E-book
13.65
drukowana A5
37.39
OKTAWIA W LABIRYNCIE

Bezpłatny fragment - OKTAWIA W LABIRYNCIE


Objętość:
163 str.
ISBN:
978-83-8104-382-3
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 37.39

1.  Daleko od domu

Mieliśmy wiele wspólnych piosenek ale ta była tylko moja. On nie wiedział o niej i pewnie nie miał pojęcia, że to wszystko czuję. To była piosenka o nas ale należała tylko do mnie. Napatoczyła się gdzieś na samym początku i przywarła do mnie już na zawsze. Wtedy po kilkadziesiąt razy dziennie, teraz wraca do mnie raz na jakiś czas, ale wraca i zawsze dokładnie pamiętam wszystkie słowa bo to moja historia. Historia jakich wiele, wiem, i wiele osób może sobie wyobrażać, że to o nich, nawet chętnie bym poznała kogoś, kto myśli o niej tak jak ja, wcale nie odbiera jej to wyjątkowości. Wraca do mnie zawsze kiedy jestem smutna, zawsze kiedy coś przypomni mi o nim, zawsze kiedy mam jakieś wątpliwości co do mojego obecnego związku, zawsze kiedy znów chciałabym mieć 18 lat. Chciałam znaleźć jakiś błyskotliwy wywiad z Anitą Lipnicką, w którym opowiada jak powstał ten tekst i znów potwierdziłoby się, że to historia tak podobna do mojej, że się nie myliłam, że dobrze ją zrozumiałam. Niestety nie znalazłam, może nie istnieje, a może po prostu nie ma go w internecie co jest prawie równoznaczne z nieistnieniem. Tak czy inaczej historia jest typowa. Takie historie zdarzają się codziennie i wszędzie, nawet w moim rozlazłym mieście gdzie wszędzie jest daleko. Zwłaszcza do domu.

„Lights go out

Conversations over world quiet down

The last tramway

Runs away from the night”

Tak, w moim mieście zwanym wioską z tramwajami, zimnym i wietrznym, rozlazłym, rozwleczonym po mapie jak plama rozlewającego się mleka, jest późny wieczór. Wszędzie jest daleko, więc tramwaj to wcale nie koniec podróży, to dopiero początek. Później czeka mnie jeszcze dłuższa podróż autobusem i tu już faktycznie trzeba uważać, żeby się nie spóźnić na ostatni. Przez większość roku wracam do domu po ciemku, zawsze jest zimno, często wieje, pada, albo śnieg wciska się do butów; oddech zamarza na szaliku, twarz szczypie… Tyle zmarnowanego czasu w tramwajach, autobusach, w drodze na przystanek.

Dzisiaj nie przeszkadza mi zimno. Dzisiaj kocham moje miasto, jest magiczne i pozostanie magiczne jeszcze przez wiele miesięcy, niektóre miejsca pozostaną magiczne już na zawsze. Dziś frunę przez ulice mojego miasta z rozpiętą kurtką łopoczącą na wietrze, dziś żadna droga nie wyda się długa bo w głowie kłębi się tyle myśli, które trzeba jakoś uporządkować.

„I hate thoes moments

When i have to fight with the silence

‘Cause I always loose

And again I think of you”

Och, a jakże, chyba już do końca życia będę o tym myśleć, może nie tak intensywnie, ale zawsze. Myślę i wciąż nie wierzę. Co ja robię? Ja? To takie do mnie niepodobne… Nie, raczej: takie rzeczy nie przytrafiają się mnie. Co to było? Co się w ogóle dzieje? Czy to sen, czy jedna z moich fantazji? Czy ja to sprawiłam w momencie kiedy dostałam na świstku papieru jego nazwisko? Oczywiście, wtedy momentalnie przeleciała mi przez głowę historia wielkiej miłości, płomiennego romansu, fatalnego zauroczenia, ekscytującej przygody, wszystko na raz. Ile razy tworzyłam w głowie takie scenariusze, barwne szczegóły, dokładne dialogi, wiarygodne początki niezwykłych zdarzeń? Dlaczego właśnie teraz jedna z moich fantazji miałaby się zacząć spełniać?

