Dla A, M, K i wszystkich moich bliskich.
Sprawca wszelkich nieszczęść
Pewnie i tak mi nie uwierzysz, ale już dobrze… Opowiem Ci wszystko, jak na spowiedzi. Skoro i tak tkwimy tu razem, czemu nie, masz prawo wiedzieć, co nas czeka. Jestem już zmęczony… zmęczony tkwieniem w jednym punkcie, bez żadnego postępu… sam jak palec, szukając odpowiedzi. Może dobrze mi zrobi się wygadać?
To się zaczęło jakoś przed 2001. Bywałem wtedy często w okolicach Bydgoszczy. Odwiedzałem tam babcię, znajomych. Miała taki piękny domek na wsi, wiesz? Rodzice wysyłali mnie tam na wakacje. Biegaliśmy z dzieciakami po lasach i łąkach, budowaliśmy bazy. Przeżywaliśmy pięknie nasze dzieciństwo, do czasu…
Przestałem tam bywać po feralnym dniu 21/07/2000 roku. Pamiętam tę datę, wryła mi się w głowę, wraz z tym cholernym czymś… Przepraszam, wiem, że muszę Ci wszystko wyjaśnić dokładnie. Spróbuj wyobrazić sobie to, co teraz Ci opowiadam.
Jesteśmy sobie na placu zabaw. Wiejski, podniszczony placyk, z kilkoma huśtawkami i piaskownicą. Właśnie zaczynamy dzielić się na grupy. Mieliśmy w planach rozpoczęcie budowania kolejnej bazy. Jest jakoś przed wieczorem, mogła to być piąta, a może szósta? Nagle krzyk, ktoś dorosły biegnie w naszą stronę. Potem więcej krzyków. Dzieciaki rozbiegają się do domów. Ja biegnę do babci. Jest głośno, spojrzałem w niebo, widzę helikopter. Co tu robi helikopter? Babcia krzykiem przywołuje mnie do porządku i nakazuje schować się w domu. Pojawiają się jacyś ludzie, widzę ich z okien. Mają czerwone mundury. Wyglądają groźnie, mają broń. Jeden z mieszkańców podbiega do nich, pewnie zapytać co się dzieje. Pada strzał. Babcia krzyczy i łapiąc mnie za rękę, zaczyna biec w stronę drugich drzwi, wychodzących na las. Słychać dużo krzyków i strzałów. Biegnę wraz z babcią przez znany mi lasek. Dobiegamy do jednego z przewalonych konarów. Tam kucamy i pozostajemy tak w ciszy przez jakiś czas. Bałem się, wiesz? Strasznie się bałem… Nie miałem nawet okazji zapytać babci co się stało. Kątem oka zobaczyłem ruch, odwróciłem głowę i zobaczyłem to… coś. Złapałem seniorkę rodu za rękę i wskazałem palcem prawdziwy koszmar. Gdy zwrócił głowę w naszą stronę, nie udało się nam powstrzymać wrzasku.
Ciemne, wielkie cielsko, ukryte pod poharatanym płaszczem. Dwie pary cienkich, starczych rąk. Paskudna twarz… ta twarz… jakby umarły wydostał się z piekła. No i oczywiście nogi… kilkaset stóp maszerujących tuż nad powierzchnią ziemi. Nie wiem jak ci to wytłumaczyć… Jak gdyby stonoga stała się człowiekiem. Po prostu pulsująca masa ludzkich stóp, kręcąca się w jakimś dziwnym szale nad podłożem.
Wtedy zagrzmiał huk i zewsząd nadleciał dym. Okropny twór jęknął przeciągle i opadł na ziemię. Wciąż krzycząc, widzę jak nadbiegają Czerwone ludziki, które nawiedziły wioskę. Chwytają moją babcię i mnie. Ciągną nas przez las do jakiegoś samochodu. Wyglądał jak spory, wojskowy Van. Potem rozdzielają płaczącego mnie, od mojej opiekunki. Zamykają za babcią drzwi samochodu. To był ostatni raz kiedy ją widziałem. Trafiłem do mniejszego, zielonego Van-a. Tam jakiś człowiek w okularach tłumaczył mi, że jestem bardzo chory i mam halucynacje. Mówił, że zaraz trafię do szpitala, że ponoć źli ludzie napadli na wioskę, chcieli rozlać jakieś chemikalia. Miałem wtedy 10 lat, nic z tego nie rozumiałem. Po jakiejś godzinie drogi — podczas której wciąż i wciąż pytałem o moją babcię, a odpowiadało mi milczenie — dotarliśmy do szpitala w mieście, gdzie przyjęto mnie na oddział. Wszystko trwało zbyt szybko, płakałem za bardzo… Nie wiem, nie pamiętam. Później położyli mnie na łóżko i podali coś dożylnie. Jedna z pielęgniarek trzymała mnie za rękę… zasnąłem.
Widzisz, to była jakaś grubsza akcja. Nie będę męczył Cię bezsensownymi informacjami. Powiem tylko, że rodzice odebrali mnie 3 dni później. W gazetach pisano o ataku terrorystycznym, o próbie nowej broni. Atak terrorystyczny! Na wsi obok Bydgoszczy!
