E-book
6.83
drukowana A5
36.15
drukowana A5
kolorowa
64.72
Opowieści starej Łęczycy

Bezpłatny fragment - Opowieści starej Łęczycy

Objętość:
247 str.
ISBN:
978-83-8126-763-2
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 36.15
drukowana A5
kolorowa
za 64.72

„Opowieści starej Łęczycy”

dedykuję moim cudownym Rodzicom

— Irenie i Jerzemu Pisarkiewiczom

oraz ukochanej babci — Florentynie Papierskiej

Opowieści starej Łęczycy

Wydarzyło się to w 1905 roku. U wysokiego urzędnika rosyjskiego w Łęczycy służyła kobieta, która miała siedemnastoletnią córkę. Dziewczyna, jak to dziewczyna — chodziła z chłopakiem. Traktowała go niemal jak narzeczonego — chłopak nie chciał iść do wojska, zdobyła więc od matki pieniądze i pomogła w zwolnieniu go od obowiązku służenia w carskiej armii. Wszystko wydawało się układać młodym pomyślnie. Ale … młodzian za pomoc wcale nie odpłacił się wdzięcznością. Za, prawdopodobnie czyjąś namową, postanowił dziewczynę rzucić. Jak się wydaje, trafiała mu się po prostu lepsza partia. Podczas jednego ze spotkań powiedział więc biedaczce, że się z nią nie ożeni. W przypływie rozpaczy zagroziła niewdzięcznikowi, że wyda władzom sposób, w jaki udało mu się wywinąć od wojaczki. To popchnęło niedawnego amanta do działania. Postanowił pozbyć się niedoszłej żony. Udał więc, że się przestraszył i że pragnie zgody. Zaprosił dawną miłość na romantyczny spacer niedzielny. Wybrać się mieli w okolice dzisiejszej poczty przy ulicy Kaliskiej, gdzie wówczas znajdował się duży ogród. W nim, za wysokim żywopłotem, była stara, zabita deskami studnia. Nikt jej od dawien dana nie używał. Upiorny narzeczony poluzował dzień wcześniej deski przykrywające cembrowinę … Podczas przechadzki, gdy zaczęło się ściemniać, zaciągnął dziewczynę w pobliże studni i … udusił ją jej własną chustką. Ciało zaś wrzucił do wody i nakrył studnię na powrót deskami.

W domu nie było jej jeden dzień, drugi, tydzień. Rodzina coraz bardziej zaniepokojona, a jej nie ma. Rozpoczęto poszukiwania. Chodzono, pytano. Ów narzeczony również. Oznajmił wszystkim, że rozstał się z nią w niedzielę i od tej pory jej nie widział. W wypytywaniu starał się nawet przodować. Rozpytywano o zaginioną nawet w Łodzi, ale … zniknęła jak kamień w wodę.

W Topoli Królewskiej był w tamtych czasach niewidomy znachor. Ktoś poradził matce kompletnie zrozpaczonej, aby się do niego udała. Kobieta zrobiła to, acz z wahaniem, nic nie dały przecież nawet działania policji, jak zatem pomoże ślepy znachor? Ale, tonący deski się chwyta, a to zawsze jakaś nadzieja, ten znachor.

„Teraz żeś przyszła? Po co przyszłaś? Zresztą czy teraz, czy wcześniej, wszystko jedno. I tak jej nie ma i tak jej nie ma. To znaczy jest w Łęczycy, lecz tam jej słońce nie sięgnie i wody ma dosyć. Szukajcie. Znajdziecie ją”.

Po powrocie z Topoli, matka narobiła rabanu. Policja postanowiła aresztować narzeczonego i wszcząć ponownie poszukiwania. Starsi ludzie mówili: „Jak słońce nie dochodzi i wody ma dość, to należy szukać w studniach …”. Było ich wówczas w mieście bez liku. Przeszukano jednak wszystkie i … natrafiono wreszcie na właściwą. Wezwana Straż Ogniowa wypompowała wodę i wyciągnięto ze środka ciało dziewczyny na powierzchnię. Nadal miała chustkę w ustach.

Na pogrzeb przyprowadzono niefortunnego oblubieńca, który musiał iść w kondukcie w kajdanach. Później zesłano go na katorgę.

Jak twierdzą dawni łęczycanie, historia ta wydarzyła się naprawdę.


(Tekst powstał na podstawie opowieści pani Janiny Kozioł z ul. Żydowskiej 3/5 w Łęczycy)

„Ziemia Łęczycka”, nr 22/23 (667/678),
22 XII 1990

Łęczycanie

Legenda Łęczycy

Kiedy jesienią ubiegłego roku dyrektor łęczyckiego muzeum wnosił Panią Jadwigę Grodzką na własnych rękach na zamkową wieżę, nie przypuszczałem, że widzę ją po raz ostatni. Bardzo wzruszona i jakby troszeczkę zawstydzona opowiedziała, zamiast uroczystej przemowy, fragment życiorysu. Wspominała epizod z Bitwy nad Bzurą, kiedy to omal nie postradała życia, użyta wraz z synami przez Niemców, jako żywa tarcza.

