Wstęp
Pewnego dnia pomyślałam, że dobrze byłoby porozmawiać
z moją prababką.
Nie o wielkiej historii.
Nie o królach, wojnach i polityce.
O zwyczajnym życiu.
O tym, jak wyglądała dawna gmina Płonne.
Jak żyli ludzie.
Co jedli.
Jak pracowali.
W co wierzyli.
O czym marzyli.
Oczywiście taka rozmowa nie jest możliwa.
Między nami leży ponad sto lat historii.
A jednak postanowiłam spróbować.
Wyobraziłam sobie, że moja prababka
Franciszka Mroczkowska wraca
do rodzinnych stron i patrzy
na współczesny świat oczami człowieka
urodzonego w XIX wieku.
Co by ją zachwyciło?
Co zdziwiło?
Co rozbawiło?
A czego nigdy nie potrafiłaby zrozumieć?
Tak narodziła się ta książka.
Nie jest to podręcznik historii.
Nie jest to również naukowe opracowanie
dziejów gminy Płonne.
To raczej opowieść.
Spotkanie dwóch światów.
Świata naszych przodków i świata ich prawnuków.
Podczas tej niezwykłej podróży będziemy zaglądać
do domów, szkół, kościołów i gospodarstw.
Przyjrzymy się codziennej pracy, świętom, rodzinom,
marzeniom i troskom mieszkańców dawnej gminy Płonne.
Zobaczymy, co przez sto lat zmieniło się najbardziej.
I co pozostało niemal takie samo.
Bo choć świat wokół nas zmienia się nieustannie,
człowiek zmienia się znacznie wolniej.
Nadal kocha.
Nadal się boi.
Nadal marzy o szczęściu.
Nadal potrzebuje bliskich ludzi i miejsca,
które może nazwać swoim domem.
Zapraszam więc do wspólnej podróży.
Usiądźmy na chwilę obok Franciszki Mroczkowskiej.
Posłuchajmy, co mogłaby powiedzieć,
gdyby po stu latach wróciła do dawnej gminy Płonne.
Być może dzięki niej lepiej zrozumiemy
nie tylko naszych przodków.
Być może lepiej zrozumiemy również samych siebie.
Kościoły
Kiedy zamknęłam oczy po raz ostatni,
byłam przekonana, że świat pozostanie taki,
jaki go zostawiłam.
Pomyliłam się.
Po wielu latach wróciłam do dawnych kościołów
w Płonnem, Radominie i Dulsku.
Mury stały nadal.
Wieże wciąż wskazywały drogę podróżnym.
Dzwony nadal wzywały ludzi na modlitwę.
A jednak wiele się zmieniło.
Najbardziej zdziwił mnie ksiądz.
Za moich czasów stał przy ołtarzu tyłem
do wiernych i modlił się po łacinie.
Większość ludzi nie rozumiała słów, ale znała ich znaczenie.
Dziś kapłan stoi twarzą do ludzi i mówi po polsku.
Słuchałam z zaciekawieniem.
Pomyślałam nawet, że łatwiej się modlić,
gdy rozumie się każde słowo.
Rozejrzałam się po kościele.
Prawie nie było kobiet w chustkach.
Zmienili się także mężczyźni.
Nie było surdutów, wysokich butów
ani sztywnych kołnierzyków.
Niektórzy przyszli nawet w sportowym obuwiu.
Przyznam, że trochę mnie to rozbawiło.
Kiedyś człowiek miał jedno ubranie do pracy
i jedno do kościoła.
Dziś ma szafę pełną rzeczy, a mimo to
często powtarza, że nie ma się w co ubrać.
Zmienili się również wierni.
Dawniej niemal każda ławka była zajęta.
Przychodziły całe rodziny — dziadkowie, rodzice,
dzieci, a nawet niemowlęta.
Dziś ludzi jest mniej.
Ucieszyło mnie jednak, że wielu modli się
z takim samym skupieniem jak dawniej.
Bo wiary, podobnie jak miłości, nie mierzy się liczbą obecnych.
Najbardziej wzruszył mnie cmentarz.
Przybyło nagrobków, nazwisk i pokoleń.
Niektórych już nie znałam.
Ale oni znali mnie.
Moje wnuki i prawnuki pamiętały, gdzie leżę.
Zapalały znicze.
