Wstęp
Zanim padnie pierwszy strzał
Ta książka nie jest o strzelectwie.
Jest o tym co strzelectwo zrobiło z człowiekiem który zaczął strzelać jako dwunastolatek i nie przestał — mimo wypalenia, mimo porażek, mimo lat przerwy, mimo że życie kilka razy zaprowadziło go zupełnie gdzie indziej. Jest o tym że pasja nie jest luksusem. Jest fundamentem. I że człowiek bez fundamentu — choćby miał wszystko inne — stoi na piasku.
Nie jestem mistrzem świata. Nie byłem na igrzyskach. Nie mam złotego medalu który uzasadniałby pisanie książki o strzelectwie. Mam coś innego — dziesięć lat służby wojskowej, kilkanaście lat na stanowisku strzeleckim, dwoje dzieci, żonę która jest mistrzynią Europy oraz wysłaną przez Zatokę Gdańską krótką wiadomość, która zmieniła wszystko. I mam zawodników — dzieci i dorosłych — którym próbuję przekazać to co sam dostałem od ludzi lepszych ode mnie.
Byłem outsiderem. W szkole nie pasowałem do żadnej grupki. Strzelnica była jedynym miejscem gdzie to nie miało znaczenia. Gdzie liczyło się tylko to co zrobiłeś na stanowisku — nie to z kim siedziałeś na przerwie. To mnie uratowało. Nie przesadzam używając tego słowa.
* * *
Piszę tę książkę dla kilku osób jednocześnie.
Dla młodego zawodnika który właśnie chce rzucić trening bo nie wychodzi i nie widzi sensu. Dla rodzica który wozi dziecko na strzelnicę i zastanawia się czy to ma sens. Dla trenera który czasem nie wie co powiedzieć po porażce. Dla żołnierza który rozumie co to znaczy odpowiedzialność za kogoś innego. Dla każdego kto szuka miejsca gdzie może być sobą — i jeszczego nie znalazł.
I dla żony — ale o tym na końcu.
* * *
Każdy rozdział tej książki to kawałek drogi. Pamiętnik, poradnik i instrukcja w jednym — bo tak właśnie wygląda życie. Nie można oddzielić człowieka od zawodnika, ojca od żołnierza, trenera od ucznia. Wszystko jest razem. Wszystko się przeplata.
Zaczęło się od strzelnicy na skraju pola którą jako mały chłopiec widziałem z daleka. Wyglądała jak warownia. Podążałem w jej kierunku raz i zawróciłem. Dziś wiem że całe moje życie było zmierzaniem w kierunku rzeczy które mnie trochę przerażają.
I że właśnie w tym jest siła.
Zapraszam.
Ojciec, trener, żołnierz
Pierwszy strzał
Strzelnica LOK-u stała na skraju pola za Jezierzycami. Jako dzieciak widziałem ją z daleka, kiedy szedłem z babcią na działkę. W oczach dziecka wyglądała jak warownia — solidna, tajemnicza, trochę groźna. Ojciec opowiadał, że sam tam strzelał. Słuchałem tych historii jak bajek. Raz nawet ruszyłem w tamtą stronę. Stanąłem ze sto metrów dalej i zawróciłem. Może to był strach. A może po prostu jeszcze nie był mój czas.
Nie wiedziałem wtedy, że ta odległość — te sto metrów między mną a strzelnicą — będzie metaforą całego mojego życia. Że zawsze będę szedł w kierunku czegoś, co mnie trochę przeraża, i że właśnie dlatego będę szedł naprzód.
* * *
Panią Magdę poznałem na WF-ie uczęszczając do szkoły w Siemianicach. Instruktor, trener i mistrzyni Polski w strzelectwie — kiedy to usłyszałem, coś we mnie drgnęło. W szkole prowadziła kółko strzeleckie. Na początku byłem za młody, żeby brać w nim udział. Ale nie odpuściłem. Marudziłem. Pytałem. Kręciłem się pod drzwiami. Aż w końcu zabrała mnie razem z resztą dzieciaków na strzelnicę.
Mówię o tym rodzicom moich zawodników przy każdej okazji: jeżeli dziecko marudzi, że chce spróbować — dajcie mu spróbować. Nie wiadomo, co za tym idzie. W moim przypadku szło całe życie.
DLA RODZICÓW
Pierwsze zainteresowanie sportem rzadko wygląda jak powołanie. Częściej wygląda jak marudzenie. Dziecko nie powie wam: chcę trenować strzelectwo, bo chcę rozwijać koncentrację i dyscyplinę. Ono powie: chcę tam pojechać. I tyle. Wasz ruch — to zabrać je i zobaczyć co będzie. Reszta przyjdzie sama albo nie przyjdzie — ale bez tego pierwszego kroku nigdy się nie dowiecie.
