E-book
20.48
drukowana A5
43.07
Opowiadania

Bezpłatny fragment - Opowiadania

o niewinności


Objętość:
121 str.
ISBN:
978-83-8431-676-4
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 43.07

Dla Fabiana

Ukąszenie

...czasom niewinności…

Nie pamiętam jej imienia. Jest bez znaczenia jak wszystkie dzisiejsze imiona, które musimy wybierać z rejestrów. Imiona — pieczątki, imiona — cyfry, imiona bez znaczeń. I nie wiadomo czy to brak wyobraźni sprawił czy coraz większa liczebność grup, w których na co dzień przyszło nam żyć, że imiona już nic nie znaczą.

Dlatego jej imię jest nieważne, wprowadziłoby tylko zamieszanie i przez chwilę ktoś z was mógłby nawet pomyśleć, że ją zna.

— Będę nauczycielką, nauczycielką rosyjskiego. Lubię ten język. Jestem najlepsza w szkole. Kiedy byliśmy na wycieczce z TePePeR w Odessie, w zeszłym roku, podali nam ryż do kurczaka, a nie ziemniaki, chichichi…, a bileterka w muzeum antropologii i ateizmu, takim kościele bez ławek, pomyliła mnie z grupą komsomolców z Charkowa. W ostatniej chwili, bo nie miałam czerwonej chusty, się zorientowała… czy zorientowała się. Jak się w zasadzie powinno powiedzieć? Ale skąd ty masz to wiedzieć, brudasku? Chichichi… Po kim nosisz żałobę za paznokciami? Masz chusteczkę, wytrzyj chociaż nos. Nie oddawaj mi jej, chichichi… bo jest jednorazowa.

Mówiła dużo i ciekawie. Szybko i wyraźnie. Miała bialutki puszek jak kocyk na przedramieniu i policzkach. Zawsze go oglądałem. Pachniała mydłem. Skończyła ósmą klasę.

— Nie wiem dlaczego zadajesz się z tymi brudasami. Cały dzień ganiacie po piwnicach, koksowniach i ruderach. Oni tak muszą, bo ich matka nie gotuje obiadu i kradną co popadnie, z dzikich gołębi zupę gotują, lizaki ze sklepu kradną, tyłki łopianem podcierają, chichichi…, a ten najmniejszy to nawet przebił sobie rękę zardzewiałym gwoździem i nikt mu nie przemył rany wodą utlenioną. Wiesz co z tego może być? Gangrena. Zresztą na co mu ręka, moja mama mówi, że i tak taki kołek nigdy nie nauczy się pisać. Pamiętaj, żebyśmy wracając z powrotem kupili chleb i masło, bo mają dopiero przywieźć. Wszystkie półki w sklepie są puste.

Rzadko milczała. Dlatego bardzo lubiłem przychodzić do niej, kiedy nie miałem gdzie się podziać. Chodziłem tak za nią wszędzie: na zakupy, do kościoła, do krawcowej, do babci, gdy swemu dziadkowi niosła obiad w kance… i czekałem na nią przed wejściem jak wierny pies. Opowiadała szczegółowo o wszystkich spotkaniach, kto jak był ubrany, co mówił, a co powinien był powiedzieć. Co wypada, a co nie. Nie miałem siostry, dlatego mnie to nie nudziło. To był świat, którego nie znałem. Nigdy mnie niczym nie poczęstowała, nawet wtedy gdy siedziałem przy stole, a ona jadła obiad.

Wczoraj zrobiliśmy z kolegami kilka małych okrętów z kory lipowej, żeby je zwodować na kanale. Całą noc śniły mi się okręty pełne marynarzy-mrówek. I mój okręt — Odyseusz. Robiliśmy wiele okrętów. Ze styropianu, z kory, z kartonu nasączonego ciekłym woskiem. Do wszystkich wkładaliśmy mrówki, czarne, czerwone, białe, leśne. Niektóre przepływały cały kanał i wpływały do rzeki, a stamtąd na pewno do morza, Bałtyku, a stamtąd… to już nie przelewki. Każdy okręt miał nazwę i swoją historię, wszystko spisywaliśmy w specjalnym kajecie, gdzie na tytułowej stronie Paweł starannie wykaligrafował: Hiszpańska armada. Wczoraj miał się odbyć nasz największy desant. Tylko mój rower ma bagażnik, dlatego wiozłem wszystkie, a największy, trójmasztowiec z polakierowanego kartonu, trzymałem w prawej dłoni. Wjechałem jednak na kamień i nie utrzymałem kierownicy. Zdarłem sobie łokcie i policzek. Wszystkie stateczki rozsypały się w drobny mak, a mrówki uciekły z rozbitych słoików.

Dzisiaj mieliśmy budować ziemiankę w lesie, ale już beze mnie. To była moja kara. Trwała zwykle trzy dni, zanim mogłem do nich wrócić. Odkąd pamiętam zawsze w takich chwilach chodziłem do niej.


Była dziewiąta rano i ostatni tydzień wakacji. Tym razem szliśmy do dentysty. Bolał ją ząb od dwóch dni. Nie mogłem wyjść z podziwu, że mimo bólu tyle gada.

— Brzydzę się tej dentystki, ma żółte palce i pali papierosy, ale na prywatnego dentystę szkoda pieniędzy. Co innego prywatna plomba, chociaż moje zęby i tak się nie psują. Nie lubię jak ktoś nie dba o zęby. Od razu śmierdzi mu z ust, że czuć na oddech. Wyrywanie prywatne i państwowe jest takie samo, ale plomba już nie jest taka sama. Zadam ci zagadkę i jak tu przyjdę z wyrwanym zębem masz mi odpowiedzieć. Co jest na północ od bieguna północnego? To nie jest trudne.

Weszła do gabinetu. Na północ od bieguna północnego? Przecież tam już nic nie ma. Może południowy? Siedziałem na krześle w poczekalni i machałem nogami.

Ząb ją boli, a gada jak gdyby nigdy nic i zagadki dziwne zadaje. Wyciągnąłem ulubionego kapsla i pstrykałem po posadzce. Gorące powietrze leniwie przewalało się przez okna do środka.

Na pewno już wybudowali bunkier, ziemiankę, mieliśmy rozpalać ognisko. Myślałem o moim wspaniałym, cisowym łuku. O tym, że jak napnie się jego cięciwę z miedzianego drutu to wystrzeli wyżej ponad najwyższe sosny w lesie.

Pogrążony w rozmyślaniach, ledwie zauważyłem jak wyszła z gabinetu. Trzymała się za policzek i kiwnęła na mnie głową. Wyszliśmy.

— Bolało? — spytałem z przerażeniem.

— Bolało, bolało, a co miało robić? Dziewczyny są odporne na ból, nie beczą jak wy.

