Przedmowa
Drogi Czytelniku,
Kiedy po raz pierwszy wziąłem do ręki notatki z tej niezwykłej podróży, nie spodziewałem się, że stanę się świadkiem jednej z najbardziej poruszających historii, jakie kiedykolwiek splatały się na falach Nilu. „Oko Horusa” nie jest zwykłą powieścią turystyczną ani typowym kryminałem. To coś znacznie głębszego — intymny portret małżeństwa, które wyruszyło w poszukiwaniu odnowy, a znalazło się w samym sercu mroku, gdzie starożytna rzeka stała się zarówno świadkiem, jak i sędzią ludzkich namiętności, nienawiści i ostatecznej sprawiedliwości.
Szymon i Hanna Kowalscy, czterdziestoletnie małżeństwo z Poznania — on właściciel stanicy kajakowej nad Wartą, ona nauczycielka angielskiego w lokalnym liceum — postanowili podarować sobie dwa tygodnie oderwania od codzienności. Rejs luksusowym statkiem „Nile Majesty” wśród osiemdziesięciu innych Polaków miał być czasem wspólnych zachodów słońca nad piramidami, opowieści kapitana Ali Szihy przy otwartym przez całą dobę barze i powolnego odnajdywania siebie nawzajem. Zamiast tego stała się czymś zupełnie innym. To, co zaczęło się jako sielankowa wycieczka przez zabytki starożytnego Egiptu — od Gizy po Abu Simbel, od Karnaku po świątynię Izydy na Philae — szybko przerodziło się w napięty, psychologiczny thriller, w którym co dwa dni znikała kolejna kobieta, a wśród pasażerów zaczęły krążyć szepty o klątwie, boskiej karze i grzechu.
Autor z mistrzowską precyzją prowadzi nas przez te dwa tygodnie, łącząc bogactwo literatury turystycznej z napięciem najwyższej próby kryminału. Opisy krajobrazów Nilu, monumentalnych świątyń, katakumb pełnych mumii ibisów i kolosalnych posągów Ramzesa II są tak sugestywne, że czytelnik niemal czuje piasek pod stopami i słyszy szum rzeki. Jednocześnie z każdym rozdziałem narasta mrok — subtelny, lecz nieubłagany. Zakonnice z Lichenia, początkowo ledwie zauważalne postaci na marginesie grupy, stopniowo stają się centralnym punktem grozy. Ich patologiczna nienawiść do „grzesznych” kobiet, manifestująca się w coraz bardziej jawnych groźbach, tworzy atmosferę tak gęstą, że czytelnik niemal wstrzymuje oddech, czekając na kolejne zniknięcie.
To, co czyni tę książkę wyjątkową, to nie tylko mistrzowsko skonstruowana intryga kryminalna, ale przede wszystkim głęboka, poruszająca warstwa obyczajowa. Obserwujemy, jak kryzys na pokładzie „Nile Majesty” staje się katalizatorem odnowy małżeństwa Szymona i Hanny. W obliczu zła, które rozprzestrzenia się wśród pasażerów, ich miłość, zaufanie i wzajemne wsparcie stają się jedyną stałą w świecie, który nagle zaczyna się rozpadać. Autor nie unika trudnych pytań: o granice tolerancji, o naturę fanatyzmu religijnego, o to, jak łatwo „moralność” może przerodzić się w nienawiść. Jednocześnie pokazuje, że nawet w najciemniejszych chwilach człowiek potrafi odnaleźć światło — w przyjaźniach zawiązanych przy barze, w solidarności grupy i w odwadze tych, którzy postanowili stawić czoła złu.
Kulminacja — dramatyczna konfrontacja i egzekucja zakonnic zgodnie ze starożytnym egipskim zwyczajem — jest sceną wstrząsającą, ale jednocześnie niezwykle katartyczną. Nil, od początku obecny jako tło, staje się tu aktywnym uczestnikiem dramatu — sędzią i katem zarazem. Autor z szacunkiem dla tradycji i realizmu pokazuje, że sprawiedliwość nad Nilem bywa surowa, lecz ostateczna.
„Oko Horusa” to książka, która długo pozostaje w pamięci. Łączy w sobie to, co najlepsze w literaturze turystycznej — bogactwo opisów, fascynujące ciekawostki historyczne i anegdoty — z tym, co najlepsze w kryminale: napięcie, psychologiczna głębia i moralne dylematy. To powieść o miłości, która przetrwała próbę ognia, o przyjaźniach zawiązanych w cieniu śmierci i o rzece, która od tysięcy lat jest nie tylko drogą wodną, lecz także lustrem ludzkich dusz.
Jeśli szukasz książki, która zabierze Cię w podróż zarówno po starożytnym Egipcie, jak i po najgłębszych zakamarkach ludzkiej natury — „Oko Horusa” jest właśnie dla Ciebie. Przygotuj się na emocje, które nie opuszczą Cię jeszcze długo po zamknięciu ostatniej strony. Bo Nil, jak wiadomo, nigdy naprawdę nie kończy swojej opowieści.
Z wyrazami szacunku
Rozdział 1
Wyjazd z Poznania
Poranne światło marcowego słońca wpadało przez kuchenne okno domu przy ulicy Nadwarciańskiej w Poznaniu, rzucając długie cienie na drewniany stół, przy którym siedziała Hanna Kowalska. Czterdziestoletnia nauczycielka języka angielskiego w lokalnym liceum właśnie kończyła pakować ostatni walizkowy zestaw kosmetyków, starannie układając krem z filtrem przeciwsłonecznym obok buteleczki z repelentem na komary, którego — jak zapewniała ją koleżanka z pokoju nauczycielskiego — nie zabraknie nawet na pokładzie luksusowego statku pływającego po Nilu. Szymon, jej mąż od siedemnastu lat, krzątał się po kuchni z charakterystyczną dla siebie precyzją człowieka, który całe dorosłe życie spędził nad wodą. Jako właściciel stanicy wodnej i wypożyczalni kajaków „Warta Adventure” wiedział, że każda wyprawa wymaga dokładnego planu, a ta dwutygodniowa podróż do Egiptu nie była wyjątkiem.
— Hanno, pamiętasz, co mówiłem o tych piramidach? — zapytał Szymon, nalewając kawę do dwóch porcelanowych kubków ozdobionych logo ich firmy, przedstawiającym kajak sunący po falach. Jego głos brzmiał spokojnie, lecz w tle pobrzmiewała nuta ekscytacji, którą oboje starali się ukrywać pod warstwą rutynowych przygotowań. — Te w Gizie to nie tylko stosy kamieni. To inżynierski majstersztyk, który przetrwał ponad cztery tysiące lat. Wyobraź sobie: budowali je bez kół, bez dźwigów, a mimo to Cheops waży tyle co osiemdziesiąt tysięcy słoni afrykańskich. Ciekawostka, którą wyczytałem wczoraj w przewodniku: robotnicy, którzy wznosili te budowle, nie byli niewolnikami, jak kiedyś pisali w szkolnych podręcznikach. To byli wykwalifikowani rzemieślnicy, opłacani w piwie i chlebie. Anegdota z czasów Herodota głosi, że jeden z faraonów kazał wyryć na kamieniu listę dań, jakie zjedli budowniczowie — podobno codziennie pochłaniali tysiąc głów cebuli i czosnku, żeby odpędzić złe duchy.
Hanna uniosła wzrok znad walizki i uśmiechnęła się ciepło, choć w jej oczach kryło się zmęczenie wieloletnią rutyną. Jako nauczycielka angielskiego w poznańskim liceum codziennie zmagała się z gramatyką czasów Present Perfect i opowieściami nastolatków o TikToku, co czyniło ją osobą praktyczną, lecz jednocześnie otwartą na świat poza granicami Wielkopolski.
— Szymon, ty i te twoje ciekawostki — odparła, odkładając na chwilę szczotkę do zębów. — Ja wolę myśleć o tym, jak będziemy stali na pokładzie statku i patrzyli na Nil o zachodzie słońca. Pamiętasz naszą pierwszą wspólną wyprawę kajakiem po Warcie? Wtedy też mówiłeś o historii, a skończyło się na tym, że utknęliśmy na mieliźnie i musieliśmy czekać na straż pożarną. Ale właśnie o to chodzi w tej podróży. Potrzebujemy oderwania od codzienności. Od twojej stanicy, gdzie co weekend ratujesz kajakarzy przed wywrotkami, i od mojego liceum, gdzie uczniowie pytają, czy „to be or not to be” to cytat z nowego serialu na Netflixie. Egipt to nie tylko piramidy. To szansa na nas — na nas dwoje, bez telefonów dzwoniących co pięć minut z zapytaniem o dostępność kajaków dwuosobowych.
Szymon usiadł naprzeciwko niej, podając kawę. Ich dom, skromny parterowy budynek z lat dziewięćdziesiątych, otoczony niewielkim ogrodem schodzącym łagodnie ku rzece, od lat był świadkiem ich wspólnego życia. On, wysoki, o szerokich ramionach zahartowanych wiosłowaniem i naprawianiem silników zaburtowych, nosił w sobie spokój człowieka rzeki — takiego, który wie, że prąd niesie nie tylko wodę, ale i opowieści. Hanna, szczupła, z włosami spiętymi w praktyczny kok, emanowała energią nauczycielki, która potrafiła wciągnąć klasę w dyskusję o Szekspirze równie łatwo, jak tłumaczyć egipskie hieroglify z folderu biura podróży. Ich małżeństwo nie było wolne od burz — jak każda para po siedemnastu latach — lecz przetrwało dzięki wzajemnemu szacunkowi i wspólnym marzeniom o przygodach poza Poznaniem.
