E-book
9.99
drukowana A5
34.05
Oko Kanaloa 2

Bezpłatny fragment - Oko Kanaloa 2

Tajemnica Ducha


Objętość:
228 str.
ISBN:
978-83-8104-920-7
E-book
za 9.99
drukowana A5
za 34.05


Prolog

Wierzysz w niebo i piekło? W Boga i jego odwiecznego wroga, Lucyfera? Nie, nie Szatana. Na samym początku, gdy panował chaos, nie było Szatana. To Lucyfer był głównym wrogiem Boga. Kiedy Bóg stworzył Ziemię i ludzi, Lucyfer uznał ich za dobrą zabawkę. Wpuścił węża i wszyscy wiemy, jak to się skończyło. Przez lata igrał z Bogiem, próbując udowodnić mu, jak nieidealne są jego twory. Do czasu, kiedy na Ziemi pojawił się Jezus. Był tak idealny, że nie dał się skusić na nic. Lucyfer zazdrościł Bogu i stworzył swojego syna. Wybrał najbardziej niegodziwą kobietę i sprawił, że stała się matką Szatana. Ten, od małego siał spustoszenie, zaczynając od zabicia własnej matki podczas porodu. To właśnie on przekupił Judasza i doprowadził do śmierci Jezusa. Lucyfer był z niego dumny, chciał oddać mu całą Ziemię we władanie, ale nie spodziewał się, że Szatan zapragnie jeszcze większej władzy. Mając część mocy Lucyfera, stworzył Księgę Śmierci, w której zapisany był byt każdej istoty ziemskiej i pozaziemskiej. Za jej pomocą zabił Lucyfera. Nie wiedział jednak, że piekło musi mieć władcę. Planował panować w niebie, na ziemi i w piekle, ale nie zdążył zrealizować swoich planów. Piekło pochłonęło go zaraz po zabiciu Lucyfera. Nie zdążył zabrać Księgi, która zaginęła na ziemi. Wysłannicy niebios również próbowali ją znaleźć, ale Księga dotknięta przez anioła, zamieniała go w pył. Została więc zapomniana. Odnaleziona dopiero przez faraonów, którzy zabijali się wzajemnie, by posiąść jej moc. Ze śmiercią Kleopatry, Księga ponownie zaginęła. Słuchy o niej wkrótce stały się tylko legendą. Aż po latach wykopalisk i prób odgadnięcia tajemnicy piramid, nareszcie na światło dzienne wydostały się istotne informacje, a szepty o Księdze Śmierci zrodziły się na nowo.

*

Chris nie spodziewał się, że tak szybko uda mu się namówić ojca na wizytę w bibliotece. Kiedy tam dotarli, uciekł pomiędzy półki. Nie szukał jednak bajek. Wiedział, że stara książka znaleziona na strychu to tylko opowieść i Księga Śmierci może być jedynie fikcją literacką, ale musiał sprawdzić. Jego małe serduszko biło niespokojnie, kiedy odnalazł odpowiedni artykuł. Przeczucie go nie zawiodło. Księga istniała naprawdę.

Po wyszukaniu informacji, przebiegł jeszcze kilka razy między działami i chwycił pierwszy tytuł, który wpadł mu w oczy. Zwykle zaczepiał bibliotekarki, żeby wyciągały mu pozycje z wyższych półek. Wielokrotnie przeglądał wszystkie i wymieniał je, ale teraz książki przestały być istotne, niemal nie dostrzegał ludzi, których zwykle zagadywał. Chciał być jak najszybciej w domu, wdrapać się na strych i czytać. Nie mógł jednak dać po sobie poznać, że coś jest nie tak. Doskonale ukrywał się z zamiarami.

— Już. — Wyszedł i pomachał książką, idąc w stronę samochodu. Ojciec czekał na niego przed wejściem.

— Szybko obróciłeś — zdziwił się mężczyzna. Oglądał się nerwowo dookoła. — Idź do samochodu, zaraz do ciebie przyjdę — polecił.

— Wracajmy do domu, chcę czytać! — Chłopiec podbiegł do ojca i zaczął ciągnąć go za rękę. Mężczyzna westchnął i uklęknął przy nim.

— Chris, tatuś musi jeszcze coś załatwić. Idź do samochodu i zacznij czytać. Zaraz do ciebie przyjdę, obiecuję — zapewnił chłopca. Dzieciak zmarkotniał i niechętnie odszedł. Dwa razy spoglądał za siebie, zanim otworzył drzwi. Wsiadł, ale nawet nie spojrzał na książkę. Przyglądał się ojcu, który przestępował nerwowo z nogi na nogę.

Po kilku minutach do mężczyzny podeszła starsza kobieta w słomianym kapeluszu na głowie. Mały nie słyszał, co powiedziała jego ojcu. To nie mogło być nic dobrego, ponieważ Charles wyraźnie się zmartwił. Po krótkiej rozmowie zacisnął pięści i poszedł do samochodu. Wsiadł i udawał, że nic się nie stało. Uśmiechnął się do syna, spokojnie wyjechał z parkingu, zaczął narzekać na pogodę. Było mu zbyt gorąco. Wspomniał coś o wakacjach, ale Chris nie słuchał. Chciał być w domu.

Kiedy dotarli, a ojciec zgasił silnik, chłopiec zapytał o starszą panią. Ojciec zostawił go bez odpowiedzi. Dziesięciolatek nie zastanawiał się długo. Wszedł do domu, przywitał się z matką i poinformował, że idzie do siebie. Obiecywał, że wyjdzie dopiero na kolację. Poprosił, żeby mu nie przeszkadzać, bo będzie czytał. Rodzice przytaknęli, a malec uśmiechnął się pod nosem, idąc w stronę swojego pokoju.

Zamknął za sobą drzwi, rzucił książkę na biurko, odczekał chwilę i wyszedł po cichutku. Stąpając po schodach na strych, starał się stawiać każdy krok tak delikatnie, jakby jedynie muskał stare drewno. Udało mu się niemal bezszelestnie.

Za dnia strych wyglądał zupełnie inaczej, niż w nocy. Nie było w nim nic przerażającego. Widać było tylko dużo więcej pajęczyn, które w nocy nie rzucały się tak w oczy. Ciepłe powietrze z zewnątrz sprawiało, że wilgoć była wyczuwalna w powietrzu.

Chris wdrapał się na fotel, wysunął odpowiednią encyklopedię i sięgnął po książkę, która przykuła jego uwagę ostatnim razem. Usiadł na fotelu, ale słońce wpadające przez okienko uprzykrzało czytanie. Nim odnalazł fragment, na którym zakończył, zrobiło mu się gorąco i duszno. Zszedł ze strychu i pomknął do swojego pokoju. Schował książkę pod poduszką i pobiegł do mamy po szklankę soku dla ochłody. Uderzył go słodki zapach ciasta, więc po drodze zgarnął kawałek. Z talerzykiem i szklanką zasiadł do lektury, która kusiła go od samego rana. Przewracał kartki, trafiając na początek odpowiedniej części. Nareszcie mógł zaspokoić głód.

Rozdział 1
Głos w głowie prawdę powie

W filmie „Czego pragną kobiety” Mel Gibson dostał niesamowitą możliwość słyszenia kobiecych myśli. Głosy w jego głowie pomagały mu zrozumieć zawiłość kobiecych myśli i trafić w gusta osób, które chciał zdobyć. Na pewno spora część ludzi, którzy widzieli ten film, zastanawiała się później, jak to jest słyszeć obcy głos w głowie i móc wykorzystać go w życiu. Gdyby istniał sposób na poznanie odpowiedzi na nurtujące pytania, ile osób odważyłoby się go posłuchać? Czy w prawdziwym życiu człowiek potrafiłby zareagować tak spokojnie jak postać w filmie? Mel szybko zaakceptował nową umiejętność, ale wielu ludzi mogłoby się czuć nieswojo, kiedy usłyszeliby nagle cudzy głos, który zaczyna wskazywać im drogę. Czy nie tak rodzą się schizofrenicy? Oni też słyszą głosy.

Dziwne myśli nachodziły mnie czasami po nocnych seansach filmowych. Zwłaszcza, że Cassie zaczęła wybierać komedie romantyczne, których Preston nie lubił. To przestało sprawiać problemy, kiedy dziewczyna wykluczyła go ze wspólnych wieczorów. Wbrew przypuszczeniom, po powrocie do Miami, wciąż miała mu za złe wyznanie.

Podróż do Wenecji pozostawiła piętno na nas wszystkich. Czułam się nieswojo, gryzło mnie sumienie. Miałam chłopaka, którego zdradziłam i to z chłopakiem swojej najlepszej przyjaciółki. Jakby tego było mało, w tej przyjaciółce kochał się przyjaciel, uznawany przez wszystkich za geja. Niemal jak w kiepskiej telenoweli, pisanej przez bandę dzieciaków. Czasem miałam wrażenie, że przeznaczenie układa grupa złośliwych chochlików. Pod wpływem narkotyków, dla zabawy, połączyły dwie osoby, które się nie znoszą i zepsuły piękny obrazek. Teraz każde z nas miało jakiś problem, choć wcześniej tylko Preston nie czuł się dobrze.

Miałam nadzieję, że miłość mu przejdzie i przy każdej nadarzającej się okazji próbowałam go swatać z innymi dziewczynami. Każda jednak reagowała na to śmiechem. Do Prestona tak pasowała odmienna orientacja, że nikt nie potrafił uwierzyć w jego zmianę. Dodatkowo robił się coraz bardziej skryty i zamknięty w sobie. Powoli zapominałam jak brzmi jego głos. Nawet kiedy szliśmy razem na zajęcia, jedyne cudowne słowo, jakie padało z jego ust to: „Jestem”. Mógłby chociaż dodać, że głodny albo spragniony, albo zmęczony, albo zdołowany, albo frajerem. Wszystko brzmiałoby lepiej, niż to jedno krótkie słowo. Rozumiałam — był podłamany całą sytuacją. Liczył, że po swoim bohaterskim czynie z Włoch, zyska sympatię Cassie, ale ta trzymała go na dystans. Zrobiła się nieufna i chciała spędzać czas tylko ze mną. Hunt z kolei zrobił się milszy, choć to naturalne po tym, co przeszliśmy. Wciąż był z Cassie, a o naszym wyskoku nie rozmawialiśmy, odkąd wyszliśmy z kabiny jachtu. Mi się nie spieszyło, żeby poruszać temat.

Jak widać, pomijając drobne spaczenia, moje otoczenie było prawie normalne. Gorzej ze mną. Nie mogłam spać. Odkąd wróciłam, nie przespałam normalnie ani jednej nocy. Myśli buszowały po mojej głowie i nie potrafiłam ich wyciszyć. Jak tylko przysnęłam, zaraz budziłam się z krzykiem. Śniłam o dziewczynie łudząco podobnej do mnie, niemal identycznej. Podchodziła do mnie i się uśmiechała, a dopiero wtedy dostrzegałam, że jej oczy są całkowicie czarne. Nie miała białek ani tęczówek. Wyglądało to jak wielkie źrenice, z których nagle zaczynała płynąć krew. Kiedy tylko ją widziałam, wpadałam w panikę i się budziłam.

Mimo nieprzespanych nocy, wstawałam wypoczęta. Byłam jednak roztargniona i nie potrafiłam się na niczym skupić. Zdarzało się, że nagle zaczynało mi szumieć w głowie. To nie było nic związanego z bractwem. Zapytana o to Cassie odpowiadała, że nic podobnego nie słyszy. Przypisałam to nerwicy, jakiej zapewne nabawiłam się przez akcje, w których mogłam stracić życie. Tylko Trevor był mi pocieszeniem w tych tragicznych dniach. Mogłam do niego pisać w środku nocy, mogłam prosić o spotkania, kiedy chciałam. Nigdy nie odmawiał. Zwykle kazał czekać kilka godzin, albo dni, ale zawsze się zjawiał. Zawsze. Zwłaszcza w Walentynki. Wybraliśmy się do uroczej knajpki, przystrojonej w motywy związane ze świętem zakochanych. Wszędzie było masę czerwieni, serduszek i kupidynów dyndających w samych pieluchach.

— Karnawał wenecki mnie zachwycił. Znajomy matki oprowadził mnie i przyjaciół po mieście. Cassie była zachwycona tymi wszystkimi kreacjami, a Preston miastem, które znał z gry — opowiadałam Trevorowi wszystko. Zwykle mówiłam niewiele, ale przy nim usta mi się nie zamykały. Zauważyłam, że chwilami aż próbował wciskać we mnie mus malinowy, żebym dała mu się wypowiedzieć. Byłam jednak tak zajęta własnym tokiem myślowym, że nie zwracałam na to większej uwagi.

— Ja też byłem na karnawale weneckim. Aż dziwne, że na siebie nie wpadliśmy. To duże miasto, ale ludzie skupiają się w jego sercu. Może nawet kilka razy minęliśmy się między uliczkami — zasugerował, uśmiechając się uroczo. Zawsze, kiedy to robił, w kącikach jego oczu tworzyły się delikatne zmarszczki. Wyglądał przesłodko. Można się było zakochać w samym widoku. Kiedy taki chłopak siedział obok, świat od razu robił się piękniejszy.

— Niesamowite — westchnęłam rozmarzona. — Byliśmy tak blisko siebie!

— Też miałaś maskę? Mi ojciec zawsze przywoził prezenty z podróży biznesowych. Z Wenecji były to maski. Mam ich u siebie całą kolekcję. Może chcesz je obejrzeć?

— Z chęcią — przytaknęłam i radośnie pokiwałam głową.

— Wieczorem możemy się do mnie wybrać, ale najpierw mam jeszcze kilka niespodzianek. — Uśmiechnął się uwodzicielsko. Przesunął twarz minimalnie w moim kierunku. Pokonałam szybko pozostałą odległość i doprowadziłam do zetknięcia się naszych ust.

Całus, jakich pary wymieniają tysiące. Krótki, delikatny, słodki. Z czasem takie gesty powszednieją, ale mi zawsze jego usta smakowały równie dobrze. Nawet kiedy dotykam ich tylko przez chwilę.

— Chętnie do ciebie wpadnę — mruknęłam, zalotnie machając rzęsami. Zagryzłam nawet dolną wargę dla spotęgowania efektu. Czasem miałam wrażenie, że takie działania wychodziły mi w strasznie wymuszony sposób, kiedy próbowałam naśladować Cassie, ale uwodzenie Trevora stało się dla mnie tak naturalne jak oddychanie. W mojej głowie rodziły się dwuznaczne wypowiedzi i żarciki związane z poruszanymi tematami. Jakby działał na mnie niczym magnes.

— Puszczę nastrojową muzykę, pokażę ci maski, rozmasuję szyję, a potem zatopię się w twoich ustach. — Z każdym słowem zbliżał się coraz bardziej. Uśmiech nie schodził mi z ust. Byłam wniebowzięta, kiedy go słyszałam.

— Moje usta…

— Już teraz mam na nie niesamowitą ochotę — przerwał mi, zanim zdążyłam dokończyć zdanie. Zwykle takie zachowania mnie denerwowały, ale w jego wykonaniu jedynie dodawały smaku.

— Obsługa nas wyprosi, jeśli za bardzo zaszalejemy. — Zaczęłam chichotać, patrząc się w stolik.

— Jeśli nas wyrzucą, to będzie twoja wina.

— Moja?!

— Tak — potwierdził i przyciągnął mnie mocniej. Zbliżył twarz, a potem zaczął przesuwać ustami po mojej szyi. — To ty tak na mnie działasz. Twój głos, twój zapach, twoje seksowne ciało.

Poczułam falę gorąca, która uderzała mi do głowy. Uwielbiałam komplementy (jak każda kobieta!), jednak te z ust Trevora działały na mnie z potrójną siłą. Sposób, w jaki mnie dotykał, sprawiał, że miałam ochotę się na niego rzucić i zgwałcić go w publicznym miejscu, za co pewnie dostałabym dożywotni zakaz pojawiania się w tego typu knajpkach.

Wibracja w kieszeni sprowadziła mnie na ziemię, jednak próbowałam udawać, że jej nie dostrzegam. Niestety to całkowicie wybiło z rytmu Trevora. Odsunął się i wrócił do grzecznej pozy.

— Nie odbierzesz? — zapytał.