Błagam…
Rodzice bardzo się martwili. Powiedziano im, że moja babcia jest w ciężkim stanie, z racji nieznanej substancji, użytej przez zamachowców, jest pod opieką wojskowych lekarzy. Kilka tygodni później kazano rodzicom zidentyfikować ciało babci. Nawet nie wiesz jak bardzo płakałem. Tłumaczyłem rodzicom, że babcię porwano, że ktoś chciał nas skrzywdzić. Głaskali mnie po głowie, uspokajali. Myśleli, że miałem zwidy, halucynacje, że to przez jakiś pieprzony gaz! Wtedy czułem wielki żal i złość, teraz ich rozumiem. Taką prawdę łatwiej przyjąć. Jednak ja wiem swoje. Ponadto! Teraz mam też dowody! No, w sumie to miałem… zanim tu trafiłem. Podejrzewam, że wszystko zostanie zniszczone zaraz po… no wiesz…
Czekaj, co? Nie wiesz co się z nami stanie? Poważnie? O, stary…
Zresztą sam musiałeś nieźle nawywijać, że Cię tu wsadzili. Mniejsza. Sam się przekonasz, pewnie niebawem…
Wracając jednak do mojej historii. Przez całą młodość czułem, że zostało przede mną ukryte coś okropnego. Wiesz, jedna z tych rzeczy, które wywróciłyby do góry nogami cały porządek kraju, czy nawet świata. Bardzo chciałem dojść prawdy. Udawałem oczywiście, że łykam tą cała bajkę o halucynacjach i ataku chemicznym. Musiałem się mocno kryć z moim małym śledztwem. Niestety, dopiero kiedy ukończyłem 18 lat, miałem większe pole manewru. Wcześniej zgrywałem cichego dzieciaka, uczyłem się dobrze. Rodzice wysłali mnie na studia, a ja cały ten czas, kiedy miałem uczyć się dzielnie na przyszłego magistra, spędziłem na dochodzeniu. Brnąłem w to coraz głębiej. Zacząłem od najmocniejszych wspomnień. Helikopter nad wioską, czerwone mundury. Zacząłem przeglądać prasę, pierwsze wzmianki w gazetach. Kilka lat później, kiedy internet jeszcze raczkował, ja śledziłem pierwsze fora tematyczne, takie z teoriami spiskowymi. Pośród setek bzdur trafiłem na kilka powiązanych tematów. Znalazłem kilku ludzi, z podobnymi wspomnieniami. Czerwone mundury… pojawiały się ponoć kilkukrotnie, zawsze, gdy działo się coś złego. Co prawda nigdy nie słyszałem, żeby byli brutalni wobec kogokolwiek. Dlatego właśnie myślę, że mój przypadek musiał być naprawdę poważny. Oni przecież wybili całą wioskę! Z tego, co przekazali mi rodzice, przeżyłem ja i dwójka innych dzieciaków. Postanowiłem je odnaleźć. Nie było to specjalnie trudne, w końcu znałem nazwiska wszystkich kolegów i koleżanek z tamtej wsi. Przeszukałem fora i gazety, wzmianki o „chemicznym ataku”. Nowak i Biebrzycki… Znałem ich, Kamil i Marcel…
Wtedy postanowiłem nawiązać jakiś kontakt i zgadnij co się stało? Jeden w psychiatryku, drugi w zakładzie karnym. O ile Kamila w oddziale, dla umysłowo chorych odwiedzić nie mogłem, tak już wizytę w więzieniu odbyłem. Usłyszałem, że mam nie drążyć…
Tylko tyle, rozumiesz? Spotkanie trwało minutę. Nie zdążyłem nawet o nic zapytać. Jakby wiedział, po co przyszedłem. Wyglądał źle i błądził oczyma dookoła. Zdaje mi się, że go obserwowali.
Jak to kto?
Ci sami, którzy nas tu osadzili. Przecież sam tu nie przyszedłeś, prawda?
No więc, zagłębiałem się coraz bardziej w pokręconych teoriach, aż natrafiłem na coś godnego uwagi. Kilkanaście spotkań z podejrzanymi typkami później, miałem już jako-takie pojęcie o całej sprawie. Wychodzi na to, że była to jakaś specjalna grupa, związana z właściwie wszystkimi większymi katastrofami w kraju, czasem i na świecie. Za każdym razem, kiedy ktoś na forum wspominał Czerwone Mundury, od razu śledziłem wszystkie zawarte tam informacje. Wykolejenia pociągów, nagłe choroby setek ludzi, katastrofy lotnicze, powodzie, jednym słowem, wszystko co złe… Oni zawsze pojawiali się tam jakiś czas później. Kopiąc głębiej, poznałem też sporo opisów, podobnych do mojego Koszmaru. Widzieli to...coś. To nie były halucynacje, o nie! Wielu pisało, że widziało potwora, jakąś postać, znajdowało mnóstwo odcisków stóp w miejscach, w których działo się coś złego. Wiele z tych wpisów znikało nagle, na próżno było szukać ich ponownie. Myślę, że Oni jakoś to nadzorowali. W każdym razie, jestem pewien, że Czerwone Mundury dysponują tym Potworem, używają go jak broni, a może sprawdzają na ile mogą go okiełznać? Jeden z tych, których odnalazłem na swojej drodze podczas moich śledztw powiedział, że był jednym z nich, kiedyś… dawno temu. Ponoć uciekł, posługując się fałszywymi dowodami ukrywał się… zechciał się ze mną spotkać, bo tak jak i oni śledził fora tematyczne i internetowe wycieki informacji. Nie będę przytaczał całej, zawiłej zresztą rozmowy. Wystarczy powiedzieć, że stałem się posiadaczem kilku dokumentów i jednego, makabrycznego zdjęcia, przedstawiającego ten chodzący Obłęd. To było to… to samo coś, co widziałem, kiedy wraz z babcią skrywałem się za powalonym konarem.
Wyglądasz, jakbyś mi nie wierzył, a może Cię nudzę?
Mniejsza. Pewnie już niedługo sam zobaczysz, że nie kłamię.
Dlaczego?
Bo widzisz… właśnie tutaj, gdzie się znajdujemy, oni testują możliwości tego czegoś. Myślisz, że jesteśmy w normalnej placówce? W normalnym więzieniu? Powiedz szczerze, co zrobiłeś?
Reportaż o tajnej jednostce? Serio? Chciałeś zrobić reportaż o Czerwonych Mundurach?
Ahh rozumiem, nie wiedziałeś o jakiej dokładnie? Wysłali cię w ciemno i musiałeś trafić akurat na tych tutaj? Biedaku…
Gdybyś trafił na kogokolwiek innego, pewnie piłbyś teraz piwko w barze i obmacywał jakąś dziewczynę, która wlała w siebie o wiele za dużo. Niestety tutaj, cóż, czeka nas najgorsze…
Brednie, powiadasz?
Widzisz to krzesło na końcu korytarza? Tak, te z czymś, co przypomina hełm. Nie zastanawiało Cię jak dotąd, dlaczego korytarz jest osłonięty blachą? Dlaczego widać tylko jego koniec i to krzesło?
