Wstęp
Nazywam się Michał Kalicki i to ja jestem właściwym autorem tej książki, choć gdybym przed rokiem usłyszał, że ktokolwiek będzie ją czytał, parsknąłbym śmiechem w swój kajak, płynąc leniwie Wartą. Jestem z Konina, z miasta, które na turystycznych mapach Polski istnieje głównie dlatego, że leży nad rzeką, która — mówiąc szczerze — nigdy nie miała ambicji, by konkurować z Nilem. Prowadzę stanicę wodną, wypożyczam kajaki, doradzam, który sprzęt lepiej trzyma się na fali. Moja żona Anna uczy angielskiego w liceum. Jesteśmy zwykłymi czterdziestolatkami, którzy myśleli, że największą przygodą życia będzie remont łazienki lub wymiana okien przed zimą.
A jednak ta książka powstała. I powstała nie dlatego, że jestem pisarzem — nie jestem. Nie skończyłem żadnych kursów kreatywnego pisania, nie wygrałem konkursów literackich, nie marzyłem o tym, by moje nazwisko widniało na okładce. Jestem facetem, który w listopadzie 2026 roku wyjechał z żoną na dwa tygodnie do Egiptu i przeżył coś, co do dziś — gdy siadam do pisania tych słów, rok później, w Koninie, przy stole, na którym stoi kubek kawy i figurka ibisa przywieziona z Kairu — wydaje mi się nieprawdopodobne. A jednak wydarzyło się naprawdę.
Gdy wracaliśmy, Anna powiedziała: „Musisz to opisać”. Śmiałem się. Mówiłem, że nie potrafię, że nie mam talentu, że nikt nie będzie chciał czytać o tym, jak facet z Konina jeździł nad Nil i oglądał piramidy. Ale ona nie odpuściła. „Nie chodzi o piramidy”, powiedziała. „Chodzi o ludzi. O to, co się wydarzyło między nimi. O to, czego się nauczyliśmy. O to, że nie ma podróży, która nie zmienia”. I miała rację. Jak zwykle.
Nie jestem pisarzem, ale jestem przewodnikiem. Przez piętnaście lat prowadziłem ludzi po jeziorach Wielkopolski, opowiadałem o historii Konina, o szlakach wodnych, o ptakach, które można spotkać na Warcie. Nauczyłem się, że dobra opowieść potrzebuje dwóch rzeczy: prawdy i serca. Prawdy o miejscu, które się opisuje — nawet jeśli to miejsce jest tak stare, że pamięta faraonów. I serca tego, kto tę opowieść snuje — bo to serce sprawia, że słowa przestają być tylko słowami, a stają się czymś, co może poruszyć drugiego człowieka.
W tej książce znajdziecie zatem prawdę o Egipcie. O piramidach, które są większe, niż można to sobie wyobrazić, patrząc na zdjęcia w podręcznikach. O Nilu, który nie jest tylko rzeką — jest żyłą świata, która od tysięcy lat tętni życiem, niosąc ze sobą nie tylko wodę, ale i nadzieję, i tajemnice, i czasem — jak się okazało — coś, czego nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Znajdziecie opisy miejsc, które odwiedziliśmy — od tętniącego życiem Kairu po pustynne grobowce w Dolinie Królów, od majestatycznych świątyń w Luksorze po urzekającą ciszę Abu Simbel. Każde z tych miejsc jest w książce oddane tak wiernie, jak tylko potrafiłem, bo wierzę, że czytelnik, który sięgnie po tę opowieść, ma prawo poczuć się tak, jakby sam płynął z nami w górę Nilu.
Ale jest w tej książce również prawda innego rodzaju. Prawda o tym, że podróże bywają nieprzewidywalne. Że czasem to, co miało być odpoczynkiem, staje się sprawdzianem. Że ludzie, których spotykamy na swojej drodze — ci milczący, ci gadatliwi, ci, którzy wydają się nam obcy — mogą mieć historie, o jakich nie śniliśmy. I że czasem, zupełnie niespodziewanie, to my stajemy się częścią ich historii.
Nie chcę zdradzać zbyt wiele. Wstęp nie powinien być streszczeniem, a zaproszeniem. Powiem tylko tyle: ta książka jest o podróży, która miała być zwykłymi wakacjami, a stała się czymś więcej. O czterdziestolatkach z Konina, którzy wyruszyli nad Nil z plecakami i przewodnikiem, a wrócili z bagażem doświadczeń, który zmienił ich życie. O rzece, która jest najdłuższą na świecie, ale przede wszystkim — najstarszą. O miejscach, które widziały imperia powstające i upadające, i o ludziach, którzy — jak my — przyjeżdżają, żeby je zobaczyć, i zostają w nich na zawsze, choćby tylko we wspomnieniach.
I jest też w tej książce prawda o tym, że świat nie jest ani czarno-biały, ani podzielony na dobrych i złych. Że ludzkie motywacje bywają skomplikowane, a to, co z pozoru wydaje się oczywiste, w świetle Nilu nabiera innych barw. Że czasem najtrudniej jest zrozumieć nie innych, ale siebie. I że podróż — prawdziwa podróż — kończy się nie wtedy, gdy wracamy do domu, ale wtedy, gdy to, co przeżyliśmy, staje się częścią nas.
Kiedy dziś, rok później, patrzę na mapę Egiptu wiszącą na ścianie mojej stanicy wodnej, widzę nie tylko miejsca, które odwiedziliśmy. Widzę ludzi, których spotkaliśmy. Widzę twarz kapitana Alego Szihe, który opowiadał nam historie, jakich nie znajdziecie w żadnym przewodniku. Widzę Tarka, egiptologa z Kairu, który zarażał nas miłością do swojego kraju. Widzę Jadwigę z Lublina, która była z nami w najtrudniejszych chwilach. I widzę siostrę Emanuel, która — jak się okazało — miała swoją własną, bolesną drogę, i której historia splotła się z naszą w sposób, jakiego nikt z nas nie mógł przewidzieć.
Nie jestem pisarzem. Ale jestem człowiekiem, który wierzy, że warto opowiadać historie. Bo historie — te dobre, te smutne, te, które wydają się nieprawdopodobne — są tym, co nas łączy. Są mostem między Koninem a Kairem, między Wartą a Nilem. Są tym, co sprawia, że dwie rzeki, tak różne, mogą płynąć w naszym sercu obok siebie.
Gdybym miał polecić tę książkę komukolwiek — a tak, jako autor, mam prawo — poleciłbym ją tym, którzy kochają podróże i chcą poznać Egipt nie tylko od strony zabytków, ale przede wszystkim od strony ludzkich historii. Poleciłbym ją tym, którzy wierzą, że każda podróż zmienia, a czasem zmienia w sposób, którego się nie spodziewamy. I poleciłbym ją tym, którzy — jak ja — myśleli, że największe przygody są gdzieś daleko, a potem odkryli, że są tuż obok. Wystarczy tylko wsiąść do kajaka. Albo do samolotu. Albo po prostu otworzyć książkę.
Zanim przewrócicie pierwszą stronę, chciałbym podziękować Annie. Bez niej ta książka by nie powstała — ani ta podróż, ani żadna inna. Dziękuję, że byłaś przy mnie, gdy szukałem, że wierzyłaś, gdy wątpiłem, że tańczyłaś ze mną w cieniu świątyń. Dziękuję Guerowi, który czekał i wybaczył. Dziękuję wszystkim, których spotkaliśmy nad Nilem — tym, którzy zostali z nami, i tym, którzy odeszli. I dziękuję Nilowi, który — mam nadzieję — przyjął ich tak, jak przyjmuje wszystkich, którzy przychodzą do niego z czystym sercem.
A teraz — zapraszam. Statek odpływa.
Michał Kalicki
Konin, październik 2025
Rozdział 1
Kajaki, korepetycje i hieroglify
Deszcz w Koninie padał tak, jakby ktoś na górze postanowił zatopić miasto w ciągu jednego popołudnia. Krople uderzały o blaszany dach stanicy wodnej z uporem młotów pneumatycznych, a wiatr szarpał banderą z napisem „Kajaki u Michała”, która wisiała nad wejściem od dziesięciu lat i jakoś nigdy nikomu nie przyszło mu do głowy, żeby zmienić jej nazwę na coś bardziej wyszukanego.
Michał Kalicki stał za ladą i wbijał wzrok w paragon, który nie chciał się wydrukować. Stara kasa fiskalna, pamiętająca czasy, gdy wypożyczaniem kajaków interesowało się w Koninie może trzech wariatów, postanowiła właśnie dziś wyrazić swój sprzeciw wobec systemu podatkowego. Kopnął ją dyskretnie pod blatem, co było jego standardową metodą naprawczą numer jeden. Kasa zajęczała, ale paragonu nie wydała.
— Panie Michale, to jak z tym sprzętem? Bo ja myślałem, że wezmę to większe, takie niebieskie, ale żona mówi, że…
— Niebieskie jest dobre na Jezioro Góreckie, ale na Wartę bym brał czerwone, ma większą stateczność — odparł z przyzwyczajenia, choć w głowie miał zupełnie co innego.
Klient, mężczyzna w średnim wieku z brzuchem, który zdradzał zamiłowanie do piwa i kiełbasy, pokiwał głową z powagą człowieka, który za chwilę podejmie decyzję o randze życiowej. Jego żona, stojąca w drzwiach z parasolem, który nic nie dawał na tym wietrze, krzyknęła coś, co utonęło w huku deszczu.
— Bierzemy czerwone! — zadecydował klient i wyciągnął portfel.
Michał w końcu wymusił na kasie wydruk paragonu, uderzając ją pięścią w sam środek klawiatury. Kasa wypłuła zwitek papieru, a on odetchnął z ulgą, jakby właśnie wygrał pojedynek z przeciwnikiem klasę wyżej.
— To jutro zwrot, jak zawsze do osiemnastej. Przy ładnej pogodzie dajemy dłużej, ale jutro ma lać dalej, więc bym nie ryzykował.
Klient skinął głową, zapłacił, zabrał czerwony kajak i zniknął w szarej ścianie deszczu, ciągnąc za sobą żonę, która komentowała coś o „szaleństwie pływania w taką pluchę”. Michał został sam.
Stanica wodna była jego królestwem, chociaż ostatnio czuł się w nim coraz bardziej jak zesłaniec. Dziesięć lat temu, gdy odziedziczył ten kawałek brzegu po wuju Zenku, wydawało mu się, że spełnił marzenie. Zostawił pracę w muzeum — bo jak wyżywić rodzinę z pensji asystenta w Muzeum Okręgowym w Koninie? — i zajął się czymś, co przynosiło pieniądze. Tyle że z każdym rokiem wypożyczalnia kajaków stawała się coraz bardziej… jego życiem. A nie bardzo chciał, żeby jego życie polegało na wystukiwaniu paragonów i doradzaniu, który sprzęt lepiej trzyma się na fali.
Przetarł ladę ścierką, która miała już kolor trudny do określenia, i rozejrzał się po stanicy. Ściany obwieszone były wiosłami, kapokami i mapami jezior, które pamiętały czasy, gdy na mapach nie zaznaczało się jeszcze osiedli domków jednorodzinnych. W kącie stała półka z przewodnikami — bo kiedyś Michał myślał, że będzie prowadził też wycieczki kajakowe z opowieściami o historii. Przewodniki po Wielkopolsce, po Koninie, po szlakach wodnych. Kurzyły się od dwóch lat, odkąd ostatni raz otworzył któryś z nich.
Drzwi stanicy otworzyły się z hukiem, wpychając do środka podmuch wiatru i wodną mgłę.
— Michał, nie zamknąłeś garażu od kajaków! — głos Anny przeciął wilgotne powietrze jak nóż.
Stanęła w progu z torbą przewieszoną przez ramię, w przemoczonej kurtce i włosach sklejonych w strąki. Jej okulary zaparowały od nagłej zmiany temperatury, co sprawiało, że wyglądała jak rozdrażniona sowa.
— Zamknąłem — odpowiedział spokojnie, choć nie był pewien.
— Nie zamknąłeś. Właśnie szłam od autobusu i widziałam, że drzwi stoją otworem. Cały sprzęt ci zmoknie.
Michał westchnął. Nie chciało mu się sprzeczać. Ania miała rację — prawie zawsze miała rację, co było jedną z rzeczy, które go w niej irytowały, a jednocześnie sprawiały, że czuł się bezpiecznie. Nie zamknął garażu. Zajęło mu to może trzy minuty, ale gdy wrócił, Anna siedziała już na taborecie za ladą, wyciągnęła z torby stos wypracowań i zagłębiła się w ocenianie angielskich esejów o tym, co uczniowie robili w wakacje.
— Uczcijmy to — powiedział, wyciągając z małej lodówki dwie butelki piwa. — Piątek, koniec sezonu, co tam.
Anna uniosła wzrok znad wypracowania. Przez chwilę patrzyła na butelkę, jakby wahała się, czy alkohol o tej porze to dobry pomysł. Potem westchnęła i wzięła.
— Do pierwszych błędów — powiedziała, stukając się z nim.
Usiadł naprzeciwko niej, na drugim taborecie, i przez chwilę obserwował, jak jej długopis sunie po kartkach. Uczyła angielskiego w liceum od piętnastu lat. Kiedyś żartował, że wygląda jak nauczycielka z reklamy podręczników — zgrabne okulary, ciemne włosy spięte w niski kucyk, spokojny głos, który potrafił zmienić się w lodowaty ton, gdy ktoś nie odrobił pracy domowej. Dziesięć lat małżeństwa sprawiło, że widział w niej więcej niż tę szkolną fasadę. Widział zmęczenie, widział marzenia, które odkładała na później. I widział, że ten deszczowy piątek jest jej tak samo ciężki jak jemu.