— Nie, to na pewno nic ważnego. — Machnęłam ręką, jednak zerknęłam ukradkiem na wyświetlacz. Pokazał się na nim numer Hunta. Znowu byłam na niego wściekła. To był jedyny typ, który nawet na odległość potrafił działać na mnie jak płachta na byka. — Nic się nie stało. Możemy wrócić do tego, na czym skończyliśmy. — Starałam się być w pełni uwodzicielska i zalotna, ale raz stracona chęć na igraszki już nie wróciła. Trevor dalej był czarujący, ale więcej się do mnie nie zbliżał. W końcu zadzwonił również jego telefon. Przeprosił i powiedział, że w tym wypadku, to może być coś pilnego. Odszedł kilka kroków, żeby spokojnie porozmawiać.

Byłam zła na osobę, która wynalazła telefony. Gdyby nie one, moja randka wyglądałaby dużo lepiej! Nic więc dziwnego, że kiedy o cholerstwo znowu się rozdzwoniło, miałam ochotę roztrzaskać je o podłogę. Jeśli to by był znowu Hunt, następnego dnia musiałabym się wybrać do sklepu po nowy aparat, ale tym razem natrętem okazała się moja przyjaciółka. Miałam od niej już cztery nieodebrane połączenia, więc za piątym razem dałam jej powiedzieć, co jest tak ważnego, żeby przerywać mi walentynkową randkę.

— She, czemu nie odbierałaś? Nieważne. Pamiętasz, że walentynki zawsze spędzamy razem? W tym roku mamy niespodziankę! To będzie legendarne, zobaczysz! Tylko musisz się pospieszyć, bo nie zdążymy. — Cieszyła się z każdego wypowiedzianego słowa. Gdybym nie była zła, pewnie udzieliłby mi się jej dobry nastrój.

— Pogadamy o tym później, teraz jestem zajęta.

— Nie ma później, She. Takiej okazji nie pozwolę ci przepuścić! Już po ciebie jedziemy. Pozdrów Trevora i powiedz, że pali ci się dom. Musisz tu być!

— Cass, nie ma takiej opcji, żebym…

— Jesteście jeszcze w „Cherries”, prawda? Zaraz tam będziemy. — Zdawało się, że wcale mnie nie słuchała. Cała Garnet! Zawsze wszystko musiało być po jej myśli!

Rozłączyła się nim zdążyłam powiedzieć chociaż słowo. Byłam pewna, że po odłożeniu telefonu, zaczęła się cieszyć i klaskać. Ja tymczasem wcale nie czułam się szczęśliwsza. Wręcz przeciwnie.

Starałam się uspokoić, robiąc kilka głębokich wdechów. Spojrzałam w stronę Trevora. Zauważył smutną minkę i cmoknął w moim kierunku, po czym odwrócił się tyłkiem i jeszcze chwilę rozmawiał. Nie dawał mi nawet obserwować swojej mimiki, więc nie miałam absolutnie nic do roboty. Zastanawiałam się tylko nad tym, co mu powiedzieć o pomyśle Cass.

— Przepraszam cię, Sheyla, ale reszta niespodzianek musi poczekać. Wiem, że to najgorszy moment, ale muszę wyjechać na kilka dni. Ojciec mnie potrzebuje w firmie. Naprawdę chciałbym spędzić z tobą walentynki, ale nie wszystko zależy ode mnie. Obiecuję, że odbijemy to sobie następnym razem i nic nie przepadnie — powiedział, jak tylko wrócił. Nawet nie usiadał, tylko stanął nade mną z posępną miną. Widziałam, że to co mówi, jest prawdą. Wyglądał na naprawdę smutnego. Sprawił tym samym, że nie musiałam się więcej zastanawiać nad wymówką. Zgraliśmy się idealnie co do końca spotkania.

— Nic się nie stało. I tak przyjaciółka za mną wydzwania i przypomina, że zawsze spędzamy walentynki razem. Wiesz, to nie tylko święto miłości, ale też przyjaźni. — Wyjęłam portfel, żeby pokryć swoją część rachunku.

— Nie żartuj, ja zapłacę. — Uśmiechnął się grzecznie.

— Dziękuję, ale nie trzeba — odpowiedziałam równie uprzejmie. — Nie lubię, jak ktoś za mnie płaci.

— Kochanie, przecież ja nie płacę za ciebie, tylko za koktajl truskawkowy. — Był słodki. Wspaniały. Cudowny. Nie potrafiłam mu się postawić. Wręcz przeciwnie, strasznie mi się podobało jego podejście. Traktował mnie jak prawdziwą kobietę, a nie zwykłą dziewczynę, jakich na pęczki. Czułam się wyjątkowa. Podeszłam do niego i razem ruszyliśmy do wyjścia.

— Twoi przyjaciele chyba nie bardzo mnie lubią — zagadnął po wyjściu z baru.

— Twierdzą, że im mnie zabierasz, ale nie wiedzą, co mówią. Wystarczy mnie dla ciebie i dla nich. — Przytuliłam się do niego i dałam mu całusa w policzek.

— Wskakuj, odwiozę cię — zarządził, kiedy doszliśmy do jego samochodu.

— Nie trzeba. Zaraz po mnie podjadą. Cassie znowu coś wymyśliła. Zależy jej na czasie i pewnie mają po drodze.

— Dobrze. Poczekam na nich z tobą. — Przyciągnął mnie do siebie i zaczęliśmy wymieniać pocałunki, uśmiechając się do siebie. Mamrotaliśmy, sycąc się wzajemnie słodkimi słówkami.

Kiedy usłyszałam hamowanie z piskiem opon, wiedziałam, że to ostateczne pożegnanie.

— Uciekam. To po mnie — rzuciłam, niechętnie się od niego odklejając.

— Chętnie poznam Prestona i Cassie. Wiele o nich opowiadałaś. Może mnie polubią, jeśli dasz nam szansę się spotkać — zaproponował. Pokiwałam szybko głową.

— To świetny pomysł, ale nie teraz. Obecnie jesteśmy na etapie sprzeczania się, ale obiecuję, jak tylko będzie okazja.

— She, no chodź już! — usłyszałam za plecami krzyk Cassie.

— Pa. — Ostatni raz pocałowałam Trevora i odeszłam, co chwilę odwracając się w jego stronę. On również odprowadzał mnie wzrokiem. Właściwie to byłam prawie pewna, że bardziej, niż mnie, obserwował samochód, do którego się zbliżałam. Analizował trzy siedzące w nim postacie, po czym wracał wzrokiem do mnie i znów do nich. Gdyby nie musiał wyjechać, może mogłabym go zabrać ze sobą w to tajemnicze miejsce, które tym razem wymyśliła Cassie. Ona zawsze wszystko planowała. Mi i Prestonowi wystarczyłby wieczór z chrupkami i lampką wina, ale ona upierała się, żeby świętować każdą możliwą okazję. W końcu raz się żyje.

Wsiadłam do samochodu bez grama entuzjazmu. Cass od razu mnie przytuliła i cmoknęła w policzek. Kazała Huntowi ruszyć, a ten całą drogę nie mógł zamknąć mordy. Non stop nadawał, jaka to jego siostra jest fajna, że kupiła mu samochód. Nic wielkiego, jedynie czarny kabriolet, którym mógł się wozić po całym mieście. Właściwie na jej miejscu pewnie zrobiłabym to samo. Dziewczyna mogła sobie pozwolić na taki wydatek, a to przynajmniej gwarantowało, że braciszek nie ukradnie więcej jej limuzyny.

Szumiało mi w głowie, ale starałam się nie zwracać na to uwagi. Cassie uwielbiała robić niespodzianki, choć kiedy jej pomysły nie spotykały się z oczekiwaną reakcją, miała to sobie za złe przez długi czas i dopytywała, co zrobiła źle. Nie chciałam sprawiać jej przykrości, ale kiedy z Huntem wywiozła nas do sąsiedniego stanu na koncert Queen, nie mogłam długo ukrywać bólu głowy. Byłam zachwycona, że znalazłam się przy samej scenie, na której wariowały gwiazdy światowego formatu, ale czułam się niemal zamroczona. Szum, w połączeniu z basem i głośnikami na scenie, robił się nie do zniesienia. Mimo wszystko, zaciskałam zęby i wytrzymałam cały koncert. Było nieźle. Całą drogę powrotną czułam, jakby jakaś odśrodkowa siła rozrywała mi głowę i robiła balonowe zwierzątka z moich szarych komórek, ale było warto. Liczyłam, że wymigam się od imprezy, którą Cassie zorganizowała u siebie. To również miała być niespodzianka, ale wszyscy wiedzieli, że w jej domu czeka cała horda wielbicieli i imprezowiczów, którzy wykorzystają każdą okazję do zabawy. Zjawiliśmy się tam w komplecie. Hunt od razu chciał wyciągnąć swoją dziewczynę do tańca, ale ta uciekła do pokoju, warcząc na niego, kiedy próbował iść za nią. Preston w tym czasie z plecaka wyciągnął kartkę z sercem i słodkimi rymowankami o miłości. Wręczył ją Cassie, kiedy dziewczyna tylko pojawiła się na horyzoncie. Niestety reakcja go nie ucieszyła. Odkąd Cassie wiedziała, że Preston się w niej zakochał, była dla niego równie bezlitosna, jak dla innych adoratorów. Właściwie nawet bardziej — pozornie zachowywała się wobec niego jak dawniej, ale dodawała do tego przesadne czułości z Huntem i dogryzanie biednemu Prestonowi. Nie wiedziałam, ile jeszcze chłopak będzie w stanie wytrzymać.

— Nie kocham cię — powiedziała w jego kierunku, rzucając kartkę na stolik. — I nigdy się w tobie nie zakocham.

— Cassie, może chociaż spróbowałabyś dać mi szansę?

Kiedy Hunt wszedł do salonu, Preston klęczał przed Cassie. Taki widok niezmiernie zdziwił jej chłopaka. W końcu on w dalszym ciągu nie wiedział, że przyjaciel się w niej zadurzył.

— Co tu się dzieje? — zapytał, patrząc groźnie na klęczącego.

— Preston nie jest gejem — wytłumaczyła Cassie.

— Wiem. Od początku wiedziałem. — Blake wyglądał, jakby ani trochę się nie zdziwił. — Widzę, jak patrzy na kobiety. Źrenice rozszerzają mu się z podniecenia, ilekroć Cass jest obok. Na facetów nie reaguje wcale. Jedynie na mnie, bo jestem wrogiem, który zdobył jego dziewczynę.

— Nie jestem jego. I nigdy nie będę — wtrąciła się Cassie. — Od­dycha­my tym sa­mym powietrzem. To wys­tar­czający stop­ień zażyłości.

— Szczegóły. — Machnął na nią ręką i zgarnął chłopaka z podłogi. Złapał go za ramiona i pchnął w stronę drzwi. — Jedynie przez wzgląd na przyjaźń z moją dziewczyną, nie dostaniesz tego, na co zasłużyłeś. Ostrzegam jednak, że to ostatni raz, kiedy stosuję według ciebie taryfę ulgową. Podrywanie mojej dziewczyny kończy się śmiercią — pogroził mu.

Miałam ochotę rzucić się w obronie przyjaciela, ale musiałam przyznać Huntowi rację. Preston próbował rozwalić ich związek. Nie, żebym ja nie zrobiła tego wcześniej, bzykając się z Huntem w Wenecji, ale to było zupełnie coś innego. Po pierwsze: byłam naćpana, a po drugie: byłam naćpana!

— Jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa. — Preston pogroził palcem trzy razy silniejszemu od siebie facetowi, który niemal toczył pianę z ust na jego widok. Pierwszy raz widziałam taką scenę z jego udziałem. Nigdy odwagą nie grzeszył, a w tamtym momencie nie przejmując się Huntem, spoglądał z uśmiechem na jego dziewczynę.

— Pamiętaj, że zawsze będę cię kochał, a miłość potrafi przenosić góry. W twoich pięknych, zielonych oczach jest zamknięty cały mój świat. Miało być normalnie… ale żadne z nas tego tak naprawdę nie chce. Ja chcę czegoś więcej, a ty, jak sama określiłaś, nie potrafisz mi tego „więcej” zapewnić. Tak właśnie powstaje to coś, co względnie ktoś nazwał przyjaźnią… ale my nie będziemy potrafili być teraz tylko przyjaciółmi. Za dużo między nami namiętności, uczucia. Wiem, że to czujesz. Wiem też, że musze poczekać. Poczekam, ale nie każ mi być tylko przyjacielem, bo wiem, że nie będę potrafił — dodał i wyszedł. Sposób, w jaki to zrobił, sprawił, że dwie dziewczyny, które się temu przysłuchiwały, wyszły za nim podekscytowane, jakby chciały go odbić mojej przyjaciółce. My wiedzieliśmy, że nie mają na to szans. Dla zakochanego mężczyzny, nawet najpiękniejsza kobieta świata nie jest pokusą. On chce tylko tej jednej jedynej.

— Cass, powinnaś szanować Prestona. Chociażby za największy komplement, jaki od niego masz na każdym kroku. Jest w tobie zakochany. Ze wszystkich dziewczyn na ziemi, on wybrał właśnie ciebie. Zresztą musisz przyznać, że to było… boskie. — Szturchnęłam przyjaciółkę, która uśmiechnęła się pod nosem. Na pewno jej to pochlebiało, choć wielu facetów robiło dla niej już różne rzeczy. Byli tacy, którzy wysyłali listy miłosne, inni stawali pod oknem i grali na gitarze. Ciężko zaimponować rozchwytywanej dziewczynie, ale czasem jedno zachowanie wystarczy. Hunt też o tym wiedział, dlatego za uświadomienie sytuacji przyjaciółce, ukarał mnie groźnym spojrzeniem.

— Boskie to było dostać czterdzieści walentynek od nieznajomych dziewczyn. — Szybko na jego usta wrócił cwaniacki uśmiech. — Mężczyzna rozchwytywany przez kobiety i kobieta rozchwytywana przez facetów. To jest dopiero boskie. Cassie, jesteśmy dla siebie stworzeni.

Przytulił dziewczynę i zabrał ją z pokoju. Korzystając z nieuwagi przyjaciół, wróciłam do domu. Wytłumaczyć musiałam się dopiero następnego dnia, ale wymówka, którą kupili bez zastanowienia, sama pojawiła się w mojej głowie. Przerażające, z jaką łatwością potrafiłam okłamać własnych przyjaciół. Tę zdolność nabyłam dopiero po powrocie z naszej wyprawy.

— Cały czas tam byłam. To wy się gdzieś zaszyliście — szłam w zaparte, kiedy Cassie ze swymi dwoma amantami dorwała mnie między zajęciami.

— Szukałam cię wszędzie. To pewnie przez tłumy. Przez dom jeszcze nigdy nie przewinęło się tyle osób, co w tym roku. Następna impreza będzie kameralna — oświadczyła blondynka. Wszyscy skwitowaliśmy to śmiechem.

— Stały tekst Cass, a na następną zaprosi pół miasta. — Przez chwilę Preston spojrzał na Hunta, jakby byli dobrymi kumplami. Brakowało tylko, żeby przybili piątkę.

— Wcale nie!

— Zbaczamy z tematu, kotku. — Hunt przycisnął ją do swojej klaty, a dziewczyna zamiast się udusić, odetchnęła kilkakrotnie.

— Prawda. Wczoraj nie zdążyliśmy ci powiedzieć, że wzywają nas do Arkaim. Wszystkich. Nawet Preston. Możliwe, że teraz siłą włączą go do bractwa — powiedziała, jak tylko wyplątała się z uścisku.

— Nie będę protestował.

— Znowu zaczynasz? — skarciła go blondynka. Preston cmoknął w jej kierunku.

— Wiem, że się o mnie martwisz i bardzo mi to pochlebia, ale jeśli jest możliwość przyłączenia się, to mnie nie powstrzymasz. Kiedy nadejdzie zagrożenie, twój chłopak będzie bronił własnego tyłka. Ja chcę obronić ciebie, nawet kosztem życia.

Hetero-Preston zachowywał się zupełni inaczej, niż homo-Preston. Po odrzuceniu przeżył szok, ale nie wiedzieć kiedy, nagle zmienił się nie do poznania. Był bardziej pewny siebie, oddany… i zachowywał się jak rycerz z francuskich baśni — wywalał z siebie milion deklaracji miłosnych na dobę. Nie ukrywał, że dla tej jednej dziewczyny poruszyłby niebo i ziemię. Zakrawało to pod desperacką postawę, ale w oczach Cassie widziałam blask zachwytu, przy każdej jego patetycznej przemowie.