— Masz rację — przyznał Szymon, upijając łyk kawy. — Poznań to nasze miejsce, ale czasem czuję się, jakby Warta była za mała dla nas dwojga. Pamiętasz anegdotę, którą opowiadał mi stary wędkarz z przystani? O tym, jak w latach siedemdziesiątych ekipa filmowa kręciła tu sceny do jakiegoś radzieckiego filmu o Nilu, bo rzeka wyglądała „egipsko” po suszy. Wtedy śmialiśmy się, a teraz sami lecimy tam, gdzie Nil naprawdę płynie. Wyobraź sobie: statek z osiemdziesięcioma innymi Polakami, otwarty bar przez całą dobę i kapitan, który co wieczór snuje historie o faraonach. To nie będzie zwykła wycieczka. To będzie rejs, który nas odmieni.
W tym momencie do kuchni wbiegł Buero, ich siedmioletni labrador retriever o złocistej sierści, która lśniła w promieniach słońca. Pies, nazwany tak na cześć hiszpańskiego odkrywcy — jak lubił żartować Szymon — był nieodłącznym elementem ich rodziny. Skakał wokół stołu, merdając ogonem z taką siłą, że omal nie przewrócił kubka Hanny.
— Buero, spokojnie, stary druhu — powiedział Szymon, pochylając się, by pogłaskać psa po głowie. — Wiesz, że wyjeżdżamy na dwa tygodnie? Ale wrócimy z prezentem. Co powiesz na pieczonego ibisa? To ptak święty w starożytnym Egipcie, symbol Thota, boga mądrości. Ciekawostka: Egipcjanie mumifikowali ibisy na tysiące, a archeolodzy znaleźli całe katakumby pełne ich szczątków. Ty dostaniesz jednego upieczonego, prosto z asuańskiego targu. Obiecuję.
Hanna roześmiała się cicho, nachylając się, by przytulić labradora.
— Szymo, nie strasz go tymi mumiami. Buero, posłuchaj mamy: tata żartuje, ale naprawdę będziemy myśleć o tobie codziennie. Pamiętasz, jak rok temu zabrałeś nas na spacer nad Wartę i znalazłeś starą monetę z czasów Piastów? To był znak, że lubisz historię tak samo jak my. Teraz my popłyniemy po Nilu, a ty zostaniesz z panią Halinką z sąsiedztwa. Będzie ci podawała te swoje kotlety, które tak uwielbiasz. Tylko nie niszcz jej ogródka, jak ostatnim razem.
Buero, jakby rozumiejąc każde słowo, położył łeb na kolanach Hanny i wydał ciche, smutne skomlenie. To pożegnanie trwało dłużej, niż planowali. Szymon opowiedział psu całą historię ich stanicy — jak dziesięć lat temu kupili zaniedbany pomost od starego rybaka, który twierdził, że w Warcie pływa duch średniowiecznego flisaka. Anegdota ta zawsze bawiła klientów: flisak podobno straszył tych, którzy nie szanowali rzeki, przewracając kajaki w najmniej oczekiwanym momencie. Szymon rozbudował opowieść, dodając detale o tym, jak w zeszłym sezonie grupa kajakarzy z Poznania przysięgała, że widziała widmową łódź o świcie.
— Widzisz, Buero, my też mamy swoje tajemnice nad Wartą — kontynuował Szymon, drapiąc psa za uchem. — Ale Nil to zupełnie inny poziom. Przewodnik, który czytałem wczoraj wieczorem, wspomina o tym, jak w starożytności Nil był arterią życia i śmierci. Co roku wylewał, zostawiając żyzny muł, ale też pochłaniał ofiary. Kapitan naszego statku, ten Ali Sziha, o którym pisali w folderze, podobno zna wszystkie legendy. Wieczorami przy barze będzie opowiadał o Ozyrysie, rozszarpanym przez brata Seta, i o Izydzie, która go wskrzesiła. To nie są zwykłe bajki. To historie, które budowały cywilizację. A my będziemy tam, słuchając ich na pokładzie, z drinkiem w ręku — darmowym, jak obiecało biuro podróży. Osiemdziesiąt osób w grupie, w tym pewnie kilka ekscentrycznych postaci. Wyobraź sobie: emerytowani nauczyciele z Krakowa, młoda para z dzieckiem, może nawet jakieś zakonnice szukające duchowego odrodzenia w cieniu piramid. To będzie jak żywy reportaż z podróży, tylko z nutą tajemnicy.
Hanna wstała, by dokończyć pakowanie. W sypialni, obok walizek, leżała otwarta książka — kryminał Agathy Christie „Śmierć na Nilu”, który kupiła na lotnisku w zeszłym roku podczas krótkiego wyjazdu do Londynu.
— Widzisz, Szymo? — powiedziała, podnosząc tomik. — Nawet literatura podpowiada, że Oko Horusa to nie tylko widoki. To miejsce, gdzie spotykają się ludzkie namiętności, zdrady i… no cóż, czasem coś mroczniejszego. Pamiętasz anegdotę z życia Christie? Napisała tę książkę po tym, jak sama pływała po Nilu w latach trzydziestych. Opowiadała później, że inspiracją było prawdziwe zniknięcie jednej z pasażerek na jej statku — kobieta po prostu nie wróciła z wycieczki do świątyni w Luksorze. Oczywiście, okazało się to nieporozumieniem, ale plotki krążyły tygodniami. Ja nie wierzę w zbiegi okoliczności, ale ta książka przypomina mi, dlaczego kocham Egipt na odległość: tam historia i tajemnica idą w parze. Ty będziesz moim detektywem, a ja twoim tłumaczem hieroglifów.
Szymon podszedł bliżej, obejmując ją w pasie. Ich relacja, zbudowana na fundamencie wspólnych wartości — szacunku do przyrody, fascynacji historią i potrzebie równowagi między pracą a życiem — nabierała w tym momencie nowej głębi. On, człowiek praktyczny, który potrafił naprawić silnik kajakowy w dziesięć minut i jednocześnie cytować fragmenty z „Odysei” Homera podczas wieczornych ognisk nad Wartą, czuł, że ta podróż to ich szansa na odnowienie więzi. Hanna, z kolei, wnosiła do małżeństwa intelektualną iskrę — jej lekcje angielskiego nie ograniczały się do podręczników; często opowiadała uczniom o egipskich bogach, łącząc gramatykę z kulturą starożytną.
— Haniu, obiecuję ci jedno — szepnął jej do ucha. — Ten rejs nie będzie tylko o zabytkach. Będzie o nas. O tym, jak po siedemnastu latach wciąż potrafimy się zaskakiwać. A te wszystkie ciekawostki, które zbieram od tygodni? Podzielę się nimi z tobą przy każdym drinku. Na przykład: wiesz, że Nil jest najdłuższą rzeką świata, liczącą ponad sześć tysięcy kilometrów? Ale jego prawdziwa siła tkwi w tym, co niesie — życie i legendy. W Asuanie, gdzie kończy się nasz rejs, jest tama, która zmieniła bieg rzeki na zawsze. Inżynierowie radzieccy pomogli Egipcjanom w latach sześćdziesiątych, a efekt? Powstało jezioro Nassera, zalewając starożytne wioski, ale ratując świątynię Abu Simbel przed zalaniem. Przeniesiono ją kawałek po kawałku, blok po bloku, jak gigantyczne puzzle. To dowód, że człowiek może pokonać nawet Nil, jeśli tylko zechce.
Rozmowa płynęła dalej, przerywana jedynie szczekaniem Buero, który domagał się ostatniego spaceru przed rozstaniem. Para wyszła na podwórko, gdzie stanica wodna majaczyła w oddali — pomost z drewnianych kłód, rzędy kajaków i kanadyjek pomalowanych na jaskrawe kolory, gotowych na kolejny sezon. Szymon opowiedział Hannie anegdotę z zeszłego lata, gdy grupa niemieckich turystów pomyliła Wartę z Nilem i próbowała „polować na krokodyle” przy pomocy selfie patyków.
— Śmialiśmy się wtedy do łez — wspominał. — Ale teraz sami jedziemy tam, gdzie krokodyle są prawdziwe. Kapitan Ali Sziha, jak pisali w prospekcie, to weteran Nilu. Ponoć zna każdy zakręt rzeki i każdą świątynię. Wieczorem, po całym dniu zwiedzania piramid w Gizie czy świątyni Hatszepsut, będzie snuł opowieści tak długie, że bar na statku nigdy nie opustoszeje. A my? My będziemy słuchać, trzymając się za ręce, i myśleć o Poznaniu jak o bezpiecznej przystani, do której zawsze wrócimy.
Pakowanie dobiegło końca dopiero po południu. Walizki stały w przedpokoju, oznaczone naklejkami z logo biura podróży „Nil Dream Tours”. Szymon sprawdził paszporty po raz trzeci, recytując z pamięci listę zabytków, które mieli odwiedzić: piramidy w Gizie, Muzeum Egipskie w Kairze, cytadelę Saladyna, a potem rejs w górę rzeki przez Beni Suef, Al-Minyę, Amarnę — miasto heretyckiego faraona Echnatona — aż po Abu Simbel i ogród botaniczny w Asuanie.
— To nie jest zwykły katalog — wyjaśnił, siadając na kanapie obok Hanny. — To mapa naszej przygody. Pamiętasz, jak w zeszłym roku czytaliśmy o Dolinie Królów? Howard Carter odkrył grobowiec Tutanchamona w 1922 roku, a klątwa faraona to czysta legenda stworzona przez prasę. Ale ile w tym prawdy? Anegdota głosi, że jeden z członków ekspedycji zmarł po ugryzieniu komara, a inny na atak serca. Ludzie lubią dramatyzować historię, zwłaszcza gdy dotyczy starożytnego Egiptu. My będziemy ostrożni — żadnych przeklinania mumii, obiecuję.
Hanna skinęła głową, lecz w jej głosie pojawiła się nuta powagi, która dodawała rozmowie głębszego wymiaru.
