E-book
9.56
drukowana A5
39.62
Opowiadania o sercu i prawdzie

Bezpłatny fragment - Opowiadania o sercu i prawdzie


5
Objętość:
224 str.
ISBN:
978-83-8126-222-4
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 39.62

„OPOWIADANIA o sercu i prawdzie” to zbiór historii spisanych każda w jedno popołudnie, spisanych w dość zaskakujący dla mnie sposób, gdyż miałam wrażenie, że spisuję czyjeś autentyczne historie. Zasiadając do pisania każdej z nich nie miałam pojęcia, o czym będę pisać. Najpierw powstawała okładka i tytuł każdego z tych opowiadań, w umyśle miałam jedynie jakieś niejasne przesłanie, przebłyski. Dopiero kiedy układałam dłonie na klawiaturze, aby napisać pierwszą literę treści każdej z tych historii, tekst brał się nie wiadomo skąd, jakby prowadziła mnie Dłoń Wyższego, i ja wiem, że tak było. Wiem, ponieważ poprosiłam Boga o to, aby talenty w moim życiu się nie zmarnowały, poprosiłam o łaskę potrzebną do dalszego mojego pisania, abym powiedziała ludziom od siebie rzeczy, które zawsze chciałam powiedzieć. Uczyniłam to najpierw w mojej grubej księdze, pierwszej jaką w życiu napisałam i która składa się z samych faktów, chociaż niezwykłych, ale faktów. Uczyniłam to także w tomiku wierszy. W tej z kolei książce też przedstawiam fakty, które z pewnością gdzieś tam wydarzyły się w formie takiej, czy zbliżonej, jednak nikt mi tych faktów nie opowiedział, nigdzie o nich nie przeczytałam, powstały w moim umyśle, sercu, dotyczą jednak spraw, które niestety dzieją się w naszym obecnym życiu, w tych dzisiejszych czasach i aż błagają sobą o zauważenie, skomentowanie, przepracowanie. Chodziło mi o pewne mocne przesłanie psychologiczno-duchowe i sadzę, że udało mi się zawrzeć na tych stronach istotę sprawy. Książkę kieruję właściwie do każdego. Do nauczycieli, wychowawców dzieci i młodzieży o psychice, osobowości tej łatwiejszej i tej trudnej, do katechetów, nauczycieli etyki, dzieci, młodzieży, osób dorosłych i tych całkiem już dojrzałych bez względu na liczbę przeżytych lat i to, kim są. Tradycyjnie napiszę, że jeśli ta książeczka pomoże choćby jednej osobie, spełni swoje zadanie, swoje przesłanie. Połączyłam wszystkie opowiadania w jedną całość, okładki każdego z nich umieszczając w miniaturze na wspólnej jednej okładce. Spis tytułów umieściłam z kolei na okładce tylnej.

/Autorka/

Dziewczynka z książką

Eksponaty antykwaryczne często zdają się „mieć duszę”, każdy z nich ma swoją historię, czasem bardzo niezwykłą. Mogą stać się też czasem natchnieniem, inspiracją, znakiem. Tak dzieje się u ludzi, którzy uważnie obserwują rzeczywistość, w jakiej żyją, którzy przeżywają to życie w sposób świadomy, czyli tacy, którzy zastanawiają się nad wszelkimi przejawami tego ziemskiego życia, a tzw. świecka i duchowa strona ich życia stanowią JEDNOŚĆ, bo tylko w taki sposób idąc przez życie, przeżywa się je PRAWDZIWIE.

Tylko jeżeli zaprosimy do naszego ziemskiego, materialnego, fizycznego życia Boga, jeśli otworzymy się prawdziwie na duchowość, na głębokie, świadome postrzeganie WSZYSTKIEGO, będziemy szczęśliwi, bo będziemy wówczas PROWADZENI „Niewidzialną Dłonią” i na wszystko znajdzie się rada, odpowiedź…

Figurka i książeczka z Antykwariatu zdawały się czekać na kogoś, kryjąc w sobie czyjąś dawną historię. Moment zakupu, nabycia, stał się momentem jakby obudzenia tej historii „zaklętej” w eksponacie, który teraz posłużył komuś do napisania tej cienkiej książeczki dla Was. Historia opisana przeze mnie jest fikcją z przesłaniem duchowym, jednak pisząc ją wyraźnie prowadzona byłam jakby czyjąś dłonią, treść płynęła sama, szybko, gładko, bez wymyślania i zastanawiania się co dalej, dlatego może tak być, że nieświadomie opisałam historię, która gdzieś, kiedyś, wydarzyć się mogła w takiej, czy zbliżonej formie. Liczy się jednak najbardziej przesłanie, jakie w sobie zawiera…


Dedykuję tą książeczkę także mojej Świętej Pamięci Przyjaciółce Małgorzacie, oraz również Świętej Pamięci Księdzu Czesławowi, mojemu Księdzu od Pierwszej Komunii Świętej, między innymi dlatego, że bardzo ważna w życiu jest przyjaźń, a ksiądz od Pierwszej Komunii Świętej na zawsze pozostaje tym wyjątkowym.

Przeczytajcie tą książeczkę SERCEM…/Autorka/


„Odbicie światła to zjawisko zmiany kierunku rozprzestrzeniania się promieni świetlnych zachodzące na granicy dwóch ośrodków, gdy co najmniej jeden z nich jest przezroczysty. np. przedmioty odbijające się w tafli wody” lub odbicie Boga w duszy istoty ludzkiej, jeśli jest na tyle przezroczysta, by odbicie tego światła było możliwe.


Maj roku 2017.

Wesoła grupka dziesięciolatków wracała teraz, jak zresztą codziennie o podobnej porze ze szkoły, lekko zgięci pod ciężarem szkolnych plecaków i mocno podekscytowani tematem wakacyjnych planów. Droga ze szkoły prowadziła w ich małym, sennym nieco, lecz urokliwym miasteczku tuż przy oknie wystawowym Antykwariatu o romantycznej i tajemniczej nieco nazwie „Miniony Świat”. Od jakiegoś czasu okno wystawowe zdobiła porcelanowa figurka dziewczynki z dziewiętnastego, a może nawet osiemnastego wieku. Dziewczynka z opuszczoną głową, w nocnym białym stroju, lekko sugerującym w całości komunijną szatkę i z książką pod pachą powoli jakby wychodziła ze świata snu, niby zamyślona zjawa. Na wystawie leżał też zakurzony nieco stosik książek, prawdziwie antycznych, bo z przełomu XIX i XX wieku. Ich okładki i wnętrza posiadały liczne i mocne znaki użytkowania, rozlane plamy atramentu, jakieś prastare notatki, a nawet obliczenia, w jednej zaś były stare, zasuszone i przywarte mocno do kartek płatki jaśminu, papier książek zdawał się kruszyć nawet pod dotykiem wzroku przechodniów.


Maj, lata siedemdziesiąte

Tomek i jego bliźniacza siostra Kasia kończyli powoli klasę trzecią, najpierw miały być dwutygodniowe kolonie w górach, potem pobyt u babci na urokliwej wiosce, a w sierpniu wczasy z rodzicami nad morzem.

Teraz wracali wesołą grupką ze szkoły w swoim niedużym miasteczku, nauka dobiegała końca, za moment wielka uroczystość ich Pierwszej Komunii Świętej, a krótko po niej wakacje. Dzień był jeszcze słoneczny, jednak odczuwało się zaduch zapowiadający burzę, powiew aksamitnego wiatru łaskotał twarze…

Po chwili szalały targane nagłym dotknięciem burzy i deszczu jaśminy, tańczące swój ostatni romantyczny i dramatyczny nieco taniec przemijania. To nieuchronnie słabła i więdła wiosna. Karawan w postaci ciepłego, magnetycznego wiatru unosił jej lekkie, wiotkie, słodko i nieco mdło już pachnące ciało na wysypisko minionego czasu. Powoli nadchodziły upragnione wakacje, pachnące czarodziejską miksturą innych już kwiatów, owoców, słońca, trawy, lasu, ciepłego piasku, wody, lodów, cudownych podróży i beztroskiej wolności. Zegar ciął szybkimi ruchami wskazówek, niby nożycami kolejne sekundy, minuty, godziny i dni, by niebawem stanąć, zatrzymać się leniwie na magiczne dwa miesiące przygody, mogącej przemienić, zaczarować czyjeś życie. Za moment, za małą chwilę, szkolne korytarze umilkną, na podłodze tu i ówdzie pozostanie zgubiony płatek róży, piwonii, fragment pospiesznie zdejmowanego celofanu z bukietu dla wychowawcy na koniec roku… Już za moment zapadnie tu cisza, którą przerwie dopiero wrześniowy dzwonek, rozlegający się pośród pierwszych, nieśmiałych porannych mgieł, pośród pierwszych, ledwie zauważalnych jeszcze żółtawych liści.

Kasia z Tomkiem po obiedzie z rodzicami i po uczcie lodowej w pobliskiej urokliwej kawiarence z ogródkiem pełnym róż udali się na Nabożeństwo Majowe i króciutką wieczorną mszę św., aby powierzyć Bogu radosny czas, który nadchodził. To nie było niczym dziwnym, niezwykłym w tej rodzinie, zanoszenie Bogu swoich spraw codziennych, dialog z Bogiem był dialogiem na wzór dialogu z przyjacielem, powiernikiem, wyrocznią, cudotwórcą. Wigilia i Święta Bożego Narodzenia były w tym domu dniami niebiańskiej magii, Niebo zstępowało na Ziemię i do tego domu nie w przenośni, lecz prawdziwie.


Wpadłeś odłamkiem Betlejemskiej Gwiazdy,

jak okruch, tym swoim dobrem, Panie

w oko olbrzymiego Cielska Wszechświata.

A on swoją ogromną łapą

wydostać Cię nie mógł i zatarł starannie…

Teraz trwa całym złem swoim,

lecz coś mu przeszkadza, coś niepokoi.

Przyjąć Cię nie chce, wyrzucić nie może,

to najgorszy ze stanów zawieszenia.


Dzieci wiedziały, że wokół nich wiele było domów, rodzin, które nie wytrzymałyby żadnego porównania z ich domem, z ich życiem, z wartościami, które one miały szczęście posiąść w tym swoim ziemskim życiu.

Nabożeństwo Majowe i Msza św. w powszedni ten dzień przebiegły szybko, ludzi było niewielu, w małym kościółku panował przyczajony, tajemny jakiś mrok, w witraże już uderzały od zewnątrz wielkie ciepłe krople deszczu, wiatr targnął zabytkowymi drzwiami, w oknach pojawiły się fioletowe błyski burzy, wraz z porywem silnego wiatru poślizgiem sunęły w stronę ołtarza z dworu białe płatki jaśminów, a nawet całe ich głowy. Po Komunii św. udzielonej nielicznym wiernym obecnym na mszy, stary ksiądz powoli, z trudem wszedł po stopniach ołtarza, lekko zachwiał się napełniony po brzegi kielich w jego wiekowych dłoniach, burzowy spektakl rozkręcał się na dobre. Po błogosławieństwie końcowym grupka wiernych po krótkiej modlitwie w ciszy ruszyła w stronę drzwi, Tomek, Kasia i rodzice jeszcze klęczeli, zawsze wychodzili później, trwając jeszcze na modlitwie osobistej. Wstali, klęknęli na podłodze przed ołtarzem i mimo wręcz teatralnego przedstawienia w wykonaniu burzy, wiatru i deszczu zamierzali wyjść z Kościoła. Postanowili jednak jeszcze kilka minut zaczekać u samych drzwi, być może trochę się wszystko uspokoi. Kasia jeszcze zawróciła sama pod stopnie ołtarza, aby podnieść kilka wrzuconych wiatrem głów dorodnego jaśminu, ot tak, na pamiątkę, na szczęście, chciała je zasuszyć w książce. Kucnęła u stopni ołtarza, jej dziewczęce dłonie zachłannie zbierały białe, pachnące główki. Jedna z nich była inna, nie dała się tak łatwo wziąć w dłonie z podłogi. Serce Kasi waliło w gardle i w głowie. Trzymała po chwili w dłoni, położone na płatkach jaśminu...CIAŁO CHRYSTUSA. Ksiądz staruszek niechcący zachwiał kielichem w drżących, schorowanych pewnie dłoniach, wracając na schodki ołtarza po udzieleniu Komunii św. kilku wiernym. Jakoś nie zauważył ani on sam, ani nikt z wiernych pośród mroku, wiatru, odgłosów burzy i deszczu, drobnego-wielkiego „wypadku”. Kasia zastygła na kuckach w bezruchu. Podniosła głowę i z otwartymi ustami w zadziwieniu wpatrywała się teraz w stary, wielki, drewniany Krzyż nad ołtarzem, z którego Jezus zdawał się potakiwać skrwawioną swą Głową odzianą w cierń, a przebitą Dłonią, jakby uwolnioną na moment od gwoździa zdawał się wskazywać na Hostię w Kasi dłoni i mówić zeschniętymi, spragnionymi Ustami: weź, to dla ciebie!

Rozszarpujemy Twe Ciało z krzyża łapczywie,

niegodnie, jak sępy.

Panie, daj! Panie, przebacz! Panie, ratuj!

Panie, wysłuchaj!

My, Judasze naszych czasów,

zdradzamy Cię przynajmniej kilka razy każdego dnia,

po czym z podniesioną głową

sięgamy po kolejny kawałek Ciebie, jak po własność.

Każdy okruch Hostii,

to jeden mikroatom Twojego Ciała…

Wiedziałeś, że nie starczy atomów, komórek,

nawet na jeden dzień.

Dlatego rozmnożyłeś swe Ciało w Chlebie

i Czasoprzestrzeni, zapisując Je kodem, jakąś niepojętą,

wciąż odnawialną formułą.


I tak karmić nas będziesz, aż do skończenia świata.

Tylko, jak zniesiesz biczowanie, krzyżową drogę,

przybicie do krzyża, powolne konanie i śmierć

rozwleczone na tyle mikroatomów Twojego Ciała,

ile ludzkich ust otwierających się nieskończoną ilość razy

w ciągu życia, na przywłaszczenie Ciebie?!!!

Panie, daj! Panie, przebacz! Panie, ratuj! Panie, wysłuchaj!