Przeszliśmy parę ulic i zatrzymaliśmy się przed sklepem. Weszła i szybko wyszła z gorącym bochenkiem chleba i kostką masła.

— I co z tym biegunem, brudasku?

— Może biegun zachodni? Nie, nie wiem, może nic nie ma.

— O Boże jaki filozof. Jak może być nic?

— A ty wiesz?

— Ja tylko się ciebie pytam. Jak wiesz to powiedz. Mój kuzyn wie, ale on studiuje fizykę i mówił, że w czasie urojonym jest wszystko, czyli możliwy jest każdy kierunek. Czy coś takiego. Jaką mam ochotę na tę chrupiącą piętkę chleba z masłem. Nie martw się, zostawię zakupy i pójdziemy zobaczyć czy wybudowali tę ziemiankę, zakradniemy się… Paweł też tam będzie?

— Chyba tak, a co podoba ci się?

— No co ty — zaprzeczyła bez przekonania. Kilka razy byłem posłańcem pomiędzy nimi, a w zasadzie to pomiędzy nim a nią. Jako najmłodszy niosłem dla niej od niego wyszarpane przez dziurę w płocie kwiatki czy ukradzione owoce w papierowym worku po mące, albo bursztyny przywiezione znad morza.

— Mogę mu powiedzieć, że go lubisz. Wszystkie dziewczyny go lubią i proszą, żeby mu to powiedzieć. Jest najstarszy, największy i najmądrzejszy. Idzie do średniej szkoły i wymyśla najfajniejsze zabawy, a prawie w ogóle nie przeklina.

— Nic mu nie mów! Jakie wszystkie dziewczyny — skoro ja nie? A zresztą i tak mnie nie interesuje.. chichichi… brudasku. W tej mieścince nikt mnie nie interesuje.

Weszła do swego domu, a ja usiadłem jak zwykle posłusznie na ławce przed domem. Zatrzymywałem magnesem sekundnik w Poljiocie. Wiedziałem o tym, że jej ojciec już z nimi nie mieszka, to on mi to kiedyś pokazał. Odszedł od nich jakiś czas temu do innej kobiety, parę ulic dalej. Elegancki pan, który zawsze odpowiadał: dzień dobry kawalerze lub witam kawalerkę. Równo przystrzyżony wąsik. Chodził w wyprasowanej koszuli i spodniach na kant, nawet w lecie nie nosił sandałów, zawsze tylko lakierki z dziurkami. Swoje córki obsypywał łakociami. Przychodził co jakiś czas przed swój niedawny dom, stawał po drugiej stronie ulicy i prosił któregoś z nas, żebyśmy zawołali jego trzy córki:

— Witam kawalerkę! A zawołajże któryś z kawalerów moje córuchny. Dropsa miętowego dostaniesz.

W kuchennym oknie, gdy wybiegały, pojawiała się tylko na chwilę jakaś postać i zasłaniała szybko zasłony. Ojciec siadał z córkami na ławce po drugiej stronie ulicy, brał najmłodszą na kolana i rozmawiał z nimi. Długo rozmawiał, śmiał się, a one jak małe kocięta łasiły się i droczyły na przekór. Nigdy nie widziałem go pijanego i nikt z nas nie wiedział, dlaczego odszedł do tej samotnej, smutnej kobiety, której mąż nie wrócił z zagranicy.

Wreszcie wyszła i nie bacząc na mnie udała się dróżką, prowadzącą na naszą leśną górkę w środku miasteczka, a ja pobiegłem za nią. Zrywała kwiatki i śpiewała jakąś rosyjską piosenkę, jakby nie była dzisiaj u dentysty.

— Dlaczego wasz tato z wami nie mieszka?

Zrywała dalej.

— Przecież nie jest pijakiem, nie robi awantur i nie bije was — nie ustępowałem.

Zrywała i śpiewała. I tak cały czas pod górkę.

— Źle się żyje bez ojca? Dlaczego was zostawił? Powiedz…

— Pewnie, że źle — odpowiedziała wreszcie — ale on nas nie zostawił. Nadal nas wszystkie kocha tylko inna nam go porwała. To nie jest jego wina. To wina naszej matki.

— Smutna Stefa? Jak ona mogła go porwać? Chodzi smutna i nawet się nie uśmiechnie, dzień dobry nie odpowie. A twój ojciec jak pan, a twoja mama bardzo dobra, ładna, miła pani czasem lizaka daje.

— Głupi jeszcze jesteś brudasku, tylko kapsle, łuki i okręty ci w głowie. Jakby to było najważniejsze w życiu.

— Bo jest najważniejsze. A co ma być ważniejsze? I jeszcze to, że zostanę marynarzem.

— Marynarzem? Po co?

— Żeby odkrywać nowe wyspy?

— Już nie ma co odkrywać, wszystkie wyspy zostały odkryte na wszystkich morzach, brudasku, chyba że polecisz w kosmos. O tak, tam jest wiele do odkrycia.

Uśmiechnęła się serdecznie, mimo że jeszcze ją trochę bolała rana po wyrwanym zębie. Wyciągnęła z bukieciku czerwony kwiatek, wcisnęła do mojej kieszonki na koszulce i zapytała:

— Wiesz, co oznacza czerwień?

— Nie wiem.

— Miłość.

— Miłość?

— Tak, ale nie taka o jakiej myślisz, jak do mamy, czy Matki Boskiej… chichichi… Inna. O wiele silniejsza. Ona porwała naszego tatę. Każda kobieta ma ją w sobie, chociaż nie każda o tym wie, że może porwać mężczyznę jakiego tylko zechce. A on leci jak ćma do ognia. Babcia mówi, że tylko chory i stary jest na to odporny.

— Dlaczego nie każda o tym wie?

— Bo tak już jest. Jedna wie, a druga nie wie. Moja matka na przykład nie wie. Ja, gdybym tylko chciała, mogłabym na przykład porwać pana od matematyki. Ten przygłup oczu nie może ode mnie oderwać, gdy zrobię tak… i wykrzywiła dziwnie twarz.

Nagle serce mi podskoczyło. Ledwie weszliśmy na polanę porosłą ostrą trawą do kolan, a tuż z brzegu ujrzałem wielką dorodną kanię z kapeluszem większym niż patelnia. Zanim spuściłem z niej wzrok kątem oka widziałem następną i następną. Cała polana była piegowata od płowych, wielkich i mięsistych kani.

Zrywaliśmy jędrne kapelusze i kładliśmy jeden na drugim. Na myśl o smażonej kani w panierce zacząłem przełykać ślinę. Zerwaliśmy z pięćdziesiąt, ręce pachniały cierpką, ziemistą wonią podziemnej wilgoci.