— Ilu ich było dzisiaj? — zapytała bez podnoszenia wzroku.
— Trzy grupy. Jedna z Zielonej Góry, jakaś firma z Poznania i dwóch takich… nie wiem, chyba turyści z Niemiec.
— Niemcy? O tej porze?
— No właśnie. Może szukają wrażeń.
Anna pokręciła głową. — Wrażenia to ja miałam dzisiaj. Kowalski na sprawdzianie napisał, że „to be” odmienia się przez przypadki. W trzeciej klasie liceum.
— Może to było celowe? Jakaś awangarda?
— Albo zwykłe lenistwo. — Postawiła piwo i sięgnęła po kolejne wypracowanie. — Słuchaj, mówiłeś coś o tym voucherach, które dostałeś od tego… jak mu tam…
— Marka. Organizatora spływów. — Michał odstawił piwo, czując, że rozmowa zmierza w kierunku, który wolałby ominąć. — Mówiłem. Dwa vouchery na rejs po Nilu. Nie wiem, skąd je wytrzasnął. Mówił, że ma kontakty.
— I co z nimi zrobisz?
Wzruszył ramionami. — Może sprzedam. Albo wymienię na coś.
Anna wreszcie podniosła wzrok. Jej spojrzenie miało to coś, co Michał nazywał „nauczycielskim laserem” — umiała nim wywołać u ucznia uczucie, że zrobił coś złego, nawet jeśli był niewinny.
— Wymienisz na co? Na nowe wiosła?
— No właśnie. Wiosła by się przydały. I te kapoki trzeba wymienić, bo połowa ma nieszczelne szwy.
— Michał. — Odłożyła długopis. — Mamy czterdzieści cztery lata.
— Wiem, ile mamy lat. Byłem na naszym ślubie.
— Nie o to chodzi. — Wstała z taboretu i podeszła do okna, za którym deszcz wciąż smagał szybę. — Chodzi o to, że od dziesięciu lat pracujesz w miejscu, które cię męczy. Ja od piętnastu uczę dzieciaki, które mają w dupie angielski. I dostaliśmy szansę, żeby na dwa tygodnie wyjechać gdzieś, gdzie nie ma kajaków, nie ma wypracowań, nie ma deszczu w Koninie. A ty chcesz wymienić to na wiosła.
Michał nie odpowiedział od razu. Wiedział, że ma rację. Wiedział też, że od lat oboje odkładali podróże na później, przekonani, że najpierw trzeba spłacić kredyt, potem wymienić okna, potem… zawsze było jakieś „potem”. A teraz ta szansa pojawiła się niespodziewanie, jak kamień wbity w nurt rzeki.
— A co z Guerem? — zapytał, bo pies był ostatnim argumentem, jaki mu został.
— Guero pojedzie do twojej matki. Mówiła, że chętnie się nim zajmie.
— Moja matka go rozpuści.
— Twój pies i tak jest już rozpuszczony jak nikt na świecie.
Uśmiechnął się mimo woli. Guero, labrador o inteligencji drzwi obrotowych i sercu wielkim jak Warta w czasie powodzi, rzeczywiście był rozpieszczony ponad wszelką miarę. Kiedyś zjadł całą kuwetę z mąką, a potem przez trzy dni kaszlał białą chmurą. Michał kochał go jak syna, co Ania wykorzystywała bezlitośnie.
— Nie sprzedamy tych voucherów — powiedziała cicho, ale stanowczo.
— Skąd wiesz, że to nie jest jakaś ściema? Marek to taki…
— Marek to twój przyjaciel. A ja sprawdziłam. — Sięgnęła do torby i wyciągnęła wydruk. — To biuro podróży istnieje od dwudziestu lat. Rejs po Nilu, statek nazywa się „Nefretete”, wszystko wliczone w cenę. Wyżywienie, zwiedzanie, bar otwarty przez całą dobę.
— Bar otwarty? — Michał uniósł brew.
— To cię przekonało?
— Nie mówię, że nie.
Anna podeszła do niego, pochyliła się i pocałowała go w czoło. Pachniała deszczem i kawą, którą piła w szkole.
— Masz dwa tygodnie, żeby przygotować stanicę na zimę. Ja dwa tygodnie, żeby przygotować uczniów do poprawy. A potem lecimy.
— Lecimy — powtórzył, jakby sprawdzał, jak to słowo smakuje na języku.
— Lecimy. I nie chcę słyszeć więcej o wymianie na wiosła.
Wróciła na swój taboret, sięgnęła po piwo, które zdążyło już się ogrzać, i wypiła łyk z miną człowieka, który właśnie podjął jedną z ważniejszych decyzji w życiu. Michał patrzył na nią przez chwilę, potem wstał i podszedł do półki z przewodnikami.
Odgarnął kurz z grzbietów. „Wielkopolska z kajaka”, „Szlaki wodne Wielkopolski”, „Przewodnik po Koninie i okolicach”. Odłożył je na bok i sięgnął dalej. Na samym końcu, wtulony w ścianę, leżał przewodnik, którego nie otwierał od lat. „Egipt. Dolina Nilu. Przewodnik turystyczny”.
Kupił go, kiedy brali ślub, z nadzieją, że pojadą tam w podróż poślubną. Nie pojechali. Kredyt na mieszkanie okazał się ważniejszy. A potem była stanica, potem były szkolne reformy, potem… życie.
Otworzył przewodnik na pierwszej stronie. Na wyklejce ktoś — prawdopodobnie on sam — narysował długopisem małego krokodyla.
— Wiesz co? — powiedział głośno, wracając za ladę. — Wczoraj śnił mi się Nil.
Anna uniosła wzrok znad wypracowania, ale nie odpowiedziała. Wiedział, że nie lubi, gdy opowiada sny. Kiedyś przez tydzień opowiadał jej każdy sen po kolei, a ona powiedziała, że jeśli jeszcze raz usłyszy o latającym kajaku i mówiącej rybie, to śpi na kanapie. Ale to był inny sen.
— Śniło mi się, że płynę takim wielkim statkiem, białym. A wokół woda taka… nie taka jak u nas. Brązowa, ciężka. I ktoś mi tłumaczył, że to właśnie Nil.
— To przez Marka, że wam o tym rejsie opowiadał — mruknęła.
— Może. Ale czułem w tym śnie coś… nie wiem. Jakbym już tam był.
Anna odłożyła długopis i spojrzała na niego uważnie. — Michał, nie zaczynaj.
— Czego nie zaczynam?
— Tego. — Wskazała ręką na przewodnik, który trzymał w dłoni. — Tego, że sny coś znaczą, że wszystko jest przeznaczone, że Nil nas woła. Jesteśmy normalnymi ludźmi z Konina, którzy dostali darmowe vouchery na wycieczkę. Nie bohaterami filmu przygodowego.
— A może właśnie dlatego — powiedział cicho — że jesteśmy normalnymi ludźmi z Konina, to ta wycieczka może być czymś więcej?
Nie odpowiedziała. Przez chwilę siedzieli w ciszy, przerywanej tylko stukotem deszczu o dach i szumem wody na rzece. Potem Anna wzięła od niego przewodnik i zaczęła kartkować.
— Piramidy — powiedziała cicho, jakby czytając w myślach. — W Gizie. Muzeum Egipskie. Abu Simbel.
— Ty też o tym myślałaś — stwierdził.
— Myślałam. — Przesunęła palcem po mapie w przewodniku. — Ale bałam się powiedzieć, bo pomyślałam, że powiesz, że to nie czas, że trzeba na coś wydać pieniądze, że…
— Że jestem nudnym kajakarzem, który boi się wyjechać dalej niż nad Jezioro Góreckie?
Spojrzała na niego z lekkim uśmiechem. — Coś w tym stylu.
— Może kiedyś byłem. Ale dzisiaj… — wstał, obszedł ladę i stanął przed nią. — Dzisiaj myślę, że czterdziestka czwórka to dobry wiek, żeby zobaczyć coś więcej niż Wartę z poziomu kajaka.
— Trzydzieści dni — powiedziała. — Za trzydzieści dni wylot.
— Skąd wiesz?
— Sprawdziłam. Rezerwacja jest na nasze nazwiska. Marek zrobił to już miesiąc temu. Czekał tylko, aż dojrzejesz.
Michał poczuł coś, co trudno było nazwać inaczej niż wzruszenie. Marek, z którym pływał kajakami od czasów liceum, organizator spływów, który zawsze mówił, że „trzeba żyć, a nie tylko wiosłować”. Czekał, aż dojrzeje.
— Co ty na to? — zapytał, biorąc Anię za rękę.
— Ja na to — powiedziała powoli — że muszę kupić nowy kostium kąpielowy. I kapelusz z dużym rondem. I nauczyć się kilku zwrotów po arabsku.
— Nie mówisz po arabsku.
— Nauczę się. W końcu jestem poliglotką.
— Uczysz angielskiego w liceum.
— To już coś.
Zaśmiali się oboje, a śmiech w małej stanicy wodnej, wśród wioseł i kapoków, w deszczowy piątek późną jesienią, zabrzmiał tak obco, że Michał prawie się przestraszył. Dawno się tak nie śmiali.
Anna oderwała się od niego i sięgnęła po torebkę. Wyciągnęła z niej telefon i zaczęła coś szybko wpisywać.
— Co robisz?
— Wysyłam maila do dyrektorki. Piszę, że w przyszłym miesiącu biorę dwa tygodnie urlopu. I że zastępstwo dla mnie znajdzie, bo to nie podlega dyskusji.
— Zawsze mówiłaś, że nie możesz sobie pozwolić na taki urlop.
— Zawsze mówiłam, że mamy czas. Ale dzisiaj… — przerwała pisanie i spojrzała na niego poważnie. — Dzisiaj zdałam sobie sprawę, że czasu może być mniej, niż myślimy.
Michał chciał zapytać, co ją do tego skłoniło, ale ugryzł się w język. Wiedział, że Anna czasami tak ma — w najmniej spodziewanym momencie podejmowała decyzje, które zmieniały bieg rzeczy. Wzięli ślub po trzech miesiącach znajomości, bo pewnego dnia powiedziała: „Biorę cię, bo nie mam czasu czekać”. Kupili mieszkanie, bo któregoś ranka oznajmiła: „Dzwoniłam do banku, dają nam kredyt”. A teraz, w deszczowy piątek, oznajmiała, że lecą do Egiptu.
— A co z Guerem? — zapytał, chociaż znał już odpowiedź.
— Dzwonię do twojej matki. — Podniosła słuchawkę. — Cześć, mamo. Tak, wiem, że późno. Słuchaj, masz ochotę na dwa tygodnie z wnukiem? Bo my z Michałem wybieramy się w podróż. Tak, tę, o której mówiliśmy. Świetnie. Dziękujemy.
Rozłączyła się i spojrzała na niego triumfalnie.
— Załatwione.
— A co, jeśli mi się odwidzi?
— Nie odwidzi ci się. — Wstała, podeszła do drzwi i poprawiła klamkę, która od dawna wisiała krzywo. — Bo ja ci nie pozwolę.
Michał oparł się o ladę i patrzył, jak jego żona krząta się po stanicy — zamyka okno, które trzasnęło od wiatru, poprawia krzesła, które stały nierówno, sprawdza, czy kasa fiskalna jest wyłączona. Robiła to wszystko z taką naturalnością, jakby nigdy nie robiła nic innego. I nagle zobaczył w niej nie tylko nauczycielkę angielskiego z liceum, nie tylko żonę, z którą dzielił rachunki i obowiązki. Zobaczył dziewczynę, którą poznał na studiach — tę, która mówiła, że chce zobaczyć świat, że angielski to nie tylko gramatyka, to most do ludzi, do historii, do wszystkiego, co ciekawe.
— Ania — powiedział.
— Mmm?
— Dziękuję.
Odwróciła się od okna, które właśnie zabezpieczyła na noc. — Za co?
— Że nie pozwoliłaś mi zmienić tych voucherów na wiosła.
Uśmiechnęła się, podeszła do niego i oparła głowę na jego ramieniu. Pachniała deszczem i tym swoim szamponem o zapachu wanilii, który lubił od zawsze.
— Wiosła mogą poczekać — szepnęła. — Nil nie będzie czekał wiecznie.
Stali tak przez chwilę, wpatrując się w ciemne okno, za którym deszcz wciąż padał, a Warta niosła swoje brązowe wody dokądś, gdzie kończyła się Wielkopolska, a zaczynał świat.
— To jak — przerwał ciszę Michał — uczymy się tych hieroglifów?
— Hieroglifów? — odsunęła się, patrząc na niego ze zdziwieniem.
— No bo jak będziemy w Egipcie, to trzeba wiedzieć, co się czyta. Żeby nie wpaść w jakąś starożytną pułapkę.
— Michał, w Egipcie są przewodnicy. Mówią po angielsku. A poza tym hieroglifów nie czyta się jak zwykłego tekstu.
— To jak się czyta?
— Nie wiem. — Wzruszyła ramionami. — Może jak wiersze. Albo jak sny.
Michał wyciągnął z szuflady notes — ten, w którym zapisywał, kto wypożyczył kajak i kiedy ma go zwrócić — i otworzył na czystej stronie.
— To co? Zaczynamy?
— Z czym zaczynamy?
— Z listą. Co musimy zrobić przed wyjazdem.
Anna usiadła na taborecie, pomyślała chwilę, po czym zaczęła dyktować:
— Po pierwsze: paszporty. Sprawdzić, czy ważne.
Zapisał. — Są ważne, sprawdzałem w zeszłym tygodniu.
