E-book
13.99
drukowana A5
25
Odwilż

Bezpłatny fragment - Odwilż


Objętość:
83 str.
ISBN:
978-83-8245-962-3
E-book
za 13.99
drukowana A5
za 25

Kilka słów od autora

Witaj czytelniku. To już trzeci tomik mojej poezji, a zarazem kończący pewien cykl. Zamykający pewną opowieść. Jeśli to czytasz to chciałbym Ci podziękować za wsparcie jakiego mi udzieliłeś lub udzieliłaś. Tomik ten składa się głównie z ostatnich wierszy jakie miałem w zanadrzu, jakie napisałem w przeciągu ostatnich lat. Choć są również nowe, niepublikowane dotąd utwory. Podobnie jak poprzednie książki mojego autorstwa, pełno tutaj rozważań nad najsilniejszą w przyrodzie siłą, jaką jest miłość. Przepełniona jest jej poszukiwaniem, odnajdywaniem w niej sensu. Jednocześnie jest tutaj wiele zwątpienia i goryczy. Wiele rozterek i dramatów. Wiele zła i krzywd wyrządzonych. Choć są też chwile radości i szczęśliwe zakończenie.
Zapraszam Cię w tę podróż. Być może odnajdziesz tutaj coś dla siebie. Choć tomik nie będzie tylko o miłości, to jednak jest ona motywem przewodnim. I jak zawsze, jest też formą autoterapii i pogodzenia się z tym co zaszło w moim życiu. Może również Tobie pomoże. Pozdrawiam Cię serdecznie i zapraszam do lektury.

Smak idei

Wracam częściej myślami do lat dawnych.

Gdy dla idei, umierałem i wstawałem z martwych.

Kiedy ukojenie przynosiła myśl naiwna,

co topiła się w niewyrażonych zmysłach.


Gdy miłość była niczym niekończąca się pieśń.

Docierała do serca i zostawała weń.

Kiedy goryczą nie smakował tlen.

A spokojnym i niezmąconym jawił się sen.


Dziś znany jest mi namiętności smak.

Słodycz spływająca z ust, strumieniem, aż na kark.

Zmienia się w cierpkość, gdy narusza ją czas.

Przyćmiony jest najjaśniejszy blask.


Oczami pełnymi smutku, patrzę na jedyną

przyświecającą mi ideę.

Czy gotowy jestem jej spróbować znów — nie.

Czy kiedyś jeszcze będę — wiem, że nie wiem.


Dogasam w sobie, jak papieros w popielniczce.

Mówiłem głośno i pewnie — dziś coraz bardziej milknę.

Nowy, stary król

U bram swej duszy stanąłem bezradnie.

Ledwie stoję, obficie krwawię.

Z serca, rany zadanej strzałą Amora.

Czuję jak zwyczajnie ulatuję w niebyt,

jak zwyczajnie konam.

Zrywam pieczęć ostatnią, pewnym ruchem ręki.

„Przyjdź, nieboska siło! Skróć moje męki.”

Brama rozwarła się,

podmuchem wytrącając piekielne ostrze z drżącej ręki.

Zsunął się płaszcz z czarnych piór,

spadła korona z wilczych kłów.

Na kolana upadłem,

otoczony postaciami osnutymi gęstą mgłą.

Zruszyły się do lotu kruki,

wilków skowyt rozdarł niebo.

Moje serce, jakby z lodu było, pękło.


Otworzyłem oczy. Błękitną krew poczułem,

tętniącą w żyłach.

„Witaj!” — mówisz — „Nadeszła godzina”.

Wtem, po prostu znikasz,

zostawiając w pamięci jedynie uśmiech,

ledwie widoczny spod kaptura.

Ciemny lesie, godnie przywitaj nowego,

starego króla.

Rozczarowani

My, tak rozczarowani światem.

My, pokolenie zawarte

pomiędzy mrokiem

i światłem.

My, zagubieni, gubimy kroki

dla innych nieistotne,

dla nas będące ideałów naszych końcem.

My, świadomi upadku.

My, urodzeni u kresu czasów.

My, obmyci gównem,

nakarmieni przetrawioną papką,

nauczyliśmy się kochać.

Krzywo. Bez sensu. Nie nasłuchując serc taktów.

Szukając bliskości dusz, zatraceni

w czasach spazmów, krzyków,

pustych słów i fałszywych oklasków.


Jako dzieci, myśli i uczuć nauczeni wzniosłych,

skryci marzyciele, romantycy,

zmuszeni by pieprzyć się z życiem

tak zwanych „dorosłych”.

Nieuchwytna

Jesteś nieuchwytna, dotknąć Cię nie zdołam.

Wciąż za Tobą biegnąc, wciąż konam.

Oczu kolor Twój, zatarł mi się w żaden

oraz każdy.

Uśmiech kroplą drąży skały,

a jeszcze nie poznałem Twojej twarzy.

Serce bije opętane,

dłonie drżą jak gdybym był w malignie.

Czy to Ty do drzwi dzwonisz?

Czy dziś do mnie przyjdziesz?

