E-book
27.3
drukowana A5
62.11
Odnaleźć Słońce

Bezpłatny fragment - Odnaleźć Słońce


2.4
Objętość:
234 str.
ISBN:
978-83-8189-752-5
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 62.11

Każdy na pewno miał taki moment w swoim życiu, kiedy wszystko przestało mieć jakikolwiek sens. Mnie to dopadło w wieku siedemnastu lat. To była jak reakcja łańcuchowa, która zburzyła mój świat w trzy dni. Chłopak, którego miałam za przyjaciela oznajmił mi, że jestem dla niego tylko koleżanką. Mentalny plaskacz numer jeden. Następnie koleś, z którym umówiłam się na randkę odwołał spotkanie, z powodu nagłej opieki nad chrześniakiem. Mentalny prawy sierpowy. Jednak na koniec było najlepsze. Kumpel, w którym podkochiwałam się całe dzieciństwo miał dziecko z inną. Jednak dziewczyna w ciąży, wcześniej nie przeszkadzała mu we flirtowaniu ze mną. Dodatkowo dowiedziałam się o tym przez neta. Mentalny nokaut. Na domiar złego mama w pogoni za pracą i spokojniejszym życiem, wywiozła mnie oraz mojego brata z Las Vegas, do małej mieściny Calada. Żyć, nie umierać. Nie powiem… Pomysł aby zebrać swoje kawałki do nowego miejsca był na plus, ale jakoś nie mogłam znieść myśli zostawienia tych wszystkich pięknych chwil. We Vegas mieszkałam całe życie. Miałam tam kumpli, szkołę, którą swoją drogą nawet lubiłam. To tam pierwszy raz zauroczyłam się i przeżyłam pierwszy pocałunek. Miałam wzloty i upadki.

Słuchając smętnej nuty lecącej w radiu otarłam po kryjomu łzę. Nienawidziłam płakać lecz ostatnio nic innego nie robiłam, prócz ryczenia jak bóbr w poduszkę. Fatalnie się czułam ale nie miałam nikogo aby się wyżalić. Wszyscy mnie opuścili i pozostała mi jedynie Marika, lecz i ona większość czasu miała wylane na czyjąś osobę. Wiecznie imprezowała i była pijana.

— Daleko jeszcze? — zapytał znudzony Jakob. Jechaliśmy już bite pięć godzin, nie stojąc w korkach ani robiąc żadnego postoju. Nie dziwiłam się mu, że ogarnęło go znudzenie.

— Niedługo będziemy kochanie. Patrz… — wskazała mama palcem na zieloną tabliczkę z nazwą miejscowości.

— Ja chcę największy pokój! — krzyknął siedmiolatek, kopiąc nogami w oparcie mojego fotela.

Nadawca: Marti

Odbiorca: Kler

Data: 29.11.2016

Godzina: 18:20

Mam nadzieję, że nie jesteś zła za ostatnie spotkanie. Masz może ochotę wyskoczyć dzisiaj na pizzę?:*

Prychając pod nosem, przeczesałam swoje włosy palcami i postanowiłam zablokować jego numer. Teraz się książę obudził, zdając sobie sprawę, że istnieję. Nudziło się mu i kumpli nie było więc naiwna Kler, będzie idealnym kołem ratunkowym, zapychającym dziurę w jego dniu! Frustracja sięgnęła zenitu i z trudem opanowałam trzęsące się dłonie. Było mi strasznie smutno a na dodatek pogoda też nie rozpieszczała. Padało jak z cebra a szare chmury zwiastujące burze, spowiły całą okolicę.

— Jesteśmy na miejscu dzieci.- oznajmiła mama z cieniem uśmiechu. Zdawałam sobie doskonale sprawę, jak to ona również ciężko przeżywała, przez co nie chciałam jej zawracać głowy moimi duperelami. Przecież w świecie dorosłych takie rzeczy są przecież niczym, w porównaniu do ich prawdziwych problemów. Kiedy wjechaliśmy na kamienny podjazd wrzuciłam telefon do mojego plecaka i odpięłam pas.

— Wow! Fajnie tu! — jak tylko nasza rodzicielka zgasiła silnik, młody wybiegł z auta. Trzymając słuchawki w dłoni stanął na trawie okalającej ceglano-kamienny domek. Nie powiem bo wyglądał całkiem nieźle ale to i tak nie było to samo co we Vegas.

— Mogłabyś się chociaż wysilić i uśmiechnąć się.- skarciła mnie brunetka, gdy zostałyśmy same. Nie wypowiadając nawet słowa westchnęłam pod nosem i dyskretnie przewróciłam oczami.

— A tata z nami też tu będzie mieszkać? — nagle wypalił Jakob wchodząc po dwóch stopniach na drewnianą werandę. Cała praktycznie była zawalona pudłami oraz workami, z podpisami naszych imion. Chłopcy z przewozu mebli wyrobili się szybciej niż my.

— Kochanie jakby ci to powiedzieć.- kobieta przykucnęła naprzeciwko siedmiolatka, kładąc mu ręce na ramionach.- Tatuś już z nami nie będzie mieszkać.- oznajmiła delikatnie. Zapomniałam wspomnieć, że mój ojciec narobił długów i uciekł do Niemiec. Kiedy nie wrócił po pięciu miesiącach do kraju mama złożyła wniosek o rozwód. Nawet nie stawił się na rozprawie. Dopiero jakiś miesiąc wcześniej przysłał nam list z przeprosinami oraz całą zaległą kwotą alimentów. Znaczek na przesyłce pochodził z Francji więc szybko zmieniał swoje miejsce pobytu. Jakob zawsze był tym ukochanym dzieckiem więc zabawkami oraz innymi jego zachciankami, mama rekompensowała mu utratę ojca. Wszystko byleby ukryć prawdę. Ja byłam starsza i wiedziałam doskonale, że naszego tatulka zgubiły kochanki, na które brał kredyty. Pałałam do niego straszliwą złością za rozwalenie rodziny.

— Ojciec ma nas po prostu w dupie.- rzuciłam oschle, co spotkało surowe spojrzenie mamy. Powstrzymując się od zwrócenia mi uwagi, bez słowa podała mi klucz. Mamrocząc pod nosem przekleństwo przekręciłam zamek w drzwiach i pchnęłam je. W środku leżało pełno foli oraz jakiś zbędnych rupieci po poprzednich właścicielach.

— Lecę na górę! — Jakob trącając mnie łokciem przebiegł na schody i momentalnie zniknął mi z oczu.

— Zmień trochę nastawienie do tej przeprowadzki i do brata. On nie jest nic winny.- zganiła mnie zielonooka, krzyżując ręce na klatce piersiowej.

— Przecież ja mu nic nie robię.- odparłam, nie rozumiejąc zbytnio co zrobiłam nie tak. Moim zdaniem siedmiolatek powinien poznać prawdę, a nie być chowany pod kloszem nie wiadomo jak długo. Prawda boli ale wiesz chociaż na czym rzeczywiście stoisz.

— To jest jeszcze dziecko i doskonale wiesz Kler, że on jest dla mnie najważniejszy na świecie.- nic już więcej nie mówiąc zagryzłam tylko dolną wargę i przytaknęłam głową. Cały czas mi to powtarzasz…

— Mama! Mama! — z piętra rozniósł się głos Jakoba.- Zobacz jaki mam pokój! — dodał a jego kroki było słychać aż na dole.

— Idę do ciebie kochanie.- oznajmiła brunetka już więcej nawet na mnie nie patrząc. Mając ochotę z kimś porozmawiać sięgnęłam po telefon lecz i tam nie znalazłam nikogo. Rozgoryczona ruszyłam po drewnianych schodach na piętro. Pierwszy pokój został zajęty przez mojego brata. Pozostały dwie sypialnie. Obok chłopca lub po przeciwnej stronie. Wybrałam ten samotny. Choć gabarytowo był najmniejszy, to wydał mi się najprzytulniejszy. Oczywiście panowały w nim pustki ale już miałam w głowie plan jak urządzę swój kąt.

Po kilku godzinach ciężkiej pracy, jakim było pownoszenie kartonów, ogarnięcie kurzy z wierzchu, poszłam po opakowanie z dmuchanym materacem. Jako iż dopiero następnego dnia miały przyjechać meble, to musieliśmy się jakoś przemęczyć. W tym czasie młody mył się w misce, a mama poleciała po drobne zakupy do sklepiku na końcu ulicy. Zanim udało mi się opanować sztukę rozłożenia materaca z dołu dobiegały już zapachy azjatyckiej kuchni. Posiłek minął nam głównie w milczeniu, co jakoś mi szczególnie nie przeszkadzało. Po ekspresowej kąpieli ległam się w końcu na moje posłanie. Miałam nadzieję, że szybko zasnę lecz na darmo. Wierciłam się. Przewracałam z boku na bok. Liczyłam nawet owce. Choćby to były nawet kaczki czy pączki nie mogłam zasnąć. Myśl, że o szóstej rano wstaję ogarnąć się do nowej szkoły, mnie przerażała. W poprzedniej budzie miałam swoją ekipę, kumpli z którymi mogłam odwalać głupoty. Nauczyciele byli nawet spoko i wiedzieli kto jaki jest. Jednym słowem — był luz. Nie mogąc wytrzymać, chwyciłam paczkę fajek oraz zapalniczkę, podeszłam do okna i otworzyłam je przesunięciem do góry. Uważając na parapet wygramoliłam się na blaszany daszek werandy. Panował straszny chłód i nawet gruba bluza z kapturem zbytnio nie pomagała. Zlewając zimno, zapaliłam papierosa i zaciągnęłam się dymem. Smak nikotyny momentalnie wypełnił moje usta. Wtem mój wzrok przykuł sąsiedni dom. Niby panował tam spokój ale cienie rzucane na zasłonięte zasłony, zdawały się być tego przeciwieństwem. Obserwując z zaciekawieniem mieszkanie sąsiadów na jakiś czas zapomniałam o problemach oraz zimnie. Wciągnęłam się w to jak w wenezuelską telenowelę. A tak na prawdę wmawiałam sobie, że może właśnie mieszkający tam ludzie mają gorzej niż ja. Tonący brzytwy się chwyta. Niespodziewanie w odsłoniętym oknie na piętrze zapaliło się światło. Przestraszona, że sąsiad mnie zobaczy zwinęłam się do pokoju. Nie chciałam aby kilka godzin po wprowadzeniu się, poszła w eter jakaś fałszywa plota o rodzinie podglądaczy. Po zamknięciu okna chciałam zejść na parter ale jak tylko ujrzałam tą ciemność w dole, od razu zrezygnowałam. Momentalnie przypomniały mi się wszystkie horrory jakie w swoim życiu obejrzałam. Nie miałam ochoty spotkać tam zamaskowanego mordercy czy kanibala. A o duchu czy innej nadprzyrodzonej istocie wolałam nie myśleć. Grzecznie więc odłożyłam swoje rzeczy i ukryłam się pod kocem. Nawet nie wiem kiedy zrobiło mi się ciepło a kraina Morfeusza zawładnęła moimi myślami.

***

Cisza. Martwa cisza panowała dookoła. Zmęczona przetarłam dłońmi twarz i ziewnęłam. Przez okno wpadało już szare światło, które oznaczało, że nadszedł nowy dzień. Z bólem w karku przewróciłam się na plecy i odnalazłam telefon. Miałam jeszcze pięć minut do budzika ale leżenie i tak by nic mi nie pomogło. Ciężko wzdychając wyszłam spod posłania i od razu zaczęłam się trząść jak galaretka. Moje całe ciało pokryła gęsia skórka, którą starałam się rozetrzeć rękoma. Zesztywniała podeszłam do walizki i wyciągnęłam z niej pierwsze, lepsze ubrania. Stawiając ostrożnie kroki aby nikogo nie obudzić, zeszłam na parter. Tam jednak już krzątała się mama, co nie powinno być dla mnie żadnym zaskoczeniem.

— Cześć mama.- przywitałam brunetkę, która mieszała coś w garnku na maszynce elektrycznej.

— Cześć kochanie. Zaraz będzie śniadanie. Pomyślałam, że coś ciepłego w tej zimnicy będzie dobrym pomysłem.- oznajmiła z cieniem uśmiechu, który starałam się odwzajemnić.

— Idę się ogarnąć i zaraz przyjdę.- machnęłam do niej ciuchami i skierowałam się do łazienki, która znajdowała się pod schodami. Była malutka ale za to przytulna. Zerknęłam przez prostokątne okienko na zewnątrz i z grymasem niezadowolenia musiałam stwierdzić, że zbierało się na deszcz. Szybko załatwiłam swoje poranne czynności, takie jak umycie zębów, twarzy. Następnie związałam włosy w dwa warkocze od samej góry, zostawiając nieliczne pasma poza upięciem. W malutkim lusterku, jakie miałam w kosmetyczce ogarnęłam makijaż. Cienka kreska eyelinerem na górnej powiece, jasny cień oraz matowa szminka to cały mój trud, wkładany w to aby wyjść do żywych. Wdziałam na siebie spodnie dżinsowe oraz szarą bluzę z kapturem, która oczywiście podczas wciągania ją przez głowę, musiała poczochrać mi czuprynę. Wypuszczając powietrze z płuc, wyszłam z łazienki i powolnym krokiem dotarłam do kuchni. Usiadłam tam na podłodze, przy niewielkim stoliku z kartonu.

— Smacznego.- podała mi mama miskę owsianki z kawałkami banana oraz jagód.- Kler. Musimy porozmawiać.- oho… zaczyna się…

— Okey… Co się dzieje? — zapytałam jakby nigdy nic, wpychając do ust łyżkę gorących płatków. Wolałam poparzyć sobie podniebienie niż podjąć się tej rozmowy.

— Chciałabym abyś podniosła swoje oceny, mniej wagarowała, nie wdawała się w bójki, nie pyskowała nauczycielom i nie paliła. Proszę znajdź sobie też jakiś normalnych znajomych, a nie takich co ciągle chlają i imprezują.- wiedziałam… Z bezsilności zostawiłam łyżkę w salaterce i spuściłam głowę w dół.

— Miałam opuszczone tylko sto dwadzieścia trzy godziny. A jeśli komuś w ryj się należy to dostanie.- odparłam zbulwersowana, nerwowo bawiąc się rękawami swojej bluzy.

— Kler! — nie wytrzymała i podniosła głos.- Podejdź do życia bardziej poważniej. Masz już siedemnaście lat a twoje wybryki są karygodne.- dodała, wrzucając garnek do pozostawionego przez poprzednich właścicieli zlewu. Nic już nie mówiąc tempo wpatrywałam się w swoje śniadanie, słuchając swojego łomoczącego serca.

— Co się stało? — nagle w drzwiach pojawił się jeszcze zaspany Jakob, który przecierał pięścią oko.

— Będę się zbierać.- poinformowałam ale nie było mi nawet dane wstać na nogi.

— Zjedz do końca bo nie po to sterczałam tyle czasu przy garze aby to wyrzucić.- westchnęła mama wychodząc z pomieszczenia. Na jej humor miałam tylko jedno wytłumaczenie — była już wszystkim zmęczona. Kładąc dłoń na czole, zmarszczyłam lekko brwi i miałam ochotę zakląć ale nie mogłam tego zrobić w obecności siedmiolatka. Niezbyt szczęśliwa porankiem, wcisnęłam w siebie na siłę owsiankę i pustą miseczkę zalałam wodą.

— Cześć Jakob.- poczochrałam brata po głowie i poleciałam na górę, po swój plecak. Zakładając go na ramiona wdziałam na stopy czarne botki na słupku. Telefon schowałam do tylnej kieszeni a fajki i zapalniczkę ukryłam w rękawach bluzy.- Wychodzę! — krzyknęłam aby ta wiadomość dotarła do mojej rodzicielki.

— Dobrze. Po szkole meldujesz się od razu w domu.- oznajmiła brunetka, krzycząc z jakiegoś pomieszczenia.

— Spoko.- bąknęłam pod nosem, wkładając słuchawki w uszy. Zamknęłam za sobą drzwi i odważnym krokiem ruszyłam przed siebie. Na ulicach panowały straszne pustki co było kompletnym przeciwieństwem do Vegas. Mieszkając tam do szkoły jechałabym autobusem, spisując zadania domowe na kolanie od jakiś kujonów. Natomiast w Calada miałam tylko dwa kilometry do budy co zdaniem mamy oraz dziadków, mogłam pokonać na pieszo. Bowiem mieliśmy z nimi stały kontakt więc byli na bieżąco z naszym życiem. Będąc w bezpiecznej odległości od domu zapaliłam papierosa aby uspokoić zszargane nerwy. Mama wiedziała, że paliłam ale jakoś wolałam robić to z dala od niej.

Po dwudziestu minutach spacerku w zimnie dotarłam na miejsce. Zza drzew wyłonił się spory budynek z oszklonym przodem. Przed szkołą stało pełno samochodów i nie miałam pojęcia którą drogą musiały jechać, że ani jednego nie zauważyłam. W obiekcie paliło się pełno świateł a pojedyncze osoby chodziły po korytarzach. Buda w Vegas przypominała średniowieczny zamek, żywcem wyjęty z czasów króla Arthura. Ta szkoła zaś świetnie mogłaby wkomponować się w architekturę Seattle. Swoją drogą — cudowne miasto, z którym planowałam przez całe życie, swoją przyszłość. Będąc pod wrażeniem, omal nie szłam przed siebie z otwartą buzią. Powoli maszerując po szarej kostce, schowałam słuchawki do plecaka. Nagle poczułam pchnięcie w plecy i o mało co nie wywróciłam się na twarz. Przez całe ramię przeszedł mi dziwnie nieprzyjemny prąd, który spowodował ból. Niekontrolowanie upuściłam telefon z dłoni i jak na złość upadł ekranem o ziemię.