Przynosiły kwiaty.
Przystawały na chwilę.
Wtedy zrozumiałam coś ważnego.
Zmieniły się stroje, język modlitwy i cały świat.
Ale ludzie nadal przychodzą tu z tymi samymi sprawami.
Proszą o zdrowie dla dzieci.
Martwią się o bliskich.
Płaczą po tych, których stracili.
Dziękują za narodziny wnuków.
Modlą się o spokojną przyszłość.
I chyba właśnie dlatego te kościoły nadal stoją.
Nie dlatego, że są stare czy piękne.
Lecz dlatego, że kolejne pokolenia wciąż przynoszą
do nich swoje troski, marzenia i nadzieje.
A nadzieja, jak się okazuje,
starzeje się znacznie wolniej niż ludzie.
Drogi i domy
Kiedy wróciłam do dawnej gminy Płonne,
najpierw spojrzałam pod nogi.
Bo od dróg zawsze zaczynało się życie.
Za moich czasów wyglądały inaczej.
Latem kurz wzbijał się za każdym wozem tak wysoko,
że przez chwilę nie było widać świata.
Jesienią i wiosną błoto zatrzymywało furmanki.
Zimą ludzie sami wydeptywali przejścia w śniegu.
Do Radomina, Dulska czy Płonnego chodziło się pieszo.
Nikt nie uważał tego za nieszczęście.
Po prostu tak wyglądało życie.
Dziś widzę asfalt, chodniki, samochody i znaki drogowe.
Ludzie narzekają na dziury w jezdni,
a ja przypominam sobie drogi, na których po deszczu
można było zgubić nie tylko but, ale i cierpliwość.
Kiedyś wyjazd do miasta był wydarzeniem.
Przygotowywano się do niego wcześniej,
a po powrocie długo opowiadano sąsiadom,
co udało się zobaczyć i załatwić.
Dziś ludzie jadą po bułki, wracają do domu,
a za godzinę znowu ruszają po zakupy.
Świat bardzo się skurczył.
Potem zaczęłam przyglądać się domom.
Tam, gdzie stały drewniane chaty kryte słomą,
wyrastają dziś murowane budynki z kolorowymi dachami,
dużymi oknami i panelami słonecznymi.
W moich czasach dom był niewielki.
Czasem jedna izba.
Czasem dwie.
W jednym pomieszczeniu spało pół rodziny.
Piec ogrzewał wszystkich.
Przy nim suszono buty, spały dzieci i opowiadano historie.
To wokół niego toczyło się życie.
Dziś domy są większe.
Mają łazienki, centralne ogrzewanie, ciepłą wodę
i okna szczelniejsze niż drzwi do skarbca.
Patrzę na to z podziwem i lekkim uśmiechem.
Bo kiedyś człowiek marzył o własnej studni.
Dziś narzeka, że internet działa za wolno.
Jednak nie wszystko się zmieniło.
Wciąż są domy otoczone kwiatami.
Wciąż są gospodarze dumni ze swojego obejścia.
Wciąż są kuchnie pachnące niedzielnym rosołem.
Wciąż są ludzie wracający na święta do rodzinnych stron.
I wtedy widzę, że pod nowym dachem mieszka
ten sam człowiek.
Tak samo kocha swoje dzieci.
Tak samo martwi się o przyszłość.
Tak samo marzy o spokojnym życiu i własnym kącie na ziemi.
Zmieniły się drogi, domy i codzienne wygody.
Nie zmieniło się jednak to, dokąd prowadzą wszystkie drogi.
Do domu.
A dom, niezależnie od epoki,
pozostaje najważniejszym miejscem na świecie.
Dwory
Dawniej dwór był czymś równie oczywistym
jak kościół, szkoła czy młyn.
Stał zwykle na uboczu, otoczony starymi drzewami,
do których prowadziła długa aleja.
Dla jednych był miejscem pracy.
Dla innych symbolem bogactwa.
Dla jeszcze innych światem,
do którego nigdy nie zaglądali.
W dawnej gminie Płonne dwory były częścią krajobrazu
tak samo jak pola, łąki i przydrożne kapliczki.
We dworze mieszkali właściciele majątków.
W czworakach robotnicy.
Każdy znał swoje miejsce.
Nie twierdzę, że był to świat sprawiedliwy.
