E-book
15.02
drukowana A5
25.08
Opowieść Srebrnego Wilka

Bezpłatny fragment - Opowieść Srebrnego Wilka

„InnI” Tom 4,5


Objętość:
106 str.
ISBN:
978-83-8189-537-8
E-book
za 15.02
drukowana A5
za 25.08

Historia osadzona pomiędzy „Przebudzenie Demona”, a „Ślubowanie Demona”

Zdradzony Srebrny Wilk

Prolog

Dante zaglądał zaciekawiony na panią Charlotte, która — nucąc z zadowoleniem — układała w wazonie kwiaty, które jej przyniósł. W pewnej chwili spojrzał na swojego anioła i zapytał:

— Mari… czy twoja mama potrafi śpiewać? Zawsze mnie to ciekawiło…

Zachichotała.

— Tak, potrafi. I to naprawdę pięknie.

— Nigdy nie słyszałem jak śpiewa — wyznał zaintrygowany, na co dobiegło ich:

— Jej głos wyrwał mnie z ciemności — obrócili się i ujrzeli wchodzącego do pokoju Shawna.

— Tato?

— Opowiadałaś Dantemu naszą historię? — zapytał, na co Marielle przyznała:

— Tak, ale sama nie znam zbyt wielu szczegółów.

— To trudny temat — wyznał. — Szczególnie dla mnie. Gdyby nie Charlie byłbym taki jak Raiko — wyjawił i nagle parsknął śmiechem. — Kiedy ją poznałem byłem na dnie. W złości nazwałem ją Charlie.

— W złości? — zapytał Dante. — To jakim cudem pozwala ci tak mówić?

— No cóż…

— Serce nie sługa — wtrąciła Charlotte podchodząc do nich. — Shawn… kiedyś obiecaliśmy sobie, że im opowiemy.

— Tak… posłuchajcie — zwrócił się do nich. — To nie będzie ładna bajka. Nasza historia była inna niż wasza… ja byłem zupełnie inny niż teraz. Byłem cieniem. Istotą mroku. Czułem się, jakby ciążyła na mnie jakaś klątwa.

— Klątwa? — szepnęła Marielle.

Jej ojciec kiwnął głową.

— Nie wierzyłem, że ktoś ją zniesie — spojrzał na swoją żonę. — Dopóki nie usłyszałem i ujrzałem twojej mamy.

Rozdział 1

Shawn


P… Przestań — błagał, czołgając się. — Przepraszam… Wybacz mi!

Splunąłem w bok i zacisnąłem zęby na papierosie. Moja noga wylądowała na jego plecach, wbijając go w ziemię. Po chwili wyplułem fajkę i warknąłem:

— To za mało ty mały skurwielu.

— Sho, znowu cię zawieszą — usłyszałem znudzony głos. — Mówiłeś, że chcesz zdać tą cholerną budę i iść do roboty.

Warknąłem ponownie i wyszedłem z zaułka, by do niego podejść.

— Zasraniec sam się prosił.

Joe zerknął na moją robotę i westchnął bez wyrazu.

— Przynajmniej go nie połamałeś jak ostatniego.

— Niech się cieszy — podsumowałem.

Westchnął jeszcze ciężej.

— Jesteś popierdzielony — oznajmił. — I cholernie dzi… — błyskawicznie złapałem go za koszulę i uniosłem.

— Jeszcze słowo — powiedziałem.

Wtedy dostrzegłem w jego oczach — poza obojętnością — coś dziwnego, ale po chwili już tego nie było.

Zdawało mi się? Jeśli tak, to nie pierwszy raz.

Postawiłem go na ziemi.

— Idziemy — oznajmił obojętnie i ruszyliśmy w stronę naszego liceum.


Tamtego dnia było jak zwykle. Wszczynałem burdy, biłem się z każdym, kto mi się napatoczył, choć ci zasrańcy w żaden sposób nie mogli dorównać mi siłą.

Byłem reinkarnacją demona. W swoich żyłach dzierżyłem klątwę demonicznej krwi, która zmieniała mnie w bestię.

To z jej powodu byłem wyrzutkiem. Nikogo nie interesowałem, nikogo nie obchodził mój los.