— Uważaj jełopie jak leziesz! — krzyknęłam odwracając się. Wtem moim oczom ukazał się chłopak mojego wzrostu.- Chodzić baranie nie umiesz czy znudziło ci się oddychanie prostym nosem? — zapytałam podnosząc swoją własność z chodnika, modląc się aby ekran był cały. No i moje nadzieję piorun strzelił. Oczywiście musiała się pojawił długa rysa przechodząca przez środek ekranu.- I patrz co zrobiłeś! — w brązowych oczach mojego napastnika pojawiło się lekkie zdenerwowanie i coś przypominające rozbawienie.- Co tak stoisz jak ciele i patrzysz na mnie jak na malowane wrota?! — z irytacji wystrzeliłam ręce w górę ale szybko tego pożałowałam. Ból w łopatce był niemiłosierny.- Może byś miał na tyle godności, żebyś przeprosił.- powiedziałam już spokojniej. Pierwszym powodem jaki mnie zmusił do zmiany tonu to dyskomfort w ramieniu. Drugim zaś liczba przechodniów, która się na mnie gapiła jak na jakiegoś debila.

— Sory. Nie zauważyłem cię po prostu. No i sory za telefon.- wskazał palcem na przedmiot trzymany przeze mnie w dłoni.

— Palant.- westchnęłam na odchodne. Nie miałam zamiaru dłużej marnować mojego cennego czasu oraz śliny na jakiegoś kretyna. Musiałam jeszcze iść do sekretariatu wypytać się o parę rzeczy.

— Jeszcze raz sory! — niski, chropowaty ton chłopaka dobiegł do moich uszu. Ja zaś wystawiłam w jego stronę środkowy palec i odeszłam. Dotarłam zła jak osa do betonowych schodów, które w połowie przysłaniał szklany dach. Niby wszystko fajnie, gdyby nie ptasie odchody. Zdegustowana pociągnęłam jedno skrzydło drzwi do siebie, a ciepłe powietrze uderzyło prosto w moją twarz. Wciągając sporą ilość powietrza do płuc, rozejrzałam się po holu. Na ścianie za palmą zauważyłam niebieską tabliczkę z napisem „Sekretariat i gabinet dyrektora”. Niezbyt miło wspominałam te miejsca z poprzedniej szkoły. Chwytając rękawy bluzy zebrałam w sobie odwagę i weszłam do środka. Tam siedziała za ladą kobieta, mająca na moje oko prawie czterdziestkę i stukała coś na klawiaturze.

— Dzień dobry.- wychrząkałam, gdyż zaschło mi w gardle.

— Dzień dobry. W czym mogę pomóc? — jej lodowate tęczówki przeszyły moją osobę podejrzliwym spojrzeniem. Chyba ogarnęła, że mnie jeszcze nigdy na oczy nie widziała.

— Ja jestem tu nowa. Przyszłam spytać się o plan zajęć czy można odpisać go skądś i … — nim jakkolwiek się wysłowiłam czarnulka wstała ze swojego krzesła.

— Kler Ventura, druga klasa technikum hotelarstwa.- wróciła do mnie z jakąś paczką oraz stertą papierów.- Tutaj masz wykaz książek oraz podręczniki. W domu sprawdź czy wszystkie masz i z podpisem przynieś jutro z powrotem do mnie.- wskazała długim i grubym, czerwonym szponem na wykropkowane miejsce. Ilość podręczników przerosła mnie. Było tam chyba ze trzydzieści egzemplarzy.- Tutaj masz plan lekcji z numerem sal na dzisiejszy dzień, a resztę sprawdź sobie na stronie internetowej.- podsunęła w moją stronę karteczkę, którą przez jej wielkość i tak na pewno zostanie zgubiona.- Podczas rozmowy z twoją mamą, szkoła zamówiła dla ciebie mundurek.- podała mi paczkę, owiniętą w biały papier.- Mundurek obowiązuje w każdym dniu oprócz środy. Ponadto, proszę abyś zapoznała się z regulaminem, gdyż on nieco się różni od standardowego.- wyjaśniła z cieniem uśmiechu, choć i tak wiedziałam, że był sztuczny. Od natłoku wrażeń aż zaniemówiłam.- Masz także tu numer od szafki oraz kod do niej. Oczywiście możesz go zmienić ale nie ręczymy już później odpowiedzialnością za zapomnienie szyfru.- wyjaśniła dając mi do rąk kolejną kartkę. Następnie, gdy ewidentnie skończyła swój wywód usiadła na swoje miejsce. Ponownie zawzięcie zaczęła stukać w klawisze klawiatury.- Coś nie jest jasne? — mruknęła w moją stronę, zauważając że się nie ruszyłam.

— Nie… Nie.- westchnęłam zbierając swoje klamoty. Kiedy wyszłam na korytarz zrobiło mi się znacznie chłodniej i przyjemniej. Wyglądając zza książek zaczęłam szukać wejścia do szatni. Dostrzegając jakieś dwie dziewczyny w kurtkach, postanowiłam za nimi iść. Nie myliłam się. Poszły wprost do przebieralni, która znajdowała się w piwnicy. Pomieszczenie pomimo włączonego światła, było ciemne a rury wiszące pod samym sufitem przyprawiały o ciarki. Kładąc rzeczy na ławeczce odczytałam numer szafki. Ta plątanina blach nie miała końca. Błąkałam się po całej szatni i jak skończony debil szukałam numeru sześćdziesiąt sześć. Sfrustrowana, słysząc dzwonek na lekcje warknęłam pod nosem. Kiedy miałam już zrezygnować zauważyłam ciemny zakamarek. Zero światła ani żywej duszy. Mając gęsią skórkę na rękach weszłam w mrok. W telefonie włączyłam latarkę i ujrzałam trzy samotne, z wyglądu bardzo zadbane szafki. W tym znalazłam swoją własność. Odczytując z karteczki kod wykręciłam go na kłódce a moim oczom ukazała się srebrno-szara blacha. Pośpiesznie wróciłam po klamoty i byle jak wrzuciłam je do środka. Zabrałam do plecaka tylko potrzebne podręczniki i zerknęłam na numer sali. Biegając po korytarzu na pierwszym piętrze w końcu znalazłam klasę. Z pomieszczenia dochodziły już krzyki kobiety oraz rozmawiających uczni. Trzęsąc się jak galaretka zapukałam do białych drzwi i chwyciłam za klamkę.- Dzień dobry. Przepraszam za spóźnienie.- powiedziałam zagarniając salę wzrokiem.

— Dzień dobry. Ty pewnie musisz być Kler. Zapraszam cię do naszej grupy. Proszę, zajmij wolne miejsce koło Liliany.- odparła szatynka, pokazując na puste miejsce w przedostatniej ławce, pod oknem. Nie protestując pomaszerowałam na swoje miejsce.- Proszę o ciszę! Musimy przywitać nową koleżankę w klasie.- dodała złączając swoje długie i smukłe palce ze sobą.- Witamy cię Kler w naszych skromnych progach i mam nadzieję, że będziesz się tutaj dobrze czuć. Ja jestem Ariel Quicz i mam wychowawstwo nad hotelarzami oraz gastronomią. Ze względu na ilość uczniów te dwa oddziały zostały połączone.- zwróciła się do mnie, tak samo jak kilkanaście par pozostałych oczu.- Mamy też tu bardzo ważne zasady, których należy przestrzegać. Po pierwsze nosimy mundurek szkolny i wyjątkiem są środy. Ponadto obowiązuje obuwie zmienne na trampki dla chłopców oraz balerinki dla dziewcząt. Wyjątkiem od reguły jest wf. Tam panowie mają swoje zasady. Szpilki, korki, koturny są nie dopuszczalne. Nie perfumujemy się, jak już tylko można używać antyperspirantu w sztyfcie. Włosy uczesane w warkocz, kitkę lub skromnego koka. Biżuteria skromna i nie wyzywająca. Zero makijażu, kolczyków w nosie czy gdzieś indziej, oczywiście poza uszami. Zero tatuaży.- poinformowała a ja dobrze, że siedziałam.

— Pani profesor.- przerwałam jej monolog.- Ja nie wyjmę kolczyka ani z nosa, ani pępka czy języka, bo mi dziurki po przekłuciu zarosną. Pani na to kasy mi nie dała a we Vegas to nikomu nie przeszkadzało.- rzuciłam oschle, nie rozumiejąc zasad panujących w nowej budzie.

— Moja droga… Po pierwsze wstań jak do mnie mówisz. Po drugie wyrażaj się grzeczniej.- skarciła mnie złowrogim spojrzeniem jakbym jej co najmniej pieniądze ukradła.- Musisz je wyjąć.- oznajmiła ze spokojem a cała reszta z uwagą przyglądała się nam.

— A jeśli nie to pani sama to zrobi, czy będzie mi wstawiać za każdym razem uwagę do dziennika? — żachnęłam się, nie mogąc wytrzymać z widoku miny kobiety.

— Tak długo aż nie poskutkuje.- oznajmiła podchodząc do mnie powoli. Ja podejmując nieme wyzwanie wstałam z krzesła i opierając się dłońmi o blat, lekko się nachyliłam w stronę nauczycielki.

— A jak mam tatuaż na pośladku też mam go usunąć? — spytałam siląc się na powagę ale śmiech strasznie drażnił mnie w gardło. Co prawda posiadałam kilka tatuaży ale na pewno nie na tyłku. To nawet jak na mnie byłoby przegięciem.

— Bez takich tekstów proszę! — krzyknęła oburzona profesorka, wystrzelając ręce przed siebie.

— Pokaż mała jaki.- zaśmiał się jeden chłopak siedzący w rzędzie obok. Ja zaś z uśmiechem wysłałam mu buziaka i mrugnęłam okiem. Osoby siedzące wokół mnie zachichotały, wprowadzając tym zamęt w klasie.

— Spokój! — rozkazała pani spięta syrenka Ariel.- Jako, że to twój pierwszy dzień nie poślę cię do dyrektora ale na drugi raz, nie będę tak tolerancyjna.- ostrzegła surowym tonem kiedy usiadłam z powrotem.- Wracamy do tematu zajęć.- kiedy wszyscy zaczęli w ciszy notować wykresy z tablicy, przyjrzałam się każdemu po kolei. W tłumie twarzy rozpoznałam jedynie kolesia, który na dziedzińcu wpadł na mnie. W pewnym momencie nasze spojrzenia się skrzyżowały. Moje szare z jego ciemnobrązowym. Patrzył na mnie z uśmieszkiem, malującym się na jego bladej twarzy. Dziwnie zniesmaczona odwróciłam wzrok i również zaczęłam bazgrać w zeszycie. Wtem poczułam w kieszeni spodni wibracje telefonu. Potajemnie wyjęłam komórkę i za plecami jakiejś wysokiej dziewczyny, która mnie w całości zasłaniała odczytałam wiadomość.

Nadawca: Marika

Odbiorca: Kler

Data: 30.11.2016

Godzina: 08:26

No elo!:* Jak tam leci w nowej budzie? Masz jakieś fajne ciacho w klasie?

Nadawca: Kler

Odbiorca: Marika

Data: 30.11.2016

Godzina: 08:26

Siema:* Daj spokój. Szkoła wyjęta z Seattle a zasady gorsze niż w zakonie. Psorce już podpadłam swoim niewyparzonym językiem oraz wyglądem. Pogadamy jak wrócę do domu.

Nadawca: Marika

Odbiorca: Kler

Data: 30.11.2016

Godzina: 08:27

Ok

Ale się rozpisała… Na tę myśl przewróciłam oczami i cisnęłam telefonem do plecaka.

— Nudzisz się.- szepnęła do mnie dziewczyna z ławki. Z uniesioną brwią zerknęłam na towarzyszkę, która wyglądała na dorosłą kobietę w stroju ośmioletniej dziewczynki. Kompletnie błękit do niej nie pasował.- W tej szkole to standard.- kontynuowała, dalej przepisując informacje z tablicy.- Tak w ogóle Liliana jestem ale znajomi wołają do mnie Lili.- przedstawiła się, wyciągając do mnie dłoń. Ja z kultury odwzajemniłam gest.

— Kler.- odparłam oschle a nasz uścisk zdawał mi się trwać ciut za długo.

— Ładne paznokcie ale niestety one nie przejdą u nas.- westchnęła podziwiając mój czarno-srebrny manicure.

— Macie bardzo dziwne zasady… — wycedziłam przez zęby kąśliwy komentarz, już mając dosyć nowej szkoły. A zapowiadało się tak dobrze…

— Mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy.- oniemiałam. Po prostu zatkało mnie.

— Słucham? — zapytałam z nadzieją, że dostałam obuchem w głowę i miałam chwilowe omamy.

— No… Ja. Ty. Przyjaźń.- pokazała wpierw na mnie a następnie na samą siebie, w ogóle nie będąc skrępowaną.

— Zapomnij. Jesteśmy z dwóch różnych światów.- rzekłam stanowczo, bawiąc się długopisem. Jednak ta wlepiała we mnie wzrok, czekając na jakiś argument.- Dziewczyno… Nie widzisz, że różnimy się od siebie jak dzień i noc. Ja jestem typem samotnika i buntownika, a ty słodki pupilek rodziny i nauczycieli. Ja łamię zasady, ty ich raczej przestrzegasz. Kontynuować? — spytałam a chwilę po skończeniu mojej wypowiedzi zadzwonił dzwonek. Kiedy widziałam, że brunetka nie miała nic do powiedzenia spakowałam swoje rzeczy i wyszłam.

Do końca zajęć miałam już spokój z natrętnym ogonem, jakim była Lili. Wychodząc z budynku musiałam stawić czoła kroplom zimnego deszczu. Załamana pogodą ruszyłam przed siebie, chcąc jak najszybciej dotrzeć do mieszkania, choć i tam pewnie też było zimno.

— Gdzie mieszkasz? — o nie… Załamana odwróciłam głowę i ujrzałam brunetkę.

— Czego ty ode mnie chcesz? — jęknęłam siląc się na spokój, choć w moim głosie słychać było bezsilność.

— Odprowadzić cię.- odparła wesoło, spoglądając na mnie swoimi piwnymi tęczówkami.

— Na końcu ulicy Howelbrit.- rzuciłam od niechcenia, mając nadzieję, że szybko się odczepi.

— Ooo! To niedaleko! — pisnęła z entuzjazmem, którego nie podzielałam.

— Możesz mnie odprowadzić ale nic nie mów.- rozkazałam maszerując przed siebie.

Po dwudziestu minutach ciszy dotarłyśmy przed mój dom.

— To ja spadam. Narka.- nie oglądając się za siebie weszłam do mieszkania.- Cześć mama! — krzyknęłam, rzucając plecak na podłogę. Od tego całego tałatajstwa ważył chyba tonę.

— Chodź na obiad póki gorący! — głos kobiety dobiegł z kuchni. W mieszkaniu stało się cieplej niż pierwszego dnia więc spokojnie mogłam się ogrzać. Szybko umyłam ręce i zasiadłam do stołu.

— Widzę, że meble dojechały.- stwierdziłam, rozglądając się dookoła. Część z nich została już nawet złożona.

— Parę minut po twoim wyjściu dotarły więc wzięłam się od razu za robotę.- uśmiechnęła się do mnie zielonooka nakładając mi na talerz makaron i sos.- A jak w szkole? — zagaiła rodzicielka siadając naprzeciwko mnie.

— Może być. Nie jest to samo co we Vegas ale mam nadzieję, że będzie chociaż znośnie.- westchnęłam nawijając makaron na widelec.

— Słuchaj nauczycieli i nie odstawiaj głupot, to będzie wszystko dobrze.- odparła mama pewnym siebie głosem.

— A jak u Jakoba? — zmieniłam pośpiesznie temat, nie chcąc mówić o pierwszym zatargu z własną wychowawczynią.

— Ma bardzo fajną grupę. Za klimatyzował się od razu.- na tym nasza pogawędka się skończyła. Reszta posiłku minęła nam w ciszy. Po skończeniu jedzenia udałam się na górę, z zamiarem odrobienia lekcji ale nie chciało mi się. W moim pokoju stały już meble, okryte folią oraz złożone w kartonach. Nie marnując czasu zajrzałam do internetu i wyszukałam sklep z farami. Na moje szczęście mały sklep z podstawowymi materiałami znajdował się w centrum. Rzucając tylko krótki tekst, że wychodzę pomknęłam po potrzebny mi sprzęt.

Po prawie dwóch godzinach wróciłam z powrotem, co raczej nie spodobało się mojej mamie ale jakoś mnie to w tamtej chwili nie obchodziło. Mając pomysł na swój pokój zabrałam się za malowanie, nie mogąc doczekać się efektu końcowego.