“Flash of gold

We met in a small cafe downtown

And then you said

you trust me so deeply”

Zawrót głowy, nierzeczywistość, muzyka, hałas rozmów przy sąsiednich stolikach, magia. Dookoła dzieje się dużo, ale to nie istnieje, jesteśmy tylko my, wpatrzeni, zafascynowani, lgnący do siebie. Pierwsze dotknięcia, przeszywające, wprawiające w drżenie całe ciało, elektryzujące. Początek. Tak, zdecydowanie początek czegoś większego, tym razem to nie moja wyobraźnia, coś dzieje się naprawdę. Pogrążam się w przyjemności bo wiem, że to dopiero początek a już jest tak błogo. Byle się nie spieszyć, bo na końcu jest pustka i żal, trzeba wykorzystać każdą chwilę, rozkoszować się nią- przebijają się myśli pośród szumu w głowie, tego przyjemnego szumu, nie wywołanego alkoholem ale bardzo do niego podobnego. To odurzenie w pełni naturalne, to moje własne ciało produkuje substancje o wiele potężniejsze niż mogłabym kupić. W pełni naturalny haj, -ciesz się nim, bo niewiele jest w życiu takich momentów.

“Sometimes I wish

You left your perfect life for me

But smile of your child

Remind me you’re not mine”

Owszem, wiedziałam od samego początku. O tym akurat powiedział mi od razu, może jeszcze nie wiedział co się stanie, może chciał zrobić wrażenie szczerego na początek, a może nawet podświadomie chciał mnie ostrzec, przestraszyć… Może. To nieprawda, że jego żona i dziecko mnie nie obchodzili. Bolało, kłuło, wbijało się gdzieś z boku w najmniej odpowiednim momencie. Dużo myślałam o niej: co właśnie robi, co myśli, o czym marzy, jak widzi swoje małżeństwo, czy już wie? Zastanawiałam się dlaczego mu nie wystarcza skoro jest młoda i taka ładna (wtedy byłam nawet przekonana, że dużo ładniejsza ode mnie)? Była ciągle obecna w moich myślach, czasem nawet mi się śniła. Nigdy nie myślałam o niej źle, nie chciałam, żeby się dowiedziała, bo wiedziałam, że ja w końcu zniknę a oni nadal będą razem, byłoby jej łatwiej gdyby nie wiedziała. Nie wiem czy byłam pierwsza, ale na pewno pierwsza, o której się dowiedziała; pewnie nie ostatnia, choć wiem, że oni ciągle są razem. Może on lepiej się ukrywa, może ona się przyzwyczaiła, to bardziej prawdopodobne niż pomysł, że byłam jedyna i wyjątkowa.

„People say

I live in a cage made by myself

But i don’t care

I just keep away from these games”

Historia może i typowa, ale ja nie byłam typową nastolatką. Zawsze myślałam na opak, widziałam świat inaczej niż wszyscy, głębiej, wyraźniej, przenikliwiej. Dlatego nigdy nie miałam typowych złudzeń. Co prawda rozważałam różne możliwe scenariusze ale raczej po to, żeby udowodnić sobie, że nie mają sensu i szybko je odrzucić. On sam próbował czasem wspominać o zostawieniu żony i całym tym kicie, ale ja się tym brzydziłam, nie chciałam słuchać, przerywałam, zmieniałam temat a później już tylko przysłuchiwałam się z rozbawieniem, pobłażaniem, cynizmem niemal. Nie dla mnie takie bajki, po co to robi jeśli wcale się nie domagam? No trudno, widać taką ma potrzebę, ale przecież ja to znam… I znałam choć nie mam pojęcia skąd w wieku 18 lat, bez internetu, miałam taką wiedzę o świecie. Cóż, pewnie z książek. W każdym razie doskonale znałam swoje miejsce tej drugiej i początkowo było mi w nim dobrze. Ja też nie mogłam spotykać się w weekendy i święta ze względu na moją rodzinę, nie chciałam prawdziwego związku na pełen etat, nie chciałam stabilizacji i nudy, nie chciałam go tylko dla siebie. Mimo wszystko wiedziałam, że to nie potrwa długo, że to tylko romans, że takie są zasady. A ta wiedza dawała mi poczucie władzy, wyższego wtajemniczenia, pewności siebie. Samoświadomość dawała mi siłę. Wiedziałam, że nie będę zabawką, to ja będę się bawić. Później oszalałam i pozwoliłam się zaślepić, ale to też nie na długo.

