E-book
5.61
drukowana A5
56.64
Ognisko Na Drugim Brzegu

Bezpłatny fragment - Ognisko Na Drugim Brzegu

Saga Dzieci Niczyich


Objętość:
408 str.
ISBN:
978-83-8126-998-8
E-book
za 5.61
drukowana A5
za 56.64

Prolog

Chociaż mężczyzna wiedział, że dzieciaki są za młode na historię tak brutalną, rozumiał, że muszą poznać prawdę o sobie, o bohaterach, których im przedstawia, oraz o tym, co jest ich przeznaczeniem. Mała jest odważniejsza, chociaż to jej brat jest tym wygadanym i pewnym siebie.

— Nie bójcie się tego, co wam mówię — uspokoił ich któregoś wieczoru, gdy przedstawił pewne wydarzenia nieco ostrzej, niż powinien. — ta opowieść jeszcze trochę potrwa, ale bardzo chcę, żebyście poznali ją całą.

Rozczochrany chłopak przełknął ślinę i spojrzał na kamienne sklepienie pokoju. Uciekał wzrokiem, jednak był wyraźnie zafascynowany tym, co opowiada im mężczyzna.

Dobrze rozumiał te ruchy i zachowania. Znał podstawy psychologii i jak na dłoni wyczytał sprzeczność w chłopaku, chęć poznania reszty wydarzeń, a także strach przed tym, co może usłyszeć.

— Już nie mogę się doczekać — wypalił, choć ton wskazywał na co innego. — Proszę, mów dalej!

Dziewczyna wtuliła się w braciszka, który wyjątkowo nie oponował i okrył ich oboje grubym pledem.

— Wredne wampory — zakwiliła smutna. — Biedna Pani Światła.

— Wampiry, El — poprawił ją chłopiec, znacznie spokojniej, niż zrobiłby to tydzień temu.

Widząc to, ich prywatny narrator pogładził się po kilkudniowym zaroście. Wyciągnął zza pazuchy placki ryżowe, które szybko wzięli z błyskiem ekscytacji w oczach. Odchrząknął i znów zaczął snuć swą opowieść.

Rozdział I

— Nie ruszajcie się — nakazał reszcie spokojnym głosem, wiedząc, że z dawna wyczekiwana chwila właśnie nadchodzi.

Szalejące wokół płomienie odbijały się od lodowej, półprzezroczystej kopuły baśniową poświatą. Powierzchnia magicznej bariery parowała i topiła się, tańcząc w szaleńczych spiralach, kiedy języki ognia smagały jej zewnętrzną część. Myśl o wskoczeniu w ten szalejący ogień była co najmniej przerażająca, jednak wiedział, że to jedyny sposób na ocalenie reszty i stawienie czoła swoim własnym demonom. Tak, by raz na zawsze je przegnać.

Wziął bukłak i cały oblał się wodą, by zapewnić sobie choć chwilową osłonę przed oparzeniami, po czym jednym susem wyskoczył w skwar. Piękna Selia nie zdążyła go zatrzymać, a para mistyków z przerażeniem utrzymywała swoją lodową tarczę, chroniącą ich wszystkich od strawienia przez ognie z pułapki zastawionej przez Nathana i Eliona zeszłej nocy.

Kiedy już wyskoczył i otoczyły go płomienie, wstrząsający ból momentalnie targnął jego ciałem. Woda ściekająca po jego ciele natychmiast zaczęła się gotować i parować. Krzyk Selii, przerażający, pełen błagania o zatrzymanie się i zaniechanie tego szaleńczego ruchu, dotarł do niego dopiero po chwili. Sam był zaskoczony tym, że opuścił bezpieczną kopułę, nawet, mimo iż wiedział, że i tak będzie musiał ścigać napastników. Zasadzka była tylko dywersją i szansą dla Selii oraz reszty.

Nie pomylił się. Wróg oddalił się tuż poza zasięg pożaru. Spokojnie czekali na Nathana.

— Przeklęte sępy — warknął przez zaciśnięte z bólu i gniewu zęby. — Dopadnę was i raz na zawsze zakończę wasze życia!

Mówił bardziej do siebie niż do dziesięciu ludzi wokół pożaru, groteskowo stojących niczym znudzeni wędrowcy ogrzewający się przy ognisku.

Dziesięciu. Dziesięciu asasynów, w tym sam Stan Vorph, którego rozpoznał po nieco odróżniającej się masce i charakterystycznej, niskiej posturze. Cierpliwie obserwował skręcające się w konwulsjach ciała trzech jego pobratymców, którzy nie zdołali uskoczyć poza zasięg rażenia i czekał. Z chorą determinacją w postawie, czekał na Nathana.

