E-book
4.1
drukowana A5
14.44
drukowana A5
Kolorowa
32.31
Opowieści duże i małe

Bezpłatny fragment - Opowieści duże i małe


Objętość:
23 str.
ISBN:
978-83-8126-713-7
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 14.44
drukowana A5
Kolorowa
za 32.31

Dziadek

— Pytasz wnusiu o moją pierwszą miłość? — Dziadek uśmiechnął się smutno i podnosząc głowę do góry, zamyślił się. Łzy wspomnień ukazały się w kącikach jego dużych przymrużonych oczu.

Piotruś potrząsnął dziadka za ramię:

— Czemu dziadzio nie opowiada? Dziadzio zawsze tak ładnie opowiada…

Starszy pan pogłaskał chłopca po głowie i nieznacznie się uśmiechając, ponownie zanurzył oczy w oceanie wspomnień.

— Czy to babcia była twoją pierwszą miłością? — Niecierpliwość chłopca stawała się coraz większa.

— Nie — odpowiedział krótko dziadek, lecz po chwili, jakby obudzony z jakiegoś tajemniczego letargu, odezwał się ponownie:

— Babcia nie była moją pierwszą miłością…

— A jaka była twoja pierwsza miłość? — wnuk nie dawał za wygraną.

— Jak to miłość. Któregoś dnia skończyła się; potem poznałem twoją babcię, urodziła się twoja mama, potem ty…

— A myślisz czasem o tamtej pani?

— Raczej o dziewczynie — poprawił dziadek wnuka. — Mieliśmy wtedy nie więcej jak po osiemnaście lat. Owszem, czasem myślę. Powiedziałbym nawet, że dosyć często, co oczywiście nie oznacza, że nie kocham twojej babci. Kocham ją, ale już inaczej niż Magdę. Nie potrafiłem już nigdy pokochać kogoś tak mocno, jak ją.

— Magda miała na imię? — zapytał szybko chłopiec.

— Tak, i była cudowną osobą. Nigdy przedtem ani potem nie spotkałem już drugiej takiej dziewczyny. Mieliśmy takie wielkie plany związane z naszą przyszłością. Wszystko zdawało się leżeć u naszych stóp… — Dwie wielkie krople potoczyły się po twarzy dziadka i zatrzymując się na brodzie, spadły po chwili na seledynową koszulę wnuka. — Jak ja wtedy, po naszym rozstaniu potwornie przeżywałem. Nie mogłem przestać o niej myśleć.

— I co się stało? — zapytał cicho chłopiec.

— Nic. Niedługo potem poznałem twoją babcię, potem wzięliśmy ślub…

— Ale — przerwał opowiadanie zaciekawiony wnuk — z wami, co się stało?

— Powiem ci szczerze, że nie wiem. Któregoś dnia powiedziała po prostu, że się rozstajemy, że to już koniec…, bez żadnych wyjaśnień — nie chciała ze mną rozmawiać. Coś się musiało stać, tylko nie wiem co.

— Może zakochała się w innym? — malec próbował na swój sposób wyjaśnić zagadkę.

— Raczej nie. Za bardzo mnie kochała; a może tak mi się tylko zdawało? — Staruszek po raz kolejny pogrążył się w myślach.

— Nie próbowałeś się nigdy dowiedzieć? — Głos wnuka wyrwał dziadka z zamyślenia.

— A jakże, próbowałem, ale niczego się nie dowiedziałem. Magda rozmawiać ze mną nie chciała, zresztą niedługo potem przeprowadziła się do innego miasta, straciłem z nią kontakt. Jej najlepsza koleżanka nie chciała mi nic powiedzieć…

— I co? — Piotruś nie dał dziadkowi spokojnie odetchnąć.

— Nic. Od jej brata dowiedziałem się tylko, że Magda rozmawiała z jakąś dziewczyną i po tej rozmowie postanowiła właśnie ze mną zerwać.

— A kim była ta dziewczyna?

— Nie wiem. Nie znał jej. Wiedział tylko, że nie chodziła do naszej szkoły i, że miała rude włosy.