Bogaci mieli łatwiej, biedni pracowali ciężej.
Ale większość ludzi nie zastanawiała się nad tym.
Trzeba było nakarmić dzieci, wydoić krowę,
oporządzić zwierzęta i zdążyć zebrać ziemniaki.
Na wielkie rozważania brakowało czasu.
Po wielu latach wróciłam w rodzinne strony
i zaczęłam szukać dawnych dworów.
Niektóre jeszcze stoją.
Zmęczone i przygarbione, jak staruszkowie
wspominający swoją młodość.
Inne zniknęły bez śladu.
Pozostały po nich fotografie, fundamenty
albo wspomnienia najstarszych mieszkańców.
Spacerowałam po dawnych parkach.
Patrzyłam na wiekowe lipy i dęby.
One pamiętają więcej niż ludzie.
Widziały właścicieli i służbę, wesela i wojny, biedę i dostatek.
Dziś spokojnie szumią nad głowami kolejnych pokoleń.
Najbardziej zdziwiło mnie jednak coś innego.
Dawniej dwór wydawał się wielki i ważny.
Był centrum świata dla wielu rodzin.
Dziś wielu mieszkańców nawet nie wie,
kto kiedyś w nim mieszkał.
Nazwiska właścicieli zatarł czas.
Pozostały budynki, drzewa i nieliczne opowieści.
To przypomniało mi prostą prawdę.
Nikt nie zabiera ze sobą majątku.
Nie zabiera ziemi, dworu, złotych klamek ani mebli.
Pozostawia tylko wspomnienie.
Dobre albo złe.
I może właśnie dlatego warto pamiętać
nie tylko o samych dworach, ale o ludziach,
którzy w nich mieszkali.
O bogatych i biednych.
O właścicielach i robotnikach.
Bo każdy pozostawił po sobie jakiś ślad.
Mury można odbudować.
Drzewa mogą odrosnąć.
Pamięć znacznie trudniej.
A gdy zniknie pamięć, nawet najpiękniejszy dwór
staje się tylko starym budynkiem ukrytym pośród drzew.
Wojny
Kiedy słyszę, jak młodzi ludzie mówią o wojnie,
mam ochotę usiąść obok i opowiedzieć im,
czym naprawdę jest.
Nie z książki.
Nie z filmu.
Z życia.
Za mojego życia przez ziemię dobrzyńską przeszły wojny,
które zmieniły losy całych rodzin.
Na pomnikach zapisano nazwiska poległych.
W kronikach daty bitew.
Ale wojna wygląda zupełnie inaczej, gdy zagląda
do własnego domu.
Wtedy nie jest historią.
Jest strachem.
Płaczem matki.
Pustym miejscem przy stole.
Listem, który nie nadszedł.
Wiadomością, której człowiek boi się usłyszeć.
Dziś patrzę na dawną gminę Płonne i widzę spokojne pola,
dzieci jadące rowerami, ludzi spacerujących
po wsiach, samochody, sklepy i szkoły.
I myślę, że wielu nie wie, jakie to szczęście.
Bo za moich czasów tymi maszerowali żołnierze.
Przejeżdżały wojskowe wozy.
W tych samych domach ludzie nasłuchiwali
wiadomości i zastanawiali się, co przyniesie jutro.
Wojna nie pyta nikogo o zdanie.
Przychodzi i zabiera to, co chce.
Czasem syna.
Czasem ojca.
Czasem dom.
A czasem całe życie, choć człowiek nadal oddycha.
Ludzie odwiedzają cmentarze i miejsca pamięci.
Zapalają znicze.
Składają kwiaty.
To dobrze.
Ale najważniejsza lekcja wojny znajduje się gdzie indziej.
W zwyczajnym dniu bez strachu.
W spokojnym śnie.
W możliwości wysłania dziecka do szkoły.
W tym, że człowiek może planować przyszłość.
Dopóki trwa pokój, wydaje się czymś oczywistym.
Dopiero gdy go zabraknie, ludzie rozumieją jego wartość.
Patrzę dziś na dawną gminę Płonne
i widzę nowe domy, nowe drogi i nowe pokolenia.
Ale jedno marzenie pozostało takie samo jak sto lat temu.
Każda matka chce, aby jej dzieci żyły spokojnie.