Kilka tygodni później zmarła. Był dzień 17 listopada 1990 roku. Miała 85 lat. Nie udało mi się przeprowadzić z panią Jadwigą wywiadu. Odmawiała mi kilkakrotnie. Nie chciała rozmawiać z żadnym z dziennikarzy. Powiedziała tylko, że nigdy nie będzie rozmawiać z nikim z gazety. Prasa zrobiła jej zbyt wiele krzywd przez swoją niesprawiedliwość.


Fascynujące dzieje rodziny


Fascynujące dzieje rodziny stały się logiczną konsekwencją jej własnego życiorysu. Protoplastą rodu miał być Hiszpan — oficer przybyły do Polski wraz z Napoleonem, według rodzinnego przekazu, osobisty tłumacz Cesarza. Nazywał się Teodor lub Konstanty Cuevas. Nocując w Łęczycy wraz z Napoleonem miał się zakochać w miejscowej szlachciance i osiąść tu na dłuższy czas. Jego potomkowie dorobili się z czasem dużego majątku, zdobyli też w Łęczycy ogromne poważanie. Ojciec pani Jadwigi ukończył w 1883 roku prawo na warszawskiej uczelni. Konstanty Cuevas pojął wkrótce za żonę córkę powstańca 1863 roku Jadwigę z Cybulskich. Z tego związku przyjdzie na świat Jadwiga i jej trzy siostry. Rodzina będzie zasobna. W jej posiadaniu znajdował się od wielu lat słynny Hotel Polski. W nim to, przed Powstaniem Styczniowym, nocował biskup (włocławski Michał Jan) Marszewski, przegnany przez łęczycan za wysługiwanie się zaborcom. W czasie I wojny światowej swój sztab umieścił w nim feldmarszałek August von Mackensen, a w 1937 roku w hotelu Cuevasów rozlokował się marszałek Edward Rydz — Śmigły ze swoimi generałami (podczas wielkich manewrów nad Bzurą). Hotel był ekskluzywny. Posiadał stajnie na 60 koni. Miał własnych kiperów do win, sprowadzanych przeważnie z Węgier. Otaczał go kilkuarowy ogród z fontanną.

Rodzina nie tylko prowadziła interesy, ale zajmowała wiele eksponowanych, publicznych funkcji. W takiej to atmosferze przyszła na świat 21 września 1905 roku Jadwiga.


Jej pasją była wiedza


Szkołę powszechną i gimnazjum ukończyła w Łęczycy. Na Uniwersytecie Jagiellońskim studiowała polonistykę, romanistykę i historię sztuki. Następnie wyjechała do Francji, gdzie pogłębiała wiedzę na Uniwersytecie w Dijon. Wróciła do kraju z dyplomem. W Krakowie także otrzymała tytuł magistra filozofii w zakresie filologii polskiej. Po powrocie do Łęczycy podjęła pracę pedagogiczną w miejscowym gimnazjum, jednocześnie dojeżdżając do gimnazjum w Zgierzu, by wykładać w nim polski i łacinę. Jeszcze w 1930 roku wyszła za mąż za Wacława Grodzkiego, właściciela niewielkiego majątku pod Grodnem, a zarazem dyrektora łęczyckiego oddziału warszawskiej Spółdzielni Rolniczej.


Życie powikłała okupacja


Jadwiga Grodzka, prowadząca w Zgierzu tajne nauczanie, ostrzeżona w porę schroniła się w Łęczycy, unikając aresztowania. Nie zrezygnuje z tajnych kompletów kontynuując je w rodzinnym mieście, pracując jednocześnie w restauracji, w hotelu należącym do jej rodziny, teraz przejętym przez Niemca Lamka z Tallina. Wyzwolenie nie przyniesie pełni szczęścia. Oszukany przez nową władzę mąż, umrze nagle starając się odzyskać rodowy majątek. Ona rzuca się w wir pracy nauczając od 1945 do 1952 języków polskiego i francuskiego w miejscowym Liceum Ogólnokształcącym. Do lat 70. XX wieku wykładać będzie nieprzerwanie w Liceum Pedagogicznym i Technikum Łączności. Nie zrezygnuje także z własnego pogłębiania wiedzy, podejmując w 1949 roku studia ma Wydziale Historii Sztuki Uniwersytetu Łódzkiego.