...Panie, przepraszam za wszystkich tak wołających

...Panie, przepraszam za siebie…


Co ona ma teraz zrobić?! Powiedzieć rodzicom, bratu, księdzu? Zawołać księdza? Iść po niego? Po chwili tajemniczy lekki uśmiech, uśmiech piękny i delikatny, a zarazem uśmiech osoby, która właśnie wygrała los szczęścia i chce go ukryć przed światem, zachować dla siebie w słodkiej tajemnicy, rozjaśnił twarz dziewczynki. Kasiu, idziemy, już się przejaśnia, usłyszała. Ze skarbem w dłoni otulonym jaśminem i z sercem w gardle oraz wypiekami na policzkach dołączyła do rodziców i brata. Po drodze była dziwnie podekscytowana, małomówna, nie chciała tradycyjnie ścigać się z bratem, kto pierwszy dotrze do bramy ich jednorodzinnego domu. Po przekroczeniu progu domu natychmiast udała się na górę do swojego małego pokoiku, pod pozorem przebrania zmoczonego nieco ubrania i włożenia między karty książki jaśminu… TYLKO jaśminu, ostatecznie rodzice i brat widzieli, jak je zbierała. Pospiesznie włożyła kilka główek i luźnych płatków dla niepoznaki między kartki jakiejś swojej zwyczajnej książki, ten INNY PŁATEK musiała przecież ukryć, tylko jak i gdzie, żeby było godnie i żeby nikt nie poznał jej tajemnicy, nie odkrył jej skarbu. Chwilowo włożyła SKARB między kartki innej cieniutkiej, bardzo starej książki, pochodzącej od pradziadków, wraz z kilkoma pozostałymi główkami i płatkami jaśminu i ukryła książkę za innymi książkami. Po pradziadku i prababci została jej wraz z tą antyczną książeczką piękna, lecz dziwna nieco porcelanowa figurka… Dziewczynka z opuszczoną głową, z malutką skazą na szyi, w nocnym białym stroju, lekko sugerującym w całości komunijną szatkę i z książką pod pachą powoli jakby wychodziła ze świata snu, niby zamyślona zjawa. A może wkraczała w jakiś wieczny sen? Kasia od wczesnego dzieciństwa wpatrywała się w tą figurkę, wciągała ją tajemnicza postać, myślała sobie często kim była ta dziewczynka, jakie były jej losy, co to za cienka książeczka, którą trzymała. Czasem, jako już dziewięcioletnia i dziesięcioletnia myślała sobie nawet, że to może dla niej jakiś znak, jakaś tajemnica do rozwikłania, jakieś przesłanie. Czy dziewczynka istniała kiedyś prawdziwie? A może nawet była ta figurka znakiem, symbolem jakiegoś wydarzenia dopiero z przyszłości??? Kasia zeszła na kolację, jednak nie miała apetytu, wypieki na twarzy sugerowały temperaturę, być może to przez ten wiatr i deszcz, a może przez lody? Trochę to dziwne jak na nią, odporną i zdrową, ale widocznie przytrafiło się jej i koniec. Po zażyciu aspiryny, na propozycję mamy, aby się wcześniej wybrała spać i wygrzała, zareagowała dziwnie jak na nią, a więc zgodziła się i wbiegła szybko na górę do swojego pokoju. Nie mogła zasnąć, co chwilę podchodziła do półki i drżącymi rękami otwierała książkę.....Trzymała w dłoniach ŻYWE CIAŁO JEZUSA CHRYSTUSA, którego nie mogła jeszcze przyjąć, ale miała na własność NIEBO na ZIEMI. Wpatrywała się w kruchą konstrukcję Boskiego Ciała, dotykała drżącą dłonią, delikatnie ucałowała. Podskoczyła prawie, gdy niespodziewanie uchyliły się drzwi, stanęła w nich mama i zapytała, dlaczego nie śpi. Odpowiedziała — zgodnie z prawdą☺-, że ogląda kwiatki i PŁATKI jaśminu włożone w książkę. Mama uśmiechnęła się i życząc jej dobrej nocy powoli zamknęła drzwi. Kasia nie spała. Boże, co ona ma zrobić?! Odpowiedź przyszła sama. Odtąd będzie miała Pana w zasięgu wzroku, dotyku, w każdej chwili, ON zawsze jej teraz pomoże, spełni prośby, uratuje bardziej niż dotąd. Od teraz była bardzo bogata, bogatsza od największego nawet miliardera. Jej tajemnicy nie pozna nikt.

Poranek ostrym cięciem słonecznego promyka brutalnie otworzył Kasi oczy. Szybkim ruchem podeszła do półki, z sercem w gardle otwierała i zamykała książkę, nie mogła zebrać myśli. Dobrze, że już zaraz wakacje, w szkole nie mogłaby się skupić. Boże!!!!!! Niebawem też kolonie!!! Co ona teraz zrobi?! Jak ukryć SKARB?! Zresztą ona nie chce się z Nim rozstawać! Zabrać ze sobą? Odpada, wyda się. Zostawić? Ktoś może znaleźć.

Ostatecznie przeszedł pomysł zabrania ze sobą w książce. Tylko będzie musiała bardzo uważać, być bardzo ostrożna. To będzie bardzo trudne, jednak nie widziała innego wyjścia. Póki co, zegar odliczał jeszcze dni do dnia Pierwszej Komunii Św., a przed Kasią i Tomkiem było jeszcze jedno radosne wydarzenie, kilkudniowa wycieczka klasowa szlakiem zabytków, szlakiem historii.

W jasny poranek Kasia i brat szli w towarzystwie rodziców z małymi bagażami do autobusu. Bagaże dzieci nieśli rodzice, Kasia jednak miała swoją małą torebkę przewieszoną przez ramię, a w niej oprócz dziewczęcych drobiazgów spoczywała książka. Bardzo cienka, stara, lecz bardzo ważna książka, kryjąca tajemnicę…

Autobus odjechał punktualnie, napakowany po brzegi wesołą gromadką mknął ku swojemu celowi. Kasia nie była rozmowna, wierciła się na siedzeniu, nie mogła się skupić na niczym, ani niczym cieszyć. Denerwował ją gwar w autobusie, nie była sobą. W trakcie trasy autobus przystanął w lesie, dzieci wysypały się z autobusu, ogłoszono 15 minut odpoczynku. Kasia nie rozstawała się ze swoją torebką, kurczowo przyciskała ją do boku, aż ktoś zapytał: a co ty z tą torebką, skarb jakiś tam masz? To był żart, jednak Kasia aż zadrżała na te słowa. Po przerwie autobus ruszył w dalszą drogę. Pod wieczór dzieci zajęły miejsca w hotelowych pokojach, dokonano podziału na grupki. Kasia zajęła miejsce pod oknem w kilkuosobowym pokoju. Kasia nie czuła się komfortowo, miała swój skarb-tajemnicę. Dostrzegała dyskretne oceniające ją szepty i spojrzenia dziewczynek…


Zapadła noc, pora spać, ale jak tu spać?! Kasia dyskretnie podejrzała, czy jej współlokatorki śpią i cicho otworzyła książkę ze skarbem, zapalając małą lampkę nocną na swoim stoliczku. Już po chwili usłyszała, że jest dziwaczką, że kto to na wycieczce czyta książki, że przeszkadza, że ma zgasić lampkę, chociaż to nikłe światełko nikomu przecież nie przeszkadzało. Wystraszona zgasiła lampkę, a książkę wsunęła z boku pod poduszkę. Już wiedziała, że nie będzie jej tu łatwo, być może ta wycieczka, to był błąd??? Może powinna była zostać w domu?

Życie na wycieczce toczyło się swoim rytmem, Kasia powoli nauczyła się żyć z tajemnicą. Koleżanki wiedziały, że jest dziwaczką, bo na wycieczce czyta jakąś książkę, zamiast korzystać z wolności, ale nikt jej z tego powodu nie dokuczał, sprawa jakby spowszedniała. Trochę dziwiły się koleżanki, że książka jest cienka, a Kasia czyta ją w nieskończoność. Odpowiedziała, że to taki typ książki, której nie sposób przestać czytać, że czyta ją wciąż od nowa i za każdym razem coś nowego w niej odnajduje. Książeczka była obłożona w szary papier, więc nie było widać co to za książka, aż wreszcie widok Kasi z książką tak spowszedniał, że uznano ją za zwykłego mola książkowego i wszyscy dali jej spokój. A Kasia rozmawiała z Panem i z każdym dniem coraz więcej wiedziała, ale to była wiedza zupełnie innego rodzaju. Któregoś dnia ktoś zauważył, że Kasia ma książkę otwartą zawsze w jednym miejscu i nie przewraca kartek. Ktoś powiedział, że być może to jakaś tajemna księga i Kasia czyta w nieskończoność jedno zdanie, może nawet jakieś zaklęcie??? W trakcie wycieczki zdarzały się różne sytuacje między dziećmi, i nie koniecznie zawsze radosne i miłe. Kasia otwierała wtedy swoją książkę na tej samej stronie i pytała Pana, jak temu zaradzić. Otrzymywała zawsze odpowiedzi niezwykłe, zadziwiające, w postaci nagłych myśli, jakby podpowiedzi, czasem odpowiedź przychodziła w trakcie snu. Dzieci już nie podśmiewały się z Kasi, nawet uznały ją za autorytet. Przybiegały czasem zagniewane na kogoś, albo z płaczem prosiły o wskazówkę z magicznej książki i zawsze ją od Kasi otrzymywały, a sytuacje rozwiązywały się w sposób podejrzanie zaskakujący.


Gdy oceniamy ludzi, ich czyny, myśli, emocje,

często jesteśmy niczym niedouczeni sędziowie.

Zawsze wtedy odbijamy piłeczkę raz w tę,

raz w inną stronę. Ile chwil, ile kątów patrzenia,

ile wahań nastrojów, tyle ocen. I każda błędna.

Miotamy się, nie rozumiejąc sami siebie,

a chcemy oceniać nieznany nam grunt,

jakim zawsze dla nas będzie czyjeś wnętrze.

Ludzi wolno nam tylko kochać,

choć to tak niemożliwe, lub przynajmniej trudne…

Nie istnieje miernik ludzkich serc, tu na Ziemi.

Wyrok wydany wczoraj, dziś byłby inny,

lecz egzekucja wykonana pośpiesznie, w złości,

nie dała szansy spojrzenia pod innym kątem.

Utracony przyjaciel, czy obrażony obcy przechodzień,

każdy z nich, to przecież był CZŁOWIEK!!!


Ale jak to zwykle bywa, nagle ktoś zapragnął posiąść na własność jej tajemniczą magiczną książeczkę. Grupka umówiła się, aby tak podejść Kasię, żeby odebrać jej książkę i posiąść tajemnicę, przechwycić moc dla siebie.

Uważali, że Wszechświat funkcjonuje dokładnie tak, jak pomyślałyby pewnie dzisiejsze dzieci twierdząc, że funkcjonuje on podobnie jak w komputerowych grach, myśleli, że trzeba komuś wykraść moc, odebrać coś cudzego, aby stać się kimś i coś posiąść. Nie wiedzieli, że ową upragnioną moc mieli od zawsze w sobie, w głębi serca, jedynie nie potrafili jej obudzić i z niej skorzystać. Kasia uspokojona, że jest akceptowana i poważana, powoli traciła czujność i coraz śmielej zostawiała książkę w pokoju samą, ukrytą wprawdzie w torebce, ale torebkę nietrudno było znaleźć. Kasia oddaliła się i tak właśnie torebka Kasi została namierzona, a jej zawartość wyjęta i otwarta. Jakież było zdziwienie grupki, kiedy ich oczom ukazała się tajemna zawartość książeczki.....Białe ususzone główki i płatki jaśminu znajdowały się pośród wielu kartek, Hostii nawet w pośpiechu nie zauważyli, tak zlała się Jej biel i kształt z jaśminem i tłem kartek książki, a może nawet nikt nie otworzył jej na tej stronie, na której spoczywał SKARB, a może SKARB osłaniała przed ich wzrokiem Wyższa Moc??? Szybko zamknęli książkę i zgodnym głosem oświadczyli, że ich koleżanka to niegroźna czarownica, bo czyta i wróży z płatków zwykłych kwiatków. Kradzież okazała się więc niepotrzebna. Ktoś wpadł na pomysł, że pewnie jakieś zdanie z tej książki ma wielką moc!!! Szybko chwycono za leżące na stoliczkach lokatorek tego pokoju długopisy, wyrwano kartki z czyjegoś notatnika i każdy w pośpiechu przepisywał po parę zdań z książeczki, bo któreś z tych zdań tam, gdzie są kwiatki, ma wielką moc, a same zasuszone kwiatki oznaczały jedynie ważne strony. Zdążyli przepisać część, bo ten, kto stał na czatach usłyszał jakieś kroki, pomyślał że to wraca Kasia i nagle krzyknął, że ich koleżanka chyba wraca. Książka wylądowała w torebce, torebka pod łóżkiem, a oni mieli teraz słowa zaklęcia, chociaż niepełne, bo nie zdążyli, ale zawsze coś. Tak więc do kradzieży książki nie doszło, a niektórzy mieli skarb dla siebie, mieli moc!!! Tak przynajmniej sądzili. Teraz pełni emocji wypowiadali na zmianę słowa, zdania, szybko przepisane z kilku „magicznych” kartek, ale nie działo się nic, zupełnie nic!!! A Kasia nadal po otwarciu książki, zawsze na tej samej stronie, „czarowała” wszystkich i wszystko…

Zrobiono naradę. O coś przecież tu musi chodzić, może trzeba słowa czytać wspak?! Spróbowali, nic nie się nie działo, nadal nie mieli mocy. Nagle jeden z chłopców, Andrzej, jakby się przebudził. Powiedział następujące słowa: a może spróbujmy nie tylko zwyczajnie wymawiać te słowa, ale zrozumieć, o czym ten tekst mówi?! Dotąd czytali przecież jak automaty!

Kasia tymczasem siedziała na pobliskim nabrzeżu rzeki i wpatrywała się teraz w odbicie słońca w rzece. W momentach, w których złota gwiazda słońca była intensywna, a niebo czyste, wyraźnie widać było odbicie tarczy słonecznej i całego jego blasku w krystalicznej wodzie. Warunkiem takiego widoku była krystalicznie czysta powierzchnia wody, zupełnie jak ludzka dusza. Kiedy na słoneczną gwiazdę nacierały chmury, powierzchnia wody stawała się ponura, ciemna i tarcza słońca była wtedy albo słabo widoczna w wodzie, albo całkowicie niewidoczna. Patrzyła i rozmyślała. Z kolei zimą, kiedy powierzchnia wody zamarznie, jak niejedno ludzkie serce, nie wpuści w siebie blasku słońca, zauważyła. A kiedy ciepło wiosną stopi lód, jak łaska topi ludzkie serca, znów słońce się wkradnie w rzekę…

Takie rozmyślania Kasi sugerowane były częściowo naukami przed Pierwszą Komunią, a częściowo jej własną wrażliwą i dociekliwą naturą.

Wieczorem w pokoju chłopcy spojrzeli jeszcze raz na słowa spisane z dwóch kartek „tajemnej” książki. Teraz jednak czytali doświadczając znaczenia słów, a nie koncentrowali się na mechanicznym ich wypowiadaniu, jak zaklęcia. Każdy przeczytał swoją część na głos i powstawała pewna całość…

Patrz, jak Ja was ukochałem:

Ja, Syn Boży, — Ja, Bóg z Boga,

Dla was człowiekiem się stałem,

Bym starł moc waszego wroga.


Wam odstąpić nie żal było

Mnie, waszego Stworzyciela,

Mnie zaś was się żal zrobiło,

Że was ze mną grzech rozdziela.


I podobnym wam się stałem,

Oprócz grzechu, z duszy, z ciała,

Waszą naturę przywdziałem,

By z mej godność Boską miała.


Grzech obraził Najświętszego:

Mógł Mu tylko to nagrodzić

Równy Mu, jak ja, — Syn Jego,

By grzesznika z Nim pogodzić.

Będąc równym Ojcu Memu,

Za ujmę Sobie nie miałem

Człowiekowi się każdemu

Stać podobnym duszą, ciałem.


Zjawiłem się wśród was taki,

Iż Mię każdy mógł zwać bratem;

Lecz dawałem w cudach znaki,

Żem ja Bóg, Rządzący światem.


Śmieli badać mnie sądownie,

Mając tyle proroctw, cudów,

Dowodzących im wymownie,

Żem Syn Boży, Zbawca ludów.


Od bijących i plujących

Jam Mej twarzy nie odwracał,

Modliłem się za grzeszących,

Dobrem za złem im odpłacał.


Śmierć już trwożyć was nie będzie:

Niebo przed wami zawarte,

Na Mej krwi głośne orędzie,

Zostało wam już otwarte.


Krew i życie poświęciłem,

Bym wam dobra te zgotował

I obdarzył mianem miłem

Braci, którem umiłował.


A wy, czem Mi to spłacicie?