Stary Mae pokonał morze ognia w kilku pociągłych susach. Skóra na jego odsłoniętych przedramionach pokryła się bąblami, nieliczne włosy spłonęły doszczętnie w jednej krótkiej chwili, spodnie i buty zajęły się żywym ogniem i kiedy tylko wylądował między dwoma zabójcami, otrzepał się szybko i w piorunującym tempie dobył swoich ostrzy. Zablokował ciosy, które w niego wymierzyli i szybką kontrą pozbawił życia dwóch niczego się niespodziewających napastników. Chociaż niemal wszyscy byli młodzi i niedoświadczeni, pozostało jeszcze przecież ośmiu, a wśród nich sam Stan Vorph, który był największą obawą starego mężczyzny w osmolonej kamizelce.

— Mae — warknął Stan i doskoczył go prędko. — Nikt nie ucieka z gildii, rozumiesz? Nawet jej mistrz!

Uskoczył przed jego cięciem i nieomal nadział się na wystawioną broń należącą do jednego z tych siedmiu przeciętnych wojowników, pozornie niezdolnych do skrzywdzenia doświadczonego Nathana Mae. Ciął nieszczęśnika stojącego mu na drodze w wykroczną nogę, ale ostrze nie zatopiło się głęboko. Atakowany jęknął z bólu, dając Nathanowi okazję do ucieczki. Skorzystał z niej i oddalił się na północ, w kierunku Foridy, najszybciej jak potrafił.

— Jazda, na co czekacie — usłyszał wrzaski Stana za swoją głową.

Wydawało się, że dźwięk się nasila, pomimo tego, jak krótkie było to zdanie.

Stan był szybki. Dużo szybszy i sprawniejszy niż te wszystkie lata temu.

Nathan także miał w zanadrzu kilka sztuczek. Wyciągnął z kieszeni małą paczuszkę z lontem przytwierdzonym do draski. Krótkim ruchem zapalił przygotowaną petardę i obracając się bez zwalniania biegu, cisnął nią pod nogi swojego ucznia z dawnych lat, następnie — choć wydawało się to niemożliwe — jeszcze szybciej wyrzucał nogi do przodu.

Bezgłośny wybuch wytrącił biegnących z równowagi i pokaleczył lekko dolne części nóg przywódcy pościgu. Upadł, ale szybko ponownie zerwał się na równe nogi i biegł za oddalającym się Nathanem. W oddali syk płomieni słabnął; Nathan poprosił w myślach Panią Światła o siłę dla Lany Salathiél i Solomona Neswortha. Modlił się, aby utrzymali lodową barierę jeszcze przez chwilę, by osłonić się przed płomieniami, a także zamaskować ten pościg.

Szybko jednak odrzucił myśli o swoich przyjaciołach, nawet o samej Pani Aerilii. Stan Vorph był przerażająco zwinny i niebezpieczny, więc całą swoją uwagę musiał skupić na nim. Nathan był dużo bardziej doświadczony i niezrównany w walce, ale wiek dawał o sobie znać, zwłaszcza podczas biegu. Stawy trzeszczały, bolały i odmawiały posłuszeństwa i pomimo najszczerszych starań, słyszał kroki pościgu coraz bliżej. Wiedział, że następna bomba byłaby bez problemu wyminięta, więc nie warto jej tracić.

Wytrzymaj jeszcze trochę, mówił do siebie. Tak, żeby Selia i reszta nie słyszała odgłosów bitwy. Żeby nie przyszli ci z pomocą. Jeżeli pisane ci zginąć, stary skurwielu, to zgiń z podniesionym czołem, ale, na Światłość, nie masz prawa pozwolić, aby coś stało się powierniczce Pani Aerilii.

Chociaż chciał już się nie rozpraszać, ten krótki monolog jakby dodał mu sił. Wyrzucał nogi daleko, robił kolejne wielkie susy, pokonywał dziesiątki kroków, setki; zdawało mu się, że biegł już kilometry. Już niedługo będzie wystarczająco daleko. Trakt był pusty, nikt mu nie przeszkodzi. Zaraz dopełni się jego przeznaczenie.

— Mae, do cholery — wrzasnął za nim Stan. — Nie rzucę ci noża w plecy. Zatrzymaj się i walcz jak mężczyzna. Zatrzymaj się!

Nathan wiedział, że istotnie by tego nie zrobił. Nawet gdyby w tym pościgu miał szansę na ucieczkę, Stan Vorph nie powstrzymałby go w ten sposób. Na szczęście dla Stana, Nathan wcale nie chciał uciec. Tak jak ścigający go młodzian, chciał konfrontacji.

— Zatrzymaj się. I daj mi tę walkę — wrzeszczał, a w jego głosie przebrzmiewała wyraźnie błagalna nutka. Nie dawał po sobie znaków zmęczenia, mówił wręcz dziwnie spokojnie i miarowo.