— Szymo, ja też mam swoją ciekawostkę. Wczoraj na lekcji jeden z uczniów zapytał mnie o egipskie bóstwa. Opowiedziałam im o bogini Sekhmet, lwiczej bogini wojny i uzdrawiania. Egipcjanie wierzyli, że jej gniew mógł sprowadzić plagę, ale też wyleczyć. To przypomina mi, dlaczego jedziemy: żeby znaleźć równowagę. Nasze życie tutaj, w Poznaniu, jest stabilne — twoja stanica prosperuje, zwłaszcza po tym, jak zainstalowaliśmy te nowe pomosty solarne, a moje liceum daje mi satysfakcję, gdy uczniowie zdają maturę z angielskiego na poziomie C1. Ale brakuje nam tego iskrzącego napięcia, które czuliśmy na początku. Oko Horusa to nie tylko turystyka. To podróż w głąb siebie, z nutą tajemnicy, bo jak mówi Christie w swojej książce, na Nilu wszystko jest możliwe — przyjaźnie, romanse, a czasem… coś, co wykracza poza zwykłą wycieczkę.
Buero, wyczuwając nastrój, położył się między nimi, opierając łeb na stopie Szymona. Pożegnanie z psem trwało niemal godzinę. Szymon opowiadał mu o tym, jak w starożytnym Egipcie psy były czczone jako towarzysze Anubisa, boga mumifikacji, a Hanna recytowała fragmenty po angielsku z przewodnika, tłumacząc je na polski dla labradora.
— Buero, mój drogi — mówiła miękko — kiedy wrócimy, opowiemy ci o krokodylach w Nilu. Wiesz, że w starożytności czczono Sobka, boga-krokodyla? Budowano mu świątynie, a kapłani karmili żywe osobniki. Ciekawostka: mumie krokodyli znaleziono w całym Egipcie, niektóre miały nawet złote kolczyki w uszach. Ty dostaniesz ibisa zamiast tego — pieczonego, chrupiącego, prosto z targu w Asuanie. Tylko nie zjedz go od razu. Podzielisz się z nami wspomnieniami.
Sąsiedzi, państwo Nowakowie z naprzeciwka, przyszli pożegnać ich osobiście. Pani Halinka, emerytowana pielęgniarka, przyniosła koszyk z kanapkami na drogę i długą listę instrukcji dotyczących Buero.
— Szymon, Hanno, dbajcie o siebie tam, nad tym Nilem — powiedziała, ściskając Hankę. — Słyszałam w telewizji o jakichś incydentach z turystami w Egipcie. Nic poważnego, ale wiecie, jak to jest — plotki. A wy tam z osiemdziesięcioma osobami? To jak mała Polska na wodzie. Opowiadajcie potem wszystko. I przywieźcie mi zdjęcie tej świątyni Izydy. Moja babcia zawsze mówiła, że Izyda to taka egipska Matka Boska.
Szymon uścisnął dłoń pana Nowakowi, który był emerytowanym mechanikiem i znał stanicę jak własną kieszeń.
— Stary, pilnuj rzeki pod naszą nieobecność — zażartował. — Jakby co, kajaki są ubezpieczone. A my wrócimy z historiami, które pobiją twoje opowieści o tym flisaku-duchu. Egipt to nie Warta, ale prąd jest podobny — niesie człowieka tam, gdzie najmniej się spodziewa.
Rozmowa z sąsiadami trwała, pełna anegdot z lokalnego życia poznańskiego. Opowiadano o festynie nad Wartą z zeszłego roku, gdy burza zaskoczyła kajakarzy, a Szymon uratował trzech chłopców, płynąc wpław. Hanna wspomniała lekcję, na której uczniowie stworzyli prezentację o porównaniach między Wartą a Nilem — rzeka życia versus rzeka turystyki. Wszystko to budowało atmosferę oczekiwania, lecz pod spodem czaiło się coś więcej: subtelna zapowiedź, że ta podróż nie będzie tylko sielanką. Narrator, jakby wiedząc więcej niż bohaterowie, mógłby szepnąć, że Nil kryje nie tylko skarby faraonów, ale i cienie ludzkich tajemnic — tych, które ujawniają się dopiero, gdy statek odbije od brzegu.
Wreszcie nadszedł moment wyjazdu. Taksówka czekała przed domem, a Buero stał na progu, merdając ogonem z rezygnacją. Szymon i Hanna uściskali psa po raz ostatni, obiecując szybki powrót.
— Do zobaczenia, przyjacielu — powiedział Szymon, głosem lekko drżącym. — Egipt czeka, ale Poznań to nasz dom. A ty będziesz tu strażnikiem.
Samochód ruszył ulicą Nadwarciańską, mijając stanicę wodną, gdzie kajaki kołysały się spokojnie na cumach. Hanna spojrzała w lusterko wsteczne, widząc sylwetkę Buero na tle rzeki.
— Wiesz, Szymku — powiedziała cicho — ta podróż to nie tylko rejs. To początek czegoś. Czuję to. Piramidy, Nil, te wszystkie historie kapitana… i my dwoje pośrodku. Jak w powieści kryminalnej, tylko że tym razem my jesteśmy bohaterami.
Szymon ścisnął jej dłoń.
— I niech tak zostanie. Ale pamiętaj o jednej anegdocie z przewodnika: w starożytnym Egipcie mówiono, że Nil jest lustrem duszy. Co zobaczymy w tym lustrze? Tego dowiemy się dopiero tam.
Taksówka opuściła Poznań, kierując się ku autostradzie w stronę lotniska. Za oknami przesuwały się pola Wielkopolski, a w sercach obojga rodziło się to samo uczucie: ekscytacja zmieszana z cichym dreszczem niepewności. Oko Horusa zaczynało się tu, w Poznaniu, od pożegnania z labradorem, od porannej kawy i od obietnicy wspólnego czasu. Lecz jak w każdej dobrej opowieści turystyczno-kryminalnej, prawdziwa przygoda — z jej blaskiem piramid i cieniami tajemnic — miała dopiero nadejść. Nil czekał, a wraz z nim historie, które zmienią wszystko.
Rozdział 2
Przylot do Kairu i pierwsze spotkanie z grupą
Samolot linii lotniczych LOT, lot numer LO 301 z Warszawy, dotknął pasa startowego Międzynarodowego Portu Lotniczego w Kairze dokładnie o godzinie 14:47 czasu lokalnego, co stanowiło niewielkie opóźnienie spowodowane silnymi wiatrami znad Sahary. Szymon Kowalski, siedzący przy oknie w rzędzie 12A, poczuł lekkie drżenie kadłuba i instynktownie ścisnął dłoń swojej żony Hanny, która zajmowała miejsce obok. Za szybą rozciągał się widok, który natychmiast przywołał obrazy z setek przewodników turystycznych, jakie oboje przeglądali przez ostatnie tygodnie: pyliste równiny pustyni, rzędy palm daktylowych kołyszących się leniwie na gorącym wietrze i w oddali, ledwo widoczne na horyzoncie, zarysy potężnych piramid w Gizie, majaczących jak strażnicy starożytnej cywilizacji. Powietrze, które wdarło się do kabiny po otwarciu drzwi, niosło ze sobą mieszankę zapachów — spalonego paliwa lotniczego, przypraw i suchego piasku, charakterystyczną dla Kairu, miasta liczącego ponad dwadzieścia milionów mieszkańców, gdzie historia spotyka się z chaotyczną teraźniejszością w każdym zakątku.
— Haniu, czujesz to? — zapytał Szymon cicho, gdy stewardessa zapowiadała procedurę opuszczenia samolotu. Jego głos brzmiał spokojnie, lecz w tle pobrzmiewała nuta ekscytacji, którą oboje starali się maskować pod warstwą praktycznych uwag. — To nie jest zwykłe lądowanie. To początek rejsu, o którym marzyliśmy od miesięcy. Pamiętasz anegdotę z Herodotem? Grecki historyk pisał w piątym wieku przed naszą erą, że Egipt jest darem Nilu, a Kair to brama do tej darowizny. Lotnisko samo w sobie to już opowieść: wybudowane w latach sześćdziesiątych, przetrwało wojny i rewolucje, a dzisiaj obsługuje miliony turystów rocznie. Ciekawostka, którą wyczytałem wczoraj w raporcie Międzynarodowego Zrzeszenia Portów Lotniczych: co roku ginie tu ponad tysiąc bagaży, ale zawsze odnajdują się w końcu — najczęściej w magazynie na przedmieściach. Miejmy nadzieję, że nasze walizki nie dołączą do tej statystyki.
Hanna uśmiechnęła się, choć w jej oczach malowało się lekkie zmęczenie po wielogodzinnym locie. Jako nauczycielka języka angielskiego w poznańskim liceum przywykła do dyscypliny i precyzji, lecz chaos kairskiego portu lotniczego testował jej nerwy już od pierwszych kroków po schodkach.
— Szymek, ty i te twoje historyczne ciekawostki — odparła, poprawiając pasek torebki na ramieniu. — Ja wolę myśleć o tym, jak za kilka godzin będziemy na pokładzie statku, patrząc na Nil. Ale masz rację: to nie jest Europa. Tutaj wszystko jest większe, głośniejsze i… bardziej tajemnicze. Pamiętasz, co pisała Agatha Christie w swoich wspomnieniach z lat trzydziestych? Pływała po Nilu i twierdziła, że to rzeka, która ujawnia ludzkie sekrety. „Na pokładzie statku każdy ma coś do ukrycia”, notowała. Ja nie wierzę w zbiegi okoliczności, ale ten rejs z osiemdziesięcioma obcymi ludźmi… kto wie, co przyniesie. Na razie skupmy się na paszportach i kontroli.
Procedura imigracyjna ciągnęła się w nieskończoność. Długie kolejki snuły się między barierkami, a urzędnicy w mundurach o barwie khaki sprawdzali dokumenty z mieszanką rutyny i podejrzliwości, typową dla kraju, który w ostatnich dekadach zmagał się z turystycznymi incydentami. Szymon i Hanna stali obok siebie, obserwując tłum współpasażerów — głównie Polaków z ich grupy, rozpoznawalnych po charakterystycznych naklejkach biura podróży „Nil Dream Tours” na bagażach podręcznych. W powietrzu unosił się szum rozmów po polsku, angielsku i arabsku, przerywany okrzykami tragarzy oferujących pomoc za kilka funtów egipskich.
