Rozdział 1 — Ten, który pamięta
Zima przyszła tego roku szybciej niż zwykle, choć trwała tu i tak dłużej niż gdziekolwiek indziej. Mróz ścierał barwy świata, ale tej nocy wszystko znów nabrało blasku. Na rynku w dolinie tętniło życie. Światła lamp i girland odbijały się w śniegu jak w szkle. Powietrze pachniało cynamonem, pomarańczami i drewnem tlącym się w małych ulicznych paleniskach. Dzieci turlały się po zaspach, a dorośli śmiali się nad kubkami grzanego wina. Gdzieś przy fontannie, przystrojonej gałązkami świerku, starszy mężczyzna grał na skrzypcach. Dźwięk unosił się nad rynkiem, mieszając się z głosami ludzi, tworząc melodię, której nikt nie próbował zagłuszyć. Świat się śmiał. Z oddali wszystko wyglądało jak sen — miękki, barwny, nierealny.
Na wzgórzu, w cieniu ośnieżonych sosen, stał mężczyzna. Nie był stary — najwyżej trzydzieści pięć lat — ale w jego spojrzeniu kryło się coś, co sugerowało, że widział więcej, niż chciał. Jasne włosy, rozświetlone księżycowym blaskiem, opadały mu na czoło w nieładzie, który wydawał się zamierzony. Twarz o wyraźnych rysach przecinał lekki, starannie przystrzyżony zarost, który nie był wynikiem zmęczenia, lecz świadomego wyboru. Płaszcz, ciężki i wełniany, przypominał te noszone przez górskich przewodników — nie z elegancji, lecz z potrzeby. W dłoniach trzymał rękawice, a mimo mrozu nie zakładał ich, jakby chłód był mu bliższy niż ciepło. Patrzył w dół na dolinę: na gęsto rozwieszone lampki, które drżały jak świetliki, na ruch ludzi, na parę z ust unoszącą się w powietrzu. Patrzył tak, jak patrzy się na wspomnienie, które wraca po latach — znajome, ale niepewne, jakby rozmyte przez czas. Na jego twarzy nie było uśmiechu, ale też nie było bólu. Tylko cisza. Cisza człowieka, który już dawno przestał pytać „dlaczego”. Wiatr musnął jego płaszcz, niosąc ze sobą muzykę i śmiech z dołu. Nathan stał długo, nie poruszając się. Nie wiedział, jak długo już tak patrzy. Może chwilę, może godzinę. Śnieg spadał powoli, osiadając na jego ramionach, wplątując się we włosy. Każdy płatek rozpuszczał się jak oddech. W końcu przymknął powieki, jakby chciał zatrzymać w sobie ten obraz — ludzi, którzy śmieją się, nie wiedząc, że kiedyś to miejsce zamarzło. Nie wiedzieli, że czas potrafi się zatrzymać. Śnieg sypał gęściej. Na placu zapalały się nowe lampki, muzyka nabierała rytmu. Nathan wciągnął głęboko zimne powietrze, czując jego smak — ostry, prawdziwy. I wtedy jego spojrzenie zatrzymało się na latarniach, z których powoli topniał lód. Na chwilę zmrużył oczy. Tak, to tutaj. Tu wszystko się zaczęło. Ludzie tańczyli w dolinie, a on milczał, stojąc na wzgórzu w świetle gwiazd. Noc gęstniała, a śnieg padał coraz mocniej, jakby chciał przykryć wszystko — drogi, wspomnienia, myśli. Świat uspokajał się powoli, aż została tylko cisza — głęboka, miękka, jak prawdziwy oddech zimy.
Nathan zamknął oczy tylko na chwilę. Nie wiedział, czy śni, czy naprawdę znów stał pośród bieli. W dolinie wciąż migotały lampki, jakby ktoś rozsypał garść iskier po mrozie. Światło wzywało go — cicho, nieuchwytnie, jak wspomnienie, które trzeba odnaleźć. On jednak nie mógł ulec urokowi widoku — świat na niego czekał.
Rozdział 2 — Zamarznięte światła
Zmierzch spływał po stokach, jak leniwe srebro. Powietrze stawało się coraz cięższe i zimniejsze, a niebo, choć czyste, nabierało głębokiego granatu, w którym zaczynały migotać pierwsze gwiazdy — zapowiedź nocy i siarczystego mrozu. Poniżej, między ośnieżonymi szczytami, rozciągało się miasteczko. Z daleka wyglądało jak świąteczna pocztówka — kolorowe lampki na dachach, dym z kominów, ciepłe światła w oknach. Każdy dom zdawał się być zaproszeniem, obietnicą spokoju. A jednak… coś nie grało. Ulice były puste. Nie słychać było rozmów, śmiechu ani kroków. Wszystko zastygło w bezruchu, jakby ktoś wstrzymał oddech świata. Z drogi prowadzącej w dół doliny widać było ciąg samochodów — długi, nieruchomy sznur świateł, który ciągnął się w nieskończoność. Silniki dawno zgasły, a ich metalowe karoserie odbijały zimne błyski księżyca. Tu i ówdzie widać było zaparowane szyby, ślady dłoni na szkle, przysypane śniegiem lusterka. W kilku kabinach migały świetlne komunikatory bladym światłem, podkreślając zarysy twarzy. Nathan zwolnił chwilę na zboczu. Szedł powoli w ciszy, słuchając, jak śnieg skrzypi pod jego butami. Obok niego kilku wędrowców poprawiało plecaki i naciągało kaptury. Ktoś otrzepał ramiona, ktoś inny zacisnął dłonie w rękawicach. Mroźne powietrze pachniało żywicą i dymem, ale był w nim też inny zapach — czujność, której nie dało się nazwać.
— Ciekawe… — mruknął ktoś. — Czemu nikt nie wysiada?
— Może czekają, aż odśnieżą drogę — odparł ktoś inny. Ale nikt nie był pewien. Nathan przyglądał się rzędom aut, w których migotały blade światełka wyświetlaczy i refleksy zamarzniętych szyb. W środku siedzieli ludzie — nieruchomi, jakby czekali na coś, czego sami nie rozumieli. Niektórzy mieli twarze oświetlone ekranami, inni patrzyli w pustkę. Nikt nie wychodził. Nikt nie szukał pomocy. Z daleka zabudowania błyszczały jak cukrowe domki z bajki. Ale Nathan czuł, że coś w tym obrazie jest fałszywe — jakby piękna powłoka kryła w sobie coś martwego. Jakby światło przykrywało milczenie. I choć nie potrafił tego wyjaśnić, przeszedł go dreszcz.
— Chodźmy — odezwała się Arden, rzucając mu lekkie spojrzenie przez ramię. — Nasz kominek czeka.
— Tak — odparł po chwili. — Kominek… i może trochę odpowiedzi.
Ruszyli dalej, w stronę miasteczka, które w świetle gwiazd wyglądało jak uśpiona baśń. Śnieg skrzypiał coraz głośniej pod ich butami, gdy schodzili wąską drogą między ośnieżonymi drzewami. W oddali słychać było cichy dźwięk dzwonka — może z ozdób jednego z domów, może od jakichś sań. Powietrze pachniało dymem i zimą.
— Jeszcze kawałek — odezwała się Arden, zerkając na światła w dole. — Widzicie? Tam, przy mostku, ten drewniany domek. To nasza kwatera.
Nathan kiwnął głową. Lyra szła obok, milcząca, z oczami spuszczonymi w śnieg. Oddech unosił się z jej ust jak delikatna mgła.
— Dziwnie cicho — powiedziała w końcu. — Nie słychać żadnych psów, żadnych głosów.
— Może wszyscy śpią — rzuciła Arden, uśmiechając się półgębkiem. — Albo może w tych górach noc naprawdę potrafi zatrzymać czas.
Kiedy dotarli na miejsce, drzwi domku ustąpiły z lekkim skrzypnięciem. W środku było ciepło — kominek płonął jasno, a na stole stał dzban z półprzezroczystego materiału, w którym gorący napar świecił jak zamknięta gwiazda. Drewniane ściany pachniały żywicą, a pod sufitem wisiały suszone zioła i wianki. Na belce kołysały się lampy, rzucając w pomieszczeniu miękkie cienie. W rogu stał stary, rzeźbiony kufer, na którym ktoś położył futrzany pled.
— Nieźle jak na górską gospodę — mruknął Nathan, zdejmując grubą puchową kurtkę. Mokry śnieg zsunął się z materiału i stopił w drobne kropelki na deskach podłogi.
— Mówiłam, że będzie przytulnie — odparła Arden, rozcierając dłonie nad ogniem. Na jej policzkach pojawiły się ciepłe plamy od żaru i płomienia, który lśnił jak płynne złoto — niemal jak jej kolor włosów.
— Przytulnie, ale… — Lyra rozejrzała się, jakby coś ją zaniepokoiło. — Nie słyszę wiatru.
Rzeczywiście, cisza była zbyt głęboka. Nawet drewno w kominku paliło się bez trzasku, jakby ogień bał się zakłócić spokój. Z zewnątrz dochodził tylko cichy szept śniegu zsuwającego się z gałęzi. Nathan usiadł przy stole.
— Może po prostu te góry tak działają — powiedział cicho. — Piękne i obojętne.
Arden wzruszyła ramionami.
— Albo ktoś w tych górach czeka, aż je obudzimy — rzuciła z uśmiechem. Nathan uniósł wzrok. Jej słowa zabrzmiały jak żart, ale w jego spojrzeniu pojawił się błysk niepokoju, którego sam nie potrafił wytłumaczyć. Złapał kubek z naparem; ciepło przeszło mu przez palce do wnętrza dłoni. Z pary uniósł się zapach miodu i goździków. Usiadł w fotelu naprzeciwko okna, wpatrując się w miasteczko. Zza szyby widział dachy przykryte śniegiem, błyski lampek i światła domów odbijające się w bieli. Widok był spokojny, wręcz nieruchomy, a jednak coś go niepokoiło. W dolinie, za rzeką, wciąż ciągnął się ten sam sznur samochodów. Setki świateł tkwiły w miejscu, jakby czas dla nich przestał istnieć. Niektóre reflektory jeszcze się tliły, inne dawno zgasły. Nikt nie wysiadał. Nikt się nie ruszał. Patrzył długo, w milczeniu. Zza jego pleców dobiegał cichy śmiech Arden, która przeczytała coś zabawnego w zapiskach wędrownych świateł. Lyra siedziała przy kominku, trzymając kubek z herbatą i notując coś w kajecie. W pokoju panowało ciepło i spokój, które tylko potęgowały jego niepokój.
Wieczór toczył się leniwie. Na piętrze panował półmrok, ale z dołu — z sali wspólnej — przetaczały się fale rozmów, śmiechu i stukotu szkła. Ktoś grał na gitarze, ktoś inny opowiadał historię o duchu, który błąkał się po górach i prowadził wędrowców na manowce — nikt nie uwierzył, ale wszyscy słuchali. Gwar mieszał się z zapachem grzanego wina i cynamonu, tworząc atmosferę, która mogłaby być przyjemna — gdyby nie ta cisza za oknem.
— Na dole wszyscy wyglądają, jakby świat był w porządku — powiedział Nathan cicho, jakby sam do siebie.
— Bo chyba jest — odparła Arden, nie podnosząc wzroku. Uśmiechnęła się lekko i wzięła łyk herbaty.
— Nie wiem — mruknął po chwili. — Może tylko tak się wydaje.
Arden spojrzała na niego z lekkim zniecierpliwieniem, ale w jej oczach było też ciepło.
— Nathan, jesteś przemęczony. Jutro ruszamy dalej, do doliny. Wypocznij.
Skinął głową, choć wiedział, że nie zaśnie. Znowu zerknął przez okno. Na drodze wciąż stały samochody jak przedtem. Światło gwiazd odbijało się w śniegu, tworząc wrażenie, że czas naprawdę się zatrzymał.
— Chodźmy na dół — zaproponowała Arden, wstając z łóżka. — Słychać, że jest tam dobra zabawa.
— Idźcie, zaraz przyjdę — odpowiedział Nathan.
— Znowu się zamyślasz — uśmiechnęła się Lyra, mijając go w drzwiach. — Daj spokój, dziś naprawdę nic nie trzeba rozwiązywać.
Kiedy drzwi się zamknęły, w pokoju zapadła cisza. Nathan został sam. Podniósł się z fotela i spojrzał w dół na miasteczko. Dachy pokryte śniegiem wciąż błyszczały w blasku gwiazd, a światła w oknach tliły się spokojnie, jakby wszystko było w porządku. Tylko w oddali, tam, gdzie znajdowała się główna ulica, wciąż stały samochody. Ten sam nieruchomy, oświetlony wąż, ten sam martwy ruch, jakby ludzie w środku zapomnieli, że mogą wyjść. Nathan oparł głowę o szybę. Mróz natychmiast ukłuł go w policzek. Z dołu ponownie dobiegł śmiech, szczęk szkła, melodia gitary. A on wciąż patrzył w to samo miejsce, nie wiedząc dlaczego. Czuł, że coś tam jest. Coś, czego jeszcze nie umiał nazwać. Przez chwilę wydało mu się, że między autami coś się poruszyło — cień, mignięcie, jakby ktoś przeszedł wzdłuż rzędu pojazdów. Mrugnął, ale już nic tam nie było. Westchnął cicho, przetarł dłonią oczy i odwrócił wzrok od okna.
— Zwykła zima — powiedział półgłosem. — Zwykła noc.
Jednak sen i tak nie przyszedł. Nie wytrzymał. Zrzucił z siebie koc, zarzucił kurtkę i zszedł na dół. W gospodzie panował gwar. Kilkoro osób grało w karty, inni śmiali się przy stole. Nad ogniem bulgotał garnek z zupą, a zapach przypraw i warzyw wypełniał pomieszczenie. Gospodarz — krępy mężczyzna o rumianych policzkach — dolewał komuś gorącego napoju. Pies leżał tuż przy drzwiach i tylko jednym okiem zerknął na Nathana.
— Nathan, coś się stało? — Lyra zauważyła go przy wejściu.
— Nie wiem — odpowiedział. — Ale tam, na drodze… oni wciąż tam są. W samochodach.
Nikt nie wysiadł, nikt nie ruszył. Nie wygląda to dobrze.
— Pewnie czekają na pomoc drogową. To jak czekać na cud, który nigdy nie nadejdzie — zaśmiała się kobieta siedząca obok. — Po co się przejmować obcymi?
— Bo może ktoś marznie — odpowiedział spokojnie Nathan. — Może ktoś potrzebuje pomocy. Może ci, którzy zainteresują się ich losem, są właśnie tym cudem.
W sali zapadła cisza. Kilkoro osób spojrzało po sobie, jakby po raz pierwszy usłyszało własne sumienia. Ktoś odchrząknął, ktoś inny odstawił kufel.
— Ja idę — powiedział po chwili. — Nie zasnę, jeśli nic nie zrobię.
Arden odłożyła kubek i wstała bez słowa. Chwilę później Lyra też.
— Nie pójdziesz sam — powiedziała krótko.
Trójka przyjaciół opuściła gospodę. Powietrze było gęste od mrozu, a śnieg sypał drobnymi płatkami, które kleiły się do rzęs i brwi. Każdy oddech znikał w ciemności. Schodzili, mijając ogrodzenia przysypane śniegiem, latarnie obleczone cienkim lodem. Gdzieś na podwórku wisiała lina z dziecięcymi rękawiczkami — wszystkie sztywne od mrozu. Pierwszy samochód, do którego podszedł, stał przy zakręcie. W środku starsza kobieta tuliła dłonie przy ustach, próbując ogrzać palce. Mężczyzna obok niej trzymał termos, ale był pusty.
— Wszystko w porządku? — zapytał Nathan, stukając w szybę. Potem pokazał gestem: „proszę otworzyć”. Mężczyzna uchylił okno.
— Paliwo się prawie skończyło. Czekamy, aż droga się ruszy… — jego głos był cichy, zachrypnięty. — Jest bardzo zimno.
— Postaram się państwu jakoś pomóc, proszę o cierpliwość — powiedział tonem, który brzmiał jak koc i kubek herbaty w jednym. Kobieta otworzyła drzwi. Z jej oczu popłynęły łzy.
— Nie chcemy przeszkadzać… — szepnęła. — Jedziemy do córki na święto zimy i nie spodziewaliśmy się, że zastanie nas taka śnieżyca. Nic tego nie zapowiadało…
— Jest mi bardzo przykro z powodu sytuacji. Nie muszą się państwo tłumaczyć. Nie zrobiliście nic złego. Będzie mi bardzo miło, jeśli będę w stanie choć trochę wam pomóc.
Nathan ruszył dalej. W kolejnym aucie siedział młody chłopak, obcokrajowiec. Mówił szybko, nerwowo, w języku, którego Lyra nie rozumiała. Nathan odpowiedział bez wahania. Słowa same płynęły. Nie wiedział, skąd — może z pamięci, może z serca — ale wiedział, co mówić. Uspokoił chłopaka, oddając mu swoje rękawice. W następnym pojeździe siedziało młode małżeństwo. Kobieta tuliła do siebie niemowlę, starając się je rozgrzać. Płakało już bez głosu. Nathan, niewiele myśląc, ściągnął swój gruby szal i podarował go maluchowi, owijając delikatnie wokół ciała. Gładził dziecko po policzku przez sekundę, aż uspokoiło się i tylko pociągało noskiem. Gdy odwrócił się, ujrzał przed sobą znajomą grupę biesiadników z gospody. Najwyraźniej krótka wypowiedź Nathana naprawdę wybudziła ich z letargu i poruszyła uśpione sumienie. Mężczyzna z czerwonym nosem i rękami w kieszeniach zapytał cicho:
— Co mamy robić?
Nathan uśmiechnął się i bez zastanowienia wydał polecenia, jakby był doświadczonym przewodnikiem z planem w głowie.
— Wy zbieracie koce i termosy. Sprawdźcie u gospodarza. Ty — spojrzał na chłopaka z gitarą — biegnij do kawiarni na rynku, poproś o czajniki i kubki. Powiedz, że to dla ludzi na drodze. Ty i ty — zwrócił się do dwóch mężczyzn w grubych kurtkach — rozstawcie przy rzece dwie barykady z desek, zrobimy osłonę od wiatru. Ktoś ma latarki? Dobrze. Idziemy.
Po chwili pojawili się pierwsi mieszkańcy. Ktoś niósł pojemniki z jedzeniem, ktoś termosy, ktoś przyniósł cały wór koców. Dziewczynka w czerwonej czapce taszczyła chleb w koszu prosto z piekarni. W krótkim czasie cała droga rozświetliła się ciepłem — nie elektrycznym, tylko ludzkim. Ktoś podciągnął długie przedłużacze z werandy, ktoś inny postawił lampion w słoiku. Ktoś rozlał ciepłe picie, ktoś podał rękawiczki, ktoś przykrył ramiona obcej osoby własnym szalem. Zamarznięty kordon samochodów ożył. Drzwi zaczęły się otwierać. Ludzie wychodzili z pojazdów, otuleni w szaliki i rękawice. Dzieci dostawały kubki z herbatą, w których pływały plasterki pomarańczy. Nad drogą unosił się zapach chleba i dymu. Ktoś przyniósł mały palnik i gar zupy, ktoś zorganizował pudełko z ciepłymi skarpetami, ktoś rozdał ogrzewacze do rąk. Nathan przechodził od auta do auta, pytając, czy ktoś czegoś potrzebuje. W wielu oczach widział ten sam wyraz — nie tylko ulgi, ale i zdziwienia, że ktoś zapukał w szybę. „Dziękuję” brzmiało w tylu językach, że stworzyło jedno wspólne słowo. Arden roześmiała się cicho, kiedy minął ją w śniegu, obładowany kocami.
— Patrz, Nathan. Zrobiłeś coś niemożliwego.
— Nie ja — odparł. — Po prostu przypomniałem im, że nie są sami.
Na poboczu ktoś z sąsiadów przyniósł metalową beczkę i rozpalił w niej ogień; iskry posypywały się w niebo jak drobne gwiazdy. Dwie starsze kobiety ustawiły stolik i kroiły chleb. Chłopak z gitarą zagrał cicho melodię; dzieci zaczęły klaskać, ale szybko przestały, jakby bały się zbudzić noc. Śnieg wciąż padał, ale teraz wydawał się miękki, przyjazny. Cała dolina tętniła ciepłem, choć mróz był ten sam. Światła domów nie były już tylko dekoracją; zdawało się, że wychodzą na ulicę, że rozlewają się po śniegu, że przychodzą tam, gdzie są ludzie. Nathan zatrzymał się na chwilę, żeby zaczerpnąć oddech. Miał czerwone dłonie i spięte ramiona, ale w środku zrobiło mu się lżej. Czasem wystarczyło odsunąć czyjąś rękę od zamarzniętej szyby, podać kubek i powiedzieć „jestem” — i to już zmieniało klimat.
Gdy wszystko uspokoiło się na tyle, by można było odetchnąć, jeszcze raz przeszedł między autami. Sprawdzał, czy ktoś nie został w środku, czy ktoś nie boi się wyjść. Starszy pan podziękował, ściskając jego dłoń obiema swoimi. Młoda mama uśmiechnęła się przez łzy; niemowlę spało, owinięte w jego szal. Chłopak-cudzoziemiec podał mu rękawice z powrotem, ale Nathan tylko pokręcił głową: „Zatrzymaj”. Chłopak zrozumiał bez słów. Wreszcie, gdy napoje w termosach się skończyły, a wiatr ucichł do szeptu, ludzie zaczęli wracać do aut — nie po to, by znów marznąć, ale by odpocząć, wiedząc, że jeśli będą chcieli, mogą wyjść, a ktoś poda im kolejny kubek z ciepłym napojem. Ktoś zostawił karteczki ze swoim numerem telefonu, ktoś inny zorganizował dyżury przy ognisku. Miasteczko budziło się do życia — prawdziwego, w drobnych gestach, w gotowości do pomocy, w obecności.
Kiedy Nathan wrócił do gospody, ręce miał sztywne z zimna, a uszy i twarz czerwone jak jego szczere serce. W oczach odbijał się blask ognia. Gospodarz skinął mu głową z uznaniem, nie mówiąc ani słowa; nalał mu gorącego wina z rumem. Pies przy drzwiach wstał, przeciągnął się i położył z powrotem, jakby sprawę uznał za załatwioną. Nathan usiadł w fotelu i spojrzał w płomień. Ogień mrugał do niego spokojnie, równym rytmem. Po raz pierwszy tej nocy poczuł, że wszystko jest na swoim miejscu.
„Zawsze znajdzie się ktoś, kto marznie — pomyślał — bo świat bywa zajęty sobą. Dobrze, że są drzwi, w które można zapukać”.
