E-book
25.04
drukowana A5
38.82
Opowiadania różne

Bezpłatny fragment - Opowiadania różne

Wybór


Objętość:
61 str.
ISBN:
978-83-8467-728-5
E-book
za 25.04
drukowana A5
za 38.82

Uwaga: Pierwsze opowiadanie w niniejszym zbiorze zawiera wulgaryzmy i potocyzmy. Zostały one użyte celowo jako środek artystyczny, mający na celu realistyczne oddanie klimatu oraz specyfiki prezentowanego środowiska.

Fala

Adaś trafił do Kompanii Zabezpieczenia tuż po obiedzie. Na pododdział wprowadził go szef kompani, chor. Malinowski.

— Macie nowego kolegę — zwrócił się do podoficera dyżurnego, który spojrzał na obu oczami bez wyrazu i zasalutował zgodnie z regulaminem.

— Pas! Pas! Jak wy nosicie ten pas, kapralu Moś! — zwrócił się chorąży do swojego podwładnego podnosząc jednocześnie położenie paska we właściwe miejsce.

— Zaraz jaja wam urwie, kapralu! — dodał i ruszył w kierunku swojej kanciapy. — Pokażcie szeregowemu jego łóżko i przyjmijcie go jak trzeba.

— Tak jest! — zasalutował podoficer dyżurny i warknął do szeregowego:

— Daje za mną!

Szedł szybkim, pewnym krokiem. Adaś ledwo nadążał za swoim przewodnikiem. Na kompanii poza podoficerem dyżurnym i szefem, który zaszył się w swoim kantorku nie było ani żywej duszy. Wszyscy byli na funkcjach.

— Dobrze — pomyślał Adaś — przynajmniej będę mógł spokojnie zapoznać się z pododdziałem.

— Co się wleczesz, jak stara baba? — warknął kapral. — Wojsko, to nie przedszkole, chodzić ciebie nie nauczyli… daje, kurwa… daje!

— Tak jest! — zameldował żołnierz i posłusznie przyspieszył kroku. Przeszli szybko przez trzy pomieszczenia, w których panował wzorowy porządek. Po obu stronach długiego traktu stały rzędy starannie zaścielonych łóżek. Na stojących przy nich szafkach także panował wojskowy ład; wszystko miało swoje ściśle określone miejsce.

— To jest twoje wyro. Teraz smaruj, kurwa do szefa! Od niego dostaniesz oporządzenie i zostaniesz zaprowiantowany — warknął kapral, odwrócił się na pięcie i zamaszyście poszedł w stronę stolika podoficera dyżurnego.

Adaś usiadł na chwilę na taborecie stojącym przy łóżku. Zauważył, że jego wyro stoi tuż przy ścianie działowej, wykonanej z twardej płyty paździerzowej. Płyta i lamperie w pomieszczeniach pomalowane były wściekle żółtym kolorem, który gryzł w oczy. Po chwili Adaś zorientował się, że za tą prowizoryczną ścianą znajduje się kompania podchorążych wyższej szkoły oficerskiej, której jeszcze wczoraj był studentem.

— Niedobrze — pomyślał — to będą wiedzieli skąd przyszedłem. Mogę mieć przechlapane — szczerze się zmartwił. Wiedział doskonale, że ci z czynnej nie lubią podchorążych.

Kandydaci na trepów, albo po prostu „budynie”, jak nazywano podchorążych, z racji otrzymywanego deseru do obiadu, wzbudzali w nich obrzydzenie. Tekst: „Lepiej chujem orać pole niż być podchorążym w szkole” towarzyszył im w czasie zaprawy porannej, podczas posiłków, w łaźni, w różnych miejscach i sytuacjach. Podchorążowie przyjmowali przytyk z godnością, ze stoickim spokojem, no ale tu, jak tu się zachować. Rozmyślanie przerwał nagły krzyk:

— A ty kociambrze, co siedzisz, kurwa, jak stary, nie widzisz, że pan rezerwista idzie? Baczność! Kocie przebrzydły! Baaaczność — wycedził i zdzielił szeregowego otwartą dłonią po karku. Adaś skoczył na równe nogi i zgodnie z wolą starszego kolegi przyjął postawę zasadniczą. Biedaczysko nie zdawał sobie sprawy, że był to najłagodniejszy przejaw fali.

