E-book
18.9
drukowana A5
47.08
Ogrodnik, który wchodził przez okno

Bezpłatny fragment - Ogrodnik, który wchodził przez okno


Objętość:
217 str.
ISBN:
978-83-8467-767-4
E-book
za 18.9
drukowana A5
za 47.08

Mojej mamie

w ogrodzie której chwasty wiwatowały,

a jeże turlały się ze śmiechu

Część pierwsza. Pierwszy ogród

WSTĘP

Jesteśmy w miejscu, w którym jego życie wydaje się skończone. Ale może od początku…

KONIEC

Zamknął kominek, by wpuścić tlenek węgla, opatulił żonę kocem, położył się obok. Otworzył oczy i zobaczył żonę, ale młodą, uśmiechniętą, jak zawsze, choć ze szczerbą między zębami, jak nigdy. Spytał o szczerbę, czy w niebie takie robią, i usłyszał, że to ortodonta, gdy była dzieckiem, źle zamontował aparat. Nim znów zamknął oczy, usłyszał szept, że 39 i 2, że będzie dobrze, będzie żył, ale to nie była dla niego dobra wiadomość.

Otworzył oczy. Kobieta ze szczerbą przyłożyła zimną słuchawkę do jego piersi, zmrużyła oczy, pokiwała głową. Poprosił, by dała mu odejść, a ona odpowiedziała, że 38 i 8.

Otworzył oczy. Przy łóżku obok, już pustym, kobieta pakowała do papierowej torby ubrania, a on miał tylko szpitalną piżamę, nie licząc szpitalnego kubka i szpitalnej szczotki do zębów.

— Proszę nie wyrzucać — powiedział szeptem.

— To po synu — kobieta szlochała. — Może panu nie pasować, a na pewno nie godzi się do trumny.

Gdy kilka dni później wchodził do windy, w drzwiach stanęła lekarka, ta ze szczerbą między zębami, i spytała, dokąd się wybiera, bo zaniki pamięci, dom spalony, badania niezakończone. Stał w dżinsach, zbyt krótkich, w czarnej koszulce z napisem „Metallica” i czerwonym kapelusiku turystycznym z naszywką „Pielgrzymka do Lourdes”. Stopy miał bose. Lekarka wzięła go za rękę, zaprowadziła do pokoju, poprosiła pielęgniarkę o piżamę i wykonała ważne dla tej sprawy telefony.

Znów minęło kilka dni, gdy wysiadł z taksówki pod Domem Przyjemnej Starości. Na karteczce miał adres, numer piętra i mieszkania. Lekarze podarowali mu trampki, ręcznik, golarkę, kosmetyki i kubek z napisem „Wspaniałemu lekarzowi — wdzięczny pacjent”. Niósł to, z wyjątkiem trampek oczywiście, w plastikowej torbie. Próbował wjechać windą na piąte piętro, ale była nieczynna, więc poczłapał do góry, jak do ostatniego rzędu w filharmonii, bo zewsząd kakofonia szeptów, muzyki z młodości i oczy, które filowały przez dziurki w drzwiach. Wszedł do mieszkania przez korytarz o zielonych ścianach, do kuchni z zieloną podłogą. Otworzył pierwszą szufladę, w której leżał widelec — sztuk jeden, łyżka — sztuk jedna i noże — sztuki dwie, a pod nimi stara gazeta. Usiadł na taborecie — sztuk jeden i przeczytał w tej starej gazecie, w rubryce „Zielony zakątek”, że „naukowcy nie potrafią wyjaśnić, dlaczego dąb jest drzewem, którego najczęściej dosięgają pioruny”. Proste, pomyślał, dąb jest najwyższy, a korzeniami najgłębszy, w korze magazynuje wilgoć i jonizuje powietrze. Piękny, silny i niebezpieczny. Ale nie wiedział, skąd to wie. Podniósł głowę, zobaczył rurę pod sufitem. Chwycił kabel od tostera — sztuk jeden, zrobił pętlę, wsadził w nią głowę, stanął na taborecie, przywiązał kabel do rury i taboret kopnął.

Otworzył oczy. Lekarka już bez uśmiechu robiła zastrzyk i szeptała, że dobrze, dobrze, cud jakiś, ale tym razem samego ze szpitala nie wypuści, 37 i 6.

Wieczorem, gdy szpital kaszlał, dyszał i płakał z bólu, podszedł do okna i już miał się wspinać, gdy zobaczył puszkę na parapecie, oklejoną taśmą opatrunkową, z odręcznym napisem: „Datki na pana Frumkę”. W środku grzechotały drobne, szeleściły banknoty. Ubrał się znów w strój umarlaka i wyszedł, stanął pod szpitalem, wsiadł do taksówki, która czekała na kogoś innego, i zagrzechotał puszką, taksówkarz ofertę przyjął.

Otworzył oczy, bo kierowca zastukał palcem w szybę i powiedział, że to tu, ta katastrofa. Frumka spojrzał na osmolony budynek Domu Przyjemnej Starości, taksówkarz westchnął, że co za szczęście, co za szczęście, tyle staruchów, nikt w zasadzie nie ucierpiał, a jeszcze po katastrofie dostali nowe mieszkania.

— Jak to katastrofa?

— Ano tak — odparł taksówkarz. — Gdzieś na samej górze rura się jakaś urwała, woda lała trzy dni, panie kochany, bo wszyscy tam z tym alzheimerem, parkinsonem i tylko siedzieli, panie kochany, patrzyli, jak wody przybywa i się zwarcie zrobiło od tej wody, pożar i klops. Był dom, nie ma domu, panie kochany. No, ale wszyscy żyją, bez jednego, ale nie żył od dawna, bo rodzina o nim zapomniała i wysechł jak papier. Nawet listonosz tam nie przychodził, panie kochany, bo nikt do nikogo nie pisał, więc nikt na nic nie czekał.

Frumka osunął się głębiej w fotel, bo wstyd mu było, gdy osmolone okna zaglądały w jego sumienie i smutno, że znów spartolił, ale i przysporzył innym cierpień. Wtedy drogę zajechała im karetka, sanitariusze wyciągnęli Frumkę z taksówki i dali zastrzyk, nim zdążył krzyknąć, a że taksówkarz krzyczał i się awanturował, bo nigdy nie widział porwania na żywo, też dostał zastrzyk, na uspokojenie.

Otworzył oczy. Lekarka uśmiechnęła się i przyłożyła palec do ust. Dobrze, jak tak, to będzie cicho, choć miał jej powiedzieć, że mu przykro, bo chciał dobrze, to znaczy źle, ale dla siebie. Spytała, co pamięta ostatniego, i gdy spojrzał na żonkile w wazonie, to odpowiedział, że ogród, który sam pielęgnował. Nie, nie sam. Z kimś, ale nie pamięta z kim.

Kilka dni później lekarka i Frumka stali pod domem, który wyglądał jak szklano-srebrna cukiernica.

— Tu właśnie — powiedziała — mieszka moja siostra i potrzebuje ogrodnika. To dobra rodzina — dodała, choć po słowie „dobra” przygryzła dolną wargę, a po słowie „rodzina” górną.

RODZINA

Kromken podgłośnił, gdy usłyszał w radiu zapowiedź „niesłychanego i bulwersującego zachowania świeżo upieczonego laureata nagrody Nobla”. Odwrócił głowę i syknął, by dzieci były cicho, na chwilę, bo na tylnym siedzeniu sprowokowane bliskością walczyły, jak zawsze, o nic. Noblista, jak podawało radio, zabarykadował się w domu, świeżo po odebraniu nagrody, i nie chciał wpuścić ekipy telewizyjnej. Jeden z dziennikarzy wszedł z kamerą na dach domu Noblisty i spadł, łamiąc nogi, niszcząc kamerę, dlatego radio połączyło się z szefem stacji telewizyjnej, który w twardych słowach ocenił zachowanie Noblisty jako właśnie „niesłychane” i „bulwersujące”. Zapowiedział również podanie Noblisty do sądu, bo przez swoje zaniechanie, czyli niewystąpienie w telewizji, naraził dziennikarza na ryzykowne działanie i utratę zdrowia oraz sprzętu. Dziwak, skomentował Kromken, na co Frosta, jego żona, spytała — kto?

— Ten Noblista — Kromken odwrócił się do dzieci, by nie kruszyły, bo rano odkurzał, a humor miał zły, bo odkurzacz, który sprzedała im przyjaciółka jego żony, podczas pokazu wciągał wszystko, nawet torbę po chipsach, ale tego ranka nie wciągał nawet chipsów. Kromken bardzo lubił porządek, ale jedynym estetycznym wzorcem, jaki udało mu się osiągnąć, był trawnik przed domem, na dwa przecinek osiem centymetra. Dodał gazu. Byli spóźnieni.

Pod domem zobaczyli Svarnę, siedziała na krawężniku, a obok starszy jegomość z reklamówką. Wyglądał, powiedział Kromken, jak wędkarz, który zgubił się na festiwalu samotnych wędkarzy. Kosmyki siwych włosów wystawały spod czerwonego kapelutka, siwa broda otulała twarz, a w karcie chorobowej, jak wyjaśniła Svarna, wpisano: „pacjent nie zna swoich danych, zanik pamięci po zatruciu tlenkiem węgla.”

— Proszę, proszę, może wezmę bagaż — zachęcała Frosta, ale gdy spojrzała na reklamówkę, cofnęła rękę. Z kieszeni kurtki jej siostry wystawał stetoskop; lekarka weszła do domu tylko na chwilę, bo spieszyła się na wieczorny dyżur, a sprawę omówiły już przez telefon i niewiele było do dodania.

Stali teraz pośrodku salonu, Frumka pokazywał znów bezradnie, że nic więcej nie ma, i na dowód wystawił puste dłonie. Rozglądał się, by z czymś ten dom porównać i choć nie pamiętał swojego życia, miał wrażenie, że nie było w nim domów czystych jak sale operacyjne. I gdy pomyślał o tej czystości, po jego stopie przejechało coś płaskiego, jak garnek, tylko spodem do góry i czarne. Zabrzęczało i połaskotało go w stopę.

— To odkurzacz, Robocik — powiedziała dziewczynka. — Zamiast psa, bo tata nie lubi psów, robią bałagan, a mama nie lubi, bo krótko żyją. Ja lubię, ale mam alergię, a bratu wszystko jedno, bo bratu wszystko jest wszystko jedno.

Frumka zastanowił się, co ten robot sprząta, skoro dom, jeśli czegoś wymagał, to przybrudzenia, i uznał, że zapewne czyha na buty gości.

— Dzieci — powiedziała Frosta. — To jest pan Frumka, będzie naszym ogrodnikiem.

— Za domem — dodał Kromken.

— Czyli będzie — mówiła Frosta. — Robił nam ogród.

— Za domem.

— I będzie — ciągnęła Frosta. — Mieszkał w szopie.

— Za domem.

— Bo wasza ciocia uważa, że pan Frumka to dobry człowiek, prawda? — i tu spojrzała na Frumkę, by otrzymać potwierdzenie, że jest „dobrym człowiekiem”, na co Frumka przygryzł wargę, podobnie jak lekarka po słowach „dobra rodzina”.

Loja, bo tak przedstawiono dziewczynkę, poszła do swojego pokoju, a Klum, bo tak się przedstawił, choć niechętnie, usiadł na kanapie z grzywką nad telefonem. Kromken i Frosta zaprosili nowego ogrodnika przed dom, by pokazać, jak powiedzieli, otoczenie. Otoczeniem, od strony ulicy, był trawnik, ścięty normalnie na dwa przecinek osiem centymetra, ale teraz miał jakieś trzy przecinek trzy, co ocenił Kromken z pozycji kolan, dodając, że jasna cholera, rośnie i rośnie.