— Po drugie: szczepienia. Podobno w Egipcie trzeba się szczepić na coś tam.
— Żółta febra, dur brzuszny, coś tam jeszcze. Zapytamy w przychodni.
— Po trzecie: twoja matka przyjeżdża po Guera.
— Ona nie przyjeżdża. My go zawieziemy. Bo inaczej będzie płakał w samochodzie.
Anna przewróciła oczami, ale się nie sprzeciwiła. — Po czwarte: nauczyć się kilku słów po arabsku.
— Ile?
— Chociaż tyle, żeby powiedzieć „dziękuję” i „gdzie jest toaleta”.
— Dziękuję, proszę, toaleta. — Próbował zapamiętać. — Łatwizna.
— Po piąte — jej głos stał się cichszy, poważniejszy — po piąte: obiecać sobie, że nie będziemy się kłócić.
Michał podniósł wzrok znad notesu.
— Kłócić się?
— Wiesz, o co mi chodzi. Ciągle się spieramy o głupoty. O to, co gdzie postawić, którą drogą jechać, czy wziąć parasol, czy nie. A to są dwa tygodnie. Chciałabym, żeby to były dobre dwa tygodnie.
— Będą dobre — powiedział z przekonaniem, którego wcale nie czuł.
— Obiecujesz?
— Obiecuję.
Pocałowała go w policzek, jakby podpisywali umowę, a potem spojrzała na zegarek.
— Jest po dwudziestej. Idziemy do domu? Guero czeka.
— Guero śpi na kanapie i ma to gdzieś, czy czekamy, czy nie.
— Idziemy — zdecydowała. — Jutro wczesnym rankiem zaczynam pakowanie.
— Pakowanie? Jutro? Do Egiptu?
— Nie, do Egiptu zaczniemy się pakować za dwa tygodnie. Jutro zaczynamy pakować rzeczy, które oddamy do przechowalni. Bo nie mogę znieść tego bałaganu.
Michał roześmiał się, zgasił światło w stanicy i wyszedł za nią w deszcz. Gdy zamykał drzwi, usłyszał jeszcze, jak woda pluska o brzeg, gdzie stały zaparkowane kajaki. Czerwone, niebieskie, zielone — wszystkie gotowe do wypłynięcia. Ale tym razem to nie one miały go gdzieś zabrać.
W drodze do domu, w samochodzie, Anna milczała, wpatrując się w mokrą nawierzchnię. W pewnym momencie sięgnęła do schowka, wyciągnęła przewodnik po Egipcie, który Michał wziął ze stanicy, i zaczęła go kartkować przy świetle latarni.
— Słuchaj — powiedziała nagle — tu jest coś o „Dolinie Królów”. Piszą, że odkryto tam ponad sześćdziesiąt grobowców. A w jednym z nich podobno jest klątwa.
— Klątwa?
— No, że kto wejdzie do grobowca, ten umrze w ciągu roku.
— To na pewno wymyślone, żeby odstraszać turystów.
— A gdyby nie było? — zapytała z dziwnym uśmiechem.
— To i tak wejdziemy. Nie po to lecimy do Egiptu, żeby bać się klątw.
Schowała przewodnik, a on zerknął na nią z ukosa. W jej oczach, w świetle deszczowej nocy, dostrzegł coś, czego nie widział od lat — ekscytację. Czystą, dziecięcą radość z tego, że zaraz wydarzy się coś nowego, nieznanego.
Zaparkowali przed blokiem. W oknie na drugim piętrze, za firanką, zamajaczyła sylwetka Guera — labrador stał na tylnych łapach, opierając przednie o szybę, i merdał ogonem z taką siłą, że prawdopodobnie strącił już z szafki wszystkie doniczki.
— On wie — powiedział Michał.
— Co wie?
— Że wyjeżdżamy. Psy wyczuwają takie rzeczy.
— Psy wyczuwają, że wracamy do domu, bo jesteśmy głodni.
— Nie. Guero wie, że szykuje się coś wielkiego.
Anna wysiadła z samochodu, poprawiła kurtkę i spojrzała na oświetlone okno, w którym pies wciąż tańczył swoje radosne tango.
— To może Guero też pojedzie do Egiptu? — zapytała żartem.
— Labradory nie przepadają za upałem. Poza tym nie wiem, czy w Egipcie lubią psy.
— W Egipcie psy były bogami. Anubis.
— Anubis to był szakal. A Guero to labrador. Różnica.
— Guero też jest bogiem. Bogiem kanapy i smakołyków.
Wbiegli po schodach, a gdy Michał otworzył drzwi, Guero rzucił się na nich z entuzjazmem, który mógłby rozbroić każdą bombę. Liznął Anię w twarz, potem Michała, potem znowu Anię, po czym pobiegł do kuchni, gdzie stała jego pusta miska, i spojrzał na nich z wyrzutem godnym największych tragików.
— Zaraz, zaraz — powiedział Michał, głaszcząc go po głowie. — Najpierw musimy się nacieszyć sobą.
Guero spojrzał na niego z głębokim sceptycyzmem, po czym położył się przy misce, dając do zrozumienia, że bez jedzenia nie ma mowy o jakiejkolwiek radości.
Anna usiadła na kanapie, wyciągnęła znowu przewodnik i zaczęła czytać na głos:
— „Nil to nie tylko rzeka. To żyła świata, która przez tysiąclecia tętniła życiem, niosąc ze sobą nie tylko wodę, ale i nadzieję. Dla starożytnych Egipcjan Nil był darem bogów, dla współczesnych — mostem między przeszłością a teraźniejszością. Kto raz wypłynie na jego wody, ten już zawsze będzie słyszeć ich szum”.
Michał przestał głaskać psa. W słowach przewodnika usłyszał coś, co poruszyło w nim strunę, o której istnieniu dawno zapomniał.
— To piękne — powiedział cicho.
— Piękne — zgodziła się Anna. — I straszne.
— Dlaczego straszne?
— Bo kto wie, co ta rzeka ze sobą niesie. Poza historią.
Guero podniósł łeb i spojrzał na nich swoimi brązowymi, mądrymi oczami, jakby chciał powiedzieć, że to wszystko jest bardzo interesujące, ale czy mogliby wrócić do kwestii kolacji.
Michał poszedł do kuchni, nasypał psu karmy, a gdy wrócił, Anna wciąż siedziała z przewodnikiem na kolanach, ale nie czytała. Patrzyła w okno, za którym deszcz wreszcie przestał padać, a w chmurach pojawiła się wąska smuga światła.
— Co myślisz? — zapytał.
— Myślę — odpowiedziała powoli — że to będzie najważniejsza podróż naszego życia.
— Albo największa przygoda.
— Albo oba. — Zamknęła przewodnik. — Chodź spać. Jutro czeka nas pakowanie.
— Mówiłaś, że dopiero za dwa tygodnie.
— A jednak zaczniemy jutro. Bo muszę kupić ten kostium.
— Myślałem, że nosisz ten stary, zielony.
— W Egipcie nie będę nosić zielonego kostiumu. Kupię nowy. Czerwony.
— Czerwony? — Michał uśmiechnął się, wyobrażając ją sobie na tle piasków i błękitnej wody. — Czemu czerwony?
— Bo to kolor życia. Kolor krwi. Kolor słońca nad Nilem.
Zgasili światło w salonie. Guero zjadł kolację i już spał na swoim miejscu, chrapiąc cicho w rytm, który kojarzył się Michałowi z pluskiem wioseł. Ale tym razem nie myślał o kajakach. Myślał o rzece, która była dłuższa niż Warta, starsza niż wszystko, co znał, i która czekała na nich gdzieś daleko, w kraju, gdzie hieroglify opowiadały historie zapisane w kamieniu.
Zasypiając, usłyszał jeszcze, jak Anna mówi przez sen: „Woda… taka brązowa… i te łodzie… białe…”.
Uśmiechnął się w ciemności.
Może to jednak nie był zwykły sen. Może to Nil naprawdę ich wołał.
Rozdział 2
Z Konina do Kairu
Dzień wyjazdu zapowiadał się jak każdy inny jesienny poranek w Koninie. Niebo wisiało nisko, szare i ciężkie, jak mokra flanela, a z kominów okolicznych domów unosiły się smugi dymu, które rozpływały się w wilgotnym powietrzu, zanim zdążyły dotknąć czegokolwiek. Na ulicy Osiedlowej, przed blokiem numer siedem, stała zaparkowana skoda fabia w kolorze popielatym, który Michał zawsze określał jako „mysi”, a Anna jako „elegancki”. Z tyłu, na tylnej szybie, przyklejona była już dawno wyblakła naklejka z labradorem i napisem „Wiozę swojego pana”.
Guero wiedział, że coś się dzieje.
Labrador leżał na środku przedpokoju, z łbem opartym na przednich łapach, i obserwował każdy ruch swoich właścicieli z wyrazem twarzy, który w psim języku oznaczał coś pomiędzy „zabierzcie mnie ze sobą” a „jak śmiecie mnie zostawiać”. Jego ogon, który normalnie merdał z prędkością helikoptera przy każdym dźwięku otwieranej lodówki, teraz leżał bezwładnie na podłodze.
— Nie patrz tak na mnie — mruknął Michał, pakując do torby przewodnik po Egipcie, który leżał na stoliku od dwóch tygodni, usiany kolorowymi zakładkami, które Anna pozaklejała wszędzie tam, gdzie znalazła coś, co uznała za warte uwagi.
— On wie — powiedziała Anna, wyciągając z szafy walizkę na kółkach. Kupili ją dziesięć lat temu na wyjazd w góry, który ostatecznie nie doszedł do skutku, bo ktoś im wtedy wbił się w tył samochodu. Walizka miała wgnieciony róg i jedno koło, które skrzypiało, ale była. Jak większość rzeczy w ich życiu.
— Wszystkie psy wiedzą — odparł Michał, chowając do plecaka ładowarkę do telefonu, adapter do gniazdek, paszporty i trzy różne mapy, które Anna wydrukowała z internetu, mimo że mieli przewodnik, aplikacje w telefonach i bilety, które wyraźnie wskazywały, że wszędzie będzie ich prowadził egipski przewodnik. — One wyczuwają adrenalinę. Albo coś.
— To coś nazywa się stres. — Anna wcisnęła do walizki jeszcze jeden sweter, który w Egipcie miał szansę być użyty tylko wtedy, gdyby temperatura spadła poniżej dwudziestu stopni, co według prognoz nie miało miejsca nawet w nocy. — I wyczuwa go też Guero. Bo nie zamknąłeś tej walizki, odkąd zaczęliśmy pakować, i ona stoi otwarta w sypialni od trzech dni.
Michał spojrzał na walizkę. Anna miała rację — stała otwarta na podłodze, wypełniona już w siedemdziesięciu procentach, ale od rana nikt nie zrobił nic, żeby ją zamknąć, jakby oboje bali się, że zapakowanie jej do końca będzie oznaczało, że to wszystko dzieje się naprawdę.
— Zamknijmy ją — powiedział, podchodząc do walizki.
— Czekaj. — Anna podbiegła i wyciągnęła z niej coś, co wyglądało jak złożona w kostkę tkanina. — Zapomniałam włożyć tego na sam spód.
Rozłożyła materiał. To był duży, bawełniany koc w egipskie wzory, który kupili na targu staroci w Koninie kilka lat temu, nie mając pojęcia, że kiedyś naprawdę go wykorzystają. Na kremowym tle wymalowane były postacie w długich szatach, palmami, Nil i żaglówki płynące w stronę zachodzącego słońca.
— Pamiętasz to? — zapytała, gładząc materiał palcami.
— Pamiętam. Mówiłaś wtedy, że to będzie nasza pamiątka z podróży, którą kiedyś odbędziemy.
— I odbędziemy. — Położyła koc na dnie walizki i przycisnęła dłonią. — Teraz możesz zamykać.
Michał wcisnął pokrywę, zapiął zamki i postawił walizkę przy drzwiach. Guero podniósł łeb, popatrzył na walizkę, potem na niego, po czym wydał z siebie westchnienie tak głębokie i pełne rezygnacji, że Michał omal nie rzucił wszystkiego i nie powiedział, że jednak zostają.
— Nie. — Anna stanęła między nim a psem. — Nie ulegniesz. Zabieramy go do twojej matki i jedziemy na lotnisko.
— Wiem. — Pochylił się i pogłaskał Guera po głowie. — Wrócimy za dwa tygodnie. Bądź grzeczny. I nie zjadaj babci.
Guero polizał go po dłoni, co w jego języku było najwyższą formą pojednania.
Matka Michała mieszkała dziesięć minut drogi od ich bloku, w małym domku z ogródkiem, który latem eksplodował kolorami, a jesienią wyglądał jak obrazek z pocztówki — liście, dynie na ganku, stado wróbli kąpiących się w kałuży na podjeździe. Gdy zaparkowali przed bramą, drzwi domu otworzyły się, zanim zdążyli wyłączyć silnik.
— Przyjechaliście! — Helena Kalicka, lat sześćdziesiąt siedem, była kobietą, która nie znała innego poziomu głośności niż „donośnie”. Wybiegła przed dom w wełnianym swetrze, który sama zrobiła na drutach, i rozłożyła ramiona, gotowa na przyjęcie wnuka. — Gdzie mój Guereczek? Gdzie mój skarb?
Guero, który jeszcze chwilę temu leżał na tylnym siedzeniu z miną męczennika, nagle ożył. Wyskoczył z samochodu z entuzjazmem, który sugerował, że to właśnie do babci jechał cały czas, a Konin i jego właściciele byli tylko nieprzyjemnym przystankiem w drodze do prawdziwego celu. Rzucił się na Helenę z taką siłą, że o mało nie przewrócił jej na grządkę z aksamitkami.