Apogeum tego zjawiska, które oficjalnie nie istnieje, a w rzeczywistości występuje w każdej jednostce wojskowej nastąpiło zaraz po capstrzyku.

Było około 22.30. Na pododdziale panowała zupełna cisza. Wyglądało na to, że wojsko śpi. Przy stoliku podoficera majaczyły dwie postaci. Jedną z nich był znany Adasiowi kapral, który po zdaniu służby, odziany w piżamę, stał na chwiejnych nogach. Widać było wyraźnie, że jest podpity. Pełniący służbę nowy podoficer dyżurny, którym był rudowłosy starszy kapral Chwiejny, też trzeźwością nie grzeszył. Obydwaj mężczyźni rozmawiali o czymś szeptem patrząc w stronę łóżka, na którym spał Adaś.

— Co jest grane? — pomyślał chłopak i zanim zdołał znaleźć w głowie jakąś sensowną odpowiedź. Ta niespodziewanie znalazła się sama. Przyniosła ją zaistniała sytuacja.

— Wypadł z wyra — wrzasnął tuż za uchem rudowłosy starszy kapral — biegusiem, kurwa, wypadł — dodał i dla dodania pikanterii sytuacji ściągnął koc z ciała przerażonego żołnierza. Adaś posłusznie ześlizgnął się z łóżka. Stanął obok niego i szeroko otwartymi ze zdziwienia i strachu oczami spoglądał na to co się zaczęło dziać.

— Pobudka! Pobudka! Pobudka, kurwa — wrzeszczał rudowłosy starszy kapral, stojąc mniej więcej na połowie długiego traktu pieszego między boksami na łóżka.

— Pobudka! Wstawać kociarnia! — wtórowali mu dwaj dyżurni, którzy biegali w różne strony pododdziału, bacząc, aby żaden żołnierz nie „zabunkrował się” w jakimś zakamarku, jak mówiono.

— Kompania, w dwuszeregu, na korytarzu zbiórka! Raz! Dwa! Trzy! — rozkazał podoficer dyżurny.

— Zbiórka! Zbiórka! Biegusiem! — zgodnie wtórowali mu dwaj dyżurni.

Rozespane już pierwszym snem wojsko opornie wyłuskiwało się z łóżek, co doprowadziło podoficera dyżurnego i jego pomocników do wściekłości.

— Szybciej! Szybciej, kurwa! Kociarnia, szybciej! — wył rudowłosy dryblas.

Określony według własnego, kapralowego widzi mi się czas na sformowanie zbiórki minął, dlatego niezadowolony podoficer wydał nową komendę:

— Kompania rozejść się! — wrzasnął, aby po chwili z jeszcze większa werwą rozkazać:

— Kompania na korytarzu, w dwuszeregu zbiórka!

Żołnierze kilka razy byli ustawiani i zawracani z powrotem do łóżek. Czynili to do momentu, w którym wszechwładny starszy kapral uznał, że pododdział wykonał jego polecenie we właściwym tempie oraz najbardziej regulaminowy sposób.

Gdy wojsko stało już w dwu równiutkich rzędach zadowolony podoficer zapodał nową komendę.

— Bacznooość! — ryknął — Szeregowy Kwiatkowski, do mnie! — dodał dyktatorskim głosem.

Adaś wykonał polecenie. w sposób godny żołnierza kompanii honorowej podszedł na regulaminową odległość do kaprala i w postawie zasadniczej oczekiwał posłusznie na dalsze komendy. Kiedy tak stał niepewny swojego dalszego losu, rudowłosy podoficer zagrzmiał donośnie:

— Żołnierze, lubicie trepów?

— Nieee — odpowiedziało rozespane towarzystwo.

— Nie słyszę! — wrzasnął podoficer. Czy wojsko lubi trepów? — zadał ponownie pytanie.

— Nieee… nieee — rozległo się donośniej.

— A czy lubicie budyni, kandydatów na trepów?

— Nie lubimy! Nie lubimy — powtarzało zgodnie wojsko.

— To popatrzcie dobrze na tego kota — wskazał na Adasia — zachciało się mu być oficerem… gwiazdki, kurwa, mu się marzyły… ja z ciebie zrobię oficera, że ci się odechce raz na zawsze… będziesz srał w garście i zjadał… będziesz biegał na wysokości lamperii z szybkością światła… jasne…

— Tak jest obywatelu kapralu — odpowiedział Adaś nie bardzo rozumiejąc swoją sytuację.

