E-book
25.2
drukowana A5
64.28
Odbłyski diamentu

Bezpłatny fragment - Odbłyski diamentu

wybór esejów

Objętość:
333 str.
ISBN:
978-83-8440-227-6
E-book
za 25.2
drukowana A5
za 64.28

Motto


Cóż uczynić mogę, Panie,

gdy się czas w me serce sączy

nieuchronnie, nieprzerwanie,

niczym deszcz, co skały drąży.

I nanosi szlam w me serce.

I je zmienia w mroczny kamień,

gdy ja chciałbym w gotowości

oczekiwać na wezwanie…


Jak ocalić mam nadzieję,

gdy ją nocy jad zabija.

Gdy w rozpaczy się zamyka

każdy dzień — rozczarowaniem.

...By ocalić sens istnienia

między snem a umieraniem,

by zrozumieć miłość Twoją —

cóż uczynić mogę, Panie?


Paweł Antoni Baranowski ODBŁYSKI DIAMENTU

Jezus z Betlejem, zwany Nazarejczykiem

Wiadomo było ze starych ksiąg prorockich, że Mesjasz — gdy przybędzie — pojawi się w Mieście Dawidowym, czyli w Betlejem (Betlehem) w Judei, w którym Król Dawid mieszkał, i w jego rodzie. Potwierdził to też kapłan Zachariasz, mąż Elżbiety (Eliszewy) zwanej „niepłodną”, prorokując pół roku wcześniej, po cudownych narodzinach Jana, swego syna, gdy nadał mu imię nakazane przez Boga i odzyskał po tym mowę. Wiedzieli to także kapłani, faryzeusze i znawcy Prawa z Jerozolimy, jednak wśród ludu powszechne było przekonanie pochodzące z ksiąg prorockich, że „gdy przyjdzie Mesjasz, nikt nie będzie wiedział, skąd on jest”. Uważano powszechnie, że Jezus był z Nazaretu w Galilei, ale przecież nie było to prawdą w rozumieniu ówczesnych zwyczajów i tradycji. Każdy wówczas za miejsce pochodzenia miał to, w którym się urodził i skąd wywodził się jego ród. Nie decydowało o tym miejsce aktualnego zamieszkania ani tym bardziej chwilowego przebywania, gdyż ludzie często przemieszczali się w poszukiwaniu pracy. Dlatego właśnie po ogłoszeniu przez Cezara Augusta pierwszego spisu ludności, wielu Żydów wraz z rodzinami wędrowało z miejsca aktualnego zamieszkania lub pobytu do swojego miasta rodzinnego, by tam dać się spisać urzędnikom cesarskim. Wywołało to olbrzymi przepływ ludności, ruch na drogach, wielodniowe nawet wyprawy w różne strony, często piesze wędrówki pomiędzy miastami, głównie między dość bliskimi sobie miejscowościami, ale często konieczne były też długie wędrówki między Galileą a Judeą, co wymagało przejścia przez rozdzielającą je i czasem dość nieprzyjazną Samarię albo przez niebezpieczne bezdroża i odludzie nad Jordanem.

Miastem rodzinnym dla cieśli Józefa (Josefa), który mieszkał i pracował w galilejskim Nazaret, było właśnie Betlejem w Judei, gdyż pochodził on w prostej linii z rodu Króla Dawida. To dlatego po ogłoszeniu spisu powszechnego zabrał swoją ciężarną żonę Marię (Miriam) i udali się w podróż z Nazaretu do Betlejem w Judei, na spis. Była to właśnie jedna z tych dalekich i uciążliwych wypraw, bo wymagała pokonania odległości ponad sto kilometrów. Józef posłużył się osłem jako zwierzęciem jucznym, na którym jechała też brzemienna Maria, a sam szedł pieszo, prowadząc zwierzę za uzdę. Trwało to długo. Gdy wreszcie dotarli do Betlejem, brakowało już miejsca w gospodach i w domach gospodarzy. W jedynym wolnym jeszcze miejscu, czyli prawdopodobnie w grocie pełniącej funkcję stajni, narodził się wówczas Jezus (Jeszua).

To ważne: Jezus narodził się w Betlejem.

Z Betlejem, ostrzeżony przed prześladowaniami Heroda, króla Galilei, Józef udał się wraz z Miriam i Dzieciątkiem na południowy zachód, do Egiptu, by — opuszczając teren poddany władzy Heroda Wielkiego — chronić Matkę z Dzieciątkiem. Dopiero po jakimś czasie (3 lub 4 lata), tuż po śmierci Króla Heroda, powrócił w swoje strony, lecz bał się pozostać w Betlejem w Judei przez wzgląd na rządzącego tam wówczas apodyktycznego syna Heroda, Archelaosa, dlatego powrócił do Galilei, do Nazaretu, gdzie miał dom, krewnych i warsztat. Prawdopodobnie w późniejszych latach już nikt prócz Josefa i Miriam nie pamiętał całej tej historii. W czasie ich nieobecności umarła Anna, matka Miriam, a historią narodzenia Jezusa też chyba nie dzielono się chętnie, by nie wracać do „delikatnej” sprawy cudownego poczęcia, które byłoby początkowo zapewne wielkim problemem religijnym i moralnym, a nawet intelektualnym dla Żydów z Nazaretu. Dzięki takiemu obrotowi sprawy, Josef stał się po prostu powracającym do domu Nazarejczykiem, wracającym z dalekiej podróży do domu wraz z żoną i dzieckiem. Wiedział, że Miriam jest Bożą Wybranką mającą narodzić syna, który zwany będzie Synem Bożym, poślubił ją w pełni świadomie, dlatego bez obaw przyjął rolę „ziemskiego” ojca Jezusa.

Zapowiedzi proroków wypełniły się więc w całości; Jezus, Mesjasz, narodził się jako potomek Króla Dawida i w jego mieście rodzinnym, otrzymał imię Jeszua (po grecku — Jezus), ale też później „nikt nie wiedział, skąd jest” — bo wszyscy byli przekonani, że jest z Nazaretu w Galilei, gdzie się od wczesnego dzieciństwa wychowywał i uczył, a przecież nie było to prawdą. Skoro mieszkał tam przez dwadzieścia kilka lat, dorastał, uczył się w lokalnej szkole, w Synagodze, a zawodu — w warsztacie ojca, był wszystkim znany w miasteczku i okolicy, kojarzono go więc z Nazaretem jako oczywistym (domyślnym) miejscem urodzenia i nikt już nie pamiętał, że gdy Josef wrócił do Nazaretu, Jezus miał już kilka lat. Miejsce to było jednak sprzeczne ze starymi proroctwami, co stało się dla faryzeuszy dowodem, że on nie jest Mesjaszem. I tak właśnie spełniło się proroctwo: Mesjasz przybył, a nikt go nie rozpoznał, bo nie znali prawdy o jego miejscu narodzenia!

Dziś nadal pokutuje taka zbitka słowna — Jezus z Nazaretu — sprzeczna jednak z rzeczywistością ukazaną w Ewangelii. Powinno się raczej mówić: Jezus z Betlejem (Judzkiego). Mieszkał w Nazarecie bardzo długo, około dwudziestu pięciu lat, więc określanie go Nazarejczykiem wydaje się całkowicie uzasadnione, natomiast rzeczywiste miejsce narodzenia nabiera szczególnego znaczenia dopiero w kontekście identyfikacji Mesjasza na podstawie proroctw, a były one bardzo miarodajne dla Żydów. Inne stare proroctwo mówiło właśnie, że On, oczekiwany od wieków Prorok, będzie „zwany Nazarejczykiem”. Będzie Betlejemczykiem, ale zwany będzie Nazarejczykiem. Jak widać, zapowiedzi proroków spełniły się całkowicie.

Jezus był więc z Nazaretu w tym sensie, że było to Jego miasto dzieciństwa, młodości, życia rodzinnego (z Josefem, matką, kuzynem Janem i przybranym lub przyrodnim rodzeństwem), dlatego taka identyfikacja jest prawidłowa w sensie ludzkim, ale istotna jest tu szczególnie sprawa jego identyfikacji jako Mesjasza przez faryzeuszy i uczonych w Piśmie, a za ich przykładem i świadectwem — przez lud. Uważali, jak o tym pisze Jan Ewangelista, że „gdy przyjdzie Mesjasz, nikt nie będzie wiedział, skąd on jest”, dlatego twierdzili, że Jezus nie może być Mesjaszem, skoro wiedzą skąd on pochodzi. To logiczne. Nie rozumieli, że w rzeczywistości nie znają prawdy, bo nie wiedzą, gdzie się Jezus narodził, a ich domniemania są błędne. Sądzą po pozorach i na tej podstawie zaprzeczają Jego pochodzeniu i Jego misji, a nawet każdemu Jego słowu. Ten argument podnosili przeciwko Jezusowi wielokrotnie.

Tak na marginesie: formuła osnowy wyroku INRI napisana na tabliczce w trzech językach i przybita do krzyża nad głową Jezusa, pochodziła od prokuratora rzymskiego Poncjusza Piłata, który sam ją napisał na tabliczce umieszczanej zawsze nad głową skazanego, nie pytając nawet o to tych, którzy Jezusa przed nim oskarżali a wręcz pomimo ich protestów. Żydzi stanowczo żądali, by nie pisał „Król Żydowski” ani „Król Judejczyków”, tylko — że to On sam powiedział: „Jestem królem”. Że sam się bezprawnie podawał za króla i za Syna Bożego. Piłat jednak zignorował te żądania ze słowami: „Com napisał — tom napisał”. Ten błąd jednak utwierdzał wersję sprzeczną z faktami, jakoby Jezus był Nazarejczykiem. Miejsce urodzenia było ważne, bo miało wartość wskazówki i dowodu. Skoro uczeni byli przeświadczeni, że Jezus narodził się w Nazarecie, gdzie mieszkał wśród rodziny i był znany, wyciągali wniosek, że — w myśl proroctwa — nie może być Mesjaszem. Znali proroctwa i wiedzieli, że z Galilei żaden prorok nie przybędzie. Nie znali prawdy, ale też nie mieli świadomości tej swojej niewiedzy. I tak właśnie dość przewrotnie spełniło się proroctwo.

Warto tu jeszcze wspomnieć o ogólnym planie Bożym, który musiał się spełnić. W całej opowieści o Jezusie jest wiele takich zdarzeń, które kierowały rozwój wydarzeń właśnie do tego jednego, zaplanowanego, ostatecznego zakończenia. Opisana tu sprawa podważania boskości Jezusa na podstawie niezgodności jego miejsca urodzenia z zapowiedziami proroków, była właśnie jednym z tych czynników. To niezrozumienie — okazało się częścią planu. Jezus przecież z łatwością mógł to sprostować, skorygować ten błąd, wyjaśnić to niezrozumienie — korzystając nawet ze świadectwa swojej matki, ale tego (celowo) nie zrobił.

Zapowiedź przyjścia Mesjasza — Pomazańca Bożego (czyli kogoś „naznaczonego” przez Boga), zbawcy i odkupiciela, pojawiała się w wielu wypowiedziach proroków na setki lat przed Jezusem, dlatego Żydzi — znając pisma prorockie — oczekiwali ich dokładnego wypełnienia. Widzieli w tym także obiektywny miernik autentyczności lub wręcz wiarygodności. Wiele tekstów prorockich potwierdza istnienie Chrystusa wraz z Ojcem przed przyjściem do ludzi, musiał więc On istnieć w Domu Ojca w formie duchowej — tak jak Bóg. Jezus jednoznacznie wyjaśniał swoim uczniom podczas Ostatniej Wieczerzy, że był w domu Ojca, następnie został przez Niego wysłany do ludzi, by tu wykonać misję powierzoną mu przez Ojca, po czym ma opuścić ludzi i powrócić do Domu Ojca — jako swojej właściwej ojczyzny. Jednak Jezus powiedział także uczniom, że Bóg jest duchem i że to On; Jezus, jest Mesjaszem [Chrystusem]. Mówiąc „duch”, mamy na myśli mało znaną nam niematerialną formę istnienia, w zasadzie nawet chyba ponadmaterialną, bo pozbawioną jakichkolwiek materialnych ograniczeń fizycznych i czasowych. Jeśli więc Jezus jako Chrystus był w domu Ojca, skąd został wysłany z konkretnym zadaniem do ludzi, musiał tam istnieć w formie duchowej; by więc powrócić do Ojca, musiał powrócić do swojej pierwotnej duchowej formy, opuszczając ciało ludzkie, czyli z ludzkiego punktu widzenia — umrzeć, co się stało po jego ukrzyżowaniu. Jezus potwierdził to też Poncjuszowi Piłatowi w czasie przesłuchania, mówiąc: „moje królestwo nie jest z tego świata”, a także wcześniej — w rozmowie z Żydami w Jeruzalem. Pierwotną formą istnienia Jezusa jako Chrystusa jest więc forma duchowa w duchowym (pozamaterialnym) królestwie jego Ojca. Jak stwierdził sam Jezus — istniał on w takiej formie jeszcze przed narodzeniem Abrahama, Mojżesza, a nawet przed stworzeniem świata.

Chrystus przyszedł na świat — rodząc się w Betlejem jako Jeszua, Syn Miriam i Syn Boży, by wypełnić misję poleconą mu przez Ojca, po czym powrócił do Niego. Imię Jeszua pochodzące od hebrajskiego Jehoszua oznacza „Bóg jest zbawieniem”. Imię to jest więc jakby imieniem „ziemskim” Chrystusa — Syna Bożego, lecz jest to ta sama osoba. Bóg nie stworzył swojego syna jako człowieka, Jezusa urodzonego przez Miriam; stworzył go o wiele wcześniej w swojej duchowej siedzibie, jako duchową osobę tego Chrystusa — Posłańca, którego zadaniem będzie przybrać materialne ciało poprzez narodzenie i wypełnić Bożą wolę, rozmawiając z ludźmi jako jeden z nich, mieszkając wśród nich pod imieniem Jezus, lecz i nie przestając być doskonałym Synem Bożym pozostającym w ciągłym i trwałym związku z Ojcem. Czasem określa się też Jezusa jako Słowo, które stało się ciałem i mieszkało między nami — jak to przedstawia na przykład apostoł i ewangelista Jan w prologu swojej Ewangelii. To jest rzeczowe określenie, w zasadzie przeznaczone do rozumienia wprost. Nie chodzi tu jednak o to, że Chrystus był jedynie słowem czy też istniał jedynie w planie, zamierzeniu Bożym, w naszym ludzkim rozumieniu. W planie Bożym było jedynie to, że istniejąca i odwieczna osoba Chrystusa, jedynego Syna Bożego, ma się wcielić (czyli uzyskać ciało), rodząc się w świecie materialnym jako Jezus — cudownie narodzony Syn Miriam, będącej wówczas dziewicą, nastoletnią panną przyrzeczoną Józefowi z Nazaretu, potomkowi króla Dawida. Wydarzenie to było zapowiadane nawet na setki lat wcześniej przez proroków.

