E-book
27.3
drukowana A5
60
Odnaleźć Słońce

Bezpłatny fragment - Odnaleźć Słońce


2.4
Objętość:
234 str.
ISBN:
978-83-8189-752-5
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 60

Każdy na pewno miał taki moment w swoim życiu, kiedy wszystko przestało mieć jakikolwiek sens. Mnie to dopadło w wieku siedemnastu lat. To była jak reakcja łańcuchowa, która zburzyła mój świat w trzy dni. Chłopak, którego miałam za przyjaciela oznajmił mi, że jestem dla niego tylko koleżanką. Mentalny plaskacz numer jeden. Następnie koleś, z którym umówiłam się na randkę odwołał spotkanie, z powodu nagłej opieki nad chrześniakiem. Mentalny prawy sierpowy. Jednak na koniec było najlepsze. Kumpel, w którym podkochiwałam się całe dzieciństwo miał dziecko z inną. Jednak dziewczyna w ciąży, wcześniej nie przeszkadzała mu we flirtowaniu ze mną. Dodatkowo dowiedziałam się o tym przez neta. Mentalny nokaut. Na domiar złego mama w pogoni za pracą i spokojniejszym życiem, wywiozła mnie oraz mojego brata z Las Vegas, do małej mieściny Calada. Żyć, nie umierać. Nie powiem… Pomysł aby zebrać swoje kawałki do nowego miejsca był na plus, ale jakoś nie mogłam znieść myśli zostawienia tych wszystkich pięknych chwil. We Vegas mieszkałam całe życie. Miałam tam kumpli, szkołę, którą swoją drogą nawet lubiłam. To tam pierwszy raz zauroczyłam się i przeżyłam pierwszy pocałunek. Miałam wzloty i upadki.

Słuchając smętnej nuty lecącej w radiu otarłam po kryjomu łzę. Nienawidziłam płakać lecz ostatnio nic innego nie robiłam, prócz ryczenia jak bóbr w poduszkę. Fatalnie się czułam ale nie miałam nikogo aby się wyżalić. Wszyscy mnie opuścili i pozostała mi jedynie Marika, lecz i ona większość czasu miała wylane na czyjąś osobę. Wiecznie imprezowała i była pijana.

— Daleko jeszcze? — zapytał znudzony Jakob. Jechaliśmy już bite pięć godzin, nie stojąc w korkach ani robiąc żadnego postoju. Nie dziwiłam się mu, że ogarnęło go znudzenie.

— Niedługo będziemy kochanie. Patrz… — wskazała mama palcem na zieloną tabliczkę z nazwą miejscowości.

— Ja chcę największy pokój! — krzyknął siedmiolatek, kopiąc nogami w oparcie mojego fotela.

Nadawca: Marti

Odbiorca: Kler

Data: 29.11.2016

Godzina: 18:20

Mam nadzieję, że nie jesteś zła za ostatnie spotkanie. Masz może ochotę wyskoczyć dzisiaj na pizzę?:*

Prychając pod nosem, przeczesałam swoje włosy palcami i postanowiłam zablokować jego numer. Teraz się książę obudził, zdając sobie sprawę, że istnieję. Nudziło się mu i kumpli nie było więc naiwna Kler, będzie idealnym kołem ratunkowym, zapychającym dziurę w jego dniu! Frustracja sięgnęła zenitu i z trudem opanowałam trzęsące się dłonie. Było mi strasznie smutno a na dodatek pogoda też nie rozpieszczała. Padało jak z cebra a szare chmury zwiastujące burze, spowiły całą okolicę.

— Jesteśmy na miejscu dzieci.- oznajmiła mama z cieniem uśmiechu. Zdawałam sobie doskonale sprawę, jak to ona również ciężko przeżywała, przez co nie chciałam jej zawracać głowy moimi duperelami. Przecież w świecie dorosłych takie rzeczy są przecież niczym, w porównaniu do ich prawdziwych problemów. Kiedy wjechaliśmy na kamienny podjazd wrzuciłam telefon do mojego plecaka i odpięłam pas.

— Wow! Fajnie tu! — jak tylko nasza rodzicielka zgasiła silnik, młody wybiegł z auta. Trzymając słuchawki w dłoni stanął na trawie okalającej ceglano-kamienny domek. Nie powiem bo wyglądał całkiem nieźle ale to i tak nie było to samo co we Vegas.

— Mogłabyś się chociaż wysilić i uśmiechnąć się.- skarciła mnie brunetka, gdy zostałyśmy same. Nie wypowiadając nawet słowa westchnęłam pod nosem i dyskretnie przewróciłam oczami.

— A tata z nami też tu będzie mieszkać? — nagle wypalił Jakob wchodząc po dwóch stopniach na drewnianą werandę. Cała praktycznie była zawalona pudłami oraz workami, z podpisami naszych imion. Chłopcy z przewozu mebli wyrobili się szybciej niż my.