“You’re not with me

You’re living on their side

I hope everything you do

Is the best for you”

To była gra, a on był głównym przeciwnikiem. Według wszelkich reguł nie powinien przyznawać się żonie, ale co jeśli by to zrobił? Złamałby reguły, dopiero wtedy nie wiedziałabym co począć. (Och głupia, na pewno nawet mu to przez myśl nie przeszło). Zabawne, brzmi jakbym była zimną suką a nie byłam, męczyłam się, zadręczałam, wiedza nie tłumiła uczuć. Tłumaczyłam sobie, że to nie ja zdradzam, to nie ja jestem tą złą, jestem prawie dzieckiem, niewinna, niedoświadczona, naiwna, wolno mi żyć, kochać, mieć przygody. To co robi on, to jego sprawa. Ale byłam zbyt inteligentna, żeby uwierzyć w takie argumenty, więc bywało mi ciężko, pewnie ciężej niż jemu. Nie potrafiłam nawet grać wykorzystanej nastolatki bo nią nie byłam. Sama weszłam w tę grę i zamierzałam rozegrać ją do końca, a koniec końców:

“I have no right to love you

I have no right to hold you

Just give me the right to dry your tears

When you ever cry”

Koniec końców, choćby nie wiem jak dojrzałą, to jednak byłam tylko nastolatką. Przede wszystkim zżerała mnie ciekawość co będzie dalej, nawet pod koniec chciałam przeciągnąć to jeszcze trochę, tylko po to, żeby sprawdzić co on zrobi, jak się wytłumaczy, co wymyśli. Dał mi wiele radości, wiele przyjemności, wiele bólu, dezorientacji, gorączkowej histerii. Niczego nie żałowałam, zbyt dużo się nauczyłam, a wiedzę stawiałam zawsze na pierwszym miejscu. Wtedy, mając zaledwie 18 lat, rozbiłam bank z wiedzą i doświadczeniem, które służą mi do dziś.

“If you love is great

You don’t have to be afraid

‘Cause all the world is yours”

Czy to była miłość? Nie, chyba nie. Na pewno nieraz wydawało mi się, że tak, ale to wtedy. Z dzisiejszej perspektywy to tylko pierwsze doświadczenia, ważne doświadczenia ale tylko wstęp do właściwego życia. Takie pierwsze fiołki, stokrotki przy drodze, a świat dopiero otwierał się przede mną. Cały wielki i szeroki świat stał przede mną otworem, kiedy tylko zdam maturę, wyrwę się z tej dziury i zostawię go daleko za sobą, w poprzednim życiu, więc nie mogłam go kochać, tego nie było w planach. Było intensywnie, był pot i łzy, były uniesienia i cierpienia, bezsenne noce i adrenalina, było pięknie i strasznie, było… To było tak dawno temu.

„Lights go out

But I can’t fall asleep

One more time I loose with the night

Lights go out…”

(In spite of all, Varius Manx, tekst: Anita Lipnicka, Emu 1994)

I nie spałam. Wiele nocy nie spałam ale to była dobra, przyjemna bezsenność, taka, która dodaje energii, wywołana zbyt silnymi emocjami aby mózg mógł odpoczywać. Nie potrzebował odpoczynku, miał inne paliwo. Wiele słów, gestów i zdarzeń do przeanalizowania; za mało czasu na spanie.

2. Oktawia

Dzień się znów kończy

Czas szybko ucieka

Nakrywam głowę kocem

Bo zimne są tu noce


Tutejsze noce straszne i zimne

Choć mrożą moje serce

Są takie jak noce wszędzie-

Zbyt krótkie


Noce za krótkie by zdążyć

Wypłakać wszystkie łzy

Tak, że zostają w dzień

I dzień jest pełen łez


A kiedy dzień się kończy

Uciekam pod poduszkę

By oprócz płaczu zdążyć

Przez chwilę o czymś pośnić

Oto ja, osiemnastoletnia Oktawia. Moje imię nie jest zbyt popularne, więc niektórzy zapominalscy nazywają mnie Oliwią, a co bardziej kreatywni, Otylią (tak jakby to było jakieś super modne imię w odróżnieniu od mojego). Już mnie to nie drażni, czuję się tak samo związana z tymi imionami jak z moim własnym, powoli nabierają swoich odrębnych cech, stają się moimi alter ego. Jestem w ostatniej klasie LO. Chodzę do klasy biologicznej, ale już od dawna wiem, że to nie moja droga. Owszem, lubię chemię, ale biologia mnie nudzi, układ pokarmowy dżdżownicy czy taksonomia roślin mnie nie pasjonują. Interesuje mnie tylko człowiek, taka ze mnie humanistka. Chociaż nie cierpię historii. Historia jest w polskiej szkole najbardziej bezużytecznym przedmiotem, uczona tak jak jest uczona nie ma najmniejszych szans na zastosowanie w życiu. Przerabiamy szczegółowo i dwukrotnie starożytność, na historię najnowszą nigdy nie starcza czasu. A może to celowe? Nauczyciele nie chcą wziąć odpowiedzialności za nauczanie historii najnowszej. Też bym nie chciała. No i jest spokojnie, nie ma żadnych kontrowersji. W biologii natomiast naprawdę fascynuje mnie ciało ludzkie, możliwości mózgu, genetyka, ale to trochę za mało, żeby dostać się na medycynę, więc od jakiegoś czasu myślę nad jakimś alternatywnym planem, niestety brak mi trochę tych pomysłów. Nie mam żadnej wizji siebie za 10 czy 20 lat. Co chciałabym robić? Gdzie być? Nie wyobrażam sobie siebie w żadnym typowym zawodzie, nie mam żadnych marzeń co do mojej przyszłej pracy.