— Uwaga, mamo! — krzyknął Michał, wysiadając z samochodu.
— Daj spokój, nie pierwszy raz — odparła Helena, tuląc psa z czułością, której nigdy nie okazywała własnemu synowi. — Jak się ma mój kochany? A co? A kto przyjechał? A kto jest taki śliczny?
— Mamo, on jest cały czas u nas. Widziałaś go trzy dni temu.
— To nie znaczy, że nie mogę za nim tęsknić. — Helena wyprostowała się i spojrzała na syna. W jej oczach pojawił się cień, który Michał znał od dziecka — mieszanka niepokoju i dumy. — A wy to lecicie naprawdę? Do tego Egiptu?
— Lecimy, mamo. Mówiliśmy ci.
— Mówiliście, mówiliście. A ja myślałam, że to żarty. Kto jedzie do Egiptu w listopadzie? Tam jest gorąco.
— Właśnie dlatego. Żeby było gorąco. — Anna podeszła do teściowej i uściskała ją serdecznie. Helena odwzajemniła uścisk, ale jej wzrok wciąż błądził między synem a walizkami, które Michał wyciągał z bagażnika.
— A paszporty macie? — zapytała.
— Mamy.
— A pieniądze? Te ichnie, egipskie?
— Funty. Mamy. Wymieniliśmy w kantorze.
— A szczepienia? Bo w telewizji mówili, że w Egipcie to trzeba się szczepić na różne rzeczy.
— Wszystko zrobione, mamo. — Michał zamknął bagażnik. — Guero ma swoje rzeczy w tej torbie. Jedzenie na dwa tygodnie, smakołyki, legowisko, zabawki. I nie dawać mu za dużo, bo…
— Bo ma wrażliwy żołądek, wiem, wiem. — Helena wzięła torbę, jakby zawierała klejnoty koronne. — Zajmę się nim lepiej niż wy. Prawda, Guereczek? Babcia się zajmie.
Guero, który w tym momencie badał zawartość kosza na śmieci przy płocie, podniósł łeb i merdnął ogonem, co Helena uznała za wyraz najgłębszej wdzięczności.
— Uważajcie na siebie — powiedziała nagle, bez swojego zwykłego tonu komendy. Głos jej zadrżał, ledwo zauważalnie, ale Michał to usłyszał. — Tam jest inny świat. Inni ludzie. Nie ufajcie za bardzo.
— Mamo, to zorganizowana wycieczka. Będziemy pod opieką.
— Opieka to opieka, a głowa to głowa. — Helena podeszła do syna i poprawiła mu kołnierz kurtki, chociaż kołnierz był idealnie ułożony. — I przywieźcie mi coś ładnego. Nie jakieś tam figurki, bo nie mam gdzie stawiać. Ale coś… egipskiego.
— Przywieziemy — obiecała Anna, całując teściową w policzek. — I będziemy wysyłać zdjęcia.
— Zdjęcia to ty swojej matce wysyłaj. A mi zadzwońcie.
— Zadzwonimy.
— I nie pijcie tamtejszej wody.
— Nie będziemy.
— I uważajcie na krokodyle.
— Mamo, w Asuanie nie ma krokodyli. No, może w ogrodzie botanicznym, ale…
— Nie ma, nie ma, a potem okazuje się, że są. — Helena wzięła Guera za obrożę. — Lećcie już, bo się spóźnicie na samolot. A jak się spóźnicie, to będziecie mieli problem. I nie mówcie, że was nie ostrzegałam.
Michał wsiadł za kierownicę, Anna obok. Przez tylną szybę widzieli Helenę stojącą przy bramie, jedną ręką trzymającą Guera za obrożę, drugą unoszącą się w geście pożegnania. Guero nie wyrywał się. Siedział spokojnie, patrzył na odjeżdżający samochód, a w jego psim spojrzeniu Michał mógł przysiąc, że dostrzegł coś więcej niż zwykłe zmieszanie. To było zrozumienie.
— Będzie dobrze — powiedziała Anna, jakby czytała w jego myślach. — Dwa tygodnie to nie wieczność.
— Dla psa to cztery miesiące.
— Dla psa to cztery miesiące w raju, bo twoja matka będzie go karmić szynką z lodówki.
— Właśnie się o to boję.
Skręcił w aleję prowadzącą na obwodnicę, a potem na autostradę w kierunku Poznania, gdzie czekał na nich samolot.
Lotnisko Poznań-Ławica o tej porze roku było miejscem, gdzie spotykały się dwa światy. Jeden, szary i deszczowy, za szybami terminalu. Drugi, rozświetlony neonami i pełen obietnic, wewnątrz. Gdy przekroczyli próg hali odlotów, Michał poczuł, że coś się zmienia. Nie tylko miejsce — oni sami. Ludzie wokół nich mówili różnymi językami, ciągnęli walizki z naklejkami z egzotycznych kierunków, pachniało kawą z automatu i perfumami, które sprzedawano w wolnocłowej strefie, do której jeszcze nie dotarli.
— Jak myślisz, kto to jest z naszej grupy? — zapytała Anna, rozglądając się po hali. Mieli spotkać się przy stanowisku odprawy z pilotem wycieczki, który miał im wydać dokumenty i przypiąć identyfikatory.
— Nie wiem. Ale na pewno poznamy. Wiesz, jacy są emeryci z Konina.
— Nie tylko emeryci. To wycieczka z całej Polski.
— Tym lepiej. Będzie kogo podejrzewać.
Anna spojrzała na niego zaskoczona. — Podejrzewać o co?
— Żartowałem. — Uśmiechnął się. — Albo nie.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, usłyszeli donośny głos, który przeciął gwar hali:
— Uwaga, państwo! Uwaga! Wszyscy uczestnicy wycieczki „Wzdłuż Nilu” prosimy tutaj! Przy stanowisku numer siedem!
Mężczyzna, który to wykrzykiwał, był w wieku, który trudno było oszacować — mógł mieć pięćdziesiąt lat, ale mógł też mieć sześćdziesiąt pięć. Niski, krępy, z siwiejącą bródką i okularami w grubych oprawkach, które nadawały mu wygląd lekko zdezorientowanego profesora. Miał na sobie lnianą koszulę w kratę, choć w Poznaniu było ledwie dziesięć stopni, i sandały na grubą skarpetę. Na szyi wisiała mu tabliczka z napisem „Pilot” i logo biura podróży.
— To on? — szepnęła Anna.
— Chyba tak. Nazywa się… czekałem, jak ma na imię… Jacek. Pilot Jacek.
— Pilot Jacek w sandałach w listopadzie. To wróży coś dobrego.
— Albo coś bardzo złego.
Podeszli do stanowiska, gdzie gromadziło się już kilkanaście osób. Pilot Jacek sprawdzał listę, odhaczał nazwiska i rozdawał identyfikatory — plastikowe karty na żółtych sznurkach, z napisem „Nil 2026” i miejscem na wpisanie imienia i nazwiska.
— Kalicki? — zapytał, podnosząc wzrok znad listy.
— Michał i Anna — odpowiedziała Anna.
— A, państwo z Konina. Świetnie, świetnie. — Wręczył im identyfikatory. — Proszę się przypiąć, żeby było widać. Na lotnisku w Kairze czeka na nas lokalny przewodnik, będzie nas odsyłał do autokaru. Bez identyfikatora może być problem.
— Dziękujemy — powiedział Michał, wieszając żółty sznurek na szyi.
— O, a to państwo też z Konina? — odezwał się ktoś za ich plecami.
Odwrócili się. Stała przed nimi kobieta w wieku mniej więcej ich matki, ubrana w turystyczną kurtkę w kolorze fuksji, z identyfikatorem już zawieszonym na szyi. Miała siwe włosy ścięte krótko, bystre oczy i uśmiech, który mógł należeć zarówno do życzliwej sąsiadki, jak i do kogoś, kto za chwilę wyciągnie od nich wszystkie informacje o życiu.
— Tak, z Konina — potwierdził Michał. — A pani?
— Z Lublina. Ale mam siostrę w Koninie, więc znam te strony. — Wyciągnęła rękę. — Jadwiga Kowalska. Ale mówcie mi Jadzia.
— Anna. A to mój mąż Michał.
— Bardzo mi miło. — Jadzia przyjrzała im się uważnie. — Pierwszy raz w Egipcie?
— Tak — przyznała Anna. — A pani?
— O, ja to już byłam. Trzy razy. Ale zawsze coś nowego znajdę. Tym razem jadę sama, bo mój mąż nie lubi ciepła. Mówi, że woli polską jesień. Niech sobie woli, a ja pojadę nad Nil. — Roześmiała się, pokazując białe, równe zęby, które zdradzały, że dba o siebie lepiej niż niejedna trzydziestolatka.
Podczas gdy Jadwiga opowiadała Annie o swoich poprzednich podróżach, Michał rozejrzał się po grupie, która powoli się zbierała. Było ich około dwudziestu, a pilot Jacek zapowiadał, że w Kairze dołączą do nich pozostali uczestnicy — łącznie osiemdziesiąt osób. Na razie widział głównie osoby po sześćdziesiątce, pary trzymające się za ręce, kilku samotnych podróżników z aparatami fotograficznymi na szyjach. Ale było też dwoje młodszych — kobieta i mężczyzna, około czterdziestki, którzy wyglądali na lekarzy albo naukowców. On w okularach bez oprawek, ona z długimi ciemnymi włosami spiętymi w koński ogon. Siedzieli na ławce nieopodal, każde z własną książką, i zamieniali ze sobą tyle słów, ile wystarczyłoby do podania sobie soli przy obiedzie.
I były dwie kobiety, które przyciągnęły jego uwagę najbardziej.
Siedziały w kącie hali, z dala od reszty grupy. Miały na sobie długie, ciemne płaszcze, a na głowach chusty, które opadały im na ramiona. W pierwszej chwili pomyślał, że to muzułmanki, ale potem dostrzegł na szyi jednej z nich srebrny krzyżyk, który wymknął się spod kołnierza. Kiedy się odwróciły, zobaczył, że mają na sobie habity. Zakonnice.
— Ania — szepnął, dotykając ramienia żony. — Spójrz.
Anna oderwała się od rozmowy z Jadwigą i spojrzała w kierunku, który wskazywał. Zakonnice siedziały nieruchomo, każda z różańcem w dłoniach, i nie odzywały się do siebie. Jedna była starsza, z twarzą pociętą głębokimi zmarszczkami, druga młodsza, może około czterdziestki, o bladej cerze i oczach tak jasnoniebieskich, że było widać je z daleka.
— Zakonnice — powiedziała Anna, jakby potrzebowała potwierdzenia, że dobrze widzi. — Zakonnice jadą do Egiptu?
— Dlaczego nie? — odparła Jadwiga, która również spojrzała w ich kierunku. — Egipt to nie tylko faraonowie. To też kraj wczesnego chrześcijaństwa. Klasztory w Wadi Natrun, Święta Rodzina uciekająca do Egiptu… To ma sens.
— Z Lichenia — dodał Michał, spoglądając na identyfikatory zakonnic, które leżały na ich kolanach. Napis na nich był mały, ale wyraźny. — Siostra Emanuel i siostra Łucja. Z Sanktuarium w Licheniu.
— Licheń — powtórzyła Anna, jakby coś sobie przypominała. — To niedaleko Konina.
— Godzinę drogi. — Michał wciąż patrzył na zakonnice. Młodsza z nich, ta o jasnych oczach, podniosła wzrok i na ułamek sekundy spotkała się z jego spojrzeniem. Uśmiechnęła się. Nie był to uśmiech życzliwy ani przyjazny. To był uśmiech, który mówił: „Widzę cię. Pamiętam, że mnie widziałeś”.
Odwrócił wzrok.
— Dziwne — mruknął.
— Co dziwnego? — zapytała Anna.
— Nie wiem. To spojrzenie.
— Może się modliły za ciebie.
— Raczej ostrzegały.
— Michał, przestań. To tylko zakonnice z Lichenia. Jadą na wycieczkę, tak jak my.
— W habitach?
— A co mają ubrać? Dżinsy?
Jadwiga zaśmiała się pod nosem. — Państwo to chyba pierwszy raz w Egipcie, co? Wszystko was dziwi. Zaraz zobaczycie, że w Egipcie dziwniejsze rzeczy się dzieją niż zakonnice w habitach.
Zanim Michał zdążył zapytać, co ma na myśli, pilot Jacek klasnął w dłonie.
— Odprawa za piętnaście minut! Proszę przygotować paszporty i bilety. Po odprawie zbiórka przed kontrolą bezpieczeństwa. Nie spóźniamy się!
Grupa ruszyła w stronę stanowisk odprawy jak stado owiec, które wreszcie zobaczyło otwartą bramę. Michał i Anna stanęli w kolejce za parą emerytów z Gdańska, którzy głośno dyskutowali o tym, czy w Egipcie jest bezpiecznie, bo „w telewizji mówili, że tam ciągle jakieś zamieszki”. Za nimi stała Jadwiga, która co chwilę dorzucała swoje trzy grosze.
— Jest bezpieczniej niż w Warszawie — powiedziała. — Byłam tam w zeszłym roku, w Asuanie, i chodziłam sama po mieście o dziewiątej wieczorem. Nikt mnie nawet nie zaczepił.
— Ale pani to taka odważna — zauważyła kobieta z Gdańska. — A ja się boję.
— Nie ma się czego bać. Egipt żyje z turystyki. Turysta to dla nich świętość.
