Ostatni pocałunek mamy na dobranoc smakował jak czekoladowy budyń, który nie zdołał jeszcze ostygnąć. Gdy zgasiła światło, wychodząc z pokoju, mały syneczek utulił się do snu.Za siódmą chmurą, tuż pod podszewką nocy, gdzie gwiazdy czyszczą swoje srebrne guziki, zaczyna się cisza, ale w pokoju Oliwiera cisza wcale nie była cicha. Miała wielkie, czujne uszy i palce tak długie, że potrafiła nimi dotknąć każdego kąta pod szafą, sprawdzając, czy chłopiec na pewno już śpi. Chłopiec wstrzymał oddech, Poczuł, jak jego kołdra robi się dziwnie ciężka i sztywna, jakby zamieniła się w gruby arkusz kartonu. Cienie, które w dzień grzecznie pilnowały nóg od krzeseł, teraz ożyły. Fotel, na którym leżała bluza, stał się Garbatym Stworem o jednym wielkim skrzydle. Szafa natomiast, zwykła szafa z naklejką lwa, w ciemności zamieniła się w Drewnianego olbrzyma, Oliwier poczuł, jak strach podchodzi mu pod gardło niczym zimna lemoniada. Szybko, szybciutko, naciągnął kołdrę na głowę, aż został z niego tylko mały, drżący pagórek na środku łóżka. Pod kołdrą świat był bezpieczny, ale bardzo duszny. Oliwier słyszał każdy szmer. Skrzyp… — ta szafa wciąż przestępowała z nogi na nogę.To coś pod łóżkiem szukało lewego kapcia. Chłopiec zacisnął powieki tak mocno, aż pod oczami zaczęły mu tańczyć kolorowe kropki. Wtedy usłyszał skrzypnięcie drzwi i delikatne kroki, Nie był to strach, ale delikatny powiew błękitnego chłodu, jakby ktoś otworzył okno prosto na wieczorne niebo. Przez szparę w kołdrze wślizgnęła się smuga światła.Nie była żółta jak żarówka ani biała jak latarka taty. Była błękitna, miękka i pachniała jak deszcz. Oliwier wystawił koniuszek nosa. Tuż obok jego łóżka stał Ayan. Był wysoki i smukły, a jego wyraz twarzy miał kolor najgłębszego jeziora. Nosił on płaszcz, który nie miał szwów, bo był utkany z czystej mgły. W dłoni trzymał małą latarenkę, w której zamiast ognia mrugała uwięziona, zasypiająca iskra. Ayan nie marnował czasu na szeptanie, uśmiechnął się do chłopca i podszedł do Drewnianego Olbrzyma, który jeszcze przed chwilą był straszną szafą, gdy uniósł swoją latarenkę, błękitne światło oblało mebel, a wtedy stało się coś dziwnego: cień szafy, zamiast uciekać, zaplątał się we własne nogi i klapnął na dywan jak wielka plama atramentu. — No dalej, wychodźcie! — zaśmiał się, a jego głos brzmiał jak brzęk srebrnych monet.Przecież widzę, że tam jesteście. Oliwier wystawił głowę spod kołdry. Zobaczył, jak ten dziwny człowieczek w utkanym płaszczu z mgły zagląda pod łóżko, oświetlając najciemniejsze kąty. Wyciągnął stamtąd trzy cienie. Wyglądały jak wycięte z czarnego aksamitu, miały wielkie, wybałuszone oczy i miny tak głupkowate, że Oliwier aż wstrzymał oddech z zaskoczenia. Cienie trzęsły się i próbowały schować jeden za drugim, ale latarnia Ayana sprawiała, że stawały się widoczne jak rybki w czystej wodzie.
Przeczytałeś bezpłatny fragment. Kup książkę, aby przeczytać do końca.