Nie srebrem! Nie! Ani złotem:

Wszystko to Me, co widzicie,

Mój cały świat: co Mi po tem?


Czyż takbyście Mnie cenili,

Jak Mój uczeń przeniewierca?

Ja dał Serce wam, Mi mili,

I chcę serca, tylko serca! /Ksiądz Xawery Sforski

Brat Mniejszy

„Głos z Krzyża”1901r./


Głos czytających chłopców stawał się coraz poważniejszy, coraz wolniejszy, coraz bardziej cichy, jakby zażenowany, jakby wystraszony… Każdy z nich następnego dnia wstał odmieniony, podsinione okolice oczu świadczyły o małej dawce snu tej nocy. Jednemu z chłopców, Andrzejowi, nie dane było zasnąć wcale. Z bijącym sercem rozważał do rana wołanie z krzyża. Półsen nadchodził najwyżej na kilkanaście sekund, w czasie których zmaltretowane Ciało Pana na Krzyżu, całe we Krwi, zdawało się kontaktować z nim. Jezus uwolnił boską mocą na moment jedną skrwawioną dłoń i tą dłonią podał mu na falach snu książeczkę Kasi jako swój Testament dla niego, a samą Kasię niby to w szatce komunijnej a niby w nocnej białej koszuli przygarnął tą dłonią do siebie. Tak bardzo poruszyły go słowa Jezusa Chrystusa z Krzyża i przeżycie w odmiennym stanie świadomości, że w tą magiczną noc zapadała w nim powoli nieświadoma jeszcze kompletnie na około dziesięć następnych lat decyzja… na poduszce zaś pozostała pamiątka w postaci mokrej plamy jego łez.

Wycieczka dobiegała końca, autobus napakowany gwarną zawartością powoli wyruszył w drogę powrotną. Kasia swój bagaż miała na górnej półce, torebkę z zawartością starym przyzwyczajeniem przyciskała do boku. Jechali nocą. Maj jest naturalnym okresem burz, deszczu, na niebie powoli formowała się armia czarnych chmur, gotowych w każdej chwili do ataku. Atak nastąpił nagle. Nastąpił w momencie, w którym autobus przejeżdżał przez średnio wysoką skarpę. Asfalt na drodze stawał się śliski, błotnisty… Nagły grzmot otworzył niebo, fioletowa błyskawica zajmowała sobą całą otwartą otchłań… Pisk opon, nagłe hamowanie, ostry skręt w bok, krzyk dzieci...Autobus spadał ze skarpy, a kierowca niby Anioł, wiózł być może kogoś prosto do nieba, nie mając o tym pojęcia… Ryk karetek pogotowia, wozu straży pożarnej......Autobus leżał na boku, jego zawartość częściowo w jego wnętrzu, częściowo na zewnątrz. Rozbite szyby autobusu, trochę krwi, milczenie i krzyk na przemian. Z pobliskiej wiejskiej kapliczki pośród błyskawic pędziła w błocie, smagana deszczem i wiatrem postać w czarnym habicie, z fioletową stułą i z brewiarzem w dłoni. Szybka ocena poszkodowanych, kwalifikacja do udzielania pomocy i do transportu do pobliskiego szpitala. Ksiądz pochylony nad zakrwawioną dziewczynką kreślił znak Krzyża na jej czole. Na pół widzące oczy jeszcze dostrzegały księdza. Nie stało się jej nic innego, poza jednym malutkim, lecz śmiertelnym obrażeniem: sztyletowaty odłamek czegoś, może szkła, może metalu, wbijając się w szyję przebił tętnicę. Usta dziewczynki szeptem wypowiedziały słowa: tak chciałam, tak czekałam, a teraz nie zdążę.....Proszę, tak proszę, niech ksiądz poda mi Jezusa. Ksiądz nie miał przy sobie Komunikantów, przygotowany był jedynie na sakrament rozgrzeszenia dla wszystkich bliżej nie określonych, nieznanych mu poszkodowanych. Ale dziewczynka wskazała dłonią swoją torebkę, która przełożona na skos przez ramię mocno trzymała się jej boku. Ksiądz nie wiedząc o co chodzić może dziewczynce, szybkim ruchem otworzył małą torebkę i wyjął z niej starą, cienką książeczkę. Tam jest Jezus, szeptały usta konającej dziewczynki. Ksiądz nie rozumiał, myślał że to przedśmiertne majaki, ale usta dziewczynki zdołały jeszcze wyszeptać: w płatkach jaśminu jest Jego Żywe Ciało, ja nie chciałam, samo tak wyszło, przepraszam, że nie oddałam, niech ksiądz o nic nie pyta, proszę mi dać Jego Ciało, za kilka dni miała być moja Pierwsza Komunia św. Słowa dziewczynki były coraz bardziej ciche, przerywane, jednak ksiądz otworzył na deszczu, pod otwartym błyskawicą niebem wiotką, starą, cieniutką „książeczkę-tabernakulum” i ZNALAZŁ płatki jaśminu i........Ciało Chrystusa. Nie pytał, jak do tego doszło, ujął w dłoń Hostię, na którą spadła kropla deszczu prosto z Nieba i uczyniwszy znak Krzyża nad Hostią wypowiedział słowa: „Ciało Chrystusa”, włożył Je potem w usta dziewczynki, która po kilku minutach zasnęła snem najgłębszym, snem bez możliwości przebudzenia…

Ona już nie zaśpiewa Serce Jezusa w moim sercu bije, Krew Przenajświętsza w moich żyłach płynie...To już tylko Aniołowie mogli zaśpiewać nad nią: Serce Jezusa w moim sercu cichnie, Krew Przenajświętsza w moich żyłach stygnie… i tak pewnie było. Kiedy ostatnia błyskawica zamknęła niebo, na zawsze na Ziemi zamknęły się oczy dziewczynki, aby otworzyć się na inne patrzenie, na patrzenie do wewnątrz siebie…


To nieprawda, że twoje oczy przestały widzieć!

To tylko Bóg, który jest światłem

poraził twoje źrenice, odwrócił ci kąt patrzenia

i nagle spojrzałaś nie przed lecz w głąb siebie,

i od tej chwili widzisz prawdziwie.

To nieprawda, że twoje serce przestało bić!

To tylko Bóg, który jest miłością

wyprostował ci ścieżkę serca,

aż pobiegła bez wysiłku

idealnie prostą, spokojną linią wykresu.

Powiedziano: nie żyje.

A ty zaśmiałaś się z nich nierozumnych!

Teraz Bóg przechadza się w tobie — ty w Nim,

jak po bezpiecznym wnętrzu Nieskończoności

i doświadczacie siebie nawzajem do syta.

W tę noc, gdy skreślał twój podpis

z listy gości na Ziemi,

fajerwerkami burzy pożegnał cię świat…


Pierwsza Komunia Kasi była jej ostatnią. Jednak jak bardzo wielka była to uroczystość! Bez zastawionych stołów, bez prezentów ziemskich, bez gości w strojnych szatach… Za to pod otwartym prawdziwie Niebem, przy koncercie niebiańskich organów z burzy i wiatru, przy niebiańskim błogosławieństwie deszczem. Kasia swój pierwszokomunijny egzamin zdała inaczej, zdawała go przez kilka ostatnich dni, od momentu wydarzenia w burzowe popołudnie w Kościele z rodzicami i bratem. Teraz, podobnie jak w tamte burzowe popołudnie, wiejski świeży wiatr rzucił w stronę ciała dziecka zerwane płatki tutejszych jaśminów… konających jaśminów. Nad ciałem koleżanki stał Andrzej, lekko tylko poraniony, z paroma najwyżej guzami, podobnie jak pozostałe dzieci i kierowca autobusu. Nawet nie trzeba było prawie nikogo zabierać do szpitala, a ci, których zabrano, następnego dnia wrócili do domu z otarciami i paroma siniakami. Łzy Andrzeja zlewały się teraz z kroplami deszczu, gdy patrzył na odchodzącą koleżankę… Ja ci przyrzekam, szeptał… Ja ci przyrzekam, że...Sam nie wiedział jeszcze co jej przyrzeka, to były słowa płynące z głębi serca i z głębi czasu....czasu, który dopiero miał stać się teraźniejszością za lat około dziewięć…


Słońce uderza w szczyty niebios

Szklanym dźwiękiem rozbrzmiewa światłość

Białe rybitwy żegnają wiosnę

Śmiercią jaśminów nadchodzi lato…


Sypie się słońce pyłem i mgiełką

Przez drzew wiekowe pomniki

Kamienne ich palce przeszyte światłem

Powoli światłość miękka przenika…


Ciepłą światłość przekrzyczał powiew

Zwiastował chmur czarnych szeregi

Słoneczna poświata jak blady ognik

Ostrą rzeźbą znaczyła ich brzegi…


Grzmot zdawał się niebo otwierać

Głowy jaśminów deszczem ugięte

Nie chciały umierać lecz szły za wiosną

Powoli spadały w miodowym lamencie…


Słońce wytryska suchym źródłem

Z wiatrem wyciera ślad bliskich godzin

Przejrzyste powietrze skrzydłem ptasim mruga

I stygnie z burzowych ogni powoli.


Lżej jest po deszczu odwiecznym drzewom

Wiatr przyniósł burzę i z burzą minął

Białe żaglowce weszły na niebo

I tylko już nie ma jaśminów…


Uroczystość Pierwszej Komunii św. odbyła się kilka dni po pogrzebie Kasi, której ciało pochowano w komunijnej szatce. Uroczystość była bardzo cicha i poważna. Po uroczystości wszyscy udali się najpierw na grób koleżanki. Grób tonął w konających jaśminach — obsypywały swe płatki — i różach...Nie było wyjazdu Tomka do babci, nie było też kolonii, ani wczasów nad morzem...Ani teraz, ani w najbliższych latach. Te miejsca straciły sens dla rodziny Tomka i dla Tomka…

Dziś byłem w miejscach, do których wciąż wracam,

lecz które straciłem.

Na jawie chodzić tam nie mam już po co,

lecz idę, bo nie iść woli nie mam i siły.

O martwe ścieżki!

Jesteście jak ciało porzucone przez duszę,

żywa przeszłość nim spostrzegłem z was uszła.

Minął czas wyznaczony przez Boga, czy ludzi,

czas bez sensu, osaczony granicami bez złudzeń.

Ziemskim zdarzeniem, prawem boskim,

czy może człowieczym, nie życie mi przerwano,

lecz coś co znaczyło więcej…


***


Bywa, że psychika staje się otwartą raną,

a życie żrącym kwasem.

Ból miota się w ciasnych ścianach tkanek,

przebija je wrzaskiem i rozlega w ciała przestrzeni,

przeszywając na wylot całe zbolałe istnienie.

Jałowy opatrunek z Hostii zmiękczonej łzami,

co z oczu w gardło spływają i dławią,

jedynym zdaje się ukojeniem,

chirurgiczną sztuczną skórą dla rany,

zbawienną obietnicą blizny.

Czy może istnieć doskonalsza postać modlitwy

niż Hostia zmiękczona łzami człowieka?

I co teraz zrobisz Panie,

przemoczony do najgłębszej komórki Twego Ciała?…

On odpowie…


Mijały lata, Tomek, Andrzej i wszyscy rówieśnicy pokończyli szkoły, przyszedł czas matury i wyboru kierunku dalszej nauki, bądź rozpoczęcia pracy. Każdy miał już za sobą podjęcie decyzji, co dalej. Jedna z tych osób podjęła decyzję wyjątkową, bardzo inną od pozostałych. Andrzej oznajmił wszystkim, że wybiera się do.....seminarium duchownego. Nie miał co do swojego wyboru żadnej wątpliwości. Przez te wszystkie lata bardzo często odwiedzał grób koleżanki i zawsze o tej porze roku kładł tam jaśminy. Wciąż brzmiały mu w uszach jego własne słowa sprzed dziewięciu lat: ja ci przyrzekam… Wtedy nie wiedział co jej przyrzeka, dziś przyrzeczenie miało swoją konkretną nazwę, swoją wartość...Andrzej w październiku rozpoczął swoje seminarium, po kilku długich i owocnych latach je zakończył. Uroczystość prymicyjna odbyła się dziwnym zbiegiem okoliczności w rocznicę tamtego tragicznego wydarzenia sprzed wielu lat. Po swojej pierwszej odprawionej Mszy świętej w rodzinnej parafii, najpierw wraz z wieloma przyjaciółmi z tamtych lat odwiedził grób koleżanki i złożył na nim jaśminy, których niektóre płatki nieco się obsypywały. Dzień był parny, z oddali słychać było ciche echo burzy, jakby Niebo pamiętało…

Ksiądz Andrzej wyjechał do pracy w jakiejś parafii na drugim końcu Polski. Mijały lata…


Maj 2017 roku.

Nowy od roku w kolejnej swojej parafii ksiądz, ksiądz Andrzej, wraz z ministrantami, siostrą zakonną i rodzicami dzieci, czynili przygotowania do Pierwszej Komunii świętej w malutkiej parafii, w małym miasteczku...jego miasteczku. Ławki przyozdobione były białym atłasem i..........gałązkami jaśminu. Ksiądz Andrzej na pierwszokomunijnym kazaniu opowiedział dzieciom historię pewnej Pierwszej Komunii sprzed tak wielu lat, historię swojej Pierwszej Komunii, jakże piękną, choć tak tragiczną. Grób jego koleżanki stał się znany, w maju i czerwcu kładziono na nim jaśminy.

Cmentarne kwiaty, soczyste i zimne,

oczom i dłoniom tak dziwnie niemiłe.

Ich barwy są głębsze nad wszystkie barwy,

jak gdyby piły myśli umarłych.

I trwoga niema oczy opęta,

gdy złożą na nich spojrzenie,

a dłoń zastyga wyciągnięta

i cofa się… i nie dosięgnie

kwiatów i myśli umarłych…


Pewnego dnia z okna antykwariatu znikła porcelanowa figurka dziewczynki z małą skazą na szyi, z książką pod pachą i cieniutka prastara książeczka „Głos z Krzyża”. Rodzina Kasi pojęła przesłanie figurki znajdującej się od tak wielu lat w ich domu, czasem takie rzeczy się dzieją, a każdy z nas przychodzi na ten świat ze swoją misją do spełnienia, z zadaniem zadanym przed narodzinami. Naszą rolą jest to zadanie rozpoznać i podjąć wyzwanie. Gdy PRAWDZIWIE patrzymy, słuchamy i czuwamy, otrzymujemy wtedy znaki, wskazówki… Wtedy idziemy przez życie z wewnętrznym kompasem. Brat Kasi wyjechał w dalekie strony, rodzice odeszli do Kasi w wieku siedemdziesięciu kilku lat. Brat oddał figurkę i książkę do Antykwariatu, nie chciał tej niezwykłej pamiątki zabierać ze sobą, to przerastało go.


Coraz silniejsze oddalenie

od czasu,

od miejsc,

od zdarzeń.

Kiedyś nic już nie poznasz,

tylko o serce,

o duszę,

o pamięć

trąci tęsknota bezdomna.


Odeszli na zawsze ci, co tu byli

i ze mną razem stworzyli przeszłość.

Zostało tylko przedziwne echo

tamtych głosów i kroków.

I tyle miejsc zostało w tej ciszy,

której nie sposób gdzieś za sobą zgubić.

Daleko jesteśmy, choć odchodzimy

jedynie w świadomość, coraz starszych ludzi.


Ktoś w roku 2017 nabył figurkę i książeczkę z Antykwariatu i podarował komuś w prezencie. Być może ta obdarowana osoba to był ktoś, dla kogo dzień jego Pierwszej Komunii św. pozostał najszczęśliwszym dniem w jego życiu, a ta prastara poplamiona broszurka i tajemnicza figurka dziewczynki z książką stanowią mocne przesłanie, znak opisujący misję, cel i sens jego własnego, bardzo dorosłego i dojrzałego już życia???