Michał słuchał tego z pół uchem, skupiając się na własnych myślach. Jego wzrok co jakiś czas wędrował w stronę zakonnic, które stały na końcu kolejki, nieruchome jak dwa filary. Młodsza, siostra Emanuel, wciąż trzymała różaniec, przesuwając paciorki z taką regularnością, że wyglądało to jak rytuał.
— Michał — Anna szarpnęła go za rękaw. — Kolejka idzie.
Przesunęli się do przodu. Podali paszporty, odstawili walizki na taśmę, dostali karty pokładowe. Wszystko szło sprawnie, jak w dobrze naoliwionej maszynie. A jednak Michał miał wrażenie, że coś jest nie tak. Jakby powietrze w hali lotniska zgęstniało, jakby ktoś włączył przycisk, który zmienił zwykłą podróż w coś więcej.
Kontrola bezpieczeństwa minęła bez przygód. Anna bez problemu przeszła przez bramkę, Michał musiał ściągnąć pasek i buty, co skomentował stwierdzeniem, że „terroryści też mają prawo do wygody”. Potem byli już w strefie wolnocłowej, gdzie pilot Jacek zarządził godzinę swobodnego zwiedzania sklepów przed wejściem na pokład.
— Kupimy coś dla twojej mamy? — zapytała Anna, przeglądając półki z perfumami.
— Może lepiej kupić w Egipcie. Coś autentycznego.
— Autentycznego, jak alabastrowe figurki robione w Chinach.
— Alabastrowe figurki robione w Chinach są bardziej egipskie niż perfumy z lotniska w Poznaniu.
— Masz rację. — Anna odłożyła butelkę, którą właśnie oglądała. — Ale może kupimy jej jakieś dobre wino. Na lotnisku w Kairze.
— Na lotnisku w Kairze też będą perfumy.
— Michał, nie drażnij się.
Uśmiechnął się, wziął ją za rękę i pociągnął w stronę kawiarni, gdzie zamówili dwie kawy i usiedli przy oknie wychodzącym na płytę lotniska. Samolot, który miał ich zabrać do Kairu, stał już przy stanowisku — biały, z zielonym ogonem, na którym widniało logo egipskich linii lotniczych. Wyglądał zaskakująco zwyczajnie.
— To on — powiedział Michał.
— Co on?
— Ten samolot. On nas zabierze.
— To się nazywa samolot rejsowy. Nie ma w nim nic nadzwyczajnego.
— Dla mnie ma. Pierwszy raz lecę tak daleko.
Anna spojrzała na niego zaskoczona. — Ty nie leciałeś nigdy poza Europę?
— Byłem w Grecji. Ale to było dawno. I to nie było tak daleko.
— A gdzie jeszcze?
— W Czechach. Samochodem. — Uśmiechnął się krzywo. — Wiem, jesteś ze mną już dziesięć lat, a dopiero teraz odkrywasz, jak mało widziałem.
— Nie mało. Inaczej. Kajaki, jeziora, rzeki… To też jest podróżowanie.
— Ale inne. W kajaku wiesz, co cię czeka. Woda, wiosła, prąd. A tu…
Wskazał ręką na samolot, który właśnie tankowano.
— Tu nie wiesz.
— To dobrze — powiedziała Anna, ściskając jego dłoń. — To bardzo dobrze.
Ogłoszenie o wejściu na pokład zabrzmiało o siedemnastej, dokładnie tak, jak było w rozkładzie. Grupa ruszyła w stronę rękawa, mieszając się z innymi pasażerami, którzy lecieli tym samym rejsem. W kolejce Michał znalazł się tuż za siostrą Emanuel. Zakonnica trzymała w ręku niewielką, skórzaną torbę i różaniec, który wciąż przesuwała między palcami. Gdy odwróciła się, żeby poprawić chustę, ich spojrzenia znów się spotkały.
— Daleka podróż — powiedziała cicho, a jej głos miał w sobie coś, co Michał odebrał jako muzykę — niską, wibrującą, jakby mówiła nie tylko do niego, ale i do kogoś, kogo on nie widział.
— Tak — odpowiedział. — Pierwszy raz.
— Nil was przyjmie — powiedziała. — Ale nie każdego przyjmuje tak samo.
Zanim zdążył zapytać, co ma na myśli, odwróciła się i zniknęła w rękawie.
— Co ona powiedziała? — Anna pojawiła się tuż za nim, niosąc podręczny plecak i siatkę z przekąskami, które kupiła w drodze.
— Że Nil nas przyjmie.
— To miłe.
— Chyba tak.
Nie dodał drugiej części. Nie powiedział, że usłyszał w jej głosie coś, co brzmiało jak ostrzeżenie.
Samolot był duży, dwukorytarzowy, z rzędami foteli pokrytymi tkaniną w kolorze piasku. Ich miejsca były w środkowej sekcji, przy oknie, z widokiem na skrzydło, na którym powoli gasły światła poznańskiej nocy. Anna usiadła przy oknie, Michał na środkowym fotelu, a przy przejściu znalazł się mężczyzna, którego nie widzieli wcześniej — około czterdziestki, w eleganckim garniturze, z walizką, która wyglądała drożej niż całe ich wakacje.
— Wieczór — rzucił, zapinając pas. Mówił po polsku, ale z akcentem, który mógł być krakowski albo warszawski, Michał nie umiał rozpoznać.
— Wieczór — odpowiedział Michał.
— Pan też do Kairu? — zapytał mężczyzna, choć pytanie było retoryczne — wszyscy na tym pokładzie lecieli do Kairu.
— Tak. Wycieczka.
— A, wycieczka. — Mężczyzna uśmiechnął się, ale w uśmiechu nie było ani odrobiny sympatii. — To znaczy zorganizowana? Z pilotem i tak dalej?
— Tak. A pan?
— Ja w interesach. Import-export. Tekstylia. — Wyciągnął wizytówkę. — Mariusz Wolski.
Michał wziął wizytówkę, spojrzał na nią i włożył do kieszeni.
— Michał Kalicki. A to moja żona Anna.
— Miło poznać. — Mariusz skinął głową, po czym wyjął z walizki laptopa i otworzył go, dając do zrozumienia, że rozmowa dobiegła końca.
Anna spojrzała na Michała z wyrazem twarzy, który mówił: „Interesujący typ”. Michał wzruszył ramionami.
Samolot zaczął kołować. Przez głośniki popłynął głos pilota z angielskim akcentem, witający pasażerów na pokładzie i zapowiadający czas lotu — około czterech godzin do Kairu. Potem przyszła kolej na stewardesy, które pokazywały procedury bezpieczeństwa, choć większość pasażerów i tak już przeglądała karty menu albo układała się do snu.
Michał wyjrzał przez okno. Poznań znikał pod nimi, a wraz z nim domy, ulice, stanica wodna, Guero u babci. Wszystko stawało się małe, odległe, jak obrazek oglądany przez koniec lornetki.
— Wzruszyłeś się? — zapytała Anna cicho.
— Nie. Patrzę.
— Na co?
— Na to, że odlatujemy. Że naprawdę to robimy.
Anna położyła głowę na jego ramieniu. Pachniała szamponem waniliowym i kawą, którą wypili w kawiarni. Była ciepła i realna, podczas gdy wszystko wokół nich — samolot, chmury, noc — zdawało się nierzeczywiste.
— Śpij — powiedziała. — Za cztery godziny będziemy w Kairze.
— Nie zasnę.
— Spróbuj.
Zamknął oczy. W uszach wciąż brzmiał mu głos siostry Emanuel: „Nil was przyjmie. Ale nie każdego przyjmuje tak samo”. Zastanawiał się, co miała na myśli. I dlaczego jej słowa sprawiły, że poczuł na karku zimny dreszcz, mimo że w samolocie było ciepło.
Gdy otworzył oczy, niebo za oknem zmieniło kolor z czarnego na granatowy, a potem na bladofioletowy, a na horyzoncie pojawiła się smuga złota. Pochylił się nad Anną, która spała spokojnie z głową opartą o jego ramię, i spojrzał w dół.
Pod nimi rozciągała się pustynia.
Brązowa, nieskończona, pocięta smugami cienia, które układały się w kształty przypominające hieroglify. A wśród tej pustyni, w oddali, dostrzegł coś, co sprawiło, że serce zabiło mu mocniej.
Rzekę.
Nil płynął powoli, majestatycznie, jak wąż zbudzony ze snu. Był brązowy, ciężki, inny niż wszystkie rzeki, które znał. Warta była szybka i niespokojna. Nil wydawał się spokojny, ale w tym spokoju czaiło się coś, czego nie umiał nazwać.
— Patrz — szepnął do Anny, budząc ją delikatnie. — Jesteśmy.
Anna przetarła oczy, spojrzała w dół i na jej twarzy pojawił się ten sam wyraz zachwytu, który Michał widział na zdjęciach swojej matki z młodości — kiedy wszystko jeszcze było możliwe, kiedy świat czekał, żeby go odkryć.
— To Nil — powiedziała.
— To Nil — potwierdził.
Samolot zaczął schodzić do lądowania. W oddali pojawiły się pierwsze zabudowania Kairu — białe domy, meczety z wysokimi minaretami, ulice pełne samochodów. Wszystko wyglądało inaczej niż na zdjęciach. Bardziej rzeczywiście. Bardziej ludzko.
A pod nimi, w brązowych wodach rzeki, która pamiętała faraonów i proroków, wojny i pokój, Michał dostrzegł na chwilę coś, co musiało być złudzeniem. Cień. Duży, ciemny, przesuwający się tuż pod powierzchnią.
Zamrugał, a cienia już nie było.
— Coś widziałeś? — zapytała Anna.
— Nie. Nic.
Samolot dotknął kołami płyty lotniska. Silniki zawyły, maszyna zadrżała, a potem zwolniła, tocząc się już spokojnie w stronę terminalu. Za oknem słońce wschodziło nad Kairem, a Nil płynął dalej, nie pytając nikogo o zgodę.
Gdy wstali, żeby opuścić samolot, Michał spojrzał na siedzącego obok Mariusza. Biznesmen spał spokojnie, z laptopem na kolanach, i nic nie wskazywało na to, że ta podróż może dla kogoś być początkiem czegoś więcej niż tylko wakacji.
A jednak Michał wiedział, że jest.
Poczuł to, gdy stanął na schodkach samolotu i pierwszy raz odetchnął powietrzem Kairu — gorącym, suchym, pachnącym benzyną, kurzem i czymś jeszcze, co trudno było nazwać. Może historią. Może tajemnicą. A może tym, co siostra Emanuel nazwała „przyjęciem Nilu”.
Nie wiedział wtedy jeszcze, że to przyjęcie będzie kosztować.
Rozdział 3
Piramidy i pierwsze drinki
Kair powitał ich falą gorąca, która uderzyła w twarze, gdy tylko opuścili klimatyzowany rękaw lotniska. To nie było gorąco znane z polskich upałów — suche, intensywne, jakby ktoś otworzył drzwi do ogromnego pieca. Michał od razu poczuł, jak powietrze wysysa wilgoć z jego ust, a koszula zaczyna kleić się do pleców.
— Boże — jęknęła Anna, zdejmując sweter, który założyła w Poznaniu. — To ma być listopad?
— W Egipcie listopad to wiosna — odparł pilot Jacek, który pojawił się obok nich z walizką w jednej ręce i żółtą chorągiewką w drugiej. — Za chwilę przywita nas jeszcze większe gorąco. Ale to nic. W lipcu byście tu nie wytrzymali.
Michał rozejrzał się po hali przylotów. Była ogromna, pełna ludzi, którzy mówili w językach, których nie rozpoznawał — arabski dominował, ale słyszał też francuski, włoski, a nawet rosyjski. Na ścianach wisiały ogromne billboardy z reklamami linii lotniczych, banków i, co go zdziwiło, kilku firm budowlanych. Wszędzie były też wizerunki faraonów — Tutanchamon, Ramzes, Nefertiti — uśmiechające się do turystów z plakatów i ulotek.
— Grupa, proszę się skupić! — Jacek stanął na środku hali, unosząc chorągiewkę nad głową. — Za chwilę wyjdziemy na parking, gdzie czeka na nas autokar. Proszę uważać na swoje rzeczy, nie oddalać się, bo w Kairze łatwo się zgubić. A teraz — uśmiechnął się szeroko — pozwólcie, że przedstawię naszego egipskiego przewodnika.
Z tłumu wyłonił się mężczyzna. Był wysoki, szczupły, o smagłej cerze i krótko przystrzyżonych czarnych włosach. Miał na sobie białą koszulę i ciemne spodnie, a na szyi identyfikator z logo biura podróży. Kiedy się uśmiechnął, Michał zauważył, że ma bardzo białe zęby i oczy o kolorze ciemnego miodu.
— As-salamu alaykum — powiedział, kładąc rękę na sercu. — Witam państwa w Egipcie. Nazywam się Tarek. Tarek Mansour. Przez najbliższe dwa tygodnie będę waszym przewodnikiem po moim kraju. I mam nadzieję, że zakochacie się w Egipcie tak jak ja.
Głos miał głęboki, melodyjny, z akcentem, który nadawał jego słowom rytm bliskowschodniej muzyki. Mówił po polsku zaskakująco dobrze, chociaż od czasu do czasu mylił końcówki, co nadawało jego wypowiedziom pewnego uroku.
— Tarek jest egiptologiem — dodał Jacek. — Studiował w Kairze i w Warszawie, więc zna nasz język lepiej niż niejedna Polka. Będzie z nami przez cały rejs.
— Cały rejs? — zapytała Jadwiga, która stała tuż obok Michała. — To znaczy, że kapitan też będzie z nami?
— Kapitan to kapitan — odparł Tarek. — A ja jestem od historii. Od opowieści. Od tego, żebyście zobaczyli nie tylko kamienie, ale i duszę Egiptu.