Nagle podeszła do nich energiczna kobieta w średnim wieku, ubrana w firmowy T-shirt z logo biura i trzymająca tabliczkę z napisem „Kowalska — grupa Nil Dream”.
— Państwo Kowalscy z Poznania? — zapytała z szerokim uśmiechem, wyciągając rękę. — Nazywam się Fatima Al-Sayed, jestem waszą lokalną przewodniczką na pierwsze dni w Kairze. Witam w Egipcie! Transfer do portu rzecznego zajmie nam około czterdzieści minut, ale po drodze opowiem państwu kilka anegdot o stolicy. Proszę za mną, autobus czeka tuż przed wyjściem z hali przylotów.
Fatima prowadziła ich przez labirynt korytarzy lotniska, mijając stoiska z pamiątkami — od miniatur piramid po paczki przypraw i figurki Anubisa. Szymon, zawsze ciekawy detali, zagadnął przewodniczkę o historię portu.
— Pani Fatimo, słyszałem, że to lotnisko nosi imię prezydenta Mubaraka, ale w 2026 roku podobno planują nową nazwę. Czy to prawda, że w latach dziewięćdziesiątych było tu incydent z zaginionym samolotem? Anegdota krąży wśród pilotów, że maszyna wylądowała awaryjnie, a pasażerowie opowiadali o dziwnych światłach nad pustynią. Czy to ma związek z piramidami?
Przewodniczka roześmiała się cicho, kiwając głową z profesjonalną uprzejmością.
— Panie Szymonie, Egipt pełen jest takich historii. Oficjalnie to były problemy techniczne, ale lokalni przewodnicy lubią dodawać nutę tajemnicy. Nil niesie nie tylko wodę, ale i legendy. Proszę spojrzeć — wskazała na okno autobusu, do którego właśnie wsiedli. — Tam, w oddali, Giza. Jutro zobaczymy piramidy z bliska. Wie pan, że Cheops waży ponad sześć milionów ton? Budowali je bez koła, a robotnicy dostawali piwo i cebulę. Ale wracając do grupy: na statku czeka na państwa osiemdziesięciu uczestników. To mieszanka charakterów, jak zawsze na rejsach po Nilu. Będzie czas na poznanie się przy barze — otwarty dwadzieścia cztery godziny na dobę, z darmowymi drinkami. To tradycja naszego biura, która cementuje przyjaźnie.
Autobus ruszył przez zatłoczone ulice Kairu, gdzie ruch uliczny przypominał chaotyczny taniec: taksówki klaksonowały, wielbłądy ciągnęły wozy z towarem, a minarety meczetów wznosiły się nad betonowymi blokami. Hanna, wyglądając przez okno, szeptała do Szymona:
— To jest jak z reportażu Ryszarda Kapuścińskiego. Miasto, które nigdy nie śpi, a Nil płynie przez nie jak żyła. Pamiętasz naszą rozmowę w Poznaniu? Mówiłeś o flisaku-duchu nad Wartą. Tutaj duchy są starsze — faraonowie, bogowie, mumie. Czuję, że ten rejs przyniesie nie tylko widoki, ale i historie, które zapamiętamy na zawsze. A może i coś więcej, co wykracza poza zwykłą turystykę.
Po czterdziestu minutach autobus zatrzymał się w porcie rzecznym w Kairze, gdzie cumował ich statek — pięciogwiazdkowy „Nile Majesty”, elegancki kolos o białym kadłubie, z tarasami widokowymi i basenem na górnym pokładzie. Statek, zbudowany w stoczni w Aleksandrii w 2018 roku, mógł pomieścić dokładnie sto dwadzieścia osób, ale ich grupa liczyła osiemdziesięcioro, co dawało poczucie ekskluzywności. Załoga w śnieżnobiałych mundurach witała gości przy trapie, a kapitan Ali Sziha — wysoki Egipcjanin o siwych skroniach i przenikliwym spojrzeniu — osobiście uścisnął dłoń każdemu przybywającemu.
— Witam na pokładzie „Nile Majesty” — powiedział kapitan po angielsku z lekkim akcentem, a Fatima tłumaczyła na polski. — Jestem Ali Sziha, wasz kapitan na te dwa tygodnie. Nil to moja rzeka od trzydziestu lat. Wieczorem, po kolacji, opowiem państwu pierwszą historię — o piramidach, które odwiedzimy jutro. Ale teraz proszę się rozgościć. Bar na górnym pokładzie jest już otwarty.
Szymon i Hanna weszli na pokład, ciągnąc walizki po drewnianym trapie. Kabina numer 214, z balkonem wychodzącym na Nil, była przestronna i urządzona w stylu kolonialnym: mahoniowe meble, moskitiery nad łóżkiem i widok na rzekę, która migotała w popołudniowym słońcu. Rozpakowali się szybko, a potem zeszli na główny salon, gdzie trwało pierwsze oficjalne spotkanie grupy. Osiemdziesiąt osób tłoczyło się wokół stołów z przekąskami, a kelnerzy w tradycyjnych galabijach roznosili napoje. Bar, oświetlony subtelnymi lampami w kształcie lotosu, oferował szeroki wybór koktajli — od klasycznego mojito po egipskie specjały z hibiskusem i daktylami — wszystko gratis, jak obiecywał prospekt.
Pierwsze rozmowy zaczęły się spontanicznie. Szymon podszedł do starszej pary stojącej przy relingu — emerytowanego historyka z Krakowa, pana Stanisława Zielińskiego, i jego żony, doktor Zofii Zielińskiej, byłej lekarki.
— Państwo z Krakowa? — zagadnął Szymon, wyciągając rękę. — Szymon Kowalski z Poznania, a to moja żona Hanna. Też nauczycielka, a ja właściciel stanicy kajakowej. Ciekawostka: Kraków i Poznań dzieli historia Wisły i Warty, ale tu, na Nilu, rzeki łączą ludzi. Słyszałem, że pan jest historykiem. Co pan sądzi o teorii, że piramidy zbudowali nie Egipcjanie, lecz starsza cywilizacja? Niektórzy autorzy pseudonaukowi twierdzą, że to Atlantyda, ale ja wolę fakty: Herodot pisał o machinach dźwigowych z drewna cedrowego.
Pan Stanisław roześmiał się serdecznie, kiwając głową z aprobatą.
— Panie Szymonie, widzę, że mamy wspólne zainteresowania. Tak, jestem emerytowanym wykładowcą z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Moja żona Zofia leczyła pacjentów przez czterdzieści lat, ale Egipt to nasza wspólna pasja. Anegdota z moich badań: w 1922 roku, gdy Howard Carter otworzył grobowiec Tutanchamona, jeden z członków ekspedycji zmarł na sepsę po ugryzieniu komara. Prasa natychmiast wymyśliła klątwę faraona. Ale prawda jest prostsza — Nil niesie bakterie, a turystyka niesie ryzyko. Na tym rejsie będziemy ostrożni, prawda? Zwłaszcza że słyszałem plotki o poprzednich grupach, gdzie zdarzały się… zaginięcia. Nic potwierdzonego, ale Nil ma swoje sekrety.
Hanna dołączyła do rozmowy, witając się z panią Zofią.
— Doktor Zielińska, miło poznać. Ja uczę angielskiego w liceum, więc jutro mogę pomóc z tłumaczeniami napisów w Muzeum Egipskim. A co do zaginięć — to pewnie tylko legendy turystyczne. Pamięta pani reportaż o rejsie z 2015 roku? Grupa Brytyjczyków twierdziła, że jedna pasażerka zniknęła po wizycie w Luksorze, ale okazało się, że po prostu zmieniła hotel z powodu alergii na egipskie przyprawy. Egipt uczy pokory wobec historii.
W tym momencie do grupy dołączył samotny mężczyzna w średnim wieku, ubrany w elegancką koszulę safari — inżynier mechanik z Poznania, pan Andrzej Kowalczyk. Przedstawił się zwięźle, ściskając dłonie.
— Kowalczyk, Andrzej. Sam przyjechałem, bo żona nie lubi upału. Pracuję przy budowie mostów, więc Nil to dla mnie inżynierski raj. Tama Asuańska, którą zobaczymy za tydzień, to majstersztyk — zbudowana z radziecką pomocą w latach sześćdziesiątych, zmieniła bieg rzeki i uratowała świątynię Abu Simbel. Ale ciekawostka: podczas budowy zalano ponad pięćset wiosek. Ludzie stracili domy, ale zyskali elektryczność. Życie na Nilu to wieczna wymiana — coś za coś. A wy państwo z Poznania? Stanica kajakowa? To musi być spokój w porównaniu z tym chaosem.
Szymon opowiedział mu o Warcie i flisaku-duchu, co wywołało śmiech całej czwórki. Rozmowa płynęła, przerywana jedynie wizytami kelnerów roznoszących drinki. Bar wypełniał się powoli, a atmosfera stawała się coraz bardziej luźna. W rogu salonu siedziała młoda para z małym dzieckiem — Nowakowie z Gdańska: Marta i Tomek oraz ich pięcioletnia córka Ola. Dziecko biegało między stolikami, a rodzice wyglądali na wyczerpanych, lecz szczęśliwych.
— Proszę wybaczyć hałas — powiedziała Marta, podchodząc do Kowalskich. — Ola jest podekscytowana piramidami. Tomek, mój mąż, pracuje w IT, a ja jestem graficzką. To nasza pierwsza duża podróż po dziecku. Słyszeliśmy o barze — darmowe drinki to zbawienie dla rodziców, prawda? Anegdota z naszego lotu: Ola zapytała stewardessę, czy w Egipcie są dinozaury jak w Jurassic Park. No i proszę, jutro piramidy — starsze niż dinozaury o miliony lat.
Hanna nachyliła się do dziewczynki, uśmiechając się ciepło.