Cudowność tego narodzenia polegała na tym, że to Bóg, będący stwórcą Chrystusa, był także Ojcem jego wcielenia materialnego — czyli syna Miriam, co wiadomo z ewangelicznej sceny tak zwanego zwiastowania, czyli zapowiedzi przekazanej Miriam przez Bożego posłańca Gabriela. Trudno by było inaczej, skoro chodzi o jedną i tę samą istotę, osobę umiłowanego i jednorodzonego Syna Bożego. Słowem — o którym wspomina Jan, rozpoczynając swoją Dobrą Nowinę — był Bóg, stwórca wszystkiego, a nie zapowiedź istnienia Chrystusa w planie Bożym, podawanym wieki wcześniej natchnionymi przez Boga słowami przez wielu Proroków. Była nim też osoba odwiecznego duchowego Syna Bożego; odrębna od Boga, ale będąca z Nim jednością. Tak też to wyjaśnił Jezus Żydom, mówiąc: „Ja i Ojciec — jesteśmy jednością!”. Możliwe zresztą, że pomiędzy Bożym zamysłem a jego realizacją nie ma tak istotnej różnicy, jaką my znamy z naszego ludzkiego doświadczenia; w tym sensie Boże słowo, myśl, czy „spojrzenie” może być wystarczającym powodem zaistnienia, czymś już tożsamym ze znanym nam stanem istnienia.

Paweł Antoni Baranowski ODBŁYSKI DIAMENTU

Jezus uzdrawia ślepego od urodzenia; ciekawe aspekty

Było to zdarzenie dużo bardziej spektakularne, niż wiele innych uzdrowień dokonanych przez Jezusa, a jednak wspomina o nim tylko Ewangelia Jana. Było to uzdrowienie osoby ślepej od urodzenia, a więc kogoś, kto nie utracił zmysłu wzroku, a po prostu nigdy go nie posiadał.

Jezus przechodził mimo i ujrzał człowieka ślepego od urodzenia. A zapytany przez uczniów: Rabbi, kto zgrzeszył; on czy rodzice jego, że urodził się ślepcem, odpowiedział: Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, albowiem urodził się ślepcem, aby dzieła Boże stały się przez niego widzialne. Dopóki jest dzień, musimy czynić dzieła tego, który mnie posłał, bo gdy nastanie noc, nikt już nie będzie mógł działać. Dopóki jestem na świecie, jestem światłem świata.

Wyraża się w tym przeświadczenie Uczniów, że ślepota, w tym wypadku „od urodzenia”, jest karą za jakieś poważne błędy. Dla nich najwyraźniej jest to oczywiste i nawet nie pytają Mistrza, czy tak jest, a pytają tylko, czy ten grzech, który jest powodem ślepoty, był winą rodziców tego ślepca, czy raczej jego samego. Nasuwa to ważne wnioski i pytania. Jeśli przyjąć, że to on grzeszył, to pytanie — kiedy zgrzeszył, skoro ślepcem się już narodził? Czy można grzeszyć w łonie matki, jeszcze przed narodzeniem? Chyba nie. Wygląda to więc na wiarę w jakiś „łańcuch życia” poprzez różne wcielenia tej samej żywej istoty, zachowującej jednak odpowiedzialność za swoje przeszłe czyny, błędy w przeszłym życiu — objawiające się w karze, jaka ją spotyka w życiu następnym.

To bardzo dziwne i zaskakujące w judaizmie, bo kojarzy się nam raczej ze specyficzną filozofią i religijnością Indii, a przecież droga do Indii została odkryta przez Europejczyków znacznie później. Czy mogła ona być znana ludowi Izraela już wówczas? Czy ten lud miał kontakty ze starożytną cywilizacją Indii? Zapewne tak. Pomimo sporej jak na owe czasy odległości, możliwej jednak do pokonania szlakiem lądowym przez wozy i karawany, istniały z pewnością kontakty handlowe poprzez wędrownych kupców, ale ten handel lub wymiany dotyczyły raczej towarów, wyrobów, a nie filozofii, nauki lub religii, szczególnie myśli pochodzącej z cywilizacji tak odmiennej i tak przez wieki hermetycznej. Gdy uznajemy za możliwe odwiedziny trzech monarchów (Magów) z Syrii, Arabii i Babilonu, takie kontakty handlowe także należy uznać za możliwe, mimo znacznie większej odległości. Jeśli narodzenie ślepego dziecka miałoby być karą dla jego rodziców, to rzeczywiście byłaby to wielka kara, choćby przez zasadniczy brak opieki i wsparcia na starość, ale to także wzbudza protest, bo odpowiedzialność dzieci za rodziców i rodziców za dzieci jest w tym kontekście raczej obca naszej kulturze, poczuciu sprawiedliwości i tradycji. Nie istnieje przecież żaden wpływ przyszłego dziecka na postępowanie rodziców przed jego narodzeniem, a więc cierpienie dziecka jako zupełnie odrębnej, żywej istoty traktowanej tu przedmiotowo uznalibyśmy za absolutnie niezasłużone, niesprawiedliwe. Dziecko stawałoby się zakładnikiem decyzji swoich rodziców. Jednak przekonanie wyrażone przez uczniów Jezusa było widocznie bardzo rozpowszechnione, być może wręcz powszechne, co widać choćby w wypowiedziach faryzeuszy i uczonych w Piśmie, którzy w Świątyni Jerozolimskiej przepytywali (przesłuchiwali) uzdrowionego ślepca w sprawie tego cudu. Zirytował on bardzo faryzeuszy swoimi mądrymi odpowiedziami i na koniec usłyszał: „Od urodzenia jesteś cały grzeszny, a dowodem tego jest twoja ślepota i ośmielasz się udzielać nam nauk?”. Nie odpowiadał tak, jakby tego oczekiwali, nie oskarżał Jezusa, ale byli bezradni wobec faktu, więc wyrzucili go z Synagogi.

Jezus, odpowiadając wówczas Uczniom na ich zapytanie, powiedział, że ta ślepota nie jest wynikiem grzechu rodziców ani grzechu samego ślepca a ma zupełnie inną przyczynę i zaraz zostanie uleczona. Lecz — jak wynika z kontekstu — Nauczyciel mówił w ten sposób tylko o tym jednym i konkretnym przypadku, nie zaprzeczył jednak wprost takiej odpowiedzialności co do zasady.

Sprawa ta ma jednak jeszcze inny ciekawy aspekt: Skąd uzdrowiony wiedział, kto i w jaki sposób go uzdrowił?

Uzdrowiony urodził się już bez zmysłu wzroku i dlatego żebrał stale na swoje utrzymanie. Był znany od lat innym biedakom, chromym, sparaliżowanym, wszystkim przebywającym w okolicy sadzawki Siloe [Siloam, Siloah]. Znany z ubioru, sposobu poruszania się, z rysów twarzy i innych cech. Stał się w pewnym sensie jakby elementem krajobrazu. Pewnego dnia rozmawiał chwilę z grupką obcych, przechodzących obok mężczyzn, nagle wstał i zszedł ostrożnie do sadzawki, tak jak to czynił często, obmył w niej twarz i powrócił — widząc; oglądając wszystko po drodze z ciekawością i zachwytem. Nie mogło to ujść uwadze jego sąsiadów, znajomych, bo nastąpiła jakaś nagła zmiana, której nie rozumieli, więc podeszli do niego, zastanawiając się między sobą; czy to ktoś tylko podobny, czy rzeczywiście on, mimo że zdrowy rozsądek temu zaprzeczał. To było po prostu niemożliwe, bo nikt ślepy od urodzenia nigdy wcześniej nie zyskał wzroku; nigdy nawet nie słyszeli o takim niesamowitym, cudownym przypadku. Jednak on sam przyznał pytającym go o to, że to on jest tym, który siedział obok nich i żebrał. Było to jednak dla nich niepojęte i niemożliwe, by ktoś ślepy od urodzenia uzyskał nagle zdolność widzenia, której nigdy przecież nie miał. Ci więc, którzy poznali go jako owego ślepca, nie mogli zrozumieć jak to możliwe, że ślepcem już nie jest. Pytali go więc wprost: jak otworzyły się twoje oczy?!


I tu właśnie jest wielka zagadka.

Bo ten „były ślepiec” opowiedział im coś, czego wiedzieć nie powinien; że człowiek imieniem Jezus plunął na ziemię, z ziemi i śliny zrobił błoto i tym błotem pomazał jego ślepe oczy, nakazując, by zaraz zszedł do sadzawki Siloe i obmył twarz. Mógł być może słyszeć splunięcie, choć nie musiał, bo można splunąć bezgłośnie. Mógł też czuć fizycznie posmarowanie „czymś” swoich powiek, ale nie mógł przecież wiedzieć, czy było to błoto, czy raczej „zacierka” — jak pisze apostoł Jan, że to właśnie Jezus sam ją uczynił i że to On osobiście posmarował mu oczy. Opowiadając sąsiadom, jak został uzdrowiony, mówił o tym, o czym sam nie mógł wiedzieć, bo wtedy gdy to wszystko się działo, jeszcze niczego nie widział. Czy więc ktoś z widzących mu opowiedział, jak to się stało? Na przykład któryś z uczniów Jezusa tam wtedy obecnych albo któryś z przypadkowych obserwatorów, bo działo się to przecież w miejscu publicznym? Wówczas byłaby to jednak jakaś zasugerowana mu wersja z drugiej ręki, którą on jednak opowiadał tak jak swoją własną obserwację i uwiarygodnił swoim faktycznym, niezaprzeczalnym uzdrowieniem.

A to uzdrowienie było jednak samo w sobie tak niesłychane, że trudno się dziwić, iż ci ludzie, sąsiedzi, znajomi zaprowadzili go wreszcie do synagogi, do faryzeuszy, by to oni zbadali i wyjaśnili ten ewidentny cud. Przy tym część świadków mogła być także oburzona, że stało się to w czasie szabatu, że Jezus uzdrowił go w szabat, czego prawo i tradycja — zdaniem faryzeuszy — zakazywały. Tam, w czasie przesłuchania u faryzeuszy, też jednak nie zwrócono uwagi, że ten człowiek opowiada coś, czego nie mógł sam widzieć, więc opowiada przekazaną mu przez kogoś relację jako swoją wiedzę, nie jest więc nawet wiarygodnym świadkiem.

Kierując się jednak narracją Jana, który to opisuje jako „czynny” świadek, człowiek ten mógł słyszeć rozmowę uczniów z Nauczycielem, gdy pytali o przyczynę ślepoty. Jeśli domyślił się, że tu o nim mowa — dowiedział się, że jego ślepota nie jest karą za grzech, a pretekstem do ujawnienia się mocy Bożej. Nie pada tam jednak imię Jezus. Następnie mógł być może słyszeć odgłos plunięcia, choć wcale nie jest to pewne, bo można to przecież zrobić cicho. Nie mógł wiedzieć, kto splunął i w jakim celu, podobnie jak nie mógł wiedzieć, kto i czym wysmarował jego oczy. Ślepy od urodzenia usłyszał czyjeś polecenie: „Idź do sadzawki Siloe i obmyj twarz!”. Zrobił to i dopiero wówczas odzyskał wzrok. Nie mógł więc samodzielnie zaobserwować, że to Jezus splunął, że splunął na ziemię, że z ziemi i śliny zrobił błoto i że to On tymże błotem posmarował jego powieki, po czym posłał go do sadzawki, aby tam obmył twarz.

Nie mógł samodzielnie tego wiedzieć, bo nie mógł tego widzieć, a jednak taką właśnie wersję natychmiast przedstawił wypytującym go ludziom, zaskoczonym i zaszokowanym tym, że on nagle już nie jest ślepcem. Tak też zeznawał o tym faryzeuszom w świątyni.

Jedyna możliwość, że podawał im wyjaśnienie od kogoś zasłyszane, zasłyszaną relację.

To oczywiście nie podważa opisu Ewangelii, ale stanowi ciekawą obserwację, jak po wielu wiekach mogą nas zaskakiwać pewne szczegóły, wcześniej niedostrzegane. Sprawa zapewne miała swoje proste wytłumaczenie, a to opis zdarzenia w Ewangelii Jana okazał się mało precyzyjny.

Paweł Antoni Baranowski ODBŁYSKI DIAMENTU

Tajemniczy pomocnicy Jezusa

Ewangelia często zaskakuje nas niespodziewanymi a ciekawymi szczegółami. Oczywiście, jeśli ją czytać uważnie, a to niestety nie wydaje się dziś powszechne, prawdopodobnie dlatego, że zwykli ludzie zostali oduczeni samodzielnego czytania, czytania uważnie i krytycznie, a nauczeni zostali — głównie słuchania i oglądania cudzych relacji, opinii, interpretacji, a szczególnie w tym przypadku „twórczych” interpretacji kościelnych.

Ale to na marginesie, bo to nie jest przedmiotem naszego zainteresowania, na podstawie słów Pana i Nauczyciela, który mówił:

Wszystko, co mi dał mój Ojciec, przyjdzie do mnie. A tego, który do mnie przychodzi — precz nie odrzucę. Nikt nie może przyjść do mnie, jeśli go nie przyciągnie Ojciec, który mnie posłał.

Jezus mówi tu po prostu, że zrozumienie Boga, Jego Syna czy natchnionych przez Ducha słów Ewangelii przekazującej jego słowa nie jest i nigdy nie będzie powszechne; powszechne są szanse, prawo, dostęp, możliwość. Potrzebne jest do tego podświadome pragnienie, dążenie — a to jest darem.

Przedmiotem tego rozważania jest pewien szczegół wynikający z zachowania uczniów, powołanych i wybranych przez Jezusa. Ewangelia przedstawia to w sposób niejednolity. Mateusz opisał odpowiedź Jezusa na złośliwe i obraźliwe zarzuty faryzeuszy, jakoby miał czynić swoje znaki i wypędzać szatana, mocą szatana. Jezus w kilku zdaniach rozprawił się z tym nie tylko nieprawdziwym, ale wręcz nielogicznym twierdzeniem, po czym powiedział: „Kto nie jest ze mną, jest przeciwko mnie, a kto nie gromadzi ze mną — ten rozprasza”. Podobne słowa ewangeliści Marek i Łukasz odnoszą także do zupełnie innej sytuacji — sporu o pierwszeństwo, o „wielkość” i ważność — jaki się pojawił wśród uczniów. Jezus po raz pierwszy zapowiedział apostołom swoją śmierć w Jerozolimie i zmartwychwstanie trzeciego dnia, czego oni zupełnie nie mogli zrozumieć. Tłumaczył im, w jaki sposób powinni Go naśladować, bo jest przecież obowiązkiem uczniów, by starali się być jak ich Mistrz. Później Szymon, Jakub i Jan stali się świadkami rozmowy Jezusa z Mojżeszem i Eliaszem, gdy postać Jezusa uległa nagłemu przemienieniu podczas modlitwy na szczycie góry. Następnie Jezus uzdrowił chore dziecko na prośbę jego ojca, jednak okazał już wtedy także spore zniecierpliwienie brakiem wiary swoich uczniów. Później Jezus po raz drugi zapowiedział im swoją ofiarę i zmartwychwstanie, jednak oni nadal nie byli w stanie tego zrozumieć, bali się też o to drobiazgowo wypytywać i przyznać się w ten sposób przed Nauczycielem do swoich wątpliwości i braku zrozumienia. Nie rozumieli nawet tego, że przed Nauczycielem niczego nie ukryją, bo są dla niego „jak nadzy”. Jednak zamiast tego, jak pisze Łukasz, zastanawiali się wówczas intensywnie nad swoją własną wielkością — który wśród nich jest największy, najważniejszy. Najwyraźniej też obawiali się wszelkiej konkurencji, z lękiem myśląc o utracie swojej pozycji „tych wybranych” i błędnie ją rozumiejąc. Wreszcie Jan niespodziewanie powiadomił Jezusa, że Uczniowie napotkali innego, nieznanego sobie człowieka, który w imię Jezusa z Nazaretu także uzdrawiał i wyganiał demony. Jan wyznał Jezusowi, że zabronili temu człowiekowi uzdrawiać, dlatego że nie chodzi wraz z nimi [nie jest uczniem]. Jezus wcale nie był tym zaskoczony, jakby doskonale o tym wiedział i wręcz spodziewał się tego. Nakazał jednak uczniom, by nie zabraniali innym napotkanym osobom uzdrawiać w Jego imię, w myśl zasady, że każdy, kto nie jest przeciwko Jezusowi, nie szkodzi mu — ten z nim współdziała i pomaga.