Michał spojrzał na Annę, która w odpowiedzi wzruszyła ramionami, ale uśmiechała się. Tarek miał w sobie coś, co natychmiast budziło sympatię — może sposób, w jaki mówił, może uśmiech, a może to, że patrzył na ludzi tak, jakby naprawdę chciał im coś przekazać.
— A teraz, proszę państwa — Tarek klasnął w dłonie. — Autokar czeka. Jedziemy na pokład statku, który będzie naszym domem przez najbliższe dwa tygodnie. Ale po drodze… po drodze czeka nas mała niespodzianka.
— Jaka? — zapytał ktoś z tyłu.
— Zobaczycie.
Autokar był nowy, klimatyzowany, z dużymi oknami, przez które widać było panoramę Kairu. Michał i Anna usiedli w środkowej części, za Jadwigą, która natychmiast zaczęła nawiązywać kontakty z sąsiadami. Przed nimi siedzieli lekarze, których Michał wcześniej zauważył na lotnisku — ona miała na imię Katarzyna, on Piotr, i okazali się kardiologami z Warszawy, którzy wzięli urlop po raz pierwszy od trzech lat.
— Zmęczeni jesteśmy — przyznała Katarzyna, poprawiając ciemne włosy, które opadały jej na twarz. — W szpitalu sezon grypowy, a do tego jakieś dzikie dyżury. Piotr powiedział, że jak nie wyjedziemy, to oszalejemy.
— I dobrze powiedziałem — mruknął Piotr, który przeglądał właśnie folder z programem wycieczki. — Popatrz, Kair, piramidy, potem statek, Luksor, Asuan. Nie ma czasu na myślenie o szpitalu.
— A wy skąd? — zapytała Katarzyna, zwracając się do Anny.
— Z Konina — odpowiedziała Anna. — Ja uczę angielskiego w liceum, a mąż ma wypożyczalnię kajaków.
— Kajaki! — Piotr oderwał wzrok od folderu. — To ciekawe. Sam kiedyś pływałem, ale dawno temu. Na Mazurach.
— My na Warcie głównie — wtrącił Michał. — Spokojniejsza woda.
— A ten rejs to prezent? — Katarzyna patrzyła na nich ciekawie.
— Coś w tym rodzaju — odparł Michał, nie wdając się w szczegóły. Nie chciało mu się opowiadać historii o voucherze od Marka, o tym, jak długo zwlekali z decyzją. To było ich, nie dla obcych.
Autokar tymczasem przedzierał się przez kairskie ulice. To było coś, czego żaden przewodnik nie był w stanie oddać — chaos, hałas, kolor. Samochody jechały w pięciu rzędach na trzypasmowej drodze, kierowcy trąbili bez przerwy, a między nimi przemykali sprzedawcy z tacami pełnymi chleba, owoców, a nawet dywanów. Z głośników meczetów płynęła modlitwa, która mieszała się z dźwiękami klaksonów i nawoływaniami ulicznych handlarzy.
— To jest prawdziwy Kair — powiedział Tarek, który stał na przedzie autokaru, zwrócony twarzą do grupy. — Nie ten z pocztówek. Ten żywy. Pamiętajcie, że Kair ma ponad dwadzieścia milionów mieszkańców. To jedno z najbardziej zaludnionych miast świata. I każdy z tych ludzi ma swoją historię.
— A te piramidy? — zapytał ktoś z tyłu. — Daleko jeszcze?
— Blisko. Bardzo blisko. — Tarek uśmiechnął się tajemniczo. — Ale najpierw…
Autokar skręcił, przejechał przez bramę z napisem w języku arabskim i angielskim, i nagle… nagle świat za oknem zmienił się zupełnie.
Miasto zniknęło.
Zamiast kamienic i ulic była pustynia. Bezkresna, złota, falująca pod wpływem wiatru. A na jej tle, w oddali, Michał zobaczył kształty, które znał z podręczników, z filmów, ze snów. Trzy trójkąty wznoszące się ku niebu, jaśniejsze u podstawy, ciemniejsze przy wierzchołkach, gdzie cień kładł się na starożytnych kamieniach.
— Piramidy — wyszeptała Anna.
— Piramidy — powtórzył Tarek, a w jego głosie zabrzmiała duma. — Witajcie w Gizie.
Autokar zatrzymał się na dużym parkingu, gdzie natychmiast otoczyła ich chmara sprzedawców. Mężczyźni w galabijach, chłopcy niosący tace z figurkami, kobiety w kolorowych chustach — wszyscy krzyczeli jednocześnie, wymachując towarem przed nosami turystów.
— Nie kupować teraz! — krzyknął Tarek, wychodząc z autokaru. — Na pamiątki będzie czas później. Teraz idziemy do piramid. I proszę słuchać moich wskazówek. Nie oddalać się. Nie wchodzić tam, gdzie nie wolno. I nie próbować wspinać się na piramidy.
— A można? — zapytał ktoś żartem.
— Można. Raz. Potem egipska policja zabiera pana na rozmowę. I wierzycie mi, że ta rozmowa nie jest przyjemna.
Michał wysiadł z autokaru i od razu poczuł, że coś w tym miejscu jest inne. To nie było tylko wrażenie wielkości — to była obecność. Piramidy stały tam od czterech i pół tysiąca lat, widziały imperia powstające i upadające, widziały Aleksandra Wielkiego, Cezara, Napoleona, a teraz patrzyły na grupę turystów z Polski, którzy robili sobie zdjęcia na tle kamieni, które były starsze niż chrześcijaństwo.
— Chodź — powiedziała Anna, biorąc go za rękę. — Chodźmy bliżej.
Podeszli do wielkiej piramidy Cheopsa. Kamienie były ogromne, każdy wyższy od niego, ułożone jeden na drugim z precyzją, która wydawała się niemożliwa. Michał położył dłoń na najniższym bloku. Był ciepły od słońca, chropowaty, a na jego powierzchni wyryte były znaki, których nie rozumiał.
— To graffiti — powiedział Tarek, podchodząc do nich. — Turyści z XIX wieku. Niektórzy pisali swoje nazwiska, daty. Dla nas to wandalizm, dla archeologów — często cenne informacje.
— A te? — Anna wskazała na serię głębokich rys w kształcie prostokątów.
— Te są znacznie starsze. To ślady po narzędziach. Robotnicy używali miedzianych dłut i kamiennych młotów. Wyobrażacie sobie? Miedź jest miękka. A jednak wykuwali w granicie.
Michał spojrzał na ogromne bloki, potem na małe narzędzia, które wyobrażał sobie w dłoniach starożytnych budowniczych. Coś w tym było nieprawdopodobnego — i zarazem poruszającego. Ci ludzie, którzy żyli przed Chrystusem, przed Rzymem, przed wszystkim, co znał, zostawili coś, co przetrwało do dziś.
— Michał! Anna! Zdjęcie! — Jadwiga machała do nich z oddali, trzymając telefon w wyciągniętej ręce. — Do albumu!
Uśmiechnęli się do obiektywu, a Michał pomyślał, że za cztery tysiące lat nikt nie będzie oglądał tego zdjęcia. Ale może to nie miało znaczenia.
Zwiedzanie trwało około dwóch godzin. Tarek oprowadzał ich po kompleksie, opowiadając o historii piramid, o faraonach, którzy je zbudowali, o tajemnicach, które wciąż skrywały. Pokazał im Świątynię Doliną, gdzie mumifikowano ciała faraonów, i Wielkiego Sfinksa, który patrzył na nich swoimi kamiennymi oczami, niezmieniony od tysiącleci.
— Sfinks stracił nos — opowiadał Tarek, gdy stali przed gigantyczną rzeźbą. — Legenda mówi, że zrobili to żołnierze Napoleona. Ale to nieprawda. Nos zniknął znacznie wcześniej. Być może zniszczył go jakiś pobożny muzułmanin, który uważał wizerunki za grzeszne. A może po prostu czas. Czas jest największym niszczycielem.
— I budowniczym — dodał Michał, nie zastanawiając się nad tym, co mówi.
Tarek spojrzał na niego z zainteresowaniem. — Ma pan rację. Czas buduje też historię. I legendy.
Po zwiedzaniu wrócili do autokaru, zmęczeni, spoceni, ale szczęśliwi. Anna oglądała zdjęcia na telefonie i co chwila cmokała z zadowoleniem. Michał patrzył przez okno, jak piramidy powoli znikają za wydmami, i myślał o tym, że za chwilę zobaczą je jeszcze raz — w nocy, oświetlone, z innej perspektywy. Ale na razie czekało ich coś innego.
Statek.
„Nefretete” czekał na nich w porcie w Kairze, biały, trójpokładowy, z napisem na burcie w języku arabskim i angielskim. Był mniejszy, niż Michał sobie wyobrażał, ale kiedy wszedł na pokład, zrozumiał, że to nie rozmiar się liczy. Wszystko było tam dopracowane — drewniane pokłady, mosiężne poręcze, leżaki w cieniu markiz, a przede wszystkim zapach. Pachniało drewnem, Nil i czymś, co kojarzyło mu się z egzotycznymi korzeniami.
— Proszę państwa! — Jacek stał na środku głównego pokładu, machając rękami, żeby zebrać grupę. — Za chwilę panowie z obsługi wskażą państwu kajuty. Proszę się rozpakować, wypocząć. Kolacja o dziewiętnastej. A potem…
— A potem bar! — ktoś krzyknął z tyłu.
— A potem bar — potwierdził Jacek z uśmiechem. — Otwarty przez całą dobę. Darmowe drinki dla uczestników wycieczki. Ale proszę z umiarem, bo jutro czeka nas cały dzień zwiedzania.
— Otwarty przez całą dobę? — Anna spojrzała na Michała z niedowierzaniem. — To znaczy, że możemy iść o trzeciej w nocy?
— Możecie — odparł Jacek. — Pytanie, czy będziecie mieli siłę.
Ich kajuta była na drugim pokładzie, z oknem wychodzącym na Nil. Była mała, ale przytulna — dwa łóżka, mała łazienka, szafa, biurko. Na poduszce leżały powitanie w formie małej bombonierki i ulotka z regulaminem statku.
— To nasz dom na dwa tygodnie — powiedział Michał, rzucając plecak na krzesło.
— Nasz dom na Nilu — poprawiła go Anna, podchodząc do okna. — Patrz, widać wodę.
Michał stanął obok niej. Nil był brązowy, ciężki, płynął powoli, jakby miał cały czas świata. Na jego powierzchni tańczyły odbicia zachodzącego słońca, nadając wodzie kolor starego złota. Po drugiej stronie rzeki widać było zabudowania Kairu — meczety, wieżowce, a w oddali, ledwo widoczne, piramidy.
— Jesteśmy tu — szepnęła Anna, opierając głowę na jego ramieniu. — Naprawdę tu jesteśmy.
— Jesteśmy.
Odwróciła się i spojrzała mu w oczy. Była zmęczona, ale szczęśliwa. Jej twarz, w ciepłym świetle zachodzącego słońca, wyglądała młodziej niż od lat.
— Wiesz co? — powiedziała. — Proponuję, żebyśmy przed kolacją poszli na drinka.
— Myślałem, że jesteś zmęczona.
— Jestem. Ale to nasz pierwszy wieczór. I bar jest otwarty.
— I darmowy — dodał z uśmiechem.
— To też.
Bar na statku nazywał się „Oaza” i znajdował się na głównym pokładzie, tuż obok recepcji. Był mały, z barem z ciemnego drewna, kilkoma stolikami i dużym oknem wychodzącym na Nil. Za barem stał młody Egipcjanin o imieniu Samir, który witał każdego gościa z uśmiechem i podawał drinki z szybkością, która graniczyła z magią.
— Witam, witam! — zawołał, gdy Michał i Anna weszli. — Pierwsi goście! Co podać?
— Nie wiem — przyznał Michał. — Co pan poleci?
— Na początek — Sunset on the Nile. To mój popis. I darmowe, tak jak wszystko.
Samir zaczął mieszać składniki, rzucając butelkami i shakerem z wprawą, która świadczyła o długiej praktyce. Po chwili postawił przed nimi dwa wysokie kieliszki wypełnione pomarańczowo-czerwonym płynem, udekorowane plasterkami pomarańczy i wiśniami.
— Za Nil — powiedział Michał, unosząc kieliszek.
— Za Nil — powtórzyła Anna.
Drink był słodki, ale nie za słodki, z nutą goryczki na finiszu, która przypominała Michałowi grejpfruta zmieszanego z wanilią. Był pyszny. I działał — po pierwszym łyku poczuł, jak napięcie opuszcza jego ramiona.
— To był dobry pomysł — przyznał.
— Wiedziałam.
Do baru zaczęli napływać inni turyści. Najpierw Jadwiga, która zamówiła wódkę z sokiem pomarańczowym, argumentując, że „w Egipcie to wódka jest najbezpieczniejsza”. Potem lekarze — Katarzyna wzięła drinka owocowego, Piotr piwo. Pojawił się też Mariusz, biznesmen z samolotu, który zamówił whisky z lodem i usiadł w kącie, przeglądając coś na telefonie. I wreszcie, po chwili, dwie zakonnice.
Siostra Emanuel i siostra Łucja weszły do baru cicho, jakby chciały nie przeszkadzać. Usiadły przy stoliku w rogu, a Samir podszedł do nich z uśmiechem.
— Dla pań? — zapytał.
— Sok pomarańczowy — powiedziała starsza, siostra Łucja. — Dwie porcje.
— Proszę.
Samir przyniósł soki, a Michał zauważył, że siostra Emanuel nie patrzy na niego, ale wciąż czuł na sobie jej spojrzenie. Nie była to wrogość. To było coś innego. Jakby coś w nim sprawdzała.