— Panie, rezerwisto kapralu, kocie przebrzydły, jasne! — warknął kapral i nie czekając na potwierdzenie dodał:

— Szeregowy kocie Kwiatkowski za mną marsz!

Szli wolnym krokiem pomiędzy równiuteńkim szpalerem odzianego w piżamy wojska. Kapral idąc mówił:

— Popatrzcie, koty przebrzydłe, ten chuj pierdolony chciał być trepem. Gwiazdki mu się śniły po nocach. Już my zaraz wybijemy ci te gwiazdki z głowy na zawsze, wszarzu jeden. Wybijemy? — zapytał i nie czekając na odpowiedź kontynuował wywód.

— Zaraz posrańcu nie tylko zapomnisz o gwiazdkach, ale pojebańcu jeden zapomnisz jak się nazywasz. Jasneee!

— Tak jest, panie rezerwisto kapralu! — wrzasnęły żołnierskie gardła, aż echo odbiło się od ścian i sufitu.

— Dyżurni do mnie! — huknął złotogłowy kapral. Dwaj rośli żołnierze natychmiast przyskoczyli do podoficera.

— Przeprowadźcie tego karakana przez pododdział — zwrócił się do dyżurnych — a wy, kurwa dobrze się chujowi przypatrzcie, żebyście wiedzieli kto chciał być trepem, komu gwizdki, kurwa, się marzyły… jasne!

— Tak jest, panie rezerwisto kapralu! Jaaasne! — krzyknęli ochoczo żołnierze przeczuwając, że szykuje się ubaw po pachy.

Adaś prowadzony przez dyżurnych szedł niepewnym krokiem pomiędzy dwoma szeregami. Przeszywały go na wskroś nienawistne spojrzenia rozbudzonych żołnierzy. Zbyt długi korytarz stał się jeszcze dłuższy. Adasiowi wydawało się, że nie ma on ani początku, ani końca. Szedł bezmyślnie jak branek na rzeź i tylko czasami przelatywało mu przez myśl pytanie: co oni jeszcze wymyślą? Odpowiedź przyszła niebawem. Kiedy maszerująca trójka wróciła na poprzednie miejsce kapral zarządził:

— Kociarnia, po mojej lewej ręce po przybory do mycia zębów, rozejść się! Kociambry po mojej prawicy po przybory do czyszczenia butów, rozejść się. Zrozumiano! Wykonać!

Żołnierze, jak stado spłoszonych źrebiąt, rozsypali się po kompanii. Dookoła słychać było gwar, który nijak nie pasował do pory przeznaczonej na żołnierski wypoczynek. Pan kapral rozsiadł się teraz wygodnie na taborecie przy stoliku podoficera i jak na froncie, z tego naprędce utworzonego punktu dowodzenia, kierował dalszą akcją.

— Z wyznaczonymi przyborami, na korytarzu, w dwuszeregu zbiórka — wydał komendę.

Wojsko posłusznie wykonało rozkaz. Wszyscy stali na swoich poprzednich miejscach uzbrojeni w nakazane akcesoria.

— Teraz panowie — zwrócił się do dyżurnych — pogonić chuja tam i z powrotem. a wy kocięta — zwrócił się do pozostałych żołnierzy — czyście budynia z jego trepowskich zachcianek. Dyżurni poprowadzili niedoszłego oficera środkiem rozbawionego już szpaleru. Szedł ze spuszczoną głową, a na jego ciało, gdzie popadło, lewy rząd nakładał pastę do zębów, natomiast chłopcy z prawej strony mazakami nakładali nań pastę do butów. Po skończonym przemarszu Adaś wyglądał jak wielkanocna pisanka, co wzbudzało we wszystkich nie lada wesołość. Rechot na dobre już rozbudzonych i rozweselonych żołnierskich gardeł rozlegał się po całej kompanii i chcąc nie chcąc wydobywał się poza jej obręb. Służby dyżurne z sąsiednich pododdziałów ciekawie zaglądały do bawiącej się kompani, aby nacieszywszy oczy przednim widokiem upokorzonego budynia wrócić niebawem do pełnienia swoich obowiązków. Żadnemu z funkcyjnych żołnierzy nawet przez myśl nie przeszło, aby stanąć w obronie chłopaka, któremu jeszcze niedawno marzyły się oficerskie szlify. Po zakończonym „oczyszczaniu’” podoficer rozkazał:

— Szeregowy kot Kwiatkowski do mnie! Biegusiem!

