E-book
10.92
drukowana A5
45.99
drukowana A5
Kolorowa
74.7
Ognista miłość

Bezpłatny fragment - Ognista miłość


Objętość:
309 str.
ISBN:
978-83-8126-373-3
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 45.99
drukowana A5
Kolorowa
za 74.7

Powieść dedykuję mojej wnuczce, małej księżniczce „Weronice I”.



Postacie i wydarzenia opisane w powieści nawiązują do faktów historycznych.

Rozdział 1.
Egzamin dyplomowy

Tess podniosła oczy znad fortepianu, głęboko wciągnęła powietrze i za moment wypuściła je z siebie. Dłonie subtelnie podniosła do góry nad klawiaturą, a potem delikatnie opuściła na kolana i przytrzymała czarną, długą spódnicę. Odsunęła taboret kilka centymetrów i ostrożnie wstała. Odwróciła się w stronę widowni i lekko dygnęła, spuszczając nisko głowę. W uszach miała niesamowity huk braw, a w oczach światła reflektorów. Ponownie westchnęła i zadowolona z siebie zrobiła krok do przodu. Jeszcze jeden niski ukłon i kolejne westchnienie. „Już po stresach, koniec, teraz wakacje” — pomyślała z zadowoleniem, a potem ostrożnie wyszła za czarną kurtynę. Dopiero tam poczuła ulgę po ciężkiej pracy i nerwach związanych z obroną pracy oraz koncertem dyplomowym.

Zrobiła kilka kroków w bok i przed jej oczami wyłonił się jak duch z ciemności wysoki mężczyzna w czarnym smokingu. W jednej ręce trzymał skrzypce, a w drugiej wiązankę czerwonych róż.

— Gratuluję, Tess. Piękne wykonanie.

— Dziękuję, Alex — wyszeptała, przyjęła kwiaty i nastawiła policzek do pocałunku. W uszach dalej dudniły jej brawa, a za chwilę jakaś nieznana ręka pociągnęła ją z powrotem na scenę. Kolejne ukłony i następna fala braw. Szum odsuwanych krzeseł i owacja na stojąco. Wszystko dosłownie zatykało ją ze wzruszenia. Oczy nabiegały łzami, więc tylko się skłoniła nisko i zasłoniła bukietem.

Kiedy ponownie znalazła się za kurtyną w ciemnych kulisach, poczuła zapach babcinych perfum. Rozejrzała się i wyciągnęła ręce do zbliżającej się starszej kobiety.

— Babciu, jak było?

— Cudownie, Tess, naprawdę cudownie, dziecinko. Jestem z ciebie taka dumna.

Kolejne kwiaty i uścisk najukochańszej na świecie osoby. Wtulona w jej ramiona, otoczona ciemnością, mogła wreszcie upuścić łzę i pociągnąć nieelegancko nosem, bo napięte nerwy w końcu znalazły ujście swoich emocji.

— Płacz, dziecinko, płacz. Jesteś wielka. Koncert był wspaniały. Muzyka Wagnera w twoim wykonaniu jest największą przyjemnością dla moich starych uszu.

— To było dla ciebie, babciu, bo wiem, że kochasz Wagnera — Tess jeszcze raz objęła babcię, a potem siorbnęła nosem.

— Oczywiście nie masz chusteczki? — bardziej stwierdziła, niż zapytała starsza pani, ubrana w czarną długą suknię, prawie do ziemi. Otworzyła torebkę i podała wnuczce białą chusteczkę z haftowanym monogramem MLW, co oznaczało Maria Ludwika Wittelsbach.

— Babciu, a higienicznych chusteczek nie masz? Szkoda takich arcydzieł na mój nos.

— Dwa wieczory i wyhaftuję nową.

Starsza pani wzięła wnuczkę pod rękę i delikatnie odciągnęła w głąb kulis sali koncertowej, bo na scenie rozpoczął się następny koncert. Tym razem miał swój występ Alex. Tess chciała popatrzeć na niego choć zza bocznej kurtyny, ale babcia dość zaborczo trzymała ją za łokieć i coś niewyraźnie szeptała na ucho. W chwili przerwy między solówkami Alexa Tess odwracała się, wychylała, żeby chociaż zerknąć na jego sylwetkę. Nie tyle z ciekawości, ale chciała mu wtórować swoją obecnością.

— Ty mnie, dziecinko, w ogóle nie słuchasz? — babcia delikatnie szarpnęła Tess za nadgarstek.