— Nie gap się tak — szepnęła Anna, widząc, gdzie patrzy.
— Nie gapię się. Obserwuję.
— To to samo.
— Nie. Gapić się to patrzeć bez celu. Obserwować to zbierać informacje.
— Jesteś na wakacjach, nie na śledztwie.
— Można łączyć przyjemne z pożytecznym.
Anna przewróciła oczami, ale uśmiechnęła się. Wiedziała, że kiedy Michał się w coś wkręci, nie ma z nim dyskusji. A on najwyraźniej wkręcił się w obserwację współpasażerów.
— Widzisz tego faceta w kącie? — zapytał, wskazując głową Mariusza.
— Biznesmena z samolotu?
— Tego samego. On nie jest na wakacjach.
— Mówił, że w interesach.
— Mówił. Ale czy biznesmen z tekstyliów spędza wieczór w barze na statku wycieczkowym, zamiast iść do hotelu w Kairze?
— Może ma spotkanie jutro rano. A może po prostu lubi drinki. Daj spokój, Michał.
— A ci dwoje? — Nie dawał za wygraną. Wskazał na parę, która właśnie weszła do baru — kobietę około trzydziestki z długimi czarnymi włosami i mężczyznę w tym samym wieku, który wyglądał, jakby dopiero co skończył siłownię. — Oni też nie wyglądają na typowych turystów.
— A jak wygląda typowy turysta?
— No… jak my. Albo jak Jadwiga. Albo jak ci lekarze. Ludzie, którzy odpoczywają. Oni są… spięci. Rozglądają się. Szukają czegoś.
Anna spojrzała na parę, którą wskazał. I nagle jej wyraz twarzy się zmienił. — Wiesz co? Masz rację. Ona co chwilę patrzy na drzwi. Jakby kogoś wypatrywała.
— Widzisz? — Michał poczuł satysfakcję, że żona wreszcie zaczyna go słuchać. — Coś tu jest nie tak.
— Albo po prostu jesteś przewrażliwiony. Długi lot, zmiana czasu, pierwszy raz tak daleko…
— Ania, ja czuję. To coś.
— To coś to może być tylko zmęczenie. — Wypiła ostatni łyk drinka. — Idziemy na kolację? Jestem głodna.
— Idziemy. Ale pamiętaj, co mówiłem.
— Że bar jest otwarty przez całą dobę?
— Że coś tu jest nie tak.
Anna wstała, poprawiła sukienkę i spojrzała na niego z tym swoim nauczycielem spojrzeniem, które mówiło: „Kocham cię, ale masz bzika na punkcie podejrzewania ludzi”.
— Kolacja — powiedziała stanowczo.
— Kolacja — zgodził się.
Restauracja na statku była na dolnym pokładzie, z dużymi oknami wychodzącymi na rzekę. Stoły nakryte były białymi obrusami, a na każdym stał bukiet świeżych kwiatów. Kelnerzy w białych koszulach krzątali się między stolikami, nalewając wodę i roznosząc menu.
Michał i Anna usiedli przy stoliku dla czterech osób, do którego po chwili dołączyli Jadwiga i, ku zaskoczeniu Michała, siostra Emanuel. Zakonnica usiadła naprzeciwko niego, złożyła dłonie na stole i uśmiechnęła się.
— Nie przeszkadzam? — zapytała cicho.
— Ależ skąd — odparła Anna, zanim Michał zdążył otworzyć usta. — Prosimy, prosimy.
— Siostra Łucja nie czuje się dobrze — wyjaśniła siostra Emanuel. — Zmiana klimatu, podróż. Zostawiłam ją w kajucie. Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej.
— Oby — powiedziała Jadwiga, sięgając po kawałek chleba. — W moim wieku to każda zmiana pogody jest wyzwaniem. A co dopiero taka podróż.
Siostra Emanuel skinęła głową, ale jej wzrok wędrował po sali, tak jak wcześniej wzrok Michała. Zauważył to.
— Szuka pani kogoś? — zapytał.
Spojrzała na niego, a w jej jasnych oczach pojawił się błysk, który mógł być rozbawieniem albo czymś innym.
— Szukam — powiedziała. — Ale nie wiem jeszcze kogo.
— To znaczy?
— Siostra Emanuel ma wizje — wyjaśniła Jadwiga, jakby to było najbardziej oczywiste na świecie. — Prawda?
Zakonnica uśmiechnęła się skromnie. — Nie nazwałabym tego wizjami. To raczej… przeczucia. Czasem czuję, że coś ma się wydarzyć. I wtedy wiem, że powinnam być uważna.
— I co pani teraz czuje? — zapytała Anna, odkładając sztućce.
Siostra Emanuel popatrzyła na nią przez chwilę, potem przeniosła wzrok na okno, za którym Nil płynął wolno w stronę Nubii.
— Że ta podróż zmieni coś w nas wszystkich — powiedziała w końcu. — Niektórzy odnajdą to, czego szukali. Inni stracą to, co mieli.
— Brzmi jak przepowiednia — mruknął Michał.
— Obserwacja — odparła siostra Emanuel. — Każda podróż zmienia. A Nil… Nil jest szczególny. On płynie od wieków tym samym korytem, a jednak zawsze jest inny. Woda, którą widzicie teraz, za chwilę będzie w Morzu Śródziemnym. I już nigdy nie wróci.
Michał spojrzał na rzekę. W świetle reflektorów statku woda wyglądała jak ciemne, połyskujące szkło. Gdzieś w oddali przepłynęła feluka — mały żaglowiec, który wyglądał jak z innej epoki.
— Może i woda nie wraca — powiedział powoli — ale rzeka zostaje.
Siostra Emanuel uśmiechnęła się. I w tym uśmiechu Michał dostrzegł coś, czego nie widział wcześniej — smutek. Głęboki, stary smutek, który nie pasował do kobiety w jej wieku.
— Rzeka zostaje — powtórzyła. — Pytanie tylko, co w niej zostawimy.
Kolacja minęła spokojnie. Jedzenie było dobre — zupy, sałatki, pieczone mięsa, warzywa. Kelnerzy co chwilę podchodzili z nowymi daniami, a Samir przyniósł z baru butelkę wina na koszt statku, co Jadwiga skomentowała stwierdzeniem, że „to dopiero gościnność”.
Po kolacji Michał i Anna wyszli na górny pokład. Była już noc, a Kair świecił w oddali milionem świateł. Księżyc odbijał się w Nilu, tworząc srebrną ścieżkę, która ciągnęła się od brzegu aż po horyzont.
— Piękne — powiedziała Anna, opierając się o barierkę.
— Piękne — zgodził się Michał. Ale jego wzrok nie patrzył na rzekę. Patrzył na statek, który stał obok nich — na jego pokładzie dostrzegł dwie sylwetki. Jedna należała do Mariusza, biznesmena, który palił papierosa i rozmawiał przez telefon. Druga do młodej pary, którą Michał wcześniej zauważył w barze. Ona stała przy barierce, on trzymał ją za rękę, ale ich gesty były napięte, jakby się kłócili.
— Co się gapisz? — zapytała Anna.
— Nic. Obserwuję.
— Znowu to samo.
— Ania, spójrz na nich. Oni nie są szczęśliwi. Ona wygląda, jakby chciała uciec.
Anna spojrzała w kierunku, który wskazywał. Po chwili wzruszyła ramionami.
— Może to para w kryzysie. Może próbują ratować związek tą podróżą. Nie nasza sprawa.
— A jeśli to coś więcej?
— Michał — wzięła go za rękę i spojrzała mu w oczy. — Jesteśmy na wakacjach. Mamy dwa tygodnie, żeby odpocząć, nacieszyć się sobą, zobaczyć coś pięknego. Nie musimy rozwiązywać tajemnic innych ludzi. Dobrze?
— Dobrze.
— Obiecujesz?
— Obiecuję.
Pocałowała go w policzek, a potem oparła głowę na jego ramieniu. Stali tak w ciszy, patrząc na Nil, który płynął nieubłaganie, niosąc swoje wody do morza.
Michał zamknął oczy. Słyszał cichy szum fal uderzających o burtę statku, śmiechy dochodzące z baru, gdzie ktoś zamówił kolejną kolejkę drinków. I w tym szumie, w tym miksie dźwięków, wydawało mu się, że słyszy jeszcze coś. Melodię. Niską, powolną, jakby śpiewaną przez kogoś, kto płynął tym nurtem od tysięcy lat.
Otworzył oczy. Na pokładzie nie było nikogo oprócz nich, Mariusza i pary, która właśnie wracała do kajut. Ale muzyka nie ucichła.
— Słyszysz? — zapytał Annę.
— Co?
— Tę melodię.
Anna nasłuchiwała przez chwilę, potem pokręciła głową.
— Nie słyszę nic. Chyba jesteś zmęczony.
— Może.
Ale wiedział, że nie jest zmęczony. Słyszał to wyraźnie — śpiew, który płynął z wody, z Nilu, z samego serca Egiptu. I w tym śpiewie było coś, co sprawiło, że włosy stanęły mu dęba.
Nie powiedział tego Annie. Wziął ją za rękę i zaprowadził do kajuty, gdzie oboje szybko zasnęli, kołysani przez senny ruch statku.
A Nil płynął dalej.
Rozdział 4
Beni Suef i opowieść o zaginionej bibliotece
Obudził ich głos. Nie dzwonek, nie budzik ustawiony w telefonie, nie szum silników statku, który gdzieś tam, w maszynowni, pracował swoim cichym, monotonnym rytmem. To był głos. Męski, donośny, z akcentem, który sprawiał, że każda sylaba brzmiała jak nuta w starej, dobrze znanej melodii.
— Dzień dobry, dzień dobry! Panie i panowie! Kto jeszcze śpi, niech szybko wstaje, bo Nil nie czeka!
Michał otworzył oczy. Przez iluminator wpadało światło o ostrym, złocistym odcieniu, jakiego nie znał z Polski. Nie było w nim tej rozlanej, mlecznej łagodności jesiennego słońca nad Wartą. To było światło, które ciąłem noża oddzielało cienie od jaskrawej jasności, światło, które nie pytało o zgodę, tylko wypełniało każdą szczelinę, każde okno, każdą szczelinę między powiekami.
— Która godzina? — wymamrotała Anna, przewracając się na drugi bok.
— Nie wiem. — Michał sięgnął po telefon. Siódma rano. Spali może pięć godzin, ale czuł się tak, jakby przespał całą dobę. Powietrze w kajucie było suche, ciepłe, pachniało rzeką i czymś, czego nie umiał nazwać — może kurzem pustyni, który wiatr przyniósł z daleka, może kadzidłem z porannej mszy w jakimś kościele, którego nie widzieli.
Za ścianą ktoś chrząknął głośno, potem rozległ się dźwięk spuszczanej wody, a potem głos, tym razem kobiecy, starszy, z charakterystyczną dla Jadwigi energią:
— Tarek! Na którą godzinę śniadanie?
— Za pół godziny, pani Jadwigo! Ale kto nie zdąży, ten zostanie z głodnym brzuchem na cały dzień!
Michał usiadł na łóżku. Jego koszulka była mokra od potu, mimo że w kajucie działała klimatyzacja. Spojrzał na Annę, która wciąż leżała z zamkniętymi oczami, ale uśmiechała się.
— Śniadanie — powiedziała, jakby to było najpiękniejsze słowo na świecie.
— Śniadanie — potwierdził. — I Beni Suef.
— Co?
— Beni Suef. Dzisiaj jedziemy do Beni Suef. Tarek mówił wczoraj.
Anna otworzyła oczy i spojrzała na niego z tym swoim uważnym, uważnym spojrzeniem. — Ty wszystko zapamiętujesz, co on mówi.
— Bo to ciekawe.
— To znaczy, że ja nie słucham?
— Słuchasz. Ale ty zapamiętujesz, jakie kolczyki miała przewodniczka w Muzeum Egipskim. A ja — jakie było miasto.
— W Muzeum Egipskim nie było przewodniczki. Był przewodnik.
— No właśnie. Widzisz?
Anna rzuciła w niego poduszką.
Śniadanie na statku było wydarzeniem. Nie dlatego, że jedzenie było szczególnie wykwintne — choć było, i to jak — ale dlatego, że po raz pierwszy wszyscy uczestnicy wycieczki zebrali się razem. Osiemdziesiąt osób, które do tej pory widzieli w rozproszeniu, teraz wypełniło całą restaurację na dolnym pokładzie. Szum głosów, brzęk sztućców, zapach kawy, świeżego chleba, jajecznicy, a do tego, z otwartych okien, zapach Nilu — wilgotny, ciężki, inny niż wszystko, co znali.
Michał i Anna usiedli przy stoliku w rogu, blisko okna. Jadwiga dołączyła do nich, niosąc talerz tak przeładowany, że wyglądał jak rzeźba współczesna.
— Tu się człowiek nakarmi, to potem do wieczora nie będzie głodny — oznajmiła, siadając. — Wczoraj mówiłam do siostry Łucji, że w takich podróżach to najważniejsze, żeby nie chorować. A jak się nie najesz, to się rozchorujesz. Logika prosta.
— Siostra Łucja lepiej się czuje? — zapytała Anna.
— Lepiej, lepiej. Była na śniadaniu, ale wzięła tylko jogurt i herbatę. Mówi, że jeszcze nie przywykła. Siostra Emanuel za to jakby się ożywiła. Widziałyście ją dzisiaj?
Michał pokręcił głową.
