. Funkcja ta była szczeblem awansu dla wielu duchownych — Łęczyca, jako miasto królewskie i wojewódzkie, leżała w gestii dworu królewskiego w zakresie nominacji kościelnych. W 1504 r. Krzycki został kanonikiem poznańskim, a w 1516 r., dzięki bp. Piotrowi Tomickiemu, sekretarzem króla Zygmunta I.

Na dworze krakowskim Krzycki rozpoczął ożywioną działalność polityczną w orientacji prohabsburskiej, która przyniosła mu miano wybitnego męża stanu i dyplomaty. Związał się także z królową Boną, która protegowała go w 1518 r. na proboszcza kościoła św. Floriana w Krakowie, a w 1527 r. na biskupstwo płockie. Bona i jej współcześni cenili Krzyckiego za jego poezję. Znany był jako „Cricius”, ale nazywany Polskim Aretinem.

Uznaje się go za najwybitniejszego z poetów łacińskich polskiego renesansu. Pisał epigramaty, panegiryki, elegie miłosne, teksty polityczne, ale także kolędy, pieśni wielkanocne i maryjne. Najbardziej znane dzieła to: „Religionis et reipublicae querimonia”, „Threnodia Valachaie”, ”In vulgatam nuper quandam Asianam diaetam Diogenis Dalmatae dialogus”.

Krzycki był wybitnym umysłem swojej epoki. Utrzymywał kontakty z Erazmem z Rotterdamu i Melanchtonem. Słynął jako mecenas pisarzy, drukarzy i artystów. W 1532 r. rozpoczął przebudowę katedry w Płocku, a następnie zamku w Pułtusku.

W 1535 r. został arcybiskupem gnieźnieńskim i Prymasem Polski. Zmarł w Krakowie 10 V 1537 r.

Poza faktem piastowania godności dziekana, nic nie wiadomo na temat działalności Krzyckiego w Łęczycy. Warto jednak pamiętać, że ta wybitna postać ma również związki z naszym miastem.

„Posłaniec Bernardyński”, nr 2 (38), z II 2002, s. 10.

Zwyczajna historia rodzinna

Kim jestem? Śmieję się, że pochodzę z królewskiego rodu, bo … moja babcia nazywała się z domu … Król. Co prawda, jak opowiadała, organista przerobił jej nazwisko panieńskie na … Królak, ale w archiwum znalazłem dokumenty świadczące, że przed ślubem nazywała się Król. A król to król. Czyli królewski ród i królewska płynie we mnie krew. Tu uśmiecham się oczywiście pod nosem.

*

Zespół „Pod Budą” śpiewał kiedyś „Pogawędzimy sobie nieco …”. Pogawędźmy zatem. Lubiłem niegdyś opowieści Szymona Kobylińskiego — wytrawnego gawędziarzaw mowie i piśmie. Brakuje mi go. Zachwycał mnie jego prosty i swobodny styl. Zaczytywałem się miniaturową książeczką „Moje małe życie”. Była naprawdę niewielkich rozmiarów. Na okładce Pan Szymon umieścił zabawną autokarykaturę. Miniatura gdzieś zawieruszyła się i nie mogę do niej sięgać. Często tak bywa, że coś jest dla nas ważne, lecz mimo tego znika gdzieś po drodze. W której z podróży „Moje małe życie” obrało własny kurs i gdzie teraz przebywa, kogo wzrusza i śmieszy? Bóg raczy wiedzieć. Podobnie zresztą bywa z ludźmi. Tylu mieliśmy ich w życiu wokół siebie, a większość odeszła w zapomnienie. I nie tylko chodzi o słowa księżnej Diany, że „z niektórych ludzi się wyrasta”. Po prostu … o wielu znajomych najzwyczajniej zapomnieliśmy. Nasze życia skrzyżowały się w określonym czasie w jakimś celu. A później każdy poszedł w swoją stronę. I tylko czasem wychynie z zakamarków wspomnień obraz tej czy innej postaci. Ze zdziwieniem przypominamy sobie, jak była niegdyś ważna. Jak napisał Jacek Kaczmarski:


„Ci wszyscy ludzie, którzy poszli precz

Z naszego życia, z naszego życia

To także nasza rzecz — nie tylko ich to rzecz

To stawka winy nie do przebicia”


Pamięć jest strukturą zadziwiającą w swojej zawodności. Ileż faktów przekręcamy łącząc różne informacje w pozornie logiczny ciąg, który jakże często bywa fałszywy. Czy można polegać na wspomnieniach o przeszłości, o przodkach znanych z zasłyszanych niegdyś opowieści rodziców, babek i ciotek? To trochę jak z legendami. Jest w nich podobno ciut prawdy. A trochę nie …


*

Kim jestem? Jaki wpływ ma na mnie pamięć? Czy pamięć przeniosła fakty czy legendy? Wiele pytań. Składam się z nieustających pytań. Oczywiście jestem przede wszystkim sobą. Tylko, co mnie ukształtowało pierwotnie? Nie jestem identyczny z innymi, choć chodziłem do tych samych szkół i oglądałem te same filmy, czytałem te same książki i dotykały mnie takie same czasy. Inni wyróżniają się z kolei czymś innym niż ja. Ja nie jestem nimi, a oni mną. Musi być jakiś zaczyn, który sprawił, że jesteśmy niepowtarzalni. Myślę, że w swojej pierwotności są nim przodkowie i stworzona przez nich rodzina, w której człowiek kształtuje swoje początki.

Lecz czy tym pierwokształtem są przekazy rodzinne? Chyba nie tylko, bo większość mojej wiedzy o przodkach zdobyłem z dokumentów w wieku mocno dojrzałym. Nie mogły więc kształtować mnie te opowieści. Geny? Jeśli tak, to wiele tłumaczy, lecz bez znajomości przodków nie można i tak niczego genami wyjaśnić. Brak punktu odniesienia.

Podobno Melchior Wańkowicz mawiał, że nie będzie rozmawiał z ludźmi, którzy nie potrafią podać nazwiska swojej prababki. Dużo trudu włożyłem w to, by Wańkowicz mógł ze mną rozmawiać. Dziękuję panie Melchiorze. Może kiedyś, Tam, porozmawiamy.


*

Od czego zacząć? Od dokumentu, który dotarł do mnie, gdy miałem 45 lat? Okazało się, że mój dziadek po mieczu, Jan Pisarkiewicz, był żołnierzem POW. Nie wiedziałem. Nikt z żyjącej rodziny nie wiedział! Do konspiracji wciągnął go brat lub kuzyn o tym samym nazwisku.

A może zacząć od innego papieru, który ktoś przyniósł mojej siostrze Krystynie do Starostwa Powiatowego w Łęczycy. Syn Jana, Władysław, został na jego mocy oddany do terminu piekarskiego. Ciekawe, dlaczego Jan chciał go zrobić piekarzem? Dziadek, co prawda sam nim był, ale dlaczego piekarnia, skoro Władek podobno uczył się świetnie w gimnazjum w Pałacu pod Blachą w Łęczycy i był bardzo zdolny? Może więc chodziło po prostu o rozsądne zabezpieczenie, gdyby … rodzina nie miała pieniędzy na jego dalszą edukację? Piekarz to piekarz. Chleba ludzie potrzebują zawsze.

Może zacząć od babek — kobiet pracowitych i religijnych? Od uroczego naczynia z przezroczystego szkła, na fikuśnej nóżce i z falowanym brzegiem, pod którym umieszczono sygnaturę jakiejś rosyjskiej manufaktury i rok „1901” — własności babci Florentyny? Może od dziadka po kądzieli, Tadeusza, romantycznego kinomana? Od babci Papierskiej związanej przez kawał życia z bernardyńskim ogrodem leżącym za oknem jej mieszkania? Czy raczej wrócić do Jana Pisarkiewicza, który zawsze w szafie trzymał flaszeczkę, gdyby jacyś goście niespodziewani nawiedzili rodzinę? Może wspomnieć o kronikach zakonnych Urszulanek, które zapisały, że Jan był nieznośnym, kłótliwym cholerykiem, z którym zakonnice nie mogły dojść do porozumienia, a musiały, bo mieszkał w pomieszczeniach należących do klasztoru sióstr? Gdy zmarła jego żona, czyli moja babka, Józefa z Wierzbowskich Pisarkiewicz, Urszulanki związane z moją rodziną całą noc czuwały przy jej łożu. Kiedyś ostatnie pożegnania miały bardziej osobisty i dramatyczny wymiar od dzisiejszych, tak bardzo pośpiesznych, zdeterminowanych tempem mediów i świata.