— Babciu, odprowadzę cię na widownię, bo tutaj jest ciemno i za chwilę przyjdę. Muszę pogratulować Alexowi.

Przekazała babci bukiet kwiatów, jaki dostała od Alexa, i podtrzymując ją za rękę, sprowadziła z kilku schodków prosto do jasnego korytarza, a potem na widownię. Posadziła babcię na pierwszym wolnym miejscu i wróciła na scenę za boczną kotarę. Alex właśnie skończył grać i kłaniał się nisko. Kątem oka zerkał na Tess, a potem prawie w podskokach dopadł do niej i mocno pocałował w usta.

— Na scenę, szybko! — głośny szept przerwał romantyczny pocałunek i Alex zmieszany wypadł jeszcze na scenę. Ukłonił się dwa razy i zniecierpliwiony szybko powrócił za kotarę, ale w tym miejscu stała już inna osoba zaciskająca nerwowo palce na metalowym flecie. Ruszył natychmiast w głąb ciemnych kulis, ale nigdzie nie znalazł Tess. Za to kilka innych osób nerwowo chodziło na palcach, zaglądało na scenę albo chowało się po kątach kulis sali koncertowej. Wszyscy skupieni i przejęci swoimi występami. Czasem ktoś szepnął: „Gratuluję” i zamykał się, znikał w ciemnościach, koncentrował się, żeby jak najlepiej wypaść na swoim występie w trakcie koncertu, jaki wieńczył studia w Muzycznym Konserwatorium w San Francisco.

Kiedy Alex wyszedł na widownię, zobaczył Tess siedzącą obok babci. Była wyprostowana, głowę miała wysoko podniesioną, oczy przymknięte i w skupieniu słuchała utworu Chopina, jaki wydobywał się spod palców Marcela. Jej ogniste włosy wymyślnie spięte w kok połyskiwały w promieniu reflektora, który czasem przeczesywał widownię. „Znów ten Marcel. Szlak by go trafił” — pomyślał i usiadł na krześle obok Tess. Nie odzywał się. Patrzył na scenę w wielkim skupieniu, ale centymetr po centymetrze przysuwał się do ramienia Tess, aż poczuł jej ciepło. Wtedy odwróciła głowę i uśmiechnęła się. Jej chabrowoniebieskie oczy dosłownie przeszyły mu serce. „Jaka ona jest piękna” — Alex jęknął i mocniej ścisnął skrzypce, a Tess znów odwróciła się w kierunku sceny. Marcel właśnie kończył wspaniałego mazurka. Kłaniał się i odchodził za kotarę. „Pewnie zaraz do niego poleci” — wkurzony przesunął się lekko do przodu, żeby zasłonić Tess możliwość wyjścia z rzędu siedzeń. Ona jednak nawet nie drgnęła. Przechyliła się do swojej babci i coś szeptała, a potem znów zamarła w skupieniu. Słuchała kolegów i koleżanki. Biła brawa i co chwilę uśmiechała się do Alexa.

W przerwie Tess pozwoliła zaprosić się z babcią na filiżankę herbaty do wystawnej sali w foyer, ale po zakończeniu koncertu spokojnie pożegnała się i pojechała do domu. To całkiem rozbiło Alexa i przed wieczornym balem nieproszony zjawił się w jej domu. Kolejne róże i nadzieja na wspólne wyjście. Czterogodzinny bal, delikatny pocałunek na odchodne i Tess na chwilę zachwyciła się kolegą. Potem za zamkniętymi drzwiami oprzytomniała i westchnęła. „Niby fajny, ale nic mnie do niego nie kręci. Nic nie ściska w dołku. Czy ja się kiedyś zakocham tak do szaleństwa, tak na zabój? Czy taka miłość istnieje?” — pomyślała i zrezygnowana pokręciła nosem. Jedną ręką zdjęła pantofle, a drugą podniosła suknię i na palcach poszła na górę do swojego pokoju. Rzuciła się na łóżko i patrzyła na sufit. „Teraz wakacje, a za miesiąc będę w Nowym Jorku, a co z babcią?” — usiadła wystraszona na łóżku. „Przecież nie zostawię jej samej, a czy ona będzie chciała jechać ze mną? San Fracisco to wielkie miasto i Nowy Jork też, ale czy babcia się tam przystosuje? Trzeba będzie jutro na poważnie porozmawiać” — wstała, rozebrała się z sukienki i na palcach poszła do łazienki. Odkręciła wodę nad wanną, ale prawie natychmiast ją zakręciła. „Za dużo hałasu. Babcia się obudzi” — umyła się ostrożnie pod kranem umywalki i wytarła ręcznikiem. Ubrała nocną koszulę i na palcach przeszła do sypialni. Usiadła przed toaletką i zaskoczona popatrzyła na białą, podłużną kopertę ze znaczkiem Lufthansy. Wzięła ją do rąk i wyjęła lotniczy bilet. „Monachium, Teresa Ludwika Wittelsbach. A po co ja mam tam lecieć, co to za niespodzianka?” — zerknęła jeszcze na datę, potem na kalendarz i wybałuszyła oczy. „Za dziesięć dni, w poniedziałek? Babcia chyba zapomniała, że mam lecieć z koleżankami do Kanady na dwa tygodnie. Po co do Monachium, chyba że język poćwiczyć, bo przecież babcia ma fioła z niemieckim” — jęknęła oburzona i położyła bilet na toaletce. Wyjęła spinki z koka, rozpuściła włosy i uśmiechnęła się do odbicia w lustrze. „Ale błyszczą” — włosy same pod ciężarem loków opadły jej na ramiona i plecy. Wzięła szczotkę i kilka minut szczotkowała je, potem splotła w luźny warkocz i zmęczona położyła się spać.