Widzisz, jestem tu chwilę dłużej niż ty. Jeśli dobrze liczę, kilka dni, zanim wrzucono tutaj ciebie. Obserwowałem innego więźnia, kiedy przypinali go do tego stalowego krzesła, zabezpieczali głowę i spinali go pasami tak, by nie mógł nawet drgnąć… Potem wszyscy wychodzili. Kilka minut i drzwi od korytarza otwierały się, robiło się nieprzyjemnie. Blacha zasłaniała widok, jednak jestem pewien, że właśnie wtedy to coś… ten potwór… to plugastwo, kroczyło w stronę więźnia… Krzyczał i płakał, a potem, w jednej chwili..był martwy. Szczęściarz z niego, wydaje mi się, że dostał wylewu…
Kolejny nie miał tyle szczęścia… Wrzeszczał do momentu, w którym jego ciało zaczęło się rozpadać. Tak, dobrze słyszysz! Rozpadało się, jak w najgorszej gangrenie, ręce odpadły od tułowia, a potem krew uleciała z niego, dopiero wtedy przestał wrzeszczeć!
Dlaczego jestem taki spokojny?
Hmmmm… może dlatego, że wreszcie, ponownie zobaczę to dziwo? Wiesz co myślę? Że ten plugawiec jest sprawcą wszelkich nieszczęść na świecie. Nie zgadniesz gdzie ostatnio był widziany! W Chinach!
Tak, dobrze się domyślasz, właśnie tam!
Chwilę później wybuchła pandemia. Ciekawe co? Wiem, że to jego sprawka, wiem, że przyciąga do siebie wszystko co złe, a może rozprowadza zło, które sam skrywa, naokoło? W każdym razie, nie mogę się doczekać, bo wiesz? Jestem już zmęczony szukaniem. Jestem pewny, że kiedy To zobaczę, będę spełniony. Szkoda tylko, że Czerwone Mundury nie zechciały wytłumaczyć mi na sam koniec, dlaczego i jak to wszystko robią. No nic, będzie mi musiał wystarczyć widok samego Potwora. Być może w ostatnich chwilach sam się domyślę, o co tak naprawdę w tym chodzi? Ponadto! Czytałem pewną legendę, stare, bardzo stare opowiadanie, jak kiedyś starszy człowiek okiełznał to coś. Słowiańskie mity, wiesz? W końcu jesteśmy w Polsce.
Niesamowite co?
W życiu bym nie pomyślał, że pod własnym dachem będziemy mieć historie rodem z Hollywoodzkich filmów sci-fi. No, ale ja nie o tym. Ponoć trzeba temu czemuś zaoferować coś bardziej wartościowego. Wedle legend, dało się z tym Czymś nawet dobrze ułożyć. Wiem, wiem, myślisz, że to bujdy, nie wierzysz mi w dalszym ciągu tak do końca, co? Przyznaj jednak, że wszystko zaczyna Ci się układać w głowie, prawda? Przecież czułeś ten dreszcz i strach, kiedy otwierali te cholerne drzwi wczoraj… To stało właśnie tam. Jestem pewien, że podświadomie wiesz, że mam rację.
Czy Czerwone Mundury chcą stworzyć z tego broń?
Nie sądzę, żeby mieli nad tym jakąkolwiek większą władzę. Zdaje mi się, że są w stanie, że tak powiem „wyłączyć to coś z użytku” na jakiś czas, za pomocą jakiejś substancji, którą rozpylają w powietrzu. Pewne jest natomiast, że mogą to więzić. Znaczy się, tak sobie myślę, że ten Koszmar nie może jak na przykład duchy, przenikać ścian.
Nie wierzysz w duchy? Nie winie Cię, sam kiedyś nie wierzyłem, ale teraz uważam, że wszystko może być prawdziwe. Jeśli będziesz miał to nieszczęście znaleźć się tam, na tym krześle, przede mną, sam zobaczysz.
Kontynując, jestem pewien, że to względne panowanie za pomocą jakiejś substancji nad tym Plugastwem jest złudne. Myślę, że gdyby to Coś naprawdę chciało, rozjebałoby cały ten budyneczek w drobny mak.
Dlaczego tego nie robi? Haaa… dobre pytanie, może na coś czeka?
Wracając do mojego wywodu, zdaje mi się, że w tamto lato, na tamtej wsi, stracili nad tym kontrolę całkowicie, może przez przypadek, a może chcieli sprawdzić, co się stanie? Myślę teraz, że wtedy, po tamtym, mogłem sobie po prostu odpuścić, wieść spokojne, normalne życie. Jednakże postanowiłem, że doprowadzę to do końca. Muszę wiedzieć, muszę zobaczyć, spróbować. Nawet jeśli zawiodę, co mi tam. Koszmar prześladuje mnie co noc. Naprawdę, mam niewiele do stracenia. Już Ci mówiłem, jestem zmęczony…
Po co im ten stwór? Nie wiem, ale domyślam się, że wierzą, iż kiedyś uda im się nad nim zapanować.
Czerwone Mundury zmuszają je, wykorzystują do swoich celów. Jestem pewien, że To coś nie jest tu z własnej woli. Myślę, że ten dym, czy gaz, który pojawił się wtedy, w lesie, kiedy się kryłem z babcią, ma na to jakiś wpływ. Jedno jest pewne, nie da się okiełznać Nieszczęścia niczym, co człowiek stworzył. Jestem jednak pewny, że istnieje inny sposób…
Co? Co zamierzam zrobić, jeśli mi się uda? Przecież to oczywiste, rozpierdolę całą tę organizację… a potem, kto wie…
Nienawidzę ich, wiesz? Nie wiem o nich zbyt wiele, ale nienawidzę, za wszystko co wtedy zrobili w tej wiosce. Nie mają dobrych intencji, jestem pewny.
Oho, chyba ktoś się zbliża…
Witam Pana Mundurowego… milczący jak zawsze co?
Spokojnie, po co ta broń? Przecież nigdzie nie uciekam, to co? Moja kolej w tym waszym popieprzonym eksperymencie?
Chyba nie mam wyjścia kolego. Muszę iść, inaczej sami mnie wywleką. Wiedz, że wszystko co Ci opowiedziałem to prawda. Jeżeli umrę, a przyjdzie twoja kolej na to nasze skurwiałe, metalowe krzesełko, pamiętaj, żeby zamknąć oczy. Nie, żebyś miał przeżyć, chodzi jedynie o twój komfort, nie chcesz tego oglądać, wierz mi…
Dobra, idę już, idę! Po co te nerwy?
Widzisz, strażnicy nie dają mi wyboru…
Co? Co zamierzam zaoferować temu Potworowi? Czy to nie oczywiste? Przeciwieństwem nieszczęścia jest szczęście, prawda? Nieszczęście tworzy zło i smutek, co w takim razie tworzy szczęście?