— Czyżbyśmy nagle stali się cennym nabytkiem? — Uśmiechnęłam się, zadzierając brodę do góry. Można się było domyślić, że nasza akcja nie umknie uwadze bractwa. — Kiedy mam odebrać medal za zdobycie Światła?

— Dowcipna jesteś — uciął Hunt. — Mamy się stawić przed trybunałem. Będą nas sądzić za samowolę. Mamy poważny problem. Ja mam. Możecie śmiało zwalić wszystko na mnie. To był mój pomysł i przyznam się do tego.

— Blake, wszyscy tam byliśmy. Nikogo nie zmuszałeś do udziału. Jesteśmy tak samo winni jak ty. — Cassie położyła rękę na jego ramieniu. Chłopak wtulił się w nią, jakby w jej biuście znalazł bezpieczną kryjówkę. To jednak dziewczynie nie pasowało i szybko go od siebie odsunęła. — She, ty nie brałaś udziału w walce, więc nie powinno ci się oberwać za mocno. Może najlepiej w ogóle nie mów o Świetle. Powiem, że ja stłukłam fiolkę jeszcze przy teleskopie, a ty się tylko temu przyglądałaś. Trzeba zminimalizować szkody.

Zamilkłam. Na początku chciałam zacytować Trzech Muszkieterów, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język. Nie jestem typem bohatera, który podstawi głowę pod stryczek. Jeśli ktoś chciał przyjąć karę za mnie, nie miałam zamiaru protestować. Oczywiście chciałam być tam z nimi i nie miałam zamiaru kłamać, ale jeśli rada nie obciążyłaby Cassie bardzo mocno za moje przewinienia, to wolałam trzymać się z boku.

Dopiero dwa dni później dowiedziałam się o terminie narady. W ciągu czterdziestu ośmiu godzin mieliśmy się stawić w siedzibie bractwa. Prestona ostatecznie nie wezwali, z racji ograniczeń czasowych. My musieliśmy się teleportować, a on niechętnie został w domu.

Kiedy dotarliśmy do Arkaim, dwóch facetów czekało przy teleporterze. Oficjalnie nas powitali, sprawdzili dokumenty i zaprowadzili do wielkiego, okrągłego budynku, w samym środku fortecy. Przypominało to niemal arenę walk gladiatorów. Wokół rozciągały się rzędy siedzeń, zapełnione po brzegi, a na środku pozostawiono miejsce na cztery odseparowane krzesła, na których mieliśmy usiąść my.

Znaleźliśmy się na wprost szerokiej ławy, zza której przyglądało nam się bacznie osiem osób. Nie rozpoznałam ani jednej. Przed nimi stały karteczki z numerami okręgów. Tylko dziewiąte, środkowe miejsce było wolne i nieoznaczone.

Czekaliśmy długą chwilę, zanim rozległ się dźwięk kościelnych dzwonów i wszyscy wstali. Na salę wszedł człowiek, którego zdążyłam już poznać. To był Morgan Farley. Z miejsca, w jakim siedział, wyczytałam, że nie tylko nadzorował nasz okręgu, ale także był głównym dowodzącym całego bractwa. Hunt patrzył na niego z uwielbieniem, kiedy tylko mężczyzna się pojawiał. Mogłam się domyślić, że właśnie o władzę chodziło.

Farley wygłosił mowę dla wszystkich zebranych opowiadając o naszych działaniach. Na koniec powiedział, że jesteśmy przesłuchiwani pod zarzutem samowoli. Bractwo nie mogło ścierpieć, że Hunt, którego nawet nie zakwalifikowali do żadnego oddziału, porwał się na tak wielki projekt i zdobył na własną rękę więcej informacji, niż udało się to całej reszcie. Co prawda, dowiedzieli się w ostatniej chwili o Wenecji, ale nie mieli pojęcia o teleskopie. Wiedzieli, że Neftyda planuje tam akcje, jednak nie mieli dokładnych informacji i nie byli w stanie nic zrobić. Gdyby nie my, bractwo mogłoby już przestać istnieć, a po Ziemi panoszyłyby się wszelkiej maści demony — tylko to uratowało nas przed wyrokiem.

— Czyj to był pomysł? — padło wreszcie pytanie.

— Mój — odpowiedział bez najmniejszego zawahania Hunt.

— Blake, nie muszę chyba wspominać, że to nie pierwszy twój wyskok tego typu. Miej się na baczności. Jeszcze jedno działanie za plecami bractwa i zostaniesz wykluczony — przestrzegł go jeden z sędziów.

— Kto jest odpowiedzialny za zniszczenie Światła Czarnego Księżyca? — padło kolejne pytanie. W tym momencie odpowiedzieliśmy jednocześnie. Cała czwórka. Każdy wskazał na siebie. Nic dziwnego, że zgromadzeni nie wiedzieli, jak to odczytać. Hunt poczuwał się do odpowiedzialności za wszystkich, Virginia wytrąciła mi probówkę z ręki, a Cassie chciała wziąć winę na siebie. Ja z kolei nie mogłabym słuchać, jak obwiniają moją przyjaciółkę o coś, co zrobiłam ja. Myślałam, że będę potrafiła, ale nie dałam rady. Zaczęliśmy tłumaczyć, jedno przez drugie i dałabym głowę, że nikt nie był w stanie nas zrozumieć. Do tego samego wniosku doszedł Farley, który swoim donośnym głosem nas uciszył, a potem wskazał na mnie.

— Ty, mów. Jak doszło do zniszczenia Światła?

— No więc… — Podrapałam się po swojej czuprynie. Nie byłam pewna, co mogę powiedzieć, a czego nie powinnam. — Właściwie to ja jestem winna, bo wykradłam probówkę i z nią uciekłam. Plan był taki, żeby przywieźć ją tu i oddać w ręce bractwa. A nuż by się przydała do jakichś badań, albo czegoś w tym stylu. Można też powiedzieć, że winny jest Hunt, bo jak tylko zobaczył w moich rękach Światło, rzucił się, żeby mi je zabrać. No i wreszcie winna jest Virginia, która ruszyła do mnie w tym samym czasie. Cassie właściwie nie jest winna. Ona się tylko do mnie przytuliła, a pech chciał, że w trójkę wytrącili mi probówkę z rąk i tak przepadły całe dowody.

Po moich wyjaśnieniach, zaczęły się obrady i dyskusje. Ostatecznie Farley stwierdził, że to był ostatni raz, kiedy bractwo daruje nam taki występek, ale uratowaliśmy wszystkich, więc może nam zostać wybaczone. Po uniewinnieniu nas, dopytywali o resztki rozbitej probówki, ale wytłumaczyliśmy im, że Światło się rozproszyło, a szkło wyrzuciliśmy. Nikt nie miał powodu później go szukać.

Właściwie to tuż przed wyjściem rady, spojrzałam na swojego palca i malutką bliznę, jaką miałam po rozcięciu palca o szkło.

— Mogłabym jeszcze… — nie dali mi skończyć. Rada wyszła, a do nas zbliżyło się dwóch ochroniarzy. Byliśmy przez nich eskortowani do wyjścia. Hunt cały czas na nich spoglądał, kiedy szliśmy w stronę teleportera. W ostatniej chwili schował się za mijanym budynkiem, każąc nam wracać do domu. Nie chcąc go wydać, posłusznie użyłyśmy sprzętu i przenieśliśmy się na drugi koniec świata.

Rozdział 2
Najbardziej boli rana przez bliskich zadana

Miami zaczynało powoli raczyć mieszkańców coraz wyższymi temperaturami. Zwykle nie mogłam znieść wiecznych upałów, ale wyjątkowo mnie to uradowało — mogłam ubrać lekką sukienkę na spotkanie z Trevorem. W innych stanach trwała jeszcze zima, kiedy u nas wiecznie było lato. Nie brakowało roześmianych twarzy, odkrytych dekoltów i krótkich spódniczek. Ja nie lubiłam pokazywać za dużo ciała. Zwykle stawiałam na stonowane kolory i proste wzory. Trevorowi się podobało, a mnie do szczęścia nie brakowało niczego więcej. Zdarzało nam się rozmawiać o modzie i dowiedziałam się, że faceci wcale nie lubię strojów ladacznic. Zbyt seksowne kreacje, które odsłaniały zbyt wiele, nie pozostawiały im żadnego pola dla wyobraźni, a panowie uwielbiają rozmyślać o tym, co kryje się pod materiałem. Razem doszliśmy do wniosku, że przylegające do ciała sukienki są najlepszym wyborem.

Po upalnym dniu, ucieszyłam się na propozycję spędzenie czasu w klimatyzowanej, ciemnej sali kinowej. Akurat pojawił się nowy film romantyczny, więc atmosfera zbudowała się sama. Mi pozostało tylko spijać colę z ust mojego towarzysza.

Był bardzo delikatny. Na początku tylko objął mnie ramieniem, a dopiero kiedy para na ekranie zdążyła się bzyknąć, pogłaskał mnie po dłoni. Nigdy nie słynęłam z cierpliwości, więc sama odwróciłam twarz w jego stronę. To wystarczyło, żeby poczuć słodycz coli pomieszaną ze słonym posmakiem popcornu.

Nasyciłam się kilkoma pocałunkami i uśmiechnięta wróciłam do oglądania. W tym czasie rozbudził się zwierzęcy zew Trevora, który moje odsunięcie potraktował za zachętę do dalszego działania. Nie zdziwiłam się, kiedy poczułam jego ciepłą dłoń na kolanie, ale jak zaczął ją przesuwać do góry, byłam lekko przestraszona. Spojrzałam w jego kierunku, ale wzrok miał wbity w ekran. Pomyślałam, że musiałam sobie coś ubzdurać i zaczęłam się uspokajać. Jego dłoń jedynie masowała moje udo. To nic wielkiego.

Kurde, palcami prawie dotykał moich majtek, bo zachciało mi się sukienki! To nic wielkiego, że prawie zaczynał mnie macać w miejscu publicznym. Nic wielkiego! Naprawdę nic. Byłoby to nic, gdyby nie przesunął się dalej. Niby koronki majtek nie mają połączeń nerwowych z ciałem osoby, która je nosi, ale słowo daję, czułam, jak delikatnie zaczyna o nie zahaczać!

Kiedy był stosunkowo najdalej punktu docelowego, zacisnęłam odrobinę nogi. Napotykając przeszkodę, odwrócił się do mnie z uśmiechem. Drugą ręką pociągnął w swoją stronę mój podbródek i dał mi całusa.

— Podoba się? — zapytał zadowolony. Nie byłam pewna, czy miał na myśli film, czy swoje zachowanie. Musiałam się nad tym dłuższą chwilę zastanowić, żeby nie palnąć jakiejś głupoty. Po kilku sekundach wpadłam na genialny pomysł — po prostu się uśmiechnęłam i zapchałam usta resztkami popcornu. Nie było mu to do końca na rękę, ale odpowiedział na wpół wymuszonym uśmiechem i przestał pchać łapki tam, gdzie publicznie nie wolno. Co prawda byliśmy parą, ale nigdy nie doszło między nami do czegoś więcej, więc czułam się niepewnie w nowej sytuacji. Po wyskoku z Huntem miałam wrażenie, że jestem niegodna Trevora. Gdybyśmy przeszli na kolejny poziom znajomości, czułabym się w obowiązku, żeby mu o wszystkim powiedzieć, a niespecjalnie mnie do tego ciągnęło.

Nie spodziewałam się tylko, że na ten wieczór on miał zupełnie inne plany. Po kinie, zamiast odwieźć mnie do domu, stwierdził, że pojedziemy gdzieś na oślep. Na tej zasadzie, mieliśmy na zmianę wybierać, gdzie skręcimy przy następnej okazji. Na początku wydawało się to dobrą zabawą, jednak kiedy wylądowaliśmy na odludziu, gdzie zaparkował na skraju drogi, nie czułam się już tak lekko i radośnie.

Widok był piękny. Zdążyliśmy wyjechać z miasta i wylądowaliśmy na wzniesieniu, które przecinane było pasami asfaltu. Patrzyliśmy z góry na miliony świateł palących się nad nami i pod nami. Miami nocą i gwiazdy. Piękne połączenie. Mogłabym wręcz powiedzieć, że to miasto miało urok dopiero po zmroku.

— Nie doceniałam starego, poczciwego Miami. Zawsze uważałam je za parszywe i złe. Dopiero teraz widzę jego urok — powiedziałam, patrząc przed siebie. Uznałam, że jazz lecący z radia, należy zakłócić czyimś głosem. Inaczej zrobiłoby się za bardzo intymnie.

— Łatwo zapomnieć o tym, co się ma, kiedy zwraca się uwagę tylko na to, czego brakuje, She. Dla mnie moje miasto było tym samym, co twoje dla ciebie. Pewnego dnia ojciec zabrał mnie na nocną przejażdżkę i pokazał mi miasto z oddali. Powiedział wtedy, że kiedy za bardzo się czemuś przyglądasz, skupiasz się na jednym szczególe i nie dostrzegasz tego, co dzieje się wokół. Czasem dobrze jest zrobić dwa kroki do tyłu i spojrzeć jeszcze raz.

Chłopak odpiął pas i przysunął się do mnie. Znów znalazłam się w obręczy jego ramion. Wskazał na kilka gwiazd, a potem na miasto.

— Widzisz tamtą gwiazdę? To Alfa Centauri, gwiazda najbliższa Ziemi. Kiedy zobaczyłem to miejsce, od razu pomyślałem, że cię tu zabiorę. Dopiero twoje piękno dopełnia urok.

— Dziękuję. — Zarumieniłam się. Pomachałam rzęsami, starałam się słodko uśmiechnąć, ale wiadomo, że jak się człowiek stara, to nie zawsze mu to wychodzi. Efektem moich działań był grymas nie do opisania, na który Trevor zareagował śmiechem. Pociągnął mnie do siebie i pocałował. Na jednym całusie, rzecz jasna, nie miał się ochoty zatrzymywać. Bardzo mi to pochlebiało, ale kiedy zsunął rękę odrobinę za nisko, odsunęłam się pierwsza.

— Piękna noc — rzuciłam zupełnie od tematu. Chciałam grać na czas i próbowałam bez słów mu przekazać, że to jeszcze dla mnie za wcześnie. Mogłabym oczywiście wprost kazać mu spadać na bambus, ale mógłby się obrazić. Mogłam też zaimprowizować coś nie do końca dosłownego, jak wspomnienie o przeszukiwaniu eBay’a w poszukiwaniu pasa cnoty, albo coś w tym stylu. Niby prosta sprawa, ale wszystko zaczynało się komplikować, kiedy w grę wchodziły uczucia. Wolałam więc najbezpieczniejszą opcję, z którą nie wiązało się zbyt wiele tłumaczenia. Musiałam się tylko odsunąć i liczyć, że domyśli się, o co mi chodzi.

— Piękna to dopiero będzie, skarbie — odpowiedział i tym razem niemal na mnie wskoczył. W samochodzie nie było zbyt wiele miejsca na igraszki, a tym bardziej na przepychanki. Wylądowałam między szybą, a przygniatającym mnie facetem, który definitywnie próbował się do mnie dobrać. Musiałam reagować. Było ciężko, kiedy zatkał mi usta pocałunkami. W takiej sytuacji, kobieta zawsze ma dylemat. Z jednej strony nie chce ściągać majtek, a z drugiej bardzo chętnie oddałaby się pieszczotom. Uznałam jednak, że jeszcze nie pora na szaleństwa. Zwłaszcza kiedy zaczęło mi szumieć w głowie.

— Trevor, proszę. Nienajlepiej się czuję. — Z trudem odsunęłam go od siebie. Nie trwało to długo, bo za chwilę znowu się do mnie przysunął. — Trevor!

Odsunął się odrobinkę i spojrzał na mnie badawczo, jakby z oczu próbował mi wyczytać, czy blefuję. Pozwoliłam mu na to tylko dlatego, że szum naprawdę zaczął się nasilać i nie kłamałam. On tego najwidoczniej nie dostrzegł, bo zaatakował kolejny raz.

— Trevor, proszę — zaczęłam, zanim zdążył mnie zakneblować ustami. — Nie podcinaj mi skrzydeł, potrzebuję przestrzeni.

