E-book
21.84
drukowana A5
61.53
Ogar Boga. Teoria hybrydy

Bezpłatny fragment - Ogar Boga. Teoria hybrydy


5
Objętość:
417 str.
ISBN:
978-83-8104-439-4
E-book
za 21.84
drukowana A5
za 61.53

KSIĘGA I
NÓW

Rozdział I

~ KIRA ~

Obudziłam się z niemiłosiernym bólem głowy niczym po ciężkiej nocy spędzonej jedynie na piciu coraz to kolejnych drinków na czas razem z Fredericem po sukcesywnym polowaniu na mieście. Tylko on potrafił mnie upić aż do nieprzytomności (co wcale nie było takie łatwe z moim metabolizmem), podarowując mi z rana pięknego, niezwykle uciążliwego kaca. Zamrugałam, żeby widzieć wyraźniej, ale niewiele mi to pomogło — nadal wszystko było rozmazane, a mnie dręczyły mocne zawroty głowy.

Zaklęłam w duchu, próbując wyprostować nogi dotychczas podkurczone pod siebie. Na nagich łydkach i udach zobaczyłam niewielkie siniaki, jednak już w trakcie stopniowego gojenia. Mgliście przypomniałam sobie skrzynię wraz z którą wieziono mnie w bagażniku nieoznakowanej półciężarówki. Pewnie to właśnie o nią się poobijałam, gdy leżałam w środku w kompletnej ciemności i całkowicie nieprzytomna.

Zlustrowałam na wpółprzytomnym wzrokiem swoją celę. Betonowe ściany wyznaczały przestrzeń niewiele ponad szesnastu metrów kwadratowych. Ziemia pod moim ciałem była zimna i zamarznięta, a przez kraty nad głową sączyło się słabe światło oraz spadały niewielkie płatki śniegu, wirując w delikatnym powietrznym tańcu. Przyjrzałam się szaremu kawałkowi nieba widocznemu z dołu, a potem szarpnęłam się ostro, aby się podnieść. Ze złością spojrzałam na krótkie, srebrne łańcuchy i obręcze otaczające moje nadgarstki oraz kostki u nóg uniemożliwiające mi wstanie. Każda z obręczy miała kolce po wewnętrznej stronie, które przy gwałtowniejszych ruchach naruszały skórę i wbijały się w ciało. Ledwie mogłam się ruszać, nie mogłam się także przemienić, aby nie wyrządzić sobie poważnej krzywdy.

Spomiędzy moich ust wyrwało się gniewne mruczenie. Banshee przebudziła się w mojej podświadomości, nieco rozjaśniając tym mój zamroczony umysł. Skupiłam się na wszelkich bodźcach w tej podziemnej celi, dzięki czemu do moich uszu dotarł wyraźnie szum wiatru, delikatna skóra wyczuła dotyk każdego płatka śniegu, a nos wywąchał trzy obce zapachy… i tylko dwa z nich były ludzkie. A moich porywaczy było dwóch i jestem pewna, że byli ludźmi.

Powoli obróciłam głowę, rozglądając się drapieżnie po kątach napełnionych mrokiem. Po drugiej stronie więzienia, ciasno wciśniętą przy ścianie, dojrzałam skuloną sylwetkę i poczułam wzrok wpatrujących się we mnie uważnie oczu. Znieruchomiałam nienaturalnie, wgapiając się w intruza złotym spojrzeniem mojego wilka.

Świadomość mojej aktualnej bezbronności sprawiła, że zacisnęłam palce w pięści. Jednak w cieniu nie tkwił wilkołak, wampir czy inna istota, której się spodziewałam i która mogłaby mi zaszkodzić. Z lekkim niedowierzaniem przyglądałam się jak w zasięgu światła najpierw pojawia się blada, szczupła dłoń o długich palcach, cała ubabrana w ziemi i krwi, a potem smukłe ramię, łabędzia szyja i w końcu ładna, pociągła twarz. Para nienaturalnie jasnych, błękitnych oczu patrzyła na mnie spokojnie, bez jakiegokolwiek strachu.

— Nareszcie się obudziłaś — stwierdziła dziewczyna.

Jej głos był nieprzyjemnie ochrypły i cichy, zupełnie jakby była chora lub jej gardło zdarło się od ciągłego krzyku. Podniosła zakrwawioną dłoń do twarzy i odgarnęła na bok kilka ciemnych kosmyków prostych, splątanych włosów.

— Jak długo byłam nieprzytomna? — zapytałam, nie wykonując żadnego ruchu.

— Kilka godzin. Chyba — odparła dziewczyna, wzruszając lekko ramionami. — Wybacz, ale już dawno straciłam tutaj rachubę czasu. Siedząc w tej celi samemu, po jakimś czasie przestajesz liczyć minuty, godziny, a nawet dni.