Miłość mój przyjacielu, zamierzam oferować bezwarunkową miłość. Jak w starych zapiskach, jak w legendach…
A, tak na odchodne, wiesz jak nazywali kiedyś tego Stwora?
Mówili o nim Licho…
Diabeł z jajka
Paulina była młodą, zgrabną dziewczyną. Miała długie, ciemne włosy, które idealnie komponowały się z jej cygańską karnacją. Ubrana w zwiewną, czarną sukienkę oraz czerwoną bandankę na głowie wyglądała niczym czarodziejka z książek dla dzieci. Kończyła właśnie przepowiadać przyszłość Pani Bernadetcie. O ile można to było nazwać przepowiadaniem przyszłości. Prawda była taka, że oszukiwała. Kochała oszukiwać naiwnych prostaczków. Trochę mistyki, parę zgrabnych gestów, szczypta psychologicznej zagrywki i voila! Każdy wieśniak nabierał się na jej pseudo-paranormalne sztuczki. Trzeba było jej jednak oddać, że sztukę swoją opanowała do perfekcji. Każde słowo było idealnie dobrane. Bystre oczy Pauliny wyłapywały każdą, najdrobniejszą nawet zmianę w obliczu ofiary swoich przekrętów. Dodatkowo, znajomość natury łatwowiernych prostaczków dodawała siły jej przekazom i mowie. Znała oczywiście też kilka prostych sztuczek magicznych i iluzjonistycznych. Jednym słowem, robiła wielkie wrażenie. Zwłaszcza tu, na tej malutkiej, nadmorskiej wioseczce.
W kilku miejscach otwierała swoje „paranormalne” biuro. Doiła łatwowiernych klientów. Głównie kobiety po 40-stce i jakichś przypadkowych studenciaków. Stawiała tarota, przepowiadała przyszłość, odczyniała „uroki”. Jednym słowem, zajęła się niszą, która mimo wszystko przynosiła znaczne dochody.
Po którymś takim miesiącu, stwierdziła, że kupi sobie domek na wsi i stamtąd będzie obsługiwała kogo popadnie. Zamożniejsze klientki były przyjmowane zawsze poza kolejnością, na telefon. Te mniej zamożne, lecz jeszcze nie biedne mogły się do niej pofatygować osobiście. Okoliczni mieszkańcy natomiast mogli wpaść i liczyć na jakieś mniejsze wsparcie za drobną opłatą. Tych ostatnich również nie brakowało. Starsze panie z wioski chętnie słuchały „magicznych” przepowiedni młodej dziewczyny. Chciały poczuć to „coś”. Chciały być bardziej światowe i modne. Dzięki poczcie pantoflowej nie brakowało jej klientek z pobliskich miasteczek i wsi. Nie mogła narzekać na nudę.
Z początku środowisko wydawało się wobec niej nieufne. Wystarczył jednak drobny pokaz swoich sztuczek, żeby następnego już dnia tabuny kobiet stawały przed jej domem po wróżbę, czy też odczynienie uroku. To było proste, po prostu przed sklepem wiejskim, na prośbę jednej z kobietek, która to chciała wystawić dziewczę na próbę i na własne oczy zobaczyć trochę jej sztuki, powiedziała jakąś bzdurę o przydarzających się jej ostatnio nieszczęściach. Paulina, jako światowa dziewczyna, z jasnym poglądem co do dziecinnych zabobonów, odegrała swoją rolę perfekcyjnie. Poprosiła o jajko ze sklepu, następnie na oczach wszystkich stłukła je i rozdzieliła na pół. Kiedy z wewnątrz jajka wypadły długie włosy, a Paulina donośnym głosem oznajmiła, że klątwa jest zdjęta, ludzie oszaleli z wrażenia. Potem wszystko potoczyło się już po jej myśli. Sama sztuczka z jajkiem była jednym z jej ulubionych numerów. Wystarczyło przygotować jajko wcześniej w domu. Zbić delikatnie po boku, wyssać zawartość, delikatnie wepchnąć kosmyk włosów ( czy to swoich czy zebranych u fryzjera ) i tyle. Następnie prosiła o jajko od klientki, szybkim ruchem podmieniała jajko na swoje, tłukła tak, by nikt nie zdążył zobaczyć wcześniejszego uszkodzenia skorupki i tyle! Efekt gwarantowany. Jeśli chodzi zaś o samą „klątwę” ciążącą na klientce, jak wiadomo wszystko działo się w głowie i zaraz po zobaczeniu,,rytuału” wszystkie złe sprawy jak ręką odjął.
Paulina kochała to co robiła. Kochała być chwalona i podziwiana. Nader wszystko kochała jednak poczucie wyższości nad naiwnym motłochem. Czuła wtedy, że jest lepsza, mądrzejsza, piękniejsza.
Mieszkała sama. Nie tak, że narzekała na brak amantów. Jednak wyznawała zasadę, że co za dużo, to niezdrowo. Kiedy miała ochotę na romans, wyjeżdżała na wczasy. Tam zawsze trafił się jakiś zakochany chłopiec. Zaraz potem słuch po niej ginął i wracała spokojnie do siebie. Uważała, że związek nie pasowałby do jej roli. Chciała być uznawana za czarodziejkę i mistyczkę. Oczywiście co za tym idzie, zwiększać swoje fundusze. Pieniądze były z tego świetne. Wystarczyło 7 lat, by móc bez kredytów i pożyczek zakupić urokliwy domek na wsi i żyć tak wygodnie, jak na to pozwalały warunki. Była zadowolona ze wszystkiego, co udało jej się osiągnąć. Ponadto czułą się pewniej niż kiedykolwiek w swoim fachu. Uwielbiała patrzeć z góry na wszystkich dookoła siebie. Nie lubiła ludzi, byli jedynie pionkami w jej grze, źródłem utrzymania. Właśnie tutaj czuła się KIMŚ. Każdy kolejny dzień był sielanką. O rana telefony i pytania o przyszłość, potem trochę tandetnych wróżb dla mieszkanek wioski. Myślała, że jeśli tak dalej pójdzie, trzeba będzie otworzyć jakąś stronę internetową. Może nawet zatrudnić sobie sekretarkę? Takie i inne myśli zaprzątały jej głowę, kiedy po drodze do sklepiku wiejskiego zobaczyła jedną z klientek wraz z synkiem.
— Dzień dobry Pani Paulino! — wykrzyknął chłopiec — Zrobi Pani sztuczkę?