Od czego zacząć? Tyle może być początków! Zacznę jednak od … innego punktu.

*

Jestem konsekwencją długiego pochodu ludzi, których niemal nie znam z imienia. Wańkowicz pewnie podałby mi rękę z wahaniem, bo znam, co prawda, nazwisko prababki i praprababki po mieczu, lecz nie wiem jak się nazywali prapradziadkowie po kądzieli.

Zbyt późno zacząłem szukać. Jest 2015 rok i mam 52 lata, ale, o paradoksie, jestem teraz jednym z najstarszych w mojej rodzinie. Nie mam kogo zapytać o przeszłość. Sam się nią staję. To nawet dobry oksymoron, gdy dopowiem, że jestem z wykształcenia historykiem. Nie mam kogo zapytać. A przeszłość to dwa ciągi podstawowych postaci, z których powstałem. Jeden to strona mamy, drugi taty. Moi rodzice składali się razem z czterech ciągów, więc gdy sobie wyobrażę te wszystkie pokolenia przede mną, to widzę ogromną armię ludzi. Poniżej mnie istnieje niekończąca się sieć rozgałęzień, która niknie w odmęcie niepamięci. Chaos niepamięci.

Krótko przed śmiercią, któraś z krewniaczek mamy, powiedziała kilka zdań o moim pradziadku po kądzieli. Najzabawniejsze, że zdawała się nie pamiętać jego imienia, ani żadnych danych jego żony.

Ciotka twierdziła, że pradziadek był zatrudniony w majątku w okolicach Turku. Podobno pracował przy koniach, czy też powoził bryczką. Miał na imię Stanisław — to pewne, znalazłem je po latach w starej książeczce wojskowej. Stanisław Papierski. Opowieść ciotki była mgliście krótka. Pradziadek zwiał z panienką ze dworu. Miała być hrabianką. Prawdopodobnie trafili do Jackowa pod Łęczycą. Uciekinierom narodziło się jedno dziecko, któremu dali na imię Tadeusz. I to w zasadzie wszystko.

Nie wiem gdzie mieszkali, z czego żyli, kiedy zmarli i który cmentarz przyjął ich do ziemi. Ktoś wspomniał, że prababka uczyła dzieci we dworze w Jackowie koło Siedlca pod Łęczycą. Czemu tam osiedli? Kim byli naprawdę? Właścicielami jackowskiego dworu byli w tym czasie chyba Żakowscy. Może to krewnymi tajemniczej prababki?

Po wielu latach poszukiwań znalazłem zapis o narodzinach dziadka Tadeusza w 1911 roku. Rodzicami byli Stanisław Papierski i … Marianna z Andryszewskich. Może po prostu prababka Marianna zaszła w ciążę i uciekła ze Stanisławem wiedząc, że nie dostaną od jej rodziców zgody na małżeństwo. Uciekli do Jackowa, bo był tam ktoś im przychylny, kto ich przygarnął.

W Jackowie jest nadal fragment dworu wysokiego na piętro, czworaki, wyspa na dawnym stawie — jedyna pozostałość parku.

Pytania, pytania, pytania. Kto nie pyta, gdy jest na to czas, pozostaje wiecznie bez odpowiedzi. Czy prababka była hrabianką? Myślę, że nie. Nie było hrabiów Andryszewskich. Nie znalazłem takowych w herbarzach. Właściwie to nie znalazłem więcej nic na ich temat.

Jeśli Stanisław pracował w majątku, to mogę sobie jedynie wyświetlić fantastyczny film o parnym lecie. Stanisław woził polnymi drogami, zwiewnymi od kurzu i feerii zapachów, panienkę ze dworu na herbatki do okolicznych ciotek i sąsiadek. A może po prostu do lasu, nad jakąś rzeczkę, w stronę chłodu i cienia. Musiał być przystojny. Pełen tajemnych uroków i namiętności. Stanisław był grubo po trzydziestce. Marianna młodsza o kilkanaście lat. Prawie jak córka. Wiek niedawno przełamał się w nowy i zachłyśnięty własną młodością śmiał się perliście. A Stanisław w tej aurze radosnej woził dziewczynę. Lato tężało w aromatach pól.

Kiedyś podczas eskapady wpadła pannie w oko muszka. Pradziadek zatrzymał bryczkę, zsunął się z kozła na siedzenie obok romantycznej Marianny, która w ręku miała tomik Przerwy-Tetmajera, a w uszach muzykę Chopina. Stanisław delikatnie wyjął trzepoczącego się w łzie owada z oka dziewczyny. Pocałował ją delikatnie w powiekę i czoło. Nie protestowała. Ich usta zetknęły się. Jego, trochę suche od nadmiaru odwagi, jej chłodne i wilgotne. Świeże i pierwsze.

Może to stało się już wtedy. Wśród ptasich treli. Pośród woni ziół. Choć raczej później, wiele dni później, wiele pocałunków później, gdzieś na odurzającej łące, w trawie nadrzecznej. Na polanie. Ale stało się. Nieważne gdzie. Zresztą … może Marianna wcale nie była grzeczną panienką i to ona uwiodła Stanisława, w stodole na sianie. Któż to wie? Czy to zresztą ważne? Uwiódł, uwiodła, zakochali się. I uciekli. I nie wiem, co dalej, poza tym, że urodził się dziadek Tadeusz. Syn Stanisława Papierskiego i Marianny z Andryszewskich. Andryszewscy — nazwisko niezwykle rzadkie, ale i tak do niczego mnie jego znajomość nie doprowadziła. No cóż, jestem jedynie bliżej podania ręki panu Melchiorowi.

Marianna — na cześć Maryi czy raczej republikańskiej Francji?

Dziadek Tadeusz dał mojej mamie na drugie imię Marianna — po swojej mamie. Kochał ją widać bardzo. Chciał, aby trwała w jednym z imion córki. A mama dała na drugie Marianna swojej pierworodnej córce Krystynie.

*

To fragment drzewa, z którego powstałem — owoc ostateczny i ostatni. Nie mam dzieci. Na mnie skończy się opowieść.

*

Kolejny konar drzewa. Rodzina ojca. Miecz. Tata pamiętał jedynie, że jego dziadek miał na imię Mateusz. I potwierdziły to po latach dokumenty świadczące, że Mateusz Pisarkiewicz — mój pradziadek — urodził się w 1863 roku w Łęczycy. Tajemnicą długo okryta była żona pradziadka Mateusza. Tata nie pamiętał jej imienia. Archiwalia odkryły je przede mną — nosiła imię Józefa. Ale w księgach parafialnych przy zapisie o ślubie Mateusza Pisarkiewicza z Józefą nie odnotowano ani rodziców Mateusza, ani nawet nazwiska Józefy. Zostały niezapisane rubryki. Tak jakby coś przeszkodziło księdzu.

Józefa miała pracować w osadzie fabrycznej Leśmierz, gdzie była potężna cukrownia. Pradziadek był podobno w niej majstrem. Tata opowiadał, że robotnicy nosili laski. Taka zapanowała moda. A wszyscy mieli je wydrążone i wynosili w nich cukier. Mateusz też nosił laskę. Tyle o Leśmierzu pod Łęczycą.

Pewien daleki krewny opowiadał mi, że Pisarkiewiczowie przybyli do Leśmierza z właścicielami cukrowni — Niemcami o nazwisku Boetticher — budować zakład dla Towarzystwa Przemysłowego. Byli z Kalisza lub okolic. Może od strony Turku? Boetticher przywiózł ich trzech — braci, świetnych fachowców, mechaników, którzy pracowali dla niego już wcześniej. Tato opowiadał mi, że Pisarkiewiczowie przybyli do Łęczycy z Kalisza, a do Kalisza z Wilna. Może stary człowiek mówił prawdę o owych trzech braciach? A może to tylko kolejna legenda. Cukrownię wzniosła przecież rodzina Wernerów. Boetticherowie związali się z nią wiele lat później. Może wtedy trzej bracia przybyli z Kalisza wraz z nimi? Legendy są trwalsze od prawdy.

W końcu lat 80. XX wieku prof. Jan Ciechanowicz z Wilna napisał do mnie list. Znalazł dokumenty z XVI wieku o Pisarkiewiczach herbu Łabędź. Mieszkali na litewskim Podlasiu. Rodzina? Któż to wie … Tata wspominał jeszcze za Gierka, że są krewni w Wilnie. Nigdy się nie odezwali. Ani my do nich.