— Ale ja chcę ci podciąć skrzydła — uśmiechnął się uroczo. — Inaczej nie będę miał pewności, że zostaniesz tu ze mną. Nawet jeśli w niebie wzywają swojego najpiękniejszego anioła, to nie oddam im cię. Jesteś moja i zostaniesz tu ze mną.

W każdej innej sytuacji takie słowa, w dodatku wypowiedziane przepełnionym czułością tonem, sprawiłyby, że zmiękłyby mi kolana, ale akurat w tej chwili wyczułam w nich odrobinę kłamu. Zdałam sobie sprawę, że powiedziałby wszystko, byle się do mnie dobrać.

Nie myliłam się, bo chwilę później znów do mnie przywarł i przycisnął mnie do szyby. Ja również nie potrafiłam sobie odmówić kilku pocałunków, jednak jego dłonie w okolicy moich ud, uruchomiły opcję samoobrony. Zaczęłam go odsuwać i prosić, żeby nie naciskał.

— Stop — powiedziałam w końcu ździebko podniesionym tonem. Nie odsunął się, za to we mnie wezbrały pokłady niewiarygodnej siły i odepchnęłam go, aż wypadł przez drzwi od strony kierowcy. Przestraszona spojrzałam na swoje dłonie i nie mogłam uwierzyć, że zrobiłam coś takiego. Nigdy nie słynęłam z siły. W walce na rękę przegrywałam nawet z Prestonem. Niemożliwe, żebym potrafiła pchnąć kogoś tak mocno. Nawet pod wpływem negatywnych emocji.

Ostrożnie wyjrzałam przez uchylone drzwi. Trevor leżał nieprzytomny. Ręce zaczęły mi się trząść ze strachu. Sięgnęłam po telefon i przez chwilę się zawahałam. Potrzebowałam pomocy, to pewne. Nie wiedziałam tylko, do kogo się po taką pomoc zwrócić. Powinnam zadzwonić po karetkę czy co?

Wyszłam z samochodu i podeszłam do ciała chłopaka. Bałam się go dotknąć, ale zauważyłam, jak jego klatka piersiowa się unosi i opada. Dzięki Bogu, żył. Mówiłam do niego, ale nie reagował. Dla pewności sprawdziłam czynności życiowe. Wszystko wydawało się działać prawidłowo. Zdecydowałam nie ruszać go, dopóki nie da znaku, że jest przytomny.

Osunęłam się po masce samochodu, usiadłam na ziemi i znowu spojrzałam na telefon. Do Prestona nie było sensu dzwonić, bo on nawet nie miał samochodu. Do matki nie na pewno bym nie zadzwoniła! Do kogo więc miałam się zwrócić?

„Mam! Jestem genialna! Zadzwonię do Hunta. Chwalił się nową bryką, więc chętnie wykorzysta okazję, do przejażdżki po okolicy!” — pomyślałam.

Problem tylko w tym, że on był debilem, ćpunem, cepem, chamem, świnią i bucem. Człowiek „nie” — nienormalny, nieprzewidywalny, nieokrzesany i niewyżyty seksualnie. Powodował wypadki i klęski żywiołowe. Miał same wady i tylko jedną zaletę — samochód.

Nie byłam pewna, czy to dobry wybór, ale potrzebowałam wsparcia w takiej chwili i chociażby porady, co miałam zrobić.

Odebrał bardzo szybko i od razu zapytał, o co chodzi.

— Zabiłam człowieka — powiedziałam. — To znaczy, nie zabiłam, bo oddycha, ale leży tak… i się nie rusza… i… boję się, że coś mu zrobiłam — niemal płakałam do słuchawki.

— Brawo. A za co, jeśli można wiedzieć? — ucieszył się. Nie mogłam uwierzyć, że ta gnida w ludzkim ciele cieszyła się z mojej tragedii. Tylko on mógłby się śmiać w takiej chwili. Kiedy moja romantyczna bajka rozsypywała się w drobny mak, on robił sobie żarty.

— Przyjedziesz? — Nie zareagowałam na jego zaczepki, po czym powiedziałam mu, gdzie dokładnie jestem. Chwilę się zastanawiał, zanim znów usłyszałam jego głos. Zwykle irytujący, a w tym wypadku brzmiący jak wybawienie.

— Dobra, poczekaj. Zobaczymy, co tam zmajstrowałaś.

— Bądź za piętnaście minut — poprosiłam.

— Bo jak nie, to co?

— To… poczekam kolejne piętnaście minut. Proszę, pospiesz się.

Rozłączył się, zanim zdążyłam powiedzieć więcej.

Przyciągnęłam kolana do piersi i położyłam na nich głowę. Nie wiedziałam, jak powinnam się zachować. W dodatku szum w głowie zaczynał mi mocno działać na nerwy. Kiedy osiągnęłam szczyt wytrzymałości, uderzyłam w maskę samochodu i… wgniotłam ją! Znowu z niedowierzaniem patrzyłam na swoje dłonie i nie mogłam zrozumieć, skąd we mnie tyle siły. Dla własnego bezpieczeństwa wolałam nic więcej nie robić. Wpatrywałam się w Trevora, dopóki nie podniósł głowy. W mgnieniu oka znalazłam się obok niego i zaczęłam przepraszać za to, co się stało, tłumacząc, że nie mam pojęcia, jak do tego doszło.

Uniósł się i otrzepał, machając głową na boki. Przetarł twarz i spojrzał na mnie z nieodpowiednim dla sytuacji uśmiechem. Ja go prawie zabiłam, a on się cieszył! Pewnie doznał wstrząsu mózgu. Na bank! Trwale okaleczyłam jedynego faceta, który chciał się ze mną spotykać i zasługiwał na moje zainteresowanie. Tak to tylko ja potrafię!

— Trevor, tak bardzo cię przepraszam. Nie wiem, co mogłabym zrobić, żeby złagodzić sytuację. Masz jakieś środki przeciwbólowe? Może w apteczce by się coś znalazło? Moja mama zawsze wypycha apteczkę wszystkim, co ma pod ręką. Ostatnio wsadziła tam nawet Snickersa, jakby kogoś w drodze złapał głód — plotłam, co mi ślina na język przyniosła, byle tylko uniknąć ciszy.

— Jest jeden sposób. — Uśmiechnął się. Otrzepał dłonie i wstał z ziemi. — Ale nie możesz mnie znowu wyrzucić z samochodu.

Podążając za nim wzrokiem, uniosłam się z ziemi i stałam oparta o samochód, patrząc, jak się do mnie zbliża. Bałam się, że coś mu się stało i próbowałam go namówić do położenia się. On tymczasem zarzekał się, że nic mu nie jest i nie muszę się przejmować.

Bardzo możliwe, że rzeczywiście nic mu nie było, bo poza rozczochranymi włosami i brudnymi ubraniami, nie zmienił się ani trochę. Podszedł blisko i biodrami przycisnął mnie do drzwi samochodu, napierając całym ciałem.

— Tylko twoje usta mogą ukoić mój ból — wymruczał mi przy uchu i złapał moją twarz w obie dłonie. — Słodkie usteczka mojej Sheyli.

Przyciągnął mnie i musnął delikatnie wargami czubek nosa. Zsunął się na wargi i dla nich nie był już tak czuły. Zassał w usta moją dolną wargę, a później obdarzał mnie coraz większą ilością namiętnych pocałunków. Jednocześnie delikatnie zaczął uciskać mnie biodrami, aż czułam, jak do życia budzi się jego rozochocona męskość. Pocierał mnie nią, sprawiając, że obawiałam się każdego wdechu (który, swoją drogą, robiłam bardzo łapczywie, blokowana przez większość czasu jego twarzą).

— Chcę cię mieć. Tu i teraz. — Uwolnił mi usta, by po chwili, nie czekając na odpowiedź, zacząć przygryzać płatek ucha i lizać szyję. Nie obchodziło go moje zdanie, poinformował tylko, że za chwilę mnie przeleci, a mi aktywował się tryb obronny. Podniecało mnie jego zachowanie i chciałam z nim być, ale… za chwilę miał przyjechać Hunt! Ostatnie, czego mi trzeba, to ten irytujący typ, dopingujący nam z boku. Byłam już właściwie przekonana, że zrobię to z Trevorem, ale wolałabym zacisze domu, zamiast bocznej drogi. Gdyby nagle pojawiła się policja, moglibyśmy dostać spory mandat za igraszki pod gołym niebem.

— Trevor, opanuj się troszeczkę. Jesteśmy przy drodze. W każdej chwili ktoś może tędy przejeżdżać — przypomniałam, chichocząc pod nosem. Łaskotał mnie językiem.

— Nikt tędy nie jeździ. Wybrałem odpowiednie miejsce — zapewnił.

— A więc od początku to planowałeś — zaśmiałam się. Odrobinę droczenia mogło nam wyjść tylko na dobre. Potrzebowałam wprowadzenia się w odpowiedni stan. Pocałunki były bardzo pomocne, a dłonie ściskające piersi potęgowały efekt.

— Owszem. Pożądam cię, Sheylo Carter. Chcę cię mieć.

— Więc mnie bierz. — Zagryzłam wargi, zaglądając mu zalotnie w oczy.

A niech mnie! To było podniecające i miałam na to ochotę. Zanim Hunt miał nam przeszkodzić, mogliśmy przenieść się do samochodu, zgasić światła i liczyć, że nas nie zauważy.

Zaczęłam przyciągać Trevora do siebie i zachęcająco poruszać biodrami w odpowiedzi na jego pchnięcia. Jego usta wkrótce wróciły na moje, a dłoń przesunęła się po biodrze, zagłębiając się pod majtki. Byłam już wystarczająco podniecona, żeby poczuł wilgoć. Uśmiechnął się dumnie, dotykając mnie. Zaczął ostrożnie, ale szybko przeszedł do mocniejszych ruchów, niemal palcem doprowadzając mnie na szczyt rozkoszy. Ja również nie pozostawałam dłużna, wciskając dłoń w jego spodnie.

Już nawet pomijając wenecką głupotę, moje życie seksualne i tak za bardzo skupiało się na Huncie. Co prawda polegało jedynie na tym, że mijając się, sporadycznie on kazał mi się pieprzyć, a ja jemu walić, ale mimo wszystko, za dużo Hunta! Potrzebowałam odciągnięcia myśli w pozytywnym kierunku, bo inaczej do końca życia seks mógłby mi się kojarzyć tylko ze złem. Wystarczy traum, jak na jedną małą Sheylę.

Kiedy Trevor zauważył, że dalsze pieszczoty szybko zakończyłyby zmagania, rozpiął rozporek. Uwolnił podniecenie i znowu przyciągnął mnie do siebie. Odsunął moje majtki na bok i niemal we mnie wszedł. Zrobiłam unik.

— Masz… gumki? — zapytałam. Starałam się brzmieć słodko i niewinnie. Nie chciałam zepsuć atmosfery, ale oszołomiony podnieceniem chyba zapomniał o dość istotnej kwestii.

— Niepotrzebne nam. Będziemy uważać. — Nie przejmował się niebezpieczeństwem, a dla mnie to już było zbyt wiele adrenaliny. Owszem, to był świetny chłopak, ale seks bez zabezpieczenia? Czyżby sądził, że każda kobieta bierze pigułki? Ja nie brałam! I nie miałam zamiaru stać się niespodziewanie matką! Miałam studia, do jasnej anieli!

— Nie, to za duże ryzyko. — Odsunęłam go od siebie. Przynajmniej próbowałam to zrobić. Napalony facet nie jest łatwym przeciwnikiem. Udało mi się to z wielkim trudem.

— Sheyla, tak nie można robić. Doprowadzasz mnie do takiego stanu i się wycofujesz? To już nie jest niegrzeczne, to karygodne.

— Zabierając dziewczynę w takie miejsce, planując od początku seks, niegrzecznie jest nie pomyśleć o zabezpieczeniu. Chyba nie oczekujesz, że podejmę to ryzyko.

— A ja chcę je podjąć. — Znowu się do mnie zbliżył i tym razem brutalnie ścisnął moje nadgarstki, żebym nie mogła się szarpać.

Dzięki Bogu, właśnie wtedy nadjechał Hunt. Zahamował z piskiem opon. Trevor zdążył wciągnąć spodnie, zanim chłopak wyskoczył z samochodu i podszedł do nas szybkim krokiem.

— Mierz się z równymi sobie, a nie z kobietą! — zaatakował. Trevor spojrzał na niego z żądzą mordu w oczach. Warknął cicho i zacisnął pięści.

Nie podobało mi się to, co widziałam. Szykowała się bójka. Bójka o mnie. Dwóch facetów miało zamiar zacząć się lać z mojego powodu. Właściwie po części podobała mi się ta wizja. Rany, nawet bardzo mi się podobała. Czułam się zarąbiście z myślą, że dwóch przystojniaków chciało sobie przeze mnie obić mordy. Choć jakby o tym racjonalnie pomyśleć, musiałabym zgłupieć do reszty, żeby im na to pozwolić. Zanim doszło do rękoczynów, wskoczyłam między nich i rozdzieliłam chłopaków swoją skromną osobą, której ego tańczyło w duszy kankana.

— Spokojnie. Bez zbędnych emocji, panowie. Trevor, to jest Blake. Zadzwoniłam po niego, kiedy byłeś nieprzytomny. Poprosiłam o pomoc. Blake, o Trevorze już słyszałeś. Jak widzisz, jest już lepiej, więc właściwie troszkę się pospieszyłam. Dziękuję jednak, że się pojawiłeś. Wynagrodzę ci to jakoś — zwróciłam się najpierw do jednego, potem do drugiego. Pilnowałam, żeby nie skoczyli do siebie, co nie było proste, bo aż się wyrywali do uderzenia przeciwnika.

— Wynagrodzisz? Dając się zgwałcić zmartwychwstałemu? — Blake łypał groźnie na Trevora, który wcześniej wydawał mi się obrazem słodyczy. W takich chwilach wyglądał jednak równie groźnie. Widziałam jak napręża mięśnie i szykuje się do odparcia ataku.

— Nikt tu nikogo nie gwałci. Blake, jeszcze raz dziękuję za przyjazd, ale możesz wracać. Sytuacja już jest opanowana.

— Jesteś pewna, że chcesz z nim zostać?

— Tak, jestem pewna — potwierdziłam.

— Ostrzegam, że jeśli teraz ze mną nie wrócisz, możesz więcej nie dzwonić. Jeśli cię zgwałci, zeznam w sądzie, że zrobiłaś to na własne życzenie. — Pogroził mi palcem.

— Spieprzaj, zazdrosny kmiocie. Chciałbyś mieć ją dla siebie — odgryzł się Trevor. Hunt zareagował szerokim uśmiechem i czułam, że za chwilę zacznie się chwalić Wenecją. Musiałam więc zareagować szybciej.

— Dość, panowie. Było miło, ale nie ma sensu ciągnąć tego dalej. Trevor, to było urocze spotkanie, ale Blake fatygował się przez całe miasto. Nieładnie byłoby zostawiać go teraz samego. Zresztą nie musiałbyś mnie odwozić. Wrócę z nim. Blake, możemy? — zarządziłam.

— Nie zgadzam się! — oburzył się Trevor. Zmarszczył czoło i pociągnął mnie silnie w swoją stronę. Hunt natychmiast wkroczył między nas i uderzył go w dłoń. Jeszcze sekunda, a zaczęliby się naprawdę lać.

— Przestańcie natychmiast!

Oboje oddychali ciężko i niespokojnie. Adrenalina w nich buzowała. Hunt spojrzał na swoją zaciśniętą pięść, jakby próbował ją namówić do rozluźnienia mięśni.

— Poczekaj, jeszcze nie teraz. Następnym razem komuś przypieprzysz — powiedział do niej.

— She, daj spokój. Chodźmy do mnie. Ta noc może się jeszcze skończyć przyjemnie. — Trevor uśmiechnął się zachęcająco, ale przeżyłam wystarczająco, jak na jeden dzień i więcej nie było mi potrzebne. Podniecenie już i tak ze mnie uszło.

— Ty… jak ci tam, Tenor, umiesz jeździć? — wtrącił się drugi z panów.

— Tak. — Trevor odpowiedział dopiero po chwili, na początku odrobinę zdezorientowany pytaniem. To oczywiste, że umiał jeździć. W końcu nas przywiózł w to miejsce.