— Kochanie jakby ci to powiedzieć.- kobieta przykucnęła naprzeciwko siedmiolatka, kładąc mu ręce na ramionach.- Tatuś już z nami nie będzie mieszkać.- oznajmiła delikatnie. Zapomniałam wspomnieć, że mój ojciec narobił długów i uciekł do Niemiec. Kiedy nie wrócił po pięciu miesiącach do kraju mama złożyła wniosek o rozwód. Nawet nie stawił się na rozprawie. Dopiero jakiś miesiąc wcześniej przysłał nam list z przeprosinami oraz całą zaległą kwotą alimentów. Znaczek na przesyłce pochodził z Francji więc szybko zmieniał swoje miejsce pobytu. Jakob zawsze był tym ukochanym dzieckiem więc zabawkami oraz innymi jego zachciankami, mama rekompensowała mu utratę ojca. Wszystko byleby ukryć prawdę. Ja byłam starsza i wiedziałam doskonale, że naszego tatulka zgubiły kochanki, na które brał kredyty. Pałałam do niego straszliwą złością za rozwalenie rodziny.

— Ojciec ma nas po prostu w dupie.- rzuciłam oschle, co spotkało surowe spojrzenie mamy. Powstrzymując się od zwrócenia mi uwagi, bez słowa podała mi klucz. Mamrocząc pod nosem przekleństwo przekręciłam zamek w drzwiach i pchnęłam je. W środku leżało pełno foli oraz jakiś zbędnych rupieci po poprzednich właścicielach.

— Lecę na górę! — Jakob trącając mnie łokciem przebiegł na schody i momentalnie zniknął mi z oczu.

— Zmień trochę nastawienie do tej przeprowadzki i do brata. On nie jest nic winny.- zganiła mnie zielonooka, krzyżując ręce na klatce piersiowej.

— Przecież ja mu nic nie robię.- odparłam, nie rozumiejąc zbytnio co zrobiłam nie tak. Moim zdaniem siedmiolatek powinien poznać prawdę, a nie być chowany pod kloszem nie wiadomo jak długo. Prawda boli ale wiesz chociaż na czym rzeczywiście stoisz.

— To jest jeszcze dziecko i doskonale wiesz Kler, że on jest dla mnie najważniejszy na świecie.- nic już więcej nie mówiąc zagryzłam tylko dolną wargę i przytaknęłam głową. Cały czas mi to powtarzasz…

— Mama! Mama! — z piętra rozniósł się głos Jakoba.- Zobacz jaki mam pokój! — dodał a jego kroki było słychać aż na dole.

— Idę do ciebie kochanie.- oznajmiła brunetka już więcej nawet na mnie nie patrząc. Mając ochotę z kimś porozmawiać sięgnęłam po telefon lecz i tam nie znalazłam nikogo. Rozgoryczona ruszyłam po drewnianych schodach na piętro. Pierwszy pokój został zajęty przez mojego brata. Pozostały dwie sypialnie. Obok chłopca lub po przeciwnej stronie. Wybrałam ten samotny. Choć gabarytowo był najmniejszy, to wydał mi się najprzytulniejszy. Oczywiście panowały w nim pustki ale już miałam w głowie plan jak urządzę swój kąt.

