Prolog
Moskwa, Centralny Zarząd Główny Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej, GRU, listopad 2020 roku
Cisza w podziemnych laboratoriach analitycznych na Chodynce zawsze budziła czujność generała lejtnanta Ilji Wołkowa. Pojawiała się, gdy algorytmy trafiały na zjawisko wymykające się klasycznym modelom prawdopodobieństwa. Wtedy rozmowy przycichały, blask ekranów wydawał się ostrzejszy, a operatorzy pracowali z przesadnym spokojem, jakby wystarczyło nazwać anomalię, by przestała być groźna.
Za pancerną szybą siedział kapitan Wadim Abramow, starszy specjalista analizy sygnałowej. Błękit monitorów wydobywał zmęczenie z jego twarzy. Na ścianie wizyjnej przesuwały się czerwone wykresy poboru mocy, mapy termiczne Europy Środkowej i trajektorie satelitów zwiadowczych. Wołkow oparł dłonie na fotelu analityka. W sali czuć było kawę.
— Co macie, Wadim?
Abramow nie odrywał wzroku od danych.
— Anomalia w Europie Środkowej, towarzyszu generale. Czterdzieści osiem godzin temu stacje pod Petersburgiem zarejestrowały impuls o nienaturalnej charakterystyce. Wykluczyliśmy próbę jądrową i eksplozję konwencjonalną. To wygląda na skokowy pobór mocy trwający mikrosekundy. Polska, okolice Warszawy. Ich cywilna sieć niemal się załamała.
Czerwony punkt pulsował nad Warszawą.
— Polacy? Może ćwiczenia NATO? Amerykanie coś tam rozstawiają?
— Nic nie jest oficjalnie zgłoszone. Ale wykryliśmy nieautoryzowaną koncentrację sił wojskowych. Zgrupowanie działa poza typowymi strukturami Sojuszu. Satelity zarejestrowały też zamknięty ruch wojskowy w Górach Świętokrzyskich, w rejonie Chęcin. Wywiad radioelektroniczny przechwycił coś jeszcze.
Na głównym ekranie otworzył się kolejny plik.
— W ich wewnętrznej sieci wojskowej podniesiono z archiwów państwowych dokumentację z 1974 roku. Klauzula: najwyższe znaczenie obronne. Dotyczy polskiej misji archeologicznej w irackim Uruk.
Wołkow wyprostował się. Niezależne zdarzenia rzekomo niepołączone ze sobą. Przypadki. Tyle że generał nigdy nie wierzył w przypadki.
Przez sekundę zesztywniał.
— Uruk — powiedział cicho.
Abramow wreszcie odwrócił głowę.
— Tak, generale.
Dane rozwinęły się w kolejne warstwy: pobór energii, próby maskowania, ruch transportowy, wojskowe przepustki i stare sygnatury archiwalne.
— Powtórz ostatni raport.
— Skok napięcia w polskiej sieci trwał cztery sekundy. Potem drugi. Krótszy, ale głębszy. Polska infrastruktura wojskowa zachowała się tak, jakby ktoś podłączył do niej urządzenie, którego pobór energii zmieniał się szybciej, niż sieć mogła odpowiedzieć.
— Urządzenie?
Abramow zawahał się ledwie zauważalnie.
— Tak to wygląda.
Jedno słowo wystarczyło.
Wołkow dotknął blizny biegnącej od żuchwy ku szyi. Pobielała, niemal ginęła pod siwym zarostem, lecz pod opuszkami wciąż miała fakturę piasku. Klimatyzowane podziemie na Chodynce rozpłynęło się w pamięci.
Uruk. Rok 1974.
Rozdział 1. Echo z gliny
Uruk, Irak, czerwiec 1974 roku
Pod warstwą ziemi odsłaniali kolejne miasta.
Domy stały na fundamentach starszych domów. Kanały przecinały zasypane kanały, a pod paleniskami znajdowano popiół po ogniskach wygasłych tysiące lat wcześniej. Ludzie wracali w to samo miejsce, budowali na kościach poprzedników i rzadko pytali, dlaczego tamci odeszli.
Piętnastoletni Janusz Marecki klęczał na dnie wykopu z fragmentem glinianej miseczki w dłoni. Zachowały się na niej trzy znaki klinowe. Dla ojca był to zabytek pozbawiony numeru, warstwy i kontekstu. Dla Janusza — wiadomość, która czekała pod ziemią pięć tysięcy lat, aż ktoś podniesie ją do światła.
— Znowu przesunąłeś znacznik — powiedział profesor Stanisław Marecki.
— Odłamek leżał tutaj.
— Dwa centymetry dalej.
— To tylko dwa centymetry.
Profesor wyciągnął rękę. Janusz oddał mu znalezisko.
— W archeologii dwa centymetry mogą oznaczać sto lat.
— A czasem nic.
Stanisław umieścił odłamek przy chorągiewce pomiarowej.
— Dopóki tego nie sprawdzimy, oznaczają wszystko.
Słońce wypalało kolory z ruin. Pył wciskał się pod ubranie, osiadał na języku i przedostawał do zamkniętych skrzyń z dokumentacją. Płócienne zadaszenia chroniły przede wszystkim aparaturę. Ludzie pracowali z mokrymi szmatami na karkach, przerywając co kilka minut, żeby napić się ciepłej wody. Co kilka minut Janusz podnosił wzrok ku północy. Za niskimi wzgórzami pojawiały się smugi kurzu. Samochody jechały drogą, której nie zaznaczono na planach stanowiska, w stronę sektora zajętego przez radziecką ekipę konserwatorską.
Stanisław przywiózł syna do Uruk, ponieważ chciał mu pokazać różnicę między odkrywaniem przeszłości a wymyślaniem jej na podstawie kilku efektownych skorup. Od ojca Janusz uczył się przede wszystkim cierpliwości. Profesor potrafił przez pół dnia poprawiać opis jednego fragmentu ceramiki i przejść obojętnie obok wykopu, wokół którego inni szeptali o królewskim grobie. Tym bardziej niepokoiło Janusza, że na widok radzieckich pojazdów ojciec zawsze przerywał pracę.
W tamtym sektorze kopano głównie nocą. Przywożono wojskowe skrzynie, silne agregaty i ludzi noszących broń pod cywilnymi koszulami. Lokalni robotnicy omijali wspólny obóz, a iraccy urzędnicy, zwykle głośni i ciekawscy, nagle przestawali zadawać pytania.
— Czego oni szukają? — zapytał Janusz.
Stanisław nadal wypełniał kartę pomiarową.
— Oficjalnie zabezpieczają komorę z okresu wczesnodynastycznego.
— A naprawdę?
Ojciec uniósł wzrok znad okularów.
— Naprawdę jestem odpowiedzialny za ludzi po tej stronie wykopu. Także za ciebie.
— Czyli nie wiesz?
— To znaczy, że nie chcę, żebyś próbował się dowiedzieć.
Janusz wrócił do pracy, lecz odtąd wyławiał każdy odgłos silnika dobiegający z północy.
Kilka dni później drogą prowadzącą do radzieckiego sektora przejechał konwój. Cztery ciężarówki wiozły wielkie zespoły prądotwórcze. Na każdej platformie spoczywał silnik Diesla połączony krótkim wałem z masywnym agregatem. Całość zajmowała niemal całą przestrzeń ładunkową.
Za nimi jechała cysterna z paliwem. Zapach oleju napędowego długo wisiał w rozgrzanym powietrzu, nawet kiedy ostatni samochód zniknął za wzgórzami. Jeszcze tej samej nocy Janusza obudził niski, dudniący pomruk pracujących silników. Od strony radzieckiego wykopu dochodził odgłos generatorów i krótkie komendy po rosyjsku. Co jakiś czas nad ruinami pojawiał się jasnoniebieski słup światła. Przypominał reflektor skierowany pionowo w czarne niebo, lecz gasł po kilku sekundach.
Przez następny tydzień sytuacja się powtarzała. Agregaty uruchamiano po zmroku, a krótkie błyski wracały po kilka razy każdej nocy. Janusz nie potrafił zrozumieć, po co ekipie archeologicznej tyle energii.
Któregoś popołudnia zauważył, że także miejscowi robotnicy zmienili zachowanie. Podczas przerwy kucali bliżej siebie niż zwykle, rozmawiali półgłosem i co chwilę spoglądali w stronę radzieckiego sektora. Stanisław podszedł do syna i położył mu dłoń na ramieniu.
— Janusz, obiecaj mi, że choćby zjadała cię ciekawość, nie pójdziesz tam.
— Tato, co się tam dzieje? Nasi robotnicy cały czas o czymś szepczą.
Profesor przez chwilę obserwował wzgórza.
— Ludzie z wioski mówią, że Rosjanie próbują rozmawiać z bogami.
— A ty w to wierzysz?
— Widzę, że coś znaleźli i prowadzą nad tym badania. To mi wystarczy.
Stanisław zawahał się.
— Badaniami kieruje profesor Morozow. Kilka nocy temu coś wydarzyło się podczas próby. Ludzie mówią, że światło przeszło przez niego. Od tamtej pory czasami nie poznaje ludzi i nie zawsze mówi do rzeczy.
— I oni nadal prowadzą badania?
— Tak. Dlatego chcę, żebyś trzymał się od nich z daleka.
Następnego dnia Rosjanie zamknęli drogę. Przy wjeździe stanęli uzbrojeni strażnicy.
Dwa dni później, krótko przed zapadnięciem zmroku, do polskiego obozu przyszło troje ludzi.
Pierwszy wyczuł ich pies. Zawarczał przy magazynie, po czym cofnął się między skrzynie z sierścią zjeżoną na grzbiecie. Na granicy światła stała dziewczyna w ciemnej chuście. Towarzyszyło jej dwóch mężczyzn. Młodszy podtrzymywał starszego, który ledwie trzymał się na nogach. Krew przesączała się przez ubranie rannego na wysokości brzucha. W wolnej dłoni młodszy ściskał zakrzywione ostrze.
— Ojcze! — zawołał Janusz.
Stanisław wyszedł z namiotu razem z doktor Zawadzką, lekarką opiekującą się polską ekipą. Zobaczyła ranę i natychmiast pobiegła po torbę.
— Kto was ściga? — zapytał profesor po angielsku.
Dziewczyna odpowiedziała bez wahania:
— Rosjanie.
Ranny osunął się na kolana. Brat próbował go utrzymać, ale mężczyzna był ciężki i śliski od krwi. Pocisk wszedł z boku, pod żebrami. Z rany wypływała gęsta, niemal czarna strużka. Zawadzka rozcięła ubranie i zaklęła pod nosem.
— Do namiotu. Szybko.
Młodszy z braci nie puszczał noża. Dopiero gdy lekarka odepchnęła go ramieniem, pozwolił ułożyć rannego na składanym łóżku. Dziewczyna została przy wejściu. Pod płaszczem trzymała pakunek wielkości ludzkiej głowy. Kiedy poprawiła go w ramionach, spod płótna wydostał się blady błysk. Janusz odruchowo śledził błysk. Dziewczyna pochwyciła jego spojrzenie.
— Jak masz na imię? — zapytał.
— Samira.
— Ja jestem Janusz.
— Wiem. Pytaliśmy w wiosce, komu można zaufać.
Stanisław przeniósł uwagę na pakunek.
— Jeżeli chcecie naszej pomocy, muszę wiedzieć, co przynieśliście do obozu.
Młodszy brat Samiry stanął przed nią.
— To nie należy do was.
— Za kilka minut mogą tu wejść radzieccy żołnierze. Wtedy nikt już nie będzie pytał, do kogo to należy.
Samira powiedziała coś po arabsku. Brat odpowiedział ostro, lecz odsunął się.
Dziewczyna uklękła i rozchyliła płótno.
Na wierzchu leżała gliniana tabliczka. Pod nią spoczywał nieregularny, niemal czarny kryształ. W jego wnętrzu poruszała się cienka smuga mlecznego światła — powoli, jakby płynęła w głębokiej wodzie.
Pies zaskomlał i wcisnął się pod skrzynie.
Janusz poczuł chłód na twarzy. Kamienie wciąż oddawały żar dnia, lecz nad pakunkiem powietrze było zimne i czuć było ozon, jak po burzy. W pustynnym pyle ta woń była obca. Profesor pochylił się nad znaleziskiem, lecz trzymał dłonie przy sobie.
— Pismo sumeryjskie.
— Maska — powiedziała Samira.
Stanisław przyjrzał się tabliczce.
— Co ukrywa?
— Drogę.
— Dokąd?
— Tego nie wolno sprawdzać.
— Skąd to macie?
— Z komory pod ich wykopem. Odebraliśmy przedmioty ludziom, którzy ukradli je pierwsi.
Młodszy brat rzucił kilka gwałtownych słów. Samira odpowiedziała równie ostro. Wskazała namiot, w którym Zawadzka walczyła o życie rannego. Spór trwał krótko. Starszy brat nie potrafił iść. Bez pomocy nie dożyłby świtu. Gdyby zostali, kryształ wróciłby do Rosjan razem z ich ciałami. Doktor Zawadzka wyszła z namiotu. Krew pokrywała jej dłonie aż po nadgarstki.
— Krwawienie wewnętrzne — powiedziała do profesora. — Potrzebuję sali operacyjnej, krwi i sprzętu, którego tutaj nie mamy.
Samira utkwiła wzrok w wejściu do namiotu. Mięśnie szczęki drgnęły, lecz pytanie nie padło. Od strony ruin dobiegł warkot silników. Na horyzoncie pojawiły się dwa światła.
— Znaleźli ślad — powiedział młodszy z braci.
Stanisław spojrzał na reflektory, potem na pakunek i na syna. Zacisnął szczękę.
— Wygasić lampy. Ranny zostaje z lekarką. Pod platformą magazynową biegnie stary kanał. Janusz pokaże wam wyjście.
Janusz znieruchomiał.
— Wiedziałeś, że tam wchodzę?
— Wiedziałem, że zakaz potraktujesz jak zaproszenie. Dokąd prowadzi kanał?
— Do wyschniętego rowu. Niedaleko stacji pomp.
Ojciec złapał go za ramię.
— Doprowadzisz ich do wyjścia i natychmiast wrócisz. Nie próbuj być bohaterem.
— Nie będę.
— Jakoś ci nie wierzę.
Pierwszy UAZ wjechał między namioty, zanim zdążyli odsunąć deski platformy. Reflektory przecięły obóz. Jeden z nich zatrzymał się na twarzy Stanisława. Drzwi pojazdu otworzyły się. Na ziemię zeskoczyli uzbrojeni ludzie.
Profesor popchnął syna w stronę magazynu.
— Do kanału — szepnął. — Już.
Rozdział 2. Serce pustyni
Stanisław wyszedł do przyjeżdżających z rękami odsuniętymi od ciała. Za jego plecami Janusz uniósł klapę ukrytą pod drewnianą platformą. Samira zeszła pierwsza, nie wypuszczając pakunku z ramion. Młodszy z jej braci zszedł za nią. Janusz zamknął klapę nad ich głowami. Świat zgasł. Cegły kanału wciąż trzymały dzienny żar. W szczelinach zalegał piasek, a niskie sklepienie zmuszało ich do pełzania. Powietrze w kanale było duszne i śmierdziało pleśnią.
Nad nimi dudniły kroki.
Rosjanie przewracali skrzynie i wyciągali ludzi z namiotów. Przez warstwy cegieł i ziemi dochodziły urywane pytania. Janusz rozpoznał głos ojca. Stanisław odpowiadał po rosyjsku spokojnie, niemal obojętnie. Tylko ktoś, kto znał go dobrze, usłyszałby, że mówi odrobinę wolniej niż zwykle.
Pakunek ocierał się o cegły, a każde szurnięcie posyłało Januszowi mrowienie wzdłuż karku. Kryształ milczał pod płótnem, lecz chłopiec czuł w nim uporczywą, obcą aktywność — jak pracę mechanizmu ukrytego tuż za cienką warstwą materiału. Usłyszał trzask uderzenia. Zatrzymał się. Po uderzeniu nad kanałem został tylko stłumiony skowyt psa i szorstki oddech ludzi pełznących w ciemności.
Samira dotknęła go.
— Prowadź.
Ruszył dalej, czołgając się na dnie kanału.
Po kilkunastu metrach dotarli do częściowego zawału. Janusz odsunął luźną cegłę i przecisnął się przez otwór. Samira podążyła za nim, obracając pakunek bokiem. Materiał zahaczył o mur. Dziewczyna szarpnęła mocniej i syknęła z bólu, gdy ostra krawędź rozcięła jej ramię.
Młodszy z braci nie mieścił się w szczelinie.
— Rozbierzemy mur — powiedział Janusz.
Mężczyzna sprawdził sklepienie i pokręcił głową. Kopnięciem wybił kilka starych cegieł, a do środka wleciała spora ilość piachu, podnosząc do góry pył z dna kanału.
— Wyjdę przy obozie — powiedział, krztusząc się. — Pójdą za mną.
Samira chwyciła go za rękę.
Młodszy brat przyciągnął ją do siebie. Na krótką chwilę trwali z czołami opartymi o siebie. Potem mężczyzna odsunął ją stanowczo i zasłonił twarz, zostawiając tylko oczy.
— Zabierz ją jak najdalej — powiedział spod materiału łamanym francuskim, którego Janusz ledwo zrozumiał.
Mężczyzna wsunął się do wybitego otworu na powierzchnię. Po kilku sekundach usłyszeli szuranie cegieł, potem krzyk po arabsku. Rosyjskie komendy zmieniły kierunek.
Rozległy się strzały.
Samira drgnęła pod pierwszymi strzałami. Janusz chwycił ją za zdrowe ramię i pociągnął przez wyłom, zanim światła latarek wróciły na ich odcinek kanału. Wydostali się przy wyschniętym rowie, osłonięci trzcinami i resztkami glinianych murów. Niebo na wschodzie zaczynało szarzeć. Samira osunęła się na kolana. Krew z rozciętego ramienia spływała jej po łokciu. Janusz przemył ranę wodą z bukłaka i przewiązał własną chustką.
— Lekarka cię tego nauczyła? — zapytała.
— Opatrywania. Ojciec głównie ostrożności.
Samira spojrzała na zawiniątko.
— Przy tym ostrożność nie wystarczy.
— Kim jesteście?
— Strażnikami drogi.
— Jakiej drogi?
— Takiej, której nie powinno się otwierać.
— Co jest po drugiej stronie?
Samira przez moment patrzyła na pakunek.
— Nie wiem. Strażnicy przekazywali tylko jedno słowo: Ogrodnicy.
— Kto to?
— Serce pokazuje tę nazwę przy jednym z obrazów.
— Rosjanie próbowali otworzyć drogę.
— Rosjanie wierzą, że wszystko, co zamknięte, skrywa broń.
— A jeśli mają rację?
— Wtedy tym bardziej nie mogą jej dostać.
Ruszyli wzdłuż dawnego systemu nawadniającego. Janusz wybrał pas spękanej ziemi przecięty groblami i resztkami kanałów. Samochody mogły tam jechać tylko utwardzoną drogą, ludzie pieszo — niemal wszędzie. Warkot silników wrócił, zanim dotarli do zabudowań stacji pomp.
Na grzbiecie wału zobaczyli samotną postać.
Młodszy brat Samiry stał pośrodku drogi z zakrzywionym nożem w dłoni. Czekał na UAZ-a otwarcie, jakby każdy metr, który samochód przejedzie ku niemu, kupował siostrze jeszcze kilka sekund.
UAZ przyspieszył.
Mężczyzna uskoczył w ostatniej chwili i ciął w stronę kabiny. Ostrze uderzyło w metal. Kierowca szarpnął kierownicą, samochód podskoczył na kamieniu, a młody Rosjanin stojący na bocznym stopniu poleciał w bok. Twarzą uderzył w stalowy uchwyt. Skóra pękła od żuchwy ku szyi, zalewając kołnierz munduru krwią. Rosjanin, trzymając się za twarz i próbując zatamować krwawienie, spojrzał jeszcze w stronę ruin. Przez krótką chwilę jego wzrok spotkał się ze wzrokiem Janusza.
Potem seria z karabinu rozdarła poranek.
Brat Samiry zachwiał się. Pociski szarpnęły jego ciałem i rzuciły je w pył. Gdy kurz opadł, mężczyzna leżał przy drodze z ręką nadal zaciśniętą na nożu.
Samirze wyrwał się zduszony oddech.
Janusz pociągnął ją za ramię. Biegli, dopóki ruiny stacji nie zasłoniły ich przed drogą. Budynek miał zapadnięty dach. Piasek zasypał połowę wnętrza, a ze ścian sterczały resztki skorodowanych rur. Samira usiadła w cieniu i zaczęła nasłuchiwać silników krążących między kanałami.
Położyła pakunek na ziemi.
Dziewczyna zaciskała zdrową dłoń na brzegu płaszcza, aż pobielały jej palce. Krew z rozciętego ramienia zdążyła zaschnąć ciemną skorupą. Janusz zauważył, że jej oczy były mokre, choć nie dała tego poznać po sobie. W krótkim czasie straciła dwóch braci.
— Zabierzesz to do swojego kraju, do Polski — powiedziała po angielsku, próbując opanować drżenie ust.
— Ojciec może ukryć znalezisko. Ja nie przejdę z nim przez kontrolę.
— Dlatego najpierw wrócisz do niego.
— Rosjanie są w obozie.
— Widziałam, jak ojciec na ciebie patrzy. Wybierze syna przed odkryciem. Może dzięki temu uratuje i ciebie, i Serce.
Rozwiązała płótno.
Kryształ wydawał się czarny, lecz wewnątrz poruszała się cienka linia światła. Nie odbijała słońca. Płynęła własnym rytmem, nieznacznie przyspieszając, kiedy Samira zbliżała do przedmiotu dłoń. Gliniana tabliczka była ubrudzona krwią jej brata. Dziewczyna wyjęła spod ubrania ciemny medalion. Widniał na nim znak przypominający zamknięte oko.
— Weź.
Janusz zawahał się.
— Co to jest?
— Znak strażników. Ja nie mogę już go chronić.
— Dlaczego oko jest zamknięte?
— Nie wiem. Tak go przekazywano.
Wcisnęła medalion w jego dłoń.
— Kryształ przechowuje obrazy miejsc, które istniały.
— Kto zbudował Serce?
Samira śledziła smugę światła zamkniętą w krysztale.
— Igigi. Tak nazwali ich ludzie, którzy przyszli później. Oni sami mogli używać innego imienia.
— Bogowie?
— Ludzie nazwali ich bogami, bo nie potrafili otworzyć pozostawionych przez nich drzwi.
Za ścianą odezwał się silnik.
Blisko.
Samira ponownie owinęła kryształ i tabliczkę. Wsunęła pakunek Januszowi pod kurtkę, po czym zarzuciła na plecy pusty worek.
— Pójdę na północ. Z daleka worek będzie wyglądał jak zawiniątko.
Janusz spojrzał na pusty worek na jej plecach i zrozumiał, co zamierza zrobić.
— Zastrzelą cię.
— Najpierw spróbują odebrać mi Serce. To da ci czas — odparła i otarła oczy wierzchem dłoni.
— Możesz wrócić ze mną.
— Wtedy będą szukać chłopca z polskiej ekspedycji i dziewczyny z pustyni. Osobno zobaczą tylko jedno z nas.
— Nie zostawię cię.
— Straciłam już dwóch braci. Czas ucieka.
Powiedziała to już spokojnie, jakby zamykała rachunek, którego nic już nie mogło zmienić.
Podeszła bliżej.
Pocałowała go krótko. Jej usta były suche i słone od pyłu.
— Nie otwieraj bez ojca.
— Samira…
UAZ wyjechał zza budynków.