Jej pasje


Jej pasje z tego okresu, to nie tylko praca z młodzieżą, którą rozumiała i kochała, z wielką zresztą wzajemnością. Celem życia stanie się przywrócenie świetności Łęczycy. Wykorzystując przedwojenne znajomości, a także kontakty turystyczne (jest aktywna na tym polu) doprowadza do zainteresowania sprawą zniszczonej w 1939 roku archikolegiaty łęczyckiej w Tumie. Głównie dzięki jej staraniom rusza odbudowa bezcennej romańskiej budowli prowadzona przez Jana Koszczyc Witkiewicza.

Idee fix staje się następnie zamek. Od 1948 roku Jadwiga Grodzka jest kierownikiem łęczyckiego muzeum. Gromadzi w nim bogate zbiory etnograficzne i historyczne. Chodzi pieszo po wsiach Łęczyckiego zbierając nie tylko stroje i sztukę ludową, ale także legendy, piosenki i zwyczaje.

Przejmuje opiekę nad słynnym ludowym artystą, jakim jest chłopski działacz i poseł na Sejm Ustawodawczy II Rzeczypospolitej, Ignacy Kamiński. Popularyzuje sztukę ludową Ziemi Łęczyckiej w artykułach naukowych i popularnych publikacjach. Organizuje wiele wystaw o niejednokrotnie krajowym znaczeniu, np. w Domu Chłopa w Warszawie. Stara się by Łęczyca była znana w kraju ze swoją przebogatą przeszłością i kulturą.


Odbudowa zamku


Odbudowa zamku staje się jej spełnionym marzeniem. Dzięki niesamowitej wytrwałości i wielu zabiegom doprowadza do rekonstrukcji kazimierzowskiej warowni. Nie byłoby to możliwe bez życzliwości ze strony wielu ludzi, takich jak np. ówczesny konserwator zabytków Zbigniew Ciekliński. Bardzo też pomogły władze wojewódzkie w Łodzi i te w Warszawie. W 1964 roku ruszyła odbudowa według projektu inż. architekta Henryka Jaworowskiego. W 1974 roku PKZ oddało zamek do użytku. Pani Jadwiga w trakcie odbudowy nie tylko trzymała rękę na pulsie tej inwestycji. Zajmowała się także działalnością wydawniczą publikując wiele prac o Łęczycy, również swojego autorstwa. Nadal prowadziła badania naukowe.


Wyrzucono ją z zamku


Wyrzucono ją z zamku mimo tak ogromnych zasług. Partyjne układy okazały się silniejsze od ludzi, którzy próbowali wziąć ją w obronę. Mimo interwencji prof. Stanisława Lorentza i wielu innych znanych osób, odesłano ją w 1973 roku na przymusową emeryturę. Odchodząc z zamku stwierdziła: „Mam jedną satysfakcję — oddałam muzeum w takim stanie jak chciałam”.

Tak głęboka niesprawiedliwość przybiła ją, ale nie złamała. Pracowała jeszcze społecznie jako radna. Pomagała zakładać w Łęczycy oddział Towarzystwa Naukowego Płockiego. Działała w Towarzystwie Miłośników Ziemi Łęczyckiej i w PTTK, w Związku Kombatantów i wielu społecznych inicjatywach. Zawsze skromna, niepozorna, do ostatnich dni starała się być czynna i potrzebna dla świetności Łęczycy. Jeszcze na krótko przed śmiercią pracowała nad rozdziałem do Monografii Łęczycy opracowywanej pod redakcją doc. dr. red. Ryszarda Rosina. Zmarła w szpitalu. Nie wytrzymało serce.


Siostra pani Jadwigi — Janina Rębalska, od której w znacznej mierze pochodzą informacje zawarte w artykule, wspominała pewien dzień w 1990 roku, kiedy to pani Grodzka przyszła do niej w wielkim podnieceniu. Powiedziała wówczas: „Czy ty wiesz kto u mnie był?”. I z radością i niedowierzaniem dopowiedziała szybko: „Dyrektor łęczyckiego muzeum”. Przez prawie 18 lat nikt jej nie zaprosił na zamek, a duma nie pozwoliła jej się tam udać. Przez te wszystkie lata mogła odbudowane dzięki niej mury oglądać tylko z własnych okien, wychodzących wprost na Szlachecką basztę.

„Nowy Tygodnik Płocki”, nr 11 z 17 III 1991

W mundurze i z monstrancją

Są życiorysy zwyczajne i są niebanalne. Życie księdza Zygmunta Frykowskiego należy z pewnością do tych ostatnich. Jest tak barwne, że z powodzeniem mogłoby posłużyć do napisania powieści lub filmowego scenariusza.