Kiedy się urodziłem, podobno moja matka umarła, a ojciec wyparł się mnie, wrzucając do systemu. Wychowywałem się w domu dziecka, dopóki nie przygarnęła mnie kobieta, która twierdziła, że jest moją babcią.

Dzięki niej poznałem Joe’go. Dała mi namiastkę domu i czułem do niej za to wdzięczność. Tylko dlatego chodziłem do szkoły — by móc zacząć zarabiać i potem się jej za wszystko odwdzięczyć.

Joe był jej siostrzeńcem i moim kuzynem. Jako jedyny potrafił przedrzeć się przez mój gniew. Jednak nie dlatego, że mu na mnie zależało — tylko dlatego, że jako jedyny nie okazywał mi otwarcie wrogości. Moje zachowanie było dla niego obojętne.

Jednak czasami — kiedy widziałem tamten zimny błysk w jego oczach — czułem, że ta obojętność to fasada. Wiedziałem gdzieś w głębi, że mnie nie lubi, jednak miałem to gdzieś.

Miałem w dupie uczucia innych — tylko babcia się dla mnie liczyła.

I to okazało się moją zgubą.


Kiedy tydzień później wszedłem do domu, trzymałem już dyplom ukończenia liceum.

Jednak nie przywitał mnie jej uśmiech.

— Babciu?

Wszedłem głębiej do mieszkania i od razu to poczułem — znajomy, metaliczny zapach dochodzący z kuchni. Pognałem tam by ujrzeć…

— Babciu…

Padłem na kolana przed jej zakrwawionym ciałem — jedyne co potrafiłem w tamtej chwili to płakać.

I płakałem tak, aż do domu wpadła policja.

Wszystko potoczyło się błyskawicznie — uznano mnie za winnego i wrzucono do poprawczaka do ukończenia dwudziestego pierwszego roku życia.

To zabiło we mnie resztki tego, co mogłem nazwać uczuciami. Byłem jak skorupa, dopóki moje myśli nie skupiły się na jednej rzeczy.

Na zemście.

Rozdział 2

Shawn


Odnalazłem go po dwócjh latach odsiadki wśród młodocianych wykolejeńców. Miałem wtedy dwadzieścia lat i staczałem się prosto do piekła.

Ale nie było we mnie już niczego poza nienawiścią.

Stałem teraz przed nim, przez Joe’m. Jedynym kolegą, jakiego kiedykolwiek miałem.

I jedynym, jaki mnie zdradził.

— Dlaczego? — zapytałem tylko, patrząc na niego bez emocji.

Jego dobrze mi znany, obojętny wzrok, wypełnił się tamtym uczuciem. Uczuciem, którego nigdy do końca nie potrafiłem rozszyfrować.

— Dlaczego? Bo cię nienawidzę — wyznał, a jego oczy zabłysły mocą…

Nigdy nie pomyślałem, że on jest taki jak ja — nigdy tego od niego nawet nie poczułem…

— Jesteś demonem — szepnąłem.

— To twoja wina, że nim jestem! — wydarł się nagle. — Byłem normalny dopóki cię nie poznałem! To nie ja zabiłem babcię — to byłeś Ty! To twoja przeklęta krew! Jesteś nawiedzony, jesteś niczym! Potworem!

Wtedy coś we mnie pękło, łamiąc mnie na miliony kawałków.

Kiedy poczułem, jak ten nagle wbija we mnie pazury, zrozumiałem, że chcę by mnie zabił. W pewnej chwili jednak poczułem, jak mój demon unosi łeb, wyczuwając coś. Nim się zorientowałem przemieniłem się w wilka o srebrnej sierści i zacząłem z nim walczyć.

Kiedy moje zęby zacisnęły się na jego szyi znów poczułem łzy.

Choć mnie nienawidził, choć zrobił co zrobił… miałem tylko jego.

Teraz już nie miałem nikogo.

Zaczął padać deszcz, a wokół mnie było pełno krwi. Był to pierwszy raz, gdy zabiłem.

Padłem na ziemię w postaci wilka, by po chwili znów przybrać ludzką postać. Czułem, jak ogarnia mnie ciemność.

Nic mi nie zostało.