Podobnie Marek relacjonuje w swojej Ewangelii, że po drugiej zapowiedzi śmierci i zmartwychwstania, w drodze do Kafarnaum, uczniowie wręcz ostro posprzeczali się między sobą, kto z nich jest najważniejszy. Jezus jednak wiedział o tym i po zakwaterowaniu w miasteczku zebrał ich razem i upomniał, mówiąc: „Jeśli ktoś chce być pierwszy, niech stanie się ze wszystkich ostatnim i sługą wszystkich”. Potem za wzór postawy godnej naśladowania — przedstawił im… małe dziecko.

Na relację Jana o kimś, kto — nie będąc uczniem — leczy i wygania demony w imię Jezusa z Nazaretu, On odpowiedział spokojnie, by tego nikomu nie zabraniali, a traktowali go po prostu jako swojego sojusznika, bez dociekania, kto i dlaczego to robi. Chciał, aby to oceniali po skutku. Dał im więc do zrozumienia, że są bardzo ważni, ale nie mają monopolu na bycie pomocnikami Jezusa. Rzuca to interesujące światło na uczniów Jezusa w tamtym czasie. Właściwą jednak i ostateczną lekcją pokory było dla uczniów umycie im nóg przez ich Pana i Nauczyciela, podczas wieczerzy paschalnej, jak to później opisał Jan w Ewangelii.

Jednak zwraca tu uwagę ten pozornie mało istotny szczegół, o którym się zazwyczaj nie wspomina: że byli wówczas i działali tacy, którzy posiadali dar Boży i moc Jezusową, by uzdrawiać, leczyć i wyganiać demony w jego imieniu — i to w czasie, gdy ci wybrani spośród powołanych, jego uczniowie i apostołowie jeszcze nie byli do tego w pełni przygotowani.

Kim byli owi współpracownicy i pomocnicy Jezusa, niebędący wówczas jego uczniami (a uczniów znacznie wyprzedzający w rozwoju) — tego Ewangelia nie wyjaśnia. Może była to tylko przypadkowa jedna osoba spośród tych, którzy Jezusa słuchali; osoba, która wykazała nadzwyczajny dar, skłonność do wiary przewyższającej znacznie wiarę uczniów? Byłoby to dziwne, bo Jezus sam przedstawiał przecież uczniów jako tych uprzywilejowanych, mówiąc im:

Wam dane jest poznać tajemnice Królestwa Niebieskiego, ale innym nie jest dane. Albowiem kto ma, temu będzie dane i obfitować będzie; a kto nie ma, i to co ma będzie mu odjęte.

Jedynie uczniom wyjaśniał dokładnie podobieństwa, przypowieści, które mówił do wszystkich. Pamiętajmy jednak, że Jezus postawił uczniom za wzór mocnej i wielkiej wiary… setnika rzymskiego z Kafarnaum, poganina, dowódcę oddziału wojsk okupanta, gdy ten przyszedł z wiarą i pokorą prosić o uleczenie jego sługi. Innym razem mówił do uczniów: „Mam i inne owce, które nie są z tej owczarni; również i te muszę przyprowadzić, i głosu mojego słuchać będą, i będzie jedna owczarnia i jeden pasterz”.

Inny przykład to scena przed Ostatnią Wieczerzą Paschalną, gdy Jezus w drodze do Jeruzalem wysłał swoich uczniów — Szymona i Jana przed sobą — do miasta, by przygotowali wieczerzę paschalną. Powiedział im, że wchodząc do miasta, spotkają człowieka niosącego dzban wody; mają pójść za nim i spytać o miejsce, przygotowaną salę, w której mają z Jezusem spożyć Paschę. Człowiek ten niósł wodę zapewne właśnie dla nich, pokazał im więc dużą salę na piętrze, już dla nich wysprzątaną i wystrojoną, wyłożoną dywanami, i tam właśnie uczniowie przygotowali Paschę. Lecz kim był ten człowiek, kim był właściciel tej sali, skoro nie był uczniem i nie chodził za Jezusem, a przecież pracował dla niego, pomagał mu? Niewątpliwie był jednym z tych tajemniczych pomocników, których Ewangelia nie określa dokładniej i których uczniowie nie znali.

Daje to jednak świadectwo, jak wielka była rola zmartwychwstania Pana oraz następującego po tym udzielenia uczniom Ducha Świętego, Ducha Prawdy i Pocieszyciela, co dopiero w pełni ich ukształtowało i uczyniło z nich prawdziwych uczniów Jezusa.

Paweł Antoni Baranowski ODBŁYSKI DIAMENTU

Naród wybrany

Jeszua, zwany po grecku Jezus, wiedział wszystko o każdym człowieku, jego czynach, myślach i uczuciach. Uczniowie podczas ostatniej wspólnej wieczerzy paschalnej sami to potwierdzili, jak to opisuje Ewangelia Janowa. Wiedział więc także i to, że Jego uczniowie, nawet ci wybrani, Jego apostołowie — nie rozumieją większości z tego, co widzą i słyszą, co dzieje się wokół nich. Są nazbyt przywiązani do dawnych interpretacji ksiąg prorockich, z których wywodzono obiegowe przeświadczenie dotyczące planu Bożego i misji Jezusa, a także istoty zapowiadanego Królestwa Bożego, zwanego też Królestwem Niebieskim. Nie rozumieli, ale jednocześnie często starali się bojaźliwie to swoje niezrozumienie ukryć przed Nauczycielem i po prostu odsunąć od siebie prawdę, która była im oznajmiana, a która zupełnie nie pasowała do ich wyobrażenia i przekonania. Misję swojego Nauczyciela potrafili rozumieć jedynie jako uwolnienie Izraela od okupacji rzymskiej, wyzwolenie spod ucisku, a Królestwo Boże — jako ziemskie Królestwo Izraela, w którym Jezus zasiądzie na tronie jako ich król, ich samych zaś obdarzy honorami, stanowiskami i bogactwem w zamian za ich służbę, a także jako rekompensatę za to, co stracili lub wcześniej pozostawili dla służby dla Niego — Króla Izraela.

Jezus zmierzał już do Jerozolimy, gdzie wkrótce miało dopełnić się zasadnicze zadanie powierzone mu przez Ojca. Było to już po słynnej rozmowie z młodzieńcem, której świadkami byli jego uczniowie; wówczas bardzo zamożny młodzieniec zapytał Jezusa, jak powinien postępować, by zasłużyć na życie wieczne. Lecz po tym, co usłyszał od Nauczyciela, odszedł zawiedziony i bardzo smutny, z powodu swojego wielkiego przywiązania do posiadanego majątku. Jezus poradził mu, by rozdał pieniądze ubogim, a potem przyłączył się do Jego uczniów; by słuchał Go i naśladował. Jezus wykorzystał tę sytuację, by dobitnie wyjaśnić swoim wybranym uczniom kwestię różnicy między bogactwem w tym ziemskim życiu a bogactwem w życiu wiecznym, w Królestwie Bożym. Wyjaśniał im, że niczego nie utracili, pozostawiając swoje domy, rodziny, mienie po to, by podążyć za Jezusem na jego wezwanie, gdyż za to otrzymają dużo więcej w przyszłości: „Skarb w Niebie, gdzie mól nie niszczy, a złodziej nie podkopuje się i nie kradnie”. Obawiać się można niestety, że wówczas jeszcze uczniowie rozumieli to prawdopodobnie w zupełnie inny sposób niż Jezus; dosłownie i całkowicie materialnie. Świadczy o tym wiele faktów i zdarzeń, wiele wypowiedzi uczniów i ich zachowania przedstawione w Ewangelii. Problem w tym, że prawdopodobnie uważali Jezusa za króla, który przyszedł przede wszystkim po to, by obalić władzę Rzymu, wypędzić okupantów, stając na czele powstania żydowskiego z bronią w ręku, obalić też króla Heroda, znienawidzonego za okrucieństwo i kolaborację, i wówczas objąć panowanie nad Izraelem — panowanie typowo ludzkie; jako król Żydów. Myśleli tak, bo takie było powszechne oczekiwanie ludu, niemiłosiernie uciskanego przez okupanta, głównie poprzez rzymskie podatki, powszechne poniżenie i surowe, bezlitosne kary.

Tak właśnie ludzie wyobrażali sobie przyjście oczekiwanego od wieków Mesjasza — jako nagłe pojawienie się potężnego i niezwyciężonego ziemskiego władcy, wyzwoliciela. Wynikało to też z niezrozumienia lub fałszywego tłumaczenia im pism prorockich oraz z ich nieautoryzowanych interpretacji. Panowało jednak też niezrozumienie na poziomie czysto ludzkim; nie narodowym, politycznym, państwowym lub religijnym. Gdy pojawił się ktoś dokonujący czynów niewytłumaczalnych, niespotykanych nigdy wcześniej, jak przywrócenie wzroku człowiekowi niewidomemu od urodzenia, przywracanie życia zmarłym — jak młodzieńcowi z Nain czy córce Jaira, przełożonego synagogi w Kafarnaum — uznano go za oczekiwanego Króla. Poniekąd słusznie, bo był nim, ale w zupełnie innym sensie, niż się spodziewali. Widzieli w Jezusie władcę Izraela, a więc służba dla niego była szansą na stanie się kimś ważnym i bogatym w przyszłości, gdy dojdzie do ich wynagradzania poprzez rozdzielanie zaszczytów i dóbr. Takie było kulturowo zakodowane przeświadczenie, że wierna służba panu daje na koniec zaszczyty i bogactwo, docelowo opłacają się uniżenie i wysiłek poniesiony dla kogoś rzeczywiście ważnego. Za kogoś takiego początkowo wzięli Jezusa, a powołanie na uczniów — za taką właśnie osobistą szansę dla siebie. Tak zapewne musieli myśleć Jakub i Jan, nastawieni w ten sposób przez ich bardzo praktycznie myślącą matkę, która prawdopodobnie mogła być na dodatek bliską krewną matki Jezusa. Doszli więc do wniosku po oficjalnym uczynieniu z Szymona — „opoki”, na której powstanie Jezusowy zbór, oraz „klucznika” mającego pieczę nad Królestwem, że najwyższy czas zadbać też o własne „korzyści” z tej ich służby. Prawdopodobnie więc uczniowie oczekiwali konkretnych korzyści za kilkuletnią służbę Jezusowi, rozumianą jak ich specyficzna „inwestycja” na przyszłość, za pozostawienie wszystkiego, co posiadali i całkowite oddanie swojego czasu tej służbie. Chcieli nagród zupełnie materialnych odebranych „tu i teraz”, a nie w jakiejś nieokreślonej przyszłości i mgliście wyobrażanym „Królestwie Niebieskim”. To zrozumiałe, że kto wiernie służy władcy, ten doczeka wynagrodzenia, uznania, zaszczytów i bogactwa. Tak podpowiadało im ludzkie doświadczenie. Może dlatego niektórzy uczniowie, widząc Jezusa aresztowanego, bezbronnego, uległego, potem upokorzonego, zhańbionego, cierpiącego i umierającego na krzyżu — po prostu uciekli. W większości zapewne wrócili do swoich domów i zajęć. To dlatego wcześniej Jan i Jakub prosili Jezusa o najbardziej zaszczytne miejsca w Królestwie, jakby chcąc uprzedzić w tym innych i zagwarantować sobie zawczasu ten przywilej poprzez sprowokowanie publicznej obietnicy Jezusa już teraz. To dlatego uczniowie coraz częściej wykłócali się między sobą, kto z nich jest największy i najważniejszy, czyli kto zasługuje na większą nagrodę od Króla.

Nie bez znaczenia było także religijne przekonanie Żydów — a więc i uczniów — o tym, że skoro są narodem wybranym przez Boga (co od setek lat opisuje Pismo, czyli księgi prorockie), to już dzięki temu mają zagwarantowany bezwarunkowy wstęp do Królestwa Niebieskiego i wejdą tam jako pierwsi przed wszelkimi innymi narodami, bez żadnych warunków wstępnych obowiązujących inne narody.

Podczas ostatniej wieczerzy paschalnej Jezus starał się wyjaśnić im istotę tego, co widzą i słyszą, aby zmniejszyć ich smutek, żal, rozczarowanie, wątpliwości, jakie pojawią się wkrótce, po jego ukrzyżowaniu. Wiedział też, że to dopiero wysłany do nich Duch Prawdy, Pocieszyciel, który będzie wyłoniony z Ojca i przysłany do nich — otworzy ich serca i rozumy. Zrozumieją wszystko, kiedy Duch przybędzie do nich, zebranych na wspólnej modlitwie w dniu Święta Tygodni (Szawuot) przypadającego akurat pięćdziesiąt dni po Święcie Paschy, ale też po pierwszym dniu tygodnia, w którym odkryto zmartwychwstanie Pana, jego pusty i otwarty grób.

Jezus wcześniej często nawiązywał do tematu Królestwa Bożego, wyjaśniając — czy raczej próbując wyjaśnić uczniom, czym ono jest. Że jest czymś zupełnie innym, niż sobie wyobrażają i czego w swojej nieświadomości oczekują. Dla ułatwienia im zrozumienia mówił o tym często w przypowieściach, parabolach zwanych też podobieństwami, co jest chyba najbardziej odpowiednim określeniem. Podobieństwa Jezusa zawierały jakąś bardzo prawdopodobną historię, opis zdarzenia odnoszącego się do realiów znanych słuchaczom z życia, z otoczenia i praktyki, oraz ukryte pod nim na zasadach paraboli inne przesłanie, które należało starać się zrozumieć jakby na wzór sensu opowiedzianej historii. Stąd właśnie to genialne określenie: podobieństwo. Mówił do nich „w podobieństwach”, starając się ułatwić im zrozumienie czegoś dla nich zbyt abstrakcyjnego.