Arden przeszła obok ze zmęczonym uśmiechem na ustach.
— Dobry wieczór, panie komendancie — rzuciła półżartem, półserio.
— Bez przesady — odparł. — Po prostu trzeba było zacząć.
— Właśnie — przytaknęła cicho. I na sekundę ich spojrzenia spotkały się tak naturalnie, jakby zawsze miały się spotykać w takich momentach. Nie było w tym nic więcej — tylko cisza i zrozumienie.
Za oknem nadal padał śnieg. Ale we wnętrzu ludzi wszystko było już inne. Śmiali się, rozmawiali, pomagali sobie nawzajem. Ktoś odśpiewał krótką pieśń, a ktoś inny parsknął śmiechem, myląc słowa. Ktoś zaproponował, że o świcie zorganizują sanki dla dzieci utkwionych w drodze — skoro noc jest długa, niech chociaż będzie dobra. Nathan dopił wino. Ciepło rozlało mu się po brzuchu, aż po palce u rąk i stóp. Zdjął buty, postawił je przy kominku, żeby przeschły. Koc, który wcześniej zsunął z ramion, czekał na fotelu. Położył go na łóżku. W pokoju wreszcie panowała cisza. Kominek tlił się równo, a płomień na moment przypominał kształtem skrzydło ptaka. Nathan uśmiechnął się do tej myśli, nie wiedząc czemu. Może dlatego, że człowiek zawsze szuka znaków, kiedy wreszcie się uspokoi. Położył się i zamknął oczy. Z daleka dobiegały jeszcze pojedyncze głosy, ale gasły jeden po drugim, jak światełka w oknach. Tym razem sen przyszedł od razu — cichy i prosty jak świeży śnieg.
Rozdział 3 — Zanim przyjdzie dolina
Poranek nastał cicho, bez słońca, ale z delikatnym światłem. Niebo miało kolor rozcieńczonego mleka, a śnieg lśnił jak szkło. Nathan obudził się powoli, z uczuciem, że spał długo, choć wiedział, że to nieprawda. Z dołu dobiegały głosy — stłumione, wesołe, gwarne. Ktoś otworzył drzwi, ktoś inny się zaśmiał. Pachniało chlebem, ziołami i świeżym powietrzem. Na szybie, tuż przy łóżku Nathana, zamarzły delikatne wzory — jakby ktoś nocą malował pędzlem ze światła. Zbliżył dłoń do okna i przesunął palcami po szkle. Mróz narysował tam labirynt — cienkie linie, spiralne zakręty, rozgałęzienia przypominające korzenie drzew lub sieć rzek widzianych z wysoka. Przy każdym dotyku czuł lekki opór, jakby szkło miało pamięć ciepła dłoni, które kiedyś już tu spoczywały. Zamglenie oddechu osiadło na wzorze, a przez sekundę wydawało mu się, że pod lodem coś się poruszyło — cień, błysk, może odbicie czegoś, co nie mogło tam być. Zawahał się. Potem delikatnie odsunął dłoń i westchnął. Wzory na szybie przypominały mu mapę — tylko nie wiedział, dokąd prowadziła. Każda linia zdawała się czegoś szukać, coś łączyć, jakby lód próbował zapamiętać świat, zanim się rozpuści. Światło poranka przebijało się przez tą lodową sieć, rzucając na ściany miękkie błyski — jakby w pokoju ktoś rozpalił tysiąc maleńkich świec. Nathan uśmiechnął się lekko.
— Zima ma swoje pismo — szepnął cicho. — Tylko nikt już go nie czyta.
Usiadł na łóżku, rozglądając się po pomieszczeniu. Kominek dogasał, zostawiając po sobie żar i zapach drewna. Arden już nie było w pokoju. Zawsze wstawała wcześniej od niego — była z tych, co nie potrafią leżeć bez celu, gdy dzień już świta. Na jej łóżku został niedbale złożony koc, a lekki zapach perfum wciąż unosił się w powietrzu. Obok leżał cienki, rudawy włos — jak przypadkowy ślad po kimś, kto nigdy nie zostaje długo w jednym miejscu. Lyry też nie było. Zazwyczaj wychodziła razem z Arden — cicha, uporządkowana, z tym swoim spokojem, który łagodził ogień przyjaciółki. Zostawiła tylko notatnik, otwarty na pustej stronie. Na stoliku stał kubek parującej kawy i karteczka: „Zejdź na dół, śniadanie stygnie. I załóż czapkę, nie jesteś z żelaza”. Zszedł po schodach, a każdy krok skrzypiał jak w starej chacie, gdzie drewno zna każdy dźwięk mieszkańców. W jadalni siedziała Lyra, już z kubkiem gorącego mleka w dłoniach, a Arden rozmawiała z gospodarzem, który tłumaczył coś gestami, z uśmiechem, jakby od rana był w najlepszym humorze.
— Wreszcie wstałeś — rzuciła Arden. — Myślałam, że będziesz spać do wiosny.
— No co ty, aż takim leniwym misiem to jeszcze nie jestem. Po prostu próbowałem przypomnieć sobie, jaki dziś dzień — odpowiedział spokojnie.
— Dzień festynu, oczywiście! — Gospodarz roześmiał się. — Raz w roku, nawet jeśli niebo się zawali, to miasto świętuje!
Nathan skinął głową, ale w środku poczuł coś nieokreślonego — jakby słowa „raz w roku” miały inne znaczenie.
Po śniadaniu wyszli przed dom. Śnieg lśnił w słońcu, które wreszcie przebiło się przez chmury. Miasteczko tętniło życiem — nie tym zwykłym, porannym, ale jakimś podniesionym, świątecznym. Na rynku ustawiono stragany, udekorowane girlandami z jemioły i suszonych pomarańczy. Dym unosił się znad ognisk, a ludzie chodzili w kolorowych płaszczach i szalach. Muzyka — prosta, taneczna, ludowa — niosła się między domami jak echo dzieciństwa. Jej dźwięki stawały się coraz wyraźniejsze z każdym krokiem, a w powietrzu unosił się zapach pieczonych jabłek i gorącej czekolady. Dzieci biegały z drewnianymi konikami, kobiety sprzedawały wełniane rękawiczki i domowe wypieki, a mężczyźni w futrzanych czapkach głośno rozmawiali, trzymając kufle piwa. Arden rozpromieniła się.
— Widzisz? Mówiłam, że to miejsce ma duszę.
— Ma — przyznał Nathan. — Ale… — przerwał, bo coś przykuło jego uwagę. Przy jednym ze stoisk stał mężczyzna. Wysoki, w czarnym płaszczu, z kapturem naciągniętym głęboko na oczy. Nie pasował do reszty. Nie miał w ręku ani kubka, ani towaru. Po prostu stał, jakby czekał. Przez chwilę Nathan miał wrażenie, że ich spojrzenia się spotkały — choć nie był pewien, czy to możliwe, bo twarzy tamtego prawie nie było widać.
— Wszystko w porządku? — zapytała Lyra.
— Tak… tylko wydawało mi się, że go znam.
— Kogo?
— Tego człowieka tam, przy stoisku z miodem.
Lyra spojrzała, ale mężczyzny już nie było. Tylko ślady w śniegu — prowadzące w stronę rzeki.
— Nie ma tam nikogo — powiedziała cicho. — Jesteś przewrażliwiony, pewnie to był jakiś przechodzień.
Nathan milczał. Wpatrywał się w odciśnięte ślady, które znikały na zakręcie, jakby człowiek po prostu rozpłynął się w porannym powietrzu.
— Masz rację, pewnie mi się tylko wydawało — mruknął, choć sam w to nie wierzył.
— A może to po prostu ktoś z tych, którym pomogliśmy? — zasugerowała Arden, zakładając kaptur. — Chodźmy. I tak nic tu po nas.
Ruszyli w kierunku straganów i wąskich uliczek, obserwując mieszkańców malowniczej krainy. Śnieg skrzypiał pod butami, a powietrze miało w sobie świeżość po nocy. Ludzie krzątali się przed domami — ktoś zamiatał schody, ktoś wyprowadzał psa, ktoś rozwieszał pranie na sznurze, choć mróz natychmiast je usztywniał. Nathan zatrzymywał się co chwilę. Spotykał twarze, które pamiętał z poprzedniego wieczoru — tę kobietę z niemowlęciem, teraz już uśmiechniętą, tego starszego mężczyznę, który trzymał kubek herbaty i mówił, że pierwszy raz od dawna czuje, że nie jest sam.
— Pan był wtedy na drodze, prawda? — zagadnęła go kobieta z niemowlęciem, które spało teraz spokojnie w nosidełku. — To pan nas znalazł.
— Wiele osób pomagało — odparł z uśmiechem. — Ja tylko byłem pierwszy, który zapukał.
— To wystarczyło — powiedziała cicho. — Czasem wystarczy jeden, żeby obudzić wszystkich.
Wręczyła mu jego szal, który trzymała w torbie z nadzieją, że go spotka i będzie mogła zwrócić. Nathan skinął głową i uśmiechnął się. Mówiła prosto, ale jej słowa miały ciężar. Dowiedzieli się, że większość z tych, którzy utknęli w samochodach, znalazła schronienie u mieszkańców. Domy otwierały się same, bez zapowiedzi — ktoś przynosił koc, ktoś pozwalał się ogrzać przy piecu, ktoś kładł dzieci spać na własnym łóżku. Drogi nadal były nieprzejezdne, choć w dolinie słońce już zaczynało przebijać się przez chmury.
— Wygląda na to, że zostaniemy tu na dłużej — westchnęła Lyra. — Przynajmniej dopóki pług nie przejedzie.
Nathan potrząsnął głową.
— Niestety ja nie mogę. Jeśli chcecie, to zostańcie, ale na mnie czeka dalsza droga.
— Ale dokąd w taką pogodę? — zapytała Arden, patrząc na niego spod przymrużonych powiek.
— Nie wiem — przyznał po chwili. — Po prostu wiem, że nie mogę tu zostać.
W jego głosie było coś, co sprawiło, że obie ucichły. Ich radość zamieniła się w refleksję i smutek. Miały nadzieję, że wspólnie spędzą te urokliwe chwile. Byli częścią grupy wędrowców będących z dala od domu i rodzin, których połączyła podróż przez góry, rodząc w nich specyficzną więź, której nie potrafili do końca określić.
— W porządku, poszukajmy sposobu, żebyś mógł się wydostać z tej śnieżnej krainy — powiedziała w końcu Arden, spuszczając wzrok i wzdychając. Na rynku, między straganami, pojawiła się w pewnym momencie kobieta z końmi. Sanie miały drewniane płozy i stare, zdobione rzeźbienia — pewnie pamiętały więcej zim niż niejedno dziecko w miasteczku. Ona sama wyglądała jak wyjęta z innej opowieści: wysoka, z kasztanowymi włosami zaplecionymi w gruby warkocz, w futrzanym kołnierzu i ciemnej pelerynie. Było w niej coś, co trudno było określić — jakby należała jednocześnie do wczoraj i do jutra. Jej spojrzenie było spokojne, ale przenikliwe, jakby widziała w ludziach więcej niż mówili.
— Szukacie drogi w dół? — zapytała, stając obok Nathana.
— Skąd pani wie? — odwrócił się, zaskoczony.
— Wszyscy tu dziś szukają drogi — odpowiedziała spokojnie. — Ale tylko niektórzy naprawdę chcą iść dalej.
Arden zmrużyła oczy, patrząc na nią z lekkim chłodem.
— Pani chyba dobrze wie, co to znaczy „dalej”? — rzuciła tonem, który brzmiał jak pytanie i ostrze jednocześnie. Kobieta uśmiechnęła się lekko, nie reagując.
— Mam sanie. Ruszam do stacji w pobliskiej wsi. Droga ciężka, ale przejezdna. Jeśli chcecie, mogę was zabrać.
Nathan spojrzał na nią uważnie. W jej głosie nie było namowy, raczej stwierdzenie faktu. Jakby już wiedziała, że się zgodzi.
— Dziękujemy — powiedział w końcu. — Chętnie skorzystam, jeśli znajdzie się jedno miejsce dla strudzonego wędrowca.
— Takiemu przystojniakowi nie mogłabym odmówić — kobieta uśmiechnęła się i zalotnie mrugnęła okiem do Nathana, na co dłonie Arden zacisnęły się na pasku torby przewieszonej przez ramię.
— A kto powiedział, że jedno? Chyba nie zostawisz samych swoich wiernych druhen podróży? — powiedziała, starając się ukryć zaciśnięte zęby.
— Tak? — Lyra spojrzała na nią niepewnie, zdziwiona podjętą decyzją przyjaciółki. Również Nathan poczuł się nieco zaskoczony:
— No oczywiście, jeśli panie chcą podróżować nadal ze mną i znajdzie się również dla nich miejsce, to nie mam nic przeciwko temu, zapraszam.
Śnieg znów zaczął padać, drobny i lekki jak popiół. Kobieta pogładziła grzywę jednego z koni i odwróciła się przez ramię.
— Niech będzie. Wyruszamy za godzinę. Potem będzie za późno.
Kiedy odeszła w stronę mostu, Arden spojrzała na Nathana.
— Ładna. Zbyt ładna, jak na tę zimę — powiedziała chłodno. Nathan uśmiechnął się blado.
— Może po prostu ktoś musi przynieść trochę światła.
Arden wzruszyła ramionami, jakby kompletnie nie interesowała jej uroda kobiety, która właśnie zniknęła między domkami.
— A dlaczego właściwie zmieniłyście zdanie i chcecie jechać dalej ze mną? — dopytał.
— Nie zmieniłyśmy zdania, bo nawet nas nie zapytałeś, czy chcemy jechać z tobą. Skoro ktoś wędruje dalej, to chętnie się dołączymy — odpowiedziała ot tak, od niechcenia.
— Tak? — Lyra ponownie postawiła to samo pytanie, wciąż z tym samym wyrazem twarzy, jakby nie dowierzała w to, co przed chwilą się wydarzyło.
— No to, co robimy? — rzuciła Arden. — Chyba wracamy po nasze rzeczy i wyruszamy w dalszą drogę z księżniczką z gór i panią od cudów.
Arden poprawiła rękawiczkę, patrząc w stronę, w którą zniknęła kobieta. Jej rude włosy wymknęły się spod kaptura, rozświetlając twarz, na której można było przeczytać wszystko — od ciekawości po nieufność. Jej zielone oczy zaiskrzyły krótko — jakby odbiły płomień, który pojawił się tylko po to, by zaraz zniknąć. Była impulsywna, ale nie lekkomyślna; miała ten rodzaj energii, który potrafił pociągnąć innych, nawet jeśli nie zawsze wiedziała, dokąd prowadzi.
— Ciekawe, ilu takich już obiecała dowieźć na dół — dodała chłodno.
— Tak? — Lyra wyglądała, jakby system jej się zawiesił. Delikatna, o ciemnych, kasztanowych włosach i oczach koloru głębokiego brązu, była przeciwieństwem przyjaciółki — spokojna, analityczna, z tym miękkim tonem głosu, który potrafił uspokoić nawet Arden w najgorszym humorze.
— Wszystko w porządku z tobą? — zapytała Arden, tym razem z prawdziwą troską.
— Sama nie wiem… — odpowiedziała Lyra cicho.
— Chodź, idziemy się pakować — powiedziała Arden, łapiąc ją pod ramię i ciągnąc w stronę gospody. Nathan uśmiechnął się pod nosem i z lekkim pokręceniem głowy ruszył za nimi.
Śnieg padał coraz mocniej, jakby z nieba ktoś sypał garściami srebrny pył. Zanim zdążyli wrócić z rzeczami, na placu przy moście czekały już sanie — dwie pary koni, brunatne, z dzwoneczkami przy uprzężach. Kobieta stała obok. Pogłaskała jednego z nich po karku i spojrzała w ich stronę.
— Gotowi? — zapytała spokojnie.
— Gotowi — odparł Nathan, zakładając kaptur. Pomógł Arden i Lyrze wsiąść do tyłu, rozkładając im ciepły pled. Sam zajął miejsce obok nieznajomej, na przednim siedzeniu, gdzie w jej dłoniach spoczywały rzemienie. Nie myślał o tym, gdzie usiadł — dla niego liczyła się droga, nie towarzystwo. Ale w oczach Arden pojawił się cień, którego Nathan nie dostrzegł. Dzwonki przy końskich szyjach zadźwięczały cicho, kiedy ruszyli. Śnieg skrzypiał pod płozami, a wiatr wiał prosto z gór, niosąc w sobie zapach igliwia i mrozu. Z początku jechali w milczeniu. Miasteczko znikało za nimi powoli, domy stawały się coraz mniejsze, aż pozostały tylko światła — maleńkie punkty w oddali, jak gwiazdy, które ktoś zostawił na ziemi. Nathan siedział po prawej stronie, tuż obok nowo poznanej kobiety. Widział, jak jej dłonie pewnie trzymają rzemienie, jak włosy wymykają się spod kaptura i tańczą na wietrze. Ale jego wzrok wciąż wracał do drogi przed nimi — do lasu, do zakrętów, do śniegu, który kładł się na świecie jak cicha tajemnica. Wydawało mu się, że niektóre z drzew pochylają się lekko, jakby śledziły ich wzrokiem. Na gałęziach wisiały sople, które brzmiały jak szkło, gdy potrącał je wiatr.
— Daleko do tej stacji? — zapytał po chwili.
— Zależy, jak się patrzy — odparła kobieta, nie odwracając głowy. — W linii prostej niedaleko. Ale zimą nic nie jest proste.
Nathan uniósł wzrok. Jej ton nie był ani żartobliwy, ani poważny — raczej taki, jakby mówiła coś oczywistego.
— Znasz tę trasę dobrze — zauważył.
— Znam jej ciszę — odparła. — Reszta się zmienia.
Arden spojrzała na nią z ukosa, ale nic nie powiedziała. Wargi miała zaciśnięte, a oczy — czujne. Jej dłonie ścisnęły krawędź sanek, aż knykcie pobielały. Lyra natomiast zdawała się odpływać myślami, jakby wpatrywała się w coś za mgłą. Droga wiła się między drzewami, potem przez otwarte pola, gdzie wiatr był silniejszy i sypał śniegiem prosto w twarz. Konie szły równo, z parą bijącą z nozdrzy jak z małych kominów. W oddali majaczyły ciemne kontury kolejnych wzgórz.
— Jak pani ma na imię? — zapytała po chwili Lyra.
— Nariel — odpowiedziała kobieta.
— Ładne imię — mruknęła Arden.
— W tych górach wiele imion brzmi podobnie — odparła Nariel. — Bo góry lubią, kiedy ktoś do nich mówi po imieniu.
Jechali długo. Czas płynął inaczej — raz wolniej, raz szybciej, jakby sanie przeskakiwały przez coś niewidzialnego. Nathan odwrócił się i zobaczył ślady ich płóz — długie, równe, znikające za zakrętem. Przez moment miał wrażenie, że wiatr je zaciera zbyt szybko.
— To droga, którą jeździ wielu podróżnych? — zapytał cicho.
— Niewielu — odpowiedziała Nariel. — Większość woli wracać.
Cisza. Tylko dźwięk dzwonków i skrzypienie drewna.
— A ty? — zapytał Nathan po chwili. — Wracasz czasem?
Nariel uśmiechnęła się ledwie zauważalnie.
— Niektórzy nie mają dokąd.
Sanie zjechały na most, a potem na węższą drogę prowadzącą między skałami. W dole słychać było rzekę — zamarzniętą, ale wciąż żywą pod lodem. Woda bulgotała gdzieś głęboko, jak oddech uwięziony w śniegu. Nathan poczuł nagle ten sam chłód, co wtedy, gdy patrzył przez okno w gospodzie. To samo drżenie, które pojawia się, gdy coś, czego nie rozumiesz, wydaje się jednak znajome. Nariel spojrzała na niego przez ramię.
— Wszystko w porządku?
— Tak — odparł, choć sam nie był pewien. — Tylko… ta rzeka. Wydaje się, jakbym ją już kiedyś widział.
— Może widziałeś. A może to ona widziała ciebie — powiedziała cicho. Lyra odwróciła się w jego stronę z lekkim niepokojem. Arden skrzywiła się.
— Mówi pani same zagadki.
— Góry lubią zagadki — odpowiedziała spokojnie Nariel. — Kiedy przestajesz je rozumieć, zaczynają cię słuchać.
Sanie potoczyły się dalej, w stronę doliny, której jeszcze nie było widać. Nad nimi niebo gęstniało, jakby słońce wahało się, czy w ogóle warto świecić tego dnia. A Nathan wciąż patrzył przed siebie, próbując zrozumieć, dlaczego miał wrażenie, że zna tę drogę. Sanie toczyły się wolno wzdłuż rzeki, której powierzchnia przypominała popękane szkło. Spod lodu dochodził cichy pomruk — jakby sama ziemia oddychała gdzieś głęboko, w ukryciu.
— Daleko jeszcze do wioski? — zapytała Lyra, otulając się szczelniej kocem.
— Niedaleko. Jak tylko miniemy ten most i las po drugiej stronie, zobaczymy dym z kominów — odparła Nariel. — Tyle że droga tam prowadzi nie w dół, tylko przez środek lasu.
— Czyli pod górę — mruknęła Arden.
— Jak to w życiu — rzuciła Nariel, a Nathan się uśmiechnął. Nie był pewien, czy śmiał się z samego żartu, czy z tonu, w jakim padł. Kobieta miała w sobie spokój, który był jednocześnie ciepły i niepokojący — jak ogień, do którego chcesz się zbliżyć, ale boisz się, że się oparzysz.
— Znasz trasy w tych górach na pamięć? — zapytał, patrząc na nią kątem oka.
— Na pamięć nie da się znać niczego — odparła. — Gdyby tak było, ludzie przestaliby patrzeć pod nogi.
— A ty patrzysz? — uśmiechnął się.
— Czasem — odparła, a jej usta wygięły się w lekki uśmiech. — Ale częściej patrzę na ludzi niż na drogę.
Nathan odwzajemnił uśmiech, choć w oczach miał cień — taki, który pojawia się, gdy ktoś mówi coś, co zbyt mocno dotyka. Z tyłu Arden zamarła. Wzrok miała wbity w ich plecy, a jej dłoń jeszcze bardziej ścisnęła krawędź sanek. Czuła, jak coś w niej napina się i pulsuje — ten sam niepokój, który zawsze budził się, gdy ktoś obcy zbyt łatwo przekraczał granice. Powietrze wokół niej, jakby zgęstniało, a oddech stał się krótszy. Lyra spojrzała na nią ukradkiem i, nie mówiąc nic, położyła dłoń na jej przedramieniu. Ten gest był prosty, ciepły, niemal niezauważalny — ale wystarczył, by napięcie w Arden zaczęło się rozpraszać. Jej barki opadły, a palce powoli rozluźniły uścisk.