Adaś ruszył niepewnie w stronę starszego kaprala. Kiedy stanął w regulaminowej odległości od podoficera ten splunął mu pod nogi i donośnie zapytał:

— Żołnierze, czy widzicie tę kreaturę?

— Taaak jeeest! Widzimy, panie rezerwisto, kapralu!

— Czy jest już czysty?

— Czysty, panie rezerwisto, kapralu! — ryknęło wojsko.

— Czy widać jakie gwiazdki? — postawił kolejne pytanie.

— Nie! Nie widać, panie rezerwisto, kapralu!

Pytania i odpowiedzi mieszały się z salwami rubasznego rechotu. Wojsko bawiło się przednio. Tylko Adasiowi nie było do śmiechu. Wczorajszy podchorąży dziś był pośmiewiskiem. Strach przed tym co jeszcze wymyślą oprawcy i żal poniżenia rozpierał Adasiową pierś. Chciało mu się płakać. Chciał krzyczeć, protestować, zabraniać, ale wiedząc, że nic to nie da pokornie poddawał się pohańbieniu.

— Nadal chcesz być oficerem, zasrańcu? — zapytał starszy kapral.

— Nie! — cicho odparł Adaś.

— Nie słyszę! — ryknął kapral.

— Nie. Nie chcę być oficerem.

— Nie słyszę, kurwa, nie słyszę! Czy wojsko słyszało?

— Nieee! — wrzasnęła rozbawiona kompania.

— Nie chcę być oficerem — powiedział Adaś głośniej. Nie chcę być oficerem — powtórzył, a po krótkim milczeniu zaczął wrzeszczeć w kółko: — nie chcę być oficerem… nie chcę być oficerem… nie chcę być oficerem…. Dłużej już nie mógł wytrzymać, rozpłakał się.

— I ten mięczak miał być oficerem. Zapłakany porucznik. Załzawiony major. Pułkownik zasrany — szydził kapral z upokorzonego chłopca.

— Skoro ten płaczący zafajdaniec nie chce już być oficerem, to musimy go pasować na normalnego żołnierza. Pasujemy? — zapytał.

— Taaak jeeest! — wrzasnęło wojsko.

— Po pasy, kompania rozejść się — rozkazał kapral.

Żołnierze posłusznie rozsypali się po sali. Każdy wziął do ręki swój pas skórzany, który na co dzień służył do przypasywania munduru i tak zaopatrzony czekał na dalsze komendy.

— Z pasami, na korytarzu, kompania zbiórka! — ryknął starszy kapral.

Kiedy wojsko zbrojne pasami stało już na swoich miejscach rudowłosy wyjaśnił zasady pasowania na żołnierza.

Dyżurni mieli dopilnować tego, aby Adaś wolnym krokiem przemaszerował wzdłuż korytarza, a każdy z kolegów obok którego chłopak przechodził miał zdzielić go pasem, jak popadło, nie koniecznie po tyłku. Który z żołnierzy chciałby zrezygnować z udziału w pasowaniu musiał liczyć się z tym, że sam będzie brał cięgi egzekucji na siebie, a egzekwować je będzie właśnie Adaś. Chyba z tego prostego powodu nikt się nie wyłamał.

Szeregowy Kwiatkowski szedł wolnym krokiem środkiem korytarza, a koledzy żołnierze okładali go paskami po wypastowanym ciele. Łzy same płynęły z oczu chłopaka. Płakał, ale szedł dalej. Razy na ciele nie bolały, ból sprawiała upokarzana godność.

— Dyżurni, doprowadzić szeregowego do porządku.

Funkcyjni żołnierze chwycili Adasia pod pachy i zanim ten się spostrzegł zawlekli go do łazienki, pod prysznic.

— A dobrze chuja wyszorować, bo brudny jak świnia — zakomenderował.

Zimna kąpiel pod prysznicem trwała około pół godziny. Co ci dyżurni z chłopcem wyprawiali; był namaczany, szorowany szczotką ryżową, pumeksem, polewany szamponem i płynem do WC, wycierany papierem toaletowym i ponownie szorowany.