Młody Rosjanin ze świeżo rozciętą twarzą stał na bocznym stopniu. Jedną ręką przyciskał zakrwawioną szmatę do szyi, drugą wskazał coś przed samochodem. Na piasku zostały tylko ślady stóp, które prowadziły prosto na pustynię. Samochód omiótł je reflektorami i skręcił za nimi. Młody Marecki pobiegł w przeciwnym kierunku, suchym kanałem z powrotem, prowadzącym ku polskiemu obozowi. Pakunek uderzał go w żebra. Medalion zaciskał w dłoni tak mocno, że jego krawędzie przecięły skórę.
Po kilku minutach usłyszał pojedynczy strzał.
Krótka seria przyszła zaraz po nim, stłumiona odległością i porannym powietrzem. Zwolnił, ale się nie odwrócił. Bał się, że na pustyni zobaczy ciało Samiry. Jeszcze bardziej bał się pustej drogi i tego, że do końca życia nie będzie wiedział, co się z nią stało.
Pobiegł dalej.
Rozdział 3. Skrzynia z ceramiką
Ojciec znalazł go przy starej cysternie.
Janusz siedział w cieniu spękanego muru. Dłonie miał pokryte cudzą krwią, kolana zdarte, a na czole zaschnięte rozcięcie. Medalion Samiry zaciskał w pięści. Stanisław zatrzymał się kilka kroków od syna. Ramiona, zwykle wyprostowane, miał opuszczone, a ruchy powolne ze zmęczenia.
— Dziewczyna? — zapytał.
— Pobiegła na pustynię. Chciała, żeby ścigali ją zamiast mnie.
Stanisław nasłuchiwał drogi.
— Słyszałem strzały.
— Ja też.
Młody Marecki opowiedział ojcu o kanale, o bracie Samiry i stacji pomp. Mówił urywanymi zdaniami. Wracał do tych samych chwil, zmieniał kolejność, zatrzymywał się, gdy docierał do drogi, na której zginął młodszy z mężczyzn.
Stanisław pozwolił mu mówić.
— Wszyscy zginęli przez ten pakunek — wyszeptał w końcu chłopiec.
Stanisław uklęknął przed nim.
— Zginęli przez ludzi gotowych zabijać dla tego przedmiotu. Ty nie wybrałeś przemocy.
— Ale teraz ja go mam.
Ojciec zawahał się. Pod kurtką syna rysował się kształt pakunku.
— Dała ci go? Oni będą go szukać. W takim razie nie możemy go tutaj zostawić.
Do obozu wrócili kilka minut po odjeździe Rosjan. Między namiotami walały się rozcięte worki z próbkami. Skrzynie leżały przewrócone, dokumentacja tonęła w piasku, a pies nadal nie chciał wyjść spod platformy magazynowej. Radzieccy żołnierze zabrali ciało starszego brata Samiry. Bez protokołu, nazwiska i świadków. Doktor Zawadzka siedziała przed namiotem medycznym. Miała rozciętą wargę i krew na fartuchu.
— Żył jeszcze, kiedy go zabrali? — zapytał Stanisław.
Lekarka otarła rozciętą wargę wierzchem dłoni.
— Nie.
Tylko tyle powiedziała. W pobliżu kręcili się iraccy robotnicy i dwóch ludzi, których nikt z polskiej ekipy wcześniej nie widział. Pytania musiały poczekać. Stanisław rozejrzał się dyskretnie, następnie zabrał syna do namiotu i obejrzał pakunek. Płótno było zabrudzone ziemią i krwią. Węzeł zawiązany przez Samirę pozostał nienaruszony.
— Dotykałeś tego?
— Nie. Kazała mi nie otwierać bez ciebie.
Profesor odsunął nieco materiał. Z wnętrza wypłynęła cienka smuga światła.
Natychmiast zasłonił kryształ.
— Samira mówiła, że to Serce — powiedział Janusz. — Zbudowali je Igigi.
— Powiedziała, czym jest?
— Przechowuje obrazy miejsc, które istniały.
Stanisław przeniósł wzrok z syna na medalion z zamkniętym okiem.
— Schowaj go pod koszulą. Nie pokazuj nikomu i nie zdejmuj, dopóki nie wrócimy do Polski. Gdyby ktoś się pytał, powiedz, że to rodzinna pamiątka.
— Dlaczego?
— Bo może być kluczem do czegoś groźnego. Lepiej niech tego nikt nie łączy.
Pakunek umieścili w metalowym pojemniku na próbki gruntu. Profesor przykrył go warstwą ziemi i wsunął pod stolik dokumentacyjny.
Rosjanie wrócili przed wieczorem.
Dowodził nimi młody oficer z opatrunkiem biegnącym od żuchwy ku szyi. Janusz rozpoznał człowieka, który podczas pościgu uderzył twarzą w uchwyt UAZ-a. Oficer również go poznał. Zatrzymał na chłopcu wzrok odrobinę dłużej niż na innych.
— Pański syn zniknął podczas przeszukania — powiedział niewyraźnie po rosyjsku do Stanisława. Opuchlizna utrudniała mu mówienie, a każde słowo powodowało ból widoczny na jego twarzy.
— Przestraszył się strzałów. Uciekł w ruiny.
— Wrócił z pustymi rękami? — Tych kilka słów kosztowało go sporo wysiłku.
Profesor objął chłopca ramieniem i wysunął go nieco do przodu. Pokazał jego poranione kolana, rozcięte dłonie i spalony słońcem kark.
— Wrócił odwodniony i półprzytomny. Jeśli chce pan oskarżyć piętnastolatka o kradzież z radzieckiego stanowiska, proszę to zrobić przy irackim inspektorze.
Oficer dotknął brzegu opatrunku. Na bandażu pojawiła się świeża plama krwi.
— Dokąd pobiegłeś? — zapytał po angielsku.
— Nie wiem.
— Widziałeś dziewczynę?
Janusz poczuł dłoń ojca zaciskającą się na jego ramieniu.
— Widziałem samochody. Potem schowałem się w rowie.
— Sam?
— Tak.
Oficer zbliżył się o krok. Jego twarz była nienaturalnie wykrzywiona od bólu. Cały czas przytrzymał miejsce, które spuchło mocno pod opatrunkiem.
— Spójrz na mnie.
Janusz podniósł głowę. Pamiętał tę twarz oświetloną bladym porankiem i wzrok skierowany ku ruinom, zanim padła seria. Teraz zmusił się, by patrzeć na Rosjanina jak przestraszony chłopiec, który widzi go pierwszy raz.
— Wrócił z pustymi rękami? — powtórzył oficer.
— Miał bukłak — odpowiedział Stanisław. — Zgubił go po drodze.
Rosjanin zawahał się, lecz przy wjeździe czekał już iracki inspektor z dwoma policjantami. Bez dowodu mógł tylko dokończyć przeszukanie. Odjeżdżając, UAZ rozgniótł rozsypane fragmenty ceramiki.
Następnego dnia Rosjanie nie pojawili się już w swoim obozie. Kolejnego również, a robotnicy powiedzieli tylko, że odeszli.
Stanisław postanowił sprawdzić ich stanowiska archeologiczne. Może został jakiś ślad albo coś godnego zbadania. Kolejnego dnia zorganizowano ekspedycję i Stanisław zszedł do komory odsłoniętej przez radzieckie prace. Towarzyszyli mu inspektor Farid al-Masri, dwóch irackich archeologów i uzbrojeni policjanci. Janusz miał pozostać w obozie, ale przez kilka godzin obserwował wejście spomiędzy ruin. Ojciec wrócił wczesnym popołudniem. Pył wypełniał zmarszczki na jego twarzy, a koszula na plecach była ciemna od potu.
— Co tam jest? — zapytał Janusz, gdy zostali sami.
Stanisław wypił kilka łyków wody, zanim odpowiedział.
— Kamienny postument albo ołtarz. Ma dwa zagłębienia. Jedno odpowiada kształtem kryształowi, drugie tabliczce. Na ścianach są znaki starsze od pisma sumeryjskiego. Późniejsi ludzie dopisywali obok własne ostrzeżenia.
— Otworzyli drogę?
— Nie wiem. Badali artefakty, zanim zrozumieli ich działanie.
— Co znajduje się za postumentem?
— Tylna ściana to gładka powierzchnia. Nie przypomina reszty krypty. Nie wiem, do czego służyła.
Janusz czekał. Ojciec potrzebował kilku oddechów, zanim znalazł słowa.
— Kamień kończy się kilka centymetrów przed gładką powierzchnią — wyjaśnił profesor. — Nie ma spoin ani śladów narzędzi. Nie rozpoznaję materiału. Jest na nim ten sam znak, który nosisz na szyi.
Janusz wydobył medalion spod koszuli. Ciemny krąg przecięty poziomą linią nabierał znaczenia dopiero wraz ze słowami Samiry.
„Oko patrzy na tego, kto zagląda.”
— Co to oznacza? — zapytał.
— Nie wiem. I chyba lepiej, żeby na razie tak zostało.
Wieczorem profesor zamknął wejście do namiotu i rozwiązał pakunek.
Kryształ położył obok lampy. Tabliczkę pozostawił pokrytą gliną i zaschniętą krwią. Niczego nie dotykał dłońmi. Na pierwszy rzut oka tekst wyglądał jak zwykła ewidencja magazynowa: przyjęcia, wydania, oznaczenia składów i ilości przechowywanych dóbr. Dopiero przy bliższym oglądzie widać było, że część znaków nie należy do tego tekstu. Przecinały tekst, jakby ktoś nałożył na niego drugi wzór.
Stanisław pochylił się nad tabliczką. Pod lupą zobaczył, że jedne znaki odciśnięto w miękkiej glinie, inne wyryto później cienkim, niezwykle twardym narzędziem. Dwa zapisy zajmowały tę samą powierzchnię. Pierwszy można było przeczytać. Drugi ujawniał się dopiero po zignorowaniu treści pierwszego. Profesor przerysował kilka rzędów na kalkę. Po obróceniu arkusza zatrzymał ołówek w połowie ruchu. Spod ewidencji magazynowej wyłoniła się regularna geometria.
— Maska — powiedział Janusz. — Samira nazywała tabliczkę maską.
— Bo jeden tekst ukrywa drugi — powiedział Stanisław. — Sprytne. Dla większości archeologów wyglądałoby to jak zwykły rejestr gospodarczy. Coś, co katalogujesz i odkładasz na półkę.
— Rosjanie uznali, że warto dla tego zabijać.
— Schowamy wszystko wśród rzeczy, których nikt nie chce badać nawet raz.
Profesor wybrał skrzynię przeznaczoną na uszkodzoną ceramikę. Kryształ owinął dodatkowym płótnem i wsunął między większe odłamki na samo dno. Tabliczkę dołączył do pakietu popękanych płytek i przysypał całość pozostałościami po glinianych miskach i dzbankach. Na wierzchu ułożył woreczki z osadem i zamknął skrzynię. Na karcie katalogowej napisał: Materiał pomocniczy z sektora dwunastego. Fragmenty ceramiczne, kamienie i osady. Brak wartości badawczej.
Janusz przeczytał opis.
— To nie jest cała prawda.
— Każde słowo jest prawdziwe. Po prostu nie wszystkie prawdy zostały zapisane.
— Dziadek oddałby znalezisko do muzeum.
Stanisław uniósł wzrok znad okularów i zamyślił się.
— To dobry pomysł, żeby ukryć coś czego nikt nie otworzy przez lata.
Sporządził drugi dokument, przeznaczony dla dawnego przyjaciela pracującego w niewielkim dziale muzealnym w Polsce. Człowiek ten przeżył wojnę i wiedział, że najcenniejszy przedmiot czasem ocala tylko dlatego, że trafia do niewłaściwej szuflady.
List pomijał Samirę, strzelaninę i radziecką komorę. Profesor prosił o przyjęcie nieopracowanego materiału pomocniczego i pozostawienie go poza ekspozycją do czasu osobistego odbioru. Przesadnie urzędowy ton miał powiedzieć adresatowi więcej niż szczere ostrzeżenie. Kiedy skończył, przykucnął przy synu i położył mu dłoń na ramieniu.
— Jeśli ktokolwiek zapyta, powtarzaj to co mówiłeś na początku, że zgubiłeś się podczas strzelaniny. Nie widziałeś ludzi w kanale ani rzeczy, którą nieśli.
— A Samira?
Za płótnem namiotu odezwał się odległy silnik. Stanisław zaczekał, aż warkot osłabnie.
— O niej tym bardziej nie możesz mówić nikomu.
Janusz utkwił wzrok w podłodze namiotu.
— Jeśli będę milczał, to tak jakby nigdy nie istniała.
— Nie. — Stanisław położył mu dłoń na ramieniu. — Jeżeli zachowasz tajemnicę, być może uratujesz to, czego próbowała bronić. Ponadto nie wiemy, czy zginęła. Słyszałeś tylko strzały. Tym bardziej nie wolno nam pomagać ludziom, którzy jej szukają.
Skrzynię wpisano do transportu jeszcze tego dnia. Inspektor al-Masri sprawdzał listę ładunkową. Przy pojemniku Stanisława zatrzymał się i zmarszczył brwi. Dwóch robotników z trudem przesunęło skrzynię na wagę.
— Dużo kamieni — zauważył po angielsku.
— Ruiny mają ich pod dostatkiem.
Al-Masri zmierzył wzrokiem profesora i jego syna. Przez moment trzymał pieczęć nad dokumentem. W końcu przycisnął ją do papieru i przeszedł do następnej skrzyni.
Kilka tygodni później transport dotarł do Polski. Skrzynia trafiła najpierw do magazynu materiałów ekspedycji. Dopiero w 1975 roku włączono ją do muzealnej ewidencji jako nieopracowany depozyt pomocniczy. Później przechodziła z magazynu do magazynu i do bocznych rejestrów, do których nikt nie zaglądał bez wyraźnej potrzeby. Kryształ utracił nazwę. Tabliczka — numer. W dokumentach pozostały fragmenty ceramiki, osad i brak wartości ekspozycyjnej.
Tajemnica chroniła ojca i syna, a zarazem rosła między nimi — warstwa po warstwie, jak zasypywane miasto. Serce Igigi zasnęło pod papierem, kurzem i strachem.
Na czterdzieści sześć lat.
Rozdział 4. Oko Przeszłości
Warszawa, listopad 2020 roku
Skrzynia stała na stalowym stole w podziemnym magazynie muzeum. Otaczały ją pojemniki z ceramiką przekładane od dziesięcioleci z półki na półkę. Drewno pociemniało, gwoździe pokryły się rdzą. Na bocznej desce wciąż widniał numer transportu polskiej ekspedycji w Uruk. Niżej zachował się dopisek: Materiał pomocniczy. Sektor dwunasty. Brak wartości ekspozycyjnej. Doktor Janusz Marecki rozpoznał pismo ojca. Zbyt szerokie „M”, krótkie dolne pętle i mocny nacisk pióra należały do człowieka, który potrafił przez pół dnia poprawiać opis jednego odłamka ceramiki, a potem ukryć prawdę w urzędowym zdaniu.
Na pożółkłej karcie katalogowej widniało nazwisko Stanisława Mareckiego. Janusz nie potrzebował potwierdzenia. Pamiętał rękę ojca przesuwającą się nad dokumentacją wykopu, zapach atramentu oraz setki kart wypełnianych w upale Uruk. Jedna karta przetrwała wszystkich, którzy zbudowali wokół niej tajemnicę.
— Otwieramy? — zapytała pracownica digitalizacji.
Sięgnęła do metalowych klamer.
— Proszę niczego nie dotykać.
Kobieta cofnęła dłoń.
— Zostało nam jeszcze osiemnaście podobnych pojemników.
— Ten nie jest podobny.
Marecki odszedł kilka kroków i wyjął telefon. Zanim wybrał numer, spojrzał na skrzynię. Przez ponad czterdzieści lat leżała pod warstwą bezwartościowych skorup, podczas gdy ludzie gotowi zabijać dla jej zawartości szukali jej gdzie indziej.
Generał Bogdan Hryniewicz, rektor Wojskowej Akademii Technicznej, odebrał po drugim sygnale. Był jedynym człowiekiem, któremu Janusz powiedział, że ojciec ukrył coś w jednym z transportów z Uruk. Nie powiedział mu, jak ten przedmiot trafił do Stanisława.
— Znalazłem skrzynię ojca.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Tę z Uruk?
— Tak. I nie zamierzam otwierać jej w muzealnym magazynie.
— Nie ruszaj jej. Za godzinę będą tam ludzie.
Hryniewicz się rozłączył.
Jeszcze tego samego wieczoru skrzynię przewieziono do zabezpieczonego laboratorium Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie jako materiał skierowany do specjalistycznych badań konserwatorskich. Muzeum dostało decyzję opatrzoną ogólną podstawą prawną i nazwą jednostki nieistniejącej w publicznych wykazach. Pracownikom zabroniono fotografowania transportu.
Marecki jechał za nieoznakowanym samochodem, wpatrzony w czerwone punkty tylnych świateł. Skrzynia już raz zniknęła na dziesięciolecia; nie chciał stracić jej z oczu nawet na zakręcie.
Laboratorium Wojskowej Akademii Technicznej odcięto od zewnętrznej sieci. Oprócz cyfrowej aparatury ustawiono dwa analogowe aparaty fotograficzne, mechaniczne zegary i niezależne rejestratory.
Komandor Konrad Orzeł, dowódca sekcji badawczej stał przy drzwiach, gdy konserwator podważał wieko. Nie nosił munduru, lecz sposób, w jaki obserwował ludzi, kamery i oba wyjścia, zdradzał oficera szybciej niż dystynkcje.
Dla Orła skrzynia była przede wszystkim obiektem o nieznanych możliwościach. Jej historia miała już krew, martwych ludzi i przeciwnika, który wiedział o niej więcej niż Polacy. Teraz komandor zażądał zapisu wszystkiego, co zrobią. Zapisu, który przetrwa również wtedy, gdy cała elektronika przestanie działać. Nowe możliwości wykorzystania sztucznej inteligencji, szybkość analizy danych i ogromne możliwości porównywania informacji dawały szansę na tłumaczenie nieznanych tekstów i zbieranie danych, których nikt wcześniej nie potrafił zebrać analogowymi metodami. To była wiedza. A wiedza była dla komandora bronią.
Hryniewicz stanął obok Mareckiego.
— Możesz się jeszcze wycofać.
— Czekałem na to przez większość życia. Przetłumaczmy to wreszcie.
Wieko ustąpiło z suchym trzaskiem.
Usuwali zawartość warstwa po warstwie. Najpierw woreczki z osadem, potem pozostałości glinianych misek i dzbanków. Pod nimi znajdował się pakiet popękanych płytek. Pomiędzy nimi Marecki odnalazł niewielką, wyszczerbioną tabliczkę pokrytą znakami przypominającymi zapis sumeryjskiego pisma.
Odłożył ją ostrożnie na bok.
Na dnie skrzyni, między większymi odłamkami ceramiki, dostrzegł sczerniałe płótno. Przy jednym brzegu ciągnęło się ukośne rozdarcie zastygłe w brunatnej plamie.
— To ten pakunek — powiedział.
— Po czym pan poznaje? — zapytał Orzeł.
— Zaczepił o cegłę, kiedy uciekaliśmy kanałem. Pamiętam to rozdarcie.
Marecki założył rękawice i rozwinął płótno.
W środku spoczywał niemal czarny kryształ. Jego powierzchnia była gładka w sposób obcy naturalnym minerałom, jakby substancję zatrzymano w chwili, gdy jeszcze płynęła.
Laborant skierował na niego lampę.
Wewnątrz kryształu pojawiła się mleczna smuga. Przesunęła się powoli ku Mareckiemu. Kryształ reagował swoim wnętrzem jakby żył.
— Nie dotykać — powiedział doktor.
Orzeł zamknął drzwi.
— Od tej chwili pomieszczenie i cała zawartość podlegają ochronie wojskowej.
Przez następne dziesięć dni tabliczkę skanowano w różnych zakresach promieniowania, a kryształ poddawano kolejnym pomiarom.
Kolejne pomiary rozsadzały poprzednie wyniki.
Tomografia za każdym razem pokazywała inną strukturę wewnętrzną. Liczba warstw, ich gęstość i przebieg świetlistych włókien zmieniały się pomiędzy próbami, chociaż przedmiot pozostawał nieruchomy. Każdy zapis był spójny sam w sobie i niezgodny z poprzednim.
Analizy spektroskopowe wykonywano w dwóch niezależnych próbach. Odczyty wskazywały na krzem, śladowe ilości metali i widma wiązań, których chemicy nie potrafili przypisać żadnemu znanemu procesowi produkcyjnemu. Kryształ pozostawał chłodny. Czujniki rejestrowały jednak krótkie przepływy energii dokładnie w chwilach, gdy Marecki wchodził do sali.
Orzeł zauważył korelację jako pierwszy.
— Reaguje na pana?
— Albo na medalion.
Marecki zachował dla siebie fakt, że od otwarcia skrzyni znowu śnił o pustyni. W snach słyszał strzały i czuł piasek w oczach, lecz obraz urywał się zawsze przed chwilą, w której Samira zostawiła ślady na piasku za którym Janusz chciał pobiec.
Praca Mareckiego zaczynała przypominać obsesję. Nie posuwali się do przodu. Błądzili, wracali do tych samych znaków i zaczynali od nowa. Marecki próbował tłumaczyć zapis przy pomocy algorytmów sztucznej inteligencji, grupował symbole, rozdzielał je i łączył w nowe układy. Zapisał całe stosy notatek, które później sam przekreślał. Jednego dnia układ wydawał się mieć sens, następnego rozpadał się po wprowadzeniu kolejnych danych.
Gdyby nie wcześniejsze zainteresowanie Rosjan i mleczna poświata poruszająca się we wnętrzu kryształu, można byłoby uznać, że próbują odnaleźć znaczenie tam, gdzie go nie ma.
Któregoś dnia komandor Orzeł przyniósł kilka pożółkłych kartek. Cyrylica, czerwone pieczęcie i oznaczenia archiwalne wskazywały, że dokument pochodził jeszcze z czasów Związku Radzieckiego.
Nie był to raport bezpośrednio z ekspedycji w Uruk. Sporządzono go kilka lat później, najwyraźniej na polecenie kogoś, kto ponownie zainteresował się sprawą. Autor zebrał informacje z wcześniejszych dokumentów i późniejszych badań.
Opis kryształu odpowiadał temu, co znajdowało się teraz w laboratorium. Wspomniano również o tabliczce i podano dokładne położenie obu przedmiotów w chwili ich odnalezienia w krypcie, łącznie z odległością między nimi. Dawało to pewne wyobrażenie o pierwotnym układzie artefaktów, ale niczego nie wyjaśniało.
Pod koniec dokumentu pojawiało się nazwisko profesora Aleksandra Morozowa. Krótka adnotacja mówiła, że po eksperymentach polowych z kryształem doznał uszkodzenia neurologicznego. Nie podano, na czym te eksperymenty polegały.
Drugim nazwiskiem był Wiktor Sokołow. Przy nim znalazła się jedynie wzmianka o nieudanych badaniach prowadzonych później w „obiekcie Ural” oraz informacja, że po pewnym czasie wykryto u niego guza mózgu. Nie dożył czterdziestki. Raport nie wyjaśniał, co badano za Uralem ani jaki związek miało to z artefaktami z Uruk. Jedna z końcowych notatek świadczyła jednak, że Rosjanie nigdy nie przestali szukać kryształu.
„Utrzymywać dyskretną obserwację stanowisk Uruk. W przypadku natrafienia przez któregokolwiek z agentów na granatowy kryształ meldować natychmiast. Obiekt o najwyższym znaczeniu dla państwa radzieckiego i Partii.”