— Przestań — powiedziała Lyra cicho, spokojnie, jakby mówiła do burzy. — To tylko rozmowa.
— Wiem — odpowiedziała Arden z udawaną lekkością. — Ale nie lubię, kiedy kobiety, które prowadzą sanie, mają takie uśmiechy.
Lyra roześmiała się krótko, a śmiech zamarł w powietrzu.
Droga wiła się wśród drzew, a śnieg padał coraz drobniejszy, jak srebrny pył z gwiazd. Po obu stronach rzeki rosły sosny — ciemne, gęste, uginające się pod ciężarem białych koron. Konie zwolniły, a ich oddechy zamieniały się w mgłę. Nathan wpatrywał się przed siebie, jakby chciał coś zapamiętać.
— Dziwne miejsce — powiedział po chwili. — Ciche, ale nie puste. Jakby ktoś nas obserwował. — Bo obserwuje — odparła Nariel spokojnie. — Góry zawsze patrzą. A czasem coś jeszcze.
— I nie przeraża cię to?
— Nie. Przeraża mnie tylko cisza między ludźmi — odpowiedziała i przez chwilę nic więcej nie powiedzieli.
Konie zatrzymały się na chwilę przy rzece, żeby napić się wody spod cienkiej warstwy lodu. Światło odbijało się od tafli jak od rozbitego lustra. Nariel zeskoczyła z sań, sprawdziła uprzęże i poprawiła płozy. Jej ruchy były pewne, eleganckie. Nathan również wysiadł, by jej pomóc.
— Chcesz prowadzić? — zapytała z lekkim uśmiechem.
— Nie — odparł. — Ale mogę przytrzymać, jeśli znów będzie pod górę.
— Znów? — zaśmiała się. — Mężczyźni i ich strach przed wzniesieniami…
Zanim zdążył odpowiedzieć, poczuł na sobie spojrzenie Arden. Było ostre, ale nie złośliwe — raczej takie, które mówiło: „Pamiętaj, że jeszcze ja tu jestem”. Ruszyli dalej. Z czasem ścieżka poszerzyła się, a między drzewami zaczęły migać pierwsze dachy. Na horyzoncie unosił się dym — miękki, szary, pachnący chlebem i popiołem.
— To tutaj — powiedziała Nariel. — Wioska Strumień. Stacja kolejowa jest po drugiej stronie wzgórza.
— Dziękuję — Nathan skinął głową. — Bez ciebie byśmy tu nie dotarli.
— Nie dziękuj. Ja tylko wskazałam drogę. — Nariel spojrzała na niego z uśmiechem, w którym było coś niejednoznacznego. — Czasem to droga wybiera, kto nią pójdzie.
Arden zeskoczyła z sań, otrzepała kurtkę i założyła kaptur.
— Tak, tak. Drogi, przeznaczenia, gwiazdy… W końcu i tak wszyscy spotykają się na peronie. — Uśmiechnęła się półgębkiem. — Prawda, Nathan?
— Prawda — odparł spokojnie. — Ale nie każda podróż kończy się tam, gdzie planowaliśmy.
Nariel spojrzała na niego ostatni raz.
— Pociągi tu przyjeżdżają o tej porze roku rzadko — powiedziała cicho. — Ale kiedy już przyjadą, trzeba wsiąść. Zawsze. — Pocałowała go w policzek i wskoczyła z powrotem na sanie. Nathan skinął głową, a gdy odjechała, pozostał chwilę w ciszy, obserwując, jak ślady płóz znikają pod śniegiem.
— I co? — zapytała Arden po chwili. — Nadal uważasz, że to tylko przypadkowa kobieta?
— Nie wiem — odpowiedział. — Ale mam wrażenie, że nie spotkaliśmy jej po raz pierwszy.
Arden uniosła brew, krzyżując ramiona.
— No tak. Niektóre spotkania zostają w pamięci… zwłaszcza gdy kończą się pocałunkiem — rzuciła z udawanym spokojem. Nathan odwrócił się do niej z półuśmiechem.
— Jesteś zazdrosna?
— Ja? — prychnęła, poprawiając kaptur. — Niby o co? O twoje szczęście do kobiet na śnieżnych szlakach?
— Brzmi, jakbyś miała coś na myśli.
— Skądże — odparła, zerkając w bok. — Po prostu… niektórzy mają wyjątkowy talent do przyciągania kłopotów.
Ruszyła przodem, zostawiając za sobą ślady butów w świeżym śniegu. Nathan przez chwilę patrzył za nią z tym samym, niejednoznacznym uśmiechem — pomiędzy rozbawieniem a czułością.
Śnieg chrzęścił pod butami, gdy ruszyli w stronę wzgórza. Nariel wskazała im wcześniej drogę — wąski trakt prowadzący w dół, wzdłuż rzeki, aż do stacji ukrytej za zakrętem lasu. Miało to być „niedaleko”, ale w górach to słowo często znaczyło coś innego. Wiatr smagał ich twarze, niosąc zapach żywicy i dymu. Świat wokół wydawał się zamarznięty w pół ruchu — nawet gałęzie drzew wyglądały, jakby ktoś je zatrzymał w geście.
— Ciekawe, czy ona naprawdę tam dojedzie — mruknęła Arden, zerkając na ślady płóz, które wiły się przez śnieg. — Może to jakaś miejscowa legenda w wersji dla naiwnych podróżników.
— Albo anioł — rzuciła Lyra półżartem.
— Anioł w futrze i z końmi? — Arden uniosła brew. — Nie brzmi zbyt przekonująco.
Nathan szedł obok, z torbą przewieszoną przez ramię, zamyślony.
— Czasem ludzie pojawiają się w naszym życiu tylko po to, by pokazać kierunek — powiedział spokojnie.
— Albo żeby zrobić na kimś wrażenie — odburknęła Arden.
— Na tobie chyba zrobiła — odparł z uśmiechem.
— Mhm. Zwłaszcza tym swoim spojrzeniem spod rzęs — parsknęła. — Pewnie ćwiczy to na wszystkich.
Lyra zachichotała, ale zaraz ucichła, bo ścieżka zaczęła prowadzić ostro w dół. Drzewa rosły coraz gęściej, a między nimi widać było błysk wody. Rzeka, o której mówiła Nariel, była częściowo skuta lodem, a jej nurt brzmiał jak szept. Po drugiej stronie wzgórza majaczyły dachy domów i cieniutki dym z kominów.
— To tam — wskazał Nathan. — Widzicie? Za mostkiem musi być stacja.
Kiedy dotarli bliżej, zauważyli drewniany budynek, półprzysypany śniegiem. Z komina unosiła się cienka smuga dymu, a przed drzwiami stał człowiek w grubym kożuchu, odgarniający śnieg z peronu.
— Wygląda na to, że pociąg jeszcze dziś pojedzie — powiedziała Lyra z ulgą.
— Oby — odparł Nathan. — Bo mam wrażenie, że Nariel nie mówiła tylko o pociągu.
— Znowu te twoje metafory — mruknęła Arden, stając obok niego. — Może po prostu mówiła o zwykłej podróży, a nie o przeznaczeniu.
— A może jedno i drugie — uśmiechnął się lekko. — W końcu nigdy nie wiemy, dokąd naprawdę prowadzi tor.
Wiatr przeszedł między nimi, niosąc śnieg jak tkaninę z gwiazd. W oddali coś zahuczało — echo, a może pierwszy odgłos nadjeżdżającego pociągu. Arden spojrzała na niego ukradkiem.
— Tylko błagam, nie mów, że czujesz, że „to znak” — syknęła z przekąsem.
— Nie, tym razem nie — odpowiedział z uśmiechem. — Tym razem po prostu wiem, że musimy wsiąść.
Z oddali znów rozległ się dźwięk — niski, przeciągły jak westchnienie stali. Echo niosło się, odbijając od drzew. Potem cisza. Jeszcze jedna chwila zawieszenia, a potem mgła nad torami zaczęła drżeć. Coś nadjeżdżało. Na początku widać było tylko światło — pojedyncze, żółtawe, które wyłoniło się z zakrętu, jak oko potwora z dawnych opowieści. Dopiero po chwili pojawił się zarys lokomotywy. Metalowy kolos wtoczył się powoli na peron, parując z boków jak żywe stworzenie.
— No proszę… jednak istnieją cuda — mruknęła Arden z udawanym sarkazmem.
— A jednak przyjechał — uśmiechnęła się Lyra. Nathan nie powiedział nic. Stał w milczeniu, patrząc, jak para z silnika miesza się z zimowym powietrzem. Maszynista wychylił się z kabiny — stary mężczyzna o siwych włosach i twarzy pooranej zmarszczkami.
— Dolina? — zapytał ochryple.
— Tak — odpowiedział Nathan.
— To dobrze. Nie każdy ma powód, żeby tam jechać. — Mężczyzna skinął głową, jakby mówił coś więcej niż chciał. Z wnętrza wagonów sączyło się ciepłe światło. Nie wyglądało jak z nowoczesnego pociągu — raczej jak z dawnych czasów: ciężkie zasłony, mosiężne lampy, miękkie siedzenia. Pachniało parą, drewnem i starym światem.
— Wsiadamy? — zapytała Lyra.
— Wsiadamy — potwierdził Nathan, choć nie był pewien, dokąd naprawdę jadą. Najpierw pomógł dziewczynom wejść po schodkach. Arden stanęła w przejściu, odwracając się jeszcze raz w stronę pustej stacji, jakby chciała coś powiedzieć — może o Nariel, może o czymś, czego sama nie rozumiała.
— No dalej, księżniczki z gór — rzucił z lekkim uśmiechem, chcąc rozładować napięcie. Arden przewróciła oczami, ale kąciki jej ust drgnęły. Kiedy wsiadł jako ostatni, drzwi zamknęły się za nim z cichym kliknięciem. Pociąg szarpnął i ruszył. Za oknem przesuwały się powoli drzewa, śnieg i światła wioski. Wszystko wyglądało tak, jakby świat cofał się za nimi. Nathan patrzył w zamgloną szybę, aż zobaczył w niej na moment odbicie — znajome oczy, jakby należały do kogoś, kogo już spotkał. Może do Nariel. Może do samego siebie sprzed lat. Arden odwróciła się od okna i przyjrzała mu się uważnie.
— O czym myślisz?
— O tym, że może każda podróż to powrót — odparł cicho.
— Oby tym razem nie do niej — mruknęła półgłosem, ale na tyle wyraźnie, by usłyszał. Nathan tylko się uśmiechnął.
Pociąg nabierał prędkości. A za nimi — w śniegu, przy starej stacji — wiatr rozwiewał jeszcze przez chwilę ślady płóz. Wagon kołysał się miarowo, a rytm kół na torach przypominał bicie serca — jednostajne, uspokajające, aż do granicy hipnozy. Ciepło z małego piecyka w rogu rozlewało się po przedziale, tworząc różnicę między światem zewnętrznym a wnętrzem — tam mróz, tu spokój. Lyra przysnęła pierwsza. Jej głowa opadła na bok, na miękką zasłonę przy oknie. Arden siedziała naprzeciwko, z książką na kolanach, choć od dłuższego czasu nie przewróciła żadnej strony. Udawała, że czyta, ale wzrok miała wbity w szybę. Nathan patrzył przed siebie. Pociąg sunął przez biel, jakby przecinał czas, nie krajobraz. W oknach migały drzewa, a pomiędzy nimi — coś jeszcze. Coś, co nie było odbiciem. Nachylił się lekko i przetarł szybę dłonią. Para ustąpiła, a w tafli pojawił się cień. Stał tam — ten sam mężczyzna, którego widział rano na rynku. Ciemny płaszcz, kaptur, nieruchoma sylwetka. Tym razem jednak wydawało się, że patrzy prosto na niego. Nathan odruchowo spojrzał przez okno — za szybą było tylko śnieżne pustkowie. Ani śladu postaci. Kiedy znów spojrzał na odbicie, cień zniknął.
— Nathan? — odezwała się Arden, nie podnosząc wzroku znad książki.
— Hm?
— Wszystko w porządku?
— Tak. — Odchrząknął. — Tak, chyba tak.
— Bo wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha.
— Może po prostu zobaczyłem własne odbicie — próbował zażartować, ale jego głos zabrzmiał zbyt cicho. Arden uniosła wzrok.
— Czasem to najstraszniejszy widok ze wszystkich.
Na chwilę ich spojrzenia się spotkały. W jej oczach odbijało się światło lampy, ale Nathanowi wydawało się, że widzi w nich coś jeszcze — cień, który nie należał ani do niej, ani do niego.
Za oknem, daleko za drzewami, mignął błysk. Jakby ktoś zapalił pochodnię. Potem drugi. I trzeci. Pociąg zwolnił na zakręcie.
— Co to? — zapytała Lyra sennym głosem, otwierając oczy.
— Pewnie sygnały z doliny — odparł Nathan, choć sam nie był tego pewien. Z oddali dobiegł dźwięk — jak śpiew, przeciągły, niepokojący. Nie był to wiatr ani maszyna. Brzmiał jak głos ludzi. Albo jednego człowieka, którego słyszało się tak, jakby śpiewał dla wszystkich. Arden położyła książkę obok siebie i wyprostowała się.
— To chyba nie brzmi jak powitanie.
— Albo właśnie tak brzmi — odparł Nathan, wpatrując się w zbliżające się światła. Pociąg wtoczył się w mgłę, a światło zniknęło i nagle wszystko ucichło. Zgasły lampy w wagonie. Na moment wszyscy wstrzymali oddech, jakby noc zapomniała, że istnieją. Nie było już widać ich odbić w szybie — tylko szarość, jakby ktoś z drugiej strony pomalował okna mlekiem. Koła jeszcze przez chwilę turlały się po torach, aż dźwięk zamilkł. Zostało tylko to nienaturalne milczenie.
— Co się dzieje? — szepnęła Lyra. Nikt nie odpowiedział. Nathan wstał i podszedł do okna. Spróbował je uchylić — ustąpiło z lekkim trzaskiem. Zamiast stacji zobaczył coś, czego nie rozumiał. Pociąg stał na moście, a pod nim płynęła rzeka, zamarznięta w połowie, jakby czas nie mógł zdecydować, czy chce ją zatrzymać, czy uwolnić. Z mgły po obu stronach wynurzały się stare latarnie — pochylone, omszałe, z żółtym światłem w środku, które drżało, jakby oddychało.
— To chyba nie stacja… — powiedziała Arden cicho, stając obok. Nathan skinął głową, ale nie odrywał wzroku od blasku. We mgle pojawił się błysk. Najpierw jedno światło, potem drugie — jak oczy. Albo jak pochodnie niesione przez ludzi. Tylko że nie było widać żadnych sylwetek.
— Nathan… — Lyra dotknęła jego ramienia. — Co to jest? Boję się… — jej głos się urwał. On jednak wychylił się bardziej, chcąc zobaczyć, co dzieje się w oddali. Światło w latarniach pulsowało równo z jego oddechem. Miał ochotę wyskoczyć z wagonu i pobiec w ich kierunku, zupełnie jakby coś go wzywało. Zimne powietrze uderzyło go w twarz, a szum rzeki brzmiał jak echo.
— Nathan! — zawołała Arden, chwytając jego sylwetkę zwisającą za oknem. — Gdzie ty chcesz iść?!
Odwrócił się powoli, a jego twarz wyglądała inaczej — jakby przez chwilę nie był pewien, kim jest.
— Widzisz? — szepnął. — Tam ktoś stoi.
— Nikogo tam nie ma — Arden spojrzała w otchłań mgły. — Wyjdź z tego okna. Usiądź. To tylko śnieg.
Patrzyła na niego z przerażeniem. Zamknęła okno. Światła znów drgnęły, zasyczało powietrze w rurach ogrzewania, a pociąg ponownie ruszył. Skład powoli przyspieszał, jakby nic się nie wydarzyło. Nikt się nie odezwał. Arden siedziała z dłońmi zaciśniętymi na książce, Lyra nerwowo gładziła brzeg swojego szalika. Nathan patrzył w szybę, lecz widział już tylko mgłę — gęstą, jednolitą, bez światła, bez cienia. Jakby świat za oknem zniknął. Koła miarowo stukały o tory, wybijając rytm, który powoli koił napięcie. Ciepło wracało do wagonu. Lyra przysunęła się bliżej Nathana, opierając głowę na jego ramieniu. Arden po chwili zrobiła to samo, udając, że po prostu szuka wygodniejszej pozycji. Nie protestował. Czuł ich ciężar, ciepło, zapach włosów i tkanin. Nie myślał o strachu. Tylko o tym, co widział. O tym, czy mgła naprawdę coś skrywała, czy tylko odbijała jego własne wspomnienia.
W wagonie panowała cisza — ta dobra, miękka, po której człowiek przestaje pytać. Pociąg toczył się przez biel, aż za oknem zaczęły majaczyć kontury stacji — kilka lamp, zamarznięty peron, sylwetki ludzi poruszających się powoli jak we śnie. Gdy pociąg zatrzymał się, nikt się nie spieszył. Arden uniosła głowę i spojrzała na Nathana.
— To tutaj?
— Tak… — odpowiedział po chwili, jakby sam siebie chciał o tym przekonać. — Dalej nie pojedziemy.
Zabrzmiał dzwonek. Drzwi otworzyły się z sykiem, a zimne powietrze wtargnęło do środka. Nathan wstał, podał rękę Lyrze, potem Arden. Gdy wyszli na peron, śnieg skrzypnął pod butami. Nad stacją unosiła się mgła, ale już nie taka jak wcześniej — ta była spokojna, prawie przyjazna. W oddali, w dolinie pod wzgórzem, migotały pierwsze światła. Ciepłe, ludzkie, prawdziwe. Nathan odwrócił się jeszcze raz w stronę torów. W gęstej bieli nic nie było widać. Tylko echo rytmu kół, które wciąż brzmiało w jego głowie — jak echo serca kogoś, kto dopiero zaczyna coś rozumieć.
Rozdział 4 — Festyn w dolinie
Wieczór spłynął na miasteczko miękko, jak gdyby niebo zapomniało, że powinno być ciemne. Światło układało się w drobnych smugach nad dachami, a śnieg połyskiwał jak srebrny pył. Pociąg odjechał, zostawiając po sobie jedynie echo kół i delikatne drżenie torów — to krótkie, charakterystyczne westchnienie, jakie wydaje świat, gdy coś właśnie się kończy. Nathan stał jeszcze przez chwilę na peronie, wpatrując się w śnieg, jakby tam miała zostać odpowiedź, której nie zdążył wypowiedzieć. Dopiero po kilku oddechach odwrócił się i ruszył za dziewczynami. Ich kroki skrzypiały rytmicznie, zlewając się z oddechem i dalekim dźwiękiem dzwonków.
Ścieżka ze stacji prowadziła w dół, między domkami, których okna lśniły ciepłym blaskiem. Im dalej szli, tym więcej światła pojawiało się wokół — lampy w oknach, latarnie z mosiężnymi kloszami, girlandy rozwieszone między dachami jak sznury gwiazd. Z oddali słychać było muzykę, a powietrze pachniało cynamonem, prażonymi orzechami i czymś słodkim — jakby wspomnieniem dzieciństwa, do którego nie ma już drogi powrotnej.
— Co to za miejsce… — szepnęła Lyra, rozglądając się z zachwytem.
— Jak sen, który ktoś zapomniał obudzić — odparła Arden, choć w jej głosie brzmiała cicha nuta podziwu. Kiedy dotarli na rynek, światło otoczyło ich z każdej strony. Był tam tłum — ludzie w grubych płaszczach, dzieci z watą cukrową, sprzedawcy pierników i kramy z miodem, z których unosiła się gęsta para jak z kotłów pełnych magii. Na środku placu stała ogromna choinka, przystrojona ręcznie robionymi ozdobami, orzechami, suszonymi pomarańczami, kawałkami jabłek i cienkimi wstążkami z materiału. Po jednej stronie, za szeregiem domków, rozłożono małe lodowisko — sztuczne, ale urokliwe. Lód trzeszczał cicho, a z głośników płynęły stare pieśni, te same, które pewnie śpiewano tu od pokoleń. Śnieg padał powoli, drobny i gęsty, odbijając się od lampek i lampionów jak złoty pył. Arden przystanęła, zapatrzona w ludzi tańczących przy jednym ze stoisk. Lyra chwyciła ją za rękę. Nathan też się zatrzymał. Miał wrażenie, że zna to miejsce. Nie z mapy, nie z opowieści — z pamięci. Jakby już kiedyś tędy przechodził, choć nie potrafił powiedzieć kiedy. W drewnianej budce z ciepłym światłem siedziała starsza kobieta w czerwonym szaliku. Przed nią parowały kubki z trunkami, a wokół unosił się zapach malin i imbiru. Na jej widok Nathan odruchowo zwolnił. Odwzajemniła spojrzenie, po czym uśmiechnęła się tak, jak uśmiecha się ktoś, kto czekał bardzo długo.
— Jak miło, że znowu nas odwiedziłeś — powiedziała cicho, jakby bała się przerwać ciszę między nimi.
— Przepraszam… my się znamy? — zapytał zaskoczony.
— Dawno cię tu nie było — odparła, jakby mówiła ze środka wspomnienia. — Nie pamiętasz mnie?
Zanim zdążył odpowiedzieć, podała mu kubek z parującym napojem.
— Na rozgrzewkę. Z imbirem i malinami. Jak zwykle.
Spojrzał na nią zdezorientowany, ale wziął kubek. Pierwszy łyk przypomniał mu coś — smak, którego nie potrafił umiejscowić, ciepło dawnych zim, zapach, który rozbił w nim coś, czego nawet nie wiedział, że było zamarznięte. Na moment poczuł, jakby w środku siebie otworzył drzwi, o których istnieniu zapomniał.
— Zawsze chodziłeś z książką w kieszeni. Nawet z nią tańczyłeś — kobieta zaśmiała się lekko, z nostalgią. — A teraz, proszę, taki poważny mężczyzna.
— Pewnie pomyliła mnie pani z kimś… — odpowiedział zmieszany.
— Mój drogi Nathanku, twoich oczu nie da się pomylić z żadnymi innymi — odparła z ciepłym uśmiechem.
— Dziękuję za napój, naprawdę przepyszny — powiedział cicho, nie odrywając od niej wzroku.
— Nathan? — głos Arden zabrzmiał z boku. — Coś się stało?
— Nie… tylko to miejsce … sam nie wiem.
Arden skinęła głową, choć wyglądała na zaniepokojoną.
— Albo wszyscy tu mają zbiorową halucynację, albo ty coś ukrywasz — rzuciła półżartem. — Naprawdę nic ci się nie kojarzy? Ani cień, ani iskra?