Noc i cały poranek przespała nieprzytomnie, bo emocje poprzedniego dnia i zabawa bardzo zmęczyły Tess. Około dziesiątej podniosła się z łóżka całkiem zaskoczona, a nawet wystraszona. Zawsze babcia dokładna i punktualna jak szwajcarski zegarek budziła ją o szóstej trzydzieści. Po toalecie, jaką była nauczona robić starannie, ubrana w jedwabny, błękitny szlafrok sięgający do samej ziemi schodziła do jadalni. Tam czekało na nią przygotowane śniadanie i kawa, aromatyczna, świeżo mielona i parzona według starego zwyczaju bezpośrednio w dzbanku. Przy stole poza przywitaniem nie rozmawiało się, dopiero przy kawie wymieniały spostrzeżenia o pogodzie i planowały dzień, choć babcia dokładnie znała rozkład zajęć wnuczki.

Tego dnia Tess od razu założyła szlafrok i zbiegła na parter domu. Zajrzała do kuchni, jadalni i babcinej sypialni, ale nigdzie nie zastała nadobnej kobiety. Wystraszona usiadła na kanapie i zastanawiała się, gdzie to jej kochana babcia mogła się podziać. Niepokoiła się bardzo, bo oprócz niej nie miała nikogo na tym świecie. Rodzice zginęli w wypadku samochodowym, kiedy Tess skończyła szkołę podstawową i od tamtej pory mogły liczyć tylko na siebie. Od roku babcia była na emeryturze, a na dostatnie ich zdaniem życie dorabiała, nauczając gry na fortepianie rozkapryszone dzieci z bogatych domów. Teraz były już wakacje i babcia nie miała żadnych obowiązków, więc powinna o tej porze być w domu.

Tess jeszcze raz zajrzała do babcinej sypialni na parterze i wróciła do siebie na poddasze. Weszła do łazienki, wzięła prysznic, a kiedy kończyła się wycierać, usłyszała przez niedomknięte drzwi głos babci przeplatający się z nieznanym męskim. Zawinęła się w ręcznik i wyszła na niewielki korytarz. Nachyliła się nad barierką i nasłuchiwała z zaciekawieniem, bo babcia jak nigdy dotąd zwracała się do mężczyzny, zaczynając za każdym razem od „sir”. Kiedy usłyszała przyciszonym głosem, że historię trzeba w końcu wyprostować, to całkiem ją zaciekawiło, bo babcia zawsze tajemnicza i powściągliwa, raptem chciała coś wyjaśniać. Szybko się ubrała w białe, lekkie spodnie, chabrową, bawełnianą bluzeczkę i chyba pierwszy raz odkąd pamięta, nie spięła włosów, tylko je przeczesała palcami i machnęła do tyłu na plecy. Wsunęła stopy w białe klapki i stukając obcasami, zbiegła na parter. Przed wejściem do salonu na chwilę przystanęła i nastawiła uszu, bo babcia opowiadała coś o cesarskiej rodzinie. Teraz Tess poznała męski głos, który należał do ich starego mecenasa, który od pokoleń reprezentował rodzinę.