— Rano była na pokładzie. Stała przy barierce, patrzyła na wschód słońca. Taka blada, taka spokojna. I mówiła coś pod nosem. Myślałam, że się modli, ale nie. Patrzyła na wodę i coś do niej mówiła.
— Do wody? — Michał odłożył widelec.
— Ano, do wody. Albo do tego, co w wodzie. Kto to wie? Zakonnice mają swoje zwyczaje.
— A może po prostu rozmawiała z Bogiem — zasugerowała Anna.
— Nad Nilem? — Jadwiga wzruszyła ramionami. — Bóg jest wszędzie. Ale ja tam wolałam rozmawiać z Bogiem w Licheniu. Bez krokodyli.
Michał uśmiechnął się, ale w myślach wrócił do słów siostry Emanuel z poprzedniego wieczoru. „Nil jest szczególny. On płynie od wieków tym samym korytem, a jednak zawsze jest inny”. I ta melodia, którą słyszał w nocy. Nie powiedział o niej Annie. Bał się, że uzna go za wariata.
— A propos krokodyli — odezwał się nagle głos zza ich pleców.
Odwrócili się. Za nimi stał Tarek, ubrany w białą koszulę i lniane spodnie, z uśmiechem, który zdawał się być jego stałym elementem twarzy.
— Pan mówił o krokodylach? — zapytał, zwracając się do Michała.
— Nie ja. Pani Jadwiga.
— A, krokodyle. — Tarek usiadł na wolnym krześle, nie pytając o pozwolenie, z naturalnością kogoś, kto od lat wiedział, że przy tym stole jest zawsze miejsce. — W starożytnym Egipcie krokodyle były święte. Sobek, bóg o głowie krokodyla, władca wód, pan płodności. W świątyniach trzymano święte krokodyle, ubierano je w złoto, karmiono najlepszym mięsem. A gdy umierały, balsamowano je jak faraonów.
— I co, teraz też są? — zapytała Jadwiga, rozglądając się niespokojnie w stronę okna.
— Teraz? W Asuanie, przy tamie, podobno widziano kilka. Ale na tym odcinku Nilu — bezpiecznie. — Tarek uśmiechnął się szerzej. — A przynajmniej tak mówią.
— Tak mówią? — Michał podniósł brew.
— W Egipcie wiele rzeczy jest tak, jak mówią. A potem okazuje się, że mówili inaczej. — Tarek wstał. — Ale to już nie moja bajka. Moja bajka to Beni Suef. Za godzinę ruszamy. Autokar czeka.
Beni Suef.
Michał powtarzał tę nazwę w myślach, gdy autokar toczył się wąską drogą wzdłuż Nilu. Miasto leżało około stu kilometrów na południe od Kairu, na zachodnim brzegu rzeki, tam gdzie żyzna ziemia Delty spotykała się z pustynią. Tarek opowiadał przez mikrofon, a jego głos, wzmacniany przez głośniki, wypełniał wnętrze pojazdu jak mantra.
— Beni Suef to nie jest miejsce, które znajdziecie w typowych przewodnikach. Nie ma tu wielkich świątyń, nie ma kolumnad, nie ma grobowców faraonów. Beni Suef to miasto żywych. Miasto, które pamięta czasy, gdy Egipt był chrześcijański, zanim przyszedł islam. Tu, w okolicznych klasztorach, mnisi przez wieki przechowywali wiedzę, której nie chcieli oddać.
— Jaką wiedzę? — zapytał ktoś z tyłu.
Tarek odwrócił się, spojrzał po twarzach zgromadzonych i uśmiechnął się w sposób, który Michał zaczął już rozpoznawać — uśmiech, który zapowiadał opowieść.
— Znacie historię Biblioteki Aleksandryjskiej?
— Wielka biblioteka starożytności — powiedział Piotr, lekarz z Warszawy. — Spłonęła. Podobno.
— Podobno — powtórzył Tarek. — Ale co tak naprawdę spłonęło? I co udało się ocalić? Opowieści mówią, że kiedy Cezar podpalił swoją flotę w porcie w Aleksandrii, ogień przeniósł się na miasto i strawił część zbiorów. Ale nie wszystkie. Tysiące zwojów, ksiąg, manuskryptów — one przetrwały. I przez wieki były przenoszone z miejsca na miejsce, chronione przez tych, którzy wierzyli, że wiedza jest ważniejsza niż władza.
— I co się z nimi stało? — Anna pochyliła się do przodu, zainteresowana.
— Nie wiemy. To jedna z wielkich tajemnic Egiptu. Niektórzy mówią, że zbiory trafiły do klasztorów w Górnym Egipcie, do miejsc takich jak Beni Suef, Al-Minya, Asjut. Inni, że zostały wywiezione do Konstantynopola. A jeszcze inni — że wciąż są gdzieś tutaj, ukryte w jaskiniach pustyni, czekające, aż ktoś je odnajdzie.
Michał spojrzał na Annę. W jej oczach zobaczył to samo, co czuł sam — fascynację. Wyobraził sobie stosy papirusów, zapisanych hieroglifami, grecką literaturą, wiedzą, która zaginęła na tysiące lat. I nagle zrozumiał, dlaczego Egipt przyciągał ludzi od wieków. Nie tylko dlatego, że był piękny. Dlatego, że skrywał tajemnice.
Autokar zatrzymał się na obrzeżach Beni Suef, przy niewielkim klasztorze zbudowanym z cegły mułowej. Ściany były koloru piasku, a zza muru wystawały palmy, które rzucały krótkie, ostre cienie na dziedziniec. Gdy weszli przez bramę, Michał poczuł, że temperatura spadła o kilka stopni. Wewnątrz panował półmrok, przerywany tylko smugami światła wpadającego przez wąskie okna.
— Klasztor Świętego Damiana — powiedział Tarek, gdy grupa zebrała się na dziedzińcu. — Zbudowany w V wieku, przebudowany w XII, czynny do dziś. Mieszka w nim siedmiu mnichów. I jeden ogród, w którym rosną zioła używane w starożytnych recepturach.
— Jakich recepturach? — zapytała Jadwiga.
— Leczniczych. Ale też takich, które miały otwierać umysł na tajemnice przeszłości.
Michał odsunął się od grupy i podszedł do ściany, na której wisiała drewniana tablica z napisem w języku arabskim i koptyjskim. Pod spodem, drobnym drukiem, angielskie tłumaczenie: „Tu spoczywają rękopisy, które ocalały z pożogi. Ich treść znana jest tylko Bogu i pustyni”.
— Interesujące, prawda?
Odwrócił się. Za nim stała siostra Emanuel. W habitcie, w cieniu klasztornych murów, wyglądała jak ktoś, kto tu pasuje. Jej jasne oczy patrzyły na tablicę, a potem na niego.
— Czy pan wierzy w zaginioną wiedzę? — zapytała.
— W jaką?
— W taką, która została ukryta, bo była zbyt niebezpieczna dla tych, którzy nie byli gotowi, by ją poznać.
Michał zastanowił się przez chwilę. — Nie wiem. Może. Wierzę, że historia skrywa wiele tajemnic. Ale czy one czekają na odkrycie? Nie jestem pewien.
— Czekają — powiedziała siostra Emanuel, a jej głos stał się cichszy, bardziej intymny. — Niektóre tajemnice czekają na właściwy czas. I na właściwych ludzi.
— I pani myśli, że ten czas nadszedł?
Zanim zdążyła odpowiedzieć, usłyszeli głos Tarka, który wołał grupę do środka klasztoru. Siostra Emanuel uśmiechnęła się, dotknęła krzyżyka na szyi i powiedziała:
— Nil ma swoją pamięć. A czasem pamięć ta budzi się w ludziach, którzy nie spodziewają się niczego więcej niż wakacji.
Odwróciła się i odeszła, zostawiając Michała z uczuciem, które trudno było nazwać inaczej niż niepokój.
Wnętrze klasztoru było chłodne i ciemne. Ściany pokrywały malowidła przedstawiające sceny biblijne, ale namalowane w stylu, który Michał kojarzył z ikonami — płaskie, pełne złota, hieratyczne. W głównej nawie stał drewniany stół, na którym pod szkłem leżały fragmenty papirusów. Były czarne od starości, kruche, ale widoczne były na nich znaki — koptyjskie, greckie, a na jednym, najmniejszym, coś, co wyglądało jak hieroglify.
— To, co państwo widzą — mówił Tarek, stojąc przy stole — to dary dla klasztoru. Niektóre pochodzą z V wieku, inne są znacznie starsze. Ten mały fragment — wskazał na hieroglify — został znaleziony w jaskini dwadzieścia kilometrów stąd. Pochodzi z czasów Ramzesa II.
— I co tam jest napisane? — zapytał ktoś.
— To fragment tekstu pogrzebowego. Opisuje podróż duszy przez zaświaty. Ale jest tam też coś, co uczonych wprawiło w zakłopotanie.
— Co?
— Wzmianka o miejscu, gdzie przechowywane są „słowa bogów, których nie wolno wymawiać wśród żywych”.
W grupie zrobiło się cicho. Michał poczuł, że Anna ściska go za rękę.
— Co to za miejsce? — zapytała.
— Nie wiemy. — Tarek wzruszył ramionami. — Może to tylko metafora. Może opis grobowca, do którego nikt nie miał wstępu. A może coś więcej. Egipt jest pełen takich zagadek. Dlatego przyjeżdżają tu ludzie z całego świata. Nie tylko po to, żeby zobaczyć kamienie. Ale żeby poczuć, że historia nie jest zamknięta.
Po zwiedzaniu klasztoru grupa udała się na krótki spacer po okolicy. Tarek poprowadził ich wąską ścieżką wzdłuż Nilu, gdzie widać było pola uprawne, palmy, a w oddali, na horyzoncie, złotą linię pustyni. Było gorąco, ale sucho, a wiatr niósł zapach kwiatów, które rosły gdzieś wśród drzew.
— Pięknie tu — powiedziała Anna, idąc obok Michała. — Zupełnie inaczej niż w Kairze. Spokojniej.
— Tak. Jakby czas stanął.
— A może to my stanęliśmy?
Michał spojrzał na nią. Szła boso, trzymając sandały w ręku, a jej stopy były białe na tle brązowej ziemi. Wyglądała młodo, swobodnie, inaczej niż w Koninie, gdzie zawsze była spięta, skupiona, gotowa na kolejną lekcję, kolejne sprawdziany, kolejnych uczniów.
— Podoba ci się? — zapytał.
— Bardzo. — Uśmiechnęła się. — Nawet nie wiesz, jak bardzo.
Powrót na statek nastąpił po południu. Michał był zmęczony, ale zadowolony. Wzięli szybki prysznic, a potem, przed kolacją, poszli na drinka do baru „Oaza”. Samir przywitał ich z uśmiechem, podając od razu dwie Sunset on the Nile, jakby pamiętał, co pili poprzedniego wieczoru.
— Dziś będzie opowieść — powiedział, stawiając kieliszki na barze.
— Jaka opowieść? — zapytała Anna.
— Kapitan Sziha opowiada. Co wieczór. O zabytkach, które jutro zobaczymy. Dziś ma opowiadać o Beni Hassan. I o Amarnie.
— O Amarnie? — Michał uniósł brew. — Miasto Echnatona?
— Tak. Kapitan zna wiele historii. Nie tylko te z książek. On zna te, które opowiadają rybacy na Nilu. I te, które szepczą w świątyniach.
— To znaczy jakie? — Michał poczuł, że coś w nim drga.
— Zobaczy pan — Samir uśmiechnął się tajemniczo. — Kapitan Ali Sziha to nie jest zwykły kapitan. On zna Nil jak nikt inny. I czasem… — zniżył głos — czasem mówi rzeczy, których nie ma w podręcznikach.
Kolacja minęła szybko. Michał jadł, ale myślami był już przy opowieści kapitana. Gdy wyszli z restauracji, na górnym pokładzie stały już ustawione krzesła, a przy barierce, w białej galabiji, stał mężczyzna, którego nie widzieli wcześniej. Był wysoki, szczupły, z siwą brodą i oczami, które w świetle księżyca wyglądały jak dwa węgielki. Miał na sobie tradycyjny egipski strój, a na głowie białą chustę, która opadała mu na ramiona.
— Kapitan Ali Sziha — powiedział Tarek, stając obok niego. — Kapitan tego statku. I opowiadacz historii.
Kapitan skinął głową, uśmiechnął się, a w jego uśmiechu było coś, co Michał odebrał jako życzliwość zmieszaną z melancholią.
— Witam państwa na moim statku — powiedział, a jego głos był niski, spokojny, jak szum rzeki. — Dziś opowiem wam o Beni Hassan. Ale nie tylko. Opowiem wam o tym, czego nie ma w przewodnikach. O tym, co Nil skrywa.
Grupa skupiła się wokół niego, a kapitan zaczął mówić. Opowiadał o grobowcach wykutych w skale, o nomarchach, którzy rządzili tym regionem w czasach Średniego Państwa, o malowidłach przedstawiających sceny z życia codziennego — polowania, uczty, tańce. Ale potem, gdy światła na statku przygasły, a księżyc wzniósł się wysoko nad Nilem, jego głos zmienił się. Stał się cichszy, bardziej intymny.
— Beni Hassan kryje coś jeszcze — powiedział. — Coś, o czym nie piszą w książkach. W jednym z grobowców, tym należącym do nomarchy Baqeta III, jest scena, której egiptolodzy nie potrafią wyjaśnić. Przedstawia ona ludzi, którzy coś niosą. Coś, co wygląda jak zwoje papirusu. Ale nie zwykłe. Te zwoje są oznaczone symbolem, który pojawia się tylko w tekstach związanych z tajemnymi świątyniami.
— Co to za symbol? — zapytał ktoś z ciemności.