E-book
27.3
drukowana A5
82.61
Oleg

Bezpłatny fragment - Oleg


Objętość:
554 str.
ISBN:
978-83-8221-276-1
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 82.61

Wstęp

Były czasy, kiedy Ziemia pustą zdawała się być. Dwa tygodnie konno można było jechać głównymi traktami i nie uwidzieć żywej duszy. Nie było ludzi tak wielu jak dziś. Dawne to były czasy kronikarzy było niewielu. Nikt ich nie spisał, lecz wielu opowiadało. I choć było ludzi mało to jednak zasiedlali wciąż ziemie nowe, stepy i lasy. Szczególnie zaś Słowianom Jaryło musiał być łaskawy gdyż zajęli tereny od Morza Ponckiego na południu aż po Morze Lodowe na północy. Ci później Rusami zwani byli, ale zanim to nastąpiło jedni zwali się Polanami, ci nad Dnieprem osiedli. Ci z lasów i borów ciemnych Drewlanami się zwali, a ci znad Prypeci Deregowiczami, znad Dźwiny-Połoczanie od Połoty rzeczki małej, co do Dźwiny wpada. Byli jeszcze Siewierzanie znad Desny, Semy i Suły. Wiatycze, Czudowie i inni. A ci, co na zachód poszli bardzo daleko nad Dunaj i Sawę tych zwano Serbami i Chorwatami a później Jugosłowianami, czyli południowymi Słowianami. Nad Dniestrem najliczniejsi chyba swe siedziby obrali, Grecy Scytami onych nazywali, a krainę naddniestrzańską Wielką Scytią, z powodu mnogości luda w niej żyjącej. Od nich później Sarmaci się wywiedli. Jeszcze inni na zachód północny poszli nad rzekę Morawę i stąd Morawianami się zwali i Czechami. Na północ od nich ziemie nad Wisłą i Morzem Wareskim zajęli Lachy ci początkowo na Polan, Wiślan, Mazowszan, Pomorzan, Lubuszan się dzielili. Wiele rodów było, któż je dziś wszystkie zliczy. Spokojne to były rody, klany, państewka. Dobrze na ziemiach swoich gospodarzyli, na łowy chadzali, rolę uprawiali. Język niemalże ten sam ich łączył, lecz ogromne odległości dzieliły. I wiarę swą świętą mieli. Bogów swych czcili. Żyli w wolności i dostatku, bo zaprawdę nic im nie brakło na ziemiach ich tak we wszystko zasobnych. W borach jagody grzyby i inne runo leśne zbierali, mnóstwo zwierza również w owych lasach żyło; tury, łosie, jelenie, niedźwiedzie, dziki. Bobry nad rzekami w rybę wszelką obfitymi. Ptactwa mnóstwo leśnego i stepowego mieli również. A ci, co nad Morzem Ponckim i Wareskim żyli jeszcze i morskie ryby łowili. Ziemie uprawiać się nauczyli, spichlerze w długich domach pełne były, zwierzęta hodować umieli. Kraina wielka, piękna i dzika była, ale ci osadnicy ją oswajali. Grody budowali, historię naszą słowiańską zapoczątkowali. Nie jedynymi niestety na świecie byli, sąsiadów mieli. Złych i krwiożerczych do Żmija smoka z chmur czarnych bardziej podobnych niż do ludzi. Na Lachów odwieczni ich wrogowie Sasi napadali mordowali i ziemie świętą ich ojców zagarniać chcieli. Ci zaś mężnie czoła im stawiali i choć siedziby ich pierwotnie aż pod Jutlandię dochodziły to cofnęli się ku wschodowi za punkt honoru przyjąwszy nie wpuszczać Sasów za rzekę Odrę. Serbowie i Chorwaci z Gallami ze zmiennym szczęściem wojowali. Najdzikszymi jednak byli, Połowcy którzy na północ i wschód od Morza Ponckiego na stepach mieszkali, a raczej z onych na wyprawy swe łupieżcze chodzili. Tych mnogość była nieskończona. Gdy w noc ciemną ogniska swe rozpalili, to rzekłbyś rozgwieżdżone niebo na ziemię spadło, bo blask tych ognisk o mur chiński się aż odbijał. Ciężkie mieli z nimi przeprawy nasi bracia. Najgorszymi jednak ci byli, co z lasów północnego zachodu się wyłonili. Nie byli tak liczni jak Połowcy, ani tak zajadli jak Sasi. Oni gorsi od tamtych byli, bo chłodni i korzyść swą wielce kalkulowali. Na łodziach swych Morze Wareskie od ich zresztą imienia zwane przepłynęli. Rzekami ku południu i wschodowi przez prastare bory się przedarli. A gdzie nie mogli płynąć tam swe łodzie lądem po okrąglakach przeciągnęli. Lud to był rosły w boju nieużyty. Rusami się zwali, bo istotnie wiosłować sprawnie umieli. Zaskoczyli wielce Słowian najpierw tych w Nowogrodzie, później tych znad Prypeci i Suły i na końcu tych z Kijowa. Bo o ile Połowcy rzecz była wiadoma są gdzieś na stepie szerokim tak ci nagle w środku kraju stanęli, jak z pod ziemi wyrośli. Rządzić Słowianami tymi chcieli, grabić, mordować w pęta brać. Za niewolników ich mając do Carogrodu sprzedawali. I tak jak wcześniej z zamiłowania spokojnymi Słowianie ci byli, tak teraz złość i rozpacz serca im odmieniły, a że strachu nie znali, przeto bój śmiertelny z owymi wareskimi przybłędami poczęli. A bój to straszny był, bo między ich domostwami na ich ziemi. Lata całe wojowali raz jedni drugich, raz ci owych zwyciężając, ale jako się rzekło nie byli przybysze tak liczni, ulegli w końcu mężnym Słowianom i uciekłszy na północy osiedli. Lata mijały, wrogość w sercach zmiękła od innej tej lepszej strony obydwa narody się poznały i zaprosili dzielni Słowianie wrogów swych dawnych. Przybyli, przeto z rodami swymi Ruryk, który osiadł w Nowogrodzie, Sineus na Białym Jeziorze i Truwor w Izborsku. Po dwóch latach Sineus i Truwor pomarli pozostał jedynie Ruryk i on obydwoma w jedną całość już narodami zespolonymi rządził dobrze i sprawiedliwie. A kraina ta odtąd właśnie Rusią się zowie.