Po kilku godzinach ciężkiej pracy, jakim było pownoszenie kartonów, ogarnięcie kurzy z wierzchu, poszłam po opakowanie z dmuchanym materacem. Jako iż dopiero następnego dnia miały przyjechać meble, to musieliśmy się jakoś przemęczyć. W tym czasie młody mył się w misce, a mama poleciała po drobne zakupy do sklepiku na końcu ulicy. Zanim udało mi się opanować sztukę rozłożenia materaca z dołu dobiegały już zapachy azjatyckiej kuchni. Posiłek minął nam głównie w milczeniu, co jakoś mi szczególnie nie przeszkadzało. Po ekspresowej kąpieli ległam się w końcu na moje posłanie. Miałam nadzieję, że szybko zasnę lecz na darmo. Wierciłam się. Przewracałam z boku na bok. Liczyłam nawet owce. Choćby to były nawet kaczki czy pączki nie mogłam zasnąć. Myśl, że o szóstej rano wstaję ogarnąć się do nowej szkoły, mnie przerażała. W poprzedniej budzie miałam swoją ekipę, kumpli z którymi mogłam odwalać głupoty. Nauczyciele byli nawet spoko i wiedzieli kto jaki jest. Jednym słowem — był luz. Nie mogąc wytrzymać, chwyciłam paczkę fajek oraz zapalniczkę, podeszłam do okna i otworzyłam je przesunięciem do góry. Uważając na parapet wygramoliłam się na blaszany daszek werandy. Panował straszny chłód i nawet gruba bluza z kapturem zbytnio nie pomagała. Zlewając zimno, zapaliłam papierosa i zaciągnęłam się dymem. Smak nikotyny momentalnie wypełnił moje usta. Wtem mój wzrok przykuł sąsiedni dom. Niby panował tam spokój ale cienie rzucane na zasłonięte zasłony, zdawały się być tego przeciwieństwem. Obserwując z zaciekawieniem mieszkanie sąsiadów na jakiś czas zapomniałam o problemach oraz zimnie. Wciągnęłam się w to jak w wenezuelską telenowelę. A tak na prawdę wmawiałam sobie, że może właśnie mieszkający tam ludzie mają gorzej niż ja. Tonący brzytwy się chwyta. Niespodziewanie w odsłoniętym oknie na piętrze zapaliło się światło. Przestraszona, że sąsiad mnie zobaczy zwinęłam się do pokoju. Nie chciałam aby kilka godzin po wprowadzeniu się, poszła w eter jakaś fałszywa plota o rodzinie podglądaczy. Po zamknięciu okna chciałam zejść na parter ale jak tylko ujrzałam tą ciemność w dole, od razu zrezygnowałam. Momentalnie przypomniały mi się wszystkie horrory jakie w swoim życiu obejrzałam. Nie miałam ochoty spotkać tam zamaskowanego mordercy czy kanibala. A o duchu czy innej nadprzyrodzonej istocie wolałam nie myśleć. Grzecznie więc odłożyłam swoje rzeczy i ukryłam się pod kocem. Nawet nie wiem kiedy zrobiło mi się ciepło a kraina Morfeusza zawładnęła moimi myślami.

***

Cisza. Martwa cisza panowała dookoła. Zmęczona przetarłam dłońmi twarz i ziewnęłam. Przez okno wpadało już szare światło, które oznaczało, że nadszedł nowy dzień. Z bólem w karku przewróciłam się na plecy i odnalazłam telefon. Miałam jeszcze pięć minut do budzika ale leżenie i tak by nic mi nie pomogło. Ciężko wzdychając wyszłam spod posłania i od razu zaczęłam się trząść jak galaretka. Moje całe ciało pokryła gęsia skórka, którą starałam się rozetrzeć rękoma. Zesztywniała podeszłam do walizki i wyciągnęłam z niej pierwsze, lepsze ubrania. Stawiając ostrożnie kroki aby nikogo nie obudzić, zeszłam na parter. Tam jednak już krzątała się mama, co nie powinno być dla mnie żadnym zaskoczeniem.

— Cześć mama.- przywitałam brunetkę, która mieszała coś w garnku na maszynce elektrycznej.

— Cześć kochanie. Zaraz będzie śniadanie. Pomyślałam, że coś ciepłego w tej zimnicy będzie dobrym pomysłem.- oznajmiła z cieniem uśmiechu, który starałam się odwzajemnić.

— Idę się ogarnąć i zaraz przyjdę.- machnęłam do niej ciuchami i skierowałam się do łazienki, która znajdowała się pod schodami. Była malutka ale za to przytulna. Zerknęłam przez prostokątne okienko na zewnątrz i z grymasem niezadowolenia musiałam stwierdzić, że zbierało się na deszcz. Szybko załatwiłam swoje poranne czynności, takie jak umycie zębów, twarzy. Następnie związałam włosy w dwa warkocze od samej góry, zostawiając nieliczne pasma poza upięciem. W malutkim lusterku, jakie miałam w kosmetyczce ogarnęłam makijaż. Cienka kreska eyelinerem na górnej powiece, jasny cień oraz matowa szminka to cały mój trud, wkładany w to aby wyjść do żywych. Wdziałam na siebie spodnie dżinsowe oraz szarą bluzę z kapturem, która oczywiście podczas wciągania ją przez głowę, musiała poczochrać mi czuprynę. Wypuszczając powietrze z płuc, wyszłam z łazienki i powolnym krokiem dotarłam do kuchni. Usiadłam tam na podłodze, przy niewielkim stoliku z kartonu.

— Smacznego.- podała mi mama miskę owsianki z kawałkami banana oraz jagód.- Kler. Musimy porozmawiać.- oho… zaczyna się…

— Okey… Co się dzieje? — zapytałam jakby nigdy nic, wpychając do ust łyżkę gorących płatków. Wolałam poparzyć sobie podniebienie niż podjąć się tej rozmowy.

— Chciałabym abyś podniosła swoje oceny, mniej wagarowała, nie wdawała się w bójki, nie pyskowała nauczycielom i nie paliła. Proszę znajdź sobie też jakiś normalnych znajomych, a nie takich co ciągle chlają i imprezują.- wiedziałam… Z bezsilności zostawiłam łyżkę w salaterce i spuściłam głowę w dół.