Marecki przeczytał notatkę kilka razy. Raport nie dawał odpowiedzi. Potwierdzał jedynie, że ktoś przed nimi próbował zrozumieć te przedmioty i zapłacił za to wysoką cenę.
Jedno pozostawało niezmienne. Za każdym razem, kiedy Marecki długo pracował nad tabliczką, zaczynała boleć go głowa. Najpierw lekko, potem coraz mocniej. W nocy wracały sny o pustyni, kamiennych korytarzach i twarzy dziewczyny, której przez lata starał się nie pamiętać.
Przełom przyszedł jedenastego dnia, tuż przed świtem.
Marecki wszedł do laboratorium z kubkiem zimnej kawy i stanął przy głównej konsoli. Po raz trzeci spróbował wprowadzić sekwencję cyfr w dotykowy panel. Zesztywniałe od braku snu palce ześlizgiwały się po gładkim szkle terminala. Nad górną wargą poczuł nagłe ciepło. Potarł nos wierzchem dłoni. Krew natychmiast ubrudziła biały rękaw laboratoryjnego fartucha.
— Janusz, twój mózg się wypala. Długo tak nie pociągniesz — powiedział Hryniewicz.
Marecki sięgnął po papierową chusteczkę.
— Najpierw niech mi powie, dlaczego od dziesięciu dni udaje rejestr dostaw jęczmienia.
Na ekranie obracał się trójwymiarowy skan tabliczki. Jawny tekst mówił o zbożu, magazynach i liczbie przepracowanych dni. Program przeznaczony do rekonstrukcji pisma klinowego uparcie wracał do tej samej interpretacji, resetował biblioteki matematyczne i gubił układ znaków znajdujących się pod zapisem gospodarczym.
— Bo nasz program szuka języka — powiedział Marecki. — A to nie są słowa.
Wyłączył warstwę znaków gospodarczych. W przestrzeni zostały punkty, łuki i przecinające się wektory. Obrócił model o dziewięćdziesiąt stopni.
Hryniewicz pochylił się nad obrazem.
— To nie jest ukryty tekst.
— Nie. To geometria.
— Mapa?
— Instrukcja. Albo zamek.
Marecki odwrócił się do konsoli.
— Uruchom ostatnią warstwę analizy fraktalnej.
Syntetyczny głos odpowiedział z głośnika:
POTWIERDŹ AUTORYZACJĘ POZIOMU PIĄTEGO
— Marecki. Kod Delta-Siedem.
Docisnął zakrwawiony kciuk do skanera biometrycznego. Model zadrżał. Mikroskopijne nacięcia na tabliczce zaczęły układać się w trójwymiarową siatkę. Część linii przecinała się pod kątami, których ziemski program nie potrafił poprawnie narysować. Orzeł wszedł w krąg światła. Zatrzymał wzrok na zakrwawionym mankiecie Mareckiego, ale nic nie powiedział.
— Widzicie? — Marecki wskazał model. — To instrukcja zapisana geometrią.
Przeniósł wzrok na kryształ.
— Kiedy znaleźli go Rosjanie, podali do niego energię z generatorów. Coś poszło im wtedy nie tak. Zróbmy to na mniejszą skalę. Niewielki impuls do tabliczki. Skoro Oko reaguje na mnie, zobaczymy, co zrobi z tą geometrią.
Przyciągnięto do pomieszczenia maszynę do mierzenia fal mózgowych i podłączono sensory do skroni Mareckiego. Tabliczkę zaś umieszczono na matrycy magnetycznej i powoli zbliżono do kryształu. Dwie małe cewki skierowane na nią przesłały mały impuls elektryczny.
Przy odległości półtora metra czujniki zarejestrowały anomalię. Przy metrze smugi wewnątrz kryształu obróciły się ku wyszczerbionemu narożnikowi gliny.
Marecki poczuł ból pod lewą skronią. Przed oczami, jak w śnie na jawie, przemknęły mu z zawrotną prędkością obrazy z minionych lat. Pustynia, stanowiska archeologiczne, Samira, medalion, kryształ. Potem znowu pustynia i noc. Dziwnie nieruchome gwiazdy. Nagle skalista, szara powierzchnia, rozległa jak pole regolitu, a nad nią ponownie te same nieruchome, nienaturalnie wyraźne gwiazdy.
— Mamy reakcję — powiedział technik.
Tabliczka zadrżała w uchwycie. Na monitorze pojawiła się siatka linii wychodzących poza jej powierzchnię i łączących ją z kryształem.
— Przerwać próbę — powiedziała doktor Marta Rosińska, obserwując Mareckiego.
— Jeszcze chwila.
Ból przesunął się za oczy. Na ekranie EEG gwałtownie wzrosła aktywność płatów potylicznych. W powietrzu między gliną a kryształem Marecki zobaczył brakujące linie. Istniały wyłącznie w jego widzeniu; kamery pozostawały ślepe, a on znał ich przebieg z pewnością, która wywołała większy lęk niż sam ból.
— Uzupełnia uszkodzony fragment tabliczki bezpośrednio w mojej głowie — wyszeptał.
— Albo wykorzystuje pański mózg do stworzenia brakującego obrazu — powiedziała Rosińska.
Marecki poczuł ciepło na ustach. Krew z nosa spadła mu na laboratoryjny fartuch. Lekarka coś krzyknęła, a Janusz przestał widzieć laboratorium. Stał na równinie pod rdzawym niebem. Nad horyzontem wisiał ogromny szary glob, zajmujący niemal połowę sklepienia. Przed konstrukcją przypominającą bramę czekała dziewczyna ze związanymi włosami. Gdy odwróciła głowę, Marecki poczuł znajome ukłucie pod żebrami, starsze niż laboratorium i wszystkie wykresy. Uśmiechnęła się, zanim zniknęła. Twarz dziewczyny należała do pamięci, którą przez czterdzieści sześć lat próbował zamknąć razem ze skrzynią.
Doświadczenie miało ciężar obecności. Suchy chłód drażnił skórę, oczy piekły od piasku, pod stopami czuł kamienisty grunt, a obce powietrze zalegało w płucach jak zbyt gęsty gaz. Wiedza o jakiejś tajemnicy prowadzącej gdzieś w nieokreślone miejsce pojawiła się w nim bez słów i bez źródła.
Wizja zgasła.
Laboratorium wróciło razem z bólem i smakiem krwi. Z lewej strony obraz urywał się w ciemną plamę.
— Samira — powiedział Marecki.
Doktor Rosińska podsunęła mu dwa palce z lewej strony. Zobaczył je dopiero wtedy, gdy niemal dotknęły jego twarzy.
Orzeł przerwał próbę.
— Kim jest Samira?
Janusz uciskał nos podanym przez lekarkę gazikiem. Przez kilka sekund rozważał, czy nadal milczeć. Potem opowiedział o komorze pod Uruk, ucieczce kanałami, śmierci braci Samiry i pościgu. O dziewczynie, która przekazała mu kryształ, tabliczkę oraz medalion, a później odciągnęła Rosjan na północ.
— Przeżyła? — zapytał Orzeł.
— Nigdy się nie dowiedziałem.
— Dlaczego wcześniej pan o tym nie powiedział?
— Ojciec kazał mi nikomu o niej nie mówić, a przez lata uznałem tę historię za zamkniętą. Nie wiedziałem, czy to, co widzę, było zapisem kryształu, czy wspomnieniem piętnastolatka. Teraz kryształ sam wyciągnął to wspomnienie z mojej pamięci.
— Przez dziesięć dni prowadził pan eksperyment i nie powiedział nam pan, że Samira wcześniej miała kontakt z tym artefaktem.
Marecki milczał.
— Dla tego urządzenia pańskie wspomnienia mogą być częścią mechanizmu — dodał Orzeł.
Hryniewicz wyświetlił zapis z pierwszej próby.
— Jest coś jeszcze. Reakcja twojego mózgu zaczęła się jedenaście milisekund przed impulsem kryształu. Podaliśmy napięcie do tabliczki, ale kryształ zareagował również, pomimo braku jakiegokolwiek zasilania.
Marecki pochylił się nad wykresem.
— Najpierw bada obserwatora. Dopiero później odpowiada.
Wyjął spod koszuli medalion.
— Samira nazywała kryształ Sercem. Ten znak nosili jego strażnicy.
Smuga wewnątrz kryształu rozjaśniła się i skierowała ku medalionowi. Najpierw zawył alarm pola. Pół sekundy później dołączyły czujniki zasilania i aparatura medyczna. Energia w układzie wzrosła mimo odłączenia stanowiska. Impuls pojawił się kolejno w przewodach czujników, zasilaniu awaryjnym i wewnętrznej sieci. Na monitorach rozbłysnął symbol zamkniętego oka.
Po sekundzie ekrany zgasły.
Awaryjne lampy włączyły się z opóźnieniem. W ciemności Marecki słyszał wentylatory zwalniające jeden po drugim i urywany oddech technika przy konsoli.
Kryształ nadal świecił.
Kiedy odzyskali część zasilania, jeden z komputerów uruchomił się ponownie. Zamiast obrazu systemu na czarnym ekranie pozostał nieruchomy zapis:
AN
— Jasna cholera. Co to było? To coś pobrało energię elektryczną z naszej sieci. Nie wiem, jak. Przeszło przez zabezpieczenia, usmażyło nam kilka komputerów i pozbawiło zasilania połowę dzielnicy. A następnie wygenerowało impuls. Wysłało go z budynku przez instalację energetyczną do sieci. Nie wiem, jak to możliwe — zameldował technik WAT. — Nie znamy kierunku ani odbiorcy.
— Mógł szukać źródła energii — powiedział Hryniewicz, patrząc na kryształ.
Orzeł wskazał ekran.
— A to? Po co zostawił ten znak? To dla nas czy dla kogoś innego? Zaznaczyło nas?
Marecki ścisnął medalion. Metal był gorący.
— Samira mówiła, że otwarte oko patrzy również na tego, kto zagląda.
— Co to znaczy?
— Że ktoś mógł zauważyć próbę. Mógł zostać powiadomiony.
Hryniewicz omiótł wzrokiem martwe monitory.
— Od tej chwili kryształ ma kryptonim „Oko Przeszłości”. Program: „Giewont”. Przygotować pełną dokumentację. Analogową i cyfrową. Żadnego połączenia z siecią zewnętrzną. I musimy założyć jakieś mocniejsze zabezpieczenia, żeby ten artefakt sam z siebie nie pobierał więcej energii z instalacji bez naszej wiedzy.
— Potrzebuję czasu — powiedział komandor, patrząc na rektora Hryniewicza.
— Właśnie przestał go pan mieć. Chcę wiedzieć, co zobaczyliśmy i kto mógł zobaczyć nas. Wzmocnić ochronę budynku WAT.
Rozdział 5. Pamięć blizny
Moskwa, listopad 2020 roku
Jakiś czas po impulsie z Warszawy generał lejtnant Ilja Wołkow otworzył archiwum, do którego nie zaglądał od lat.
Na ekranie widniała sygnatura:
OPERACJA „MEZOPOTAMIA-7”
URUK / NASIRIJA / BAGDAD
ROK: 1974
Status: niezamknięta
W podziemnym centrum analitycznym na Chodynce algorytmy wyszukiwały powiązania między rzeczami pozornie niepowiązanymi ze sobą.
Za pancerną szybą kapitan Abramow porównywał skok poboru energii w warszawskim laboratorium polskiej jednostki badawczej Wojskowej Akademii Technicznej z ruchem i zachowaniem polskich służb wokół samego obiektu oraz przemieszczeniem się wojsk w rejonach i sektorach zainteresowania WAT. Ślad zaczynał się kilkanaście dni wcześniej. Wtedy konto działu digitalizacji otworzyło w polskim systemie muzealnym dokumentację ekspedycji z Uruk. Pod pretekstem utrwalenia danych na nośnikach elektronicznych. Wkrótce potem jedną ze skrzyń przewieziono do WAT w celu tłumaczenia zaawansowanymi metodami z użyciem sztucznej inteligencji. Tyle udało się wyciągnąć z ich tajnej sieci.
Wołkow uznał zbieżność za dowód.
Impuls trwał krócej niż sekundę, lecz narastał szybciej, niż pozwalała infrastruktura budynku. Część sygnału rozeszła się po polskiej sieci energetycznej. Reszta zniknęła. Analitycy nie znaleźli celu transmisji ani urządzenia zdolnego wytworzyć podobny przebieg.
— Pełne archiwum — polecił Abramowowi. — Łącznie z załącznikami medycznymi.
— Część dokumentów istnieje tylko na papierze.
— Sprowadź je. Chcę też wszystko, co po śmierci Morozowa przejęły laboratoria wojskowe.
Abramow nie zapytał, dlaczego dawna ekspedycja interesuje generała bardziej niż bieżące operacje. Wystarczyło nazwisko Wołkowa na liście jej uczestników.
Pierwsze fotografie przedstawiały radziecki obóz, kamienną komorę i postument z dwoma pustymi zagłębieniami. Na kolejnej klatce jasna plama przesłaniała przedmiot owinięty płótnem.
Obóz udawał stanowisko archeologiczne. Namioty ustawiono jednak tak, aby zachować pole ostrzału, a skrzynie z aparaturą leżały bliżej samochodów niż wykopu. W komorze sumeryjskie znaki przecinały linie należące do starszego systemu. Wołkow dotknął blizny biegnącej od żuchwy ku szyi. Blizna przechowała noc w Uruk wierniej niż raporty. W oficjalnym wykazie jego rana zajmowała jedną linijkę: uraz twarzy podczas pościgu. Gwałtowny skręt UAZ-a i stalowy uchwyt, który rozciął skórę od żuchwy ku szyi, zniknęły z dokumentacji. Służby wolały wygładzić przypadek, niż przyznać, jak często to właśnie on rozstrzygał wynik operacji.
Nocny napad również sprowadzono do kilku formuł. Dwóch strażników zginęło w obozie. Dwóch napastników zabito podczas pościgu. Profesor Morozow doznał urazu neurologicznego po kontakcie z obiektem.
Przy kobiecie zanotowano:
Cel prawdopodobnie zlikwidowany. Ciało utracone w terenie.
Poniżej ktoś dopisał:
Śmierć potwierdzona przez oficera uczestniczącego w pościgu. Pod adnotacją widniał podpis Wołkowa — ostry i pospieszny, postawiony ręką dwudziestolatka, który chciał udowodnić przełożonym, że nadaje się do służby.
— Nie znaleźliście ciała? — zapytał Abramow.
— Nie.
Młody Wołkow widział krew na piasku, strzęp ciemnej tkaniny i sylwetkę znikającą za glinianym murem. Dalej tropy mieszały się ze śladami jakichś ludzi. Dowódca potrzebował zamkniętego raportu, zanim sprawą zainteresują się Irakijczycy. Wołkow podpisał dokument. Wtedy brak pytań uważał za dowód lojalności.
— Mogła przeżyć — stwierdził Abramow.
— Mogła.
Wołkow zamknął fotografię szybciej, niż wymagała analiza. Imienia Samiry nie musiał odczytywać z raportu. Młodość, młoda kobieta, on. Nie wszystko trafiło do dokumentacji i nie wszystko było przypadkiem. Generał otworzył fotografie przejęte wiele lat później z archiwum polskiej ekspedycji. Na skraju jednego kadru zobaczył piętnastoletniego chłopca stojącego obok ojca. Następnie porównał chłopca ze współczesną fotografią doktora Janusza Mareckiego, archeologa współpracującego z Wojskową Akademią Techniczną. Czas zmienił rysy, włosy i linię ust. Spojrzenie pozostało to samo.
Wołkow rozpoznał je, zanim program wyświetlił nazwisko. Wrócił do niego obraz sprzed ponad czterdziestu lat. Polski chłopiec biegł wzdłuż suchego kanału, przyciskając coś do piersi. Wołkow zauważył go, lecz wszystkie reflektory skierowano na postać uciekającą na północ.
— Szukaliśmy niewłaściwej osoby — powiedział.
Abramow wywołał polskie rejestry muzealne. Skrzynię Stanisława Mareckiego przyjęto w 1975 roku jako materiał pomocniczy pozbawiony wartości badawczej: fragmenty ceramiki, kamienie i osad z sektora dwunastego. Raz skontrolowano ją w latach osiemdziesiątych, nie naruszając dolnej warstwy. Jedenaście dni wcześniej trafiła do digitalizacji, a jeszcze tego samego wieczoru — na podstawie utajnionej decyzji o konieczności badania tłumaczenia przy pomocy sztucznej inteligencji — do Wojskowej Akademii Technicznej.
— Nazwa projektu? — zapytał Wołkow.
— W przechwyconych metadanych: „Giewont”. Dostęp ma kilka osób. Po impulsie zaczęli przygotowywać transport.
Wołkow oparł się ciężej o fotel.
Stanisław Marecki wybrał kamuflaż skuteczniejszy od sejfu: urzędniczą obojętność.
— Pokaż dokumentację Morozowa.
Po powrocie z Iraku profesor Aleksandr Morozow cierpiał na napady, krwotoki z nosa i zaburzenia rozpoznawania twarzy. Opowiadał lekarzom o pomieszczeniach znajdujących się pod powierzchnią jakiejś innej planety. Diagnozowano uraz neurologiczny i halucynacje.
Na zdjęciach wykonanych kilka miesięcy po ekspedycji włosy Morozowa były niemal białe, a lewa powieka opadała na oko. Z czasem przestał mówić lekarzom o innych planetach. W kartach uznano to za poprawę. W prywatnych notatkach nadal rysował korytarze, zamknięte komory i światło poruszające się pod gruntem.
Jeden z zapisków brzmiał:
Obiekt nie pokazuje obrazu. Umieszcza obserwatora w relacji z zapisem. Człowiek sądzi, że patrzy w przeszłość, lecz nie zna kierunku właściwego spojrzenia. Ostatnie zdanie Morozow podkreślił dwukrotnie: Każdy odczyt może być widoczny po drugiej stronie.
— Po jakiej stronie? — zapytał Abramow.
— Morozow tego nie ustalił. Zabrakło nam czasu.
Kolejny plik dotyczył fizyka Wiktora Sokołowa. Uczestniczył w czterech próbach w tajnym obiekcie daleko na wschodzie. Projekt „Ural”. W celu badania widniał opis „przetworzenie danych z obcego zapisu”. Dokumenty nie wyjaśniały nic więcej. Nie było podanych żadnych innych danych.
Po pierwszej próbie Sokołow cierpiał na bóle głowy. Po drugiej widział nieznane miejsca. Podczas trzeciej przez kilka minut mówił językiem, którego nie rozpoznał żaden lingwista. Czwarta skończyła się masywnym krwotokiem i utratą przytomności.
Do raportów z dwóch ostatnich prób dołączono wykresy EEG oraz pomiary z trzech niezależnych zegarów. W obu przypadkach zmiana aktywności mózgu Sokołowa zaczynała się przed impulsem układu badawczego. Różnica mieściła się blisko granicy dokładności aparatury, lecz kolejność zdarzeń pozostawała taka sama. Technicy uznali wynik za błąd synchronizacji. Na marginesie widniała odręczna notatka: „Najpierw użytkownik. Potem odpowiedź.” Następnie badania przerwano ze względu na pogarszający się stan zdrowia Sokołowa i już nigdy do nich nie wrócono.
Na odwrocie fotografii z laboratorium ktoś napisał: Kontakt potwierdzony. Użytkownik niepełny.
— Przechwyciliśmy podobną sekwencję z Warszawy — powiedział Abramow.
Na ekranie wyświetliły się dwa słowa:
ROZPOZNANY. USZKODZONY
— Nie mamy danych medycznych z polskiego stanowiska — dodał Abramow. — Sieć badawcza jest odcięta. Widzimy tylko skutek w instalacji energetycznej i tę sekwencję.
Wołkow zatrzymał wzrok na wykresach Sokołowa.
— Jeżeli mechanizm się nie zmienił, urządzenie odpowiedziało na człowieka. Nie człowiek na urządzenie.
Człowiek mógł być operatorem, kluczem albo badanym elementem systemu. Polacy nie wiedzieli, którą z tych funkcji pełni Marecki. Wołkow ponownie przeczytał ostrzeżenie Morozowa. Polacy uruchomili urządzenie, zanim ustalili, czy mają do czynienia z archiwum, nadajnikiem czy fragmentem większej konstrukcji. Określenia „niepełny” i „uszkodzony” sugerowały system zdolny oceniać użytkowników albo porównywać ich z zapisanym wzorcem.
— Jeżeli nauczą się odczytywać dane, uzyskają przewagę, której nie potrafimy oszacować — powiedział Abramow.
— Przewagę można ukraść albo zniszczyć. Możliwe, że wtedy nie mieliśmy wszystkich elementów układanki. Czegoś, co otworzyłoby nam dalszą drogę. A teraz Polacy mogą mieć komplet. Kto kieruje projektem?
Abramow wyświetlił trzy nazwiska.
Janusz Marecki miał wspomnienia z Uruk i kontakt z kryształem. Generał Bogdan Hryniewicz zapewniał zaplecze naukowe. Komandor Konrad Orzeł odpowiadał za ochronę programu i decyzje, których uczeni nie chcieli podejmować sami. Polacy zgromadzili właściwych ludzi wokół przedmiotu, zanim poznali jego działanie.
— Te ostatnie badania wyłączyły zasilanie w części miasta. Właśnie pojawiła się sygnatura transportowa. Chcą coś wywieźć i ukryć.
— Musimy wiedzieć więcej. Musimy wejść do środka — zdecydował Wołkow.
— Cybernetycznie?
— Fizycznie. Sieć mogą odłączyć. Ludzi wciąż muszą wpuszczać.
Każde laboratorium potrzebowało wody, sekretariaty papieru do drukarek, przesyłek z korespondencją i ludzi, których twarzy nikt nie zapamiętywał. Najlepszy kamuflaż zaczynał się zwykle dopiero za drzwiami, przez które codziennie przechodził dostawca. Wołkow wybrał numer przechowywany poza zwykłym rejestrem.
— Aleksiej, pojedziesz do Warszawy.
— Cel?
— Wojskowa Akademia Techniczna. Potwierdzisz obecność przedmiotu i ustalisz sposób transportu. Bez próby przejęcia.
— Termin?
— Natychmiast. Wejdziesz jako dostawca. Krótkie transmisje. Żadnej improwizacji.
Przesłał krótki opis zadania, plan skrzydła laboratoryjnego i harmonogram dostaw. Na końcu dołączył zdjęcie osób biorących udział w projekcie oraz dodatkowo archiwalne zdjęcie Mareckiego. Po zakończeniu rozmowy Wołkow wrócił do własnego podpisu pod raportem o śmierci Samiry. Przez tyle lat uważał bliznę za pamiątkę po nieudanym pościgu. Teraz przypominała mu chwilę, w której patrzył najważniejszemu świadkowi w oczy i nie zrozumiał, że chłopiec zdążył ukryć przedmiot.
Tym razem Marecki miał pozostać w jego zasięgu.
Rozdział 6. Kontrwywiad
Warszawa, następny dzień
Furgonetka z logo firmy dostarczającej wodę stała kilkadziesiąt metrów od bocznego wjazdu na teren Wojskowej Akademii Technicznej. Prawdziwy kurier leżał pod stertą pustych baniaków w części bagażowej. Miał przetrącony kark. Aleksiej Żurawin poprawił kurtkę z firmowym logo i wyjął dziewiętnastolitrową butlę. Podrobione dokumenty, skradziony samochód i uniform wyglądały bez zarzutu. W oprawce okularów pracowała kamera. Pod paskiem zegarka ukryto nadajnik krótkiego zasięgu, a w podstawie butli — rejestrator zmian pola.