Tom I

Rozdział I

W promieniach zachodzącego słońca widać było step daleki, lekko pofałdowany jak wzburzone morze. Gdyby tylko mógł stać się niewidzialny, zanurkowałby w ten step, ale był on przecież wielką otwartą przestrzenią gdzie zbiega takiego jak on prześladowcy złapać mogli z wielką łatwością. Nie mógł tędy uciekać, choć tędy była mu droga. Na lewo od starego traktu rozciągał się prastary las i tam musiał się skryć, tyle, że nie chciał. Las ten był tak mroczny, gęsty, niezbadany i straszny, że nawet Chazarzy, którzy tu w dawnych czasach przybywali omijali go z daleka. Był to ostatni las przed już tylko morzem stepu, które to morze, aż do tego prawdziwego na południu docierało. O Chazarach i ich wyprawach w te okolice słyszał już dawno temu od ciotki Anny w czasach, gdy był jeszcze małym chłopcem, wtedy bał się ich dla śmiechu, a ciotka udając Chazara goniła go po czernichowskim majdanie, gdy była akurat z wizytą u ojca. Później wyjechała do dalekiej Francji i więcej się nie widywali. Dowiedział się wtedy od niej, co w tych lasach się kryje, a tego bał się już prawdziwie, choć serce było w nim mężne. Kraina ta niby już chrześcijańską była, niby lud ochrzczony, ale starzy bogowie nadal władali jeszcze umysłami ludzi, a w tym lesie najgorsi z nich ponoć mieli siedziby. Ludzie nie raz opowiadali, że gdy zmrok zapadnie na samym skraju lasu pod krzakami siedzą Kauki — stare dzieci, brzydkie i złośliwe. W dzień do lubieżności ludzi namawiające, w nocy na błota, bagna i topieliska przejezdnych wyprowadzające. Do szaleństwa ponoć potrafiły też doprowadzić i na drzewie powiesić. Inne stwory, które tę właśnie puszczę szczególnie sobie upodobały to: Strzygi, Wąpierze, Rusałki i Utopce. Szczególnie zaś dużo ponoć Utopców było i to takich w pełnym rynsztunku bojowym Waregów. Dawna legenda mówiła, że tu właśnie po przegranej bitwie, aby móc odejść spokojnie do Walhalli nawzajem mieczami się pocięli i pomarli. Właściwie nie powinni być Utopcami, bo od mieczy zginęli, ale może ze względu na to, że las cały prawie podmokły i bagienny jest a owe bagna ich wchłonęły to zostali Utopcami, a może po prostu ostatnie tchnienie życia oddali tym bagnom i dlatego, któż to dziś wie. Jedynie Rusałek bał się mniej, te w dzień atakowały i choć atak ich był słodki to finał znajomości z nimi marny. Zaczepiały, bowiem nieostrożnych mężów, którzy zbyt blisko podeszli wody. Subtelniejsze były w swym procederze od Utopców. Choć mogły będąc w kilka siłą swych czarów od razu wciągnąć w kipiel i wodne odmęty, one wolały ażeby ofiara sama ze swojej woli weszła za nimi. Dlatego zawsze były piękne, nagie, śpiewały i tańczyły przecudnie. Ofiara ich zatańczona zostawała przez nie na śmierć, bądź kończyła w wodzie. Jako się jednak rzekło Rusałki nie atakowały nocą, więc tych się nie obawiał, jednak myśl o Kaukach, Utopcach i Wąpierzach mroziła mu krew w żyłach. Spojrzał raz jeszcze na step, na zachodzące słońce, obejrzał się za siebie. Pięć metrów za nim leżał i oddychał ciężko jego koń. Wytrzymały był, ale mimo to on go zajeździł podczas tej szaleńczej ucieczki. Nawet nie ma sensu próbować postawić go na nogi i tak nie wstanie, szkoda czasu. Uniósł się lekko na łokciu, aby spojrzeć w kierunku, z którego przybył i zawył głośno, nie wiedział sam, z czego bardziej z bólu czy z przerażenia. Próbując się unieść ruszył prawą nogą i wtedy ból przeszył go straszny, noga chyba złamana była, a przerażenie wzięło się stąd, że na widnokręgu powyżej konia zobaczył w oddali jeźdźców pędzących na złamanie karku. Daleko jeszcze byli, ale nie musiał zgadywać czy to jego prześladowcy. Widocznie upadłszy musiał stracić przytomność na jakiś czas. „Chwała Bogu, że obudziłem się za nim mnie dopadli” — mruknął pod nosem. Wstał jęcząc z bólu i teraz dopiero można było przyjrzeć mu się. Mąż był to zaledwie dwudziestokilkuletni, wzrostu jak na owe czasy słusznego. Twarz jego okrągłą była młodą pełną energii, oczy duże niebieskie i wesołe, zarostu na twarzy nie miał wiele, może nie lubił, a może brak jego był spowodowany młodym jeszcze wiekiem. Za to włosy blond długie na ramiona mu opadały jak lwia grzywa. Okrycia głowy żadnego nie miał. Tors blachami pancernymi miał osłonięty. Ramiona i uda zbrojnikami były obłożone. Na nogach długie zaś buty z miękkiej skóry sięgające aż poza kolana modą połowiecką. Za pasem u prawego boku bogato rzeźbiona buława kamieniami drogocennymi wysadzana o kształcie gruszkowatym z głowicą osadzoną na krótkim trzonie. Młodość i powaga biły jednocześnie od niego. Znacznym być musiał kimś, choć w tej chwili w kłopotach. Sycząc z bólu podszedł do konia odpiął łuk i kołczan pełen strzał cedrowych oraz swój długi prosty miecz o bogato zdobionej rękojeści. Miecz ten jak i buława były dla niego jak relikwie. To one określały jego jestestwo. Buławę miał po ojcu Światosławie, a miecz po dziadzie Jarosławie zwanym Mądrym. Tak mężem owym był Oleg Michał prawowity po ojcu kniaź czernichowski i po dziadzie książę Rusi Kijowskiej. Odwrócił się raz jeszcze spojrzał na bliskie już zupełnie postacie swych prześladowców. Cofnął i wszedł w las..