Wszystkie ukryliśmy w bzowym krzaku i nakryliśmy świeżymi liśćmi i trawą.

— Ale wysyp. Jeszcze takiego nie spotkałem. Idziemy do ziemianki. Nikogo już tam nie ma — zawyrokowałem.

Dobrze, że wiedziałem, gdzie ją zaplanowaliśmy wykopać, bo inaczej nigdy byśmy tam nie trafili. Kryjówka była pomiędzy kilkoma stertami chrustu. Takie miejsca omija się szerokim łukiem, bo przypominają pułapki na dziki. Nadepniesz nogą na kruche gałęzie i lecisz w ciemny dół, gdzie na dnie sterczą ostre kije i potłuczone butelki. Wąską dróżką doszliśmy do ziemianki. Dzikie jeżyny i maliny podrapały nam nogi. Był to dół głęboki na dwa metry, przykryty z góry długimi dechami i gałęziami, pokryty starymi workami foliowymi po nawozach, zasypany igliwiem i lekkimi gałęziami. Podniosłem niewielki właz i szybko wśliznęliśmy się do środka po ścianie z gęstych, iglastych gałęzi.

— Zimno jak w kościele. Mam gęsią skórkę. — powiedziała.

Na środku stał stół, zbity z paru starych desek, a na nim stała świeczka z pudełkiem zapałek. Zapaliłem ją.

— Popatrz, popatrz na ściany. Wyżłobili swoje imiona. Zetrę je.

— Nie ścieraj, domyślą się, że tu byliśmy. Tylko ja znam drogę.

— Jak powiesz, że byłeś ze mną to ci nic nie zrobią, zobaczysz. Zaczną ciebie bardziej szanować.

Ścierała w zapamiętaniu, a biały piasek sypał się na usłane z mchu i liści siedziska. Kiedy skończyła usiadła i oparła się o piaskową ścianę.

— Jak w grobie, na tej samej głębokości grzebią trumny na cmentarzu. W zeszłym tygodniu byłam na pogrzebie ciotki Halinki. Każdy będzie miał taką ziemiankę. Chichichi… Słyszałeś o Pompejach?

— Słyszałem, słyszałem tę muzykę, Paweł mi zawsze puszcza na całe głośniki, że aż psy wyją.

Zaśmiała się.

— Naprawdę wyją i to z głośników, a nie z podwórka. Nie znasz Pink Floydów?

Ale ona machnęła ze zniecierpliwienia ręką.

— Głupotki. A teraz mała lekcja z czytania. Dobrze czytasz?

— No czytam.

— Jeszcze się nie przechwalasz jak inni. Dopiero piąta klasa. Przeczytaj co napiszę tutaj na ścianie.

I napisała powoli, krągłymi i równymi literkami.

— Dom pu-bli-czny — wysylabizowałem.

— Wiesz co to jest? — wpatrywała się swoimi zielonymi oczami, a blask świec zniekształcał jej rysy. Zacząłem się jej bać.

— Nie wiem. Może jakiś urząd?

Uderzyła mnie lekko w policzek.

— Blisko, blisko, nie jesteś taki głupi jak udajesz. Nie bój się. Powiedz. Najpierw tacy niewinni…

Nagle przez właz wpadła prosto pod jej nogi ciemna wijąca się wstążka.

— Żmija, żmija, ratunku! — krzyczała — Zrób coś!

Kłębiła się pod naszymi nogami i syczała ciemna, smukła kibić. Szukałem jakiegoś kija, ale niczego nie było pod ręką. Zastygłem w osłupieniu i strachu. Ona panicznie krzyczała i wierzgała nogami. Wreszcie kopnęła ją tak zamaszyście i celnie, że gadzina z głuchym łoskotem poleciała prosto na ścianę z iglastych gałęzi, po których instynktownie wspięła się w kierunku słońca i zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Odetchnąłem, ale tylko na chwilę.

— Boże. Ukąsiła mnie. Ukąsiła… tylko spokojnie… — upadła na ziemię zapłakana i zdyszana.

— Gdzie? Gdzie ciebie ukąsiła?

— Tutaj, tutaj. Trzeba wyssać jad, póki czas, póki jad nie dostał się do serca. Ja nie mogę bo mam ranę po wyrwanym zębie i nie dosięgnę tam nawet. Ty musisz ją wyssać. Szybko!

Wiedziałem, że wszystko zależy ode mnie. Oglądałem wiele westernów, gdzie jad żmii działał w kilka minut. Nie ma żartów. Wytarłem rękawem usta, przełknąłem do sucha ślinę.

— Gdzie jest to ukąszenie?

— Tutaj. — wskazała.

Ssałem i wypluwałem, ssałem i wypluwałem, od czasu do czasu tylko mówiła:

— Mocniej, no już wystarczy… przestań.

Wyszliśmy na zewnątrz. Znowu było ciepło. Podzieliliśmy równo nasze kanie, jedna dla ciebie, druga dla mnie, jedna dla ciebie, druga dla mnie.

— Wiesz, że chyba uratowałeś mi życie, brudasku? Jak stąd wreszcie wyjadę i będę daleko, w innych krajach, to przyślę ci kartkę. I pamiętaj, żebyś się dużo uczył i nie zadawał w ogóle z tą zgrają, a może uda ci się w parę lat jeszcze nie zmienić. Chociaż to nie zależy od ciebie. Tak już jest z każdym czy tego chce czy nie. I z nami i z wami.

Poszła parę kroków swoją ulicą, lecz nagle obróciła się i krzyknęła:

— Ty jesteś! Pamiętaj o tym, ty jesteś zawsze na północ od bieguna północnego! — pomachała mi ręką.


Nie mogłem doczekać się smaku smażonych kani i to gwałtowne, niezaspokojone pragnienie nie dawało mi spokoju, aby choć przez chwilę zastanowić się nad tym co powiedziała. Zdążyłem tylko pomyśleć, że rzeczywiście, gdy staniesz na biegunie północnym…, gdy nagle tuż przede mną wyrósł Paweł. Podniosłem wysoko głowę i ucieszyłem się.

— Patrz jaki wysyp kani. Mogę ci dać kilka. Jakie duże i grube.

— Skąd je masz?

— Znaleźliśmy… — szybko się poprawiłem — …znalazłem.

— Dlaczego kłamiesz? Przecież byłeś z nią.

— Paweł, wszystko ci opowiem. To nie ja zmazałem wasze imiona na ścianie, to ona, a później ukąsiła ją żmija, jak Boga kocham, prawdziwa żmija.

— Żmija? — nie dał mi nawet skończyć — taka z żółtymi plamkami za skronią?

— Skąd wiesz?

— Sam ją tam wrzuciłem głąbie.

— Dlaczego to zrobiłeś?