— Miałam opuszczone tylko sto dwadzieścia trzy godziny. A jeśli komuś w ryj się należy to dostanie.- odparłam zbulwersowana, nerwowo bawiąc się rękawami swojej bluzy.

— Kler! — nie wytrzymała i podniosła głos.- Podejdź do życia bardziej poważniej. Masz już siedemnaście lat a twoje wybryki są karygodne.- dodała, wrzucając garnek do pozostawionego przez poprzednich właścicieli zlewu. Nic już nie mówiąc tempo wpatrywałam się w swoje śniadanie, słuchając swojego łomoczącego serca.

— Co się stało? — nagle w drzwiach pojawił się jeszcze zaspany Jakob, który przecierał pięścią oko.

— Będę się zbierać.- poinformowałam ale nie było mi nawet dane wstać na nogi.

— Zjedz do końca bo nie po to sterczałam tyle czasu przy garze aby to wyrzucić.- westchnęła mama wychodząc z pomieszczenia. Na jej humor miałam tylko jedno wytłumaczenie — była już wszystkim zmęczona. Kładąc dłoń na czole, zmarszczyłam lekko brwi i miałam ochotę zakląć ale nie mogłam tego zrobić w obecności siedmiolatka. Niezbyt szczęśliwa porankiem, wcisnęłam w siebie na siłę owsiankę i pustą miseczkę zalałam wodą.

— Cześć Jakob.- poczochrałam brata po głowie i poleciałam na górę, po swój plecak. Zakładając go na ramiona wdziałam na stopy czarne botki na słupku. Telefon schowałam do tylnej kieszeni a fajki i zapalniczkę ukryłam w rękawach bluzy.- Wychodzę! — krzyknęłam aby ta wiadomość dotarła do mojej rodzicielki.

— Dobrze. Po szkole meldujesz się od razu w domu.- oznajmiła brunetka, krzycząc z jakiegoś pomieszczenia.

— Spoko.- bąknęłam pod nosem, wkładając słuchawki w uszy. Zamknęłam za sobą drzwi i odważnym krokiem ruszyłam przed siebie. Na ulicach panowały straszne pustki co było kompletnym przeciwieństwem do Vegas. Mieszkając tam do szkoły jechałabym autobusem, spisując zadania domowe na kolanie od jakiś kujonów. Natomiast w Calada miałam tylko dwa kilometry do budy co zdaniem mamy oraz dziadków, mogłam pokonać na pieszo. Bowiem mieliśmy z nimi stały kontakt więc byli na bieżąco z naszym życiem. Będąc w bezpiecznej odległości od domu zapaliłam papierosa aby uspokoić zszargane nerwy. Mama wiedziała, że paliłam ale jakoś wolałam robić to z dala od niej.

Po dwudziestu minutach spacerku w zimnie dotarłam na miejsce. Zza drzew wyłonił się spory budynek z oszklonym przodem. Przed szkołą stało pełno samochodów i nie miałam pojęcia którą drogą musiały jechać, że ani jednego nie zauważyłam. W obiekcie paliło się pełno świateł a pojedyncze osoby chodziły po korytarzach. Buda w Vegas przypominała średniowieczny zamek, żywcem wyjęty z czasów króla Arthura. Ta szkoła zaś świetnie mogłaby wkomponować się w architekturę Seattle. Swoją drogą — cudowne miasto, z którym planowałam przez całe życie, swoją przyszłość. Będąc pod wrażeniem, omal nie szłam przed siebie z otwartą buzią. Powoli maszerując po szarej kostce, schowałam słuchawki do plecaka. Nagle poczułam pchnięcie w plecy i o mało co nie wywróciłam się na twarz. Przez całe ramię przeszedł mi dziwnie nieprzyjemny prąd, który spowodował ból. Niekontrolowanie upuściłam telefon z dłoni i jak na złość upadł ekranem o ziemię.

— Uważaj jełopie jak leziesz! — krzyknęłam odwracając się. Wtem moim oczom ukazał się chłopak mojego wzrostu.- Chodzić baranie nie umiesz czy znudziło ci się oddychanie prostym nosem? — zapytałam podnosząc swoją własność z chodnika, modląc się aby ekran był cały. No i moje nadzieję piorun strzelił. Oczywiście musiała się pojawił długa rysa przechodząca przez środek ekranu.- I patrz co zrobiłeś! — w brązowych oczach mojego napastnika pojawiło się lekkie zdenerwowanie i coś przypominające rozbawienie.- Co tak stoisz jak ciele i patrzysz na mnie jak na malowane wrota?! — z irytacji wystrzeliłam ręce w górę ale szybko tego pożałowałam. Ból w łopatce był niemiłosierny.- Może byś miał na tyle godności, żebyś przeprosił.- powiedziałam już spokojniej. Pierwszym powodem jaki mnie zmusił do zmiany tonu to dyskomfort w ramieniu. Drugim zaś liczba przechodniów, która się na mnie gapiła jak na jakiegoś debila.

