E-book
13.65
drukowana A5
19.82
Opowieść z oddziału zamkniętego

Bezpłatny fragment - Opowieść z oddziału zamkniętego

Inna perspektywa


Objętość:
31 str.
ISBN:
978-83-8189-361-9
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 19.82

Książeczka to szkicownik. Zawarte są w nim zarysowania problemów. Taki był cel publikacji, by w krótkiej formie, koncentrując się, na czym chce autorka — przekazać właśnie to, co przekazać chciała krótko, zwięźle. I taką formą, danym językiem zdarzeń.

Celem jest głównie omówienie przypadku cięcia się dziewczyny. Oddział zamknięty to tylko kontekst głównej opowieści. Jest to prawdziwe studium autoagresji. Język jest dynamiczny, bo to, co chciała przekazać autorka ma taki charakter.

Autorka przygotowuje do wydania rozbudowaną fabułę o życiu na oddziale zamkniętym.

Lipiec 2014 rok

Jest gorąco. Chodzę dusznym korytarzem szpitala psychiatrycznego, jest wąski i krótki. Jak się wchodzi z klatki schodowej na trzecie piętro — najpierw są sale mężczyzn, w głębi kobiet. Kobietą i na odwrót, czyli mężczyzną — nie wolno chodzić po swoich pokojach, ale ostatnio nikt tego nie pilnuje. Szczególnie chodzi o obostrzenia nocą. Pacjenci uprawiają na oddziale ze sobą seks. Starczy tu między nimi pobyć dłużej, by dowiedzieć się jak funkcjonują i radzą sobie ze swoimi potrzebami. Jest też handel wymienny, na jedzenie, papierosy, czasem kosmetyki, czy nawet ubrania.

Są cztery piętra w szpitalu, im wyższe, tym cięższe przypadki są ulokowane.

Na korytarzu natrafiam najpierw na Bartka, stale chodzi w jedną i drugą stronę. Jest na tyle ciasno, że trudno mu się minąć z innymi pacjentami. Personel się złości. Kto się nawinie bardziej bezbronny — ląduje w kaftanie i jest przenoszony przez pielęgniarki do swojego pokoju. Jest wiązany do łóżka i jest mu podawana duża dawka leku, najczęściej w strzykawce. Tym razem znowu padło na Krysię, niewidomą dziewczynę, przy tuszy. Traciła wzrok, załamała się, ciągle płakała, rodzina ją tu zostawiła bezbronną. Kryśka nie może usiedzieć. Chodzi na oślep po korytarzu i stale są z nią jakieś akcje, że z powrotem ląduje w łóżku, najpierw w kaftanie i tak leży po parę godzin. Fakt, to nieludzkie, poza tym ciężko się jest dziewczynie w ogóle ogarnąć, umyć. W końcu nie widzi. Jest łatwym celem dla niewyżytego personelu, niezadowolonego ze swojej pracy.

Wiedziano, że jestem redaktorką pisma, od razu na wstępie podpisywałam papiery o zachowaniu tajemnicy, dlatego nie podaję, który to szpital, a jest to szpital obskurny, upadający. Przypomina obóz zamknięty. Mury są odrapane z tynku, świeci stara, brudna, ruda cegła, która się sypie też. Okna są małe i brudne, w nich zardzewiałe kraty. Teren jak więzienie — otoczony jest kolczastymi drutami, zakrzywionymi od góry. W nocy, pośród ciszy — bardziej uderzają krzyki pacjentów, które są monotonne i monotematyczne. Obsesyjnie krzyczą czyjeś imiona lub dopominają się, by wyzwolić ich z pasów.

Kiedy to piszę — siedzę przy stole w psychiatryku. Obok mnie niepełnosprawny Marcin gra w tysiąca ze Staszkiem z DPS-u. Staszek bez skrupułów go ogrywa. Jest cwany, żeruje na pacjentach, stale wyłudza papierosy od Jolki, 40-stolatki, która ma obsesje na punkcie seksu. Byle jaki pacjent, byleby seks był. Stale rozmawia przez telefon z różnymi mężczyznami o jednym. Trudno tego na okrągło słuchać, ale wielu pacjentów tak ma — bzika na jednym punkcie. Dużo jest psychotyków. Psychopaci też są, w warunkach zabezpieczonych mają problem, by kogoś krzywdzić. Zdarza się, że robią awantury personelowi, bo nie wytrzymują, ale na wszystko są pasy i pełne strzykawki. Taki panuje tu reżim.

Wróćmy do Bartka, chłopak ma ponad 20 lat. Jest mocno nafaszerowany prochami. Siada obok mnie. Siadam z nim na schodach, pielęgniarki klną, że nie ma jak przejść. Cały czas się czegoś czepiają. Pacjent to zło konieczne, najlepiej, jakby się w ogóle nie ruszał, tylko leżał przypięty pasami do łóżka, by mu podawać tylko w zastrzykach leki, po których zasypia i nie ma z nim kontaktu na resztę dnia.