Dorastanie


Zygmunt Frykowski urodził się w 1917 roku w Ostrzeszowie. Rodzina była prosta, robotnicza. Ojciec, Roch, powstaniec wielkopolski, był działaczem politycznym. Matka, Julianna, zmarła w 1935 osierocając ośmioro dzieci. Życie Zygmunta zostało przesadzone z chwilą przybycia do miasta Salezjanów. Zanim jednak dopełniło się kapłańskie przeznaczenie, trzeba było jeszcze wielu barwnych i niebezpiecznych dni. W trakcie szkoły powszechnej angażował się w życie religijne służąc do Mszy i pomagając Salezjanom. Zauważono jego predyspozycje do kapłańskiego stanu. Nim trafił jednak do Czerwińska i Krakowa, pracował fizycznie przez wiele miesięcy, przede wszystkim w pracowni introligatorskiej.


W seminarium i na wojnie


Na południe od Lwowa, w Daszawie koło Stryja, przebywał w Niższym Seminarium do wiosny 1939 roku. W marcu powołano go do wojska. Otrzymał przydział do 53 pp 11 Dywizji Karpackiej. Szkolenie w Stryju trwało krótko. We wrześniu wybuchła wojna, na którą poszedł z karabinem w ręku, jako taśmowy ciężkiego karabinu maszynowego umieszczonego na taczance. Jego pułk wyruszył ze Stryja. Zbombardowany 4 września koło Rzeszowa nie opuścił obszaru między Przemyślem a Lwowem. Jak wielu żołnierzy Września Zygmunt Frykowski jedyne strzały oddał do samolotów. W dniu 17 września dostał się do niewoli w okolicach Przeworska. O wkroczeniu Armii Czerwonej dowiedział się od Niemców.


Oszukany jeniec


Po pierwszej nocy spędzonej w leśniczówce Niemcy popędzili wziętych do niewoli do Jarosławia, gdzie trzymano ich tydzień … w parku. Następnie przegrupowano polskich żołnierzy do Przeworska — tam nie dając pożywienia zamknięto wszystkich w cukrowni. Jedyną żywność dostarczali mieszkańcy miasta. W Przeworsku oznajmiono Polakom, że pojadą transportem kolejowym do Katowic i tam zostaną zwolnieni do domów. Przez Kraków i Bogumin wywieziono jeńców do Hemmer … w Westfalii.


W Niemczech


Pracował początkowo w majątku. Pod koniec listopada, z jeszcze jednym żołnierzem z Lidy, trafił do „bauera”. Praca kończyła się codziennym marszem do Peckelsheim, gdzie mieściła się „komenderówka pracy”. W lutym 1940 roku zaproponowano Polakom z zachodnich województw zwolnienie do domu. Ukrywający się wśród szeregowych oficerowie ostrzegali przed podstępem. Mieli rację, ci którzy wyrazili chęć wyjazdu, trafili, ale … do hitlerowskiej armii. Za odmowę zelżono go i wysłano do wyrębu lasu. Wkrótce rozchorował się na czerwonkę. Mimo poważnego nadwyrężenia, po krótkim pobycie w obozie, skierowano go do fabryki niedaleko Bochum. Zły stan zdrowia spowodował ponowne odesłanie do obozu.


W obozowej konspiracji


Kiedy zorientowano się, że Frykowski był w Niższym Seminarium, powierzono mu utworzenie w obozie kaplicy i opiekę nad nią. Wraz z francuskimi kapelanami organizował życie religijne. Trwało to niemal do wyzwolenia. Jednocześnie przydzielono go do pracy w obozowej poczcie. Koledzy wykorzystując to wciągnęli go do konspiracyjnej grupy żołnierzy podporządkowanych Armii Krajowej. Jego zadaniem było przyjmowanie, przychodzących w paczkach z kraju, grypsów. Wpadli. Do obozu przyjechał, prawdopodobnie z Polski, człowiek z listą konspiratorów. Rozesłano uczestników konspiracji do różnych obozów w Niemczech. Trafił z grupą podchorążych w okolice Kolonii. Na peronie kolońskiego dworca dowiedzieli się o lądowaniu w Normandii.

Jesienią 1944 roku znalazł się znów w Hemmer, skąd dużym transportem kolejowym odesłano jeńców na wschód do Mühlberg nad Łabą. Podróż była pasmem udręk — żołnierze dłubali dziury w deskach podłogi na „sanitariaty”. Do obozu leżącego w pobliżu Drezna przywieziono dziewczęta z Powstania Warszawskiego. Jeńcy pomagali im dzieląc się żywnością, ale tej zaczęło wkrótce brakować. W lutym alianci zbombardowali Drezno — mimo kilkudziesięciu kilometrów odległości było jasno jak w dzień od lanych z samolotów środków zapalających. W Wielkanoc Polaków przetransportowano statkami do Drezna. Tam odgruzowywali arterie komunikacyjne i kopali rowy przeciwczołgowe. Niemcy nie dawali już wtedy jedzenia. Jeńcy wykradali koniom obrok i gotowali pokrzywy. Czasem udawało się wymienić za mydło z czerwonokrzyskich paczek coś do zjedzenia. Na początku maja 1945 roku wysłano ich na południe. W rejonie Jeny, 3 maja, w czasie apelu, Polacy zaśpiewali „Jeszcze Polska nie zginęła”. Strażnicy nie zareagowali. Rozpoczęła się masowa ucieczka w kierunku Amerykanów.