— Ola, piramidy są jak ogromne klocki Lego faraonów. Wybudowali je bez żurawi, a kamienie ważą tyle co samochód. Chcesz usłyszeć ciekawostkę? W środku Cheopsa jest komora, gdzie faraon spał wiecznie, otoczony skarbami. Ale nie bój się — my będziemy obok.
Wśród gwaru rozmów Szymon zauważył dwie kobiety w skromnych habitach zakonnych, stojące nieco na uboczu przy oknie wychodzącym na Nil. Siostra Urszula i siostra Magdalena z sanktuarium w Licheniu — jak podała im Fatima podczas prezentacji grupy. Były ciche, niemal niezauważalne, lecz ich obecność budziła ciekawość. Siostra Urszula, starsza, o surowym spojrzeniu, trzymała w dłoniach różaniec, podczas gdy młodsza, siostra Magdalena, rozglądała się po salonie z dziwnym, intensywnym skupieniem.
— Szymon, spójrz na te zakonnice — szepnęła Hanna, gdy podeszli bliżej, by się przedstawić. — Wyglądają, jakby przyjechały nie tylko na zwiedzanie. Pamiętasz, co mówiłaś o tajemnicach na Nilu? One mają w sobie coś… enigmatycznego.
Siostra Urszula skinęła głową na powitanie, jej głos był cichy, lecz stanowczy.
— Pokój Boży, państwo Kowalscy. Jesteśmy z Lichenia, pielgrzymujemy w poszukiwaniu śladów Boga w starożytności. Egipt to ziemia cudów — Mojżesz, faraonowie, plag. Ale turystyka dzisiejsza… pełna jest pokus. Kobiety w krótkich spódnicach, mężczyźni z drinkami. My modlimy się, by rejs przyniósł oczyszczenie. Siostra Magdalena, powiedz im o naszej misji.
Siostra Magdalena uśmiechnęła się enigmatycznie, jej oczy na chwilę zatrzymały się na młodej turystce z Warszawy, która śmiała się głośno przy barze.
— Tak, siostro. Jesteśmy tu, by świadczyć. Nil widział wiele grzechów przez wieki. Anegdota z Biblii: faraon utonął w Morzu Czerwonym, ale Nil pochłania grzeszników po dziś dzień. Miejmy oczy otwarte.
Rozmowa z zakonnicami była krótka, lecz pozostawiła po sobie lekki niepokój, którego Szymon nie potrafił zdefiniować. Wrócili do baru, gdzie kapitan Ali Sziha właśnie wygłaszał krótkie powitanie.
— Szanowni goście — zaczął po angielsku, a Fatima tłumaczyła — jutro piramidy, Muzeum Egipskie i Cytadela Saladyna. Ale dziś cieszcie się Nilem. Bar jest otwarty non stop. Pijcie, rozmawiajcie, budujcie przyjaźnie. Bo na tym rejsie, jak w starożytnej opowieści o Ozyrysie i Secie, każdy ma swoją rolę. Niektóre historie kończą się szczęśliwie… inne nie.
Wieczór zapadał powoli. Słońce zachodziło nad Nilem, malując rzekę na złoto i purpurę. Grupa rozdzieliła się na mniejsze kręgi: Zielińscy dyskutowali o historii z Kowalczykiem, Nowakowie bawili się z córką na tarasie, a zakonnice siedziały w kącie, szepcząc między sobą. Szymon i Hanna stali przy relingu, trzymając w dłoniach drinki — orzeźwiający hibiskus z miętą.
— Haniu, czujesz to napięcie? — zapytał Szymon. — Osiemdziesiąt osób, a już pierwsze więzi. Ten bar to genialny pomysł. Darmowe drinki cementują przyjaźnie, jak pisał w swoim reportażu jakiś brytyjski dziennikarz o rejsach po Nilu w latach pięćdziesiątych. Ale te zakonnice… coś w ich spojrzeniu. Jakby wiedziały więcej niż mówią. A ta młoda kobieta z Warszawy, ta nerwowa przy barze — widziałaś, jak drgnęła, gdy kapitan wspomniał o zaginięciach?
Hanka skinęła głową, upijając łyk.
— Tak. To dopiero początek. Jutro piramidy, ale dziś Kair nas wita. Pamiętasz anegdotę o Cytadeli? Saladyn zbudował ją w dwunastym wieku, by bronić przed krzyżowcami. Dziś to muzeum militaria i meczet. A w tle płynie Nil, niosąc historie. My jesteśmy tu po przygodę, po nas dwoje. Ale czuję, że ten rejs ma głębszy wątek — jak w powieści kryminalnej, gdzie pozory mylą. Trzymajmy się razem.
Rozmowy trwały do późna. Pan Kowalczyk opowiedział o budowie mostów nad Wartą i porównał do tamy asuańskiej, dodając anegdotę o radzieckim inżynierze, który utonął podczas ceremonii otwarcia w 1971 roku — rzekomo ofiara klątwy. Zielińscy dzielili się wspomnieniami z wykopalisk w Egipcie w latach osiemdziesiątych, gdy turyści spali w namiotach pod gwiazdami. Nowakowie zaś opowiadali o wyzwaniach rodzicielstwa w podróży, a Ola zasnęła na kolanach matki. Zakonnice, choć trzymały się na uboczu, wymieniły kilka zdań z przewodniczką Fatimą — coś o „moralnym oczyszczeniu” i „grzechach współczesnego świata”, co Szymon zanotował w pamięci.
Gdy księżyc wzniósł się nad Nilem, oświetlając maszt „Nile Majesty”, grupa zaczęła się rozchodzić do kabin. Szymon i Hanna wrócili na balkon swojej kajuty, patrząc na światła Kairu migoczące na brzegu.
— To był dobry początek — powiedział Szymon. — Pierwsze spotkanie z grupą, pierwsze przyjaźnie. Jutro piramidy i opowieść kapitana. Ale Haniu, obiecaj mi jedno: cokolwiek się wydarzy na tym rejsie, będziemy czujni. Nil jest piękny, ale jak w starych legendach — pochłania tych, którzy nie szanują jego tajemnic.
Hanna przytuliła się do niego.
— Obiecuję. A teraz spójrz na rzekę. To nie jest Warta. To arteria cywilizacji. I nasza szansa na odnowę.
W tle, z salonu, dobiegały jeszcze ciche śmiechy i brzęk szklanek z baru, który nigdy nie zamykał drzwi. Rejs „Oko Horusa” oficjalnie się rozpoczął — z osiemdziesięcioma duszami na pokładzie, z historiami czekającymi na ujawnienie i z cieniem tajemnicy, który dopiero miał się zagęścić. Kair pożegnał ich migoczącymi światłami, a Nil niósł statek w górę rzeki, ku piramidom, świątyniom i przeznaczeniu, którego nikt z uczestników nie mógł jeszcze przewidzieć.
Rozdział 3
Piramidy w Gizie, Muzeum Egipskie i Cytadela
Poranne słońce wznosiło się nad Kairem jak złoty dysk faraona, zalewając pokład „Nile Majesty” ciepłym, niemal namacalnym blaskiem, który sprawiał, że Nil migotał tysiącem odcieni błękitu i złota. Szymon Kowalski obudził się pierwszy w kabinie numer 214, czując lekkie kołysanie statku cumującego przy nabrzeżu w porcie rzecznym. Hanna spała jeszcze spokojnie obok niego, jej oddech miarowy i głęboki po wczorajszym wieczorze pełnym pierwszych rozmów z grupą. On, właściciel stanicy kajakowej w Poznaniu, przyzwyczajony do porannych mgieł nad Wartą, teraz patrzył przez balkon na rzekę, która od tysiącleci niosła życie i tajemnice. Dziś czekał ich pierwszy pełny dzień zwiedzania — piramidy w Gizie, Muzeum Egipskie i Cytadela Saladyna — a w powietrzu unosiła się ta szczególna mieszanka ekscytacji i niepokoju, która towarzyszy każdemu, kto wkracza na ziemię starożytnych faraonów.
— Hanka, wstawaj — szepnął Szymon, delikatnie muskając jej ramię. — Nil wita nas jak król. Pamiętasz, co czytałem w przewodniku? Kair o świcie to nie miasto, to żywy organizm, który oddycha historią. Dziś zobaczymy piramidy Cheopsa, Chefrena i Mykerinosa. Ciekawostka, którą Herodot zanotował w piątym wieku przed naszą erą: budowa Wielkiej Piramidy trwała dwadzieścia lat, a robotnicy — nie niewolnicy, jak kiedyś uczono w szkołach — dostawali dziennie piwo, chleb i cebulę. Anegdota głosi, że Napoleon, stojąc u ich stóp w 1798 roku, powiedział do swoich żołnierzy: „Żołnierze, z tych piramid patrzy na was czterdzieści wieków”. Wyobraź sobie to — czterdzieści wieków, a my stoimy tam dziś, z osiemdziesięcioma innymi Polakami, i czujemy się jak odkrywcy.
Hanna otworzyła oczy, uśmiechając się sennie, choć w jej spojrzeniu kryła się ta nauczycielska precyzja, która pozwalała jej tłumaczyć uczniom Szekspira z taką samą łatwością, jak hieroglify z folderu biura podróży.
— Szymuś, ty i te twoje anegdoty o Napoleonie — odparła, siadając na łóżku i przeciągając się. — Ja wolę myśleć o tym, jak będziemy stali w cieniu Sfinksa i czuli ten dreszcz. Ale masz rację, ten dzień to nie tylko turystyka. To pierwszy test naszej grupy. Wczoraj przy barze zawiązały się pierwsze przyjaźnie — Zielińscy z Krakowa, Kowalczyk z Poznania, Nowakowie z dzieckiem. A te dwie zakonnice z Lichenia… siostra Urszula i siostra Magdalena. Obserwowały wszystkich z tym dziwnym skupieniem. Jakby szukały grzechu w każdym uśmiechu. Pamiętasz, co mówiła siostra Urszula? „Nil pochłania grzeszników”. Brzmiało jak ostrzeżenie z Biblii, ale w kontekście darmowych drinków przez całą dobę… czuję, że ten rejs ma głębszy wymiar. Jak w powieści Agathy Christie — pozory mylą, a rzeka ujawnia sekrety.