Bartek snuje się między salami męskimi i damskimi, chyba ich nie rozpoznaje. Dopytuje mnie o wiersze, które piszę. Sam zaczyna pisać pod wpływem mojej obecności. Czytał wiersz na zebraniu grupy terapeutycznej, jakie jest prawie codziennie. Bartek czytał o tym jak zdrowieje, rozróżniając, co urojone, a co rzeczywiste. Co lepsze pielęgniarki — były wzruszone. Bartek był za bardzo nieprzytomny, by to dostrzec, cały nieobecny od leków, zupełnie opóźnione reakcje, spowolnienie, apatia, bardzo blada twarz, szara wręcz i wychodzona.

W szpitalu miałam swoje spotkanie autorskie. Niechętnie czytam swoje wiersze, ale robię wyjątki w takich okolicznościach. Chciano mnie zatrudnić jako terapeutkę, ale postanowiłam wybrać pracę w szkole ze zdrowymi dziećmi. Więc jestem tu w czasie wolnym. Znam już dobrze tą rzeczywistość. Jest okropna. To jedno z najgorszych miejsc dla człowieka, duszna klatka, z widmem pasów i leków. Tutaj dużo się nie rozmawia, terapie są dosyć dużym złudzeniem, choć przyjęli ostatnio młodego, pełnego pasji i jeszcze entuzjazmu psychologa.

Na pierwszym piętrze jest dziewczynka, która spaceruje z misiem. Jest autystyczna. Rodzice ją tu oddali na stałe, trwają poszukiwania matki zastępczej wśród pacjentek, która zaopiekuje się małą na oddziale. Dziecko nie dostrzega nawet jak tu jest strasznie, narkomani, przestępcy, sprawcy przemocy domowej, mężczyźni, którzy siłą chcą zaciągnąć pacjentki do swojego pokoju, by uprawiać seks. To rzeczywistość na opak, trudno o jakieś zasady. Rano jest pobudka o 7.00, nie wiadomo po co, bo nie ma co tu robić. Terapeuci prowadzą ćwiczenia fizyczne, jakieś przysiady, wymachy rękami, potem jest modlitwa. Śpiewają „Kiedy ranne wstają zorze”, wyjąc niemiłosiernie, następnie odczytują modlitwy do Anioła Stróża, przynajmniej na trzecim piętrze, bo pani terapeutka kupiła ładną książeczkę z takowymi modłami. Ich odczytywanie to główny punkt terapii, a prowadzi terapię zajęciową. Opiera się głównie na plotkowaniu.

Parę dni temu, w upalny dzień — szło na okrągło na którymś oddziale disco polo. Można było zejść.

Do 14-stej jest Warsztat Terapii Zajęciowej. Na trzecim piętrze pracuje w nim Pani Róża, ta od Anioła Stróża. To straszna plotkara, obmawia pacjentów z innymi, w zasadzie każdego. Najczęściej jej podopieczni wykonują prace plastyczne. Jak zrobią coś konkretnego — każe iść się chwalić do ordynatora. Ordynator chodzi o kulach, to mały, wątły staruszek. Kiedyś krzyczał na jedną pacjentkę, by nie chodziła za nim po korytarzu, widocznie zdenerwowany. Z takim stanem musiał się obawiać pośród przypadków trudnych do przewidzenia w zachowaniu, że mogą coś mu zrobić, a on taki kruchy i mizerny, pośród szalejącego tu tłumu, bo oddział jest przeładowany. Łóżka sterczą już na korytarzach. Podobno upycha się tak tych pacjentów i przetrzymuje tu na stałe, bo są za nich pieniądze. Mówi się, że „Każdy pacjent jest na wagę złota”. Szpital w końcu upada. Jak tu się znajdziesz trudno już wyjść. Ludzie tu siedzą lata. Niektórzy połowę życia, z nakazami sądu, np. alkoholicy, których żony załatwiły im ten los. A tu ich nikt nie leczy, to tylko przetrzymalnia problemów prawdziwych lub ktoś był w czymś przeszkodą, więc siłą się tu znalazł.

Przypadek Karoliny — cięcie się

Karolina wróciła. Przyszła do mnie jesiennym wieczorem. Przed czterema laty nasze życia potoczyło się innymi torami.

Co się mówi przy takich spotkaniach, gdy ludzie trafiają na siebie po latach? Wiedziałam od pierwszej chwili, że Karolina przyszła z konkretną sprawą. Nie pozwoliła, by milczenie długo trwało. Pamiętam jej twarz. Niczego nie zdradzała. Karolina nie przyszła jednak po to, by coś ukrywać. Mocno się ze sobą zmagała, zanim wytłumaczyła mi powód swojej wizyty. Chciała szybko to zrobić, ale rozmowa się nam nie układała. Nie widziałyśmy się cztery lata. Te puste cztery lata, które tak wiele przyniosły zmian, tworząc między nami przepaść. Poznawałyśmy siebie na nowo i nawzajem nie wierzyłyśmy w te przemiany, które w naszym życiu nastąpiły.

