E-book
13.65
drukowana A5
22.82
drukowana A5
kolorowa
46.08
Okruchy Górskie

Bezpłatny fragment - Okruchy Górskie

Wspomnienia z górami w tle

Objętość:
99 str.
ISBN:
978-83-8126-627-7
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 22.82
drukowana A5
kolorowa
za 46.08

Wstęp

„Okruchy Górskie” to kilka wspomnień z mojego „górskiego życia”. Jak wskazuje tytuł, wszystkie opowiadania są związane z górami, a jeśli akcja nie toczy się w tej scenerii, to góry są zawsze w tle. Dążę do nich na różnych kontynentach, wracam po krótkiej lub dłuższej nieobecności albo po prostu podziwiam góry z odległości.

Niektóre opowiadania opisują zdarzenia sprzed pół wieku („Ściana deszczu”), inne — jak „Urodziny” — to historia z 2015 roku.

Nie jestem chyba wyjątkiem w tym, że nie lubię niepogody w górach. Nie lubię też spadać podczas wspinaczki (zdarzyło się to jeden raz), tkwić w zalewającej, wyziębiającej ciało wodzie, marznąć i moknąć w naprędce wydrążonej jamie śnieżnej, błądzić… Ale tak się składa, że takie przygody tkwią długo w pamięci. Wspinaczka czy wycieczka turystyczna przy pięknej, słonecznej pogodzie sprawia przyjemność i radość. Po takich pięknych dniach na pytanie: „Jak było?”, odpowiadałem, że super, że sama przyjemność, że wspaniały dzień i że życie jest piękne. Tylko po jakimś czasie pomału zapominałem o tych przygodach… bez przygód.

Nawet tak miłe wydarzenie jak moje 76. urodziny, które „stuknęły” mi na najwyższym szczycie Armenii („Urodziny”), gdyby nie zostało wzbogacone burzą śnieżną ze wszystkimi należnymi jej atrybutami (śnieg, grad, błyskawice i pioruny, brak widoczności), nie miałoby dla mniej takiej „wspomnieniowej” wartości. Opowiadanie „Ściana deszczu” to opis przygody, której zawdzięczam przyjaźń na całe życie. Wydarzenia zrelacjonowane w opowiadaniu „Nordkapp” pozostawiły trwające do dziś zadziwienie, że dość poważną wyprawę można zmienić w trudną do zrozumienia farsę. Są tu i historie dramatyczne („Długa noc”), i opisujące sytuacje nietypowe, jak wtedy, gdy zostałem aresztowany lub zmuszony do bycia… astronomem („Afryka 2001”).

Niektóre z tych tekstów powstawały na bieżąco, w innych dopiero teraz z trudem odtwarzałem zapomniane dzieje. To nie są opowiadania o górskich sukcesach, o klęskach też raczej nie. To próba uchwycenia tego, co w moim życiu było ciekawe. Gdyby nie przyjaciele, z którymi jeździłem w góry, nie miałyby one tego wspaniałego smaku. To właśnie w górach spędziliśmy razem kawał prawdziwego życia. Dziękuję przyjaciołom za to, że byli. Jestem też wdzięczny Eli — mojej żonie — za cierpliwość podczas wspólnych eskapad, a także za to, że skutecznie namawiała mnie do uczestniczenia w tych wyprawach, na które sama nie mogła pojechać.

Dodam jeszcze tylko, że wszystkie opowiadania są relacjami prawdziwymi.

Ściana deszczu

Pilnie studiuję przewodnik wspinaczkowy. Akcja opowiadania toczy się na prawej połaci ściany

Chyba każdy z taterników pisał kiedyś coś w rodzaju dziennika górskiego czy pamiętnika. Ja też. Długo szukam na półkach niebieskiego zeszytu… Zapiski kończą się na sierpniu 1966 roku. Czytam jedną z ostatnich notatek. Lato 66. VIII. Droga Łapińskiego i Paszuchy na wschodniej ścianie Mnicha.