Zaskoczony poczułem nagle czyjś dotyk, aż drgnąłem gwałtownie, choć bez sił.

— Cii… — usłyszałem kobiecy głos. — Cii…

Ostatnią rzeczą, jaką zapamiętałem, to dźwięk syren policyjnych i zapach kobiecych perfum… zmieszanych z wonią, do której uczepiło się moje „ja”…

I wszystko to, co we mnie pozostało.

Rozdział 3

Shawn


Otworzyłem gwałtownie oczy i poderwałem, w stu procentach pewny, że jestem w więzieniu.

Byłem jednak w szpitalu.

— O, obudziłeś się — spojrzałem w bok i ujrzałem pielęgniarkę. — Wezwę doktora. Miałeś wiele szczęścia.

Nie rozumiałem co się dzieje. Szczęścia? Przecież… Przecież ja…

Ogarnęło mnie przerażenie. Złapałem się za głowę czując, jak szaleństwo budzi się w moim ciele, pochłaniając czernią myśli. Wtedy jednak do pokoju weszła kobieta — jakoś koło czterdziestki — i bez słowa przyłożyła mi rękę do spoconej głowy.

Momentalnie się rozluźniłem.

— No już chłopcze — szepnęła, a ja rozpoznałem zapach.

Spojrzałem na nią, dysząc z ulgi jaka mnie ogarnęła i to tylko dzięki jej dotykowi.

— Miałeś szczęście — wyjawiła. — Policja wysłuchała moich zeznań i pozwolono ci tu zostać, dopóki nie dojdziesz do siebie. Później, jak rozumiem, wrócisz do poprawczaka.

— Dlaczego? — zdołałem wychrypieć.

Zaczęła mnie badać, wyjaśniając jak gdyby nigdy nic:

— Jestem taka jak ty, ale moje moce koncentrują się na leczeniu i w pewien sposób na wizjach. Nie odbieram myśli każdego, jednak — kiedy na was trafiłam — ujrzałam całą waszą historię.

Złapałem ją mocno za rękę, czując przerażenie.

— Gówno wiesz! — wydarłem się.

Ona jednak nie była ani trochę przejęta tym, że ją trzymam, ani tym, że wyglądam jak szaleniec.

Patrzyła za to na mnie ze stoickim spokojem.

— Jak masz na imię? — usłyszałem, aż zacisnąłem zęby.

Po chwili — widząc, że to nic nie daje — puściłem ją i warknąłem:

— Shawn. Ale gadają na mnie Sho.

— Sho? Brzmi jak: „sio, spadaj stąd”.

Warknąłem ponownie, ale nie mogłem nie przypomnieć sobie kogoś innego, kto słysząc to pokazał taką samą reakcję.

Moja babcia powiedziała dokładnie te same słowa, kiedy usłyszała, jak mówi na mnie Joe.

Przypomniawszy to sobie aż zacisnąłem z bólu ręce na kołdrze.

— Po co mnie tu trzymacie? — zapytałem w końcu. — I tak ucieknę, jak nie stąd to z tego cholernego więzienia.

— Możesz — przyznała od razu. — Ale co potem zrobisz? Pozwolisz ogarnąć się ciemności?

— Prędzej się zabiję — odparłem od razu.

Kobieta wyprostowała się, patrząc mi w oczy.

— Twoja dusza jest na krawędzi — rzekła cicho. — Dziecko, tak wiele przeszedłeś… Ale nadal żyjesz. Nadal masz szansę.

— Na co? — zapytałem ostro. — Na co, do kurwy nędzy, mam szansę? Jestem demonem! Potworem! Zawsze będę sam! Kogokolwiek pokocham on umiera!

Chwilę wcześniej usłyszałem czyjeś nucenie, ale byłem już w takim amoku, byłem tak wściekły, że poderwałem się, zrywając wściekle wszystkie rurki przypięte do swojego ciała i złapałem za stojący na szafce obok wazon.

Kiedy chciałem nim rzucić, drzwi otworzyły się i usłyszałem dziewczęcy głos:

— Mamo czy on może już rozmawiać? Strasznie się martwiłam…

Nasze oczy się spotkały.

A ja poczułem się tak, jakbym dostał prosto w pysk.