Udział dziwnej figurki w tej książce jest rzeczywiście niezwykły, jednak nie chodziło mi jako autorce o zaakcentowanie wyłącznie lub głównie proroczej roli tej figurki w życiu Kasi, Tomka, ich rodziny i Andrzeja, chociaż taką rolę też odegrała, ale o wyczulenie na dostrzeganie znaków, o baczną obserwację, kontemplację życia, o chwile prywatnej ciszy i samotności, w których Pan do nas mówi, bo pozbawieni takich chwil, nie usłyszymy, nie poczujemy w sobie w zgiełku, w gwarze, Jego słów… Ta figurka jest symbolem takich chwil, takiego postrzegania i przeżywania życia. Wielkim symbolem zdaje się być także cofnięcie się Kasi pod ołtarz po skończonej Mszy św. Cofnij się i ZABIERZ JEZUSA DO DOMU, W SWOJE PRYWATNE ŻYCIE!!! Oczywiście że nie dosłownie w postaci zgubionej na podłodze świątyni Hostii, ale w swoim sercu, w myślach. Kolejnym symbolem naszego przebywania w codziennym życiu z Jezusem Chrystusem jest Jego ukrywana przez Kasię obecność w książeczce, z którą się nie rozstaje. Otwiera kartki książki i rozmawia z Nim żywym, prawdziwym, otrzymując odpowiedzi, podpowiedzi, prowadzenie. I znów nie chodzi oczywiście o dosłowne przetrzymywanie Hostii w książce, bo Jezus Chrystus chce przebywać w tabernakulum naszych serc, a nie pośród kartek książki. W przypadku znalezienia Hostii oczywiście zawsze natychmiast informujemy o tym kapłana i oddajemy Ją w jego dłonie. Jeśli pan Jezus będzie przebywał w naszym sercu, otrzymamy takie prowadzenie, takie podpowiedzi i odpowiedzi, jakie otrzymywała Kasia rozmawiając z Nim ukrytym w książce-tabernakulum, co jak wspominam staje się w pewnym sensie symbolem, przenośnią. Jeśli będzie przebywał w tabernakulum naszych serc, to każdy z kim się spotkamy i przed kim otworzymy swe serce, „przeczyta” z naszego serca cenne i wartościowe treści, podobnie jak przeczytali je chłopcy w wykradzionej na moment książeczce Kasi. A takie cenne treści mogą stać się dla kogoś przesłaniem, wskazówką na całe jego życie, jak stało się to w przypadku Andrzeja, późniejszego księdza.


A sam ksiądz Andrzej? Pewnie w jakiejkolwiek parafii przypadło mu dotąd i w przyszłości przebywać, przygotowywać dzieci do Pierwszej Komunii Świętej, zawsze w maju i czerwcu będzie w zadumie słuchać odgłosów burzy, deszczu, wiatru zrywającego jaśminy i będzie wspominać klasową wycieczkę, „wykradzioną” z ciekawości na moment cieniutką starą książeczkę z zasuszonymi kwiatkami jaśminów, ze słowami Jezusa z Krzyża, które miały decydujący wpływ na jego osobowość, na jego losy...Nie miał wtedy pojęcia, że nieświadomie trzymały jego przyszłe kapłańskie dłonie, a wówczas dłonie dziesięcioletniego chłopca, ŻYWE CIAŁO CHRYSTUSA, ukryte jak skarb pośród jaśminu w broszurce-tabernakulum, w której Jezus wołał z Krzyża do ludzi, że chce tylko ich serc. Kasię zawołał w specyficzny sposób, jego zawołał jeszcze inaczej, poprzez rolę, jaką w jego życiu odegrała koleżanka… Uważnie trzeba iść przez życie, umiejętnie wychwytywać momenty, w których Bóg do nas mówi, aby nie przegapić chwili, słowa, widoku, które mogą stać się kluczem do spełnienia celu i sensu naszego życia, naszej własnej legendy. U każdego SPOSÓB na życie będzie inny, jednak CEL I SENS zawsze powinny być wielkie i nasze własne. One nie mogą być bezmyślną kopią czyjegoś życia, czyjegoś sensu i celu. Bo do każdego z nas przemawia Pan Bóg inaczej. Nie jest sztuką skopiowanie czyjegoś życia, to byłoby tak, jakbyśmy odpisali bezmyślnie czyjeś wypracowanie z języka polskiego na temat jakiegoś ważnego osobistego wydarzenia, nie rozumiejąc go, bo nie doświadczyliśmy osobiście tego, o czym ten ktoś pisze i nie jesteśmy autorem tych słów.

Ksiądz Andrzej jest oczywiście symbolem każdego kapłana, który w jakimś momencie swojego życia, UWAŻNEGO ŻYCIA, usłyszał w sobie wołanie pana Jezusa, poszedł za Nim i do końca swojej kapłańskiej posługi będzie podobnie, jak wszyscy jego „bracia — kapłani” pełnił rolę „ULICZNEGO LATARNIKA”. Będzie bez końca i wciąż na nowo niósł światło do latarni ludzkich serc, jak to przedstawia inna mosiężna figurka starego ulicznego latarnika, która kiedyś, gdzieś stała na wystawie Antykwariatu i też ma pewnie swoją historię…

Według definicji praca syzyfowa jest pracą bez sensu, bezowocną, nie przynoszącą wymiernych korzyści. Nazywanie czegoś bezsensownym dlatego, że nie jest trwałe i trzeba to pielęgnować, powtarzać, narzuca jednocześnie rangę bezsensu wielu innym cennym działaniom. Do pracy starego ulicznego latarnika porównać możemy właśnie pracę kapłanów, którzy roznoszą wieczne światło Chrystusa do zgasłych, niedoskonałych latarni ludzkich serc i powtarzają czynność rozgrzeszenia, kiedy płomienie serc gasną, zdmuchnięte ostrym powiewem win. Stary latarnik idzie zgięty, dźwiga drabinę i przybory do zapalania latarni. Przywodzi na myśl Jezusa dźwigającego krzyż i „przybory” — napełniany wciąż dla nas od nowa Kielich Ostatniej Wieczerzy. „Pewnego razu była sobie szanowana stara lampa uliczna, która wykonywała swoje obowiązki uczciwie i dobrze od wielu lat. Lecz pewnego razu stwierdzono, iż jest za staromodna.” /Andersen/.

Ja powiem: pewnego razu stwierdzono, że światło Jezusa Chrystusa jest za staromodne, niewygodne, za mocno świeci i ukazuje ludzkie słabości, zmusza do wyrzutów sumienia, do godnego życia, wręcz ogranicza. Nowoczesne światło można zgasić samemu pstryczkiem gdy przeszkadza i włączyć znów na moment, aby cwanie i fałszywie w nim zabłysnąć. Coraz mniej latarni ludzkich serc płonie Jego starym światłem, a te, które tak płoną, są wyśmiewane… Każdy z nas, w którym płonie Jego stare światło, zobowiązany jest obronić to światło, być z niego dumnym i...rozpocząć „syzyfową?” pracę ulicznego latarnika dla innych. Bądźmy Pracownikami Światła bez względu na to, kim w swoim życiu będziemy, a szybko przekonamy się, że to, co wydaje się być ograniczającym źle pojętą wolność, właśnie tą wolnością i szczęściem jest, tylko że tak prawdziwie. Uszczęśliwia nas głęboko i pozwala to życie przeżyć godnie....Natomiast Dzień Światła, dzień Pierwszej Komunii Świętej, niech dla każdego pozostanie na zawsze najszczęśliwszym dniem jego własnego życia, bo chociaż różne są oblicza szczęścia, różnych życiowych spraw to szczęście dotyczy, powracające echo TEGO dnia, TEGO szczęścia jest inne od wszystkich pozostałych… /Autorka/

Kobieta z łanem zboża

Koła eleganckiego czerwonego auta powoli zapadały się w przesiąkniętą letnim deszczem wiejską drogę. Silnik dawał z siebie wszystko, jednak po chwili poddał się. Po szybach lśniącego jeszcze niedawno wozu jednej z nowszych generacji spłynęły od zewnątrz smugi błota, od wewnątrz bezsilny wzrok dwójki pasażerów. Dłonie zdjęte z kierownicy gwałtownym nerwowym gestem, a siarczyste syczące przekleństwo wydobywało się z zaciśniętych ust, niczym para w mroźny dzień…

Po chwili nogawki markowego garnituru oraz szpilki z najnowszej kolekcji wiosennej tego roku przedstawiały rozpaczliwy widok, gdyż trzeba było jednak wysiąść i popchnąć swój blaszany skarb, aby dało się ruszyć. Nastroje ewidentnie opadły, wizytowa elegancja prezentowała się teraz co najmniej komicznie na tle złotego zachodu sierpniowego słońca.

W starej, dość biednej wiejskiej chatce dwie pary niemłodych już, bardzo spracowanych troskliwych dłoni przygotowywały wieczerzę dla dwójki gości. Gości wyczekiwanych codziennie i bezskutecznie od Bożego Narodzenia ubiegłego roku. Pewnie już dojeżdżają, pewnie zaraz będą, nie martwmy się na zapas. Takimi właśnie słowami otuchy pocieszali się wzajemnie sześćdziesięciokilkuletni małżonkowie, stęsknieni za synem jedynakiem i jego żoną. Żyją w wielkim mieście, pracują przecież dzień i noc, zarabiają na wciąż lepsze życie, nie mają na nic czasu. Robią teraz podkład pod późniejsze lepsze życie, takie czasy. Tak tłumaczyli sobie wielomiesięczne nieobecności prawie czterdziestoletnich dzieci. Coraz częściej zapadali rodzice w rodzaj smutnej zadumy, coraz częściej przyłapywali się na wpatrywaniu w okno. Gdy było zamknięte, wzrok zdawał się przebijać szybę, jakby to ona odgradzała ich od widoku tych, za którymi tęsknili. Coraz częściej sięgali po stare albumy rodzinne i po raz nieskończony oglądali urocze rodzinne Wigilie oświetlone światłem tamtych choinek i światłem serc. To światło stopniowo bladło, aż po latach ledwie tliło się żałosną jakąś skargą na zamglonej fotografii…


*****


Stare, pobladłe zdjęcie, niby świat niedostępny,

w szklanej bańce szczelnie lecz krucho zamknięty.

Na szklanym dnie

spalonych słońc

wieczne spoczywanie,

niczym popiół w klepsydrze, która tkwi latami

na zakurzonej wystawie starego zegarmistrza.

Gdzie jesteście przebrzmiałe sceny,

gdzie was zabrały czasoprzestrzenie?

Czarna wyrwa po was krzyczy żałosnym skarżeniem.

Jaźń z ciała odarta, obolała, cierpiąca,

po zgliszczach przeszłości tęskniąc się błąka,

pod popielatym, nieczynnym, prastarym słońcem.

Jak zbłąkany wędrowiec, który przedłuża

czas dotarcia do swego przeznaczenia…

I nie chce go jeszcze odnaleźć, by nie przestać iść,

i na żałosną włóczęgę przed światem

lub przed samym sobą mieć wytłumaczenie…


Słowa: do zobaczenia, do następnego razu, do widzenia rozciągały się coraz bardziej w czasie i przestrzeni, nieraz na wiele, wiele miesięcy, bardzo długich miesięcy. Dawno, dawno temu nikt po świętach ani po wakacjach nie mówił do widzenia, bo wszyscy zostawali w domu, swoim rodzinnym domu, jedynym jaki mieli, tu na wsi. Stopniowo słowa do widzenia zaczęły wchodzić w grę, ale owe do widzenia miały krótkotrwały zasięg i zaraz dom znów napełniał się wesołą serdeczną obecnością. Potem była to obecność nawet zwielokrotniona, pomnożona o koleżanki i kolegów, nowych przyjaciół, aż wreszcie o kogoś, przez kogo nagle nastała cisza rozwleczona w nieskończoność. Naturalny bieg zdarzeń, ślub, wyjazd do miasta, własne mieszkanie, praca. Praca, która zajęła powoli idealnie cały możliwy czas przeznaczony z pewnością na wiele innych czynności, spraw, czas przeznaczony dla siebie i innych ludzi. Za to przybywało pieniędzy. Coraz lepsze wyposażenie mieszkania, coraz modniejsze i droższe ubrania, wymieniane samochody, coraz bardziej luksusowe i odległe wczasy w tropikach, ale jakby coraz mniej siebie samych dla siebie i dla bliskich, ale coraz bardziej płytkie i wyrachowane przeżywanie dosłownie wszystkiego…

Oczywiście o czasie potrzebnym do przemyśleń, czasie przeznaczonym na długie spacery, na rozmowy, na rozwijanie własnych pasji, czasie na.........dziecko, nie mogło być mowy. Jeśli zaistnienie dziecka miało być jedynie wypełnieniem ogólnie przyjętego schematu, to jednak lepiej, że go nie było. Problem był w tym, ze czasu nie było nie tylko na stanie się rodzicami, ale nie było tego czasu na przyjaźnie, na opiekę i pomoc dla starzejących się rodziców, na rozwój własny. Czas upływał na stwarzaniu podkładu pod mające nadejść kiedyś (kiedy???!!!) lepsze życie, prawdziwe życie. Tak więc niechcący to obecne życie, jego model, nieświadomie sami nazywali nieprawdziwym. Jak wielką mieli w tym rację!!! Wychowani zostali na wartościach chrześcijańskich z ogromną tolerancją i szacunkiem dla ludzi innych przekonań. O ile drewniana, zapadła, senna kapliczka utopiona w lawinie bujnej przyrody w rodzinnej wiosce Krzysztofa pełniła przed laty jedną z najdonioślejszych ról, o tyle obecnie wszelkie te wartości nie tylko zostały zapomniane, stłamszone, ale spadły do rangi śmiesznie brzmiącego i wyglądającego folkloru dla PROSTACZKÓW. Krzysztof z Anną nie zdążyli jeszcze w swoim wielkim mieście zapisać się do Kościoła, nie weszli nawet do niego, nie znali sąsiadów. Choinka bożonarodzeniowa była teraz zawsze przystrojona na nowy model, nawet bez konieczności (i radości obecnie wątpliwej)jej ubierania, była wnoszona przyozdobiona, już gotowa, wprost ze sklepowej wystawy hipermarketu, a bombki swymi napisami reklamowały Pepsicolę, piwo i jakąś firmę ubezpieczeniową. Choinka nie posiadała DUCHA. Ostro migające, zaprogramowane malutkie światełka drażniły oczy i wnętrze, zdawały się jednak ostrymi impulsami wołać i pytać o tamte minione Wigilie, o tamtą bliskość, radość, tamten zapach… Ostre światełka biegały swymi impulsami po choince, jakby nerwowo szukały na niej ukrytego sensu, czy tamtych dawnych świąt. W starym wiejskim domu stała zawsze szopka zbita z brzozowych gałązek i pokryta słomą. W niej odlane z gipsu i pomalowane figurki. W starym domu był zapach czerwonego barszczu i grzybów, zapach piernika, zapach igliwia, szmer celofanu zdejmowanego z prezentów i PRAWDZIWY Mikołaj. Prawdziwy z powodu szczerości intencji, nie tylko przebrania dla małych dzieci. W starym domu byli kolędnicy biedni i prawdziwi. W starym domu było SERCE prawdziwe, nie wyciosane z tworzywa fałszu, przymusu, jakiejś narzuconej chwilowej konieczności. W starym czasie była pasterka o północy w oblepionej śniegiem kapliczce, niby we wnętrzu wielkiego, wspólnego ludzkiego serca, uderzającego dźwiękiem dzwonu i słuchane z uwagą kazanie starego księdza, były głośne wspólne kolędy, które wznosiły się pod niebo usiane gwiazdami i wołały do Nieba, że Ziemia pamięta i ceni tamtą Stajenkę i tamten Krzyż i tamten Grób i wszystko, co z tego wynika na zawsze, nieodwracalnie. Wigilia zasypiała owinięta mchem i kolędą, radością jaką odczuwa się tylko jeden raz w roku, radością specyficzną. I chociaż nastawał potem czas zwyczajny, poświąteczny, nie stanowił on strzepania, strząśnięcia z siebie jak w czasach obecnych chwilowej ułudy, chwilowej magii Bożego Narodzenia, gdyż Boże Narodzenie trwało w sercach ludzi pomimo zakończenia świąt. Tak było kiedyś, dawno temu. Potem już nie…

*****

Już więdną choinki,

Gwiazdę i światło pokrył kurz

Udawany Anioł oddał skrzydła pożyczone

Podrobiony Mikołaj cichaczem schował strój…


Tak umarło Boże Narodzenie

W milionach ludzkich serc

Za rok powtórzy się historia

Po mistrzowsku okłamiemy się…

Umieścimy szyderczą miłość

Zawieszką ironii na gałązkach choinek

Do chłodni serc uroczystą SZOPKĄ

Wniesiemy Bożą Dziecinę…


Nie pytaj człowieku ze zdziwioną miną

Kto komu? Po co? Dlaczego?