Stary, osmolony mężczyzna odetchnął bezgłośnie i zacisnął usta. Już wystarczy. Już dość daleko. Sam nie wiedział, czy te słowa pojawiły się w jego myślach jako jego własne, czy może należały do Pani Światła bądź jeszcze kogoś innego. Nie wiedział nawet, czy przypadkiem nie zostały wypowiedziane na głos. Zaczął zwalniać. Przeszedł jeszcze kilka metrów spokojnym truchtem, żeby uspokoić bijące jak oszalałe serce. Tak daleki sprint wykończył jego starcze ciało. Odwrócił się i spostrzegł, że Stan nakazuje swoim podwładnym utworzyć krąg wokół nich. Mimo wyjątkowo spokojnego głosu również był zmęczony, ale nawet nie w połowie tak bardzo, jak Nathan.

— Mae. Stary, słaby, chorowity Mae.

Nie zwracał uwagi na jego docinki. Udało mu się uspokoić oddech, chociaż mięśnie wciąż drżały po wielkim wysiłku.

— Dwadzieścia lat czekałem na ten moment. Dwadzieścia… — Stan się zamyślił, jakby próbował doliczyć dokładnej liczby. Zduszonym głosem wycisnął z siebie: — to już ponad dwadzieścia lat.

— Tyle czasu minęło? — zapytał szczerze zaskoczony Nathan. Po raz pierwszy od dawna zastanowił się przez chwilę, ile właściwie zim widziały już jego oczy; przestał liczyć swój wiek dawno temu i nie potrafił podać nawet przybliżonej liczby.

— Nie było dnia, abym nie myślał o twojej zdradzie. Dzień i noc, przy każdym posiłku, przy każdej sposobności, miałem przed oczyma ciebie. Zostawiłeś mnie. Byłeś mi jak rodzic, z dnia na dzień straciłem jedyną osobę, która o mnie dbała. Wybawiciela, nauczyciela, przyjaciela… Przybranego ojca. Nie powiedziałeś nic, zniknąłeś przed ukończeniem mojego szkolenia, zanim osiągnąłem gotowość do życia i zanim zdążyłeś nauczyć mnie, jak żyć. Zdradziłeś mnie.

— Nie zdradziłem nikogo. Zawsze byłem wierny tylko jednej.

Stan parsknął zniesmaczony. Wiedział, że im dłużej czeka, tym więcej sił odzyska jego dawny mentor. I bardzo dobrze. Chciał, aby był w pełni sił. Widział tylko Nathana, nie zwracał uwagi na okrążających ich współtowarzyszy z gildii — oni nie będą brać udziału w pojedynku, cokolwiek by się nie stało. Myślał tylko o walce uczciwej, w której nikt nie będzie miał żadnej przewagi.

— A ty wciąż o tych z dawna zapomnianych zabobonach. Już nawet wieśniacy nie czczą Światła. To z dawna zapomniana historyjka, ludzie nie czczą już nikogo i niczego. Nie znajdziesz kapliczki ku jej czci, klechy, kapłanki, świętych ksiąg w zbiorach czy wreszcie namacalnych efektów jej działania.

Nathan ściągnął usta w cienką linię. Wiedział, że Stan ma dużo racji, jednak każde wspomnienie o tym, jak mało ważna stała się Pani Aerilia dla tego świata bardzo go złości i boli.

— Byłeś kimś wielkim. Byłeś jednym z największych i najzdolniejszych. Zostawiłeś… nas — rozłożył ręce, omiatając zebranych współbraci. Nathan spostrzegł na jego przedramionach świeże oparzenia. Choć było to trudne do spostrzeżenia, mógł przysiąc, że kiedy Stan wyskakiwał z pułapki, ręce Stana były nienaruszone. Najpewniej obłęd tego ucznia sięgał tak głęboko, że widząc ślady ognia na rękach nauczyciela, chciał wyrównać wszelkie szanse i świadomie wystawił się na działanie płomieni jeszcze zanim zaczął się pościg.

— Nie zdradziłem nikogo — powtórzył spokojnie Nathan. Zupełnie porzucił swoją grubiańską postawę i pozwolił, aby spokój, który zawsze towarzyszy jego myślom się uzewnętrznił. Robił to niezmiernie rzadko, życie nauczyło go, że dużo łatwiej jest być twardym i surowym, gruboskórnym, a nawet ordynarnym. Gdyby Selia i reszta teraz go widzieli…

Vorph zdawał się zauważyć jego wyciszenie. Przyglądał mu się zaciekawiony i zaczął go okrążać, taksując czujnym okiem i szukając jakiejś przewagi. Asasyni stworzyli zwarte koło, uniemożliwiając ucieczkę, gdyż nie wiedzieli, że Nathan wcale nie chciał odejść. Chciał walczyć. Chciał zmierzyć się ze swoim uczniem, chciał zobaczyć, czy pogłoski o jego wyjątkowości i wielkiej sprawności są prawdziwe. I najważniejsze — chciał pozbyć się tego, co ciążyło na jego świadomości i trzymało go tak długo w Dalii, w nieuczęszczanych okolicach Przepaści Ruun oraz w kilku swoich wyludnionych, opustoszałych kryjówkach.