Z Krzysztofem Konarskim, Jackiem Komosińskim i Andrzejem Gierychem. Wejście w górną część ściany (z półek) o 13:30. Załamanie pogody, deszcz. Prowadzący na ostatnim wyciągu klepie końcową półkę i… spada. W efekcie biwak w lejącym całą noc deszczu. Rano kończymy. To wszystko. Brak nawet dokładnej daty.

A było tak:

Sierpniowy niezbyt wczesny poranek. Wyłazimy z wilgotnych namiotów w obozowisku Szałasiska przy Morskim Oku. Jesteśmy zmęczeni kilkudniową bezczynnością. Nareszcie nie leje! Śniadanie można zjeść poza namiotem. Słońce jakby sprawiało wrażenie, że świeci. Potem brydż… Andrzejowi wyraźnie nie idzie karta.

— Panowie, a może byśmy tak coś zaorali? — rzuca niewinnie.

— A gdzie byś chciał pójść? — pytam z lekkim niepokojem.

— No… może na Łapińskiego na Mnichu — mruczy niezbyt zdecydowany Andrzej.

— Co ty, to jest łatwa droga — mówi pewnym głosem Andrzej. Przebiegniemy ją szybciutko, a jak chcesz, to całą przeprowadzę. Znam ją dobrze. — Panowie, co wy na to?

Andrzej (czasem zwany Gierysiem) spogląda na karcianych partnerów. Krzysiek i Drut (Jacek) patrzą na siebie.

— No może byśmy zdążyli, może jednak padać nie będzie… — stwierdzają niepewnie.

Zbliżało się południe. To ważne w tej opowieści, trzeba bowiem pamiętać, że w latach 60. ubiegłego wieku droga Łapińskiego uważana była za trudną. Przejście jej zajmowało wspinaczom ładnych kilka godzin. Przechodziło się ją techniką hakową, a na niektórych odcinkach stosowało regularny podciąg. To znaczy, że uciekano się wtedy na tej drodze do sztucznych ułatwień. Ale Andrzej był wówczas jednym z najlepszych wspinaczy, jakich znałem, więc istniała szansa, że rzeczywiście wrócimy przed nocą.

Przewodnik Taternicki „Tatry Wysokie” autorstwa Witolda H. Paryskiego tak opisuje tę drogę: 535. Pn-wsch ścianą (ze Żlebu pod Mnichem). Droga skrajnie trudna, techniką hakową (w dolnej części nadzwyczaj trudna), b. eksponowana, b. piękna, i oryginalna; w dolnej części dużo traw, w górnej skała lita; 6 godz. Pierwsze przejście: Czesław Łapiński i Kazimierz Paszucha 7.07. 1942 r.

Pospieszne przygotowania. Pójdziemy dwoma zespołami. Krzysio i Drut, jako że przedtem nie przechodzili dolnej części drogi, „za karę” idą od dołu. Ja z Gierysiem od półek. Po połączeniu pójdziemy czteroosobowym „tramwajem”.

Pakujemy sprzęt. Rozglądamy się z Andrzejem za jakąś liną. Drut poleca nam swoją biało-różową, lekko sztywną, niemiecką (produkcja NRD). Sami zabierają podwójną linę podciągową Krzysia (wspaniały jak na owe czasy Edelrid). My pójdziemy na pojedynczej.

— Nie będziemy się bawić w podciąg na dwóch linach — stwierdza Gieryś.

Na półki docieramy z Andrzejem lekko zdyszani po czymś, co raczej przypominało bieg przełajowy niż podejście pod ścianę. Eksponowany trawers pozwala nam uregulować oddechy. Andrzej startuje w ścianę o 13:30. Szybko przechodzi pierwszy wyciąg liny. Teraz następuje długie oczekiwanie na zespól nieszczęśników, pełznących od podnóża ściany. Iść dalej nie możemy, wiąże nas przecież dżentelmeńska umowa.

W końcu przychodzą. Niezwłocznie dowiązują się do mnie. Mogę nareszcie wystartować. Idzie nam nieźle, więc trochę nas dziwią okrzyki idącego z kursantami Janusza Kurczaba, dobiegające z prawego filara Cubryny. Niezbyt wyraźne, rozszyfrowujemy w końcu jako… „dobranoc”.