Rozdział II

Z początku las nie był taki gęsty. Drzewa, które go otoczyły wydawały się sięgać samego nieba. Same sosny i brzozy, czyli raczej lubiące piaszczyste i suche podłoże. Mimo bolącej nogi i podpierania się mieczem poruszał się dość szybko. Wszystko zmieniło się jednak nie za długo. Poczuł nagle, że stopy zapadają mu się w czymś miękkim, a między wysokimi drzewami coraz częściej zaczęły występować gęste knieje i rozłożyste paprocie. Po jakimś czasie zaczął gdzieniegdzie zapadać się w błoto po pas, a gdy udało mu się znaleźć skrawek suchego terenu to porastała go taka gęstwina, że musiał iść na kolanach, co ze złamaną nogą nie było łatwe. Na szczęście na ciemnym już zupełnie niebie pojawił się księżyc i oświecił nieco swym blaskiem drogę, jeśli drogą można było tą knieje zwać. W pewnym momencie ku zupełnemu swemu zaskoczeniu dotarł na dość duży, suchy kawałek lasu, widocznie wyżej położonego, gdyż gęstwina, paprocie i błoto ustąpiły znów miejsca wysokim drzewom i twardemu podłożu. Nigdy nie myślał o tym jak wspaniałą rzeczą jest mieć twardy grunt pod nogami — dosłownie i w przenośni. Złość i gniew niewypowiedziany targał nim, gdy myślał o wydarzeniach ostatnich tygodni. On potomek Ruryka, on kniaź i władyka, jeszcze dwie niedziele temu stał na czele tysięcy zbrojnych. Rozkazów jego słuchali Jasowie, Kasogowie i Połowcy. Mieli go za wodza niezwyciężonego, a on ich wygubił i przegrał bitwę, ledwo sam uchodzi z życiem przez te błota. Jak jednak każdy człowiek w dobie swych niepowodzeń szuka usprawiedliwienia dla siebie tak i on znalazł ich kilka. Skąd miał wiedzieć, że zostanie zdradzony. Jak miał przewidzieć, że o ruchach, które powziął, że o kierunku marszu jego oddziałów przeciwnik wuj Wsiewołod został poinformowany. Skąd w końcu miał wiedzieć, że przez to wszystko szedł w zasadzkę, którą dla niego przygotowano jak baran na rzeź, a wraz z nim jego armia. Gdy już w tę zasadzkę wpadł próbował pozbierać w mgnieniu oka rozbite oddziały, ale czy brakło mu jeszcze doświadczenia wojennego, czy popędliwość młodzieńczego wieku wzięła górę nad roztropnością i przez to mu się nie powiodło doprowadzić do kontrataku tego nie wiedział w tej chwili. Będzie zresztą jeszcze czas na to, aby analizować tę klęskę. Największym pocieszeniem dla niego była śmierć Izjasława podczas tej bitwy, początkowo wroga Wsiewołoda, bo przecież razem rywalizowali o tron w Kijowie, który ostatecznie wywalczył Izjasław przy pomocy króla Polski Bolesława Śmiałego. Później jednak obydwaj wrogowie zjednoczyli swe siły przeciw niemu. Ostatecznie wygubił wojsko, stracił swą sławę i musiał umykać przed sługami swego wuja, który bezprawnie po śmierci jego ojca Światosława zasiadł na wielkoksiążęcym tronie kijowskim, a co za tym idzie zaanektował dla siebie również jego rodzinne księstwo czernihowskie, które podarował swemu synowi Włodzimierzowi. Tymczasem uciekał już tak od kilkunastu dni, wielkim łukiem ominął Kijów, unikał głównych dróg i otwartych przestrzeni. Gnał na południe, czemu akurat