W drzwiach łazienki rotacyjnie zjawiały się roześmiane twarze kolegów, którzy jeszcze choć przez chwilę chcieli nasycić swoją próżność upokorzeniem chłopaka. a ten trzęsący się ze strachu i zimna, niemiłosiernie umęczony chłopaczyna klęczał pod zimnym prysznicem i jedyne czego teraz pragnął, to to, aby dano mu w końcu spokój.

„Oczyszczonego” Adasia dyżurni odprowadzili do jego łóżka. Szedł kilka kroków przed nimi. Koledzy żołnierze stali obok swoich łóżek i rzucali w chłopaka czym się dało. Na głowę idącego spadały taborety, buty, blaszane kubeczki, niezbędniki, zagłówki i Bóg wie co jeszcze. Nareszcie koniec. Podoficer dyżurny łaskawie ogłosił capstrzyk.

Adaś wgramolił się na górę piętrowego łóżka. Położył się na prawy bok, twarzą do ściany. Nie chciał, aby ktokolwiek widział, że płacze nadal. Schował twarz w dłonie. Poczuł się nareszcie w miarę bezpiecznie. Niebawem usnął.

Śnił, że jest w rodzinnej wsi. Leży na wilgotnej, zroszonej zielonej łące. Ciepłe, wiosenne słońce ogrzewa twarz. Jest przyjemnie. Ciepło i cicho. Nagle nadlatują czarne ptaki, chyba wrony. Krzyczą złowrogo, krążą nachalnie nad głową chłopaka; niektóre próbują dziobać po ciele, po twarzy. Usiłuje podnieść się i uciec. Wszystko na nic! To już koniec. Ptaki stają się jeszcze bardziej nachalne. Chłopiec chce wołać o pomoc. Wszystko nadaremnie. Głos nie może wydobyć się z gardła. Czarne ptaki atakują z każdej strony… Ale co to? Nagle czarne ptaki zamieniają się w złotoskrzydłe gołębie. Skrzydła te łagodnie gładzą chłopcu twarz. Nie! Nie, to nie skrzydła! To ciepłe, serdeczne dłonie mamusi.

— Mama! Mama! Jak dobrze, że jesteś! Jak dobrze! Jak dobrze… — powtarza chłopiec ciesząc się obecnością ukochanej osoby.

Nagle wszystko ginie, a do uśpionej jeszcze świadomości wdziera się przeraźliwe wycie:

— Kurwa! Gdzie ten chuj jebany? Gdzie ten budyń pierdolony?

Do uszu Adasia dobiegały coraz wyraźniej obsceniczne wyrazy, które wypadały z ust dryblasa podążającego w stronę łóżka, na którym odpoczywał wymęczony niedawno chłopaczyna. Prawie dwumetrowy fagas odziany w mundur moro, przepasany jak snopek parcianym pasem, szedł chwiejnym krokiem, wymachując strażackim toporkiem.

Był to starszy szeregowy Drążek, największy zawadiaka w kompani, a może i w pułku całym. Żołnierz oprócz wielkiego wzrostu miał jeszcze jedną przypadłość, lubił ostro popić. Po alkoholu był bardzo agresywny i nieobliczalny.

Adaś nie miał cienia wątpliwości, że ten wielkolud zmierza w jego stronę. Rozbudzony krzykiem i na nowo przerażony chłopiec patrzył szeroko otwartymi oczami na zwieńczoną hełmem strażackim postać starszego szeregowego.

— Zabiję budynia pierdolonego — wrzeszczał jak opętany. w boksach zawrzało. Zbudzeni żołnierze ciekawie podnosili głowy i z perspektywy własnych łóżek obserwowali rozwój dalszej akcji.

Starszy szeregowy Drążek ściągnął sprawnym ruchem koc z Adasiowego ciała i sieknął toporkiem. Pierwsze uderzenie spadło na metalową ramę łóżka, nieopodal głowy sparaliżowanego strachem chłopca. Adaś ostatkiem woli wykonał gwałtowny ruch.

Drugi cios spadł na środek zagłówka. Zaatakowany chłopiec przesunął się gwałtownie w stronę ściany.

— O Boże — szepnął — on nie żartuje! On mnie za chwile zabije. Boże ratuj! — poprosił w myślach, przypomniawszy sobie słowa babci Heleny, która zawsze mówiła, że w trudnych chwilach należy westchnąć do Wszechmogącego.