Ku swojemu zdziwieniu stwierdził nagle, że po raz pierwszy od tych dwudziestu trzech lat jest gotowy na to spotkanie. Momentalnie przypomniało mu się wszystko, zarówno ile dokładnie czasu minęło od ich ostatniego spotkania, jak i nawet jego wiek. Z tą świadomością uspokoił się zupełnie, tak fizycznie, jak i psychicznie.

Stan był już dorosłym mężem i nie było w nim tego chłopca, którym go zapamiętał. Chociaż w tym, jak mówił, jak patrzył, w swoich ruchach i nastawieniu było tak wiele żalu i urazy, ile można znaleźć tylko w opuszczonych dzieciach.

— Zaczynaj — rzucił wreszcie w kierunku zamaskowanego Vorpha. — Skończmy te gierki.

Młodszy asasyn błyskawicznie doskoczył Nathana, jakby czekając na tę komendę i wyprowadził serię uderzeń. Wykonał siedem precyzyjnych cięć, dwa w górne partie ciała, trzy w dolne i jedno w głowę.

Nathan uniósł swoje ostrza i falującymi ruchami zbił wszystkie ataki przeciwnika. Obrócił się przy tym dwukrotnie, precyzyjnym piruetem olśniewając obserwujących zajście skrytobójców. Wiedzieli, że nikt z nich nie mógł się równać z samym Nathanem Mae, Tańczącym Ostrzem, legendą z dawnych lat.

Jego przeciwnik był niewzruszony i zdawał się za nic mieć pokaz sprawności człowieka, który mógłby być jego ojcem, a może nawet dziadkiem. W podobnym piruecie wyprowadził zamaszyste uderzenie, które przecięło skórę na ramieniu Nathana.

Nie poczuł bólu, gdyż cięcie było bardzo płytkie, ledwo przebiło się przez bąble i otworzyło skórę, lecz Vorph dostrzegł krew i podążył jej tropem. Wykonał obszerny przewrót w tył i kiedy wylądował trzy metry od Nathana, dobył dwóch sztyletów do rzucania jeszcze zanim rywal zdążył zareagować. Cisnął nimi z całej siły, nie bacząc na ryzyko zranienia stojących w kręgu.

Nathan odbił jeden z pocisków, ale drugi drasnął go w prawy bok, choć i ta rana nie była niebezpieczna. Jednak pomimo małej szkody był pewien, że na twarzy Stana, pod żelazną maską zagościł uśmiech. Znalazł jakąś lukę, zaniedbanie w prawej gardzie starego mistrza, zależałą niedoskonałość, którą może kiedyś zlekceważył przez zbytnią pewność siebie i wybujałe ego.

Pociski poszybowały w krzaki przy drodze, zupełnie niedaleko głowy jednego z otaczających ich zabójców, który aż dygnął, ale nie zmienił swojej czujnej pozycji.

Stan wyskoczył w powietrze i pikując w dół, wyrzucił jeszcze jedno ostrze, tylko po to, żeby Nathan musiał je odbić, co uniemożliwi mu kontrę.

Wówczas zaatakował lewe ramię, tym razem skutecznie. Wbił ostrze głębiej. Zdecydowanie głębiej.

Nathan głośno wypuścił powietrze z przerażeniem budzącym się w oku. Młodszy od niego mężczyzna doskonale rozgryzł jego tok myślenia. Kiedy skupił się na poprawie swojej gardy nad prawą ręką, Vorph uderzył w zupełnie inny sposób, w lewą stronę. Przechytrzył go. Jednak nie poddał się — bywał już w gorszych tarapatach. Sam wyprowadził szybką serię, nie bacząc na ból rozdzierający rękę, ciął tak z prawej, jak z lewej. Zupełnie nagle to Stan był w defensywie. Cofał się i próbował przechylić szalę na swoją korzyść, ale nie zdołał. Jeszcze tylko raz zdołał wyprowadzić skuteczny atak, ale zaraz potem ponownie został zepchnięty do defensywy. Nathan był szczerze zdziwiony — wszystko wskazywało na to, że ten krótki pojedynek zaraz się zakończy.

— O, Światłości — wyszeptał pod nosem przez zaciśnięte zęby podekscytowany i przerażony Nathan. — Proszę skromnie, ześlij swoje Światło… do mnie!