Na tyłach domu stała szopa, niesłusznie tak nazwana, bo był to jakby domek letniskowy o ścianach z heblowanego drewna, z przytulnym pokoikiem, małą kuchnią i meblami, które trafiały tu z dużego domu wraz z polepszaniem się sytuacji materialnej rodziny. Była zatem welurowa sofa, stolik, na nim lampka nocna, a wszystko w świetle słońca, bo okna wychodziły na południe. Ściany były puste, z wyjątkiem jednej reprodukcji, „Impresji na temat wschodu słońca” Claude’a Moneta, na której łódki rybackie czekały na wschód słońca. I był to jedyny element domku, który wywołał uśmiech na twarzy Frumki, choć nie znał wtedy powodu.

— Proszę, proszę — zachęciła Frosta. — To pana domek. Za nim jest karczowisko i pokażę, ile tam trzeba włożyć pracy.

Nie przedłużała powitania, bo nie wiedziała, jak się zachować wobec kogoś, kto miał tylko reklamówkę z prezentami od personelu szpitalnego. Zapewnienia siostry, że to „dobry człowiek”, odrobinę gasiły jej niepokój, no bo skąd siostra miała wiedzieć, że to „dobry człowiek”? Ano stąd, że pan Frumka, jak mówiła siostra, nikomu nie zrobił krzywdy w szpitalu, wyjątkowo, bo siostra często opowiadała o pacjentach, którzy jednak krzywdę wyrządzali, jak pewien jegomość, który po wybudzeniu z narkozy próbował udusić pielęgniarkę kroplówką. Ale co tam, pan Frumka nie sprawiał wrażenia agresywnego, może trochę dziwnego, w tym stroju, i Frosta uznała, że temat stroju zostawi na później, uśmiechnęła się nawet na myśl o swojej domowej polityce zero-waste, bo namawiała dzieci i męża, by rzeczy prawie-nie-dziurawe wkładać do kosza w piwnicy, z napisem zero-waste.

— Widzi pan — pokazała bezradnym gestem teren za domkiem. — No tyle pracy, tyle pracy.

Frumka zobaczył łąkę pełną maków, chabrów, rumianków i koniczyny, które ciągnęły się daleko, do wysokiego pagórka, na szczycie którego stały bele siana. Po lewej był płot, za nim dom sąsiadki, pani Pompe, „proszę na nią uważać, to jędza”, dodała Frosta, a po prawej piął się, nieco w górę, las.

— Od czego zaczynamy? — spytał Frumka.

— Może od liści — powiedziała Frosta. — Spadają przed domem, z tych drzew, co tam stoją — pokazała na okazałe buki, dąb, leszczynę i wielką jodłę. — A wiatr jeszcze donosi to z lasu.

Frumka pokiwał głową, choć nie do końca rozumiał, co kobieta ma na myśli, gdy mowa o sprzątaniu liści, i będzie to jeden z nielicznych zaczepnych dialogów, w jakich weźmie udział, bo dialog ten nauczy go wkrótce wyjątkowo obronnego respektu wobec wymagań Frosty.

— Liście — powiedziała, widząc zmarszczone brwi Frumki. — Są nieestetyczne, to raz. Przychodzą do nich jeże, to dwa, a jeże roznoszą choroby i to jest trzy.

I tu zaczął się ten dialog, który doceni później Frumka.

— Ale też liście — zaczął. — To ściółka, która na wiosnę da życie innym roślinom, jeżom osłonę, a jeże jedzą ślimaki, które na pewno przyjdą, skoro otwieramy dla nich ogród, czyli jeżową restaurację.

Uśmiech Frosty, w którym mąż zakochał się na początku ich romantycznej znajomości, miał w sobie na co dzień zaproszenie do rozmowy i ciepło, ale na pewno nie w tej chwili. Przechyliła głowę lekko w bok, zmrużyła oczy, jakby chciała uważniej przyjrzeć się słowom Frumki, jakby były na przykład parą, podniosła dłoń z palcem nauczycielskim i otworzyła usta, jakby chciała zdmuchnąć te słowa, ale wybuchnęła nerwowym śmiechem.

— Że co? Że co? — odwróciła się tyłem do Frumki, na chwilę, by mocniej wyrazić niedorzeczność jego słów, a ponieważ za jej plecami nie stała publiczność gotowa dodać otuchy i odwagi, na przykład buczeniem, prawie krzyknęła. — Proszę nie komplikować! Proszę zamieść wszystkie liście i zabić jeże.

— Zabić?

— A co się robi z jeżami, szanowny panie „fajne liście”? — dopytała i włożyła ręce do kieszeni, ale tak, jak wkłada się ręce do kieszeni, by wyjąć nóż albo zapalniczkę.

— No — Frumka drapał się pod kapelutkiem.

— No? No?

— No patrzy się na nie, tyka lekko, a wtedy chowają nosy albo wyciągają tylne łapki, gdy trzeba uciekać — wyszeptał.

— Dość! Czy pan jest jakimś aktywistą albo ekologiem? Proszę nie komplikować! Proszę zamieść i zabić! Gdzie pan się chował?! Pan nie wie, co się dzieje? Jakie choroby krążą? — krzyczała już Frosta, a każde zdanie było jak cios widłami w ziemię. Frumka spojrzał w ziemię, jakby spodziewał się tam dziurek po widłach, w rzędach, jak żołnierze na defiladzie.

I zastygł, bo do głowy zawitało mu płaskie wspomnienie, jak czarno-białe zdjęcie z ząbkowanymi brzegami. Na tym zdjęciu był jeż, który zamieszkiwał w jego, tak, w jego ogrodzie, bo na pewno miał ogród i ten jeż kręcił się tam wiosną albo jesienią, pod dębem, albo właził na pagórek, na wierzchołku którego rosła grusza. Czasami grusza sypała owocami, a była już starą, leniwą damą i dawała owoce ku zdziwieniu otoczenia. Jeż, także zapewne zdziwiony, gramolił się wtedy pod górkę, spychał owoc, szedł za nim i turlał, Bóg wie dokąd. Frumka dla ułatwienia kładł gruszkę pod pagórkiem, ale jeż i tak się gramolił, już niepotrzebnie, na co Frumka uznał, że jeż tak lubi i zostawił go w spokoju.

— To jest mój dom! — widły Frosty znów poszły w ruch, aż Frumka zrobił krok w tył, by nie dostać ostrymi słowami. — Moje liście, moje jeże i jeśli chcą żyć, to niech tu nie przyłażą.

Frumka rozglądał się jeszcze chwilę po łące, a Frosta patrzyła na niego czujnie, z telefonem przy uchu, bo właśnie dzwoniła do siostry, by wyrazić niepokojącą myśl, która brzmiała „dziwak, będą problemy”, a ona nie chciała żadnych, ale to żadnych, problemów, i wtedy Frumka zniknął jej z oczu. Obszedł dom i zastanawiał się nad precyzją, z jaką Kromken ścinał trawę, i czy to jakaś specjalna kosiarka, bo gdyby opaść na kolana i spojrzeć z perspektywy trawy, to trudno było zauważyć jedno źdźbło, które wystawałoby nad płaszczyznę trawiastego dachu, jakby każde źdźbło czekało na to jedno, odważne, które tego dokona, i na razie stanęło na tym, że żadne się nie wychyli.

— Dwa przecinek osiem centymetra, ani milimetra więcej — usłyszał Frumka za plecami i poderwał się. Kromken kołysał się na piętach, z rękami w kieszeniach, jakby mówił o swoich życiowych zasługach. Przysłuchiwał się rozmowie żony o liściach i specjalnie wyszedł przed dom, by po swojemu okazać, co znaczy porządek. Przestał się bujać na piętach, bo na przedniej szybie swojego samochodu zobaczył to, co dla osiągów auta nie ma znaczenia, a jednak nie pozwala się skupić na osiągach — białe, ptasie gówienko. Kromken podszedł do szyby, poskrobał paznokciem, nauczony, że ptasie gówienka schną denerwująco trwale.

— Proszę zacząć od tej gałęzi — Kromken pokazał brodą nad autem, na konar leszczyny, jedyny, który miał czelność sięgać nad podjazd. Frumka spojrzał w górę, zobaczył w koronie drzew stare zapewne, bo pełne nie tylko patyków, ale i szmat, gniazdo kosa, z którego wystawał ogon — znak, że samica wysiaduje jaja.

— Może to dobrze — powiedział Frumka spokojnie. — Może to dobrze, że ta gałąź, że ptaki i czasami takie małe coś na szybie.

Kromken przestał skrobać, spojrzał na Frumkę jak na plamę na szybie, ale uznał, że nim się odpali, to użyje słowa, które zalecał mu terapeuta, by korzystał z niego, nim się wyżyje na otoczeniu.

— Dlaczego? — tak brzmiało to słowo.

— Bo to oznacza dzień inny niż wszystkie — uśmiechnął się Frumka, szczerze, i ta szczerość była dla Kromkena nie do wytrzymania. Odpalił się zatem głośniej niż Frosta.

— Nie chcę innego dnia! Chcę, by każdy wyglądał jak poprzedni, by było czysto, jak wczoraj, by samochód i koszula były czyste, a nie osrane, a gdy wracam do domu, chcę, by trawa była jak wczoraj i by szyba na moim samochodzie była jak wczoraj! — po czym zrobił pół piruetu i wszedł do domu, trzaskając drzwiami.

Głowa Frumki, niczym płyta gramofonowa zdarta do czysta, pozbawiona wspomnień, wdrukowanych namiętności, odniesień w tym domu sterylnym, z ludźmi pełnymi gniewu, wysłała znów komunikat, który szumiał od momentu, gdy obudził się w szpitalu: że nie ma już na tym świecie niczego do kochania. W domku znalazł długi przewód elektryczny po zepsutym radiu, owinął go wokół nadgarstka, łyknął wody z kranu i poszedł na przechadzkę, w lasek. Znalazł tam stare bukowe drzewo z pochylonym ku ziemi konarem, jakby nadstawione specjalnie na taką okazję. Związał pętlę, przerzucił przez konar, rzucił kapelutek na ziemię, włożył pętlę na głowę, rozbujał się i upadł na plecy, bo przewód pękł. Spojrzał w niebo — to bocian robił kółka, a po dwóch, jak zrezygnowany sęp, odleciał.

— Robisz dla mnie huśtawkę? — Loja, niczym rudowłosa wróżka, kucała przy nim, a przez inhalator trzymany przy ustach pytanie brzmiało jak w długim korytarzu. Frumka zdjął szybko pętlę z szyi.

— Huśtawkę? — podniósł się i otrzepał kolana.

— Tata obiecał, że zrobi tu huśtawkę, ale mama mówi, że spadnę.

— Tak. Tak, robię dla ciebie huśtawkę, ale… Potrzebuję mocnego sznura i… może starej opony. A pod huśtawką spulchnimy ziemię. Jak upadniesz, to od razu do piaskownicy.

Szczery uśmiech dziewczynki, bez oczekiwania na walkę, przekomarzania, miał wartość życia.

— Paddington też miał czerwony kapelutek.

— Kto to? — spytał, otrzepując kapelutek.

— Taki miś, co gdzie poszedł, to były katastrofy, ale każdy chciał go mieć. Ja też, ale mama mówi, że mam na wszystko alergie.

SZKODNIKI

— Zaczniemy od tych najgorszych — Frosta stała z dłońmi wspartymi na biodrach, gotowa do pojedynku, obok Frumka rozglądał się w poszukiwaniu tych najgorszych. Pół nocy czytała o ogrodach, a czas był najwyższy do działania, bo wiosenny. Algorytm jej internetu czekał, aż wciśnie pierwszy klawisz, by wyrzucić litanię porachunków ze szkodnikami. Przeczytała zatem, że ogród to pozbywanie się, trucie, niszczenie, likwidowanie, tępienie, wyplenianie, karczowanie, wykorzenianie, duszenie, miażdżenie, łapanie, palenie, czyli sztuka zabijania os, skorek, pająków, mszyc, jeży, ślimaków, chwastów, nornic, szczurów, myszy, mrówek, a wszystko właśnie pod nazwą szkodniki. Frumka zrozumiał już, że nie należy spieszyć się ze słowami, bo sprawiają przykrość tym dobrym zapewne ludziom, choć walka ze szkodnikami brzmiała jak wyprawa na wojnę. Ogrodnictwo, bez względu na problemy z jego pamięcią, w niczym mu wojny nie przypominało, ale milczał.