A może znów przyszłaś zwieść mnie,

we mnie samym mnie pogubić?

I czekać czy nadzieja we mnie zginie…


Ocieram skronie z strużek potu.

Jesteś. Znów Cię nie ma.

Wplatasz w jesienny deszcz — niepokój.

Bo zostałem sam.

Może na zawsze.

A może do marcowych, typowo kocich,

zalotów.


O miłości…

Jesienny obraz

Gdybym życie zawrzeć miał w barwach…

Zmieszałbym zieleń z nadziei ostatnimi podrygami.

Żółte odcienie zawarte w miasta snopach światła

w bezksiężycową noc, gdy lepiej od spaceru

wybrać koc i zapatrzeć się w herbaciany brąz.

Dodałbym szkarłatu,

by pokazać całemu światu,

ile krwi upływa z dwóch złamanych serc,

gdy nie pomógł nawet ciepły szept.

Bielą zaznaczyłbym wiatr,

który burzy porządek spraw,

sprawia, że zimnym staje się świat.

Wreszcie piwnym kolorem

i mocą szarości,

zbrukałbym obraz,

okazując uczucia w nagości,

zawarte w naszych, tak różnych, oczach.


Wśród feerii barw,

chaosu, z pozoru, ukrytych znaczeń,

wyjawia się smutna prawda,

że jesień zamieszkała w nas,

oddzieliła,

serca zamykając w klatkach.

Nadchodzi listopad

Księżyc skrył się wśród cieni,

stawia w nowiu krok za krokiem.

Nieboskłon nie płonie,

choć piekło rozchyliło drzwi

tuż za rogiem.

Zima wita się z nami,

zapraszając chłód do miast,

do serc, wgłąb nas.

Listopad powita,

wspomnieniem ludzi,

których bezpowrotnie zabrał czas.

Wilk zawył żałośnie, ponownie,

do gwiazd.

Wzrok swój dziki wlepia,

wśród konstelacji szuka odpowiedzi

i znaków.

Czy znajdzie swój dom tutaj?

A może jego krwi zakosztuje

rój żądnych go robaków?

Podczas gdy jego dusza skona,

pełna bólu, żalu i strachu…

Mentol, czerń, wspomnienia

Mentolowych papierosów smak,

aromat czarnej kawy,

zimowego dnia blask

i ja — tak nieistotnie, chwilowo słaby.

Drżę.

Złamany jutrem, pełen obawy.


W pamięć wrył mi się jeden dzień,

w którym nieważny był każdy cień.

Każda gorycz, małe zwątpienie,

kiedy liczyło się jedno skinienie.

Jeden gest i dotyk dłoni,

splątane usta, skroń przy skroni.

Na niebie tęcza.

Oboje byli tak bezbronni.


Czy będę tak szczęśliwy w przyszłości?

Chyba. Nie.

Nie wiem.

Serce przestało bić

jakby było w potrzebie.

Listopad

Za oknem ciemno, próżno dnia szukać w dniu.

Nawet noc jest jakaś nieswoja,

spowita w wiecznym cieniu,

szkód wyrządzonych sercom — nieświadoma.

Zamykam oczy.

Cień, za ścianą powiek, wydaje się bardziej znajomy.

To azyl, gdy codzienność zabija mnie w samym sobie.

To azyl, gdy nie wiem co czai się w Tobie, Tobie i Tobie.

Zamknięte serca Tworzą wraz z betonem

rzeczywistość XXI wieku.

Ja stoję tu, patrząc na Was załamuję ręce.

Zagłuszyło mój krzyk, spadające na brudny beton,

moje własne serce.


A ja dalej pragnę Cię znaleźć,

pragnę Cię coraz więcej.

Choć, że istniejesz, idealna,

już nigdy nie uwierzę.

O miłości

I znów nie mogę spać,

patrząc tępo w sufit,

jak na niebo zachmurzone. Bez gwiazd.

Znów z wolna mija czas.

Szukam w sobie siły,

by przezwyciężyć niepewność.

Nadziei, że ta historia nie będzie

po prostu kolejną.


Samotnie leżąc

bronię się przed kanonadą

myśli i zwątpień.

Pragnąc byś do końca myślała tylko o mnie,

jak ja myślę tylko o Tobie.


By nie okazał się ważniejszy,

ten kto zbyt ślepy jest by dostrzec

prawdziwą Ciebie w Tobie.


By kiedyś nie nadszedł koniec.

Spowiedź serca

Niszczyłem siebie, raz za razem.

Dzień za dniem.

Każde z moich wspomnień,

przynosi za sobą ból oraz gniew.


I śmiech.


Bo naiwność, choć piękną cechą

to w swej tragiczności zabawną jest.

Dziś staram się przełknąć to co siedzi we mnie.

Myśl, że każdy zwyczajnie odejdzie.

Że nigdy do niczego nie dojdę.

Że będę gonił za tym

czego widocznie mieć nie mogę.


Przełykam to, z trudem, dla Niej.

Tej jednej, jedynej,

której bezgranicznie pragnę.

Tej, której przeszłość spędza sen z powiek,

a ja choć bardzo chcę

to nie wiem czy coś z tym zrobić mogę.