— Sir Martin, zastanawiam się tylko, czy aby nie wyśmieją naszej Tess? Z arystokracją nigdy nic nie wiadomo. Zadzierali i zadzierają nosa, a przecież historia bardzo starannie ukryła informacje o tym małżeństwie.

— Och, proszę pani. Są dokumenty legalne i z tego, co wiem, księżna Gloria bardzo ciepło odniosła się do spotkania, a nawet sama zaproponowała gościnę u siebie.

— Oczywiście, ale to są obiecanki przez ocean, a gdy przyjdzie do konfrontacji, nie wiadomo, jak potraktują moje biedne dziecko.

— Proszę być dobrej myśli, przecież my nie domagamy się rehabilitacji ani majątku.

— Nie. Chcę żeby Tess poznała historię swojej rodziny i żeby chociaż w księgach rodowych odnotowali małżeństwo mojej prababki.

Tess stała za drzwiami i słuchała dziwnej rozmowy. Nic z tego nie rozumiała, a ponieważ ciągle wspominano jej nietypowe imię, postanowiła wejść i odważnie zapytać o temat rozmowy. Zapukała ostrożnie i nacisnęła na klamkę bez czekania na zaproszenie. Kiedy weszła do salonu, mecenas dość szybko jak na swój wiek podniósł się z fotela i na przywitanie pokłonił bardzo nisko głowę.

— Witam panienkę — dodał kurtuazyjnie.

— Przepraszam, ale co nieco usłyszałam. Mam nadzieję, że mnie nie swatacie z jakimś nadętym arystokratą?

— Panienka wybaczy, ale nie te czasy — dodał mecenas.

— Więc o jakie małżeństwo chodzi? — wesoło, od niechcenia zapytała i usiadła obok babci na szerokiej kanapie. — Co trzeba ujawnić i właśnie, babciu! Po co mam lecieć do Monachium, miałam lecieć na wakacje do Kanady!

Na te słowa w salonie zapanowała cisza. Mecenas wstał, podszedł do babci i wręczył jej kiedyś białą, a teraz dość mocno pożółkłą, wypchaną dużą kopertę. Zrobił krok do tyłu, nisko się ukłonił babci, potem Tess i jakby zawstydzony czy wystraszony, na podkurczonych nogach wyszedł z salonu.

Babcia z kopertą w ręku usiadła na swoim miejscu i jeszcze chwilę siedziała w zamyśleniu.

— Jakaś straszna tajemnica? — Tess przerwała ciszę swoim pytaniem.

— Tak — babcia krótko odparła, położyła kopertę na stole i odwróciła się w stronę wnuczki. — Jadłaś śniadanie? — zmieniła temat, ale nie ruszała się z miejsca.

Tess dokładnie znała babcię i wiedziała, że skoro nie ma zamiaru sama z siebie opowiedzieć czegokolwiek, to nie ma sensu nawet pytać. Podniosła się więc i poszła do jadalni, gdzie na kuchennym kredensie pod metalowym kloszem było przygotowane śniadanie. Wzięła talerz i przeniosła się z nim do stołu. Nalała sobie do szklanki chłodnej wody, jaka stała zawsze na stole, i powoli przeżuwała kawałki wędliny na przemian z żółtym serem i oliwkami, które uwielbiała. Potem przygotowała kawę dla siebie i babci. Dopiero z tacą w rękach przyszła z powrotem do salonu. Rozstawiła filiżanki i usiadła wygodnie w fotelu naprzeciwko babci. Patrzyła na nią i zastanawiała się, czy i kiedy dowie się wszystkiego o planowanym wyjeździe, a babcia nadal siedziała milcząca. Patrzyła w okno i była jakby całkiem nieobecna, zanurzona w swoich myślach.

Tess popukała łyżeczką o brzeg filiżanki i wesoło, głośno powiedziała:

— Hello, babciu. Tu jestem.

Starsza pani ciężko westchnęła, odwróciła głowę w jej stronę i dziwnie wydęła usta. Pokiwała głową i sięgnęła po filiżankę kawy. Wypiła dwa łyki i spokojnie postawiła ją na stole.

— Moja droga, jesteś dorosła, skończyłaś studia, jesteś wspaniałą pianistką, piękną kobietą, więc czas poznać prawdę.

— Jaką prawdę babciu? — Tess była zaintrygowana, bo babcia wyglądała bardzo poważnie.