— Za-skro-niec. Wygląda tak jak się nazywa. Przeczytaj w encyklopedii jaka jest strasznie jadowita, jeśli jeszcze nie zapomniałeś literek. Niewiniątko się znalazło. Ścichapęk. A zresztą, było-minęło, jutro rano na kanale puszczamy ostatnią armadę. Nałap mrówek ze swego ogródka i przynieś kajet. Później palimy ognisko i pieczemy kurę Majdana. W poniedziałek wyjeżdżam do szkoły. I koniec wakacji. Liczę na ciebie.

Uścisnął mi mocno rękę i poszedł.


Nazajutrz była to rzeczywiście nasza ostatnia armada w życiu i ostatni wpis do osławionego kajetu. Paweł przeczytał jeszcze raz wszystkie od pierwszego do ostatniego wpisy i zabrał go na zawsze.

Tamtej nocy po raz ostatni śniły mi się nasze okręty, pełne mrówczych majtków i bosmanów. Płynęły, płynęły, niektóre zadziobane przez dzikie kaczki inne skubane przez ryby, daleko, daleko, na biegun północny i już nigdy stamtąd nie powróciły. Od kolejnej nocy śniło mi się już co innego.

A, przypomniałem sobie jej imię, ale cóż z tego, dawno temu Słowianie, Celtowie potrafili nadawać imiona niepowtarzalne swoim dzieciom, dzisiaj imiona nic nie znaczą, a i dzieci jest coraz mniej.

Srebrna nitka

…Arturowi…

Klasa była pełna. Wakacje się skończyły. Wymienialiśmy się prawdziwymi i zmyślonymi historiami, na które tylko w tym właśnie dniu była niepisana dyspensa. W rzeczywistości większość z nas spędziła wakacje w jednym miejscu. Nie przeszkadzało to jednak zupełnie w snuciu niezwykłych opowieści o tajemniczych wujkach i ciociach z najdalszych krańców świata.

Wszyscy od razu zauważyliśmy zmianę. Nowy uczeń w klasie. Jaki tam zresztą nowy? Kilkakrotnie repetował, znany z poprzednich lat, wyrośnięty o dwie głowy, dorosły, już prawie mężczyzna o zoranej trądzikiem cerze i nieskoordynowanych ruchach. Dziecko w męskim ciele. Jego nazwisko krążyło po szkole z niesławą od kilku lat. Było już znane pierwszakom. Wzbudzało strach i niechęć. Straszyło się nim. W szkole panował zupełny ostracyzm wobec niego, nie dość, że nie wypadało z nim rozmawiać, to jeszcze gdziekolwiek się pojawiał wszyscy z piskiem uciekali od niego, zatykając sobie nosy. Celowały w tym dziewczęta. „I taki niedorozwinięty śmierdziel trafił do naszej klasy…” — myśleliśmy, a byliśmy klasą raczej ułożoną, z przedziałkiem na główce i bez żadnych, skatalogowanych na ówczesne czasy, patologii.

On siedział samotnie w ławce, nawet nie próbował nawiązać z nami kontaktu, patrzył w jeden punkt na ścianie i kiwał głową. Złorzeczyliśmy losowi, że przeznaczył nam tego, jak mawialiśmy, debila na cały rok w siódmej klasie.

Dni upływały. Artur, bo tak miał na imię, dawno pogodził się już ze swoim losem. Samotnie podpierał ściany i parapety. Wszystko wskazywało na to, że i w tym roku będzie kiblował, co nas specjalnie nie martwiło, a tym bardziej nauczycieli. Czekał na niego osławiony OHP, czyli coś w rodzaju ZK dla nieletnich w tamtych czasach.

Pewnego dnia, w drugiej części szkoły, gdzie urzędowały najmłodsze klasy, spacerując z kolegami spostrzegliśmy Artura, który podnosił jak piórko pod łokcie pierwszoklasistę i sadzał na parapecie, bezustannie wciąż coś perswadując kiwał palcem. Zakradliśmy się bliżej i usłyszeliśmy… To był Odys, najmłodszy z trzech braci Artura, przeżywający katusze szkolnych inicjacji i brzemię odziedziczonego po bracie nazwiska. Mały chlipał jak fontanna. Artur uspokajał go w niezwykle czuły, jak na siebie sposób, mówił płynnie, poprawnie, czule.

Powoli, zrazu niezauważalnie, pozwalaliśmy Arturowi brać udział w naszych chłopięcych rozmowach i rozmaitych zabawach, lecz wciąż z bezustannym dystansem. Póki co był naszym ochroniarzem w sporach ze starszymi lub większymi przeciwnikami. Dzięki niemu wygrywaliśmy prawie wszystkie turnieje w przyszkolnym lasku, w dyscyplinie zwanej od niepamiętnych lat Pojedynkiem Gigantów. Zabawa polegała na fizycznym starciu par, gdzie jeden z chłopców, zazwyczaj ten większy, cięższy, brał na barki drugiego, tworząc dwumetrowego Giganta. Ścieraliśmy się w powietrznych zapasach, a ten któremu udało się zrzucić lub przewrócić przeciwnika wygrywał. Wiele rąk i nóg zostało zwichniętych, złamanych i ucierpiało w rozmaity sposób. Wszelkie metody walki były dozwolone, jednak panował niepisany kodeks honorowy, jak na przykład zakaz ataku od tyłu, kopania, gryzienia czy sypania piaskiem w oczy. Najczęściej były to starcia drużynowe, klasa na klasę, rzadziej indywidualne. Rządziła nieubłagana taktyka walki grupowej. Do dziś pamiętam ekscytujące wrażenie, gdy spadało się z ramion wielkiego kolegi na piasek, dziękując Bogu, że nie było tam kamienia. Walczyliśmy w zwałach czerwonego piachu, którego cierpki smak czuję do dziś. Artur trzymał mocno, był lojalny, najwyższy, najsilniejszy, więc haniebnie gnębiliśmy odwiecznych przeciwników.


Artur wspierał nas w zamian za akceptację, a my kierowaliśmy nim sprytnie jak golemem i ten niezwykły sojusz okazał się korzystny dla obu stron. Jedynym mankamentem był nieznośny zapach. Nie był to zapach brudu, raczej zapach skóry, kwitnącej skóry, która wydzielała bardzo obficie mieszający się łój z potem.