* * *
Ojciec Pani Magdy był trenerem klubowym. Trener J. — siwe włosy, spokojne oczy, głos rzadko podnoszony. Kiedy był niezadowolony, zaciskał tylko usta i przymykał oczy — lekki grymas, ułamek sekundy. I wystarczyło. Jego spokój stawiał mnie na baczność skuteczniej niż jakikolwiek krzyk. Dzisiaj, mając ponad trzydzieści lat i sam siwiejąc w zastraszającym tempie, rozumiem, że to spokój jest prawdziwym narzędziem trenera. Nie głos. Nie autorytet z mianowania. Spokój.
Kiedy powiedział mi, że jak rodzice się zgodzą, mogę zapisać się do klubu, i że będę trenował pistolet — nie karabin — słowo trenera było święte. Żadnych pytań. Pistolet.
DLA TRENERÓW I INSTRUKTORÓW
Pierwsze słowa, które mówisz do nowego zawodnika, są nieproporcjonalnie ważne. On lub ona będzie je pamiętać latami — nawet jeśli ty zapomnisz je
w tydzień. Twój spokój jest zaraźliwy — tak samo jak twój stres. Zanim dasz instrukcję techniczną, zastanów się: jaką atmosferę tworzysz wokół stanowiska? To jest pierwsza lekcja, której udzielasz. Jeszcze zanim padnie pierwsze słowo.
* * *
Pamiętam ten pierwszy dzień tak dobrze, jakby był wczoraj. Czułem, że muszę udowodnić, że Pani Magda nie podjęła złej decyzji dając mi szanse. To był chyba jeden z pierwszych naprawdę stresujących momentów w moim życiu. I dziś wiem, że właśnie to mnie zahartowało — że później na zawodach radziłem sobie z presją lepiej niż wielu rówieśników, bo ta odporność zbudowała się wcześnie, na zwykłym treningu, kiedy chciałem tylko nie zawieść kogoś, kto we mnie uwierzył.
Pistolet był wtedy dla mnie strasznie ciężki. Trzymanie go jedną ręką w pozycji stojącej — niemożliwe. Zaczynałem na siedząco, z podpórki. Dźwięk pierwszego strzału był przytłumiony, jakby ktoś uderzył młotkiem o kowadło. Zapach — specyficzny, metaliczny, z nutą oleju do czyszczenia broni — zostaje w pamięci na całe życie. Jak się raz poczuje, już się nie zapomina.
I pomyślałem wtedy dziwną rzecz. Nie pomyślałem: chcę być mistrzem. Nie: chcę wygrywać zawody. Pomyślałem: chcę być kiedyś jak mój trener.
Dzisiaj, kiedy mój pięcioletni syn Karol siedzi na trybunach i ogląda jak uczę, mówi dokładnie to samo. Że on nie chce strzelać — on chce uczyć. Tak jak tata. Ma jeszcze trochę czasu. Ale już wie czego chce. I to wystarczy.
WSKAZÓWKA — BUDOWANIE ODPORNOŚCI PSYCHICZNEJ
Odporność na stres nie buduje się na dużych zawodach. Buduje się na pierwszych treningach, kiedy dziecko chce zaimponować trenerowi, kiedy boi się zawieść, kiedy pierwszy raz czuje ciężar oczekiwań. To są prawdziwe laboratoria charakteru. Jako trener — stwarzaj sytuacje, w których zawodnik musi się pozbierać po nieudanym strzale. Nie chroń go przed presją. Ucz go z nią żyć. To jest ważniejsze niż jakikolwiek wynik.
* * *
Zapisałem się do Gryfa Słupsk. Pięć czasem sześć treningów w tygodniu, po dwie — trzy godziny. Sześć dni w miesiącu w trasie, po zawodach, wyjazdy często nocą. Kiedy teraz patrzę na to jak wygląda mój dzień treningowy jako dorosłego — i jak wyglądał mój dzień jako dwunastolatka — łapię się za głowę. Wstawałem około szóstej rano. O siódmej autobus podmiejski z Jezierzyc do Siemianic — siedem kilometrów. Z przystanku do szkoły kilometr marszu. Lekcje do piętnastej. Znowu kilometr marszu na przystanek, autobus do Słupska. Na treningu byłem koło szesnastej. O dziewiętnastej — biegiem na przystanek, żeby zdążyć na ostatni autobus, i do domu o wpół do ósmej.
Kiedy jadłem obiad i czy w ogóle jadłem — szczerze nie pamiętam. Wiem, że lekcje robiłem wszędzie: w autobusie, na strzelnicy między seriami, na zawodach. Uczyłem się nie dlatego, że lubiłem szkołę. Uczyłem się, żeby szkoła była ogarnięta na tyle, żebym mógł trenować więcej. To był mój układ z samym sobą.