Mój wzrok przesunął się po jej bladej cerze niemal równie białej co śnieg, a także uformowanych na niej soczystym, krwawym siniakom. Spod gęstych rzęs spoglądały jasne oczy, równie zrezygnowane co i chłodne. Obojętne. Dziewczyna miała, sugerując się wyglądem, około dwudziestu lat, lecz jej oczy gwałtownie temu zaprzeczały — były o wiele starsze niż sugerowała uroda ich właścicielki. W zapachu nieznajomej, oprócz woni ziemi i śniegu, wyczułam także słodką nutę magii, która była tak odmienna od innych z którymi dotychczas się zetknęłam, że natychmiast zmrużyłam powieki.

— Kim jesteś?

Przyjrzała mi się krótko i odwróciła wzrok.

— Więźniem, tak samo jak i ty — odparła.

Jej mina wyraźnie mówiła, że nie chciała powiedzieć nic więcej, więc nie naciskałam. Oparłam się o ścianę, oglądając gojące się szybko siniaki. Po kilku minutach moja skóra wróciła do zdrowego stanu.

— Spałaś dość długo — powiedziała cicho nastolatka, wpatrując się nieruchomo w bok. — Przywieźli cię tutaj rano, całkowicie nieprzytomną. Uwięzili cię i odeszli. Bali się, że się obudzisz, zanim znajdą się dostatecznie daleko.

Dwa ludzkie głosy w mojej głowie przywołały wspomnienia — spotkania na tyłach baru, potem środka usypiającego w strzałce wpływającego prosto do moich żył, utratę kontroli nad własnym ciałem, a potem porwanie. A także uśmiech Quentina obserwującego to wszystko z zadowoleniem i widoczną satysfakcją. Warknęłam gardłowo pod nosem. Podstępny sukinsyn.

Sam fakt, że tak łatwo dałam się zaskoczyć, wywoływał gniew. Dałam się podejść niczym niedoświadczony szczeniak, całkowicie straciłam czujność. Odgarnęłam do tyłu kosmyki jasnych włosów, krzywiąc się, gdy poczułam na kończynach ciężar swoich kajdan. Spojrzałam mimowolnie na ręce mojej towarzyszki — one także były uwięzione.

— Jak masz na imię? — zapytałam.

Zanim zdołała odpowiedzieć, nad naszymi głowami rozległy się szybkie kroki. Skrzypiący śnieg zaalarmował dziewczynę. Natychmiast cofnęła się do cienia, skrywając w nim całą swoją sylwetkę. W jej oczach błysnęło coś, co kazało mi mieć się na baczności.

Pomiędzy kratami, niecałe cztery metry nad moją głową, pojawiła się ludzka sylwetka okuta w grube, zimowe ubranie. Mężczyzna uśmiechnął się do mnie, pokazując pożółkłe zęby.

— Kici, kici — zanucił oślizgłym głosem, donośnie stukając czymś w kraty.

Warknęłam donośnie, szczerząc wilcze kły. Człowiek drgnął, ale zaraz odzyskał pewność siebie, uświadamiając sobie w pełni, że przecież jestem uwięziona. Wcisnął rękę między pręty i coś nam rzucił. Nie odsunęłam się, chociaż kazał mi to mój instynkt. Na środku celi wylądowała plastikowa butelka wody, a także dwa niemal zamarznięte na kość kawałki surowego mięsa. Obserwowałam intruza złym spojrzeniem, póki bez słowa zniknął z widoku. Jego kroki stopniowo się oddalały, aż całkowicie umilkły.

Moje podniebienie było suche po działaniu środka usypiającego, a żołądek napełniony ostatnio na polowaniu podczas pełni, teraz zaburczał w proteście, więc spojrzałam podejrzliwie w kierunku danego pożywienia. Dziewczyna siedziała jeszcze chwilę w cieniu, a potem ponownie pokazała w świetle swoją pobitą twarz.

— Zawsze to robią — powiedziała pod nosem, wzdrygając się na dźwięk swojego zdartego głosu. — Rzucają jedzenie poza zasięg naszych łańcuchów — wyjaśniła tym samym chrapliwym tonem, gdy tylko przyglądałam się jej w milczeniu.

Bez słowa podczołgałam się na kolanach jak najdalej i wyciągnęłam ramię do przodu, jednak łańcuch i tak skończył się zaledwie w połowie drogi. Zaklęłam siarczyście pod nosem. Moja głowa w jednej chwili zmieniła się w ogromny, wilczy łeb. Ludzka szyja ledwie pozwalała mi na utrzymanie łba w powietrzu, jednak wystarczyło tylko kilka sekund — wydłużona szczęka mi pomogła, tak jak to planowałam. Chwyciłam kraniec jednego kawałka mięsa i rzuciłam do tyłu, by był w zasięgu moich dłoni. Oblizałam zwierzęce wargi, przesuwając językiem po drapieżnych, ostrych zębach. Dziewczyna patrzyła na mnie rozszerzonymi oczyma, jednak tylko w połowie ze strachu. Na jej twarzy, oprócz przerażenia, malowało się także wyraźne zdumienie.