Uśmiechnęła się krzywo.
— Dobrze, chodźmy. Znajdziemy coś do zjedzenia.
Ruszyli dalej przez rynek. Światło lampionów odbijało się w śniegu, jak w rozsypanym szkle. Dźwięki muzyki były coraz głośniejsze, ale w dziwny sposób łagodne — jak gdyby nie płynęły z głośników, tylko z samego serca miasteczka, które biło równym, spokojnym rytmem. W centrum placu, pod ogromną choinką, ludzie tańczyli w kręgu. Ich ruchy były miękkie, zsynchronizowane, a śmiechy mieszały się z dźwiękiem dzwonków. Kiedy przechodzili obok, dziewczynka w zielonej czapce podała Lyrze jabłko w karmelu.
— Dla szczęścia — powiedziała z uśmiechem, po czym zniknęła w tłumie. Nathan spojrzał na Arden.
— Nie powiesz, że to miejsce nie jest… inne, prawda?
— Inne jak wszystko, co ci się śniło, a potem okazało się prawdą — odparła, zerkając na niego spod kaptura. — Myślisz, że to sen?
— Nie wiem… ale jeśli tak, to niech trwa jeszcze chwilę.
Śnieg osiadał im we włosach, a światło lampionów drgało na twarzach, jak sen, który nie chciał się skończyć. Zatrzymywali się co kilka kroków. Śnieg skrzypiał pod butami, a ulice zdawały się prowadzić ich same, jakby miasto znało kierunek lepiej niż oni. Przy jednym z domków Nathan wiedział, że po lewej będzie piekarnia, zanim jeszcze zobaczył szyld. Przy następnym skrzyżowaniu skręcił odruchowo w boczną uliczkę.
— Tędy — powiedział, nie zastanawiając się.
— Skąd wiesz? — zapytała Lyra.
— Nie wiem. Po prostu… wiem.
I rzeczywiście — po chwili dotarli do małego placyku, gdzie między dwiema kamienicami stał kiosk z ciepłym pieczywem. Sprzedawczyni uśmiechnęła się, jakby widziała go wczoraj.
— Jak zawsze dwie bułeczki? — zapytała, sięgając po papierowe torebki. Nathan zamarł.
— Słucham?
— Dwie ciepłe bułeczki? — powtórzyła i roześmiała się miękko. — Pan zawsze żartował tak samo.
Arden spojrzała na niego z ukosa.
— No, przynajmniej masz tu kredyt zaufania i kolejną fankę — mruknęła.
— Albo dług, o którym nic nie wiem — mruknął. — Czemu fankę?
— Bo zapamiętała cię z powodu bułeczek — odpowiedziała z lekką ironią.
— Ha, ha, bardzo zabawne — odparł, nie domyślając się, dlaczego Arden mu dogryza.
— Przestań mu robić te wyrzuty, bo brzmią jak scena zazdrości — szepnęła Lyra z uśmiechem.
Ruszyli mijając kolorowe wystawy. Miasto pulsowało życiem — dźwiękiem skrzypiec, śmiechem dzieci, zapachem pomarańczy. A mimo to Nathan czuł, że coś tu jest… zbyt ciche. Jakby za tą radością kryło się coś, czego nikt nie mówi na głos. Kiedy mijali sklep z zabawkami, zatrzymał się nagle. W witrynie stała stara karuzela — miniatura z korbką. Obracała się powoli, choć nikt jej nie nakręcał.
— Ta karuzela… — powiedział półgłosem. — Miałem taką. Dokładnie taką.
— Może podobną — zasugerowała Arden.
— Nie. Z tą samą rysą na koniku.
Dotknął szyby, a figurki na karuzeli, jak gdyby na chwilę przystanęły. Z głośnika popłynęła melodia — ta sama, którą słyszał, gdy był dzieckiem. Lyra spojrzała na niego z niepokojem.
— Nathan, co to znaczy?
— Nie wiem — odparł, a jego głos był miękki jak para na szybie. — Ale mam wrażenie, że ten festyn nie jest dla turystów.
Wiatr przeszedł przez uliczkę, unosząc płatki śniegu i echo melodii. Światło przygasło na moment, jakby samo miasto wstrzymało oddech. Nathan zamknął oczy. Widział błysk — siebie, młodszego, biegnącego przez ten sam rynek z książką w ręku. Śmiech, zapach grzanego wina, dzwonki przy sankach… Potem pustka. Otworzył oczy i zobaczył, że Arden i Lyra patrzą na niego w milczeniu.
— Wszystko dobrze? — zapytała Arden cicho.
— Tak… tylko mam wrażenie, że wróciłem do miejsca, z którego nigdy nie powinienem był odejść.
W oddali rozległ się dźwięk dzwonów — głęboki, powolny, niosący się po dolinie jak echo wspomnienia. Ludzie na rynku zatrzymali się na moment, jakby słuchali czegoś, co słychać tylko raz w roku. Nathan uniósł głowę.
— Ten dźwięk… — szepnął. — Wiem, że już go słyszałem.
— W snach? — spytała Arden.
— Nie. W życiu. Tylko nie wiem, kiedy.
Zatrzymali się przy moście prowadzącym na drugą stronę miasta. Pod nimi płynął wąski strumień, a jego tafla odbijała światła, które wyglądały jak setki rozbitych gwiazd. Z drugiej strony mostu stała dziewczyna w białym płaszczu. Miała jasne włosy, które mieniły się w blasku lampionów, i trzymała w dłoniach księgę z pożółkłymi kartkami. Nathan poczuł, jak serce mu przyspiesza. Nie dlatego, że ją poznał — tylko dlatego, że wiedział, że powinien. Dziewczyna uniosła wzrok i lekko się uśmiechnęła — tak, jak ktoś, kto widzi kogoś po bardzo długim czasie.
— Jesteś — powiedziała cicho. — Wróciłeś, choć nie pamiętasz drogi.
Nathan zamarł.
— Kim… kim jesteś?
— Tą, która czeka, aż przypomnisz sobie…
Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, rozległ się głośniejszy dźwięk dzwonów. Tłum się poruszył, a dziewczyna zniknęła między ludźmi — jakby rozpłynęła się w śniegu. Nathan stał jeszcze chwilę, próbując ją dostrzec, ale zostało tylko echo jej słów i ciepło w miejscu, gdzie przez moment patrzyła mu w oczy.
— Nathan…? — Lyra dotknęła jego ramienia.
— Widziałyście ją? — zapytał, nie odrywając wzroku od mostu.
— Kogo? — zapytała Arden.
— Dziewczynę z księgą. Stała tu przed chwilą.
— Nikogo tu nie było — odparła spokojnie Arden, choć w jej głosie zabrzmiała nuta niepokoju.
Nathan milczał. Spojrzał na swoje dłonie. Na palcach miał ślady po czymś, co przypominało kurz z papieru. Z rynku znów popłynęła muzyka — ta sama melodia, którą nucił jako chłopiec. Jak gdyby miasto naprawdę pamiętało. Tłum powoli się rozchodził. Światła przygasały, a muzyka stawała się coraz cichsza, jakby ktoś delikatnie przyciszał wspomnienia. Nathan rozejrzał się jeszcze raz — wszystko wyglądało jak sen, który nie chciał się skończyć, ale z każdą minutą stawał się coraz bardziej prawdziwy.
— Chodźmy — powiedział cicho. — Trzeba znaleźć nocleg.
Wąska uliczka prowadziła w górę, między drewnianymi domami, których dachy tonęły w śniegu. Na końcu wisiał stary szyld z wyblakłą lipą i napisem: „Karczma pod Lipą”. W oknach świeciły kolorowe lampy, a zza szyb dobiegał zapach pieczonego jabłka i wanilii. Wewnątrz było ciepło — tak ciepło, jak w miejscu, które czeka. Za ladą stała kobieta w grubym, wełnianym szalu. Gdy tylko spojrzała na Nathana, jej twarz rozjaśnił uśmiech.
— Witam! — zawołała z entuzjazmem. — Myślałam, że już pan tu nigdy nie wróci.
— Słucham? — zapytał zaskoczony.
— Tyle lat minęło. Ale człowiek się nie zmienił — ten sam uśmiech, tylko płaszcz wymieniony na kurtkę.
Arden spojrzała na niego z uniesioną brwią.
— Cóż, wygląda na to, że nawet twoja garderoba ma tu wspomnienia — mruknęła półgłosem.
— Proszę, pokój na piętrze, ten sam co dawniej. — Kobieta sięgnęła po klucz z mosiężnym numerkiem siedem. — Wiem, że to pana ulubiony.
Nathan odebrał klucz niepewnie.
— Ja… nie sądzę, żebyśmy się znali — powiedział, ale jej uśmiech nie zniknął.
— Może to pan nie pamięta — odparła łagodnie. — Ale miło znów widzieć znajomą twarz.
Schody skrzypiały pod nogami, gdy szedł na górę. Pokój był prosty, ale ciepły — jedno szerokie łóżko, dwa fotele, stolik i duże okno z widokiem na rynek. Zrzucił kurtkę i stanął przy szybie. Z dołu wciąż dochodziły echa muzyki i śmiech dzieci, a światła lampionów odbijały się w jego oczach.
— Dziwne miejsce — powiedziała Arden, odkładając torbę. — Wszyscy się cieszą, jakbyś wrócił z wojny.
— A ja nawet nie wiem, że z niej wyszedłem — odparł półgłosem. Uśmiechnęła się lekko, choć w jej oczach czaił się niepokój.
— Chodź, połóż się. Jutro może coś sobie przypomnisz.
Nathan skinął głową. Został jednak przy oknie jeszcze przez chwilę. Patrzył, jak śnieg tańczy w świetle latarni, jak miasteczko powoli zasypia, jak ktoś na rynku gasi kolejne światła. Zamrugał. Przez moment wydawało mu się, że przy ostatnim stoliku przed kawiarnią ktoś jeszcze stoi. Sylwetka mężczyzny w ciemnym płaszczu — lekko pochylona, jakby czekała właśnie na niego. Gdy Nathan zbliżył się do szyby, tamten uniósł głowę, uśmiechnął się z ledwie widocznym spokojem i pomachał mu czymś małym. Po chwili położył przedmiot na stoliku i odszedł, znikając w tańczącym śniegu. Nathan odruchowo złapał za klamkę.
— Nathan? — zawołała Arden z łóżka. — Co ty robisz?
— Zaraz wrócę — rzucił tylko i wybiegł. Zbiegł po schodach tak szybko, że ledwie słyszał skrzypienie desek pod nogami. Ulica była opustoszała, ale przedmiot wciąż leżał tam, gdzie mężczyzna go zostawił. Podszedł ostrożnie i wziął go do ręki. To był stary notes w skórzanej oprawie, przetartej na rogach. Otworzył go powoli. Na pierwszej stronie widniał wyblakły napis:
„Wróć. Dolina zawsze tęskni za tobą.”
Stał bez ruchu. Litery wyglądały jak jego własne pismo. Przesunął po nich palcami, jak gdyby chciał sprawdzić, czy to sen. Czuł, że coś w nim drgnęło — nie wspomnienie, jeszcze nie, raczej echo. Stał chwilę w milczeniu, aż poczuł mroźny powiew na plecach. Dopiero wtedy zorientował się, że jest bez butów i w samej koszuli. Wrócił w ciszy i skupieniu, trzęsąc się z zimna.
— Nathan, czy tobie całkiem odbiło?! — Arden rzuciła się do niego z kocem. — Trzęsiesz się jak osika! Ściągaj te skarpety, bo się rozchorujesz! Nathan?! Słyszysz mnie?!
Dopiero po chwili zauważyła jego kamienną twarz i puste spojrzenie.
— Nathan, wszystko w porządku?
— Nic się nie dzieje — wyszeptał. — Muszę się tylko położyć.
Próbował się odwrócić, ale Arden chwyciła go za rękę.
— O nie, mój drogi. Po takiej wyprawie musisz się wygrzać. Widziałam w łazience wannę, zaraz naleję ci gorącej wody z eukaliptusem i solą morską.
Nie czekała na odpowiedź, już zniknęła w łazience. Po chwili wróciła i pociągnęła go za sobą.
— Chodź, gotowe. Rozbierz się, przecież nie będę cię rozbierać. Co to w ogóle trzymasz w ręce?
Wyjęła mu notes z dłoni. Skóra była twarda od zimna, a jednak w dotyku ciepła — jakby przechowywała czyjeś wspomnienie.
— Co to jest? — zapytała, oglądając okładkę. — Skąd to masz?
— Leżał na stoliku przy kawiarni — odpowiedział. — Ten mężczyzna zostawił go tam i…
— Jaki mężczyzna? — przerwała, marszcząc brwi. — Na ulicy nikogo nie było, widziałam przez okno.
Spojrzał na dłonie. Skóra pod paznokciami była sina, palce drżały.
— Wiem, ale… on tam był — wyszeptał. — Stał przy kawiarni. Miał ciemny płaszcz, a kiedy na mnie spojrzał…
— To postanowiłeś wybiec na mróz półnagi? — w jej głosie zabrzmiała mieszanina gniewu i troski. — Nathan, masz szczęście, że w ogóle wróciłeś o własnych siłach.
Odebrała mu notes. Przez moment milczeli. Z sąsiedniego pokoju dochodziło tylko spokojne oddychanie Lyry.
— Naprawdę go tam znalazłem — powiedział po chwili. — I ten napis…
Arden spojrzała na niego poważnie.
— Jaki napis?
Nathan otworzył notes i przesunął palcem po wyblakłych słowach:
„Wróć, dolina zawsze tęskni za tobą.”
Arden zamilkła. Po jej twarzy przemknął cień niepokoju.
— Co to znaczy? Kto to napisał?
— Nie wiem — odparł, wpatrując się w litery. — Ale wygląda, jakbym to ja napisał.
Cisza rozlała się po pokoju. Tylko wiatr szeleścił za oknem. Arden położyła mu dłoń na ramieniu.
— Nie myśl teraz o tym. Wchodź do wanny, póki nie zamarzłeś do reszty — powiedziała łagodniej, wypychając go w stronę łazienki. — I zostaw ten notes.
Nathan odłożył go na stolik i poszedł. Kiedy po chwili woda z sykiem wypełniła wannę, Arden podeszła bliżej i spojrzała na skórzaną okładkę. Na rogu, w świetle lampki, dostrzegła wytłoczony drobnym pismem napis, którego wcześniej nie było widać:
„Nathan ex stirpe Tiliae.”
Przeszedł ją dreszcz. Spojrzała w stronę łazienki, gdzie słychać było chlupot wody.
— Nathan… — wyszeptała, ale nie dokończyła. Tymczasem Nathan siedział w wannie już długo. Ciepła woda koiła jego zmarznięte ciało, ale nie potrafiła uciszyć myśli. Spoglądał na parę unoszącą się nad taflą i czuł, że jego głowa jest cięższa niż cała reszta świata. Jak gdyby każda wspomniana przez ludzi chwila, której nie pamiętał, zaczynała wracać do niego w postaci cienia. Zanurzył dłonie w wodzie, a potem powoli zanurzył też głowę. Na moment zapadła cisza — inna niż wszystkie. Ciepła, głęboka, gęsta. Pod wodą nie było muzyki z rynku, nie było głosów. Tylko jego własny oddech, który gasł w pianie.
— Nathan? — zawołała Arden zza drzwi. — Słyszysz mnie?
Nie odpowiedział.
— Nathan! — powtórzyła głośniej.
Usłyszała tylko plusk wody. Drzwi otworzyły się z trzaskiem. Arden wpadła do środka, blada jak ściana. Zobaczyła go z głową zanurzoną w pianie.
Bez namysłu podbiegła, złapała go za włosy i pociągnęła do góry.
— Na litość boską! — krzyknęła, drżąc. — Najpierw chcesz zamarznąć, teraz się utopić?! Co ty wyprawiasz, człowieku?!
Nathan gwałtownie nabrał powietrza. Krople spływały mu po twarzy, oczy miał puste jak tafla wody.
— Nie chciałem… — wyszeptał. — Przysięgam…
— To, co chciałeś? Przestać myśleć? — jej głos drżał, ale był ciepły. — Nie waż się. Nie pozwolę ci.
Milczał chwilę, po czym tylko skinął głową.
— Przepraszam. Straciłem poczucie, gdzie jestem.
Arden westchnęła i podała mu ręcznik.
— Wychodź. Zaraz przyniosę ci coś suchego.
Kiedy wrócił do pokoju, światło było już przygaszone. Arden siedziała na brzegu łóżka, z kocem przewieszonym przez ramiona.
— Nie będziesz sam — oznajmiła. — Nie po tym wszystkim.
Uśmiechnął się słabo.
— Naprawdę nie musisz…
— Muszę — przerwała. — Bo jeśli znów coś ci przyjdzie do głowy, zdążę cię złapać za włosy po raz drugi.
Położył się obok niej, a ona przykryła ich jednym kocem. Leżała blisko, z dłonią opartą na jego plecach. Oddychali spokojnie, niemal równo.
— Arden? — wyszeptał po chwili.
— Hm?
— Dziękuję, że jesteś.
— Podziękuj jutro, jak się nie pochorujesz — mruknęła, wtulając twarz w jego ramię.
Świat za oknem przycichł. Światła na rynku gasły jedno po drugim, a śnieg sypał miękko, jak gdyby nie chciał im przeszkadzać. Nathan zamknął oczy. Po raz pierwszy od dawna zasypiał spokojnie. A jednak tuż przed snem zobaczył coś: dziedziniec ośnieżonego zamku, chłopca biegnącego z książką pod pachą, śmiech odbijający się od murów, zapach gorącego chleba i dzwonki, które brzmiały jak echo dawnych świąt. I ten sam głos, który kiedyś szeptał mu do ucha:
„Nie zapomnij wrócić.”
Drgnął, otworzył oczy. Pokój był ciepły, spokojny, a Arden oddychała równo tuż za jego plecami. Podniósł się i spojrzał w okno. Na rynku paliła się tylko jedna latarnia. I przez krótką chwilę wydawało mu się, że pod nią ktoś stoi — ta sama sylwetka, którą widział wcześniej przy kawiarni. Mrugnął. Ulica była pusta. Tylko śnieg. Położył się z powrotem. Świat powoli rozpływał się w sen, a ostatnim, co poczuł, była miękka dłoń Arden na jego plecach. Kraina snów przyjęła go ponownie.
Rozdział 5 — Echo przeszłości
Światło poranka było blade, jak gdyby słońce wahało się, czy w ogóle miało w ten dzień wstać. Nathan obudził się nagle, z uczuciem, że ktoś wołał go po imieniu. W pokoju panowała cisza, jedynie piec cicho trzaskał. Arden jeszcze spała — skulona, z dłonią wciąż opartą o jego ramię, jakby obawiała się, że zniknie. Usiadł powoli, czując dziwne ściśnięcie w żołądku. W jego głowie panowała pustka, ale serce biło zbyt szybko, jak po złym śnie. Spojrzał na stolik przy oknie. Notes leżał dokładnie tam, gdzie go zostawił — suchy, spokojny, jak gdyby nigdy nie leżał w śniegu. Nie wyglądał na nic niezwykłego i właśnie to go uspokoiło. „Może po prostu potrzebowałem snu” — pomyślał z półuśmiechem. Wstał, cicho narzucił koszulę i zszedł na dół. Zapach drożdżowych bułek i świeżo mielonej kawy wypełniał cały parter. W sali panował gwar — śmiech, rozmowy, ciepło. Ludzie przy stolikach uśmiechali się do siebie jak starzy znajomi. Kiedy wszedł, kilka osób skinęło mu głowami, jakby jego obecność była czymś zupełnie naturalnym.
— Nathan! — zawołał ktoś z końca sali. — No, wreszcie!
Odwrócił się. Przy kominku siedziała para — mężczyzna o siwych włosach i kobieta z ciepłym, przyjaznym spojrzeniem. Machali do niego, uśmiechnięci.
— Siadaj, chłopie, bo śniadanie wystygnie! — zawołał mężczyzna.
— Nie sądziliśmy, że jeszcze kiedyś cię tu zobaczymy — dodała kobieta. Nathan podszedł wolno. Ich twarze coś w nim poruszyły — znajome, ale jak przez mgłę. Uśmiechnął się lekko, starając się ukryć zamieszanie.
— Minęło trochę czasu, prawda? — powiedział tonem, który równie dobrze mógł oznaczać rok, co dwadzieścia lat. Kobieta roześmiała się serdecznie.
— Oj, nawet nie mów! My tu szarzejemy, a ty ani dnia starszy! — klepnęła go w ramię. — Jak zawsze z tym swoim spokojnym uśmiechem.
— I w tej samej koszuli! — dodał mężczyzna żartobliwie. Nathan roześmiał się z nimi, choć w środku poczuł niepokój. „Jak zawsze”, „ta sama koszula” — te słowa nie chciały puścić. Po chwili ze schodów zeszła Arden, z potarganymi włosami i jeszcze sennym spojrzeniem. Zatrzymała się, widząc go wśród ludzi, jakby nie była pewna, czy to naprawdę on.
— Widzę, że już się zadomowiłeś — powiedziała, siadając obok z uśmiechem, który nie do końca sięgnął oczu.
— Tylko śniadanie — odparł spokojnie. — Wygląda na to, że tutejsi mają pamięć lepszą niż ja.
Kobieta spojrzała na Arden z ciekawością.
— A to pewnie twoja… przyjaciółka?
— Właściwie towarzyszka podróży — poprawiła Arden uprzejmie, choć w jej głosie słychać było ostrożność.
— Miło, że w końcu kogoś ze sobą przywiózł — wtrącił mężczyzna. — Lena zawsze mówiła, że nie lubi, gdy jeździsz sam.
Na dźwięk tego imienia Nathan zesztywniał.
— Lena? — powtórzył, udając, że tylko się zamyślił. — Tak… wspominała coś o was.
Kobieta pokiwała głową z zadowoleniem.
— No widzisz, nic się nie zmienia. Cieszę się, że wróciłeś, Nathanku. Naprawdę.
Zamilkł. Tylko trzask drewna w kominku i śmiechy innych gości przypominały, że świat wciąż się toczy. A jednak coś w środku mówiło mu, że już kiedyś siedział dokładnie w tym miejscu, z tą samą filiżanką, przy tym samym stole… tylko że wtedy nikt nie był mu obcy. Z zamyślenia wyrwały go otwierane drzwi, w których stanęło troje ludzi strzepujących śnieg z ramion. Śmiali się, rozmawiali głośno, jakby wrócili z długiej podróży. Nathan poczuł, jak serce ściska mu się w piersi. Rozpoznał ich. Nie z wczoraj, nie z żadnej wyprawy. Z tego miejsca. Z tego stołu. Z tego życia, które, jak mu się wydawało, należało do kogoś innego.