Na marginesie dodam, że wołający do nas Jano będzie w latach późniejszych liderem polskich wypraw narodowych, w tym na drugi szczyt świata — K2.

„Zgłupiał?” — myślę. Spoglądam na zegarek, a potem wreszcie w niebo.

I zmieniam zdanie. Nad Tatrami gromadzą się potężne, czarne chmury, a to oznaczać może tylko jedno. „Ale chyba zdążymy…” — nie tracę nadziei.

Zaczynam wspinaczkę na Półkach Mnichowych. Na pierwszym planie Krzysztof Konarski

Spoglądam na prowadzącego cały czas Andrzeja. Elegancko przechodzi trawers. Wspina się głównie klasycznie, rzadko używa ławeczek. Chyba miał rację, nie zabierając podwójnej liny podciągowej czy też dwóch niezależnych. Nie są nam potrzebne. Jedna w zupełności wystarczy. Tylko co z nią? Wygląda jakoś dziwnie. W odległości około dwóch metrów od Andrzeja lina załamuje się pod kątem 90 stopni… I to wcale nie jest złudzenie — ona jest po prostu przecięta! Wygląda na to, że rdzeń utracił ciągłość, a tylko nylonowy oplot sprawia, że lina nie rozpadła się na dwie części.


— Andrzeju, czy dobrze stoisz? — pytam, starając się, żeby mój głos brzmiał naturalnie.

— Za chwilę będę OK — słyszę. Rzeczywiście, po chwili Andrzej stoi w miarę pewnie.

— O co chodzi? — pyta bez specjalnego zainteresowania.

— Ściągnij dwa mety liny, zrób kluczkę poniżej uszkodzonego miejsca i wepnij ją w uprząż. — Słowa moje brzmią jak komenda wydawana przez instruktora. Andrzej spogląda w dół i, nie odzywając się ani słowem, spokojnie wykonuje zasugerowane przeze mnie czynności. Po chwili wspina się dalej.

Moje rozmyślania na temat stalowych nerwów partnera przerywa szum coraz gwałtowniejszego deszczu. Jak to często w górach bywa, opadowi towarzyszy nagłe ochłodzenie. Czuję to dotkliwie, gdyż zamiast swetra mam na sobie coś, co może uchodzić za jego imitację. W każdym razie stwierdzam, że oszczędzanie na wadze bagażu było raczej błędem. Później będę mógł powiedzieć, że było na pewno dużym błędem… Deszcz zmienia się w ulewę. Robi się coraz później, a że jest koniec sierpnia, dość wcześnie zaczyna się ściemniać. Ale Andrzej dzielnie „napiera” dalej.

Ortalionowy skafander nie daje osłony przed strugami deszczu. Żadna to pociecha, że dochodzący do mnie Krzysio i Drut są przemoczeni do suchej nitki.


Skupiamy się we trzech na wąskiej półce. Trzy dobrze wbite haki tworzą solidne stanowisko asekuracyjne. Jest już ciemno. Andrzej za chwilę skończy wspinaczkę. Melduje, że zostało mu już tylko kilka metrów do półki kończącej drogę. A więc jednak się udało! Lina powoli przestaje przesuwać  się w dłoniach, potem nieruchomieje. Z góry dobiegają niewyraźne mamrotania, świadczące o tym, że nasz lider ma jakieś bliżej nieokreślone kłopoty. Po chwili poprzez huk spadającej kaskadami wody, docierają do nas słowa, które brzmią dość niepokojąco.

— Za chwilę skończę drogę albo spadnę.

Cóż można zrobić po usłyszeniu takiego stwierdzenia? Wydaje mi się jednak, że coś zrobić muszę. Dość irracjonalnie przemeblowuję stanowisko. Wypinam pętlę autoasekuracyjną z jednego haka, by ją za chwilę wpiąć w drugi. Robię jeszcze kilka bardziej lub mniej potrzebnych ruchów i zastygam, wsłuchując się w odgłosy dochodzące z góry. Nadstawiam uszu, bo widzieć już nie mogę. Jest ciemno. W końcu słyszę donośny brzęk. To znak, że Andrzej jednak spadł.