Cofnęłam się do tyłu, gotowa rzucić się na kolejny kawałek mięsa — nie wiedziałam, czy moja towarzyszka dałaby radę po niego sięgnąć. Dziewczyna, zupełnie jakby czytała w moim myślach, przesunęła się do przodu, ciągnąc za sobą łańcuchy. Z cienia coś się wynurzyło i sprawnie, niewiarygodnie szybko złapało butelkę z wodą w swoje objęcia. Przyjrzałam się temu dokładniej, marszcząc lekko nos. To był gruby, czarny ogon, podobny do ogona wielkiego kota. Stek upadł na tyle blisko, by nieznajoma mogła wyciągnąć po niego dłoń. Jej paznokcie w jednym momencie zmieniły się w zakrzywione pazury, które wprawnie, niczym duże haczyki, wbiły się głęboko w zamarznięte mięso. Pociągnęła je w swoim kierunku.

— Czym ty jesteś? — zapytałam cicho, wpatrując się w nią wzrokiem wilka.

Zerknęła na mnie krótko. Odkręciła butelkę i wypiła połowę wody na jednym wdechu, płucząc gardło. Oblizała wargi i zgrabnie rzuciła mi resztę wody. Złapałam ją jedną dłonią jeszcze w powietrzu. Uśmiechnęła się delikatnie pod nosem.

— Tak jak zapytałaś wcześniej, mam na imię Sonya — zamruczała niższym, nieswoim głosem, nadal jednak młodym i delikatnym. — A czym jestem? — Lekko wydęła wargi w zamyśleniu. — Zdaje się, że czymś bardzo podobnym do ciebie.

~ AMELIA ~

Flesh chodził niespokojnie po salonie, niemal wydeptując ścieżkę w podłodze. Wpatrywałam się w niewidzialny punkt przed sobą, co chwila zerkając na niego z kanapy. Silvyr oraz Frederic stali w przejściu na korytarz i rozmawiali ze sobą tak cicho, że nawet mój słuch ledwie wyłapywał strzępki słów. Charlotta, najspokojniejsza z całego zebranego towarzystwa, krzątała się w kuchni. Słyszałam stąd szum czajnika i postukiwanie przekładanych naczyń.

Zaczęłam delikatnie obgryzać czubkami zębów krótko przycięte paznokcie.

— Możesz wreszcie przestać? — warknęłam w końcu, unosząc wzrok prosto na demona, nie panując już nad wzbierającą irytacją. — Wszyscy się denerwujemy, ale mam już dosyć słuchania w kółko twoich kroków!

Silvyr uśmiechnął się lekko pod nosem, przyglądając się mojej minie. Flesh za to przystanął pośrodku salonu i obrócił głowę w moim kierunku. Jego twarz była pochmurna, a oczy przerażająco zimne. Zignorowałam dreszcz przebiegający po plecach i jak gdyby nigdy nic dalej zajmowałam się swoimi paznokciami. Demon nie podjął ponownie nerwowego spaceru, za to usiadł na fotelu, wznosząc oczy ku sufitowi.

Był wytrącony z równowagi od samego rana. Wrócił wcześnie rano, uprzedzając mnie i Silvyra czekających w domu, że Kira dostała niespodziewaną wiadomość i musiała spotkać się z kimś na mieście. Zamiast piętnaście minut później, tak jak obiecała, nie wróciła w ogóle.

Charlotta weszła do salonu, przeciskając się między Fredericem i Silvyrem. Niosła w rękach tacę z gorącą herbatą, kołysząc przy tym biodrami. Zdawało się, że od czasu zniknięcia Kiry jej niebieskie włosy nabrały innego, nieco ciemniejszego odcienia. Postawiła tacę na blacie stolika z takim hukiem, że niemal wszyscy podskoczyli nerwowo. Tylko Flesh ani drgnął. Wróżka wyprostowała się z niespotykanie spokojną miną, a potem zwróciła pociemniałe spojrzenie na nas wszystkich po kolei.

— Wszyscy musimy się uspokoić — powiedziała donośnym głosem, unosząc brew i podkreślając ostatnie słowo. — Kira zniknęła i domyślam się, że nie dla własnego widzimisię, jednak tylko spokój może nas uratować. Dlatego właśnie wszyscy w tym pokoju napiją się ziołowej herbaty i logicznie zastanowią się, jak możemy wytropić naszą zaginioną wilczycę — rzuciła niemal rozkazująco, wskazując tacę z parującymi kubkami.