Ziemia Niebu, czy Ziemi Niebo

Daruje prezent tak nietrafiony jak Miłość…


Spójrz Panie, twoi kaci wciąż żyją

Niezłomnie trwają od dwóch tysięcy lat

Rozczaruj się choć na chwilę

Bo jest nim każdy z nas…


Czy warto było, Panie…?????

Za rok łamiąc opłatek nieduży

Na kwadryliony okruszyn

Znów każdy Ci serce połamie…


Ale nie musi tak być…


Krzysztof i Anna dotarli teraz brudni i źli do starego, biednego domku, który z roku na rok zdawał się być coraz mniejszy, coraz bardziej zapadły, posiadający coraz mniej mocy. On zdawał się ukrywać, pomniejszać swe rozmiary, jakby wstydził się staroświeckości przed dzisiejszym światem. Czy rzeczywiście? A może on tylko bał się, że niemodne wartości nie obronią się już przed współczesnością? Oczywiście źle pojmowaną współczesnością… Przy powitaniu sztuczna radość mieszała się ze zniecierpliwieniem, żeby już tylko jak najszybciej wracać do siebie, do nowego świata. Świata trudnego, świata bez czasu i własnej tożsamości, świata z pozoru prostego z powodu nowoczesnych rozwiązań technicznych, lecz jednocześnie świata najtrudniejszego z możliwych, z powodów o wiele głębszych. Przy powitaniu Krzysztof i Anna uważali, by nie zbrukać siebie nowych o przeszłość, o prostotę, o zbyt wylewną radość, o wzruszenie. Wygrywasz, jeśli jesteś schematyczny, zimny, jeśli nie wyróżniasz się ubiorem, modelem życia, zbyt wrażliwym sercem. Najlepiej jest serca nie mieć w ogóle, nie słychać wówczas głosu sumienia, zresztą sumienia też lepiej nie mieć, tak bardzo utrudnia i spowalnia życie, wprowadza do niego niepotrzebne nikomu zamieszanie… Bardzo pilnowali w związku z tym uderzeń swych serc, serc zredukowanych do funkcji biologicznej. Aby tylko nie dać się rozkleić, zwłaszcza że widok coraz starszych rodziców, pozostawionych samych sobie mógł takie wzruszenie, a nawet złość spowodować. Ten widok mógł brzmieć jak oskarżenie i wymaganie skierowane w ich stronę, a przecież oni byli bezradni, bezsilni, takie to przecież czasy, że czasu nie ma. Nie smakował specjalnie prosty, staroświecki nieco poczęstunek, chociaż rodzice włożyli w jego przygotowanie wiele pracy i serca. Denerwował brak komfortu w wyposażeniu domu, denerwowały tematy poruszane przez rodziców, bo strzelały bolesnymi ciosami w czułe miejsca, wkurzała za duża troska o nich dorosłych i dojrzałych już przecież. Po oczyszczeniu na tyle, na ile się dało zbrudzonych ubrań i przy odczuciu wszechogarniającego dyskomfortu, pod pretekstem przejścia się po okolicy podjechali na szybki posiłek w fast foodzie, posiłek dzisiejszy, do jakiego przywykli. Zapłacili pospiesznie kartą i wyszli na powietrze mocno pachnące wsią, pachnące im nieprzyjemnie.. Przyroda brudziła i niszczyła resztkę tego, co pozostawało czyste, kiedy przeszli się przez parę minut po bliskiej okolicy, bo jakby na złość sierpniowe słońce przeplatało się niespodziewanie z wiatrem i deszczem, jakby drwiło z ich elegancji i wielkomiejskości. Z pięknej fryzury, makijażu i drogiej kreacji Anny niewiele pozostało, podobnie jak z jej nastroju. Po powrocie do starego domku rodziców uknuli podstęp, że jedno wyjdzie do innego pomieszczenia i wyśle drugiemu sms z treścią informującą o natychmiastowej konieczności powrotu do miasta w sprawach służbowych. Tak też uczynili. Zapakowany w pośpiechu przez rodziców mało atrakcyjny i zbyt zdrowy prowiant wylądował w rowie, wyrzucony przez okno samochodu, a oni byli wolni, wreszcie wolni. Obiecali rodzicom powrócić niebawem i pozostać na dłużej, zawsze tak robili, po czym to niebawem miało zawsze granice nieskończoności a kolejny pobyt trwał jakieś trzy godziny. Teraz jechali do siebie, zadowoleni ze spełnionego trudnego obowiązku…

Życie do jakiego przywykli przez kilka lat swojego związku, miało się wkrótce totalnie odmienić, ale oni póki co nie mieli o niczym pojęcia. Zmiany często następują lawinowo, jedna za drugą, niespodziewanie i szybko i pozostawiają nas w osłupieniu, z pytaniem na ustach, zawsze tym samym: dlaczego tak, dlaczego teraz, dlaczego ja…? Czasem dlatego, żeby na nowo przewartościować swoje życie, a czasem z powodu, który zna jedynie sam Bóg. Pogarszające się z dnia nadzień samopoczucie Anny skłoniło ją do wykonania kompleksowych badań w luksusowej prywatnej klinice. Wyniki brzmiały jednoznacznie jak wyrok. Tego samego dnia Krzysztof wrócił ze swojej pracy w korporacji wcześniej niż zwykle, czyli w normalnej „ludzkiej” porze. Miał przy sobie ważny papier, którego treść brzmiała jak wyrok… Jednego dnia stracili wszystko, poczucie bezpieczeństwa, zabezpieczenie materialne i zdrowie. Wciąż mieli siebie i czas na wyprostowanie ścieżek.

*****

Coś jakby cień nagle zgaszonej świecy

w przerwany łzami świąteczny wieczór.

Upadły nastrój oddany zastygłą plamą wosku

na białym obrusie i ciszą,

wśród której jeszcze słychać

szelest świeżych kwiatów.

Z kąta pokoju wrogo patrzy malarz czasu,

kpiącym gestem wskazuje swe dzieło:

żałosny szkielet życia, z którego opadło ciało sensu.


*****

Znałeś mnie już wtedy, gdy ja nie znałam Ziemi.

Czy jestem dla ciebie jedną z tych małych, bezimiennych godzin,

które przesuwasz na szorstkiej nici czasu

przez cierniową przestrzeń..?

Panie Boże… to boli!!!


*****

Ty zbierasz nas rękami sierpnia,

i tak jak kłosy nie umiemy ci się uchylić.

Lecz im śmierć pisana dojrzała,

wyznaczona imieniem leniwej pory,

a rzadko kaprysem chwili.

Dlaczego mi dałeś myśl jasną,

która każe rozumieć — więc cierpieć.

Tęsknić za pustką jakiegoś niebytu,

byle nie poznać bólu człowieczeństwa.


*****


Na elektrycznym krześle planety Ziemia

być może tkwisz jak ja,

przytwierdzony pasami grawitacji.

W wiecznym TERAZ

oczekujesz na moment egzekucji,

gdy przez żyły jak prąd popłynie

kolejna faza strachu…

Faza decydująca, ostatnia…

Wieczne TERAZ to ŻYCIE,

w którym z ŻYCIA nie ma nic,

czujesz to może jak ja…

Niech wyładowaniem ostatnim

rozbłyśnie i zgaśnie twój świt, tego pragniesz,

żeby tylko już nie czuć nic,

żeby więcej nie dotknął cię strach

wskazującym palcem wyroku…

I żeby myśl nie raniła już mózgu,

odłamkami stłuczonych różowych okularów…

Jedno nie powiedziało jednak drugiemu o swoim dramacie. Krzysztof codziennie wstawał rano do pracy, której już nie miał, Anna cierpiała katusze z powodu wiedzy na temat nazwy swojej choroby bardziej, niż z powodu samych obecnych dolegliwości. Mijał czas, nastała końcówka sierpnia, a oni znów odwiedzili rodziców, ku szalonej ich radości. Tym razem dotrzymali słowa i przyjechali w krótkim czasie od ostatniej wizyty, na dodatek mogli zostać na noc i to na niejedną! Nie przeszkadzały warunki, proste jedzenie smakowało, na dodatek podarowali rodzicom sporą kwotę na utrzymanie dla nich na czas pobytu i nie tylko. Pieniądze nie stanowiły dla nich jeszcze problemu, mieli trochę oszczędności ze swoich dużych zarobków, najbliższy czas nie był czasem jakiegoś większego zagrożenia, jednak taki stan nie potrwa przecież wiecznie…

O znalezieniu nowej pracy chwilowo nie myślał, wiedział że poza upadającą korporacją nie ma w mieście zakładów pracy, czy wielu instytucji mogących zapewnić zatrudnienie. Stanowiska były krótko mówiąc wszędzie obsadzone. Złożył tu i ówdzie CV, jednak odpowiedzi nie przychodziły póki co od nikogo. Na znajomych nie mógł liczyć, gdyż mieli oni swoje rodzinne malutkie firmy zatrudniające dwie, trzy osoby. Krzysztof powinien w związku z tym założyć swoją firmę, jednak z jego zawodem musiałby albo się przekwalifikować, albo wpaść na prawdziwie dobry pomysł. Anna z kolei przygotowywała się do pobytu w szpitalu, jednak Krzysztof o niczym nie miał pojęcia. Teraz, na łonie natury, w oddaleniu od świata, na zapadłej wiosce każde z nich przygotowywało się do podjęcia decyzji o poinformowaniu drugiej strony o swoim problemie…

Czy rzeczywiście? Krzysztof opowiedział wszystkim „bajeczkę” o swoim długo oczekiwanym zaległym urlopie, z korporacją nie ma przecież żartów, nie ma prywatnego czasu, ani żadnej dyskusji, a za słowo urlop można wylecieć jeszcze tego samego dnia. Anna opowiedziała z kolei o swoim zwyczajnym przemęczeniu i niewyspaniu i o równoczesnym urlopie, również bardzo zaległym, była przecież pracownikiem naukowym i pracowała przy ważnym projekcie, który właśnie zakończył się owocnie. Dlaczego nie byli ze sobą szczerzy od początku? Może ze wstydu, może ze strachu, może z troski o drugą stronę? A może z przeświadczenia, że wszystko samo się jakoś rozwiąże i nie trzeba będzie o niczym mówić? Tymczasem radość rodziców nie miała granic, a Anna i Krzysztof na jakiś czas odprężyli się psychicznie, mając w perspektywie dwutygodniowy pobyt u rodziców. Gdyby jeszcze tylko nie trzeba było kłamać… Po długiej luźnej rozmowie z rodzicami nadeszła noc. Noc bardzo trudna dla Anny i Krzysztofa. Nie, nikt z nich nie miał zamiaru w tą noc opowiedzieć prawdy o sobie drugiej stronie. Sen nadszedł bardzo szybko, a w nim Krzysztof widział żywe drzewa z wyrzeźbionymi ludzkimi twarzami, które wraz z uwolnionymi z ziemi korzeniami, niczym stopami, wpełzały na mały balkonik i wyciągały do niego drewniane sztywne ramiona. W oczach miały skargę jakąś na rodzaj ludzki, na wszystko, co ludzie zrobili ze swoim życiem i życiem tych, którzy od nich zależą. Sama planeta Ziemia również wydawała pomruki jakiejś skargi, skargi na człowieka. Krzysztof został w stanie snu objęty odczuciem silnego przyciągania przez Ziemię, niemalże wciągania magnetycznego! Wtedy właśnie drgnęła jej zewnętrzna skorupa i ukazała swoje wnętrze. Zaczęła swój przekaz od tego, że ma........SERCE!!! Sercem był wielki płomień, kwitnący w samym środku jej wnętrza niby kwiat. Ziemia pokazała swoje rozerwane wnętrzności, ślady po „grabieżcach”, którym sama otworzyła się, by z niej czerpali wszystko, co potrzebne, by w niej uprawiali zboże, rośliny potrzebne do życia. Następnie ukazała swoje „naczynia krwionośne”: podziemne rzeczki, strumyki, żyłkowate złoża metali, szlachetnych kruszców itd. Piasek, glina, wszelkie czarne i brązowe odmiany „ziemi”, węgiel, stanowiły jej ciało, oceany, morza, jeziora były jak jej oczy, cała flora wraz ze wszystkim przed chwilą wymienionym stanowiła podstawę do zaproszenia fauny, której udzieliła swej gościny i z którą jednocześnie stanowi jedność…

Wszelkie zależności pomiędzy tym wszystkim ujrzał Krzysztof jako coś niewiarygodnie, idealnie, doskonale, wręcz matematycznie wyliczone, zaprogramowane, dopasowane dla jakiegoś ważnego celu, bo matematyka jest przecież alfabetem, za pomocą którego Bóg opisał Wszechświat. Wszystko działo się w spowolnionym tempie, w jakimś transie. Tym ważnym celem Matki Ziemi było udzielenie gościny człowiekowi, któremu zostało dane niby na scenie, odegranie swej historii, historii ludzkości. Żywa Ziemia wydawała na falach z siebie cichy, niskiej częstotliwości pomruk, brzmiący niby smutna kołysanka Matki dla jej niegodnych dzieci.....To było przepiękne, radosne, wzruszające i smutne jednocześnie. Praca serca naszej Matki Ziemi nagle rejestrowana była na gigantycznym EKG na wielkim ekranie-niebie, a myśli jej na gigantycznym EEG, też na niebie. To była przenośnia, obrazowe ukazanie myśli i uczuć naszej Ziemi. To było przedstawienie, mające wielki cel… Wykres EKG przedstawiał zanikającą pracę serca, przeplataną nierytmicznymi, rozpaczliwymi, silnymi jego uderzeniami, to był stan przedzawałowy. Inne zapisy mówiły o bliznach po przebytych wielu atakach zawałowych, było tego mnóstwo, człowiek przeżywa dwa lub trzy zawały, Ziemia miała nieskończoną liczbę śladów po takich przeżyciach. Wykres EEG przedstawiał natomiast widok mówiący o lęku, smutku, rozpaczy, mówiący o dzikim galopie oszalałych myśli… A to wszystko przez nas, przez jej niegodne dzieci. Potem nastąpił przełom. Nagle całe rzesze ludzi, niby obudzonych ze snu otępienia klękały na Ziemię, kładły się na jej powierzchnię, zraszały ją gorącymi łzami olśnienia, całowały jej „policzki” i „oczy”, REANIMOWAŁY JĄ!!! Wykresy EKG i EEG na niebie powoli się uspokajały. Kiedy uspokoiły się zupełnie, na niebie ukazała się wielka tęcza, a melodia-pomruk zmieniła się w przyjemny utwór muzyczny. Czyżby jednak dobry finał??? Krzysztof miał wyrzuty sumienia za potraktowanie wiejskiej natury, przyrody, przy ostatniej i nie tylko niefortunnej wizycie u rodziców, za stosunek do rodziców, za swoje obecne życie w beznadziejnym, bezdusznym schemacie, który nazywa się „trudno, takie czasy”.