— Nathan! — zawołał wysoki mężczyzna z rudą brodą. — Ty żyjesz, stary wędrowcze! Myśleliśmy, że zniknąłeś na wieki! Gdzie byłeś? Wszyscy myśleli, że pochłonęła cię nicość!
Zamarł. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Ich imiona wypłynęły z niego same, jakby od dawna czekały za językiem.
— Eli, Mara… i Jonas.
Tamci spojrzeli po sobie, zaskoczeni i rozbawieni jednocześnie.
— No proszę — powiedziała Mara, podchodząc i obejmując go po przyjacielsku. — A jednak pamiętasz. Myślałam, że i ciebie dolina w końcu wymazała.
Z każdą chwilą Nathan czuł, że grunt pod stopami robi się mniej pewny. To nie byli nowi ludzie z jego wypraw. To byli ci sami, których znał od zawsze. Ale od zawsze… gdzie?
— No chodźże, stary! — Eli już chwytał go za ramię. — Nie siedź tu, jak duch, dziś się świętuje!
— Co tym razem? — spytał z wymuszonym uśmiechem.
— To, że wróciłeś! — zaśmiała się Mara, stukając kuflem o blat. — Taki powód wystarczy.
Zanim zdążył zaprotestować, pociągnęli go ze sobą. Śnieg skrzypiał pod butami, gdy wyszli z gospody. Dzień dopiero się rozjaśniał, a już dobiegały dźwięki muzyki z kolejnej karczmy. Na rynku stały rzędy stołów, gary z grzanym winem, kociołki z gulaszem, ogniska, przy których ogrzewano dłonie. Nathan nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł coś takiego — zapach dymu, wino na języku, śmiech, który aż drżał w powietrzu.
— Pamiętasz, jak wtedy ścigaliśmy się na sankach z murów zamku? — rzucił Jonas, gdy mijali drewniany mostek.
— Coś ty, przecież tam był zakaz! — zawołała Mara, śmiejąc się.
— I co z tego? On zawsze wygrywał! — Eli wskazał na Nathana kuflem. — Chciałeś się zabić, ale przynajmniej szybciej niż wszyscy!
Nathan parsknął śmiechem, chociaż nie pamiętał nic z tego. A jednak w jego głowie pojawił się obraz — krótki, urwany, jak błysk lampy. Zjazd z górki, krzyk, wiatr w uszach. I echo śmiechu — jego własnego.
— Dobra, panowie, czas to udowodnić — powiedział nagle, sam zdziwiony własnym tonem.
— Co? — Eli spojrzał na niego z niedowierzaniem. — Ty chcesz znowu?
— A czemu nie? — Nathan uniósł brwi. — Pokażcie tylko, czy jeszcze pamiętacie, którędy.
Ruszyli jak dzieci. Z pobliskiego wzniesienia rozciągał się widok na dolinę, a w połowie drogi zaczęli już ubijać śnieg pod sanki.
— Jak dawniej! — krzyknął Jonas, popychając pierwszy pojazd. Ślizgali się, przewracali, prószyli śniegiem, aż Nathan śmiał się tak głośno, że sam siebie nie poznawał.
Wieczór nadszedł niepostrzeżenie. Z każdą karczmą było cieplej, głośniej, bardziej swojsko. Ktoś grał na skrzypcach, ktoś śpiewał starą balladę, a Nathan czuł, że rozpoznaje słowa, choć nigdy się ich nie uczył. Piwo krążyło, kufle stukały, śmiech rozlewał się po sali.
— No i co, pamiętasz już? — zapytała Mara z uśmiechem, nachylając się nad stołem.
— Może trochę — odparł, niepewnie się uśmiechając. — Ale nie wiem, czy to wspomnienia, czy sen, który ktoś mi włożył do głowy.
— A jaka różnica? — Eli wzruszył ramionami. — Ważne, że wróciłeś.
Nathan zgubił rachubę czasu. W którymś momencie stali na zewnątrz, przy rzece. Księżyc odbijał się w tafli lodu, a Eli spluwał daleko, śmiejąc się, że jego „marzenia sięgają dalej niż twoje”. Jonas próbował sikać na zamarznięte kamienie, a Mara gwizdała na wszystkich, krzycząc, że są jak dzieci. Nathan stał z nimi i śmiał się tak, że aż łzy zamarzały mu w kącikach oczu. A potem nagle — błysk. Nie ten z lampionów, nie z księżyca. Z wnętrza głowy. Ułamek wspomnienia — to samo miejsce, ta sama rzeka, tylko oni młodsi, inni, a obok dziewczyna w białym płaszczu. Śmiała się, stojąc na lodzie, trzymając jego dłoń.
— Nathan! — ktoś go potrząsnął. — Odpłynąłeś?
— Tak… — powiedział, z trudem wracając do teraźniejszości. — Chyba tak.
— Chodź, staruszku! — Eli zarzucił mu ramię na plecy. — Jeszcze jeden toast i wracamy do naszej ulubionej knajpy!
— Tak, tak, już idę — uśmiechnął się. Wrócili, ślizgając się po śniegu, śmiejąc i przepychając jak dzieci. A kiedy drzwi karczmy zatrzasnęły się za nimi, w jego głowie pozostał jeszcze jeden obraz — ta sama dolina, ten sam śmiech. Tylko że wtedy to nie była zabawa. To było pożegnanie. Śmiech Mary roznosił się po sali, kiedy Jonas opowiadał kolejną historię o dawnych czasach — o jakiejś bitce z handlarzami na targu, o wypadzie na zamarznięte jezioro, o tym, jak Nathan podobno uratował komuś życie, ale nikt już nie pamiętał komu.
— Nie przypominam sobie tego — zaśmiał się Nathan, choć w środku poczuł ukłucie.
— Jak zwykle — mruknął Eli, klepiąc go w plecy. — Ty nigdy niczego nie pamiętasz, dopóki nie wypijesz.
Kieliszki stuknęły się o siebie. Wino miało smak słodkich malin i czegoś jeszcze — czegoś znajomego, co piekło w gardle, ale rozlewało ciepło po całym ciele. Muzyka rozkręcała się z każdym toastem. Mara podniosła się ze śmiechem, chwyciła go za rękę i pociągnęła do środka sali.
— No dalej, Natie, pokaż, że jeszcze potrafisz tańczyć! — zawołała, a jej oczy błyszczały jak dawniej, gdy mieli po kilkanaście lat i cały świat kończył się na granicy doliny. Muzyk przy kominku zagrał szybciej, ktoś stuknął kuflem o blat, a cała gospoda rozbrzmiała śmiechem. Nathan dał się wciągnąć w wir — krok, obrót, ślizg po drewnianej podłodze. Śmiał się jak dziecko, choć w głowie czuł lekki szum. Mara ciągnęła go coraz szybciej, a kiedy muzyka ucichła, oboje upadli na ławę, parskając śmiechem.
— No widzisz, mówiłam, że pamiętasz kroki! — zawołała, ocierając łzy rozbawienia.
— A ja myślałem, że to tylko mięśnie się przypominają, nie wspomnienia — odpowiedział, nadal oddychając ciężko. Eli i Jonas podeszli z kuflami, uśmiechnięci.
— Wychodzimy! — krzyknął Jonas. — Na zewnątrz śnieg aż się prosi, żeby go trochę rozruszać!
— Albo żeby się przewrócić! — dopowiedział Eli. Zanim Nathan zdążył zaprotestować, już stali przed gospodą. Śnieg iskrzył się w świetle lamp, a powietrze było rześkie, pachniało mrozem i dymem z kominów. Jonas pierwszy złapał sanki stojące pod ścianą.
— No dalej, jak za dawnych czasów! — zawołał, rzucając Nathanowi drugi komplet.
— Znowu? Wydawało mi się, że jedna runda wystarczy, żeby przypomnieć sobie dzieciństwo.
— Tak, i to był głupi pomysł nawet wtedy — parsknął Eli, ale już pchał Marę na górkę przed gospodą. Nathan stał przez chwilę z sankami w rękach, patrząc na nich jak na obrazek z innego życia. Mara spojrzała na niego przez ramię, jej policzki były różowe od mrozu i wina.
— Co stoisz, Natie? Przecież zawsze zjeżdżałeś pierwszy!
Coś w środku drgnęło. Rzucił kurtkę na barierkę i wskoczył na sanki. Śnieg chrzęścił pod płozami, a wiatr uderzył go w twarz, kiedy puścił się w dół.
— Ooohooo! — krzyknął, śmiejąc się sam z siebie, gdy wpadł w zaspę na końcu. Jonas i Eli zjechali zaraz za nim, a Mara tarzała się w śniegu ze śmiechu.
— Mówiłem! — wrzasnął Jonas. — Ten zakręt wciąż pamięta twoje imię!
Nathan otarł z twarzy śnieg, serce mu waliło, ale nie ze strachu, tylko z dziwnego, gorącego poczucia „już tu byłem”. Mara pomachała mu ręką.
— No! Jeszcze raz czy już za stary jesteś? — zawołała.
— Jeszcze raz — odpowiedział, sam zaskoczony, że jego głos brzmi tak pewnie. Pobiegli z powrotem na górkę, sanki w rękach, śnieg skrzypiał pod butami, a Nathan czuł, że każdy krok przywraca mu kawałek czegoś, co dawno zgubił. Kiedy śmiech ucichł, a para z oddechów mieszała się ze śniegiem, ktoś zaproponował, żeby wrócili do gospody.
— Tylko na chwilę! — zawołała Mara, poprawiając czapkę. — Przecież wiesz, Nathan, że Eryce nie wypada odmówić drugiego kubka!
— I trzeciego — dodał Eli z szerokim uśmiechem. — Bo trzeci to dopiero ten „na szczęście”!
Zanim się zorientował, siedzieli już w środku przy dużym stole pod oknem. Gospodyni przynosiła kolejne gliniane kufle, a płomień w kominku drgał, jakby też chciał się napić. Nathan śmiał się razem z nimi, coraz głośniej, coraz swobodniej — aż zapomniał, że jeszcze kilka godzin temu był obcy w tym mieście. Mara opowiadała stare historie o ich dziecięcych psotach — jak kiedyś wylali atrament do studni przy ratuszu, przez co woda była czarna przez tydzień. Eli pukał go w ramię co chwilę, żartując, że wygląda znów jak „ten stary Nathan”, który potrafił jednym spojrzeniem przekonać ludzi do szaleństw.
— Szaleństw? — roześmiał się Nathan. — To pokaż mi jakie!
I nie minęło pół godziny, jak wybiegli znowu całą grupą na zewnątrz, prosto w śnieg. Eli wrzeszczał, że „kto pierwszy do mostu, ten stawia rundę!”. Ślizgali się znowu po zamarzniętym zboczu za karczmą, spadając jeden na drugiego w śnieżnych kłębach. Nathan śmiał się do łez, aż bolały go boki. Mara pędziła obok niego. Śnieg sypał im w twarze, a echo ich śmiechu odbijało się od zamarzniętych dachów. Kiedy wpadli na siebie, oboje runęli w zaspę, tarzając się jak dzieci. Eli i Jonas dołączyli po chwili, wrzeszcząc coś o „rekordzie prędkości w pijackim zjeździe”.
— Niech ktoś mnie odkopie, bo umrę ze śmiechu! — wydyszała Mara, próbując złapać oddech.
Nathan wyciągnął rękę, pomagając jej wstać. Ich spojrzenia skrzyżowały się na moment — krótko, ale tak, że przez sekundę czas naprawdę się zatrzymał.
— Wiesz, że już kiedyś tak było? — zapytała cicho. — Ta sama górka, ten sam śmiech. Tylko wtedy miałeś czerwony szalik i udawałeś, że potrafisz fruwać.
Nathan roześmiał się, choć w środku coś w nim drgnęło.
— Może dalej potrafię — odparł z lekkim przymrużeniem oka. Zanim zdążyła odpowiedzieć, Eli zawołał z mostu:
— No dalej, staruchy! Kto ostatni, ten płaci za grzańca!
Ruszyli biegiem, potykając się w śniegu, rzucając w siebie garściami białego puchu, aż w końcu wszyscy dotarli do tawerny po drugiej stronie rzeki, czerwoni na twarzach i rozgrzani od śmiechu. W środku było gwarno, ogień trzaskał w palenisku, ktoś grał na skrzypcach. Nathan usiadł przy stole, a przed nim postawiono kubek ciemnego piwa z pianą po brzegi.
— Za powrót! — krzyknął Jonas, unosząc kufel.
— Za tych, co pamiętają — dodała Mara.
— I za tych, co nie pamiętają, ale wracają mimo to — dorzucił Nathan. Wypili. A potem następny. I jeszcze jeden. Czas zaczął się rozmywać jak śnieg topniejący przy ogniu. Śmiali się, wspominali, a każde słowo, które padało, otwierało w nim kolejne drzwi. Nie wszystkie pamiętał. Ale z każdym łykiem coś wracało — zapachy, obrazy, drobne gesty. W pewnej chwili Mara położyła mu dłoń na ramieniu i powiedziała miękko:
— Pamiętasz, jak mówiłeś, że nigdy stąd nie odejdziesz? Że dolina cię nie wypuści, nawet gdybyś chciał?
Nathan zamarł z kuflem w dłoni. Nie odpowiedział. Ale w jego oczach coś błysnęło — jak gdyby właśnie przypomniał sobie, że kiedyś naprawdę to powiedział.
Wieczór spadł na dolinę szybko — jakby niebo chciało przykryć ich szaleństwo miękkim kocem nocy. W karczmie przy moście robiło się coraz głośniej. Stoły uginały się pod dzbanami trunków, świece migotały, a ludzie śmiali się tak, jakby jutro miało nigdy nie nadejść. Nathan siedział między Marą a Jonasem, już z rumieńcami na twarzy i z każdym łykiem czuł, jak świat staje się lżejszy.
— I wtedy, pamiętasz, Eli wlazł na dach karczmy i chciał śpiewać hymn doliny! — zaśmiała się Mara, aż łzy popłynęły jej po policzkach.
— A ty mu wtórowałeś, Nathan! — dodał Jonas. — Tylko że znałeś jedną zwrotkę i wymyślałeś resztę!
Nathan uderzył dłonią w stół, śmiejąc się głośno.
— To nie była improwizacja, to był patriotyzm!
— Jasne, jasne — Eli machnął ręką, przechylając kolejny kufel. — Ty i twoje przemowy o tym, że dolina śpiewa w naszych sercach!
Śmiech mieszał się z muzyką. Ktoś grał na skrzypcach, ktoś inny tańczył na ławie, a Nathan, choć czuł w głowie wir, czuł też coś jeszcze — błysk dawnego szczęścia, które nie należało do tego życia. Gdy wyszli na zewnątrz, noc była jasna od śniegu. Śmiech niósł się po ulicach, a on czuł, że zna każdy zaułek. Pod kamiennym mostem rzeka zamarzła niemal całkiem. Eli splunął teatralnie w lód, a Mara zaczęła zsuwać się po barierce, krzycząc, że „króluje nad światem”. Jonas pociągnął Nathana za ramię.
— No dalej, zrób to, co zawsze.
— Co? — roześmiał się.
— Rzuć monetą w rzekę, stary zwyczaj! Za powrót!
Nathan wyjął z kieszeni drobny miedziany pieniążek. Nie pamiętał, skąd go miał, ale metal był ciepły, jakby czekał na tę chwilę. Uniósł go do ust i wyszeptał coś, czego sam nie zrozumiał. Moneta potoczyła się po lodzie, znikając w szczelinie.
— No i teraz już wróciłeś naprawdę! — zawołała Mara, przytulając go mocno. Zapach jej włosów, dźwięk jej śmiechu — wszystko to było zbyt znajome, zbyt prawdziwe. Na sekundę zamknął oczy. I wtedy… zobaczył błysk — świąteczny wieczór sprzed lat, tę samą rzekę, ten sam most. I siebie, młodszego, z tą samą monetą w dłoni. Otworzył oczy gwałtownie. Wszyscy już wracali w stronę karczmy, śmiejąc się i fałszując pieśń. Zatrzymał się. Świat wokół wirował. Śnieg tańczył w świetle latarni, a mury miasta zdawały się oddychać razem z nim. „Wróć, zanim dolina zaśnie…” — to zdanie rozbrzmiało mu w głowie tak wyraźnie, jakby ktoś je właśnie wypowiedział tuż przy jego uchu.
— Nathan! — zawołała Mara z progu. — Chodź, zmarzniesz tam!
— Zaraz… zaraz przyjdę.
Oparł się o barierkę, patrząc w ciemną wodę pod mostem. W odbiciu zobaczył własną twarz — ale przez ułamek sekundy miał wrażenie, że patrzy na kogoś innego. Kogoś młodszego. W tym samym czasie Arden i Lyra szły w jego stronę. Szukały go od dłuższego czasu. W końcu dostrzegły go przy moście, z głową pochyloną, śniegiem we włosach i błyszczącymi oczami.
— Nathan! — zawołała Lyra, podbiegając. — Na wszystkich Stwórców, gdzie ty byłeś?
— W domu — odparł spokojnie, z uśmiechem, który był jednocześnie radosny i niepokojący. — Chyba w końcu wróciłem.
Arden spojrzała na niego uważnie. W jego oczach widziała coś, czego wcześniej nie było — cień wspomnienia, które dopiero zaczynało wracać.
— Nathan! — zawołała Mara, namawiając go po chwili na powrót do karczmy. — No już, nie udawaj filozofa, tylko wracaj do ludzi!
Uśmiechnął się i chwiejnym krokiem ruszył w jej kierunku. Arden i Lyra poszły za nimi. W środku znów było gwarno, ciepło, a powietrze przesycone śmiechem i alkoholem. Eli już siedział na stole i śpiewał coś, co brzmiało jak pijacka wersja hymnu doliny. Jonas walił łyżką w kufel, nadając rytm, a reszta wtórowała, fałszując w najlepsze. Nathan roześmiał się.
— Jeszcze jedna runda, potem grzecznie idę spać!
— Znam to „potem”! — zawołał Eli. — Zawsze ta sama śpiewka!
— To może mam po prostu słabą konsekwencję — odparł, przechylając kufel. Lyra siedziała z boku, przyglądając się z uśmiechem ich wygłupom, ale Arden milczała. Obserwowała Nathana — jego gesty, spojrzenia, sposób, w jaki odruchowo dotykał ramienia Mary, gdy coś jej opowiadał. Widział w niej kogoś bliskiego. Za bliskiego. Nie mówiła nic, tylko siedziała z kielichem w dłoniach, jakby próbowała się rozgrzać od środka.
Muzyka rozbrzmiała znów — skrzypek, może ten sam, co rano na rynku, zagrał coś wolniejszego, melodyjnego, aż ludzie zaczęli się podnosić od stołów.
— Taniec! — krzyknęła Mara. — Nathan, chodź!
— Nie, nie, ja już… — próbował się wymigać, ale ona nie dała mu szans. Złapała go za rękę i wciągnęła między pary. Śmiech, obrót, krok w przód, krok w tył — ciała plątały się w rytmie, a on czuł, jak świat wiruje razem z nimi. Arden wstała.
— Zaraz wrócę — powiedziała cicho do Lyry. — Potrzebuję chwili.
Lyra tylko skinęła głową. Kiedy wróciła, muzyka właśnie zwalniała. Ludzie śmiali się, ktoś przewrócił kufel, a na środku parkietu Mara przyciągnęła Nathana bliżej, śmiejąc się i coś mu mówiąc do ucha. I wtedy to się stało — szybki, krótki, nieoczekiwany ruch. Mara pocałowała go. Dla wszystkich wokół to była chwila zabawy i nikt nie zwrócił na to uwagi. Dla Arden był to obraz, który wbił się w serce jak lód. Stała w drzwiach, w pół kroku. Nie słyszała już muzyki, tylko własny oddech. Odwróciła się i wyszła. Na parkiecie Nathan odsunął Marę, delikatnie, ale stanowczo.
— Nie, Mara… — powiedział spokojnie, zmęczony. — Nie mogę.
— Wiem. Przepraszam. Stare przyzwyczajenia. — Uśmiechnęła się tylko z zakłopotaniem. Z kąta sali podeszła Lyra.
— Chodź, Nathan. Pora wracać.
— Tak… masz rację — pokiwał głową. Przy drzwiach odwrócił się jeszcze do przyjaciół.
— Do zobaczenia jutro. Nie znikajcie beze mnie.
— Ty się raczej nie zgub, wędrowcze! — krzyknął Eli, machając kuflem. Na zewnątrz śnieg padał już gęsto. Lyra owinęła go szalikiem, a on szedł powoli, chwiejnie, z półprzymkniętymi oczami.
— Chyba trochę przesadziłem — przyznał z lekkim uśmiechem.
— Trochę — odparła. — Ale to był potrzebny wieczór, prawda?
— Tak. Tylko… — urwał, patrząc w niebo — tylko dlaczego czuję, że to już kiedyś się wydarzyło?
Nie odpowiedziała. Przytrzymała go za ramię, gdy potknął się na schodkach gospody.
— Lena, skarbie, na ciebie zawsze mogę liczyć… — ledwo wybełkotał, próbując utrzymać równowagę. Lyra zamarła.
— Lena? — powtórzyła cicho. — Całe szczęście, że nie słyszy tego Arden, bo byś jej całkiem serce złamał…
Nathan spojrzał na nią nieprzytomnym wzrokiem, jak gdyby nie rozumiał, co powiedział.
— Co? — wymamrotał. — Ja… nic nie mówiłem.
— Owszem, mówiłeś — odparła spokojnie, choć w jej głosie zabrzmiała nuta niepokoju. — I zabrzmiało to tak, jakbyś znał ją bardzo dobrze.
— Może to imię mi się przyśniło — mruknął, przecierając oczy. — Albo… może znałem, ale zapomniałem.
Lyra nic nie odpowiedziała. Pomogła mu wejść po schodach i położyć się do łóżka, a gdy zamknęła za nimi drzwi, spojrzała jeszcze na jego twarz — spokojną, pogrążoną już w półśnie. Imię „Lena” wciąż dźwięczało jej w głowie, jak echo, które nie chce ucichnąć. Zgasiła lampę i tylko nikłe światło odbijało się z latarni za oknem. Nathan oddychał głęboko, niespokojnie, jakby coś śnił. Czasem poruszał ustami, wypowiadając bezgłośnie słowa, których nie dało się odczytać. Kiedy upewniła się, że zasnął, cicho wyszła z pokoju. Kilka minut później drzwi otworzyły się ponownie — tym razem to Arden weszła do środka. Cisza uderzyła ją od razu. W powietrzu czuć było zapach piwa i mydła, które Lyra przyniosła wcześniej z łazienki. Spojrzała na Nathana. Spał w poprzek łóżka, z rozchylonym kołnierzem koszuli, z policzkiem wciśniętym w poduszkę. Zatrzymała się w progu, długo patrząc. Jego wyraz twarzy był rozluźniony, nieświadomy, bezbronny i tylko od czasu do czasu rozumiała z całego bełkotu, jaki z siebie wydobywał, jedno słowo — Lena. Podeszła bliżej i usiadła na skraju łóżka.