— Znasz Kirę, Charlotta. Wszyscy ją znamy — mruknął Frederic, jednak bez sprzeciwu wziął jeden z kubków postawionych na tacy. — Kira lubi znikać na jakiś czas, nie mówiąc nikomu, że cokolwiek planuje. Kilkudniowe polowania lub wędrówki po lesie to dla niej nic nowego. Może po prostu… chciała pobyć trochę sama? — dokończył niepewnie, jakby sam nie wierzył w to, co mówił.

— Nie zostawiłaby nas w trakcie śledztwa, zwłaszcza teraz, kiedy sprawy coraz bardziej się komplikują — odezwał się niskim głosem Flesh, nie patrząc na nikogo z nas. — Nie pieprz bzdur, skoro ty też wyczułeś kłopoty. — Zwrócił wzrok jaśniejący srebrem w kierunku czarodzieja. — Bo wyczułeś, tak samo jak ja, nie zaprzeczaj temu. Coś się stało i my musimy się dowiedzieć, co takiego.

— Z kim Kira miała się spotkać? — zapytała Charlotta, siadając obok mnie na kanapie i krzyżując nogi w kostkach.

— Nie wiem. Ale się domyślam — dodał Flesh złowróżbnie pod nosem.

Opowiedział nam, nie wdając się w szczegóły, o wspólnie spędzonej pełni razem z łowczynią, a potem o tajemniczej wiadomości. Po tych rewelacjach spojrzałam na demona uważnie, krzyżując ramiona na piersi.

— I puściłeś ją na to spotkanie zupełnie samą?

— Ona nie ma pięciu lat, kochana — odezwała się Charlotta opanowanym głosem, zanim demon zdołał odpowiedzieć. — Chociaż nawet w wieku pięciu lat radziła sobie lepiej niż większość szczeniaków w jej wieku — dodała nieco melancholijnie.

— Jakie są twoje podejrzenia, Flesh? — Silvyr wysunął się naprzód, ale nie tknął ziołowej herbaty sparzonej przez wróżkę, nawet pod naporem jej naglącego, nieruchomego spojrzenia.

Demon zamilkł na kilka minut. Przeczesał palcami gęste, ciemne włosy i syknął lekko przez zęby. Jego kły miały ostry kształt niczym u piranii. Przyjrzałam się jego twarzy — mięśnie spięły się, a szczęka zacisnęła tak mocno, że policzki drgały w rytm bijącego serca. Był nie tylko zaniepokojony tak jak my wszyscy, ale i odczuwał strach. Bał się o Kirę, to było wypisane w jego oczach teraz ze złości jaśniejących srebrem.

On ją kocha, uświadomiłam sobie nagle, ledwie powstrzymując się od powiedzenia tego głośno. Uczucia Flesha były jasne, przynajmniej dla mojego oka. Sądząc po minie Charlotty i spojrzeniu, które mi posłała, ona także o nich wiedziała. Pytanie tylko, czy sam Flesh wie, co czuje do Kiry? To pytanie rozbrzmiało echem w moim własnym umyśle. Tych wątpliwości na razie nie mogłam rozwiać. Były ważniejsze kwestie do rozwiązania.

— Podejrzewam Quentina — rzucił krótko demon, zaciskając palce w pięści i raz po raz rozprostowując je w oznace stresu.

Silvyr, Frederic i Charlotta spojrzeli na niego zaskoczeni. Ja jedynie przymknęłam powieki, gryząc się w język, żeby tylko nie przekląć. Ten wampirzy sukinsyn grabił sobie coraz bardziej. Zwrócenie na siebie pełnego gniewu demona było kolejnym błędem, o wiele większym od poprzednich i bardzo źle rokującym na najbliższą przyszłość.

— Musimy ją odnaleźć i to jak najszybciej — powiedziałam na głos, wodząc wzrokiem między wszystkimi zgromadzonymi. — Jednak, żeby odnaleźć jej trop, potrzebujemy kogoś naprawdę dobrego, kogoś o umiejętnościach, które natychmiast naprowadzą nas na ślad Kiry.

— Mogę ją odnaleźć — odezwał się cicho Frederic, przy czym wzrok wszystkich zwrócił się na jego osobę. — Jednak potrzebuję do tego pomocy Flesha. — Jego oczy wbiły się w nieruchomego demona. — Znam sposób, by wyśledzić energię Kiry, co nie powinno być trudne z jej poziomem aury, jednak rytuał, który przeprowadzę, będzie wymagał od ciebie… cóż… całej energii.

Flesh popatrzył na czarodzieja chłodnym wzrokiem — jego szafirowe tęczówki zdawały się teraz wykute w twardym, zimnym granicie. Wstał powoli, nie spuszczając oka z Frederica. Wzdrygnęłam się, czując wirującą w powietrzu energię. To było zaledwie muśnięcie, nieprzyjemny chłód, który ogarnął wszystko na kilka sekund, jednak już wiedziałam, że potęga Flesha sięgała o wiele głębiej niż myślałam wcześniej.