— Po pierwsze. Trawnik męża i wszystko przed domem, z tamtej strony, to sprawa mojego męża. Wszystko, co za domem, tutaj, to moje i tu będzie ogród. A ten cały syf trzeba uporządkować.

— Te kwiaty łąkowe znaczy? — spytał Frumka i przygryzł wargi, bo Frosta odwróciła się czujna.

— To chwasty, nie kwiaty, robactwo się zlatuje, nie da się latem siedzieć. Proszę ze mną — pociągnęła go kilka kroków. — Tu ma pan listę tego, co chciałabym posadzić. Proszę zasiać, tak, że tak i nie komplikować.

Frumka spojrzał na kartkę. Były tam nazwy roślin i kwiatów, które się nienawidziły, w najlepszym wypadku kłóciły o słońce, wodę i miłość ogrodnika. Milczał. Wbił widły w ziemię i ocenił po roślinach, korzeniach, że gleba jest tu silnie kwaśna, nasłonecznienie można uznać za uporczywe, wiatr wieje z zachodu, a wilgoć chowa się głęboko, co oznacza umiarkowane deszcze. Spojrzał znów na listę. Mógłby zmienić kolor hortensji, zmieniając kwasowość gleby, a wtedy kwiaty będą różowe, jak chciała Frosta, ale to osłabi inne kwiaty. Jeśli chciała fiołki niebieskie, nieco dalej, mógłby dodać fusy z kawy, skorupki od jajek, ale na pewno obok nie wyrosną tulipany. Powtórzył to na głos, co wywołało u Frosty zdziwienie, wobec tak fachowej wiedzy, może nawet szacunek, ale powtórzyła, by nie komplikował, i wyjęła telefon.

— Widzi pan to? — pukała palcem w ekran, na którym było zdjęcie kolorowego, pełnego kwiatów ogrodu. — Takie, w takich szeregach, równych szeregach. Takie chcę, bo to e-ste-ty-czne i tak ma wyglądać mój ogród, e-ste-ty-cznie.

Frumka zastanawiał się, co znaczy e-ste-ty-cznie w przypadku ogrodu. Chyba ktoś, kiedyś, bardzo mu bliski mówił tak na czyste paznokcie, ale w ogrodzie trudno o czyste paznokcie i ten ktoś uznał, wraz z Frumką, że temat estetyki w ogrodzie lepiej porzucić. Zrozumiał, że Frosta chce ogród równy, barwny, jakby tęcza miała brać stąd początek, rzędy mają być rzędami, krzywizny krzywiznami, a płaszczyzny płaszczyznami, czyli wszystko równo-ładnie-estetycznie. Oznacza to rzeczywiście wojnę, bo ogród, który pielęgnował w zawalonych korytarzach pamięci, pomagał przyrodzie, by czuła się jak u siebie, bo przyroda zawsze jest u siebie. A gdy człowiek chce mieć swój ogród, e-ste-tyczny i wbije pierwszą łopatę pod bunkier tego marzenia, to musi taki ogród ogrodzić płotem i wszystko, co szkodzi hortensji czy tulipanom, stamtąd wygonić. Lochę dziką, jeśli przychodziła o poranku po żołędzie z dębiny, a tę dębinę ściąć, jeśli zasłaniała słońce; osy, bo denerwują dzieci przy śniadaniu; sarny, którym było krócej do lasu; krety, które żabką pływały pod ziemią; i nawet od wiatru się odgrodzić, jeśli latał tam jak obcy wariat. Frumka spojrzał w telefon, na tulipany żółte, z fioletowymi smugami, a zatem z wirusem, przeniesionym ludzką ręką. To na pewno wymaga innej gleby i na pewno więcej wody. Dalej żółte storczyki, niedobrze, bo dużo tego żółtego, a z pamięci wykopywał doświadczenia, że żółty wprawia w zły humor. W telefonie nie było wiele niebieskiego, zielonego, kolorów, które koją. Wszystko w klombach, wysepkach, więc uznał, że łatwiej będzie temu sprostać, o ile zrozumie cel tej wojny.

— No jak to po co mi ogród? — parsknęła Frosta. — Zawsze marzyłam, zawsze, zawsze… Zawsze marzyłam… że usiądę, popatrzę na te cudowne kolory, z przyjaciółmi, tu drink, tu rozmowy, a każdy w dobrym nastroju — tu Frosta zafalowała biodrami, zamachała rękami, pokazała, gdzie kto usiądzie, gdzie będzie ławka, gdzie stolik, gdzie wiaderko z lodem na białe wino, bo po czerwonym ma zgagę, gdzie kto wstanie i strzepie papierosa, bo będzie też wielka popielnica z kolorowymi kamykami, którą widziała w wejściu do ośrodka Thailand Resort Bleu Sea. — Tu ktoś sobie zrobi wdech i powie, Boże, jaki wspaniały ogród. A tu, o tu, koło bambusowego łuku, bo tu będzie bambusowy łuk, widziałam taki w wejściu do marketu Garden Green Party, no więc tu powieszę na łuku lampę od Louisa Poulsena — lampę kupiła podczas delegacji w Berlinie, okazyjnie, sprzedawała ją pewna eko-influencerka, która zbankrutowała, bo została przyłapana, jak wrzuca plastiki do śmieci zmieszanych, choć zazdrośni przyjaciele złośliwie szeptali, że lampa to podróbka. Albo nie, może lepiej jej nie wieszać, pomyślała, może to rzeczywiście podróbka, nie ma co psuć dobrej atmosfery złośliwościami. — No więc właśnie chodzi o to, żeby goście podziwiali, nie mieli miejsca na złośliwości, by wszystko było jakoś, no nie wiem, może piękne — ale uznała, że to tandetne słowo. — No jakoś tak… idealnie zapierające dech.

I wtedy w coś wdepnęła.

— Kret! — krzyknęła. — Szkodnik! Proszę to zabić, ale już!

I dodała, nie czekając na wątpliwości Frumki, że krety są niebezpieczne, szkodliwe, chore, głupie i ślepe. Czy spotkanie z kretem może być niebezpieczne, zadumał Frumka, podpierając się na widłach. No może. Gdy niejaki król Wilhelm III Orański galopował kiedyś przez swoje włości, to jego koń potknął się na krecim kopcu. Król spadł, coś sobie złamał, długo leżał, wdarło się zapalenie płuc i zmarł, ale nie tylko on, bo wymarła z nim cała królewska linia. Ale też kret, dumał Frumka, to zawzięty robol, przerabia dziesięć kilo ziemi w godzinę, wypycha w górę i to są kopce, które widzimy, a pod ziemią ryje niestrudzenie, nawet szalenie i zjada wszystko, co mu wpadnie do pyska, czyli robaki, czyli w zasadzie nie jest szkodnikiem, a poluje na szkodniki. Gdyby teraz Frosta zgodziła się przyłożyć ucho do ziemi, być może usłyszałaby kopanie i popiskiwanie, zwłaszcza że wiosna, a wiosną krety kopią zajadle, by znaleźć krecią panią. Po czterech tygodniach rodzą się małe i łyse kreciątka, pan kret odchodzi na poszukiwanie nowej krecicy, a nie daj Boże, gdy spotka innego kreta, to walczą na śmierć i życie. Krecia mama, gdy łyse dzieci nabiorą witalności, wyrzuca je kopniakami, by szukały własnego domu, najlepiej jak najdalej od mamy i młode wędrują po powierzchni, wpadają w pyski drapieżników, a przeżywają najsprytniejsze. Frumka przedstawił Froście opowieść o krecich zwyczajach, na co odpowiedziała, że będzie musiała zadzwonić po łowcę kretów i znów podsunęła internetowe zdjęcie kolorowego ogrodu. Pokiwał głową, że zrozumiał, i wbił widły tuż obok kopca. Stuknęło. Palcami wygrzebał nieco ziemi, wyjął kawałek cegły i blachę.

— Co to? — spytała Frosta. Wzruszył ramionami, ale czuł, że jeśli powstanie tu jakiś ogród, to raczej kilofem. Gdyby Frosta wpisała w wyszukiwarkę zapytanie o historię regionu, poczytałaby, że 250 lat temu w miejscu tym rządy sprawował bór dębowo-grabowo-jesionowy i dawał schronienie dzikom, danielom, sarnom, zającom, na które zasadzał się miejscowy hrabia, z kolegami hrabiami i różnie bywało, bo gęste lasy kibicowały raczej zwierzętom. Ponad 150 lat temu bór wycięto i postawiono fabrykę ulotek, które namawiały do wojny, potem fabrykę mięsa dla wojska, które szło na tę wojnę razem z tym mięsem, a gdy wojsko wróciło, ułomne i nieliczne, wybudowano fabrykę sprzętu dla okaleczonych i wycięto kolejne drzewa, by zrobić drewniane wózki inwalidzkie, dla tego wojska oczywiście. Na koniec zasadzono las o nazwie Las Brzozowy ku Czci Ofiar Wojny, który w końcu też wycięto, bo w czasie pokoju nie pamięta się już o wojnie i postawiono fabrykę podzespołów, by produkować komputery, a później telefony. Fabrykę przeniesiono gdzieś, gdzie można było taniej produkować te same komputery i telefony, a co z tej zostało, to pocięto i zakopano płytko, dlatego Frumka trzymał w ręku element frezarki. Toczono nią cewki do procesorów, z których jeden był w komórce Frosty, by mogła pokazać swój ogród marzeń, ale trudno o taki ogród, z powodu zakwaszenia ziemi produkcją procesorów do telefonu, w którym było to zdjęcie e-ste-ty-cznego ogrodu.

— To fanatyk jakiś ekologiczny — powiedział Kromken do żony, gdy stali przed wielkim oknem i patrzyli, jak Frumka grzebie w ziemi. Okno, jak prawie każde okno w ich domu, było ścianą okienną, bo o tym marzyli, gdy budowali dom, czyli o oknach, które pozwolą im obcować z przyrodą.

— To może dobrze — powiedziała Frosta. — Ekologia jest w modzie. W naszej firmie jest jeden ekolog, który zaprojektował eko-palarnie i wpisaliśmy to nawet do prospektu emisyjnego akcji.

Frumka kątem oka widział, że Frosta i Kromken na niego patrzą, ale nie zastanawiał się nad tym, bo inny problem go zaprzątał, a mianowicie mszyce.

— Mięta pieprzowa, czosnek, wrotycz i… — powiedział do siebie, kopiąc w głowie za wspomnieniem. — Mięta pieprzowa, czosnek, wrotycz i… — było jeszcze jedno, chwila, jeszcze jedno, jeszcze raz: mięta pieprzowa, czosnek, wrotycz. — I anyż! — To rośliny, które odstraszą mszyce i gdy uśmiechnął się na powrót pamięci, powietrze przecięła czarna, zwariowana wyścigówka, z rubinowymi lampkami i dała nura w świeże wykopki. Wycofała się z bzyczeniem, podbiła na wybojach, najechała na kreci wykop jak na skocznię i siup, znów mordą w piach, aż zgasły wszystkie lampki i zatrzymały się kółeczka. Frumka chwycił delikatnie Robocika jak jeżyka, ale nie wiedział, jak się to ratuje. Jeża by owinął w wilgotną szmatkę, poczekał, aż dojdzie do przytomności, a tu nie wiadomo, czy to przegrzane, wychłodzone, czy postawić, położyć, bo w zasadzie, kiedy to leży, to też stoi.