W Ewangelii Mateusza jest wiele takich fragmentów, dotyczących Królestwa Niebieskiego. Odnosząc się do ich przekonania o gwarantowanym pierwszeństwie, Jezus powiedział im: „Wielu pierwszych będzie ostatnimi a ostatnich pierwszymi”. Dotyczy to zupełnie innej hierarchii wartości w Królestwie Bożym, ale może także odnosić się do wspomnianego wcześniej przekonania Żydów o bezwarunkowym i gwarantowanym im dostępie do Królestwa.

Na przykład słynna przypowieść o pracownikach najemnych w winnicy, którą Mateusz przytoczył w swojej Ewangelii. Jezus powiedział im przypowieść o pracownikach w winnicy. Puentą jej było stwierdzenie, że mimo iż nagroda jest dla wszystkich jednakowa, to jedni muszą na nią pracować ciężko i bardzo długo, natomiast inni otrzymać ją mogą łatwiej i szybciej. Że ci powołani dawno wcale nie muszą być wyżej wynagrodzeni niż inni, powołani niedawno, bo nagroda jest dla wszystkich jednakowa, tylko czas dochodzenia do niej może być różny. Że pierwsi — mogą być ostatnimi a ostatni — pierwszymi. Oczywiście typowa interpretacja zmierza do tego, że sprawiedliwość Królestwa Bożego może być inna, nie w pełni zgodna z ludzkim poczuciem sprawiedliwości, nakazującym zawsze płacić za pracę proporcjonalnie do czasu i wysiłku, a z drugiej strony — pozwalająca oczekiwać tak obliczonej zapłaty. Właściciel winnicy miał prawo ustalać zasady, więc zaproponował robotnikom wynajętym o świcie po jednym denarze za cały dzień pracy (12 godzin), co było zapłatą godziwą jak dla zwykłego robotnika rolnego, bo tyle otrzymywali raczej rzemieślnicy wysoko wykwalifikowani. Robotnicy zawarli umowę, zgodzili się na tę zapłatę za cały dzień pracy i powinni być z tego nawet bardzo zadowoleni, bo zaproponowano im zapłatę uczciwą. Jednak gdy odbierając ją, zobaczyli, że krócej pracujący otrzymali tyle samo, poczuli się potraktowani niesprawiedliwie, kierując się własną logiką, przyzwyczajeniami i własnym poczuciem sprawiedliwości. Jednak to nie oni ustalali obowiązujące wszystkich zasady. Otrzymali ofertę skierowaną tylko do nich i przyjęli ją jako atrakcyjną, a ich praca została uczciwie rozliczona.

Podobieństwo, czyli przypowieść ma z zasady jednak swoje drugie znaczenie, a więc to, dla którego została stworzona, zapisana czy wypowiedziana. Można tu więc dostrzec i inne przesłanie. Jezus nawiązuje tu do powszechnego, a błędnego przekonania o pozycji i roli „narodu wybranego”, jakim był lud izraelski. Był on rzeczywiście narodem wybranym, ale prawdopodobnie zrozumiał to całkiem błędnie. Jeśli uznać Izraelitów za odpowiednik tych pracowników wynajętych o świcie na cały dzień, czyli jako „pierwszych” mających czcić Pana, służyć mu, to inne ludy, pogańskie, europejskie, afrykańskie czy azjatyckie zapewne będą analogicznie tymi „wynajętymi” później, czyli powołanymi do służby Panu na krótszy okres, będą wśród nich także i ci „ostatni”, powołani tuż przed nadejściem Królestwa.

Zapłata czy nagroda dla wszystkich jest jednakowa i godziwa: to wejście do Królestwa Bożego; to życie wieczne w zjednoczeniu z Bogiem.

Jezus mówi im, że pierwsi będą ostatnimi a ostatni pierwszymi.

Izraelici zostali powołani pierwsi, najwcześniej, by dłużej mieli okazję służyć Panu, a nie dlatego, że są najbardziej godni. Co więcej; jeśli ktoś dla uzyskania jednakowej nagrody ma służyć dłużej, to może znaczyć, że potrzebuje więcej czasu i trudu, aby stać się jej godnym. Tak więc pojęcie naród wybrany wcale nie musi oznaczać wyboru pozytywnego, wybranych ze względu na jakieś ich szczególne walory. Podobnie można powiedzieć o uczniach, szczególnie tych dwunastu wybranych spośród wszystkich powołanych. Byli prości, pracowici i praktyczni, bez wykształcenia, pochodzący z peryferii świata judejskiego, ale z jakichś względów Jezus ich właśnie wyróżnił, dając im szansę bycia ze sobą, uczenia się od Niego, słuchania Go i naśladowania. Oznajmił im, że otrzymali przywilej poznania tajemnic Królestwa Bożego, ale inni [na razie] tego nie otrzymali. Dlatego na osobności dokładnie tłumaczył im często swoje przypowieści, dziwiąc się, że są tak samo niepojętni, jak pozostali słuchacze.

Powszechne wśród Żydów było przekonanie, że są oni wybrani jako najlepsi i najwspanialsi spośród ludów Ziemi, dlatego odczuwali dumę, wyższość i okazywali zarozumiałość wobec innych. Uważali się za najbardziej godnych i wyróżnionych. Uważali, że wobec tego wejście do Królestwa Bożego im się po prostu automatycznie należy, bez żadnego wysiłku, dlatego że są narodem wybranym, potomkami Abrahama i Mojżesza, którzy rozmawiali z Bogiem. Tymczasem z tej przypowieści wynika wniosek inny: to naród wybrany do tego, by najdłużej musiał się trudzić i służyć Panu dla uzyskania obiecanej nagrody, tej samej, którą inni być może otrzymają za dużo mniejszy wysiłek, zakończony jednak podobnym sukcesem. Jezus ganił zarozumiałość Izraelitów opartą na ich własnych interpretacjach ksiąg prorockich. Mówił do faryzeuszy i uczonych w Piśmie (prawie Mojżeszowym): „Nierządnice i celnicy wyprzedzają was w drodze do Królestwa Niebieskiego!”.

Jezus wskazywał im w swoich podobieństwach wiele ważnych prawd wiary, ale oni pozostawali często przy swoich własnych wyobrażeniach, tradycji i błędnych wyjaśnieniach tworzonych przez faryzeuszy i kapłanów, ludzi zamykających swe serca w obronie skostniałego prawa Mojżeszowego i w obronie swoich przywilejów.

Paweł Antoni Baranowski ODBŁYSKI DIAMENTU

Pierwszy znak Jezusa w Kanie

Jezus powołał już pierwszych uczniów, a raczej zaakceptował rybaka Andrzeja i drugiego, niewymienionego z imienia — dawnych uczniów Jana Chrzciciela, którzy opuścili Jana i poszli za Jezusem, w pewnej mierze wręcz zachęcani do tego przez pierwszego nauczyciela. Jan wskazał im przechodzącego w pobliżu Jezusa, nazywając go „Barankiem Bożym, który bierze na siebie grzech świata” i mówił im, że skoro objawił się już Ten, który chrzci Duchem Świętym i Ogniem, on sam musi się już umniejszać, ustępować, bo jego czas działania się kończy. Ponadto uznawał widocznie swoje zadanie — przygotowania ludu na przyjście Pana — za wykonane. Uznał, że wypełnił swoją funkcję wyznaczoną mu przez Boga, gdy dokonał rytualnego chrztu wodą właśnie Jezusa, Syna Bożego, który miał działać po nim. Z pokorą pytał Jezusa: „Panie, to ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a to Ty przychodzisz do mnie [po chrzest]?”.

Jan był kuzynem Jezusa. Chrzcił ludzi przybywających do niego na pustkowie nad Jordanem z całej Galilei, ale także i z Judei oraz bardzo licznie — z Jeruzalem, a przychodzili do niego nie tylko prości mieszkańcy, ale też faryzeusze z Jerozolimy, poborcy podatków (celnicy), a nawet żołnierze, by przyjąć chrzest wodą jako znak pokory i zmiany postępowania w dalszym życiu. Wielu miało Jana za Eliasza, więc pytali go, co mają czynić i jak żyć, aby zasłużyć na przebaczenie dawnych grzechów.

Przekazy Ewangelii w tej sprawie różnią się w szczegółach. Tuż po poznaniu Jezusa i spędzeniu z nim całego popołudnia w jego domu, Andrzej powiadomił swojego brata Szymona, że odnalazł Mesjasza, którym jest rabbi Jezus z Nazaretu i zaprowadził go do Niego. A On przyjrzał się uważnie przyprowadzonemu i również jego zaakceptował jako ucznia, mówiąc mu: „Ty jesteś kefas” (co znaczy po aramejsku — jesteś skałą, opoką). Dostrzegł w Szymonie przyszłego przywódcę wszystkich uczniów, pasterza mogącego go zastąpić, gdy On powróci już do Ojca, opokę dla budowy nowego zboru.

Wracając znad Jordanu do Galilei, Jezus spotkał Filipa z Betsaidy (miasta, z którego pochodzili Szymon i Andrzej), wezwał go do podążania za nim, powołując go na ucznia. Filip natomiast spotkał swojego przyjaciela Natanaela z Kany i poinformował go o znalezieniu tego, o którym pisał Mojżesz i Prorocy, zachęcając go do spotkania z Jezusem. Jezus, by przekonać Natanaela, że jest Synem Bożym, przypomniał mu wydarzenie, które mogło być znane tylko Natanaelowi i Bogu, czym przekonał go do siebie. Natanael przyznał, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym. Po tej rozmowie Jezus także Natanaela uczynił swoim uczniem.

Miał więc ich już czworo, gdy został wraz z uczniami zaproszony na wesele, które odbywało się trzeciego dnia tygodnia w Kanie Galilejskiej. Była tam obecna Miriam, matka Jezusa, gdyż było to wesele jej bliskiego krewnego.

Wesele to stało się powodem i pretekstem do okazania przez Jezusa Jego chwały, było ono także jednym z pierwszych argumentów na publiczne potwierdzenie jego rzeczywistej tożsamości i ostatecznego uwiarygodnienia się w oczach uczniów oraz wszystkich świadków pierwszego znaku (cudu) dokonanego tam na prośbę Jego matki, Miriam. A problem dotyczył tego, że pod koniec wesela gospodarzom zabrakło wina. Wbrew pozorom był to w tamtej kulturze wielki problem, mający swoje nawet dość poważne konsekwencje obyczajowe i prawne, oraz potencjalny bardzo zły wpływ na losy wielu ludzi, czego matka Jezusa — kierując się współczuciem — chciała uniknąć. Pragnęła zaoszczędzić nowożeńcom i krewnym oraz innym osobom zaangażowanym w organizację wesela sporych problemów, strat, krytyki sąsiedzkiej i wstydu, a nawet bankructwa. Dlatego, znając swoje dziecko, zasugerowała Jezusowi, by objawił wreszcie swoje możliwości i jakoś temu zaradził. Miriam jako matka wiedziała i była pewna, że Jezus może to zrobić, ale On sam uważał, że jeszcze nie nadszedł czas na publiczne pokazywanie jego możliwości jako Syna Bożego; początkowo więc zareagował niechętnie i tylko na prośbę matki dokonał tam tego pierwszego cudu, zamieniając wodę w wino.

Stało tam sześć stągwi (dzbanów, pojemników) kamiennych na wodę przeznaczoną na rytuały żydowskiego oczyszczenia. Jak pisze Jan Ewangelista, mieściły one po dwie lub trzy miary wody, lecz były w tym czasie puste. Jezus nakazał służącym napełnić je wodą „aż po brzegi”, po czym zaczerpnąć z nich do dzbanka i zanieść najpierw do skosztowania staroście weselnemu. W tym czasie woda w stągwiach niepostrzeżenie stała się winem. Starosta chwalił przed wszystkimi zebranymi gośćmi jego jakość i hojność nowożeńców, podających gościom na zakończenie wesela wyborne wino, lepsze nawet niż na początku, podczas gdy najczęściej w tym czasie pod koniec wesela podawano wino gorszej jakości niż przy jego rozpoczęciu. Jezus okazał w ten sposób swoją chwałę, potwierdził swoją prawdziwą tożsamość, możliwości dane mu przez Ojca, a jego uczniowie i świadkowie — świadomi tego, co się tam stało — rzeczywiście uwierzyli, że to on jest Mesjaszem, który był zapowiadany od wieków przez proroków.

Ale tak na marginesie, zastanawiające jest, ile mogło być tego wina, czyli wody przemienionej wówczas w wino. Jan Ewangelista pisze o sześciu naczyniach kamiennych mieszczących po dwie lub trzy miary (metresy). Przyjmijmy, że trzy z nich były mniejsze (po 2 miary) a pozostałe trzy większe (po 3 miary), co oznacza, że naczynia zawierały łącznie 15 miar wody. Ówczesna miara, czyli metres, jest różnie dziś definiowana, ale najczęściej spotyka się przelicznik; 1 metres to 37,85 litra, czyli 15 miar to łącznie 567,75 litrów wody, która stała się winem. Jak na dzisiejsze czasy byłoby to ponad 800 typowych dzisiejszych butelek wina. Inne dane historyczne mówią, że metres to 39,5 litra, co by dało jeszcze większą ilość. To bardzo dużo, nawet jak na wesele. Nie wiemy, w jakim stopniu uznawany dziś przelicznik miar można uznać za wiarygodny, a zwłaszcza — jak bardzo był on wtedy rozpowszechniony i zunifikowany. Możliwe, że „miara wody” — którą miał na myśli Jan, była w tamtym rejonie i tamtym czasie inna, niż dziś sądzimy. Mogła być też lokalnie zmienna, skoro znamy co najmniej dwie wersje jej przelicznika.

To tytułem zaspokojenia ciekawości, ale wiemy, że nie chodziło tam o ilość, a raczej o sam fakt uczynienia czegoś niesłychanego, trudnego do wyobrażenia i niemożliwego do naukowego, racjonalnego wyjaśnienia. Może też nieprzypadkowo Jan Ewangelista wspomniał, że po tym weselu Jezus z uczniami, braćmi i matką, po wyjściu z Jeruzalem, zatrzymali się w Kafarnaum i tam odpoczywali kilka dni?

Istotą tego wydarzenia nie jest sam cud, czyli znak Boży, dokonany po raz pierwszy otwarcie i publicznie. Najistotniejsze jest tu właśnie to „otwarcie”, początek realizacji misji poleconej Jezusowi przez Boga. Ważne także jest to, że to zdarzenie stało się dobrem dla każdego; dla nowożeńców, rodziny, gości, dla uczniów i wszystkich świadków tego cudownego wydarzenia, a nawet zapewne i dla samego Jezusa.