Rozdział 4

Charlotte


Kiedy po raz kolejny szłam do pokoju tego chłopaka nadal byłam roztrzęsiona. Mama opowiedziała mi co ujrzała, kiedy ich zobaczyła. Opowiedziała mi całą historię… a przynajmniej tyle, ile czuła, że może mi powiedzieć.

Serce bolało mnie na samą myśl o tym, jak wiele przeszedł. Nie miał rodziny, a ktoś, komu ufał, zabił najbliższą mu osobę.

Nie potrafiłam sobie wyobrazić, ile musiał przejść.

W pewnym momencie przystanęłam i wzięłam głęboki oddech. Po chwili ruszyłam dalej, nucąc cicho pod nosem, by zagłuszyć własny ból, który czułam na myśl o tym biednym chłopaku.

Kiedy doszłam do drzwi od razu otworzyłam je, mówiąc:

— Mamo, czy on może już rozmawiać? Strasznie się martwiłam…

Stanęłam jak wryta widząc, że chłopak jest na nogach. Co więcej, wryło go równie mocno jak mnie. No i czemu dzieciak trzymał wazon?

Zaraz… dzieciak? Czy ja powiedziałam dzieciak?!

W mojej głowie zapanował chaos. Kiedy go tu przywieziono wyglądał jak stos nieszczęść, cały zakrwawiony z poplątanymi, długimi jasnoblond włosami, lecz gładką jak u niemowlaka skórą.

Myślałam, że to trochę wyrośnięty nastolatek.

Ale teraz… Boże, cofam każde słowo — nie miałam wyboru, widząc go w pełnej krasie.

Miał ponad dwa metry wzrostu, szerokie bary oraz silne zarysowane ciało pod szpitalną pidżamą. Włosy były długie za ramiona, proste i bardzo ładne — w końcu umyte — z krzywo podciętą grzywką.

Gapiliśmy się na siebie, dopóki głos mojej mamy nie wyrwał nas z tej dziwnej chwili.

— Charlotte, poznaj Shawna. Shawn, to moja córka Charlotte.

— Jestem Sho — warknął do niej, na co zareagowałam od razu:

— Ej, jak się odzywasz do mojej mamy? — zapytałam z naganą. — Uratowała ci tyłek, a ty tak się odpłacasz?

— Nie prosiłem nikogo o pomoc… — zaczął, ale prychnęłam od razu:

— Nikt nigdy o nią nie prosi, ale jeśli na nią zasługuje, to ją otrzyma.

Zamrugał dziwnie, jakby był zaskoczony, a mój wzrok znów padł na ten wazon w jego ręku.

Zmarszczyłam brwi.

— Czemu trzymasz ten wazon?

— Ja… — spojrzał na swoją rękę i zaraz go odstawił. — Ja… — spojrzał na mamę. — Przepraszam — powiedział do niej, na co uśmiechnęła się tym swoim wszystko wiedzącym uśmiechem.

— Nie ma sprawy.

Rozdział 5

Charlotte


Co jest z tym gościem? Jak bardzo mi się podobał, tak bardzo też mnie drażnił!

— Słuchaj no — powiedziałam zirytowana. — Jeśli nie zmienisz zachowania to…

— To co? — warknął na mnie. — Zatłuczesz mnie łyżką?

Zamrugałam i spojrzałam na swoją dłoń, w której trzymałam łyżkę od lodów.

Parsknęłam śmiechem.

— Taa i poprawię lodami.

Wtedy na jego wargach ukazał się wredny uśmiech.

— Loda, skarbie, to możesz mi zrobić, ale na dole.

Nie wytrzymałam — lody, które trzymałam, w całości wylądowały na jego głowie.

— Ty mała… — zaczął wściekle, ociekając zmarnowanymi na niego pysznościami i złapał mnie za rękę, aż znalazłam się pod nim na szpitalnym łóżku. Jego twarz była ściągnięta przez gniew. — Jeśli cenisz swoją cnotę, to radzę ci: nie zadzieraj ze mną.

Próbowałam się wyrwać, ale trzymał mnie bez wysiłku. Nogi jednak miałam wolne.

Po chwili byłam wolna jak ptak, a ten dupek leżał na ziemi, ściskając z bólu swoje krocze.