Trzecie uderzenie spadło tuż obok głowy. Trafiony kolejny raz zagłówek przepołowił się na dwie części i ułożył w kształt wściekłością wykrzywionych ust. Adam zamknął przerażone oczy. Całym ciałem przywarł do chłodnej ściany i w bezruchu czekał na kolejny cios. Wiedział, że to uderzenie już się nie rozminie z jego głową. To już koniec. Całe dotychczasowe życie przemknęło lotem błyskawicy. Przypomniał sobie w jednej chwili wszystkie dobre i złe uczynki. Ujrzał wszystkich bliskich.

— Przywal mu! Zdziel go w łeb! Przypierdol chujowi, budyniowi! Zajeb go! — pokrzykiwali żołnierze z boksów.

— Zostaw go, kurwa! Zostaw go, kurwa, słyszysz? — rozległ się nagle pośród zgiełku dość cichy, ale stanowczy głos.

— Ja już chyba nie żyję — pomyślał Adaś i nieśmiało otworzył zamknięte powieki. Widok jaki zobaczył będzie chyba pamiętał do końca swoich dni. Obok jego łóżka stały dwie postaci. Jedna wielka jak biblijny Goliat i druga mała, nie pokaźna.

Mały człowieczek trzymał uzbrojoną w strażacki toporek rękę starszego szeregowego Drążka i potrząsając nią powtórzył dobitnie.

— Już wystarczy! Chłopak dostał za swoje! Jeżeli od tej chwili jeszcze ktoś mi go ruszy, będzie kurwa ze mną miał do czynienia. Jasne? — zakończył.

— a teraz śpij — zwrócił się do osłupiałego Adasia — jutro o 400 pobudka. Idziesz ze mną na funkcję. Ty zaś wypierdalaj spać. Zrozumiano!

— Tak jest rezerwisto szeregowy! — wymamrotał Drążek i posłusznie powlókł się na miejsce odpoczynku. Podoficer dyżurny poszedł w stronę swojego miejsca służbowego, a wszyscy żołnierze pokładli się, aby w końcu odpocząć przed jutrzejszymi zajęciami. Adaś jeszcze długo nie mógł usnąć. Rozpamiętywał raz jeszcze wszystkie wydarzenia jakich był uczestnikiem.

Nie mógł tego wszystkiego ogarnąć, zrozumieć. Medytował, zastanawiał się, tłumaczył sobie zachowania jakich doświadczył i im dłużej myślał tym bardziej przekonywał się, że i tak nic z tego nie rozumie, przynajmniej teraz, nie w tej chwili. Niebawem usnął. Skoro świt obudził Adama lekki kuksaniec w bok.

— Wstawaj i ubieraj szybko — usłyszał znajomy głos, który należał do szeregowego Karola Płachetki.– Idziemy na funkcję do kasyna oficerskiego.

Chłopak posłusznie wstał z łóżka i szybko się ubrał. Z kompanii wyszli o 4,15. Po drodze Adaś dowiedział się, że jego mały, starszy kolega, zwany na pododdziale „dziadkiem” z racji posiadanego stażu służbowego, pojutrze odchodzi do cywila. Tak więc funkcję kelnera w kasynie oficerskim musiał przekazać młodszemu koledze.

— Dobrze — myślał Adam — na razie będę miał spokój, ale po jutrze jak Karol odejdzie do cywila znowu będę miał przejebane — nawet się nie zorientował, że zaczął używać języka swoich kolegów.

Niebawem Karol odszedł do cywila. Adam z niemałym zdziwieniem zauważył, że po jego odejściu nikt już nie ośmielił się go poniżyć. Święte polecenie „dziadka” rezerwisty działało nadal.

Po trzech miesiącach kelnerowania w kasynie Adam został przeniesiony do jednostki w wielkim mieście, gdzie został pisarzem w sztabie. Wraz z upływem czasu chłopak powoli zapominał o wydarzeniach z poprzedniej jednostki wojskowej. Jednak do do dziś nosi w sobie jakiś ogromny żal, który powraca jak niszcząca fala tsunami. a jak słyszy opinie, że w polskim wojsku nie występuje zjawisko fali dziwnie zamyka się w sobie, a wszyscy zastanawiają się, dlaczego?