Ostatnie słowa modlitwy wykrzyczał. Znalazł ten punkt. Ten maleńki, chyba tak mały, jak główka od szpilki. To jedno miejsce, które obserwował przez cały tok szkolenia Stana Vorpha wszystkie te lata temu, zanim Pani Światła objawiła się w Selii Libreanum, kiedy Stan szkolił się pod jego okiem. Szczegół tak drobny, tak nieistotny, że nikt inny oprócz wybitnego Nathana go nie zauważył.

Ten niekontrolowany ruch, ledwo kilka milimetrów w tył, niemal dygnięcie, które kosztowało Stana życie. Jego nauczyciel, zrezygnowawszy już całkiem z pozorów buty i pyszałkowatości, uronił łzę, wiedząc, że to już koniec. Jakby dla podkreślenia dramaturgii, maska asasyna odpięła się i upadła, tak, jak upadły wszelkie maski, które nosił Nathan Mae.

— Jak — zdołał wychrypieć Stan Vorph, dogorywając w ramionach swojego nauczyciela, który złapał go w połowie upadku na ziemię, następnie położył na swoich kolanach. Zabójcy zebrani wokół ruszyli do przodu, ale zaraz się zatrzymali.

Nathan zwiesił smutno głowę. Drżał z powodu stoczonej bitwy, jak i przez ostatnie, feralne pchnięcie. W oku zakręciła mu się kolejna łza, bo chociaż Stan Vorph znajdował się po tej stronie ostrza, po której można znaleźć jedynie wroga, zawsze był jego ulubieńcem. Istotnie był mu jak syn.

— Znam cię lepiej, niż ty sam znasz siebie. Umiem patrzeć. Obserwować — zamknął oczy i zbliżył usta do jego ucha. — Widziałem tę drobnostkę wiele lat temu i nigdy nie zapomniałem.

— Drobnostkę — naciskał słabym głosem. Złapał ostatkiem sił za kurtę Nathana. — Jaką drobnostkę?!

Nie odpowiedział mu. Z zaciśniętych, pomarszczonych powiek popłynęła jedna łza, kiedy przycisnął tego wybitnie uzdolnionego, ale porywczego i nierozważnego mężczyznę. Mężczyznę, którego szkolił jako dziecko, którego na zawsze zapamięta jako chłopca. A także jako bojownika, którego sprawność przewyższała wszystkich poprzednich rywali Nathana, nawet pomimo faktu, iż walka była tak krótka.

Z drugiej jednak strony, to nie fizyczna zdolność do bójki była najgroźniejszą bronią Stana i największą trudnością w tym pojedynku. Nathan Mae walczył głównie ze swoją własną przeszłością oraz silnymi emocjami skierowanymi ku młodemu Vorphowi. Sam sobie był największym wrogiem w tej walce.

Czuł, jak palce zaciskające się na jego odzieniu słabną, a po chwili sztywnieją. Położył czule jego ciało i ułożył je z największą czcią. Jednocześnie kątem oka obserwował skonsternowane ruchy otaczających ich obserwatorów w żelaznych maskach.

Podniósł się szybko i zdecydowanie. Ręka rwała jak cholera, z największym wysiłkiem powstrzymał się od sapnięcia z bólu, który zupełnie nagle się obudził, zajmując miejsce smutku i żalu.

— Zabierzcie swojego mistrza i pochowajcie go. A mnie puśćcie wolno.

Początkowo nawet się nie ruszyli. Wpatrywali się w niego, a spod tych żałosnych masek wpijali w niego oczy, które zdradzały rozmaite emocje; strach i uznanie; żal i niezrozumienie; nienawiść i agresję.

— Powiadam wam ponownie, puśćcie mnie wolno.

Jeden z nich się poruszył. Uniósł dłoń do reszty i wyszedł naprzód. Zbliżył się ostrożnie do Nathana, jego obnażona broń połyskiwała złowróżbnie. Nathan walczył z całych sił, aby nie krzyczeć z bólu i zachować pewny mars.

Zamaskowana, szara i złowroga twarz znalazła się tuż przed jego własną. Śmiałek nie powiedział ani słowa. Po kilkunastu sekundach usunął się w bok i zapraszającym gestem otworzył ścieżkę staremu Nathanowi.

Kiwnął mu głową ni to w podziękowaniu, ni to wyrażając zgodę i oddalił się spokojnym, powolnym krokiem. Nikt za nim nie pobiegł, nikt nie rzucił sztyletem — wiedział, że nawet najmłodszy żółtodziób nie mógłby w ten sposób zaatakować samego Nathana Mae. Nikt nic nie powiedział. Nikt nie próbował go zatrzymać.


Był wiele zdumiony tym, jak bardzo intensywny jest ból ręki. Jego ciało było poznaczone bliznami i często cierpiał katusze. Poza tym przecież nie tak dawno temu świadomie mocno się poparzył, kiedy wskoczył we własną pułapkę, a ledwo to zauważył.