— To wyjazd stąd! — warknął na niego i wskazał mu palcem drogę, po czym zgarnął mnie pod ramię i pociągnął do swojego samochodu. Nie protestowałam. Pożegnałam się cichutko i odjeżdżając, patrzyłam na Trevora, który kopnął ze złości w oponę, a dopiero po chwili zauważył wgniecenie w masce. To była moja sprawka. Przypomniałam sobie o tym i zaczęłam przyglądać się własnym dłoniom.

Jechaliśmy w milczeniu. Skupiałam się na sobie, jedynie czasem spoglądając na posępną twarz kierowcy. Hunt miał usta ściśnięte w cienką linię i patrzył na drogę. Słychać było tylko pracę silnika, która wypełniała głuchą ciszę.

— Mocno mu przywaliłaś? — zapytał po dłuższej chwili. Nagle na jego usta wypłynął uśmiech. Rozluźnił mięśnie, które wcześniej zaciskał nerwowo.

— Nie uderzyłam go. Niefortunnie go popchnęłam. Zresztą to nieistotne — powiedziałam. Przyjął to śmiechem. Oparł się wygodniej i nawet na mnie spojrzał. Zaczął żartować, nazywając Trevora kaleką, która potknęłaby się o własne nogi. Atmosfera zrobiła się tak przyjazna, że byłam niemal skłonna opowiedzieć mu o wszystkim. Zwłaszcza o problemie z zabezpieczeniem. Taki Hunt potrafił się przygotować na nieoczekiwane w Wenecji, a Trevor zachowywał się, jakby z premedytacją nie zabrał odpowiedniego sprzętu.

— Swoją drogą, desperacja to chyba twoje drugie imię. Na pierwszą randkę zakładasz super seksowną sukienkę, a teraz dajesz się wywieźć w pole i niemal zgwałcić — rzucił z niesmakiem.

Po pierwsze: co mu do tego? Po drugie: nie powinien wtykać nosa w nie swoje sprawy. Po trzecie: co go obchodziło, z kim i gdzie jeździłam? Po czwarte: czy on… chwila, super seksowna sukienka? Czy on nieudolnie próbował powiedzieć mi komplement?

— Nikt mnie nie zgwałcił. — Nadąsałam się i wydęłam wargi. — Trevor mnie podziwia. Nigdy nie zrobiłby mi krzywdy. Uważa, że jestem wspaniała i piękna.

— Na modelkę to ty się nie nadajesz.

— Bo jestem za niska. I co z tego? Wiesz, że niskie kobiety mają większe szanse na znalezienie męża?

— Wiem. To oczywiste. Zło zawsze wybiera się jak najmniejsze. — Uśmiechnął się zadziornie. — Nie znasz mężczyzn. Ten twój Trevor mógłby zrobić wszystko. Nie zrobił, bo przyjechałem na czas. Z drugiej strony, mogłem jechać trochę wolniej, takie porno na żywo mogłoby być całkiem ciekawym widokiem. Obawiam się jednak, że mógłbym chcieć dołączyć — mruknął uwodzicielsko, zmieniając odrobinę ton głosu. Przeszedł mnie dreszcz na myśl, że we dwóch mogliby mnie przygnieść do samochodu. Nie wiem tylko, czy to był dreszcz przepełniony strachem, czy podnieceniem. Przerażały mnie własne myśli.

— Jeszcze czego — bąknęłam pod nosem. Zasępiłam się, zsunęłam odrobinę na fotelu i skrzyżowałam ręce, budując wirtualną barierę miedzy nami.

— Słuchaj, skoro już się spotkaliśmy, mam do ciebie pytanie. Pamiętasz, co mówiła Darbea? Wydaje mi się, że wspomniała o czymś bardzo istotnym — zmienił nagle temat. Mina również uległa przekształceniu w chłodną, pełną powagi. Wspominał wyprawę do elfów, którą ją zamknęłam już dawno w szufladce: „nieistotne traumy z przeszłości”.

— Nie wiem, co masz na myśli.

— Księga Śmierci. Królowa coś o niej mówiła, prawda?

— Co takiego? — nie zrozumiałam. Próbowałam w myślach przywołać przebieg naszej wyprawy, ale nie potrafiłam dojść do ładu chociażby z kolejnością. Dużo się działo.

— Słuchaj, po naszym procesie była narada w bractwie. Zostałem jeszcze na chwilę i przypadkiem usłyszałem, że Neftyda wcale nie odpuściła, jak sądziliśmy — wytłumaczył. Chciałam wyśmiać go za nazwanie perfidnego podsłuchiwania, przypadkowo usłyszanymi informacjami. Jasne, przypadkiem akurat tamtędy przechodził, przyłożył szklankę do drzwi i nie mając zamiaru nikogo podsłuchiwać, po prostu usłyszał coś ciekawego.

— Czego Neftyda teraz chce? Przecież zniszczyliśmy Światło.

— Nie wiem do końca. W bractwie też nie wiedzą. Podobno Światło miało być tylko środkiem do znalezienie Księgi Śmierci. Szukałem informacji o tym, ale wszystko brzmi, jak legendy sprzed wieków. Od tysiącleci nie ma najmniejszego śladu po księdze. Nie wiem, jak Neftyda chce ją zdobyć bez Światła.

— Pamiętaj, że jeszcze niedawno dla mnie elfy były jedynie bajką. Skoro istnieje bractwo, które ukrywa istnienie istot nadprzyrodzonych, może istnieje też bractwo, które ukrywa istnienie księgi? — głośno myślałam. Nie starałam się stworzyć spójnej wypowiedzi, tylko podsunąć jakiś pomysł. Można by uznać, że Hunt zwrócił się do mnie po poradę. Poczułam się doceniona.

— Iluminaci — uśmiechnął się przebiegle. — Chciałbym kiedyś dotrzeć do ich archiwów, ale idąc twoim tokiem myślenia, istnieje chyba bractwo, które ich ukrywa.

— Nie śmiej się ze mnie, staram się pomóc.

— Wiem, wiem. Pomożesz, jeśli przypomnisz sobie, co mówiła Darbea. Wydaje mi się, że wspominała tylko, że Neftyda chce księgę.

— Nie pamiętam, by mówiła coś więcej. Do czego ta księga służy? Pamiętam, że mówiła o Świetle. Mówiła, że jest złe i może wyrządzić wiele krzywdy. Na szczęście zostało zniszczone.

— To jeszcze nie koniec.

— Boże, dlaczego? — westchnęłam, patrząc z żalem w niebo.

— Ale jesteś zacofana. Są tacy, którzy z pytaniami zwracają się do Boga, a inteligentniejsi, jak ja, używają Google. Sprawdzałem. Księga to mistyczny sposób na władanie ludźmi. Jest tam spisany żywot każdej istoty. Neftyda pragnie takiej władzy. Wystarczy wymazać odpowiednie nazwisko, żeby kogoś zniszczyć. Dotyczy to wszystkich, nie tylko ludzi. Podobno nawet anioły i Bóg są wpisani na listę. Krąży też pogłoska, że istotę boską może zabić tylko istota boska. Za czasów faraonów, osoby żądne władzy wolały wzajemnie się wybijać. Wystarczyła im ziemska potęga. Wiesz, jak zginęła Kleopatra? — zapytał.

— Z tego, co pamiętam… chyba popełniła samobójstwo — usiłowałam sobie przypomnieć lekcje historii. To nigdy nie była moja ulubiona dziedzina, ale wydawało mi się, że chociaż podstawy miałam opanowane.

— Dobrze pamiętasz, choć to bzdura. Według legend babie było mało władzy i szarpnęła się na Boga. Próbowała wykreślić go z Księgi Śmierci, ale wyższa siła sprawiła, że zaczęła wymazywać swoje imię. Kobietom nie da się dogodzić. Dasz palca, chcą całą rękę — zaczął psioczyć. Szturchnęłam go zaczepnie. Spojrzał na mnie kilka razy, jakby nie mógł uwierzyć, że odważyłam się go dotknąć. Oddał mi, co rozbudziło między nami swoistą przepychankę.

— To facetom ciężko dogodzić. Wiecznie chcieliby się bić. — Znowu go szturchnęłam, zadziornie szczerząc zęby.

— A dlaczego się biją? Przez kobiety. — Odpowiedział szturchnięciem i szelmowskim uśmiechem.

— Chyba przez zapędy do przechwałek. — Nie pozostawałam mu dłużna.

— Helena trojańska. Mówi ci to coś, dziecino? — Spojrzał na mnie wymownie, przez chwilę w ogóle nie kontrolując toru ruchu pojazdu. W ogóle jeździł jak szaleniec. Często puszczał kierownicę, nie sygnalizował zmian pasa ruchu. Ja nie wiem, kto mu dał prawo jazdy.

Zamilkłam, bo w głowie zrodził mi się inny obraz — on i Trevor, walczący o mnie. Nie potrafiłam zaprzeczyć, albo podać sensownego kontrargumentu. Przed oczami miałam ich miny i to wspomnienie wywołało nawrót szumu w głowie. Przymknęłam oczy, starając się uspokoić. Hunt w tym czasie puścił radio. Z głośników poleciało „Summer in the city” Joe Cockera.

— Możesz przyciszyć? Nienajlepiej się czuję.

— Co jest? Nie lubisz klasyków? Jeszcze przed chwilą byłaś okazem zdrowia — zdziwił się moją reakcją. Nie miał zamiaru poruszyć choćby małym palcem w kierunku odbiornika, co mnie rozzłościło. Czy to był taki wielki wysiłek — raz zrobić to, o co prosiłam?

— Przed chwilą czułam się dobrze, a teraz czuję się źle! Ścisz! — ryknęłam na niego. Popatrzył na mnie, unosząc delikatnie brwi. Wzruszył ramionami i wykonał polecenie. Musiał mnie jednak zdenerwować, zanim to zrobił.

Nie minęło więcej, niż kilka sekund, a sama nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego tak się rozzłościłam przez jedno głupie radio. Wielokrotnie robił bardziej irytujące rzeczy, niż puszczanie za głośnej muzyki. Byłam wręcz przyzwyczajona, że jak nie zrobi czegoś wkurzającego, można się spodziewać sobowtóra, podstawionego na jego miejsce. Byłam skłonna przypuszczać, że winne były moje wahania nastrojów. Zdarzały mi się nagminnie, zwłaszcza, kiedy szumiało mi w głowie.

— Myślisz, że ta księga istnieje? — zagadnęłam dopiero pod koniec podróży. Głos miałam spokojny, niemal przepraszający.

— Nie wiem, ale nie wolno lekceważyć żadnej poszlaki. Podobno jedynym sposobem na zdobycie księgi, jest sprowadzenie demona z Czarnego Księżyca i rozkazanie mu odnalezienie jej, ale możliwe, że Neftyda dowiedziała się o innym sposobie. Na razie nie mamy żadnych sensownych informacji na ten temat, więc możesz spać spokojnie, nerwusie.

— Przepraszam, niepotrzebnie tak wybuchłam. Ostatnio nienajlepiej się czuję. W głowie mi szumi, mam wrażenie, że zaraz zemdleję, albo mdli mnie, jakbym zjadła coś starego. Chyba złapałam jakiegoś wirusa — starałam się wytłumaczyć. Zrobiło mi się głupio. Mimo że Hunt kulturą nie grzeszył, to nie znaczyło, że ja mogłam zapomnieć o dobrych manierach. Chyba za dużo z nim przebywałam i przejmowałam niektóre jego przywary. O matko, jak to przerażająco brzmiało!

— Wyśpij się porządnie, wygrzej i może ci przejdzie. Vis Maior zajmą się Księgą Śmierci. Neftyda jej nie dostanie — powiedział, parkując pod moim domem. Zatrzymał się cichutko i zgasił światła, czekając na moje wyjście. Odpięłam powoli pas, ale czułam, że powinnam mu podziękować za zachowanie. Przyjechał po mnie, walczył o moją godność, odwiózł mnie. On, który nigdy za mną nie przepadał.

— Bez Światła nic nie zrobią — dodałam i przesunęłam się do niego. Czekał nieruchomo na mój gest, obserwując jedynie, co mam zamiar zrobić.

Zbliżyłam się i musnęłam ustami jego policzek, po czym zaczęłam się odsuwać. Obserwowałam, jak zdziwienie maluje się na jego twarzy. Jakby oczekiwał czegoś więcej.

— Dziękuję — powiedziałam, zamykając za sobą drzwi.

— Żaden problem — odparł i chwilę później uruchomił silnik.

Odwróciłam się w swoją stronę i poszłam do domu. Przekraczając próg pokoju, odetchnęłam. Czułam się zmęczona. Miałam nadzieję, że nareszcie położę się do łóżka i zasnę bez najmniejszego problemu. Niejednokrotnie myślałam, że przyzwyczaiłam organizm do nadmiaru emocji i bez tego nie potrafiłam oddać się błogiemu relaksowi. Niestety po kąpieli i zanurzeniu się w pierzynę, sen wciąż nie przychodził. Dalej szumiało mi w głowie. Kręciłam się na łóżku bardzo długo, aż wstałam. Ubrałam się i wyszłam z domu w środku nocy. Poszłam do najbliższego teleportera i chwilę później byłam w Wenecji.

Krocząc ścieżkami, które niedawno pokonywałam, trafiłam do zielnika bractwa. Doszłam do wniosku, że odpowiednie zioła, to jedyny sposób, w jaki będę w stanie zasnąć. Potrzebowałam snu. Byłam śmiertelnie zmęczona. Odnalazłam specyfik na sen, zabrałam trochę do woreczka i wróciłam do domu. Rozsypałam proszki przy poduszce. W ten sposób mogłam je wdychać, ilekroć się kładłam. Udało się. Nareszcie osiągnęłam długi, nieprzerwany sen, po którym zbudziłam się dopiero w południe. Pamiętam, że we śnie widziałam tę dziewczynę, która wyglądała jak ja. Najważniejsze jednak, że obudziłam się wypoczęta — tego mi brakowało.

Rozdział 3
Zmory, głosy, niepewności i inne trudności

Następnego dnia dostałam wiadomość od Trevora, w której przepraszał za swoje zachowanie. Napisał, że wyglądałam tak apetycznie, że nie mógł się powstrzymać. Mimowolnie zaczęłam się zastanawiać, czy na Hunta też tak zadziałałam. Dziwiły mnie własne myśli. Tyle dobrze, że po ziołach szumy przestawały mnie męczyć. Pojawiały się coraz rzadziej, a ja regularnie odwiedzałam zielnik bractwa. Po tygodniu, można powiedzieć, że czułam się tam jak w domu. Raz nawet trafiłam w chwili, kiedyś ktoś był w środku. Dyskretnie przeczekałam i weszłam, kiedy pomieszczenie było już wolne. Zaczęło mnie jednak irytować wdychanie ziół w postaci pary. Nagrzewanie sauny kosztowało za dużo czasu i nakładu. Zwłaszcza po tym, jak odkryłam, że zioła można wdychać w inny sposób. Postanowiłam więc stworzyć innowacyjną metodę — zamówiłam fajkę wodną i za jej pomocą zażywałam zioła w domu. Niestety nawet najlepsze sposoby czasem zawodzą. Po tygodniu ta metoda również przestała być skuteczna, a ja znowu nie potrafiłam zasnąć. Jeśli już udało mi się zdrzemnąć, we śnie widziałam tę podobną do mnie dziewczynę. Chwilę się na mnie patrzyła, a potem przecierała oczy, z których zaczynała płynąć krew. Natychmiast się budziłam.

Któregoś dnia z godzinę się wierciłam, próbując uspokoić myśli. Zrobiło mi się duszno, więc wstałam otworzyć okno. Po chwili zrobiło mi się zimno, więc znowu się podniosłam, żeby je zamknąć. W końcu zgłodniałam i poszłam podjadać do kuchni. Kiedy wróciłam do łóżka, wydawało mi się, że na pewno zasnę. Nie minęło jednak więcej, niż dziesięć minut, kiedy zrobiło mi się nieświeżo. Musiałam iść do łazienki i umyć zęby. Jęcząc pod nosem, zwlokłam się z łóżka, od niechcenia zapaliłam żarówkę w łazience i stąpając boso po zimnych kaflach, podeszłam do umywalki. Czułam się śpiąca, ale nie mogłam zasnąć. To było w tym wszystkim najgorsze. Jakby jakieś złośliwe chochliki nie pozwalały powiekom się zamknąć.