— Co masz dokładnie na myśli? — zapytał niskim głosem demon, delikatnie mrużąc powieki.

Zdaje się, że wszyscy w pokoju zamarli, oczekując odpowiedzi.

— Potrzebujemy całej twojej energii, co oznacza, że musisz przybrać swoją prawdziwą formę — odparł Frederic, swobodnie opierając się o próg pokoju. — Założę na tobie pieczęć, która wzmocni twoje zmysły i pozwoli odnaleźć ślad energii.

— Mam już dość wyczulone zmysły, o wiele bardziej niż wy i jakiekolwiek stworzenie z tego wymiaru, a to i tak nam nie pomoże.

Uśmiech zaigrał na ustach czarodzieja, kolidując z jego pociemniałymi oczyma.

— Nie chodziło mi o zmysły typowo ludzkie. Istnieją też takie, które posiadają jedynie stworzenia nadnaturalne, a i tak tylko niektóre gatunki. Wampiry i wilkołaki mają wyczulone podstawowe zmysły węchu, słuchu i wzroku, smaku także, głównie dzięki swojej zmutowanej budowie ciała. Elfy i wróżki mają za to coś, co nazywane jest Instynktem.

— Tak zwany Instynkt łączy nas z elementami natury i pozwala na czerpanie z niej energii oraz wyczuwanie zawartych w niej najróżniejszych pokładów magii — wyjaśniła Charlotta, wtrącając swoje pięć groszy do rozmowy, a potem ponownie zamilkła, wracając uwagą do swojej ziołowej herbaty, jakby nigdy nic.

— Z tego, czego dowiedziałem się przez lata swojej pracy — Frederic powiedział to słowo z nutką rozbawienia — demony potrafią wyczuwać energię oraz aury innych stworzeń, mimo ich silnych osłon i kamuflujących zaklęć.

— Owszem — przyznał spokojnie Flesh. — Potrafisz wzmocnić te doznania na tyle, bym mógł wytropić Kirę?

— Warto spróbować — odrzekł czarodziej z westchnieniem. — Jeśli się zgodzisz, rytuał możemy przeprowadzić nawet dzisiaj wieczorem, najlepiej poza granicami miasta. Nie wiadomo, jakie istoty zareagują na tak duże natężenie magii w powietrzu — wyjaśnił pokrótce.

— Czemu nie teraz? — zapytał Silvyr, zerkając na Frederica kątem oka. — Czemu musimy z tym czekać aż do wieczora?

— Bo najstraszniejsze nie są stworzenia, które wychodzą nocą — odparł czarodziej pod nosem. — Najstraszniejsze są stworzenia, które nie boją się mroku i potrafią chodzić za dnia.


Po wyjściu Charlotty, Frederica i Silvyra, który dość niechętnie opuszczał progi domu, Flesh rozłożył się na kanapie, podczas gdy ja zawędrowałam do kuchni, by przygotować coś na obiad. Wampirom nie były potrzebne do przeżycia normalne posiłki, jednak przyjemnie wypełniały one naszą krwawą dietę. Poza tym miałam jeszcze w domu gościa, któremu na pewno przydałoby się porządne jedzenie.

Duch towarzyszył mi, leżąc swobodnie na posłaniu rozłożonym w kącie. Z pewnym rozżaleniem spoglądałam na legowisko Bruno, jego pełne wody i karmy miski, zupełnie jakby pies miał zaraz wrócić z ogrodu po popołudniowej zabawie w skrzącym się śniegu. Czy tak właśnie czuła się Kira, od mojej wprowadzki widząc Ducha codziennie w swoim domu?

Odwróciłam wzrok, skupiając się na przygotowaniu obiadu. Wyjęłam ze świeżo zapełnionej lodówki surowe piersi z kurczaka, sałatę, pomidory, ser feta oraz zielone ogórki. Podczas smażenia mięsa z przyjemnością wciągałam w płuca jego zapach pomieszany z wonią ziół.

Próbowałam prostymi czynnościami zagłuszyć ponure rozmyślania, jednak kiedy kroiłam warzywa do sałatki, moje myśli i tak z powrotem skierowały swoje tory do Kiry. Spochmurniałam, zastanawiając się, co takiego mogło się z nią stać. Słowa Frederica cały czas chodziły mi po głowie, nie dając spokoju:


Znasz Kirę, Charlotta. Wszyscy ją znamy. Kira lubi znikać na jakiś czas, nie mówiąc nikomu, że cokolwiek planuje. Kilkudniowe polowania lub wędrówki po lesie to dla niej nic nowego. Może po prostu… chciała pobyć trochę sama?