— Idioto — wyszeptała z czułością. — Zawsze musisz robić wszystko po swojemu.
Odsunęła z jego czoła kosmyk włosów, który przykleił się do skóry. Zadrżał, jakby coś poczuł, ale nie otworzył oczu. Arden westchnęła cicho. Położyła obok łóżka mały koc i zsunęła się na podłogę, oparłszy plecy o ścianę. Nie chciała z nim rozmawiać, nie chciała go budzić, ale też nie potrafiła odejść. Patrzyła na niego jeszcze długo. Zanim zasnęła, powiedziała prawie bezgłośnie:
— Lena… kimkolwiek jesteś, nie zabieraj mi go.
Tymczasem świat snu przyszedł do Nathana cicho, jak śnieg spadający z dachu — bez ostrzeżenia, bez dźwięku. Najpierw była tylko biel. Potem biel zaczęła się poruszać. Zamieniała się w mgłę, w taniec płatków, w ciszę, która miała kształt wspomnienia. Nathan stał na moście. Tym samym, co dziś. Tylko że rzeka pod nim była czarna jak lustro i płynęła w przeciwną stronę. Po drugiej stronie mostu stała dziewczyna. W białym płaszczu, z włosami rozwianymi przez wiatr. Uśmiechała się, choć w jej oczach było coś smutnego.
— Spóźniłeś się — powiedziała, a głos miała tak miękki, że niemal zlał się z szumem wody.
— Na co? — zapytał.
— Na siebie — odpowiedziała i odeszła kilka kroków w tył, w stronę doliny.
Ruszył za nią, ale droga była inna. Most kończył się schodami, które prowadziły prosto w głąb wspomnień. Zobaczył siebie — młodszego, w płaszczu, bez ciężaru w oczach. Stał przed domem, w którym nigdy nie mieszkał, słyszał własny śmiech, ciepło ognia i zapach cynamonu. W środku ktoś śpiewał. Melodia była znajoma, ale słowa nie chciały się ułożyć. Próbował wejść — drzwi się nie otwierały. Zajrzał przez okno: w środku siedziała Ona. Pochylona nad stołem, pisała coś w notesie. Ten sam, który teraz leżał w jego torbie. Kiedy uniosła wzrok, spojrzała prosto na niego. I uśmiechnęła się tak, jakby widywała go każdego dnia. Chciał coś powiedzieć, ale śnieg zaczął padać wewnątrz domu, przysypując wszystko. Ściany znikły, dach się rozmył. Została tylko ona, stojąca pośrodku niczego. Zrobił krok, potem drugi, a ziemia pod jego stopami zaczęła pękać. Z wnętrza rys biło światło — nie złote, nie białe, tylko takie, które bolało od patrzenia. Kiedy próbował osłonić oczy, zobaczył swoje dłonie — młodsze, czystsze, ale z tym samym bliznowatym śladem na nadgarstku. Zrozumiał, że nie śni obcego życia. Śni siebie sprzed utraty.
— Lena! — krzyknął, ale jego głos rozpadł się na echo, które wróciło do niego w wielu wersjach: dziecięcej, młodzieńczej, starej.
— Nathan… — odpowiedziała, coraz cichszym tonem. — Dolina pamięta tych, którzy o niej zapomnieli.
Świat zadrżał, a on zrozumiał, że to nie wspomnienie, tylko wezwanie. Pochylił się, by dotknąć ziemi, ale wszystko rozpłynęło się jak topniejący lód. Zanim otworzył oczy, zdążył jeszcze usłyszeć jeden, ostatni szept:
— Nie da się wrócić, jeśli się nigdy nie odeszło.
Rozdział 6 — Tam, gdzie śpiewała rzeka
Poranek był ciężki, gęsty od ciszy i resztek wina z poprzedniego wieczoru. Światło wpadające przez okno było zbyt ostre, jakby dzień miał pretensje, że ktoś ośmielił się spać po święcie. Nathan obudził się z bólem głowy i niejasnym uczuciem winy, choć nie potrafił powiedzieć — wobec kogo. W ustach czuł smak wina i dymu, a w głowie wciąż krążyło echo śmiechu, skrzypce i obraz mostu oświetlonego latarniami. Próbował przypomnieć sobie sen, ale umykał — jakby ktoś zdjął z niego kolory i zostawił tylko kontury. Arden siedziała na parapecie z nogami podciągniętymi pod brodę. Nie odwróciła się, gdy otworzył oczy.
— Znalazłyśmy cię wczoraj ledwo trzymającego się na nogach — powiedziała spokojnie. — Dobrze, że Lyra miała dość cierpliwości, żeby cię tu doprowadzić.
— Wiem — odparł cicho. — Chyba trochę przesadziłem.
— Trochę — powtórzyła, ale w jej głosie nie było złości, tylko coś łagodnego, zmęczonego.
— Nie chciałem, żeby tak wyszło — dodał po chwili.
— A jak wyszło?
— Nie wiem. — Uśmiechnął się słabo. — Może za bardzo dałem się porwać wspomnieniom, których nie mam.
Arden westchnęła.
— Wczoraj mówiłeś przez sen.
— Tak?
— Mówiłeś imię. „Lena”.
Nathan zamarł.
— To… musiało mi się przyśnić.
— Wiem — odpowiedziała. — Ale wyglądałeś wtedy tak, jakbyś naprawdę wierzył, że ona tam jest.
Zapadła cisza. Na zewnątrz ktoś odgarniał śnieg z ulicy, zegar na wieży ratuszowej bił dziewiątą. Nathan wstał, przeciągnął się i spojrzał przez okno. Na rynku znów zbierał się tłum — jakby święto trwało nieprzerwanie od wielu dni.
— To miejsce nie śpi — mruknął. — Jakby czas się tu zatrzymał.
— Może to ty się zatrzymałeś — powiedziała Arden półgłosem. Odwrócił się. Jej spojrzenie było spokojne, ale uważne — takie, które widzi więcej, niż ktoś chciałby pokazać.
— Może — przyznał. — Ale jeśli tak, to chciałbym wiedzieć, w którym momencie.
Zeszli razem na dół. Lyra siedziała już przy stole z kubkiem kawy, zaspana, ale uśmiechnięta.
— Żyjesz? — rzuciła żartobliwie do Nathana. — Bo przez chwilę myślałam, że trzeba będzie zamawiać ci krzyżyk i świeczki.
— Żyję — uśmiechnął się. — Ale nie wiem, czy na pewno w tym czasie.
— No to może kawa ci pomoże się odnaleźć — mruknęła, podsuwając mu kubek. Wszyscy troje jedli w milczeniu, przerywanym tylko skrzypieniem drewna w kominku. Nathan wpatrywał się w okno, za którym padał śnieg — powoli, równomiernie, jakby ktoś rozsypywał czas po kawałku. I wtedy to usłyszał. Nie był pewien, czy naprawdę, czy tylko w głowie:
„Wracaj nad rzekę.”
Głos był cichy, kobiecy, znajomy. Odłożył łyżkę i wstał gwałtownie.
— Dokąd idziesz? — spytała Arden.
— Tylko na chwilę. Muszę coś sprawdzić.
Wyszedł na zewnątrz. Powietrze pachniało dymem i mrozem. Ślady na śniegu prowadziły w stronę mostu. Z każdym krokiem miał wrażenie, że ścieżka pod stopami jest coraz bardziej znajoma — jakby znał każdy kamień, każdy skrzyp desek pod butami. Gdy dotarł na most, rzeka płynęła wolno, ołowiana, z cienką warstwą lodu na brzegach. Oparł się o poręcz i zamknął oczy, a melodia rozlała się po jego pamięci jak światło po wodzie. Nie był to już szept, nie był to też głos wyobraźni. Śpiew płynął z głębi doliny — delikatny, kobiecy, niosący w sobie coś, co przypominało tęsknotę i obietnicę zarazem. Stał tak dłuższą chwilę, czując, jak serce bije mu szybciej z każdym dźwiękiem. Śnieg osiadał na jego włosach i ramionach, a mimo chłodu miał wrażenie, że wokół robi się cieplej. Woda w rzece nie była już ciemna. Zaczęła mienić się srebrzystym blaskiem, jakby pod taflą ktoś rozpalił światło. Nathan otworzył oczy i przez moment był pewien, że widzi sylwetkę po drugiej stronie mostu. Kobieta w białym płaszczu stała pośród wirującego śniegu, a jej włosy lśniły jak jasne płomienie. Nie wyglądała na ducha. Nie wyglądała też na kogoś z tego świata. Stała spokojnie, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała i patrzyła na niego z uśmiechem, który znał — choć nie potrafił powiedzieć, skąd.
— Lena…? — wyszeptał. Kiedy wypowiedział jej imię, świat jakby na chwilę zamarł. Wiatr ucichł, śnieg przestał padać, a rzeka zastygła w pół ruchu. Tylko ona poruszyła się lekko, jakby to imię przywróciło jej kształt.
— Pamiętasz wreszcie — powiedziała. Jej głos był ciepły, miękki, ale niósł się wyraźnie, mimo że dzielił ich cały most.
— Nie… jeszcze nie do końca — odparł, z trudem łapiąc oddech. — Kim jesteś naprawdę?
Lena uniosła rękę, jakby chciała dotknąć powietrza między nimi.
— Tą, której przysięgałeś być z nią.
— Kiedy?
— Wtedy, gdy dolina była jeszcze zdrowa — odpowiedziała z uśmiechem. — Ale zapomniałeś, Nathan.
Zrobił krok do przodu, jakby chciał podejść, ale między nimi rozciągała się cienka mgła, ciężka jak sen.
— Dlaczego wróciłem? — zapytał. — Co mam tu zrobić?
Lena pokręciła głową.
— Jeszcze nie czas na odpowiedzi. Dolina musi cię sobie przypomnieć, a ty ją.
Z jej ust popłynęła melodia — ta sama, którą słyszał we śnie. Niosła w sobie spokój i smutek, jak kołysanka, którą ktoś nuci, by nie zapomnieć imienia ukochanej osoby. Światło wokół niej przygasło, a potem rozlało się w powietrzu jak rozpuszczony śnieg. Został tylko zapach jałowca i echo melodii, które cicho unosiło się nad wodą. Nathan stał w milczeniu. Nie wiedział, jak długo. W końcu usłyszał za sobą kroki.
— Nathan! — zawołała Arden, biegnąc przez most. — Co ty tu robisz? Myślałyśmy, że znowu gdzieś zniknąłeś!
Odwrócił się powoli, wciąż z tym dziwnym światłem w oczach.
— Ja… myślę, że właśnie kogoś znalazłem.
Arden spojrzała w miejsce, gdzie patrzył przed chwilą. Tam jednak nie było nikogo. Tylko rzeka, śnieg i zwyczajny poranek.
— Kogo? — zapytała cicho.
— Nie wiem — odparł po chwili. — Ale ona wie, kim ja jestem.
Arden wpatrywała się w niego chwilę, jakby chciała odczytać coś z jego twarzy.
— Nathan, nikogo tu nie ma — powiedziała spokojnie, z tym tonem, który zwykle zostawia przestrzeń między troską a niedowierzaniem.
— Była tu — odparł cicho. — Stała dokładnie tam, po drugiej stronie.
— Może ci się przyśniło.
— Nie. Śniłem o niej wcześniej. A teraz… teraz była prawdziwa.
Arden westchnęła i dotknęła jego dłoni, zimnej jak lód.
— Chodź. Wracajmy do środka. Zmarzniesz.
Szli w milczeniu przez most, a jego wzrok co chwila uciekał za ramię, jakby spodziewał się, że Lena znów się pojawi. Śnieg trzeszczał pod butami, a dolina pachniała dymem z kominów i wilgocią topniejącego lodu. Kiedy weszli do gospody, ciepło uderzyło w nich jak fala. Lyra siedziała już przy kominku, obserwując skaczące płomienie i odwróciła wzrok dopiero, gdy zobaczyła ich kątem oka.
— Znalazłaś go — powiedziała z ulgą. — Myślałam, że znowu uciekł w śnieg.
Arden zdjęła płaszcz i odwiesiła go na hak.
— Nie uciekł. Tylko szukał duchów.
— Ona nie była duchem — przerwał Nathan, z taką pewnością, że Lyra aż zamilkła.
— Więc kim była?
— Nie wiem — odparł po chwili. — Ale powiedziała, że złożyłem jej obietnicę.
Zapanowała cisza, w której słychać było tylko trzask drewna i echo odległego dzwonu. Lyra wpatrywała się w niego z uwagą, której nie używa się wobec pijanych ludzi, tylko wobec kogoś, kto mówi coś zbyt prawdziwego, by to zignorować.
— A pamiętasz tę obietnicę? — zapytała w końcu.
— Nie — wyszeptał. — Ale pamiętam, że była ważna.
Usiadł ciężko na ławie. Ogień ogrzewał mu dłonie, ale w środku czuł chłód. Arden nalała mu herbaty z miodem i postawiła przed nim.
— Wypij to. Potem porozmawiamy.
— Nie wiem, czy jest o czym — powiedział z rezygnacją. — Jeśli to, co widziałem, było snem, to nie znajdę na to odpowiedzi. A jeśli to nie był sen… wtedy odpowiedź może wcale mi się nie spodobać.
— To brzmi jak ty — mruknęła Arden. — Zawsze między snem a rzeczywistością.
Nathan uśmiechnął się słabo, po czym spojrzał w płomień. W jego tańcu widział coś więcej niż tylko ogień — widział odbicia, obrazy, błyski wspomnień, które nie należały do teraźniejszości. Ośnieżone wzgórze. Dziewczynę z rozpuszczonymi włosami. I siebie — młodszego, z książką w dłoni, biegnącego ku światłu, które nigdy nie gasło.
— Ona śpiewała — powiedział cicho. — W języku, którego nie rozumiem. Ale czułem każde słowo.
Lyra pochyliła głowę.
— Jaką melodię?
Nathan zamknął oczy. Przez chwilę nic nie mówił, a potem, jakby sam siebie nie kontrolował, zaczął nucić. Melodia była prosta, ale niespokojna. Brzmiała jak coś, co zna się od dziecka, ale nigdy się tego nie słyszało naprawdę. Lyra położyła dłonie na kolanach, zapatrzona w niego jak w sen.
— Znam to — wyszeptała po chwili. — Słyszałam to, kiedy byliśmy w dolinie pierwszy raz. Tylko wtedy to był wiatr.
— Może dolina pamięta lepiej niż ja — odparł Nathan, otwierając oczy. Arden wstała i podeszła do okna. Za szybą świat wydawał się nieruchomy — biały, czysty, niemal nierealny.
— Jeśli to prawda — powiedziała cicho — to ta kobieta może nie być tylko wspomnieniem.
— Wiem — przyznał Nathan. — Ale kimkolwiek jest, przywołała coś, czego nie umiem jeszcze nazwać.
Zamilkli w zadumie, dopóki nie wyrwała ich z letargu wesoła kompania wchodząca z impetem do gospody.
— No proszę, nasz drogi Nathanek już na nogach! A myśleliśmy, że będziemy musieli na siłę zwlekać cię z łóżka.
— Witajcie, bohaterowie doliny — mruknął Nathan z przekąsem, odstawiając kubek na stół.
— Bohaterowie? — parsknął Eli, poprawiając szalik. — Prędzej ofiary własnej gościnności! Alina już pytała, kto wypił cały miód, a ja jej powiedziałem, że to ty, więc wiesz… masz dług do spłacenia.
Nathan roześmiał się pod nosem, a Mara zaraz dosiadła się obok niego, uderzając go lekko w ramię.
— Wstałeś wreszcie, śpiochu. My już dawno po śniadaniu, a ty tu z herbatką jak emeryt.
— Ktoś musi utrzymać trzeźwość w tej dolinie — odparł, udając powagę.
— Ooo, zaczyna się — wtrącił Jonas. — Jak on tak mówi, to znaczy, że zaraz znowu skończymy na zjeździe z dachu stajni.
Arden westchnęła, zerkając na nich z rozbawieniem.
— Czy to wasza codzienna rutyna? — spytała z lekkim uśmiechem.
— Nasza? — Eli uniósł brew. — To była jego rutyna. On zawsze zaczynał. My tylko kończyliśmy na pogotowiu.
Nathan potrząsnął głową, ale uśmiech nie schodził mu z ust. Coś w tej lekkości, w tym ich śmiechu, sprawiało, że serce mu miękło. Przez chwilę naprawdę czuł, że wrócił — nie do miejsca, ale do samego siebie sprzed lat.
— No, to jak, staruszku? — spytała Mara, szturchając go kuflem w bok. — Wychodzimy na spacer po mieście czy zasiedzisz się przy ogniu?
— Spacer brzmi dobrze — odparł po chwili wahania. — Potrzebuję przewietrzyć głowę.
Arden spojrzała na niego czujnie, ale nic nie powiedziała. Znała ten jego ton — niby żartobliwy, ale w środku tlił się w nim jakiś cień, jakby w tym śniegu próbował odnaleźć coś, co mu umknęło. Lyra tylko skinęła głową.
— Idźcie. Ja zostanę i spiszę trochę notatek.
— Ty i twoje notatki — mruknął Eli, zakładając płaszcz. — Kiedyś dolina wyda o tobie legendę: ta, co wszystko zapisała, ale nic nie pamiętała.
Śmiech poniósł się aż do drzwi.
Kiedy wyszli, słońce nieśmiało przedzierało się przez chmury. Śnieg skrzył się jak rozsypane szkło. Nathan szedł przodem, a jego oddech unosił się w powietrzu jak dym z wygasającego ognia. Mara dogoniła go i przez chwilę szli obok siebie w milczeniu.
— Wiesz — zaczęła w końcu — jak wczoraj powiedziałeś, że wróciłeś… miałam wrażenie, że mówisz to nie do nas.
— Może nie mówiłem — odpowiedział cicho, nie odwracając się. — Może to dolina słuchała.
Zamknęła oczy, jakby chciała zapamiętać te słowa. W oddali rozległ się dźwięk dzwonów — ten sam, co poprzedniego dnia, tylko łagodniejszy, bardziej przyjazny. Ludzie wychodzili z domów, dzieci turlały się w śniegu, psy biegały po rynku.
— Chodźmy na wzgórze — powiedział nagle Nathan. — Chcę zobaczyć dolinę z góry.
— Tam, gdzie zawsze chodziliśmy? — zapytał Eli z uśmiechem.
— Dokładnie tam.
Arden ruszyła za nimi z dystansem — jak cień. Czuła, że ten dzień przyniesie coś nowego: może odpowiedź, może tylko kolejne pytanie. Ale cokolwiek miało się wydarzyć, dolina milczała, jakby czekała, aż Nathan wreszcie sobie przypomni. Śnieg skrzypiał pod butami, kiedy wspinali się na wzgórze. Droga prowadziła przez sad — stare jabłonie uginały się pod ciężarem śniegu, a gałęzie trzeszczały cicho, jakby szeptały między sobą. Powietrze było gęste, przejrzyste, pełne tego nieuchwytnego spokoju, który przychodzi po dniach zgiełku. Kiedy dotarli na szczyt, dolina rozciągnęła się pod nimi jak ogromny, migoczący gobelin. Światła domów mieniły się w oddali, dym z kominów unosił się prosto w bezwietrzne niebo. Wszystko wyglądało tak spokojnie, że aż trudno było uwierzyć, że jeszcze wczoraj tętniło tu życie i śmiech.
— I pomyśleć, że kiedyś chciałem stąd uciec — powiedział Nathan półgłosem.
— Każdy chciał — odparł Eli, wbijając kij w śnieg. — Ale dolina zawsze znajdzie sposób, żebyś wrócił.
— Albo przypomniał sobie, dlaczego zniknąłeś — dodała cicho Mara. Arden milczała. Stała nieco z tyłu, wpatrzona w horyzont. Z tej odległości miasto wyglądało jak z baśni — jak gdyby nie należało do żadnego świata.
— To miejsce… — zaczęła — …nie wygląda, jakby należało do teraźniejszości.
— Bo może nie należy — odpowiedział Nathan. Wiatr poruszył śniegiem u ich stóp. W oddali dzwony zadźwięczały po raz ostatni, a ich echo odbiło się od gór jak pożegnanie.
— Festyn dobiega końca — zauważył Jonas. — Ludzie zaczynają zbierać stragany.
— I dobrze — mruknął Eli. — Zanim zaczniemy pić na zapas przyszłego roku.
Nathan uśmiechnął się, ale myślami był już gdzie indziej. Patrzył w stronę północnych wzgórz, gdzie z mgły wyłaniały się mroczne kontury czegoś ogromnego. Czegoś, co wyglądało jak ruiny, a jednak lśniło w słońcu, jakby oddychało.
— Tam — powiedział nagle. Wszyscy spojrzeli w tę samą stronę.
— Co tam jest? — zapytała Arden.
— Zamek — odpowiedział cicho Nathan. — Myślę, że tam wszystko się zaczęło.
— No jasne, że tam wiele się wydarzyło, ale nie powiedziałabym, że wszystko — Mara uśmiechnęła się, nie podzielając jednak jego zachwytu.
— Jak to? — zapytał zaskoczony.
— A co, tęsknisz za szkołą? Za przydzielonymi obowiązkami?
Spojrzał na nią zdziwiony.
— Szkołą? — powtórzył, jakby słowo to poruszyło w nim coś dawno zamarzniętego.
Mara zaśmiała się lekko.
— No tak, przecież tam kiedyś uczyliśmy się i robiliśmy praktykę. W zamku. Nie pamiętasz?
— Nie — przyznał powoli. — Nie pamiętam żadnych lekcji.
— Ty nigdy nie pamiętałeś — wtrącił Eli z uśmiechem. — Ale pamiętam, że zawsze spóźniałeś się na poranne zajęcia. Z książką pod pachą, w połowie ubrany, wbiegałeś po schodach jakbyś się ścigał z własnym cieniem.
Nathan zamilkł. Coś w jego głowie drgnęło — nie obraz, nie dźwięk, raczej wrażenie. Jakby znał zapach starych korytarzy, jakby czuł pod palcami chłód kamiennych poręczy.
— Więc to była szkoła — powiedział cicho, bardziej do siebie niż do nich.
— Była i nie była — odezwała się Mara. — Raczej wypełnianie — jak to mówił profesor Kester Volm — swojego przeznaczenia.