Kiedy spojrzałam na swoje odbicie, włosy zjeżyły mi się na głowie. Zamarłam. W jednej chwili zabrakło mi tchu, a całe ciało zdrętwiało. Nie chodziło tu o potargane włosy, czy pryszcza na środku nosa. W lustrze widziałam dziewczynę ze swoich snów! Wyglądała jak ja, ale bez trudu dostrzegłam różnicę — miała przeszywające, chłodne spojrzenie. Właściwie ciężko to nazwać spojrzeniem. Dwie wielkie, przerażające źrenice, wlepione we mnie. Kiedy zbudziłam się z odrętwienia, zamrugałam kilkakrotnie i spojrzałam na lustro pod innym kątem. Odbicie również się przesunęło. Te oczy zdawały się tylko złudzeniem. Zresztą w snach zawsze krwawiły, a w lustrze nic się nie działo. Odbicie po prostu się na mnie patrzyło, bo ja patrzyłam na nie. Wmawiałam sobie, że to złudzenie, bo prawie spałam. Możliwe, że to był jakiś efekt uboczny ziół, albo podjadania.

Zamrugałam jeszcze kilka razy i przetarłam oczy, żeby obraz wrócił do normy. Odetchnęłam i podeszłam do umywalki. Wyciągnęłam szczoteczkę do zębów, zrobiłam swoje. Kiedy ją odłożyłam i zamknęłam szafkę, odskoczyłam przestraszona. Te przerażające oczy znowu na mnie patrzyły!

— Sheyla, zero podjadania w nocy. Masz potem burdel w głowie — powiedziałam do siebie. Już chciałam odejść, kiedy zauważyłam, że odbicie potakuje, kiedy ja kiwam głową na boki. Nagle odbicie przestało naśladować moje ruchy. Wydawało się, że zbliża się do powierzchni lustra i kładzie na nim dłoń. Drugą ręką pokiwało, żebym podeszła i również przyłożyła dłoń. Przerażona na poważnie pokiwałam przecząco. Odbicie uśmiechnęło się zachęcająco. Znowu pokiwałam głową, co wyraźnie rozzłościło odbicie. Zaczęło zbliżać twarz. Dmuchnęło, a na lustrze pojawił się ślad pary z jego ust. Palcem odbicie napisało: „Priap”. Otworzyłam szerzej oczy. Nie wiem, dlaczego wciąż tam stałam i wpatrywałam się w to zadziwiające widowisko, ale nie potrafiłam oderwać wzroku.

Odbicie w końcu zaczęło się denerwować, coś wykrzykiwać, ale krzyk był bezdźwięczny. Kiedy uderzyło dłonią w szkło, a z jego oczu popłynęła krew, odruchowo dotknęłam swoich oczu. Czując na nich coś lepkiego, wpadłam w panikę. Nagle nogi same zaczęły podpowiadać, żeby jak najszybciej stamtąd uciec. Wybiegłam, zamykając za sobą drzwi. Odruchowo zapaliłam światło w pokoju, chwyciłam za telefon i zadzwoniłam do Cassie.

Siedem długich, denerwujących sygnałów i głos automatycznej sekretarki. Nie odbierała. Nie miałam czasu czekać. Wykasowałam jej numer i zastąpiłam go numerem Hunta. Nawet jeśli spał, nie miałabym sobie za złe obudzenia go. Zresztą on pojawiał się szybko, a właśnie tego potrzebowałam.

Tak, jak myślałam, ledwo napisałam i skuliłam się na łóżku, zastukał do szyby. Podbiegłam do niej i szybko go wpuściłam. Wciąż byłam roztrzęsiona, więc przyjrzał mi się badawczo i złapał za podbródek, oglądając całą twarz.

— Coś ci się stało? Znowu ten dureń? — zapytał, badając wzrokiem każdy fragment mojej głowy. Panika nareszcie mogła się uwolnić. Nie zwracając uwagi na to, że nie zawsze się lubimy, wtuliłam się mocno w jego ciało, a on delikatnie dotknął dłonią moich pleców. Wcześniej nie byłam w stanie dotknąć twarzy i sprawdzić, czy krew polała mi się z oczu, ale wycierając się o jego szarą bluzę, nie dostrzegłam ani kropli szkarłatu. Tyle wystarczyło, żeby wylał się ze mnie potok słów, w których opowiedziałam mu o całym zajściu. Wysłuchał mnie w ciszy, a potem się zaśmiał.

— To ja się w środku nocy zrywam, żeby posłuchać o złym śnie i zwidach? Mówiłaś, że to poważne. — Odsunął się i usiadł na parapecie. — Spójrz na siebie, jeden zły sen zamienił cię we wrak. Otrząśnij się, masz być wojownikiem, a nie mazgajem. Walcz! Dum spiro, spero — pokrzepiał, ale nie do końca to do mnie trafiało. Wciąż miałam grobową minę. — Ech, trzy miliony plemników i akurat ty wygrałaś. To jest dopiero gratka.

— Nie śmiej się, to naprawdę tam było! — pisnęłam wciąż jeszcze przerażona. — Idź sobie i zobacz.

— Jak chcesz, to pójdę, ale jak wpadnę na zakrwawione tampony, to nie przestanę się z ciebie śmiać do końca życia — zażartował, idąc w stronę drzwi.

— Tylko uważaj. — Niemal sikałam w majtki ze strachu, ale dzielnie szłam krok za nim, trzymając się jego ramion, żeby w razie niebezpieczeństwa móc się za nimi w każdej chwili schować.

Otworzył ostrożnie drzwi i wszedł. Ja zostałam w pokoju. Nie odważyłam się zrobić kolejnego kroku. Przytuliłam się plecami do ściany i z zamkniętymi oczami czekałam na jego krzyk.

— Nic tu nie ma — stwierdził i wyszedł do mnie. — Wejdź, sama się przekonaj. — Wzruszył ramionami i uśmiechnął się na pokrzepienie. — To był tylko zły sen.

— To nie był sen — upierałam się.

— Zobacz sobie. — Złapał mnie za rękę, ale wyrwałam ją szybko. Przewrócił oczami i raz jeszcze chwycił mnie za dłoń. Pociągnął mocniej, ale się wyrwałam i niemal wbiłam mu paznokcie w skórę, wtulając się w niego. Nie chciałam widzieć tego jeszcze raz.

Nie zrozumiał, głupek. Bezwzględnie złapał mnie w pasie i podniósł, przenosząc do łazienki. Dopiero przed lustrem postawił mnie na ziemi i wskazał ręką na nasze odbicia. Spojrzałam na nie niechętnie. Były normalne. Co prawda moje przedstawiało obraz nędzy i rozpaczy, ale jego prezentowało się okazale. Diabliki w oczach i kpiący uśmiech na ustach. Wkurzające połączenie, ale pasowało do niego.

— Widzisz, nie ma się czego bać. Nie używaj słowa „pilne”, kiedy masz zły sen. Spadam. — Ruszył do wyjścia. Wyszłam za nim i zatrzymałam go, nim doszedł do okna.

— Poczekaj. Mam głupią prośbę.

Odwrócił się bez słowa. Obrzucił mnie chłodnym spojrzeniem.

— Zostań ze mną chwilę, jeśli już tu jesteś. Proszę.

W jednej chwili złagodniał, a jego spojrzenie zrobiło się o wiele bardziej przyjazne. Kiwnął głową w stronę łóżka. Odetchnęłam i usiadłam. On zajął miejsce obok mnie. Pogłaskał mnie po plecach.

— Moja matka czasem miewała takie koszmary, że ojciec siedział z nią pół nocy, zanim się uspokoiła. Czasem wszyscy tak siadaliśmy, kiedy nie mogliśmy spać — wypalił. Pewnie według niego to miało mnie pocieszyć, ale ja wiedziałam, że to nie był sen. To działo się naprawdę. — Którymś razem, matce śnił się pożar. Zbudziła nas wszystkich. Kiedy przyszedłem do ich pokoju, ojciec głaskał ją po plecach, jak ja teraz głaskam ciebie, a mama wtulała się w niego prawie tak, jak ty wtuliłaś się we mnie, kiedy tu przyszedłem — kontynuował.

— Zgasisz światło i poczekasz, aż zasnę? Ostatnio nie mogę spać — przerwałam mu. Bez słowa wstał i wykonał polecenie, a ja weszłam nogami na łóżko. Położyłam się, licząc, że usiądzie obok i poczeka, ale ten wskoczył na pościel i objął mnie ramieniem. Podświadomie miałam ochotę się do niego przytulić i nie powstrzymywałam się. Tak było przyjemniej, bezpieczniej. W jego ramionach czułam się lepiej, niż w pustej przestrzeni. Potrzebowałam czyjejś bliskości. Wdychałam nocne powietrze naszpikowane jego zapachem i wsłuchiwałam się w spokojny rytm serca.

— Mam być cicho? — zapytał.

— Możesz mówić dalej. Przepraszam, że ci przerwałam.

— To była całkiem fajna scena. Powinna ci się spodobać. Wtedy, kiedy matce śnił się pożar, ojciec ją tak głaskał po plecach, później po ramieniu, a potem po policzku — mówił, jednocześnie ręką wykonując wszystkie gesty. Czułam jego szorstką dłoń na skórze, która jeszcze przed chwilą była wilgotna od łez, jakie po niej spłynęły. Tak, to musiały być łzy. Krew zostawiłaby brudne plamy, a takich nie miałam. — Mama przyłożyła wtedy swoją delikatną rączkę do dłoni taty i spojrzała mu w oczy. Uśmiechnęła się. — Jego słowa działały na mnie jak hipnoza. Robiłam wszystko, o czym mówił. Myślałam o tym sekundę przed tym, jak słowa docierały do moich uszu. Naprawdę się uśmiechnęłam i spojrzałam w jego oczy. Tyle tylko, że dwie sekundy później odwróciłam wzrok. — Tato również się uśmiechnął i pocałował ją w policzek. Zbliżył się do jej ucha i — zaczął szeptać tuż przy moim uchu — powiedział jej coś, co na pewno zapamiętała na zawsze.

— Co takiego? — zapytałam z ciekawości. Uśmiech wciąż tkwił na moich ustach, ale miałam zamknięte oczy. Chłopak przyłożył palca wskazującego do mojego policzka i przesunął twarz w swoją stronę.

— Naprawdę chcesz wiedzieć? — zapytał. Pokiwałam twierdząco głową. — To otwórz oczy — zarządził. Moje powieki entuzjastycznie się rozwarły, a ja patrzyłam na ciemną sylwetkę, która się nade mną unosiła.

— Co powiedział?

— Nie mam pojęcia, szeptał. Wiesz, co ja bym powiedział na jego miejscu? — zapytał, znowu zbliżając się do mojego ucha.

— Co?

Chłopak nie odsunął się ani o milimetr, tylko przesunął twarz tak, by znaleźć się idealnie nade mną i chuchając mi na policzek, patrzeć prosto w oczy.

— Będę z tobą każdej nocy i odgonię koszmary. Nie musisz się już bać — wyszeptał, po czym dotknął ustami moich warg. Odwzajemniłam pocałunek. Po chwili mogłabym powiedzieć, że chciałam go równie mocno, jednak odzyskując równowagę psychiczną, odepchnęłam Hunta.

— Blake, to, co stało się w Wenecji, było przypadkiem, wynikiem złego doboru ziół. Jesteś z moją przyjaciółką. Nie rozumiem, po co się tak zachowujesz. — Podniosłam się do siadu. On również się podniósł i wylądował z twarzą naprzeciw mnie. Spodziewałam się jakiegoś ataku z jego strony, ale się go nie doczekałam. Przez chwilę się we mnie wpatrywał.

— W porządku. — Pocałował mnie w policzek, wstał i wyszedł, jak gdyby nigdy nic. Zamknęłam za nim okno i wróciłam do łóżka. Stało się coś niemożliwego — uśmiechnęłam się do siebie. Chyba po raz pierwszy byłam zadowolona po spotkaniu z nim. Nie wiedzieć kiedy, przyszedł również sen.

Przez tę walkę z koszmarami sennymi, prawie zapomniałam, że wielkimi krokami zbliżały się egzaminy. Jeśli chciałam zdobyć wykształcenie, musiałam spiąć pośladki i zabrać się do roboty. Dwa dni siedziałam przy książkach, żeby wykuć potrzebny materiał, a kiedy przyszło do sprawdzenia wiedzy, siedziałam i patrzyłam w kartkę jak głupek. O wiele ważniejsze okazały się dla mnie rozważania na temat wampirów.

Według bajek, jeśli ugryzie cię wampir, stajesz się wampirem. Ciekawiło mnie, czy ta zasada działała też przy innych gatunkach. Może jeśli kogoś ukąsi świnia, staje się świnią, a jak ugryzie go małpa, zaczyna zachowaniem przypominać małpę. Idąc tym tropem, mnie chyba ukąsił baran. Słowo daję, normalny człowiek nie rozważałby takich głupot na egzaminie, a mi wszystko wydawało się ciekawsze od zadań.

Kiedy ktoś zapytał, ile czasu jeszcze zostało i usłyszałam informację o trzydziestu minutach, musiałam się porządnie zebrać, żeby zdążyć zrobić cztery zadania. Do tej pory, przez poprzednią połowę czasu, zdążyłam zrobić jedno i wyskrobać coś w drugim. Miałam wątpliwości, a za kolejne zadania nawet nie potrafiłam się zabrać, kiedy na domiar złego, znowu zaczęło mi szumieć w głowie. Starałam się to ignorować, ale poczułam się zmęczona. Czułam wszechogarniającą bezsilność, która oznaczała, że będę musiała szykować się na poprawkę. Położyłam więc głowę na ławkę i zaszlochałam cichutko. Starałam się przez chwilę o niczym nie myśleć. To sprawiło, że w głowie miałam jedynie szum. Im bardziej się na nim skupiałam, tym większe odnosiłam wrażenie, że to nie jest zwykły szum. Dźwięki zaczęły składać się w słowa, szepty — ale nie świadomości. Znałam głos w swojej głowie, ten był inny. Zainteresowało mnie jednak, że głos mówił bardzo sensowne rzeczy na temat zadań z kartki.

Uniosłam się nieznacznie, żeby sprawdzić, czy wzory podane w myślach mają zastosowanie w praktyce. Nie dowierzałam, ale jeśli miałam zostawić puste pole, wolałam zapełnić je choćby błędnymi informacjami.

Jak tylko uniosłam długopis, głos zaczął mi dyktować, co mam napisać. W ten sposób rozwiązałam wszystkie zadania i wyszłam z pomieszczenia dziesięć minut później. Głos zniknął, kiedy tylko przekroczyłam próg i zamknęłam za sobą drzwi.

Stanęłam dwa kroki dalej i patrzyłam przed siebie, zapominając nawet o mruganiu. Nie mam pewności, czy w ogóle oddychałam. Cała moja uwaga skupiła się tylko na rozważaniu, co się wydarzyło. Nie mogłam dojść do porozumienia ze sobą.

Stałam tak dłuższą chwilę, kiedy ktoś klepnął mnie w plecy. To był cios, który zniszczył wypracowaną równowagę i niemal się wywaliłam.

— She, zgłupiałaś? — zaśmiał się Preston. Wyglądał na szczęśliwego. Chyba pierwszy raz od bardzo dawna. Nie potrafiłam do końca zidentyfikować, czy to śmiech udawany, czy prawdziwy. Byłam zajęta własnymi myślami. Coś jeszcze do mnie mówił, lecz wielkiej uwagi nie zdobył. Jedynie przytakiwałam, zastanawiając się, dlaczego tajemniczy głos z głowy rozwiązał za mnie test i zniknął.

— Jak poszedł egzamin? — zapytał w końcu i tu już musiałam udzielić odpowiedzi ustnej, bo zwykłe kiwnięcie nie rozwiązywało sprawy.

— Okaże się — odparłam, nie do końca zainteresowana tematem. — Właściwie to dlaczego tak się cieszysz? — Naskoczyłam na niego, jakby zawadzało mi jego szczęście. To nijak miało się do prawdy, ale musiałam odciągnąć myśli od głosów w głowie. Atak wydał mi się najlepszą formą, której Preston nie będzie w stanie pominąć i wróci do swojego monologu. Potrzebowałam ciekawego tematu, a jego radość musiało sprawić coś wielkiego.

— A czy to grzech? — odpowiedział pytaniem. Chwycił mnie w pasie i przytulił.

— Czyżby już przestała cię boleć sytuacja z Cassie?