***

Z potwornym bólem głowy otworzyłam oczy i leniwie rozciągnęłam kości. Odurzona zapachem wilgotnej farby uniosłam głowę i wyjrzałam przez okno. Padało. Jezu… Przecierając dłońmi twarz cicho westchnęłam i miałam zamiar jeszcze trochę poleżeć, ale coś w środku mnie niepokoiło. Leżąc na materacu odszukałam telefon, dostając w oka mgnieniu palpitacji. Za pół godziny miałam mieć zajęcia.

— Kur… sss… mać! — syknęłam pod nosem, zbierając wszystkie swoje rzeczy i prawie potykając się na schodach o własne nogi, wparowałam do łazienki. Kiedy stanęłam przed zamontowanym wczoraj lustrem przypomniałam sobie, że na pierwszych dwóch godzinach zrobili nam basen. Mlaszcząc pod nosem, zrezygnowałam z makijażu i upięcia. Rozczesałam tylko poplątane włosy i ubrałam na siebie spodnie dresowe oraz luźną koszulkę.

— Kler! — wrzask mojej mamy oprzytomniał mnie jeszcze bardziej. Zszokowana moją obecnością w domu, stanęła w drzwiach wejściowych.- A ty nie w szkole?

— Zaspałam.- nasze wypowiedzi zbiegły się ze sobą.

— Zbieraj plecak i cię zawiozę.- oznajmiła niezbyt zadowolona z faktu, iż ponownie musiała wychodzić z domu ale ja byłam jej wdzięczna. W końcu padało. Pędem wzięłam z pokoju plecak, stój na basen oraz portfel aby sobie coś kupić do jedzenia. O mały włos bym zapomniała o deklaracjach, które musiałam oddać do sekretariatu.- Idziesz?! — głos brunetki dobiegł z dołu.

— Lece! — pisnęłam znajdując się obok niej.

Droga zajęła nam pięć minut, które minęły mi na słuchaniu kazania o braku mojej organizacji oraz dorosłym podejściu do życia. Przytakując dla świętego spokoju w końcu dotarłyśmy na dziedziniec.

— Dziękuję mamuś.- pożegnałam kobietę, szybko otwierając drzwi samochodu.

— Uważaj na siebie i nie zbrój nic! — to zaliczyłam do prośby, choć bliżej było do ostrzeżenia.- Kocham cię! — dodała już z cieniem uśmiechu.

— Ja ciebie też mama kocham.- odpowiedziałam zamykając drzwi i biegiem ruszyłam do budynku. Kiedy znalazłam się w środku, ciepło uderzyło w moją twarz.

— Kler! — już dobrze znajomy głos, zwrócił moją uwagę. Nie myliłam się.- Chodź bo już się zbieramy! — ponagliła mnie, machając energicznie ręką. Nie zwlekając dłużej pognałam w stronę brunetki.- Spóźnionko? — zachichotała widząc pewnie mój nieogarnięty wygląd.

— Powiedźmy… — jęknęłam idąc ramię w ramię z Lilianą. Dopiero wtedy zauważyłam, że była wyższa ode mnie o głowę.

— Są nasze zguby.- znowu ten buc stanął mi na drodze. Nie miałam zamiaru się do niego odzywać, choć brązowooki raczej nie miał zamiaru zaprzestać swojego monologu.- Co ty w nocy robisz, że na zajęcia się prawie spóźniasz? — zapytał ze śmiechem. Nie chcąc uderzyć go w pysk weszłam do busa, gdzie już siedziała reszta naszej klasy.

— Już są wszyscy?! — spytał mężczyzna przed trzydziestką, stając na przedzie pojazdu.

— Tak! — grupa odkrzyknęła chórem.

— Masz strój? — zwróciła się do mnie Liliana, kiedy ruszyliśmy spod budynku szkoły.

— Owszem, mam.- rzuciłam oschle, patrząc jak krople deszczu spływały po szybie. Po dziesięciu minutach dojechaliśmy w końcu na basen, który mieścił się za miastem.

— Ciebie młoda damo to nie kojarzę.- zagaił do mnie szatyn, poprawiając plecak na ramieniu.

— Jestem tu nowa proszę pana.- poinformowałam, idąc ramię w ramię z profesorem.

— Hmm… Ładną buźkę bym pamiętał.- zaśmiał się mężczyzna, na co poczułam się trochę niezręcznie.- Jak ci na imię? — otworzył mi niczym dżentelmen, drzwi od pływalni.

— Kler Ventura.- odparłam owiana przyjemnie ciepłym powietrzem.

— Leć się przebrać i widzimy się na basenie.- rozkazał pogodnym tonem. Nic nie mówiąc przytaknęłam głową i skierowałam się do przebieralni, dostając przy ladzie zegarek do szafki. Jak to w miejscach publicznych szatnie damskie i męskie łączyły się ze sobą. Kiedy zaczęłam się przebierać w plecaku zawibrował mi telefon.

Nadawca: Marika

Odbiorca: Kler

Data: 31.11.2016

Godzina: 08:19

Hejka: D Sorki, że ci wczoraj nie odpisałam. Poszłam na miasto i telefonu nie wzięłam.

Nadawca: Kler

Odbiorca: Marika

Data: 31.11.2016

Godzina: 08:19

Oki, nic się nie stało.

Jakoś nie miałam ochoty z nią pisać. Jak wczoraj ja miałam potrzebę rozmowy to mnie olała. Jednak z cichą nadzieją czekałam za odpowiedzią dziewczyny, która nie nadeszła. Rozczarowana skończyłam przebieranie się i wyszłam z pomieszczenia. Po drugiej stronie szatni nikogo już nie było, co z resztą mnie nie zdziwiło. Spakowałam swoje rzeczy do szafki i weszłam na część basenową. Nie była jakoś duża. Trzy, różnej głębokości baseny, dwie okrągłe jacuzzi oraz pomieszczenie dla ratowników. Podążając wzdłuż ściany obserwowałam moich rówieśników. Wspólnie pływali, chlapali się lub dyskutowali a ja stałam sama jak palec.

— Nie pływasz? — zapytał nasz trener, wychylając głowę zza futryny pomieszczenia socjalnego.

— Nie mam jakoś nastroju.- wzruszyłam ramionami, czując lekką krępacje.

— Chodź z nami posiedzieć.- zaprosił mnie do środka, gdzie był jeszcze jeden mężczyzna.

— Siemka.- wyciągnął do mnie dłoń w geście przywitania się.- Troy.- przedstawił się, siadając z powrotem na swoje miejsce.

— Kler.- usiadłam naprzeciwko swojego profesora.

— Ćwiczysz coś? — zagaił nauczyciel, wskazując brodą na moje zarysowane mięśnie na brzuchu.

— Do niedawna boks.- odparłam patrząc jak ratownik odpalał fajkę.

— Chcecie? — niebieskooki poczęstował wpierw szatyna, który nie odmówił papierosa a następnie mnie.

— Jeśli palisz to bierz śmiało i się nie krępuj. My to sami swoi.- uśmiechnął się do mnie trener wypuszczając dym z ust. Niepewnie schyliłam się w stronę nowo poznanego chłopaka i wzięłam fajkę oraz zapalniczkę.

— Pan to chyba nie jest jak reszta nauczycieli.- zasugerowałam zaciągając się tytoniem.

— Nie mam nawet zamiaru być jak oni. Sztywniactwo zostawiam matematykom, historykom oraz anglistom. Moje zajęcia mają być przyjemnością a nie mordęgą. Do każdego z moich podopiecznych podchodzę nie jak do ucznia a do dorosłego człowieka.- wyjaśnił wyciągając nogi przed siebie, krzyżując je w kostkach.

— A wracając do ciebie.- wtrącił się Troy.- Od kiedy ćwiczysz? — zapytał szczerze zainteresowany niebieskooki, wlepiając we mnie wzrok.

— Zaczęłam od ósmego roku życia. Zawsze ciągnęło mnie do bójek. Dodatkowo mój kumpel, z którym się wychowałam trenował boks więc zabrał mnie raz na ring i tak się zaczęło.- nie chciałam wracać do tematu Victora, bo sama myśl o nim bolała mnie.

— To nie jednemu facetowi w ryja dałaś.- żachnął się ratownik, następnie się zaciągając.

— Zdarzyło się.- chrząknęłam niby ze spokojem ale tak na prawdę chciałam go ostrzec.

— Widział pan może Kler? — w pomieszczeniu nagle pojawiła się Liliana a na mój widok szeroko się uśmiechnęła.- Ooo tu jesteś! — pisnęła podekscytowana, choć zmarszczone brwi dziewczyny mówiły coś innego.

— Coś się stało Lili? — rzekł nauczyciel, drapiąc się po brodzie.

— Nie, nic się nie stało. Chciałam posiedzieć z Kler trochę.- oznajmiła, posyłając mi szeroki uśmiech. Ta dziewczyna bardzo mnie irytowała ale jej dziecinne zachowanie jakoś łagodziło to uczucie.

— Chodź. Popływamy sobie trochę.- rzuciłam gasząc peta w szklanej popielniczce.

— Ty popływasz a ja posiedzę.- sprostowała z grymasem niezadowolenia, który postanowiłam olać. Kiedy nastolatka siadała na wysepce dla dzieci z niewielką, piankową palmą, ja weszłam do wody. Była lodowata!

Dygocząc z zimna, zanurzyłam się pod powierzchnię, chcąc wyrównać temperaturę ciała. Znając swoje rówieśniczki oraz ich zachowanie na basenie, postanowiłam pomóc Lilianie przełamać się w sprawie wody. Choć nie zauważyłam u niej mej kapu to brałam pod uwagę brązer czy kolektor. Widząc pod wodą nogi koleżanki z klasy, chwyciłam ją za kostki i mocno pociągnęłam w dół. Jednak takiego obrotu sytuacji się nie spodziewałam. Ja o mało co, jej nie zabiłam. Brunetka zaczęłam machać rękoma, uderzając o taflę oraz wierzgać nogami.

— Pomocy! — krzyczała co początkowo wzięłam za żart. Zbiornik miał może z metr siedemdziesiąt, gdzie spokojnie mogła sięgnąć nogami dna.

— Lili! — wrzasnął koleś, który potrącił mnie pierwszego dnia. Momentalnie wskoczył do wody, łapiąc znajomą pod pachami. Opornie walczył z wodą ale jego niski wzrost mu w tym nie pomagał. Będąc lekko sparaliżowana postanowiłam pomóc chłopakowi. Razem wyprowadziliśmy naszego topielca na płytki, gdzie rozłożyła się jak foka.

— Ja umarłam? — spytała brązowooka, patrząc na nasze twarze.

— Jeszcze nie.- westchnął brunet, opierając dłonie na kolanach.- Ty jesteś normalna? — to pytanie skierował do mnie.- Ona się boi wody, dlatego do niej nie wchodzi! — warknął na mnie.

— Daj spokój… Skąd miała wiedzieć, że mam traumę z dzieciństwa.- uspokoiła chłopaka, który jak widać bardzo dobrze ją znał.- Pływać ogólnie kiedyś umiałam ale pewnego razu, jak byliśmy nad wodą, z kuzynostwem wybraliśmy się na rowerki wodne. Na środku jeziora wzięły ich głupoty i wrzucili mnie do wody. Śmiejąc się po prosu odpłynęli, zostawiając mnie samą. Nurt był zbyt silny i nie dałam rady dopłynąć do brzegu. Z braku sił zaczęłam się wpierw podtapiać a następnie topić.- kiedy skończyła swoją historię usiadła, podparta za sobą dłońmi.- Dopiero jakiś facet mnie zauważył i mi pomógł.- cicho dodała, spuszczając głowę. Tak szczerze zrobiło mi się głupio ale z drugiej strony, skąd miałam wiedzieć.

— Przepraszam.- wydusiłam z siebie i skierowałam się do szatni. Było mi wstyd za moje zachowanie ale czasu już nie mogłam cofnąć. Szybko ubrałam się i wychodząc oddałam zegarek od szafki. Nie czekając za grupą postanowiłam uciec jak najdalej się dało. Do domu nie mogłam wrócić, gdyż mama jeszcze nie zaczęła pracy i z powrotem wygnałaby mnie do szkoły. Reszty dnia też nie chciałam spędzić w szkole z poczuciem winy oraz wstydu. Pomimo deszczu i silnego wiatru postanowiłam udać się na miasto. Może pogoda na zwiedzanie nie była najlepsza ale na małe zakupy już tak. Ojciec przesyłał mi na konto co miesiąc alimenty więc nawet po powierzeniu mamie większej kwoty, ładna suma mi zostawała na moje potrzeby. Ponadto pracując we Vegas jako kelnerka trochę też sobie odłożyłam. Maszerując w stronę miasteczka mijana byłam przez wiele samochodów, przez co długo nie musiałam czekać aby być brudna. Mijając znak z napisem Calada uśmiechnęłam się sama do siebie i weszłam na chodnik, który w końcu się zaczął. Przez trawiaste pobocze ubłociłam sobie buty, co wyglądało bardzo niechlujnie.

Docierając na miejsce wpierw wstąpiłam do sklepu z antykami. Kochałam takie miejsca. Kręciło się tam parę osób i było bardzo ciepło. Bardzo mnie to cieszyło, gdyż moje dłonie zdążyły przybrać kolor różu. Nie wiem ile siedziałam w tym sklepie ale stałam się bogatsza o świeczniki, świeczki zapachowe, kilka czaszek, figurki kotów oraz książki. Ponadto zahaczyłam kilka innych przystanków. Na sam koniec zostawiłam sobie lokalną kawiarnię, gdzie usiadłam w kącie. W karcie było mnóstwo nieznanych mi nazw napoi, co miło mnie zaskoczyło. Postawiłam na kawę karmelową z bitą śmietaną, odrobiną ajerkoniaku oraz posypką cynamonową. Czekając za zamówieniem przejrzałam jeszcze raz nowe nabytki. Po kilku minutach moja kawa przybyła w wysokiej szklance. Wyglądała pysznie i tak też smakowała. Kochałam karmel a połączony z kawą sprawiał niesamowite doznania.

Wypijając do końca niebiańsko pyszny napój zebrałam się. Postanowiłam wrócić do domu, mając nadzieję, że mama nie zorientuje się z moimi wagarami.

Po powrocie do domu okazało się, że mamy nie było. Ucieszyło mnie to, ponieważ wróciłam wcześniej niż miałam w planie zajęć. Od razu pomknęłam do swojego pokoju i w nim się zaszyłam.

Kiedy skończyłam już malowanie pomieszczenia za oknem panowała ciemność. Zadowolona ustałam w wejściu i zagarnęłam całość wzrokiem. Dwie przeciwne ściany były jasnofioletowe a dwie pozostałe czarne. Usatysfakcjonowana zeszłam do łazienki, aby pomyć moje narzędzia pracy. Niespodziewanie zadzwonił telefon stacjonarny, który stał na komodzie w korytarzu.

— Niech ktoś odbierze! — krzyknęłam, nie chcąc wycierać w ręcznik dłoni uwalonych we farbie. Wtem usłyszałam nad sobą biegnącego po schodach Jakoba, który już po chwili podniósł słuchawkę.

— Halo? — powiedział wcinając czekoladowego batona. Mając otwarte drzwi doskonale widziałam mojego brata. Po jego słowach nastała cisza.- Do ciebie.- wskazał chłopiec słuchawką w moją stronę. W pierwszej chwili pomyślałam o znajomych lub kimś z rodziny. Jednak tej osoby się nie spodziewałam. Z ręcznikiem pomaszerowałam do komody i przejęłam biały przedmiot.

— Słucham.- rzuciłam do słuchawki z nonszalanckim tonem.

— Killer? — męski głos rozbrzmiał po drugiej stronie. Skądś go kojarzyłam ale nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie go słyszałam.

— Kto mówi? — zagaiłam niepewnie, mając w głowie mroczne scenariusze. Za dużo horrorów… Zdecydowanie…

— Twój wielbiciel.- wyszeptał mężczyzna a mi włoski na rękach zjeżyły się.

— Dosyć jaj… Gadaj kim jesteś i czego chcesz.- rozkazałam spoglądając na brata, który nadal przy mnie stał i wlepiał we mnie zielone tęczówki.

— Nie zgubiłaś czegoś dzisiaj? — zapytał nieznajomy a ja automatycznie zaczęłam przeszukiwać kieszenie swojej domowej bluzy. Na chwilę zapomniałam, że na basenie byłam w czymś zupełnie innym. Jakob umorusany czekoladą patrzył co robię.- Tak swoją drogą masz fajne filmiki i zdjęcia na telefonie.- wyznał przez śmiech mężczyzna. Niewiele myśląc starałam się sobie przypomnieć, gdzie ostatni raz używałam komórki ale na darmo. Jedyne miejsce, w którym byłam i miałam z kimkolwiek kontakt to basen. Mógł to być nauczyciel, Troy lub któryś koleś z klasy.

— Skąd go masz? — zapytałam dla upewnienia się w kwestii miejsca oraz aby móc zawęzić grono podejrzanych.

— Trzeba uważać jak się ucieka na wagary.- zacmokał z zadowoleniem ten szurnięty psychopata. Myśl, że przeglądał moje prywatne zdjęcia, filmy i nie daj Boże wiadomości, powodowała u mnie napad wściekłości.

— Ty bucu! — krzyknęłam tak głośno, że aż mój brat cofnął się o parę kroków do tyłu.- Masz mi oddać telefon, bo inaczej zgłoszę to na policję! Jutro w szkole cię widzę z moją własnością.- rzekłam stanowczo. Niech ten typek, kimkolwiek był cieszy się, że w tamtym momencie przy mnie nie stał bo ukręciłabym mu głowę.