Nazywał się chyba...Filip? Co za upierdliwy bachor! Za każdym razem chciał, żeby zachwyciła go po raz kolejny jakąś magiczną sztuczką. Co prawda lubiła być podziwiana ale raczej w gronie dorosłych, a nie jakichś smarkaczy. Najchętniej powiedziałaby mu, żeby szedł w diabły, ale z pewnością nie byłoby to mile widziane w oczach jej klientki. Nie miała zamiaru zmieniać wizerunku dobrotliwej, wszystkowiedzącej wróżki.
— Czy to twoja moneta? — Rzuciła z udawaną radością i wyciągnęła zza ucha chłopca dwa złote.
Chłopak roześmiał się radośnie, chwycił pieniążek i podbiegł do matki.
— Mamo, mamo! — wykrzykiwał — Pani Paulina zrobiła czary! — Radośnie szczebiotał.
Jakie to szczęście, że nie miała dziecka. Co niby miałaby robić z takim irytującym kaszojadem? Z tej myśli wyrwała ją Pani Magda, matka dziecka.
— Dzień dobry Pani! — serdecznie witała się klientka — Dobrze, że Panią widzę. Chciałabym się umówić na tarota. Ma Pani może czas w tę środę? — zapytała.
— Oczywiście! — udawała zadowoloną Paulina — Dam Pani znać przez SMS na którą ok? Przepraszam ale zaraz mi sklep zamkną. Muszę lecieć! — powiedziała i machając ręką na pożegnanie przyspieszyła kroku.
Była już prawie pod sklepem kiedy usłyszała jakąś awanturę. Postanowiła wsłuchać się we wrzeszczące na siebie kobiety.
— Ty stara jesteś i głupia! — krzyczała stara babinka ubrana w wieśniacki, czerwony sweter — Jeszcze jej emeryturę oddaj, to ci jaki abonament da! — kontynuowała.
— A co ty mi będziesz gadać stara ruro! — chrypiała wściekle druga kobieta,
Paulina rozpoznała w niej swoją stałą klientkę, Panią Basię.
— Basieńko! — zaczęła pierwsza z pań — W niedzielę do kościoła latasz, a potem łazisz na jakieś czorty na kijach. Jak tak można? — zakończyła z żalem kobiecina.
Obie w tej samej chwili zwróciły się w stronę nadchodzącej wróżki. Pani Basia z wielkim uśmiechem powitała Paulinę i zaczęła się skarżyć, że została napadnięta przez tę kobietę, co we wróżki i czary nie wierzy. Prawie płakała prosząc, żeby babie udowodnić, że się myli. Paulina westchnęła w duchu. Podeszła do obcej kobiety i zapytała :
— Może mogłabym i dla Pani powróżyć? Pierwsza sesja gratis! — zdobyła się na uśmiech.
— Pani! — starsza kobieta spojrzała na nią dziwnie głębokimi oczami — Ja nie wierzę w żadne włosy z jajek, klątwy i takie brednie. Zwykłe sztuczki i szarlataństwo. Jak chcesz mnie Pani przekonać co do tych swoich cudów na kijach, to może coś brawurowego zrobisz? — rzuciła nieznajoma.
Paulina przez chwilę nie wiedziała co ma powiedzieć. Jeszcze nigdy nikt jej nie prosił o nic „brawurowego”.
— Co ma Pani na myśli? — zwróciła się do niej Paulina.
— No właśnie! — wykrzyknęła nagle zadowolona kobiecinka — Nic nadzwyczajnego poza jakimś czytaniem z fusów pewnie dziecko nie potrafisz. Może się za coś na poważnie weźmiesz? Mam nawet kilka pomysłów, to ci mogę podpowiedzieć. — Dodała Pani w czerwonym sweterku.
Paulina poczuła złość. Tak wielką złość czuła chyba ostatni raz w szkole, kiedy któraś z jej klasowych koleżaneczek rozpuściła plotki o jej rzekomej ciąży. Zauważyła, że pojawiło się kilku gapiów. Ciekawskie baby pojawiły się też w oknach. Widać kiedy robi się głośno, cała wioska nagle się ożywia. Teraz już wiedziała, że nie może stracić twarzy w starciu z tą wkurwiającą babą.
— Proszę bardzo! — pwoiedziała wróżka — Śmiało! Niech mi Pani rzuci jakiś pomysł, jakieś wyzwanie. O ile moja moc nie będzie zbyt mała, by się tego podjąć, chętnie je dla Pani wykonam. Może to w końcu otworzy oczy niedowiarkom! — rzuciła głośniej Paulina i rozejrzała się dookoła stanowczo.
— Z miłą chęcią. — powiedziała kobieta, zagadkowo miłym głosem — Słyszałaś może kiedyś o tym, że jak się jajko gęsie przez 30 ni będzie nosić przy sobie, to można diabła wyhodować? — zapytało wredne babsko.
Paulina ledwo się powstrzymała, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Owszem, czytała o podobnych gusłach. Co prawda we wpisie, na który natrafiła na jednym z forów o tematyce paranormalnej, wspominano właściwie o jajku kury liliputki. Prawdopodobnie jednak istniało wiele wersji, równie niedorzecznych. Większej bzdury nie słyszała nawet w dzieciństwie. Jeżeli miała coś komuś udowodnić, to szykowała się na o wiele więcej. To będzie prostsze niż się mogło wydawać.
— Diabła, powiada Pani? — pociągnęła temat wróżka — Diabła to ja chętnie spróbuję wyhodować, a jeśli by się taki nie bał i przy mnie wykluł, zaraz go wezmę w obroty! — zakończyła z uśmiechem.
W okół zapadła cisza. Kilka babć przeżegnało się szybko. Kilka uśmiechało pod nosem. Paulina wiedziała, że zrobiła pokaz swojego talentu. Teraz już jej ta wredna paskuda nie będzie podskakiwać.
— W takim razie proszę. — powiedziała kobieta, wyciągając coś z torby — Jedno jajo gęsie, prosto do Pani rąk. Pamiętaj złociutka, 30 dni i ani jednego mniej. Jak ci się uda, to osobiście przeproszę i nawet wszystkim we wsi sesję jedną postawię u Ciebie tego całego tarota — zakończyła starsza pani i wręczyła jajko Paulinie. — Do zobaczenia za miesiąc! — dodała i ruszyła w sobie tylko znanym kierunku.