Każdy ojciec chce wrócić wieczorem do domu.
Każdy człowiek chce budować, a nie odbudowywać.
I chyba dlatego, mimo wszystkich różnic między
dawnym a współczesnym światem, ludzie są do siebie
bardziej podobni, niż im się wydaje.
Bo pokój nigdy nie wyszedł z mody.
I oby nigdy nie musiał przypominać o swojej wartości
w taki sposób, w jaki przypomina wojna.
Choroby
Kiedy słyszę, jak ludzie narzekają na kolejki
do lekarza, uśmiecham się pod nosem.
Nie dlatego, że nie mają racji.
Po prostu pamiętam czasy, gdy lekarza często nie było wcale.
W mojej młodości choroba budziła prawdziwy lęk.
Nie dlatego, że bardziej bolała.
Dlatego, że znacznie mniej potrafiono jej pomóc.
Gdy dziecko dostawało wysokiej gorączki,
matka nie spała całą noc.
Gdy we wsi pojawiała się epidemia,
strach zaglądał do każdego domu.
Nie było internetu, telewizji ani poradników.
Była modlitwa, doświadczenie starszych kobiet
i nadzieja, że chory doczeka rana.
Pamiętam babki znające zioła lepiej niż niejeden lekarz.
Pamiętam okłady, napary i domowe sposoby
przekazywane z pokolenia na pokolenie.
Niektóre pomagały.
Inne bardziej uspokajały niż leczyły.
Ale ludzie robili wszystko, co mogli.
Dziś patrzę ze zdumieniem.
Są przychodnie, lekarze specjaliści, karetki,
szczepionki i leki, o których moi dziadkowie nawet nie śnili.
Choroby, które kiedyś oznaczały wyrok,
dziś często można skutecznie leczyć.
Wydłużyło się ludzkie życie.
To wielkie zwycięstwo nauki.
Zauważyłam jednak coś ciekawego.
Dawniej ludzie częściej umierali młodo.
Dziś częściej dożywają starości.
A starość przynosi własne choroby i własne zmartwienia.
Kiedyś człowiek bał się, czy dożyje sześćdziesiątki.
Dziś zastanawia się, jak przeżyć osiemdziesiątkę w zdrowiu.
Zmieniły się problemy.
Nie zniknęły.
Najbardziej wzrusza mnie jednak coś,
co pozostało niezmienne.
Przy łóżku chorego nadal siedzi ktoś bliski.
Córka.
Syn.
Żona.
Mąż.
Wnuczka.
Tak było sto lat temu.
Tak jest dziś.
Bo choć medycyna nauczyła się leczyć wiele chorób,
nadal nie wynaleziono lekarstwa lepszego od obecności
drugiego człowieka.
Patrzę na współczesny świat z podziwem.
A kiedy widzę córkę trzymającą za rękę chorą matkę,
wiem, że nie wszystko się zmieniło.
I całe szczęście.
Bo człowiek potrzebuje lekarzy, leków i szpitali.
Ale nawet najlepsza medycyna nie zastąpi obecności
drugiego człowieka.
Tego, który usiądzie obok, weźmie za rękę i cicho powie:
— Nie martw się. Jestem przy tobie.
Pobożność i wiara
Wiara była obecna niemal wszędzie.
W domu wisiał krzyż i obraz Matki Bożej.
Przed pracą czyniono znak krzyża.
Przed jedzeniem odmawiano modlitwę.
A gdy nadciągała burza, niejedna gospodyni spoglądała
w niebo i szeptała słowa znane od matki i babki.
Kościół był ważną częścią życia mieszkańców gminy Płonne.
Nie tylko miejscem modlitwy.
Tam spotykali się ludzie, słyszeli wiadomości
i przeżywali najważniejsze chwile życia.
Chrzty.
Śluby.
Pogrzeby.
Człowiek rodził się, żył i odchodził w cieniu kościelnej wieży.
Dziś wiele się zmieniło.
Ludzie są bardziej wykształceni.
Więcej podróżują.
Czytają książki.
Korzystają z internetu.
Mają własne poglądy i częściej zadają pytania.
To nie jest nic złego.
Wiara, która boi się pytań, musi być bardzo słaba.
Najbardziej zdziwiło mnie jednak coś innego.
Za moich czasów ludzie częściej mówili o Bogu.