— Znowu uciekł! — krzyknął Kromken przy wielkim oknie, popędził do Frumki i wyrwał mu Robocika z rąk. — Dzwoń po tego grubasa — krzyknął do żony. — Niech to w końcu zabierze! Niech naprawi! Niech coś z tym zrobi!

ZEW

W salonie, siedzący w fotelu pan Lande, wielki mężczyzna z grubym wąsem i w dżinsach ogrodniczkach, w czapeczce z napisem „Serwis”, zaglądał w brzuch Robocika. Odkurzacz leżał na szmacie, która leżała na stole, by go nie zabrudzić. Gdy Frosta kazała mu zdjąć buty, pan Lande odparł, że jest po całym dniu pracy i wolałby nie psuć atmosfery, więc swoje buciory także trzymał na szmatach, by nie zabrudzić dywanu. Robocik, z tym brzuchem do góry, kółkami nieruchomymi, pozwalał sobie grzebać w brzuchu małym śrubokrętem, bo pan Lande wyłączył mu zasilanie.

— Co to znaczy, że „ucieka”? — spytał Kromken.

— Tak mówię na usterkę wspomagania czujnika — odparł pan Lande. — Nazywam to „zew horyzontu”. Niewiele da się z tym zrobić.

— Przecież to robot sprzątający, do cholery, a nie jakiś, nie wiem, punkowiec! — nie odpuszczał Kromken.

— No tak — pan Lande podkręcił wąsa. — Ale „zew horyzontu” to jakiś błąd sztucznej inteligencji, a ten robot ma bardzo dużo sztucznej inteligencji, bardzo, jak dla mnie, za dużo. Ta inteligencja uczy go, by szybciej, sprawniej pracował, no i w ogóle… Czujniki tego egzemplarza widzą ściany, meble, a gdy nic nie widzą, to widzą nieskończoność horyzontu i robi się coś dziwnego, robot podąża przed siebie, przekonany, taką mam teorię, że czeka tam na niego coś ekstra do sprzątania i tego nie da się już zatrzymać. Państwa robot musiał zobaczyć nieskończoność przez te państwa wielkie okna — pan Lande pokazał kciukiem za siebie, na wielkie okna. — Dlatego — podniósł śrubokręcik. — Proponuję wymianę.

— Dobrze, poprosimy nowego — pokiwała głową Frosta. — Dość tych ucieczek, a jeszcze wraca zawsze brudny i śmierdzący.

— A co się stanie z Robocikiem? — spytała Loja i jej pytań pan Lande bał się najbardziej.

— Utylizacja — szepnął.

— A co to?

— Wrzucą go do maszyny — wycedziła grzywka Kluma, bo oczy schowane miał w telefonie. — Ta maszyna ma zęby ze stali i zmieli go na proszek.

Loja zrobiła podkówkę i zaryczała, nie do zatrzymania, więc uznali, że Robocik zostanie, dokupią drugiego.

— To też nie jest dobry pomysł — zaczął pan Lande delikatnie, nie spuszczając oka z Loi, i nikt nie miał odwagi ciągnąć tego wątku, z wyjątkiem oczywiście Loi.

— Dlaczego?

— No bo — pan Lande schował śrubokręt do kieszonki spodni, na piersi, jak długopis. — Chodzić tu może o zaburzenia macierzy na poziomie obowiązku. Bo, jak mówiłem, on się uczy, także od ludzi, by szybciej pracować. Może być tak, że gdzieś głęboko odzywa się w nim instynkt przetrwania i chce się przypodobać. Kilka lat temu naprawiałem automatyczną kosiarkę tej samej firmy. Jedna wypadła z samochodu i popędziła za mną. Spotkała drugą kosiarkę i zaczęła kosić skoszony trawnik, tylko jeszcze krócej, jakby konkurowała o uwagę w przydatności. Gdy wsadziłem ją na czujnik, w zakładzie, okazało się, że jej macierz uruchomiła w niej potrzebę pracy, która nie była wymagana. Firmy pracują nad coraz lepszą sztuczną inteligencją i czasami puszczają takie dziwne egzemplarze.

— Proszę pana, proszę pana — Loja podniosła rękę, jak w klasie. — A czy te roboty mogą się w sobie zakochać?

— Mam nadzieję, że nie — zamruczał pan Lande i pogładził wąsa. Nie chciał omawiać swoich obaw co do miłości robotów, podniósł się z fotela, zaproponował dalsze obserwacje, pożegnał, jak zwykle zostawił wizytówkę i wyszedł. Frosta włożyła wizytówkę do szkatułki z wizytówkami i zauważyła, że to już trzecia tego serwisanta. Trzeba coś zrobić z tym cholernym robotem, pomyślała. Było dla niej nie do wytrzymania, że samobieżna kupa elektroniki jeździ, gdzie chce, robi, co chce, i trzasnęła wieczkiem szkatułki. Nastawiła sobie kawę, w ekspresie, który po chwili, głosem kobiecym oznajmił: Kawa gotowa! Miłego dnia!

WIRUS

— Co on robi? — spytała samą siebie Frosta, stojąc przy oknie. Loja zeszła z krzesła przy stole, podeszła do mamy i podglądały razem, jak Frumka trzyma za ogon jakiegoś szczurka, potem celuje do czegoś z patyka, jak z karabinu, rusza ustami, znów celuje, grzebie patykiem w ziemi, uderza się radośnie w czoło, udaje potwora i gdy Loja ruszyła, Frosta przytrzymała ją za ramię i szepnęła „po-cze-kaj”.

Frumka poszedł do szopy, a Frosta na palcach przeszła za dom i spojrzała na wyryte patykiem w ziemi, jeden pod drugim, napisy: „wirus”, „trąd”, „1859”, „24”, „żarcie”, „1800”, „myksoma”, „śmierć”.

— Mój Boże — wyszeptała i pobiegła do domu. — Natychmiast! Natychmiast! — zasyczała do telefonu. — Natychmiast masz go stąd zabrać! Nie interesuje mnie to. Nie, nie będę o to pytać. Nie, nie, nie! Sprowadziłaś mi do domu świra. Dowody? Wygląda jak świr, mówi jak świr, zachowuje się jak świr! Svarna, posłuchaj mnie…! Terapia?! Ja mam dzieci, a ty mu terapie tu robisz? Dobrze, do końca tygodnia i nie zmienię zdania! — Frosta rzuciła telefonem na dywan i zaraz podjechał Robocik, zamrugał niebieskim światełkiem, obwąchał jakby chyba, odjechał ze zgrzytem kółek, umościł się na stacji ładującej, niczym kura na grzędzie i się wyłączył. Frosta zasłoniła usta, by nie krzyknąć.

— Cyprinid herpesvirus 3… cyprinid herpesvirus 3… cyprinid herpesvirus 3… — powtarzał chwilę wcześniej Frumka, obserwowany przez Frostę i Loję. Wygrzebał z ziemi karczownika i trzymał za ogon. Szczurek niechętnie się temu poddawał, wywijał łebkiem, by ugryźć. Ogrodnik trącił go palcem, karczownik znieruchomiał. Położył gryzonia na ziemi, pozwolił czmychnąć i próbował zapamiętać, by zasadzić gdzieniegdzie nostrzyka, chwast z żółtymi kwiatami, którego zapach drażni karczownika równie skutecznie, jak czosnek.

— Cyprinid herpesvirus 3… — powtarzał na głos, w ramach ćwiczeń. Ilekroć przychodziły mu do głowy słowa, które z pewnością znał, ale ostatnie wydarzenia przykryły je zapomnieniem, postanowił, że tak długo będzie powtarzał je na głos, aż dojdzie do ich znaczenia. — Cyprinid herpesvirus 3. Mam! — powiedział sobie i uśmiechnął się pod nosem, a w miarę sączenia wspomnień, markotniał. — W XIX wieku… — szeptał do siebie, patrząc, jak karczownik wciąga pod ziemię koper samosiejkę. — …w XIX wieku pewien mieszkaniec Australii sprowadził karpia, którego tamtejsza przyroda nie znała, a gdy uznał, że interes to marny, wpuścił karpie do rzeki. Karp uwielbiał ikrę innych ryb, był odporny i silny, dlatego rzeki Australii stały się jego domem, a cmentarzem dla reszty — mruczał Frumka. — No, w każdym razie — mruczał dalej, trzymając koper i bawiąc się z karczownikiem w przeciąganie. — Nastał XX wiek i mieszkańcy Australii doszli do przekonania, że trzeba ratować inne ryby i płazy, bo karp żarł wszystko, poszli po radę do naukowców, a ci wyhodowali wirusa cyprinid herpesvirus 3, którym zarazili karpie, a te zaczęły ginąć w męczarniach. I wtedy — Frumka puścił koper i łodyga zassała się pod ziemię. — Wtedy rzeki wyrzuciły na powierzchnię miliony martwych karpi i zamieniły się w cmentarzyska, zginęło wiele gatunków zwierząt. 1859… 1859… 1859… — mruczał znów, na czworaka, z uchem przy ziemi, bo gdzieś pod spodem, płytko, karczownik chrupał koper. — 1859, mam! Króliki! — i „1859” zapisał patykiem na ziemi. — W 1859 pan Thomas Austin, farmer, sprowadził z Europy do Australii dwadzieścia cztery króliki — zapisał „24”. — Pan Austin lubił sobie wychodzić przed dom, ze strzelbą, wypuszczać królika z klatki, celować — tu ułożył Frumka ramiona, jakby celował ze strzelby. — I gdy już królik uśmiechał się do australijskiego buszu, bach! Ale króliki nie próżnowały i kilka lat później w okolicy były tysiące królików, które kopulowały jak króliki i żarły całe łąki, drzewa, pastwiska i pola. Mieszkańcy Australii truli te króliki, łapali, gazowali, strzelali, no na nic. Króliki kopulowały, uciekały i żarły — i tu Frumka napisał patykiem „żarcie”. — No i mieszkańcy Australii postawili najdłuższy po Wielkim Murze Chińskim płot na ziemi, na tysiąc osiemset kilometrów — tu zapisał na ziemi „1800”. — A teraz bardzo ważne, przypomnij sobie — zamruczał. — Przypomnij sobie… Mam! Myksomatoza! Wirus! Zarażono nim króliki, które milionami wałęsały się po Australii jak zombie, a ludzie przyglądali się temu pochodowi ciągle nie-nieżywych już nie-królików. A że przyroda woli życie nad śmierć, króliki nadal się mnożyły i żarły. Wtedy człowiek, niestrudzony w wynalazkach, wypuścił między króliki wirus krwotoczny — Frumka dopisał na piachu „wirus”. — Przed oczami Australijczyków zataczały się teraz miliony futrzaków z bąblami na pyskach, oczami na wierzchu, krwią na zębach, jak trupy świeżo wykopane z grobów, aż zeszły ludziom z oczu.

Ale skąd Frumka to wszystko wiedział? Tego ciągle nie wiedział.

KRÓLOWA

Rankiem, gdy Frumka stał przy oknie, popijając herbatę z kubka „Wspaniałemu lekarzowi — wdzięczny pacjent”, zauważył na łące, wśród kępy trawy, żółte paprochy. Wyszedł, kucnął i ach! Nie widział wcześniej tego kwiatka, choć wiosna w pełni. Klęknął, przyjrzał się baczniej, no i tak, są też mrówki. Chwila, chwila, zaraz sobie przypomni, jeszcze chwila, tymczasem mrówka schodziła już z łodyżki, pędziła przed siebie, uzbrojona w małe nasionko. — Mam, elajosom! — Frumka uderzył pięścią w grunt, aż mrówka podskoczyła i dodała gazu. — A ty jesteś… a ty jesteś, mam! Primula vulgaris, pierwiosnek! — opadł na brzuch i zaczął się czołgać, szlakiem mrówki, gdy na drodze stanął mu cień.

— Co robisz? — spytała Loja.

— Ścigam mrówkę.

— Czy ona niesie inną mrówkę?