Paulina trzymała jajko w rękach. Nie bardzo wiedziała co myśleć o tej całej sprawie. Jedno było dla niej pewne. To będzie bułka z masłem. Żadnych diabłów nie ma, tak jak i jej wróżby to bujda na resorach. Nie wszyscy jednak muszą o tym wiedzieć. Paulina wpadła na szatański pomysł. Czemu by po tych 30 dniach nie zrobić sobie żartu ze wszystkich łatwowiernych ludzi i nie wymyślić jakiegoś sprytnego podstępu, że niby jej się właśnie udało? Musiała co prawda sporo przygotować, przydało by się jeszcze jakieś brudne kocie truchło, trochę sztucznej krwi, może jakieś rogi? Przecież to będzie jej najlepsza sztuczka jak do tej pory! Jeśli przekona tych frajerów, że rzeczywiście wyhodowała diabła, będą się zabijali o wizyty u niej. Nawet jeśli nie wszyscy będą brali to do końca na serio, jak tylko dopełni tej swojej dziwnej obietnicy, poczta pantoflowa rozniesie się po wszystkich okolicznych mieścinach. Jedno jest pewne, będą gadać, a jak gadają to ciekawość bierze górę. Z samego tego powodu przyjdą raz czy drugi do niej. Wiadomo nie od dzisiaj, że ludzie lubią takie durne zabobony, nawet jeśli publicznie się do tego nie przyznają.
Zadowolona wróżka zapomniała już o zakupach, odwróciła się na pięcie i ruszyła raźnym krokiem do domu. Miała mnóstwo do przemyślenia i przygotowania. Co prawda pozostawał jej miesiąc do całego grande finale, mimo to musiała się starannie przygotować. Zanim dotarła do domu, zaczął zapadać już zmrok.
⁕⁕⁕
Następnego ranka zaczynały się przygotowania do dożynek. Mnóstwo ludzi, wiejska sielanka, kiełbasa z ogniska. Pomimo małomiasteczkowej atmosfery, Paulina lubiła dożynki. Podziwiała swojskość i prostotę, czasem kupiła jakieś rękodzieło. Był to też idealny moment, żeby popisać się wśród klientek obecnych na tej, jakże wspaniałej ( jak na wiejskie standardy ) uroczystości. Wróżka kończyła właśnie opowiadać o mocy płynącej ze szlachetnych kamieni oraz o tym jak chronić się przed urokami. Wszystko oczywiście było bujdą na resorach, Paulina dokładnie o tym wiedziała. Trzeba było jednak dobrze odegrać swoją rolę. Klienteli z dużych miast wciąż przybywało, jednak nie znaczyło to wcale, że należy pozbawiać się dodatkowego dochodu w postaci kilku wieśniaczek, wpadających od czasu do czasu se swoimi durnymi prośbami o wróżenie z fusów i takie tam. Z oddali zauważyła Panią Basię.
— Dzień dobry Dobrodziejko! — krzyknęła tamta rozentuzjazmowana — Dobrze widzieć naszą kochaną wróżbitkę na naszej małej imprezie! — dodała.
Paulina uśmiechnęła się w wyuczony sposób, całkowicie nieszczery.
— Pani Basiu! — zaczęła wróżka — Dawno Pani u mnie nie była! Widzę, że Pani aura coś jakby przygasła? Może chce Pani jakichś ziółek albo zdjęcia kilku krążących w okół Pani problemów? — skończyła Paulina.
Wiedziała, jak świetnym zagraniem jest mówienie o aurach przy łatwowiernych klientach. Widziała, że był to strzał w dziesiątkę. Pani Basia wyraźnie się pobudziła.
— Byłabym bardzo wdzięczna! Rzeczywiście coś ostatnio mam jakoś ciężej w życiu. Pani Wróżka zawsze wszystko widzi jak na dłoni! — powiedziała podniecona kobietka.
Bingo! Wszystkie wiejskie baby zaczęły trajkotać do siebie. Paulina słyszała pochwały i podziwy. Czuła się świetnie.
— O! Widzę, że ma Pani ze sobą to jajko! Pani naprawdę zamierza wyhodować tego no… wiem Pani… — konspiracyjnie ściszyła głos Pani Basia.
— Oczywiście! — pociągnęła temat Paulina — Nie dość, że wyhoduję, to potem ubiję i wykorzystam do swoich mikstur! — skończyła.
Rozejrzała się wokół. Kobiety spoglądały na nią z mieszaniną podziwu i niepokoju. Widocznie jej słodki plan powoli zaczął nabierać rozpędu. Teraz jeszcze kilkanaście dni musi się pokazywać tu i ówdzie z tym durnym jajkiem i zaraz zaczną baby gadać między sobą. Potem już z górki. Pokaże jednej z nich truchło, niby przypadkiem. Opowie jakąś naciąganą historyjkę, jak to się diablątko wykluło, a ona je zatłukła. Sporządzi jakiś soczek z imbiru i cytrusów, doda trochę pigmentu jadalnego i rozpowie, że ma zioła ze sproszkowanym szkieletem tego wyhodowanego czorta. Jeszcze się na tym nieźle wzbogaci, a plotka, cóż… Wiadomo jak to jest z plotkami, w każdej szuka się ziarna prawdy. Wystarczy, że zrobi się o tym głośno a klientów przybędzie. Nie pierwszy raz robiła wokół siebie takie show. Co prawda nigdy nie przeprowadzała takiego oszustwa na taką skalę, jednak wiejskie miejscowości mają to do siebie, że numery, które zaraz by w mieście ludzie puścili mimo uszu, tu będą się rozchodzić jak ciepłe bułeczki przez kilka tygodni. Czuła ekscytację na myśl o nadchodzących dniach.
Bucząc do mikrofonu, Sołtys zapraszał wszystkich do wzięcia udziału w jakiejś loterii z nagrodami. Wszyscy zaczęli się schodzić pod prowizoryczną scenę, z której przemawiał. Paulina stała w oddali i wsłuchiwała się w gwar gawiedzi. Było ciepło i słonecznie. Spojrzała na zegarek. Za pół godziny ma spotkanie online z jedną z klientek z Poznania. Musiała wrócić do domu chwilę wcześniej, żeby sprawdzić sobie informacje o niej. W tym fachu trzeba zbierać sporo informacji, a Paulina była w tym ekspertką. Wszystko skrupulatnie zapisywała w notatniku na laptopie. Miała karty wielu klientek, dzięki czemu zawsze mogła zaskoczyć je jakąś informacją, której zapomniały, że same jej udzieliły. Każdy element układanki musiał przecież do siebie pasować. Jej gra aktorska była na medal, a sztuczki jakie stosowała sprawiały, że czasami sama była pełna podziwu do swojej osoby.