Rozkaz Wołkowa był prosty: wejść, potwierdzić obecność przedmiotu, ustalić sposób transportu. Nie próbować przejęcia. Nocna mżawka zostawiła na asfalcie płytkie kałuże. Błoto na białym lakierze i kilka zarysowań przy tylnych drzwiach sprawiały, że furgonetka wyglądała dokładnie tak, jak powinna.
Żurawin ruszył ku wejściu.
W biurze przepustek podał nazwisko kuriera. Zostawił w depozycie tani telefon, okazał dokumenty i pozwolił sprawdzić torbę.
— Czwarte piętro, potem w prawo — powiedziała kobieta za szybą. — Nie przekraczać czerwonych linii.
Skinął głową i ruszył dalej, lekko ugięty pod ciężarem butli. Major Marta Wolska ze Służby Kontrwywiadu Wojskowego zobaczyła jego twarz na monitorze pół minuty później. Przed ewakuacją projektu poleciła sprawdzać każdą usługę zewnętrzną. Firma widniała w systemie, nazwisko również. Dostawę anulowano jednak poprzedniego wieczoru. Powiększyła obraz z bramki. Mężczyzna przypominał właściwego kuriera, ale analiza wskazała inny kształt uszu i nieznacznie odmienny rozstaw źrenic.
— Zamknąć boczne wyjścia. Bez alarmu — rozkazała. — Niech dojdzie do celu. Chcę wiedzieć, czego szuka.
Dwaj tajni funkcjonariusze polskiego SKW stojący przed wejściem udawali normalnych przechodniów zajętych rozmową. Nagle przestali gestykulować, schowali telefony i weszli do budynku osobnymi drzwiami. Wolska prowadziła go przez kolejne kamery. Mężczyzna omijał ludzi wzrokiem, za to liczył skrzyżowania korytarzy, czytniki i wejścia techniczne. Na czwartym piętrze wybrał właściwe pomieszczenie, chociaż drzwi nie miały oznaczenia.
Wolska połączyła się z Orłem.
— Mamy infiltrację. Fałszywy kurier zna układ budynku.
— Obserwować. Chcę wiedzieć, czy działa sam.
Żurawin wszedł do pomieszczenia z dystrybutorem. Przez grubą szybę widział laboratorium, w którym technicy pakowali aparaturę. Na tytanowym stojaku spoczywał czarny kryształ. Pęki przewodów łączyły go z czujnikami rozmieszczonymi wokół ceramicznego gniazda. Obok, na matrycy magnetycznej, leżała gliniana tabliczka.
Dalej stało szare urządzenie wielkości pralki, spięte z szafą serwerową. Z jego tylnej obudowy wychodziły trzy niezależne przewody wysokiego napięcia biegnące ku zewnętrznemu transformatorowi. Żurawin pojął źródło anomalnego poboru energii. Oglądał stanowisko przygotowywane do zasilenia konstrukcji, która jeszcze nie istniała. Muzealny zabytek leżący na tytanowym stojaku miał stać się jej rdzeniem. Ustawił głowę tak, aby kamera objęła artefakty, przewody, oznaczenia pojemników i twarze ludzi przy konsolach.
Rozpoznał Janusza Mareckiego.
Doktor miał zapadnięte policzki i zaczerwienione oczy. Kiedy Żurawin skierował na niego kamerę, Marecki odwrócił głowę i spojrzał prosto w szybę.
Agent powstrzymał odruch cofnięcia się.
W pomieszczeniu ochrony technik zauważył krótkie zakłócenia radiowe.
— Nadajnik w okolicy głowy. Prawdopodobnie w okularach.
— Zagłuszyć po potwierdzeniu transmisji — zdecydowała Wolska.
— Wysłał trzy pakiety.
— Dość.
Żurawin wymienił butlę. Z jej podstawy odczepił niewielki krążek i wsunął go za obudowę dystrybutora. Rejestrator miał zbierać zmiany pola i drgania dochodzące z laboratorium. Zadanie miał wykonane, a rozsądek podpowiadał powrót do wyjścia, zanim ochrona zacznie porównywać twarze z listą dostawców. Zauważył jednak drzwi serwisowe odpowiadające planowi przesłanemu z Moskwy. Za nimi biegł korytarz wzdłuż laboratorium. Dodatkowe trzydzieści sekund mogło ujawnić sposób wyniesienia artefaktów. Rozkaz ograniczał go do potwierdzenia celu i sposobu transportu. Żurawin rozciągnął pojęcie rekonesansu o dodatkowe trzydzieści sekund.
Znał ten mechanizm aż za dobrze: najpierw człowiek poprawiał rozkaz we własnej głowie, potem raport musiał tłumaczyć, dlaczego wszystko poszło źle.
Skręcił w korytarz serwisowy.
— Brać go — powiedziała Wolska.
W odbiciu szyby zobaczył dwóch ludzi nadchodzących z przeciwnych stron. Odstawił butlę. Rękę opuścił ku pasowi.
— Nie robiłbym tego — ostrzegł jeden z funkcjonariuszy.
Żurawin cisnął w niego butlą. Pojemnik uderzył w ścianę i pękł. Woda rozlała się po posadzce. Agent pchnął drzwi bocznej klatki schodowej i zaczął zbiegać, przeskakując po kilka stopni. Buty ślizgały się na wytartym lastryku. Za nim ruszyli ludzie Wolskiej.
Na trzecim piętrze wyciągnął pistolet z tłumikiem. Broń wykonana z kompozytów była niewykrywalna dla skanerów przy wejściu. Odwrócił się i oddał dwa szybkie strzały w górę biegu schodów. Pociski rozłupały tynk. Odpowiedział mu huk broni polskich kontrwywiadowców. Kule wybiły szybę w oknie na górze klatki schodowej. Dopadł do parteru. Szarpnął za klamkę i wypadł na zewnątrz. Przed nim rozciągał się betonowy plac, mokry od deszczu i pusty. Blade popołudniowe światło odbijało się w kałużach.
Przez ułamek sekundy uwierzył w ucieczkę.
Pocisk wszedł pod lewą łopatkę, przebił serce i wyszedł przez mostek. Żurawin zrobił jeszcze dwa kroki. Potem nogi złożyły się pod nim. Dwaj ścigający wypadli z klatki schodowej i niemal potknęli się o ciało. Zza zaparkowanej furgonetki wyszło dwóch innych mężczyzn. Jeden schował pod płaszcz krótki karabin z lunetą. Drugi trzymał już przy ustach mikrofon.
— Centrala, cel zlikwidowany.
Wolska podeszła do martwego agenta. Zdjęła mu okulary, zerwała zegarek i wyjęła broń. Technik przyklęknął obok, odciął fragment kołnierza i wydobył z niego szklaną kapsułkę.
— Cyjanek — powiedział.
— Nie zdążył.
Od strony głównej bramy nadbiegło dwóch umundurowanych policjantów. Byli młodzi i przerażeni. Wyciągając broń, weszli sobie nawzajem w linię strzału.
— Stój! Nie ruszać się!
Mężczyzna z karabinem nawet nie drgnął. Jego partner powoli wyjął skórzane etui i pokazał odznakę.
— Spokojnie, panowie. Nie zróbcie sobie krzywdy. Kontrwywiad. Opuśćcie broń.
Policjanci spojrzeli na ciało, ludzi w cywilnych ubraniach i krew spływającą z krawędzi chodnika do deszczowego odpływu. Jeden z nich schował pistolet. Drugi nadal trzymał broń oburącz, ale przestał wiedzieć, w kogo celuje. Wolska wróciła do budynku. Rejestrator znaleziony za dystrybutorem zawierał jedenaście pakietów danych. Trzy miały znacznik potwierdzonej transmisji.
— Co zdążył wysłać? — zapytał Orzeł.
— Pierwszy pakiet: kryształ i tabliczka. Drugi: Marecki oraz ludzie przy konsolach. Trzeci: część stanowiska, przewody zasilające i oznaczenia pojemników.
— Wiedzą o transporcie?
— Nie znają tras ani terminu. Wiedzą, że pakujemy aparaturę.
Zegarek Żurawina służył również jako podręczna pamięć odprawy. Większość danych była zaszyfrowana, lecz zagłuszenie przerwało aktywną sesję, zanim urządzenie zdążyło wyczyścić pamięć roboczą. Na stole leżał wydruk odzyskanego pliku: fotografia Mareckiego wykonana przed muzealnym magazynem. W metadanych umieszczono cztery nazwiska: Marecki. Hryniewicz. Orzeł.
Komandor złożył wydruk.
— Projekt opuszcza Warszawę w ciągu godziny.
— Transport miał ruszyć wieczorem — przypomniał Hryniewicz.
— Ten plan właśnie przestał istnieć.
Artefakty miały wyjechać osobno. Kryształ tunelem technicznym, ukryty w transporcie aparatury geologicznej. Tabliczka samochodem konserwatorów. Ambulans z Mareckim miał poruszać się między nimi. Dodatkowe fałszywe kolumny pokażą obserwatorom inne kierunki. Następnie kolumny miały się podzielić, część miała wrócić, żeby znowu wyjechać w celu wprowadzenia jak największej dezinformacji. Kiedy technicy wynieśli tabliczkę z laboratorium, medalion na piersi Mareckiego zaczął się minimalnie nagrzewać.
— Dziwne. Zatrzymajcie ich.
Ruch ustał. Temperatura przestała rosnąć. Po cofnięciu pojemnika metal powoli ostygł.
Hryniewicz sprawdził wykresy.
— Przy rozdzielaniu pojawiają się przeciwne impulsy. Kiedy położenie przestaje się zmieniać, faza się stabilizuje. Kryształ i tabliczka próbują zachować synchronizację.
— Granica? — zapytał Orzeł.
— Nie znamy jej. To coś leżało tyle czasu nieaktywne, a teraz, od momentu, gdy pobrało energię elektryczną, zachowuje się niezwykle dziwnie.
— Utrzymamy transporty w stosunkowo bliskiej odległości. Jeżeli faza zacznie się rozjeżdżać, kolumny mają się zbliżyć.
— Marecki jedzie w ambulansie między nimi — zdecydował Orzeł. — Oko reaguje na niego wcześniej niż aparatura.
Pierwsze fałszywe kolumny ruszyły przed właściwą wysyłką. Jechały w różne miejsca w kraju, do baz wojskowych, do jakichś magazynów, a niektóre na stacje paliw w sąsiednim mieście i zawracały, żeby wyruszyć ponownie. Prawdziwe transporty były wplecione pomiędzy ten ruch. Właściwy kryształ opuścił Akademię tunelem. Tabliczka wyjechała kilka minut później. Kierowcy otrzymywali kolejne odcinki trasy dopiero po minięciu punktów kontrolnych. Warszawa i budynek WAT znikały za przyciemnionymi szybami ambulansu.
Marecki myślał o wizjach i o Samirze, która pojawiała się w jego głowie. Jeżeli Oko potrafiło przenosić pamięć, metafora okna na przeszłość stawała się zbyt łagodna. Urządzenie mogło wybierać, co człowiek zabierze ze sobą po odejściu od niego. Ambulans skręcił na południe. Krążył. Znowu zmienił kierunek.
Pod Górą Zelejową czekał obiekt wykuty w skale.
Rozdział 7. Giewont
Transport dotarł pod Górę Zelejową przed świtem. Deszcz rozmazywał światła na mokrej szosie. Pojazdy skręciły przy nieoznaczonej bramie i zniknęły między ścianami starego kamieniołomu. Hala wciśnięta pod zbocze figurowała jako zaplecze geologiczne; za nią zaczynał się jeden z najlepiej ukrytych obiektów wojskowych w kraju.
Kontrola trwała dłużej niż ostatni odcinek drogi. Sprawdzono kierowców, plomby, podwozia i komory silników. Po wtargnięciu Żurawina procedury opierały się już wyłącznie na sprawdzaniu, mierzeniu i ponownym sprawdzaniu. Oraz na weryfikacji w kontroli osobistej.
— Kryształ jest już w kompleksie — powiedział Orzeł, gdy sanitariusz otworzył drzwi ambulansu. — Tabliczka dotrze osobno za chwilę.
Marecki wysiadł, podpierając się o bok ambulansu. Gwałtowniejszy ruch przywrócił zawroty głowy; ubytek w lewym polu widzenia pozostał po ostatniej aktywacji.
Rosińska obejrzała go jeszcze w ambulansie. Krótkie badanie nie wykazało świeżego krwawienia. Ubytek pola widzenia został, ale poza tym parametry wróciły do normy. Na poziomie minus trzy czekał Hryniewicz. Nie spał od ewakuacji WAT.
— Kryształ jest w komorze C-4. Wysyła słabe impulsy co kilkadziesiąt sekund.
— Dokąd?
— Do pomieszczenia przygotowanego dla tabliczki.
— Tabliczki jeszcze tu nie ma.
— Dlatego powinieneś zobaczyć wykres.
Komorę C-4 osłonięto betonem, stalową siatką i warstwą tłumiącą zakłócenia elektromagnetyczne. Kryształ spoczywał na ceramicznym uchwycie bez zasilania. Kamery cyfrowe pracowały równolegle z analogowymi, a trzy niezależne zegary sprawdzały kolejność zdarzeń. Hryniewicz rozwinął plan kompleksu na ekranie.
— Impuls pojawia się tutaj. Trzy mikrosekundy później słabsze zaburzenie pola rejestrujemy w pustej sali po wschodniej stronie.
— Odległość?
— Pięćdziesiąt trzy metry. Dwie ściany nośne, wygłuszające panele, korytarz i skała.
Marecki dotknął medalionu. Metal był zimny.
— Oko nie odpowiada pustemu pomieszczeniu. Rozpoznaje miejsce przygotowane dla drugiego elementu.
— To nie brzmi jak fizyka. Czy to ma świadomość? — zapytał Hryniewicz i rozejrzał niepewnie po hali.
— Fizyka nie przestaje działać tylko dlatego, że nie znamy równania. Co do świadomości, tak naprawdę nie wiemy, czym ona jest. Oko przechowuje jakieś dane, coś przetwarza, reaguje w sposób, którego nie rozumiemy. Można powiedzieć, że zachowuje się tak, jakby myślało. Ale nadal jest przedmiotem.
Do sali weszli Orzeł i Wolska. Major położyła na stole cienką teczkę.
— Zanim ponownie dopuścimy pana do artefaktów, musi pan uzupełnić zeznania.
Wewnątrz znajdował się prywatny raport datowany na czerwiec 1974 roku i podpisany przez Stanisława Mareckiego. Różnił się od wersji przekazanej kierownictwu ekspedycji: profesor opisał Samirę, pościg, medalion i kontakt syna z kryształem.
— Skąd to macie? — zapytał Marecki.
— Z depozytu uczelnianego. Po śmierci pańskiego ojca ktoś próbował wycofać kopię.
Wolska wyjęła niewyraźną fotografię wykonaną podczas konferencji archeologicznej w Bagdadzie. Na drugim planie, za grupą uczestników, stała kobieta o związanych włosach i w ciemnym płaszczu. Na czole widniała jasna kreska.
Na odwrocie Stanisław napisał:
Możliwa Samira. Bagdad, 1998. Marecki chwycił fotografię.
— Nigdy mi jej nie pokazał.
— Nie miał pewności — powiedział Hryniewicz.
— Albo wiedział, że nadal jej szukają.
Do raportu dołączono zestawienie polskiego kontrwywiadu. Radzieckie służby tropiły strażników przez co najmniej sześć lat. Później wracały do sprawy przy okazji kolejnych ekspedycji. Nazwisko Janusza pojawiało się w raportach z lat 1986, 1994 i 2003. Wołkow występował jako prowadzący albo konsultant.
— Ojciec odsuwał mnie od archiwów, wysyłał za granicę, niszczył listy — powiedział Marecki. — Myślałem, że mi nie ufa.
— Ukrywał pana — stwierdziła Wolska.
— Tak skutecznie, że ukrył przede mną moje własne życie.
Orzeł zamknął teczkę.
— Od tej chwili wszystkie wersje wydarzeń trafiają do wspólnego rejestru — powiedział Orzeł. — Koniec z prywatnymi pamiętnikami.
Ustalili cztery oddzielne rejestry: naukowy, medyczny, operacyjny i kontrwywiadowczy. Lekarz, naukowiec, dowódca i kontrwywiad otrzymali niezależne prawo przerwania próby. Surowe dane miały pozostać nienaruszone, również wtedy, gdy uznano je za błędne.
— Bez tego projekt stanie się samobójstwem albo bronią — powiedział Hryniewicz.
— Prawdopodobnie jednym i drugim — odparł Orzeł. — Ale zgoda.
Wykres drgnął.
Kryształ wysłał impuls. Trzy mikrosekundy później w pustym pomieszczeniu pojawiło się słabsze zaburzenie pola.
— Tabliczka jest już u nas na terenie obiektu — powiedziała Wolska.
— Ono już wie, gdzie ją położycie — odpowiedział Marecki. — Tylko skąd bierze energię? Może zasiliło się w Warszawie i teraz działa jak kondensator?
Nikt nie znał na to pytanie odpowiedzi.
Kiedy eskorta z tabliczką zjechała windą na dolny poziom, rytm impulsów przyspieszył. Technicy zatrzymywali pojemnik co kilka metrów. Im mniejsza była odległość od przygotowanej sali, tym krótsza przerwa dzieliła odpowiedzi obu przedmiotów.
Po ustawieniu tabliczki pięćdziesiąt parę metrów od kryształu oba sygnały weszły we wspólny rytm. Odległość była w linii prostej. Po drodze były ściany z żelbetonu mające wytrzymać uderzenie jądrowe i lita skała. Nie przeszkadzało to w niczym sygnałowi.
Orzeł zabronił dalszego zbliżania.
W głównej hali rozpoczęto przygotowywanie stanowiska. Wiertła wgryzały się w posadzkę pod ciężkie podstawy, zostawiając w powietrzu kamienny pył.
Rozłożono przewody i zamontowano mechaniczne odcięcia. Trzy linie wysokiego napięcia poprowadzono osobno do transformatorów ukrytych w zboczu, lecz pozostawiono je rozłączone.
Eksperymentalny akcelerator impulsowy z PIT-RADWAR-u przyjechał w częściach. Pierwotnie służył do badań nad oddziaływaniem silnych pól elektromagnetycznych na elektronikę pocisków hipersonicznych.
Skrzynie ustawiono pod ścianą i zaplombowano. Przebudowę można było rozpocząć dopiero po ustaleniu brakującej części geometrii.
Na ekranie w centrum kontroli obracała się wstępna rekonstrukcja Maski zmapowana z tabliczki. W Warszawie ustalili już, że pod sumeryjskim zapisem gospodarczym ukryto geometrię.
Problemem pozostawał wyszczerbiony narożnik. Sześć punktów otaczało pustą przestrzeń, a program nie potrafił odtworzyć brakującej relacji.
Hryniewicz zaznaczył przerwę kursorem.
— W Warszawie nazwałeś to instrukcją albo zamkiem.
— I przy tym zostaję. Teraz musimy ustalić, czego brakuje w narożniku. Bez tego nie wiemy, jak zbudować układ.
— Czyli nie wiemy, ile podstaw zamontować — powiedział porucznik inż. Michał Nowak.
Stał przy skrzyniach akceleratora z rękami ubrudzonymi smarem. Na jednej z nich ktoś przykleił kartkę: NIE OTWIERAĆ BEZ ZGODY MARECKIEGO.
Marecki przeczytał uwagę.
— Rozsądny zapis.
— Po Warszawie wolę zapytać dwa razy — odpowiedział Nowak.
Przez kolejne godziny sztuczna inteligencja pracowała już wyłącznie na oddzielonej w Warszawie warstwie geometrycznej. Problemem nie było ponowne odczytanie Maski, lecz odtworzenie brakującej relacji.
— Jeśli znajdziemy siódmy punkt, będziemy mogli sprawdzić, czy ten układ da się przełożyć na cewki — powiedział Marecki. — Dopóki go nie mamy, zbudujemy tylko kosztowny sposób na wysadzenie hali.
— Ile czasu? — zapytał Orzeł.
— Trzy dni na rekonstrukcję uszkodzonego narożnika i sprawdzenie geometrii.
— A do tego czasu? — zapytała Wolska.
— Żadnego zasilania. Kryształ i tabliczka pozostają osobno. Wszystko zapisujemy, ale niczego nie traktujemy jeszcze jak polecenia.
Orzeł spojrzał na Hryniewicza.
— Trzy dni. Przygotować halę, ale nie uruchamiać żadnego urządzenia. Fałszywe kolumny utrzymają ruch przy pozostałych obiektach. Giewont pozostaje ciemny.
Na obrazie z analogowej kamery wewnątrz kryształu poruszyła się biała smuga. Dotąd pozostawała skierowana ku wschodniej ścianie, za którą umieszczono Maskę. Teraz obróciła się ku ścianie północnej. Jedenaście metrów dalej, w głównej hali, stały skrzynie z akceleratorem.
— Kamera mogła złapać odbicie? — zapytał Nowak.
— Analogowa pokazuje to samo — odpowiedział Hryniewicz.
— Wie, co przywieźliśmy — powiedział Orzeł.
Smuga zatrzymała się przy krawędzi kryształu.
Rozdział 8. Instrukcja
Pod Górą Zelejową noc od dnia odróżniały tylko nazwiska na listach dyżurnych i liczba pustych kubków przy konsolach.
Od trzech dni Oko i tabliczka spoczywały w oddzielnych komorach, kilkadziesiąt metrów od siebie. Oba stanowiska miały osobne zasilanie i odrębne sieci pomiarowe, a mimo to artefakty odpowiadały sobie w regularnym rytmie.
Kryształ wysyłał krótki impuls, choć nikt nie wiedział, skąd brał energię. Po trzech mikrosekundach odpowiadała tabliczka. Zawsze z tą samą precyzją.
Stały odstęp utrzymywał się po odłączeniu zegarów, ekranowaniu komór i wprowadzeniu zakłóceń elektromagnetycznych. Skała, beton i stal nie miały dla sygnału znaczenia. Na analogowym oscyloskopie oba przebiegi pozostawały niemal identyczne.
— Za każdym razem tyle samo — powiedział Nowak. — Trzy mikrosekundy. Jakby było połączone jakimś przewodem.
— Nie ma przewodu — przypomniał Hryniewicz. Jego słowa były nerwowe. Nikt nie rozumiał zasad działania artefaktu. Po chwili dodał:
— Dlatego zaczynam tęsknić za awariami, które da się znaleźć miernikiem.
Marecki stał przed stołem z glinianą tabliczką. Po trzech dniach bez bezpośredniego kontaktu z Okiem ból głowy prawie zniknął, pole widzenia wróciło do normy, a twarz odzyskała kolor.
Medalion Samiry zamknięto w ołowianej kasecie.
— Pokaż brakujący narożnik — powiedział Marecki.
Na ekranie obracała się geometria Maski wyodrębniona jeszcze w Warszawie. Sześć punktów było pewnych. Siódmego nie było w uszkodzonej glinie, lecz przez trzy dni program przeliczał zależności pomiędzy pozostałymi.
Program nałożył na siebie sześć relacji. W miejscu, którego fizycznie brakowało na tabliczce, przecięły się wektory.
Model obrócił się i na ekranie pojawił się brakujący punkt. Siedem punktów otaczało teraz pusty środek.
Hryniewicz pochylił się nad obrazem.
— Poprzednio mieliśmy sześć.
— Ostatniego punktu fizycznie nie ma na tabliczce — powiedział Marecki. — Wyliczyliśmy go z sześciu pozostałych relacji. To brakujący kierunek, który Oko próbowało uzupełnić podczas próby w Warszawie.
— Czyli Oko podało ci wynik wcześniej, niż potrafiliśmy go policzyć.
— Albo mój mózg zobaczył relację, której aparatura wtedy nie potrafiła przedstawić.
