E-book
6.83
Obyś nie splamił honoru polskiej bandery

Bezpłatny fragment - Obyś nie splamił honoru polskiej bandery


Objętość:
44 str.
ISBN:
978-83-8126-693-2

„Obyś pan nie splamił honoru Polaka i honoru polskiej bandery”
Część I

Rok 1985 — Ivory Coast (Wybrzeże Kości Słoniowej)

m/s Agia Thalassini sygnał wywoławczy 3FMK.

Po niekończących się a i niewątpliwie szaleńczych zmaganiach z Neptunem, wszechwładnym panem mórz i oceanów tego świata, dla zaprawionych w tych bojach zejmanów przychodzi czas na wypoczynek.

A w kwestii wypoczynku to właśnie długość przebywania na lądzie polskiego rybaka dalekomorskiego lub marynarza Polskiej Marynarki Handlowej, prócz nabytego urlopu i dni wolnych, limituje głównie ilość zarobionej podczas rejsu gotówki, za którą przecież trzeba utrzymać rodzinę.

No nie tak koniecznie, zaraz po wykorzystaniu urlopu i dni wolnych trzeba było w kolejny rejs płynąć.

Istniała zawsze jeszcze jakaś możliwość pracy na lądzie, na tak zwanych dejmankach.

A to jakieś wachty zastępcze na pokładzie bądź w maszynowni na statkach stojących w porcie lub też nadzór nad remontem na statkach na stoczni, albo gdzieś w biurach za gońca posłużyć.

Ogólnie nazywało się to „szlifowanie kei”

Inny natomiast komfort życia mieli marynarze, tak zwani wolni strzelcy.

Nie związani stałą umową o pracę z żadnym krajowym armatorem urlopowali tak długo, jak długo rodzina miała środki na swe utrzymanie.

Zaliczałem się do tej drugiej kategorii marynarzy. Niestety, i w tym przypadku, błogi wypoczynek w cieplutkim domowym gniazdeczku z powodu finansów nadspodziewanie szybko dobiegał końca.

Błogi, bo w milutkim rodzinnym gronie, ale o zgrozo, tu na lądzie, wręcz przerażająco błyskawicznie uciekający w zapomnienie.

W przeciwieństwie do statkowego czasu pracy, tu w domku doba trwała zaledwie jedną, jedyną sekundę.

Teraz, gdy laba nieodwołalnie zbliżała się ku końcowi, ze zdziwieniem ale i z bezsilnością zauważałem, że z dnia na dzień stawałem się być dla swych najbliższych coraz bardziej nieprzyjemnym i nieznośnym.

Usprawiedliwiałem się przy tym sam przed sobą, iż rozstanie z nimi, mogę nieco mniej bolesnym uczynić, właśnie tak nieznośnym będąc.

Równocześnie niczym złośliwe raczysko, dręczyła mnie myśl, że zapas domowych pieniędzy powoli lecz nieuchronnie kurczy się.

I nie ma tu zmiłuj się, boć to sprostać musiałem finansowym potrzebom swojej czteroosobowej rodziny, a to bezspornie oznaczało, że już najwyższy był czas, jakiegoś źródła dopływu świeżej gotówki poszukać.

Szukać gotówki na morzach i oceanach świata musiałem, na których to, od lat wielu swój budżet domowy opierałem a które to morskie środowisko drugim domem mi było.

Gdy niepokój ten wzrastał, a małżonka w dość mnie drażniący sposób ten stan zauważała i nienaturalnie reagowała, to zwykłem, niby groźnie, niby z żalem, mruczeć coś tam pod nosem, i to zupełnie jakby do siebie, a jednak tak głośno, by w najbliższym mi otoczeniu, dobrze być słyszanym.

Burczałem więc coraz częściej, że te morza i oceany to już niby za mną bardzo, a to bardzo tęsknią i całą swą mocą do siebie przyzywają.

Niekiedy dla odmiany wydziwiałem, że niby ten wstrętny ląd ma już dosyć mojej tu bytności i absolutnie nie licząc się z marynarskimi fanaberiami, skazuje mnie na banicję, hen, hen, tam na te bezkresne oceany świata.

Ku swej jakby pociesze ale też i ku okrutnemu zmartwieniu, codzienne nieomalże telefony i częste wizyty w Morskiej Agencji Szczecin niestety nie dawały nadziei na rychłe zatrudnienie.

Wzdychałem wtedy jakby z ulgą, wypowiadając jednocześnie przy tym ze stroskaną minką jakże tajemnicze życzenie;

— Ano niechże to wreszcie nastąpi!

I nastąpiło wreszcie.

Po dwóch miesiącach oczekiwania, droga na morze stała dla mnie otworem.