— Jak wspaniale, że świat pełen jest takich naiwniaków… — wyszeptała pod nosem sama do siebie i powoli pomaszerowała w stronę swojego domu.
⁕⁕⁕
Dochodziła już północ, kiedy Paulina pożegnała ostatnią, telefoniczną klientkę. Beata, bo tak owej było na imię, była rozhisteryzowaną, nadużywającą alkoholu panienką, która ciągle narzekała na problemy sercowe. Pikanterii dodawało to, że była mężatką, w dodatku całkiem zamożną. Jej problemy miłosne nie dotyczyły oczywiście męża, a kochanka. Poza standardowym wyciąganiem pieniędzy od takich jak ona, Paulina uwielbiała wysłuchiwać takich dramatów. Kiedy tylko skończyła rozmowę, poszła do kuchni i nalała sobie szklaneczkę whisky. Uwielbiała swój rytuał. Kiedy tylko kończył się miesiąc, robiła bilans swoich przychodów, umilając sobie czas buteleczką dobrego Jacka Danielsa. Przeglądała cyferki na koncie i wyraźnie zadowolona z przychodów, pociągała leniwie ze szklanki. Po kilku minutach otworzyła kalendarz na laptopie. Miała równe dwa tygodnie, zanim będzie mogła w końcu pożegnać się z tym cholernym jajkiem. Oczywiście nosiła je przy sobie jedynie kiedy wychodziła z domu. Pozostały czas spędzało w lodówce. Obawiała się, że zacznie śmierdzieć. Planowała nawet wykorzystać jakieś inne jednak miała dziwne wrażenie, że tym razem ktoś wychwyci różnicę. W końcu prawie codziennie pokazywała jajo ciekawskim klientkom ze wsi. Byłoby głupio wpaść przez taką głupotę. Dlatego właśnie zdecydowała się dokończyć swój mały podstęp z oryginałem. Wcześniej już zamówiła potrzebne produkty. Poczytała nawet czym i w jaki sposób doczepić rogi do sierści. Same rogi zakupiła przez internet na aukcji z trofeami myśliwskimi. Były malutkie, kozie. Idealnie nadawały się do jej celów. Pozostawała jeszcze jedna kwestia. Trzeba było załatwić sobie martwego kota. Oczywiście musiał być w miarę świeży w momencie całego finału akcji. Nie mogła więc zdawać się na ślepy los i szukanie na ostatnią chwilę jakichś zagubionych dachowców. Otworzyła przeglądarkę i wpisała: KOTY — ODDAM ZA DARMO. Po kilku kliknięciach myszką już była na jednym z forów ogłoszeniowych. Musiała wybrać dalszą miejscowość, nie mogła wzbudzać podejrzeń ani ryzykować wpadki. Przy okazji mogła przecież zrobić sobie krótki wypad na weekend. Studiowała zdjęcia malutkich, puszystych koteczków. W końcu znalazła coś z sensem.
,,Oddamy za darmo, w dobre ręce. Kocurek ma 3 tygodnie, możliwy odbiór osobisty na terenie Bydgoszczy za około tydzień.”
Plan był gotowy do realizacji. Szybko napisała wiadomość do autora ogłoszenia. Jak tylko uda się jej zarezerwować pchlarza, przyszykuje się do drogi. Musiała jedynie kupić jakiś transporter i zabukować hotel.
— Karma to ci nie będzie potrzebna… — wymruczała pod nosem i parsknęła.
Nie pozostawało jej już nic innego jak czekać na wiadomość zwrotną. Wątpliwe było, że otrzyma ją tak późno w nocy, toteż wybrała się z butelką whisky do sypialni. Miała w planach obejrzeć jeszcze jakiś film. Gdyby gasząc światło w salonie, zerknęła w stronę drzwi wejściowych, z pewnością jej uwagę przykułby cień wysokiej postaci, padający na podłogę. Była jednak zbyt zajęta dopijaniem drinka i przeglądaniem swojego telefonu. Zamknęła za sobą drzwi do sypialni i włączyła telewizor. Miała ochotę na komedię romantyczną, zaczęła przeglądać bibliotekę filmów online.
⁕⁕⁕
Grupa przypadkowych przechodniów z przejęciem przyglądała się trajkoczącym panienkom, które ze wszystkich stron otoczyły Paulinę. Wciąż przekrzykiwały się i oglądały trzymane przez Wróżbitkę jajko.
— Wyobraźcie sobie — zaczęła Paulina — że wczoraj wyczułam jakąś energię w środku. Zdaje mi się, że jeszcze trochę, a skorupka zacznie pękać. — skończyła, z zadowoleniem oglądając zachwyt zebranych kobitek. Towarzyszący im mężczyźni byli raczej sceptyczni co do jej słów, jednak pod karcącym wzrokiem żon nie odważyli się nawet nic powiedzieć. Zdawała sobie sprawę, że jej głównym źródłem dochodu są kobiety. Mężczyźni nie mieli zazwyczaj chęci ani też czasu na zabawy w tarota i czary, chociaż i tutaj zdarzały się wyjątki. Pamiętała dobrze jednego z pierwszych, męskich klientów jaki jej się przytrafił. Pochdził ze stolicy i zamawiał u niej tarota online kilka razy. Poszukiwał swojej prawdziwej miłości. Miał chyba 20 lat. Jakoś po kolejnej sesji napisał znów, tym razem jednak żeby podziękować. Udało mu się, z pomocą Wróżbitki ( a przynajmniej był o tym przekonany ) odnaleźć tę jedyną. Na koniec wysłał jej pokaźny bonus, co ucieszyło Paulinę bardziej, niż całe to szczęście, które chłopaka spotkało. Tak, zazwyczaj jednak trafiały się ciekawskie baby i znudzone damulki, które wolały przewalić kilka stówek z wypłaty męża na zdjęcie rzekomej klątwy, niż rzeczywiście postarać się coś zmienić w swoim życiu. One właśnie jednak zapewniały największe dochody, co niezmiernie cieszyło Wróżbitkę.