tam, sam nie wiedział, ale coś mu podpowiadało, że tam znajdzie schronienie. „Och gdyby mnie dopadli to nic by ze mnie nie zostało” — myślał. Przez ostatnie dni wciąż widział ich za sobą na horyzoncie. Nie spał i nie jadł od dwóch dni, tylko popędzał i popędzał konia, nic dziwnego, że ten w końcu odmówił mu posłuszeństwa. Nie mógł przecież zakrzyknąć na nich „Hej poczekajcie z pościgiem czas jakiś, tylko coś upoluję, zjem i prześpię się, a potem znów mnie gońcie „Wiedział, że Wsiewołod wysłał za nim najgorszych siepaczy. Nie spoczną dopóty dopóki go nie dopadną. Nagle rozmyślanie przerwało mu pohukiwanie sowy. Spostrzegł, że siedzi pod wielkim rozłożystym dębem o dziwnie powykrzywianych konarach. Nawet nie pamiętał, kiedy usiadł. Rozejrzał się dookoła, dąb ów umiejscowiony był na północnym szczycie polany, więc widział ją całą przy blasku księżyca. Miała jakieś trzysta metrów długości i dwieście metrów szerokości, od jej południowej strony z pomiędzy małych iglaków wypływała mała rzeczka na dwa, trzy metry szeroka, która zaraz po ukazaniu się między drzewkami skręcała w prawo i płynęła dość wartko prawym skrajem polany szepcząc po cichu w sobie tylko znanym języku. Za rzeczką było jeszcze metr może dwa twardego gruntu, który trochę wznosił się do góry, by zaraz potem spaść w dół i stać się miękką breją. Na przemian było mu gorąco i zimno, zdawał sobie sprawę z tego, że ma gorączkę od złamanej nogi, głodu, niewyspania, zmęczenia i nadmiernego wysiłku. Dokuśtykał do rzeczki, pochylił się w miejscu gdzie czyniła lekkie zakole, nurt tutaj w związku z tym nie był tak silny. Napił się obficie, a później przyjrzał swej twarzy w lustrze wody. W kilku miejscach rozcięta ostrymi liśćmi, w kilku poobijana gałęziami. Krew i błoto czyniły ją podobną bardziej do mordy jakiegoś stwora niż do ludzkiej twarzy. Nagle usłyszał przeciągły świst i coś przeleciało zaledwie o kilka centymetrów od jego lewego ucha, zaraz potem znów. Stała się rzecz, której się już nie spodziewał. Odwrócił się i spostrzegł dwie postacie, z łukami w rękach, właśnie nakładali nowe strzały, pierzastych wysłanników śmierci. Skoczył w nurt rzeczki, zrobił zaledwie dwa kroki w wodzie i potknął się o kamień na jej dnie, następnie zwalił się z pluskiem na przeciwległym brzegu na owej lekko pochylonej skarpie. Przeczołgał się przez nią i runął w błoto bagna. Zachował jednak na tyle przytomności umysłu, że padając zdołał się odwrócić tak, aby wpaść w bagno plecami, a ręką zdążył urwać trzcinę. W ostatniej chwili przed uderzeniem plecami w czarną maź wsadził ją w usta a potem nastała ciemność. Leżał na plecach cały przykryty lepką breją przy samym brzegu skarpy tyle tylko, że z jej drugiej strony. Między zębami ściskał trzcinę jej drugi koniec wystawał ponad powierzchnię błota. Był niewidzialny i mógł oddychać, nie wiedział tylko ilu wrogów dotarło za nim aż tutaj, widział tylko dwóch, ale mogło być ich przecież więcej, z kilkunastoma na pewno nie dałby sobie rady. Po chwili usłyszał przytłumioną rozmowę