Zaakceptowaliśmy jego fizjologiczną odrębność, czerpaliśmy z tego korzyści, jednak w połączeniu z jego natrętnym infantylizmem w głębi serca był dla nas ciągle niedorozwiniętym kolegą, który w zabawie mógł „niechcący” przytulić zbyt mocno, niczym Frankenstein. Był nam wdzięczny, chociaż za tyle. Wcześniej nie zaznał nawet takiej odrobiny życzliwości. Między nami wytworzyła się dziwna więź jaka może wytworzyć się między słabym, ale błyskotliwym chłopcem a siłaczem o dziecięcym umyśle. Pewnie archetypiczny zawiązek wszelkich społeczności, plemion. W zamian byliśmy silniejsi fizycznie, a on rozsądniejszy, uczestniczył w naszych rozmowach, spisywał zadania domowe, choć trzeba przyznać, że zawsze chciał zrozumieć to co przepisuje. Tłumaczyliśmy więc co tylko potrafiliśmy wytłumaczyć. I, o dziwo, spostrzegliśmy, że powoli chwyta, powoli układa domino.


Jego sytuacja znacznie się poprawiała. Kiblowanie i OHP nie były już tak pewne, ku zdziwieniu ciała pedagogicznego. Artur coraz częściej przejawiał wolę zrozumienia, a nawet wtrącał się do dyskusji na lekcjach. Nauczyciele obciążeni wizerunkiem Artura z lat poprzednich nie mogli jeszcze w pełni dostrzec rzeczywistych zmian jakie w nim powoli zachodziły. Po raz pierwszy nie dostawał pał z odpowiedzi. Wcześniej przy każdej próbie wywołania go do odpowiedzi oświadczał, że nic nie umie i siadał. Teraz podchodził do tablicy, odpowiadał jak tylko potrafił, wiązał logicznie wątki, bo nikt się nie śmiał. Powoli, powoli, otwierał się.

Próbowaliśmy mu podpowiadać, lecz przez swoją wrodzoną niezgrabność nie potrafił powtórzyć bezbłędnie, przekręcając w komiczny sposób nasze podpowiedzi. Pewnego razu zapytany przez nauczycielkę z geografii o trzy największe miasta Japonii, oprócz stolicy, bezbłędnie wymienił: Kioto, Osakę i zamilkł, szukając w pamięci przewracał oczami. Kierowani szczytną intencją szeptem podpowiadaliśmy, sylabizując: Jo-ko-ha-ma… Artur z nieukrywanym triumfem w głosie powtórzył: O-ko-ha-ma, widząc zdziwienie na twarzy nauczycielki i rozdziawione w podpowiedziach nasze gęby, fatalnie się poprawił: Za-ko-ha-na? Salwy śmiechu, a na koniec dla oziębienia emocji pała. Dziś wiem, że nie było to tylko szkolne przejęzyczenie, ale potworny głód miłości i akceptacji.

Innym razem na pytanie nauczycielki z biologii: Co to jest ewolucja?, Artur opierając się bezkrytycznie na fragmentach zasłyszanych podpowiedzi z rozbrajającą szczerością w głosie odpowiedział: „Ewolucja to proces w środowisku żrącym się.” Z perspektywy lat trudno odmówić tej odpowiedzi wdzięku i życiowej prawdy.

Przestaliśmy podpowiadać, bo było jasne, że Artur nie potrafi przetwarzać informacji, lecz je bezkrytycznie kopiuje bez jakiejkolwiek logicznej kontroli. Odruchy warunkowe. Kiedy przestaliśmy podpowiadać to jego samodzielny wysiłek umysłowy wreszcie przynosił efekty.

Zazwyczaj milczał, a teraz głosem po mutacji wprowadzał jakiś nowy wymiar w układ naszych oddziaływań, z których nigdy od razu nie można sobie zdać sprawy.


O ile męska część klasy powoli akceptowała Artura lub zachowywała dobrotliwą neutralność, o tyle piękniejsza część nie mogła przełamać w sobie fizycznej odrazy. Dziewczęta nie ukrywały tego.

Minęła zima. Kończyła się wiosna, wkrótce nadchodził Dzień Dziecka. Koniec wiosny był bardzo upalny. Uprosiliśmy więc naszą wychowawczynię, aby uczcić ten dzień na jednej z plaż naszego ślicznego jeziora. Nauczycielka, pani Zosia, po kilku dniach oporu w końcu uległa.

W czerwcowe przedpołudnie wyruszyliśmy do odległego w leśnej części brzegu jeziora. Przy ośrodku wczasowym znajdowało się największe molo. Każdy miał ręcznik, kąpielówki i prowiant. Dziewczęta triumfalnie niosły kąpielowe stroje i bieliznę na zmianę. A my cierpliwie kroczyliśmy obok z nadzieją, iż może uda nam się zobaczyć to, co najbardziej ukrywają.

Było gorąco, przedwakacyjny nastrój udzielał się wszystkim. Szczebiotaliśmy jak młode szpaki na czereśni nieustannie wyrządzając sobie znane całym pokoleniom psoty. Nastrój wesołości udzielał się również naszej surowej wychowawczyni, pewnie dlatego, że szła pochłonięta rozmową ze swoim kandydatem na męża.

Drewniany pomost był ciepły od słońca. Jakie to miłe. Staliśmy przy brzegu w strojach kąpielowych, słuchając wytycznych pani Zosi o bezpiecznym zażywaniu kąpieli, co chwila przerywanych basem przez obiekt wzruszeń jej serca, dziarskiego pana Wojtka. Wesołość sięgnęła zenitu, gdy zobaczyliśmy go niebawem w luźnych, białych, w granatowe paski, pantalonach do kolan ze sterczącym brzuszkiem. Wtedy nas to bardzo śmieszyło, wtedy liczyły się tylko obcisłe kąpielówki.


Rozpoczęła się kąpiel. Wzajemne popisy pływackie, zażarte dyskusje o ledwie co napotkanych okazach fauny i flory. Spory nie miały końca. Czy sum może utopić człowieka? Czy w naszym jeziorze można pływać łodzią podwodną? Co znajduje się na jego dnie? Artur ochoczo wspierał nas tym razem jako skocznia wodna. Legliśmy mokrzy na ciepłym pomoście w gorącym słońcu, dyskretnie zerkając na pączkujące piersi naszych dziewcząt.

Pochłonięci słodką bezczynnością nagle usłyszeliśmy przytłumione krzyki i gwałtowne pluskanie wody. Za mostem przy drabince w najgłębszym miejscu, bezwzględnie zakazanym przez panią Zosię, tonęły dwie dziewczyny.

Wypłynęły razem ukradkiem i jedna z nich niespodziewanie straciła płynność, chwyciła drugą za nogi aż obie wpadły w histerię, topiąc siebie nawzajem w poszukiwaniu ratunku. Nauczycielka zbladła. Znieruchomiała. Pan Wojtek w swoich pantalonach biegał bezradnie po moście, machając rękami jak nielot. Pomimo tego, że umieliśmy pływać prawie wszyscy, nikt z nas nie odważył się skoczyć na pomoc. Nie były to już tylko dziewczęta, lecz dziewczęta najbardziej rozwinięte z całej klasy, całkiem obfite kobiety. Zapanował ogólny paraliż, a dziewczyny, tracąc siły, szły raz za razem pod wodę.