Zaczynało się zbierać na deszcz. Dlatego Paulina pożegnała zgromadzonych pod sklepem i ruszyła do domu. Miała jeszcze trochę czasu przed zmierzchem i zamierzała wykorzystać go na przygotowanie jeszcze kilku elementów do swojego finalnego pokazu. Wszedłszy do swojej oazy spokoju, zamknęła drzwi i przekręciła klucz. Nikt nie mógł jej teraz przeszkadzać. Na dźwięk zamykanych drzwi podbiegł do niej mały kociak, którego udało jej się ostatecznie posiąść po wymianie kilku wiadomości z autorem ogłoszenia o „kocie w dobre ręce”. Maluch miauczał głośno i wpatrywał się w Paulinę. Nic dziwnego, że był tak niezadowolony. Od kiedy trzy dni temu trafił do domu Wróżki, nie dostał nic do jedzenia ani picia. Paulina chciała go dodatkowo,,wyszczuplić” przed ostatecznym przygotowaniem swojego przekrętu. Ponadto bawiła ją myśl, że to w jej rękach leży los kociaka, a ten nawet nie zdaje sobie sprawy co go czeka. Nie żywiła nigdy specjalnych uczuć względem ludzi, a co dopiero mówić o zwierzętach. Malec miał posłużyć tylko do jej celów. Nie zawracała sobie głowy tym, że ma mieć co jeść, że być może cierpi. Nie obchodził jej. W przebłysku litości postanowiła nie zamykać go w piwnicy domu, a puścić wolno. Zasłaniała jedynie rolety, tak by jakiś ciekawski sąsiad nie zorientował się, że przygarnęła do domu kota. Ciężko byłoby to później wyjaśniać, zwłaszcza, biorąc pod uwagę co zamierzała zrobić. Kot był mały, czarny i chudy. Idealnie nadawał się do spektaklu. Paulina już kilka dni temu odebrała zamówione rogi i dokładnie sprawdzając jak ma je przygotować w internecie, stworzyła z nich istne dzieło sztuki. Co prawda sztuki piekielnej ale widać było, że starała się ze wszystkich sił. Malutkie poroże ( wyglądające po obróbce jak z najgorszych koszmarów ) robiło piorunujące wrażenie. Malutkie wcięcia na całej długości oraz zeszlifowane końcówki wyglądały jak diabelski atrybut wprost z obrazów, jakie widziała nieraz w galeriach sztuki. Teraz wystarczyło jeszcze dodać trochę sztucznej krwi, wkręcić w podstawę dwa krótkie wkręty z zaciskami oraz, co najważniejsze, przyszykować kocie truchło. Paulina wiedziała, po solidnej dawce filmów instruktażowych, jak i gdzie naciąć skórę na głowie kociaka, żeby po wkręceniu w czaszkę, rogi wyglądały naturalnie. Potem wystarczyło zszyć skórę wokół rany i efekt powinien być zadowalający. Dodatkowo trzeba będzie przyciąć łapy tak, żeby kotek wyglądał na zdolnego zmieścić się w jajku. Na koniec trzeba będzie zmieszać sztuczną krew z białkiem z jajek i umoczyć w tym roztworze potworka. Cieszyła się, że znalazła odpowiedni kanał w internecie. Jedna artystka z Kanady tworzyła właśnie takie pokraczne hybrydy ze spreparowanych zwierząt. Wróżbitka miała jednak zamiar stworzyć coś podobnego w zupełnie innym, o wiele przebieglejszym celu. Ważny był też czas. Musiała upewnić się, że zaraz po pokazaniu swojego,,diabła” z jajka kilku kobietom, spali pozostałości w ognisku i usunie wkręty. Następnie można pokazać tym samym kobietkom zwęglone szczątki, jako dowód rozprawienia się z siłami nieczystymi oraz zacząć rozpowiadać o miksturkach, które będzie przygotowywała z wykorzystaniem spalonego ciała. Początkowo chciała trochę przyspieszyć finał swojej akcji, jednak wiedziała, że kilka kobiet może odliczać dni od momentu, kiedy dostała jajko. Toteż stwierdziła, że dopasuje się do ram czasowych. Jak wyliczyła, pojutrze nastąpi oczekiwany dzień, w którym będzie mogła zyskać sporo rozgłosu. Pozostawało więc ukończyć plan.
— Kici, kici! — spojrzała w stronę kociaka — Choć malutki, dostaniesz coś dobrego od pani -zaszczebiotała słodko.
Kociak podbiegł z zaciekawieniem i zamiauczał głośno. W małych oczkach tliła się nadzieja na upragnione jedzonko. Paulina podniosła go jedną ręką, trzymając mocno za tułów, drugą pogłaskała po głowie. Następnie złapała kotka za kark i sprawnym, silnym ruchem szarpnęła mocno. Usłyszawszy głuche trzaśnięcie, odrzuciła wiotkie ciało na podłogę.
— Co za obrzydlistwo… — powiedziała sama do siebie.
Reszta wieczoru zleciała jej na wstępnych przygotowaniach i dokręcaniu „rogów” do głowy kota. Przypominało to operację. Była całkiem zadowolona z efektu. Większość kobiet pewnie brzydziła by się takich zabiegów ale Paulina uważała się za lepszą i wytrwalszą od wszystkich. Ponadto nie żywiła zbyt wiele współczucia do zwierząt, a i większość rzeczy nie wprawiała jej w obrzydzenie. Zwalała to zazwyczaj na ciężkie dzieciństwo i bycie bardziej,,chłopczycą” w młodości. Godziny mijały, a kiedy Wróżbitka skończyła pracę, było już grubo po północy. Sprzątnęła wokół siebie i ukryła swoje makabryczne dzieło w zakupionym wcześniej pojemniku z lodem. Całość szczelnie zafoliowała i umieściła w lodówce. Następnie poszła pod prysznic, zmyła z dłoni resztki krwi i poszła do łóżka. Kiedy jeszcze wierciła się niespokojnie przed zaśnięciem, w przedpokoju na podłodze ponownie pojawił się cień. Tym razem jednak był wyraźniejszy i miał jakby ludzką sylwetkę. Wyglądał tak, jak gdyby w miejscu gdzie powinna być głowa, rozkwitał uśmiech. Paulina jednak nie mogła tego widzieć, zanim uśmiech w pełni pojawił się na makabrycznej postaci, ona spała już w najlepsze.
⁕⁕⁕