Najchętniej wyszłabym za mąż, urodziła kilkoro dzieci i zajęła się domem, bo tak jest najłatwiej. Nawet nie mam większej ochoty iść na studia, mam wrażenie, że po nich będę tak samo mało potrafiła jak po liceum. Owszem, będę miała jeszcze większą wiedzę, ale nadal nie będę potrafiła nic robić. Wolałabym konkrety: posprzątać, zrobić zakupy, wyjść na spacer z dzieckiem, ugotować obiad, zrobić pranie. Bez zbędnego zastanawiania się jak, po co, kiedy? Wszystkiego mi się odechciewa kiedy pomyślę o rozmowach o pracę, upierdliwych szefach, bezsensownych zadaniach, całej masie ludzi, z którymi będę musiała rozmawiać. Nie radzę sobie z ludźmi, jestem upośledzona społecznie, więc do jakiej właściwie pracy mogę się nadawać? Nic nie przychodzi mi do głowy. To musiałoby być coś, przy czym zaszywam się samotnie przy komputerze, nie muszę z nikim współpracować. Oczywiście pójdę na studia, bo to odwlecze trochę w czasie konieczność pójścia do pracy. Nie wiem tylko czy ma to jakiś sens. Powoli więc zaczynam przychylać się do opcji, żeby wybrać studia, które sprawią mi przyjemność, bez myślenia o późniejszych perspektywach. To głupota, wiem, ale w ten sposób, przynajmniej jeszcze trochę nacieszę się życiem.

Z drugiej strony prześladuje mnie myśl, że jestem zbyt dużym samotnikiem i indywidualistą, żeby założyć rodzinę więc wykształcenie się przyda. A czasem mam wrażenie, że nic na mnie nie czeka, że chyba zginę niedługo w jakimś tragicznym wypadku, bo kiedy zastanawiam się nad przyszłością widzę pustkę. Mam dużą wyobraźnię a zupełnie nie potrafię wyobrazić sobie siebie w przyszłości i coś uparcie podszeptuje mi: korzystaj z życia, bo niewiele ci go zostało.

Marzy mi się skrycie jakiś niezależny i twórczy zawód: malowanie, pisanie, tworzenie… Ale dzisiaj wszystko trzeba jeszcze umieć sprzedać, a to już nie dla mnie, więc nie mam szans się przebić. Zresztą, musiałabym najpierw uwierzyć, że to co robię jest naprawdę dobre, a chyba ciężko by mi było zadowolić samą siebie. Wszystko to takie niepewne, mgliste; wszystko po kolei wykluczam, żeby dojść do wniosku, że do niczego się nie nadaję, że interesuję się wszystkim po trochu, ale każdą z tych rzeczy zbyt szybko się nudzę. Przede wszystkim boję się, że w czymś utknę i będę to robić do końca życia. Nie ma dla mnie bardziej przerażającej wizji.

Lubię sport, interesuję się sportami walki i koszykówką, sama trenuję judo. Dużo czytam, ale głównie dla przyjemności, chodzę do kina, rzadziej na imprezy, bo chociaż uwielbiam tańczyć, nie jestem w tym zbyt dobra. Lubię też śpiewać i uczyć się języków. Ogólnie lubię się uczyć, dowiadywać nowych rzeczy, nabywać umiejętności. Wiedza daje mi poczucie bezpieczeństwa. Wiem, że moja inteligencja jest znacznie wyższa od przeciętnej, ale jestem zbyt nieśmiała by to wykorzystać. W mojej klasie naprawdę pracowitych i mądrych ludzi, wypadam raczej zupełnie przeciętnie. I dobrze, bo wystarczy mi, że wyróżniałam się w podstawówce. Teraz siedzę sobie cicho w ogromnej szkole, gdzie czuję się anonimowo i bezpiecznie. To dobra szkoła, więc po raz pierwszy w życiu nie czuję się otoczona przez debili, wolę, żeby otaczali mnie mądrzejsi ode mnie.