— Ty… — zaczął, trzęsąc się, na co zawołałam:

— Jesteś palantem! Już nigdy mnie nie zobaczysz!

Wypadłam z pokoju.

— No i dobrze. Nie potrzebuję cię. Nie potrzebuję nikogo! — usłyszałam i przystanęłam, oddychając ciężko.

Byłam zła i nie pojawiałam się u niego przez kilka dni. Jednak przez cały ten czas czułam w sobie coś dziwnego, a uczucie to było dla mnie całkiem nowe. No i nie mogłam przestać myśleć o pewnej sprawie.

Ta jego siła… wiecznie wojownicza postawa… Zachowywał się jak dzikie zwierzę zamknięte w klatce albo takie, które przyparto do muru.

Kiedy minął tydzień, razem z mamą usiadłam rano przy śniadaniu, jak zwykle.

Jednak temat, który poruszyła, nie należał do naszych codziennych rytuałów.

— Wiesz, nasz wielki Sho w końcu spuścił trochę z tonu — zaczęła nagle.

Milczałam, dłubiąc w talerzu jajecznicy.

— Przeprosił ostatnio pielęgniarkę. No i… — zamilkła, po czym zaczęła nagle cicho: — Znowu pogłębia się jego Ciemność.

Moja ręka znieruchomiała.

Wiedziałam, czym jest Ciemność. Moja mama była reinkarnacją demona, jednak dotąd nie miałam pewności, czy i on nim jest.

— Znowu? — dopytałam, zdziwiona.

— Kiedy trafił do szpitala był na krawędzi — wyjaśniła. — Jednak przez jakiś czas wydawało się, że z niej wychodzi. Teraz zaś… cóż, od jakiegoś tygodnia znowu czuję, że ta się pogłębia.

Zaraz, tygodnia?!

Spojrzałam błyskawicznie na mamę.

— On cię lubi — powiedziała od razu, wiedząc, o czym myślę. — I to nawet bardziej niż trochę.

— Więc dlaczego? — zapytałam. — Dlaczego taki jest?

— Wydaje mi się… że on nie potrafi być inny.

Zaniemówiłam.

— Nie wiem o nim wszystkiego — powiedziała. — Jednak musiał przejść więcej niż nie jedna grupa nastolatków. Czuję, że w głębi duszy on nie jest zły — wyjawiła. — Jednak Ciemność go ogarnia. Szkoda mi go — usłyszałam poruszona. — Ale ty jesteś dla mnie najważniejsza — spojrzała mi w oczy. — Jakąkolwiek decyzję podejmiesz, pamiętaj, że jestem po twojej stronie.

Wstała od stołu i dodała:

— On jutro wraca do poprawczaka. Został mu tam tylko rok. Jeśli się postara wyjdzie na prostą, lecz jeśli nie…

— Jeśli nie? — szepnęłam.

— Jeśli nie, to już nigdy go nie zobaczymy.

Rozdział 6

Shawn


Kiedy wychodziłem ze szpitala ujrzałem, że gliny już na mnie czekają — wiedziałem, że mieli odwieźć mnie do poprawczaka.

Bez zbędnych nadziei ruszyłem do nich, przybierając maskę arogancji.

— Wsiadaj — rzucił jeden z psów.

— To nie ja tu jestem psem — odparłem — żeby wydawać mi komendy.

— Ty przerośnięty szczylu…

I wtedy go usłyszałem. Głos, którego miałem nigdy nie zapomnieć:

— Shawn!

Obróciłem się i zobaczyłem Charlotte, która biegła do mnie z niesamowitym wyrazem twarzy. Jakby była spanikowana i czuła ulgę jednocześnie.

— Myślałam już, że nie… — zaczęła, kiedy była już blisko, ale urwała, bo się potknęła.

Moje ciało zareagowało samo — złapałem ją, nim zaryła twarzą o beton.

— Ale się przestraszyłam — wydyszała i złapała mnie mocno za ramiona, próbując stanąć na nogi.

Pod wpływem tego dotyku moje ciało spięło się mimowolnie.

— Po co tu przylazłaś? — zapytałem, walcząc sam ze sobą.