Dziś częściej mówią o religii.
A przecież nie zawsze jest to samo.
Religia mieszka w kościołach, modlitewnikach i obrzędach.
Wiara mieszka w sercu człowieka.
Można znać wszystkie modlitwy i nie mieć współczucia.
Można też modlić się nieporadnie, własnymi słowami,
a mieć dobre serce.
Przez całe życie spotykałam ludzi bardzo pobożnych.
Niektórzy codziennie byli w kościele.
Inni rzadko przekraczali jego próg.
A jednak czasem ci drudzy potrafili okazać więcej
miłosierdzia niż pierwsi.
Dlatego na starość przestałam oceniać cudzą wiarę.
To nie moja sprawa.
Patrzę dziś na mieszkańców dawnej gminy Płonne
i widzę ludzi bardzo różnych.
Jedni modlą się codziennie.
Inni tylko od święta.
Jeszcze inni szukają własnej drogi.
Ale gdy przychodzi nieszczęście, choroba
albo śmierć, większość z nas zadaje te same pytania.
Po co żyjemy?
Dlaczego cierpimy?
Co jest po drugiej stronie?
Tak było sto lat temu.
Tak jest dzisiaj.
Zmieniły się kościoły, stroje i zwyczaje.
Ale człowiek nadal szuka sensu.
I może właśnie dlatego wiara nie zniknęła.
Bo nie jest tylko tradycją odziedziczoną po przodkach.
Jest nadzieją.
A człowiek bez nadziei potrafi żyć krótko.
Z nadzieją — czasem całe życie.
I chyba dlatego, mimo wszystkich zmian,
nadal widzę ludzi zapalających świeczkę
przy kapliczce, składających ręce do modlitwy
czy proszących Boga o zdrowie dla dziecka.
Bo świat się zmienia.
A ludzkie pragnienie, by wierzyć, że nie jesteśmy
tu przypadkiem, pozostaje takie samo
jak za czasów mojej prababki.
Patriotyzm
Chyba nigdy nie słyszałam słowa „patriotyzm”.
A jeśli nawet słyszałam, to bardzo rzadko.
Nie było nam potrzebne.
Tak jak ryba nie potrzebuje słowa „woda”, żeby wiedzieć,
że w niej żyje.
Nikt nie pytał, czy jest patriotą.
Tak samo jak nikt nie pytał, czy kocha własną matkę.
To było oczywiste.
Pamiętam za to pieśni śpiewane podczas nabożeństw,
uroczystości i rodzinnych spotkań:
„Tylko pod tym krzyżem, tylko pod tym znakiem,
Polska jest Polską, a Polak Polakiem.”
Dla wielu ludzi były czymś więcej niż pieśnią.
Przypominały, kim jesteśmy.
Polski nie było na mapach, a jednak żyła w ludzkich sercach.
Mieszkańcy gminy Płonne mówili po polsku,
modlili się po polsku i śpiewali polskie pieśni,
choć nie zawsze podobało się to tym,
którzy rządzili naszym krajem.
Patriotyzmu uczono przy kuchennym stole.
W rodzinnych opowieściach.
W pieśniach.
W szacunku dla ojczystej mowy.
Dzieci wiedziały, kim są i skąd pochodzą.
Nie dlatego, że ktoś im to nakazywał.
Po prostu tak żyli ich rodzice i dziadkowie.
Potem przyszły wojny.
Wtedy miłość do ojczyzny przestała być czymś oczywistym.
Stała się wyborem.
Niektórzy oddali za Polskę zdrowie.
Niektórzy młodość.
Niektórzy życie.
Ich nazwiska można dziś odnaleźć na pomnikach,
cmentarzach i tablicach pamiątkowych.
Ale wielu bohaterów nie ma własnej tablicy.
Byli zwykłymi ludźmi.
Matkami wychowującymi dzieci mimo wojennej biedy.
Rolnikami dzielącymi się chlebem.
Nauczycielami uczącymi polskiej historii.
Kapłanami podtrzymującymi ludzi na duchu.
Patriotyzm miał wtedy twarz zwyczajnych ludzi.
Dziś żyjemy w wolnym kraju.
Nikt nie zabrania mówić po polsku.
Nikt nie każe wybierać między ojczyzną
a własnym bezpieczeństwem.