— Może jutro, może za tydzień… Może zachowam sobie telefon na pamiątkę.- zaśmiał się, w taki sposób, że mi włosy stanęły dęba.

— Co?! Jakieś kpiny to są! Pójdę z tym na policję! — oznajmiłam podniesionym tonem, jednak to nie zrobiło większego wrażenia na moim oprawcy.

— Pa moja piękna buntowniczko.- śmiech nieznajomego był ostatnią rzeczą, jaką usłyszałam w słuchawce. Następnie już był tylko dźwięk przerwanego połączenia.

— Co za gbur! — syknęłam, w tym samym momencie odkładając z impetem słuchawkę. Zdenerwowana pomaszerowałam na górę, starając się trochę uspokoić. Zamykając za sobą drzwi odnalazłam w plecaku fajki oraz zapalniczkę. Otworzyłam okno i wyszłam na daszek, spuszczając nogi w dół. Trzęsącymi rękoma odpaliłam papierosa i mocno się zaciągnęłam dymem. Byłam wściekła na tego kretyna, za przeglądanie moich prywatnych rzeczy. Także złość wymierzyła we mnie z powodu mojej nieuwagi. Jak przez cały dzień mogłam nie zauważyć braku telefonu?… Zamykając powieki wypuściłam powietrze z płuc. Praca zbyt mnie pochłonęła, przez co nie potrzebowałam używać komórki. Wtem z domu obok dobiegły nagle krzyki kobiety. Jak tylko zauważyłam otwierające się drzwi wejściowe, w mgnieniu oka zebrałam się do siebie. Nie chciałam widzieć się ze swoimi sąsiadami, choć wiedziałam, że mnie to prędzej czy później czeka. Poprawiając bluzę zgasiłam peta w popielniczce i zabrałam się za dalszą pracę, chcąc zająć czymś myśli. Przykręcając listwy podłogowe do ściany, usłyszałam jak mama rozmawia z kimś przez telefon. Nie wtrącając nosa w nie swoje sprawy postanowiłam włączyć sobie muzykę na MP3.

— Nie śpisz? — niespodziewanie do środka weszła brunetka, a ja wzywając imię Boga wyjęłam słuchawki z uszu. Moje serce ze strachu biło jak szalone. Nie spodziewałam się mamy u siebie. Co jednak przykuło moją uwagę to piżama rodzicielki.

— Która jest? — zagaiłam nie mając przy sobie żadnego zegarka.

— Grubo po północy.- westchnęła, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Następnie zaczęła rozglądać się po moim pokoju.- Ładnie ci wyszło.- oznajmiła, przenosząc wzrok z jednej na drugą ścianę.- Idę spać kochanie. Ty też się połóż i odpocznij, żebyś znowu do szkoły nie zaspała.- poprosiła sztywnym tonem. Potem podeszła do mnie, pocałowała w czoło i wyszła, do połowy zamykając za sobą drzwi. Czując nie małe zmęczenie postanowiłam się wykąpać i trochę odpocząć. Po cichu zeszłam na dół aby zmyć z siebie wszystkie możliwe zmartwienia.

Po pół godziny wróciłam do siebie. Położyłam się na materacu, bardzo tęskniąc za swoim łóżkiem, które nadal czekało na złożenie. Miałam ochotę iść spać. Jednak bez budzika w telefonie bałam się, że zaśpię. Nie chciałam mieć kolejnego dnia wagarów. Czekała mnie więc długa, nieprzespana noc.

***

Przez całą noc nie mogłam zasnąć, więc wzięłam się za składanie mebli. Dopiero o piątej nad ranem postanowiłam się zacząć szykować do szkoły. Po cichu zeszłam na parter i wstawiłam w czajniku elektrycznym wodę na kawę. W tym samym czasie poszłam do łazienki i ogarnęłam poranną toaletę. Po zrobieniu napoju, wzięłam szklankę ze sobą i zabrałam się za standardowy makijaż oraz włosy. Uczesałam je w dwa koczki a część kosmyków pozostawiłam rozpuszczone. Upijając łyk kawy, spojrzałam w lustro. Z bólem serca musiałam stwierdzić, że przydałby mi się wizyta u fryzjera aby odświeżył moje różowe pasemka. Po odłożeniu szklanki na szafkę założyłam na szyję czarny choker, ze zwisającym diamencikiem. Podkreślając usta fioletową, matową szminką zakończyłam poranną toaletę. Powracając do kuchni zabrałam się za zrobienie sobie śniadania oraz kanapek. Mimo sporej ilości czasu, postawiłam i tak na płatki owocowe z mlekiem. Usatysfakcjonowana posiłkiem pomaszerowałam do pokoju aby się zmierzyć z moim przeciwnikiem, jakim był mundurek szkolny. Już jego kolory mnie przerażały. Niechętnie i opornie wdziałam go na siebie, a następnie podeszłam do opartych o karton drzwi szafy, które posiadały lustro. Zajęczałam niezadowolona i postanowiłam trochę ulepszyć swoje wdzianko. Niebiesko-czarną spódniczkę w kratę z długiej aż za kolano, skróciłam do połowy uda. Najgorsze było obszycie materiału. Na szczęście obcięcie było w pasie więc brak zdolności krawieckich mogłam ukryć paskiem lub górną częścią garderoby. Następnie zajęłam się koszulą. Zostawiłam górny guzik odpięty a dół zawiązałam w supełek. Rękawy podwinęłam na trzy czwarte. Niebieski krawat z czarnymi pasami postanowiłam tylko luźno zawiązać.

— Teraz można się ludziom pokazać.- mruknęłam sama do siebie, rzucając ostatnie spojrzenie w szklaną taflę. Zmęczona instynktownie chciałam zerknąć na telefon ale przypomniałam sobie, że go zgubiłam. Zła sama na siebie zebrałam plecak i zeszłam na dół. Tam moja mama stała w szlafroku i ze skupieniem patrzyła przez okno kuchenne.- Wszystko okey mamo? — zapytałam niepewnie, zakładając na siebie kurtkę. Nie wiedziałam jaka jest godzina bo jak na złość zegarki nie były jeszcze porozwieszane, mimo to podejrzewałam, że było po siódmej. Chciałam jak najszybciej dotrzeć do szkoły i odebrać moją własność.

— Tak Kler. Jest wszystko dobrze, tylko zastanawiam się tak nad tą rodziną naprzeciwko. Rzadko kiedy ktoś wychodzi z mieszkania i te krzyki… — poinformowała brunetka, odwracając w końcu wzrok na mnie.

— Krzyki? — spytałam, gdyż jak do tej pory nigdy nic nie słyszałam.

— Tak. Zawsze parę minut po twoim wyjściu do szkoły rozlega się kłótnia.- odpowiedziała mama z zamyśloną miną.

— Ja wychodzę.- nie wiedząc co powiedzieć na wyznanie rodzicielki postanowiłam zmienić temat. Jakoś życie innych mnie interesowało, dopóki nie tyczyło się to bezpośrednio mojej osoby.

— Już? Tak szybko? — zaskoczona zmarszczyła brwi. Na jej twarzy malowało się zmartwienie i podejrzliwość.

— Muszę jeszcze oddać parę papierów do sekretariatu bo wczoraj nie zdążyłam.- odparłam przypominając sobie, że rzeczywiście musiałam iść do tej upiornej kobiety.

— No dobrze. Tylko idź ostrożnie i nie odstaw czegoś.- poprosiła surowym tonem a ja nie chcąc dłużej czuć na plecach tej ciężkiej atmosfery, po prostu wyszłam. Jak najszybciej chciałam dotrzeć do szkoły i odzyskać w końcu telefon.

Droga zeszła mi bardzo szybko. Jednak jak się okazało nie posiadałam wyczucia czasu i przyszłam stanowczo za szybko. W budynku urzędowały tylko woźne oraz sekretariat. Wykorzystując chwilę oddałam wszystkie dokumenty. Oczywiście nie obyło się bez reprymendy o spóźnieniu i braku szacunku do regulaminu. Kobiecie ewidentnie się nie spodobała moja wersja mundurka. Zlewając tą zgorzkniałą babę, wyszłam przed budynek szkoły i kwitnęłam na schodach, sama nawet nie wiedząc na co liczyłam. Przecież ten koleś się nie przedstawił. Skąd miałam wiedzieć, który to z przechodzących chłopaków ma mój telefon. Liczyłam jednak na cud. Miałam nadzieję, że sam podejdzie i bez żadnego problemu zwróci komórkę. Minęły tak kolejne minuty a ja coraz bardziej marzłam. Ludzi przybywało, czas upływał i nic. Pewnie ten gnojek nie przyjdzie… Będę musiała po szkole iść na policję…

— Cześć! — moje myślenie przerwał znany mi głos.- Coś ty masz taką minę, jakby cię szpilka kuła? — zaśmiała się swoim dziecinnym głosikiem, podchodząc bliżej do mnie. Nie miałam jakoś humoru do śmiania się czy żartowania.

— Cześć.- burknęłam omijając jej uwagę. Nie chciałam wyrządzić dziewczynie przykrości już na sam początek dnia. To że ja byłam w dupie i nie wiedziałam co zrobić, nie znaczyło iż musiałam się wyżywać na cały świat.- Nie spałam całą noc.- odparłam krótko, otulając się szczelniej ramionami.

— Rozumiem. Przeprowadzka daje w kość. Ja co prawda mieszkam tutaj całe swoje życie ale nie raz moja mama urządzała w domu jakieś remonty i to była masakra… Tata to nie raz miał dosyć tej roboty, że musiał zejść na dół do babci ochłonąć. A jaki syf przy tym wszystkim. Ja od samego rana mam tak, że ze szczotką biegam i sprzątam. Bo to ojciec jak do roboty z bratem szykują się to czegoś zapomną ale butów nie zdejmą. Piachu, ziemi, śniegu mi nanoszą ale nie sprzątną po sobie. A to moje pieseły nabrudzą, koty żwirek poroznoszą. Ja lubię czystość. Nawet jak jestem chora to muszę wstać i ogarnąć mieszkanie bo nie wytrzymam.- rozgadała się brunetka, z czego chyba nie zdawała sobie sprawy.

— Tsa, dokładnie.- bąknęłam, łapiąc za ramiączka mojego plecaka.

— Wiesz co… Muszę cię komuś przedstawić! — zachichotała moja rówieśniczka, a w jej oczach zatańczyły chochliki.- Chodź.- złapała mnie za nadgarstek i mocno pociągnęła za sobą.

— Ja czekam za kimś a tym bardziej nie mam ochoty nikogo poznawać.- zaopiniowałam próbując zatrzymać dziewczynę. Ta jednak niewzruszona moim wyrywaniem się, prowadziła mnie dalej. Po okrążeniu budynku stanęłyśmy na boisku szkolnym, gdzie kilkoro uczniów przebywało.

— Oni są ekstra. Na pewno zaprzyjaźnicie się i stworzymy super grupę.- zaopiniowała pewna swoich słów, na co oniemiałam.

— Tak… Bo jedyne na co mam ochotę to zaprzyjaźnianie się z bandą kujonów.- wypaliłam nie kontrolując się, choć było to prawdą.

— To oni.- wskazała Liliana przed siebie palcem, olewając to co powiedziałam.- Siemka chłopcy! — radośnie krzyknęła a dwójka nastolatków odwróciła się w naszą stronę.

— Hej Killer.- żachnął się jeden z chłopaków, którego miałam nieprzyjemność spotkać wcześniej. Wtem sobie przypomniałam ten głos. Był identyczny, jak ten w słuchawce z nocnej rozmowy. Ponadto zdradził się ksywką jakiej użył podczas naszej rozmowy.

— Ty kretynie! — nie mogąc się opanować podbiegłam do rówieśnika i wymierzyłam mu pięścią w twarz. Uderzenie było tak mocne, że poleciała mu z kącika ust krew. Nie przejmowałam się jednak tym i złapałam gnojka za rozpiętą kurtkę.- To ty wczoraj w nocy robiłeś sobie ze mnie jaja. Oddawaj mój telefon.- rozkazałam będąc na skraju wybuchu. W poprzedniej szkole byłam już zawieszona za pobicie jednego z uczni i co prawda nie chciałam powtórki z rozrywki, ale nerwy mną poniosły.

— Okey, okey… Masz tutaj swojego gruchota i pilnuj go na drugi raz.- burknął brunet, wyciągając z kieszeni dżinsowych spodni moją własność. Nie czekając ani chwili dłużej przechwyciłam przedmiot, zarazem puszczając tego ćwoka.

— Spokojnie Kler bo mi kuzyna zabijesz.- uspokoiła mnie Liliana, kładąc ostrożnie dłoń na moim ramieniu.

— Co? Ten gnojek to twój kuzyn? — zapytałam zbulwersowana wyznaniem dziewczyny. W ogóle nie byli do siebie podobni.

— Tak jakoś wyszło.- szepnęła, unosząc delikatnie ramiona do góry. Wtem rozległo się dość głośne ale speszone chrząknięcie.

— Przedstawisz nas sobie? — spytał niepewnie drugi chłopak, który w milczeniu przyglądał się całej akcji. Z resztą wszyscy zgromadzeni na boisku się na nas gapili.

— O… Już. To jest mój przyjaciel Dile ale mówimy na niego Di.- powiedziała z szerokim uśmiechem brązowooka.- A ten co dostał od ciebie w mordę, to mój kuzyn Rayan. Nie mam co się z resztą chwalić, że jesteśmy spokrewnieni.- żachnęła się, uderzając nastolatka w ramię.

— Jesteście szurnięci.- zaopiniowałam odwracając się na pięcie i odchodząc. Nie chciałam z kimkolwiek rozmawiać, mimo to Liliana zachowywała się jakby nigdy nic się nie stało. Chodziła za mną wszędzie. Do łazienki, do stołówki, biblioteki. Po prostu wszędzie. Czułam się prześladowana przez nią.- Odczep się w końcu ode mnie! — wrzasnęłam na brunetkę, gdy ta prowadziła jakiś monolog na temat swojego życia. Nie interesowało mnie to co robiła po szkole. Ja chciałam spokoju i trochę samotności. Zbulwersowana zbiegłam po schodach i udałam się w stronę domu.

— Jak chcesz ale pod jednym warunkiem.- oho… Wychodzi teraz jej prawdziwa twarz szantażysty… Pomyślałam ale dałam jej szansę na dokończenie.

— Jakim? — burknęłam, krzyżując ręce na klatce piersiowej.

— Dam ci spokój jak pójdziesz ze mną i chłopkami w weekend na miasto. Może ci się spodoba nasze towarzystwo i zmienisz zdanie na nasz temat, a jak nie to odczepimy się.- powiedziała pewnym siebie głosem, patrząc prosto w moje oczy.

— Dobra.- westchnęłam, przewracając oczami.

— Super! — pisnęła podekscytowana, klaszcząc w dłonie.

— To co do dnia i godziny się jeszcze zgadamy.- po gestykulacji oraz mimice twarzy dziewczyny widziałam zachwyt. O sobie tego powiedzieć nie mogłam. Nie widziało mi się spędzenie wolnego czasu na wypadzie z kujonami ale dla świętego spokoju byłam gotowa się poświęcić. Niespodziewanie ktoś w naszym pobliżu zatrąbił, przyprawiając mnie prawie o zawał serca.

— Lili wsiadaj! — męski, niski głos zagłuszył silnik samochodu.

— No chwila! — wrzasnęła na chłopaka, który miał może dwadzieścia parę lat.- Muszę lecieć. Do jutra, pa! — dodała na odchodne, machając do mnie na pożegnanie. Resztę drogi do domu miałam spokojną. Po powrocie do mieszkania zjadłam obiad, ogarnęłam lekcje i pomogłam bratu w angielskim. Kiedy zabrałam się za odrywanie reszty taśmy malarskiej z podłogi, mama kończyła gipsowanie korytarza. Niespodziewanie na parterze rozbrzmiał dźwięk telefonu stacjonarnego.

— Ja odbiorę.- rzekła brunetka, zostawiając miseczkę z gipsarem na komodzie. Nie przerywając swojej pracy, kontynuowałam sprzątanie sajgonu.- Muszę jechać do babci! Zajmij się Jakobem! — nagle mama przybiegła na górę, w biegu szukając jakiś czystych ubrań w swoich kartonach.

— Co się stało? — spytałam przestraszona zachowaniem brunetki.