— Takie jak babcia?

— Tak, wnusiu. Takie, jak babcia — staruszek zamknął powoli oczy i znowu pogrążył się we wspomnieniach.

— I co było dalej?

— Nic. To wszystko — odpowiedział dziadek, nie otwierając oczu.

Starsza pani poprawiła w kuchni swoje wciąż jeszcze rude włosy, wzięła do ręki tacę i wyszła na taras.

— Macie tutaj swój sok — powiedziała, kładąc tacę na stoliku.

— A wiesz babciu, że dziadzio, zanim ciebie poznał, kochał inną dziewczynę? — wnuk szybko podzielił się z babcią uzyskanymi informacjami.

— Tak, Piotrusiu wiem — odpowiedziała chłodnym głosem i, zanim udała się z powrotem do kuchni, zwróciła się jeszcze do męża:

— Nie wiem, czemu zawracasz chłopcu głowę takimi rzeczami? Może byś wreszcie zaczął żyć rzeczywistością, a nie tymi swoimi wspomnieniami?

Mały wnuczek, Piotruś, spojrzał z zaciekawieniem na pomarszczoną twarz dziadka, lecz dziadek powtórnie zamknąwszy oczy, nie odpowiedział nic.

W filharmonii

Dzisiaj jest bardzo ważny dzień dla mnie, ponieważ po raz pierwszy w życiu idę do filharmonii na koncert. Specjalnie po to tłukłem się tyle kilometrów autobusem i musiałem zabawiać w nim tę lalunię, którą wziąłem sobie jako towarzyszkę i świadka moich przeżyć duchowych. Mogłem — owszem — sam jechać, ale to już nie byłoby to samo. Nie wiem, czemu tak jest, ale najlepiej człowiek uwzniośla się w obecności drugiej osoby. Być może dlatego, iż wie, że w razie czego to ma asekurację. Jakby się za bardzo wzniósł lub uniósł, to przy spadaniu osoba ta pochwyci go niechybnie, aby za bardzo się nie poobijał. Wystarczy, że w pracy się obija…

Równie dobrze mogłem w ogóle nie jechać, ale postanowiłem, że muszę się trochę oddać kulturze. Skoro już w moim mieście zdołałem się jakoś uczłowieczyć, więc teraz naturalną rzeczą byłoby to, aby się jeszcze trochę uduchowić. Oczywiście z tym oddawaniem się kulturze to nie jest do końca tak. Owszem — chcę się ukulturalnić, ale nie oddać. Nie za to płacę. Podobnie jak u prostytutki: nie płacę za to, że chcę się jej oddać, tylko za to, żeby to ONA się oddała.

— Kto? Dziwka, czy sztuka?

— Obie. W końcu są do siebie podobne.

— Czyżby?

— Oczywiście: Pójdą z każdym, kto zapłaci — Takie czasy. Mniejsza zresztą z tym.

Jedno jest pewne: artyści muszą z czegoś żyć, a z czego jak nie z naszej kieszeni. Przychodząc więc tutaj mam tę miłą świadomość, że za pieniądze, które tu zostawię, artysta będzie mógł kupić dzieciom banana, albo ołówek do szkoły. Bardzo mi z tego powodu miło.

Znaleźliśmy wejście do środka, co nie było zbyt trudne, ponieważ wielu wchodziło tego wieczora. W końcu koncert — pierwszy, czy tam drugi fortepianowy Chopina. Nigdy nie mogę zapamiętać, który jest który, ale o tym za chwilę. Najpierw trzeba by się jakoś rozebrać. Strasznie tu gorąco. Ponieważ jestem pierwszy raz w takiej sytuacji, więc naśladuję innych w czynnościach zdejmowania i pozbywania się swoich palt, czy futer. Jeszcze nic nie zobaczyłem, a już musiałem sięgnąć do portfela, aby zapłacić szatniarzowi. Ciekawe za co? Czy nie wystarczy im to, że w ogóle zechciałem tu przyjść?