I całe szczęście.
Bo największym marzeniem moich przodków
było właśnie to, aby ich wnuki mogły żyć w wolnej Polsce.
Czasem słyszę ludzi spierających się o to,
kto jest większym patriotą.
Uśmiecham się wtedy.
Przez całe życie nauczyłam się jednego.
Ojczyznę najłatwiej kochać wielkimi słowami.
Trudniej codzienną pracą.
Dla mnie patriotyzm zaczyna się od uczciwości.
Od troski o własną miejscowość.
Od szacunku dla sąsiadów.
Od pamięci o tych, którzy byli przed nami.
Polska nie składa się tylko z Warszawy, Krakowa czy Gdańska.
Polska składa się również z takich miejsc
jak Płonne, Radomin, Dulsk, Szafarnia,
Rodzone, Wilczewo, Bocheniec, Łubki, Kamionka,
Piórkowo i Szczutowo.
To tutaj żyli nasi dziadkowie.
To tutaj pracowali.
To tutaj zakładali rodziny.
I tutaj spoczywają.
Dlatego kiedy ktoś pyta mnie, czym jest patriotyzm,
odpowiadam najprościej jak potrafię.
To pamięć.
Wdzięczność.
I troska o miejsce, które nazywamy domem.
Bo człowiek może zwiedzić pół świata.
Ale serce i tak najczęściej wraca tam,
gdzie zaczęła się jego historia.
Edukacja
Dziś trudno to sobie wyobrazić, ale wielu mieszkańców
dawnej gminy Płonne kończyło naukę po kilku klasach.
Nie dlatego, że nie chcieli się uczyć.
Życie miało wobec nich inne plany.
Trzeba było pomagać w gospodarstwie, pilnować
młodszego rodzeństwa i pracować.
Rodzinie bardziej potrzebne były ręce do pracy niż zeszyty.
Książki były skarbem.
Podręczniki przechodziły z dziecka na dziecko.
Czasem jedna książka służyła kilku uczniom.
Najważniejsze było to, żeby w ogóle mieć z czego się uczyć.
Pamiętam ludzi, którzy nie mogli zdobyć wykształcenia.
Byli mądrzy, pracowici i ciekawi świata.
Ale urodzili się w czasach, które nie dawały wszystkim
równych szans.
Dziś patrzę na szkoły i nie mogę się nadziwić.
Jasne sale.
Komputery.
Internet.
Biblioteki pełne książek.
Autobusy dowożące dzieci.
Nauczyciele uczący przedmiotów, o których moi dziadkowie
nigdy nie słyszeli.
Nigdy wcześniej młodzi ludzie nie mieli takich możliwości.
A jednak czasami słyszę:
— Po co mi to?
Wtedy przypominam sobie tych wszystkich mieszkańców
dawnej gminy Płonne, którzy oddaliby wiele,
aby móc siedzieć w szkolnej ławce choć kilka lat dłużej.
Z biegiem czasu zauważyłam jednak coś ważnego.
Wykształcenie i mądrość nie zawsze idą tą samą drogą.
Szkoła może nauczyć czytać, liczyć, języków obcych
i przekazać ogromną wiedzę o świecie.
Ale nie nauczy uczciwości.
Nie nauczy dobroci.
Nie nauczy szacunku dla drugiego człowieka.
Tego człowiek uczy się przede wszystkim w domu
i codziennym życiu.
Znałam ludzi, którzy nie potrafili podpisać się
własnym nazwiskiem.
Na dokumentach stawiali dwa krzyżyki.
A mimo to byli mądrzy.
Potrafili odróżnić dobro od zła.
Wychować dzieci na porządnych ludzi.
Radzić sobie z życiem lepiej
niż niejeden człowiek z dyplomem.
Dlatego z podziwem patrzę na współczesną edukację.
Daje wiedzę, jakiej dawniej nie można było sobie wyobrazić.
Mam jednak nadzieję, że obok komputerów,
egzaminów i świadectw pozostanie miejsce na coś jeszcze.
Na zwykłą ludzką mądrość.
Bo przez sto lat zmieniły się szkoły, podręczniki
i metody nauczania.
Ale jedno pozostało takie samo.
Każde pokolenie chce, aby jego dzieci miały lepszy start
niż ono samo.