— Babci znowu ciśnienie skoczyło a została sama, bo dziadek na robotę pojechał a ciocia ma nockę. Muszę zawieźć ją do szpitala.- powiedziała mama zbiegając po schodach. Ja idąc za rodzicielką starałam się uzyskać jak najwięcej informacji ale na marne. Nim dobiegłam na parter mama już wyszła na dwór. Ostatnie co usłyszałam to odjeżdżający samochód. Zostając sama z bratem, który bawił się klockami lego postanowiłam dokończyć to co zaczęłam. Ponownie powędrowałam na górę. Mimo braku mobilizacji posprzątałam plamy po gipsarze z podłogi oraz umyłam miskę z białą papką. Kiedy się wyrobiłam z jedną robotą, wróciłam do swojej pracy. Nie miałam pojęcia ile czasu mi zajęło mycie podłogi oraz listew ale się opłacało. Pokój mimo jeszcze nie do końca ustawionych mebli był cudowny. Kiedy przysuwałam biurko do ściany pukanie do okna przykuło moją uwagę. Jednak zlekceważyłam hałas, myśląc że to jakiś ptak uderzył przypadkiem w szybę. Po chwili pukanie stało się wyraźniejsze i z całą pewnością nie był to pierzasty przyjaciel. Zaniepokojona podeszłam ostrożnie do okna i przesunęłam je do góry minimalnie. Nie miałam żadnego balkonu a jedyne co mogło stanowić wejście na daszek to drewniana pergola. Mimo to parapet na zewnątrz był wąski i raczej nikt by się tam nie zmieścił. Niespodziewanie ujrzałam czyjeś oczy i automatycznie zamknęłam okno, odsuwając się do tyłu. Do moich uszu dobiegł stłumiony jęk i dopiero po dłuższej chwili zrozumiałam co się stało. Bowiem komuś przytrzasnęłam palce drewnianą ramą i zwisał bezwładnie.

— Otwórz! Proszę… — jakiś męski głos rozległ się po drugiej stronie, lecz ja stałam jak sparaliżowana. Strach mnie obezwładnił. Nie wiedząc co zrobić zdałam się na intuicję, która kazała oszczędzić cierpienia temu komuś. Z łomoczącym sercem ponownie otworzyłam szybę, tym razem wyżej. Nim się obejrzałam sylwetka mężczyzny ukazała się moim oczom.- Mogę wejść? — spytał ostatkami sił, które słychać było w głosie. Co prawda spadłby tylko na daszek ale upadek źle by mógł się skończyć.

— Kim ty jesteś i czego chcesz? — zapytałam uważnie obserwując nieznajomego.

— Wyjaśnię ci wszystko, tylko błagam wpuść mnie.- wyjąkał a ja miałam zbyt naiwne i za dobre serce aby nie pomóc. A jeśli tego kogoś ścigał morderca?… Za dużo horrorów…

— Wchodź.- oznajmiłam zagarniając ręką powietrze przed sobą. Chłopak wślizgnął się do środka, zahaczając przypadkowo nogą o krawędź parapetu. Nawet nie wiem kiedy znalazłam się plecami na podłodze a owy nieznajomy, leżał klatką piersiową na mnie. Wtedy nasze spojrzenia pierwszy raz się ze sobą spotkały. Najbardziej co mnie zaciekawiło w nim to odmienny kolor tęczówek. Nie były żadnego z odcieni zieleni, brązu czy błękitu. Były fioletowe. Dopiero po chwili oprzytomniałam.- Złaź ze mnie.- rozkazałam stanowczo, spychając go z siebie. Nie powiem bo do lekkich nie należał.

— Wybacz.- rzekł zawstydzony, wstając na równe nogi.- Dziękuję, że mnie wpuściłaś.- dodał podając mi dłoń. Niewiele myśląc, złapałam go za rękę aby sobie pomóc. Jego skóra była szorstka ale jakoś specjalnie nie odrzucało mnie to. Świadczyło to o tym, że musiał ciężko pracować. Podejrzewałam place budowy, choć żadnych w okolicy nie widziałam. Z resztą co ja mogłam wiedzieć o okolicy, skoro byłam tam od zaledwie kilu dni. Kolejną rzeczą jaka przykuła moją uwagę to rozmiar naszych dłoni. Całkowicie schował moje ręce w swoich. Lekko speszona i zażenowana odchrząknęłam.

— Kim ty w ogóle jesteś? Skąd mam wiedzieć, czy nie jesteś żadnym mordercą albo zboczeńcem? — palnęłam niewiele myśląc ale niestety nie zdążyłam się ugryźć w język. Mimo wszystko nieznajomy tyko się ośmiał.

— Jestem Lucas Waller i mieszkam w domu na przeciwko. Jesteśmy sąsiadami ale nie mieliśmy specjalnie okazji się poznać.- lekko się ukłonił, ukazując w uśmiechu rząd zębów.- A odpowiadając na twoje pytanie co ja tu robię, to uciekam przed ojcem.- odparł już z mniejszym entuzjazmem.- Jak bawiliśmy się z rodzeństwem, zbiliśmy przez przypadek porcelanę.- wyjaśnił, a sytuacja stała się jeszcze bardziej niezręczna.- Mogę u ciebie trochę posiedzieć? — zapytał speszony a ja nie wiedziałam co zrobić. Mój brat siedział w sąsiednim pokoju i na bank by mnie wydał mamie, że jakiś obcy chłopak siedział u nas w domu pod jej nieobecność. Ponadto nie znałam go a nikogo do obrony nie miałam. Mimo wszystko było mi szkoda go wyrzucać za drzwi a raczej, za okno.

— Dobra ale nie wyłazisz z tego pokoju.- rozkazałam, grożąc palcem.

— Tak jest szefowa.- przytaknął szeroko się uśmiechając, a jego twarz rozpromieniała w półmroku pokoju.

— Przydasz mi się do składania mebli.- poinformowałam, chcąc wykorzystać siłę chłopaka.

— Nie ma sprawy. Zawsze służę pomocą.- zasalutował, na co wymsknęło mi się ciche parsknięcie.

— Zaraz wrócę.- oznajmiłam, nie spuszczając wzroku z nieznajomego. Kiedy byłam już na korytarzu popędziłam do sypialni Jakoba. Chłopiec właśnie układał swoje zabawki w szafce.- Jakob skończ już na dziś zabawę i idź spać.- poprosiłam łagodnym głosem, mając nadzieję, że choć raz mnie posłucha.

— Co? Tak wcześnie?! — krzyknął na mnie, wręcz urażony.

— Zrób to o co cię proszę a tym bardziej jutro idziesz do szkoły. Ja muszę poczekać do przyjazdu mamy.- rzuciłam lecz ten mały cwaniak nie zamierzał tak łatwo odpuścić.

— Ja też chcę poczekać aż mama wróci. A dokąd pojechała? — zagaił a we mnie krew zawrzała. Ja chciałam wrócić jak najszybciej do nieznajomego aby mieć go na oku, a mój brat w przesłuchanie zaczął się bawić.

— Do babci bo źle się ona poczuła. Idź spać.- rozkazałam stanowczej, choć i tak wiedziałam, że mnie nie posłucha.

— Nie.- odparł dalej robiąc swoje.

— Proszę cię.- starałam się trzymać nerwy na wodzy ale szło mi to coraz gorzej.

— A co będę mieć za to? — to były jakieś kpiny.

— Nic. Masz iść spać w tej chwili.- w ostatnim momencie się powstrzymałam od krzyku. Przecież chłopak na pewno by przyszedł sprawdzić co się dzieje, a Jakob nie mógł go zobaczyć.- Dobranoc.- odparłam gasząc światło.

— Nie… — warknął na mnie brat, podbiegając do włącznika w mgnieniu oka. Brwi miał zmarszczone i spoglądał na mnie złowrogo.- Nie idę! — powtórzył zaciskając mocniej szczękę.

— Uspokój się.- upomniałam młodego aby zniżył ton i ogarnął się. Z fochem włączył ponownie światło a ja nie miałam zamiaru więcej się z nim kłócić. Zrezygnowana wróciłam do pokoju, gdzie nieznajomy siedział na parapecie.

— Młodsze rodzeństwo? — zapytał chłopak z cieniem uśmiechu.

— Tak. Dokładniej brat.- westchnęłam, zamykając za sobą drzwi. W duchu modliłam się aby Jakob nie wszedł do mojego pokoju.

— Ja też mam młodsze rodzeństwo.- poinformował zamyślony, lecz jego wzrok nadal spoczywał na mojej osobie.

— Ile masz lat? — zmieniłam temat, nie chcąc zbytnio rozgadywać się na temat relacji rodzinnych. Szczególnie o mojej relacji z Jakobem. Był zawsze trudnym dzieckiem ale w tamtym momencie przebijał sam siebie. Ciągle darliśmy koty, kłóciliśmy się i nigdy nie byliśmy w stanie dojść do porozumienia.

— Osiemnaście a ty? — odrzucił piłeczkę w moją stronę.

— Siedemnaście.- westchnęłam. Mimo młodego wieku oraz wyglądu, czułam się jak stara babcia.

— Ooo… Młodziutka.- zaśmiał się a jego oczy lekko rozbłysnęły. Wyglądał na smutnego i miałam wrażenie, że coś go trapi.

— Stary się odezwał… — sarknęłam, przewracając oczami.

— To za co najpierw się bierzemy? — Lucas zakasał rękawy swojej bluzy i zrobił dwa kroki w moją stronę.

— Od włożenia drzwi od szafy w szyny.- poinformowałam, wskazując na szklaną taflę. Nic więcej nie mówiąc podeszliśmy do lustrzanych drzwi i je podnieśliśmy. Musiałam przyznać, że co facet — to facet. Od razu meble zrobiły się lżejsze a praca poszła znacznie szybciej. Martwiłam się tylko, jak miałam wytłumaczyć mamie, skąd miałam tyle siły aby sama poradzić poszczególne segmenty. Postanowiłam się tym na jakiś czas nie przejmować.

— Twoja mama jest w domu? — to pytanie nieco mnie zaskoczyło.

— Nie ma. Jakby cię zobaczyła teraz to by mnie zabiła. Zawisłabym na gałęzi i tak dyndała aż do następnych świąt Bożego Narodzenia.- oznajmiłam całkiem poważnie. Kiedy przykręcaliśmy półkę nad telewizorem dyskretnie przyglądałam się chłopakowi. Lucas był znacznie wyższy ode mnie — sięgałam mu do połowy klatki piersiowej. Osiemnastolatek był szczupły i dobrze zbudowany. Musiał chodzić na siłownię albo jak przypuszczałam wcześniej, pracować fizycznie. Jego włosy miały kolor jasnego brązu a niewielkie światło w pokoju ujawniało rude refleksy. Jeszcze bardziej niż nietypowy kolor tęczówek, zaciekawiły mnie liczne blizny — w tym również na twarzy. Nie chciałam być jednak wścibska więc postanowiłam chwilowo przemilczeć temat. Chodź z drugiej strony wątpiłam aby nasza znajomość dłużej się utrzymała. Wyglądał na porządnego faceta a dla mnie tacy byli nie osiągalni. Unikali mnie jak ognia.

— Pracujesz gdzieś? Uczysz się? — zagaiłam chcąc pociągnąć jakoś rozmowę. W końcu bez przymuszonej woli pomagał mi, więc miło by było jakbym otworzyła buzię i coś powiedziała.

— Uczę się w tej samej szkole co ty i pracuję weekendowo za miastem. Prace budowlane i takie tam.- westchnął, ciepło się do mnie uśmiechając.

— Ja dorabiałam sobie jako kelnerka.- wyjawiłam, choć wątpiłam aby go to w jakimś stopniu interesowało.

— Ooo… Też bardzo ciężka praca. Chcesz nadal pracować czy zajmiesz się teraz tylko nauką? — zapytał o dziwo szczerze zaangażowany.

— Myślałam aby coś sobie znaleźć dorywczo, gdyż fajnie mieć własną kasę. Po za tym nie lubię siedzieć w domu. Dostaję wtedy na łeb i dołek mnie łapie. Muszę mieć kontakt z ludźmi.- poinformowałam puszczając półkę, którą przykręcił chłopak.

— Wiadomo. Ja to mam ochotę jak najszybciej się wynieść stąd.- bąknął, uroczo marszcząc przy tym nos z niezadowolenia.- Masz coś jeszcze do roboty? — rzucił z entuzjazmem. Zaskoczona rozejrzałam się po pokoju i jedyne co mi zostało to złożenie łóżka. Zażenowana wykorzystywaniem go, wskazałam na części mebla.

— Nie musisz tego robić jeśli nie chcesz.- wyszeptałam coraz bardziej zawstydzona.

— Wierz mi… Jakbym nie chciał, to by mnie już dawno tutaj nie było. Po za tym nie zostawię takiej drobnej kobiety w potrzebie. Nie chcę abyś sobie coś zrobiła.- rzekł podnosząc do odpowiedniej pozycji żelazną barierkę łóżka.- To jest ciężkie i wątpię abyś sama to przestawiła.- dodał miłym głosem, lustrując moją osobę badawczym spojrzeniem.

— To może chociaż zrobię herbatę albo kawę. Chyba, że chcesz sok albo wodę… — zaczęłam się motać, nie wiedząc czemu. Lucas miał coś w swoim spojrzeniu i postawie, co onieśmielało. Zestresowana przygryzłam dolną wargę i modliłam się aby nie uznał mnie za idiotkę. Osiemnastolatek się ośmiał a ja miałam ochotę sobie strzelić w czoło.

— Herbatę. Zmarzłem trochę za tym oknem.- o mało co nie zaśmiałam się. Z moich ust wydobyło się tylko ciche parsknięcie.

— Słodzisz? Po co ja się pytam. Przyniosę po prostu cukiernicę…

— Spokojnie. Piję gorzką. Słodzona herbata nie przejdzie mi przez gardło.- rzekł skręcając na imbusy ramy łóżka. Mimo wykonywania tej czynności jego wzrok co jakiś czas bacznie mnie lustrował.

— Zaraz wrócę.- odparłam, delikatnie uśmiechając się. Kiedy wyszłam z pokoju i zamknęłam za sobą drzwi, poczułam chłód. Dopiero wtedy dotarło do mnie jak napięta była atmosfera między mną a Lucasem. Napięta to może złe określenie. Ona była… Naelektryzowana. Zbiegając na dół zerknęłam do sypialni brata lecz ten na moje szczęście spał. Zadowolona nie wiadomo z czego, nastawiłam wodę w czajniku elektrycznym. Nie mogłam ustać w miejscu, więc przestępowałam z nogi na nogę. Osoba stojąca z boku mogłaby uznać, że chce mi się siku ale nie umiałam tego opanować. Z nieznanych mi przyczyn czułam ekscytację. To było nienormalne. Po długich jak dla mnie minutach wróciłam na górę. Lucas właśnie wsuwał materac na drewniane szczeble.- Aż tak długo mnie nie było? — spytałam zamykając drzwi. Mimo, że brat spał, wolałam nie kusić losu. Fioletowooki spojrzał na mnie z promiennym uśmiechem.

— Nie było to takie trudne. Wystarczyło tylko skręcić kilka śrubek i gotowe.- wskazał na łóżko. Nie było jakieś ogromne ale dwie osoby, ciasno położone mieściło.

— Dziękuję.- powiedziałam całkiem szczerze, podając szklankę chłopakowi.

— Nie ma za co. Polecam się na przyszłość.- mrugnął do mnie okiem a następnie upił łyk parzącego napoju.

— Palisz? — zagaiłam, czując potrzebę odreagowania po całym dniu. Miałam też ku temu okazję — w końcu nie było mamy.

— Nie.- odparł stanowczym głosem, patrząc jak wyjmuję paczkę fajek z szuflady.

— Nie będzie ci przeszkadzać? — rzuciłam wychodząc na daszek. Wiedziałam, że niektórzy w ogóle nie lubili jak się paliło w ich otoczeniu, więc wolałam spytać.

— Nie.- bąknął siadając obok mnie na blasze.- Jakbyś była moją kobietą bym oczywiście chciał wybić te truciznę z twojej głowy, jednak teraz nie mam takiego prawa.- zainsynuował a mi się bardzo spodobało to, że nie narzucał mi własnej woli. Ponadto jak na razie tolerował mnie, nie starając zmienić już na samym początku. Kiedy odpalałam fajkę zagaił:- Od dawna palisz?

— Odkąd zaczęły się… — zawiesiłam głos. To był bardzo ciężki temat.- Odkąd moi rodzice się rozwiedli.- wydusiłam z siebie te słowa ale przeszyte były goryczą. Tamten okres życia był koszmarem.

— Wybacz.- jego twarz przybrała wyraz zakłopotania oraz skruchy.

— Spoko, nie przejmuj się. Moi rodzice trzy lata temu wzięli rozwód. Stare dzieje.- mruknęłam wypuszczając dym z ust.

— Moi niestety siedzą nadal razem.- wyznał, co trochę mnie zdziwiło.

— Odnoszę wrażenie, że nie jesteś z tego powodu zbytnio szczęśliwy.- wyjawiłam swoje myśli, patrząc na spiętą twarz towarzysza.

— Powiedzmy, że lepiej by było gdyby stary zniknął z naszego życia.- lekko się przybliżył w moją stronę a z tonu jakim to powiedział, zrozumiałam iż mówił poważnie.

— Nie wiesz co zrobić? Trucizny mu do pomidorówki dosyp.- palnęłam, dopiero po czasie zdając sobie sprawę, co właśnie powiedziałam. Na szczęście obrócił to w żart.

— A znasz kogoś, kto diluje truciznami w Calada?

Wieczór powoli zmienił się w noc a ja razem z Lucasem dalej dyskutowałam. Mimo zimna i blachy, która prawie przymarzła mi do tyłka, nie chciałam kończyć spotkania. Było mi w jego towarzystwie bardzo dobrze i co najważniejsze wydawało mi się, że mnie na serio słuchał.

— Będę się zbierać.- oznajmił brunet, spoglądając na moją zmęczoną twarz.