Kiedy był już w bezpiecznej odległości od asasynów, którzy zabrali ciało Stana Vorpha i zaczęli oddalać się na północ, ocenił stan przedramienia. Ku swojemu zdziwieniu zauważył, że cięcie nie jest tak głębokie, jak mu się wcześniej wydawało, ale z rany sączy się bąbelkami zielonkawa wydzielina. Zdaje się wżerać do samych nerwów i niemal niezauważalnie parować.

— Nosz kurwa mać — wycedził zdrowo rozsierdzony. — Niech cię szlag, Vorph.

Oczywiście, stary durniu, rozmyślał gorączkowo. Ostrze było zatrute. Myślisz, że po co ten uskok, to skrócenie dystansu, sztyleciki, pozornie niegroźne pierwsze pchnięcie i tak dalej? Nawet nie widziałeś, stary, zgrzybiały dupku żołędny, kiedy pokrył swoją broń trutką.

— Załatwił cię tak, jakbyś to ty był młodzikiem. W końcu to twój uczeń — mruknął z przekąsem na głos sam do siebie, jako podsumowanie tych gorączkowych myśli. Co teraz zrobić?

Oceniał, jak poważna jest rana. Nie miał apteczki i nie wiedział, jak daleko od miasta czy jakiejkolwiek osady się znajduje. Jeżeli szybko nie zajmie się tym problemem, zginie.

— Lepiej, żeby długowłosy chłoptaś pamiętał nasz plan — mruknął, uśmiechając się półgębkiem.

Rozdział II

Obudziła się po nieprzyjemnym, otępiającym letargu na skraju lasu. Jej usta były wysuszone, a oczy opuchnięte. Kiedy spróbowała wstać, jęknęła tylko z bólu i przewróciła się na bok.

Wygląda na to, że znajduje się pośrodku niczego. Co się właściwie stało? Ciężko było zebrać myśli, kiedy w głębokim odrętwieniu, każda część ciała zdaje się rozdzierać na pół i pali jakby żywym ogniem. Skojarzenie bólu z płomieniami przypomniało jej jakiś szczegół. Tak, była pewna, że szła z kilkoma osobami. Z Laną, Solomonem i Elionem Lisiviusem Voernem do lochów Neridy, racja? Był ktoś jeszcze… No tak, Nathan Mae.

Z tym że… Nathan odłączył się od grupy wcześniej… Tak jej się przynajmniej wydawało.

Przygładziła rozwichrzone włosy, wyciągnęła z nich kilka patyczków i szyszek. Spostrzegła, że jej ręce trzęsą się jak oszalałe i nie potrafi tego opanować, do tego stopnie, że gdyby ujrzał ją ktoś z zewnątrz, niechybnie ujrzałby w tym drżeniu atak epilepsji.

W głowie zaświtała kolejna myśl. Ktoś jeszcze im towarzyszył. Tak, Kornelia. Kornelia, na pewno tak się nazywała… Kornelia? Dlaczego z nimi szła… I jak właściwie się tutaj znalazła?

Złapała się za podbrzusze, przewróciła na bok i zwymiotowała, sama nie wiedziała dlaczego. Chyba z bólu, męczącego i wynikającego bardziej ze zmęczenia, może przez ten dziwny, rozmyty obraz, którego nie może uchwycić i tylko majaczy w podświadomości i straszy.

Kogoś jej brakowało, kogoś bardzo bliskiego…

Nagle pojawiło się olśnienie. Ten rodzaj olśnienia, który odbiera siły i budzi nieprzyjemne uczucie osłabienia w całym ciele, tego żałosnego i pełnego strachu skurczu, przejmującego kontrolę i wytrącającego z równowagi. Początkowo nie mogła wydusić ani słowa, jej usta się rozwarły, oczy szeroko otworzyły i zakołysała w nich jedna łza.

— Pani! — sapnęła wreszcie bezgłośnie, zrywając się na równe nogi pomimo tępego, ćmiącego bólu i braku władzy w członkach. I w tej chwili przypomniała sobie wszystko.

Wszystko.

„Nie bój się. Ani ja, ani ty nie jesteśmy ważne. Dopełniłaś swojego zadania. To dzieci są kluczem do wszystkiego. Dzieci Niczyje. To, co się dzieje… Manifestacja… to jedyny sposób”.

Niektóre słowa były jakby wypaczone, niektóre niepełne, a przerwy między wyrazami często wydłużone bądź sprowadzone do minimum. Wszystkie naraz brzmiały spójnie, lecz odpychająco, jak trzymająca się jednej tonacji melodia, źle jednak skomponowana, lub też zupełnie na odwrót — kwintesencja aranżacji przy akompaniamencie nienastrojonych instrumentów.

— Błagam, błagam, nie — załkała Selia. Upadła na kolana i złapała twarz oburącz, przyciskając się do zimnych kamieni. Płakała gorzko. — Pani Światła, błagam, wróć do mnie, co ja bez ciebie zrobię?