Mateusz ożenił się w 1893 roku z tajemniczą Józefą i zamieszkali razem w Łęczycy. Pradziadek Mateusz został szewcem, a Józefa podobno pracowała w szpitalu Św. Mikołaja. Mieli piątkę dzieci. Najstarszego Jana urodzonego w 1894 roku (który był ojcem mego taty Jerzego) i Józefa, chyba nazwanego tak na cześć moje prababki? Jan został piekarzem, a Józef cukiernikiem. Oprócz nich byli jeszcze Andrzej, Anna i … Marianna. Nic o nich nie wiem. Ani o ich bracie lub kuzynie, którego zdjęcie mam w rodzinnym albumie — podobno zginął na wojnie z bolszewikami.

Mój pradziadek Mateusz Pisarkiewicz był synem Ludwika Pisarkiewicza i Ewy z Nowaków. Wywodzili się z okolic Siedlca pod Łęczycą, może ze wsi Dąbie lub z sąsiednich Koryt. Czy Mateusz miał więcej rodzeństwa? Kim byli pra-pradziadkowie Ludwik i Ewa, kim byli ich rodzice? Oj, Wańkowicz jednak nie podałby mi ręki, choć to moi pra-pradziadkowie.

Józefa, żona Mateusza a moja prababka, nazywała się z domu Krzyżaniak i była córką Walentego i Anny z Duniaków. Krzyżaniakowie mieszkali w Drozdowie, gdzieś między Świnicami św. Faustyny a Piaskami, gdzie po maturze pracowała w szkole moja siostra Alicja.

*

Nawet jeśli Pisarkiewiczowie z Podlasie byli w XVI wieku szlachtą, to moi Pisarkiewiczowie z wsi podłęczyckich byli po prostu rzemieślnikami. Mieszkali w okolicach Siedlca w Szarowiźnie, Korytach i wsi Dąbie. Stamtąd przesiedlali się do Łęczycy i dalej w świat.

*

Koło Jackowa leży wieś Siedlec zwana w okolicy „Silcem”. Do Łęczycy stamtąd jest może jakieś siedem kilometrów. Może tam Stanisław z Marianną wzięli ślub? Może tam chodzili na mszę? Może spoczęli na cmentarzu za kościołem? A może w Łęczycy?

W Siedlcu za młynem jest w parku obszerny dwór … Boetticherów.

Jacków leży w pobliżu wzniesień. Jedno z nich, zwane Diabelskim, okaleczono obszerną żwirownią pod szczytem. Wyrobiska napełniły się wodą tworząc obrośnięte pałkami wodnymi stawiki. Po drugiej stronie szosy kłodawskiej ciągnie się przy drodze las. Pofałdowana okolica nie nuży oka.

Obok kapliczki latami pobielanej wapnem, teraz pewnie emulsją, jasna droga biegnie wzdłuż czerwonych, ceglanych czworaków, w stronę stawu z błotnistą wodą. Przy nim się rozdziela. Jedna część skręca w stronę szarego „pałacu”, druga biegnie w dół, do domów leżących u podnóża kolejnego wzniesienia. W głębi pola leżącego za pałacem była niewielka wyspa okolona stawem i porośnięta starymi drzewami. Może prababka Marianna siadywała tu po lekcjach z dziećmi dziedzica Żakowskiego? Może państwo Żakowscy częstowali ją herbatą w ogrodzie. Porcelanowe, białe filiżanki z różanym motywem stały na stoliku pośród świergotu ptaków kołujących nad doliną. Marianna rozmawiała po francusku z panią dziedziczką, a wokół pachniało dojrzałością jabłek.

Ktoś z rodziny twierdził, że dziedzic dał Mariannie i Stanisławowi do ślubu swój powóz, ale prawdopodobnie nie im, ale ich synowi Tadeuszowi na ślub z Florentyną, który był w pobliskim Siedlcu.

Nigdy nie dowiem się prawdy. Z jakiegoś powodu umknęła w swój świat i nie chce połączyć się z moim. Znam tylko ich imiona i wiem ile mieli lat, gdy narodził się Tadeusz. On 36, ona 22. Chrzestnymi Tadeusza zostali Michalina Redlicka i Stanisław Król. Tadeusz po latach ożeni się z Florentyną Król, której brat miał na imię … Stanisław. Podobno przypadki nie istnieją. Nie wierzę w przypadki. Widocznie Tadeusz i Florentyna byli sobie przeznaczeni. Reszta …, reszta jest zaszyfrowana nieodgadnioną przeszłością. Nawet nie wiem czy pradziadkowie naprawdę byli spod Turku.

Z czasem Stanisław i Marianna przenieśli się podobno do Łęczycy. Zamieszkali w kamienicy obok więzienia. Legenda od lat wiąże ten dom z Marią Konopnicką, która miała w nim haftować powstańcze sztandary w 1863 roku. Może Stach pieszczotliwie nazywał żonę Anną?

*

Dziadek Tadeusz uwielbiał filmy. Kinoteatr „Oaza” znajdował się w Łęczycy w starym teatrze miejskim obok kazimierzowskiego zamku. Jego scena pamiętała jeszcze Władysława Reymonta, który grał tu przez dwa sezony w XIX wieku. Tadeusz Papierski pasjami chodził do kina. Kochał filmy i konie. Miał przedsiębiorstwo transportowe, czyli … własnego „rumaka” pociągowego i rolwagę. Zarabiał wozactwem na życie. I żył ekranowymi mirażami.

Nie wiem gdzie poznał królewnę Florentynę. Może na zabawie w parku? A może przewoził coś dla jej rodziny z Solcy lub Garbalina do Łęczycy lub odwrotnie? A może do Wróblewa, gdzie babcia Florentyna, dziewczyna wówczas, służyła w majątku Prądzyńskich. Może nawet w samym dworze, do którego tak często zaglądała, zaprzyjaźniona z właścicielami, św. Urszula Ledóchowska. W każdym razie Tadeusz pokochał Florentynę Król, a ona jego. Wzięli ślub w 1932 roku w podłęczyckim Siedlcu. Bliziutko Jackowa. Czy jeszcze żyli wtedy Stanisław i Marianna?

Tadeusz i Florentyna z Królów Papierscy. Brat Florentyny, Stanisław, będzie przez lata gospodarzyć w … Jackowie. Tadeuszowi i Florentynie urodziło się kilkoro dzieci, w tym moja mama Irena Marianna. Prócz niej Janina i Kazimierz A później wybuchła wojna. Jeszcze w sierpniu 1939 roku Tadeusz uściskał żonę i zgłosił się do Kutna do 37 Łęczyckiego Pułku Piechoty. Bił się z nim jako celowniczy ckm. Jego pułk walczył w Wielkopolsce i nad Bzurą. Gdzieś koło Łowicza czy Sochaczewa była przerażająca jatka. Mało kto przeżył. Dziadkowi się udało. Resztki pułku wzięto do niewoli. Tadeusz trafił podobno do przejściowego obozu w Ozorkowie koło … Łęczycy. Jakim był żołnierzem? Ilu zabił Niemców? Co czuł? Wielbiciel koni i kina w rzezi nad Bzurą. A kilkanaście kilometrów dalej Florentyna z trójką dzieci. Zachowało się zdjęcie w podartym mundurze łatanym pod pachami. Wąs jasny sterczy zawadiacko pod nosem, ale oczy bardzo odległe. Jeniec z numerem 325 przyczepionym do munduru z polskimi guzikami. Niezwykłe, że był tak blisko swoich, by ich zobaczyć dopiero za kilka lat, po wojnie.

*

Dziadek Jan Pisarkiewicz musiał być chłopakiem zadziornym. Pewnie dlatego wstąpił w czasie I wojny światowej do POW.

Wyłudziłem kiedyś od krewniaka, za rzadkie wydawnictwo o eksperymentach narkotycznych Witkacego, zdjęcie dziadka Jana w mundurze. Przesłał je z frontu w 1919 roku do Piekarni Pana Mundta w Łęczycy, do Józefy Wierzbowskiej, późniejszej żony. Bił się wtedy gdzieś na froncie białoruskim w okolicach Druji nad Dźwiną. Do zdjęcia zrobionego u miejscowego fotografa dołączył znaczek i wysłał jako pocztówkę do Łęczycy. Tak się kiedyś robiło. Zdjęcia miały nawet pola adresowe na odwrocie. Tato mówił, że Jan był podoficerem. Walczył potem podobno w Wyprawie Kijowskiej. Miał jakieś medale czy krzyże. W domu śpiewało się piosenki legionowe. Ale także „Asturię”.