Wspina się Andrzej Gierych

Odruchowo ściągam około dwóch metrów liny i czekam na szarpnięcie. Wydaje mi się, że minęło już dużo czasu, a lina nawet nie drgnęła. Słychać tylko deprymujący brzęk haków i karabinków, obijających się o skałę podczas pierwszej fazy lotu Andrzeja. Później zresztą gotów byłbym przysiąc, że odgłosowi temu towarzyszył snop iskier. Może zresztą tak było… Wreszcie czuję napięcie na linie. Następuje hamowanie. Lina pracuje na długim odcinku, więc nie muszę specjalnie przykładać się do dynamicznej asekuracji. Zresztą wtedy nie znaliśmy definicji „współczynnika odpadnięcia”, bo też nie wiedzieliśmy, jakie matematyczne zasady decydują o zerwaniu liny. Ale myślę, że żadna znajomość dynamiki lotu nie pomogłaby, gdyby Andrzej nie przewiązał się pół godziny wcześniej, omijając uszkodzony odcinek liny. Na pewno nie usłyszelibyśmy dość zaskakującego okrzyku, który dotarł do nas po chwili pełnej niepokoju.

— Jeden zero dla młodości! — Okrzyk ten świadczył nie tylko o tym, że byliśmy młodzi, ale i o tym, że Gieryś jest żywy, no i chyba cały.

Andrzej prosi o opuszczenie go na linie o jeden metr, bo pod nim jest dość szeroka półka. Teraz dopiero dociera do mnie, że dobrze zrobiłem, ściągając te dwa metry liny. Gdyby nie to, spadający 10—12 metrów nasz bohater postawiłby na tej półce kropkę. A co to znaczy, nie muszę tutaj chyba wyjaśniać. Lot miał Andrzej zresztą komfortowy, bez obijania drogocennego ciała o skały. To luksus, który można sobie zafundować podczas wspinania na drogach o stopniu nachylenia większym niż zachodnia ściana Niżnych Rysów.

Opuszczam „lotnika” na półkę. Andrzej ogłasza, że jest cały i zdrowy, ale o dalszym wspinaniu w takich warunkach nie ma mowy. Jest ciemno, zimno, leje ulewny deszcz, a na dodatek nie mamy nawet latarek czołowych. Pozostaje tylko biwak, który okazał się być najgorszym w moim górskim życiu.

Andrzej wspomina swój lot:

Owymi czasy droga ta była, jak to się mówiło, hakowa. Pierwszy wyciąg minął bez specjalnych przygód, ale wcale nie tak szybko. Pojedyncza lina, niemiecki kabel, sztywny, ale mocny. Gdzieś tak po kilku metrach drugiego wyciągu słyszę z dołu głos Andrzeja.

— Czy masz tam jakieś trudności? (właśnie zastanawiałem się nad sposobem kontynuowania drogi).

— No nie — odpowiadam.

— A czy dobrze stoisz?

— No dobrze.

— Czy możesz wybrać trochę liny?

— Oczywiście — odpowiadam i ściągam te kilka metrów. I cóż widzę? Lina przecięta, trzyma się tylko na części oplotu. No tak — robię kluczkę, wpinam do uprzęży i idę dalej. Koledzy podążają za mną, czas leci. Jestem w połowie trzeciego wyciągu, gdy zaczyna się ściemniać i pojawia się deszcz. Do końca drogi dość blisko. Po krótkim czasie jestem przed wyjściowym filarkiem. Ponieważ lina już dość ciężko przechodzi przez karabinki, żeby nie mieć kłopotów, w decydującym momencie ściągam jej spory odcinek i wchodzę na filarek. Rzucam w dół do chłopaków:

— Albo za chwilę będę na półkach, albo czeka nas biwaczek.

Czy tak to wyglądało?