Teraz program poszedł dalej. Z geometrii wyprowadził kąty, częstotliwości i sekwencje impulsów. Hryniewicz śledził układ rozrastający się wokół siedmiu punktów.
— To przypomina sterowanie cewkami.
— Tak. Każdy punkt ma położenie przestrzenne, fazę i wartość energetyczną. W Warszawie wiedzieliśmy, że to instrukcja. Teraz wiemy, jak może zostać wykonana.
— Jak program?
— Program i klucz. Ostatni zestaw zależności może być adresem.
Na modelu pojawiła się zamknięta krzywa. Ziemski komputer próbował przedstawić ją jako pierścień, lecz za każdym obrotem część linii przechodziła przez samą siebie pod niemożliwym kątem.
— Nieliniowa geometria pola — powiedział Hryniewicz. — Jeżeli wymusimy ją za pomocą cewek…
— …otrzymamy przybliżenie. Nie zbudujemy oryginalnego urządzenia. Zbudujemy coś, co spróbuje wykonać tę samą instrukcję.
— Z jakim skutkiem?
— Nie wiem.
— Lubię pańską konsekwencję — odezwał się Orzeł od drzwi.
Wolska weszła za nim. Orzeł położył na stole raport kontrwywiadu.
— Rosjanie zmienili orbity dwóch satelitów rozpoznawczych. Pas obserwacji pierwszego obejmie Zelejową jutro o czwartej siedemnaście. Drugi zrobi to sześć godzin później. Na razie błądzą. Sprawdzają każdy trop transportowy.
— Z góry nie zobaczą laboratorium — powiedział Hryniewicz.
— Nie muszą. Wystarczy im ruch pojazdów, wzrost temperatury zbocza i pobór energii. Wołkow wie, czego szuka. Nie wiemy jeszcze, czy wie gdzie — powiedział Orzeł.
— Chce pan przyspieszyć próbę? — zapytał Marecki.
— Chcę wiedzieć, ile czasu potrzebujemy — dodał ciszej komandor.
Marecki spojrzał na niedokończony model.
— Tyle, ile trzeba, żeby nie wysadzić Góry Zelejowej.
— To nie jest jednostka czasu.
— Najuczciwsza, jaką mamy. Obawiam się teraz podać do kryształu źródło zasilania. Ten eksperyment może nas słono kosztować. Pamiętajmy, że Rosjanie już to próbowali zrobić.
Orzeł spojrzał pytająco na Hryniewicza. Generał w zamyśleniu drapał się po zaroście.
— Dwie doby — powiedział generał. — Najpierw suchy test wszystkich odcięć. Potem próba przy minimalnej mocy. Bez ludzi w komorze głównej.
Hryniewicz spojrzał na Mareckiego.
— Podczas próby zostajesz za dwiema ścianami. Oko nadal reaguje na ciebie wcześniej niż czujniki.
— Rozumiem.
Orzeł wskazał plan instalacji.
— Jeżeli coś pójdzie źle, odcinamy zasilanie bez dyskusji.
Przez następne kilkanaście godzin zespół składał urządzenie z elementów zaprojektowanych do zupełnie innych zadań. W hali narastał zapach nagrzanego lakieru izolacyjnego.
Rdzeń stanowił przywieziony wcześniej akcelerator impulsowy. Pozbawiono go części osłon, dołożono siedem niezależnie sterowanych cewek i zakotwiono całość bezpośrednio w skale.
Przed nim stanął pośpiesznie zbudowany stelaż z tytanu, miedzianych łączy, kompozytowych uchwytów i ceramiki. Przewody chłodzące biegły po zewnętrznej stronie jak odsłonięte tętnice.
Każda cewka miała osobny bezpiecznik, mechaniczne odcięcie i ładunek pirotechniczny zdolny rozerwać połączenie, gdyby styczniki się zespawały.
Tabliczka i cyfrowa rekonstrukcja Maski nadal pozostawały w oddzielnej komorze, odizolowane od kryształu. Do suchych prób używano ceramicznych obciążników o tej samej masie oraz kopii geometrii znaku.
Dopiero gdy mechaniczne przesłony, bezpieczniki i ładunki odcinające zadziałały w trzech kolejnych testach, Orzeł dopuścił przeniesienie Kryształu i tabliczki do hali.
Artefakty przewożono osobno i zbliżano etapami. Po każdym skróceniu odległości zatrzymywano ruch i sprawdzano wskazania. Odpowiedzi następowały coraz szybciej, ale nie traciły rytmu.
Dobrano odpowiednią odległość. Marecki dopiero wtedy zauważył, że niemal dokładnie odpowiadała tej podanej w radzieckim raporcie z Uruk. Taką samą odległość dzieliły gniazda kryształu i tabliczki w chwili odkrycia krypty. Gdy oba przedmioty znalazły się po przeciwnych stronach konstrukcji, pomiędzy nimi opuszczono ołowianą przesłonę. Rozpoczęto ostatnią kontrolę zasilania i zabezpieczeń.
— Cewka pierwsza?
— Niezależne zasilanie potwierdzone.
— Druga?
— Potwierdzone.
— Chłodzenie?
— Obieg zamknięty. Rezerwa dwie minuty przy pełnej mocy.
— Po dwóch minutach?
Technik spojrzał na niego.
— Miedź zacznie się topić.
— Czyli nie planujemy trzeciej.
W osi tytanowej konstrukcji umieszczono Oko. Kryształ spoczywał w ceramicznym gnieździe przytwierdzonym do kompozytowych ramion.
Nad nim wisiała ciężka przesłona poruszana po prowadnicach silnikiem elektrycznym. Miała odciąć kryształ od tabliczki, choć po wcześniejszych impulsach przechodzących przez ściany nikt nie uważał jej za pewne zabezpieczenie.
Tabliczka znalazła się po przeciwnej stronie na ruchomej matrycy magnetycznej. Jej położenie można było korygować z dokładnością do dziesiątych części milimetra.
Na betonowej posadzce wzdłuż urządzenia namalowano żółtą linię. Po rozpoczęciu próby stawała się granicą zamkniętej strefy.
Marecki obserwował montaż zza szyby.
— Układ jest odwrócony — powiedział.
— Co? Skąd pan to wie? — zapytał Nowak.
— Cewka trzecia i szósta. W modelu nie są naprzeciwko siebie. Patrzymy na rzut, nie na właściwą geometrię. — Marecki zawahał się na moment. — Nie wiem. Ta myśl przyszła do mnie sama. Spojrzał najpierw na obraz kryształu z kamery, a potem na rektora WAT.
Hryniewicz powiększył skan tabliczki.
— Ma rację. Szósty punkt leży poza wspólną płaszczyzną.
— O ile? — zapytał Nowak.
— O siedemnaście minut kątowych.
Porucznik oszacował ciężar kilkutonowej podstawy cewki.
— Trzeba rozebrać połowę konstrukcji.
— Tak.
— Zajmie to z osiem godzin.
— Jeżeli nie przesuniemy cewki, pole zamknie się wewnątrz akceleratora.
— A wtedy?
Marecki ogarnął wzrokiem siedem stalowych segmentów.
— Nie mam pojęcia.
— Coraz bardziej podoba mi się ten projekt — mruknął Nowak.
Technicy rozebrali połowę konstrukcji. Pozostali uczestnicy projektu, którzy nie brali udziału w pracach montażowych, z nudów wypili hektolitry kawy. Obowiązywał zakaz opuszczenia terenu badań.
Po kilku kolejnych godzinach cewka znalazła się na nowej podstawie. Dwie godziny później wszystkie układy ponownie przeszły kontrolę.
Zespół porzucił próbę nadrabiania opóźnienia. Zmęczeni ludzie popełniali błędy, a przy tym urządzeniu jeden źle dokręcony przewód mógł stać się ostatnim błędem całego zespołu.
Wieczorem, gdzieś około osiemnastej, system zakończył przetwarzanie danych, meldując gotowość.
Ekran pokazał schemat siedmiu impulsów, jedenastomikrosekundową przerwę i na końcu znak, który znali już z Warszawy.
AN.
— To samo zostało na ekranie po awarii w WAT — powiedział Hryniewicz.
— AN — odpowiedział Marecki. — Wtedy nie wiedzieliśmy, czy to komunikat, ślad czy ostrzeżenie.
Wskazał pozycję znaku w odtworzonej sekwencji.
— Teraz wiemy, że jest jej częścią. W sumeryjskim może oznaczać niebo, boga nieba albo to, co znajduje się ponad światem ludzi. Tutaj pełni funkcję polecenia.
— Jakiego?
— Może otwarcia?
Orzeł stał po drugiej stronie szyby.
— W takim razie nazwiemy próbę „Pierwszy próg”.
Marecki przyjrzał się Oku zamkniętemu w stalowym gnieździe.
— Nie wiemy, czy to my go otworzymy.
— Dowiemy się, jak przeżyjemy.
W krysztale zapaliła się cienka biała linia, choć nie podali mu energii.
Rozdział 9. Pierwszy próg
Próbę wyznaczono na osiemnastą trzydzieści. To była sugestia Wolskiej. Wolska potwierdziła, że drugi rosyjski satelita opuścił pas obserwacji nad Zelejową. Kiedy nikt na nich nie spoglądał z orbity, przełączono energię z transformatorów, a szafy sterujące i serwerownie przetwarzające dane ruszyły pod ziemią. Ich ciepło skierowano w stare wyrobiska kamieniołomu.
Od tamtego momentu czas w Giewoncie odmierzano ryglowaniem kolejnych grodzi. Z korytarzy znikał zbędny personel, w bocznych sektorach czekały zespoły gotowe odciąć zasilanie, zamknąć skażony tunel albo wysadzić przygotowane odcinki i pogrzebać eksperyment pod skałą. Przygotowano każde zabezpieczenie, choć nikt nie umiał wskazać, które będzie potrzebne.
W głównej hali stał akcelerator. Siedem kanciastych segmentów otaczało pustą przestrzeń. Oko spoczywało w ceramicznym gnieździe po prawej stronie, tabliczka naprzeciwko na ruchomej platformie. A nad tabliczką iskrzyły się symbole stanowiące Maskę, unoszące się w trójwymiarowej przestrzeni. Pomimo takiej bliskości impulsy pomiędzy urządzeniami stały się bardzo słabe i rzadkie. Kryształowy artefakt był zadziwiająco spokojny i nie generował nic nienaturalnego.
Marecki siedział w pomieszczeniu obserwacyjnym za dwiema ścianami nośnymi. Analogowa kamera pokazywała całą konstrukcję. Medalion Samiry pozostawał w osobnej kasecie. Do systemu wprowadzono wyłącznie geometrię jego znaku. Orzeł sprawdził jeszcze raz położenie mechanicznych odcięć. Wolska potwierdziła, że zewnętrzne łącza pozostają fizycznie rozłączone. W głównej komorze pozostały artefakty, akcelerator, kamera i sonda połączona z centrum przewodem światłowodowym.
— Osiemnasta trzydzieści zero dwie sekundy — powiedział Hryniewicz.
Orzeł położył dłoń na mechanicznym wyłączniku bezpieczeństwa.
— Rozpoczynać.
Gdzieś w głębi korytarzy zadudnił układ chłodzenia, co świadczyło, że pompy zapobiegawczo zostały już uruchomione. Wskaźniki gotowości mocy wychyliły się, a diody sprawności transformatorów zapaliły na zielono. W kierunku całego zestawu zaczęła płynąć energia elektryczna, a technicy uruchomili podnoszenie ołowianej osłony oddzielającej kryształ. Platforma z tabliczką przesunęła się o kilka milimetrów, ale nic spektakularnego się nie wydarzyło.
— Kąt szesnaście i osiem dziesiątych minuty, natężenie w normie — zameldował jeden z operatorów przy komputerze.
Cokolwiek oznaczały te wartości, wystarczyły, by wewnątrz kryształu pojawiła się jasna linia.
— Mamy odpowiedź.
Pod lewą skronią Mareckiego wrócił znajomy ucisk. Zignorował go.
Pierwsza cewka otrzymała energię.
Niski pomruk przeszedł przez fundamenty i betonowe ściany. W pierwszej chwili bardziej się go czuło, niż słyszało: w zębach, mostku i metalowych oparciach foteli.
— Pole stabilne — zameldował Nowak. — Pobór jeden przecinek osiem megawata.
Uruchomiono drugi segment.
Światło nad akceleratorem wygięło się jak powietrze nad rozgrzanym asfaltem. Kamery potwierdziły odchylenie, czujniki temperatury pozostały martwo spokojne. Ten brak przyczyny był gorszy od samego obrazu.
Trzeci impuls przeszedł przez układ.
Tabliczka zadrżała w uchwycie.
— Korelacja między artefaktami — powiedział Hryniewicz, obserwując unoszące się włosy na swoich dłoniach. W powietrzu narastało pole elektrostatyczne.
Przy czwartym impulsie kryształ uniósł się kilka centymetrów nad ceramiczną podstawą. Czujnik nacisku nadal wskazywał pełny ciężar, jakby Oko jednocześnie spoczywało w gnieździe. Po chwili opadło, krusząc jedną z podpór.
— Utrata geometrii mocowania! — krzyknął Nowak.
— Położenie kryształu bez zmian — odpowiedział Hryniewicz.
— Podpora pękła! Ale jak? To przecież tytan i kompozyt. To niewiarygodne.
— Oko nadal znajduje się w osi.
— Fizycznie czy według czujników?
Hryniewicz patrzył na pękniętą podporę, potem na wskaźnik, który uparcie twierdził, że nic się nie zmieniło. Orzeł przesunął palec na kolejny punkt papierowej procedury.
— Kontynuować.
Piąta cewka ruszyła.
Pomruk przeszedł w ryk. Pompy chłodzenia weszły na maksymalne obroty; z kanałów wentylacyjnych popłynął ostry zapach ozonu. Woda w szklance na bocznym pulpicie drżała drobną, gęstą siatką fal. Marecki zacisnął dłonie na krawędzi fotela. Ból pod lewą skronią nasilił się, ale nie odrywał wzroku od wskazań i kamery. Przymknął oczy. Pod powiekami nadal widział siedem segmentów akceleratora i ciemny środek konstrukcji, jak powidok po spojrzeniu w zbyt ostre światło.
Szósty impuls.
Światło jarzeniówek wygięło się ku środkowi konstrukcji. W pustej przestrzeni pojawił się cień, chociaż nic go nie rzucało.
— Pobór czternaście megawatów — zameldował Nowak. — Rośnie szybko.
— Cewka szósta stabilna — odpowiedział technik.
— Chłodzenie?
— Pełna moc układu i pomp.
— Siódmy punkt gotowy — powiedział Hryniewicz.
Siódma cewka otrzymała energię. Woń rozgrzanej izolacji przewodów elektrycznych, nagrzewających się przy tak dużym poborze mocy, wypełniła pomieszczenie.
Na ekranie sterownika zamknął się ostatni przebieg. Układ odliczył jedenaście mikrosekund przerwy, zbyt krótkiej, by ktokolwiek mógł ją dostrzec bez aparatury.
— Sekwencja pełna — zameldował Nowak.
— Wprowadzić AN — powiedział Hryniewicz.
Wyświetlono hologram i znak nieba pojawił się w polu pomiędzy tabliczką a Okiem.
Jednak Kryształ nie odpowiedział.
Orzeł spojrzał na Mareckiego przez kamerę.
— Oko może odmówić?
Janusz otworzył oczy.
— Nadal nie wiemy, kto komu udziela zgody.
— Wprowadzić znak strażników z medalionu.
Krąg przecięty poziomą linią nałożył się na AN.
I wtedy zdarzenia potoczyły się bardzo szybko.
Kryształ odpowiedział natychmiast, aż zadrżały fundamenty. Przewody poderwały się z posadzki i zaczęły lewitować. Pobór mocy skoczył do czterdziestu ośmiu megawatów. Z akceleratora zaczął wydobywać się delikatny dym, a powietrze wokół niego drgało od przegrzania i załamywało światło. Ostry smród palonej gumy zaczynał drażnić nos i oczy.
— Zaraz wszystko się zapali — krzyknął Nowak. — Odciąć główne zasilanie!
Orzeł uderzył w mechaniczny wyłącznik. Styczniki zadziałały, ale pobór nie spadł.
— Zasilanie odcięte — zameldował operator.
— Nie jest odcięte!
— Nasze jest!
— Łącza zewnętrzne fizycznie odciąć — rozkazała Wolska.
Technicy otworzyli zaciski awaryjne. Światłowody prowadzące poza zamknięty sektor wypadły z gniazd. Syreny zawyły rwanym tonem. Chłodzenie wyrzuciło do hali białą parę, która natychmiast osiadła szronem na przewodach i stalowych podporach. Temperatura spadła o kilkanaście stopni, a para zakryła dolną część akceleratora jak dym po wybuchu.
Marecki szarpnął fotel i krzyknął.
— Opuścić osłonę!
Nowak pociągnął dźwignię.
Mechanizm ruszył, lecz zatrzymał się w połowie. Ciężka ołowiana płyta zawisła w prowadnicach pomiędzy artefaktami kryształu i obrazu z tabliczki.
— Osłona zablokowana!
— Ładunki odcinające! — rozkazał Orzeł.
Jakiś technik uruchomił pirotechniczne rozłączenie. W hali huknęło siedem krótkich eksplozji i przewody zasilające odskoczyły od cewek. Jednak nic to nie dało, gdyż akcelerator nadal pracował. Diody sprawności transformatorów paliły się na czerwono. Następnie jedna, a później druga zaczęły mrugać intensywnie, świadcząc o zapaleniu się instalacji i urządzeń.
— Jasna cholera. To niemożliwe — powiedział Nowak. — Nie bierze energii z naszej sieci. Straciliśmy transformatory. Palimy się!
Dane na głównym monitorze zgasły. W smolistej czerni pozostał jeden znak:
AN.
Niebo.
Ryk klimatyzatorów próbujących przywrócić temperaturę, wycie alarmów i szum pomp chłodzących ucichły w tej samej chwili i uruchomiły się zraszacze przeciwpożarowe. Drobne wyładowania elektryczne tańczyły przez chwilę po korpusie akceleratora.
Cisza uderzyła w ludzi mocniej niż hałas.
— Wyłączcie to gówno! — krzyknął komandor Orzeł, wskazując na środek gaśniczy spadający z sufitu niczym ulewny deszcz. Po chwili wyładowania ustały.
Kryształ stracił blask i stał się matowo granatowy. Na ścianie, tuż za pierścieniem, w którym spoczywał, otworzyła się pionowa szczelina. Pochłaniała światło lamp, a jej krawędzie wyglądały tak, jakby blask urywał się na nich razem z głębią pomieszczenia. Szczelina rozszerzała się powoli, w rytm szumu akceleratora. Betonowa ściana za konstrukcją straciła ostrość, wybrzuszyła się jakby zassana w kierunku kryształu, a potem zniknęła, pozostawiając po sobie falującą pustkę.
Po drugiej stronie znajdowała się jakaś anomalia o niewyraźnym obrazie. Wreszcie wszystko ustabilizowało się i obraz w anomalii wyostrzył się. Całość przypominała efekt projektora, w którym kryształ Oka Przeszłości zwizualizował obraz na najbliższej płaskiej powierzchni. Wszyscy zamarli.
Kamera wyraźnie pokazywała jakieś pomieszczenie. Anomalia delikatnie załamywała światło, ale pokazywała dokładnie szeroką posadzkę i ciemne ściany zbiegające ku wysokiemu sklepieniu. W głębi widniały wnęki oraz linie zbyt regularne, aby uznać je za naturalną jaskinię.
— To projekcja? Jakiś rzutnik obrazu? — zapytał Hryniewicz.
— Nie — odpowiedział technik. — To coś ma głębię. Nie taką jak projekcja. Jak rzeczywistość. Niczym przejście przez drzwi, za którym jest inny pokój.
— Potwierdzić — rozkazał Orzeł.
Laser przeszedł przez próg, odbił się od obcej ściany oddalonej o kilkadziesiąt metrów i wrócił. Wskaźnik poboru energii pozostał na zerze.
— Zero — powiedział Nowak.
— Co zero? — zapytał Orzeł.
— Nie pobieramy ani jednego wata. Ziemskie zasilanie jest odcięte. A raczej część naszej instalacji jest usmażona. Przejście podtrzymuje coś po drugiej stronie. Mimo to akcelerator dalej się kręci.
Marecki poczuł krew na górnej wardze, a chwilę później metaliczny smak na języku. Otarł nos rękawem.
— My tylko zapukaliśmy — powiedział.
— Kto otworzył? — zapytał Hryniewicz.
Odpowiedzią była cisza.
— Musimy to sprawdzić. Wysłać sondę — rozkazał Orzeł. — Ale najpierw sprawdźcie, czy możemy bezpiecznie wejść do hali. Nie chcę, żeby kogokolwiek poraziło. I wyłączcie te czerwone światła awaryjne.
Pomieszczenie wygenerowane za kryształem pozostawało widoczne i wyglądało namacalnie. Kryształ palił się granatowym światłem, mieniąc się na przemian w czerni i jaśniejszych blaskach. Zjawisko przejścia do obcego obiektu, które zostało wygenerowane przez artefakt, było całkowicie niewytłumaczalne. Centrum anomalii stanowiła tafla; oglądana pod kątem, jej powierzchnia wydawała się tak samo matowa i czarnogranatowa jak wnętrze kryształu Oka. Krawędzie tej anomalii załamywały światło i rozpraszały się, jednak centrum stanowił obszar spokojnie dwóch metrów szerokości i wysokości.
Z pomiarów wynikało tylko, że ziemska energia była potrzebna do nawiązania połączenia. Później Oko albo system znajdujący się po drugiej stronie przejął jego podtrzymanie. Nie potrafili odróżnić jednego od drugiego.
Cały zespół zgromadził się już w hali i z napięciem obserwował zjawisko. Hryniewicz skinął do operatora łazika-sondy, dając znak do przekroczenia granicy anomalii.
Wszyscy wstrzymali oddech, gdy pojazd powoli wjechał w matową powierzchnię. Z boku wyglądało to tak, jakby znikał w ścianie, a za nim przesuwał się jedynie przewód. Dopiero pod innym kątem sonda stawała się ponownie widoczna po drugiej stronie załamania światła.
Kamera na wysięgniku obracała się zgodnie z poleceniami operatora.
— Temperatura: minus trzydzieści dwa stopnie — meldował operator. — Ciśnienie śladowe. Gazy obojętne. Promieniowanie podwyższone, ale w granicach pracy sondy.
Powietrze z Giewontu nie przepływało przez próg. Granica przepuszczała sondę, przewód i światło, lecz nie wyrównywała ciśnienia ani temperatury. Pojazd po pierwszym przekroczeniu anomalii zbierał dane. Teraz ruszył, ale odrobinę za szybko. Przednie koła opadły zbyt wolno. Robot zawisł na moment nad posadzką.
— Pole grawitacyjne jest słabe — powiedział Hryniewicz, patrząc na wskazania sondy.
Kamera oświetliła szeroki korytarz. Jedna ściana była niemal gładka, druga zawierała prostokątne wnęki. Na końcu znajdowała się zamknięta grodź. Przy podłodze biegł ciemny ślad pozostawiony przez urządzenia, które poruszały się tam wiele razy. Pył zalegał grubiej przy ścianach niż na środku. Pomieszczenie od dawna było martwe.
Sonda wysunęła próbnik.
Gdy metal dotknął posadzki, spod robota wybiegła linia światła. Dotarła do ściany, skręciła i zgasła przy grodzi.
Na jej powierzchni pojawił się znak.
Gdy metal próbnika dotknął posadzki, znak na grodzi wszedł Mareckiemu do głowy bez słów. Korytarz, linia na podłodze, sonda i zamknięcie połączyły się w jedną relację tak oczywistą, jak ruch ręki ku klamce. Ta obca oczywistość wywołała w nim większy niepokój niż ból.