Nie wiem, kiedy Jan pobrał się z Józefą, która była córką Rocha Wierzbowskiego z Wilczkowic pod Łęczycą i … Marianny ze Szczechów. Nie wiem nic o jej matce, czyli nie znam kolejnej prababki!! Babcia Józefa miała siostrę Zofię, urodzoną w 1894 roku. Inna siostra czy kuzynka Józefy, Stanisława, jeszcze w czasach szkolnych mieszkała w Warszawie. Wpadła w oko Krzysztofowi Kamilowi Baczyńskiemu. Smalił do niej cholewki. Mieszkali w jednej kamienicy w Warszawie: Stanisława, Baczyński i Bohdan Tomaszewski. Cóż … Stasia dała Krzysztofowi kosza, mimo że pisał dla niej piękne wiersze. Mówiła, że był za blady i za chudy. Gdy wybuchło powstanie i trzeba było ewakuować się kanałami, Stasia powiesiła na szyi woreczek ze swoimi dokumentami i wierszami Baczyńskiego pisanymi dla niej. W kanałach zerwał się z szyi i przepadł. Ideał sięgnął ścieku. A ja zdobyłem zdjęcie dziadka za książkę o narkotyzującym się Witkacu.

Jan i Józefa mieli szóstkę dzieci: Władysława (górnika w Walii), Józefa (dyrektora banku w Koninie, pochowanego we Wrocławiu) Henryka (kierownika PZGS w Łęczycy), Jerzego (mechanika samochodowego — mojego tatę) Barbarę (urzędniczkę) i … Mariannę (nauczycielkę w Słowiku). Pisarkiewiczowie i Papierscy. Mieszkańcy ulicy Poznańskiej w Łęczycy. Tam poznali się moi rodzice Irena i Jerzy. Mama — członek Związku Zawodowego Marynarzy i Portowców, gdyż … przez wiele lat była sprzedawczynią w sklepie rybnym w rynku w Łęczycy.

*

Tadeusz Papierski trafił z obozu jenieckiego na roboty do Niemiec. Zachowało się kilka zdjęć. Jedno jest legitymacyjne. Dziadek w cywilnym ubraniu. U dołu numer 73 665 — smutny, zmęczony mężczyzna z wielkim, sumiastym wąsem. Inne jest grupowe — kobiety i mężczyźni. Na marynarce dziadka romb z literą „P”. Pracowali całą grupą u bauera. Po wojnie Tadeusz wrócił do domu z ogromnym obrazem — oleodrukiem przedstawiającym „Najświętsze Serce Jezusa”. Czemu go przytargał z głębi Niemiec? Coś mu miał przypominać? Modlił się przed nim przez te lata niewoli? Musiał być ważny. Wisiał całe lata u babci w pokoju nad ich ogromnym, podwójnym łożem małżeńskim w strychowym mieszkaniu przy Poznańskiej w Łęczycy, która przez pewien czas nazywała się ulicą Waryńskiego. Wnętrze oleodruku było w bogatej ramie, ale wypaczyło się, jakby dopadła je wilgoć. Nie wiem, co się stało z dziadkowym Chrystusem. Jak on przytachał tego kolosa?

Inną pamiątką, która przywędrowała z dziadkiem z Niemiec był młynek do kawy. Drewniany, łączony „na zrąb”, z białym, emaliowanym wsypem. Na przodzie, nad szufladką, miał owalną metalową tabliczkę firmową z zatartym napisem. Wyraźnie zachowało się jedynie słowo „Garannert”.

Na zdjęciach dziadka z robót, na odwrocie, fotograf przybił niebieską, tuszową pieczątkę. Okrągłą, z napisem w otoku: „Photo Zwangs Innung, reg. Bez. Magdeburg”.

Babcia Florentyna także pracowała u Niemców. Nie wiem, gdzie ją zatrudniono. Nie wiem, kto w tym czasie zajmował się dziećmi. Na starym zdjęciu z robót obiera ziemniaki siedząc na ziemi w fartuchu przed jakąś gotycką budowlą. Rodzina starła się o jej powrót i Niemcy ją puścili. Spotkali się z Tadeuszem dopiero po wojnie. I narodził się Zbigniew. Dziadek był jednak schorowany. Nadal kochał rodzinę, konie i kino. Ale widać, było to zbyt mało, aby żyć. Zmarł na gruźlicę w szpitalu w Kruku pod Gostyninem. W tym samym pewnie, w którym jego córka Irena, wiele lat później, będzie dochodzić do siebie po kolejnym zawale. Dziadek zmarł lata całe przed moim narodzeniem. Miał 44 lata. Jestem od niego starszy … Nie wiem jak walczył, nie wiem jak pracował, jakim był mężem i ojcem, jak tęsknił, w jaki sposób wrócił do domu i czemu z tym obrazem. Nie wiem. Wszystko, co po nim zostało, poza kilkoma opowieściami, to zdjęcia z obozu, młynek, książeczka wojskowa. Najważniejsze, co zostawił to dzieci, które już w pełnym komplecie podążyły za nim.

*

Dziadek Jan piekł chleb we własnych piekarniach w Łęczycy i w Witoni. W latach trzydziestych był mężem zaufania w wyborach lokalnych. Nie wiem jednak, jakiej partii był członkiem lub zwolennikiem. W dokumentach tego nie odnotowano. Ciekawe, jakie miał poglądy? Piekł chleb i uwielbiał swoją żonę Józefę (Józefę, jak jego matka). Gdy wybuchła wojna wcielono go do któregoś pułku. Nie mam pojęcia jakiego. W trakcie walk jego odział trafił na wschód i … do sowieckiej niewoli. On, podoficer i odznaczany żołnierz wojny z bolszewikami, a tu bolszewicki pljen. Zerwał dystynkcje. Nikt z podkomendnych go nie wydał. Rosjanie trzymali żołnierzy na polu czy pastwisku otoczonym kolczastym drutem. Trwało to kilka dni. W końcu, którejś nocy, zwiał z kolegą z Łęczycy. W mundurach przeszli przez ponad pół Polski i dotarli do miasta nad Bzurą. Pewnie uniknęli śmierci? Na pewno zsyłki. A może gdyby nie uciekł trafiłby z czasem do Anglii i spotkał syna Władysława, którego więcej nie zobaczył?

Całą wojnę piekł chleb. I tęsknił za najstarszym dzieckiem, Władkiem, którego przed wojną chciał pokierować na piekarza. Władysław Pisarkiewicz we wrześniu 1939 roku sfałszował swoje dane i poszedł z grupą starszych harcerzy na ochotnika do wojska. Bronił stolicy i tam dostał się do niewoli. Podobno sam zgłosił się na roboty i trafił pod francuską granicę. Uciekł. Taki miał plan. Dalej mówi się różnie. O Tobruku — mało prawdopodobne — i Monte Cassino. Faktem jest, że po wojnie zaczął przysyłać listy z fotografiami w mundurze z Anglii. Na ciemnym berecie orzełek w koronie. Wtedy u nas budowano socjalistyczny kraj bez regaliów w godle. Odwiedził Polskę dopiero za Gierka — już po śmierci swoich rodziców. Sam umarł wkrótce po powrocie z Łęczycy na Wyspy. Pracował jako górnik w Walii. Pobrał się z angielską dziewczyną o imieniu Constantine (Koni) i miał pięcioro dzieci — Michała, Szymka, Janka — pewnie na cześć ojca — Krysię i Józię (na cześć mamy). Nigdy ich nie widziałem. Pisarkiewicz to trudne nazwisko — Anglicy mówili na wujka „Piters”. Mieszkali chyba w Yorkshire?

Dziadek Jan. Pod koniec wojny niemiecki piekarz, u którego pracował, w obawie przed Rosjanami postanowił wiać na Zachód. Całe mienie przepisał dziadkowi, którego polubił jako człowieka i fachowca. Z czasem wspaniałe fotele po szefie Jan podarował do łęczyckiej fary — do dziś służą księżom podczas mszy. A może to zrobiła Józefa? Stół od kompletu stoi zaś w pobliskim klasztorze ss. Urszulanek. Mieszkanie w budynku Klasztoru przy Panieńskiej — ostatni wspólny adres babci Józefy i dziadka Jana.

Nie jadłem nigdy dziadkowego chleba. Odszedł przede mną. Kiedyś trafiłem z kolegą do „Giganta”, jak nazywano ogromną piekarnię miejską — gdy pracownicy dowiedzieli się, czyim jestem wnukiem, wspominali dziadka z szacunkiem. Był chyba szefem tego położonego obok kopalni zakładu piekarskiego. Gdy zmarł w 1961 pochowano go w Łęczycy na cmentarzu rzymskokatolickim w dawnej części prawosławnej. Konspirował przeciwko Rosjanom, walczył z bolszewikami i spoczął … wśród prawosławnych.