Nie kochałem szkoły. Ale zrobiłem wszystko, żeby szkoła mi nie zabrała tego, co kochałem.
DLA RODZICÓW — LOGISTYKA PASJI
Nikt nie mówi wam, że wspieranie dziecięcej pasji to jest projekt logistyczny. Odwozy, przywóz, wyjazdy na zawody, pieniądze na sprzęt, rozmowy wieczorami gdy dziecko jest zmęczone i chce rzucić. To jest realna praca —
i jest niewidoczna. Jeśli wasze dziecko trenuje cokolwiek poważnie: wasza rola jest ogromna, nawet jeśli nigdy nie stoicie przy stanowisku. Każdy autobus, każda kanapka na drogę, każde jedź dasz radę — to część medalu, który kiedyś zawiśnie na jego szyi.
* * *
Na strzelnicy było zimno. Trzy stanowiska, para z ust, kubek herbaty postawiony obok pistoletu. Dzisiaj uczę dzieci na krytym obiekcie, stała temperatura, nowoczesny sprzęt. Cieszę się za nich. Naprawdę. Ale kiedy patrzę na ich miny kiedy coś nie wychodzi — myślę, że tamto zimno uczyło czegoś, czego ciepło nie nauczy. Uczyło, że warunki nie muszą być idealne, żeby strzelać. Że skupienie to nie jest kwestia komfortu. To jest kwestia decyzji.
Na stanowisku przede mną stanęła pewnego dnia Mirosława S. Mistrzyni. Olimpijka z Barcelony, Sydney i Pekinu. Dla trzynastolatka — coś nie do opisania. Każde słowo, które przypadkowo powiedziała w moją stronę, ważyło więcej niż rok szkolnych lekcji. Raz przyszedłem na trening po WF-ie. Graliśmy w unihokeja, dostałem przypadkowo kijem w rękę i marudziłem, że strzelam słabo bo boli. Odwróciła się i powiedziała spokojnie: Jak boli, znaczy że żyjesz. Przestań się mazać — jakby nic nie bolało, to by znaczyło że coś z tobą jest nie tak.
Zadziałało lepiej niż najlepsza maść. Mówię to moim zawodnikom do dziś. Prawie słowo w słowo.
WSKAZÓWKA — SIŁA AUTORYTETU PRZEZ PRZYKŁAD
Jako trener nie musisz długo mówić. Musisz być kimś, dla kogo warto dobrze strzelić. Dzieci uczą się przez podziw, nie przez instrukcje. Jeśli masz
w otoczeniu kogoś z osiągnięciami — zaproś go na trening. Jedno zdanie mistrza zostawia głębszy ślad niż tydzień ćwiczeń. Nie dlatego że jest mądrzejszy od ciebie. Dlatego że dziecko widzi, że to możliwe — na żywo,
z bliska.
* * *
Byliśmy zgraną ekipą — osiem, dziesięć osób. Nastolatki z głowami pełnymi nic, ale ktoś cierpliwie dolewał do nich coś wartościowego, krok po kroku, trening po treningu. Spędzaliśmy razem dziesiątki godzin w busach, pociągach i autobusach. Trener J. katował nas w Chryslerze piosenkami Mieczysława Fogga. W kółko leciała Gramofonomanka. Kiedy podrośliśmy, wywalczyliśmy możliwość sterowania radiem. Sabaton i Jimi Hendrix. Raz jechaliśmy nocą do Białegostoku — zgubiliśmy drogę, Google Maps nie istniał, Hendrix grał non stop. Tamte czasy.
Rywalizowałem przez całą młodość z Jankiem. Strzelał pistolet jak ja, podobne wyniki, podobna ambicja. Ta rywalizacja była zdrowa — napędzała nas obydwóch. Dziś wiem, że dobry rywal to skarb.
DLA TRENERÓW — WARTOŚĆ GRUPY
Indywidualny wynik jest ważny. Ale grupa jest ważniejsza. Dziecko, które ma przyjaciół na strzelnicy, przetrwa każdą słabą serię, każdą porażkę na zawodach, każdy zły dzień. Dziecko, które jest samo — przy pierwszej większej porażce odejdzie. Buduj zespół, nawet w dyscyplinie indywidualnej.
* * *
Pierwsze zawody pamiętam jak dziś. Puck, luty, Zaślubiny z Morzem. Zająłem trzecie miejsce na pięciu startujących. Na zdjęciach widać, że strzelałem w butach do koszykówki — dzisiaj pewnie bym w takim obuwiu dostał dyskwalifikację. Miałem dwanaście lat i nawet nie byłem podekscytowany wynikiem. Byłem podekscytowany wyjazdem — pierwszym trzydniowym wyjazdem z ekipą.
Trener po zawodach powiedział tylko: Dobra robota. Nie był wylewny. Ale wiedziałem, że był zadowolony. I to wystarczyło.