I właśnie w tym marzeniu kryje się najpiękniejsza lekcja,
jaką ludzie przekazują sobie od pokoleń.
Wychowanie
Kiedyś nikt nie czytał poradników o wychowaniu.
Nie było psychologów w telewizji, internetowych
ekspertów ani kursów dla rodziców.
Dzieci wychowywała rodzina.
Matka.
Ojciec.
Babcia.
Dziadek.
A czasem cała wieś.
Dzieci miały więcej obowiązków niż dzisiaj.
Pomagały w gospodarstwie.
Pasały gęsi.
Pilnowały młodszego rodzeństwa.
Nosiły wodę.
Zbierały ziemniaki.
Nikt nie uważał tego za krzywdę.
Tak wyglądało życie.
Ale nie idealizuję dawnych czasów.
Bywało surowo.
Czasem nawet za surowo.
Dzieci słyszały, że mają siedzieć cicho,
gdy rozmawiają dorośli.
Nie każdego przytulano.
Nie każdego chwalono.
Miłość częściej okazywano pracą i troską niż słowami.
Dziś wiele się zmieniło.
Rodzice częściej rozmawiają z dziećmi, przytulają je
i pytają o uczucia.
I bardzo dobrze.
Bo dziecko, choć małe, jest człowiekiem jak dorosły.
Ma swoje lęki, marzenia, radości i własną godność.
Patrzę jednak czasem na współczesny świat
i zastanawiam się, czy nie zgubiliśmy czegoś ważnego.
Dawniej dzieci miały mniej praw, ale więcej obowiązków.
Dziś często bywa odwrotnie.
A przecież człowiek najlepiej dojrzewa wtedy,
gdy uczy się odpowiedzialności.
Nie tylko za siebie.
Także za innych.
Przez całe życie obserwowałam dzieci.
I zauważyłam coś, co nie zmieniło się przez sto lat.
Dziecko najbardziej potrzebuje czasu.
Nie drogich prezentów.
Nie modnych ubrań.
Nie najnowszych zabawek.
Potrzebuje kogoś, kto je wysłucha, pobawi się z nim,
przytuli i powie:
— Jestem przy tobie.
Potrzebuje także granic.
Bo dziecko, podobnie jak młode drzewko,
rośnie najlepiej wtedy, gdy ma o co się oprzeć.
Tak było za czasów mojej prababki.
Tak jest dzisiaj.
Zmieniły się domy, szkoły i zabawki.
Ale dzieci pozostały takie same.
Nadal chcą być kochane.
Nadal chcą być zauważone.
Nadal uczą się świata, patrząc na dorosłych.
Bo wychowanie nie zaczyna się od słów.
Zaczyna się od przykładu.
A dzieci od pokoleń znacznie uważniej patrzą na to,
co robimy, niż słuchają tego, co mówimy.
„Głupi” Jaś
W każdej wsi był taki Jaś.
Czasem miał na imię Jaś.
Czasem Franek.
Czasem Staszek.
Imię nie miało większego znaczenia.
Ludzie i tak mówili:
— Ten głupi.
Dzisiaj te słowa brzmią okrutnie.
Ale sto lat temu mało kto zastanawiał się nad ich znaczeniem.
Nie było psychologów.
Nie było pedagogów specjalnych.
Nie było poradni.
Nie było nawet słów opisujących wiele niepełnosprawności.
Był po prostu Jaś.
Inny niż pozostali.
Wolniej się uczył.
Dziwnie mówił.
Nie zawsze rozumiał żarty.
Czasem zachowywał się jak dziecko,
choć był już dorosłym człowiekiem.
Jedni się z niego śmiali.
Inni go unikali.
Ale pamiętam też coś innego.
Wieś zazwyczaj wiedziała, że Jaś jest „swój”.
Ktoś dał mu kromkę chleba.
Ktoś pozwolił wykonać prostą pracę.
Ktoś zaprosił go do stołu podczas rodzinnej uroczystości.
Ktoś dopilnował, żeby zimą nie chodził głodny.
Choć nikt nie nazywał tego integracją.
To była zwykła ludzka przyzwoitość.
Dziś, kiedy wracam do dawnej gminy Płonne,
widzę ogromną zmianę.
Dzieci z niepełnosprawnościami chodzą do szkół.
Mają nauczycieli, terapeutów i opiekunów.