Uwielbiam przebywać w towarzystwie mądrych ludzi. Inteligencja kręci mnie najbardziej, cenię ją u innych ponad wszystko, pociąga mnie. Podnieca mnie rozmowa z mądrym, elokwentnym człowiekiem. Ekscytuje mnie logiczna argumentacja poparta wiedzą. Sama lubię zdobywać wiedzę ale nienawidzę szkoły jako takiej. Nienawidzę wtłaczania w nas na siłę masy bezużytecznych informacji, zakuwania na pamięć, uczenia tylko teorii, teorii i jeszcze raz teorii. Szkoła nie nauczyła mnie pewności siebie, autoprezentacji, przemawiania publicznego, radzenia sobie w grupie, zarządzania czasem, stawiania sobie celów. Będę te umiejętności mozolnie zdobywać w dorosłym życiu, niektórych braków już nigdy nie nadrobię. Szkoła nie nauczyła mnie jak poradzić sobie z urzędnikami, jak zachować się na rozmowie o pracę, jak wypełnić pita. W szkole czasami dowiaduję się rzeczy, które kiedyś mogą mi się przydać, ale to tylko ułamek wszystkich informacji, które muszę przyswoić. W szkole czasem pojawia się coś takiego jak odpowiedź ustna, dobry pomysł, gdyby wcześniej ktoś nauczył nas, jak do takiej odpowiedzi się zabrać. Ja nie potrafię; mogę wiedzieć wszystko ale przy odpowiedzi po prostu spanikuję, nie powiem większości z tego, co wiem, odpuszczę. Czasem też mamy wygłaszać referaty; kolejna rzecz, do której nikt z nas nie został przygotowany, nie dostaniemy wskazówek jak to nadrobić, większość z nas czyta przygotowany wcześniej tekst, niektórzy uczą się go na pamięć i recytują. Ani to ciekawe ani pouczające, nikt nic z tego nie zapamięta. Sztuka dla sztuki. Nic dziwnego, że potem wielu nauczycieli robi dokładnie to samo, a później wykładowcy i koło się zamyka: obserwujemy ich i myślimy, że tak ma być.

Lubię budynek mojej szkoły, stary, poniemiecki, ogromny, pełen tajemniczych zakamarków. Z zewnątrz przypomina zamek, wewnątrz niestety dominuje atmosfera szkolnego korytarza ze ścianami w dwóch kolorach i małymi, kwadratowymi płytkami na podłodze, ale można znaleźć też parę magicznych miejsc. Na strychu, na przykład, jest strzelnica; to jedyne miejsce gdzie naprawdę się czegoś nauczyłam. Strzelaliśmy tam z karabinków sportowych na lekcjach PO. Było to unikalne przeżycie, nie dlatego, że to było strzelanie, ale dlatego, że wreszcie się coś działo, wreszcie coś robiłam a nie tylko słuchałam o tym. Choć to miło tak położyć się z karabinkiem, uspokoić oddech, wycelować i strzelić, odprężające, niemal rytualne, tak inne od szkolnej codzienności.

Na co dzień w szkole funkcjonuję nie za dobrze, bez poważnych problemów, ale nie bez trudności. Szkoła mnie nudzi. To nie znaczy, że mam rewelacyjne oceny, nie chce mi się zakuwać tego wszystkiego. Szkoła nudzi mnie bo nie stawia przede mną wyzwań, nie zachęca do kreatywności, nie każe mi myśleć. Wręcz przeciwnie, często zabrania mi myśleć, nie dostarcza pożywienia dla intelektu. Jest tylko trudnym etapem, przez który trzeba przebrnąć. Szkoda, bo jesteśmy w wieku szczytu możliwości intelektualnych, wiele ciekawych pomysłów mogłoby powstać w naszych głowach, nowych, przyszłościowych rozwiązań. Zamiast tego wyładowujemy frustrację naśmiewając się z nauczycieli a wiele elementów tej twórczości pozostanie już na zawsze najlepszymi rzeczami jakie stworzymy, czy to pisząc, czy rysując, czy tylko fantazjując.

Po szkole mieszkam sobie na tzw. przedmieściu, ale co tu kryć: na wsi praktycznie. Jest sporo plusów: nie gniotę się jak sardynka w bloku, żeby zrobić grilla nie muszę jechać na „działkę”, mogę wyciągnąć na podwórko koc i się poopalać, mogę iść na spacer do lasu, wspinać się na drzewa, puścić głośną muzykę i śpiewać do woli. Nigdy nie musiałam być cicho ze względu na sąsiadów, nie znam pukania do drzwi bo jest za głośno, nasyłania policji. Lubię mój dom, jest przestronny i wygodny. Lubię ciągły kontakt z przyrodą, tutaj naprawdę widać jak zmieniają się pory roku, jak wiosną wybucha życie odurzając mnie całą gamą zapachów, jak jesienią wszystko umiera, zamyka się w sobie. Patrzę na zachody słońca i spadające gwiazdy, idę do lasu kiedy potrzebuję się wyciszyć i coś przemyśleć. Jedyną zmorą jest czas jaki tracę na dojazdy i wieczne problemy z wieczornym powrotem do domu. Ciężko gdzieś wyjść wieczorem, bo nie ma żadnego nocnego autobusu, którym dojechałabym do domu, raczej muszę załatwiać sobie nocleg u kogoś.