Wyglądała jak obłąkana. Nie dziwne; ta straszliwa Manifestacja zniszczyła wszystko, co było w niej wyjątkowe i wspaniałe. Zniszczyła cudowną, nieopisaną radość i umiłowanie, które czuła wraz z obecnością Pani. Nie potrafiła zrozumieć, że jest już sama.

Czy Aerilia zupełnie umarła? Czy została gdzieś zmieciona, ukryta… Wyłączona?

„Tym razem nie będziesz cierpieć. Obiecuję”, mówiła jej przed swoim zniknięciem. To zdanie jako jedyne było czyste i klarowne, niezniszczone, jakby odpowiednio zachowane.

Nie bacząc na to, kogo może do siebie przywołać swoim głośnym zawodzeniem, płakała jak małe dziecko. Chociaż nie pamięta swojej rozpaczy po stracie matki, straty, która zbiega się w czasie z okrutnymi przeżyciami z dzieciństwa, nie śmiała przypuszczać by tamta pustka i ból mogły dorównać ogołoceniu, wyzuciu z uczuć i sił, które teraz odczuwa. Choć w tym momencie tego nie wiedziała, te pierwsze łzy wypłakała bardziej ze strachu, niż ze smutku. Ze strachu przed nieznanym, przed życiem bez Pani, bez świadomości, że jest najważniejsza, wybrana, chroniona i niezwykła.

Choć obecność Pani Światła w jej ciele nie była uczuciem bezustannym, teraz z wnętrza ziała przerażająca nicość. Wyobraziła sobie, że czuje się jak kamień, na którym opiera się jej rudowłosa głowa. Tak zgięta płakała i zawodziła, załamywała ręce i wznosiła modły. Gorliwie i szczerze modliła się po raz pierwszy od swojej misji w Górach Szlachetnych, od niemal samobójczego rytuału Uświęcenia, gdy miała zdobyć dziewicze szczyty bez odpowiedniego przygotowania i sprzętu.

— Obiecałaś, o Pani, obiecałaś, że nie będę cierpieć — jęknęła z wyrzutem i od razu się zawstydziła.

Przypomniała sobie trudy Szlaku Głupców. Gryzący mróz, wiatr smagający jak bicze, głód i zezwierzęcenie, upokorzenie i niewygody, ciągły ból, katar i kaszel, objawy choroby wysokościowej, narkotyczne odjazdy i trudy uzależnienia, wreszcie walka z wilkiem, którego łeb spoczywa na jej ramieniu, a skóra okala zgięte plecy. Cały ten ból przeżyłaby chętnie jeszcze raz, aby tylko móc ponownie poczuć w sobie odrobinę życia, choć nikłą iskrę Pani Aerilii.

Chociażby tak słabą, jak po tym, gdy Pani Światła pohańbiła się, ratując Selię w Oak Crib, przez co straciła swoją moc i wspomniany rytuał był koniecznością. Aerilia była wtedy tak nieobecna, strącona w jakieś nieznane ostępy rzeczywistości, że myślała o niej wówczas jako odległym ognisku, którego ciepła nie może poczuć, ale widzi je w oddali i wie, że wytwarza ciepło niezbędne do przeżycia.

Gdy ta myśl stanęła w jej głowie, zrozumiała jak bardzo Aerilia ją miłowała, na tyle, że zaryzykowała nawet swoją świętość. Przywiodło to jeszcze większy żal, a w jej głowie zagościł jedynie niewypowiedziany smutek i nie przejmowała się zupełnie niczym przyziemnym.


*


— Nie odwracajcie się — wrzeszczał przez łzy Solomon do swoich towarzyszy. Miał przed oczyma twarz Lany, jej piękne oczy i uwodzicielski uśmiech. — Nie odwracajcie się!

Biegli co sił w nogach. Daniel, którego uratowali z lochów, był najwolniejszy, ale jak można winić kogoś, kogo ciało wygląda w ten sposób? Jakże wiele okrucieństw wyrządzono temu człowiekowi, pomyślał Solomon, ale sympatia do kogokolwiek innego, niż kapłanka Lana tylko na krótką chwilę zagościła w jego myślach.

Obiecał sobie, że zemści się na tej obrzydliwej kreaturze. Że jego moc i wiedza tak wielce urosną, że zniszczy tego skurwysyna, to chore, pierdolone, chłopięce wynaturzenie, które zabiło Lanę w tym przeraźliwym pojedynku, który widział z oddali. Walczy, zmaga się w największych trudach. Wreszcie, jej ciało bezwładnie uderza o ziemię. Pamięta tę scenę i dobrze wie, że będzie go prześladować w nocnych i dziennych koszmarach, wraz z migoczącym wizerunkiem wampira.