— Myślę, że system uznał sondę za urządzenie serwisowe — powiedział. — Pozwala jej poruszać się drogą techniczną. Dalszy dostęp wymaga zgody.
— Skąd to wiesz? — zapytał Hryniewicz.
— Nie odczytuję symbolu. Rozumiem jego funkcję.
— Albo Oko podsuwa ci gotową relację.
Marecki utkwił wzrok w czarnym monitorze i nie odpowiedział.
— Wystarczy — przerwał Orzeł. — Wycofać sondę.
Robot skręcał z trudem w niskim ciążeniu. Operator prowadził go centymetr po centymetrze, pilnując przewodu przy krawędzi przejścia. Sonda wróciła prosto do przezroczystej komory izolacyjnej. Wolska zatrzasnęła pokrywę, zanim ktokolwiek zbliżył się do kół. W rowkach bieżnika tkwiły drobiny szarego osadu — kilka ziaren materii z miejsca, którego położenia wciąż nie znali. Próg działał bez ziemskiego zasilania od ponad dwudziestu minut. Odsunięcie tabliczki niczego nie zmieniło.
Dopiero kiedy technicy włączyli mechaniczny hamulec wirnika akceleratora, zatrzymując go ze zgrzytem, oraz ręcznie zwolnili zablokowaną osłonę i opuścili ją pomiędzy Maską tabliczki a Okiem, obca hala straciła głębię. Ściany zsunęły się w płaski cień, a po chwili wewnątrz konstrukcji znów pojawił się beton. Linia prowadząca do grodzi zgasła jako ostatnia.
— Czas otwarcia: dwadzieścia cztery minuty i jedenaście sekund — podał technik.
— Zamknięcie należało do nas? — zapytał Orzeł.
— Zatrzymanie akceleratora oraz osłona przerwały połączenie — odpowiedział Hryniewicz. — Wiemy, że ten sposób zadziałał raz. Nie wiemy, czy zadziała ponownie.
— Na razie wystarczy, że zadziałał.
Analiza osadu nie wskazała lokalizacji. Zawierał krzemiany i tlenki metali występujące w wielu miejscach na świecie. Powstawał jednak w próżni albo atmosferze tak rzadkiej, że erozja niemal nie zachodziła. Nie wiedzieli, gdzie tak naprawdę byli i co widzieli.
— Trzeba tam wejść i przeprowadzić badania. Przygotujemy zwiad — powiedział komandor.
Orzeł wyznaczył skład pierwszego rekonesansu: on, Hryniewicz i czterech operatorów Jednostki Wojskowej GROM. Mieli zabezpieczyć próg, zbadać najbliższy korytarz i wrócić. Udział generała był wątpliwy, ale ten uparł się i zagroził odsunięciem od projektu każdego, kto mu tego zabroni.
Wolska dopisała warunki kontrwywiadu: żadnych połączeń bezprzewodowych, żadnego kopiowania obcych danych do sieci Giewontu i żadnych przedmiotów przenoszonych w stronę laboratorium bez izolacji.
Hryniewicz spojrzał na zapis sondy.
— Potwierdziliśmy warunki tylko na jednym odcinku. I wiemy jedynie, że system toleruje maszynę.
— Dlatego pierwszy wejdę ja — powiedział Orzeł.
Wieczorem przed rekonesansem Marecki spotkał Hryniewicza w komorze skafandrów. Generał sprawdzał uszczelnienie rękawic.
— Nadal możesz zostać — powiedział Janusz.
— Ty mogłeś zostawić skrzynię w muzeum.
— Nie wiedziałem, co otworzy.
— Ja nadal nie wiem, dokąd prowadzi. Zachowujemy symetrię.
Marecki usiadł obok.
— Jeśli system przydzieli wam dostęp, nie traktujcie tego jak zaproszenia.
— Mówi archeolog, który przez całe życie wchodził do grobów otworami wykonanymi dla zmarłych.
— Groby nie przydzielały mi uprawnień.
— Może nie miałeś właściwego klucza.
Hryniewicz dopiął rękawicę.
— Ufasz Oku?
Marecki pomyślał o Samirze, ojcu i rdzawoczerwonej równinie z wizji. Każde z tych wspomnień prowadziło do Oka inną drogą, a on coraz rzadziej miał pewność, które z nich urządzenie już dotknęło.
— Ufam, że pokazuje prawdę wystarczającą do wykonania następnego kroku. Nie ufam temu, co zostawia poza obrazem.
— W takim razie jutro sprawdzimy, co ukryło.
Rozdział 10. Aitken
Przejście otworzono po szóstej rano. Tuż po przejściu rosyjskiego satelity. Podniesiono osłonę i zainicjowano akcelerator. Szafy wypełnione serwerami buczały i piszczały, zapisując i analizując dane. Tym razem inicjacja anomalii przebiegła mniej widowiskowo. Wcześniejsze uruchomienie Oka spowodowało przeciążenie w ogólnokrajowej sieci energetycznej oraz zniszczenie dwóch transformatorów, pozbawiając okoliczne miejscowości prądu. Skończyło się na tajnej rozmowie generała Hryniewicza z kimś wyżej poprzez szyfrowane połączenie telefoniczne. Po tej rozmowie generał był cały czerwony, ale polecił kontynuować prace.
Pęknięty element wspornika został wzmocniony i zalany spawem. Nikt nie przewidział części zamiennej. Przecież to był tytan i kompozyt. Pierścień, w którym spoczywał tajemniczy kryształ, wypełnił się obrazem ciemnego korytarza znanego już z zapisów sondy. Wnętrze ponownie stało się ciemnogranatowe i jak ostatnio pojawiła się szczelina, która rosła w miarę pracy akceleratora. Po chwili odcięto zasilanie i sytuacja powtórzyła się jak podczas ostatnich badań. Czarna tafla załamywała światło, a obraz po drugiej stronie minimalnie falował. Tym razem robot został po stronie laboratorium; przed progiem stanęło sześciu ludzi w szczelnych skafandrach.
Komandor Konrad Orzeł stał najbliżej progu. Za nim czekali generał Bogdan Hryniewicz i czterej operatorzy Jednostki Wojskowej GROM. Karabinki mieli przypięte do pancerzy lufami w dół, dłonie pozostawili wolne do asekuracji. W słabym ciążeniu zbyt gwałtowny ruch mógł obrócić człowieka szybciej niż odrzut broni.
Marecki obserwował ich z centrum sterowania. Na jednym monitorze miał zapis Oka, na drugim obraz z kamer skafandrów i przewodowej aparatury wbudowanej w pierścień. Kryształ pozostawał stabilny.
— Łączność — powiedział Orzeł.
Kolejne potwierdzenia zabrzmiały w interkomie.
Hryniewicz docisnął przewód przy rękawie.
— Pięć, słyszę. Nie sądziłem, że jako rektor zostanę sprowadzony do numeru.
— Numer łatwiej zapamiętać, kiedy zacznie pan spadać — odpowiedział Orzeł.
— Postaram się spaść naukowo.
— Ruch — powiedział Orzeł.
Przez krótką chwilę nikt się nie ruszył. Operatorzy GROM-u spojrzeli na ciemną taflę, potem na siebie. Po drugiej stronie nie było przeciwnika, którego można było wziąć na muszkę, tylko miejsce, do którego żaden człowiek wcześniej nie wszedł.
— Cholera — mruknął Orzeł i ruszył pierwszy.
Granica przejścia przecięła ciało komandora bez błysku i oporu. Jedna noga stała jeszcze pod Zelejową, druga znalazła się w obcej instalacji. Zmiana ciążenia szarpnęła go w biodrze, żołądek podszedł do gardła, a źle wyliczony krok wyrzucił nad posadzkę. Lina zatrzymała go pół metra od pierścienia.
Buty wróciły na podłoże dopiero po chwili.
— Ciążenie poniżej ziemskiego. Magnesy trzymają tylko na wyznaczonych pasach.
Przesunął stopę. Noga się zatrzymała, korpus nadal poruszał.
— Masa została — przypomniał Orzeł. — Każdy idzie tak, jakby niósł człowieka na plecach.
Drugi komandos przeszedł z dodatkową liną i zamocował ją do niskiej poręczy. Kolejni przenieśli moduł oświetleniowy, przekaźnik oraz skrzynię z aparaturą.
Hryniewicz przy drugim kroku oderwał się od podłoża. Dowódca zespołu GROM, porucznik Kaktus, złapał go za uprząż, zanim generał uderzył hełmem w ścianę.
— Dziękuję.
— Miał pan spaść naukowo.
— Właśnie zebrałem dane.
Po drugiej stronie, za otwartym przejściem świeciła znajoma komora Giewontu: beton, lampy, ludzie przy pulpitach. Kilka kroków dalej zaczynał się korytarz, którego położenia nadal nie umieli podać.
Korytarz miał ponad dziesięć metrów szerokości. Ściany wznosiły się ku sklepieniu bez spoin; ciemny materiał pożerał część światła i oddawał je matowym połyskiem. W skafandrach czuć było gumę. Przy ścianach zalegał osad, środek przecinały dwa równoległe pasy zużycia po czymś, co przez lata albo tysiąclecia jeździło tą samą trasą.
Snopy latarek ginęły wysoko pod sklepieniem. Poza szumem filtrów i własnym oddechem w interkomach nie było słychać nic. Cisza obcej instalacji wydawała się większa niż sam korytarz.
— Marecki, odbierasz obraz? — zapytał Orzeł.
— Wyraźnie. Oko pozostaje stabilne.
— Jak długo utrzymacie przejście?
— Dopóki kryształ widzi układ. Nie wiemy, jaka jest granica czasu utrzymania przejścia. Podczas pierwszej próby zatrzymaliśmy badanie po dwudziestu czterech minutach. Może, jeśli wszystko będzie przebiegało sprawnie, przejście będzie stałe. Przy pierwszej zmianie lub zachwianiu anomalii opuszczamy osłonę. Nie wiemy, jaki to ma wpływ na nas wszystkich.
— Ostrzeż wcześniej.
— Jeżeli będę miał czas. Nie przekraczajcie pół godziny. Tyle macie na zwiad. Później bezwzględnie wracacie.
Zespół ruszył ku grodzi.
Ziemskie odruchy stały się zagrożeniem. Lekkie odbicie wystarczało, aby człowiek przeleciał kilka metrów i uderzył w strop. Broń, butle na powietrze oraz skafandry ważyły mniej, lecz zachowały bezwładność. Przy grodzi znajdował się panel, który wcześniej odpowiedział sondzie. Pod jego powierzchnią słaba linia prowadziła ku trzem pionowym znakom.
Hryniewicz podłączył czytnik.
— Układ pozostaje aktywny, ale zasilanie jest śladowe.
— Otworzy grodź?
— Sondę uznał za urządzenie serwisowe. Zobaczymy, za co uzna nas.
Generał wysłał najprostszą sekwencję opartą na znakach z tabliczki. Panel odpowiedział. Linia obeszła symbole i zatrzymała się na figurze przypominającej rozwarte narzędzie.
Pod lewą skronią Mareckiego narastał ucisk. Znak nie układał się w słowa; przekazywał relację między korytarzem, zamknięciem i ludźmi stojącymi przed grodzią.
— Dostęp techniczny — powiedział. — Tylko lokalna trasa serwisowa.
Grodź drgnęła. Jej środek odsunął się o szerokość dłoni i stanął. Przez podłoże przeszło głuche uderzenie.
— Mechanizm przyjął polecenie — stwierdził Hryniewicz. — Nie ma energii, żeby je wykonać.
Po prawej stronie otworzyła się wnęka z masywnym uchwytem. Dwaj operatorzy założyli składaną dźwignię. Zapierając buty o magnetyczny pas, zaczęli obracać mechanizm ręcznie.
Grodź ustępowała po kilka centymetrów. Przekładnie budziły się z głębokim, chropawym jękiem, a drgania szły przez podeszwy i kości nóg. Każdy obrót korby brzmiał jak naruszenie miejsca, które od niepamiętnego czasu pozostawało zamknięte. Kiedy przejście osiągnęło dwa metry, Orzeł zatrzymał pracę. Porucznik Kaktus przeszedł bokiem. Światło jego latarki zginęło w szerokiej hali.
— Brak ruchu. Wchodzimy.
Pomieszczenie mogło być kiedyś węzłem przeładunkowym. W posadzce biegły szerokie prowadnice, przy ścianach stały niskie platformy, a nad nimi widniały puste gniazda po zdemontowanych urządzeniach. Kurz pokrywał wszystko poza pasem pośrodku hali. Tam warstwa była cieńsza, jakby długo po opuszczeniu instalacji coś nadal poruszało się ustaloną trasą.
Na uboczu leżał kilkumetrowy fragment czarnego materiału o gładkiej powierzchni i nieregularnej krawędzi. Hryniewicz przyklęknął przy nim z próbnikiem.
— Nie dotykać — powiedział Orzeł.
— Tylko oglądam.
— Z pana oglądania zwykle wynikają przewody, zasilanie i eksplozje.
— Czasem również pożary.
Materiał nie reagował na magnes i pochłaniał większość wiązki pomiarowej. Nie miał pęknięć ani odprysków, chociaż jego krawędź nosiła ślady potężnego odkształcenia.
— Element poszycia? — zapytał Kaktus.
— Możliwe. Bez odniesienia wszystko będzie nam przypominało rzeczy, które znamy — odpowiedział Hryniewicz.
Orzeł kazał zapisać położenie i ruszył dalej.
W bocznym przejściu znaleźli pomieszczenie o zupełnie innej konstrukcji. Było większe, półokrągłe, a pośrodku stał szeroki pulpit, przypominający stół sterowniczy. Na jego powierzchni nie było żadnych przełączników, ekranów ani innych elementów, które potrafiliby rozpoznać. Jedną ścianę zajmowała szeroka czarna powierzchnia podzielona pionowymi pasami. Pod nią wystawała metalowa korba.
— Czysta mechanika — powiedział Kaktus.
— Powoli — polecił Orzeł.
Dwaj operatorzy zablokowali buty na metalowym pasie. Trzeci przypiął ich uprzęże do kotwy, aby w słabym ciążeniu mieli oparcie. Korba ruszyła. Pancerne płyty zaczęły odsuwać się na boki. Pierwsza szczelina wpuściła do sali twarde światło gwiazd, pozbawione migotania i atmosferycznego zmiękczenia. Kiedy osłony zatrzymały się przy bocznych ścianach, za grubą panoramiczną szybą otworzyła się przestrzeń kosmiczna. Za szybą leżał poszarpany krajobraz kraterów, ostrych skał i czerni zalegającej w zagłębieniach gruntu. Szarość przechodziła miejscami w brudny brąz. Nisko nad horyzontem wisiał skrawek błękitno-białej kuli.
Operatorzy zastygli przy szybie.
Przez kilka sekund w interkomie słychać było tylko oddechy. Jeden z żołnierzy cofnął się i uderzył zbiornikiem w ścianę; drugi uniósł karabinek odruchem wyćwiczonym na zagrożenia, które dało się wziąć na muszkę.
— Lufy w dół — powiedział Orzeł.
Tym razem rozkaz Orła zabrzmiał niemal cicho.
Hryniewicz podszedł do szyby. Najpierw patrzył na błękitny sierp, potem na gwiazdy, linię horyzontu i cień ciągnący się po dnie ogromnego krateru. Oczy rozszerzyły mu się pod wizjerem.
— To Ziemia — powiedział. Głos drżał mu z przejęcia. — Jesteśmy na Księżycu, panowie.
Jeden z operatorów odruchowo spojrzał w stronę pierścienia pozostawionego za kilkoma grodziami.
— Na Księżycu? — powtórzył Kaktus. Broń nadal trzymał przy piersi, ale opuścił lufę i patrzył na Hryniewicza, jakby czekał, aż generał cofnie te słowa.
— Że co? — odezwał się drugi komandos.
W jednym słowie zabrzmiało więcej niepewności niż w meldunkach składanych podczas całego przejścia. Żaden z żołnierzy nie ruszył się z miejsca.
— Blisko granicy niewidocznej strony — ciągnął Hryniewicz. — Patrzymy z wnętrza ogromnego basenu uderzeniowego. Ziemia prawie znika za horyzontem, a układ gwiazd odpowiada południowej części niewidocznej półkuli.
Hryniewicz objął wzrokiem krajobraz.
— Basen Biegun Południowy-Aitken.
Orzeł odwrócił się ku niemu.
— Jest pan pewien?
— Wystarczająco, żeby zażądać potwierdzenia.
— Janusz? — zapytał Orzeł.
Marecki nie odpowiedział od razu. Wpatrywał się w obraz z kamer, nieruchome wyraźne gwiazdy, czarne niebo, regolit i szarą powierzchnię. Wszystko było takie samo jak w jego wizji. Ocknął się i nałożył obraz z kamery na mapę nieba. Komputer porównywał położenie gwiazd, krzywiznę horyzontu i kąt, pod którym widoczna była Ziemia. Żaden pojedynczy pomiar nie wystarczał. Razem zawężały obszar do południowego obrzeża niewidocznej półkuli.
— Kierunek się zgadza — powiedział po chwili. — To rejon basenu Aitkena. Dokładnych współrzędnych jeszcze nie mamy.
— Wiedziałeś wcześniej? — zapytał Orzeł.
— Nie wiem. To jest miejsce z wizji. Nie wiedziałem wcześniej, co pokazuje.
Na bocznym wykresie rytm impulsów Oka zmienił się na kilka sekund.
— Kryształ zareagował — powiedział Marecki.
— Na nazwę?
— Albo na to, że przestaliśmy błądzić.
W pancernej szybie odbijały się hełmy, twarze i cienki łuk Ziemi.
— Przeszliśmy kilka metrów pod ziemią i znaleźliśmy się na Księżycu — powiedział Kaktus.
— Nadal jesteśmy pod ziemią — odpowiedział Hryniewicz. — Tylko ziemia jest inna.
W dalszej części hali znaleźli rampę prowadzącą do okrągłego szybu. Wzdłuż ścian biegły potężne prowadnice. Platforma przy krawędzi mogła pomieścić pojazd albo wielotonowy kontener.
Hryniewicz rzucił do wnętrza chemiczną flarę.
Zielony punkt flary opadał powoli, po drodze wyławiając z mroku wnęki, kolejne poziomy i boczne kanały. Po kilkuset metrach stał się drobiną. Dna wciąż nie było.
— Głębokość? — zapytał Orzeł.
— Co najmniej dwa kilometry. Prawdopodobnie więcej.
Flara leciała wolno, aż zniknęła bez śladu. W śladowej atmosferze nie usłyszeli uderzenia.
— To chyba nie jest główna baza — rozważał Hryniewicz. — Znaleźliśmy wejście i stację przeładunkową. Ta rampa i śluzy. To jakby brama spedycyjna.
Próba uruchomienia windy zakończyła się odmową. Brakowało uprawnień albo energii. Tłumaczenie było bardzo niedokładne i działało z dużym opóźnieniem.
— Nie wymuszajcie jej — powiedział Marecki. — Nie wiemy, czy odmowa dotyczy windy, czy całego poziomu.
— Właśnie pomyślałem o tym samym — odpowiedział Orzeł.
Orzeł kazał zostawić dwa czujniki, bez podłączania ich do systemu bazy. Miały regularnie nadawać parametry z bazy i przesyłać je drogą radiową do Giewontu.
Przy panoramicznej szybie Hryniewicz zatrzymał się ponownie. Ziemia wisiała nad horyzontem, spokojna i odległa.
— Generale — odezwał się Orzeł. — Wracamy. Czas się kończy.
— Już idę.
— Co pan jeszcze sprawdza?
— Czy wygląda inaczej.
— Ziemia? Od pięciu minut?
— Od chwili, gdy wiem, gdzie jesteśmy. To naprawdę dziwne. Widzimy Ziemię po prawej stronie, jakieś trzysta osiemdziesiąt tysięcy kilometrów stąd, a wystarczy zrobić kilka kroków w lewo i znowu jesteśmy na jej powierzchni. To potrafi namieszać w głowie.
Orzeł nie ponaglił go drugi raz. Wracali tą samą drogą. Przy powrocie próg odbierał im lekkość w jednej chwili. Ziemska grawitacja wbijała podeszwy w posadzkę, pasy skafandrów ciągnęły barki, a mięśnie ud twardniały pod nagle odzyskanym ciężarem wyposażenia.
Hryniewicz przeszedł przed Orłem. Komandor został ostatni. Odwrócił się ku ciemnemu korytarzowi, windzie schodzącej w księżycową skorupę i sektorom, do których baza nie zamierzała ich dopuścić.
Orzeł przekroczył próg.
Osłona opadła na kryształ i ponownie mechanicznie zatrzymano akcelerator. Obca instalacja straciła głębię, a wewnątrz pierścienia ponownie pojawił się obraz betonowej ściany.
Porucznik Kaktus zdjął hełm i osunął się na podłogę. Twarz miał bladą, włosy przyklejone potem do czoła. Z wnętrza skafandra buchnęło ciepłe powietrze przesiąknięte potem.
— Jasna cholera, nie uwierzę — powiedział cicho.
Odpowiedziała mu cisza.
— Od tej chwili nazywamy obiekt Aitken — zdecydował Orzeł.
Hryniewicz zatrzymał wzrok na obrazie Ziemi.
— Mam nieodparte wrażenie, że to dopiero początek.
Urządzenie pomiarowe w laboratorium zapiszczało, sygnalizując odebranie izolowanego pakietu danych zewnętrznych.
Pierwszy pakiet kontrolnych pomiarów z czujników pozostawionych na Księżycu właśnie dotarł do Giewontu. Sygnał potrzebował niewiele ponad sekundę, by pokonać dzielącą ich odległość.
Kryształ pozostawał ukryty pod osłoną. Po kilku sekundach wysłał jeden krótki impuls. Gdzieś, nie wiadomo gdzie. W sieć, w przestrzeń.
Marecki zapisał jego czas, amplitudę i opóźnienie względem chwili rozpoznania miejsca. Nie dopisał znaczenia. Tego Oko nadal nie chciało im przekazać.
Rozdział 11. Metoda małych kroków
Następnego dnia do zespołu dołączyły posiłki. Dwaj programiści z WAT. Kaczmarek i Baran. Hryniewicz gotów był zatrudnić każdego, kto da im cień szansy na przesunięcie granicy poznania nowego obiektu. O dziwo programiści byli wojskowymi, na co nie wskazywały rozciągnięte swetry, włosy będące w nieładzie i adidasy na nogach. Młodzi ludzie, żyjący w swoim świecie linii kodu, zastanawiali się teraz, jak rozwiązać problem komunikacji z nieznanym obiektem.
Na stołach stały puste kubki, zgniecione puszki po energetykach i talerze z zaschniętymi resztkami jedzenia. Monitory barwiły twarze Kaczmarka i Barana na siny kolor.
Kaczmarek zatrzymał zapis na ekranie.
— Jeszcze raz. Ten sam impuls.
Baran przesunął wykres obok wcześniejszych pomiarów.
— Trzeci raz odpowiada w tym samym miejscu.
— Czyli mamy punkt zaczepienia.
Nowak nachylił się nad monitorem.
— Mam tam podłączyć przewód?
Obaj programiści spojrzeli na niego jednocześnie.
— Nie — odpowiedział Kaczmarek.
— Zdecydowanie nie — dodał Baran. — Nie wiemy nawet, czym dla tej instalacji jest przewód. Możemy jej podać coś, czego nie zrozumie, albo czego zrozumie za dużo.
Nowak wyprostował się.
— To jak chcecie z nią rozmawiać?
Baran wziął kartkę i narysował kilka zwojów.
— Bez kontaktu elektrycznego. Cewka. Wysyłamy impuls przez pole i sprawdzamy, co wraca.