Moi rodzice pracują razem, prowadzą swoje małe biuro rachunkowe. Ciągle nie ma ich w domu, nie przeszkadza mi to, mnie też nie ma. A jak jestem to nawet wolę, żeby ich nie było. Nie jestem jakoś bardzo mocno związana z rodzicami, czuję się przez nich przytłoczona, kontrolowana, marzę o wyjeździe jak najdalej, tak, żebym miała okazję sprawdzić się. Przy nich nigdy nie poczuję się samodzielna. Mam jeszcze dwóch braci, którzy nie mieszkają już z nami, więc tym bardziej doskwiera mi ciągły nadzór. Wiem, że nie zgodzą się, żebym wyjechała gdzieś dalej na studia, nawet nie chcą o tym słyszeć, dlatego jeśli im zwieję, będę musiała radzić sobie zupełnie sama.

Mój świat to książki, kino, treningi, jeśli nauka to tylko języków. Mam sporą fantazję i jestem dość kochliwa więc bez przerwy usycham z miłości do kogoś. W sumie wszystko mi jedno czy to znany aktor, czy trochę mniej znany, czy chłopak ze szkoły, czy z sekcji i tak wszystkie te miłości są wirtualne. Te odległe- wiadomo dlaczego, te bliższe… no cóż, coś mi po prostu nie wychodzi. Chyba każda nastolatka marzy sobie o jakimś piosenkarzu czy aktorze a nawet postaci, to całkiem normalne ale co z realnym życiem? Najczęściej mam wrażenie, że chłopcy się mnie boją. Naprawdę, nie czuję się jakaś bardzo brzydka, nieatrakcyjna, wiem, że po prostu ich czymś odstraszam. Jestem trochę niesprawiedliwa, no tak, byli tacy, którzy próbowali… ale akurat nie ci, których ja bym wybrała, może mam za duże wymagania…

Z drugiej strony, zawsze byłam zdania, że jestem jeszcze za młoda na chłopaka, że to strata czasu, że ja nie mam na to czasu ani możliwości. Ale co zrobić jeśli jednocześnie rośnie w tobie tęsknota za bliskością, czułością, przytulaniem, całowaniem? Jak to pogodzić? Można sobie wypełniać życie fantazjami, ale w końcu to przestaje wystarczać. Mi przestało bardzo szybko, ale na szczęście dopiero w wieku 16 lat nadarzyła się okazja na coś więcej. Nie zakochaliśmy się w sobie, nie udawaliśmy tego. Zbliżyliśmy się do siebie, bo tak się akurat złożyło, dobrze mi się z nim rozmawiało, mieliśmy trochę wspólnych zainteresowań, przede wszystkim oboje chcieliśmy wreszcie tego spróbować. I spróbowaliśmy. Ani trauma ani cudowne wspomnienie. Zwyczajny, dość nieudolny choć miły początek. Mogłam zostać do końca życia w przekonaniu, że fajnie jest mieć kogoś swojego, ale seks jest przereklamowany. Tak się nie stało. Na szczęście to był dopiero początek nauki.

3. Karteczka z tajną wiadomością

„Życie, myślałem- albo i nie myślałem- jakoś tam leci, i w prawdziwym życiu, w rzeczywiście przeżytym życiu człowieka z krwi i kości nie zdarza się nic takiego, co na przykład ciągle się przytrafia tym facetom i kociakom w filmach. Nic decydującego. Nic totalnie wstrząsającego. Nikt ot tak sobie nie robi się z godziny na godzinę czarnym lub białym czy zielonym albo czerwonym, dlatego tylko, że to czy tamto mu się zdarzyło. To istnieje tylko w filmach i powieściach, takie typy. I to prawda. A jednak pomimo to się zdarza. Mnie się zdarzyło.”