Śniadanie na pokładzie „Nile Majesty” było obfite i kolorowe: stoły uginały się pod ciężarem świeżych daktyli, hummusu, ful medames i pachnących przyprawami jajek. Grupa osiemdziesięciu turystów tłoczyła się w jadalni, a kelnerzy w galabijach roznosili kawę po egipsku — gęstą, słodką i aromatyczną. Szymon i Hanna usiedli przy stole z Zielińskimi i Kowalczykiem, gdzie rozmowa natychmiast nabrała tempa. Pan Stanisław Zieliński, emerytowany historyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego, gestykulował energicznie, trzymając w dłoni widelec.
— Panie Szymonie, pani Hanno — zaczął z krakowskim akcentem, który brzmiał egzotycznie wśród arabskich dźwięków — dziś piramidy to nie tylko kamienie. To inżynierski cud. Wiecie, że Wielka Piramida była najwyższą budowlą świata przez ponad trzy tysiące osiemset lat? Anegdota z moich badań: w 1837 roku pułkownik Howard Vyse wdarł się do komory królewskiej i znalazł graffiti robotników z czasów Cheopsa. Pisali kredą: „Przyjaciele Cheopsa pracowali tu z dumą”. Nie niewolnicy, lecz dumni rzemieślnicy. Moja żona Zofia, jako lekarka, zawsze mówiła, że Egipcjanie znali medycynę lepiej niż myślimy — mumifikacja to dowód na znajomość anatomii. A co wy sądzicie o tych plotkach o klątwie? Wczoraj przy barze ktoś wspominał o zaginięciach na poprzednich rejsach. Nic potwierdzonego, ale Nil ma swoje ofiary.
Doktor Zofia Zielińska skinęła głową, smarując chleb hummusem.
— Stanisław ma rację. Ja leczyłam pacjentów przez czterdzieści lat, ale w Egipcie czuję się jak w muzeum żywych zagadek. Pamiętacie sprawę Tutanchamona? Otwarcie grobowca w 1922 roku przez Howarda Cartera. Lord Carnarvon zmarł kilka miesięcy później na sepsę po ugryzieniu komara. Prasa wymyśliła klątwę, ale prawda była prozaiczna — bakterie z grobowca. Dziś w Muzeum Egipskim zobaczymy jego maskę. Złoto, lapis-lazuli, wszystko nietknięte przez rabusiów. A wy, państwo Kowalscy? Wasza stanica kajakowa nad Wartą musi być oazą spokoju w porównaniu z tym chaosem Kairu.
Andrzej Kowalczyk, inżynier z Poznania, dolał sobie kawy i wtrącił się z praktycznym tonem.
— Spokoju? Moje mosty nad Wartą to pestka przy tamie asuańskiej, którą zobaczymy później. Ale piramidy? To majstersztyk logistyki. Bez kół, bez dźwigów — a kamienie z Asuanu transportowali łodziami po Nilu. Ciekawostka: w 2018 roku archeolodzy znaleźli papirus z dziennikiem nadzorcy budowy. Robotnicy narzekali na upał, ale chwalili piwo. Dziś my narzekamy na ceny pamiątek przy piramidach. A te zakonnice? Widzieliście je wczoraj? Siedziały w kącie baru i szeptały coś o „grzesznych kobietach w szortach”. Siostra Magdalena patrzyła na tę młodą turystkę z Warszawy — wiecie, tę nerwową, co śmiała się za głośno — jakby oceniała jej duszę. Dziwne, nie?
Szymon wymienił spojrzenie z Hanką. Subtelny dreszcz przebiegł mu po plecach, choć tłumaczył to sobie porannym upałem.
— Masz rację, Andrzeju. Te zakonnice… one nie są tu tylko na modlitwie. Hanno, pamiętasz naszą rozmowę w Poznaniu? Mówiłem o flisaku-duchu nad Wartą. Tutaj duchy są starsze i groźniejsze. Ale skupmy się na dniu. Fatima już czeka przy trapie.
Przewodniczka Fatima Al-Sayed, energiczna i zawsze uśmiechnięta, zebrała grupę na nabrzeżu. Autobus, klimatyzowany i komfortowy, ruszył przez zatłoczone ulice Kairu w stronę Gizy. Po drodze opowiadała anegdoty: o tym, jak w 1954 roku odkryto łódź słoneczną Cheopsa zakopaną obok piramidy, a o tym, jak w latach siedemdziesiątych filmowano tu sceny do „Mumii” z Borisem Karloffem, choć prawdziwa groza była w historii. Szymon słuchał, notując w pamięci detale, które później mógł wykorzystać w rozmowach przy barze. Hanna, siedząc obok, tłumaczyła mu cicho po polsku fragmenty angielskich napisów na mijanych billboardach — reklama wycieczek do Luksoru mieszała się z cytatami z Koranu.
Gdy autobus zatrzymał się na plateau w Gizie, widok zaparł dech w piersiach całej grupy. Trzy piramidy wznosiły się majestatycznie na tle błękitnego nieba, a Sfinks spoglądał w dal z enigmatycznym uśmiechem. Piasek chrzęścił pod stopami, a upał uderzał falą, mimo że był dopiero marzec. Fatima poprowadziła ich bliżej Wielkiej Piramidy Cheopsa.
— Szanowni państwo — zaczęła po polsku z lekkim akcentem — stoimy u stóp cudu świata. Cheops, faraon czwartej dynastii, zbudował to w 2580 roku przed Chrystusem. Wysokość pierwotna — sto czterdzieści sześć metrów, dziś sto trzydzieści osiem. Dwa miliony trzysta tysięcy bloków, każdy ważący średnio dwie i pół tony. Anegdota z Herodota: robotnicy pracowali w trzech zmianach, a faraon kazał wyryć listę wydatków na cebulę i czosnek — podobno kosztowało to więcej niż budowa. Nie wchodźcie na piramidę — prawo egipskie zabrania od 1980 roku po incydencie, gdy turysta spadł i zginął. Ale możemy zrobić zdjęcia z wielbłądami. Tylko nie dajcie się naciągnąć Beduinom — oni znają wszystkie sztuczki.
Grupa rozproszyła się, robiąc zdjęcia. Szymon i Hanna stanęli przy Sfinksie, trzymając się za ręce.
— Haniu, czujesz to? — zapytał Szymon. — To nie jest zabytek. To żywa historia. A ta nerwowa kobieta z Warszawy — ta, co wczoraj przy barze śmiała się za głośno — widziałaś, jak rozgląda się nerwowo? Jakby bała się własnego cienia. A zakonnice… stoją z boku i szepczą. Siostra Urszula patrzy na nią tak, jakby widziała diabła.
Hanna skinęła głową, ściskając jego dłoń mocniej.
— Tak. Siostra Magdalena powiedziała mi przy śniadaniu: „Kobiety, które piją drinki i pokazują ciało, ściągają na siebie gniew bogów”. Brzmiało jak kazanie, ale w oczach miała coś zimnego. To dopiero pierwszy dzień, a ja już czuję, że ten rejs to nie tylko piramidy. Pamiętasz Christie? „Śmierć na Nilu” zaczyna się podobnie — grupa na statku, a potem… tragedia. Miejmy oczy otwarte.
W tym momencie podeszła do nich młoda para z Gdańska — Marta i Tomek Nowakowie z małą Olą. Dziewczynka trzymała w rączce miniaturkę Sfinksa kupioną od sprzedawcy.
— Państwo Kowalscy! — zawołała Marta. — Ola jest zachwycona. Pyta, czy Sfinks naprawdę ma tajemnice. A Tomek, mój mąż, właśnie opowiadał, jak inżynierowie w XIX wieku próbowali wysadzić piramidy dynamitem, szukając skarbów. Anegdota z książki: Napoleon kazał ostrzelać Sfinksa z armat, ale kule odbijały się jak od stali. Mit, ale piękny. A wy? Co sądzicie o tych zakonnicach? One unikały nas przy śniadaniu, jakbyśmy byli nieczyści.
Tomek roześmiał się, ale w jego śmiechu była nuta niepokoju.
— Ja pracuję w IT, więc widzę wzorce. Grupa osiemdziesięciu osób, bar otwarty non stop — to recepta na dramaty. Ta młoda turystka z Warszawy, co wczoraj flirtowała przy barze z kelnerem… zakonnice patrzyły na nią jak na grzesznicę. Może to nic, ale w Egipcie wszystko ma drugie dno.
Zwiedzanie trwało dalej. Grupa wsiadła z powrotem do autobusu i ruszyła do Muzeum Egipskiego na placu Tahrir. Budynek z czerwonej cegły, zbudowany w 1902 roku, krył w sobie skarby warte miliardy. Wewnątrz powietrze było chłodniejsze, ale gęste od zapachu starożytności — kurzu, drewna i kadzidła. Fatima poprowadziła ich przez sale pełne sarkofagów, posągów i mumii.
— Tu, proszę państwa — wskazała na salę Tutanchamona — maska złotego chłopca. Waży jedenaście kilogramów — czyste złoto. Odkryta w 1922 roku, nienaruszona. Ciekawostka: Carter spędził dziesięć lat na katalogowaniu. Anegdota: gdy otworzyli grobowiec, lampa zgasła na chwilę — znak od bogów? Nie, po prostu zwarcie. Ale mumie… spójrzcie na salę mumii królewskich. Ramzes II, Seti I. Egipcjanie mumifikowali, by dusza mogła wrócić. Dziś nauka bada je tomografią — znaleźli pasożyty i artretyzm u faraonów.