Niemcy panicznie bali się Armii Czerwonej. Po bombardowaniu przez „kukuruźniki” miasteczka Teschen Schönau, wkroczyli do niego Rosjanie. Polaków wraz z Frykowskim przygarnęli jeńcy amerykańscy i nowozelandzcy. W obozie przed krasnoarmiejcami chroniły się także Niemki. Był 9 maja 1945 roku. Najpierw przyszła czerwonka, a później dylemat „Co dalej?”. W większości nie chcieli wracać do Polski rządzonej przez komunistów. Tymczasem zorganizowano podział na strefy i wymianę jeńców. Frykowski i jego koledzy dostali angielskie mundury i odtąd udawali brytyjskich żołnierzy. Po kilku dniach zrobiono apel, na którym nastąpiła wymiana jeńców rosyjskich na alianckich. Udało się! Trafili na lotnisko do Norymbergii, skąd przewieziono ich do Francji, a następnie część z nich do Anglii.


Wśród aliantów


W Anglii skierowano Zygmunta Frykowskiego do polskiego obozu szkoleniowego w Szkocji. Ukończył w nim podchorążówkę sanitarną, otrzymał też awans na starszego szeregowca. Po rozwiązaniu armii w 1947 roku zapisał się na kurs fotograficzny, w ramach Korpusu Przysposobienia Zawodowego. Odmówiono mu — pierwszeństwo mieli Anglicy. Skontaktował się wówczas z bratem w Łodzi. Ten zaś odpisał „Wracaj” i zaproponował pracę.


W kraju


Jesienią 1947 roku przypłynął statkiem do Polski. Po przejściu przez gdański obóz „Narwik”, wyjechał do brata, przedwojennego działacza endecji, który w Łodzi prowadził hurtownię. Zygmunt Frykowski pracował w niej do 1948 roku. Następnie zatrudnił się jako kierownik administracyjny Kursów dla Nauczycieli Szkół Średnich w Łodzi. Jednocześnie uzupełniał szkołę średnią w II Liceum i Gimnazjum dla Pracujących. W 1951 roku uzyskał maturę.


Kapłaństwo


W 1952 roku, w wieku 35 lat, dopełnił kapłańskiego powołania, wstępując do łódzkiego seminarium. W jego roczniku znalazł się m.in. późniejszy ordynariusz łódzki bp Władysław Ziółek. W czerwcu 1957 roku uzyskał święcenia kapłańskie, mając lat 40. Przez ponad sześć lat był wikariuszem, kolejno w: Piotrkowie Trybunalskim, na łódzkim Julianowie i w Zgierzu. Pierwsze probostwo otrzymał w 1964 roku w Kwiatkowicach, skąd trafił w 1971 roku do Topoli Królewskiej pod Łęczycą. Z czasem otrzymał godność dziekana tumskiego, którą to funkcję sprawował dwukrotnie. Po likwidacji dekanatu tumskiego mianowano go dziekanem witońskim w 1990 roku, honorując jednocześnie przywilejem rokiety. Nadano mu także godność kanonika. W 1985 roku ks. Frykowskiego odznaczono medalem „Za udział w Wojnie Obronnej 1939 roku”. W sutannę nosi wpięty znaczek organizacji kombatanckiej żołnierzy AK.


Obrazki z wystawy


W utworzonym przez ks. Kanonika Zygmunta Frykowskiego Domu Parafialnym w Topoli Królewskiej, od kilku miesięcy oglądać można wystawę związaną z dwudziestą rocznicą objęcia probostwa w Topoli Królewskiej i niemal 35 — leciem święceń kapłańskich. Zobaczyć tu można także wspaniały księgozbiór renesansowych i barokowych starodruków uratowanych dzięki staraniom ks. Frykowskiego, dokumentację remontu kościoła pod wezw. Św. Bartłomieja Ap. prowadzonego nieprzerwanie od lat 70. XX wieku. W czasie prac natrafiono na metalową puszkę z relikwiami świętych i dokumentem konsekracyjnym z 1724 roku wystawionym przez sufragana gnieźnieńskiego bp. Franciszka Kraszkowskiego, z którego wynika, że kościół nosi nie tylko wezwanie św. Bartłomieja Ap, ale także św. Jana Nepomucena (prawdopodobnie jest to wezwanie wcześniejszego kościoła). Ksiądz kanonik planuje z posiadanych eksponatów utworzeni ekspozycji muzeum parafialnego.