(Gerold Spath Komedia)

Powtarzałam to sobie setki razy: takie rzeczy nie zdarzają się w prawdziwym życiu. A jednak, z całą pewnością, zdarzyło się, coś co znałam tylko z filmów, co miało prawo dziać się tylko w filmach, w marzeniach, w fantazjach. To nie miało prawa zdarzyć się w moim spokojnym, poukładanym życiu. Przecież ja nigdy nie pozwoliłabym sobie na takie szaleństwo. A jednak stało się za moim przyzwoleniem. Początkowo brałam w tym bierny udział, byłam ciekawskim obserwatorem, później stało się całym moim życiem, wypełniło każdą myśl, każdą chwilę i do dziś we mnie tkwi, mimo upływających lat. Bo to było nie tylko niesamowite i przerażające, ale również bardzo ważne. A może nie daje mi to wciąż spokoju bo tak naprawdę nigdy nie mogłam nikomu wszystkiego dokładnie opowiedzieć. I teraz nie pokażę nikomu kogo znam tego co piszę, nie mam nikogo, komu mogłabym to pokazać, nikt nie zrozumie.

Wtedy ani ja, ani nikt inny nie spodziewał się po mnie takich numerów. Chyba niczym się nie wyróżniałam, często czułam się niewidzialna; szara myszka, nieśmiała, tchnąca przeciętnością. Niby lubiłam się wyróżniać ale zbyt się tego bałam, lubiłam zabłysnąć ale pochwały wprawiały mnie w zbyt duże zakłopotanie, czułam się inna i chciałam to czasem zademonstrować, ale to było takie krępujące. Tak więc miotałam się wewnętrznie między przeciętnością i wyjątkowością, nie mogąc znaleźć swojego miejsca, nie mogąc dać upustu swojej oryginalności. Na zewnątrz nie wyglądało to tak dramatycznie; miałam porządną klasę w dobrym liceum, kilka dobrych koleżanek, nienajgorszą pozycję. Ceniłam sobie możliwość otaczania się inteligentnymi i rozsądnymi ludźmi, po koszmarze podstawówki upajałam się tą normalnością i spokojem. Ale już wtedy miewałam „pomysły”.

Najlepszym pomysłem na jaki wpadłam było zdawanie na maturze francuskiego. Nie uczyłam się go w szkole, nikt się nie uczył francuskiego w mojej szkole, a co za tym idzie: nie było w mojej szkole żadnego nauczyciela francuskiego. Ja uczyłam się na zwykłym kursie oraz, dużo więcej, sama. Lubiłam to, byłam w tym dobra i zamierzałam to wykorzystać, to była szansa na najlepszą ocenę na świadectwie maturalnym, więc mimo nieśmiałości i wszystkich przerażających formalności nie zamierzałam odpuścić. Powoli planowałam również studia na filologii romańskiej, więc taki sprawdzian umiejętności przed ostateczną decyzją bardzo mnie kusił.

Dziś nie ma nic prostszego, wiem dobrze jak to wygląda. Wypełnia się deklarację i czeka. Pisemny egzamin w odpowiednim dniu przysyłają do szkoły, organizuje się komisję (w komisji nie musi a nawet nie może zasiadać nauczyciel uczący danego przedmiotu, więc nie ma z tym najmniejszego problemu) i piszesz. Na ustny kierują cię do innej szkoły, gdzie taki język jest zdawany przez większą ilość osób i dyrektor tak czy inaczej musi zorganizować komisję. Podrzuca mu się taką zbieraninę szaleńców, którzy uparli się zdawać język nienauczany w swojej kochanej szkole, z całego miasta a nawet województwa.

Tak jest dzisiaj, wiem, bo sama byłam w takich komisjach (tak, też przydarzyło mi się bycie nauczycielką). Wtedy nie było takiego porządku. W zasadzie nie wiem jakie były wtedy procedury, panowała ogólna dezinformacja, maturzyści naprawdę niewiele wiedzieli na temat swoich egzaminów ani zasad wybierania przedmiotów. Ja jakoś musiałam się dowiedzieć, że mogę zdawać „obcy” przedmiot, może spotkałam kogoś kto tak zrobił, może mój lektor podsunął mi taką informację, naprawdę nie wiem. Dość, że wiedziałam, a taka wiedza nie może spokojnie leżeć w mojej głowie. W odpowiednim czasie, nie wiem czy koniec trzeciej czy początek czwartej klasy (tak, to czasy jeszcze przed gimbazą) musiałam dać znać dyrekcji o moich zamiarach zdawania ustnej matury z języka francuskiego (czy naprawdę to mogła być tylko ustna czy mogłam domagać się też pisemnej nie chcę już dzisiaj drążyć, zrobiłam jak zrobiłam). Zapewne wiele mnie to kosztowało ale naprawdę się uparłam więc sprawa potoczyła się dalej.