Szymon zatrzymał się przy mumii młodej kobiety, czując dziwny chłód mimo upału. Hanna stanęła obok, szepcząc:
— Szymek, wyobraź sobie — ta kobieta żyła trzy tysiące lat temu. A my tu, z osiemdziesięcioma żyjącymi duszami na statku. Kowalczyk mówił o zaginięciach na poprzednich rejsach. Może to plotki, ale ta nerwowa turystka… widziałam, jak siostra Magdalena szepnęła jej coś przy wyjściu z autobusu. „Strzeż się Nilu, córko”. Brzmiało jak groźba.
Zieliński dołączył do nich, wskazując na posąg Anubisa.
— Anubis, bóg mumifikacji. W starożytności kapłani nosili maski szakala podczas rytuałów. A wiecie, co się stało w 2011 roku podczas rewolucji? Turyści uciekli, a rabusie próbowali ukraść mumie. Strażnicy bronili muzeum gołymi rękami. Egipt chroni swoje skarby jak matka. Ale dziś, w naszej grupie, czuję napięcie. Te zakonnice… one modliły się w kącie sali mumii. Za kogo? Za nas czy przeciw nam?
Kolejnym punktem była Cytadela Saladyna na wzgórzu Al-Muizz. Autobus wspiął się serpentynami, a z tarasu roztaczał się panoramiczny widok na Kair — minarety, wieżowce i Nil w oddali jak srebrna wstęga. Meczet Muhammada Alego, z alabastrowymi ścianami i kopułami, olśniewał blaskiem. Fatima opowiadała:
— Saladyn zbudował cytadelę w 1176 roku, by bronić przed krzyżowcami. Meczet to perła dziewiętnastowiecznej architektury. Anegdota: Muhammad Ali zaprosił mameluków na ucztę w 1811 roku, a potem kazał ich wymordować — klasyczna egipska intryga. Z tarasu widać piramidy w Gizie jak na dłoni. To miejsce, gdzie historia spotyka się z polityką.
Grupa rozproszyła się po dziedzińcu. Szymon i Hanna usiedli na ławce, patrząc na zachód słońca barwiący niebo na pomarańczowo.
— Haniu, ten dzień był magiczny — powiedział Szymon. — Piramidy, mumie, cytadela. Ale czuję, że coś się kroi. Ta młoda kobieta z Warszawy — nazywa się chyba Katarzyna — unikała wszystkich dziś po południu. A zakonnice… siostra Urszula powiedziała mi przy meczecie: „Grzechy kobiet ściągają karę. Nil jest sędzią”. To nie brzmi jak pobożność. To brzmi jak ostrzeżenie.
Hanna westchnęła, opierając głowę na jego ramieniu.
— Szymek, ja też to widzę. Nowakowie zaprosili nas na drinka wieczorem. Kowalczyk chce dyskutować o inżynierii piramid. Zielińscy — o historii. Przyjaźnie się zawiązują, bar cementuje więzi. Ale pod spodem… coś ciemnego. Jak w reportażu z podróży, gdzie turystyka miesza się z kryminałem. Trzymajmy się razem.
Powrót na statek odbył się o zmierzchu. Kolacja była uroczysta — egipskie specjały, wino i śmiechy. O godzinie dwudziestej pierwszej kapitan Ali Sziha zaprosił wszystkich do głównego salonu. Bar był już otwarty, kelnerzy roznosili darmowe drinki — mojito z hibiskusem, piwo Stella i sok z granatów. Kapitan, wysoki i dostojny, stanął na niewielkiej scenie z mikrofonem. Jego głos, głęboki i melodyjny, wypełnił salę.
— Szanowni goście „Nile Majesty” — zaczął po angielsku, a Fatima tłumaczyła na polski — dziś zwiedziliście piramidy. Pozwólcie, że opowiem wam długą historię o Cheopsie i jego dziedzictwie. Faraon Cheops, Khufu dla Egipcjan, panował w czasach, gdy Nil wylewał co roku, przynosząc życie. Budowa piramidy nie była pracą przymusową. Robotnicy z całej doliny schodzili się dobrowolnie, budując rampy z piasku i drewna. Legenda głosi, że bóg Thot, ibis o mądrej głowie, natchnął ich planem. Ale Cheops miał rywala — swojego brata, który zazdrościł mu chwały. Anegdota z papirusów: pewnej nocy duch Ozyrysa ukazał się Cheopsowi we śnie i ostrzegł: „Strzeż się zdrady z cienia”. Piramida przetrwała trzęsienia ziemi, wojny i rabunki, bo jej tajemnice chroniły bogowie. Komora królewska kryje nie tylko sarkofag, ale i energię — niektórzy turyści czują zawroty głowy, wchodząc tam. A Sfinks? Strzeże wejścia, milczący świadek. W starożytności kapłani składali mu ofiary z ibisów, by uspokoić Nil. Dziś my, na tym statku, jesteśmy jak tamci robotnicy — budujemy przyjaźnie przy drinkach. Ale pamiętajcie: Nil widzi wszystko. Niektóre historie kończą się w blasku, inne w cieniu. Jutro Beni Suef, ale dziś pijcie i rozmawiajcie. Bo na rejsie po Nilu każdy ma swoją piramidę do zbudowania — lub do zburzenia.
Opowieść kapitana trwała niemal godzinę, przerywana oklaskami i pytaniami. Grupa klaskała, a bar wypełnił się gwarem. Szymon i Hanna podeszli do kontuaru, gdzie kelner podał im dwa drinki.
— Kapitanie, to była mistrzowska historia — powiedział Szymon, ściskając dłoń Ali Szihy. — Pańskie anegdoty o Cheopsie… czujemy się jak w starożytności. A co z tymi plotkami o klątwach? Czy na pańskich rejsach zdarzały się… dziwne rzeczy?
Kapitan uśmiechnął się enigmatycznie, jego oczy błysnęły w świetle lamp.
— Panie Szymonie, Nil jest rzeką życia, ale i śmierci. Zaginięcia? Były plotki w przeszłości. Kobiety, które nie wróciły z wycieczki. Ale to Egipt — zawsze jest wyjaśnienie. Albo nie ma. Pijcie, budujcie więzi. Jutro rejs w górę rzeki.
Przy barze Zielińscy dyskutowali z Kowalczykiem o inżynierii, Nowakowie bawili się z Olą, a młoda Katarzyna z Warszawy siedziała sama, nerwowo mieszając drinka. Zakonnice, siostra Urszula i siostra Magdalena, stały w kącie, szepcząc i obserwując ją uważnie. Siostra Magdalena podeszła bliżej do Kowalskich na chwilę.
— Państwo Kowalscy — powiedziała cicho — dziś przy piramidach widziałam grzech. Ta dziewczyna… Katarzyna. Pije, śmieje się, pokazuje ciało. Nil nie wybacza takim. Modlimy się za nią. I za was wszystkich.
Hanna poczuła chłód.
— Siostro, to tylko turystyka. Drink i zabawa.
Siostra Urszula dołączyła, jej głos był jak ostrze.
— Turystyka? Nil widział upadki królestw przez grzech. My z Lichenia wiemy, co to pokuta. Strzeżcie się.
Rozmowa urwała się, gdy kapitan ogłosił koniec wieczoru. Grupa rozchodziła się do kabin, ale bar pozostawał otwarty — przyjaciele zostali przy stolikach, snując plany na następne dni. Szymon i Hanna wrócili na balkon swojej kabiny, patrząc na oświetlony Kair.
— Hanno — szepnął Szymon — ten dzień był idealny. Piramidy, muzeum, cytadela. Przyjaźnie się kleją. Ale te zakonnice… i ta Katarzyna. Czuję, że coś się zaczyna. Jak w reportażu kryminalnym z podróży — piękno miesza się z cieniem. Trzymajmy się razem.
Hanna przytuliła się do niego.
— Trzymajmy. Nil niesie nas dalej. A jutro Beni Suef i pierwsze prawdziwe historie kapitana. Ale dziś… dziękuję za ten dzień. Za nas.
Statek kołysał się delikatnie, a bar na górnym pokładzie migotał światłami. Osiemdziesiąt dusz na pokładzie „Nile Majesty” budowało więzi przy darmowych drinkach, nieświadome, że wśród nich czai się cień, który za kilka dni pochłonie pierwszą ofiarę. Piramidy milczały w oddali, Sfinks strzegł tajemnic, a Nil płynął dalej — cierpliwy, wieczny i nieubłagany.
Rozdział 4
Rejs w górę Nilu — Beni Suef
Poranne światło nad Kairem rozpraszało się delikatnie po pokładzie „Nile Majesty”, gdy statek powoli odcumowywał od nabrzeża w porcie rzecznym, kierując się w górę Nilu ku pierwszemu etapowi prawdziwej rzeki podróży. Szymon stał przy relingu na górnym pokładzie, czując lekki powiew wiatru niosącego zapach mułu i odległych palm, który przypominał mu poranne mgły nad Wartą w Poznaniu, choć skala była tu nieporównanie większa. Hanna, jego żona, dołączyła do niego chwilę później, trzymając w dłoniach dwa kubki z parującą kawą po egipsku — gęstą, słodką i aromatyczną, serwowaną przez kelnera w śnieżnobiałej galabii. Statek, elegancki kolos o białym kadłubie, sunął majestatycznie po rzece, której szerokość w tym odcinku wynosiła zaledwie około czterysta metrów, a wody były płytkie, co nadawało rejsowi intymny, niemal kameralny charakter. W oddali wschodni brzeg Nilu wznosił się w postaci nagich, białych i piaszczystych wzgórz, zmieniających kształt z każdym kilometrem, jakby sama pustynia szeptała sekrety starożytnej cywilizacji.