— A komputer?
Kaczmarek wskazał drugi szkic.
— Pomiędzy komputerem a cewką damy modem. My wysyłamy zera i jedynki, modem zamienia je na impulsy. To, co wróci, składa z powrotem w sygnał, który możemy analizować.
Nowak popatrzył na rysunek.
— Czyli mam zrobić wam tłumacza dla kabla, którego nie będzie.
— Mniej więcej.
— To trzeba było tak od razu powiedzieć.
Resztę dnia spędzili nad zapisami przywiezionymi przez zespół Orła. Kiedy następnego ranka pozostali wrócili do pracy, sterta pustych puszek po energetykach była jeszcze większa, a na ekranie świecił komunikat:
PROFIL: MAINTENANCE GUEST
DOSTĘP SERWISOWY
SEKTORY NADRZĘDNE ZAMKNIĘTE
— Gość serwisowy — odczytał Hryniewicz. — Baza uważa nas za obsługę techniczną.
— Obsługę spóźnioną o kilka tysięcy lat — powiedział Baran, ziewając.
— Zapewne znacznie więcej.
Programiści pracowali teraz na ograniczonym kanale serwisowym, który Aitken udostępnił im poprzez cewki założone na przewody. Pozwalał odbierać komunikaty i wysyłać proste polecenia profilu MAINTENANCE GUEST, ale nie dawał dostępu do właściwej sieci bazy.
Analizowali sekwencje odpowiedzi Aitkena, ale nie potrafili przypisać im znaczenia. Najprostsze rozwiązanie okazało się najbardziej trafne. System zero-jedynkowy. Matematyka była wszędzie prawie taka sama. Rozwiązanie miało ograniczenia, ale działało.
Następnego dnia, podczas kolejnego rekonesansu księżycowej bazy, Orzeł dwa razy potknął się o pozostawiony bałagan, porozkręcane płytki i leżące kable. Za drugim razem zatrzymał się i spojrzał w stronę stanowiska.
— Kto to zrobił?
Baran uniósł obie ręce.
— To nie my. My tylko powiedzieliśmy, gdzie chcemy się podłączyć.
— To znajdźcie winnego i niech to posprząta.
— Tak jest.
Kiedy Orzeł wrócił z rekonesansu, wszystkie dekielki i panele były już przykręcone, a przewody spięte w wiązki, opisane i poprowadzone przy ścianach.
Przy przejściu wiązki schodziły się do modemu zintegrowanego z urządzeniem przesyłowym.
Baza na Księżycu nie używała haseł ani kont użytkowników, ale rozumiała komunikaty dzięki sygnałom z cewek. Rozpoznawała obecność na podstawie budowy ciała, pracy układu nerwowego i lokalnych zmian pola. Człowiek, maszyna oraz przedmiot pozostawiały w jej systemie odmienny ślad.
Marecki wszedł do sali, poprawiając okulary. Po nieprzespanej nocy wyglądał niewiele lepiej od programistów siedzących przy konsolach.
— Jaki mamy dostęp?
— Najniższy bez zmian — odpowiedział Kaczmarek. — Tymczasowy personel techniczny. Bez prawa do archiwów, systemów dowodzenia i głównego zasilania. Ponad dziewięćdziesiąt procent instalacji pozostaje zamknięte.
— Czyli stoimy przed drzwiami bez klucza.
Baran odsunął się od konsoli i poprawił okulary.
— Doktorze, mamy pomysł.
Marecki spojrzał na niego znad ekranu.
— To zabrzmiało tak, jakbyście już coś zrobili.
— Jeszcze nie — powiedział Kaczmarek. — Mamy program do tłumaczenia znaków sumeryjskich. Używamy go do komunikatów Aitkena i próbujemy dopasować znaczenia. Tyle że komputer gubi się, kiedy znak nie oznacza jednego słowa, tylko całą relację.
Baran wskazał obraz Oka na bocznym monitorze.
— A kryształ tego problemu chyba nie ma. Reaguje na tabliczkę, reaguje na pana, rozpoznaje układ Aitkena. Nie wiemy, czym jest, ale część jego reakcji pojawia się na granicy rozdzielczości naszej aparatury. Jeśli to w jakikolwiek sposób przetwarza informacje, możemy spróbować wykorzystać Oko do analizy.
— Chcecie zrobić z niego komputer? — zapytał Marecki.
— Nie wiemy, czy jest komputerem — odpowiedział Kaczmarek. — Chcemy tylko sprawdzić, czy potrafi powiązać to, co już znamy. Damy mu znaki sumeryjskie, polskie odpowiedniki i komunikaty Aitkena, których znaczenie potwierdziliśmy zachowaniem bazy. Niech pokaże, czy widzi między nimi zależność.
— Zrobimy to na dwóch odizolowanych komputerach — powiedział Baran. — Żadnego przewodu danych do kryształu. Te same cewki, których używaliśmy podczas badań, podadzą krótką sekwencję. Sensory zapiszą odpowiedź na osobnym nośniku. Między jednym a drugim będzie mechaniczne odcięcie.
Hryniewicz obserwował ich zza szyby sterowni. Włączył interkom i rozłożył dłonie.
— Pan jest archeologiem — powiedział. — Ja mogę jedynie wyłączyć prąd.
— Zaczynamy od czegoś, czego znaczenie już znamy — zdecydował Marecki. — Jeżeli odpowiedź będzie choć trochę inna niż to, co potwierdził Aitken, kończymy.
Kaczmarek wywołał komunikat MAINTENANCE GUEST. Ziemski translator podawał kilka możliwych znaczeń. Tymczasowy pracownik. Obsługa techniczna. Gość serwisowy. Dostęp pomocniczy.
Baran uruchomił sekwencję.
W Oku poruszyła się cienka smuga światła. Sensory zarejestrowały serię krótkich impulsów. Drugi komputer zaczął porządkować odpowiedź, korzystając wyłącznie z przygotowanej wcześniej biblioteki pojęć.
Na ekranie zostało jedno znaczenie:
TYMCZASOWA OBSŁUGA TECHNICZNA
OGRANICZONY DOSTĘP SERWISOWY
Kaczmarek spojrzał na Mareckiego.
— To dokładnie odpowiada temu, co baza pozwoliła nam zrobić.
— Jeszcze raz — powiedział Marecki.
Tym razem wybrali symbol zapisany przy windzie, której Aitken nie pozwolił uruchomić. Translator rozpoznawał pojedyncze znaki, ale nie potrafił złożyć ich w spójny komunikat.
Odpowiedź Oka przyszła prawie natychmiast.
POZIOM NADRZĘDNY
DOSTĘP OGRANICZONY
WYMAGANE UPRAWNIENIE
Baran przestał się uśmiechać.
— Nasz program mielił to przez pewien czas.
— Może dostał od nas brakujący kontekst — powiedział Marecki.
— Albo to coś właśnie dostało kontekst od nas — odpowiedział Kaczmarek.
— Zapytaj, kto zbudował Aitken — powiedział Marecki.
Kaczmarek nie wpisał pytania po polsku. Złożył je z relacji, które już potwierdzili: Aitken, budowa, podmiot. Program zamienił układ pojęć na sekwencję znaków i impulsów używaną w poprzednich próbach, a Baran uruchomił cewki. Po kilku sekundach nie pojawiła się nazwa, obraz ani lokalizacja. Zamiast odpowiedzi Oko zwróciło zestaw oznaczeń procedur dostępnych dla profilu serwisowego.
— Nie odpowiedziało — stwierdził Kaczmarek.
— Na to pytanie nie — powiedział Marecki. — Ale odpowiedziało czymś, co samo uznało za użyteczne.
— Każdą taką odpowiedź sprawdzamy niezależnie — powiedział Marecki. — Nie wiemy, czy Oko czegoś nie potrafi powiedzieć, czy po prostu nie chce.
Baran przez chwilę patrzył na ekran.
— To sprawdźmy jeszcze jedno.
— Co? — zapytał Marecki.
— Z czego strzelali?
Marecki zmarszczył brwi.
— Kto?
— Ci, którzy zbudowali tę bazę. Skoro odpowiada na pytania techniczne, zapytajmy o coś, czego nie mamy w translatorze.
— To jest wasza metoda naukowa? — zapytał Hryniewicz przez interkom.
— Test graniczny — odpowiedział Baran.
— Pytaj o system obronny. Bez polecenia uruchomienia, bez parametrów wykonawczych.
Kaczmarek zbudował drugą sekwencję z pojęć baza, obrona i urządzenie. Nie było w niej gotowego zdania, tylko relacje, które Oko miało powiązać.
Kryształ rozbłysnął jaśniej niż wcześniej.
Na obu monitorach pojawiła się geometria, której ziemski program nie potrafił poprawnie narysować. Kilka koncentrycznych pierścieni przecinało się pod kątami. Wokół nich rosły ciągi wartości pozbawionych rozpoznawalnych jednostek, a część linii znikała poza modelem i wracała w innym miejscu. Translator zdołał przypisać tylko kilka pojęć:
POLE
SKUPIENIE
EMISJA
KIERUNEK
Potem stanął.
Kaczmarek przesuwał model, coraz wolniej.
— To ma być broń?
Marecki przyjrzał się jednej z warstw schematu.
— Nie wiem. Nie wiemy nawet, która część jest urządzeniem, która materiałem, a która opisem pola. Dostaliśmy odpowiedź, ale nie mamy języka, żeby ją zrozumieć.
Baran spojrzał na kryształ.
— Czyli gdzieś tam jest coś, czego jeszcze nie potrafimy odczytać.
Marecki wyłączył zasilanie cewek.
— Na dziś wystarczy. Najpierw sprawdzimy, co naprawdę zarejestrowaliśmy.
Smuga w Oku nie zgasła od razu. Przez kilka sekund pozostawała skierowana ku aparaturze, po czym powoli obróciła się w stronę przejścia prowadzącego do Aitkena.
Ziemski translator pozostał warstwą kontrolną. Tego dnia po raz pierwszy Oko przestało jednak być wyłącznie obiektem obserwowanym przez czujniki Giewontu. Włączono je do ludzkiej infrastruktury jako odizolowany procesor pośredniczący. Nie mieli bezpośredniego dostępu do jego pamięci, ale mogli podawać mu dane, zadawać ograniczone pytania i porównywać odpowiedzi z tym, co pokazywał Aitken. Po raz pierwszy cała wymiana odbyła się bez wykorzystywania reakcji neurologicznej Mareckiego jako elementu układu. Od tej chwili do rutynowej pracy nie potrzebowali już EEG ani jego bezpośredniego sprzężenia z Okiem.
Baran uderzał w klawiaturę i nagle odchylił się od konsoli z uśmiechem.
— I mamy jeszcze jeden pomysł. Gorszy. Skoro jesteśmy na samym dnie uprawnień, to będziemy udawać serwis. Mamy przepustkę dla człowieka, który przyszedł naprawić rurę.
Marecki pochylił się nad zapisem. Na ekranie nakładały się odpowiedzi stacji i znaki podawane przez Kryształ Oka Przeszłości. Kryształ tłumaczył relacje z niepokojącą łatwością, lecz nigdzie nie zostawiał granicy pomiędzy przekładem a własnym wkładem. Marecki coraz częściej czuł się jak archeolog czytający inskrypcję, w której część słów dopisuje mu ktoś stojący za plecami. Do pomieszczenia wszedł Hryniewicz. Pod pachą trzymał papierową teczkę z raportem pierwszego rekonesansu.
— Rozumiem, że utknęliśmy.
— Niezupełnie — odpowiedział Baran. — System chroni personel techniczny przed skutkami awarii. Nie możemy rozkazać grodziom, żeby się otworzyły. Możemy zgłosić uszkodzenie instalacji po drugiej stronie. Tak chcemy to obejść, żeby wejść do środka.
Ekran pokazał fragment bazy oznaczony jako sektor logistyczny B-1.
— Jaką awarię wymyśliliście? — zapytał Marecki.
— Rozszczelnienie przewodu chłodzącego.
Hryniewicz zmierzył programistów wzrokiem.
— Próbujecie wejść do obcej bazy, udając hydraulików?
— Na tyle pozwalają nam jej procedury.
— A jeżeli sprawdzi rurę?
Kaczmarek odpowiedział po krótkiej pauzie.
— Odkryje, że kłamiemy.
— Nie wiemy jeszcze, jak system nazwie kłamstwo — powiedział Marecki. — Dla niego możemy być intruzami albo uszkodzonym urządzeniem, które przesyła błędne dane.
— Pocieszające — mruknął Hryniewicz.
Kaczmarek uruchomił przygotowaną sekwencję. Pomarańczowy sektor pulsował przez kilka sekund. Prowadząca do niego linia zmieniła kolor na zielony.
— Przyjęła zgłoszenie. Grodź numer cztery została zwolniona z rygla.
Hryniewicz połączył się z Orłem.
Po księżycowej stronie przejścia komandor stał przed matową grodzią z dłonią opartą na chwycie karabinka. Za nim czekali Kaktus i trzej operatorzy GROM-u. Wszyscy mieli zamknięte hełmy, aktywne czujniki skażenia oraz gotową do użycia broń. W głębi ściany odezwał się niski pomruk. Wrota były rozsunięte na szerokość niespełna metra.
Za nimi czekał ciemny korytarz.
— Potwierdzam otwarcie grodzi — zameldował Orzeł. — Brak światła i ruchu.
— Procedura została przyjęta — odpowiedział Marecki. — Macie tymczasowy dostęp do B-1. Nie wiemy, jak długo pozostanie ważny.
— Sonda pierwsza. Ludzie czekają.
Kaktus wsunął niewielkie urządzenie rozpoznawcze. Maszyna zawisła kilkanaście centymetrów nad posadzką i zniknęła w ciemności. Obraz pokazał pusty korytarz, śladową atmosferę oraz temperaturę zbliżoną do pozostałych sektorów Aitkena. Nie wykryto promieniowania ani silnych źródeł energii.
Orzeł skinął na Kaktusa.
— Wchodzimy w szyku Delta. Sonda przed nami. Nikt nie uruchamia urządzeń i nie dotyka paneli.
Kaktus przeszedł pierwszy. Za nim ruszyło trzech ludzi osłony. Orzeł wszedł ostatni. Korytarz miał ponad cztery metry wysokości. Ściany ścięto pod ostrymi kątami i wykonano z materiału pozbawionego widocznych łączeń. Pod nogami leżał cienki pył. Każdy krok odciskał w nim wzór wojskowej podeszwy — pierwszy ludzki ślad w miejscu martwym od czasu, którego nie potrafili jeszcze nazwać.
Pod warstwami skafandra Kaktus czuł chłodny pot spływający wzdłuż kręgosłupa. Przeciwnik w celowniku miał kształt, odległość i kierunek. Ta baza nie dawała mu niczego z tych rzeczy. Zostały puste korytarze i świadomość, że zbudowano je wtedy, gdy ludzie na Ziemi nie potrafili nawet wyobrazić sobie podobnej fizyki.
— Parametry bez zmian — zameldował. — Brak aktywnych pól. Śladowe ciśnienie.
Korytarz doprowadził ich do hali, której ściany przecinały głębokie nisze. W każdej spoczywały obce podzespoły: wielościenne bryły ciemnego materiału, przezroczyste przewody i zamknięte moduły z fioletowymi kryształami.
— Wygląda jak jakiś magazyn części zamiennych — powiedział Kaktus.
Orzeł podszedł bliżej, nie przekraczając granicy wyznaczonej przez sondę.
— Giewont, potwierdzam zaplecze logistyczne. Jakieś elementy, leżące na czymś w rodzaju regałów. Brak personelu i widocznych systemów obronnych.
Marecki śledził napływające dane, które system przesyłał cały czas z księżycowej bazy.
— Część obiektów system opisuje jako moduły zasilające i filtry pola. To stacja serwisowa. Zużyte elementy zostawiano w jednej części, gotowe zamienniki odbierano z drugiej.
— Czyli naprawdę weszliśmy naprawiać rurę — powiedział Kaktus.
— Rury nie ma — przypomniał Orzeł. — Dlatego nie zostajemy długo.
Błękitne pasma nagle zgasły i hala utonęła w czerni przeciętej latarkami. Z głębi posadzki przyszło ciężkie uderzenie. Poczuli je w podeszwach, kolanach i zębach, zanim drganie wygasło w ścianach.
— Stanowiska obronne — rozkazał Kaktus.
Operatorzy rozproszyli się bez słowa. Dwóch osłoniło wejście, pozostali boczne korytarze. W słuchawkach zostały tylko ich przyspieszone oddechy. Czerwone światło zalało ściany.
— Nikt nie strzela bez rozkazu — powiedział Orzeł. — Giewont, meldować.
Na ekranie Kaczmarka zielona linia zmieniła kolor na żółty, potem na czerwony.
— System sprawdza zgłoszenie. Lokalne czujniki nie potwierdzają rozszczelnienia.
Baran przełączył widok.
— Profil został oznaczony jako niespójny. Uruchamia kwarantannę diagnostyczną.
— Co to oznacza dla ludzi? — zapytał Hryniewicz.
— Baza może uważać ich za uszkodzone urządzenie serwisowe — odpowiedział Marecki. — Odizoluje sektor, dopóki nie przeprowadzi kontroli.
Na Księżycu pierwsza grodź zaczęła się zamykać.
— Wycofanie — rozkazał Orzeł. — Tą samą drogą. Sonda zostaje. Szybko.
Wycofywali się bez paniki, trzymając halę w polu widzenia. Czerwone światło przesuwało się po pancerzach jak alarmowy puls, a kolejne grodzie zamykały się od najgłębszej części sektora ku nim.
— Macie dziewięćdziesiąt sekund — powiedział Kaczmarek.
— Do czego?
— Do pełnego odcięcia B-1.
Pierwszą grodź minęli bez przeszkód. Druga ruszyła, zanim dotarł do niej ostatni operator. W niskim ciążeniu żołnierz odepchnął się zbyt mocno. Przeleciał przez zwężającą się szczelinę i uderzył barkiem o przeciwległą ścianę. Kaktus złapał go za uprząż, zanim ciało odbiło się ku stropowi.
— Krótkie kroki! — krzyknął Orzeł. — Nie skakać!
Za ich plecami rozległ się metaliczny stukot.
Z jednej z nisz wysunęła się niska czarna maszyna. Miała segmentowy kadłub, cztery krótkie podpory i dwa ramiona złożone wzdłuż boków. Sunęła kilka centymetrów nad posadzką.
Maszyna ruszyła ich śladem.
— Mamy kontakt — zameldował Orzeł. — Maszyna, dwa manipulatory. Jedzie za nami.
Kaczmarek powiększył sygnaturę na modelu.
— Nie wiem, co to jest. Próbuję to zdiagnozować.
Transmisja urwała się. Kolejna grodź odcięła kanał. Maszyna przyspieszyła. Jedno ramię rozłożyło się w stronę ostatniego żołnierza. Na końcu manipulatora zapalił się fioletowy punkt, odbity w wizjerze żołnierza jak mała, nieruchoma źrenica.
— Cholera. Uwaga. To przyspiesza. Stój! — krzyknął Orzeł.
Urządzenie nie zwolniło.
Komandor trochę spanikował i oddał krótką serię. Pociski poleciały w pustkę. Poprawił już z przyłożenia. Pierwsze pociski spłaszczyły się na kadłubie i poszły rykoszetem w ściany. Kolejne trafiły w rozłożone ramię. Manipulator pękł w przegubie; czarna maszyna obróciła się, uderzyła bokiem o ścianę i osiadła nad posadzką. W tym momencie czerwone światła zaczęły błyskać mocniej.
— Do wyjścia! — krzyknął komandor. — Ewakuacja!
Zewnętrzne wrota przesuwały się z obu stron. Słabsze ciążenie utrudniało bieg. Odpychali się więc od ścian, żeby lecieć szybciej, nie zważając już na nic. Kaktus przeszedł pierwszy. Następni przelatywali przez zamykający się powoli prześwit śluzy, lądując z impetem na ścianie korytarza w bezpiecznej dla nich strefie. Orzeł został z tyłu.
— Konrad, natychmiast! — krzyknął Marecki.
Komandor przekroczył grodź w ostatniej chwili, gdy jej krawędź znajdowała się kilka centymetrów od butli z powietrzem na jego plecach. Kaktus chwycił go za uprząż i szarpnął do przodu. Wrota zamknęły się z głuchym uderzeniem. Czerwona linia zgasła. Po zatrzaśnięciu wrót w interkomie zostały ciężkie oddechy i szum filtrów skafandrów. Ktoś zaklął bardzo cicho. Dopiero teraz ręce zaczęły drżeć tym, którzy przed chwilą trzymali broń. Kaczmarek odtworzył ostatnie sekundy zapisu. Powiększył sygnaturę uszkodzonej maszyny i symbol, który pojawił się przed utratą transmisji.
— Panie komandorze, właśnie zastrzelił pan robota serwisowego.
Orzeł wciąż trzymał zamkniętą grodź na muszce.
— Gonił nas.
— Bo zgłosiliśmy awarię przewodu chłodzącego. Jechał ją usunąć, a ludzi uznał za wadliwe urządzenie przesyłające fałszywe dane.
— Wycelował w mojego człowieka.
— Manipulator diagnostyczny — powiedział Kaczmarek, patrząc na zapis. — Przynajmniej tak go oznaczył system.
Orzeł wreszcie opuścił karabinek.
— Następnym razem niech najpierw pokaże identyfikator.
Kaktus parsknął krótko, bardziej z ulgi niż rozbawienia. Śmiech urwał się sam. Za grodzią został postrzelony robot, a wraz z nim pierwsza konkretna odpowiedź bazy na ludzkie kłamstwo. Stracili też własną sondę, którą porzucili gdzieś za sobą.
Aitken nie uruchomił broni, nie obniżył śladowego ciśnienia i nie próbował zabić ludzi. Cofnął uprawnienia uzyskane przez fałszywe zgłoszenie, odizolował sektor i wysłał jednostkę serwisową. Marecki porównał przebieg reakcji bazy z impulsami kryształu. Oko przekazywało komunikaty w obie strony, lecz nie ostrzegło ich przed kontrolą lokalnych czujników.
— Baza nie uznała nas za przeciwnika — powiedział Hryniewicz.
— Uznała nas za źle wyposażonych oszustów — odpowiedział Orzeł.
Kaczmarek powiększył ciemną granicę biegnącą ku niewidocznej półkuli Księżyca. Wszystkie prowadzące tam korytarze kończyły się tym samym symbolem. Próby zgłoszenia pożaru, rozszczelnienia i zaniku zasilania odrzucano natychmiast.
Ekran pokazał tłumaczenie:
DOSTĘP ZABRONIONY
Sektor centralny: luna-1
AKTYWNY PROTOKÓŁ OBRONY OSTATECZNEJ
WYMAGANY POZIOM: COMMANDER
— Luna-1 — przeczytał Hryniewicz. — Baza wojskowa? Schron?
— Centrum dowodzenia albo większa sieć — odpowiedział Marecki. — Pewne jest tylko to, że Aitken leży na jej obrzeżu.
— I nie wejdziemy tam metodą uszkodzonej rury — stwierdził Orzeł.
— Nie. Ten sektor nie ufa procedurom serwisowym.
Kaczmarek powiększył dolną część modelu. Pod magazynami pulsował pojedynczy zielony punkt.
— System nie zamknął wszystkiego. Po kwarantannie uruchomił pomocniczy obieg zasilania na poziomie C-4.
— Co tam jest? — zapytał Marecki.
— Z opisu schematu, jaki mamy udostępniony, wynika, że to urządzenia produkcyjne, napędy pomocnicze i stanowiska montażowe. Nie wiem, na ile można ufać temu miejscu. Droga serwisowa pozostaje otwarta, bo tym razem awarię zgłasza sama baza.