Pożar

Wiosna tego roku była ciepła i sucha. Kwiecień zbliżał się ku końcowi. Gospodarze, jeden przez drugiego, pospieszali z pracami polowymi, bo na siew buraka cukrowego była już najwyższa pora.

Mimo Wielkiego Tygodnia wszyscy rolnicy wyjechali w pola; jedni kończyli wiosenne orki, inni bronowali zaorane poletka, a jeszcze inni siali już nasiona buraków. z powodu piętrzących się prac polowych we wsi nie uświadczyłeś ani jednej męskiej duszy. w domostwach niepodzielnie królowały gosposie.

Wszak święta tuż, tuż; trzeba było napiec chleba i bułek, bigosu nawarzyć, a i coś słodkiego przygotować. Trzeba było tak rozplanować sobie czas, aby wystarczyło go na wspomniane czynności i pozostało jeszcze na wykonanie pisanek oraz posprzątanie pomieszczeń mieszkalnych.

Dzieciarnia, korzystając z przepięknej pogody, od rana harcowała na rozgrzanych wiosennym słońcem podwórkach, drogach albo łąkach. Gosposiom było to na rękę. Nikt nie przeszkadzał im w pracy i mogły spokojnie zająć się przygotowaniami do świąt.

Mały Ignaś Śliwiński, tak jak wszystkie dzieci, nie bardzo miał ochotę plątać się matce pod nogami, dlatego zaraz po wyjeździe ojca w pole oznajmił rodzicielce:

— Mamo! Wychodzę na dwór. Będę zagrabiał podwórko!

— Dobrze, idź! — odparła matka nie odrywając się od robienia rozczynu na chleb.

Ignaś wyskoczył raźno z domu. Pobiegł szybko do małej szopki, dobudowanej do drewnianej stodoły. Wziął stamtąd grabie i dziarsko rozpoczął zaplanowaną pracę. Przeciągał energicznie tymi grabiami po świeżej, zielonej murawie, gromadząc w jedno miejsce porozrzucaną słomę i inne drobne zanieczyszczenia.

Nad głową pracującego chłopca świeciło wiosenne słońce. Do uszu Ignasia dobiegały przeróżne odgłosy: a to radosny śpiew skowronków, a to zajadłe ujadanie psów, a to głośne gdakanie spłoszonych kur, przeplatane odgłosami zaniepokojonego koguta.

Zza płotu sąsiedniej posesji dobiegały uszu chłopca odgłosy wesołej, dziecięcej zabawy:

— Pałka! Zapałka! Dwa kije! Kto się nie schowa, ten kryje! Raz! Dwa! Trzy! Szuuuukaaaam!!! — usłyszał Ignaś znajomy, piskliwy głosik małej Marysi Antoniakówny.

— Chętnie bym się też pobawił — pomyślał Ignaś — ale nie...muszę wykonać obiecaną ojcu pracę — ofuknął sam siebie i ostro zabrał się do pracy.

Grabił kilkanaście chwil skupiając na pracy całą swoją jedenastoletnią uwagę, a gdy solidnie się zmęczył oparł się na grabiach, jak robił to jego ojciec, otarł dołem koszuli pot z czoła i popatrzył gospodarskim okiem po zabudowaniach.

Wszystkie wykonane były z drewna. Na każdym budynku, a było ich w sumie cztery, znajdował się, jak zresztą w całej wsi, porządny, słomą kryty dach.

Ze wszystkich zabudowań najokazalsza była stodoła. Drugi co do wielkości był dom mieszkalny. Pomiędzy domem a stodołą usytuowany był dość spory budynek inwentarski, podzielony na trzy części. w pierwszej części, zwanej stajnią, stał siwy, wiekowy koń. w części określanej mianem obory stała dojna krowa, duma Śliwińskiej, dwa roczne byczki i małe, niespełna miesięczne cielątko. Natomiast w części trzeciej, z racji jej mieszkańców nazwanej chlewikiem, królowały niepodzielnie dwie maciory: jedna z prosiętami i druga, która miała mieć miot zaraz po Wielkanocy oraz cztery, półroczne warchlaki.

Czwartym obiektem był budynek stojący naprzeciw pomieszczeń inwentarskich, zwany szopą.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 25.04
drukowana A5
za 38.82