— Prawdę o twoim pochodzeniu, o europejskich rodach i potajemnym małżeństwie.

— I dlatego lecę do Monachium?

— Tak, ale najpierw opowiem ci wszystko po kolei, tak jak mnie opowiedziała mama, a jej opowiedziała też mama, twoja praprababcia.

— A koperta? — Tess zerknęła na stół.

— To potwierdza autentyczność mojej opowieści, ale nie przeszkadzaj. Wszystko po kolei. Przypomnij sobie co nieco z historii Europy — babcia ciężko oparła się na kanapie. Ręce splotła na kolanach i zaczęła: — Był rok 1864.

Rozdział 2.
Pierwsza prezentacja

Siarczysty mróz igiełkami szronu otulał wszystkie gałęzie drzew. Barwił na biało płoty i ubierał pomniki w niesamowite szaty szklące się śnieżnymi mikrogwiazdkami. Pociąg właśnie zwolnił i majestatycznie wtoczył się na peron. Buchnął parą na boki i ostro gwizdnął przed zatrzymaniem się, oznajmiając punktualne przybycie do miasta Drezna.

Młodziutka, zaledwie siedemnastoletnia Maria Teresa podskoczyła z przejęcia, a później z podniecenia prawie tupała stopami w podłogę salonki. Od wczesnej jesieni podróżowała po Europie w towarzystwie swojej przyrodniej siostry, oficjalnej księżniczki, córki króla Belgii Leopolda I Koburga i francuskiej księżniczki Ludwiki Marii Orleańskiej. Pod jej bacznym okiem Maria Teresa była wprowadzana na dwory, choć jej matka nie należała do arystokracji. Była tylko nielegalnie poślubioną aktoreczką, ale córka została najbardziej kochaną ze wszystkich dzieci, jakie król Leopold miał z legalną żoną, zapewne dlatego, że do złudzenia przypominała swoją matkę.

Maria Teresa była nad wyraz wysoka i prawie o głowę przerosła wszystkie panienki na belgijskim dworze. Do tego miała ostro czerwone, ogniste, mocne włosy, niesamowicie chabrowe oczy, śnieżnobiałą cerę oraz liczne piegi na ramionach i nosie. To, oprócz wzrostu, było dosłownie utrapieniem młodziutkiej panienki. Pudrowała się co chwilę na twarzy, a ramion prawie wcale nie wystawiała, choć najnowsza moda, która przyszła kilka lat temu z Paryża, nakazywała odsłaniać głęboki dekolt i ramiona. Maria Teresa na co dzień nie dawała się ubrać w nowe suknie, a na oficjalnych przyjęciach bardzo starannie pilnowała, żeby szal muślinowy lub koronkowy przykrywał wszystko, co ją krępowało. Teraz, w pociągu, nie miała problemu, bo zimowa suknia podróżna była wysoko zapięta pod samą brodą. Na to, ze względu na chłodne powietrze w salonce, miała jeszcze wełnianą narzutkę. Nosa też już nie pudrowała, bo była bardzo zmęczona długą, dwudniową podróżą i nikt poza Charlottą i damą dworu, baronową Luizą, oraz pokojowymi jej nie oglądał.

Obie z arcyksiężną Marią Charlottą, którą została po ślubie dwudziestego siódmego lipca 1857 roku z bratem cesarza Franciszka Józefa, Maksymilianem, jechały z Wiednia na ślub Zofii Marii, córki Jana Wettyna króla Saksonii i Amalii Augustyny Bawarskiej, z bratem cesarzowej Sissi — Karolem Teodorem Wittelsbachem. Sama cesarzowa nie mogła zaszczycić tak ważnej, rodzinnej uroczystości, gdyż spodziewała się kolejnego dziecka, a każdy liczył w końcu na męskiego potomka i nikt nie odważył się narażać zdrowia Elżbiety.

W zastępstwie cesarzowej wszechpanująca na cesarskim dworze, nadobna arcyksiężna Zofia, wysłała na ślub w Dreźnie synową Charlottę. Nie lubiła jej, ale ceniła, w odróżnieniu od Elżbiety, która ciągle się buntowała i łamała sztywną etykietę dworską. Charlotta za to była bardzo ambitna i z przemyślanym wyrachowaniem ulegała wpływom swojej teściowej. Na miesiąc przed wspaniałymi wieściami o błogosławionym stanie cesarzowej, Charlotta wraz z Marią Teresą zjechała na zamek w Schönbrunn i, jak zwykle, przypochlebiała się teściowej, jak tylko umiała. Towarzyszyła jej we wszystkich spacerach. Pomagała w doborze garderoby, obsypywała komplementami, ale Zofia jak nigdy dotąd, z dziwnym dystansem odnosiła się do bezdzietnej wciąż Charlotty. Dla spokoju na dworze wraz z Marią Teresą wysłała ją jako reprezentację rodziny cesarskiej na ślub do Drezna.