— Haniu, spójrz na to — powiedział Szymek cicho, wskazując na felukki żeglujące wzdłuż brzegu, ich żagle w kształcie trójkątów przypominały skrzydła ibisów z legend. — To nie jest zwykły rejs. Nil tutaj jest wąski, ale głęboki w znaczeniu historii. Wyczytałem wczoraj w przewodniku, że w starożytności Egipcjanie budowali łodzie z papirusu i cedru, transportując kamienie na piramidy właśnie tą drogą. Ciekawostka: Herodot opisywał, jak Nil co roku wylewał, zostawiając muł, który czynił ziemię żyzną — dar od boga Hapy. Anegdota z czasów faraonów głosi, że pewnego razu faraon Amenhotep III kazał wyryć na steli ostrzeżenie dla kapitanów: „Strzeżcie się prądów, bo rzeka pochłania tych, którzy nie szanują jej mocy”. Dziś my płyniemy tym samym szlakiem, z osiemdziesięcioma duszami na pokładzie, a bar na górnym pokładzie już od świtu jest otwarty.
Hanka upiła łyk kawy, jej oczy lśniły ekscytacją zmieszaną z tą nauczycielską czujnością, którą wypracowała przez lata w poznańskim liceum.
— Szymon, masz rację. Wczoraj piramidy i cytadela były imponujące, ale tu, na rzece, czuję prawdziwą esencję Egiptu. Pamiętasz naszą rozmowę w kabinie po wieczornej opowieści kapitana? Te zakonnice z Lichenia — siostra Urszula i siostra Magdalena — one nie odpuszczają. Przy śniadaniu siostra Magdalena podeszła do tej nerwowej Katarzyny z Warszawy i szepnęła coś o „grzechu kobiecego śmiechu przy drinkach”. Katarzyna wyglądała, jakby widziała ducha. A my? My budujemy przyjaźnie. Zielińscy już czekają na nas w jadalni, Kowalczyk obiecał pokazać zdjęcia mostów nad Wartą porównane do tamy asuańskiej. Ten rejs to nie tylko zabytki. To sieć ludzkich historii, które mogą się zaplątać w coś mroczniejszego, jak w reportażach z podróży, gdzie Nil ujawnia to, co ukryte.
Śniadanie na pokładzie „Nile Majesty” przebiegało w atmosferze rosnącego ożywienia. Stoły w jadalni uginały się pod świeżymi owocami, ful medames, jajkami i chlebem baladi, a kelnerzy krążyli z dzbankami kawy i herbaty miętowej. Grupa osiemdziesięciu uczestników rozsiadła się w mniejszych kręgach, a gwar rozmów po polsku mieszał się z szumem silników statku. Szymon i Hanna dołączyli do stołu, przy którym zasiadali już Zielińscy i Andrzej Kowalczyk. Pan Stanisław Zieliński, emerytowany historyk z Krakowa, gestykulował energicznie, trzymając widelec w dłoni.
— Panie Szymonie, pani Hanno, ten pierwszy dzień rejsu to klasyka Nilu — zaczął z charakterystycznym krakowskim akcentem, który brzmiał egzotycznie wśród arabskich krajobrazów. — Rzeka jest tu płytka, szeroka na niecałą ćwierć mili, a wschodnie wzgórza schodzą prosto do wody, białe i piaszczyste, jak w opisie z dziewiętnastego wieku. Wiecie, że w starożytności Nil służył jako główna arteria transportowa? Egipcjanie budowali barki zdolne przewozić setki ton granitu z Asuanu. Anegdota z papirusów donosi, że pewna łódź z czasów Ramzesa II zatonęła z ładunkiem obelisków, a ocalony kapitan opowiadał, że rzeka zabrała je jako daninę dla Sobka, boga-krokodyla. Dziś my płyniemy komfortowo, ale czuję, że ten rejs niesie ze sobą echo tamtych czasów. A co z wczorajszą obserwacją przy piramidach? Ta młoda Katarzyna z Warszawy unikała wszystkich po południu.
Doktor Zofia Zielińska, jego żona, skinęła głową, nakładając sobie porcję hummusu.
— Stanisław ma rację. Ja, jako lekarka z czterdziestoletnim doświadczeniem, widzę w ludziach więcej niż słowa. Katarzyna jest nerwowa — wczoraj przy barze śmiała się za głośno, a dziś unika kontaktu wzrokowego. A te zakonnice? Siostra Urszula modliła się na pokładzie o świcie, a siostra Magdalena patrzyła na nią jak na obiekt misji. „Nil jest sędzią grzechów”, powiedziała mi przy kawie. To brzmi jak z Biblii, ale w kontekście darmowych drinków przez całą dobę… czuję lekkie napięcie w grupie. Pamiętacie anegdotę z rejsów z lat pięćdziesiątych? Brytyjscy turyści opowiadali o pasażerce, która zniknęła po wizycie w świątyni — okazało się, że uciekła z kochankiem, ale plotki o klątwie Nilu krążyły tygodniami.
Andrzej Kowalczyk, inżynier z Poznania, dolał sobie kawy i wtrącił się z praktycznym, rzeczowym tonem.
— Ja patrzę na to jak na konstrukcję. Nil tutaj to nie tylko rzeka — to inżynierski cud natury. W starożytności budowano kanały irygacyjne, a dziś tama asuańska, którą zobaczymy za tydzień, zmieniła wszystko. Ale ten odcinek do Beni Suef? Płytki, wąski, idealny do obserwacji życia lokalnego. Wiecie, że Beni Suef to centrum rolnicze? Lniarstwo, tkactwo dywanów, alabaster z pobliskich kamieniołomów. Ciekawostką jest, że miasto rozrosło się z małej wioski w XIX wieku dzięki handlowi bawełną. Anegdota z czasów brytyjskiej okupacji: lokalny szejk podobno ukrywał skarby faraonów w grobowcach pod miastem, a archeolodzy do dziś znajdują tam artefakty. Ale wracając do grupy — te zakonnice trzymają się na uboczu, a Katarzyna wygląda, jakby bała się własnego cienia. Może to upał, a może coś więcej.
Szymon wymienił znaczące spojrzenie z Hanną, czując, jak subtelny dreszcz niepokoju przebiega mu po plecach mimo ciepłego poranka.
— Andrzeju, masz rację. My z Hanną też to zauważamy. W Poznaniu nad Wartą widzieliśmy różne charaktery — kajakarzy, którzy ukrywali strach przed prądem. Tu jest podobnie. Bar na statku, otwarty dwadzieścia cztery godziny, z darmowymi drinkami, to miejsce, gdzie więzi się cementują, ale i sekrety wychodzą na jaw. Wczoraj wieczorem kapitan Ali Sziha zapowiedział długą opowieść na dziś — o życiu nad Nilem i Beni Suef. To będzie idealna okazja, by obserwować.
Po śniadaniu grupa rozproszyła się po pokładzie. Szymon i Hanna przeszli na taras widokowy, gdzie już gromadzili się inni uczestnicy. Młoda para z Gdańska, Marta i Tomek Nowakowie, bawiła się z pięcioletnią Olą przy basenie. Dziewczynka wskazywała na mijane wioski, gdzie fellachowie uprawiali pola, a osły ciągnęły wozy z trzciną.
— Państwo Kowalscy! — zawołała Marta, machając ręką. — Ola pyta, czy krokodyle w Nilu są jak w Jurassic Park. Tomek właśnie opowiadał anegdotę o starożytnych łodziach — Egipcjanie mumifikowali nawet ibisy i składali je w katakumbach, bo ibis to symbol Thota, boga mądrości. A wy? Co sądzicie o tym rejsie? Wczoraj przy cytadeli czułam, że grupa się integruje, ale te zakonnice… siostra Magdalena szepnęła coś Katarzynie na pokładzie. „Strzeż się pokus rzeki, córko”. Katarzyna pobladła.
Tomek, trzymając córkę za rękę, dodał z lekkim uśmiechem, choć w jego głosie pobrzmiewała nuta powagi.
— Ja pracuję w IT, więc analizuję wzorce. Osiemdziesiąt osób, bar non stop — to idealne środowisko na dramaty. Katarzyna flirtowała wczoraj z kelnerem, a dziś unika baru. Zakonnice z Lichenia wyglądają, jakby prowadziły własną misję. Pamiętacie reportaż o rejsach po Nilu z lat osiemdziesiątych? Pewna turystka zniknęła w Beni Suef — lokalna legenda mówiła o duchu faraona, ale prawda była banalna: uciekła z miejscowym przewodnikiem. Egipt uczy, że rzeka niesie nie tylko życie, ale i tajemnice.
Rozmowa płynęła dalej, przerywana jedynie widokami za burtą. Statek sunął powoli, mijając pola uprawne, gdzie kobiety w czarnych hidżabach prały bieliznę w Nilu, a dzieci machały z brzegu do turystów. W powietrzu unosił się zapach eukaliptusa i dymu z palenisk. Fatima Al-Sayed, przewodniczka, przechadzała się między grupami, opowiadając anegdoty.
— Szanowni państwo, ten odcinek Nilu to serce starożytnego Egiptu — mówiła po polsku z lekkim akcentem. — Beni Suef leży zaledwie sto piętnaście kilometrów na południe od Kairu. Miasto znane z rolnictwa, tkactwa i alabastru z kamieniołomów. W starożytności było to centrum kultu Sobka, boga-krokodyla. Ciekawostka: archeolodzy znaleźli tam mumie krokodyli w złotych naszyjnikach. Anegdota z czasów Ptolemeuszy: pewna królowa kazała zbudować świątynię nad rzeką, ale Nil zalał ją podczas wylewu, zabierając tajemnice do grobu.
Po południu statek przybił do nabrzeża w Beni Suef. Grupa zeszła na ląd na krótką wycieczkę po mieście — skromnym, ale pełnym lokalnego kolorytu. Uliczki pełne były straganów z bawełnianymi tkaninami, dywanami i wyrobami z alabastru. Szymon i Hanna spacerowali ramię w ramię, mijając meczet z minaretem i targ, gdzie sprzedawcy oferowali świeże daktyle i przyprawy. Katarzyna z Warszawy szła nieco z tyłu, nerwowo rozglądając się wokół. Nagle siostra Urszula i siostra Magdalena zbliżyły się do niej.