Wtem zafurkotała woda i między niedoszłymi topielicami wynurzyła się głowa. Artur. Z niezwykłą lekkością w ruchach chwycił za włosy jedną z nich i odholował do drabinki. To samo uczynił z drugą. Zaniemówiliśmy z podziwu. Artur z umiarem klepał je na przemian po plecach. Kilku z nas po tym wszystkim zaczęło klaskać, uratowane dziewczęta siedziały nieruchomo na moście jak syreny. Słońce świeciło na ich mokre włosy, które wyglądały gdzieniegdzie jak srebrne nitki.

Następnego dnia słuchaliśmy przez dwie lekcje gorzkich, celnych wyrzutów i gróźb wychowawczyni. Arturowi udzielono pochwały, dwóm niesubordynowanym dziewczętom obniżono sprawowanie. Wszystko jednak odbyło się w poczuciu ulgi, idziemy do przodu, bo nie skończyło się źle.

Rok szkolny dobiegał końca, złe nastroje szybko mijały i z nieokiełznaną wolą życia, jaką zna tylko dziecko, ruszyliśmy przed siebie, zapominając o wszystkim poza sobą.


Nastały nerwowe dni wystawiania rocznych ocen z przedmiotów. Artur był zagrożony już tylko z polskiego. Nauczycielem polskiego był introwertyk z kozią bródką o naukowych ambicjach, którego los przeznaczył na nauczyciela w szkole podstawowej w gminnym miasteczku. Był złośliwy, piekielnie wymagający i tak przemądrzały jak może być przemądrzały, niedoszły poeta. Tylko sobie postawiłby czwórkę z plusem. Wiadomo. Pał było więcej niż drzew w puszczy. Szczególnie z wypracowań. Na jednej z lekcji nauczyciel oświadczył, iż mamy tylko trzy dni na napisanie wypracowania, z którego ocena ostatecznie rozstrzygnie o całorocznych losach każdego z nas. Stawka była duża, a temat szeroki: „Marzenie mojego życia”. Na szczęście o naszych losach miała zdecydować wyobraźnia, a nie zasób wiedzy jak to bywało zwykle, dotyczący bohaterów nudnych lektur i jeszcze nudniejszych reguł gramatyki.

Minęły trzy dni. Język polski był pierwszą lekcją w ostatnim dniu tygodnia. Przyszliśmy do szkoły o pół godziny wcześniej jak to zwykle bywało w letnie, długie, ostatnie dni nauki. To był bardzo ciepły czerwiec. W powietrzu rozchodziły się zapachy kwitnących drzew i kwiatów, ciepły powiew mieszał myśli w młodzieńczych głowach.

Wymienialiśmy między sobą pośpieszne uwagi o wypracowaniach, czytaliśmy fragmenty, robiliśmy dopiski, poprawialiśmy błędy. Ku zdziwieniu wszystkich Artur także wyciągnął zeszyt. Zerknęliśmy z grzeczności… Wypracowanie było niedługie, ale jakże fantastyczne! Prosiliśmy, żeby je nam przeczytał na głos.

Słuchaliśmy w skupieniu i patrzyliśmy z niedowierzaniem jak zaczarowani. Wszyscy mieliśmy uśmiech dumy na twarzy. Artur napisał prostolinijnie, lecz z niezwykłym ładunkiem obrazowości i uczuć. Marzył, że siedząc na księżycu łowi na wędkę o srebrnej nitce ryby z planety Ziemia, a gdy już podrywa wędzisko do góry to one błyszczą na niebie, jak gwiazdy zawieszone na cieniutkiej, srebrnej nitce. I on czuje żal, że nie chce ich zjeść, dlatego zaprzęga ryby do Wielkiego Wozu i wędruje ze swoim bratem Odysem po całym wszechświecie… To było piękne. Sztuka słowa ma siłę łączyć ludzi. Wszyscy to chyba poczuliśmy bezwiednie właśnie wtedy. Byliśmy odporni na wszelkie piękno prozy i poezji, ukazywanej w szkole przez żmudne charakterystyki postaci i analizę środków poetyckich. Teraz zagrało.

Wyobraźnia Artura zafascynowała nas wszystkich, nawet prostackiego Zdzicha, który jeszcze w dzieciństwie odrąbał sobie przypadkiem wskazującego palca, dzięki czemu był zwolniony z nauki gry na flecie. Zawsze z pogardą wyrażał się o wszelkim pięknie, ale tym razem milczał. Artur, ten „niedorozwój” jak niestety o nim jeszcze czasami mówiliśmy, paroma zdaniami obudził drzemiącą w nas, zdawałoby się już na zawsze, poetycką wrażliwość, to czego szkoła nie potrafiła uczynić przez kilka lat.

Rozpoczęła się lekcja polskiego. Nauczyciel miał w zwyczaju wyrywać do głośnego czytania trzy osoby, pozostałe zeszyty sprawdzał w domu. Wszyscy pragnęliśmy, aby na głos odczytał swoje wypracowanie Artur. I za cudownym zrządzeniem losu tak się stało. Był trzecią, ostatnią osobą, która odczytywała swoje „marzenie”. Nauczyciel zwrócił się do niego jak zawsze lekceważąco, po nazwisku, pytając czy w domu nie ma chociaż zgrzebła, aby się uczesał, pewny iż usłyszy bełkot nad bełkoty i z czystym sumieniem trzeci raz z rzędu… Wrażenie było porażające.

Tak działa prawdziwa sztuka, a ze zdwojoną siłą, gdy działa z zaskoczenia. Nauczyciel rozdziawił usta i wybałuszył oczy. Poeta w nim jeszcze nie umarł. Artur czytał powoli, dokładnie, świetnie jak trzeba, widać, że znał dobrze swój tekst i czuł jego piękno. Nagle w ciągu jednej chwili „debil” przeobraził się w artystę. Cała klasa to czuła i widziała. Jego pierwszy triumf był całkowity, nawet dziewczęta znane ze swego wścibstwa i dokuczliwości milczały w skupieniu jak na pogrzebie. Gdy Artur skończył nauczyciel podszedł do niego i przenikliwie spojrzał mu w oczy, pytając:

— Arturze, sam to napisałeś?

Konsternacja była całkowita. Pierwszy raz w życiu zwrócił się do niego po imieniu. Artur, niczym przeobrażona larwa w pięknego motyla odpowiedział lakonicznie i z godnością:

— Tak, proszę pana.

Nauczyciel zerknął do zeszytu, poprawił parę błędów, a może ochłonął pod ich nawałem i oznajmił: Cztery… z plusem… mimo błędów oczywiście… Wykrzywił usta jakby zagryzł wargi i jak nigdy wcześniej wstał i sam podniósł kredę z podłogi. Jakiś czas patrzył na nią, aż wreszcie odłożył tam gdzie trzeba.