Obie damy zainstalowano w cesarskim wagonie, w którym były dwie sypialnie obok siebie, a przy nich małe pomieszczenie z muszlą klozetową szczelnie zamykaną w formie kufra i porcelanowa misa do mycia z dzbanem pełnym wody. Między sypialniami a salonem znajdowała się również niewielka garderoba, a raczej skład na drobny bagaż. W niej trzymano nocne ubiory i wierzchnie okrycia oraz pantofle na zmianę. Kufry jechały w sąsiednim wagonie, gdzie podróżowała baronowa Luiza Caperbe, Charlotty dama do towarzystwa. Tam również jechały dwie pokojowe i oficer cesarskiej straży, który spełniał rolę kamerdynera, ale przede wszystkim miał dbać o bezpieczeństwo arcyksiężnej Marii Charlotty Habsburg. W cesarskim wagonie był oczywiście salon z pianinem i w nim obie damy spędzały większość czasu. Maria Teresa co chwilę usiłowała grać na pianinie, ale monotonny rytm kół mącił wszelkie melodie. Panienka denerwowała się swoją niedoskonałością w graniu i ciągle powtarzała nieudane fragmenty po kilka razy. Charlotta natomiast czytała nieznany romans, ale tylko za widnego, a po zmroku przy lampach naftowych zaczęły się szeptane rozmowy.

Dobrze po dziesiątej wieczorem, kiedy Luiza dygnęła w niskim ukłonie i opuściła salon, Charlotta z subtelnym uśmiechem podsunęła sobie krzesło do fotela Marii Teresy. Delikatnie usiadła, przytrzymując suknię, głowę przysunęła jeszcze bliżej i zaczęła szeptem snuć plany. Wymieniała imiona mężczyzn, a tym samym wybierała spośród wielkich tego świata zacnego kandydata na męża dla swojej przyrodniej siostry. Po kolei omawiała co zacniejszych kawalerów, dokładnie ich opisywała, łącznie ze wszystkimi tytułami rodziców, przywarami i stanem majątkowym. Co chwilę patrzyła na Marię Teresę uważnie, kręciła głową z dezaprobatą i przechodziła do opisu kolejnego kandydata. Chyba po czwartym czy szóstym załamała prawie ręce i ciężko wzdychając, oparła je na sztywnym stelażu sukni.

— Tak mi przykro, Tereso, ale ten twój wybujały wzrost. Jak dobrać ci męża? Może trzeba dalej po świecie szukać, może carewicze Mikołaja są stosownego wzrostu?

Maria Teresa ścisnęła dłonie w jedną wielką piąstkę, aż palce jej pobladły. Opuściła nisko głowę i nic nie mówiła, ale oczy się zaszkliły, a po chwili dwie łzy spadły na ciemną suknię podróżną. Charlotta podała jej haftowaną chusteczkę jedną ręką, a drugą poklepała po zaciśniętych dłoniach.

— Zamówimy ci pantofelki bez obcasików. Takie całkiem płaskie, ale nie płacz proszę. Oprócz kropek będziesz miała cały nosek czerwony, a jutro w Dreźnie musimy pięknie wyglądać.

Charlotta jeszcze raz delikatnie poklepała Marię Teresę po ręce, wstała i podeszła do drzwi swojej sypialni. Pociągnęła za szarfę od dzwonka i spokojnie powiedziała:

— Będzie dobrze, Tereso. Zobaczymy jutro, może kogoś nie wymieniłam z naszej sfery, może ze Szwecji będzie młody książę, a nic o nim nie słyszałam.