Prababka Józefa podobno zmarła w 1943 — pochowano ją na utworzonym przez Niemców cmentarzu nad Błotami — zlikwidowanym po wojnie. Syn Józef, brat Jana, wymurował jej tabliczkę na grobie w Łęczycy. Jest na nim do dziś. Nie wiem gdzie leży jej mąż Mateusz, także zmarły w czasie okupacji — cmentarz łęczycki był wówczas zamknięty przez Niemców. Być może spoczął w Górze św. Małgorzaty. Zmarł w 1942 lub 1943 roku. Grób zanikł. Tak jak gdzieś zanikł grób pra — pradziadków — Ludwika i Ewy.

*

Panta rhei. Kto pamięta Andrzeja Pisarkiewicza — granatowego policjanta, którego w czasie wojny ukrywała Niemka. Mieszkał w Zgierzu (gdzie się zresztą urodziłem, bo szpital w Łęczycy był w remoncie). Andrzej mógł być bratem mojego dziadka Jana. Jego żona Sabina była podobno sanitariuszką w Powstaniu Warszawskim. Kto wspomina brata mojej mamy, Kazimierza Papierskiego, który sypiał w czasie służby wojskowej na wycieraczce Cyrankiewicza, jako jego ochrona?

A ów kuzyn — zakonnik bernardyński z klasztoru w Kole. Kim był? Z której gałęzi? Kto … kto … kto … Mnożniki pytań w ekonomii pamięci. I jeszcze wujek Zelba, zwany Dużym Heniem (w odróżnieniu od swego szwagra, niezbyt wysokiego Małego Henia), żołnierz AK, a po wojnie urzędnik — mąż mojej matki chrzestnej Barbary z Pisarkiewiczów — siostry mojego taty i Małego Henia. Duży Henio z ojcem i braćmi poszedł do partyzantki w Kieleckie. Podobno Zelbowie byli ze Śremu, skąd zatem Kieleckie?

Czy szewc Walenty Pisarkiewicz — syn Ludwika i Heleny z Pacholczyków i jego bracia: Aleksy (carski strażnik ziemski) i poborowy żołnierz carski Marcin Pisarkiewicz z Szarowizny pod Siedlcem byli braćmi pradziadka Mateusza? Czy pra-pradziadek Ludwik drugi raz się ożenił? Dziadek Mateusz był synem Ludwika i Ewy, ale Walenty, Marcin i Aleksy byli dziećmi Ludwika i Heleny. A Klemens Pisarkiewicz? Kim był dla Mateusza? Mnożenie pytań w nieskończoność. A jeszcze legendarni trzej bracia Pisarkiewiczowie, którzy za Boetticherem przybyli do Leśmierza? Ponoć jeden z nich w trakcie bójki o dziewczynę na zabawie zabił człowieka i uciekł do USA, gdzie powstała nowa linia Pisarkiewiczów. Czy to prawda? Nie wiem. Tak mało wiem. Nie zdążyłem zacząć pytać, gdy prawie wszyscy odeszli.

*

W 2014 roku wizerunki moich dziadków Jana i Tadeusza spotkały się na stronicach wydanej w Łęczycy „Historii grobami pisanej”.

*

Irena Papierska i Jerzy Pisarkiewicz pobrali się w latach 50. XX wieku i urodziło im się troje dzieci: Krystyna (psycholog i samorządowiec), Alicja (rusycystka), najmłodszy to ja, Mirosław (historyk). Wszyscy po Uniwersytecie Łódzkim.

*

Pozbierałem te ułomki, by wiedzieć skąd jestem. By rozumieć litery odnawiane na rodzinnych pomnikach. Nie wiem, czy ta wiedza zmienia cokolwiek w moim życiu? Jest przecież taka … mizerna. Wańkowicz złapałby się za głowę. Ale to część mnie. I zanim odejdę, muszę ją przechować w słowie. By trwała. Choć to w większości znaki zapytania i parę zdjęć. Cóż … ja mam przynajmniej tajemnicę. Do nierozszyfrowania. I odgłosy z niepamięci:


— Anno!

— Staszku!

— Gefangen Papirsky?

— Pljennyj Pisarkjewicz!

— Panie kapralu, wiejemy?

— Wiejemy Heniek, bo Ruskie nas rozwalą.

— Dobry chleb Panie Janie, dobry chleb …

R.I.P, Almanach literacki poświęcony pamięci zmarłych, Lubliniec 2015


Jan Pisarkiewicz, syn Mateusza, wnuk Ludwika — zdjęcie wykonano w 1919 r. na wojnie z bolszewikami.
Jan Pisarkiewicz, syn Mateusza, wnuk Ludwika — lata 20. XX w.
Józefa z Wierzbowskich Pisarkiewicz — żona Jana.
Tadeusz Papierski, syn Stanisława — zdjęcie z 1939 r. z niewoli niemieckiej.
Tadeusz Papierski, syn Stanisława — zdjęcie z lat 40. XX w. z robót w Niemczech.
Florentyna z Królów Papierska — żona Tadeusza.
Jerzy Pisarkiewicz, syn Jana, wnuk Mateusza — około roku 1950.
Jerzy Pisarkiewicz, syn Jana, wnuk Mateusza — około roku 1950.
Jerzy Pisarkiewicz, syn Jana, wnuk Mateusza — około roku 1950.
Irena z Papierskich Pisarkiewicz — żona Jerzego, córka Tadeusza i Florentyny, zdjęcie z lat 50. XX w. w mundurze Służby Polsce.
Władysław Pisarkiewicz, syn Jana, wnuk Mateusza — Anglia 1947.

Życie monastyczne w Łęczycy

Zakony w Łęczycy na przestrzeni dziejów

Życie monastyczne w Łęczycy ma 1000-letnią tradycję. Niemal bez przerwy od przybycia Benedyktynów do grodu nad Bzurą w początkach Państwa Polskiego aż do dziś funkcjonują w mieście różnorodne zakony.

Niemal zawsze było ich kilka jednocześnie. Największy rozkwit życia zakonnego nastąpił w I Rzeczypospolitej, kiedy w Łęczycy funkcjonowały trzy zakony męskie, jeden żeński oraz żyjący we wspólnocie mansjonarze.

Czasy bez zakonów to wiek XII i część XIII, kilkadziesiąt lat po powstaniu styczniowym, w wyniku którego Rosjanie usunęli Bernardynów z miasta, oraz okupacja hitlerowska, gdy do obozów wywieziono Jezuitów i Urszulanki.

Obecnie funkcjonują w Łęczycy dwa zgromadzenia — żeńskie Urszulanek SJK i męskie Bernardynów.

Temat życia monastycznego w Łęczycy nie jest kompleksowo zbadany. Nadal trwa dyskusja o opactwie na łęczyckim grodzie — pierwszym klasztorze w Łęczycy a być może i w Polsce. Poza ostatnimi publikacjami książkowymi o Bernardynach i Dominikanach, które zebrały podstawowy zrąb wiedzy oraz cyklem materiałów o publikowanym na łamach „Posłańca Bernardyńskiego” niewiele wiadomo o działalności zgromadzeń w Łęczycy. Być może prezentacja poniższego materiału stanie się impulsem dla badań dziejów monastycyzmu w Łęczycy, którego 1000-letnie tradycje w mieście są chlubnym wyjątkiem w skali kraju — takim wyjątkiem mogą poszczycić się jedynie Kraków i kilka równie starych polskich miast.

Zakony męskie

Benedyktyni


Według tradycji opactwo benedyktyńskie w Łęczycy miał założyć św. Wojciech lub któryś z jego towarzyszy, być może jego brat abp Radzim — Gaudenty, według innych poglądów stało się to około 1000 roku. Niepotwierdzona tradycja głosi, że jego pierwszym opatem miał być Anastazy Astryk z Awentynu — identyfikowany ze św. Anastazym. Opactwo podupadło w latach 1031 — 1039, ale zostało odnowione przez Bolesława Śmiałego już jako obiekt Kanoników Regularnych z Trzemeszna. Wymieniane jest jako abacja NMP w Bulli Gnieźnieńsjkiej z 1136 r. Prof. Poklewski — Koziełł uważa, że nosiło równoległe wezwanie św. Aleksego, a oba wezwania przejęła postawiona na miejscu opactwa kolegiata łęczycka. Na przełomie XI — XII w. opactwo przeszło w ręce arcybiskupów gnieźnieńskich. W roku 1127 abp Jakub ze Żnina miał tu wyświęcić bp. Poznańskiego Marcina. Pod archikolegiatą łęczycką w obecnym Tumie odkryto relikty budowli podczas badań w latach 60. XX w. — prawdopodobnie są to pozostałości opactwa.