Wtedy uniosła do mnie swoją uśmiechnięta twarz.

— Przyszłam się pożegnać i spytać o adres.

— Adres? — nie rozumiałem.

Wtedy mnie puściła, a mój demon opuścił we mnie smutny łeb.

— Adres twojego poprawczaka — wyjaśniła, a po chwili…

Stało się coś, czego nigdy bym się nie spodziewał — ona… zarumieniła się słodko.

— Wkurzyłeś mnie ten tydzień temu, ale ja przesadziłam z karą dla ciebie — i uniosła na mnie te piękne oczy koloru miodu. — Mogę cię odwiedzać? Wiesz… masz swoje wady… ale nie jesteś zły — wyszeptała.

Przez chwilę gapiłem się na nią, ale w końcu powiedziałem:

— To nie jest dobry pomysł.

— Dlaczego?

— To poprawczak — odparłem oczywiste. — Tam niema takich grzecznych dziewczynek jak ty.

— Ooo. Straszny. Wyobraź sobie wielkoludzie… — podeszła do mnie bliżej i złapała mnie za przód bluzy, by przyciągnąć do siebie — …że ze mnie też nie jest taka świętoszka.

I uśmiechnęła się tym swoim ciepłym, stu kilowatowym uśmiechem.

A ja nie mogłem się opanować.

— Skoro tak…

I nim się zorientowałem brałem w posiadanie jej usta.

Czekałem na sprzeciw. Na cokolwiek. Lecz nie spodziewałem się tego, co nastąpiło…

Rozdział 7

Charlotte


Kiedy mnie pocałował byłam zaskoczona, lecz tylko przez chwilę. Moje ręce zawędrowały do jego szyi i objęłam go mocno, wtulając się w jego silne i naprawdę cudownie twarde ciało. Pocałunki jakimi mnie obdarzał były szorstkie i w pewien sposób chaotyczne, ale i bardzo mnie podniecały.

— Ej, jedziemy — usłyszeliśmy policjantów.

Na te słowa Shawn — zamiast mnie puścić — złapał mnie za biodra i przycisnął mocno do siebie. Nie mogłam opanować drżenia.

— Rusz się młody, bo zaraz cię skujemy.

Shawn warknął na to w moje usta, wyraźnie się spinając i poczułam, że muszę go ratować.

Oderwałam się od jego ust i wyszeptałam:

— Shawn, jedź z nimi.

Spojrzał na mnie bez słowa.

— Odwiedzę cię jutro — pogłaskałam go po klacie. — I może znów dam się pocałować.

Wtedy jego oczy się zmieniły. Po raz pierwszy nie widziałam w nich gniewu, tylko kalkulację.

— Nie obiecuj mi — poprosił w końcu, a jego głos po raz pierwszy brzmiał tak… normalnie.

Bez warczenia i bez złości… naprawdę podobało mi się to, jak brzmiał.

— Ale to właśnie robię — po raz ostatni pocałowałam go w policzek. — Zaufaj mi.

W jego oczach wyraźnie zajaśniał ból.

— Nie potrafię.

Jednak podszedł do radiowozu i zanim wsiadł, rzucił:

— Ulica Teosa.

Może nie umiał zaufać — pomyślałam, machając mu na pożegnanie. — Ale widziałam, że tego pragnie.

A ja nie miałam zamiaru się łatwo poddać.

Był Inny. Tak jak moja mama — mama, która straciła partnera, gdy byłam malutka. Mój tata był całym jej światem. Byłam jedynym, co po nim zostało — i wiedziałam, że to dla mnie nadal żyła. Wiedziałam też, że tęskni za nim każdego dnia, każdej nocy. Jednak obiecała mu coś…

Wiedziałam, że to co robię może sprawić, że ją stracę.

Ale… Boże, co mam robić?

Rozdział 8

Shawn


Minął cały dzień, potem noc. A ja czekałem. Czekałem… lecz ona nie przyszła.

Nie mogłem uwierzyć, że byłem tak głupi i jej uwierzyłem.

Wychodząc następnego ranka z poprawczaka, poszedłem na tyły budynku, gdzie rósł wielki dąb. Spojrzałem na jego gałęzie, obmyślając bez emocji, jak najprościej będzie się zabić.