Charlotta skończyła mówić, bo na szczycie wagonu drzwi się rozsunęły i do salonu weszły pokojówki. Z nimi obie damy w ciszy zagłuszanej miarowym stukiem kół zniknęły w swoich sypialniach, gdzie musiały być rozebrane z ciężkich zimowych sukien podróżnych. Teresa jak nigdy stała niespokojnie. Nerwowo przestępowała z nogi na nogę, a w końcu zaczęła pomagać pokojówce rozsupłać kokardy przy ciasnym gorsecie, który wybitnie dziś ją męczył. Załamana słowami Charlotty, która miała tak uznanego męża, bardzo ciężko oddychała, a ciasne metalowe pałąki gorsetu dosłownie wrzynały się w jej żebra. Z każdym haczykiem, z jakiego spadała mocna, jedwabna sznurówka, jej oddech się pogłębiał, a serce bardziej porywczo biło.

Jeszcze bardziej łomotało, kiedy następnego dnia zakrytym powozem zaprzęgniętym w czarne konie przykryte granatowymi derkami ze złoto haftowanym herbem Wettynów wjeżdżała przez najwspanialszą bramę prowadzącą na dziedziniec pałacu Zwinger. Jej barokowe ozdoby dosłownie kłuły w oczy swoimi wymyślnymi sztukateriami, a wysoko zwieńczona nad nią korona jakby się unosiła w powietrzu na czterech kolumnach w narożnikach. Te zaś składały się z kilku wąskich kolumn, a z ich głowic wylewały z się liczne rzeźby ludzkich postaci splecionych z unikalną, nieznaną roślinnością. Dopiero z tego wyłaniała się czarna kopuła objęta złotymi ramionami królewskiej korony. Na szczycie kopuły umieszczono rozstawione na cztery strony świata złote orły ze skrzydłami na wpół rozpostartymi, gotowymi do wzlotu. Wyżej, nad nimi, kolejna, siedmioramienna, tym razem ażurowa korona z czystego złota.

Na boki od bramy zwanej Kronentorem rozchodziły się krużganki również bogato zdobione i wsparte na lekkich kolumnach. Otwory między nimi tworzyły symetryczne łuki, a całość po bokach łączyła się z dużymi, piętrowymi budynkami.

Powóz objechał dziedziniec i zatrzymał się przed samym wejściem do pałacu tak innym niż jej rodzinnym w Belgii czy pałacami w Austrii. Do tamtych wjeżdżało się do środka potężnej sieni i suchą stopą przechodziło do bocznych korytarzy. Tu niestety trzeba było otulić się szczelnie w ciepłe płaszcze, naciągnąć na głowę kaptury i wystawić się choć na chwilę, na kilka kroków, na zimny powiew mroźnego wiatru.

Pierwsza wysiadła Luiza, bo jak zawsze siedziała przy samych drzwiach zwrócona tyłem do kierunku jazdy. Za nią ostrożnie Charlotta wystawiła głowę, wzdrygnęła się, mocniej zaciągnęła kaptur prawie na czoło i ostrożnie zeszła po chwiejnym stopniu powozu. Od razu ostro ruszyła do wejścia i nie oglądała się za Teresą, która wolno wysiadała i patrzyła na rozległy dziedziniec. Zachwycała się bogactwem i lekkością nowo odbudowanego pałacu, który kilkanaście lat wcześniej był dość mocno zniszczony w czasie Wiosny Ludów. Nawet na progu drzwi jeszcze się odwróciła popatrzyła na dziedziniec ze wspaniałą bramą.

Mroźne promienie słoneczne delikatną, siną poświatą rozświetlały złocenia i blado iskrzyły się na śnieżnych czapach, jakimi były naturalnie udekorowane wszystkie figury krużganków. Westchnęła, potupała nogami i weszła do dużej sieni, która była wysoka na dwa piętra, a na boki tuż przy wejściu ciągnęły się w głąb dwa korytarze. Były bardzo jasne, bo z jednej strony prawie całą ścianę zajmowały wysokie okna. Wkoło nich wiło się mnóstwo rzeźbionych zawijasów, a one z daleka wydawały się przeplatać jak węże w dzikiej roślinności. Natomiast z sufitu dosłownie kapało złoto, a kryształowe kandelabry dopełniały wystroju.

Maria Teresa dyskretnie, choć z wielkim zaciekawieniem, rozglądała się po wszystkich pomieszczeniach, jakie mijali. Na szczęście nikt na nią nie zwracał uwagi, bo według hierarchii, jaka zawsze i wszędzie obowiązywała, szła ostatnia. Przez to nikt na nią nie patrzył, a mijana służba stawała po bokach i kiedy Maria Teresa ją mijała, wszyscy akurat byli w głębokim ukłonie.