Radość zabłysła we wszystkich oczach w klasie. Nikt nie dostał takiej oceny. Piękno, rodząc się w jednostce, nabiera życia dopiero w relacjach między ludźmi, jest kategorią ponadindywidualną. Tej prawdzie ukłonił się i on, zgorzkniały o niespełnionych ambicjach nauczyciel języka polskiego w gminnej szkole podstawowej.

Po lekcji wszyscy gratulowaliśmy Arturowi, zapominając na chwilę o jego nieuleczalnym niedorozwoju umysłowym. Pewne było tylko to, że narodziło się coś pięknego, dobrego, prawdziwego i zawdzięczaliśmy to tylko jemu. Artur opowiadał nam o swojej pasji wędkowania i pływania. Wspominał, że przygotowuje się do egzaminu na żółty czepek podczas nadchodzących wakacji. Chciał zostać w przyszłości ratownikiem na naszej plaży. Ze wszystkich przedmiotów na koniec roku wyszedł obronną ręką. Świadectwo miał w kieszeni i nie ukrywał radości z pierwszych, radosnych wakacji.


Na szkolnym podwórzu wręczono nam cenzurki. Zapach kwiatów, soczystej zieleni, czystych, wykrochmalonych, białych koszul pokrytych w błyskawicznym tempie plamami po soku z czereśni i wiśni, wprawiał nas w stan euforii. Żegnaliśmy się ze sobą na dwa długie miesiące. Artur ściskał każdego, a niektórych podnosił i nikt tym razem się nie wzbraniał. Zaczęły się wakacje.

Już w pierwszym dniu zaplanowaliśmy z kolegami z podwórka penetrację łodzi zatopionej przy jednej z wysp jeziora na głębokości, jak liczyliśmy, około czterech metrów. Mieliśmy maski do nurkowania, płetwy, linki. Kilka razy robiliśmy już rekonesans i za każdym razem widzieliśmy to samo — na rufie łodzi znajdowała się niewątpliwie stalowa szkatułka, skrzynka — woda na młyn naszej wyobraźni. To ona była celem naszej podwodnej eskapady. Po uzgodnieniu planu działania na jutrzejszy dzień, poszliśmy na plażę, jedyną podczas wakacji atrakcję w naszym miasteczku.

A plaża była i jest piękna, o złotym piasku, trzech starych sosnach, limbach, rosnących na środku. Wokół w kształcie półkola wznosi się drewniany kompleks zabudowań o ostrych dachach i stylizowanych, alpejskich gontach, przebieralnie, kasa, wypożyczalnia sprzętu wodnego, kawiarnia z wypuszczonym tarasem. Jak zawsze, aby nie płacić za bilet, musieliśmy przedzierać się bokiem na teren plaży po pachy w zielsku i trzcinach, depcząc po zarytych w mule linach i węgorzach, trzymając wysoko nad głową ciuchy.

Rozpoczęły się orgie kąpielowych psot, popisów i zabaw. Bez końca. Tylko na krótką chwilę, żeby się ogrzać i odpocząć, padaliśmy bez siły na gorący piasek w słońcu. Plaża jest niewielka, wszyscy się znają, dlatego najnowsze wiadomości rozchodzą się z prędkością głosu. A takich wiadomości nigdy nie brakowało w sezonie letnim, gdy nasze miasteczko nawiedzali letnicy. Ileż to wówczas rodziło się jednodniowych miłości.

W godzinach popołudniowych dało się wyczuć poruszenie. Z jednego końca plaży na drugi przechylali się plażowicze niemal jak domino, szepcząc coś sobie do ucha. Wreszcie doszło i do nas. Przybiegł cały mokry i w piasku najmłodszy z nas, jąkający się Stefek:

— Ut… ut… ut… utopił się mały Siewierski! — wydukał.

— Co? Młody Siewierski? — wszyscy spytali jednocześnie. Był to brat mojego dalszego kolegi Pawła. Od razu stanął mi przed oczami jego młodszy brat Piotruś, miał z dziewięć lat. Bardzo bystry i miły chłopiec, ale zawsze wydawał się jakiś taki niezdarny…


Topielcy byli nieodłącznym tłem każdych wakacji i zim. W lecie topili się od skurczów w niestrzeżonych miejscach, a w zimie, gdy pękał cienki lód pod niecierpliwym łyżwiarzem lub wędrowcem idącym na skróty. Rośliśmy obok tego niebezpieczeństwa, każdy z nas otarł się przynajmniej jeden raz, ale nigdy nie utonął ktoś z kim bym chociaż rozmawiał. A teraz tak było. Dreszcz przeszedł po skórze. Zwinęliśmy ręczniki i pognaliśmy do swoich domów.

Drugiego dnia od rana przygotowywaliśmy się do podwodnej eksploracji. A roboty było co niemiara. Trzeba było podrobić karty pływackie, żeby wypożyczyć kajaki, zdobyć niezbędne narzędzia. W krzątaninie, jeden z kolegów opowiedział, że słyszał, iż utonęła jakaś dziewczyna ze średniej szkoły, a nie mały Siewierski. Ktoś inny poprawił, że nie Siewierski, ale jakiś mężczyzna. W jednym wszyscy byli zgodni, że domniemany topielec spoczywa na dnie jeziora już całą dobę. Próbowano nurkować, żeby go wydobyć, jednak bez skutku. Było tam za głęboko i niebezpiecznie, roiło się od konarów na dnie. Ponoć w tych konarach właśnie zaplątał się tonący. Zwłoki mieli wydobyć ściągani z województwa płetwonurkowie, jeśli wcześniej nie wypłyną same. Było gorąco.


Któryś z kolegów oznajmił, że wie gdzie rozegrała się tragedia. Nie zwlekając poszliśmy tam. Była to dzika plaża o urwistych brzegach, tuż — tuż przy samej szkole. Z brzegu sterczało zwalone w wodę stare drzewo, służące dzikim plażowiczom za kładkę i skocznię. W tym miejscu rozegrała się tragedia. Co chwila przychodzili gapie i z przekonaniem opowiadali całkiem różne historie. W jednej z nich feralnym topielcem miał być nawet sam ksiądz. Jeden wątek przewijał się nieustannie. Po południu kąpało się parę osób. Jedna z nich — dziewczyna, dostała skurczu tuż po skoku do wody i zaczęła tonąć. Szybko poszła pod wodę. Ktoś skoczył jej na ratunek i wyciągnął ją, sam jednak, nie wiadomo dlaczego, już nie wypłynął. Ratujący utonął? Nikt mu się nie przyjrzał. Był to ponoć przyjezdny, albo przyjezdna. Naszą podwodną eskapadę postanowiliśmy odwlec na czas wyjaśnienia tej przykrej sprawy, tym bardziej, że mieliśmy okazję ujrzeć na żywo w akcji zawodowych płetwonurków.