Teraz zerwał się spocony, po czym zasnął już snem spokojnym do rana. Anna z początku nie spała, w głowie kłębiły się myśli na temat zbliżającego się pobytu w szpitalu i chciała nawet opowiedzieć mężowi „bajeczkę” na temat bliskiego okazjonalnego wyjazdu do SPA…

Po utwierdzeniu się w tym pomyśle szybko zasnęła uspokojona. Spali oboje do późna, rodzice nie obudzili ich, chcąc dać im szansę na wyspanie się za wszystkie czasy w zdrowych, przyjaznych okolicznościach..

Późny poranek obudził ich zapachem wiejskiego śniadania i jakąś dziwną obietnicą, że może jeszcze wszystko się jakoś ułoży. Po zjedzonym prostym lecz smacznym śniadaniu, postanowili przejść się po okolicy, korzystając z pięknej pogody późnego już lata. Ich stroje oraz nastroje w niczym nie przypominały tamtych, z poprzedniej wizyty. Oboje mieli na sobie bawełniane, kolorowe, typowo wakacyjne ubrania i zwykłe sandałki na bosych stopach. Zabrali mini plecaki z piciem i małą przekąską i wsiedli na rowery rodziców w niczym nie przypominające ich „wypasionych” współczesnych rowerów. Trasa wiodła pośród zbóż, bezkresnych łąk, nad wodą. Wiodła wśród ciszy przerywanej naturalnymi dźwiękami wsi. Każdy krok, czy każdy centymetr do przodu wykonany kołami rowerów zdawał się zabierać ze sobą cząstki rajskiego otoczenia i oklejać nimi ciała i dusze wędrujących. Każde wiozło ze sobą swoją tajemnicę, obecnie już jednak owiniętą w jakąś dziwną obietnicę ratunku. Zwiedzali miejsca z dzieciństwa Krzysztofa, kładli się na trawie, patrzyli w niebo, dotykali kłosów, które jeszcze zostały na polach, słuchali dźwięków natury i swojego wewnętrznego głosu, z którym jakoś dziwnie łatwo teraz nawiązali kontakt.

Serca pracowały spokojniej, ścieżki myśli zdawały się prostować. Zbliżała się pora obiadu, więc powoli zbierali się do drogi powrotnej do małego domku rodziców. Na horyzoncie widniała postać kobiety w długiej letniej sukni i fartuszku oraz chustce na głowie, przywodziła na myśl piękną, łagodną i dostojną figurę Matki Boskiej z przydrożnej wiejskiej kapliczki, z pewnością jednak była osobą z tego świata. Coś przed sobą niosła. Gdy podjechali starymi rowerami bliżej, okazało się, że kobieta niesie złoty łan zboża. Zsiedli z rowerów. Pozdrowili ją, a ona odpowiedziała im: szczęść Boże! Szczęść wam Boże! A skąd to jesteście? Przedstawili się. Kobieta niespodziewanie przywarła do Krzysztofa, w oczach miała łzy… A to ty Krzysiu taki mężczyzna już?!

Ostatnio widziałam cię tyle lat temu, tyle lat… Krzysztof był nieco zażenowany, nie rozpoznawał chwilowo w kobiecie nikogo znajomego. Przedstawiła się i ona. Teraz już wiedział, że rozmawia z matką kolegi z dzieciństwa. Ciężka praca i wiek bardzo zmieniły jej wizerunek. Patrzył teraz na żylaste, kościste dłonie, zniszczoną ich skórę, na pochyloną lekko od ciężkiej pracy w polu sylwetkę, na zwyczajnie związane w węzeł włosy pod chustką, na twarz nawet całkiem młodą, bez śladu jakiegokolwiek makijażu jednak, twarz prostą, w pewnym sensie piękną, zatroskaną. Ona pewnie była z planetą Ziemia w najpiękniejszych układach! Niosła najpiękniejszy jej produkt — łan zboża, który zasiała, który pielęgnowała i który niedawno zebrała. Poił wzrok tym najpiękniejszym widokiem, wzruszenie dotknęło serca jego i serca Anny. Ujął i ucałował spracowane dłonie, przytrzymał prze chwilę, jakby godząc się w tym momencie z naturą, z Ziemią, z wielkimi prostymi wartościami. Mój Janek to na doktora się wykształcił. W stolicy mieszka i pracuje, ma żonę i dwoje dzieci, szczęśliwy taki, że Bogu dzięki! Inne dzieci też na ludzi wyszły. A ty Krzysiu? Ja też mam żonę — tu przedstawił Annę — dzieci nie mamy, może kiedyś.......Jestem z zawodu geodetą, Anna pracownikiem naukowym na uczelni. Krzysiu, toż wy czterdziestki dobijacie! Mówisz: może kiedyś???


* * * * *


Kiedyś, gdy wszystko było przed tobą,

gdy było możliwe…

Kiedyś, gdy stałeś u źródeł

z jeszcze pustym naczyniem…

Mogłeś wybrać naczynie solidne i pewne,

i w nie zaczerpnąć treść ziemskiego życia…

Lecz ty świadomie oraz celowo wybrałeś… sito.


Dziś znów stoisz u źródeł, cicho, ponuro,

tym razem, z naczyniem już pustym, aż do dna.

Treść życia ku twojej uldze wyciekła przez dziury,

treść, której się bałeś,

ta treść trudniejsza, ta mniej wygodna…

O Boże, to była istota życia!!!!!


Dziś stoisz u źródeł,

z wciąż pustym naczyniem.

Niewiele dziś już przed tobą,

i mało co już dziś jest możliwe.

Dziś wybrałeś naczynie szczelne,

z podwójnym dnem i ścianą z żeliwa.

Tylko, że treść, co płynie jak rzeka,

tak łatwo, jak kiedyś już nie chce tam wpływać…


Dam ci adres i telefon do mojego Janka, może się kiedy spotkacie? Przyjaźnie to ważna sprawa, nie trzeba ich zrywać, człowiek człowiekowi może być potrzebny w najmniej spodziewanej chwili! Zajdź ty do mnie po ten adres i telefon jeszcze dziś! Dom matki kolegi stał na skraju wsi, dlatego Krzysztof raczej nie spotykał jej w swoim dorosłym już życiu, jakoś nie było sposobności, nawet wtedy, kiedy jeszcze mieszkał u rodziców. Dojeżdżał z wioski do swojej korporacji wczesnym porankiem, wracał bardzo późno, potem poznał Annę i wyprowadził się.

Krzysztof i Anna wracali teraz w radosnym jakimś milczeniu. Obserwowali jeszcze oddalającą się postać wiejskiej kobiety, wielkiego symbolu pięknej pracy, oddania wielkim wartościom. Ona rzeczywiście była jak sama Matka Boska, albo jak symbol Matki Ziemi! Ona stanowiła coś na kształt obietnicy, że nadchodzi coś ważnego w ich życiu. Proste, wyższe wartości, jakie niosła w sobie kobieta, stanowiły jakby rzucone wyzwanie, ale to wszystko miało dopiero się wydarzyć. Opowiedzieli rodzicom o swoim spotkaniu. Jeszcze tego samego dnia Krzysztof poszedł na skraj wsi po adres i telefon przyjaciela z dzieciństwa. Wracając nie miał pojęcia, że niesie bardzo ważne informacje. Informacje na skalę życia i śmierci. Pobyt na wsi upływał spokojnie, jednak kolejne dni i godziny tworzyły powoli podkład do lepszego życia, tym razem prawdziwy.


*****

Leżę na zgliszczach czasu,

przywalona gruzami zegarów…

Złamanych wskazówek ostre strzały,

zadają rany głębokie na wylot.


W ponurym zapadlisku, co moment,

poruszy się lekko jakiś element,

i za nim, jak po sznurku w głąb biegnie

kolejne, małe zniszczenie…


Odgrzebywać, naprawiać, nie ma już, czego,

i cofnąć się nie da już nic..

Stary czas swą treścią zastygł, skamieniał,

w twardej strukturze minionych dni …


Czy zastygłej glinie, z której coś stworzono,

da się przywrócić pierwotną jej postać?

Na martwe, nieplastyczne już cząstki

da się jedynie ją rozbić…


Może nie warto niszczyć tworów czasu,

bez względu na ich kształt i przesłanie…

Co raz powstało, jest, jakie jest,

i takim niech pozostanie…


Nowego czasu bezkształtną masę,

ugniatam dziś w rękach.

Daj mi Panie łaskę,

by moje tworzenie

tym razem było piękne…


Święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny zbliżało się wielkimi krokami, krokami pielgrzymki zmierzającej na Jasną Górę. Mieszkańcy wioski jak co roku przygotowywali się do przyjęcia i przenocowania pielgrzymów, oczywiście rodzice Krzysztofa i owdowiała dawno temu mama Jana również. Nie dysponowali może super warunkami, ale każdy mógł podarować od siebie coś choćby jednemu pielgrzymowi. Pielgrzymi tradycyjnie spali gromadnie w stodołach, zmieścili się wszyscy z tej konkretnej określonej grupki, jak co roku, nie dopominali się o nic lepszego. Jedzenia dostawali ile tylko chcieli, a było to jedzenie proste, wiejskie i cenne na swój sposób…

Wioska znajdowała się bardzo blisko Jasnej Góry, jeden pełny dzień na piechotę. Po południu zawitały rozśpiewane tłumy z otartymi stopami całymi w bąblach, każdy utrudzony, spocony, z bagażem na plecach i w sercu i z promiennym uśmiechem na twarzy. Obiad podano zbiorowo na dworze, pod jasnym niebem, w kontakcie z Wszechświatem, na lekkim wietrze, który niósł pielgrzymom obietnicę wysłuchania próśb. Niósł ją jakimś radosnym niepokojem. Wiatr zdawał się pędzić do nich z samej Częstochowy niczym posłaniec, wybiegał im na spotkanie. Obiad podano na złączonych stołach, przykrytych lnianymi obrusami. Były pieczone ziemniaki ze skwarkami i zsiadłe mleko, był chłodnik. Ile kto chciał. Noclegi już przygotowywano, a rano po śniadaniu każdy miał zostać odprawiony z zapakowanym prowiantem. Tak było tu zawsze.

Po obiedzie i odpoczynku pielgrzymi wdali się w grupowe i indywidualne pogawędki z mieszkańcami wioski. Jedną z pielgrzymujących osób była bardzo zacięta jakoś w sobie kobieta z chustką na głowie zawiązaną do tyłu, z bladą skórą twarzy, z bardzo chudą posturą i wiekiem trudnym do oceny, raczej dość młodym. Kobieta nie mogła, albo nie chciała patrzeć w światło, w słońce, a jej twarz prawdziwie nie przyjmowała nawet śladowej dawki złocistej opalenizny, w przeciwieństwie do większości pielgrzymów, których skóra przyjęła tych promieni słonecznych stanowczo za dużo i teraz ginęła pod maseczką zsiadłego mleka, którą pośród śmiechu kładli sobie wzajemnie na twarze i ramiona. Kobieta nie była niemiła, tylko jakoś dziwnie zacięta, jakby zawzięła się bardzo mocno na coś, z czym pielgrzymowała na „Górę Cudów”. Anna intuicyjnie jakoś do niej podeszła. Kobieta ściskała co moment w kościstej dłoni dwie rzeczy. Jedną był mały stary ryngraf częstochowski znaleziony kiedyś w kościele, jakby na jakiś znak, drugą rzeczą była fotografia małego uśmiechniętego chłopczyka. To dla niego szła prosić o swoje własne życie, życie jego matki, życie swoje, aby zdążyła go wychować, bo jej ciało drążył wyjątkowo mocny nowotwór w końcowym stadium, a duszę rozpacz. Serce Anny waliło w głowie i w gardle. Anna wiedziała już w tym momencie, że pielgrzymka wyruszy jutro bogatsza o jedną osobę, o nią samą. O swojej decyzji poinformowała rodziców i Krzysztofa, to przecież tylko jeden dzień wędrówki na piechotę, da radę! Rodzice trwali w przekonaniu, że Anna idzie prosić ot tak, ogólnie o jakieś łaski. Może o dziecko? Może o coś innego? Prawdziwego powodu nie poznali. Przecież niebawem ona, Anna, będzie przedstawiała sobą podobny wizerunek.....Reakcja Krzysztofa była dla Anny bardzo zaskakująca. On zdecydował, że idzie z nią. Rodzice byli bardzo ucieszeni tą decyzją, jednak nie znali również prawdziwego powodu decyzji Krzysztofa i tak miało zostać. Nocą ze snu nie było nic. Serce w gardle, radość i prawdziwa, najgorętsza wiara w cud, cud w życiu każdego z nich. Ten cud właściwie już się zaczął teraz i tu, przed prastarym niebogatym wiejskim domem, pośród zapachów wsi, pośród radosnego pielgrzymiego gwaru i przy widoku jakby już nie z tego świata, widoku kobiety, która po części była jeszcze stąd, a po części należała już do innego wymiaru. Ten moment jej egzystencji wiązał ze sobą dwa światy. Świat ziemski spoglądał na nich z jej oczu głębokim cieniem na tle niezdrowej woskowej twarzy, świat który ją wołał patrzył na nich z tych samych oczu cichą tajemnicą, głębią Kosmosu, obietnicą braku cierpienia…