— Odprowadzę cię do drzwi.- rzekłam wstając na równe nogi. Nie spodziewałam się jednak, że daszek zrobił aż tak ślizgi od mrozu. Potykając się o własne nogi, prawie zjechałam na sam dół skosu.- Żyję.- zaśmiałam się, próbując utrzymać równowagę. Lucas podał mi dłoń a ja wspięłam się na górę.

— Zejdę tak jak wszedłem.- odparł starając się ukryć rozbawienie ale jego oczy go zdradzały.

— Nie wygłupiaj się. Chodź.- poprosiłam będąc już w pokoju. Ten jednak oparł się o parapet a nasze twarze znalazły się na tej samej wysokości.

— Nie będę robić ci więcej kłopotu a i równowagę także mam znacznie lepszą od ciebie.- wyśmiał mnie i mój błędnik.

— Żaden kłopot.- jęknęłam, przewracając oczami.

— Dziękuję za uratowanie tyłka. Kolorowych snów.- słodko się uśmiechnął a następnie zjechał po daszku, schodząc po pergoli. Kiedy ponownie go ujrzałam krzyknęłam.

— Dobranoc! — chłopak zaś z radością pomachał do mnie obiema dłońmi, wysoko nad swoją głową. Parę minut później wszedł do domu, który do tej pory obserwowałam.

Zmarznięta zamknęłam okno ale w pokoju panowała lodówa. Trzęsąc się jak galareta zabrałam z torby piżamy i powędrowałam wziąć kąpiel. Nim wyszłam z pokoju moją uwagę przykuło migające światełko w telefonie. Z łomoczącym sercem odczytałam wiadomość.

Nadawca: Mama

Odbiorca: Kler

Data: 01.12.2016

Godzina: 20:06

Jestem w szpitalu z babcią i czekamy aż zrobią jej badania. Prawdopodobnie zostanę u niej na noc, by mieć na nią oko. Zajmij się proszę Jakobem i nie pozabijajcie się tam. Jutro zaprowadź go do szkoły. Kocham Was. Dobranoc.

W razie czego dzwoń.

— Kuźwa… — jęknęłam widząc jak długo nie dawałam znaku życia. Na szczęście mama więcej nie pisała ani nie dzwoniła. Inaczej by mi łeb ukręciła.

Nadawca: Kler

Odbiorca: Mama

Data: 02.12.2016

Godzina: 01:42

Mam nadzieję, że wszystko u was w porządku mama. Dobranoc.

Po odpisaniu na wiadomość wraz z telefonem udałam się do łazienki. Podejrzewałam, że mama czuwała nad babcią i na pewno nie spała, więc liczyłam się z tym iż zadzwoni. Nie myliłam się. Zdążyłam odkręcić kran a moja rodzicielka już wyświetliła mi się na ekranie. Na szczęście nie była zła, że tak późno jej odpisałam b- wytłumaczyłam się tym, że miałam wyciszony dźwięk oraz pochłonęły mnie porządki.

Kiedy w końcu wróciłam do pokoju, wyjrzałam dyskretnie przez okno. W mieszkaniu Lucasa panowała ciemność i tylko w jednym pomieszczeniu miałam wrażenie, że jarzyło się na niebiesko. Może miałam zwidy albo ktoś najzwyczajniej w świecie siedział na komputerze. Nie rozmyślając dłużej nad tym położyłam się do swojego łóżka. Nareszcie! To było fantastyczne uczucie. W oka mgnieniu zapadłam w sen.

***

Zmęczona obudziłam się, gdyż poczułam wibracje dobiegające spod poduszki. W pierwszej chwili pomyślałam, że to budzik i trzeba wstać do szkoły. Jednak kiedy odwróciłam się na brzuch, ujrzałam za oknem totalną ciemność. Nawet latarnie uliczne nie świeciły. W oddali było tylko słychać ujadające psy oraz ciche pukanie kropel deszczu o dach. Może to mi się tylko przyśniło… Mruknęłam w myślach szukając komórki. Po odnalezieniu jej, malutkie światełko dało mi znać o nieodebranej wiadomości. Przestraszyłam się, że mogła to być mama. Szybko odblokowałam sprzęt ale ku mojemu zaskoczeniu nie znałam tego numeru.

Nadawca: Nieznany

Odbiorca: Kler

Data: 02.12.2016

Godzina: 04:50

Hej Killer 3:) Słyszałem, że w weekend wybierasz się z nami na miasto. To tak jakby randka słodziaku ;)

Już po ksywce wiedziałam kto napisał. Co za palant! Nawet się wyspać nie da debil jeden!… Moja podświadomość aż zrobiła się czerwona ze złości. Od razu zapisałam numer w kontaktach aby wiedzieć, że to ten cwel napisał.

Nadawca: Kler

Odbiorca: Debil Rayan

Data: 02.12.2016

Godzina: 04:51

Ty jesteś nienormalny! Kto przy zdrowych zmysłach pisze do ludzi w środku nocy?! Nie pisz więcej do mnie! Skąd masz mój numer?…

I nie… To nie jest randka kretynie i nie mów do mnie słodziaku!

Wkurzona rozbudziłam się i wiedziałam, że już nie uda mi się zasnąć.

Nadawca: Debil Rayan

Odbiorca: Kler

Data: 02.12.2016

Godzina: 04:51

Jak to skąd mam twój numer? Jak zgubiłaś telefon to ja go miałem przecież przez ten cały czas. Nie miałem zbytniego problemu z przejrzeniem jego zawartości. Ślad palca na ekranie bardzo mi ułatwił dostęp słodziaku:* Wręcz mogę stwierdzić, że sama mi wepchnęłaś swój numer w ręce.

W tamtym momencie miałam ochotę go udusić. Momentalnie weszłam w ustawienia i zmieniłam hasło na szyfr cyfrowy.

Nadawca: Kler

Odbiorca: Debil Rayan

Data: 02.12.2016

Godzina: 04:53

Nigdy! Ale to nigdy bym ci z własnej, nieprzymuszonej woli nie dała swojego numeru! Gbur i cham z ciebie!

Nadawca: Debil Rayan

Odbiorca: Kler

Data: 02.12.2016

Godzina: 04:53

Nie stresuj się tak Killer bo złość urodzie szkodzi:”D

Nadawca: Kler

Odbiorca: Debil Rayan

Data: 02.12.2016

Godzina: 04:54

O zamknij się… Daj mi wreszcie spokój!

Nadawca: Debil Rayan

Odbiorca: Kler

Data: 02.12.2016

Godzina: 04:54

Myślisz, że dam ci spokój? Hahah… Nadzieja: „D Dobranoc słodziaku:*

Załamana warknęłam pod nosem i po położeniu się na plecy, zakryłam twarz poduszką. Miałam ochotę krzyczeć ze złości. Nie odpisałam już nic Rayanowi. Od razu zaczęłam szukać funkcji blokowania numerów ale niestety mój telefon tego nie posiadał. Buzujące hormony dawały mi swe znaki, przez co tak jak myślałam nie mogłam ponownie zasnąć. Przewracając się z boku na bok postanowiłam przejrzeć Facebook’a oraz filmy na YouTubie. Niestety nikt nic nowego nie dodał. Pozostało mi założyć słuchawki i włączyć muzykę, mając nadzieję na ponowne odpłynięcie w krainę Morfeusza.

— Kler! — krzyk Jakoba dotarł do moich uszu. Momentalnie poderwałam się na równe nogi, a moje serce o mało co nie wyskoczyło mi z piersi. Ku zaskoczeniu brat stał obok mnie.- Idziemy dzisiaj do szkoły? — spytał zbulwersowany a ja instynktownie zerknęłam na wyświetlacz.

— O nie! Spóźnimy się! — wrzasnęłam zbiegając po schodach na dół. Oczywiście z moim kalectwem potknęłam się i zjechałam na tyłku na sam dół. Z bólem pleców zawołałam do siedmiolatka:- Ubieraj się!

— A w co? — usłyszałam a mi ręce opadły. Ze szczoteczką do zębów poleciałam na górę dać młodemu jakieś ciuchy.

— Masz i spakuj plecak.- dodałam z powrotem idąc na parter. Szybko rozczesałam włosy, związując je w koka na czubku głosy. Oczywiście połowa pasemek musiała samoistnie uciec z upięcia. Nie mając czasu na poprawę fryzury przejechałam oczy kredką a usta bordową, matową szminką. Naprędce uszykowałam Jakobowi kanapki i pobiegłam znów na górę. Pakując swoje rzeczy do plecaka założyłam dżinsy oraz wciągnęłam przez głowę bluzę, z logo mojej starej szkoły. Wiedziałam, że obowiązywał mnie mundurek ale wisiało mi to. Jedna uwaga w te czy w te nie zrobiłaby mi większej różnicy.- Lecimy! — zawołałam, zbiegając na parter. Tam brat zakładał adidasy.- Zakładaj kurtkę i czapkę.- poprosiłam.

— Nie! — rzekł stanowczo.- Jest ciepło.- dodał, krzyżując ręce na klatce piersiowej.

— Nie spal się… Zakładaj i bez dyskusji.- rozkazałam, zamykając na chwilę oczy aby się uspokoić. Niestety młody wykorzystał okazję i wybiegł mi z domu. Przerażona chwyciłam tylko w biegu kurtkę siedmiolatka i zamykając drzwi na klucz popędziłam za nim.- Jakob stój! — wrzasnęłam ile sił miałam w gardle. Chłopiec jednak nic sobie z tego nie robił i nadal uciekał przede mną. Czując potworną suchość w gardle, w końcu dobiegłam do Jakoba. Złapałam go za materiał bluzy i pociągnęłam w swoją stronę.

— Puszczaj! — burknął siedmiolatek a mi ciśnienie skoczyło bez picia kawy. Roztrzęsiona z nerw miałam ochotę udusić szczeniaka.

— Czy ty masz rozum?! Mogłeś wpaść pod samochód! — ochrzaniłam brata lecz ten sobie z tego nic nie zrobił.- Dawaj łapę.- nie czekając za reakcją siedmiolatka chwyciłam jego dłoń. Oczywiście się wyrywał ale zacisnęłam pięść z całej siły. Niestety nie zdołałam go wcisnąć w ciepłe odzienie. Jedynie założyłam mu czapkę na głowę, bojąc się, że jak go puszczę to znowu mi ucieknie. Po dziesięciu minutach przepychanek, w końcu dotarliśmy pod budynek szkoły Jakoba. Tam pomogłam mu się przebrać i zaprowadziłam go pod klasę.

— Idź sobie już.- powiedział, podchodząc do kolegi a mnie zostawiając nawet bez pożegnania. Bardzo miło z jego strony…

Nie mając zbytnio innego wyjścia, opuściłam budynek szkoły i udałam się w stronę mojej placówki. Szybko zerknęłam na zegarek i z mieszanymi uczuciami, stwierdziłam że właśnie zaczęła mi się lekcja historii. Byłam zawiedziona, gdyż bardzo interesował mnie ten przedmiot a w Las Vegas nasz profesor świetnie przedstawiał dawne dzieje. Natomiast tutaj miałam za sobą już dwie godziny z nową nauczycielką i wolałam nie zajść jej za skórę.

Moja szkoła była oddalona od podstawówki o trzy kilometry, które przeszłam w półgodziny. Uwielbiałam GPS, bo bez niego na pewno bym nie dała rady odnaleźć się w Calada. Ku mojemu zaskoczeniu nie było to aż takie małe miasteczko.

Zmarznięta w końcu weszłam przez drzwi do budynku. Ciepłe powietrze owiało moją osobę, mimo to nadal czułam mróz w szpiku kości. Brak kurtki musiałam zawdzięczyć bratu, Rayanowi oraz samej sobie. Na szczęście bluza była dość ciepła. Ostrożnie przemierzając korytarz, starałam się uniknąć profesora z grupką uczni, którzy dekorowali wejście na szkolną aulę. Cichaczem przemknęłam do szatni, w której postanowiłam przeczekać aż do dzwonka. Na moje szczęście światło nadal paliło się w piwnicy, więc spokojnie mogłam dotrzeć do szafki. W mroku swojego kąta usiadłam na podłodze i zamknęłam na chwilę oczy aby odpocząć po wysiłku, jakim był spacer.

Nie wiem ile czasu upłynęło od chwili dotarcia do szatni ale w pewnym momencie usłyszałam jakieś męskie głosy. Zaniepokojona poderwałam się na równe nogi a owi rozmówcy stanęli przed moimi oczami. Pozostając nadal w ukryciu postanowiłam jednak otworzyć szafkę, aby nie sprawiać podejrzeń o podsłuchiwanie. Bowiem jednym z nastolatków był Lucas i nie miałam zamiaru zniszczyć opinii na swój temat. Co prawda nie wiedziałam co myślał o mnie ale miałam nadzieję, że nie uznał mnie za jakąś psychopatkę. Drugiego kolesia nie znałam, choć miałam wrażenie że mijaliśmy się już kilka razy na korytarzu. Blond czupryna była tak jasna, że aż wyróżniała się spośród innych. Nie jeden plastik, upodobniający się do barbie pozazdrościł by jemu koloru.

— Dobra stary. Trzymaj się.- chłopacy przybili piątkę, po czym blondyn odszedł. Cała spięta, stałam w jednym miejscu, mając nadzieję, że Lucas mnie nie zauważy. Po ciuchu zamknęłam blaszane drzwiczki, kiedy brunet skierował się twarzą ku wyjściu.

— Hej Kler! — jednak mnie dostrzegł.

— Hejka.- odpowiedziałam z uśmiechem, przypominając sobie jak koszmarnie wyglądałam.

— Wyspana? — zagaił osiemnastolatek rozmowę, a na jego pytanie zaśmiałam się pod nosem.

— Nie. Tak szczerze mówiąc zaspałam i ledwo na czas odprowadziłam brata do szkoły.- odparłam zgodnie z prawdą a krępacja powoli zanikała.

— To moja wina.- stwierdził Lucas, poprawiając swój plecak na ramieniu.

— Wcale nie. Po twoim wyjściu do późna rozmawiałam z mamą przez telefon, a później nie mogłam spać. Pewnej osobie zachciało się pisać smsy o czwartej nad ranem.- dodałam cedząc przez zęby ostatnie zdanie.

— Rozumiem. Mam pytanie… — zaczął chłopak, patrząc na mnie z tajemniczym błyskiem w oczach. Ja wyczekująco spojrzałam na niego, nie wiedząc czego mogę się spodziewać.- Pewnie to źle wpłynie na twoje zachowanie i sprowadzi cię na manowce ale, jako iż spodziewam się po twoim stroju, brak przygotowania do dzisiejszych zajęć… — zawiesił głos, budując dziwne napięcie, które o dziwo było ekscytujące. Jednak dopiero jego słowa uświadomiły mi, że on ma na sobie mundurek i wyglądał w nim lepiej, niż ja i to po jego przeróbkach. Oczywiście strój chłopaków składał się ze zwykłych spodni dżinsowych, koszuli, krawata i marynarki. Mieli o wiele lepiej niż my, dziewczyny.- Może zechciałabyś wybrać się ze mną na małe wagary? — pokazał białe zęby w szerokim uśmiechu. Co prawda miałam już kilka godzin nieusprawiedliwionych ale jeden dzień w te czy we wte, raczej nie robił większej różnicy.

— Z chęcią.- przytaknęłam. Moja szafka nie zamknęła się za pierwszym razem, więc zatrzasnęłam ją ponownie.

— Jesteś pewna? — spytał z niedowierzaniem. Chyba nie spodziewał się takiej odpowiedzi z mojej strony. Znowu ja uważałam go za porządnego i raczej nie łamiącego prawa. Chociaż z drugiej strony, w środku nocy siedział ze mną na dachu mojego domu. Mimo wszystko chciałam zaryzykować i poznać go bliżej, bo miał coś w sobie intrygującego. Nie miał jeszcze pojęcia z kim się zadaje.

— A czemu nie? Spoko… Nie uprowadzę cię.- poklepałam go po ramieniu, idąc w kierunku schodów. Lucas lekko zdezorientowany zaśmiał się i ruszył w moją stronę.

— Nie weźmiesz kurtki? — troska w jego głosie była wręcz namacalna.

— Zapomniałam jej… — mlasnęłam nie zadowolona, czując jak mroźne powietrze przedziera się przez materiał bluzy. Jednak było to do wytrzymania.

— Masz moją.- wyciągnął ubranie w moją stronę, lecz nie przyjęłam go. Moją uwagę bardziej zwrócił Rayan idący wprost na nas. Najwyraźniej on także zaspał ale obecność Dila mnie trochę zbiła z toru.

— No Killer… Nie ładnie tak uciekać ze szkoły i to na dodatek z kimś takim.- rzucił Rayan z pogardą w głosie, a w jego spojrzeniu było coś mrożącego krew w żyłach.

— Ile mam powtarzać abyś odwalił się ode mnie? — warknęłam przez zaciśnięte zęby, mając ochotę udusić brązowookiego gołymi rękoma. Miałam go powyżej uszu.

— Powiedziałem ci już, że nie dam tak szybko za wygraną.- uśmiechnął się szyderczo a ja nerwowo zaczęłam bawić się swoimi pierścionkami. Miałam je na trzech palcach prawej dłoni, wszystkie ozdobione kamieniami. Często podczas bójek służyły mi jako kastet i nie raz już zmywałam z nich krew.