Wieść o tym rozeszła się po okolicy i dzięki temu znakowi uwierzyli w nadzwyczajność Jezusa nie tylko uczniowie, ale wielu innych, oczekujących niecierpliwie na jakieś znaki i dowody, że Jezus jest oczekiwanym Mesjaszem i Synem Bożym. Trudno było oczywiście uniknąć rozgłosu, bo tak niepojęte wydarzenie zapewne było opowiadane i relacjonowane w całej okolicy przez służbę weselną, organizatorów i wszystkich, którzy mieli świadomość tego, co się tam wówczas wydarzyło.

Zdarzenie to zapoczątkowało długi okres aktywności Jezusa, gdy przemierzał z uczniami drogi od południowych do północnych granic Izraela, wchodząc także na pogańskie ziemie tetrarchy Filipa, Dekapolu, Fenicji, Perei oraz bezdroża nad Jordanem. Wszędzie nauczał, tłumaczył wiele niejasności z Ksiąg Proroków, polemizował z faryzeuszami, oskarżając ich o nadużycia i zakłamanie, leczył, uzdrawiał chorych i kalekich, aż wszystko to znalazło kulminację w ostatnim i największym znaku: wskrzeszeniu Eleazara przebywającego już od czterech dni w grobie.

Paweł Antoni Baranowski ODBŁYSKI DIAMENTU

Czy Szymon rybak miał na imię Piotr?

Szymon był Żydem, Izraelitą, co prawda z głębokiej prowincji, z częściowo pogańskiego dla Izraelitów pogranicza, jakim była Betsaida, położona już za Jordanem na granicy Galilei z ziemią Filipa. Brat Szymona nosił pogańskie imię Andrzej (Andraj), ale obaj niewątpliwie posługiwali się na co dzień językiem aramejskim, byli sprawiedliwi, czyli wierni prawu Mojżeszowemu i ogólnie całkowicie oddani tradycji płynącej z Pisma (ksiąg prorockich). Andrzej, zanim został uczniem Jezusa, był uczniem Jana Chrzciciela i przebywał z nim na pustkowiach nad Jordanem. Oczywiście wcale nie oznacza to z drugiej strony, że Szymon też był wyjątkowo religijny. Był, jak wynika z Ewangelii, prostym, ciężko pracującym, żonatym mężczyzną, borykającym się z niekorzystnymi warunkami życia, skrajnie jeszcze utrudnionymi rzymską okupacją. Miał dom w Kafarnaum i trudnił się zarobkowym połowem ryb w jeziorze Genezaret, wielkim akwenie słodkowodnym otoczonym górami, zwanym też Morzem Galilejskim lub Morzem Tyberiadzkim. To jego brat, Andrzej był dużo bardziej niż on zainteresowany sprawami religijnymi, będąc uczniem Jana — kuzyna Jezusa, który żywił się szarańczą i miodem leśnym, żył na pustkowiu, gdzie udzielał wszystkim chętnym „chrztu wodą” w Jordanie, nawołując do skruchy i opamiętania. Jan, nauczając — zapowiadał, że już wkrótce ujawni się Mesjasz, którego powszechnie oczekiwano, a który już jest pośród nich i wkrótce da się poznać w Izraelu, ujawni się jako Syn Boży, wykonujący dzieła polecone mu przez Ojca, Boga, nauczając i ukazując Boże znaki.

Właściwie to Jan sam skierował uwagę swoich uczniów na obecnego tam swojego kuzyna Jezusa, który przybył, by również przyjąć od Jana chrzest. Jan rozpoznał w nim wówczas Mesjasza, Syna Bożego i mówił o tym niektórym swoim uczniom.

Jednym z pierwszych uczniów Jana, którzy go opuścili, by przyłączyć się do Jezusa jako nauczyciela i mistrza, był właśnie Andrzej, brat Szymona. Jan właściwie sam zachęcił go do tego, wskazując Jezusa jako oczekiwanego Mesjasza. Andrzej natychmiast powiadomił swojego brata o odnalezieniu Mesjasza, czyli Chrystusa, którym jest Jeszua, (po grecku Jezus), syn Josefa — cieśli z Nazaretu, i zaprowadził Szymona do Jezusa. Jezus przyjrzał się Szymonowi i powiedział do niego: „Ty jesteś Szymon, syn Jonasza. Ty będziesz zwany skała” (po aramejsku — kefas).

Tak przynajmniej przedstawił to Apostoł Jan w swojej Ewangelii. Tu jednak zaczynają się niejasności i problemy w relacjach Ewangelistów o tym lub opisach tego dotyczących, związanych z imieniem Szymona.

Jezus mówił to do Szymona niewątpliwie po aramejsku, czyli w ich rodzimym, codziennym języku, a nie po grecku. Szymon z pewnością nie znał greki, może poza kilkoma zwrotami przydatnymi w handlu złowioną rybą.

Jezus powiedział: „Będziesz zwany kefa(s)” i to po pierwsze mówi o jakiejś nieokreślonej przyszłości, a nie teraźniejszości, a po drugie — Jezus nie powiedział „nadaję ci imię kefa”, bo „kefa” czy „kefas” — to nie było imię. Z pewnością nie powiedział też „nadaję ci imię Piotr (Petros)”, bo takie imię także wtedy nie istniało; nie powiedział też do Szymona po grecku „będziesz nazwany petros”, bo dlaczego miałby, mówiąc do Szymona Izraelity, używać greckich słów. Powiedział po prostu: „Będziesz zwany skała” lub według innej wersji tłumaczenia „Ja tobie powiadam; ty jesteś skałą”. Zapewne miało to nawiązywać do przyszłej roli Szymona jako „pasterza Jezusowego stada”, jak to Jezus określił w czasie ostatniej rozmowy z Szymonem i innymi uczniami, na brzegu Jeziora Genezaret, już po zmartwychwstaniu. Nie jest wykluczone, że miało to stanowić pewien przydomek, a więc funkcjonujące oprócz imienia dodatkowe określenie opisujące charakter, cechy charakterystyczne, wadę lub zaletę. W tym przypadku przydomek oznaczający stałość, niezmienność, odporność, pewność, stabilność — jak opoka, na której stawia się fundamenty nowego domu.

Aramejskie „kefa”, czyli po grecku — „petros”, a więc po łacinie — „petrus”, z którego po wielu wiekach wysnuto imię męskie Peter, Pieter, Pioter, czy Piotr — to wówczas nie było imię. Na naszych ziemiach centralnej Europy imię Piotr po raz pierwszy zostało zapisane w udokumentowany sposób dopiero w 1136 roku, w „Bulli Gnieźnieńskiej” (XII wiek).

Jeszcze raz powtórzę tu z naciskiem: Jezus nie nadał Szymonowi rybakowi imienia Piotr; powiedział — jak to przytacza Jan — że Szymon „będzie zwany skałą”, (opoką, kamieniem); będzie zwany skałą, bo będzie pełnił podobną funkcję jak skała pod fundamentem domu, co znalazło swój wyraz w innych relacjach o tym, a także w czasie ostatniego ukazania się zmartwychwstałego Pana uczniom.

Dziś uznaje się, że imię Piotr (jako spolszczenie łacińskiego Petrus), pochodzi od greckiego słowa „petros”, przypisanego Szymonowi. Imię Piotr wywodzi się waśnie z Ewangelii. Oznacza to, że wcześniej, przed tym wydarzeniem, takie imię po prostu nie istniało. Relacja apostoła Mateusza jest bardzo jednoznaczna i jasna, a był on przecież Żydem (Lewi Mataj) i pisał dla Żydów po aramejsku, oraz był uczniem i bezpośrednim świadkiem Jezusa, choć to wydarzenie mógł znać tylko z relacji innych uczniów, bo sam nie był jeszcze wówczas powołany. W tamtym czasie był jeszcze celnikiem o imieniu Levi i pobierał podatki od Żydów, służąc władzy rzymskiej. Pamiętajmy, że Mateusz nie stał się uczniem Jezusa od początku Jego działalności, więc początki nauczania Mistrza znał tylko z opowieści innych uczniów.

Mateusz zapisał o tym — według tłumaczenia Wulgaty z 1973 roku:

„A ja ci powiadam, że ty jesteś opoką, a na tej opoce zbuduję Kościół mój i bramy piekielne nie zwyciężą go”.

Albo inne, protestanckie tłumaczenie tego samego wersetu, Ewangelicznego Instytutu Biblijnego z 2016 roku:

„Oświadczam ci, ty jesteś kamieniem, a na tej skale zbuduję mój Kościół i potęga śmierci nie zdoła go pokonać”.

Porównanie wielu tłumaczeń jasno wskazuje, jak odczytywane były tu intencje Jezusa. Dla wielu tłumaczy w dziejach było jasne, że Jezus miał tu na myśli cechy charakteru czy osobowości Szymona rybaka, dające pewność, że jego przywództwo, jakie otrzyma później, zagwarantuje powstanie silnego zboru chrześcijańskiego porównywalnego do zamku zbudowanego na skale, opoce, mocnym i pewnym kamiennym fundamencie. Jezus nie wymyślał dodatkowych imion dla swoich uczniów, podobnie jak i przydomek „boanerges” — czyli „synowie gromu” nadany innym uczniom, braciom Janowi i Jakubowi — synom Zebedeusza z Kafarnaum, nie stanowił dla nich nowego imienia.

Oczywiście wiele innych tłumaczeń powtarza tu słowo „petros”, traktując je bezpodstawnie jako imię, stało się to wręcz jakby tradycją. Tradycją opartą na zmyśleniu.

Słowa Jezusa, o których tu piszę — to znaczy: „Ja tobie powiadam, że ty jesteś kefa i na tej opoce zbuduję mój zbór” — Ewangelie umieszczają w różnym czasie działalności Jezusa. W jednej z wersji — padły już w chwili powołania Szymona. W innej wersji — Jezus wypowiedział je już po dłuższym okresie nauczania, po wielu dokonanych uzdrowieniach, gdy przechodził z uczniami w okolicach pogańskiej Cezarei Filipowej; a było to tuż przed aktem przemienienia Jezusa na górze, widzianym przez Szymona, Jakuba i Jana. Tak przynajmniej to opisuje Mateusz Ewangelista.

Ale w jego Ewangelii jest coś bardzo zaskakującego. Gdy pisze o powołaniu pierwszych uczniów, czyli Andrzeja i Szymona, na samym początku aktywności publicznej Jezusa, Mateusz pisze: „A Jezus, idąc wzdłuż wybrzeża Morza Galilejskiego, ujrzał dwu braci: Szymona zwanego Piotrem (sic!) i Andrzeja, brata jego, którzy zarzucali sieci w morze, byli bowiem rybakami. I rzekł do nich Jezus: pójdźcie za mną”. Można to zrozumieć jak stwierdzenie, że Szymon był zwany Piotrem — zanim spotkał Jezusa. Można jednak też dostrzec w tym tylko brak koordynacji czasowej u piszącego te słowa dużo później, gdy już wiedział on, że Szymon będzie potem zwany Piotrem.

Obnaża to fakt, że Ewangelia ta została spisana co najmniej trzydzieści lat później, zredagowana przez kogoś, kto już wiedział, że Szymon później został określony przez Jezusa słowem „kefa”, czyli „petros” (Piotr). Szymon został określony przez Jezusa „kefas” dłuższą chwilę później, gdy powołał Szymona na ucznia, albo dużo później, w czasie podróży do Cezarei Filipowej. Nie był „zwany Piotrem”, zanim spotkał Jezusa i został powołany na ucznia, bo to przecież dopiero Jezus określił go słowami „jesteś kefa”. Czy Mateusz sam tu sobie zaprzecza? Tak mogli napisać jedynie jacyś „redaktorzy” pracujący nad tym w późniejszym czasie, gdy ten przydomek już w tradycji przylgnął do Szymona, jako jego „imię”. Widzimy tu jakiś błąd koordynacji czasowej, może bałagan wprowadzany przez translatorów greckich, być może ślad ogólnego dążenia do zastąpienia imion wszystkich uczniów Żydów imionami greckimi lub łacińskimi, oraz w ogóle „przeniesienia” całej narracji o Jezusie do obszaru kultury greckiej. Zapewne sytuacja byłaby inna, gdyby nie zaginęły oryginały Ewangelii, pisane po aramejsku lub hebrajsku dla Żydów.

Opieram się tu na założeniu, że określenie kefas użyte przez Jezusa wobec Szymona, stało się w swojej wersji greckiej źródłem później powstałego imienia Petros, (w spolszczeniu Piotr). Trudno jednak wykluczyć, że Szymon mógł po prostu posiadać taki przydomek (skała) dużo wcześniej, zanim spotkał Jezusa, bo z Ewangelii wiemy, że było to praktykowane i dotyczyło też innych późniejszych uczniów, jak Tomasza zwanego Bliźniakiem, czy Szymona z Kany, którego zwano „gorliwym”, zelotą albo „sykariusem”. Wówczas cytowane wyżej zdanie Mateusza należałoby traktować dosłownie, a Jezus, wiedząc o tym, skorzystał po prostu z tego przydomka, nadając mu jedynie jakby szczególną wymowę znaczeniową, zgodnie ze swoim planem i nową rolą Szymona. Jednak narzuca to wówczas inne pytanie: Jeśli tak, to dlaczego pozostali ewangeliści o tym nie wspomnieli, a określenie kefas pada u nich dopiero z ust Jezusa, w trakcie powołania Szymona lub nawet, zależnie od wersji, dużo później. Zapewne sytuacja byłaby bardziej zrozumiała, gdyby znane były oryginały ewangelii pisane po aramejsku lub hebrajsku.

Ta szaleńcza mania rugowania imienia Szymon, by go zastąpić greckim nowym przydomkiem, może wynikać także z tego, że imię Szymon było wówczas niezmiernie popularne. Na przykład nosiło je dwóch uczniów spośród dwunastu, a także wielu innych ludzi z otoczenia Jezusa nosiło to imię. Intencją może tu być jednoznaczne wskazanie tego konkretnego Szymona rybaka, syna Jonasza z Betsaidy, poprzez zastąpienie jego prawdziwego imienia — dość oryginalnym i niepowtarzalnym przydomkiem „kefas” zapożyczonym ze słów Jezusa. Szymonów mogło być wielu, ale kefas — czyli w wersji greckiej petros — był już tylko jeden.

Używając podobieństw (paraboli) w swoim nauczaniu, Jezus odwoływał się do spraw powszechnie znanych i z tego powodu oczywistych. To zrozumiałe, jeśli przyjąć, że robił to, żeby być dobrze zrozumianym przez prostych, najczęściej słabo wykształconych ludzi, którzy przychodzili słuchać, czasem prosić o uleczenie, o jakąś pomoc. Przychodzili też faryzeusze, by kontrolować Jego nauczanie, zgodność z obowiązującą doktryną, którą sami chcieli ustanawiać. Ale najczęściej słuchaczami Jezusa byli rolnicy, rybacy, pasterze, rzemieślnicy, robotnicy rolni, służący, handlarze, murarze — ludzie z trudem walczący o utrzymanie siebie i swoich rodzin w czasie biedy i ucisku wynikającego z rzymskiej okupacji. Dlatego przemawiał do nich, używając prostych wyrażeń i porównań do sytuacji im znanych z życia, z praktyki codziennej. Jest to zresztą praktykowane do dziś, jako metoda wspomagająca zrozumienie spraw bardziej skomplikowanych, trudnych do zrozumienia, wymagających wyobraźni. Na przykład kiedyś — jak opisuje to Ewangelista Łukasz — przemawiał do tłumu i udzielił tam wielu ważnych wskazówek, zwracając też uwagę słuchających Go na potrzebę nie tylko uważnego słuchania, ale też stosowania w praktyce Jego rad czy poleceń.