— Sory. Nie zauważyłem cię po prostu. No i sory za telefon.- wskazał palcem na przedmiot trzymany przeze mnie w dłoni.

— Palant.- westchnęłam na odchodne. Nie miałam zamiaru dłużej marnować mojego cennego czasu oraz śliny na jakiegoś kretyna. Musiałam jeszcze iść do sekretariatu wypytać się o parę rzeczy.

— Jeszcze raz sory! — niski, chropowaty ton chłopaka dobiegł do moich uszu. Ja zaś wystawiłam w jego stronę środkowy palec i odeszłam. Dotarłam zła jak osa do betonowych schodów, które w połowie przysłaniał szklany dach. Niby wszystko fajnie, gdyby nie ptasie odchody. Zdegustowana pociągnęłam jedno skrzydło drzwi do siebie, a ciepłe powietrze uderzyło prosto w moją twarz. Wciągając sporą ilość powietrza do płuc, rozejrzałam się po holu. Na ścianie za palmą zauważyłam niebieską tabliczkę z napisem „Sekretariat i gabinet dyrektora”. Niezbyt miło wspominałam te miejsca z poprzedniej szkoły. Chwytając rękawy bluzy zebrałam w sobie odwagę i weszłam do środka. Tam siedziała za ladą kobieta, mająca na moje oko prawie czterdziestkę i stukała coś na klawiaturze.

— Dzień dobry.- wychrząkałam, gdyż zaschło mi w gardle.

— Dzień dobry. W czym mogę pomóc? — jej lodowate tęczówki przeszyły moją osobę podejrzliwym spojrzeniem. Chyba ogarnęła, że mnie jeszcze nigdy na oczy nie widziała.

— Ja jestem tu nowa. Przyszłam spytać się o plan zajęć czy można odpisać go skądś i … — nim jakkolwiek się wysłowiłam czarnulka wstała ze swojego krzesła.

— Kler Ventura, druga klasa technikum hotelarstwa.- wróciła do mnie z jakąś paczką oraz stertą papierów.- Tutaj masz wykaz książek oraz podręczniki. W domu sprawdź czy wszystkie masz i z podpisem przynieś jutro z powrotem do mnie.- wskazała długim i grubym, czerwonym szponem na wykropkowane miejsce. Ilość podręczników przerosła mnie. Było tam chyba ze trzydzieści egzemplarzy.- Tutaj masz plan lekcji z numerem sal na dzisiejszy dzień, a resztę sprawdź sobie na stronie internetowej.- podsunęła w moją stronę karteczkę, którą przez jej wielkość i tak na pewno zostanie zgubiona.- Podczas rozmowy z twoją mamą, szkoła zamówiła dla ciebie mundurek.- podała mi paczkę, owiniętą w biały papier.- Mundurek obowiązuje w każdym dniu oprócz środy. Ponadto, proszę abyś zapoznała się z regulaminem, gdyż on nieco się różni od standardowego.- wyjaśniła z cieniem uśmiechu, choć i tak wiedziałam, że był sztuczny. Od natłoku wrażeń aż zaniemówiłam.- Masz także tu numer od szafki oraz kod do niej. Oczywiście możesz go zmienić ale nie ręczymy już później odpowiedzialnością za zapomnienie szyfru.- wyjaśniła dając mi do rąk kolejną kartkę. Następnie, gdy ewidentnie skończyła swój wywód usiadła na swoje miejsce. Ponownie zawzięcie zaczęła stukać w klawisze klawiatury.- Coś nie jest jasne? — mruknęła w moją stronę, zauważając że się nie ruszyłam.

— Nie… Nie.- westchnęłam zbierając swoje klamoty. Kiedy wyszłam na korytarz zrobiło mi się znacznie chłodniej i przyjemniej. Wyglądając zza książek zaczęłam szukać wejścia do szatni. Dostrzegając jakieś dwie dziewczyny w kurtkach, postanowiłam za nimi iść. Nie myliłam się. Poszły wprost do przebieralni, która znajdowała się w piwnicy. Pomieszczenie pomimo włączonego światła, było ciemne a rury wiszące pod samym sufitem przyprawiały o ciarki. Kładąc rzeczy na ławeczce odczytałam numer szafki. Ta plątanina blach nie miała końca. Błąkałam się po całej szatni i jak skończony debil szukałam numeru sześćdziesiąt sześć. Sfrustrowana, słysząc dzwonek na lekcje warknęłam pod nosem. Kiedy miałam już zrezygnować zauważyłam ciemny zakamarek. Zero światła ani żywej duszy. Mając gęsią skórkę na rękach weszłam w mrok. W telefonie włączyłam latarkę i ujrzałam trzy samotne, z wyglądu bardzo zadbane szafki. W tym znalazłam swoją własność. Odczytując z karteczki kod wykręciłam go na kłódce a moim oczom ukazała się srebrno-szara blacha. Pośpiesznie wróciłam po klamoty i byle jak wrzuciłam je do środka. Zabrałam do plecaka tylko potrzebne podręczniki i zerknęłam na numer sali. Biegając po korytarzu na pierwszym piętrze w końcu znalazłam klasę. Z pomieszczenia dochodziły już krzyki kobiety oraz rozmawiających uczni. Trzęsąc się jak galaretka zapukałam do białych drzwi i chwyciłam za klamkę.- Dzień dobry. Przepraszam za spóźnienie.- powiedziałam zagarniając salę wzrokiem.