— Uśmiecham się, ale to nie znaczy, że jest tak, jakbym chciał, żeby było. To oznacza tylko, że potrafię się cieszyć, mimo problemów.

— No, no, no. Tylko bez filozofowania mi tu. — Pokiwałam mu palcem przed nosem. — Gadaj lepiej, co takiego się wydarzyło.

— She, ostatnio żyjesz w równoległym wszechświecie. Nie zauważasz, co dzieje się wokół ciebie. Naprawdę nie widzisz, co się zmieniło? — zdziwił się i trochę posmutniał.

Odkąd zaczęłam nałogowo wciągać zioła i skupiać uwagę na własnych problemach, zanikła we mnie potrzeba interesowania się problemami innych. Wciąż spotykałam się z przyjaciółmi, rozmawialiśmy, śmialiśmy się, ale do mnie wszystko wpadało jednym uchem, a wypadało drugim. Z Trevorem starałam się nie spotykać. Okłamałam go, że jestem przeziębiona. Zrodził się we mnie uraz do spotkań z nim. Utrzymywaliśmy kontakt smsowy, ale na żywo nie chciałam go widzieć. Potrzebowałam oddechu, żeby ustabilizować własne sprawy, zanim miałam wrócić do relacji z facetem, który nawet nie myślał o zabezpieczeniu.

Rozejrzałam się dookoła.

— Nie — odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

— Od ostatniej imprezy dziewczyny inaczej na mnie patrzą. Postawiłem się Huntowi, a to sprawiło, że stałem się atrakcyjnym materiałem w oczach wielu pięknych dziewczyn. Pochlebia mi to — wytłumaczył.

— Czyli znalazłeś pocieszenie w ramionach innej?

— Przestań. — Spochmurniał. Nie pasowało mu moje stwierdzenie. Był wręcz oburzony, że mogłam coś tak absurdalnego zasugerować. — Nigdy nie przestanę kochać Cassie. Nie chcę innych, ale to fajne uczucie. Podobać się. Nareszcie wiem, co to znaczy.

Spojrzałam na niego ponownie. Rzeczywiście coś się w nim zmieniło. Miał na sobie koszulę w kratkę, zamiast starej koszulki. Nie to było jednak esencją zmian. Jego postawa się zmieniła. Przestał się garbić i nie obawiał się spojrzeń w oczy. Zmieniła się jego samoocena, a to sprawiło, że wszyscy zaczęli go odbierać jak nowego człowieka. Delikatny, wrażliwy, nieśmiały Preston zdawał się nareszcie otworzyć na świat. Pomyślałam, że gdyby Cassie poznała go dopiero teraz, miałby wielkie szanse na odbicie jej Blake’owi.

— Tylko się tym za bardzo nie pysznij, bo pomyślę, że dla niej chcesz udawać Hunta.

— Już dla niej udawałem i nie wyszedłem na tym za dobrze, więc sobie odpuszczę. Pora pokazać jej prawdziwego siebie. Jeśli nie chce mnie takiego, to nie będę się jej narzucał.

— O matko, Preston, ty naprawdę zrobiłeś się mądrzejszy. Może wraz z wyznaniem prawdy, aktywowała ci się też umiejętność rozwiązywania zadań z algebry? — Szturchnęłam go zadziornie. Niemal udało mi się zapomnieć o dziwnym zdarzeniu z poprzedniej godziny.

Wylądowaliśmy na ławkach, gdzie czekała już Cassie z Blake’iem. Niczym królewska para. Ona dostojna i piękna. On wyniosły i rozwalony na pół ławki, jakby wszystko należało do niego. Cassie dumnie prezentowałaby się z koroną na swojej głowie, za to Hunta potrafiłam sobie wyobrazić z insygniami władzy tylko, jak wali kogoś berłem po łbie. W moim mniemaniu bardziej pasowałby na błazna. Jego sarkazm mógłby wreszcie zostać spożytkowany.

— Idzie panna złośnica i pan kłamca — rzucił w naszym kierunku.

— Ach, czy my, niegodni, możemy powitać lady najwspanialszą i lorda chama? — odpowiedziałam równie ironicznie. Preston podłapał mój pomysł i razem pochyliliśmy się do ukłonu. Hunt chciał być równie fajny i z rozpędu wyciągnął dłoń do ucałowania. Żadnemu z nas jednak nie spieszyło się, żeby dotykać jego łap. W szczególności ustami. Kto wie, czego mógł wcześniej dotykać. Takie zabawy powinny być zabronione przez sanepid.

— She, jak poszedł egzamin? — zagadnęła Cassie. Ją nie bawiło wzajemne dogryzanie sobie, więc zwykle zmieniała temat, kiedy widziała, że się rozpędzamy. Hamowała nas jeszcze w boksach startowych, żeby nie dopuścić do rozlewu krwi. Może Hunt przeszedł treningi, ale ja też nie próżnowałam. W dodatku miałabym przy sobie Prestona do pomocy. Razem moglibyśmy zakopać Hunta żywcem. Ach, wysoce kusząca wizja.

— Dramat. Nie jestem pewna ani jednej odpowiedzi. Pisałam nawet nie wiem co. Bardzo możliwe, że nie zaliczę. Ale tym będę martwić się dopiero za dwa dni.

— A mi poszło świetnie, jeśli kogoś to interesuje — wtrącił się Preston. Chłopak wciąż kipiał entuzjazmem. Nowy człowiek, słowo daję.

— Nikogo to nie interesuje. — Hunt uśmiechnął się złośliwie.

— Mnie interesuje, co się dzieje u Vis Maior — rzuciłam.

— A mnie interesuje, jak sprawy z Trevorem. Dawno o nim nie opowiadałaś — odbiła Cassie. Poklepała miejsce obok siebie. — Opowiadaj ze szczegółami.

Usiadłam przy niej. Preston już się nie zmieścił, a obok Hunta siadać nie chciał, więc patrzył na nas z góry.

— Rozwieję wszystkie wątpliwości, drogie panie. — Hunt szczerzył się radośnie. — W Vis Maior nic się nie zmieniło, a ostatnio randki Sheyli są bardzo emocjonujące.

— A skąd ty o tym wiesz? — Dziewczyna spojrzała na niego podejrzliwie, po czym zerknęła na mnie tym samym spojrzeniem. — Czyżbyś był z nią na randce?

— Owszem — zaśmiał się donośnie. Oczy Cassie zwariowały. Pędziły między mną, a nim w zwariowanym tempie. — Sheyla nawet wyznała mi miłość.

— Co?!

— To było już dawno. On mnie do tego zmusił. Przed Vis Maior powiedział, że dzięki temu usuną mi znak i nie będę należeć do bractwa. Oszukał mnie — wytłumaczyłam.

— Czy między wam coś jest?

Tym razem oboje się zaśmialiśmy.

— Tak, z pewnością. Powietrze — odpowiedziałam. — Ostatnio zdarzył się mały wypadek i poprosiłam Hunta o pomoc. Skoro już jestem skazana na jego obecność na co dzień, może się czasem na coś przydać.

— Co się stało? — Dziewczyna się przeraziła. Zawsze była zatroskana.

— Okazało się, że nasza kruszynka potrafi porządnie przywalić. Tenor od niej oberwał, bo chciał ją zgwałcić. Na szczęście przybyłem na czas i ją zabrałem.

— Chciał cię zgwałcić?! — Cassie odezwała się jednocześnie z Prestonem.

— Nie chciał mnie zgwałcić. Oboje mieliśmy na to ochotę, tylko nie byliśmy zgodni, co do formy — starałam się wytłumaczyć.

— Chciał z ciebie zrobić swoją suczkę, a ty wolałaś być dominą? — Preston próbował osiągnąć poziom humoru Hunta, zaniżając znacznie własny. I on mi mówił, że nie upodabnia się do niego? Jeszcze trochę i przestałabym go lubić.

Odpowiedziałam gniewnym spojrzeniem.

— To damski bokser. Nie zdziwiłbym się, gdyby ją uderzył — wtrącił Hunt. — Ja nie wyobrażam sobie bić kobietę. Chyba, że z Neftydy, ale to już nie kobieta, tylko wróg.

— Trevor nigdy by mnie nie uderzył. On tak zareagował, bo Hunt się pojawił i go sprowokował.

— Jasne, broń go! — warknęła Cassie.

— Twierdzisz, że to moja wina, ale dobierał się do ciebie wbrew twojej woli jeszcze przed moim przyjazdem. Nie oskarżam go o nic, więc nie musisz go bronić. Pamiętaj tylko, że nie warto szukać wymówek dla jego postępowania. Lepiej skup się na faktach. Możesz pomalować gówno farbką, ale i tak zostanie gównem.

— Dobrze gada! — przytaknęła Cassie.

— Nie zgodziliśmy się w pewnej kwestii i tyle. Myślę o zerwaniu z nim. Ostatnio nie mam ochoty go widzieć. Zresztą po kłótni z Huntem pewnie nie będzie chciał mnie znać.

— I kij mu w nos! — Cassie się przytuliła i pocałowała mnie w policzek. — Na pocieszenie powiem, że rodzice wyjeżdżają na weekend i będę mogła zrobić imprezę. Zrobimy z waszego rozstania powód do świętowania. Spalimy wszystkie zdjęcia Trevora i zakopiemy ich resztki. Zobaczysz, że szybko o nim zapomnisz.

— Nie mam na to ochoty. Trevor nie zrobił nic złego. Po prostu chwilowo nie mam ochoty na spotkania z nim. Możliwe, że wkrótce mi przejdzie i zapragnę znów z nim być. Ostatnio nie czuję się najlepiej. Miewam dziwne bóle głowy.

— Powinnaś iść do lekarza. — Przytuliła mnie mocniej. — A imprezę i tak zrobimy.

— Dopiero w weekend. Teraz wracamy do życia. Niektórzy mają jeszcze zajęcia. — Preston sprowadził nas na ziemię. Mogłabym sobie odpuścić ostatni wykład, ale wszyscy się rozeszli, więc i ja grzecznie pomknęłam na zajęcia.

Dwa dni później, przy sali 4.02 wisiała kartka z wynikami. Dwa pierwsze zadania zrobiłam źle, a wszystkie inne bezbłędnie. Wszystko, co podpowiedział mi głos, było poprawne. W dodatku miałam sto procent pewności, że to nie moja podświadomość, ale zupełnie obcy głos. Ktoś wdarł się do mojej głowy.

Rozdział 4
Aby spokojnie świtu dożyć, najlepiej własne bractwo założyć

Stojąc przed białą kartką pełną tabelek i cyferek, poczułam jak zalewa mnie fala zimnego potu. Nagle zrobiło mi się nieswojo we własnym ciele. Miałam wrażenie, że każda myśl jest kontrolowana przez kogoś obcego i to uczucie nie dawało mi w pełni zaczerpnąć powietrza do płuc. Robiłam krótkie wdechy, ręce zaczynały mi się pocić, a organizm zdawał się buntować.

Nie obawiaj się. Ze mną jesteś bezpieczna” — usłyszałam w głowie.

Przeraziłam się tak bardzo, że nie potrafiłam wydobyć z siebie głosu. Moje własne myśli krzyczały do obcego głosu, żeby zamilkł. Ja sama w tym czasie popędziłam do najbliższego kościoła. Obawiałam się, że coś mnie opętało. Czułam się narzędziem szatana. Bałam się dotknąć święconej wody. Wbiegłam do kościoła i usiłowałam znaleźć księdza. W głowie zrobiłam szybki rachunek sumienia. Nie znalazłam duchownego, za to przy ołtarzu zastałam… Trevora. Wyglądał jak aniołek w tej swojej białej szacie. Widząc mnie, uśmiechnął się przyjaźnie.

— Sheyla? Co ty tu robisz? — zapytał cicho, zbliżając się do mnie.

— Trevor…

— Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha, cukiereczku. — Uśmiechnął się przesłodko, mrużąc przy tym oczy. Jego wygląd zupełnie nie pasował do charakteru. Mówił: nic ci nie grozi, w czasie, kiedy charakter krzyczał: zrobisz, co zechcę. Dopiero kilka dni wcześniej odkryłam tę mieszankę i sama nie wiedziałam, co przerażało mnie bardziej — głos w głowie, czy Trevor w kościele.

— Szukam księdza — wypaliłam, nie zastanawiając się wiele nad słowami. Bardziej skupiałam się, żeby nie zauważył przyspieszonego oddechu.

— Wyspowiadać możesz się mi. Chętnie poznam wszystkie grzechy mojej ukochanej Sheyli. — Przyciągnął mnie do siebie i pocałował delikatnie. — Mam nadzieję, że już się nie gniewasz za to, co się wydarzyło. Poniosło mnie trochę, ale tak mnie podnieciłaś, że…

— Matko… Trevor, jesteśmy w kościele. — Zaczęłam się nerwowo rozglądać, czy nikt na nas nie patrzy. Budynek był pusty, ale zawsze ktoś mógł do niego wejść.

— Mogę to powiedzieć wobec Boga i wszystkich ludzi. Niesamowicie mnie pociągasz, Sheyla. — Przytulił do mnie twarz i zaczął szeptać do ucha. — Gdybym nie był zajęty, zaraz oprowadziłbym cię po zakrystii i pokazał ci świetlicę. Jej największą atrakcją są drzwi zamykane od wewnątrz.

— Jeśli jesteś zajęty, nie chcę ci przeszkadzać. — Dziwnym trafem, nagle straciłam cały pociąg do jego osoby. Zraziło mnie jedno głupie zachowanie. Tyle wystarczyło, żebym nie miała ochoty więcej się do niego zbliżać. Nie potrafiłam jednak protestować, kiedy chciał ze mną przebywać. Czułam się doceniona, a za to uczucie wielu ludzi oddałoby cały swój dobytek. Doceniony człowiek ma ochotę starać się bardziej. W moim wypadku, ma ochotę przebywać w towarzystwie osoby, przez którą jest chwalony. Jednakże miałam ważniejsze sprawy, niż pieszczenie swojego ego. — Możesz mi powiedzieć, gdzie znajdę księdza?

— Uparłaś się. Teraz żadnego kapłana nie ma w świątyni. Jestem tylko ja i kilku chłopaków, którzy pomagają sprzątać przed mszą. Możesz poczekać, modlitwa zacznie się za jakieś pół godziny. Będę wygłaszał kazanie. Później zaprowadzę cię do księdza.

— Dobrze, poczekam.

— Ale mam jeden warunek. Dasz sobie ukraść godzinkę i odwiedzisz mnie.

— Trevor, ja… — zawahałam się. Jeśli chciał znowu się do mnie dobierać, nie miałam zamiaru się z nim szarpać. Wystarczyło mi to, co wydarzyło się wcześniej. Jeśli znowu musiałabym wzywać Hunta, on nie przestałby mi tego wytykać do końca życia, a moja duma by nie wytrzymała i w końcu bym go zamordowała. Z drugiej strony, fajnie byłoby zbliżyć się z Trevorem i zapomnieć przez chwilę o problemach.

— Chciałbym, żebyś mi pomogła. Jesteś inteligentna, a ja muszę przygotować rozprawę na temat tego, co Jezus zrobiłby w różnych sytuacjach naszego codziennego życia. Wiesz, takie przeniesienie biblii do nowoczesności. Narkotyki, seks, facebook, zatracanie się w nowych technologiach. We wszystkim trzeba znaleźć umiar. Mogłabyś pomóc mi to napisać. W zamiar oferuję szarlotkę domowej roboty. Mam świetną gosposię. Na pewno zasmakujesz w jej kuchni. Co ty na to?

— Och, umiar… pomogę. Oczywiście, że pomogę — przytaknęłam. W takiej sprawie głupio byłoby odmówić. Nawet jeśli brzmiało to jak tania wymówka, żeby tylko ściągnąć mnie do siebie. Zresztą nie chciałam być sama. Nie mogłam mu powiedzieć, co się ze mną działo, ale mogłam oczekiwać przytulenia i pocałunku. W opiekuńczych ramionach nawet strach wydaje się mniej straszny, a opętanie nie przeraża tak mocno. Właściwie to nie miałam przecież pewności, że jestem opętana — przeżegnałam się, skropiłam czoło święconą wodą i nic mi się nie stało. Krzyżyk wciąż wisiał na mojej szyi i nie wypalał śladu na skórze. Mogłam więc podejrzewać, że wcale nie jest tak źle, tylko dałam się ponieść panice. Głos w głowie nie odzywał się od czasu ucieczki spod sali. Może to nie ja byłam opętana, tylko ta sala! Nie zdziwiłabym się. Jakby podliczyć wszystkich, którzy zaprzepaścili sobie w niej przyszłość, na pewno znalazłoby się kilka czarownic zdolnych do rzucenia klątwy.