Zadał im wprost pytanie: „Dlaczego mówicie do mnie: Panie! Panie!, ale nie robicie tego, co wam polecam?!”.

Jeśli ktoś szczerze uważa Jezusa za pana, to sam się ustawia w roli jego sługi, a sługa ma obowiązek wykonywać polecenia swojego pana, bo na tym przecież opiera się ta wzajemnie korzystna relacja. Jezus więc porównał takie postawy ludzi — do budowy domu: jeśli ktoś słucha jego słów i ma go za pana, ale jego poleceń nie wykonuje — podobny jest do człowieka, który budując nowy dom, fundamenty położył na piasku, nie dbając o ich stabilność i trwałość a tym samym o trwałość całego domu i bezpieczeństwo domowników. Jeśli ktoś jednak słucha jego nauki, ale też przyjmuje jego polecenia i wykonuje je — podobny jest do człowieka, który stawiając dom, wkopał się najpierw głęboko, aż do warstwy skały, twardego i stabilnego podłoża i na nim posadowił fundamenty tego domu.

Zapewne dzięki temu porównaniu słuchający zrozumieli, jak ważne jest realizowanie poleceń Pana w praktyce a pośrednio też, jak ważne są dobre fundamenty. Dobre fundamenty to te położone na skale.

Ta przypowieść nasuwa się nam, gdy wspominamy scenę z Ewangelii, kiedy Jezus zapytał swoich uczniów, za kogo uważa Go tłum, czyli — kim On jest, w przekonaniu „zwykłych” ludzi.

Uczniowie widocznie spotykali się z takimi pytaniami i opiniami tłumu, więc przekazali je Nauczycielowi: mówili, że niektórzy za Eliasza, inni za Jana Chrzciciela (zmartwychwstałego), albo za któregoś z dawnych proroków biblijnych. Jezus zapytał więc o ich własną opinię w tej sprawie. Na to odpowiedział Szymon, uznawany przez uczniów za ich przywódcę, że uważają Jezusa za Mesjasza zapowiadanego przez Proroków, za Syna Bożego, Chrystusa oczekiwanego od wieków. Jezusowi bardzo spodobała się ta odpowiedź, bo uznał, że Szymon nie mógł tego wywnioskować samodzielnie, dzięki swoim obserwacjom i myśleniu, a prawda ta została mu raczej objawiona wprost przez Boga. Po raz pierwszy tożsamość Jezusa została tak otwarcie i wprost potwierdzona. Odpowiadając na to, Jezus powiedział do Szymona:

A ja […] mówię tobie, iż ty jesteś skalny, a na tej skale zbuduję moją cerkew, a brony piekielne nie przemogą jej.

Dużo młodsze tłumaczenie z 2016 roku Ewangelicznego Instytutu Biblijnego brzmi podobnie: „Oświadczam ci, ty jesteś kamieniem, a na tej skale zbuduję mój Kościół i potęga śmierci nie zdoła go pokonać”.

Mamy tu bezpośrednie nawiązanie do tej samej myśli, tego samego porównania, którego użył w przytoczonej wcześniej przypowieści — budowania trwałego i bezpiecznego domu na fundamentach posadowionych na skale, na kamieniu, czyli opoce.

Jezus właściwie ocenił szczerą, odważną i natchnioną przez Boga odpowiedź Szymona, jego zrozumienie. Dlatego powiedział, że ta jego postawa jest idealnym podłożem pod założenie nowego kościoła, zboru, wspólnoty — której będzie właściwym przywódcą, bo jest jak skała pod fundamentami. Jezus po prostu powiedział do Szymona, że będzie doskonałym przywódcą nowego zboru, tak jak skała (kefa) jest doskonałym podłożem dla wszelkich nowych budowli.

Gdzie tu jakieś mityczne „nadanie imienia” Szymonowi? Jeśli nawet niektórzy translatorzy tłumaczą to jako „będziesz zwany kefa(s)” to absolutnie nie oznacza „…będziesz miał na imię Kefas zamiast Szymon”. To zasadnicza różnica.

Imię „Piotr” wysnuto z greckiego tłumaczenia słowa „kefa” użytego przez Jezusa, stało się to po wielu wiekach, być może na podstawie błędnego przekonania, że Jezus użył tego słowa, aby stało się imieniem Szymona.

Zastanawiające jest jednak to, jak Mateusz przedstawił scenę powołania Szymona i Andrzeja w swojej Ewangelii, gdy mamy na myśli oczywiście jej znane źródło greckie. Jego wersja znacznie się różni właśnie kolejnością zdarzeń, bo tu Szymon i Andrzej zostali powołani na początku działalności Jezusa. Zaskakujące jest, że w przypadku tego jednego zdania wszystkie główne, znane przekłady Ewangelii, od Biblii Brzeskiej z XVI wieku do współczesnych — wyjątkowo są całkowicie ze sobą zgodne:

Jezus, idąc brzegiem Jeziora Genezaret, ujrzał dwóch braci: Szymona zwanego Piotrem i Andrzeja, brata jego, którzy zarzucali sieci w morze, byli bowiem rybakami.

Zdanie to we wszystkich znanych tłumaczeniach tej Ewangelii brzmi tak samo, a dotyczy chwili tuż przed powołaniem tych dwóch braci na uczniów. Oznacza to, że nie chodzi tu o błąd tłumaczenia; że zdanie to w aramejskim oryginale Mateusza było jednoznaczne i brzmiało właśnie tak. Jest to jednoznaczne stwierdzenie, że Szymon był zwany kefas (petros, petrus) na długo przed spotkaniem Jezusa i całkowicie niezależnie od niego. Wydaje się to dziś już niemożliwe do jednoznacznego przesądzenia, a taka możliwość — wszelkie dotychczasowe rozważania czyni bezprzedmiotowymi. Jedno wydaje się pewne: Szymon nie miał na imię Piotr.

Paweł Antoni Baranowski ODBŁYSKI DIAMENTU

Jezus i jego poprzednicy

Jest taki ciekawy fragment w Ewangelii Jana:

Jezus więc znowu do nich przemówił: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Ja jestem brama owiec! Wszyscy moi poprzednicy, ilu ich przede mną przyszło, są złodziejami i łupieżcami, którym owce jednak nie dały posłuchu. Ja jestem brama! Jeśli kto przeze mnie wejdzie, zbawiony będzie, i wejdzie, i wyjdzie, i znajdzie pastwisko.

Kogo Jezus, a za nim ewangelista Jan miał tu na myśli, pisząc „poprzednicy”? Dawnych Proroków? Jana Chrzciciela — syna Zachariasza?

Czy Mesjasz w ogóle może mieć „poprzedników”?

Otóż lud izraelski znał pisma prorockie, oczywiście głównie za pośrednictwem tego, co im mówili ich rabini w lokalnej synagodze. Wiedzieli, że ma przyjść Mesjasz, czyli ktoś naznaczony przez Boga (Pomazaniec), i że wszystko im wyjaśni oraz ich „zbawi”, czyli uwolni ich wszystkich od grzechów, od win i grożącej za nie kary; że będzie Synem Bożym i Królem Izraela. Z powodu przepowiedni narastało wówczas wielkie oczekiwanie na szybkie spełnienie tych obietnic. Presja narastała na długo przed Janem, synem Zachariasza — potem dodatkowo jeszcze wzmocniona właśnie działalnością Jana na pustkowiach nad Jordanem. Jan pouczał wszystkich przychodzących do niego — a przychodzili nie tylko ludzie prości: rolnicy, rzemieślnicy, pasterze, ale i faryzeusze z Jeruzalem oraz żołnierze, nawet celnicy pracujący dla Rzymu. Udzielał chrztu wodą i nawoływał do zmiany postępowania, powrotu do uczciwości, do wierności zaleceniom Prawa a przede wszystkim zapowiadał, że ten prawdziwy Mesjasz, na którego czekają i który ich ochrzci Duchem Świętym, już stoi wśród nich i lada chwila objawi się Izraelowi. Wyjaśniał wszystkim zdezorientowanym, że on sam nie jest Mesjaszem, ale tylko poprzedza Go jako sługa przygotowujący drogę Panu, natomiast ten prawdziwy Mesjasz też już jest wśród nich, choć Go jeszcze nie znają.

W atmosferze powszechnego oczekiwania, że Mesjasz przyjdzie i spełni wszystkie pragnienia ludu, wcześniej już pojawiali się tacy, którzy podawali się właśnie za niego. Próbowali pociągnąć za sobą lud, wzniecić nawet powstania przeciwko rzymskim okupantom. Korzystając z treści proroctw, przyjmowali imię Jeszua, pozorowali się w różny sposób na tego oczekiwanego proroka, ale kłamstwo zawsze szybko było ujawniane a oszust — pacyfikowany głównie przez samych kapłanów i faryzeuszy. Faryzeusze uważali, że robią to przede wszystkim w trosce o wiarę Mojżeszową, ale też — o unikanie drastycznych zatargów z Rzymem mogących skutkować dramatycznym pogorszeniem sytuacji Izraelitów, drastycznymi ograniczeniami, walką — która wobec potęgi Rzymu miała nikłe szanse powodzenia. Zapewne trochę przy tym dbali także o własną pozycję społeczną, o swoje przywileje i majątki.

Przykładem może być choćby ten, kogo Ewangelia nazywa Barabaszem, a w rzeczywistości zwący się Jeszua bar Abbas co znaczy „Jezus, Syn Ojca”, co zapewne miało sugerować, że to on jest oczekiwanym Mesjaszem, Synem Bożym. W rezultacie swojej „aktywności” głównie rewolucyjnej, za dokonane zabójstwa Rzymian został przez nich aresztowany, uwięziony w Jeruzalem i oczekiwał na karę śmierci, którą Rzym karał morderców.

Rzuca to nieco inne światło na zachowanie kapłanów i faryzeuszy wobec Jezusa, uważanego przez nich za Nazarejczyka, gdy zaczynał swoje nauczanie i swoją misję w Judei. Jezus mówił o nich w swoich przypowieściach i parabolach, że byli najemnikami, nie prawdziwymi pasterzami, a więc nie mieli motywacji do dbania o ludzi, chronienia ich tak, jak to czyni prawdziwy pasterz, właściciel owiec. Mówił też metaforycznie, że ich fałszywości dowodzi także i to, iż „owce” nie poszły za nimi, bo nie znały ich głosu.

Z drugiej strony można w takich okolicznościach inaczej spojrzeć na bardzo podejrzliwą i zachowawczą postawę kapłanów i faryzeuszy. Dla nich Jezus mógł być po prostu kolejnym takim aktywistą rewolucyjnym aspirującym do przywództwa nad ludem, prowokującym do walki zbrojnej z Cesarstwem Rzymskim i podającym się za Mesjasza, Syna Bożego, choć nie spełniał kryteriów autentyczności podawanych przez Proroków w ich pismach. Nie spełniał, ale — jak wiadomo — tylko pozornie. Poniekąd zresztą do dziś spora część Żydów jest przekonana, że Jezus był takim właśnie wichrzycielem, oszustem i awanturnikiem, który „zwodził lud” podając się za Syna Bożego, i za to „słusznie został ukarany”, a oni… nadal czekają na zapowiadanego przez proroków Mesjasza. I doczekają się, choć być może w zupełnie innych okolicznościach, niż się spodziewają…

Odwieczne proroctwa podawały wiele informacji, które pozwalały zidentyfikować przybywającego Mesjasza, potwierdzić jego wiarygodność. Jednocześnie powszechna znajomość tych informacji i narastające napięcie w coraz bardziej niecierpliwym oczekiwaniu ludu na przyjście zapowiadanego Króla Izraela powodowały, że pojawiali się samozwańczy Mesjasze próbujący podszyć się pod tego zapowiadanego i pociągnąć za sobą ludność do walki z okupantem. Jezus więc też prawdopodobnie został wzięty za kogoś takiego, dlatego potraktowany był przez faryzeuszy i kapłanów jak kolejny prowokator i wichrzyciel. A oni chcieli nie tylko utrzymać swoją dominację, monopol na władzę i ogłaszanie prawd wiary, ale ochronić lud przed samobójczą walką bez szans na pokonanie potęgi i świetnej organizacji ówczesnego Cesarstwa Rzymskiego.


Jezus nigdy jednak nie dawał powodów do takich obaw i oskarżeń. Nigdy przecież nie mówił, że przybył, by objąć władzę i wyzwolić Izrael spod okupacji rzymskiej. Nie to było głównym źródłem niezrozumienia Jezusa. Wobec cudów dokonywanych przez Jezusa, których nikt nigdy wcześniej nie widział, coraz większe znaczenie dla jego oponentów miała obrona swojej własnej pozycji w społeczeństwie i w systemie wiary, opartym na wielowiekowej tradycji, ale też na ludzkich interpretacjach, komentarzach i przeróżnych wymysłach przedstawianych ludziom jako obowiązujące i narzucanych im dla własnej wygody; nadużyciach, które Jezus bezwzględnie, publicznie demaskował i napiętnował. Jezus bronił się przed oskarżeniami o przypisywanie sobie fałszywej tożsamości, dyskutując z faryzeuszami publicznie. Mówił im, że skoro nie wierzą proroctwom, nie chcą przyjąć Jego świadectwa o sobie i Bożej misji, jaką otrzymał do wykonania, to niech przynajmniej sądzą o wiarygodności po czynach, po znakach i cudach, jakich dokonywał, których nie wykonywał nikt przed nim, a które świadczą o Bożym wsparciu. Wykazywał, że ich brak akceptacji świadczy dobitnie jedynie o złej woli, o chęci zachowania za wszelką cenę dotychczasowych przywilejów, stanowisk, bogactwa i pozycji społecznej.