Setki fotografii ukazują życie i pracę księdza. Zdjęcia z 50. Rocznicy Bitwy nad Bzurą, gdzie przemawiał na łęczyckim rynku, znajdują się obok fotoreportażu z pogrzebu bratanka na Starym Cmentarzu w Łodzi — Wojtek Frykowski został w 1969 roku zamordowany, wraz z żoną najbliższego przyjaciela, Romana Polańskiego, Sharon Tate, przez Bandę Mansona. Listy z niewoli, rysunek z obozu zrobiony przez rosyjskiego żołnierza …

Całe życie zaklęte w prostokątach papieru. Całe życie pełne treści, przebogate niczym bielejący w zmroku fronton topolskiego kościoła.


„Kurier Mazowiecki”, nr 27/28 z 22/29 grudnia 1991 r.


(Inna wersja artykułu ukazała się w „Ziemi Łęczyckiej”, nr 21 (644) z 13 grudnia 1991 i w „ZŁ” nr 22 (645) z 28 grudnia 1991 r.)

Prymas Andrzej Krzycki — łęczycki dziekan

Andrzej Krzycki urodził się 7 VII 1482 r. w Krzycku w Wielkopolsce. Za radą bp. Piotra Tomickiego, którego był siostrzeńcem, ukończył studia w Bolonii. Po powrocie z Italii rozpoczął karierę duchowną obejmując w 1501 r. stanowisko dziekana w Łęczycy. Funkcja ta była szczeblem awansu dla wielu duchownych — Łęczyca, jako miasto królewskie i wojewódzkie, leżała w gestii dworu królewskiego w zakresie nominacji kościelnych. W 1504 r. Krzycki został kanonikiem poznańskim, a w 1516 r., dzięki bp. Piotrowi Tomickiemu, sekretarzem króla Zygmunta I.

Na dworze krakowskim Krzycki rozpoczął ożywioną działalność polityczną w orientacji prohabsburskiej, która przyniosła mu miano wybitnego męża stanu i dyplomaty. Związał się także z królową Boną, która protegowała go w 1518 r. na proboszcza kościoła św. Floriana w Krakowie, a w 1527 r. na biskupstwo płockie. Bona i jej współcześni cenili Krzyckiego za jego poezję. Znany był jako „Cricius”, ale nazywany Polskim Aretinem.

Uznaje się go za najwybitniejszego z poetów łacińskich polskiego renesansu. Pisał epigramaty, panegiryki, elegie miłosne, teksty polityczne, ale także kolędy, pieśni wielkanocne i maryjne. Najbardziej znane dzieła to: „Religionis et reipublicae querimonia”, „Threnodia Valachaie”, ”In vulgatam nuper quandam Asianam diaetam Diogenis Dalmatae dialogus”.

Krzycki był wybitnym umysłem swojej epoki. Utrzymywał kontakty z Erazmem z Rotterdamu i Melanchtonem. Słynął jako mecenas pisarzy, drukarzy i artystów. W 1532 r. rozpoczął przebudowę katedry w Płocku, a następnie zamku w Pułtusku.

W 1535 r. został arcybiskupem gnieźnieńskim i Prymasem Polski. Zmarł w Krakowie 10 V 1537 r.

Poza faktem piastowania godności dziekana, nic nie wiadomo na temat działalności Krzyckiego w Łęczycy. Warto jednak pamiętać, że ta wybitna postać ma również związki z naszym miastem.

„Posłaniec Bernardyński”, nr 2 (38), z II 2002, s. 10.

Zwyczajna historia rodzinna

Kim jestem? Śmieję się, że pochodzę z królewskiego rodu, bo … moja babcia nazywała się z domu … Król. Co prawda, jak opowiadała, organista przerobił jej nazwisko panieńskie na … Królak, ale w archiwum znalazłem dokumenty świadczące, że przed ślubem nazywała się Król. A król to król. Czyli królewski ród i królewska płynie we mnie krew. Tu uśmiecham się oczywiście pod nosem.

*

Zespół „Pod Budą” śpiewał kiedyś „Pogawędzimy sobie nieco …”. Pogawędźmy zatem. Lubiłem niegdyś opowieści Szymona Kobylińskiego — wytrawnego gawędziarzaw mowie i piśmie. Brakuje mi go. Zachwycał mnie jego prosty i swobodny styl. Zaczytywałem się miniaturową książeczką „Moje małe życie”. Była naprawdę niewielkich rozmiarów. Na okładce Pan Szymon umieścił zabawną autokarykaturę. Miniatura gdzieś zawieruszyła się i nie mogę do niej sięgać. Często tak bywa, że coś jest dla nas ważne, lecz mimo tego znika gdzieś po drodze. W której z podróży „Moje małe życie” obrało własny kurs i gdzie teraz przebywa, kogo wzrusza i śmieszy? Bóg raczy wiedzieć. Podobnie zresztą bywa z ludźmi. Tylu mieliśmy ich w życiu wokół siebie, a większość odeszła w zapomnienie. I nie tylko chodzi o słowa księżnej Diany, że „z niektórych ludzi się wyrasta”. Po prostu … o wielu znajomych najzwyczajniej zapomnieliśmy. Nasze życia skrzyżowały się w określonym czasie w jakimś celu. A później każdy poszedł w swoją stronę. I tylko czasem wychynie z zakamarków wspomnień obraz tej czy innej postaci. Ze zdziwieniem przypominamy sobie, jak była niegdyś ważna. Jak napisał Jacek Kaczmarski:


„Ci wszyscy ludzie, którzy poszli precz

Z naszego życia, z naszego życia

To także nasza rzecz — nie tylko ich to rzecz

To stawka winy nie do przebicia”


Pamięć jest strukturą zadziwiającą w swojej zawodności. Ileż faktów przekręcamy łącząc różne informacje w pozornie logiczny ciąg, który jakże często bywa fałszywy. Czy można polegać na wspomnieniach o przeszłości, o przodkach znanych z zasłyszanych niegdyś opowieści rodziców, babek i ciotek? To trochę jak z legendami. Jest w nich podobno ciut prawdy. A trochę nie …


*

Kim jestem? Jaki wpływ ma na mnie pamięć? Czy pamięć przeniosła fakty czy legendy? Wiele pytań. Składam się z nieustających pytań. Oczywiście jestem przede wszystkim sobą. Tylko, co mnie ukształtowało pierwotnie? Nie jestem identyczny z innymi, choć chodziłem do tych samych szkół i oglądałem te same filmy, czytałem te same książki i dotykały mnie takie same czasy. Inni wyróżniają się z kolei czymś innym niż ja. Ja nie jestem nimi, a oni mną. Musi być jakiś zaczyn, który sprawił, że jesteśmy niepowtarzalni. Myślę, że w swojej pierwotności są nim przodkowie i stworzona przez nich rodzina, w której człowiek kształtuje swoje początki.

Lecz czy tym pierwokształtem są przekazy rodzinne? Chyba nie tylko, bo większość mojej wiedzy o przodkach zdobyłem z dokumentów w wieku mocno dojrzałym. Nie mogły więc kształtować mnie te opowieści. Geny? Jeśli tak, to wiele tłumaczy, lecz bez znajomości przodków nie można i tak niczego genami wyjaśnić. Brak punktu odniesienia.

Podobno Melchior Wańkowicz mawiał, że nie będzie rozmawiał z ludźmi, którzy nie potrafią podać nazwiska swojej prababki. Dużo trudu włożyłem w to, by Wańkowicz mógł ze mną rozmawiać. Dziękuję panie Melchiorze. Może kiedyś, Tam, porozmawiamy.


*

Od czego zacząć? Od dokumentu, który dotarł do mnie, gdy miałem 45 lat? Okazało się, że mój dziadek po mieczu, Jan Pisarkiewicz, był żołnierzem POW. Nie wiedziałem. Nikt z żyjącej rodziny nie wiedział! Do konspiracji wciągnął go brat lub kuzyn o tym samym nazwisku.

A może zacząć od innego papieru, który ktoś przyniósł mojej siostrze Krystynie do Starostwa Powiatowego w Łęczycy. Syn Jana, Władysław, został na jego mocy oddany do terminu piekarskiego. Ciekawe, dlaczego Jan chciał go zrobić piekarzem? Dziadek, co prawda sam nim był, ale dlaczego piekarnia, skoro Władek podobno uczył się świetnie w gimnazjum w Pałacu pod Blachą w Łęczycy i był bardzo zdolny? Może więc chodziło po prostu o rozsądne zabezpieczenie, gdyby … rodzina nie miała pieniędzy na jego dalszą edukację? Piekarz to piekarz. Chleba ludzie potrzebują zawsze.

Może zacząć od babek — kobiet pracowitych i religijnych? Od uroczego naczynia z przezroczystego szkła, na fikuśnej nóżce i z falowanym brzegiem, pod którym umieszczono sygnaturę jakiejś rosyjskiej manufaktury i rok „1901” — własności babci Florentyny? Może od dziadka po kądzieli, Tadeusza, romantycznego kinomana? Od babci Papierskiej związanej przez kawał życia z bernardyńskim ogrodem leżącym za oknem jej mieszkania? Czy raczej wrócić do Jana Pisarkiewicza, który zawsze w szafie trzymał flaszeczkę, gdyby jacyś goście niespodziewani nawiedzili rodzinę? Może wspomnieć o kronikach zakonnych Urszulanek, które zapisały, że Jan był nieznośnym, kłótliwym cholerykiem, z którym zakonnice nie mogły dojść do porozumienia, a musiały, bo mieszkał w pomieszczeniach należących do klasztoru sióstr? Gdy zmarła jego żona, czyli moja babka, Józefa z Wierzbowskich Pisarkiewicz, Urszulanki związane z moją rodziną całą noc czuwały przy jej łożu. Kiedyś ostatnie pożegnania miały bardziej osobisty i dramatyczny wymiar od dzisiejszych, tak bardzo pośpiesznych, zdeterminowanych tempem mediów i świata.