— Dzień dobry. Ty pewnie musisz być Kler. Zapraszam cię do naszej grupy. Proszę, zajmij wolne miejsce koło Liliany.- odparła szatynka, pokazując na puste miejsce w przedostatniej ławce, pod oknem. Nie protestując pomaszerowałam na swoje miejsce.- Proszę o ciszę! Musimy przywitać nową koleżankę w klasie.- dodała złączając swoje długie i smukłe palce ze sobą.- Witamy cię Kler w naszych skromnych progach i mam nadzieję, że będziesz się tutaj dobrze czuć. Ja jestem Ariel Quicz i mam wychowawstwo nad hotelarzami oraz gastronomią. Ze względu na ilość uczniów te dwa oddziały zostały połączone.- zwróciła się do mnie, tak samo jak kilkanaście par pozostałych oczu.- Mamy też tu bardzo ważne zasady, których należy przestrzegać. Po pierwsze nosimy mundurek szkolny i wyjątkiem są środy. Ponadto obowiązuje obuwie zmienne na trampki dla chłopców oraz balerinki dla dziewcząt. Wyjątkiem od reguły jest wf. Tam panowie mają swoje zasady. Szpilki, korki, koturny są nie dopuszczalne. Nie perfumujemy się, jak już tylko można używać antyperspirantu w sztyfcie. Włosy uczesane w warkocz, kitkę lub skromnego koka. Biżuteria skromna i nie wyzywająca. Zero makijażu, kolczyków w nosie czy gdzieś indziej, oczywiście poza uszami. Zero tatuaży.- poinformowała a ja dobrze, że siedziałam.

— Pani profesor.- przerwałam jej monolog.- Ja nie wyjmę kolczyka ani z nosa, ani pępka czy języka, bo mi dziurki po przekłuciu zarosną. Pani na to kasy mi nie dała a we Vegas to nikomu nie przeszkadzało.- rzuciłam oschle, nie rozumiejąc zasad panujących w nowej budzie.

— Moja droga… Po pierwsze wstań jak do mnie mówisz. Po drugie wyrażaj się grzeczniej.- skarciła mnie złowrogim spojrzeniem jakbym jej co najmniej pieniądze ukradła.- Musisz je wyjąć.- oznajmiła ze spokojem a cała reszta z uwagą przyglądała się nam.

— A jeśli nie to pani sama to zrobi, czy będzie mi wstawiać za każdym razem uwagę do dziennika? — żachnęłam się, nie mogąc wytrzymać z widoku miny kobiety.

— Tak długo aż nie poskutkuje.- oznajmiła podchodząc do mnie powoli. Ja podejmując nieme wyzwanie wstałam z krzesła i opierając się dłońmi o blat, lekko się nachyliłam w stronę nauczycielki.

— A jak mam tatuaż na pośladku też mam go usunąć? — spytałam siląc się na powagę ale śmiech strasznie drażnił mnie w gardło. Co prawda posiadałam kilka tatuaży ale na pewno nie na tyłku. To nawet jak na mnie byłoby przegięciem.

— Bez takich tekstów proszę! — krzyknęła oburzona profesorka, wystrzelając ręce przed siebie.

— Pokaż mała jaki.- zaśmiał się jeden chłopak siedzący w rzędzie obok. Ja zaś z uśmiechem wysłałam mu buziaka i mrugnęłam okiem. Osoby siedzące wokół mnie zachichotały, wprowadzając tym zamęt w klasie.

— Spokój! — rozkazała pani spięta syrenka Ariel.- Jako, że to twój pierwszy dzień nie poślę cię do dyrektora ale na drugi raz, nie będę tak tolerancyjna.- ostrzegła surowym tonem kiedy usiadłam z powrotem.- Wracamy do tematu zajęć.- kiedy wszyscy zaczęli w ciszy notować wykresy z tablicy, przyjrzałam się każdemu po kolei. W tłumie twarzy rozpoznałam jedynie kolesia, który na dziedzińcu wpadł na mnie. W pewnym momencie nasze spojrzenia się skrzyżowały. Moje szare z jego ciemnobrązowym. Patrzył na mnie z uśmieszkiem, malującym się na jego bladej twarzy. Dziwnie zniesmaczona odwróciłam wzrok i również zaczęłam bazgrać w zeszycie. Wtem poczułam w kieszeni spodni wibracje telefonu. Potajemnie wyjęłam komórkę i za plecami jakiejś wysokiej dziewczyny, która mnie w całości zasłaniała odczytałam wiadomość.