Paweł Antoni Baranowski ODBŁYSKI DIAMENTU

Jezus zapłakał

Jezus miał boską naturę, dlatego zastanawiając się nad jego działaniami, śmiało zawsze możemy przyjmować jako założenie wstępne, że On doskonale wie — co robi, wie też z góry — jaki to da skutek. Jego działania są doskonałe i nie podlegają krytyce ze strony ludzi wierzących w Niego, czyli wierzących, że to On jest Synem Bożym, a jednocześnie Synem Człowieczym, tym z proroctwa proroka Daniela. Że jest Mesjaszem, który był zapowiadany przez proroków i od wieków oczekiwany. Jeśli więc zakładamy Jego nieomylność i wszechwiedzę, to musi to dotyczyć także okoliczności powoływania uczniów, następnie szczególnego wyboru spośród większego ich grona tych dwunastu, którzy stali się apostołami, potem byli z nim aż do końca, przynajmniej do ostatniej wieczerzy paschalnej zakończonej pojmaniem Jezusa, a w końcu stali się uczestnikami zapowiadanego przez Jana Chrzciciela chrztu Duchem Świętym i ogniem w czasie Święta Tygodni, czyli Szawuot, pięćdziesiąt dni po święcie Paschy. Podczas tej ostatniej wspólnej Wieczerzy Paschalnej jeden z nich — Judasz z Kerijot — ostatecznie oddał się złu i odszedł, by swojego Nauczyciela zdradzić, za pieniądze wskazując go prześladowcom. Dzięki niemu mogli go aresztować i doprowadzić do arcykapłana, a następnie do prokuratora Judei — Poncjusza Piłata.


Ewangelia zawiera pewne wzmianki, czy może raczej tylko sugestie, że Jezus jako Rabbi nie zawsze był zadowolony ze swoich uczniów, z ich zachowania, sposobu myślenia, kłótliwości, ale przede wszystkim — z braku zrozumienia tego wszystkiego, co mówił do ogółu zebranych słuchaczy, a nawet często na osobności, tylko do nich. Jezus wiedział o tym, bo — jak pisze Ewangelista Jan — Jezus nie potrzebował żadnego świadectwa o człowieku, gdyż sam wiedział o każdym człowieku wszystko; jakie są jego myśli, pragnienia, uczucia, zalety i błędy. Każdy człowiek był przed nim, tak jak przed Bogiem, „nagi i przeźroczysty” — jak to określa Stary Testament.

Jezus znał ich wszystkich, ale sam ich przecież wybrał, więc i miłował ich takimi, jakimi byli. Wiedział, że wbrew pozorom są dobrym „materiałem” na jego naśladowców, że jego nauka, ich wspólnie przeżyte doświadczenia, wspólne wędrówki z nim, cierpliwe tłumaczenia, a potem oddziaływanie Ducha Prawdy, owego Pocieszyciela wyłonionego z Ojca, którego przyśle do nich, gdy sam już powróci do Królestwa Bożego — uczynią z niektórych z nich świadomych i doskonałych uczniów. Wydaje się, że losy tych dwunastu, wliczając w to też Macieja, który w drodze losowania zastąpił później Judasza, potoczyły się różnie. Chyba nie wszyscy kontynuowali służbę, niektórzy raczej powrócili do swoich wcześniejszych zajęć, do rodzin i domów, do ziemi wcześniej uprawianej. Niektórzy z uczniów byli rozczarowani tym, że nie spełniły się ich oczekiwania, zgodne z wyobrażeniami o Królu Izraela, który przyjdzie z orężem jako wódz i wyzwoli naród spod rzymskiej niewoli. Takimi wyobrażeniami karmiły ich hebrajskie Pisma, utożsamiając owego króla wyzwoliciela z Mesjaszem. To bardzo mocno ciążyło na postrzeganiu przez nich Nauczyciela.

Powracając jednak do Jezusa — szczególnym przykładem tego, o czym piszę, są okoliczności największego chyba i ostatniego wielkiego cudu, czyli znaku, jaki Jezus uczynił przed złożeniem swojej ofiary. Było nim wskrzeszenie Eleazara (po łacinie — Lazarus, w spolszczeniu — Łazarz). Był to ukochany przyjaciel Jezusa, który mieszkał wraz ze swoimi siostrami Marthą i Mariamne w Betanii; położonej niecałe trzy kilometry od Jerozolimy, u podnóża Góry Oliwnej. Jezus często odwiedzał tę rodzinę w drodze do Jerozolimy, jednak w czasie gdy wędrował z uczniami po bezdrożach Perei, nauczając kupców i podróżników nad Jordanem, siostry Eleazara przysłały do niego posłańca z pilnym powiadomieniem, że ich brat nagle ciężko zachorował i jest bliski śmierci. Liczyły na to, że Jezus natychmiast przybędzie i uzdrowi go, tak jak uzdrawiał już wcześniej bardzo wielu chorych i kalekich. Martha i Mariamne słyszały przecież wcześniej o wielu uzdrowieniach. Wiedziały o więzi, jaka łączy ich brata z Jezusem, dlatego uważały za naturalne i uzasadnione zwrócenie się do niego w tej sprawie. Były pewne, że Nauczyciel natychmiast, najszybciej jak to możliwe, przybędzie z ratunkiem.

Jezus jednak, po wcześniejszym ataku na niego faryzeuszy w Jeruzalem z powodu wygłoszonego na dziedzińcu świątyni przemówienia do uczniów i do ludu, za które Judejczycy niemal go ukamienowali, oddalił się i przebywał wraz z uczniami nad Jordanem, (dokąd się „usunął”, a w zasadzie uciekł przed rozjuszonymi prześladowcami). Po tym incydencie nie od razu przybył do Betanii; zjawił się tam dopiero po pewnym czasie, gdy Eleazar już nie żył i cztery dni wcześniej został pochowany.

Jezus oczywiście wiedział to wszystko, panował nad tym i miał w tym swój plan. Plan, aby nie ingerować w przebieg zdarzeń i niejako pozwolić Eleazarowi umrzeć, pozwolić też jego siostrom zaznać cierpienia, żałoby i rozstania, bo przecież i tak już wkrótce doznają tego wszystkiego z powodu męczeńskiej śmierci samego Jezusa. Dopiero wówczas chciał przybyć tam i dokonać publicznie wielkiego znaku: przywrócenia życia martwemu Eleazarowi. Jednak tym razem chciał już działać z pełnym rozgłosem i wieloma świadkami naocznymi, w tym przede wszystkim — w obecności, a nawet ze współudziałem swoich uczniów. Gdy Eleazar od czterech dni już spoczywał w grobie wykutym w skale i zamkniętym wielkim kamieniem; musiało być dla wszystkich świadków jego pogrzebu oraz wszystkich obecnych przy jego grobie niepodważalne i bezsporne, że on rzeczywiście nie żyje. Bezsporne i niepodważalne dla nich jako świadków, a poprzez ich świadectwo, dla wszystkich, którzy o tym od nich usłyszą. A było to zdarzenie tak szokujące i usłyszało o nim tak wielu, że zgotowali Jezusowi iście królewskie i wręcz „boskie” powitanie, gdy wkrótce po tym wjechał do Jeruzalem na grzbiecie osiołka, witany jako król — jak to wcześniej zapowiedzieli prorocy.

Jednak teraz Martha, gdy się dowiedziała, że Nauczyciel wraz z grupką uczniów zbliża się do miasteczka, wybiegła mu na spotkanie z płaczem, ale też z żalem w sercu, ze skrywanymi pretensjami o Jezusowe spóźnienie. Powiedziała: „Panie; gdybyś tu był — mój brat by nie umarł!”, wskazując na swoje ogromne rozczarowanie tym, że Jezus nie przybył natychmiast po otrzymaniu wiadomości i nie zapobiegł tej śmierci. Nieco odwracając szyk tej wypowiedzi,  a zachowując sens — można to zrozumieć, jako: Mój brat umarł dlatego, że nie przybyłeś na nasze wezwanie. W rozmowie z Jezusem Martha zarzekała się, że wierzy, iż Jezus jest Synem Bożym i Mesjaszem, ale w istocie — chyba jednak nie wierzyła w to tak do końca, ponieważ nigdy nie widziała wskrzeszenia zmarłego; było to absolutnie niewyobrażalne nie tylko dla niej. Podobnie po chwili i druga siostra Eleazara Mariamne, przyprowadzona do Pana przez Marthę, z wielkim płaczem powtarzała to samo co siostra: „Panie; gdybyś tu był, mój brat by nie umarł”.

Było tam — jako że trwała żałoba po śmierci Eleazara (a żydowska żałoba obejmowała siedem kolejnych dni) — wielu członków ich rodziny, przyjaciół Eleazara, przybyli też z Jerozolimy dzięki niewielkiej odległości ledwie piętnastu stadiów faryzeusze, saduceusze, znajomi Judejczycy szanujący Eleazara, by wspomóc jego siostry w żałobie. Było więc zebranych tam bardzo wielu ludzi; żałobników i świadków jego pogrzebu.

I tu dochodzimy do momentu, który jest najistotniejszy. Jak zapisał ewangelista Jan, widząc rozpaczające siostry Eleazara, płaczących jego krewnych i płaczących Żydów przybyłych z Jeruzalem — Jezus też nagle zapłakał.

Oczywiście Jan, zapewne jak inni uczniowie i wszyscy tam obecni, zrozumieli to najprościej i najbardziej „po ludzku” — jako wspólny z obecnymi żal Jezusa po śmierci przyjaciela, płacz będący wynikiem współczucia i wzruszenia cierpieniem rodziny po nagłej śmierci brata. Ewangeliści zanotowali więc, że Jezus „wzruszył się w sobie” i „rozrzewnił się”. Tak to też ocenili obecni tam Żydzi, mówiąc: „Popatrzcie, jak bardzo go kochał”. Inni natomiast, podobnie jak Martha i Mariamne, wyrażali zdziwienie graniczące z żalem, ze skrywaną pretensją, rozczarowaniem, mówiąc: „Czy ten, który niewidomemu [od urodzenia] otworzył oczy, nie mógł sprawić, aby Eleazar nie umarł?”.

Warto się jednak głębiej zastanowić nad tym, dlaczego Jezus płakał wtedy tak otwarcie i publicznie, bo wymienione tu powody wydają się nieprawdziwe. Są takie bardzo ludzkie, nie na boską miarę Jezusa realizującego tam Boży plan. Nie uwzględniają Jego zamiaru, wiedzy i przede wszystkim — Jego osoby.

Pomyślmy więc: dlaczego Jezus wtedy płakał?


Jezus już w chwili otrzymania wiadomości o chorobie przyjaciela wiedział, że ona nie zakończy się ostatecznie śmiercią, o czym zresztą zaraz powiadomił swoich uczniów, będąc jeszcze nad Jordanem. Powiedział im, że Eleazar usnął, ale wkrótce pójdą tam i Jezus go zbudzi. Oni jednak dalej nic nie rozumieli, mimo że wcześniej byli już świadkami wskrzeszenia młodzieńca, syna wdowy z miasteczka Nain, wynoszonego już na marach na pogrzeb. Szymon, Jakub i Jan widzieli także wskrzeszenie zmarłej córki Jaira, przełożonego synagogi w Kafarnaum, i nie tylko widzieli, ale byli przy tym — towarzysząc Jezusowi i rodzicom dziewczynki, lecz Jezus nakazał im wówczas milczeć i nie rozpowiadać o tym komukolwiek, nawet pozostałym uczniom. Uważali zgodnie z panującym wtedy ogólnym przekonaniem, że jeśli chory zasnął — to znak, że szybko wyzdrowieje. Tym więc razem Jezus powiedział im wprost: „Eleazar umarł, lecz zmartwychwstanie, abyście wszyscy uwierzyli, że Ja Jestem!”.

Jezus wiedział, że oto właśnie tu i teraz zrealizuje plan wielkiego znaku, który przekona bardzo wielu i tym razem nie będzie już utajniony. Wiedział, że jest wolą Jego Ojca, by Eleazar został przywrócony do żywych na oczach bardzo wielu świadków, że taka jest wola Ojca, którą on ma wykonać. Jezus powiedział wówczas do rozpaczających sióstr: „To ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto wierzy we mnie, choćby i umarł — żyć będzie”. Chciał, by dla nikogo z obecnych nie ulegało wątpliwości, że Eleazar rzeczywiście zmarł, pochowano go a po czterech dniach, na jego modlitwę i wezwanie — rzeczywiście powrócił do życia. Dlaczego więc miałby płakać i rozpaczać nad nim wraz z tymi, którzy w jego powrót do życia, mimo okazywania pozorów wiary — nie wierzyli?

Być może nawet celowo wydarzenie to miało taką szczególną oprawę, by było bardziej uderzające dla naocznych świadków, w szczególności, dla obecnych tam uczniów, i by łatwiej dotarło do świadomości, wyobraźni i do serc świadków. Najpierw wspólny żałobny pochód do miejsca pochówków poza murami miasta, podejście do tego konkretnego grobu, który siostry wskazały Jezusowi, odsuwanie z wysiłkiem wielkiego kamienia przez kilku mężczyzn, by otworzyć wejście, modlitwa Jezusa słyszana przez wszystkich tam obecnych, bardzo głośne wezwanie skierowane do Eleazara, aby powstał i wyszedł z grobu, postać zmarłego — żydowskim zwyczajem obwiązanego chustami i opaskami — pojawiająca się nagle w wejściu, powoli i niezdarnie z powodu skrępowania całunami wychodząca na zewnątrz… Musiało to wywoływać kolosalne wrażenie, bo rzeczywiście było to i jest do dziś absolutnie szokujące.

Jezus, płacząc tam wcześniej, przed tym wszystkim, co miało się stać w obecności zebranych, nie żałował Eleazara, bo wiedział przecież, że nie ma do tego żadnego powodu. Wiedział, że za chwilę powróci on do żywych i pokaże się wszystkim, wróci do swoich sióstr… Dlaczego więc miałby nad nim płakać?

Jeśli więc płakał nie z tego powodu, to postawione pytanie nadal pozostaje bez odpowiedzi.

Jezus wiedział, że czyniąc to wszystko, rzuca ostateczne wyzwanie obecnym tam faryzeuszom, a zwłaszcza saduceuszom z Jerozolimy, dla których zaprzeczanie możliwości zmartwychwstania było sensem ich życia i podstawą ich wiary, ich osobowości, religijności. Więc gdy sami ujrzą jego czyn, w ich przeświadczeniu niemożliwy, a jednak rzeczywisty, czyn burzący cały ich świat przekonań, natychmiast powrócą do Jerozolimy, zwołają Sanhedryn i postanowią ostatecznie zabić Jezusa, a nawet zabić również Eleazara, aby usunąć dowód boskości Jezusa drażniący faryzeuszy, a jednocześnie dowód zmartwychwstania zaprzeczający dogmatom saduceuszy.

Tuż przed udaniem się do grobu Eleazara Jezus wiedział, że jest to chwila decyzji już nieodwracalnej, której skutki prowadzą wprost do jego cierpienia i ukrzyżowania i śmierci. Że to dla Sanhedrynu będzie ta kropla, która przepełni czarę, wymusi na nich drastyczną reakcję. Ale widział też, że wbrew pozorom jest z tym w ludzkim wymiarze całkiem sam; nierozumiany przez nikogo, nie tylko uczniów, ale i przez najbliższych.

Nie winił apostołów za to, że nie rozumieją, podświadomie zamykają się na przerażającą ich przyszłość, że są zarozumiali, kłótliwi, proszą o zaszczyty, jakie błędnie sobie wyobrażają, bo kompletnie nie rozumieją tego, w czym biorą udział. Nie doceniają też niesłychanego wyróżnienia, które jest teraz ich udziałem, nie pojmują sensu misji Jezusa ani swojej roli. Traktują Boga, a więc i Jego Syna — jak jakiegoś dobrego skrzata domowego, który ma ich chronić, pomagać, uzdrawiać, strzec od zła i pokus w zamian za pokłony, pochlebstwa i pochwały, (jak Martha i Mariamne mówiące ze skrywanym wyrzutem, że wierzą w niego, lecz przyszedł za późno). A taka postawa jest przecież jednoznacznie pogańska, bałwochwalcza.