Od czego zacząć? Tyle może być początków! Zacznę jednak od … innego punktu.

*

Jestem konsekwencją długiego pochodu ludzi, których niemal nie znam z imienia. Wańkowicz pewnie podałby mi rękę z wahaniem, bo znam, co prawda, nazwisko prababki i praprababki po mieczu, lecz nie wiem jak się nazywali prapradziadkowie po kądzieli.

Zbyt późno zacząłem szukać. Jest 2015 rok i mam 52 lata, ale, o paradoksie, jestem teraz jednym z najstarszych w mojej rodzinie. Nie mam kogo zapytać o przeszłość. Sam się nią staję. To nawet dobry oksymoron, gdy dopowiem, że jestem z wykształcenia historykiem. Nie mam kogo zapytać. A przeszłość to dwa ciągi podstawowych postaci, z których powstałem. Jeden to strona mamy, drugi taty. Moi rodzice składali się razem z czterech ciągów, więc gdy sobie wyobrażę te wszystkie pokolenia przede mną, to widzę ogromną armię ludzi. Poniżej mnie istnieje niekończąca się sieć rozgałęzień, która niknie w odmęcie niepamięci. Chaos niepamięci.

Krótko przed śmiercią, któraś z krewniaczek mamy, powiedziała kilka zdań o moim pradziadku po kądzieli. Najzabawniejsze, że zdawała się nie pamiętać jego imienia, ani żadnych danych jego żony.

Ciotka twierdziła, że pradziadek był zatrudniony w majątku w okolicach Turku. Podobno pracował przy koniach, czy też powoził bryczką. Miał na imię Stanisław — to pewne, znalazłem je po latach w starej książeczce wojskowej. Stanisław Papierski. Opowieść ciotki była mgliście krótka. Pradziadek zwiał z panienką ze dworu. Miała być hrabianką. Prawdopodobnie trafili do Jackowa pod Łęczycą. Uciekinierom narodziło się jedno dziecko, któremu dali na imię Tadeusz. I to w zasadzie wszystko.

Nie wiem gdzie mieszkali, z czego żyli, kiedy zmarli i który cmentarz przyjął ich do ziemi. Ktoś wspomniał, że prababka uczyła dzieci we dworze w Jackowie koło Siedlca pod Łęczycą. Czemu tam osiedli? Kim byli naprawdę? Właścicielami jackowskiego dworu byli w tym czasie chyba Żakowscy. Może to krewnymi tajemniczej prababki?

Po wielu latach poszukiwań znalazłem zapis o narodzinach dziadka Tadeusza w 1911 roku. Rodzicami byli Stanisław Papierski i … Marianna z Andryszewskich. Może po prostu prababka Marianna zaszła w ciążę i uciekła ze Stanisławem wiedząc, że nie dostaną od jej rodziców zgody na małżeństwo. Uciekli do Jackowa, bo był tam ktoś im przychylny, kto ich przygarnął.

W Jackowie jest nadal fragment dworu wysokiego na piętro, czworaki, wyspa na dawnym stawie — jedyna pozostałość parku.

Pytania, pytania, pytania. Kto nie pyta, gdy jest na to czas, pozostaje wiecznie bez odpowiedzi. Czy prababka była hrabianką? Myślę, że nie. Nie było hrabiów Andryszewskich. Nie znalazłem takowych w herbarzach. Właściwie to nie znalazłem więcej nic na ich temat.

Jeśli Stanisław pracował w majątku, to mogę sobie jedynie wyświetlić fantastyczny film o parnym lecie. Stanisław woził polnymi drogami, zwiewnymi od kurzu i feerii zapachów, panienkę ze dworu na herbatki do okolicznych ciotek i sąsiadek. A może po prostu do lasu, nad jakąś rzeczkę, w stronę chłodu i cienia. Musiał być przystojny. Pełen tajemnych uroków i namiętności. Stanisław był grubo po trzydziestce. Marianna młodsza o kilkanaście lat. Prawie jak córka. Wiek niedawno przełamał się w nowy i zachłyśnięty własną młodością śmiał się perliście. A Stanisław w tej aurze radosnej woził dziewczynę. Lato tężało w aromatach pól.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 36.15
drukowana A5
kolorowa
za 64.72