Orzeł spojrzał na model.
— Czyli dostaliśmy prawdziwe zlecenie.
— Tak — odpowiedział Baran.
Hryniewicz zwrócił się do komandora.
— Odpocznijcie trzydzieści minut i uzupełnijcie wyposażenie. Zaczekacie na Mareckiego. On pójdzie z wami.
— Przyjąłem — odpowiedział Orzeł. — Dokąd schodzimy?
Marecki skupił się na zielonym punkcie u dna szybu. Bez bezpośredniej obserwacji nie potrafił oddzielić komunikatów Aitkena od dopowiedzeń Oka.
— Do C-4 — powiedział Hryniewicz. — Sprawdzimy, co zostało w warsztatach. Skoro możemy jechać aż tak daleko, zobaczmy jak najwięcej. System przydzielił nam nawet pojazd w postaci windy.
Rozdział 12. Zagadka Anomalii 88
Winda serwisowa schodziła pionowo w głąb księżycowej skorupy. Platforma opadała bez lin, prowadnic i drżenia. Grafitowe ściany sunęły z taką regularnością, że błędnik podpowiadał coś odwrotnego: jakby to Księżyc przesuwał się wokół nieruchomych ludzi.
Orzeł stał przy przedniej krawędzi z dłonią opartą na chwycie karabinka. Kaktus kontrolował obraz z kamer żołnierzy. Dwóch operatorów zajmowało przeciwległe narożniki platformy, a Marecki pozostawał pomiędzy nimi ze skanerem przymocowanym do przedramienia.
— Doktor w środku — powiedział Kaktus. — Kontakt wzrokowy przez cały czas. Nikt niczego nie dotyka bez zgody komandora.
— Dotyczy doktora? — zapytał jeden z żołnierzy.
— Zwłaszcza doktora.
Marecki usłyszał uwagę i nie odpowiedział. Na ekranie we własnym kombinezonie obserwował nieregularne wskazania czujników grawitacyjnych. Odchylenia były niewielkie, lecz każde urządzenie podawało inną wartość.
— Trzysta metrów poniżej stacji przeładunkowej — zameldował Kaktus. — Wchodzimy w strukturę C-4. Lokalne wahania ciążenia do dwóch setnych G.
— Czujniki mogą błędnie nazywać to wahaniami grawitacji — powiedział Marecki. — Zegary Giewontu tracą synchronizację z systemem Aitkena.
— Czyli?
— Każdy przyrząd nazywa grawitacją coś, czego nie potrafi rozdzielić. Pole, ruch albo zmianę tempa procesów.
— Bardzo mnie pan uspokoił.
Platforma zwolniła, po czym stanęła bez szarpnięcia. Otwarta grodź prowadziła do korytarza pogrążonego w ciemności. W oddali pulsowało kilka bladozielonych punktów. System oznaczył drogę jako techniczną, lecz nie uruchomił głównego oświetlenia.
— Formacja ubezpieczenia — rozkazał Kaktus. — Marecki w środku. Nie rozchodzić się.
Sektor C-4 różnił się od magazynów logistycznych. Pył znikał na jego granicy. Śladowe powietrze było sterylnie suche, a pole elektrostatyczne sypało drobnymi zakłóceniami po wizjerach i łaskotało skórę pod warstwami kombinezonu. W ustach Marecki czuł smak metalu, choć hełm pozostawał zamknięty. Korytarz doprowadził ich do półkolistej hali. Sklepienie ginęło poza zasięgiem latarek.
Pośrodku półkolistej hali stało urządzenie wysokie na niemal pięć metrów. Monolityczny korpus przechodził w cylindryczną komorę roboczą. Brakowało wszystkiego, czego ludzkie oko szukało odruchowo: ram, tłoków, prowadnic, przewodów. W cylindrze pulsowała zielonkawa poświata, jak mgła uwięziona głęboko pod lodem.
— Zabezpieczyć halę — polecił Orzeł.
Operatorzy sprawdzili boczne przejścia, sklepienie i przestrzeń za postumentem. Z sufitu wysunął się półprzezroczysty panel. Rozbłysnął dopiero, gdy Marecki znalazł się kilka kroków od urządzenia.
— System czekał na obsługę — powiedział.
— Albo wykrył intruza. Zostaje pan na miejscu.
Marecki włączył skaner sprzężny z tabletem i starał się użyć translatora z sumeryjską biblioteką słów, nie zbliżając się do postumentu. Zielone figury przesuwały się w kilku warstwach i zmieniały znaczenie zależnie od znaków obok. Większość funkcji pozostawała ukryta przed profilem serwisowym. Westchnął wreszcie zniechęcony i połączył się z bazą.
— Giewont? Dajcie mi Barana albo Kaczmarka.
Po chwili interkom zatrzeszczał.
— Jesteśmy, panie doktorze.
— Możecie uruchomić dla mnie interfejs Oka? Mam pierwsze zadanie dla tłumacza. Jest tu urządzenie, którego instrukcja jest zbyt skomplikowana.
— Jasne. Już uruchamiamy.
Po chwili przyszło potwierdzenie. Marecki zobaczył na panelu nową ikonę i wybrał funkcję tłumacza.
Zatrzymał się na moment.
Po raz pierwszy używali Oka do tłumaczenia urządzenia działającego po drugiej stronie przejścia. Sygnał szedł przez odizolowany interfejs Barana i Kaczmarka.
Skierował ponownie skaner na ekran i pulpit maszyny, przed którą stał. Tablet rozbłysnął znakami, a u dołu pojawiło się polskie tłumaczenie. Marecki uśmiechnął się. Dostępna część interfejsu opisywała komorę roboczą, układ formujący i mechanizm, który Oko tłumaczyło jako „wyrównanie struktury”. Na ekranie przesunął kilka niezrozumiałych schematów i wzorów matematycznych.
— Urządzenie produkcyjne — powiedział Marecki. — Cała linia technologiczna zamknięta w jednej bryle.
— Drukarka części? — zapytał Kaktus.
— Niedokładne określenie, ale najbliższe temu, co znamy.
Jedno zadanie pozostało w lokalnej pamięci. Panel pokazał model grubej, łukowato wygiętej belki z owalnymi otworami montażowymi.
Oko przetłumaczyło oznaczenie:
WSPORNIK MAGNETYCZNY — MODEL 88
— Zwykły element konstrukcyjny — ocenił Marecki. — Żadnego rdzenia ani aktywnego napędu.
Odnalazł czas wykonania i przesłał odczyt do Giewontu. Kaczmarek sprawdził jednostki. Wynik się nie zmienił.
131 400 GODZIN
— Piętnaście lat — obliczył Kaktus.
— Na jeden wspornik? — zapytał drugi żołnierz.
— W Stalowej Woli wycięliby taki kształt w kilka godzin — powiedział Kaktus.
— Kształt, owszem — odparł Marecki. — Nie wiemy, czym jest materiał ani co oznacza „wyrównanie struktury” w ziemskiej technologii. To prawdopodobnie proces obróbczy metalu, którego nie znamy.
Orzeł obserwował zielone pole uwięzione w komorze.
— Może to błąd tłumaczenia?
— Nie sądzę. Chłopcy od programowania podpięli do tłumaczenia kryształ. To raczej niedoskonałość naszej technologii. Nasza cywilizacja jeszcze nie wymyśliła nawet nazwy na to, co tu widzimy. Budowniczowie tej bazy otworzyli przejście między Ziemią a Księżycem. Nie zakładałbym od razu, że pomylili się przy liczeniu godzin.
Marecki przeczytał skanerem kolejny opis i wskazał jedną z figur.
— Jest procedura diagnostyczna. Powinna pokazać przygotowanie komory bez rozpoczęcia pełnego cyklu.
— „Powinna”? — zapytał Orzeł.
— Tak zrozumiałem to tłumaczenie. Baza opisuje urządzenie według własnej technologii i nie podaje wszystkiego. Zakłada, że wiemy, co czytamy. Możemy spróbować to uruchomić. To może być coś w rodzaju ich frezarki albo tokarki. Nic złego nie może się stać. To jest przecież tylko warsztat.
Komandor zawahał się.
— Jedna próba. Jeśli coś pójdzie nie tak wracamy do windy.
Marecki przesunął dłoń nad panelem i obserwował tłumaczenie. Forma zapisu na ekranie zmieniła się, dostosowując do sposobu, w jaki zadawał pytania. Oko spięte z jego tabletem stawało się coraz bardziej intuicyjne. Podpowiadało również najbardziej prawdopodobne funkcje znaków. Ta adaptacja była użyteczna, a jednocześnie niepokojąca.
Maszyna obcych, czymkolwiek była, wyglądała imponująco. Dokładniejsze tłumaczenie i sugestie Oka sprawiały, że kolejne kroki wydawały się pewniejsze, choć nadal nie wiedzieli, co naprawdę przełączają. Interfejs nie wymagał dotyku. Pierwsze dwa polecenia przyjął bez widocznej reakcji. Przy trzecim zielone światło awaryjne zgasło na całym poziomie. Po krótkiej chwili z rdzenia maszyny wypłynęła matowa purpura, ciężka dla oczu i pozbawiona widocznego źródła.
Komora otworzyła się bez dźwięku. Z wnętrza wysunęła się platforma, wyrzucając na boczny odbiornik wspornik pozostawiony po poprzednim cyklu. Detal uderzył o powierzchnię i zatrzymał się przy krawędzi.
— Komora była zajęta — zameldował Kaktus.
Marecki cofnął dłoń. Płyty już się zamykały. Przez halę przeszło głębokie uderzenie, wyczuwalne w podeszwach skafandrów.
Na panelu pojawił się licznik:
131 400:00:00. Pierwsze cyfry zaczęły się zmieniać.
— Zamiast diagnostyki uruchomiliśmy przez przypadek pełny cykl, nacisnąłem nie tą ikonkę — powiedział Marecki.
— Przerwać.
Symbol wyłączenia zniknął pod warstwą znaków niedostępnych dla profilu serwisowego.
— System odebrał nam sterowanie.
Orzeł otworzył kanał łączności.
— Giewont, jaka jest szansa na odcięcie zasilania C-4?
W słuchawkach trzaskały zakłócenia i nie usłyszeli odpowiedzi.
Pole wokół postumentu zgęstniało. Krawędzie urządzenia rozeszły się na kilka przesuniętych obrazów. Snopy latarek zakrzywiały się ku komorze, wydłużały, po czym urywały w pustym powietrzu. Mareckiemu ścisnęło żołądek, jak przy gwałtownym spadaniu, choć podeszwy wciąż trzymały posadzkę.
— Wycofać się! — rozkazał Orzeł.
Pierwszy krok wystarczył, by błędnik Orła utracił kierunek. Posadzka ciągnęła go jednocześnie w dół i w bok. Jeden z operatorów zwymiotował do maski, zachwiał się i uderzył barkiem w ścianę; system skafandra natychmiast wciągnął zanieczyszczone powietrze do filtra.
— Widzę was podwójnie — powiedział.
Kaktus przycisnął terminal do pancerza.
— Magnetometry poza skalą. Temperatura i promieniowanie bez zmian. Grawimetry podają wartości dodatnie, ujemne i zerowe w tym samym punkcie.
Orzeł poczuł ucisk w skroniach i sprawdził czas. Sekundnik mechanicznego zegarka w wizjerze rękawicy skoczył trzy razy, stanął, potem ruszył tak szybko, że wskazówka rozmazała się w srebrny krąg. Sensory skafandrów rozjechały się natychmiast.
— Zaburzenie synchronizacji — powiedział Kaktus.
— To niemożliwe — wykrztusił Marecki, podtrzymując się poręczy. — Rzeczywistość się załamuje i rozwarstwia. Przeszłość miesza się z przyszłością w krótkich obrazach.
Systemy pod Zelejową próbowały obserwować halę. Każdy pomiar docierał z innym znacznikiem czasu, część wcześniejszym niż polecenie uruchomienia. Ostatecznie obraz z kamer żołnierzy przeszedł w szum.
Marecki zobaczył kilka wersji hali nałożonych na siebie. W jednej komora pozostawała zamknięta, w drugiej dopiero się otwierała, w trzeciej gotowy wspornik leżał na platformie. Przez moment zobaczył także własną dłoń kilka centymetrów dalej, zanim zdążył nią poruszyć. Nie wiedział, czy ogląda kolejne etapy procesu, czy wynik, który dopiero miał nastąpić.
— Janusz, odejdź od urządzenia! — krzyczał Hryniewicz do mikrofonu.
Pierwsza sylaba komunikatu powtórzyła się w słuchawkach, zanim wybrzmiała ostatnia. Licznik pędził blokami po setki godzin. Zatrzymywał się i nadrabiał tysiące. Orzeł spojrzał na stoper uruchomiony poza systemem skafandra. Minęła minuta i czterdzieści sekund. Miał wrażenie, że stoją w hali od wielu godzin.
Po pewnym czasie Orzeł przestał wiedzieć, czy stoi tam minutę, czy pół dnia. Język miał suchy, mięśnie karku twarde od mdłości, a każdy oddech wracał do niego z interkomu w innym rytmie.
Pozostały purpurowe światło i niemy rytm maszyny. Drgania wchodziły przez podeszwy i osiadały w kościach, jakby urządzenie pracowało również wewnątrz nich. Po siedmiu minutach proces zakończył się pojedynczym kliknięciem. Purpura zgasła. Ściany wróciły na swoje miejsca, a światło znów pobiegło prosto. Zegary skafandrów zaczęły odbierać wzorzec z Giewontu. Marecki usiadł na stopniu maszyny i wypuścił powietrze. Chciał otrzeć pot z czoła, ale hełm skafandra mu w tym przeszkadzał.
— Żyjemy? Meldować stan — rozkazał Orzeł.
Kaktus i operatorzy odpowiedzieli kolejno. Marecki zrobił to ostatni.
— Przytomny.
Komora otworzyła się. Wypłynął z niej lodowaty gaz, który rozlał się nisko przy posadzce i osiadł szronem na krawędzi platformy. W środku leżał wspornik identyczny z elementem wyrzuconym przed cyklem. Marecki ruszył ku niemu, lecz Orzeł zatrzymał go za ramię.
— Najpierw pomiary.
Kaktus skierował skaner ku detalowi.
— Brak promieniowania. Pole magnetyczne szczątkowe. Temperatura minus pięć stopni.
— Po piętnastu latach produkcji — powiedział jeden z operatorów.
— Po siedmiu minutach dla nas — odpowiedział Marecki.
Robotyczny chwytak umieścił nowy detal w ekranowanym pojemniku. Starszy zamknięto osobno.
— Wracamy — zdecydował Orzeł. — Urządzenia nikt więcej nie dotyka.
Sześć godzin później oba wsporniki znajdowały się w oddzielnych komorach badawczych pod Górą Zelejową. Tym razem generał Hryniewicz ściągnął do pomocy kapitana Jana Frączaka, kierującego zespołem metalurgii wojskowej. Wycieczka do księżycowej drukarki odbyła się ponownie, ale tym razem bez uruchamiania urządzenia.
Frączak przyniósł wydruki z mikroskopu elektronowego. Zwykle mówił szybko, jeszcze szybciej przewracał strony. Tym razem usiadł, położył papiery przed sobą i przez chwilę pocierał kciukiem brzeg pierwszej kartki.
— Nie wiem, jak maszyna wykonała ten element. Możemy się tylko domyślać. Wiem, czego nie zrobiła. Nie odlała go, nie wyfrezowała, nie spiekła z proszku i nie zbudowała warstwowo. Nie ma stref przegrzania, granic łączenia ani naprężeń po chłodzeniu.
— Struktura? — zapytał Hryniewicz.
— Niemal idealna. Domieszki nie są przypadkowe. Każdy obcy atom zajmuje określone miejsce i pełni funkcję w sieci.
— Jak powstał kształt? — zapytał Marecki.
— Materiał wygląda, jakby krystalizował atom po atomie. Bardzo powoli. Zbadaliśmy relaksację naprężeń i przemiany w domieszkach. Wszystkie metody wskazują ten sam rząd wielkości.
Frączak położył dłoń na wydruku.
— Około piętnastu lat składania atomu do atomu — mówiąc tak w skrócie, dla lepszego zobrazowania tej technologii.
Hryniewicz odsunął dokument.
— Możliwe sztuczne postarzenie?
— Brak śladów promieniowania, gwałtownych cykli cieplnych i degradacji — nie wykonano go szybko, żeby potem sztucznie postarzyć. Struktura stabilizowała się latami. Suwak czasu — powiedział Frączak. — Nie znajduję lepszego porównania.
— Określenie potoczne — odpowiedział Marecki. — Wiemy jedynie, że tempo procesów w komorze było inne niż w hali.
— Jakieś pomysły? — zapytał Hryniewicz.
Frączak przełknął ślinę i przesunął na środek stołu rysunek przypominający schemat z podręcznika szkolnego. Pokazywał atomy, wiązania między nimi i kolejne etapy budowy struktury materiału.
— Gdybyśmy chcieli zrobić coś podobnego naszą technologią, musielibyśmy rozdzielać materiał, zrywać istniejące wiązania i tworzyć nowe — kontrolując przy tym każdy etap procesu. To wymagałoby energii, czasu i ogromnej precyzji. Tutaj niczego takiego nie widzimy. Nie umiemy tego opisać. To wygląda, jakby atomy leżały sobie w osobnych szufladkach, a maszyna pobierała je pojedynczo i umieszczała dokładnie tam, gdzie chce — jakby pomijała część procesów, które dla naszej technologii są nie do obejścia.
Hryniewicz ponownie spojrzał na wydruk.
— A piętnaście lat?
Frączak przez chwilę milczał.
— Najprościej? Maszyna zamknęła proces obróbki wewnątrz czegoś w rodzaju pętli czasu — dla nas minęło siedem minut, ale materiał wewnątrz tej pętli dostał około piętnastu lat na ułożenie i stabilizację swojej struktury.
— Nazwa robocza?
— Anomalia 88 — od pierwszego elementu, na którym ją zarejestrowaliśmy.
— Jeżeli kiedyś nauczymy się utrzymywać taki efekt pod kontrolą, zmieni to produkcję — powiedział Hryniewicz. — Hodowla kryształów, stabilizacja stopów, procesy, które normalnie wymagają miesięcy albo lat.
— Materiał dostaje swój czas, a my nie musimy na niego czekać — powiedział Frączak.
— Najpierw musimy wiedzieć, czy potrafimy ten proces zatrzymać — odpowiedział Marecki. — Dzisiaj nie potrafiliśmy.
Marecki wrócił do zapisu z czujników Giewontu. Interesowała go reakcja kryształu. Wśród setek impulsów znalazł kilka oznaczonych czasem wcześniejszym niż chwila, w której uruchomił diagnostykę. Jeden odpowiadał obrazowi gotowego wspornika, choć komora była wtedy jeszcze zamknięta.
Zaznaczył anomalne impulsy na czerwono. Jeden wyglądał jak odpowiedź z innego tempa czasu, drugi jak informacja o wyniku, który dla ludzi jeszcze nie istniał. Marecki nie potrafił rozstrzygnąć, czy Oko widziało przyszłość, czy tylko odbierało zapis z miejsca, gdzie kolejność zdarzeń przestała być wspólna.
W protokole napisał tylko: ANOMALIA 88 — ZAKAZ PONOWNEGO URUCHOMIENIA.
Rozdział 13. Złomowisko Alfa
Kilka godzin po wygaszeniu Anomalii 88 Aitken zasilił kolejną część dolnego poziomu. Baran powiększył nowy obszar na modelu instalacji.
— Profil serwisowy otrzymał zadanie przeglądu floty pomocniczej. System odblokowuje hangar techniczny opisany jako zero cztery.
— Aktywna obrona? — zapytał Hryniewicz.
— Brak danych. To dok remontowy, ale algorytmy mogą uznać ludzi za skażenie biologiczne.
Marecki wrócił na Księżyc dopiero po kilku godzinach snu. Głowa nadal ciążyła mu po Anomalii 88, a pod lewą skronią została tępa bolesność. Hryniewicz ograniczył rekonesans do jednego wejścia. Z GROM-em przeszło także dwóch inżynierów wojskowych; mieli fotografować, skanować i mierzyć, bez fizycznego łączenia ziemskiej aparatury z obcymi systemami. Na końcu C-4 Orzeł zatrzymał zespół przed półkolistymi wrotami trzykrotnie większymi od wcześniejszych grodzi.
— Słyszycie? — zapytał Kaktus.
Z głębi konstrukcji dobiegł niski zgrzyt. Mechanizmy budziły się przez niemal trzy minuty. Drgania przechodziły przez pancerze operatorów, a w korytarzu rozlegał się basowy jęk naprężanego materiału. Każdy żołnierz trzymał palec przy spuście.
Wrota ruszyły.
Ze szczeliny wypłynęła chmura lodowatego pyłu. Kryształki przykleiły się do wizjerów i przez kilka sekund topniały od ciepła skafandrów, zostawiając mleczne smugi na zewnętrznych powłokach. Kaktus wszedł pierwszy. Snop jego latarki nie dosięgnął końca hali. Hangar opierał się na ukośnych filarach przypominających żebra czegoś pogrzebanego w księżycowej skale. Sklepienie ginęło wysoko w mroku. Z posadzki wyrastały rusztowania, rozebrane ramy techniczne i wielkie uchwyty magnetyczne. Puste miejsca po maszynach były równie wyraźne jak te, które wciąż zajmowały kadłuby.
W czterech uchwytach, metr nad podłogą, wisiały jakieś pojazdy. Zespół ruszył między uchwyty, ostrożnie stawiając magnetyczne podeszwy na wyznaczonych pasach. Po chwili wszyscy stali, zadzierając głowy do góry, wpatrując się w nowe znalezisko. Ciemne kadłuby wykonano z matowego stopu pochłaniającego światło. Pojazdy nie miały skrzydeł, usterzenia ani powierzchni sterowych. Z boków wychodziły teleskopowe wysięgniki zakończone pierścieniami nieznanego napędu. Pod kadłubami znajdowały się ciężkie chwytaki i płozy zamiast klasycznego podwozia. Tył każdej jednostki kończyła owalna dysza, w której tliła się szczątkowa, fioletowa poświata.
— Wyglądają jak owady — powiedział Kaktus.
Orzeł wspiął się na rusztowanie i zajrzał przez częściowo otwarty właz pierwszej maszyny. W kokpicie nie było foteli, joysticków, pedałów ani ekranów. Ściany wyłożono ciemnym materiałem ustępującym pod naciskiem. Z sufitu i podłogi wystawały porty oraz zagłębienia dopasowane do istot o innej anatomii: wyższych, o dłuższych kończynach i odmiennym układzie stawów.
— Brak ręcznych systemów sterowania — zameldował Orzeł. — Pilot musiał łączyć się z maszyną bezpośrednio.
Marecki badał oznaczenia przyłączy drugiego pojazdu. Nie dotykał pancerza, prowadził skaner kilka centymetrów nad powierzchnią. Jego tablet spięty z Okiem podpowiadał odpowiedzi.
— To jednostki robocze. Nie mają typowych węzłów uzbrojenia. Płozy, chwytaki, napędy manewrowe. Prawdopodobnie obsługiwały infrastrukturę na powierzchni albo przewoziły ciężkie elementy.
Na boku trzeciego kadłuba odnalazł geometryczne linie.
— Oko interpretuje te oznaczenia jako tabele rotacyjne. Maszyny kursowały na stałych trasach logistycznych.
Ślady eksploatacji były wszędzie. Pierwsza jednostka miała stopioną sekcję napędową i wygięty fragment kadłuba. Druga została częściowo rozebrana. Jej wnętrze odsłaniało labirynt cewek i przezroczystych przewodów. Trzecia była pogięta, ale kompletna.