Rano pielgrzymka wyruszyła bogatsza o dwie osoby. Każda z tych dwóch osób niosła swoją tajemnicę, swój dramat, lecz był to już od teraz dramat głęboko przemieniony. Chudziutka kobieta z chustką na głowie i z fotografią synka oraz z ryngrafem w dłoni przyglądała się Annie i Krzysztofowi. Ona miała już swój plan awaryjny, plan powstały w sekundzie. Tak, zrobi to. Poprosi Annę i Krzysztofa, aby w razie gdyby wola Boga była inna względem jej osoby i jej synek miał trafić do placówki opiekuńczej, Anna i Krzysztof zajmą się nim, a ona w porę przygotuje wszystko pod względem prawnym. Poprosi o adopcję ze wskazaniem. Właściwie to nie był jej plan awaryjny. Ona z całą świadomością, choć z największym, rozrywającym bólem serca zgodziła się w głębi siebie na odejście. Kto wie, może zawierzenie totalne, absolutne, bezgraniczne, spowodowałyby przywrócenie jej temu światu, synkowi. Kobieta była bardzo biedna, nie posiadała żadnej rodziny, na czas pielgrzymki synka zostawiła u sąsiadki, nie mniej biednej niż ona sama, gdzieś w odległym o jakieś dwadzieścia kilometrów małym miasteczku, ich rodzinnym miasteczku. Dlatego nie chciała już prosić o własny powrót do zdrowia, niemożliwy już absolutnie po ludzku, ale w oczach Boga, w dłoniach Maryi możliwy przecież choćby nie wiem co!!! Mogła prosić też o zmianę sytuacji życiowej mocą bożą, nie własną oczywiście. Ale ona już nie walczyła. Ona szukała ratunku i zabezpieczenia dla synka na całe jego życie i na teraz. Jej wiara stała się jakby wiarą racjonalną, praktyczną, zapobiegliwą względem synka. Moc bożą oceniała chyba niedoskonale, a więc logicznie. W wierze prawdziwej nie ma miejsca na logikę. W wierze prawdziwej mamy już nie wiarę, ale wiedzę, że spełni się nam mocą bożą to, czego najgoręcej pragniemy. My nie pytamy JAK to się stanie, my nie dyktujemy Bogu SPOSOBU, ale przedstawiamy Mu swoje „Nie wiem JAK, ale wiem ŻE”. I wtedy dzieją się cuda. Bywają przypadki, kiedy nasze „nie wiem jak, ale wiem że” nie zostaje wysłuchane w sposób nam pasujący. Bóg jednak nigdy nie pozostawia nas bez odpowiedzi. Pozostaje kwestia zaufania w JEGO sposób. Czasem JEGO sposób jest naszym sposobem, a czasem czymś zupełnie odwrotnym do naszego wyobrażenia. Spod ołtarza w Częstochowie, w Licheniu i w wielu miejscach MOCY BOŻEJ na świecie wychodzą na własnych nogach ludzie, których MARTWE CIAŁA tam wniesiono!!! Czym więc dla Boga, dla Maryi jest odwrócenie ostatniego stadium nowotworu? Niczym! Ale tylko wtedy, kiedy wierzymy szaleńczo!!! Wiara kobiety była jaka była, a może taką miała być dla wyższych celów, związanych z wieloma innymi ludźmi. Jej wiara po części niedoskonała stała się rodzajem własnej ofiary. Ofiary zrezygnowania z siebie w imię nieporównywalnie lepszych warunków życia dla syna, dlatego nie o własny ratunek już prosiła…

To dobry moment na poruszenie ciekawego tematu słów modlitwy, której nauczył nas sam Jezus Chrystus. To modlitwa „Ojcze nasz”. Chodzi o słowa „bądź wola Twoja”. Oczywiście pozostaje ich tradycyjna interpretacja: Panie, cokolwiek się wydarzy z woli Twojej, ja to przyjmuję, a Ty mnie wspieraj, bym znieść to mógł, jeśli ta wola będzie dla mnie trudna, ciężka. Jest inne spojrzenie na te słowa. Aż tak bardzo wierzymy w spełnienie tego, o co tak bardzo prosimy, że nasza wiara w spełnienie staje się wręcz wiedzą i totalną pewnością. Dla niektórych to może być trudne. Wówczas polecając Bogu tą naszą sprawę zdajemy się całkowicie na MOC Boga. Wierzymy w stu jeden procentach, że Bóg nam udzieli tego, o co prosimy, ale wolę naszą dotyczącą faktu tego spełnienia zastępuje w tym momencie wola Boga, gdyż MOCĄ JEGO WOLI WSZYSTKO JEST MOŻLIWE, a mocą naszą bez udziału Boga raczej nie…

Przy takim podejściu do sprawy nie ma miejsca na słowa, że Bóg wie, co dla nas dobre i albo spełni się nam to, o co prosimy, albo nie. Trochę nie o to chodzi. Jeśli Bóg wie, że spełnienie tego, o co całym sobą prosimy ma przynieść nam zgubę, tragedię, to nawet jeśli wchodzi w grę ta druga interpretacja słów „bądź wola Twoja”, możemy być pewni, że Bóg wówczas i tak postąpi po swojemu, ale tak, że rozpoznamy i zrozumiemy to Jego działanie. Więc jakkolwiek na to patrzeć i tak pozostaje totalne zawierzenie…

Powolne kroki kobiety kierowały się w stronę Anny i Krzysztofa. Po chwili cała trójka stała jakby w transie. Usta Anny i Krzysztofa wypowiedziały słowa natychmiastowej zgody, jakby to nie oni mówili, a ktoś mówił za nich. Usłyszeli sami nie dowierzając swoje wspólne słowo: TAK. Kobieta szczęśliwa płakała…


*****

Zabił dzwon,

na jeden z kolejnych końców,

dziś po raz ostatni

obwieścił taki koniec.

Długo na echo dzwonu czekałam,

ale tym razem nie wróciło do mnie.

To ono tłumaczyło mi zawsze,

że wraca odbite o mur przyszłych dni,

w wiedzę o ich istnieniu bogate,

dlatego dotąd nie znałam dnia,

który prawdziwie był dniem ostatnim.


Póki co Anna i Krzysztof obiecali jej gorącą modlitwę za jej wyzdrowienie, ale kobieta dobrze wiedziała, że jej chodziło już teraz wyłącznie o losy jej synka po jej śmierci. W swoje wyzdrowienie albo już nie wierzyła, albo nie miała już sił dalej walczyć, a bieda w jakiej żyła sama nie dawała chłopcu żadnych szans na godne życie. Była pogodzona z koniecznością własnego odejścia, etap choroby był etapem końcowym, cudem zebrała siły na pielgrzymkę.


*****

Coś stało się ze mną.

Tak. Jestem pewna.

I stanęłam przed Sądem Serca.

Skazało mnie na Krzyżową Drogę.

Właśnie jest etap Oliwnego Ogrodu:

jeśli możliwe, niech mnie ominie ten Kielich.

Ale jeżeli trzeba, niech go ta miłość po brzegi wypełni

i krew przeleje....jeżeli trzeba.


Na Jasną Górę wchodzili w trójkę, obok siebie.

Anna nie prosiła już o swoje wyzdrowienie dla siebie samej, dla męża, dla rodziców. Ona prosiła o to dla małego chłopczyka ze zdjęcia i dlatego nie wierzyła w swoje wyzdrowienie, ona wiedziała, że wyzdrowieje, inaczej być nie mogło. Matka Boga wysłucha prośby jednej matki umierającej i drugiej matki zastępczej.

Tłumy ludzi na kolanach zmierzały pod Cudowny Obraz. Anna, Krzysztof i drobna kobieta w chustce, ze zdjęciem i ryngrafem w dłoni szli na kolanach jedno przy drugim. Krzysztof nie prosił o pracę dla siebie ze względu na siebie samego, żonę i ze względu na rodziców. On prosił ze względu na małego chłopca ze zdjęcia. Każdy z tej trójki prosił ze względu na tego chłopczyka…

Powrót pociągiem, wymiana adresów, telefonów. We wsi czekała druga kobieta w chustce, mama Janka. Czekała z wiadomościami od syna w sprawie spotkania, bo podczas pielgrzymki nie wytrzymała i skontaktowała się z Jankiem, opowiadając mu o przyjacielu z dzieciństwa. Janek czeka na wizytę Krzysztofa w Warszawie, jak najszybciej teraz, zaraz, już!.

Po dwóch dniach Krzysztof znów jechał pociągiem, tym razem dalej, do stolicy, do domu przyjaciela z dzieciństwa i do znanej kliniki, w której pracował. Krzysztof opowiedział Jankowi o swoim problemie z pracą, Janek z kolei o projekcie medycznym w sprawie nowatorskiej eksperymentalnej metody leczenia pewnego typu nowotworów we wczesnym stadium, projekcie między innymi jego autorstwa. Janek chwycił po chwili komórkę i po dłuższej tajemniczej rozmowie podał Krzysztofowi adres firmy i nazwisko swojego przyjaciela, właściciela firmy budowlanej. Krzysztof mógłby zdalnie pracując w domu wykonywać projekty dla jego firmy, jeżeli zechce. Praca wiązałaby się z wyjazdami na pomiary, jednak to nie stanowi przecież problemu.

Droga w pociągu dłużyła się, tak bardzo chciał już być na miejscu, wreszcie opowiedzieć żonie o swojej trudnej tajemnicy i wybawieniu z niej. Po dojechaniu do wioski rodziców biegł niemalże do starej chatki, po drodze jeszcze wstąpił do matki Janka podziękować, ale usłyszał: dziecko, ty Bogu dziękuj, nie mnie! Krzysztof wstąpił jeszcze do podupadłej kapliczki ze swojego dzieciństwa i zerwawszy kiść polnych kwiatów klęknął u stóp prastarego ołtarza, tak dawno tego nie robił!!! I nie interesowało go, czy ktoś patrzy i jak go ocenia. Łzy płynęły same, łzy wdzięczności. Te pierwsze łzy wdzięczności, bo niebawem miało ich być o wiele więcej…


*****

Gdy odchodziłeś ostatnim razem

wyproszony przeze mnie,

poszukałeś mnie wzrokiem jeszcze raz,

i tym gestem przyznałeś się do mnie,

do ziarnka gorczycy mojej wiary

połamanego na tysiąc cząstek.

Ale ja mało kiedy poznawałem Ciebie

po łamaniu chleba, wielkiego jak Twe serce,

chleba łamanego jedynie z miłości.

Najczęściej wtedy opuszczałem oczy,

z zażenowaniem rozkładałem ręce

chcąc wierzyć, że robisz to dla innych,

bo jeśli dla mnie, to byłoby takie zobowiązujące…


W domu czekała Anna i rodzice. Rodzicom nie powiedział o swojej sprawie z pracą w takiej postaci, w jakiej się ona przedstawiała rzeczywiście. Powiedział, że po urlopie podejmie nową, lepszą pracę i będzie teraz pracował we własnym domu, przez co będzie miał nieporównywalnie więcej czasu dla rodziny. Radość rodziców sięgała zenitu. Annie opowiedział o swojej tajemnicy, z kolei Anna zrewanżowała się swoją trudną tajemnicą, jednak z uśmiechem ulgi na twarzy, gdyż wiedziała już, że będzie żyła. Wiedziała to od Maryi, wiadomość o eksperymencie medycznym miała usłyszeć dopiero za moment. Krzysztof przyjął jej opowieść ze spokojem. Zrozumiał dziwny bieg wszystkich ostatnich wydarzeń, niby misternie ułożoną układankę, do której dokładali obecnie ostatnie brakujące części. Wybrał numer Janka w swojej komórce pewną, spokojną dłonią. Po chwili Anna rozpoczęła przygotowania do wyjazdu do stolicy, do kliniki. Będzie jedną z osób poddanych cennemu eksperymentowi. Ona już jednak wiedziała, że nie jedzie na eksperyment, ale na wyleczenie w stu procentach. Rodzice pozostać mieli dla dobra sprawy przy wiedzy, że Anna pojedzie prywatnie do sanatorium podreperować zdrowie. Prawdę usłyszeć mieli po wszystkim. Małżeństwo pożegnało się następnego dnia z rodzicami i wyruszyli ku swoim ratunkom, aby ratunki ich stały się podkładem dla ratunku małego chłopczyka.

Smutna wiadomość i wezwanie do sądu przyszły w grudniu. Chudziutka kobieta z ryngrafem i zdjęciem synka odeszła do Boga, jednak odeszła uspokojona i szczęśliwa.


*****

Wybieram się w Śmiertelne Gwiazdozbiory,

ukryte za zasłoną smutnych mgławic.

Tam chcę naturę śmierci rozłożyć

na elementarne cząstki,

tam chcę się z nią ostatecznie za wszystko rozprawić.

Rozpracować jej alchemiczne, strukturalne wzory

i palcem ułożyć z gwiazd JEJ wzór.

Niech świat ujrzy!!! Królową obnażoną,

aż do szkieletu pokory!

I zdarte z niej szaty czarnej chwały,

niby łagodne niebo,

odarte z pozornie straszliwych chmur!


Chłopczyk zamieszkał w połowie grudnia z nową rodziną, zamiast w placówce opiekuńczej natychmiast po wszystkim, formalności zostały załatwione, Anna wróciła już po udanym eksperymencie do domu, dalsze leczenie jest już jedynie formalnością, organizm zareagował bardzo dobrze i choroba zaczęła się cofać błyskawicznie, co odbiło się w widoczny sposób na jej wyglądzie i na wynikach, które były potrzebne do uzyskania zgody sądu. Krzysztof pracował w domu z radością i pasją, wyjeżdżał jedynie na krótko na pomiary geodezyjne. Anna zrezygnowała na jakiś czas z pracy zawodowej, aby bardziej poświęcić się chłopcu, pod jej nieobecność ktoś popracuje sobie na zastępstwie. Zarobki Krzysztofa są wysokie, zleceń jest mnóstwo, tak że spokojnie mogą pozwolić sobie na taki chwilowy układ, potem, za dwa lata, gdy chłopiec pójdzie do szkoły, wszystko powróci do normy.

Wigilia Bożego Narodzenia tego roku była niezwykła. Cała rodzina wybrała się na święta na wieś do rodziców. Piotruś — bo tak miał na imię osierocony chłopczyk — z dziadkiem, którego nigdy dotąd nie miał, poszli do lasu i przynieśli brzozowe gałęzie na szopkę oraz dużo mchu. Zapomnieli jedynie słomy na dach do szopki. W starej chacie rozchodził się zapach barszczu, grzybów, makowca i piernika. Na niebie zaczynała powoli przebijać pierwsza gwiazdka. Pod żywą choinką, wystrojoną w bardzo stare bombki i ręcznie robione ozdoby leżały prezenty w szeleszczących celofanach, prezenty dla dorosłych. Gdy zasiadali do Wigilii chłopiec miał przy sobie stary ryngraf częstochowski i zdjęcie mamy. Do drzwi ktoś mocno zapukał i ukazał się w nich po chwili sam święty Mikołaj w czerwonym stroju, z długą białą brodą i workiem pełnym prezentów dla Piotrusia. Twarz dziecka rozjaśnił promienny uśmiech, popłynęły kolędy. Gdy Mikołaj skończył swą misję, po chwili w drzwiach ukazał się Janek, który właśnie minął się z wychodzącym Mikołajem☺. Za Jankiem weszła jego żona, dwójka dorastających dzieci i… kobieta z łanem zboża. Tak, miała przy sobie ten sam łan zboża, zachowała go na szczęście, na pamiątkę po spotkaniu w sierpniu z Anną i Krzysztofem. Spotkaniu, które tyle wniosło w życie wielu ludzi. Teraz podarowała go gospodarzom na szczęście i na dostatek w nowym roku. Łan zboża zastąpił dach nad szopką, bardzo cenny dach. Kobieta z łanem zboża zdawała się od samego początku być jak sama Matka Boska, jak Jej symbol, proroctwo niezwykłych wydarzeń, tak pięknych, choć częściowo smutnych. Była też jak uosobienie samej Matki Ziemi. Gdy ją ujrzeli wtedy, w sierpniu na horyzoncie, przywodziła na myśl żywą figurę Maryi zmierzającej do nich z łanem zboża i właśnie symbol Matki Ziemi. Zdjęcie mamy Piotrusia i ryngraf zawisły teraz w domu dziadków nad miejscem do spania Piotrusia, a w domu, po powrocie nad jego własnym posłaniem, w jego własnym, pięknie wyposażonym pokoju.