Zapadła cisza. Nawet wiatr przestał śpiewać między drzewami. Arden przyglądała się mu uważnie, czując, że coś w nim znów się budzi.
— Myślisz, że tam znajdziesz odpowiedzi? — zapytała spokojnie.
— Nie wiem — odpowiedział, po czym uniósł wzrok w stronę gór, gdzie wśród mgły majaczyły zarysy zamku. — Ale jeśli mam je znaleźć, to tylko tam.
Eli wzruszył ramionami.
— To co, idziemy?
— Teraz? — zdziwiła się Arden.
— A czemu nie? — zaśmiała się Mara. — Przecież nie możemy pozwolić, żeby nasz filozof znowu się rozmyślił. Może nie tak od razu, bo to jest dalej niż się wydaje. Wyruszymy o świcie.
Nathan skinął głową.
— O świcie — powtórzył, jakby próbował oswoić brzmienie tych słów. Mara wstała, rozcierając dłonie.
— No to ustalone. Jeszcze jeden wieczór w dolinie, a potem… ruszamy po twoje duchy, Natie.
— Nie duchy — poprawił ją cicho. — Wspomnienia.
Eli roześmiał się.
— A jedno i drugie to nie to samo?
— Nie — odpowiedział Nathan z dziwną pewnością. — Duchy wracają. Wspomnienia — czekają.
Zapadła krótka cisza, jakby wszyscy przeczuli, że powiedział coś ważniejszego, niż sam rozumiał.
— Co by to nie było — mruknęła Mara — mam wrażenie, że to teraz nasze przeznaczenie, żeby pomóc ci tam dotrzeć.
W oddali dzwony w miasteczku wybiły wieczorną godzinę. Światło pochodni odbijało się w śniegu, a mgła zaczynała gęstnieć, spływając z gór jak mleczna rzeka.
— To chodźmy — odezwała się w końcu Arden. — Wypocznijmy przed podróżą.
Ruszyli powoli w stronę gospody. Tego wieczoru nikt już nie żartował. Na rynku ogień w pochodniach przygasał, dzieci dawno zeszły z lodowiska, a muzyka ucichła. Dolina zdawała się wstrzymywać oddech, jakby i ona wiedziała, że coś się kończy. Nathan obejrzał się przez ramię. Zamek majaczył daleko w mgle — ciemny, ogromny, jak wspomnienie, które nie chce zasnąć.
— O świcie — powtórzył półgłosem.
W gospodzie było już cicho. Nie tak jak wcześniej — nie z braku ludzi, ale z tej miękkiej ciszy, która przychodzi, gdy śmiech powoli stygnie. Przy stole w kącie wciąż siedzieli razem — Nathan, Arden, Lyra, Mara, Eli i Jonas. Ktoś dopijał wino, ktoś bawił się pustym kuflem, ktoś wpatrywał się w płomień.
— No to co, nasz wędrowiec jutro rusza zdobywać zamek — powiedział półgłosem Eli, opierając brodę na dłoni. — Kto wie, może i królem tam zostanie.
— Królem wspomnień — zażartowała Mara, ale jej uśmiech był już senny, rozmyty.
— Byle nie królem kaca — mruknął Jonas, wywołując cichy śmiech. Nathan uniósł kubek — nie po to, żeby pić, ale żeby zatrzymać gest.
— Wiesz — powiedział cicho — może właśnie o to chodzi, żeby wrócić tam, gdzie coś się zaczęło. Choćby tylko po to, żeby móc wreszcie odejść naprawdę.
Arden spojrzała na niego, ale nic nie powiedziała. W jej oczach odbijał się blask ognia, który chwiał się w rytmie oddechu. Za oknem wiatr rozgarniał śnieg z dachów, a dzwon gdzieś daleko bił ostatni raz tego dnia. Lyra ziewnęła i oparła głowę o ramię Arden.
— Czas spać — szepnęła. — Rano czeka nas długa droga.
— Rano… — powtórzył Nathan, jakby to słowo miało więcej warstw niż powinno. Zgasił lampkę na stole. Ogień w kominku przygasł, a resztki światła zatańczyły na ich twarzach jak wspomnienia, które nie chciały zgasnąć. Na zewnątrz dolina tonęła w mlecznej mgle. Tylko zamek na wzgórzu trwał niezmiennie — jak cień, który pamięta wszystko.
Rozdział 7 — Ogień i śnieg
Poranek przyszedł cicho, jak gdyby nie chciał nikogo budzić. Zza mgły sączyło się blade światło, a dachy miasteczka błyszczały pod cienką warstwą lodu. Nathan obudził się w opustoszałym pokoju. Świat wydawał się nieruchomy, jak zamknięty w szklanej kuli — tylko płomień w kominku drgał cicho, przypominając, że czas wciąż płynie, choć bardzo powoli. Przez chwilę leżał bez ruchu, wpatrując się w sufit. Czuł w sobie spokój, ale i coś ciężkiego — jakby nad ranem śnił o czymś ważnym i zapomniał to tuż po przebudzeniu. Z kuchni dochodził zapach świeżo upieczonego chleba. Na dole ktoś krzątał się w rytmie codzienności.
— Wstał nasz bohater — rzuciła Lyra, gdy zszedł po schodach. — I to jeszcze przed obiadem.
— Obiad? — uśmiechnął się. — W takim razie śniadanie przegapiłem o kilka godzin.
— Albo o kilka dni — dodała Arden, siedząca przy oknie. — Tu czas płynie inaczej.
Zjedli w milczeniu, przysłuchując się rozmowom ludzi przy innych stołach. Z każdej strony słychać było półsłówka, niepokojące urywki zdań: „gorączka znikąd”, „dzieci kaszlą od świtu”, „stary Marlen stracił przytomność przy studni”. Ktoś wspomniał o lekarzu, ktoś inny o „chorobie, co przyszła z gór”.
— Plotki — mruknął Eli, gdy wyszli na zewnątrz. — Zawsze po świętach znajdzie się ktoś, kto wymyśli zarazę, żeby nie musieć wracać do pracy.
— Może i plotki — odparła Mara — ale powietrze dziś cięższe.
— Bo kac też ma swoją wagę — wtrącił Jonas i natychmiast oberwał śnieżką. Śmiali się przez chwilę, jakby śmiechem chcieli odegnać to, co wisiało w powietrzu. A potem zaczęli się pakować — kurtki, szaliki, torby, kubki przytroczone do plecaków. Słychać było skrzypienie skóry i szelest pakowanego ekwipunku. W drzwiach gospodyni pożegnała ich dobrym słowem i kubkiem gorącego rosołu.
— Uważajcie na drodze — powiedziała, poprawiając chustę. — Zima w tym roku ostra. A jakbyście poczuli gorączkę, nie idźcie do wody. Tylko wracajcie.
Słowa zabrzmiały dziwnie, niemal proroczo, ale nikt nie chciał się nad nimi zastanawiać. Ruszyli, póki dzień był jeszcze jasny. Ścieżka prowadziła przez dolinę, między starymi drzewami, których gałęzie trzymały śnieg jak pamięć dawnych zim. Najpierw szli, żartując, potem rozmowy cichły. Wiatr gęstniał, niebo przybrało kolor ołowiu, a pierwsze płatki śniegu zaczęły wirować jak drobinki światła zgubione w powietrzu.
— Jeszcze kawałek — powiedział Eli, z trudem podnosząc głos. — Tam za zakrętem powinna być droga na grań.
— Jeśli jej nie zasypało — dodała Mara, otulając się mocniej płaszczem.
— Albo jeśli naprawdę istnieje — mruknął Nathan, mrużąc oczy. Zatrzymał się i spojrzał przed siebie. Ścieżka przed nimi nikła w bieli, a linia horyzontu rozmywała się, jak gdyby świat kończył się tuż za ich krokami. Powietrze gęstniało, ciężkie od mrozu i ciszy, w której nawet oddechy brzmiały obco. Śnieg skrzypiał pod butami, drzewa pochylały się, jakby chciały ich zatrzymać, a niebo traciło kolor. Z każdym metrem dolina znikała za nimi, aż zostało tylko białe nic i oni — mała grupa cieni w drodze donikąd. Lyra naciągnęła czapkę na uszy.
— Czujecie? Jakby cisza miała ciężar.
— To nie cisza — odpowiedziała Arden. — To zawieja trzyma oddech.
Mara, uparcie optymistyczna, podśpiewywała pod nosem starą przyśpiewkę, jakby śpiew potrafił odgonić mróz. Jonas, znacząc trasę, nacinał korą mijane pnie — ostrożne, krótkie nacięcia, które miały ich poprowadzić z powrotem, gdyby trzeba było zawrócić. Po dwudziestu minutach minęli sosnę, na której widniało… identyczne nacięcie.
— To moje — zdziwił się Jonas.
— Przecież cięliśmy po tamtej stronie. Przysięgam, że nie zawracaliśmy — burknął Eli. — Idziemy cały czas prosto.
— „Prosto” jest względne, kiedy świat ma ochotę poskręcać ścieżki — powiedziała cicho Lyra.
Wiatr przyniósł ze sobą mgłę. Początkowo cienką jak dym, po chwili gęstą, mleczną, która oplatała ich jak mokra tkanina. W tej mgle wszystko traciło kształt — nawet ich oddechy. Z lewej wynurzył się zarys wierzby. Nathan przysiągłby, że widział ją już kiedyś. Z mgły, tuż przy pniu, zamigotał płomyk. Jak latarnia. Jak oko.
— Widzicie? — szepnął.
— Nic — odparła Arden po chwili. — Tylko drzewo.
Światło drgnęło i zgasło, jakby ktoś na nie dmuchnął. Nathan zamrugał, nagle pewien, że już kiedyś patrzył na to światło — przez okno pociągu, z drugiej strony mostu. To nie było tylko wspomnienie. To była powtórka. Mróz zagryzł im policzki. Śnieg sypał gęściej. Przechodzili przez białe, puste pola, które mogły być i łąką, i zamarzniętym stawem — nie dało się powiedzieć. Eli kazał testować kijkiem każdy podejrzany kawałek gruntu. Kilka razy kij zaskrzypiał na lodzie cienkim jak szkliwo.
— Jeśli dobrze pamiętam mapę, powinniśmy zobaczyć kapliczkę — powiedział Jonas. — Tu, gdzie droga robi niewielki łuk.
— A ja pamiętam, że w tych stronach nic nie stoi tam, gdzie się powinno — mruknął Eli. Kapliczka pojawiła się nagle, jak wyciągnięta z rękawa: mała, drewniana, z dachem uginającym się pod śniegiem. Ktoś zapalił świecę w środku; płomień drgał w szkle, niespokojny, jakby wahał się między trwaniem a gaśnięciem. Z tabliczki zwisał szron, ale dało się odczytać: „Święta, co prowadzi w zawiejach”.
— Za dużo symboli jak na jeden poranek — stwierdziła Mara, ale uklękła na chwilę i szybko przeżegnała się starym, nauczonym w dzieciństwie ruchem. — Tak dla przyzwoitości.
Ruszyli dalej. Mgła znów ich zamknęła. Zrobiło się cicho w ten dziwny sposób, w jaki cicho potrafi być tylko podczas śnieżycy: jakby wszystkie dźwięki chowały się pod pierzynę i nie chciały wychylić nosa. W tej ciszy Nathan znów usłyszał melodię. Najpierw jak echo z pamięci, potem jak szept tuż przy uchu. Nuta wznosiła się i opadała, zawisała na jednym dźwięku, drżała.
— Słyszycie? — zapytał.
— Tylko wiatr — odpowiedziała Arden.
— Wiatr, który zna piosenki — dodała Lyra.
W pewnym momencie śnieg zaczął padać tak gęsto, że nie widzieli własnych kroków. Każdy z nich szedł o pół kroku od następnego, trzymając się za ramię albo za plecak — jak łódki połączone liną. Dokądś szli. Przez moment Nathan miał pewność, że idą w dół, po chwili — że wspinają się do góry. Pod stopami czuł nachylenie, które zmieniało się bez ostrzeżenia. Raz wyciągnął rękę, żeby oprzeć się o pień, ale dłoń trafiła w puste powietrze, a pień okazał się cieniem.
— Zatrzymajmy się — zaproponowała Arden. — Nabierzmy tchu.
— Nie możemy stać — sprzeciwił się Eli. — Zmarzniemy.
— Zmarzniemy też, jeśli będziemy krążyć — odparła. Stali więc w kółku, plecami do wiatru, zgarbieni, skupieni. Nathan zamknął oczy, policzył do dziesięciu, potem do dwudziestu. Słyszał tylko własny oddech. I jeszcze coś — ledwie wyczuwalne, jak drżenie w ziemi. Kroki? Serce? Dzwony? Otworzył oczy. Mgła przed nimi zadrżała i na moment rozchyliła się jak zasłona. Zobaczył drogę. Prawdziwą — ubity pas śniegu między jałowcami, z wydeptanym środkiem i miękkimi krawędziami. Wyciągnął rękę.
— Tędy.
— Skąd wiesz? — spytała Mara.
— Po prostu wiem.
Szli więc tą drogą, jakby była mostem nad czymś, czego lepiej nie dotykać. Co kilkanaście kroków mgła zaciskała się, a droga znikała. Za każdym razem Nathan czekał chwilę, aż białe płatki ułożą się inaczej, aż wiatr przestanie szemrać — i znów widział jasny pas w śniegu. Jakby ktoś prowadził ich nitką. Wreszcie drzewa rozstąpiły się, a przed nimi rozlała się pusta przestrzeń. Z jednej strony — ciemny mur boru, z drugiej — białe pagórki, jak falujące wydmy. Pośrodku stał kamienny słup: stary, obsypany śniegiem, z wyrytym znakiem, który pogryzł czas. Nathan przetarł go rękawicą. Był tam symbol — dwa okręgi i łącząca je linia. Przez ułamek sekundy miał wrażenie, że już to widział: na kartce w notesie, na drzwiach w zamku, w sennym świetle.
— Co to znaczy? — spytał Jonas.
— Że to rozstaj — odparła Mara. — I że dokądkolwiek pójdziesz, dojdziesz tam, gdzie nie planowałeś.
Eli prychnął.
— Znak, który mówi „powodzenia”. Świetnie.
— Wybieramy lewy łuk — zdecydowała Arden, bez tego zwyczajowego patosu, który towarzyszy decyzjom. — Jeśli słońce jest tam, gdzie powinno, lewy prowadzi na północny stok.
Słońce jednak bawiło się w chowanego. Przez minutę błysnęło jak cienka igła, po czym zniknęło za welonem chmur. Pochylił się wiatr — tym razem cięższy, niosący w sobie drobiny lodu ostre jak piasek. Śnieg uderzał ich w twarze. Szli ze spuszczonymi głowami, stawiając krótkie, pewne kroki, żeby nie zsunąć się po niewidzialnej pochyłości. Raz, drugi, trzeci ktoś się poślizgnął, ktoś przyklęknął, ktoś zaklął. Nathan czuł, jak przenika go chłód — nie ten zwykły, codzienny, ale ten, który wchodzi w człowieka razem ze strachem. I wtedy zobaczył ją znowu. Po prawej, w ścianie mgły: sylwetka pochylona, ze światłem w dłoni. Jak latarnik na nieistniejącym brzegu. Nathan zatrzymał się odruchowo.
— Nie stój — syknął Eli. — Ruch to ciepło!
— Ona… — wyszeptał Nathan.
— Kto? — Mara odwróciła się szybko, ale mgła opadła, tak jak zawsze: prostym gestem nieobecnej ręki.
Po godzinie, a może po trzech, doszli do zagajnika wierzb. Sople urosły tu jak struny, dźwięczały przy każdym podmuchu. Kiedy przechodzili, instrument się stroił — wysokie, cienkie dźwięki układały się w melodię, którą Nathan znał. Nie potrafił jej nazwać, ale czuł ją w kościach. Wtedy pierwszy raz pomyślał, że dolina nie tyle ich zwodzi, co sprawdza — jak nauczyciel prowadzący uczniów okrężną drogą, żeby zobaczyli coś, czego nie widzą, idąc prosto.
— Zaczerwieniłeś się — zauważyła Arden. — Gorączka?
— Nie. Tylko… pamięć.
Zagajnik otworzył się na szeroką polanę. Pośrodku tkwił pniak starej lipy, a w śniegu, dookoła niego, ktoś wydeptał krąg. Wyraźny, równy, jakby ludzie chodzili tu długo. Eli zamierzył się, żeby przejść przez środek. Arden chwyciła go za rękaw.
— Bokiem.
— Co to za przesądy?
— Nie przesąd. Szacunek.
Obeszli krąg, a wiatr jakby odetchnął. Za polaną śnieg zmienił konsystencję — był jak mąka, sypki, wciągał buty po kostkę. Trudniej się szło, łatwiej było zabłądzić. Kilka razy Nathanowi wydawało się, że widzi w oddali ciemny zarys murów, ale gdy mrużył oczy, zostawał tylko cień na chmurze. Raz Lyra krzyknęła, że widzi światło, lecz była to jedynie plama słońca, która przebiła się przez chmury i od razu uciekła.
— Jeszcze kawałek — syknął Eli, bardziej do siebie niż do nich. — Jeszcze kawałek i będzie drzewostan rzadki.
— I wiatr mocniejszy — dodała Mara, przyciskając dłonie do policzków. Tak właśnie było. Drzewa przerzedziły się, wiatr wpadł między nie jak rzeka i porwał drobiny śniegu, które sypały im w oczy jak iskry. Z ust parował oddech, na brwiach szklił się lód. Wtedy Lyra, której zwykle zdania były krótkie i rzeczowe, powiedziała nagle:
— W tej dolinie ktoś kręci zegarem. Zatrzymuje go i puszcza, kiedy ma kaprys.
Eli mruknął coś o filozofii na mrozie, ale nikt się nie zaśmiał. To zdanie weszło w nich i zostało.
Przed zmierzchem — choć nikt nie był pewien, czy to naprawdę zmierzch — na horyzoncie zamigotało ciepło. Nie światło dnia, nie złoto lodu. Światło ognia, żółte, nierówne, jak rozpalony piec. Początkowo wyglądało jak miraż. Potem jak okno. Potem jak wiele okien.
— Tam! — Lyra pierwsza wskazała dłonią. — Widzicie?
Między zaspami wyrósł zarys ogromnej drewnianej budowli. Koło z belek, wysoki dach, wielkie okna, przez które widać było ruch i taniec. Z komina szedł dym — równy, gęsty, pachnący żywicą. Na wietrze niósł się zapach pieczonego mięsa, wina, cynamonu.
— Karczma — odetchnął Jonas. — Albo cud.
— Jedno drugiego nie wyklucza — powiedziała Mara. Nie zastanawiając się dłużej, ruszyli ku światłu. Czuli się ocaleni z białej otchłani niczym rozbitkowie na pełnym morzu.
Rozdział 8 — Płomienne wesele cieni
Światło w oknach migotało jak wezwanie. Z bliska widać było, że śnieg przy drzwiach był ubity — ktoś często tu wchodził i wychodził, jakby to miejsce nigdy nie zasypiało. Po obu stronach stały sanie z przywiązanymi skórami. Na ścianach zwisały wiązki suszonych ziół. Pod okapem krzyczały wróble, jakby i one przyszły się ogrzać. Z okien biło ciepło, zapach mięsa i dymu z jałowca, który mieszał się z wonią spalenizny i świeżego chleba. Na progu leżała latarnia — tliła się jeszcze resztką płomienia, jakby ktoś porzucił ją w pośpiechu. Nathan sięgnął po klamkę. Metal był ciepły, jakby drzwi oddychały. Pchnął je z impetem, aż wraz z nimi do wnętrza wpadł mocny powiew mroźnego wiatru. Kiedy weszli, uderzył ich gwar — śmiech, muzyka, trzask ognia i rozmowy. Wielka sala pełna była ludzi, a mimo to nikt nie zwrócił na nich uwagi. Dopiero po chwili, gdy podeszli bliżej, rozmowy zaczęły cichnąć — nie gwałtownie, lecz jakby ktoś powoli ściszał dźwięk w całym pomieszczeniu. Kilka głów odwróciło się w ich stronę. Najpierw niepewnie, potem z błyskiem rozpoznania, który Nathan widział w dolinie już zbyt wiele razy.
— Witajcie, chłopaki z mroźnej doliny! — rozległo się z głębi sali. Zza stołu pod oknem machał do nich mężczyzna w ciemnym kubraku. — Co was wymiotło z ciepłych domostw w tę zawieruchę?
Jonas parsknął śmiechem i pierwszy ruszył w stronę przyjaciela.
— Za to ciebie można znaleźć zawsze w tym samym miejscu! — uściskali się radośnie, a Eli i Mara równie pogodnie dołączyli do rozmowy.
— Nathan, przyjacielu, a ty nie przywitasz się ze starym ziomkiem? — mężczyzna rozłożył ramiona, czekając na uścisk zdezorientowanego Nathana. — Co tak patrzysz, jakbyś nie poznawał? Chyba aż tak się nie postarzałem? — zaśmiał się spod wąsa.
— Kai! — olśnienie przyszło nagle, nie wiadomo skąd. — Witaj, druhu!
Wkrótce siedzieli już przy stole, otoczeni znanymi twarzami. Eli rozmawiał z kimś, kogo Nathan pamiętał mgliście z dzieciństwa, Mara opowiadała o śnieżycy, a Lyra rozgrzewała dłonie nad glinianym kubkiem. Wszystko pachniało drewnem, winem i ogniem.
— Szliśmy na zamek — powiedziała kobieta w czerwonej chuście, siadając naprzeciwko Mary. — Ale zasypało nas po kolana. Dobrze, że tu dotarliście. Razem raźniej.
— My też tam zmierzamy — odparła Lyra. — Wydaje się, że wszyscy dziś w tę samą stronę.
— Tak to już z tą doliną i zamkiem — odezwał się starszy mężczyzna przy drzwiach. — Kiedy wzywają, nikt nie zostaje w miejscu.
Nathan skinął głową. Czuł, że te słowa są prawdziwe, choć nie wiedział dlaczego.
Ogień w palenisku zatańczył mocniej. Płomienie odbijały się w szybach i w oczach ludzi, tworząc dziwną grę świateł. Przez chwilę wydawało się, że cienie poruszają się inaczej niż ich właściciele — jakby tańczyły w rytmie własnej melodii. Arden spojrzała w okno. Za szybą widać było tylko śnieg i ciemność, ale w odbiciu… coś drgnęło. Ludzie przy stole śmiali się, a ich odbicia w szybie poruszały się wolniej, jakby śpiewały bezgłośnie. Mrugnęła — obraz wrócił do normy. „Zmęczenie” — szepnęła do siebie, wracając do stołu. Muzyk przy kominku zaczął grać coś żywszego. Najpierw jedna para, potem druga — ludzie poderwali się do tańca. Suknie wirowały w świetle ognia, buty uderzały o podłogę, powietrze wypełniło się śmiechem.