Rozumowanie Frederica, które miało na celu nieco rozluźnić napiętą atmosferę, przyniosło zupełnie odwrotny skutek. Nie, Kira nie zostawiłaby nas wszystkich w czasie, gdy w mieście działo się tak wiele. Zmieniła się po śmierci Bruno, jednak to nie oznaczało, że z powodu żałoby opuściłaby szeregi drużyny. Moja ręka dzierżąca nóż zatrzymała się na dłuższą chwilę w pół ruchu. Skoro nie zniknęła z własnej woli, to może ktoś jej w tym pomógł?

— Twoje myśli idą w dobrym kierunku, wampirza księżniczko — usłyszałam za plecami niski, spokojny głos.

Odwróciłam głowę, unosząc gwałtownie wzrok wprost na stojącego w progu Flesha. Duch się nie obudził, jednak drgnął niespokojnie przez sen, zupełnie jakby podświadomie wyczuł jego niespodziewaną obecność.

— Czytasz mi w myślach? — zapytałam, starając się uspokoić niespokojnie bijące serce uderzające szaleńczo o żebra.

Demon przyjrzał się moim dłoniom metodycznie krojącym warzywa. Jego wzrok zdawał się przeszywać mi skórę, mięście i kości niczym wyspecjalizowany rentgen. Ponownie poczułam ślad jego mocy, muskający moją skórę delikatnie niczym motyl. Nagle zrobiło mi się zimno.

— Przeczuwam. Tak właśnie można nazwać to, co robię — odpowiedział po krótkim namyśle. — Nawiązując do słów Frederica, demony posiadają kilka drobnych talentów, których natura poskąpiła innym gatunkom.

— Nie tylko wyczuwasz energię, ale i odgadujesz czyjeś myśli?

— Coś w tym rodzaju.

Kiwnęłam głową, przyswajając jego wymijającą odpowiedź i wrzuciłam pokrojone warzywa do miski. W milczeniu całkowicie wróciłam do przygotowywania obiadu. Flesh przez cały czas nie próbował zagaić rozmowy, jedynie stał i przyglądał mi się uważnie. Od jego wzroku włoski zjeżyły mi się na karku.

Coś się w nim zmieniło, pomyślałam, zdejmując patelnię z ognia. Zmienił się po ostatniej nocy — po nocy, którą spędził z Kirą. Flesh nie mówił, co robił w czasie pełni, jednak wyraźny zapach łowczyni na jego ubraniu oraz skórze, który wyczułam, gdy tylko wrócił do jej domu nad ranem, mówił sam za siebie. Cokolwiek robili, demoniczna natura Flesha, wcześniej szczelnie ukryta, teraz niemal prześwitywała przez jego ciało. Przestaje się ukrywać. Nie wiedziałam, czy ta myśl bardziej mnie niepokoiła, czy może zadowalała. Prędzej to pierwsze.

— Uważasz, że Kirze coś się stało? — zapytałam, ostrożnie dobierając słowa.

Flesh zacisnął zęby, zanim odpowiedział, przez co jego głos stał się nieco zduszony i sykliwy niczym u zdenerwowanej kobry.

— Nie tak łatwo zrobić jej krzywdę — rzucił pokrótce. — Jednak sądzę, tak jak i ty, że teraz, kiedy sprawy w mieście nabierają tempa, na pewno nie zniknęłaby z własnej woli.

Przełknęłam ślinę, starając się zapanować nad niepokojem.

— Została porwana?

— To jedna z możliwości i dodatkowo, na nasze nieszczęście, najbardziej prawdopodobna. Pamiętasz, co kiedyś nam powiedziała? — zapytał niespodziewanie. — Przez ostatnie lata magiczna policja nasyłała na nią łowców przekonana, że uda się doprowadzić do jej śmierci.

— Jednak ty nie podejrzewasz, by to tym razem była sprawa magicznej policji — bardziej stwierdziłam niż zapytałam.

Kiwnął głową i uśmiechnął się krzywo, odsłaniając ostro zakończony kieł.

— Masz rację, nie ją podejrzewam — mruknął. — Jednak to nie wyklucza, że winowajca użył tej samej metody, by usunąć Kirę ze sceny. A komu sprawiła ostatnio najwięcej kłopotu?

Tym razem to ja bezwiednie zacisnęłam zęby. Wiedziałam, że mówił o tej samej osobie, o której wspomniał na spotkaniu z resztą ekipy.

— Quentin. — Niemal wyplułam to słowo, jakby raniło mi język.

— Bingo. — Oczy Flesha na moment zalśniły srebrem. — Skoro tak to rozegrał, musimy wytropić Kirę jak najszybciej. A potem zabić porywaczy, o ile Kira nie zrobi tego przed nami.