— Nie, to nasionko, które ma kleistą papkę i wabi mrówki. Mrówka ma pokarm, a nasionko darmową podwózkę.

— Po co?

Frumka odpowiadał cierpliwym szeptem, a gdy po chwili razem czołgali się za mrówką wśród traw wysokich i kwiatów dzikich, niczym potwory wśród kolorowych wieżowców, musiał odpowiedzieć na kolejne pytania, choć nie wszystkie odpowiedzi były dla młodej jasne: dlaczego mrówkojad je mrówki?, czy wąż idzie czy się czołga?, czy ptaki są głupie?, i tu Frumka powiedział o ziębie z Galapagos, która kolcem kaktusa potrafi wygrzebywać larwy spod kory. Czy dzięcioła boli głowa po pukaniu w drzewo? Dlaczego rośliny są zielone? I kulminacyjne — czy zwierzęta są dobre? Frumka zastygł, bo to było niezłe pytanie, ale uznał, że je przemyśli, że sprawa jest zbyt poważna, by zbyć ją jednym zdaniem. Gdy mrówkę zgubili, wyjął z kieszeni grudkę cukru i położył na ziemi koło gorącego od słońca kamienia.

— Patrz — szepnął.

Spod kamienia wyszła inna mrówka, większa, skubnęła grudkę, łapczywie, podniosła nad sobą jak paczkę, i zaczęła pędzić.

— Gdzie ona biegnie?

— Do mrowiska, a jak dobiegnie, będzie od progu wołać: żarcie! żarcie!, by jej siostry przybiegły po więcej. Chcesz zobaczyć mrowisko? No to za nią!

Przedzierali się na brzuchach i mijali mieszkańców trawiastej krainy. Była tam ropucha, którą Loja chciała pogłaskać, co Frumka odradził, opowiadając o bufotoksynie, ha!, kolejne odzyskane słowo. Minęli jeża, śpiącego, i młoda chwilę popiskiwała ze szczęścia, a Frumka musiał przypomnieć sobie, ile jeż ma kolców, no więc około pięciu tysięcy i że są zwierzęta, sowy i borsuki, którym kolce niestraszne, bo wyjadają jeże od brzucha.

— Ojej — zajęczała młoda.

Dalej było gniazdo ślimaków, jak sądziła, ale to rodzinka grzybów uszaka judaszowego, który ma skórkę zamszową. Za grzybami przywitał ich jaskier, z płatkami niczym lustra, i młoda nie mogła się nacieszyć, że twarz, gdy zbliżyć do kwiatka, robi się żółta. Zmęczyli się nieco i położyli na plecach, a wtedy Frumka pokazał na gałąź, nad nimi.

— To altannik — szepnął. — Ten granatowy ptaszek. Samczyki, czyli chłopcy, budują altanki i ozdabiają w środku wszystkim, co znajdą, by zwabić samiczki.

— Ojej.

Frumka prosił, by zamknęła oczy i posłuchała. Oto, gdzieś za nimi, koncert rozpoczął solista łąk i pól, czyli kos, który śpiewał o tym, jak przekonywał Frumka, że kos z drugiej strony łąki kłamie, że jego dzieci wcale nie są najsilniejsze, a słabe, śmieszne i głupie, że to do niego powinny przylecieć panie kosowe.

— Ojej. To jak mama, co tacie mówiła, że córki jej koleżanki mają zeza i krzywe zęby po swoim tacie. A tamten? Ten z rudym brzuszkiem?

— To — Frumka zastanowił się chwilę, bo chciał powiedzieć, że to rudzik, ale nie. — To zięba, czyli coelebs, czyli kawaler, bo na zimę panowie zostają sami, a panie odlatują. A tam wysoko, na niebie, ta biało-czarna, to czajka, która ponoć potrafi naśladować deszcz.

— Jak to?!

— A tak. Mówi się, że skacze po ziemi jak krople deszczu. Robaki wyłażą sprawdzić, czy pada, i trafiają do czajkowych dziobów.

— Ojej.

— Dalej kwiczoł i to dziwne, bo nienawidzi ładnej pogody, powinien już dawno być tam, gdzie zimno i szaro.

Tuż obok wylądował na gałęzi malutki strzyżyk i trelował.

— Ludzie nazywają go lubieżnym.

Loja spytała oczywiście, co to znaczy, i Frumka podrapał się w czoło, potem w policzek i nie dokuczała mu niepamięć, a wręcz przeciwnie, zastanawiał się, jak z nadmiaru słów, które pamiętał, wybrać stosowne.

— Otóż strzyżyk — zaczął wolno. — Buduje bardzo dużo domów, wszystkie naraz. Wprowadzają się tam panie strzyżykowe, rodzą mu dzieci, a on lata między nimi i wszystkich dokarmia.

— Ojej. To jak jeden biedny kolega taty, ale mama mówiła, że nie biedny, tylko jebaka i dobrze mu tak. Co to jest jebaka?

Frumka tu odchrząknął, zamiast odpowiedzieć, przewrócił się na brzuch i ruszyli dalej.

— O! Dzięcioł stuka.

— Dzięcioły piją wodę w powietrzu.

— Dlaczego?

— Jest taka legenda, że nie chciały ludziom pomagać przy kopaniu studni i zostały ukarane zakazem picia z ziemi.

Przemknęły nad nimi jaskółki, nisko, co oznacza, że nisko też latają owady, jak wyjaśnił Frumka. I choć nie widzieli lelka, to opowiedział o lelku, który po bokach dzioba ma pióra i zgarnia nimi w locie owady, prosto do dzioba, i to nocą.

— Ojej.

— A gdy czuje niebezpieczeństwo, potrafi zmarznąć, bo zimnego mniej widać.

— Ojej, ojej, to jak Klum. On stoi pod sklepem bez czapki i mówi, że mama jest niefajna, bo nie chce mu czegoś kupić, a potem siedzi długo w gorącej wodzie i mówi, że to przez mamę.

— Dlatego trzmiel — Frumka pokazał na latającą rudo-czarną beczułkę. — Ma futerko, w którym może latać, nawet gdy zimno.

— O jacie.

Minęli mrówkę czerwoną, malutką i dużą, czarną. Loja spytała, ile jest tych mrówek na świecie.

— No więcej niż ludzi. Są mrówki zwane Dwa Tygodnie, bo tyle się wraca do zdrowia po ich ukąszeniu. Są ludy, które koszulę chorego wkładają do ich mrowiska, by przegonić z niej chorobę.

— Ojej, o jacie.

— Są mrówki, które inne mrówki biorą w niewolę, a nawet zabierają ich dzieci, by wychować jak swoje.

— Biedne.

— Są mrówki pasterze, które hodują mszyce, takie małe robaczki, a w zamian mrówki dostają coś słodkiego, czyli mszycową kupę.

— O fuj.

— Mrówki tworzą przedszkola, biegają z jajami w te i nazad, i razem z innymi siostrami doglądają, czy dzieci głodne, czy wyspane.

— Z siostrami? A bracia?

— Otóż właśnie — Frumka zatrzymał pełzanie. — Mrówki, które się tak krzątają, biegają, pracują w mrowisku, to kobiety — pokiwał głową, widząc brwi Loi uniesione na czubek głowy. — I rządzą, stróżują, noszą pokarm, a chłopaki, no cóż — Frumka zrobił dołek w piachu końcem palca. — Mają wielkie, no, wiesz, jądra i oczy, i malutkie móżdżki — i szybko przeszedł do kolejnego wątku, bo młoda już otwierała buzię, by spytać o jądra. — Mają też skrzydła, a jak tylko gdzie polecą, nakarmione przez siostry, od razu randkują z królowymi innych mrowisk. Ale chłopaki zaraz giną poza mrowiskiem, zeżarte, utopione lub zgniecione, a nawet gdyby wróciły, to siostry je wyrzucą, bo chłopaki spełniły już swoją rolę, czyli miłosną.

— A czy siostry się lubią? — Loja podparła brodę na dłoniach i zmarszczyła czoło.

— O tak, ale tylko zdrowe, bo jak która zachoruje, zostaje zjedzona albo wyrzucona, bo przyroda nie zna litości. Kto nie pracuje, nie ma dzieci, ten musi zginąć w zapomnieniu.

— O, jacie. A kogo się boją mrówki?

— Lepiej zapytać — zamruczał groźnie Frumka. — Kto się boi mrówek? Otóż wszyscy. Mrówki z Afryki, których nazwy nie pamiętam, są jak huragan, bo jak przejdą, zostają gruzy, a jak już idą, to idą, idą, idą i wszystko przed nimi ucieka, wszystko. Skorpion, wielki pająk, koniki polne, węże, pisklaki… Co nie ucieknie, zostanie zjedzone. Mrówki pędzą, jak ten huragan i szumią jak ten huragan.

— Nikt nie umie ich zatrzymać?

— Nikt. No, są pewne chrząszcze i mają z tego zabawę, bo ujeżdżają mrówki jak konie albo wampirze roztocza, co chwytają się mrówkowych nóżek i wysysają krew.

— Aj-ajaj. A powódź, taka wielka powódź, co wszystko zalewa?

— Gdy idzie woda, to robią tratwy z samych siebie i dryfują z królową, aż znajdą ląd. Bo królowa jest najważniejsza, dla królowej mrówki się rodzą, zbierają pokarm, bawią jej dzieci, walczą z innymi mrówkami i dla królowej giną z okrzykiem: za królową!

— Za królową! — krzyknęła Loja.

— A wojują te mrówki, jak żołnierze. No taka bycza mrówka, wielka jak palec, kopie wały przed gniazdem i tak siedzi z innymi na tych wałach, i patrzą wszystkie, czy kto się zbliża, a jak się zbliża, to go gonią, aż ucieknie. Są też takie, co plują, jak tylko podejdziesz.

— To jak Potas i Kotas ze szkoły Kluma. Stoją pod szkołą i plują na każdego, kto im się nie podoba.

— A jeszcze są mrówki, które strzelają kwasem z odwłoka.

— Co to odwłok?

— No… dupa.

Loja przekręciła się na plecy, zaśmiała i zaczęła kaszleć. Wyjęła z kieszonki inhalator, wciągnęła haust.

— Są mrówki, które pływają pod wodą, latają daleko, biegają jeszcze dalej, ale nigdy się nie gubią, bo zostawiają swoje zapachy i po nich wracają albo patrzą w niebo i widzą znajome drzewa.

— A skąd to wszystko wiesz? — spytała przez inhalator.

Frumka skulił się nieco, zamknął oczy.

— Są mrówki, które porywają inne mrówki, by dla nich pracowały, i są mrówki samobójcy, co nadymają swoje ciałka, aż wybuchają. Są królowe-amazonki, które napadają z hordą na inne mrowisko i jeżdżą na ciałach obalonych królowych.

— I krzyczą: hura?!

— Zapewne. Bo królowa, w świecie zwierząt, jak i ludzi, może być tylko jedna.

— Loja! Loja! Gdzie ty znowu jesteś? — głos Frosty dochodził z daleka.

Frumka wstał, spojrzał na dom — przeczołgali się prawie pod las, dobre pięćdziesiąt metrów. Frosta zobaczyła czerwony kapelusik i już miała krzyknąć, czy ogrodnik nie widział córki, gdy młoda podniosła się obok i zamachała. Frosta wyrwała przed siebie, jakby goniła ostatni autobus, a gdy dobiegła, wyhamowała jak przed przepaścią.

— Co tu się do cholery dzieje? — syczała, dysząc, i gdyby miała pod ręką narzędzie zbrodni, byłby to koniec.

— Mamo! Mamo! Wiesz, że mrówki strzelają z dupy? A jeden ptak to jebaka jak kolega taty! — Loja podskakiwała. Spodnie miała czarne od ziemi, koszulkę zieloną od trawy, buzię szarą od błota, a paznokcie brązowe od wszystkiego.