Ważne, że mi przeszło, a dodatkowo znalazłam się obok Trevora. Unikałam go, aż przeznaczenie sprawiło, że na siebie wpadliśmy. Może tak właśnie miało być. On miał być moim ukojeniem. Poczekałam więc do końca mszy i cały czas bacznie obserwowałam swoje reakcje. Gdybym była opętana, Słowo Boże powinno na mnie zadziałać jak trucizna, ale byłam w pełni spokojna. Nie mówiłam gardłowym basem, moja głowa nie obracała się dookoła własnej osi, nie lewitowałam, nie wykazywałam się nadprzyrodzonymi zdolnościami. Klęczałam, modliłam się i zachowywałam się tak, jak wszyscy zebrani. Później Trevor, wedle życzenia, chciał zaprowadzić mnie do księdza. Wycofałam się w ostatniej chwili, w obawie, że wezmą mnie za wariatkę, albo prawdziwie obłąkaną i zamkną mnie w pokoju bez klamek. Po wyjściu z kościoła Trevor objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie. Gawędziliśmy o tym, jak minęły nam ostatnie dni, w szczególności skupiając się na tłumaczeniu, dlaczego nie miałam dla niego czasu. Już doszliśmy niemal do planowania, co będziemy robić po skończeniu referatu o Jezusie, kiedy po przeciwnej stronie drogi zobaczyłam Hunta. Szedł sobie spokojnie i trzymał łapy wciśnięte w kieszenie. Patrzył w chodnik dwa metry przed sobą. Nie spodziewałabym się, że nagle odwróci się w naszym kierunku. Ten jednak zerknął przelotnie, po czym spojrzał ponownie, jakby nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Zrobiło mi się dziwnie głupio, że przytulam się do chłopaka, którego on posądzał o próbę gwałtu. I to na mnie.

Zabrałam rękę z Trevora i modliłam się, żeby Hunt do nas nie podszedł. Moje modlitwy nie zdążyły jednak dotrzeć do Stwórcy, bo chłopak ruszył przez jezdnię. Trzy sekundy później wsunął rękę na moje biodro i odciągnął od towarzysza.

— Odwal się, koleś. — Trevor od razu zareagował agresywnie. Hunt za to wydawał się nawet nie zauważać chłopaka. Zwracał uwagę tylko na mnie.

— Zwariowałeś? — Strzepnęłam z siebie jego rękę i stanęłam w równej odległości od obu panów. Nie wiedziałam, do którego powinnam się zbliżyć. Zwłaszcza, że niewiadomą był cel, jaki tym razem miał Hunt. Chciał mnie tylko wkurzyć, czy może coś więcej?

— Panienka to chyba zapomniała coś sprawdzić, że o tej porze prowadza się z partią niższej ligi — odpowiedział, zadzierając brodę do góry.

— Sam jesteś niższa liga — warknęłam. Już wiedziałam, że wolę zbliżyć się do chłopaka, który ukoił moje nerwy po napadzie paniki. Wystarczyło, że Trevor pojawił się w pobliżu i od razu robiłam się spokojniejsza. Wręcz przeciwnie reagowałam na drugiego pana. Nerwy urządzały sobie skoki na trampolinie, ilekroć próbował narzucać mi swoją wolę. Czyli praktycznie przy każdym spotkaniu. Nawet w sytuacji, kiedy wyraźnie się stawiałam i pokazywałam, że nie mam zamiaru się podporządkować, musiał pociągnąć mnie silnie za rękę i zbliżyć do siebie.

— Spotkanie Vis Maior. Chcesz mieć przy kochasiu przypomnienie na ręce? — szepnął na tyle cicho, żeby uszy Trevora nie były w stanie tego zarejestrować.

— Och. To wszystko zmienia.

— Co się stało? — zapytał Trevor.

— Wybacz, jednak nie mogę ci pomóc. Mam… muszę coś… mam sprawę, która nie może czekać. — Od razu zmieniłam nastawienie. Nie mogłam sobie pozwolić na palące znaki na rękach, będąc w towarzystwie osoby kompletnie niewtajemniczonej. Już przyjaciół w to wciągnęłam. Nie chciałam narażać niewinnego Trevora w ciemne interesy bractwa. Chociaż on miał być normalny w całym moim towarzystwie.

— Co?!

— Przepraszam, naprawdę.

— Sheyla, jeśli masz coś do załatwienia, a do mnie wolisz wpaść później, to zrozumiem. Chcę tylko być częścią twojego życia, być z tobą. — W jednej chwili złagodniał.

— Nie będziesz częścią jej życia — wtrącił się Hunt. Odciągnął mnie mocniej, kiedy myślami błądziłam po obłoczku, rozmyślając, jaki Trevor był wyrozumiały i kochany.

— Nie będziesz za nią decydował, Hunt — odgryzł się. — Sheyla, daj mi znać, kiedy się uporasz z tym nieobliczalnym świrem.

— Ej, ty! Ja ci mogę dopiero pokazać, jak bardzo nieobliczalny potrafię być! — Hunt niemal skakał do gardła mojemu chłopakowi. Nie mógł znieść, że trafił na rywala odpornego na jego zaczepki. Trevor był ponad to. Emanował spokojem, co rozwścieczało Hunta.

— Obejdzie się. Miło było poznać. — Skinął głową w kierunku chłopaka i pocałował mnie w policzek na odchodne.

— Odpowiedziałbym tym samym, ale musiałbym skłamać. — Po Huncie nie można było spodziewać się miłego zachowania. On każdemu nowopoznanemu musiał pokazać prawdziwego siebie. To pewnego rodzaju sposób na życie — pokazuje najgorszą wersję siebie, przez co selekcjonuje ludzi, którzy są w stanie z nim wytrzymać. Potem każde pozytywne zachowanie jest odbierane jak anomalia, która niezmiernie cieszy, choć przy innym człowieku byłoby to coś normalnego, na co zwykle nie zwraca się uwagi. Dla przykładu, chociażby pożegnanie. To normalne, że dwoje ludzi się żegna, ale taki Hunt zwykle odwracał się tyłkiem i odchodził bez słowa.

Jeszcze raz przeprosiłam, a potem odeszłam z Huntem. Kiedy drugi chłopak zniknął mi z oczu, zagadnęłam na temat spotkania.

— Nie widziałam żadnych informacji na stronie.

— Bo nie ma spotkania w siedzibie. Robimy własne, u Cassie. Miałem cię nie zapraszać, ale jak już się nawinęłaś…

— Co?! Odwołałam spotkanie z Trevorem, żeby iść na NIBY spotkanie? Mówiłeś, że pojawi się przypomnienie!

— Inaczej byś ze mną nie poszła. — Uśmiechnął się i puścił do mnie oczko, po czym przybrał niemal grobową minę. — Poza tym, nie podoba mi się ten chłopak. Nie powinnaś się z nim zadawać.

— Kim ty jesteś, żeby mi wybierać znajomych?

— A kim chciałabyś, żebym był?

— A czy moje zdanie się liczy?

— Dlaczego odpowiadasz pytaniem na pytanie?

— Niby kiedy?

— Właśnie teraz?

— A dlaczego ty zmieniasz temat? — droczenie się z nim zaczynało mi się podobać. Czasem myślałam, że mogłabym go polubić.

— Jesteś przyjaciółką mojej dziewczyny, a przez to i moją przyjaciółką, więc…

— Nie jesteś moim przyjacielem. — Szturchnęłam go.

— I nie mam zamiaru nim być. Nie chcę, żeby Cassie się martwiła. Robię to dla niej — odpowiedział, ale jego ton głosu nagle się zmienił. Jakby samo wspomnienie o Cassie go denerwowało. Był wściekły, choć starał się to ukrywać.

— Spokojnie, Trevor nic mi nie zrobi.

— Nie podoba mi się ten typ. Źle mu z oczu patrzy.

— Bardzo ładnie mu z oczu patrzy. A ty jesteś zazdrosny — stwierdziłam, po czym zadziornie wystawiłam koniec języka. Nie spodziewałam się jednak, że na te słowa, on się zatrzyma, stanie mi na drodze i zacznie patrzeć w oczy.

— Zazdrosny? Jesteś śmieszna. Nigdy nie zrozumiem kobiet.

— A co, mamy wadę wymowy? Jesteś! Nie udawaj!

— Może i jestem zazdrosny na myśl, że niemal pieprzyliście się w samochodzie na publicznej drodze. Gdybym nie przyjechał, długo byś się nie opierała. Teraz, znając jego zamiary, sama się pchasz w łapska faceta, który niemal cię zgwałcił. Idziesz do niego, gdzie nie będzie miał kto zareagować, więc chyba tego chcesz. Nie sądziłem, że jesteś taka łatwa. Chociaż… mi też się nie opierałaś.

Uderzyłam go w twarz. Z pięści. Nie wytrzymałam. Już sądziłam, że nawiązuje się między nami nić porozumienia, że zaczyna się o mnie troszczyć, że zachowa się jak prawdziwy przyjaciel, a on nagle wyskoczył z takim tekstem i pokazał prawdziwego siebie.

— Naćpałeś mnie, punkt dla ciebie. Gdybym zachowała trzeźwość umysłu, nigdy nie przespałabym się z takim chamem. Z Trevorem łączy mnie dłuższa znajomość, jesteśmy parą i mamy prawo robić, co nam się podoba. Jak będziemy chcieli się kochać w samochodzie, to tak zrobimy. Jak mi się zachce, to pójdę do niego teraz i rozbiorę się, jak tylko zamknie za mną drzwi. Jeśli ci to nie pasuje, to już nie mój problem.

Odwróciłam się na pięcie i zaczęłam iść w kierunku, z którego przyszłam.

— Nie, pójdziesz ze mną. — Dorwał mnie dwoma susami, chwycił w pasie i odwrócił. Warczałam i próbowałam się wyrwać, ale był silniejszy. Zdołałam jedynie potargać sobie włosy. — Przestań wierzgać, bo cię nie puszczę.

— Spieprzaj, Hunt!

— Uspokój się, Sheyla. Uspokój, do cholery! — Odwrócił mnie twarzą w swoją stronę i przycisnął tak mocno, że czułam wyraźnie jego zapach. Swąd „Playboya: Miami”. Jakby nie mógł być choć trochę oryginalny i wybrać zapach jakiegoś wygwizdowa. Jak na złość, nikt nie kojarzył mi się z tym miastem bardziej niż on. Bezwzględny, zapatrzony w siebie, twardy, bez zasad. Hunt to uosobienie Miami.

Wtulona w niego nie mogłam przestać oddychać, więc zaciągałam się tym zapachem, wyciszając myśli. Obraził mnie, ale najprawdopodobniej zrobił to z zazdrości. Jak każdy samiec, raz zaliczoną samicę uważa za swoją, tak on po incydencie w Wenecji, najprawdopodobniej założył, że teraz będę w nim zakochana i nie zechcę nikogo innego. Nie czuł do mnie niczego, bo był zakochany w Cassie, to pewne. Zachowywał się za to jak pies ogrodnika — nie dopuszczał do mnie nikogo obcego.

Po chwili złapał mnie za podbródek i zmusił do spojrzenia sobie w oczy. Kiedy to nastąpiło, pocałował mnie.

— Zostaw mnie — warknęłam, odpychając go po raz kolejny.

— Nie będziesz się rzucać?

— Będę!

— Sheyla, zrozum. Cassie mi się podobała. Dalej mi się podoba, ale w jej oczach nigdy nie widziałem tego, co widzę w twoich. Ona nic do mnie nie czuje, jest obojętna na moje próby uwodzenia, nie chce się ze mną spotykać. Widzimy się tylko, kiedy jesteśmy większą grupą. Niby jest czuła, ale jak zostajemy sami i może między nami do czegoś dojść, odsuwa się. Za każdym razem werbalnie mówi, że mnie pragnie, ale pozawerbalnie temu zaprzecza. Z tobą jest odwrotnie. Werbalnie zaprzeczasz, wierność przyjaciółce każe ci odmawiać, ale twoje ciało, gesty, spojrzenia… mówią za ciebie. She, w najśmielszych snach nie podejrzewałem, że mogę cię pragnąć, ale odkąd masz faceta, chcę cię coraz bardziej, a odkąd kochaliśmy się w Wenecji, nie mogę przestać o tobie myśleć. Ciągle mam w głowie twoje słodkie spojrzenie i przerażoną minkę, słyszę twoje jęki i chcę je słyszeć ponownie. Nie, żebyś mi się jakoś specjalnie zaczęła podobać, ale…

— Zamknij się, na miłość boską. — Zatkałam mu usta rękami. Nie mogłam słuchać jego słów. Raniły mnie. Nie wiedziałam czy dlatego, że może w pewnym stopniu podobał mi się ten jego męski, stanowczy styl bycia, a jego wypowiedź zadziałała na mnie bardziej, niż bym tego chciała, czy przez wzgląd na Cassie i Trevora. Choć Trevor odgrywał tu coraz mniejszą rolę. Z każdą chwilą czułam się coraz dalej od niego. Jakby te przegadane noce przestały istnieć, jakby spotkania przestały być przyjemnym wspomnieniem. Nagle coś we mnie zgasło i nie potrafiłam powiedzieć z jakiego powodu. — Wszystko przez ciebie — dodałam. — Wszystko. Mogłam wieść spokojne, bezstresowe życie… ale nie, twoi rodzice musieli się bzykać!

Hunt rozluźnił uścisk i postawił mnie na ziemi. Chciałam go uderzyć, albo chociaż podrapać, ale złapał moją pięść i pociągnął ją tak, że wylądowałam znowu na nim. Zdawał się rozbawiony moją reakcją. Zaśmiał się i przytulił mnie przyjacielsko.

— Przepraszam. Jeśli chcesz, możesz do niego później iść. Tylko nie rób głupot. Jeśli chcesz mi zrobić na złość, lepiej teraz mnie uderz, zamiast lecieć do niego — powiedział już całkiem wyluzowany. Cmoknął mnie w policzek i wypuścił z objęcia. Dalej chciałam się zemścić, ale wiedziałam, że nie mam ku temu szans. Niby pozwolił mi się uderzyć, ale pewnie by się obronił, gdybym to zrobiła, więc odpuściłam, wyprzedzając go o jedno posunięcie.

Możliwe, że miał trochę racji. Zdenerwował mnie na tyle, że mogłam wpaść do Trevora i go bzyknąć bez zastanowienia i zabezpieczenia. Tylko, żeby udowodnić, że mogę i Hunt nie będzie mi rozkazywał. Im bardziej Trevor go wkurzał, tym bardziej podobały mi się spotkania z nim. Miło spędzałam czas, a przy okazji denerwowałam Hunta. Sprawiało mi dziką przyjemność wzbudzanie w nim zazdrości, choć nie pojmowałam, dlaczego tak się dzieje.

„Kurde! Hunt chyba coś do mnie czuje. Do mnie, nie do Cassie. Może jest z nią tylko, żeby wzbudzać zazdrość we mnie? Nie, ona mu się podoba. Sam powiedział. Ale to do mnie czuje coś więcej. Odkąd wróciliśmy z Wenecji. Rany! Ależ dziwne myśli mnie nachodzą! Nie i jeszcze raz nie! Hunt? W życiu! Ja mu się nie podobam, a on nie podoba się mi!” — kotłowało się w mojej głowie.

— Co to za spotkanie u Cassie? Kto będzie? — zagadnęłam od niechcenia.

— Kilku chłopaków, Virg, Cass, Bianca i my. Staliśmy się trochę sławni w bractwie po rozwaleniu Światła. Połowa nas za to nienawidzi, reszta podziwia. Kilka osób z tej drugiej grupy chciało się z nami spotkać. Głównie ze mną i z Cass, ale ty i Preston też możecie być.

— Możemy? Och, dziękuję za pozwolenie. Wiele to dla mnie znaczy od człowieka, który przed chwilą chciał się bić, byle bym tylko poszła z nim. — Spojrzałam na niego wymownie. Zamknął się. Coś tam mamrotał pod nosem, ale nie zebrał się na konkretną odpowiedź.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.99
drukowana A5
za 34.05