Jak dobrze przewidziałem, ubrałem się tak, że mój strój nie różnił się zbytnio od innych. Wziąłem mianowicie te czarne spodnie, w których byłem na tatowym pogrzebie, aby mieć na sali odpowiedni nastrój. W ten sposób utrzymam powagę i nie zachowam się nieodpowiednio. Tak jak na przykład kiedyś w szkole: mieliśmy przeprowadzać z ludźmi wywiady. I właśnie z jednym kolegą poszedłem do mieszkania takiego gościa, aby przeprowadzić z nim gajdołkę. Prawdę mówiąc, to kolega wszystko obsługiwał, ponieważ to jemu marzyło się zostać dziennikarzem. Niestety potem zdewaluował się tylko do piekarza. Ale fakt jest faktem. Tak siedzimy, kolega zadaje pytanie, gościu odpowiada i taka w ogóle monotonia. Aby chyba trochę tę monotonię rozruszać, kolega napisał na swoim kajecie słowo „cieć” i pokazał mi to. Jak ja wtedy nie parsknąłem… Aż mi gluty z nosa wyskoczyły. Ale miałem obciach… Dlatego właśnie założyłem te żałobne spodnie, aby nie wyskoczyło mi dzisiaj nic podobnego.

Szerokimi schodami doszliśmy do odpowiedniej sali, w której to zasiedliśmy pośród tłumu ignorujących się osób. Mam teraz trochę czasu, więc dokończę sprawę z tymi koncertami. Otóż wydaje mi się, że I koncert, to koncert e-moll, a II- f-moll. Choć równie dobrze może być odwrotnie. Zależy, jak liczyć. Pies pogrzebany jest tutaj w tym, że koncert f-moll Chopin skomponował prędzej niż concerto e-moll, ale później go opublikował. Tak że w zasadzie nie wiem, który koncert nazywać pierwszym: ten, który był pierwszy skomponowany, czy ten, który był pierwszy wydany? Nie wiadomo. Dlatego właśnie częściej używa się tych drugich nazw. Ja dzisiaj jestem na koncercie f-moll, i tak na marginesie…

— Hej! Kto zgasił światło?! Jeszcze nie skończyłem!

No nic. Wygląda na to, że chyba się zaczyna, bo większość ludzi stuliło…, to znaczy — przerwało rozmowę. Na moment zapomniałem, że przecież już się uczłowieczyłem. Takie słownictwo nie przystoi mi już.

Członkowie orkiestry zasiedli przy swoich instrumentach. Po chwili pobrzdąkiwania kilku mało odpornych na stres grajków wszedł dyrygent, a zaraz za nim jakiś facio, który pewnie będzie bawił się klawiszami. Przywitaliśmy ich oklaskami, choć nie wiem z jakiej racji. Przecież nic jeszcze nie zrobili. Może dla dodania otuchy?

Dyrygent dał orkiestrze znak do odpalenia i zaczęło się. Trochę to śmiesznie wygląda, bo orkiestra już od kilku dobrych minut gra, a ten facio, czy tam pianista siedzi i nic nie robi (W koncercie f-moll pierwsze sto taktów gra tylko orkiestra). Żeby tylko nie wyciągnął z kieszeni drugiego śniadania i nie zaczął jeść. To dopiero by było. Albo, żeby w międzyczasie nie zaczął czytać sobie gazety. W zasadzie dużo by nie przeczytał, bo właśnie zaczął grać. Ale się wyżywa na tym fortepianie… Podobno, im mocniej wali się po klawiszach, tym lepszym jest się pianistą. Tak coś słyszałem, ale nie wiem, czy dobrze. Po kilkunastu minutach nagle skończyło się. Ponieważ trochę takich koncertów w telewizji widziałem, więc wiem, że zaraz znowu się zacznie — jak tylko grajkowie złapią oddech sąsiada na plecach. Dopiero jedna część minęła, a już czuję, że wypełniło mnie uduchowienie. Zaraz zacznę poezjować. Strach pomyśleć co będzie dalej.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 14.44
drukowana A5
Kolorowa
za 32.31