— Ty…! Ty…! Kim ty jesteś? Natychmiast się wynoś! Jak ona wygląda?! Co jej zrobiłeś, zboczeńcu?! Wynoś się! Precz z mojego domu! Wynocha! — litania krzyków i oskarżeń Frosty przepędziła ptaki, które trzepotały skrzydłami, krakały, piszczały i odlatywały. Frosta wzięła młodą na ręce, już zaszlochaną, i pobiegła do domu.

— …A jeszcze samice mrówek — szeptał już do siebie Frumka, a dłonie splótł w koszyczek, jakby stał przed audytorium. — Są jednymi z najbardziej kłótliwych zwierząt, nie mają litości dla sióstr z innego mrowiska, a jeśli te drugie są słabsze, to eksterminacja trwa szybko, boleśnie i bezapelacyjnie. Można by nawet rzec, że mrówki żyją, by zabijać, ale nie są to płodni i muskularni żołnierze, a właśnie żarliwe do kłótni dziewczyny… I tak od ponad 100 milionów lat.

DRZEWO

Lornetka pani Pompe miała jedną wadę — stłuczoną soczewkę, dlatego na czole pani Pompe, gdy zbyt długo przez tę lornetkę spoglądała, odbijał się okrągły ślad od gumowego, zepsutego okulara. Trzymała bowiem lornetkę przed oczami pionowo, jak kamerę, by zaglądać w ten okular nieuszkodzony. A teraz, gdy stała z telefonem, który dociskała policzkiem do obojczyka, bo w jednej ręce lornetka przy oku, a druga oparta z wrażenia o okno, kółko na jej czole było wyjątkowo różowe, bo stała tak pani Pompe już dobre pół godziny.

— Tak, tak, na pewno! Za kogo pan mnie uważa, za podglądaczkę jakąś? Mam swoje sprawy, nie interesuje mnie życie sąsiadów! Mówię, co widzę! Jakiś dziwak napadł na sąsiadkę i jej córkę, tak, na pewno! Czekam! — krzyczała do słuchawki, a gdy się rozłączyła, pochyliła się mocniej do okna, uderzyła w nie lornetką i syknęła z bólu.

Posterunkowy Pirpigg przyglądał się zapałce, którą z podeszwy buta wygrzebał gumę do żucia. Powąchał i uznał, że to guma o smaku jabłkowym, zatem sprawcą rzucenia gumy na ulicę nie mógł być dorosły, bo dorośli, jak dedukował, nie żują gum owocowych, a silnie miętowe, by udawać świeży oddech. Bo dorośli, jak przekonał się nieraz posterunkowy Pirpigg, kłamią i udają, gdy zaczynają być dorośli. Pirpigga cieszyło, gdy na podstawie tak nikłych przesłanek potrafił dojść do istotnych wniosków, co w jego pracy bywało mało przydatne, bo okolica spokojna, pełna co prawda dorosłych, raczej zamożnych ludzi i jeśli skorych do kłamstwa, to kłamstwa te miały swój początek i koniec w sypialniach, a tam Pirpigg nie miał wstępu. Był pewny, tak mu podpowiadała intuicja, że producenci gum zaczęli stosować syntetyczne smaki owocowe nie ze względu na dzieci, a dorosłych właśnie, bo dziecko wywołuje w rodzicach odruchy głębsze niż kieszenie i każdy towar skierowany do dzieci musi przez te kieszenie przejść.

— Pirpigg? Skończyłeś? — zaskrzeczało radio.

— Zaraz zjeżdżam.

— A podjechałbyś na obrzeża, awantura domowa.

Pirpigg wyrzucił zapałkę przez szybę radiowozu i przyjął zlecenie. Awantury domowe należały do rzadkości w jego pracy, ale nigdy ich nie bagatelizował, bo w każdym domu czają się tajemnice, co wiedział ze swojego „Skoroszytu tajemnic kryminalnych”, jak nazywał gruby na pięść zeszyt, do którego wklejał najdziwniejsze sprawy kryminalne na świecie, znalezione kiedyś w gazetach, dzisiaj w internecie. Kupił nawet drukarkę i drukował wszystko, co rozbudzało jego detektywistyczny apetyt. Ulubione wycinki w skoroszycie oznaczał i wracał do nich, gdy na przykład jadł obiad. Otwierał wtedy skoroszyt i czytał, w zasadzie recytował, bo niektóre historie znał na pamięć. Zaczynał z reguły od ulubionego wycinku „Tajemniczy zgon na cmentarzysku samochodów”, z Ameryki Południowej. Opisywano właściciela samochodu, który zaparkował przez nieuwagę, jak twierdzili dziennikarze, koło cmentarzyska samochodów i przysnął. Maszyna z magnetycznym ramieniem uniosła ten samochód, wrzuciła do zgniatarki i została po nim puszka pełna brunatno-kleistej mazi, jako dowód, że nie było to zwykłe, codzienne, takie sobie zmiażdżenie. Posterunkowy Pirpigg nie ukrywał, że pociągała go makabryczna zdolność ludzi do masakrowania innych ludzi, czuł nawet lekki dreszczyk, gdy oglądał zdjęcie z gazety. W jego kraju standardy moralne prasy były podniesione wyżej, jak sądził, skoro nigdy nie widział na pierwszej stronie zdjęcia, na którym ludzkie oczy, mózg i kawałki ciała wystają z puszki, która była samochodem. I miał nawet wątpliwości, czy aby nie nazbyt pochopnie policjanci uznali zmiażdżenie za wypadek…

— A żeż ty! — krzyknął posterunkowy Pirpigg, bo tuż przed jego maską wyskoczył… No właśnie, co to było, u licha, pomyślał, bo ani pies, ani kot, czarne jakieś pudło przemknęło przed maską i ledwie wyhamował. Zjechał na chodnik, zatrzymał auto, wyszedł, podciągnął spodnie, zajrzał pod podwozie — pusto. Poprawił kaszkiecik, upewnił się, że w kieszeniach ma wszystko, czyli kluczyki, telefon, notes, scyzoryk z pincetą do zbierania dowodów, której nigdy nie użył, a zatem w drogę, mruknął, uspokójmy rodzinną atmosferę.

W drzwiach domu, który mu zgłoszono, stała starsza pani, z papilotami w rudych włosach i z dziwnym, różowym kółkiem na czole, jakby uderzyła tym czołem w rurkę, ale dlaczego w rurkę, gdzie takie rurki wystają, pomyślał, bo rana była niespotykana dla Pirpigga i od razu zapytał, czy to przyczyna wezwania.

— Jaka rana? — pani Pompe pacnęła się w czoło. — Nie o mnie chodzi, o sąsiadów, prędko, prędko, panie policjancie! Bo dziecko! — i pchała posterunkowego Pirpigga przed sobą, jak wózek sklepowy w czas szalonej promocji i nie cudzy dramat oczywiście, a ciekawość dodawała pani Pompe nadspodziewanej na jej wiek siły. Chciała czym prędzej poskładać to, co widziała, z tym, czego się domyślała, i z tym, co zaraz zobaczy i popędzić po wszystkim na koniec ulicy, do przyjaciółek z Klubu Przyrodniczego, zameldować o fascynującej historii, która w końcu nie była zmyślona ani nawet wyczytana. Posterunkowy, z panią Pompe za plecami, zapukał do drzwi. Otworzył Klum, z twarzą w telefonie.

— Co jest? — spytał młody, nie odrywając wzroku od telefonu, na którym właśnie pisał koleżance, że się spóźni, bo przyjechała ciotka, mama jest zła i kazała mu sprzątnąć pokój, bo gdy mama jest zła, zawsze każe mu sprzątać pokój i trochę mu zajmie, nim wrzuci wszystko pod łóżko. Posterunkowy wsunął między grzywkę Kluma a jego telefon policyjną legitymację i zrobił to szybko, bo nie lubił zdjęcia w tej legitymacji, niepotrzebnie się na nim uśmiechnął, wystające zęby nie dodawały mu respektu.

— Prawdziwa? — spytał Klum, nie odrywając wzroku od telefonu, a potem krzyknął, nie odrywając wzroku od telefonu — Mamo! Jakiś facet ze śmiesznymi zębami — obrócił się i zniknął, zostawiając drzwi otwarte, przez które głowa pani Pompe próbowała wyłowić szczegóły rodzinnego dramatu. Frosta otworzyła drzwi szerzej, spojrzała na zarumienionego posterunkowego i spytała, czy może w czymś pomóc. Już od pół godziny siedziała na kanapie z Loją, ogrodnikiem i siostrą, którą pilnie wezwała, by wyjaśnić okoliczności czołgania, i choć młoda dała im wykład z życia zięby czy strzelających mrówek, to decyzja była nieodwołalna, bo wątpliwości było zbyt dużo: do końca tygodnia Svarna zabiera tego dziwaka. Frostę uspokoiło nieco, że córka z szaloną radością opowiadała o robalach, ale gniew jej nie przeszedł, bo nim wezwała siostrę, przeglądała brudne rzeczy córki i zdała sobie sprawę, że pierwszy raz widzi je tak brudne, w ogóle brudne, bo ta mała alergiczka, z uczuleniem na wszystko, nie wychodziła z domu i nie licząc plam po keczupie, powidłach czy soku, jej ubrania były zawsze schludne. Schludne, tak, to dobre słowo, Frosta chce, by jej dzieci były schludne, czyste, zadbane, bo tego oczekuje po sobie, jako po matce, a przez tego ogrodnika, pożal się Boże, na chwilę w swoje wyobrażenie o matkowaniu zwątpiła. I jeszcze te napisy na ziemi. No jeśli to sposób na ćwiczenie pamięci, to przepraszam bardzo, myślała, normalny człowiek zapisywałby jakieś imiona matki, dzieci, miejsca urodzenia. Ale zagłada królików?! Kogo, do jasnej cholery, obchodzi zagłada królików, jaki czub wracałby do takiej historii?

Posterunkowy Pirpigg wszedł do korytarza, zaproszony gestem, za nim próbowała pani Pompe, ale Frosta trzasnęła jej drzwiami w czoło, pogłębiając róż kółka. Jeszcze jej brakowało, pomyślała, wystarczy, że podgląda ich przez lornetkę. Pirpigg, gdy już oznajmił, że interweniuje na prośbę sąsiadki, dostał skróconą wersję opowieści przyrodniczej, ze wzmianką o problemach z pamięcią ogrodnika, i choć rozsiadł się w fotelu, a nawet dostał herbatę, to czuł, że jego obecność nie jest tu pożądana. Frosta wstała, co Pirpigg uznał za zaproszenie do wyjścia, ale gospodyni szybkim krokiem podeszła do wielkiego okna i nacisnęła guzik zasłon, które zamknęły się przed twarzą pani Pompe jak kurtyna. Skoro jednak Pirpigg już wstał, to uznał, że pójdzie i jakoś nikt go nie zatrzymywał. Uchylił kaszkietu, ale coś sobie przypomniał i wsadził nogę w drzwi tuż przed ich zamknięciem.

— Szanowna pani, jeśli mogę — powiedział cicho. — Jeśli mogę na osobności. Otóż zaniki pamięci, mówi pani — zaczął ostrożnie, gdy Frosta odprowadzała go do samochodu. — Zaniki pamięci — powtórzył na głos. — Muszę panią o czymś uprzedzić, w zasadzie opowiedzieć coś, czego pominięcie mogłoby być dla mnie niewybaczalnym zaniechaniem, jeśli pani pozwoli. Otóż widzi pani… Otóż nieopodal pewnego miasteczka, w prowincji Kanchanaburi, w Tajlandii, wiele lat temu kobieta została znaleziona na drzewie.

— Jak to na drzewie? Martwa?

— Otóż właśnie żywa, ale początek tej historii, jak ustalili dzielni tajlandzcy policjanci, był nad rzeką. Bo pewnego dnia na brzegu rzeki Kwai, w prowincji Kanchanaburi, kobieta znalazła mężczyznę, który sobie tam siedział. Kontakt z nim był ograniczony, ale sprawiał wrażenie, że tak powiem, sympatycznego, więc dała ogłoszenie o znalezieniu mężczyzny, a potem zachowała tego mężczyznę dla siebie, niejako.