Benedyktyni przebywali w Łęczycy, jako pierwszy zakon, około, 30 — 70 lat. Nie zachowały się w żadne informacje o ich działalności. Prawdopodobnie prowadzili pracę edukacyjną jako forpoczta chrześcijaństwa.


Kanonicy Regularni


Podupadłe opactwo benedyktyńskie za sprawą abp Jakuba ze Znina stało się około 1031 r. własnością Kanoników Regularnych z Trzemeszna mających swój kościół w Górze św. Małgorzaty. Podczas wymiany tynków w Górze odkryto znaczne połacie romańskich ścian, lecz je ponownie zakryto. W rękach Kanoników opactwo pozostawało prawdopodobnie do końca XI w. Neguje to R. Rosin w Monografii Łęczycy zwracając uwagę na niezgodność dat.


Cystersi


Trudno ocenić czy zakon cysterski miał w Łęczycy swoich przedstawicieli czy tylko był właścicielem ziemi. Cystersi związani są z Łęczycą poprzez kościół św. Krzyża, który miał ufundować po 1161 r. przebywający na konsekracji kolegiaty łęczyckiej książę Henryk Sandomierski. Kościół wzmiankowany jest jednak dopiero od 1235 r. kiedy archidiakon krakowski Gumbert nadał go klasztorowi cystersów w Wąchocku. Brak jednak danych, kto zajmował się świątynią. Wiadomo, że w 1299 r. Władysław Łokietek nadał wieś Wichrów pod Łęczycą kościołowi p.w. św. Krzyża na tzw. Emaus — plebanem był wówczas podkanclerzy Łokietka, stąd przypuszczenie, że Łokietek nabył kościół od cystersów z Wąchocka. Kościół przestał istnieć najprawdopodobniej po 1396 r.


Dominikanie


Kompleks, z którego zachowało się obecnie prezbiterium kościoła i część klasztoru zbudowany został według tradycji w XIV w. przez Kazimierza Wielkiego. Pierwotnie pod. wezw. św. Doroty Kapadockiej i św. Stanisława ufundowany został naprawdę przed 1297 r. przez Władysława Łokietka i księcia Kazimierza Łęczyckiego. Prawdopodobnie w latach 1338 — 1404 nosił wezwanie św. Jana Chrzciciela. Według tradycji być może także w jakimś okresie wezw. Jacka Odrowąża. Już w 1299 r. Łokietek odbywał u łęczyckich Dominikanów narady z arcybiskupem gnieźnieńskim. Przeorem łęczyckiego konwentu był m.in. w XV w. Mikołaj z Łęczycy — inkwizytor arcybiskupstwa gnieźnieńskiego. W 1430 r. odbył się w łęczyckim klasztorze synod polskiej prowincji Dominikanów. W 1434 r. abp Wojciech Jastrzębiec konsekrował w kościele Dominikanów w Łęczycy przyszłego prymasa Władysława Oporowskiego na biskupa kujawskiego. W 1441 r. synod biskupów w Łęczycy nadał liczne przywileje polskim Dominikanom. W 1459 r. w murach klasztoru odbył się synod prowincjonalny. Kościół spłonął doszczętnie w 1462 r., aby umożliwić jego odbudowę abp Krety — legat papieski Hieronim nadał świątyni przywileje odpustowe. Przywilejami łęczycką świątynię obdarzyli także liczni królowie od Kazimierza Jagiellończyka po Augusta III Sasa. Po pożarze z 1616 r. szlachta województwa łęczyckiego zobowiązała się łożyć na jego odbudowę. Kompleks rozbudowano dodając m.in. kolejne skrzydło na przełomie XVII i XVIII w. W 1799 r. władze pruskie skasowały klasztor. Dominikanie przenieśli się do Sochaczewa. Dwa lata później częściowo rozebrano kościół i klasztor, a kompleks został zamieniony przez Prusaków na więzienie. Pracami kierował Hilary Szpilowski. Przebudowali je także Rosjanie w połowie XIX w. dodając jedno piętro. Funkcjonowało tu więzienie śledcze. W okresie Rewolucji 1905 r. więzienie było miejscem słynnych strajków głodowych organizowanych przez więźniów politycznych caratu. Osadzono tu, m.in.: męża Marii Konopnickiej, rewolucjonistów 1905 r., Mieczysława Moczara w okresie II RP (pobyt w więzieniu opisał w książce „Barwy walki”), działaczy konspiracyjnych w okresie okupacji hitlerowskiej — wielu zamordowano, m.in. brata Stefana Ignara. W okresie Stalinowskim osadzono Władysława Gomułkę, żołnierzy AK, których mordowano i grzebano na miejscowych cmentarzach. W stanie wojennym internowano w jego murach działaczy „Solidarności”, m.in. Władysława Frasyniuka. W ścianach głównego gmachu zachowały się pozostałości dwóch baszt obronnych z XIV w. W 2006 roku więzienie zlikwidowano.


Podczas wymiany tynku na więzieniu na przełomie XX/XXI w. uwidocznił się barokowy łuk sklepienia dawnego kościoła

W dokumentach gminy żydowskiej w Łęczycy (archiwum w Łęczycy) znajdują się zapisy o płaceniu przez łęczyckich Żydów podatków na rzecz dominikanów przeniesionych z Łęczycy do Sochaczewa pochodzące z przełomu XIX/ XX w.


Duchacy


Około 1521 r. mieszczanie łęczyccy ufundowali murowany kościół szpitalny p.w. św. Ducha. Wcześniejszy, drewniany, istniał prawdopodobnie o wiele wcześniej. Stał w miejscu, w którym obecnie jest skład węgla przy Ozorkowskiej — niedawno odkryto ślady pochówków na dawnym cmentarzu duchackim. Uposażeniem fundacji było 17 ogrodów, częściowo wspierało fundację starostwo. Zarządzający kościołem i szpitalem duchowny przyjął tytuł proboszcza. Proboszcz wg lustarcji z 1765 r. posiadał m.in. folwark, ogrody, gorzelnię lub szynk. Około 1818 roku doszło do konfliktu o prawo do powoływania proboszcza św. Ducha między księżmi z archikolegiaty i z fary. Kościół rozebrano w 1825 r., a fundacja Ducha św. istniała do 1939 r. Czy przy kościele św. Ducha byli Duchacy, czyli Kanonicy Regularni od św. Ducha albo inaczej Duchacy de Saxia — nie ma na ten temat żadnych danych.


Bernardyni (patrz: odrębny artykuł)


Jezuici


W końcu XVII w. archidiakon gnieźnieński i proboszcz łęczycki ks. Franciszek Kraszkowski prawdopodobnie na polecenie prymasa Teodora Potockiego sprowadził do Łęczycy Jezuitów. Początkowo mieszkali w pomieszczeniu nad kaplicą Serca Jezusowego przy farze. Dopiero w 1722 r. prymas Potocki wyłożył fundusze umożliwiające rozwój fundacji. W 1730 r. otwarto drewniane kolegium opodal rynku. W 1731 powstał murowany gmach. Prymas Potocki wiele razy przekazywał sumy na jego rozwój. W 1743 r. podczas pożaru łęczycy zabudowania spłonęły, ale do 1765 r. odbudowano je. Duże datki wiernych i starosty Stefana Szołdrskiego pozwoliły w 1770 r. na rozpoczęcie budowy kościoła. W 1773 r. zakon uległ kasacie. Jezuici prowadzili w Łęczycy nowoczesną placówkę oświatową Szkołę Wydziałowa a następnie podwydziałową podległą Akademii Krakowskiej. Prusacy w 1797 r. w murach kolegium ulokowali koszary, więzienie i teatr. Rosjanie rozebrali niedokończony kościół a kolegium użytkowali nadal jako koszary. W II RP ulokowano tu Starostwo zniszczone podczas nalotu we IX 1939 r. W 1940 r. rozebrano budynki.