— Ojcze Mironie zniknął

— Nie możliwe musi tu gdzieś być. Hryszko rozejrzyj się dobrze.

— Ciemno, nic nie widać.

— Oj Hryszko młody jesteś, a nic nie widzisz ja stary, a więcej zobaczę niż ty jeno się wdrapię na tą skarpę.

— Chodźcie, chodźcie ojcze Mironie. Nie wiem, czemu dałem się wam namówić na ten pościg za tym hultajem, kiedy nawet wszyscy rycerze odpuścili sobie zaraz przed wejściem do tego piekielnego lasu.

— Wiesz, wiesz, Hryszko dla nagrody, którą obiecał Wsiewołod.

— Dla nagrody to wy przez te błota leziecie. Ja tu dla sławy jestem. Nie, każdy będzie mógł się pochwalić, że zgładził Olega Michała.

Ach tak nie najlepiej to świadczyło o ludziach Wsiewołoda. Ci dwaj zapewne musieli być przybłędami, jakich pełno zawsze kręciło się za różnymi armiami podczas wielu różnych wypraw. Tacy przede wszystkim szukali łupów obfitych, nie służyli nikomu no chyba, że mamonie. Najlepszą wiadomością było jednak to, że oni są ostatnimi z pościgu. Młodzian zapewne niedoświadczony, ale żądny sławy. Stary dla nagrody, ten musi być mądrzejszy choćby z racji wieku, a nuż się domyśli, że skoro nie uciekłem to jestem tuż, tuż. Poczekam jeszcze chwile niech się wdrapie, tylko skąd będę to wiedział — myślał.

I wtedy usłyszał:

— Hrrr, hrrr, tfu, tfu — charczał i pluł Miron. A na koniec rzekł — No jestem.

Zerwał się nagle. Zawył z bólu i zaklął siarczyście, bo noga dała o sobie znać ze zdwojoną siłą. Wyglądał jak potwór z bagien, cały pokryty błotem i ociekający nim. Wprawił w osłupienie swych prześladowców. Szybkim sztychem miecza pchnął jednego z nich w trzewia, aż poczuł jak miecz otarł się o kręgosłup, a końcówka jego wyszła plecami na drugą stronę. Po czym wyszarpnął go z powrotem, uniósł w górę i z całej siły uderzył na drugiego z nich. Ostrze spadło na szyję nieszczęśnika. Cios był tak potężny, że z miejsca odwalił głowę, która wpadła w błoto, a z szyi trysnęła krew. Ciało zwaliło się z pluskiem i obaj leżeli już martwi obok siebie. Jeden za sławę, drugi za nagrodę. W pierwszej chwili chciał im się przyjrzeć, sprawdzić czy mają przy sobie coś, co by powiedziało, kim są, ale doszedł do wniosku, że nie jest tego ciekawy. Najważniejsze już wiedział. Nikt go więcej nie ściga, ci byli ostatni.” To dobrze, tylko, co dalej” — myślał.