W kolejne wakacje następnego roku Piotruś bawił się świetnie u dziadków na wsi, nawiązywał swoje być może najważniejsze w przyszłości przyjaźnie, a czternastego sierpnia wyruszył w środku, pomiędzy Anną i Krzysztofem na Jasną Górę, w towarzystwie kolejnych pielgrzymów z całej Polski. W malej dłoni ściskał stary ryngraf i zdjęcie matki, której duszę powierzali teraz Jasnogórskiej Pani wraz z podziękowaniami. Nieśli też malutką wiązkę zeszłorocznego zboża z tamtego łanu, a światło choinki bożonarodzeniowej zapalało się w starym domu rodziców/dziadków przywodzącym na myśl samą szopkę już teraz regularnie co tydzień. Oczywiście że nie dosłownie na choince, gdyż nie stoi ona ubrana cały rok, ale we wnętrzu domu i wnętrzu serca każdej z osób, bo Boże Narodzenie trwało odtąd w ich życiu każdego dnia…

Nad wioską ciężkim dachem wisiało teraz lato ze wszystkimi swoimi barwami i zapachami. Tyle się tu rozegrało, tyle wydarzyło. Na wzgórzu przejeżdża tędy pociąg, wioząc swoich podróżnych, czasem tych samych, czasem nowych, zawsze zamyślonych, wpatrzonych w krajobraz. Z okien jadącego pociągu widać zawsze pola z łanami zboża i starą chatkę, niczym symbol szopki bożonarodzeniowej, w której rozegrały się najważniejsze życiowe historie pewnych osób. W bożonarodzeniowej szopce w te ostatnie niezwykłe święta w tym właśnie domu stały gipsowe stare figurki… Była Maryja: symbol tamtej biednej chorej kobiety w chustce, symbol kobiety z łanem zboża, symbol starszej już matki Krzysztofa i symbol Anny, nowej matki chłopca. Był mały Jezus: symbol chłopczyka o imieniu Piotruś. Był Święty Józef: symbol starszego już ojca Krzysztofa i samego Krzysztofa w roli przybranego ojca i Krzysztofa pracującego z pasją, byli Trzej królowie: symbol przybyłych z daleka pielgrzymów, którzy nieśli ze sobą dary dla Dziecka. Ci współcześni pielgrzymi z pamiętnej pielgrzymki też przynieśli nieświadomie dar dla innego już dziecka, dla Piotrusia. Były zwierzęta, siano i mech: symbol obecnych tu wiejskich zwierząt i symbol natury, z którą człowiek powinien żyć w wielkiej zgodzie i przyjaźni, a ona zawsze hojnie go obdarzy. Był Anioł: symbol i wielki opiekun wszystkich i wszystkiego, co tu się wydarzyło. Był aniołem niosącym dobre wiadomości i aniołem uzdrowienia, jakie zaszło nie tylko na planie fizycznym, ale tym ważniejszym, duchowym. Był łan zboża: symbol ciężkiej wartościowej pracy. To tym łanem zboża symbolicznie przykryto szopkę z brzozowych gałęzi na znak bezpieczeństwa i dostatku na nadchodzący czas, nie na zawsze, bo o bezpieczeństwo i dostatek trzeba walczyć tu na Ziemi bez ustanku, wytrwale, to praca poniekąd syzyfowa, ale zawsze przynosząca wymierne efekty, a syzyfową jest jedynie w kwestii swej powtarzalności. Położenie wiązki z tamtego pamiętnego łanu zboża na dach szopki było jednocześnie wielkim symbolem dołożenia przez Boga ostatniej, najważniejszej części do dzieła wykonanego przez nas ludzi. Jak w Kanie Galilejskiej: zróbcie wszystko, co w waszej mocy, a Bóg dokończy to, co po ludzku niemożliwe. Wiele takich niepozornych miejsc mijamy w swoim życiu, nie wiedząc o nich nic, nie znając ich zawiłych historii, ale nie historii z podręcznika, tylko wciąż dziejącej się na bieżąco historii ludzkich serc, ludzkich żywotów. O każdym takim ludzkim życiu można napisać, opowiedzieć, bo każdy z nich jest ważny, służy właścicielowi tego żywota oraz ludziom, z którymi łączą go losy. Chodzi o to, aby zawsze w swoim życiu liczyć się z obecnością ludzi, zauważać ich, uważnie słuchać, bo czasem niepozorny człowiek może stać się kluczem do historii naszego życia, naszych losów i losów bliskich nam osób, a czasem my możemy stać się takim kluczem do czyjejś historii, jak zauważona prosta wiejska kobieta stała się dla naszych bohaterów, a oni dla niej, dla kobiety z łanem zboża…

Czas, który jeszcze przed nami,

w szklanych urnach klepsydr

zaświeci i spłonie podpalony

ostatnim naszym ziemskim słońcem…

Karawan wiatru szybko zabierze

na cztery strony świata proch gorący,

który jedynie na Ziemi pozostanie

po całym tym zamieszaniu, jakim było życie…


Ta cienka książeczka, właściwie opowiadanie, podobnie jak poprzednia książeczka „Dziewczynka z książką” powstała dzięki przepięknej, bardzo starej figurce przedstawiającej kobietę z łanem zboża i małemu staremu ryngrafowi z Częstochowy. Stanowiły one dziwną inspirację. Piszę dziwną, dlatego że znów ku mojemu zdziwieniu nie wymyślałam treści. Ona powstała w kilka bardzo krótkich godzin, pisana dłonią moją, prowadzoną jakby przez Wyższego, co wyraźnie czułam. Nie odrywałam się od pisania, treść pojawiała się sama. Ani przez chwilę nie zastanawiałam się, co będzie dalej i sama byłam ciekawa, co tam dalej się pojawi! To bardzo dziwne dla mnie doświadczenie, dotąd nieznane, jednak bardzo piękne. Odbieram je jako dar od Boga...Na zakończenie znów tylko wplotłam pasujące własne wiersze i napisałam podsumowanie. Wmontowałam też własne przeżycie senne z Planetą Ziemia, ale przeżycie to podarowałam, przypisałam w książce Krzysztofowi. Te dodatki zostały dołączone po napisaniu samej treści. Być może znów nieświadomie opisałam czyjąś historię w sposób dosłowny, a może zbliżony…? Jakkolwiek było, liczy się przesłanie duchowe. Tą książeczkę/opowiadanie mogą przeczytać zarówno starsze dzieci, młodzież, jak i osoby dorosłe. Myślę, że komuś ona coś da, coś wniesie w jego życie, choćby nawet jakieś przemyślenia, wzruszenie, jakieś drgnięcie serca. Podobnie jak w poprzedniej proszę o przeczytanie jej właśnie SERCEM.

/Autorka/

Święta skala Solfeggio

Jadąc pociągiem, autobusem, własnym autem, bądź przemierzając wakacyjną porą kraj na piechotę, w pewnym momencie zobaczymy górę, a na niej prastary klasztor franciszkański. W dawnych czasach bracia zakonnicy zwani przez miejscowych mnichami poświęcali się, jak zresztą zawsze modłom oraz pracy. Uprawiali wielki piękny ogród pełen warzyw, owocowych drzew i krzewów, kwiatów, cudownych róż i ziół. Mieli dwie krowy dające mleko pachnące koniczyną, mieli stadko kur, mieli wielki piec do pieczenia chleba, a więc niczego im nie brakowało. Mieli także pasiekę. Sporządzali mikstury, maści, nalewki, miody, zaprawy, ręcznie przepisywali prastare teksty klasztorne dla potomnych, medytowali, śpiewali...Brat Antoni przygrywał na fletni, a głos jej niósł się po wsi i okolicy przedziwnym echem i kładł się na sercach słuchających jakby plastrami miodu...Do mnichów przychodzili mieszkańcy wioski i okolic oraz pielgrzymi, a czasem jakiś zabłąkany samotny turysta, wędrowiec. I zawsze znajdował tu odpoczynek, strawę i dobre słowo. Pewnej nocy, a właściwie to już świtem, mnichów obudził płacz niemowlęcia, niby kwilenie jakiegoś zwierzątka. Koszyk stał tuż pod ciężkimi drzwiami wejściowymi, muru nikt nie musiał pokonywać, gdyż wrota w murze tradycyjnie pozostawały otwarte dzień i noc. Brat Jan w nocnym stroju i sandałach z rzemyków ubranych pospiesznie na bose stopy stał po chwili w otwartych ciężkich, brązowych, rzeźbionych drzwiach ze wzrokiem w najwyższym zadziwieniu wbitym w zawartość koszyka. Niemowlę było zadbane, otulone wełnianym okryciem, z boku miało włożoną butelkę napełnioną mlekiem i… nic więcej. Żadnej karteczki, żadnej informacji, nawet imienia dziecka. Podobne historie działy się, ludzie nie mając wyjścia pozostawiali niemowlęta zakonnikom, jednak tym zakonnikom, w tym klasztorze zdarzyło się coś takiego po raz pierwszy.

To chłopczyk, zabrzmiał głos mnicha Jerzego. Wokół koszyka postawionego teraz na stole w przytulnej kuchni pachnącej świeżym chlebem i ziołami zrobiło się teraz tłoczno. Krąg otaczał niemowlę, które zwyczajnym, radosnym wzrokiem spoglądało na twarze braci zakonników. Co teraz zrobimy? Nic, ochrzcimy chłopca, nakarmimy, mleka jest przecież codziennie pod dostatkiem, wszelkiego zdrowego jedzenia na później też. W czym problem? Nie ma problemu! Jak powiedzieli, tak zrobili. Na chrzcie nadali mu imię Patryk i przygotowali dla niego małą, przytulną izdebkę w pobliżu własnych komnat, w których spali, aby mieć go zawsze na oku. Chłopiec był pogodny, spokojny, często się uśmiechał, nie płakał właściwie prawie nigdy. Nie tylko nie przeszkadzał mnichom, nie tylko nie czuli ciężaru opieki nad nim, ale wręcz nie wyobrażali sobie już życia bez niego. Nawet przyłapywali się na lęku, że któregoś dnia kogoś ruszy sumienie i przyjdzie po niego. Tak się jednak nie stało ani teraz, ani przez najbliższe lata. Chłopiec nigdy nie chorował, rozwijał się zdrowo, codziennie przed snem i w ciągu dnia słuchał dziwnej melodii fletni, na której grał brat Antoni. Chłopiec posiadał poczucie humoru i bardzo lubił psocić i droczyć się z mnichami, czasem dla żartu wyśmiewając ich słabości i przywary, a oni również w żartach gonili go z miotłą lub ścierką, śmiejąc się przy tym do łez… Uczyli chłopca liter, czytania, rysowania, opieki nad ogrodem, pasieką, zwierzętami, opowiadali mu baśnie, uczyli pieczenia chleba i rozmowy z Bogiem. Wystrugał mu brat Józef z lipowego drzewna piękny wóz z konikiem oraz komiczną figurkę grubego brata Antoniego trzymającego fletnię na ramieniu....Chłopiec wędrował codziennie w ciepłą porę roku po urokliwych okolicach klasztoru, zawsze miał kijek wędrowca, aby łatwiej mógł wspinać się na pagórki, miał też mały plecaczek z piciem i prowiantem, oraz czapeczkę z daszkiem na głowie, krótkie spodenki i płócienną koszulę.


Tak mijał czas. Ludzie przychodzili do klasztoru po miód, mikstury ziołowe i maści, po błogosławieństwo, po różnego rodzaju ratunki. Przychodziła regularnie młoda smutna kobieta, bardzo biedna kobieta, przynosiła co miała, w zamian biorąc to, co potrzebne. Zakonnicy brali od niej to, co przynosiła, aby nie sprawiać jej przykrości, jednak w zamian obdarowywali ją bardzo hojnie, nieporównywalnie do jej darów. Kobieta miała zalękniony, jakby szukający czegoś, a może kogoś, wzrok… Patryk jednego dnia podbiegł do niej z zerwanym odruchowo polnym kwiatkiem i z promiennym uśmiechem włożył jej w dłoń, niby skarb najcenniejszy. Kobiecie prawie stanęło serce, łzy szybkim, cienkim sznureczkiem potoczyły się po policzkach. Nagłym gestem przygarnęła i uścisnęła chłopczyka, pragnąc, by ta chwila trwała wieczność. Niech pani nie płacze, to tylko kwiatek, powiedział Patryk i spojrzał głęboko w jej spłakane oczy. Ujrzał w nich coś, czego nie rozumiał, coś, co pozostało odbite w jego oczach jak niezmywalna pieczęć. Pieczęć, której złamaniem miał zająć się los i czas o wiele, wiele później. Pewnego roku we wsi zapanowała epidemia, bardzo ciężka epidemia. Miejscowy doktor nie radził już sobie, ludzi zabierano do szpitala odległego o kilkadziesiąt kilometrów, a tutejszy cmentarz wzbogacił się o wiele grobów. Niektórzy przywozili na wozach konnych ciężko chorych członków rodzin pod klasztor…

Zakonnicy podawali im mikstury, miód, modlili się pod tutejszym obrazem, bardzo starannie, z największym namaszczeniem i w nieskończoność kreślili znak Krzyża nad wodą z własnej studni, po czym dawali chorym napić się tej wody. W taki sam sposób kreślili wielokrotnie znak krzyża nad każdym chorym. W nieskończoność też odmawiali nad chorymi modlitwę Ojcze Nasz, akurat tą i wielokrotnie. Brat Antoni siadał na dworze pośród chorych i grał....grał… i grał na swojej fletni przepiękne melodie o dziwnie brzmiących chwilami dźwiękach, a nuty zdawały się uciekać z pięciolinii i szybować gdzieś w głębiny kosmosu i głębiny ludzkich serc, dusz, umysłów. Dziwnym jakimś zbiegiem okoliczności, wszyscy ci, których przywieziono pod klasztor przeżyli. Dziwnym zbiegiem okoliczności nie zaraził się żaden z zakonników, ani Patryk, który w wielkim poświęceniu pomagał mnichom w obsłudze chorych. Rodziny powróciły ze swoimi ozdrowiałymi chorymi do domów…

Wtedy coś zaświtało w głowach mieszkańców. Zastanawiali się nad przyczyną cudownych uzdrowień i sami zdrowi w tym momencie też wybierali się po błogosławieństwo, po mikstury i po miód do mnichów, gdyż jedynie w tym dopatrywali się wytłumaczenia tamtych dziwnych ratunków. Błogosławieństwo, modlitwa mnichów, woda naznaczona krzyżem, oraz ich zdrowe produkty z pewnością miały znaczenie, jednak w przypadku takiej epidemii, to musiało być też coś mocniejszego. Tylko CO??? Może wszystko razem, ale brakowało w tej całości jakiegoś ważnego ogniwa…

W senne letnie popołudnie mieszkańcy wsi odpoczywali jak zresztą codziennie pod chmurką, wsłuchując się w sięgające niebios tony fletni dobiegające z klasztornej góry. Nie były słyszalne tak dobitnie, tak wyraźnie, jak na samej górze, jednak docierały niesione letnim wiatrem do mieszkańców wioski. W tej muzyce coś jest… zauważył jednego dnia ktoś z mieszkańców. Odtąd tłumy wchodziły na górę słuchać życiodajnych tonów. A brat Antoni grał, grał i grał...Ludzie żyli w zdrowiu, a gdy ktoś poczuł się gorzej, natychmiast zmierzał na górę. Przyprowadzano tam nawet zwierzęta. Ludzie nie tylko nie chorowali, dziwnie rozwiązywały się życiowe problemy, wszyscy żyli w zgodzie… Widać to czarodziejska fletnia!!! Tak tłumaczyli sobie skutki słuchania jej dziwnych dźwięków. Mnisi posiadali spisane nuty do melodii wygrywanej na fletni, jednak brat Antoni nut nie potrzebował, znał je na pamięć. Księga z nutami spoczywała w tajnym skarbcu klasztornym i zamykana była na równie tajemniczy klucz. Klucz stary, duży, ciężki. Przed nikim jednak nie trzeba było dotąd niczego ukrywać. Każda sielanka ma to do siebie, że zawsze nadchodzi jej kres, aby być może życie wzbogacone o nowe wydarzenia, nie koniecznie radosne, przyniosło dalszy rozwój, jakiś sens znany być może jedynie samemu Bogu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 39.62