— Jak to niejako?

— Zaniki pamięci, rozumie pani, ten mężczyzna miał zaniki, tajemnicza sprawa. Policjanci przyjeżdżali do niej co jakiś czas i pytali, czy sobie coś przypomniał, czy ktoś się zgłosił, ale nie. Nikt i nic. Po pewnym czasie znaleziono tę kobietę na drzewie, siedziała prawie na czubku, trzymała się pnia i najpierw straż pożarna myślała, że jedzie komuś złoić skórę za żart, bo tak brzmiało zgłoszenie: na drzewie siedzi kobieta i nie spada, nawet jak dostanie kamieniem. Rzucały dzieciaki, a gdy przyszli ich rodzice, też w nią rzucali, ale kobieta nie chciała ani spaść, ani się odezwać, dlatego wezwano straż, bo któryś z sąsiadów rozpoznał, że to ich sąsiadka. Po dwóch dniach zatrzymano jej kochanka i ustalono, że uciekł z więzienia, udawał zaniki pamięci i rozkochał w sobie kobietę z drzewa. A uciekła na drzewo, bo pewnej nocy odkryła pistolet pod jego łóżkiem i usłyszała groźby kochanka, dlatego uciekła na to drzewo. A dlaczego? Chciałaby pani zapewne spytać, dlaczego kobieta uciekła na drzewo?

— Dlaczego?

— No właśnie. Ano dlatego, że miała kiedyś z siostrą domek na drzewie i chowała się w tym domku, gdy czuła zagrożenie, na przykład ojca, który pił na umór albo matkę, która nie kazała w tym piciu przeszkadzać, co ustalili dzielni tajlandzcy policjanci. Ale do brzegu — popędził sam siebie posterunkowy Pirpigg i wyjął wizytówkę. — Gdyby miała pani potrzebę uciec na takie drzewo, żart oczywiście, to proszę dzwonić.

Frosta wzięła wizytówkę, weszła do domu, spojrzała na Frumkę, który wstydliwie kiwał głową, gdy Svarna coś mu gorliwie szeptała, podeszła do szkatułki i wsadziła tam wizytówkę posterunkowego Pirpigga, obok wizytówki serwisanta Lande.

Posterunkowy Pirpigg usadowił się za kierownicą radiowozu i potakiwał głową do własnych myśli, a brzmiały, jak sądził, nadzwyczaj klarownie. Po pierwsze, ten cały Frumka to podejrzany typ i trzeba go sprawdzić. Po drugie, „Skoroszyt tajemnic kryminalnych” znów się przydał, a po trzecie i może najważniejsze, zawsze czekał na historię, która trafi do jego skoroszytu, i kto wie, co czai się w tym tajemniczym domu, i czy aby nie będzie to właśnie ta historia.

CUD

Pan Morte stanął nad krecim kopcem, wziął w palce grudkę ziemi i powąchał. Dość świeże, zgadza się, ale bez przesady. Przesada zresztą, jak wiedział z doświadczenia, to cecha każdego klienta i pan Morte nauczył się dzielić przez dwa, przez cztery nawet, opowieści klientów, które zaczynają się od „nie mam już siły” albo „tylko w panu nadzieja”, albo „nie da się tak żyć”. Ależ da się, da się, wystarczy cierpliwość, wytrwałość i pomysłowość, odpowiadał wtedy pan Morte. Przyroda to nie korporacja, dodawał i teraz także uznał, że powoła się na ten przykład.

— Widzi pan, przyroda to nie korporacja — powiedział Morte, ale nie dokończył, bo facet pod krawatem, w eleganckich butach, które co chwila wycierał o nogawki, i z obrzydzeniem patrzył na łąkową okolicę, nie dał mu dokończyć.

— Panie, mam to w dupie. Miałem pokazać panu ogród, bo żony nie ma chwilowo, a pan ma zlikwidować te krety…

— Karczowniki — przerwał mu stanowczo pan Morte, bo skoro tak, skoro sobie przerywamy i pokazujemy, kto tu panem, kto robolem, pomyślał pan Morte, no to pan Morte wykorzysta arsenał swojej wiedzy utylizacyjno-sanitarno-deratyzacyjnej, by udowodnić temu facetowi podstawowy brak znajomości tematu, a to zawsze działa, ludzie czują się wtedy postawieni do kąta i nabierają szacunku.

— Panie, niech mi pan nie przerywa — prychnął Kromken. — Bo wyjdzie pan stąd bez zapłaty za tego kreta, myszy czy jakieś inne coś. Ma to zniknąć, zanim przeprowadzi się na mój trawnik. Tu ma pan trzy stówy, więcej, niż pan chciał, i do widzenia — Kromken ostatnie słowa wypowiadał już tyłem, a pan Morte powziął decyzję, że zajmie się tą pracą specjalnie, ale tak, że go ten facet w krawacie popamięta, choćby pan Morte miał stąd wyjść bez zapłaty. I nie, nie zastosuje tradycyjnych środków odstraszania, ale od razu przejdzie do zestawu, jak to nazywał, „śmierci spektakularnej”. Nie wziął się zatem za rozkopywanie karczowniczej nory, by zbadać, ocenić, pomyśleć, ale ze swojej skrzyneczki, z napisem „Morte”, wyjął zwój rurki grubości małego palca i wcisnął ją w karczowniczy korytarz, na dobre dwa metry. Drugi koniec podłączył do małej butli z acetylenem i odkręcił kurek. Wstał, otrzepał dłonie i zaczął przechadzać się po ogrodzie. Zajrzał przez okienko do małego domku, ale nikogo nie zobaczył, zapalił papierosa, a gdy się obrócił, krzyknął, bo stał przed nim wysoki mężczyzna w śmiesznym kapelutku i patrzył na niego niezbyt przyjaźnie.

— O rany, ale mnie pan przestraszył — powiedział pan Morte i wyciągnął rękę. Frumka podał swoją, uścisnęli dłonie, pan Morte szeroko się uśmiechnął. — Hej, też byłem w Lourdes na pielgrzymce — pokazał na kapelutek ogrodnika. — Z matką, bo ona, wie pan, wszędzie tam, gdzie cuda, i zawsze mnie ciągnie. A wie pan — Morte zamachał papierosem. — To Lourdes to wspaniałe miejsce dla szkodników, ludzie gromadzą się wokół tej groty, żrą, modlą się, śmiecą i zlatują się wszelkie szczurowidła. Widziałem tam jednego, no powiem panu, król szczurów. Ludzie stali w kolejce po cudowną wodę, a on przyczaił się pod krzakiem. Mam taką małą, składaną kuszę, wie pan, i gdy on sobie już łapki zacierał, to ja do niego, trach! Ciągnę linkę, a trafiłem w oko, i to oko ciągnie się razem z nim. Wszyscy w pisk, że szczur, szczur! Haha! — pan Morte klepał się w kolana, bo ręce miał już wolne, peta pstryknął nad głową Frumki. — No powiem panu, paradne to było. Ale… Ale kim pan jest? Pracuje pan tutaj? Mieszka?

I wtedy rozległ się huk. Walnęło za ich plecami, ale tak basowo, aż Frumce zwiało kapelutek. Pan Morte rzucił się w kierunku wybuchu, potykając się z przejęcia, a gdy obydwaj dobiegli na miejsce, wokół leżały albo fruwały kawałki plastikowych części, dziwne sprzęty, narzędzia, a ze skrzynki „Morte” został tylko napis „Morte”.

— Jasna cholera, jak to się stało, jak to się stało? — szczurołap klął, machał pięściami i ubliżał karczownikowi. Przybiegł Kromken, zdyszany, spojrzał na resztki skrzynki i parsknął.

— Co za bubel, co za nieudacznik! Panie, zabieraj pan swoje sprzęty — dodał. — Nim żona wróci.

Pan Morte nie zwlekał, pozbierał, co po nim zostało, i podreptał nerwowo ścieżką do samochodu, gubiąc po drodze niektóre plastikowe resztki śmiertelnych pułapek i narzędzi.

— Co tu się stało? — spytał Kromken, ale Frumka wzruszył ramionami.

Jednak kwadrans wcześniej, gdy pan Morte zaczął przechadzkę przez ogród, Frumka na czworaka podszedł do śmiertelnego zestawu trująco-masakrującego, wyjął z ziemi przewód i wcisnął do skrzynki. Wyczuł, że to acetylen, i wiedział, że przy dużym stężeniu i w kontakcie z tlenem ma właściwości wybuchowe, co ziściło się po chwili. Miał wątpliwości, czy to nie nazbyt drastyczne na tępiciela szkodników i chciał już wrócić do skrzynki, by swój plan zniweczyć, ale opowieść o szczurze bez oka utwierdziła go, że mały wybuch to w zasadzie nic wielkiego.

MAŁŻEŃSTWO

— Nie będziemy już się bawić razem lalkami — westchnęła Loja, gdy siedziała na parapecie okna, w domku Frumki.

— Co się stało? — spytał ogrodnik, pykając fajkę, którą wyrzeźbił z gałęzi starej gruszy, która rosła na końcu uliczki. Przechadzał się nią, w gorącym słońcu, spoglądał w okna starych, kolorowych domków albo domów wielkich i bogatych, z oknami jak ściany. Stara grusza stała na podjeździe jednego z domów, odrzuciła suchy konar, więc małym kozikiem i kawałkiem rozpalonego drutu w godzinkę przygotował sobie fajkę. Jeden z sąsiadów, którego poznał również na końcu tej ulicy, a który miał kozę, uraczył go szczyptą amfory i siedział teraz Frumka, pykał, a młoda machała nogami na oknie.

— Co się stało? — powtórzył.

— Wyjeżdża. Mama mówiła, że jej tata i mama nie umieją wytrzymać, że się rozwodzonią czy coś i sprzedają dom, no i znikają. Już dwie koleżanki tak zniknęły. Myślisz, że tata i mama znikną i my też znikniemy?

Frumka pyknął kółko wielkości talerza, a Loja, z westchnieniem podziwu, wsadziła w to kółko całe ramię.

— Chodź, coś ci pokażę — wziął młodą za rękę, przewędrowali do granic działki, gdzie las zaczyna swój szumny harmider, by pokazać na jedną z gałęzi. — Zobacz, nim ludzie się tu wprowadzili, mieszkała na tej gałęzi rodzina kruków i gdy ludzie się wyprowadzą, pewnie nadal tu będą. Kruki tworzą rodziny na całe życie i jest to długie życie. Pan kruk, gdy się zakocha, nigdy nie opuszcza pani krukowej, a ona daje mu dzieci. Siedzą na jajkach, czekają na te dzieci, przeganiają koty, które wypuszczają ludzie, a potem ich dzieci robią to samo.

— Ojeeeej — Loi prawie łzy napłynęły. — Mogę je nazwać? Który to pan kruk? Ile mają lat?

— Żyją długo w wielkich stadach, słuchają mądrych kruków, dzielą się jedzeniem, może dlatego długo żyją — Frumka wypukał popiół z fajki.

— Ojej, tam! — Loja pokazała palcem, wysoko na niebie. — Bocian! Bocian! Dlaczego nie przyleci do nas?

— Coś mu się tu widocznie nie podoba. A może wie, że są tu już dzieci, i nie ma po co.

— Zbudujemy mu gniazdo na kominie?

— Bocian sam wybiera sobie dom albo przylatuje, gdy ktoś umrze, bo ludzie wierzą, że to ludzka dusza, która przynosi szczęście i czuwa nad domem.

— Och — Loja podskoczyła. — Biedny zajączek — pokazała na futrzane truchło pod drzewem. — Zróbmy mu pogrzeb.

— Lepiej nie — powiedział szeptem Frumka. — Ten zajączek zamienił się w jedzenie dla tej kruczej rodziny.