Obmył twarz i ręce w strumieniu, znów napił się chciwie i wrócił pod dąb. Usiadł jak wcześniej, oparł się plecami o drzewo i zaczął myśleć nad swoją sytuacją. Im bardziej próbował skupić myśli tym bardziej zamykały mu się oczy. Był zmęczony, śmiertelnie zmęczony, głodny i miał złamaną nogę, od której ból rozlewał się już po całym ciele. Trawiła go gorączka. Może i mógłby mimo to wszystko skupić się i myśleć nad tym, co trzeba mu dalej czynić, gdyby nie dziwne zjawisko, które zaobserwował w miejscu tuż powyżej i na prawo od iglaków skąd wypływała rzeczka. Otóż zaobserwował tam mnóstwo migoczących światełek, jedne były żółte inne niebieskie, niektóre większe, niektóre mniejsze. Z początku bardzo podobało mu się to, co widział. Uniósł wysoko głowę, aby lepiej podziwiać to cudo, gdy nagle znowu stanęła mu przed oczami ciotka Anna i jej opowieści o tym lesie. Przypomniał sobie, co oznaczają te migoczące światełka. Otóż były to Ogniki, zwane również Świeczkami bądź Świetlikami, były to małe demony występujące na bagnach. Mamiły ludzi i gubiły im drogę. Charakteryzowały się wielką złośliwością, ale czasami, gdy miały dobry humor mogły pomóc w jej odnalezieniu. Jemu na szczęście było już to obojętne, bo na razie nie zamierzał się spod tego dębu ruszać. Poczuł nagle jak bardzo ciężkie ma powieki, zaczął nawet ziewać głośno. Przyglądałby się może spokojnie temu roztańczonemu w powietrzu przedstawieniu nadal, gdyby nie to, że przypomniał sobie również, iż Ogniki owe zawsze ponoć poprzedzały pojawienie się groźniejszego demona. Zaniepokoił się tym przez chwile, ziewnął, głowa opadła mu na pierś, przymknął na chwile oczy, otworzył je. Spodziewał się zobaczyć Biesa lub Bagiennika, ale nie zobaczył, a może to Licho — demon lasu miesza mu w głowie, znów ziewnął, znów głowa opadła mu na pierś, znów przymknął oczy. Zobaczył Waregów, całą grupę z mieczami w prawicach. Tarcze szerokimi skórzanymi pasami mieli przytroczone do pleców. Wszyscy w hełmach, niektórzy mieli krótkie dzidy. Twarze ich powykrzywiane były bólem, ale oczy ich ukazywały szczęście i wesołość, bo przecież jak wojownicy odeszli do Walhalli. Tylko ten dziwny dźwięk nie dawał mu spokoju. Brzmiał tak jakby, ktoś chrapał we śnie.

Rozdział III

Otworzył oczy. Zobaczył słomiany sufit ułożony na poprzecznych belkach. Belki zaś wsparte były na potężnym dębowym słupie. Zamknął oczy. Tak już wiedział, co się dzieje — śpi. Śpi i ma jakiś sen, a teraz powoli wraca mu świadomość. Przez zamknięte powieki przebija światło, zaraz je znów otworzy i zobaczy leśną polanę. Otworzył. Znów słomiany sufit i belki. Rozejrzał się dokładniej. Była to niewielka izba, okno i uchylone drzwi były na wprost niego, pod ścianą z prawej strony stół i ława, na stole stał gliniany dzban, cynowy kubek i drewniana misa. Poza owczymi skórami, na których leżał nie było już tu nic, żadnych ozdób, sprzętów ani broni na ścianach jak to było w zwyczaju ją wieszać. No właśnie, broń, był bez broni. Ktokolwiek go tu umieścił odebrał mu jego miecz i buławę. Nie wiedział gdzie jest i dlaczego tu jest. Doszedł do wniosku, że jednak tam w lesie musiało być ich więcej, pojmali go, gdy zasnął i przywieźli do tego miejsca, ale dlaczego nic nie pamięta jak to zrobili nie zbudziwszy go. Dlaczego jest rozebrany, oprócz przepaski na biodrach nie ma na sobie nic i o dziwo noga jest usztywniona cienkimi deseczkami owiniętymi białym czystym płótnem z, pod którego gdzieniegdzie wystaje jakaś zielona papka najprawdopodobniej zmielone liście. Czyli ktoś zadał sobie trud ażeby go opatrzyć, do tego był czysty, umyty ani śladu błota. Nic nie rozumiał, postanowił podejść do drzwi. Po ich drugiej stronie na pewno stoi straż, kimkolwiek są i gdziekolwiek jest przecież nie trzymają go bez straży. Podejdzie tam — myślał, zaskoczy ich, odbierze broń, zabije i ucieknie, może będzie miał szczęście, może po drugiej stronie drzwi jest tylko jeden strażnik, może uda mu się dopaść konia i pognać przed siebie gdzieś w dal. Wiedział, że tych może jest za dużo, do tego ciągle zapominał o tym, że w pełni sprawną ma tylko jedną nogę, ta złamana chyba na dodatek spuchła. Z trudnością zrobił te kilka kroków w stronę drzwi nie mając miecza nie mógł się nim podpierać jak wczoraj wieczorem. Będąc zaledwie na wyciągnięcie ręki od drzwi usłyszał na zewnątrz kroki. Porwał, czym prędzej ze stołu gliniany dzban z tą myślą, że pierwszego, który wejdzie zdzieli nim przez łeb i odbierze mu broń. Tanio skóry nie sprzeda a później będzie, co Bóg da. Na szczęście drzwi otwierały się do środka, więc ktokolwiek wejdzie nie zobaczy go od razu, gdyż będzie za nimi skryty. Inna sprawa, że zobaczy puste posłanie, ale wtedy pomyśli zapewne, że jeniec już uciekł i cofnie się, aby wszcząć alarm. Przycupnąwszy przy ścianie za drzwiami czekał w ciszy starając się nawet oddychać bezszelestnie. Kroki było słychać naprawdę już blisko a zaraz potem drzwi otworzyły się wreszcie. Uniósł, więc prawą rękę z dzbanem w górę, aby zadać cios a lewą rękę wyciągnął do gardła przeciwnika, którego jeszcze nie widział, ale, który był tuż, tuż. Przeciwnik ów zrobił jeszcze krok do przodu, drzwi uchyliły się bardziej, czyli w tym momencie stał już w izbie po ich drugiej stronie, zaraz potem przymknęły z powrotem i osoba, która weszła odwróciła się do niego twarzą. Była to młoda dziewczyna.