W 1922 r. biskup łódzki Wincenty Tymieniecki przekazał za zgodą OO. Bernardynów klasztor w Łęczycy Towarzystwu Jezusowemu. OO. Bernardyni z powodu braków kadrowych nie mogli sami uruchomić placówki w Łęczycy. Jezuici nie tylko włączyli się w życie kulturalne miasta prowadząc chór „Echo”, w czym zasłużyli się ks. superior Andrzej Czarnota TJ, ks. Władysław Wańtuchowski TJ i ks. Jan Kurdziel TJ, ale także w 1926 r. otworzyli niższe seminarium w Łęczycy dla kandydatów do zakonu. Przebywało w nim 18 chłopców. Seminarium istniało do 1939 r. W Archiwum Państwowym w Łęczycy zachowały się ciekawe pamiątki po łęczyckich Jezuitach w postaci podań o dowody osobiste przebywających w Łęczycy księży. Kwestionariusze zaopatrzone są w fotografie. Podczas Bitwy nad Bzurą w klasztorze jezuickim (pobernardyńskim) znalazło schronieniem wielu uchodźców, którzy otrzymywali ciepłą strawę od SS. Urszulanek. Po pierwszym zajęciu Łęczycy przez Niemców hitlerowcy spędzili do klasztoru Jezuitów ludność z przedmieścia oraz masę żydowskich kobiet. Prawdopodobnie chcieli spalić tych ludzi żywcem, czemu przeszkodził atak polskich żołnierzy na bagnety. Już we IX 1939 r. hitlerowcy aresztowali brata Jana Łaskiego. Pozostałych Jezuitów pozostawiono w spokoju do 15 X 1940 r., kiedy to Gestapo aresztowało superiora Stanisława Urbana, ks. Michała Barglewskiego i dwóch innych braci. Po uwięzieniu w Łęczycy przewieziono ich do Łodzi, a superiora Urbana do Warszawy. Rezydencję zamknięto. Po wojnie w Łęczycy pracowało dwóch Jezuitów w latach 1945—46. Następnie klasztor przekazano OO. Bernardynom.


Pijarzy


Na przełomie XVII i XVIII w. zrodził się wśród szlachty województwa łęczyckiego pomysł sprowadzenia do Łęczycy Pijarów z Łowicza. Chciano im oddać nowo wzniesiony piękny gmach Wielkiej Synagogi. Wspaniałość budowli była inspiracją do pomysły jej konfiskaty i oddania Pijarom. Pomysłu nie zrealizowano i ludność żydowska posiadała synagogę aż do 1940 r.


Mansjonarze


Mansjonarze nie byli faktycznie zakonem, choć posiadali pewne występujące w zakonach cechy. Był to kler pomocniczy tworzący kolegia kapłańskie przy najważniejszych kościołach. Na ich czele stał prepozyt. Mansjonarze byli zobowiązani do wspólnego życia i mieszkania przy danej świątyni. Mieli określone obowiązki liturgiczne, a nawet duszpasterskie. Codziennie odprawiali modły chórowe o NMP lub oficja o Męce Pańskiej, Trójcy św. i Eucharystii. Liczba mansjonarzy przy parafii zależała od woli fundatora. Kolegia mansjonarzy utrzymywały się najczęściej z nadań ziemskich.

Nie wiadomo kto i kiedy osadził mansjonarzy przy archikolegiacie w Łęczycy. Być może abp Jan Gruszczyński, który w 1468 nadał im dziesięciny. Pierwsza wzmianka na temat mansjonarzy przy farze w Łęczycy pochodzi z 1473 r. kiedy to abp Jan Gruszczyński zapisał im kilka dziesięcin w testamencie. W 1601 r. prymas Stanisław Karnkowski nadał mansjonarzom łęczyckim dochody z kościoła parafialnego w Solcy Wielkiej.

Dom mansjonarzy w łęczycy znajdował się w miejscu starej plebanii przy ul. Kościelnej. Rozebrano go ok. 1890 r. podczas budowy wspomnianej plebani. Kiedy mansjonarze odeszli z Łęczycy — nie wiadomo. Jeszcze w 1818 r. ks. Wincenty Odrobiński chciał aby proboszcz kościoła św. Ducha był mansjonarzem fary.

Zakony żeńskie

Norbertanki


Późnorenesansowy gmach dawnego klasztoru Norbertanek, powstał z fundacji kasztelana łęczyckiego i brzezińskiego Mikołaja Szczawińskiego w 1603 r. W jego zewnętrznej ścianie zachował się średniowieczny mur obronny i fragmenty baszty, w wewnętrznej fragment kościoła klasztornego, rozebranego ok. 1867 r. (w części północnej parteru istnieją dwie wielkie sale sklepione beczkowo z lunetami — dawny refektarz (?), w jednej z nich znajduje się piękny piec z XIX w. z podobizną Jana III Sobieskiego). Do klasztoru biegnie uliczka Panieńska powstała od nazwy zgromadzenia — Panien Norbertanek. Niewiele wiadomo o dziejach klasztoru. Wzniesiony w 1603 r. dla elitarnego szlacheckiego zakonu Panien św. Norberta spłonął w 1652 r. Wkrótce go odbudowano, ale już w 1684 r. wizytacja kościelna zapisała niepochlebną opinię zakonnicom „żyjącym hulaszczo”, a mieszkańcy nazywali klasztor powszechnie „Pałacem Lucyfera”. Mimo to zakon nadal funkcjonował w mieście prowadząc m.in. browary i wyszynk wódki. W 1777 r. działała przy klasztorze szkoła dla szlachcianek edukowano w niej jednorazowo ponad 20 dziewcząt. Jeszcze król Stanisław August Poniatowski zatwierdził w 1766 r. wszelkie przywileje łęczyckim Norbertankom. Około 1760 r. subprzeoryszą Norbertanek w Łęczycy była Jadwiga Grabska ze słynnego w Łęczyckiem rodu Grabskich herbu Pomian. Zachowanie Norbertanek pozostawiało tak wiele do życzenia, że w okresie Księstwa Warszawskiego przeniesiono je do Strzelna, a klasztor zlikwidowano około 1815 r.. Według legendy jedna z zakonnic dla odkupienia grzechów zgromadzenia została na własne życzenie zamurowana żywcem w murach klasztornych w Łęczycy. Po sprzedaży klasztoru mieściły się w nim składy, a nawet sala teatralna. Około 1877 r. nowa właścicielka Władysława z Zakrzewskich Starzyńska przebudowała budynki na kamienicę, o czym zaświadcza płyta pamiątkowa. W 1946 r. Jadwiga Prakseda Chrempińska przekazała obiekt Siostrom Urszulankom SJK, które użytkują go do dzisiaj jako klasztor urszulański i przedszkole im. św. Urszuli Ledóchowskiej.


Szarytki


Projekt sprowadzenia do Łęczycy Sióstr Miłosierdzia od Wincentego a’Paulo czyli Szarytek pojawił się już w I ćw. XIX w., gdy ks. Prałat Wincenty Odrobiński — proboszcz fary — chciał aby podjęły pracę w szpitalu przy kościele św. Ducha. Próbę sprowadzenia zakonnic do miejscowego szpitala św. Mikołaja podjęto ponownie pod koniec XIX w., ale nie zgodziły się na to władze carskie. Dopiero w 1905 r. dr Maksymilian Ziemnicki doprowadził do zatrudnienia Szarytek w łęczyckim szpitalu. Ich siedzibą stała się kamieniczka leżąca przy obecnej ul. Kilińskiego, będąca wówczas obiektem szpitalnym. Na terenie szpitala siostry utworzyły kaplicę, do której pierwsza przełożona s. Stanisława Jankowska zakupiła szaty i naczynia liturgiczne. Początkowo w mieście były trzy Szarytki, po odzyskaniu niepodległości ich liczba wzrosła do czterech. Siostry pełniły funkcje pielęgniarskie podczas obu wojen światowych i w czasie pokoju. Ze szpitala usunęli je Niemcy. W 1942 r. dwie szarytki wywieziono prawdopodobnie do obozu w Bojanowie.

Po zakończeniu wojny Szarytki wróciły do łęczyckiego szpitala, skąd usunięto je po roku 1965. Przez pewien czas przebywały na plebani a później w Ozorkowie. W latach 70. usunięto Szarytki z całej służby zdrowia. Ostatnią przełożoną Szarytek w Łęczycy była s. Urszula Pniewka.

Przez wiele lat przełożoną Szarytek w Łęczycy była s. Stefania Cieniak spoczywająca w zaniedbanym grobie Szarytek na łęczyckim cmentarzu wraz z siostrami: Marią Paczuską i Władysławą Klimek oraz symbolicznie z s. Stanisławą Jankowską.


Albertynki


Jedyna i niepewna informacja pochodzi od ss. Urszulanek SJK, które twierdzą, że gdy osiedliły się w Łęczycy w 1932 r. to w mieście działało przedszkole lub ochronka prowadzona przez siostry Albertynki. Nie ma potwierdzenia tej informacji ani żadnych konkretnych danych.