— Nie słyszałeś? Masz się od niej odwalić.- wstawił się w mojej obronie Lucas, stając przede mną. Nigdy wcześniej żaden chłopak nie obronił mnie. Nawet ci, których uważałam za przyjaciół. Zawsze sama dawałam sobie radę.

Nastolatkowie mierzyli się złowrogimi spojrzeniami, lecz wiedziałam, który z nich by wygrał w walce. Rayan nawet nie mógł spojrzeć w oczy Lucasa, przez swój niski wzrost.

— Chodź.- rozkazał Dile, ciągnąć kolegę za rękaw kurtki.- Babka od fizyki idzie. Będzie przypał.- burknął brunet, patrząc na ścieżkę. Rzeczywiście podążała w naszą stronę jakaś kobieta w długim aż do ziemi płaszczu.

— To jeszcze nie koniec.- zagroził Rayan, pokazując palcem wpierw na mnie a później na osiemnastolatka. Dile westchnął oburzony a ja posłałam mu dziękujący uśmiech. Jakby nie odciągnął Rayana to nie wiem czy czasem by nie poleciała krew. W moim rówieśniku czaił się psychopata. Nie dziwiłam się Lili, że nie przyznawała się każdemu do swojego kuzyna.

— Dzieciaki, wszystko w porządku? — bardzo szorstki, kobiecy głos rozbrzmiał przy nas.

— Tak. Jest wszystko dobrze pani profesor.- odpowiedziałam, nie znając owej kobiety. Moja wypowiedź spotkała się ze zdziwionym spojrzeniem Lucasa, lecz ten nic nie powiedział.

— Dobrze. Wracajcie do szkoły.- rozkazała, udając się przed nami do budynku. Chwilę poczekaliśmy aż zniknie nam z oczu, a następnie udaliśmy się w przeciwną stronę.

— Czemu nie powiesz nauczycielom o nękaniu cię przez Rayana? — zagaił niepewnie, pewnie nie wiedząc jak zareaguję.

— Chcę na razie sama to załatwić, bez ingerowania w to nauczycieli czy mamy. Jak na razie wysyła mi tylko smsy o dziwnych porach lub zagaduje. Jeśli przegnie to wtedy poproszę kogoś o pomoc. Po za tym rozmawiałam z Lilianą i razem z nią idę na miasto w weekend. Dile oraz Rayan też mają być co mnie nie cieszy ale podobno, jeśli ich towarzystwo mi nie podpasuje dadzą mi spokój.- wyjawiłam sama nie wierząc w to, że dałam się namówić na wspólny wypad.

— Jesteś pewna, że to dobry pomysł? Znam Rayana i do normalnych nie należy.- oznajmił z troską, wskazując za siebie ręką. Zdawałam sobie sprawę z racji Lucasa ale za spokój, byłam gotowa zrobić wszystko.

— A mam jakiś inny wybór? — zapytałam załamana, rozkładając ręce na boki.

— No dobra… A jak nie da ci spokoju? — kontynuował chłopak, patrząc na mnie zaniepokojony.

— Wymyślę coś innego.- jęknęłam, wypuszczając parę z ust. Mimo zimna, było mi gorąco z nerw.

— Znam całą trójkę.- wypalił nagle osiemnastolatek, spuszczając głowę w dół.- Lili i Dile są spoko ale na Rayana proszę cię, uważaj.- dodał zamyślony, jakby sobie coś przypominał.- Może wygląda jak krasnal ale to tylko pozory.- na słowa Lucasa włoski stanęły mi dęba.- Pamiętaj, że zawsze możesz liczyć na moją pomoc.- poinformował i tym samym miałam wrażenie, że uciął temat.

— Nie rozmawiajmy już o nim.- poprosiłam z delikatnym uśmiechem. Od tego wszystkiego aż zaczęło mi się kręcić w głowie.

— Tak w ogóle Kler… — zaczął brunet, prowadząc nas nieznanymi mi ulicami Calada.- Dziękuję, że wczoraj mi pomogłaś.- dokończył swoją myśl z małym zawstydzeniem.

— Przecież to nic takiego.- uspokoiłam go, choć sama gdy wróciłam do wspomnienia dziwnego pukania do okna, mój żołądek fiknął salto ze strachu.- Twoi rodzice nic nie mówili, że tak późno wróciłeś do domu? — zapytałam a chłopak się cały spiął.

— Nie.- rzekł krótko a ja poczułam, że temat jego rodziny to cienki lód, po którym wolałam na razie nie stąpać. Na chwilę zapadła cisza, która mnie nie tyle krępowała, co wprawiała w spokój. Nie musiałam nic mówić, robić a czułam wewnętrzną harmonię.- Co powiesz na śniadanie? — spytał idąc obok mnie, a nasze ramiona były od siebie oddalone tylko o kilka centymetrów.

— Z ogromną chęcią.- odparłam, przypominając sobie, że rano nie miałam okazji nic zjeść. Na moje szczęście w plecaku miałam portfel z kasą, więc nie musiałam być zażenowana brakiem możliwości zapłacenia za siebie.

— Na co masz ochotę? Coś tradycyjnego w typie naleśniki, jajecznica czy raczej niezdrowy fast food? — szeroko się uśmiechnął a w jego fioletowych tęczówkach błysnęły maleńkie plamki radości.

— Zdecydowanie coś niezdrowego.- przyznałam, głośno się śmiejąc.

Po kilku minutach dotarliśmy do jakieś dziwnej dzielnicy.

— Nie martw się. Nie porwałem cię.- nie wiem jakim cudem odczytał moje zmartwienie. Ulice były dziwnie puste i spokojne. Wyglądały bardzo niecodziennie. Kolorowe łańcuchy z ozdobnymi kulami oraz piórami wisiały nad ulicami. Domy były zbudowane w jednym rzędzie a ich dachy kończyły się już na wysokości, może trzech metrów od ziemi. Tylko na samym końcu ulicy widać było ogromne i wysokie posiadłości. Gołe ściany w jaskrawych barwach od strony ścieżki posiadały tylko drzwi. Wszystko było też obrośnięte bluszczem oraz jakimiś innymi roślinami, które pomimo mrozu nie zwiędły.

— Gdzie my jesteśmy? — w końcu wydobyłam z siebie jakieś słowa. Widok zapierał dech w piersiach. Był podejrzany a zarazem fascynujący. Można to było porównać do tych wielu dzielnic z filmów akcji. Niby spokojna okolica ale grasowali tam przestępcy.

— To dzielnica cyganów. Mają tutaj świetne jedzenie a bawią się jak nikt inny. Prawie każdej nocy są tu huczne imprezy. Byłem tu nie raz i nigdzie indziej tak się nie da wybawić, jak tu. Tańce, muzyka, jedzenie, hazard, piękne kobiety i najlepszy rum. Nigdzie indziej tego nie znajdziesz, jak tylko tu.- Lucas rozweselił się, zarażając mnie entuzjazmem.

— Brzmi ekstra.- oznajmiłam, wyobrażając sobie jak to wszystko musiało wglądać nocą.

— Uwierz mi… Las Vegas chowa się przy cyganach.- odrzekł dumnie a ja roześmiałam się na ten widok. Przewracając oczami starałam się opanować śmiech.- Zapraszam.- powiedział brunet, podchodząc do drewnianych drzwi jakiejś knajpy.

— Wbijamy komuś na chatę? — żachnęłam się, widząc tylko drzwi i neonowy napis” U Lonela”. Osiemnastolatek nic nie powiedział ale kąciki jego ust drgnęły ku górze. Powstrzymując się od śmiechu weszłam do środka, przepuszczona w drzwiach przez fioletowookiego.

W pomieszczeniu było bardzo ciepło, przez co moja zmarznięta na kość skóra zaczęła mnie szczypać. Lokal był niewielki, z barem po środku, w kształcie podkowy. Za nim rozciągała się ściana luster oraz kolorowych halogenów. Po przeciwnej stronie wejścia znajdowała się szklana ściana, która wpuszczała do środka mnóstwo światła. Wszystko poobwieszane było pomarańczowymi, czerwonymi i brązowymi tiulami. Ogromne wachlarze dumnie wisiały na gołych, ceglanych murach. Stoliczki były w jednej części całkowicie na widoku a druga część schowana za parawanami z wikliny.

— Wow.- jęknęłam z otwartą buzią. To miejsce miało swój klimat i człowiek całkowicie przenosił się do innego świata. Pewnie musiałam wyglądać jak umysłowo chora ale moje nogi wrosły w podłogę. Lucas nie zwracając uwagi na moje chwilowe upośledzenie, położył mi dłoń na plecach i dał delikatnie do zrozumienia, abyśmy nie stali na schodach. Z resztą miał rację. Schodząc ostrożnie w dół po kręconych schodach, podziwiałam obrazy grających Romów oraz tańczących cyganek. Lokal można było obserwować z góry ale mnie ciągnęło na dół. W knajpie grała cicho muzyka, zapewne dlatego żeby rozmówcy słyszeli siebie nawzajem. Razem z Lucasem zajęliśmy miejsce pod ścianą, gdzie nie byliśmy wystawieni na spojrzenia gapiów. Kelnerka widząc nas podeszła niczym baletnica i zapytała co chcemy zamówić. Była piękna. Czarne włosy, spięte miała w dwa warkocze, które sięgały jej do pasa. Cudowna, gładka cera i te wręcz czarne jak noc oczy. Ubrana była w białą koszulę oraz długą do ziemi spódnicę. Jej nadgarstki zdobiły liczne bransoletki, palce pierścionki a szyję korale. Siedząc z boku żałośnie porównywałam siebie do niej. Ja — rozczochrana, w za dużej bluźnie szkolnej z Vegas i ta urocza dama. Załamana zerknęłam kątem oka na Lucasa, który z uroczym uśmiechem rozmawiał z dziewczyną. Musieli się widocznie znać.

— Może was sobie przedstawię. To Kler. Przeprowadziła się do nas od niedawna a to Mura.- osiemnastolatek powiedział imię szatynki a mi krew z twarzy odpłynęła. Na pewno się bardzo dobrze znali sądząc po tych spojrzeniach, jakie wymienili między sobą. Zazdrosna część mnie uszczypnęła mnie za serce i przyprawiła o krwistego buraka.

— Cześć.- mruknęłam najmilej jak umiałam, dodając sztuczny uśmiech. We Vegas to ja przyćmiewałam wszystkie inne laski a teraz było odwrotnie.

— Co dla ciebie Kler? — zagaiła ze słodkim uśmiechem, wymalowanym na jasnoczerwonych ustach.

— Tortillę z warzywami i bez mięsa jeśli można.- zaznaczyłam, biorąc pierwszą potrawę, jaką zauważyłam w menu.

— Dobrze.- powiedziała, odchodząc lekkim krokiem do baru, gdzie następnie zniknęła za ścianą luster. Uważnie obserwowałam ją co nie uszło uwadze Lucasa, który oparł się o dłoń i przyglądał mi się badawczo.

— Ładna dziewczyna.- szepnęłam, ciężko przełykając ślinę. Miałam wrażenie że z płynnej postaci zmieniła się w kamień.

— Owszem. Piękna.- oznajmił pewnym siebie głosem, patrząc mi natarczywie prosto w oczy. Ja z niewiadomych powodów w tamtym momencie, nie umiałam tak długo utrzymywać kontaktu wzrokowego z nim. Jego wyznanie wbiło mi drobną szpilkę w ego.

— Długo się znacie? — moja ciekawość nie dawała za wygraną i musiała się dowiedzieć, kim ta cała Mura była dla Lucasa.

— Od podstawówki. Chodziliśmy razem do klasy.- wyznał, opierając oba łokcie o blat stolika, lekko przechylając się w moją stronę.

— Hmm… — wymsknęło mi się na głos a mina bruneta przybrała podejrzliwy wygląd.

— Zazdrosna? — zapytał całkiem poważnie a moja krew zmroziła się.

— Nie.- Tak!… Rzuciłam udając sama przed sobą obojętność na ich relacje. Jednak osiemnastolatek ośmiał się i pokręcił przecząco głową.

— Mura ma męża od ponad roku. Przerwała też dlatego naukę i podjęła się pracy. Kultura cyganów jest inna od naszej, Kler. To po prostu dobra znajoma a mi i tak się najbardziej podobają nasze, amerykańskie kobiety.- szepnął a w jego oczach zatańczyły chochliki. Moje ego zostało połaskotane przez jego słowa, co uspokoiło mnie. W tym samym czasie szatynka przyniosła nam dwie gorące czekolady z piankami.- Dzięki.

— Dziękuję.- rzekłam, tym razem posyłając jej szery uśmiech.

— Masz chłopaka? — spytał towarzysz, przez co prawie wyplułam gorący napój z ust. Widząc moje zaskoczenie i prawie zadławienie, fioletowooki roześmiał się.

— Nie mam od ponad dwóch lat. Ostatnio umówiłam się z jednym kolesiem na randkę ale wystawił mnie do wiatru.- przyznałam, przypominając sobie sytuację z Vegas.

— Głupi.- rzekł Lucas, zjadając swoje pianki.

— Nie mam szczęścia do facetów. A jak u ciebie wyglądają sprawy sercowe? — odbiłam piłeczkę, nie chcąc być tą kompromitującą się.

— Miałem dziewczynę.- zawiesił głos. Wydawał mi się zamyślony a jego wyraz twarzy zmienił się na zbolały.- Cztery lata temu.- westchnął, pocierając dłonią gładką brodę.

— Sporo czasu.- sama zamyśliłam się, szukając powodu, dlaczego taki facet przez tak długi czas był sam. Był przystojny, kulturalny, zadbany, z poczuciem humoru. Ponadto uczył się i pracował, co świadczyło o jego zaradności i ambicjach.

— Spotykałem się z dziewczynami przez ten czas ale żadna nie oczarowała mnie aż na tyle. Nie chcę pustej laski, która ma w głowie wyłącznie imprezy, chlanie i ćpanie.- wyjawił, stukając nerwowo palcami o blat.- Moja poprzednia dziewczyna Tessa tak się schlała, że jak wyprowadzałem ją z imprezy, to nie kontaktowała ze światem. Z bólem serca zakończyłem nasz związek. Następnego wieczoru zaćpała się i zginęła w wypadku samochodowym, jadąc z jakimś kolesiem. Dodatkowo aby było jeszcze śmieszniej, zginęła na miejscu potrącona przez nich dziewczyna.- poinformował a mnie wcisnęło w materiałowe siedzisko. Nie wiedziałam co miałam powiedzieć.- Mieliśmy po czternaście lat ale zależało mi na niej. Zakochany szczyl. Później miałem wyrzuty sumienia, że to może przeze mnie doszło do tego wypadku ale jak się okazało, znała tego faceta już od dawna. Spotykała się z nim za moimi plecami. A co do samego zdarzenia doszło, bo kretyn nie dokręcił do końca koła.- kontynuował posmutniały ale jak spojrzał na mnie, lekko się uśmiechnął. Nie myślałam, że aż tak się przede mną otworzy.

— Nie mam pojęcia co powiedzieć.- przyznałam się, patrząc w jeden punkt. Kwiaciaste wzorki na blacie okazały się bardzo interesujące.

— Nie wiesz Kler jak mi to ciążyło na sercu a obcej osobie łatwiej jest powiedzieć coś tak osobistego.- i miałam swoją odpowiedź na pytanie dlaczego ja. Chociaż rozumiałam go. Sama chodziłam do psychologa i rzeczywiście było mi się łatwiej otworzyć przed obcą kobietą, niż chociażby przed własną mamą.

— Mnie chłopak zdradził z najlepszą przyjaciółką. Przyłapałam ich we walentynki przez przypadek.- bąknęłam. W tym samym czasie przyszła kelnerka z naszymi daniami.- Smacznego.- potarłam wnętrze dłoni o siebie i zabrałam się za pałaszowanie. Kiszki grały mi marsza, domagając się czegokolwiek.

— Dziękuję i wzajemnie.- odpowiedział Lucas, zajadając się swoimi frytkami i zapiekanką.

Posiłek minął nam w przyjemnej atmosferze. Nie rozmawialiśmy już więcej na tematy nieudanych związków. Natomiast dowiedziałam się podstawowych informacji na temat bruneta. Całe swoje życie mieszkał w Calada i tylko we wakacje wyjeżdżał poza granice miasta. Oczywiście nie licząc pracy. Uwielbiał za czasów dzieciaka jeździć na kolonie oraz obozy. Oprócz trójki młodszego rodzeństwa posiadał także dwie starsze siostry. Niestety te dawno się wyprowadziły z rodzinnego domu. Ulubionym kolorem Lucasa był jasny fiolet — taki sam jak jego tęczówki. Co do barwy jego oczu nie umiał wyjaśnić, dlaczego takie są. Wszyscy myśleli, że urodził się z albinizmem, gdyż jego włosy oraz skóra były wręcz białe a oczy jak na niemowlaka za jasne. Jednak z czasem tęczówki przybrały odcień fiołków a włosy pociemniały. Skórę miał co prawda do tej pory jasną i wrażliwą ale dzięki kremom mógł się opalić. Interesował się boksem tak jak ja, samochodami, muzyką. Lubił tańczyć, gotować i od czasu do czasu coś narysować. W przyszłości chciał zostać architektem.