Nadawca: Marika

Odbiorca: Kler

Data: 30.11.2016

Godzina: 08:26

No elo!:* Jak tam leci w nowej budzie? Masz jakieś fajne ciacho w klasie?

Nadawca: Kler

Odbiorca: Marika

Data: 30.11.2016

Godzina: 08:26

Siema:* Daj spokój. Szkoła wyjęta z Seattle a zasady gorsze niż w zakonie. Psorce już podpadłam swoim niewyparzonym językiem oraz wyglądem. Pogadamy jak wrócę do domu.

Nadawca: Marika

Odbiorca: Kler

Data: 30.11.2016

Godzina: 08:27

Ok

Ale się rozpisała… Na tę myśl przewróciłam oczami i cisnęłam telefonem do plecaka.

— Nudzisz się.- szepnęła do mnie dziewczyna z ławki. Z uniesioną brwią zerknęłam na towarzyszkę, która wyglądała na dorosłą kobietę w stroju ośmioletniej dziewczynki. Kompletnie błękit do niej nie pasował.- W tej szkole to standard.- kontynuowała, dalej przepisując informacje z tablicy.- Tak w ogóle Liliana jestem ale znajomi wołają do mnie Lili.- przedstawiła się, wyciągając do mnie dłoń. Ja z kultury odwzajemniłam gest.

— Kler.- odparłam oschle a nasz uścisk zdawał mi się trwać ciut za długo.

— Ładne paznokcie ale niestety one nie przejdą u nas.- westchnęła podziwiając mój czarno-srebrny manicure.

— Macie bardzo dziwne zasady… — wycedziłam przez zęby kąśliwy komentarz, już mając dosyć nowej szkoły. A zapowiadało się tak dobrze…

— Mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy.- oniemiałam. Po prostu zatkało mnie.

— Słucham? — zapytałam z nadzieją, że dostałam obuchem w głowę i miałam chwilowe omamy.

— No… Ja. Ty. Przyjaźń.- pokazała wpierw na mnie a następnie na samą siebie, w ogóle nie będąc skrępowaną.

— Zapomnij. Jesteśmy z dwóch różnych światów.- rzekłam stanowczo, bawiąc się długopisem. Jednak ta wlepiała we mnie wzrok, czekając na jakiś argument.- Dziewczyno… Nie widzisz, że różnimy się od siebie jak dzień i noc. Ja jestem typem samotnika i buntownika, a ty słodki pupilek rodziny i nauczycieli. Ja łamię zasady, ty ich raczej przestrzegasz. Kontynuować? — spytałam a chwilę po skończeniu mojej wypowiedzi zadzwonił dzwonek. Kiedy widziałam, że brunetka nie miała nic do powiedzenia spakowałam swoje rzeczy i wyszłam.

Do końca zajęć miałam już spokój z natrętnym ogonem, jakim była Lili. Wychodząc z budynku musiałam stawić czoła kroplom zimnego deszczu. Załamana pogodą ruszyłam przed siebie, chcąc jak najszybciej dotrzeć do mieszkania, choć i tam pewnie też było zimno.

— Gdzie mieszkasz? — o nie… Załamana odwróciłam głowę i ujrzałam brunetkę.

— Czego ty ode mnie chcesz? — jęknęłam siląc się na spokój, choć w moim głosie słychać było bezsilność.

— Odprowadzić cię.- odparła wesoło, spoglądając na mnie swoimi piwnymi tęczówkami.

— Na końcu ulicy Howelbrit.- rzuciłam od niechcenia, mając nadzieję, że szybko się odczepi.

— Ooo! To niedaleko! — pisnęła z entuzjazmem, którego nie podzielałam.

— Możesz mnie odprowadzić ale nic nie mów.- rozkazałam maszerując przed siebie.

Po dwudziestu minutach ciszy dotarłyśmy przed mój dom.

— To ja spadam. Narka.- nie oglądając się za siebie weszłam do mieszkania.- Cześć mama! — krzyknęłam, rzucając plecak na podłogę. Od tego całego tałatajstwa ważył chyba tonę.

— Chodź na obiad póki gorący! — głos kobiety dobiegł z kuchni. W mieszkaniu stało się cieplej niż pierwszego dnia więc spokojnie mogłam się ogrzać. Szybko umyłam ręce i zasiadłam do stołu.