Warunki są ciężkie, ale półki tuż, tuż. Po zrobieniu małych kroczków, macam palcami przełamanie ściany i szukam dobrego, znanego mi chwytu, znajdującego się już na półce. Nie znajduję, nie dosięgam. Usiłuję wygramolić się na półki. Namoknięta lina przytrzymuje i nogi wyjeżdżają ze stopni.

Nim zdążyłem mrugnąć, już jestem na dole, 8 metrów niżej, dyndając pół metra nad półką, na której byłem pól godziny wcześniej. Widowisko było podobno niezłe, bo szurałem żelastwem po skale, krzesząc snopy iskier. Potem stoję na tej półce. Koledzy biwakują niżej na stanowisku asekuracyjnym. Przyjemniej, bo razem, ale woda leje im się za kołnierz, a na mnie tylko pada.

Tyle Andrzej. Nasze relacje są podobne. Jedyną różnicą jest ocena długości lotu i odległości, dzielącej Andrzeja od półki po wyhamowaniu.

Pytano nas potem, dlaczego nie wycofaliśmy się zjazdami (na linie) na półki. Przypominam więc, że ciemno było straszliwie i stwierdziliśmy po raz nie wiem który, że przydałyby się nam lampy czołowe (czołówki). Poza tym od Andrzeja dzielił nas trudny trawers, sporo niełatwego terenu i różnica wysokości, co w zasadzie uniemożliwiało mu wycofanie się na nasze stanowisko. A na dodatek woda, lejąca się z nieba już nie strumieniami, a rzeką, odbierała nam chęć do jakiegokolwiek konstruktywnego działania. Można stwierdzić, że wyłączyliśmy myślenie.

Wracam więc do mojej relacji. Próbujemy we trzech zainstalować się na wąskiej półce. Litościwi koledzy, jako że nie mam swetra, sadowią mnie pomiędzy sobą. Mamy do dyspozycji dwa, modne wówczas, płaszcze igielitowe, które zesztywniały na kość. Niewielką mam z nich korzyść, gdyż każdy z moich „skrzydłowych” ciągnie sztywną płachtę do siebie. Siedzimy dokładnie w ścieku wodnym, więc lodowata ciecz, która wpływa mi za kołnierz, po dokładnym obmyciu pleców i nerek wlewa się do butów i wypływa cholewkami. Czuję, jak w szybkim tempie wychładza się moje ciało. Wiem, czym to grozi. Przypominają mi się postaci taterników (Krystyna Lipczyńska i Janek Horak), którzy nie przeżyli nocy, biwakując w lejącej się wodzie, proszę więc kolegów o ogrzanie mnie. Z dużą pasją robi to Krzysio, waląc mnie swoim wielkim łapskiem w plecy. Z drugiej strony wspiera go Drut. W efekcie zwisam poniżej półki, na krótko — na szczęście — wpiętych pętlach asekuracyjnych. Koledzy pomagają mi wgramolić się z powrotem. Jest mi zimno, co chwila dostaję, znanej wszystkim „kiblującym” w trudnych warunkach, „trzęsionki”. Wtedy znów następuje walenie w plecy, po raz kolejny spadam i tak w kółko.

Z góry Andrzej wygłasza komunikaty o stanie swego ducha i ciała. Po jakimś czasie donosi nam, że doszedł do… Placu Unii Lubelskiej. Kiedy zaczynamy już się zastanawiać nad kondycją jego umysłu, dociera do nas, że on po prostu spaceruje! Jak się potem okazało, jego półka była na tyle długa, że mógł na niej przejść kilka kroków. Chodził do rana. Nie tkwił w ścieku wodnym, więc chyba biwak ten zniósł lepiej niż my.

Świt zastaje mnie w stanie bliskim hibernacji. Mija dobre pół godziny, nim jestem w stanie zmusić moje zesztywniałe ciało do jakiegokolwiek ruchu. Ręce mam pozbawione czucia, więc przez dłuższy czas nie udaje mi się nawet rozpiąć rozporka, by móc zrobić, należne każdemu, poranne siusiu. Dziś może się to nawet wydawać zabawne, ale wtedy wcale takie nie było… Nie miałem pojęcia, jak przejść w takim stanie trudny trawers. Wykazałem się, jak na mnie, niezwykłą inwencją — wieszałem ławeczki (pętle do podciągu), gdzie tylko się dało. Wykorzystałem do tego wszystkie sterczące skalne „cycki”. Dobrze, że nie musiałem dobijać haków. Ręce nie były na tyle sprawne, żeby utrzymać młotek.