— No i zaczyna się! — zawołał Eli, chwytając Jonasa za ramię. — Chodź, zanim wszystkie panny porwą inni!
Nathan roześmiał się i pozwolił się wciągnąć w wir muzyki Mary. Światło odbijało się w jego oczach, a serce biło szybciej, jakby naprawdę wrócił do miejsca, które znał od zawsze. A jednak gdzieś w tle coś nie pasowało. Z kąta sali dobiegł cichy, przeciągły szept, jakby ktoś powtarzał jego imię. Odwrócił się, ale nikogo tam nie było. Tylko ogień w kominku trzaskał, rozrzucając iskry po sali jak złote cienie.
— Nathan? — zawołała Mara. — Coś się stało?
— Nie… — odpowiedział powoli. — Po prostu… miałem wrażenie, że już to przeżyłem.
— Bo przeżyłeś — zaśmiała się. — Tylko wtedy byliśmy młodsi, a wino mocniejsze!
Śmiech ponownie wypełnił salę. Tylko Nathan wciąż patrzył w płomienie. W ich tańcu widział coś więcej niż odbicia — widział twarze. Twarze, których imion nie potrafił sobie przypomnieć.
Spojrzał na Arden. Siedziała przy stole, rozmawiając z Lyrą, lecz co chwila zerkała w jego stronę. Ich wzrok spotkał się na krótką, niechcianą chwilę — i oboje zastygli. Nathan poczuł, że świat na moment zwolnił. Ludzie dalej tańczyli, śmiali się, śpiewali, ale on widział tylko jej oczy. Ciche, zielone, jakby wszystko rozumiały. Arden uniosła brew i uśmiechnęła się lekko, choć w jej spojrzeniu krył się cień. Odwróciła głowę, udając, że nie widzi, jak Mara przyciąga Nathana bliżej. Nie potrzebowała słów — jej mina mówiła wszystko. Zawód. Tęsknota. Zazdrość, której nie chciała czuć. Nathan puścił dłoń Mary.
— Coś się stało? — spytała Mara, zdezorientowana.
— Nie… — uśmiechnął się półgębkiem. — Zaraz wrócę.
Przeszedł przez tłum i stanął przed Arden.
— Co, już twoja przyjaciółka ci się znudziła? — zapytała chłodno, nie podnosząc wzroku.
— Nie wygłupiaj się — odparł łagodnie. — Chodź, pobawimy się. Ty jesteś moją najlepszą przyjaciółką.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— To dopiero głupie słowa — mruknęła, ale mrugnęła przy tym lekko, jakby chciała ukryć uśmiech. Nathan wyciągnął rękę.
— No chodź, pokaż im, że nie boimy się ognia — powiedział żartobliwie. Zanim zdążyła zaprotestować, pociągnął ją w wir tańca. Muzyka przyspieszyła, skrzypce zapiszczały, bęben uderzył mocniej. Śmiali się, mijając pary, obracając się wokół własnej osi, niemal wpadając na innych. Arden tańczyła lekko, z gracją, której sama po sobie się nie spodziewała. Jej włosy rozwiały się jak płomień, policzki zaróżowiły od ciepła, a śmiech wymykał się z ust mimo woli.
Nathan śledził każdy jej gest, każdy ruch dłoni, jakby próbował zapamiętać ją całą — na wypadek, gdyby zniknęła wraz z muzyką. Ich spojrzenia spotykały się raz po raz — krótkie, nieśmiałe… coraz dłuższe. Zapach powietrza mieszał się z rytmem serc. Świat zlał się w jedno. Zniknęły rozmowy, gwar, śmiech. Była tylko muzyka, ciepło, ich ciała zbliżające się coraz bliżej siebie. Arden zaśmiała się cicho, a jej głos wtapiał się w melodię. Nathan poczuł, jak drży mu kark, gdy pochyliła głowę, a jej włosy musnęły jego policzek. Ich ruchy zwolniły. Arden wtuliła się w niego, jej dłonie spoczęły na jego piersi. Czuła pod palcami puls jego serca — szybki, niespokojny. Objął ją ramieniem, przyciągnął do siebie — nie gwałtownie, tylko tak, jakby wreszcie znalazł coś, czego szukał od dawna. Światło ognia tańczyło w jej oczach. Świat zwolnił, muzyka odpłynęła gdzieś daleko, a oni poruszali się w rytmie, który nie należał już do nikogo poza nimi. Ich spojrzenia spotkały się na chwilę i nic więcej nie istniało. Zaledwie kilka centymetrów dzieliło ich od siebie. Nathan czuł jej oddech na szyi, jej zapach — lekko słodki, ciepły, ludzki. A gdy muzyka niemal zupełnie ucichła, Arden oparła głowę o jego ramię. Nie dlatego, że była zmęczona. Dlatego, że w tej jednej chwili nic innego nie miało znaczenia. Ogień w kominku trzaskał, a cienie na ścianach tańczyły dokładnie tak, jak oni. Nathan poczuł, jak jej oddech dotyka jego warg. Jeszcze sekunda. Jeszcze pół. I wtedy zobaczył to. W tafli okna za jej plecami — cień. Nie odbicie. Nie złudzenie. Ktoś stał na zewnątrz. Wysoka sylwetka. Ciemny płaszcz. Nieruchoma postać z oczami, które błyszczały jak kawałki lodu. Nathan zamarł. Czar prysł. Arden uniosła głowę, szukając jego spojrzenia.
— Co się stało? — zapytała cicho, a w jej głosie zabrzmiał lęk. Nie odpowiedział od razu. Patrzył tylko w szybę. Cień poruszył się powoli, nieludzko płynnie — po czym rozpłynął się we mgle. Została tylko mętna plama, jak ślad oddechu, który ktoś zostawił na szkle.
— Nathan…? — szepnęła.
— Widziałem go — powiedział, jakby sam siebie nie słyszał. — Tego samego.
— Kogo?
— Nie wiem. Ale on nas obserwuje.
Arden obróciła się gwałtownie, ale za oknem była tylko ciemność i śnieg. Ogień z trzaskiem rozprysnął iskry, jakby chciał rozproszyć ciszę, która zapadła między nimi. Potem znów rozbrzmiała muzyka — głośniejsza, szybsza, jakby karczma próbowała zagłuszyć coś, czego nie chciała słyszeć. Nathan jednak wciąż patrzył w okno. Miał wrażenie, że tam, w odbiciu, widzi ich oboje — siebie i Arden — ale ich cienie tańczą w innym rytmie. Jakby ktoś inny kierował ich ruchem. Arden dotknęła jego dłoni.
— Nie puszczaj mnie — powiedział.
— Nie zamierzałam — odpowiedziała z lekkim zdumieniem. Nathan nie puścił jej dłoni. Nie dlatego, że się bał — tylko dlatego, że nagle poczuł, jak bardzo nie chce znowu zostać sam.
Muzyka wokół nich trwała, ale jakby coraz dalej. Śmiech ludzi rozmywał się, skrzypce grały już tylko w oddali, a płomienie w kominku przygasały w dziwnym rytmie. Czas płynął wolniej, jak w śnie, w którym wszystko dzieje się zbyt łagodnie, by mogło być prawdziwe. Nathan czuł, że ich ręce wciąż się stykają, ale coś w tej bliskości się rozpadło — jak szkło, które pęka, zanim jeszcze je usłyszysz. Byli obok siebie, a jednak każde z nich było już gdzie indziej. W oczach Arden migotało światło ognia, w jego — odbicie szyby.
Z każdą minutą biesiada cichła. Ludzie zwalniali ruchy, cienie ich ciał przesuwały się po ścianach coraz wolniej. Za oknami wirował śnieg, a Nathan miał wrażenie, że widzi w nim postaci — zamazane, ulotne, tańczące w rytmie, których nikt już nie słyszał. Nie wiedział, czy to gra światła, zmęczenie, czy echo tej samej melodii, którą śnił w dolinie. Ogień trzasnął w palenisku i rozrzucił iskry po sali. Na ułamek sekundy Nathanowi wydawało się, że tworzą twarze — jedną z nich znał. Lena. Znikła, nim zdążył nabrać tchu.
— Wszystko dobrze? — spytała Arden. Skinął głową, nie ufając własnemu głosowi.
Płomień w kominku zmniejszył się, a światło przyciemniało. Gospodarz wskazał im miejsce przy ścianie, gdzie rzucono kilka koców i stary śpiwór. Położyli się obok siebie, nie mówiąc nic. Arden odwróciła się w stronę Nathana, oparła głowę na jego ramieniu.
— Nie zasnę — wyszeptała.
— Nie musisz — odpowiedział. Zamknęła jednak oczy, coraz bardziej wtulając się w niego. Cisza gęstniała, a karczma powoli zapadała w sen razem z nimi. Nathan patrzył w sufit, a potem w okno. Tam, w ciemności, znów coś drgnęło — jak cień człowieka stojącego w śniegu. Płomień w kominku dogasał, a na szybie przez chwilę pojawił się oddech — nie ich. Ledwo widoczny, zbyt wysoki, by należał do kogoś z wnętrza. Nathan zamknął oczy. Nie dlatego, że nie chciał widzieć. Tylko dlatego, że bał się, iż jeśli spojrzy jeszcze raz — cień odpowie spojrzeniem. A jednak miał wrażenie, że tam, wśród płatków śniegu, coś wciąż czeka — cierpliwe, milczące, coraz bliżej.
Rozdział 9 — Ci, którzy pamiętają drogę
Świt wpełzał przez szyby nieśmiało, jakby bał się obudzić to wszystko, co noc schowała w kątach. Ogień w palenisku dogasał, zostawiając w popiele czerwone oko żaru. Gdzieś w głębi sali chrapał ktoś przykryty baranicą, przy drzwiach kołysała się niespiesznie latarnia, a od wejścia ciągnęło zimnym powietrzem, w którym pachniało wilgocią śniegu. Nathan otworzył oczy powoli. Najpierw zobaczył sufit — belki pociemniałe od dymu. Potem usłyszał czyjś przytłumiony szept, stuk łyżki o gliniany brzeg, zgrzyt łańcucha przy żurawiu kominka. Ciepło obok. Arden spała z policzkiem opartym o jego ramię, jedna dłoń zwinięta w pięść przy jego piersi, jakby nawet we śnie nie chciała puścić. Lyra, zawinięta w koc, siedziała już pod ścianą, notując coś na rogu starej kartki. Mara i Eli leżeli w nogach, jak dzieci po zbyt długim dniu zabawy — Mara z włosami w nieładzie na kołdrze, Eli z futrzanym czepcem zjechanym na oczy. Jonas chrapał najgłośniej; za każdym razem, gdy oddech ugrzązł mu w gardle, drgnął cały stół. Drzwi od zaplecza skrzypnęły. Wyszła przez nie gospodyni z tacą — chleb, masło, garnek czegoś parującego. Nathan uniósł się na łokciu. Światło, choć blade, od razu ukłuło go w oczy. Wtedy ich zobaczył. Siedzieli przy długim stole pod oknem — kobieta i mężczyzna. Nie pasowali do poranka, jakby pojawili się tu z innego czasu. Mężczyzna miał ciemne, lekko posiwiałe na skroniach włosy spięte w krótki kuc, twarz pogodną, ale nos zarysowany ostrą kreską, na której zatrzymało się parę dawnych mrozów. Kobieta wyglądała na nieco młodszą, ze szramą pod lewym okiem — cienką jak pęknięcie na lodzie. Oboje jedli wolno, jakby każdy kęs był ceremonią. I oboje… patrzyli na Nathana. Nie nachalnie, nie natarczywie. Po prostu tak, jak się patrzy na kogoś, kogo długo nie było.
— W końcu obudziłeś się — powiedział mężczyzna, odkładając łyżkę. — Wyglądałeś jak stwór z innej planety.
— Peter? Kira? — Nathan wymówił ich imiona z ulgą, jakby sprawdzał, czy wciąż należą do tego świata. Kira uśmiechnęła się półgębkiem, poprawiając szalik na ramionach.
— Jeszcze wczoraj byłeś blady jak ściana — rzuciła. — Myśleliśmy, że nie dotrwasz rana.
— A jednak — odparł, próbując się uśmiechnąć. — Widocznie ktoś pilnował ognia.
— Ja tylko dorzucałam drewna — odparła cicho. — Resztę zrobiło ciepło.
Gospodyni, przechodząc obok z dzbanem, zatrzymała się na moment. Zacisnęła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała. W sali zrobiło się nagle zbyt cicho.
— Lepiej nie żartować z gorączki — mruknęła w końcu spod oka. — Od paru dni ludzie budzą się dziwni. Nie pamiętają, co śnili, a i oczy mają obce.
Nikt nie odpowiedział. Nawet ogień jakby przygasł na chwilę.
— Gorączka spada szybko, a potem nic — powiedziała Kira po chwili, zniżając głos. — Tyle że oczy zostają dziwne. Jakby człowiek wciąż patrzył na coś, co zostało daleko.
Zapadła krótka cisza. Nathan przełknął ciepły, maślany kęs i poczuł, jak żołądek przypomina mu o całej nocy. Odwrócił kubek, dopił resztę herbaty. Ogień w kominku prychnął i wysypał garść iskier. Za oknem śnieg zwisał z dachu jak gruba zasłona, ale wiatr ucichł — cisza miała teraz w sobie napięcie, jak lina przed przeciąganiem.
— Pójdziemy dziś dalej — powiedział w końcu Nathan i słowa zabrzmiały tak, jakby ktoś je w nim wcześniej zapisał. — Zanim śnieg znów się podniesie. Idziecie z nami?
Peter pokiwał głową.
— Nie ma sensu siedzieć dłużej. Śnieg tylko czeka, żeby nas przykryć.
— Jakby mu było mało — mruknął Eli i naciągnął czapkę głębiej na uszy.
Kira wstała, podwinęła rękawy i zaczęła wiązać pas. Każdy jej ruch był cichy, ale zdecydowany. Lyra zamknęła notes, stukając o blat piórem, a Mara, ziewając, poprawiła włosy i spojrzała na Nathana z przekornym półuśmiechem.
— A ty? Nadal chcesz prowadzić, czy dziś udajesz, że nie pamiętasz drogi?
— Droga pamięta nas — odparł, wstając. — Wystarczy iść.
Jonas roześmiał się krótko, z tą swoją chropowatą ironią.
— Jasne. A jak znów się zgubimy, to będziemy mówić, że to droga się pogubiła.
— Albo że zamek zmienił miejsce — dodała Mara, wkładając rękawice.
— Zamek nigdy nie zmienia miejsca — wtrąciła Kira spokojnie. — Tylko ci, co odchodzą, zapominają, jak się do niego wraca.
Przy tych słowach spojrzała na Nathana, jakby to do niego mówiła.
— Wychodzimy? — zapytała cicho.
— Tak. Im szybciej ruszymy, tym lepiej — odpowiedział Nathan, patrząc w kierunku okien, gdzie świt rozlewał się nieśmiało po szybach.
Drzwi skrzypnęły, a powietrze uderzyło w nich chłodem. Za progiem świat wyglądał inaczej niż wczoraj — śnieg był miękki i gęsty, a wszystko wydawało się odrobinę przesunięte, jakby noc przestawiła rzeczy na swoje miejsca. Gdy odeszli kilka kroków od karczmy, Nathan odwrócił się jeszcze, jakby coś go ciągnęło z powrotem. W oknie, tuż przy palenisku, zobaczył tę samą zamgloną plamę na szybie, którą widział w nocy. Teraz jednak ślad był wyraźniejszy — jakby ktoś przycisnął do szkła czoło i rękę. Nie, dwie ręce. Palce rozwarte, zziębnięte. Nim zdążył zawołać, gospodyni przeciągnęła od wewnątrz ścierką po szybie i wszystko znikło. Po chwili zajezdnia za nimi wyglądała już jak latarnia wśród mgły. Kiedy przeszli kolejnych kilkadziesiąt kroków, światło zgasło, jakby ktoś zgasił wspomnienie. Ścieżka prowadziła w dół, przez rzadki las, gdzie gałęzie uginały się pod ciężarem białego puchu. Niebo nie było jeszcze jasne — miało kolor popiołu, w którym ledwie tlił się błękit. Najpierw było łatwo. Śnieg, choć wysoki, był ubity w wąskim korytarzu zostawionym przez sanie i ciężkie buty. Kira szła pierwsza, wąska, szybka, jakby słyszała w śniegu słowa; Peter trzymał tempo Nathana. Mara i Arden — ramię w ramię — czasem wymieniały półzdania, czasem milczały. Eli z Jonasem zmieniali się w prowadzeniu sanek z ekwipunkiem. Lyra szła pośrodku i liczyła w myślach kroki do setek, żeby nie słyszeć własnego strachu. Na skraju brzeziny zaczęła się mgła. Nie taka, co wisi i czeka, tylko ta, która snuje się nisko przy ziemi i próbuje wejść do butów. Świat stępiał, krawędzie rzeczy stały się miękkie. Czasem wydawało się, że między dwiema brzozami stoi ktoś jeszcze — wysoki, cienki — ale to był tylko cień pnia, a może nie.
— Zatrzymajmy się na moment — poprosiła Arden. — Łapię oddech, jakby ktoś mi go zabierał.
— Mgła — Kira obejrzała się przez ramię. — Wchodzi w gardło. To minie za chwilę. Pij.
Arden wzięła łyk z manierki i rzeczywiście — ból w piersiach rozszedł się jak lód topniejący od środka. Kiedy ruszyli, Nathan zauważył, że Kira dotyka po drodze pni — czasem palcem, czasem wnętrzem dłoni, jakby czegoś słuchała.
— Co robisz? — zapytał wreszcie.
— Liczę — odpowiedziała. — Te drzewa rosną, jak chciał wiatr. Tu wiatr był zawsze z północy. Jeśli przestanie — znaczy, że zamek postanowił nas obejść.
— Zamek „postanowi”? — powtórzyła Lyra. — Co on, żyje?
— A ty nie czujesz, że wszystko tu żyje? — Kira nie odwróciła się, ale Nathan widział, że uśmiecha się półgębkiem. — Dolina (i to, co nad nią) oddycha jak człowiek, tylko wolniej. Rzeczywiście — kiedy weszli między sosny skręcone wiatrem, powietrze zaczęło rytmicznie uciszać się i gęstnieć, jakby ktoś oddychał przez zasłonę. Zatrzymali się przy głazie oblepionym lodem. Peter podał wszystkim po kawałku chleba.
— Pół godziny — zdecydował. — Potem dalej.
Nathan oparł się o pień i przymknął oczy. Nie spał, ale nic nie widział — był tylko dźwięk krwi w skroniach i trzask drobnego lodu w koronach, gdy słońce podpalało kryształki. I nagle — jak otwarta w środku książka — obraz. Nie jego, a jednak jego: ta sama droga, tylko bez śniegu. Ławeczka z wyżłobionego bala. Dziewczyna o jasnych włosach siedzi na oparciu i macha nogami, recytując coś z pamięci, a on, młodszy, z książką w dłoni, udaje, że nie słyszy, choć wie każde słowo — bo uczył się razem z nią.
— Nathan? — głos Petra przeciął obraz jak nóż. — Nie odlatuj teraz.
— Pamiętam ławkę — wyszeptał. — Bez śniegu.
— Dobrze — powiedział Peter. — Dobrze, że pamiętasz. Źle, jeżeli się wzruszasz. Idziemy.
Mgła zagęściła się tuż przed nimi. Płatki śniegu zaczęły wirować jak drobne światła, które ktoś wypuścił z dłoni. Gdy weszli na otwarty garb, wiatr uderzył ich jak fala. Nathan poczuł, jak dźwięk zwija mu się w uszach. Kira kazała wszystkim iść gęsiego, wbiła czekan w nawianą nawierzchnię i sprawdzała każdy krok. Raz, drugi, trzeci. W połowie trawersu głos Jonasa znikł w wietrze. Odwrócili się — stał, jakby go coś przytrzymało za nogi.
— Cienki lód! — krzyknęła Kira. — Nie ruszaj się, zaraz puści!
Peter położył się na śniegu, rozsunął ciężar, podpełzł do Jonasa i jednym ruchem przepchnął mu pętlę liny pod pachy.
— Na trzy — syknął. — Raz. Dwa. Trzy.
Jonas wyskoczył z miękkiego puchu, w którym lód rozpadł się w chrzęście jak tłuczone szkło. Wszyscy przez chwilę tylko szeptali przekleństwa, jak modlitwy. Nathan czuł, jak ręce mu drżą — nie ze strachu, z gniewu do samego siebie, że jego ciało pamięta, jak stawiać kroki, a jego głowa musi się tego uczyć na nowo.
— Dobrze — powiedział Peter po chwili zgryźliwym głosem, jakby wypluwał coś twardego. — To był sygnał. Idziemy wolniej.
— Zamek lubi sprawdzać — mruknął Eli, sapnąwszy.
— Zamek nie musi — Kira spojrzała w górę. — Droga to robi za niego.
Przeszli. Ostatni odcinek zawiał im wiatr drobnym lodem po twarzach tak, że łzy zamarzały w rzęsach, ale kiedy zeszli za załom skały, nagle ucichło. Jakby ktoś odciął ich od pogoni. Za wąwozem czekał las — gęsty, ciemny, z tych, które o zimie mówią szeptem.
— Tutaj odpoczniemy — powiedział Peter. — Piętnaście minut.
Zrzucili plecaki, a paski zamarznięte na zgięciach jęknęły cicho. Ziemia pod śniegiem była twarda jak kamień, ale każdy usiadł, gdzie mógł — na pniu, na torbie, na własnych dłoniach. Powietrze było gęste od chłodu, a cisza miała w sobie coś tak nienaturalnego, że nawet Eli przestał żartować.
— Pamiętasz, że kiedyś było tu jezioro? — rzucił po chwili, żeby coś powiedzieć.
— Nie jezioro — poprawiła Kira. — Sad. Stary, z jabłoniami aż po wzgórze. Woda przyszła dopiero później.
— Jak wszystko inne — mruknął Jonas, odgarniając śnieg z kolan. — Tu nic nie zostaje takie samo.
Arden stała obok Nathana, ocierając dłonie o rękawy płaszcza.
— Coś nie tak? — zapytała, widząc, że jego wzrok błądzi gdzieś ponad drzewami.
— Nie wiem — odparł po chwili. — Wydaje mi się, że droga była krótsza.
— Może to ta dolina zmienia odległości, a nie my. — Uśmiechnęła się lekko, ale nie wesoło.
— Może — przyznał. — Albo pamiętam ją inaczej, niż była naprawdę.