To był dzień podobny do dzisiejszego. Szary, ponury, jeden z tych, kiedy nie zdąży się na dobre rozjaśnić a już robi się ciemno. Zimny i senny dzień na początku listopada, geografia chyba trwała, kiedy zostałam wezwana do dyrektora. Czy zdjęta przerażeniem zastanawiałam się co zrobiłam albo co się stało? Pewnie tak, choć nie to zapamiętałam. Pewnie na drżących nogach i z walącym sercem, walcząc z sobą o każdy krok poszłam do sekretariatu. To co pamiętam najlepiej z tego dnia to świstek papieru, który wręczył mi wtedy dyrektor. Na świstku ręcznie, ale drukowanymi literami zapisane nazwisko: HENRI RIMET. Moje wielkie zdziwione oczy musiały zrobić się wtedy jeszcze większe kiedy patrzyłam na dyrektora jak na idiotę, a on powiedział:

— To pan, który uczy francuskiego w prywatnym liceum, musisz tam pojechać, spotkać się z nim i omówić zakres materiału na egzamin klasyfikacyjny. Jeśli chcesz zdawać egzamin maturalny z francuskiego najpierw musisz zdać egzamin klasyfikacyjny, żeby mieć ocenę z przedmiotu na świadectwie.

Dziwne, ale nie przypominam sobie, żeby mnie ta akcja zdziwiła. Ani trochę. Jak na dzisiejsze procedury to śmieszne, nie tak się to załatwia, ale fakt, załatwia się przede wszystkim mailowo, takie rzeczy jak zakres materiału itp. Wierzcie mi, dokładnie tak to wyglądało: świstek z nazwiskiem, nazwa szkoły i polecenie umówienia się na egzamin klasyfikacyjny.

Żadnych pytań. Wszystko jasne. Musiałam umierać ze strachu ale sama się w to wpakowałam, a poza tym po zobaczeniu, że to facet i do tego Francuz moja głowa już pracowała na pełnych obrotach. Chyba nie miałam zbyt wiele czasu na myślenie o strachu i stopniu skomplikowania tego zadania bo moja wyobraźnia już dopracowywała szczegóły naszego spotkania. Przystojny młody francuz, ciemne kręcone włosy, wysoki, trochę nieporadny, zakocha się we mnie, razem się w sobie zakochamy, to będzie wielka miłość, od pierwszego wejrzenia, którą będziemy musieli ukrywać do czasu matury. Kilka osób będzie wiedziało, będę musiała się komuś zwierzyć. A może nie uda się ukryć i będzie wielki skandal, ja bohaterką skandalu. Potem będą krążyć po szkole opowieści o mnie. Ale przecież zdam maturę, takich jak ja się chroni i pomaga. A potem będzie jeszcze ciekawiej, może jakieś dramatyczne rozstanie po paru latach, pasjonująca historia. To i wiele innych szczegółów przeleciało mi przez głowę w kilka sekund, nie pierwszy raz zresztą, to było u mnie normalne i zazwyczaj nic nie znaczyło.

Wracam na lekcję, w kilku słowach informuję Beatę, moją najlepszą przyjaciółkę, (jeśli w ogóle kogokolwiek mogę tak nazwać to tylko ją, choć wiem, że ona tak tego nie widzi). Rozmyślam, planuję, powoli przyzwyczajam się do tej myśli. Czuję wielką obawę przed tym spotkaniem. Bo jak to? Ja, nieśmiała i aspołeczna Oktawia, mam pójść do obcej szkoły, do jakiegoś Francuza i zakomunikować mu, że ma zrobić mi egzamin? Czy ktoś mu już o tym powiedział, wytłumaczył? Czy on mnie w ogóle zrozumie?

Potem przerwa, zbiega się reszta paczki, relacjonuję spotkanie z dyrektorem. Komentarze, żarciki, a później tysiąc innych, równie aktualnych i absorbujących nas spraw. Wpadam z powrotem w wir szkolnego życia, romantyczna fantazja pozostaje gdzieś z tyłu głowy, ale za dużo się dzieje, żeby bardziej ją rozwinąć. Sprawdziany, lektury, treningi, mecze, jakiś nowy przystojny chłopak w sekcji, którym trzeba się zainteresować, imprezy, przypadkowe spotkania, jesienna senność i ponure myśli, wesołe rozmowy na korytarzach, pochłaniają mnie bez reszty. Prawie zagłuszają cichy alarm pikający wciąż w głowie: masz sprawę do załatwienia, musisz to zrobić sama i musisz to zrobić szybko.

4. Początek

„Od lat najmłodszych, lat dziecinnych

Żyć ani patrzeć tak jak inni

Nie mogłem”

(Edgar Allan Poe)

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 37.39