Wieczorem ktoś zapukał do drzwi. Był to Marek, kolega z klasy.

— Artur utonął — palnął bez namysłu od progu. Osłupiałem.

— Artur utonął i klasa składa się na wieniec… — powtórzył beznamiętnie. Wiedział wszystko. Jego mama miała znajomą w milicji. Wiadomość była pewna.

— Płetwonurkowie ze Szczecina jutro o jedenastej go wyciągają. Dowiedziałem się tak wiele i w tak krótkim czasie. Przez pamięć przelewał się natrętny strumień wspomnień o Arturze. Wspomnienie, gdy zobaczyłem go po raz pierwszy, jego ostry zapach, biały trądzik na całym ciele i ten głos, kiedy czytał wypracowanie o marzeniu swojego życia.

Nazajutrz wypożyczyłem z przyjacielem rower wodny. Na brzegu był już tłum ludzi, a na wodzie łódki, kajaki, rowery wodne, materace. Wszyscy zamarli w oczekiwaniu na widowisko śmierci. Wśród nich i ja. Płetwonurkowie w czarnych skafandrach, jak cienie, z lśniącymi w słońcu butlami tlenowymi, powoli majestatycznym, księżycowym krokiem wchodzili do wody, aż po chwili zniknęli w jej nieprzeniknionej dla oczu topieli. Wokół nieskalana cisza, mimo tłumu ludzi, cisza jaką wywołuje tylko zetknięcie ciepłego życia z lodowatą śmiercią. Tafla wody wciąż bulgotała jak wrzątek.

Wpłynęliśmy w trzciny, aby być jeszcze bliżej, gnani jakąś niezdrową ciekawością trupiego ciała. Niestety śruba zaplątała się w wodnej trawie i widzieliśmy wszystko przez trzciny. Na wodzie pokazała się czarna główka płetwonurka, jedna, druga i nagle błysnęło nagie ciało. Artur zastygł w pozgonnym odruchu, jak to najczęściej bywa u topielców, obrony przed wodą, której nie da się uchwycić. I kiedy go tak holowali do brzegu, jak dwa złe cienie przez Styks, z uszu i nosa zaczęła się sączyć Arturowi krew. Krótkie polecenia płetwonurków niosły się po tafli wody i wszyscy to słyszeliśmy jak gdybyśmy byli w kościele o gotyckiej akustyce. Ta krew i poza w jakiej zastygł, niczym starożytny dyskobol, na tle tłumu młodych, starych, pięknych i brzydkich, ale żywych ludzi, skamieniałych w milczeniu przed tym co i tak wszystkich czeka, były głębokim przeżyciem. Nie wiem dlaczego, ale skojarzyłem to wówczas ze wzruszeniem, jakie wywarło na mnie jego wypracowanie. Oba były namacalnym kontaktem z prawdą.


Pogrzeb odbył się po dwóch dniach. W przyszpitalnej kaplicy Artur leżał w popielatym garniturze, w którym był u bierzmowania, w drewnianej trumnie osnutej czarnym tiulem, po którego hebanowym tle biegła srebrna nitka, jednak wyglądała inaczej niż w jego marzeniu. Chociaż kto to wie co on teraz naprawdę robi? Pamiętam jak półszeptem spieraliśmy się, czy trupowi łamie się kończyny jeśli zastygł w nieformalnej pozycji? Po pogrzebie rodzina Artura podziękowała dzieciom, ustami jednej z nauczycielek, za obecność podczas ostatniej drogi ich syna i rozdano cukierki, miętowe cukierki. Rąk do torebki było tyle, że ktoś z dorosłych zaczął rzucać cukierki ponad naszymi głowami. W czasach jaruzelszczyzny cukierki były rzadkim, reglamentowanym dobrem. Odys stał długo przed świeżo usypanym grobem i cicho chlipał.

Mijały kolejne dni wakacji nad jeziorem. Często odwiedzałem grób Artura, a w międzyczasie nasza podwodna eskapada zakończyła się całkowitym fiaskiem. Deski w rufie rozpadły się, złudnie przypominając sponad powierzchni wody stalową szkatułkę.

Homar

…koneserom fałszywych owoców morza…

W ciepłe, majowe popołudnie dystyngowany jegomość przeszedł przez białą bramę komisu samochodowego Homar kredyt-lombard-leasing w dużym mieście wojewódzkim nieopodal dworca głównego. Pod elegancko wypielęgnowanymi półbutami z safianu chrzęścił granitowy, siedmiokątny grys, jakby w greckim heksametrze.

Niebawem zauważyli go wszyscy pracownicy tej szacownej, niedawno powstałej firmy w dzielnicy obskurnych, komunalnych kamienic.

Z obcą, jak na fach którym parali, tkliwością przypatrywali mu się przez okna parterowego kontenera, służącego dożywotnim „tymczasem” za biuro. Cichy szelest kwitnących kasztanów wprawiał wszystko i wszystkich w błogą senność. Przed wejściem wygrzewała się w słońcu stara agawa.

Jegomość zatrzymał się na krótko przy starym fordzie eskorcie i jakby nie widząc przeżartych rdzą progów z uznaniem poklepał go po masce i pokiwał głową w sposób w jaki kiwają tylko eksperci.

Stał dłuższą chwilę przy samochodzie, który dostojeństwem i pojemnością silnika dorównywał jemu i przyglądał się ukradkiem swojemu odbiciu w lśniącej masce. W końcu wszedł tam, gdzie wszyscy na niego czekali, do biura, i zapytał z właściwą swadą klasie ludzi, do których w głębi serca sam siebie zaliczał:

— Dzień dobry państwu. Chciałbym zamienić słów kilka z właścicielem tego… — tu na chwilę zawiesił głos, szukając właściwego słowa, rozglądając się po ścianach, gdzie można było dostrzec kalendarze dla mężczyzn — …tego przedsiębiorstwa. — dokończył.

I właśnie w tym momencie, może zbudzony zjawiskowym głosem jegomościa, a może tłustą, niebieską, szlachecką muchą, która kończyła biesiadę w dolnej części gościnnego nosa, dwuletni rottweiler Roki, z nieczytelnym, niemieckim rodowodem xero, podniósł ciężki łeb. Jego tępe spojrzenie zdradzało, że jest nieprzypadkową, nordycką ofiarą wąskiej puli genowej, ale zjawiskowa sierść zdecydowanie przeczyła, iż jego zakup był równie przypadkowy i bezmyślny.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 43.07