Ta chwila przed wskrzeszeniem Eleazara po prostu oznaczała jego własne nieuchronne cierpienie, jego własną ofiarną śmierć, jego rozstanie z tymi, których umiłował, a nikt z obecnych tam nie był w stanie tego zrozumieć; raczej rozpaczali nad śmiercią brata, choć obiektywnie nie mieli do tego powodu, mając przy sobie Jezusa. To musiało być dla Jezusa bardzo trudne; to poczucie kompletnego osamotnienia i niezrozumienia przed uczynieniem z samego siebie ofiary za nich, analogicznej do ofiary baranka paschalnego.

Jezus zapłakał przez niewiarę i niezrozumienie — widziane u tych, których umiłował i na których tak liczył. Jezus płakał nad swoim przerażającym osamotnieniem i niezrozumieniem u ludzi, tak skrajnie nieprzystającym do wielkości jego ofiary, jaka wkrótce zostanie — dla nich i za nich — złożona. Wiedział, że jego śmierć i odejście przyspieszą pełne zrozumienie u wielu uczniów. Że jego ofiara jest niezbędna, nie ma alternatywy, żadnego innego sposobu, ale ma wielką przyszłość. Jest zaczątkiem czegoś, co będzie trwać wiecznie. Dlatego szybko opanował swoje uczucia, by zrealizować rozpoczęte dzieło Ojca.

Jezus zaproponował im oddanie za nich, z miłością i pokorą, wszystkiego, co miał, a oni nawet tego wówczas nie dostrzegali. Można powiedzieć, że było to już początkiem jego udręczenia; to dramatyczne osamotnienie w chwili podejmowania przełomowej decyzji stanowiło już początek Jego ofiary z samego siebie; ofiary, która w tym właśnie momencie nieodwołalnie rozpoczęła swój bieg, niczym kula staczająca się po równi pochyłej, nabierająca rozpędu i niemożliwa już do zatrzymania.

Ciekawe jednak jest i dość dziwne, że żaden z Ewangelistów nie przedstawił tego w ten sposób. Można to traktować jedynie jak dowód ich własnego niezrozumienia. W szczególności dotyczy to Jana [Johanana] i Mateusza [Lewiego], którzy byli bezpośrednio uczniami Jezusa.

Oczywiście nic nie wiemy o oryginale Ewangelii pisanej w języku aramejskim (a może hebrajskim?); znamy tylko późniejsze tłumaczenia greckie tego oryginału, a potem łacińskie tłumaczenia ze źródeł greckich, które same już mogą być rodzajem interpretacji, parafrazy, nie oddawać z różnych powodów rzeczywistych intencji autora i myśli oryginału, zakotwiczonego w judaizmie. Co ciekawe, także nikt z późniejszych translatorów nie zrozumiał tego w sposób, jaki tu został zaprezentowany. Jan napisał po prostu: „… I Jezus zapłakał” — umieszczając to jedynie w kontekście wzruszenia i rozrzewnienia Jezusa okolicznościami; płaczem sióstr Eleazara i płaczącymi wraz z nimi Żydami.

Ciekawe, że nawet współczesny polski pisarz i poeta Roman Brandstaetter, polski Żyd, który w swoich przemianach i doświadczeniach doszedł od judaizmu, w jakim został wychowany, do wiary chrześcijańskiej i do Jezusa, w swoim obszernym, czterotomowym dziele „Jezus z Nazaretu” opartym na Ewangelii, nie wyszedł w tej sprawie ani na jotę poza to jedno zdanie Jana: „… I Jezus zapłakał”.

Paweł Antoni Baranowski ODBŁYSKI DIAMENTU

Miłość prawdziwa

Nasza cywilizacja europejska budowana jest na podstawie wielu błędnych założeń — nazwę je mitami, usilnie promowanymi przez różnych „wyrobników zła”. Jednym z tych mitów jest pogląd podawany za coś oczywistego, że istnieją dwa, a nawet czasem wyróżnia się trzy rodzaje miłości; miłość dziecięca –„za nic”, naiwna, niedojrzała i szczera oraz miłość dorosła, dojrzała, czyli ta „prawdziwa miłość” za coś. Wspomniany trzeci rodzaj, to tak zwana „miłość z powodu”.

Tak jak istnieją i działają całe watahy kłamców lub idiotów — starających się rozpowszechniać całkiem poważnie na przykład pogląd, że Ziemia jest płaska albo że ludzie żyją wewnątrz Ziemi, a nie na jej powierzchni — tak i ten mit ma swoich zagorzałych propagatorów wśród różnej maści psychologów, pedagogów i mniej lub bardziej samozwańczych mentorów, będących w rzeczywistości po prostu zwyczajnymi mętami, oszustami lub bardzo niebezpiecznymi ideologami. Oczywiście można by było dopatrywać się w nich zwyczajnych „wyrobników zła”, jacy działają na każdym polu i w każdej dziedzinie na tej Ziemi, będącej przecież w istocie teatrem wojennym starcia dobra ze złem. Dokładniej — walki zła z dobrem. Mają oni swoją istotną, choć negatywną rolę społeczną. Chodzi o realizację procesu dostosowania standardów do realiów po to, by zamaskować drastyczne rozchodzenie się tejże rzeczywistości i jej standardów (wzorców odniesienia). Mówiąc prościej: gdy coraz powszechniejsze staje się niespełnianie wymagań standardu, zamiast walczyć o ten standard, wymagać, żądać, dyscyplinować, karać, pomagać, uświadamiać, zachęcać, motywować i tak dalej — obniża się wymogi standardu niejako pod naporem jego niespełniania. W języku kolokwialnym określamy to jako równanie w dół. Nie może tak być, by zbyt wielu ludzi nie spełniało podstawowych wymogów, a jeśli tak jest — to widocznie wymogi są złe, przesadne: taka obowiązuje logika myślenia o tym. Dobrym przykładem byłaby tu sytuacja duchownych w Kościele Katolickim. Inny doskonały przykład na taką tendencję to rozpatrywane długookresowo i całościowo szkolnictwo (edukacja). To oczywiście szkodliwa działalność prowadząca wprost do stopniowego upadku, ale chwilowo maskuje ona rzeczywistą złą tendencję, a o to właśnie chodzi propagandystom. W myśl tej zasady, jeśli coraz więcej ludzi na przykład kradnie, to trzeba zmienić definicje i prawo tak, aby niektórych przywłaszczeń nie uważano za kradzież, by można było w ogóle nie karać niektórych sprawców kradzieży (to przykład ogólny mający zilustrować opisywaną zasadę, choć takie zasady już w niektórych państwach Europy Zachodniej obowiązują w zastosowaniu na przykład do nielegalnych imigrantów). Obniżanie standardów odbywa się cyklicznie i nie ma końca, napędzając dalszy upadek. Czy usilne nazywanie ewidentnych zamachów terrorystycznych „incydentami” nie jest przykładem stosowania takiej metody manipulacji socjologicznej? Czy namawianie kobiet do tolerowania „naturalnego wyższego poziomu agresji” u śniadych, barbarzyńskich przybyszów zamiast kategorycznej walki z plagą gwałtów i agresji, (choćby poprzez zaostrzenie prawa i nieuchronność dotkliwej kary) — nie jest dowodem na wspomnianą manipulację standardami? Albo całkowita rezygnacja w sklepach ze ścigania kradzieży towarów o wartości poniżej pewnej ustalonej przez prawo kwoty. Oczywiście wcale nie twierdzę, że wspomniane manipulacje socjologiczne o podłożu ideologicznym są szczególną domeną jedynie jakiejś określonej grupy społecznej.

Wracając jednak do ważniejszego tematu — miłości… Całe tabuny i watahy „psychologów” i „pedagogów” przekonują ludzi, że wypaczenie jest sukcesem a sukces — niedojrzałością. Po co to robią?

Za co?… (za ile…?)

Jak pisałem powyżej, być może mają oni za zadanie obniżyć wymogi, standardy, by zapobiec narastaniu napięcia wywoływanego tym, że zbyt wielu ludzi nie potrafi już sprostać wymaganiom, wielu też po prostu nie chce tego robić, dlatego że coraz częściej nikt też od nich tego nie wymaga. A może zwyczajnie i beznamiętnie służą złu, kłamstwu, bez żadnych motywacji społecznych lub ideologicznych?

Jedno jest pewne: służą złu.

W bardzo wielu źródłach można dziś znaleźć wywody mniej lub bardziej upozorowane na naukowość, mówiące, że miłość dziecka jest niedoskonała, dziecinna, naiwna. Dziecko kocha w sposób szczery miłością czystą „za nic”, to znaczy nie potrzebuje żadnego uzasadnienia swojej miłości, a tym bardziej miłości, którą same jest obdarzane, na przykład przez matkę. Dla dziecka miłość to wyłącznie uczucie, odczucie, coś naturalnego i oczywistego, co po prostu istnieje, działa. Dziecko w bardzo dużym stopniu spełnia standardy miłości, jakie ustanowiła miłość Boża — miłość Boga do ludzi. Miłość Boga do ludzi, wyrażana poprzez osobę Jezusa — Boga narodzonego jako człowiek. Również i matka kocha swoje dziecko bez uzasadnienia po prostu dlatego, że ono jest. To przecież więź ponadmaterialna, więź duchowa, obywająca się bez słów i uzasadnień. Dziecko nie jest dla matki obiektem ocen i oczekiwań, dopóki mowa o miłości czysto macierzyńskiej. „Kombinacje” materialne, przychodzą później, na skutek „podpowiedzi” zewnętrznych, zwyczajów, tradycji albo ekonomicznej konieczności. Bo tu wkraczają właśnie owi „wyrobnicy zła” i mówią dziecku: nikt prócz matki nie będzie cię już kochał za nic. Miłość wymaga uzasadnienia, ma zawsze jakiś powód, przyczynę, cel. Na czyjąś miłość musisz zasłużyć, podlega ona zasadom logiki. Musisz dać wystarczający powód innym, aby cię kochali, bo bez tego — nie ma miłości. (Tu ciekawostka: za to nienawiść dziwnie zawsze może być bez powodu i za nic; tu nie ma ograniczeń! To najlepszy ślad rodowodu tych zasad). Można — kontynuują „robotnicy zła” — kogoś kochać lub być kochanym za to, że spełnia on nasze potrzeby; coś nam daje, w czymś nam pomaga, jest z tego jakiś zysk; choćby pomoc w rozwoju, awansie, karierze, utrzymaniu założonego poziomu materialnego. Można też kogoś kochać lub być kochanym z jakiegoś powodu; na przykład dlatego, że jesteś piękny, przystojny, mądry, bogaty, silny, zaradny, sprytny, przedsiębiorczy, seksowny (sprawny seksualnie). Bo jeśli taki nie jest ani niczego nam nie zapewnia — to za co mielibyśmy go kochać?! Nawet Boga w ich mniemaniu kocha się za coś, na przykład za to, że nas zbawia, że nas chroni od wojny, głodu, epidemii; ogólnie — służy nam i pomaga, ale jeśli Bóg „dopuści” do jakiejś tragedii, katastrofy, epidemii, wojny — wtedy przestaniemy Go kochać, no bo za co? Nawet Bóg (Jezus), jak jakiś dobry skrzat domowy, ma być użyteczny albo dawać nam jakieś inne powody, by Go kochać. Musi zasłużyć!

Niestety absurdalność takiego sposobu myślenia wcale nie jest taka oczywista dla wielu; ludzie nabierają się na tę demagogię. Mit i nawyk takiego myślenia mają swoją ogromną moc.

Dziecko od początku swojego istnienia jako samodzielna jaźń jest takim oszustwem odciągane od prawdziwej miłości, oduczane tego, co jest jego doskonałością, na rzecz owej bzdurnej ideologii, absurdalnego mitu o „miłości za coś” — i może właśnie dlatego na świecie tak niewielu jest ludzi szczęśliwych, niewiele jest dobra i miłości, a za to tak wiele jest różnych odmian prostytucji, tragedii, rozczarowań, dramatów. Niewielu jest szczęśliwych, bo swoją miłość za coś opierają na kruchych, nietrwałych podstawach, tak jak nietrwałe zawsze jest owo „coś”, za co kochają; pieniądze raz są, a raz ich brak, można je stracić w ciągu sekundy. Podobnie kariera może w każdej chwili nagle się załamać, bo jest uwarunkowana przez bardzo wiele okoliczności wynikających z chwilowej sytuacji, na którą nie ma się kontroli. Uroda, zdrowie, siła — z natury szybko przemijają; sprawność seksualna też ma swoje przypływy i odpływy, ma też swój nieuchronny, naturalny kres, albo z kolei niespodziewanie poszukuje bardziej atrakcyjnego obiektu pożądania, a to oznacza koniec miłości, żal, łzy, gniew, rozczarowanie, bo miejsce tego, kto ma zasłużyć — nagle zmienia się na przeciwne.

Wydaje się oczywiste, że stawiani jesteśmy na pozycji nieuchronnej przegranej, gdy słyszymy taki warunek miłości, bo przecież żadnego warunku nie jesteśmy w stanie nieustannie spełniać; żadnego — gdyż to po części tylko od nas zależy, a w dużej mierze zależy od przypadku i od innych ludzi. To piekło żyć pod taką presją, z takim mieczem nad głową w postaci wymagania, oczekiwania osoby bliskiej, od którego spełnienia zależy nasze jutro, zależy miłość, zależy wszystko. W każdym takim związku, każdej próbie zaangażowania uczuciowego od jej zarania jest wówczas zalążek klęski, dramatu, rozstania, bo żadnego warunku nie da się spełnić na zawsze, długookresowo, tym bardziej — gdy mamy na to jedynie częściowy wpływ. Miłość pod warunkiem jest więc — z zasady — chwilowa, a my oczekujemy zazwyczaj miłości trwałej, co uzewnętrznia się w samej instytucji małżeństwa i w tak zwanym przyrzeczeniu małżeńskim, popularnie zwanym „przysięgą”. Jest tu także niejako zaprogramowane odstąpienie od nienaruszalności sakramentu, jakim jest małżeństwo sakramentalne (czyli tak zwany „ślub kościelny”), które — jak każdy sakrament — jest święte i nienaruszalne, a przecież w polskim obyczaju jest jeszcze dość powszechne. Naruszenie sakramentu małżeństwa jest poważnym błędem religijnym i moralnym, czyli tak zwanym grzechem. Próby „oszukania Boga” podważaniem świętości własnego małżeństwa mogą się udawać w praktyce, jak inne działania podyktowane złem, ale spotkają się one ostatecznie z potępieniem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 25.2
drukowana A5
za 64.28