Wtedy jednak usłyszałem:

— Co to za laska?

— Nie wiem, ale, kurwa, z chęcią ją poznam.

Nim pojąłem, co robię, byłem na miejscu widząc, jak chłopaki otaczają jakąś dziewczynę.

— Cześć lala — zaczął jeden, a ja nie potrafiłem uwierzyć w to, co widzę, dopóki nie usłyszałem jej ostrych słów:

— Szukam Shawna. Wiecie, gdzie on jest?

— Shawna? Nie ma tu takiego. Za to jesteśmy my — i trzech otaczających ją chłopaków złapało się za krocza. — My ci wystarczymy do obsłużenia…

Wtedy, w absolutnej ciszy, kopnąłem jednego z nich w plecy, aż padł na ryj.

— Co do kurwy… — urwał, gdy mnie zobaczył, a reszta cofnęła się gwałtownie. — Aa… cześć Sho.

— Wy ciule…

— Nadal używasz tej ksywki? — dobiegło mnie zaciekawione, aż spojrzałem w szoku. Myślałem, że jest przestraszona. — Sho… brzmi prawie jak „sio” — wyznała. — Za to Shawn… to takie męskie imię. Podoba mi się — i podeszła do mnie, kręcąc tym słodkim tyłkiem. Oparła dłonie o moje barki i pochyliła seksownie. — Shawn pasuje do ciebie idealnie.

I po prostu, na oczach wszystkich, pocałowała mnie w usta.

Cała moja złość po prostu zniknęła, a żyjąca we mnie Ciemność została rozproszona przez emocje, których nigdy nie czułem.

Moje dłonie rozluźniły się i zaraz złapały ją za biodra, podczas gdy usta atakowały jej własne z głodem, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłem.

W tym czasie mój demon pomrukiwał we mnie zadowolony.

To właśnie w tej chwili zacząłem się zmieniać. Po raz pierwszy poczułem, co to jest przyjemność. Kiedy w końcu oswobodziła moje wargi, usłyszałem:

— Przepraszam Shawn. Przepraszam, że wczoraj nie przyszłam. Musiałam wiele przemyśleć, musiałam… — w jej oczach zajaśniały łzy. — Nie umiem wybrać — wyznała nagle. — Nie potrafię… Chcę was oboje! — i przytuliła mnie mocno, płacząc w moją pierś.

Przez chwilę trzymałem ją tak, ciesząc z jej dotyku, lecz zaraz do mnie dotarło.

— Jakich oboje?!

Rozdział 9

Charlotte


W innych okolicznościach roześmiałabym się, widząc jego minę i zawarte w tym zdaniu niedowierzanie, jednak moje serce za bardzo bolało.

Siedzieliśmy teraz w osobnym pokoju, pod nadzorem kamer, a ja nadal płakałam. W końcu zapytałam go:

— Jak się czujesz?

— Tak jak można w tych okolicznościach — wyznał i zerknął na kamerę. — To zwykłe więzienie. Nawet do kibla nie można iść na spokojnie.

— Będziesz tu jeszcze rok, prawda?

Jego wzrok przesłonił mrok.

— Nie poddawaj się — poprosiłam, widząc to.

— Nie mam po co walczyć — wyznał wtedy takim tonem, jakby to było oczywiste.

I miał rację… ale…

Ale.

— Dlaczego znowu płaczesz? — zapytał mnie, kiedy łzy po raz kolejny przysłoniły mi oczy.

— Bo to nie fair — wychlipałam. — Nie fair…

Wstał, jakby nie wiedział, co zrobić, ale zaraz podszedł i niepewnie poklepał mnie po głowie.

— Nie becz, to wkurzające — mruknął, lecz ja nadal płakałam. — Słyszysz… — nachylił się do mnie, a ja spojrzałam na niego.

I ujrzałam zmianę w jego wzroku — te śliczne, fiołkowe tonie były teraz przepełnione bólem.

— Walcz… — wyszeptałam. — Proszę cię.

— Po co? — zamknął oczy. — Nie mam niczego. Nic mnie po tym miejscu nie czeka.

— …ja będę czekać — wyszeptałam.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.02
drukowana A5
za 25.08