Spojrzał w jej twarz i nie zobaczył w niej nawet cienia strachu, wręcz przeciwnie to, co zobaczył było raczej rozbawieniem i wesołością. Z początku nie zorientował się, dlaczego bo uważnie się jej przyglądał. Oczy miała niebieskie z długimi rzęsami i równe niczym węglem namalowane brwi. Zaraz nad brwiami zwisała równo przycięta blond grzywka, reszta zaś włosów zaczesanych do tyłu spadała na plecy w postaci dwóch warkoczy. Nos miała nieduży troszkę zadarty, kości policzkowe wystawały leciutko, usta pełne jakby do całowania stworzone, cera trochę śniada lub opalona. W ogóle twarz ta była idealnie symetryczna i piękna. Nie była ubrana w sukmanę jak wieśniaczka, ale i nie w suknię jak dworska dama. Miała na sobie krótką białą bluzę z haftowanymi czerwonymi obszyciami wokół nadgarstków i zawiązane skórzanym rzemykiem rozcięcie między piersiami. A czy ta bluza była na nią za mała, czy owe zawiązanie zbyt silne, tego nie wiedział, ale uwagę jego od razu przykuły dwie krągłe półkule uwięzione pod spodem. Bluza ta wkasana była w czarne skórzane spodnie opinające jej nogi i biodra, a na stopach miała lekkie również skórzane mokasyny. Gdy wzrok jego podniósł się znowu do jej twarzy, zamiast wesołości i rozbawienia zobaczył już chyba tylko kpinę i wtedy dopiero dostrzegł komiczność sytuacji. Oto stoi przed nią niemal nagi na jednej nodze, bo drugą ma podkurczoną, ręce wyciągnięte do przodu, w jednej gliniany dzban, druga zaciśnięta w pięść. Jak jakiś żuraw na polu jesienią szykujący się do odlotu na najbliższe kilka miesięcy. Wyrazu swej twarzy nie widział, ale mógł ją sobie wyobrazić. Malowała się na niej chęć zabicia wchodzącego, ból pochodzący od nogi, zaskoczenie i co tu dużo mówić podziw nad jej urodą. Tak, więc wszystko razem rzeczywiście mogło ją rozbawić i żeby nie jego obecne położenie i niepewność, co do miejsca, w którym przebywa może i sam by się roześmiał, ale zamiast tego szorstkim głosem spytał opuszczając ręce:

— W czyjej jestem mocy?

— W mojej — odpowiedziała uśmiechając się jeszcze szerzej.

W tej chwili pomyślał, że najchętniej znów by je wyciągnął do jej szyi, ale opanował się wiedział już, bowiem, że groźbą nic tu nie zdziała, a i fantazja tej dziewki spodobała mu się, więc zaczął po chwili już grzeczniej, choć nie bez pewnej podejrzliwości.

— Wybacz ton głosu mego, oszołomiony i zdziwiony jestem tym, co mnie spotyka. Jestem Oleg Michał, wczoraj w nocy zasnąłem na leśnej polanie, a dziś budzę się tu to znaczy nie wiem gdzie i nie wiem, kim ty jesteś.