Dochodzę do Andrzeja w lepszej formie. Jednak wspinanie trochę mnie rozgrzało. Po mnie męczą się Krzysio i Drut, wykorzystując mój patent z bezpośrednim wieszaniem ławeczek na występach skalnych. Zastajemy Gierysia w niezłym stanie, więc mamy nadzieję, że dokończy dzieła i poprowadzi ostatnie metry. Ale spotyka nas niespodzianka. Andrzej stwierdza, ze swym charakterystycznym uśmiechem, że prowadzić nie ma zamiaru. Że dobrze pamięta wczorajszy lot, a w ogóle to nie czuje się najlepiej. No cóż, ma do tego prawo. W końcu to on poleciał, nie my, a prawdę mówiąc  skutków tego odpadnięcia nie znamy.

Wygląda na to, że któryś z pozostałej trojki musi poprowadzić te ostatnie metry. W końcu decyduje się na to Jacek (Drut). Ale on też twierdzi, że stan, w jakim się znajduje, nie pozwoli mu na przejście klasycznego odcinka kończącego drogę. Wypatrujemy więc z lewej strony rysę z tkwiącymi w niej przegniłymi drewnianymi kołkami, stanowiącymi chyba pozostałość po jakimś zimowym przejściu. Rysa ta stwarza możliwość przejścia techniką hakową, co skwapliwie wykorzystuje Jacek, sprawnie „hacząc” na tym końcowym odcinku. Gdy zmęczony wypełza na końcową półkę, widzi nadchodzących z pomocą przyjaciół (Jacek Rusiecki, Andrzej Drobnik i inni, których nazwisk nie pamiętam). Ale ich widok, zamiast go ucieszyć, wywołuje niczym nieuzasadnioną agresję. Zamiast tradycyjnym „cześć”, wita ich pretensjami.

— To dopiero teraz przychodzi się po kolegów?!

Zaskoczeni, odpowiadają, że wstali o trzeciej rano, a przecież musieli przygotować dla nas herbatę. Że biegli jak najszybciej, aby nam pomóc, a my tacy niewdzięczni. Odpłacają się nam, wybuchając salwami śmiechu na widok każdego kolejnego, wyłażącego na półkę, zmaltretowanego biwakiem nieszczęśnika. Robią nam pamiątkowe zdjęcia. Wyglądamy na nich nieszczególnie.

Pijemy gorącą herbatę, jest fajnie. Deszcz nie pada, robi się cieplej. Dobrze jest mieć przyjaciół, zwłaszcza w górach…


Epilog

Na drugi dzień, gdy odpoczywaliśmy po naszej przygodzie, słyszymy głos jednego z przebywających na „taborisku” taterników.

— Panowie, wzięliście wczoraj moją linę, a przecież parę dni temu przewaliła się przez nią lawina kamienna.

Okazało się więc, że w obozowisku były dwie biało-różowe niemieckie liny, a my omyłkowo wzięliśmy tę obcą, która kilka metrów od jednego końca miała przecięty rdzeń… No cóż — mogło się to wszystko zakończyć inaczej.

We wstępie napisałem, że nasza przygoda na ścianie Mnicha utrwaliła przyjaźń czterech partnerów na linie. Wygląda to może na dość naciąganą historię, ale ja w to wierzę.

W przypadku Krzysia to była przyjaźń dosłownie do końca życia.

Krzysztof zmarł 28 lat po naszej przygodzie, pełen planów eksploracji ulubionych gór Norwegii. Pozostała trójka w chwili, gdy piszę te słowa, dobiega osiemdziesiątki. Jesteśmy przyjaciółmi nie tylko w górach.

Koniec naszej przygody. Opuszczam niegościnną ścianę
Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 22.82
drukowana A5
kolorowa
za 46.08