Jeśli istniejesz Boże,

a istnieć musisz by był jakiś sens.

Proszę, niech to nie będzie

kolejny test.

Proszę bym mógł spędzić z nią każdy z dni,

aż po życia kres.

Chcę jej przysiąc przed Twoim majestatem,

że moje rozszarpane do niedawna serce

bić będzie tylko dla Niej.

Bezsenność

I znów nie mogę spać,

patrząc tępo w sufit,

jak na niebo zachmurzone. Bez gwiazd.

Znów z wolna mija czas.

Szukam w sobie siły,

by przezwyciężyć niepewność.

Nadziei, że ta historia nie będzie

po prostu kolejną.


Samotnie leżąc

bronię się przed kanonadą

myśli i zwątpień.

Pragnąc byś do końca myślała tylko o mnie,

jak ja myślę tylko o Tobie.


By nie okazał się ważniejszy,

ten kto zbyt ślepy jest by dostrzec

prawdziwą Ciebie w Tobie.


By kiedyś nie nadszedł koniec.

Bohema

I szukam Cię znów,

Tej jednej Jedynej.

Choć poleci kilka głów,

Ty jedna ze snów.

Może jesteś gdzieś tam,

A może byłaś…

Ocean spokoju

W nawałnicę zamieniłaś.

Wiec dopijam zimna kawę,

Rozgrzewam policzki blade,

Od chłodu ostatnich nocy lata.

Do domu nie wracam,

Bo zwyczajnie go nie ma.

„Witaj!”

Rzekła.

Przywitała mnie bohema.

Wyśniona

Przechadzamy się ulicami,

trzymając się za ręce.

Wpatrujesz się w dal, a ja w Ciebie.

Oboje zastanawiając się co nam przyszło,

by w czerwcową noc — patrzeć w przyszłość.

Widzę jak nie chcesz bym widział

jak drżysz.

Ty zerkasz, wiedząc, że na jawie przyszło mi śnić.

Zatrzymujesz się, tulisz się twarzą do mej piersi,

jakbyś żegnała się ze światem,

jakbyś była na granicy śmierci.


I myśl goni myśl.

I po chwili ciszy idziemy dalej.

Patrzymy w przyszłość,

a nawet jutro nie jest nam obiecane.


Przechadzamy się więc dalej,

trzymając się za ręce.

Szkoda tylko, że tak naprawdę nie istniejesz.

I łamiesz mi tym serce.


Wnet rozmywa się obraz.

Gaśnie każda myśl.

Budzę się znów. Nadejdzie wieczór.

Znów będę bał się śnić.

Na skraju lasu

Na skraju ciemnego lasu

spotkałem Twoje oczy.

W miejscu gdzie blask wiosennego dnia,

łączy wargi z czernią wiecznej nocy.

Tam nasze złączone, w pozornie nieistotnym,

krótkim tańcu.

Choć nie wszystkie nasze kroki

odtąd były do taktu,

to muzyka gra wciąż,

a ja skupiam się na Twoich źrenic blasku.


I choć czas w końcu rozdzielić może

nasze drogi,

chcę byś wiedziała

o swojej wyjątkowości,

o piętnie jakie odciskasz na moim lesie,

skórze. Na skrytej we mnie światłości.


Dziś pewnie znów mi się przyśnisz,

taka jakiej Cię nie znam, nieokiełznana.

Dziś może znów mi się przyśnisz,

jasnymi oczami rzucając mnie na kolana.

Zrozumienie

Spojrzałem Ci w oczy,

Zagubione jak kiedyś moje.

Widziałem w nich marzenia,

Dla których odrzuciłbym swoje.

Ogródek, z pięknym domem.

Dzieci — Twoje i moje.

Demony przeszłości pochowane gdzie ich miejsce

I Twoje bijące, pełne uczuć, serce.

Tymczasem tępym wzrok wbijasz w ściany,

Ostry jak przedmioty, którymi zostawiłaś

Na skórze ślady.

Przewiercasz się tym wzrokiem wgłąb mojej słabej duszy,

Uwalniasz dawny mrok, który próbowałem sam zagłuszyć.

Dopiero gdy znów, nasze oczy nie mogą się spotkać,

Widzę, że ciągła walka z samym sobą to marna parodia.

Wpuściłem więc mrok wgłąb siebie,

Dałem mu rozgwieżdżone niebo,

Pozwoliłem spalić ziemię.

Na niej rośnie powoli

Zrozumienia kwiat.

Dlaczego chcesz uciec,

Dlaczego przeznaczone jest

Bym znów został sam.

Nie zatrzymam Cię,

Zwyczajnie nie umiem.

Lecz nie poddałem się.

Nauczyłem się Ciebie rozumieć.

Bądź więc tylko moja,

Na Twój powrót czekać będę — dopóki nie skonam.

Widzę

Widzę to, swoimi szarymi oczami,

kiedy ukrywasz prawdę, czyny popełnione,

które później nazwiesz błędami.

Fakty, którym zaprzeczyłabyś,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.99
drukowana A5
za 25