Przed wejściem do poczekalni, gdzie musiały spędzić kilka minut, a potem przejść do sali, w której miało nastąpić oficjalne powitanie, wszystkie panie zdjęły wierzchnie okrycia. Każda delikatnie poprawiła uczesanie, skontrolowały się w lustrach, bo tych było wszędzie pełno. Zaakceptowały nawzajem swój wygląd i weszły do środka. Charlotta od razu usiadła w dużym fotelu przy stole i nalała sobie szklankę wody. Obok niej miejsce zajęła Luiza, a Maria Teresa zaś obeszła cały salon, oglądając portrety na ścianie. Dłużej postała przy jednym z okien i patrzyła na piętrowy budynek z niezliczoną ilością okien, których w pałacu Zwinger było znacznie więcej niż w każdym innym zamku czy pałacu.

— Jak tu pięknie, Charlotto. Tak lekko i bardzo wystawnie. Nasz zamek jest przy tym pałacu strasznie ponury i ciemny.

— Bo tu jest barok, a nasz?

— Nie wiem, Charlotto. Stary jest. Tatko zawsze powtarzał, że ma ponad pół tysiąca lat — Maria Teresa przeszła do następnego okna i mocno pochyliła się do przodu. Nos prawie przystawiła do samej szyby.

— Tereso, proszę się zachować — delikatnie skarciła ją Charlotta. — Proszę usiąść przy stole, dłonie proszę złożyć, jedna nad drugą na kolanach i cierpliwie czekamy na wezwanie.

— Och, Charlotto, ja już nie mogę siedzieć, bo mnie wszystko boli — tłumaczyła się, ale posłusznie usiadła i splotła dłonie. Całkiem spokojnie, ze spuszczoną głową patrzyła na misternie zdobiony blat stołu. W poczekalni zapanowała absolutna cisza i dzięki temu słychać było zawczasu zbliżającą się osobę. Dynamiczne kroki natychmiast wzbudziły kolejne emocje w sercu młodziutkiej Marii Teresy. Wraz z otwarciem drzwi pierwsza wstała i ruszyła na środek, ale Charlotta szybko podążyła za nią i ostro pociągnęła za bufiasty rękawa przy nadgarstku. Nic jednak nie mówiła, bo do poczekalni wszedł majordomus i zaprosił damy do Francuskiej Sali, gdzie oczekiwał sam król Saksonii. Po otwarciu drzwi okazało się, że na sali oprócz króla zgromadzona była większa grupa mężczyzn odświętnie ubranych.

Przywitalna audiencja trwała krótko i przejęta wszystkim Maria Teresa nawet nie zdążyła się zorientować w zawiłych koligacjach. Prezentacja rozpoczęła się od Charlotty, później było wszystko o niej samej.

— Maria Teresa Ludwika Leopoldyna, córka króla Belgii Leopolda I Koburga i hrabiny Montgomery Caroline Bauer  powoli i dokładnie wypowiadał słowa sekretarz stojący przy tronie króla Saksonii Jana Wettyna.

Maria Teresa zerknęła na króla i na bok, na wysokiego mężczyznę ubranego w ciemne obcisłe rajtuzy i granatowy surdut ciasno przylegający do szczupłego torsu. Zauważyła jeszcze biało czerwoną szarfę, jaką był przepasany i wystraszona skłoniła się głęboko, aż poczuła, że metalowe pręty gorsetu wchodzą jej w brzuch. Wstrzymała oddech, podniosła się i na wszelki wypadek ponownie dygnęła. Nie patrzyła na nikogo, kiedy wymieniano męskie osobistości. Przejęta jak automat łapała za brzegi szerokiej sukni, dygała, pochylała głowę i przesuwała się kilka kroków za Charlottą. Jej wzrok lustrował tylko kolorową posadzkę wystawnego Francuskiego Salonu, w którym odbywała się audiencja.

— Książę Ludwik II Wittelsbach, książę Karol Wittelsbach, książę Janusz Koniecpolski, książę Maksymilian Thurn und Taxis.

W dalszej kolejności po lewej stronie od tronu byli niżsi rangą arystokraci i przy nich nie było już dokładnych rodowych tytułów. Wymieniano jedynie hrabiego Saksońskiego, Bawarskiego, Czeskiego i Galicyjskiego. Przy kolejnych nazwiskach Maria Teresa słyszała tylko głośne strzelanie męskich trzewików, a nazwiska zlewały się z tytułami.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 45.99
drukowana A5
Kolorowa
za 74.7