Urszulanki (patrz: odrębny artykuł)

Materiał o zakonach łęczyckich był częściowo publikowany w czasopiśmie „Ziemia Łęczycka”, numery: 9/10 (758/759) z IX/X 2010 — 11/12 (760/761) z XI/XII 2010

Kościół i klasztor bernardyński w Łęczycy

Bernardyni mieli przybyć do Łęczycy już w XV w., gdy arcybiskup gnieźnieński Jan Gruszczyński wystawił im drewniany kościół, który przetrwał do 1632 r.1 Być może tylko świątynia, gdyż bernardynów już wtedy najprawdopodobniej w mieście nie było. Wskazuje na to fundacja w tymże 1632 r., nowego drewnianego kościółka dla bernardynów przez Dorotę Piwo z Otolina, wdowę po cześniku płockim Krzysztofie Piwo. Zamierzała ona już w 1631 r. ufundować konwent bernardynom. W tym celu kupiła odpowiednie place na przedmieściu Poznańskim. Arcybiskup Jan Wężyk wydał 26 sierpnia 1631 r. przywilej, na mocy którego delegaci — kanonicy kapituły łowickiej ziemię tę oddali w posiadanie bernardynom, których konwent łowicki wyznaczył do osiedlenia się w Łęczycy2. Byli to zakonnicy: Zygmunt Otrębusz i Bazyli Wierzejski lub inaczej Gabriel z Bydgoszczy i Marcelin z Garwolina3. Drewniany kościółek fundacji Piwowej otrzymał wezwanie Niepokalanego Poczęcia NMP. Poświęcił go o. Baltazar z Witomyśla w dniu 23 maja 1632 r. Bernardyni obok kościółka, który spalił się jeszcze w tym samym roku, rozpoczęli budowę murowanego klasztoru4. Położony poza ówczesnymi murami miasta mieści się obecnie między ulicami Poznańską, J. Kilińskiego, H. Sienkiewicza i Ogrodową.

W trakcie wznoszenia klasztoru okazało się, że możliwości finansowe fundatorki są bardzo znikome. Na domiar złego fundacja znalazła przeciwnika w osobach miejscowego proboszcza, księży mansjonarzy mających siedzibę obok fary i miejscowego konwentu dominikanów obawiających się zmniejszenia swoich dochodów. Ówczesne władze kościelne nakazały jednak duchowieństwu milczenie, a król Władysław IV zatwierdził ziemie nadane bernardynom, natomiast sejm z roku 1635 zwolnił je z podatków5. Murowany, piętrowy klasztor wzniesiono zapewne częściowo przed 1636 r., kiedy to ruszyła budowa jednonawowego kościoła pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia NMP przylegającego do wznoszonego etapami klasztoru, w którego wirydarzu umieszczono na ścianie datę ukończenia gmachu klasztornego w 1648 r. W roku 1652 kościół został konsekrowany. Zdewastowano go wkrótce podczas najazdu szwedzkiego. Ponownej konsekracji po odrestaurowaniu dokonał w 1686 r. biskup sufragan gnieźnieński, Wojciech Stawowski. Podstawą egzystencji zakonników był duży ogród (prowadzony przez nich do dzisiaj) i datki wiernych. Te ostatnie pozwoliły na szybką odbudowę zabudowań po pożarze w 1743 r.6

W drugiej połowie XVIII w. przeniesiono obrady sejmiku województwa łęczyckiego z kościoła parafialnego pod wezwaniem św. Andrzeja Apostoła do kościoła bernardyńskiego. Przynosiło to z jednej strony większe dochody, z drugiej jednak rozliczne kłopoty. Wśród nich częste profanacje, do rozlewu krwi włącznie. Kościół był rekoncyliowany dwukrotnie w latach 1782 i 1788. W roku 1791 sejmiki wojewódzkie przeniesiono ponownie do fary7.

Klasztor w latach 1793 — 1825 miał poważne kłopoty ze strony władz miasta i Gminy Żydowskiej z powodu obrazu wiszącego na frontonie kościoła i przedstawiającego rzekomy mord rytualny Żydów na dziecku z podłęczyckiej wsi, Macieju lub Mateuszu Michałowiczu, które faktycznie zabito w 1639 r. Dziecko uroczyście pochowano w grobach zakonnych. Z czasem zwłoki przeniesiono do kryształowej trumienki i umieszczono w nawie kościoła bernardyńskiego. Obraz został ukradziony i zniszczony prawdopodobnie przez łęczyckich Żydów, natomiast jego kopia wraz z trumienką i metalową tablicą z opisem wypadków przetrwały do lata 1945 r., kiedy to miało owe zabytki skonfiskować UB. Bernardyni mieli w XVII w. podejmować starania o beatyfikację chłopczyka. Krótko przed I wojną światową lub w jej trakcie księgarnia prowadzona przez Teklę Chrempińską i Dawida Przedborskiego z wpływowej rodziny łęczyckich Żydów, wydała widokówkę wg fotografii Tomasza Klepy, przedstawiającą trumienkę z dzieckiem. Wyprodukowano ją w poznańskiej drukarnii Antoniego Fiedlera (ojca pisarza Arkadego Fiedlera)8.

Bernardyni łęczyccy pomagali czynnie powstańcom w latach 1863 — 1864. Ojciec Filip Markowski walczył nawet z bronią w ręku w partii Żylńskiego, a ojciec Rafał Staszakowski zginął pod Dobrzykowem dowodząc powstańczym oddziałem. Inni zakonnicy byli albo zesłani na Syberię, jak gwardian Salwator Sikorski, albo zbiegli za granicę lub trafili pod nadzór policyjny. Wszystko to spowodowało kasatę klasztoru w 1864 r. Kościół wzięła w zarząd parafia św. Andrzeja Apostoła. Budynki klasztorne pełniły rolę koszar, szpitala, a nawet kamienicy mieszkalnej. W okresie PRL umieszczono w nich również biura spółdzielni rolniczej9.

Niewiele wiadomo o dziejach świątyni po powstaniu styczniowym. Być może to w tym okresie powstał na frontonie fresk z NMP, obecnie całkowicie zatarty, a widoczny jeszcze na widokówkach z 1914 r. — pocztówek z widokiem kościoła powstałych przed II wojną światową znanych jest około dziesięciu. Na jednej z widokówek widoczna jest brama — dzwonnica w stylu neogotyckim wybudowana w końcu XIX w., a rozebrana przez hitlerowców10. Z pewnością w dniu 3 maja 1887 r. przebywał w kościele bernardyńskim arcybiskup Wincenty Chościak — Popiel, który tego dnia poświęcił umieszczony w Wielkim Ołtarzu obraz Matki Boskiej Częstochowskiej autorstwa artysty malarza Aleksandra Przewalskiego. Dokument potwierdzający wydarzenie odnaleziono podczas renowacji obrazu. Podpisali go A. Przewalski, pozłotnik Antoni Masilewski, stolarz Franciszek Cimiński i ks. Szmigels11.

W roku 1922 biskup łódzki, Wincenty Tymieniecki, zwrócił się do bernardynów o przejęcie klasztoru. Brak zakonników spowodował objęcie objektu przez zakon jezuitów. Jezuici prowadzili swoją działalność duszpasterską do 1940 r., kiedy to zostali wywiezieni przez Niemców do Łodzi12. W okresie międzywojennym jezuici prowadzili przy kościele pobernardyńskim kilkudziesięcioosobowy chór i orkiestrę — Stowarzyszenie Śpiewaczo — Muzyczne „Echo” (założone przy kościele pobernardyńskim w 1880 r.), którego pracą kierował ks. superior Andrzej Czarnota TJ, a następnie, do wybuchu wojny o. Jan Kurdziel TJ przy pomocy ks. prefekta Władysława Wańtuchowskiego TJ. Zachowało się tableau z rocznicy istnienia „Echa” i programy organizowanych w kościele koncertów muzyki poważnej13.

Z powodu braku księży Towarzystwo Jezusowe zrezygnowało w 1946 r. z prowadzenia klasztoru, do którego dnia 24 listopada 1946 r. powrócili bernardyni. Nie powstał jednak konwent, tylko rezydencja. W Roku 1979 biskup łódzki, Józef Rozwadowski, utworzył przy kościele bernardyńskim ośrodek duszpasterstwa parafialnego, a 27 stycznia 1981 r. powierzył zakonnikom parafię składającą się z części miasta i pobliskich wsi14.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 39.32
drukowana A5
Kolorowa
za 69.3