Po miło spędzonych dwóch godzinach w knajpie w końcu wyszliśmy. Niestety nie zostało mi dane zapłacić za samą siebie ale nie powiem, bo zrobiło mi się miło. To urocze, gdy facet okazuje się być dżentelmenem. Niestety mało chodzi takich po świecie.

Nie zastanawiając się co będziemy dalej robić, ruszyliśmy przed siebie.

— Widziałaś nasz najsłynniejszy port? — zapytał z szerokim uśmiechem.

— A macie tu jakiś w ogóle? — rzuciłam zaskoczona, patrząc na niego.

— Jeden, dlatego jest najsłynniejszy.- Lucas ośmiał się a mi ręce opadły.

— Przemilczę to.- odparłam, chwytając go pod rękę. Dawno już nie spacerowałam na tak duże dystanse, więc musiałam się na kimś wesprzeć. Osiemnastolatek nie zaprotestował więc uznałam, iż nie miał nic przeciwko takiej bliskości, pomimo tak krótkiej znajomości.

— A jak się czuje twoja babcia? — zagaił rozmowę po paru minutach ciszy.

— Z tego co mama mówiła to jest już lepiej. Lekarze porobili babci badania, wzięli ją na trzygodzinną obserwację a później mieli ją puścić do domu. Podali też babci leki.- poinformowałam, widząc na horyzoncie ogromny dok. To jednak nie było wszystko. Wielkie karuzele, samochody magnetyczne, stoiska z jedzeniem przykuły moją uwagę, pomimo wyłączenia.- Macie tu park rozrywki? — zauważyłam, że chłopak pewnie chciał odnieść się do mojej ostatniej wypowiedzi, lecz przerwałam mu pytaniem.

— Tak ale działają tylko w weekendy lub w jakieś większe święta, czy w okresie wakacyjnym. Latem można tu przesiedzieć całe dnie.- oznajmił, prowadząc mnie na przystań. Idąc drewnianym mostkiem, spojrzałam w górę. Nad nami musiała znajdować się smażalnia ryb, gdyż w powietrzu było czuć specyficzny zapach. Ponadto nie tylko ja wyczułam tę woń, bo chodzące po balustradzie mewy, skrzeczały niemiłosiernie głośno.

— Jesteśmy na miejscu.- rzekł Lucas, przystając na końcu pomostu. Znajdowało się tam kilka ławeczek, dwie latarnie oraz budka do zdjęć ale była zamknięta.- Tam w oddali jest sterownia mostem i wieża mająca pełnić funkcję latarni. Tędy przepływają statki.- wskazał na przepływ rzeczny, który był obecnie zamknięty a po zwodzonym moście chodzili ludzie.

— Pięknie tu.- byłam zachwycona. Przyjeżdżając do Calada myślałam, że to jakaś wiocha zabita dechami a okazało się, że było dużo lepiej niż we Vegas. Zachwycona oparłam się łokciami o drewnianą balustradę i podziwiałam nurt rzeki. Nie wiem ile czasu tak się gapiłam na wodę ale kiedy spojrzałam na towarzysza, przyglądał mi się z delikatnym uśmiechem.- Coś się stało? — zapytałam zszokowana a zarazem rozbawiona.

— Nie. Znaczy nic się nie stało.- chyba lekko skrępowany złapał się za kark prawą dłonią, odwracając wzrok. Wyraźnie o czymś pomyślał ale nie chciał podzielić się tym ze mną. Nie chcąc naciskać, wyjęłam telefon i zaczęłam robić zdjęcia aby uwiecznić te chwile.

— Zrobimy sobie zdjęcie? — rzuciłam niby dla beki ale nie spodziewałam się pozytywnej reakcji.

— Pewnie.- odparł z entuzjazmem a mi szczęka o mało co nie opadła. Zbierając swój szok z ziemi zmieniłam perspektywę obiektywu. Lucas stanął za mną i objął mnie w talii, na co moje serce o mało co nie dostało palpitacji. Zażenowana swoimi rozczochranymi włosami, lekko je poprawiłam i zrobiłam kilka fotek.

— Później coś się wybierze lepszego.- bąknęłam, wiedząc że marny ze mnie fotograf. Z resztą czego ja wymagałam od swojej komórki. Przeżyła ona upadek z pierwszego piętra, utonięcie we wiadrze wody, spryskanie przez przypadek aparatu przez fryzjerkę lakierem do włosów oraz zapylenie ścieraną gładzią szpachlową. Cud, że telefon jeszcze działał. Nie wspominam już o odpryśniętych kawałkach szkła hartowanego.- Spadamy do domu? — zmieniłam temat, nie chcąc dłużej zawstydzać kompana.

— Okey.- obdarzył mnie ciepłym uśmiechem, wyciągając w moim kierunku łokieć. Bez chwili zastanowienia złapałam go pod rękę i ruszyliśmy w kierunku naszego pseudo osiedla. Co prawda miałam ochotę wrócić do szkoły na wf ale napytałabym sobie biedy.

Podczas ponad godzinnej drogi powrotnej, dyskutowaliśmy jeszcze na temat ulubionych zespołów oraz bokserów. Nim się zorientowałam staliśmy już przed drzwiami mojego domu.

— Dziękuję za oprowadzenie i miło spędzony czas.- powiedziałam, zwilżając dolną wargę. Od mrozu strasznie mi spierzchła a na domiar złego nie miałam żadnej nawilżającej pomadki w plecaku.

— Polecam się na przyszłość i również dziękuję za miłe towarzystwo.- rzekł, stojąc naprzeciwko mnie. Żegnając go uśmiechem, weszłam do domu i zamknęłam za sobą drzwi. Dopiero po zdjęciu butów poczułam jak bolą mnie nogi i jak bardzo przemarzłam. Lucas na pewno też przemarzł ale nic nie mówił. Nawet nie założył własnej kurtki. Uśmiechając się pod nosem poszłam zagrzać wodę w czajniku. Chciałam wykorzystać nieobecność pozostałych i obejrzeć jakiś film pod ciepłym kocem z gorącą herbatą.

***

Poprzedni dzień minął mi spokojnie. Popołudniu uszykowałam obiad i zajęłam się porządkami. Wieczorem nadrobiłam zaległości w miarę moich możliwości i poszłam spać. Nareszcie nadszedł upragniony weekend.

Tym razem obudziłam się bez pomocy budzika. W miarę wyspana przeciągnęłam się w łóżku niczym kot. Słońce co jakiś czas wpadało do mojego pokoju a zapach niedawno padającego deszczu zawładnął pomieszczeniem. Niechętnie podniosłam się do pionu i zerknęłam w okno. Lniana firanka powiewała, muskana przez wiatr. Mama musiała w nocy nie spać i postanowiła zająć się prasowaniem. Przecierając twarz dłońmi, wstałam na równe nogi. Z szafy wyjęłam ciepłą, rozpinaną bluzę i wyszłam na daszek, zabierając ze sobą fajki. Niestety blacha była mokra, więc musiałam tyłkiem usiąść na wewnętrznym parapecie.

Pogoda niestety nie rozpieszczała. Było zimno i mokro — tak jak nie lubiłam. Kiedy już miałam wyciągnąć fajki z kieszeni, usłyszałam dobrze znany mi głos.

— Hej! — to był Lucas, który właśnie grabił liście ze swojego trawnika. Oparty o drewniane grabie, patrzył w moją stronę.

— Hejka! — odkrzyknęłam a mój głos rozniósł się echem po okolicy. Miałam nadzieję, że nikogo nie obudziłam tymi wrzaskami.

— Wyspana? — zapytał a ja z oddali dostrzegłam jego uśmiech.

— Nie jest źle ale bym jeszcze pospała. A tobie to nie za gorąco? — rzuciłam, widząc chłopaka w samej bluzie, która z resztą nie zdawała mi się za gruba.

— A widzisz… Bo ja to jestem gorący chłopak.- po tych słowach zatrząsł się z zimna, na co parsknęłam śmiechem. Rezygnując z zapalenia fajki, skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej.- Wiesz, że jeszcze w ten weekend ma spaść śnieg? — kontynuował a na jego wiadomość się ucieszyłam. Co prawda nie lubiłam zimna ale jak się siedziało w domu, to mróz ani śnieg nie był taki straszny.

— Serio? Może w końcu święta będą białe a nie deszczowe.- jęknęłam na wspomnienie wszystkich poprzednich świąt Bożonarodzeniowych.

— Co dzisiaj masz w planach? — na to pytanie moje serce aż podskoczyło z radości. Do końca sama nie wiedziałam, dlaczego ale to pewnie była wina wspomnień miło spędzonego czasu z Lucasem, poprzedniego dnia. Niestety rzeczywistość była brutalna.

— Wczoraj Lili napisała do mnie, że wybiera się z chłopakami na miasto. Idę z nimi aby w końcu odczepili się ode mnie.- burknęłam, przechylając głowę do tyłu. Sama myśl o przebywaniu z całą trójką mnie przygniatała.

— W takim razie życzę ci powodzenia i miłej zabawy.- osiemnastolatek posłał mi ciepły uśmiech ale w jego głosie słyszałam nutę rozczarowania. Jednak mogło mi się wydawać, przez odległość jaka nas dzieliła.

— Nie będę dziękować. Mam nadzieję, że szybko to zleci i wrócę do domu wolna.- odkrzyknęłam, unosząc dłonie przy ostatnim słowie.

— A wieczorem co…

— Lucas prosiłam cię abyś pośpieszył się z tym grabieniem liści. Za trzy godziny jedziesz do pracy a obiecałeś mi, że pouczysz się z matematyki! — wrzask jakiejś kobiety rozległ się na sąsiednim podwórzu.

— Już idę… — jęknął brunet ze zbolałą miną. Załamany pokręcił głową i poprawił grabie w dłoniach.

— Fajną masz mamę.- zaśmiałam się, troszkę drocząc się z sąsiadem.

— To… To nie było śmieszne.- pokręcił przecząco głową dwa razy, pokazując na mnie palcem.

— Miłej pracy! — krzyknęłam, chcąc mu wbić cieniutką, przyjacielską szpileczkę.

— Nie śmiej się… — powiedział stanowczym głosem.- Ja idę do pracy ale ty spędzisz z Rayanem popołudnie.- mina od razu mi zrzedła.

— To jeszcze nie koniec Lucasie Wallerze.- zagroziłam, mrużąc oczy. Fioletowooki się tylko zaśmiał i wesoło pomachał mi na pożegnanie. Udając focha również mu odmachałam a następnie weszłam z powrotem do pokoju. Po zamknięciu okna, wskoczyłam jeszcze na krótką chwilę pod kołdrę i przejrzałam social media. Moja przyjaciółka Marika dała mnóstwo zdjęć z piątkowej imprezy bractwa. Szczerze to trochę pozazdrościłam jej bo brakowało mi zabawy. Chłopacy z delty umieli rozkręcić nawet największego sztywniaka. Z drugiej strony, gdybym nie wyjechała z Vegas nie poznałabym Lucasa i nie spędziłabym z nim tak miłego dnia.

Ranek i część popołudnia minęły mi ciężko. Po wspólnym śniadaniu z mamą oraz bratem, od razu z rodzicielką zaczęłyśmy wieszać meble w kuchni. Na szczęście obyło się bez przesłuchania w jaki sposób poradziłam swoje meble. Później przyszła jeszcze gorsza robota — trzeba było powycierać wszystkie kurze i poukładać naczynia oraz resztę dupereli. Dopiero po piętnastej usiedliśmy razem z salonie aby obejrzeć jakiś film. W połowie komedii, którą uwielbiałam, pojawiła mi się iskierka nadziei, że trio zrezygnowało z wypadu na miasto. Jednak moje marzenia prysły wraz z smsem.

Nadawca: Debil Rayan

Odbiorca: Kler

Data: 03.12.2016

Godzina: 15:42

Widzimy się za piętnaście minut na głównej drodze, przy sklepie.

Zrezygnowana załączyłam usta w wąską linię, bardziej wbita w kanapę.

— Mamuś… — zaczęłam niewinnie, przerywając jej oglądanie.- Będę ci potrzebna? — dokończyłam swoją myśl, przykuwając uwagę brunetki.

— Raczej już dzisiaj nic nie będę robić a coś się stało? — zagaiła, czując że coś kombinuję.

— Znajomi z klasy chcieli abym poszła z nimi przejść się po mieście. Tak, żebyśmy się bliżej poznali.- wyjaśniłam, robiąc grymas niezadowolenia. Naprawdę nie chciało mi się iść i po raz pierwszy w życiu błagałam w myślach, aby mama nie pozwoliła mi iść.

— Jeśli to jacyś normalni znajomi, nie tacy jak we Vegas to możesz iść.- poinformowała, patrząc na mnie kamienną twarzą. Moja rodzicielka świetnie maskowała uczucia, choć wiedziałam że miała ich w sobie mnóstwo.

— To kujony… Wrócę pewnie za jakąś godzinę.- odpowiedziałam, zbierając tyłek z kanapy.

— Tylko uważaj na siebie Kler. Nie znasz jeszcze okolicy! Weź telefon i w razie czego dzwoń! — krzyknęła zielonooka, kiedy ja mozolnie człapałam się do pokoju.

Po wejściu do swojej sypialni zastanawiałam się w co miałam się ubrać. Kwadrans to zdecydowanie za mało czasu jak dla mnie. Jak wychodziliśmy gdzieś ze znajomymi, ogarnięcie się w całości, zajmowało mi z dobre trzy godziny. Postawiłam na coś luźnego i wygodnego. Wdziałam na siebie szare leginsy, koszulkę z Mini oraz zarzuciłam na to bluzę z kapturem. Kończąc ubieranie się, podeszłam do okna. Ciekawość wzięła nade mną górę i chciałam sprawdzić, czy Lucas wrócił już może z pracy. Robiąc porządki w kuchni, widziałam jak maszerował o dziesiątej w kierunku głównej ulicy. W mieszkaniu sąsiadów paliły się tylko dwa światła i to na parterze. To mogło znaczyć, że jeszcze nie wrócił. Widząc szarówkę za oknem zaczęłam się także zastanawiać kto normalny o takiej porze wybiera się na miasto. Sama sobie odpowiedziałam, zerkając w szklaną taflę lustra. Ja. Jeszcze nie tak dawno, szykowałam się na imprezę, która swój początek miała o dziewiętnastej. Po przeprowadzce do Calada zmieniłam się w nudziarę. Zbulwersowana zbiegłam na parter, gdzie założyłam kurtkę oraz buty.

— Ja uciekam mamo! — krzyknęłam i w tym samym momencie moja rodzicielka stanęła w drzwiach od salonu.

— Masz jakieś pieniądze by sobie coś kupić w razie czego? — spytała, patrząc na mnie swoimi zielonymi tęczówkami.

— Spokojnie mamuś. Ja idę się przejść a nie coś kupować.- upomniałam kobietę, która podeszła do swojej torebki.

— Masz. Żeby ci głupio nie było.- powiedziała, wyjmując portfel.

— Mamo… Jakbym potrzebowała kasy to bym powiedziała albo sama zarobiła. Weź to schowaj bo się obrażę.- rzekłam podchodząc do niej i przytulając mocno.

— Na pewno? — odwzajemniła czuły gest.

— Tak.- odparłam, przewracając oczami.- Lecę.

— Tylko uważaj na siebie.- rzuciła mama, kiedy znikałam jej z oczu za drzwiami.

— Pa! — po pożegnaniu skierowałam się do głównej drogi. Byłam spóźniona. Nagle w kieszeni poczułam dźwięk przychodzącego smsa.

Nadawca: Nieznany

Odbiorca: Kler

Data: 03.12.2016

Godzina: 16:06

Tu Lili ;) Wszystko dobrze? Czy nas po prostu olałaś?

Nadawca: Kler

Odbiorca: Lili

Data: 03.12.2016

Godzina: 16:06

Człapie się już… Trzeba było mi napisać dwie minuty przed czasem — na pewno bym się wyrobiła…

Zaciskając mocniej szczękę, cisnęłam telefonem do kurtki. Miałam ochotę zawrócić do domu ale nie odpuszczałam tak łatwo.

Nadawca: Lili

Odbiorca: Kler

Data: 03.12.2016

Godzina: 16:07

Spoczko, bo już się bałam.

Odczytując wiadomość, postanowiłam już na nią nie odpisywać.

W końcu po kilku minutach dotarłam pod nasz sklep, gdzie czekała na mnie trójka znajomych z klasy. Śmiali się i o czymś zawzięcie dyskutowali.

— Kler! — jako pierwsza zauważyła mnie brunetka, obdarowując mnie szerokim uśmiechem. Nie wiedziałam czemu ona tak bardzo się uparła, byśmy były przyjaciółkami. Za Boga nie miałam pojęcia. Byłam dla niej złośliwa, chamska i arogancka, a dziewczyny to nie zrażało.

— Siemka.- przywitałam całe trio.

— Jak tam było na wagarach gwiazdo? — zapytał Rayan, podnosząc mi momentalnie ciśnienie. Jeszcze nigdy nie spotkałam aż tak irytującej osoby jak on.

— Z tobą nie gadam.- odparłam krótko a atmosfera między nami stawała się coraz bardziej gęsta.

— Chodźmy na blokowisko.- rzucił Dile, który wydawał mi się najnormalniejszy.

— Gdzie? — bąknęłam, patrząc podejrzliwie na chłopaka.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 62.11