Rodzice nie ukrywają ich przed światem.
Coraz częściej walczą o ich prawa, edukację i godne życie.
I bardzo dobrze.
Bo niepełnosprawność nigdy nie była powodem do wstydu.
To raczej świat przez długie lata nie wiedział,
jak patrzeć na takich ludzi.
Oczywiście nadal nie wszystko jest idealne.
Wciąż zdarzają się drwiny i przykre słowa.
Ale dzisiejsze dzieci uczą się od najmłodszych lat,
że człowiek może być różny.
Jeden biega szybciej.
Drugi wolniej.
Jeden świetnie liczy.
Drugi pięknie śpiewa.
Jeden potrzebuje większego wsparcia.
I to nie czyni go gorszym.
Kiedy myślę o dawnych Jasiach z naszych wsi,
czasem robi mi się smutno.
Ilu z nich mogłoby dziś nauczyć się czytać?
Ilu zdobyłoby zawód?
Ilu znalazłoby przyjaciół?
Ilu usłyszałoby, że nie są głupi, tylko potrzebują
więcej czasu i pomocy?
Tego już się nie dowiemy.
Ale możemy zrobić coś innego.
Możemy pamiętać o nich z życzliwością.
I zadbać, aby współczesny Jaś nie był już „głupim Jasiem”.
Żeby był po prostu Jasiem.
Chłopcem.
Kolegą.
Sąsiadem.
Człowiekiem.
Bo postęp nie polega wyłącznie na nowych drogach,
komputerach i lekarstwach.
Prawdziwy postęp zaczyna się wtedy,
gdy uczymy się dostrzegać człowieka tam,
gdzie dawniej widzieliśmy jedynie jego słabość.
I gdy zamiast pytać, czego komuś brakuje,
zaczynamy dostrzegać to, co potrafi dać innym.
Żona męża korona
Kiedy byłam młoda, często można było usłyszeć powiedzenie:
— Żona męża korona.
Dziewczęta słyszały je od matek i babek.
Jedne wierzyły.
Inne przewracały oczami.
Ale wszystkie wiedziały, że od dobrej gospodyni
zależy bardzo wiele.
W dawnych czasach małżeństwo było bardziej
wspólną pracą niż romantyczną opowieścią.
Mąż orał pole.
Żona prowadziła dom.
Mąż zajmował się końmi.
Żona dziećmi, krowami, kurami, praniem, gotowaniem
i setką innych spraw, których nikt nawet nie liczył.
Wieczorem oboje byli zmęczeni.
I chyba dlatego rzadziej zastanawiali się, czy są szczęśliwi.
Bardziej interesowało ich, czy starczy zboża do nowych żniw.
Nie oznacza to jednak, że nie było miłości.
Była.
Tylko rzadziej mówiła wielkimi słowami.
Częściej objawiała się miską gorącej zupy
po ciężkim dniu pracy.
Naprawionym płotem.
Przyniesionym wiadrem wody.
Obecnością podczas choroby.
Dziś wiele się zmieniło.
Kobiety pracują zawodowo.
Mężczyźni gotują obiady.
Dzielą się obowiązkami.
Wspólnie wychowują dzieci.
I nikogo już to nie dziwi.
To dobrze.
Bo życie jest łatwiejsze, gdy ludzie sobie pomagają.
Jednocześnie coś pozostało niezmienne.
Każdy człowiek chce wracać do domu,
w którym czuje się potrzebny.
Nie do najbogatszego.
Nie do najpiękniejszego.
Do własnego.
Przez całe życie obserwowałam wiele małżeństw.
I doszłam do prostego wniosku.
Koroną męża nie jest żona, która zawsze przytakuje.
Koroną żony nie jest mąż, który zawsze ma rację.
Największym skarbem jest wzajemny szacunek.
Bo uroda przemija.
Pieniądze przychodzą i odchodzą.
Dzieci dorastają i zakładają własne rodziny.
A potem zostają już tylko oni.
Dwoje ludzi siedzących przy jednym stole.
Jeżeli po wielu latach nadal mają sobie coś do powiedzenia,
mogą uważać się za prawdziwych szczęściarzy.
Moja prababka pewnie nadal powiedziałaby:
— Żona męża korona.
A ja po stu latach dodałabym:
— I mąż żonie także.