— Musimy coś zrobić z Quentinem — odparłam. — Jeśli tak dalej pójdzie, w mieście nie zostanie kamień na kamieniu. Naraził się, nasyłając na Kirę łowców. Jeśli porywaczom nie uda się jej zabić — przy tym słowie mój głos minimalnie się obniżył — wtedy życie Quentina jest całkowicie policzone. Kira już nie będzie się przejmowała konsekwencjami, po prostu go zabije. Musiał rozważyć wszystkie aspekty swojej decyzji — powiedziałam, opierając się o kuchenny blat. — Postawił wszystko na jedną kartę.

— W takim razie kiepski z niego gracz — warknął pod nosem Flesh, jednak żaden mięsień na jego twarzy nawet nie drgnął. — Jeśli liczył, że Kira nie poradzi sobie z łowcami, tak jak to robiła do tej pory, to się przeliczył i to bardzo. Ona żyje — odparł głośno i z taką pewnością w głosie, że niemal zadrżałam z podniecenia, a Duch przebudził się ze swojego spokojnego snu. — Żyje. I tak pozostanie, póki to ja nad nią czuwam.

Rozdział II

~ FREDERIC ~

— Ta zima trwa o wiele za długo — mruknęła pod nosem Charlotta, poprawiając kołnierz zimowej kurtki zapiętej po samą brodę. — Jest cholernie zimno.

Jej zęby szczękały głośno niczym dzwoneczki na wietrze.

— Jesteś odporna na mróz — powiedziałem z rozbawieniem w głosie. — Niemal jak każdy nadnaturalny. To ja tutaj powinienem marudzić, w końcu bez czarów mam naturę czysto ludzką, zwłaszcza fizycznie.

— To, że jestem na niego odporna, wcale nie znaczy, że go nie czuję — odparła urażona moim tonem. — Kiedy tylko mam wolne, spędzam czas na Florydzie. Ciepło, słońce, plaża i kolorowe drinki — wymieniła rozmarzonym tonem, a potem ponownie spochmurniała. — A teraz, zamiast się opalać, odmrażam sobie tyłek na jakiś cholernym złomowisku, czekając na tę całą farsę, którą mamy odprawić, mam nadzieję jednak, że jeszcze w tym stuleciu.

Z irytacją wyrwała mi z rąk papierosa, co wcale nie było takim prostym zadaniem, gdy tak sięgała mi zaledwie do połowy ramienia i zaciągnęła się łapczywie dymem. Przypatrzyłem się jej spod uniesionej brwi. Jej krótkie, niebieskie włosy niemal lazurowe w żółtawym świetle ulicznej lampy, były artystycznie rozwichrzone, a nieco dłuższe kosmyki nad brwiami opadały jej na czoło. Oczy barwy o kilka tonów jaśniejszej niż włosy lśniły nienaturalnie, spoglądając w ciemność poza kręgiem światła bijącym od lampy. Skórzana, zimowa kurtka w kolorze wiosennych liści nie była jej potrzebna, jednak musiałem przyznać, że wyglądała w niej jeszcze smuklej i drobniej niż zwykle. Spod połów jej okrycia ciągnęły się zgrabne nogi wciśnięte w dopasowane dżinsy. Na stopy wciągnęła ulubione, wysokie kozaki na płaskim obcasie.

Wyczuła na sobie mój wzrok, jednak się nie odezwała ani nie zareagowała. Za to jej usta, zaciskające się wokół papierosa, wygięły się lekko w górę.

— Igranie z demoniczną magią zawsze cię kręciło — rzuciła na pozór spokojnie, jednak zauważyłem, że spięła mięśnie szyi. — Sądzisz, że ten rytuał zadziała właśnie tak, jak ty tego chcesz?

— Kiedyś się udało, teraz także powinno — odparłem, wzdychając lekko. — Nikt inny z nas, oprócz Flesha, nie nadaje się do tego zaklęcia. I nikt poza nim go nie przeżyje — dodałem, gdy oczy Charlotty lekko się zmrużyły.

— A pomyślałeś może o Amelii?

Na kilka sekund wzniosłem oczy ku ciemnemu niebu, by wyrazić zniecierpliwienie, a jednocześnie żeby nie narazić się na gniew wróżki.

— Jak mówiłem, nikt oprócz Flesha nie przeżyje tego zaklęcia. Poza tym, czy osoba Amelii nie jest tematem do całkowicie osobnej dyskusji?

— Ona ma coś w sobie, dobrze o tym wiesz — odparła, mrużąc powieki. — Obydwoje żyjemy wystarczająco długo i każdy z nas ma wystarczająco rozwinięte umiejętności, by wyczuć w niej pokłady ukrytej energii. Mimo oczywistego faktu, że jest wampirem, ma w sobie także coś z wiedźmy.

Milczałem, mimo że to, co właśnie na głos powiedziała Charlotta, było prawdą. Może nie od pierwszego spotkania, jednak już od pewnego czasu przyglądałem się Amelii nieco uważniej. Coś, co było zakamuflowane w jej aurze, fascynowało mnie i niepokoiło jednocześnie. Wampiry same w sobie posiadały moc, najczęściej skupioną wokół psychiki, dzięki której mogły manipulować swoimi ofiarami, na przykład używając Uroku. Oprócz takiej magii w Amelii gnieździło się także coś innego, mocniej związanego z samą naturą.