— Widzę, że meble dojechały.- stwierdziłam, rozglądając się dookoła. Część z nich została już nawet złożona.

— Parę minut po twoim wyjściu dotarły więc wzięłam się od razu za robotę.- uśmiechnęła się do mnie zielonooka nakładając mi na talerz makaron i sos.- A jak w szkole? — zagaiła rodzicielka siadając naprzeciwko mnie.

— Może być. Nie jest to samo co we Vegas ale mam nadzieję, że będzie chociaż znośnie.- westchnęłam nawijając makaron na widelec.

— Słuchaj nauczycieli i nie odstawiaj głupot, to będzie wszystko dobrze.- odparła mama pewnym siebie głosem.

— A jak u Jakoba? — zmieniłam pośpiesznie temat, nie chcąc mówić o pierwszym zatargu z własną wychowawczynią.

— Ma bardzo fajną grupę. Za klimatyzował się od razu.- na tym nasza pogawędka się skończyła. Reszta posiłku minęła nam w ciszy. Po skończeniu jedzenia udałam się na górę, z zamiarem odrobienia lekcji ale nie chciało mi się. W moim pokoju stały już meble, okryte folią oraz złożone w kartonach. Nie marnując czasu zajrzałam do internetu i wyszukałam sklep z farami. Na moje szczęście mały sklep z podstawowymi materiałami znajdował się w centrum. Rzucając tylko krótki tekst, że wychodzę pomknęłam po potrzebny mi sprzęt.

Po prawie dwóch godzinach wróciłam z powrotem, co raczej nie spodobało się mojej mamie ale jakoś mnie to w tamtej chwili nie obchodziło. Mając pomysł na swój pokój zabrałam się za malowanie, nie mogąc doczekać się efektu końcowego.

***

Z potwornym bólem głowy otworzyłam oczy i leniwie rozciągnęłam kości. Odurzona zapachem wilgotnej farby uniosłam głowę i wyjrzałam przez okno. Padało. Jezu… Przecierając dłońmi twarz cicho westchnęłam i miałam zamiar jeszcze trochę poleżeć, ale coś w środku mnie niepokoiło. Leżąc na materacu odszukałam telefon, dostając w oka mgnieniu palpitacji. Za pół godziny miałam mieć zajęcia.

— Kur… sss… mać! — syknęłam pod nosem, zbierając wszystkie swoje rzeczy i prawie potykając się na schodach o własne nogi, wparowałam do łazienki. Kiedy stanęłam przed zamontowanym wczoraj lustrem przypomniałam sobie, że na pierwszych dwóch godzinach zrobili nam basen. Mlaszcząc pod nosem, zrezygnowałam z makijażu i upięcia. Rozczesałam tylko poplątane włosy i ubrałam na siebie spodnie dresowe oraz luźną koszulkę.

— Kler! — wrzask mojej mamy oprzytomniał mnie jeszcze bardziej. Zszokowana moją obecnością w domu, stanęła w drzwiach wejściowych.- A ty nie w szkole?

— Zaspałam.- nasze wypowiedzi zbiegły się ze sobą.

— Zbieraj plecak i cię zawiozę.- oznajmiła niezbyt zadowolona z faktu, iż ponownie musiała wychodzić z domu ale ja byłam jej wdzięczna. W końcu padało. Pędem wzięłam z pokoju plecak, stój na basen oraz portfel aby sobie coś kupić do jedzenia. O mały włos bym zapomniała o deklaracjach, które musiałam oddać do sekretariatu.- Idziesz?! — głos brunetki dobiegł z dołu.

— Lece! — pisnęłam znajdując się obok niej.

Droga zajęła nam pięć minut, które minęły mi na słuchaniu kazania o braku mojej organizacji oraz dorosłym podejściu do życia. Przytakując dla świętego spokoju w końcu dotarłyśmy na dziedziniec.

— Dziękuję mamuś.- pożegnałam kobietę, szybko otwierając drzwi samochodu.

— Uważaj na siebie i nie zbrój nic! — to zaliczyłam do prośby, choć bliżej było do ostrzeżenia.- Kocham cię! — dodała już z cieniem uśmiechu.

— Ja ciebie też mama kocham.- odpowiedziałam zamykając drzwi i biegiem ruszyłam do budynku. Kiedy znalazłam się w środku, ciepło uderzyło w moją twarz.

— Kler! — już dobrze znajomy głos, zwrócił moją uwagę. Nie myliłam się.- Chodź bo już się zbieramy! — ponagliła mnie, machając energicznie ręką. Nie zwlekając dłużej pognałam w stronę brunetki.- Spóźnionko? — zachichotała widząc pewnie mój nieogarnięty wygląd.

— Powiedźmy… — jęknęłam idąc ramię w ramię z Lilianą. Dopiero wtedy zauważyłam, że była wyższa ode mnie o głowę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 60