— Na Światłość, co z kapłanką? — pytał mechanik Elion, z którego czoła wciąż ziała otwarta rana. Wyglądał, jakby zaraz miał zemdleć, a twarz miał pozlepianą strużkami schnącej krwi.

— Nie odwracajcie się — ryknął ponownie z nieukrywaną agresją w tonie mężczyzna w szacie.

Kierowali się na północ. Wiedzieli, że muszą uciec, ciało Selii przejęła Pani Światła, a Vidrim przeistoczył się w Pana Ciemności, Saphraela. Jeśli zbliżą się do pola Manifestacji, najpewniej zginą i nie będą mogli pomóc Selii, jeżeli będzie ich potrzebowała.

Szybko oddalili się od przejmującej feerii barw, błysków i hucznych dźwięków Manifestacji. Nikt nie odważył się spojrzeć za siebie, ale co rusz upewniali się, że nikt ich nie śledzi. Natknęli się na trzech legionistów, którzy widocznie gdzieś zbłądzili, lub może zostali wysłani na patrol. Solomon wyskoczył do przodu i z gniewnym rykiem wyciągnął przed siebie obie dłonie, z których buchnęła tak intensywna fala uderzeniowa, że rozerwała ich skórę i mięśnie oraz połamała drzewa w odległości dziesięciu metrów. Kornelia z przerażeniem obserwowała, jak ciała legionistów w jakiś przedziwny, zapewne magiczny sposób nie odleciały do tyłu, żołnierze stali tam, gdzie przed atakiem i poruszali się, jeszcze zdając się żyć, ale czarodziej w ciemnoniebieskich szatach ich nie dobił. Nakazał biec dalej i ruszyli, przerażeni i roztrzęsieni, zarówno tym, co się przed chwilą wydarzyło, jak również olbrzymią mocą czaru Solomona Neswortha.

Byli już w północnej części lasu, lecz nie spotkali po drodze kolejnych żołnierzy. Wciąż biegli.

— Stop — sapnął Elion i szarpnął Solomona z ramię. Ten odwrócił się ku niemu i przeszył wzrokiem tak pełnym bólu i nienawiści, że mechanik aż wstrzymał na moment oddech. Jego dłoń dygnęła w kierunku mechanika, ale szybko się opamiętał i ją cofnął.

— Czego chcesz?

— Nie słyszysz?

Faktycznie, usłyszał coś. To kobieta, płacząca kobieta.

— Nic mnie nie obchodzi jakaś niewiasta — warknął Solomon, na co Elion zbliżył się do niego na odległość kilku centymetrów.

— Solomonie Nesworth — rzucił donośnym głosem, opluwając mu twarz. — Uspokój się i posłuchaj, co mówisz! Nie obchodzi cię płacząca kobieta? Tak zawodząca? Kim ty do cholery jesteś, nie poznaję cię. Wiem, co czujesz, rozumiem cię, ale, na litość Pani Światła…

Czarodziej jakby na moment oprzytomniał i jakby dopiero dotarło do niego, jak straszny ból musi czuć ta płacząca osoba. Wlepiał swój gniewny i zdeterminowany wzrok w mechanika, jednak ugiął się wreszcie i wyminął go, szturchając barkiem i wysuwając się naprzód.

— Za mną — rozkazał niechętnie i począł się zbliżać w kierunku źródła płaczu.

Z przygotowaną bronią podeszli do małej polanki pośrodku lasu.

Tam ją zobaczyli. Opadły im szczęki i rozwarli oczy. Solomon szepnął kilka słów pod nosem i przesunął rozpostartą dłonią przed swoimi oczyma, małym zaklęciem wyostrzając sobie wizję i upewniając się, że to faktycznie ona.

Nie potrzebowali żadnych dodatkowych zapewnień. Peleryna ze skóry wilka, ciemne rude włosy spływające subtelnymi falami, cudownie lśniąca biała zbroja. Któż to mógł być inny, jeśli nie Selia, wybranka Najwyższej.

Co ona tutaj robi, przecież ledwo chwilę temu była przed bramą i- i… walczyła z Vidrimem, a następnie miała miejsce Manifestacja. Dosłownie przed momentem, myślał Solomon.

— Selia? — powiedział ostrożnie zdziwiony Elion, podchodząc do niej. Kornelia z Danielem również się zbliżyli, a Solomon stał jak wryty. — Selia, to my, słyszysz nas?

Zapłakana kobieta uniosła swoją głowę. Oczy i całą twarz miała napuchnięte, dwa wartkie potoki łez i wydzielina z nosa spływały jej do ust. Wyglądała ujmująco smutno. Tak smutno, jak smutna potrafi być tylko osoba, która straciła wszystko. Jak dziecko, które obserwowało śmierć swoich rodziców.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 5.61
drukowana A5
za 56.64