Czy była wiedźmą zanim ją przemieniono? Nie wiedziałem tego, jednak, nawet gdyby tak było, jej moce powinny były zniknąć zaraz po przemianie. Powinny, a jednak stało się tak, że część z nich pozostała, będąc teraz w stanie wcześniej nieznanej mi hibernacji. Cała ta sytuacja zakrawała niemal pod cud.

— Porozmawiam z nią o tym później — mruknąłem cicho, wsadzając dłonie do kieszeni płaszcza. — Jeśli zechce, pomożemy jej odblokować i zbadać tę magię.

— MY? — zapytała Charlotta. — MY jej pomożemy?

— Tak, właśnie MY, słodziutka. — Zaśmiałem się. — Bez ciebie się nie obejdzie.

Pocałowałem ją w czoło, na co zaserwowała mi mocną sójkę w bok. Odsunąłem się nieco, lecz na jej twarzy nie było widać irytacji czy złości, jedynie słabo skrywane zadowolenie.

Z daleka usłyszeliśmy echo czyiś kroków na drodze. Zacząłem nasłuchiwać tak samo jak Charlotta. Postukiwanie butów zbliżało się stopniowo, aż przez uchyloną bramę na złomowisko wmaszerował Silvyr z Amelią u swego boku. Wampirzyca dostrzegła mnie oraz Charlottę i nieco przyśpieszyła kroku.

— Przepraszamy za spóźnienie. Musiałam zostawić Ducha w domu — rzuciła po krótkim wstępie.

W jej głosie dosłyszałem ponurą nutę, ale nie zdziwiło mnie to — ostatnio, gdy jej pies był w domu razem z Bruno, owczarek Kiry został zamordowany. Nic dziwnego, że obawiała się zostawić Ducha samego.

— Założyłem kilka ochronnych pieczęci wokół posesji. Jeśli coś się tam stanie, na pewno będę o tym wiedział.

Moje skromne zapewnienie najwidoczniej nieco ją uspokoiło. Posłała mi wdzięczne spojrzenie.

Rozejrzałem się krótko dookoła i odebrałem od Charlotty resztki swojego papierosa. Spojrzałem krzywo najpierw na niedopałek, a potem wróżkę, która w milczeniu jedynie wzruszyła lekko ramionami.

— Flesh nie przyszedł z wami? — zapytałem, wyrzucając papierosa i wdeptując go w oszronioną ziemię.

Amelia i Silvyr spojrzeli po sobie, kręcąc przecząco głowami.

— Skoro tak, poczekamy jeszcze na niego — mruknąłem i wyjąłem z kieszeni czarną kredę. — Bez głównego bohatera nie będzie całego przedstawienia. A teraz odsuńcie się. Spożytkuję tę chwilę wolnego czasu na wytyczenie znaków, jeśli mi pozwolicie.

Gdy tylko reszta zostawiła mi odpowiednią ilość miejsca, zacząłem kreślić krąg pośrodku terenu. Pieczęć miała na oko sześć metrów średnicy, pośrodku niej narysowałem pięcioramienną gwiazdę, gdzie na czubku każdego ramienia zostawiłem pojedynczy symbol. Charlotta przyglądała mi się nieruchomym wzrokiem, tak samo Amelia i łowca. Zastanawiałem się, czy wampirzyca kiedykolwiek widziała te symbole na oczy — szukałem w jej źrenicach błysku lub czegokolwiek, co by ją zdradziło, ale niczego nie dostrzegłem, prócz zaciekawienia.

Po kilku minutach pieczęć była gotowa. Spojrzałem na nią z rękoma opartymi na biodrach, sprawdzając każdy element osobno.

— Nie ma mowy o pomyłce — mruknąłem bardziej do siebie niż do towarzyszy. — Krąg jest gotowy. Brakuje nam tutaj tylko Flesha.

Właśnie myślałem nad zapaleniem kolejnego papierosa, gdy wiatr zmienił swój kierunek. Przystanąłem na krawędzi kręgu, nasłuchując uważnie. W powietrzu uniósł się gorący powiew, najpierw zaledwie muskający moją skórę, a potem coraz silniejszy, aż zalał mnie od stóp do głów niczym fala lawy. Na dźwięk donośnego szumu uniosłem głowę w niebo, tak samo jak reszta. Na tle granatowego, wieczornego nieba malował się wielki cień, zbliżający się do nas w zawrotnym tempie.

— Odsuńcie się od pieczęci! — zawołałem donośnie, przebijając głosem powstały hałas.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 21.84
drukowana A5
za 61.53