Spojrzała mu prosto w oczy i już poważniej odrzekła:

— Mam na imię Hapka, a na polanie zasnąłeś nie wczoraj w nocy, a przedwczoraj w nocy.

Znaczyło to, że spał dwa dni.

— Możesz mi powiedzieć gdzie jestem i jak się tu znalazłem — zagadnął jeszcze raz.

— Zacznę od tego jak się tu znalazłeś. Otóż byłeś obserwowany od samego początku, jak tylko wszedłeś do lasu. Gdy usnąłeś dwóch ludzi podeszło do ciebie i zatkali ci nos i usta szmatą nasączoną wywarem, który ja przyrządzam. Dzięki temu nie obudziłeś się, a potem to po prostu cię przynieśli.

— Nie wiem, co to za wywar, ale mocne musi być jakieś świństwo — odpowiedział myśląc, że jest może jakąś wiedźmą, choć na taką nie wyglądała.

Dziewczyna uśmiechnęła się i zamilkła na chwilę. Co on wykorzystał ponawiając pytanie:

— A gdzie jestem i czyim więźniem jestem.

— Nie jesteś więźniem. Jesteś gościem, choć prawdą jest, że w nietypowy sposób zaproszonym.

Możesz mi wierzyć, że sam zginąłbyś w tym lesie, najprawdopodobniej utopiłbyś się w bagnie lub zginął z głodu.

— Hej, hej dziewko, miałem miecz, łuk i strzały. Umiem polować, a drogę jakoś bym odnalazł.

Wszedłem to i bym wyszedł — odparł urażony jej pewnością siebie, po za tym słowa jej godziły w jego męską dumę.

Spojrzała na niego z politowaniem i odrzekła:

— Któregoś dnia pokażę ci las, sam ocenisz.

„Jakbym lasu nie widział” — pomyślał sobie, a głośno już spytał:

— Więc czyim jestem więź… gościem chciałem rzec.

— Mojego ojca. Kapłana Daniły — odparła

— Kapłana — roześmiał się szczerze — i kapłan ma córkę, co ty bredzisz dziewczyno — nie umiał ukryć swej irytacji.

— Tak mój ojciec jest najpotężniejszym kapłanem Peruna na całej Rusi. I zamiast pokrzykiwać na mnie mógłbyś podziękować. Żegnam cię.

I wyszła trzaskając drzwiami.

„Jakiego Peruna ona znowu bredziła, albo mam gorączkę i zwidy tak jak w lesie, może nadal jednak śpię, a ona nie jest rzeczywista” — myślał. Był chrześcijaninem w jego Czernihowie było arcybiskupstwo podporządkowane metropolicie w Kijowie, a Kijów był podporządkowany patriarsze Konstantynopola. Pamiętał opowieści ojca o dzielnym kniaziu Askoldzie i pierwszym chrzcie. O cerkwi św. Mykoły w Kijowie, która stoi na jego grobie. O swoim imienniku Olegu, który zwalczał chrześcijaństwo. O Igorze synu Ruryka, któremu było obojętne, w co kto wierzy i o kniaziu Włodzimierzu, który w podzięce za zwycięstwo nad swoimi wrogami zbudował na miejscu starej świątyni Peruna nową, a nawet ją powiększył i umiejscowił w niej cały panteon bogów. Oprócz Peruna byli w nim wszyscy najważniejsi bogowie Słowian:, Dażboh, Chors, Stryboh, Simargł, i Mokosz. Włodzimierz pojechał pewnego dnia na wyprawę ku Chersonezowi, który zdobył, ale i w którym się nawrócił, chrzest święty przyjął i ożenił się z córką cesarza. Po powrocie na Ruś zniszczył ową świątynie a wraz z nią wszystkie inne, które do starych bogów należały. Stał się od tej pory władcą nad wyraz cnotliwym i pobożnym, kochającym ład i sprawiedliwość. Słowem odmienił się zupełnie. Oleg nie lubił popadać w takie skrajności, a już na pewno nie w sprawach wiary. Oczywiste dla niego było, że wyznawał Chrystusa, ale myślał o sobie, jako o człowieku tolerancyjnym. Miał przecież pobratymców, wśród Połowców, część z nich była chrześcijanami, część wierzyła w Allacha, a najwięcej było takich, którzy nie wierzyli w nic. Spotykał w swym życiu również ludzi nadal wierzących w starych bogów i wcale mu to nie przeszkadzało. Ostatecznie był zdania, że niech każdy wierzy, w co chce jego sprawa. I tu okazywało się, iż poglądami na temat wiary zbliżony jest do Igora Rurykowicza.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 82.61