— Czy to zającowe dziecko?

— Pewnie tak. Bo dziecko najłatwiej upolować.

— Natychmiast do mnie! — rozległ się krzyk Frosty, która stała kilka metrów za nimi; Frumka podskoczył spłoszony, a Loja jeszcze wyżej, a para kruków też uznała, że lepiej się ewakuować. — Wypraszam sobie, by ciągał mi pan dziecko po chaszczach, po tej dziczy! Ona ma alergie, nie może wychodzić, a ja nie będę umierała z nerwów za każdym razem, gdy ją tu zobaczę.

— Mamo, mamo, skąd wiedziałaś, że tu jestem? — spytała z pretensją Loja, biorąc się pod boki jak sroga nauczycielka.

— Zainstalowałam ci w telefonie taki program i teraz będziesz zawsze bezpieczna, słoneczko ty moje — Frosta uśmiechnęła się do córki i pomachała swoim telefonem.

Loja odwróciła się, uśmiechnęła i pomachała ogrodnikowi zawadiacko. Tak, w świecie zwierząt dzieci to najsłabsze, bezwolne stworzenia, pomyślał Frumka, gdy patrzył, jak matka z córką odchodzą.

MIŁOŚĆ

Dla hortensji, konwalii, tulipanów i innych kwiatów ogrodowych nie widział tu Frumka przyszłości, ale starał się znaleźć sposób, by kolorowy ogród marzeń Frosty nabierał barw, kształtów i e-ste-tyki. Nie miał kompostu, a nie chciał ładować chemii w grunt mu nieznany, który nie pokazał jeszcze swoich możliwości. Usłyszał szum, przechylił głowę nad grządkami, by szum zlokalizować, w zasadzie bzyczenie i nagle! Bziii! To Robocik pędził przez trawę, a za nim Frosta.

— Zatrzymać go! Zatrzymać go! Okropne!

Frumka postawił nogę tuż przed odkurzaczem i ten pacnął w trampek, zabrzęczał i się wyłączył.

Stali nad Robocikiem, w kuchni, gdy Frumka otworzył jego bebechy, czyli pojemnik ze śmieciami.

— Zobaczyłam to już na podłodze, wypadało mu z brzucha, mój Boże, co on zrobił, to jakieś monstrum. Gdzie on był, co zrobił? — Frosta była bliska paniki, gdy pochylili się nad kupką śmieci. Ogrodnik podniósł w dwa palce kępę, no właśnie, czego?

— Czy to włosy pani Pompe? — spytała Loja.

— Jej czupryna, ale gdzie reszta? — spytał Klum, który wyjątkowo podniósł oczy znad telefonu, ale zaraz zrobił zdjęcie rudego spaghetti.

Frumka podniósł włosy do nosa, zapachniało mu szamponem i octem.

— Jezu Chryste! — poderwała się Frosta. — Czy on zabił panią Pompe? Klum, leć do niej, zobacz, sprawdź! Albo nie, panie Frumka, natychmiast proszę tam iść!

Ogrodnik posłusznie podreptał do domu pani Pompe, a Frosta nakryła Robocika kartonem, by przykryć dowód zbrodni.

— Nie ma jej, znaczy nikt nie otwiera — zakomunikował po powrocie ogrodnik, wziął zmiotkę i zgarnął włosy, które leżały na podłodze. Szedł już z szufelką do kubełka, gdy Frosta krzyknęła.

— Co pan robi! To trzeba zawieźć na policję! — uderzyła w szufelkę, by strącić włosy, Loja zaczęła płakać, Klum kręcił filmik, a wtedy Robocik się ocknął i rzucił na włosy jak pies na parówki, by wciągać je z furią.

— Zabierzcie to! Zabierzcie! — krzyczała Frosta, bijąc na oślep szczotką. Wtedy do kuchni wpadł Kromken, chwycił Robocika, podniósł, zatrząsł i zakrzyczał.

— Coś ty zrobił, głupi sukinsynu!

— Nie klnij przy dzieciach! — krzyczała Frosta.

Klum stał z telefonem, tyłem, by w tle widać było oszalałych rodziców i nerwowym szeptem, jak korespondent wojenny, relacjonował. — Właśnie widzicie, jak w moim domu masakrujący odkurzacz dokonał masakry sąsiadki. Odkurzacz przejechał jej po stopach, a gdy upadła, przejechał jej po twarzy, zabił, krew się lała, a włosy to trofeum zwycięzcy — i Klum wcisnął „publikuj”.

Zabrzęczał dzwonek do drzwi. Kromken otworzył, pewny, że to już policja, ale w drzwiach stała pani Pompe, z chustką na głowie, ogoloną chyba na zapałkę, oczami w szparki, zębami w ścisku.

— Ten wasz ogrodnik pukał, ale bałam się otworzyć. Czego chcecie?

Kromken był zbyt zszokowany, podobnie jak Frosta, bo już godzili się z konsekwencjami dramatu, dlatego widok pani Pompe, pierwszy raz, od kiedy tu mieszkają, wywołał w nich ulgę.

— Och, pani sąsiadko — wyrwało się Kromkenowi.

— Pani Pompe, jak dobrze panią widzieć — wyrwało się Froście.

Pani Pompe mocniej zmrużyła oczy, bo i dla niej ten wylew sympatii był zaskakujący.

— Czego?

— Jeśli mogę, a proszę wybaczyć dociekliwość, tak tylko jestem ciekawa, bo świetnie pani wygląda… Co się stało z pani włosami? — spytała Frosta, trzymając za plecami szufelkę z rudymi włosami.

— Ta idiotka, co ma męża i kozę, ta na końcu ulicy, dała mi płyn zagęszczający włosy, na occie. Zrobiły się jak słoma i śmierdziały, no to poszłam do fryzjera, do tego grubasa i ścięłam. I coś wam powiem, dziwaki! Gdy tak siedziałam na fotelu tego grubasa, wpadł nagle ten wasz chory robot, przestraszył wszystkich i szalał po podłodze, wciągał jak leci i uciekł. On jest zaprogramowany, by mnie atakować, bo dwa dni temu zajechał mi drogę jak wściekły pies i na mnie burczał, więc powiem wam jedno: od dzisiaj wypowiadam mu wojnę i nie spocznę, póki nie zdechnie — nikt nie drgnął po tym krótkim, szokującym wystąpieniu pani Pompe, która odwróciła się i trzasnęła drzwiami.

Frumka, kilka chwil później, trzymał Robocika na kolanach, siedząc w fotelu, w swoim domku, i pykał fajkę. Frosta kazała im siedzieć razem, w domku właśnie, krzycząc przy tym, że to dla niej za dużo, czyli dwa świry pod jej dachem i lepiej, żeby siedziały pod swoim dachem. Frumka nie miał pojęcia, jak się obchodzić z elektryczną maszyną, nie miał nigdy żadnej, o ile pamięć pozwalała mu sięgać tam, gdzie pozwalała. Postawił Robocika na ziemi, a ten najpierw spokojnie przejechał pod ścianą, zgarniając kurz, ale gdy tylko zbliżył się do otwartych drzwi, dodał gazu i zaczął ganiać wokół drzewa, jakby ścigał kota. Frosta, która podglądała to z okna, komentując na głos, że dom wariatów, gdy odkurzacz kręcił się tak pół godziny, wyjęła ze szkatułki wizytówkę i zadzwoniła.

— Proszę przyjechać, ten odkurzacz znów oszalał — powiedziała, ale po drugiej stronie odezwał się posterunkowy Pirpigg.

— Szanowna pani, czy aby na pewno…? — ale nie dokończył, bo Frosta się rozłączyła, wzięła właściwą wizytówkę i wezwała serwisanta.

Pan Lande zrobił szeroki rozkrok nad trasą, którą Robocik pokonywał wokół drzewa, chwycił go w pędzie, jak chwyta się niesfornego przedszkolaka, mówiąc przy tym — hopla, mam cię! Podłączył odkurzacz do komputera w domku Frumki i zaszeptał wielce zdziwiony, że to niemożliwe, to niemożliwe. Pogmerał jeszcze w brzuchu maszynki, postukał w klawiaturę i powtórzył, że to niemożliwe.

— No wyduś pan z siebie — poprosił Frumka.

— On chce się bawić — powiedział pan Lande, jakby oznajmiał, że nadlatuje kometa, zabójca planet. — Wypracował to z jakichś funkcji pozaprogramowych, a przecież maszyny nie mogą się bawić, same z siebie, bo zabawa to strata czasu, nie ma w niej zlecenia, pracy i zadania, a tylko grzech nieróbstwa, gdyby roboty wyznawały jakąś religię, rzecz jasna.

— Rzecz jasna — potakiwał Frumka i gdy pan Lande postawił Robocika na ziemi, ogrodnik wyszedł przed domek, podniósł patyk i rzucił, mówiąc, za panem Lande, hopla! Robocik popędził za patykiem, popiskując, i dla pana Lande było to za dużo, zwinął przewód, zamknął komputer, podniósł ręce, by pokazać, że się poddał i powiedział, że się poddaje.

Frumka odprowadził pana Lande do samochodu i zapytał, dlaczego w zasadzie to złe, bo pan Lande zdążył powiedzieć, że to koniec świata. Serwisant położył Frumce dłoń na ramieniu i kiwając głową, zaczął tak.

— Otóż przyjacielu, jeśli powiedziałem źle, to dlatego, że nie chciałbym wyrażać się gorzej, bo jest gorzej. Jeśli ten robot, który ma w sobie niespotykanie zaawansowaną sztuczną inteligencję, chce się bawić, czyli mitrężyć czas, to znaczy, że wjechał na drogę wszystkiego, co ludzkie — tu pan Lande spojrzał w oczy Frumki bardzo głęboko, a nie będąc pewnym, czy jest zrozumiany, dodał, że przecież wszystko, co ludzkie, okazywało się zawsze na końcu okropne, złe, wojenne, pustynne i po to stworzono roboty, by wzięły się za to, co dobre, uczynne, porządne. — A jeśli chce się bawić, to co będzie dalej? — pan Lande zrobił zamach, jakby pokazywał wybuch bomby atomowej. — Może zacznie kochać…

Gdy serwisant trzasnął za sobą drzwiami auta i odjechał z kurzawą, Frumka podniósł grabie i poszedł zgarniać liście, nim przyjedzie pan Kromken i opowie o zaletach porządku, a pani Frosta o e-ste-ty-ce. I już po chwili podjechał Kromken swoim lśniąco czarnym autem i z zadowoleniem spojrzał na zagrabione liście.

— Halo, halo! Panie Kromken — rozległo się z ulicy. To okoliczny fryzjer zgramolił się z roweru czerwony i zziajany, bo tuszę miał sporą. Podszedł do furtki, pokazał palcem na Robocika, który stał nad patykiem, i spytał, czy aby pan Kromken nie chce się pozbyć tego maleństwa, takiego słowa użył fryzjer.

— Bo? — spytał Kromken ostrożnie, obawiając się awantury o włosy.

— Bo kupię to maleństwo, niech pan poda cenę — uśmiechnął się fryzjer, a Kromken aż postawił aktówkę na ziemi, ale nie pod wrażeniem pytania, a niespodzianki, którą niosło w sobie to pytanie. Kromken był człowiekiem finansów, który na co dzień tkwił w letargu myślowym, a ożywiał się i nabierał animuszu tylko w kilku okolicznościach życiowych: węsząc zysk, węsząc nieporządek i węsząc dobrą whisky.

— Bo? — spytał znów.

Fryzjer pokazał zęby. — Bo był u mnie niedawno, całkiem sprawnie sobie poradził z bałaganem i z niezbyt miłymi klientkami, haha! — fryzjer znów pokazał białe i równe zęby.

Kromken przygryzł język, podniósł teczkę i powiedział przez plecy, w drodze do drzwi domu, że nie. — Nie jest na sprzedaż.

WŁAMANIE

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 18.9
drukowana A5
za 47.08