Od tamtego wieczoru minęło sporo czasu. Zdążyłyśmy wypełnić próżnie wzajemnymi informacjami o sobie, ale ciągle szukam w Karolinie odpowiedzi na to samo pytanie. Czym jest to piekło, które tak ją zmieniło? Czym tak naprawdę jest autoagresja? Sposobem zwrócenia na siebie uwagi, wyeskalowaniem wyuzdanych problemów, okaleczaniem dla zabawy, dla mody, dla „szpanu”, a jej głównym powodem jest nuda i ciekawość? Co może być w sznytach pięknego? Dlaczego tak naprawdę człowiek rani samego siebie? Dlaczego zadaje sobie ból?

Teraz wiem, że wyżej wymienione przykłady są najczęściej i najprościej dostrzegalną, wyogólnianą, upraszczaną składową naszej rzeczywistości, niemniej nie należy i nie wolno jej mylić, bądź łączyć w jedno z istotą prawdziwego, słabo zauważalnego, wręcz marginalizowanego, lekceważonego, zaniedbywanego, a głębokiego i wzmagającego się problemu.

Słuchałam jej w milczeniu, a nawet w pewnym zakłopotaniu. Najtrudniej było jej wyjawić sam fakt okaleczania siebie. Tak plątała się w skomplikowanych formach, których przygotowanie musiało zająć wiele czasu. Błądziła rozognionym wzrokiem po ciemnej posadzce, gubiąc w połowie każde zdanie, by ułamkiem sekundy podnieść w moją stronę głowę i jednym tchem zdradzić prosto i zdecydowanie, lecz jakże przejmująco swą autodestruktywną przeszłość. Uderzyła mnie jej nieoczekiwana bezpośredniość i te wielkie, nieruchome oczy, które utkwiły w moich, czekając na najdrobniejszy gest. Milczenie trwało parę sekund. Poprosiłam niskim i ciepłym głosem, by mówiła dalej, wyrażając zachętę i akceptację. Teraz miała pewność, że chcę zrozumieć ją i ten dziwny świat, którego częścią się stała. Wszystko ulatywało z niej na wierzch.

Podobnie jak ty — bądźmy do końca szczere, nie umiałam zrozumieć osób, które dokonują samouszkodzeń, zanim nie znalazłam się z nimi po jednej stronie. Tutaj wszystko wyglądało inaczej. Spirala autodestrukcji nakręcała się z każdym cięciem coraz bardziej. Zmusiłam mnie do tego, bym swoje życie uczyniła teatrem. Nie cierpiałam grać. Teraz nieustannie musiałam udawać. Pytasz dlaczego z góry stawiam cię na straconej pozycji, skoro nie zdążyłaś się jeszcze w tej kwestii ustosunkować. Taka jest prawda. Mimo najszczerszych chęci nie zrozumie nikt człowieka autodestruktywnego, jeżeli sam nigdy nie odczuł potrzeby okaleczenia siebie, jeżeli sam nie doświadczył na sobie autodestrukcji, ale to nie znaczy, że nie będzie potrafił mu pomóc. Własne doświadczenia zmieniły mój sposób myślenia, odmieniły mnie bardzo. Dzisiaj jestem w stanie zrozumieć każdego człowieka, który odczuwa potrzebę samookaleczania i uwikłał się w jej piekło. Rozumiem tą samotność i bezradność osób, które zmagają się z prawdziwym problemem autoagresji. To główny powód dla którego wyszłam do ciebie z cienia. To mój pierwszy krok i mam nadzieję, że nie ostatni. Dlaczego nie mogłam zrozumieć wcześniej? Autodestrukcję można zrozumieć w pełni wyłącznie poprzez jej doświadczenie. Znałam powierzchownie ten model autoagresji o którym mówi się najczęściej i właśnie z tego powodu, że tak często jest poruszany, ale to nie jest prawdziwa autoagresja. Nie mówi się natomiast za wiele o tej prawdziwej autoagresji, którą w dodatku zbyt często mylnie utożsamia się z wybrykami o tak błahym podłożu i tak pustych motywacjach. Nie zastanawiałam się głębiej nad tym problemem. Przyznam, że przyjęłam z góry ukształtowany przez opinię społeczną obraz autoagresji, który był niczym innym jak środkiem służącym do skoncentrowania uwagi na swojej osobie i automatycznie budził emocje bardzo negatywne. Wszystko się zmieniło, kiedy sama uwikłałam się w autoagresję. Potem zdarzało się często, że miałam do siebie głęboki żal i pretensje, że przyłączyłam się pochopnie do tych, którzy nie rozróżniają dwóch zupełnie odmiennych kwestii. Tak późno zrozumiałam swój błąd. Być może nigdy nie umiałabym go dostrzec i zrozumieć, gdybym nie doświadczyła autoagresji na sobie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 19.82