— Poleci pan do Nigerii do portu Lagos, na „greka” Nazywa się AGIA THALASSINI. Załoga jest mieszana. Grecy i Filipińczycy. Polaków tam nie ma! Będziesz pan pierwszym i jedynym Polakiem, który będzie zatrudniony w tej kompanii żeglugowej. I jeszcze jedno — OBYŚ PAN NIE SPLAMIŁ HONORU POLAKA I HONORU POLSKIEJ BANDERY!

— groźnie ostrzegł mnie pracownik Morskiej Agencji w Szczecinie. — Ale, ale! Najpierw pojedzie pan do Warszawy do Nigeryjskiej ambasady, aby załatwić formalności wizowe.

— „O co temu facetowi chodziło z tym niby Honorem Polaka i Honorem Polskiej Bandery” — podczas podróży pociągiem ze Szczecina do Warszawy się zadręczałem, a że nic rezolutnego do mej zmęczonej ostatnimi przeżyciami głowy nie przychodziło, postanowiłem ostrzeżenie urzędnika ostatecznie zignorować.

— „Pożyjemy, zobaczymy” — lekceważąco skwitowałem przestrogi pracownika MAS

* * *

Po przyjeździe do Warszawy okazało się, że otrzymanie wizy nie jest możliwe, gdyż jaśnie wielmożny pan, nigeryjski ambasador akurat przebywa na urlopie i nikt w tej dyplomatycznej placówce nie jest w stanie powiedzieć kiedy ten urlop zakończy i oczywiście nikt tam nie został upoważniony do wystawiania wiz. Z przysłowiowym kwitkiem wróciłem więc do Szczecina.

Minęło kilka dni i MAS ponownie telefonicznie wezwała mnie do Czerwonego Ratusza:

— Pojedzie pan po wizę do Warszawy powtórnie, ale tym razem do Ambasady Wybrzeża Kości Słoniowej — wręczając mi dokumenty uprawniające do wystawienia wizy instruował pracownik MAS — Ten sam statek m/s Agia Thalassini. Właśnie z nigeryjskiego Lagos przypłynął do Abidżanu. A na zakończenie naszej rozmowy, ostrzegam pana!

— OBYŚ PAN NIE SPLAMIŁ HONORU POLAKA I HONORU POLSKIEJ BANDERY!

— Znowu to samo — zdenerwowałem się nie na żarty — O panu chodzi? — odważyłem się zapytać.

— No właśnie chodzi mi o to, o czym mówię.

— OBYŚ PAN NIE SPLAMIŁ HONORU POLAKA I HONORU POLSKIEJ BANDERY!

— Leci pan na statek, do tej właśnie wspomnianej kampanii żeglugowej, jako pierwszy i jak na razie jedyny Polak. Swoją pracą otwiera pan tam furtkę dla polskich załóg.

Musi pan przetrzeć ten szlak. Tego od pana oczekujemy! No chyba sam pan rozumie, że dla nas jest to, tu w Morskiej Agencji bardzo ważna misja. Musi się pan czuć i zachowywać zupełnie tak, jak ambasador.

— OBYŚ PAN NIE SPLAMIŁ HONORU POLAKA I HONORU POLSKIEJ BANDERY! stanowczo i po raz kolejny nakazywał mi urzędnik.

Po tych wyczerpujących wyjaśnieniach podpisałem umowę o zatrudnieniu na statku obcej bandery i grzecznie żegnając się z pracownikiem MAS i po raz kolejny pociągiem udałem się do Warszawy.

W Ambasadzie Wybrzeża Kości Słoniowej wizę otrzymałem bez problemu. Po powrocie do Szczecina w biurze Morskiej Agencji oczekiwał na mnie bilet lotniczy do Abidjanu na którym widniała data 13 grudnia.

— Tam pełnia lata a tu w kraju aura typowo zimowa — dopadło mnie kolejne niby zaplanowane a jednak niespodziewane zmartwienie — za oknami biało i 13 stopni mrozu! — bardzo poważnie obawiałem się gwałtownej zmiany klimatu, ale cóż było robić. Trafiała się długo wyczekiwana okazja podreperowania domowego budżetu i nie było sensu grymasić.

Teraz, gdy już wszystko zostało załatwione i pozostało tylko czekanie na wylot. Zamiast cieszyć się z nadarzającej się okazji zarobienia paru groszy, wyraźnie posmutniałem. Już nawet nie skarżyłem się. Milczałem. Kontrakt z greckim armatorem obligował pracę na statku przez 9 miesięcy z opcją plus, minus 2 miesiące. Czyli przy niesprzyjających dla moich najbliższych warunkach, mogłem nawet 11 miesięcy pracować na tym statku. Żal było opuszczać rodzinę na wiele, wiele długich miesięcy. Obawiałem się, że teraz tak łatwo to już nie będzie.

Był to 12 miesiąc 1984 roku. Oczywiście musiał to być do kompletu feralny piątek, i to 13-tego no i dodatkowo ten mróz, również 13-stka. Rybacy i marynarze z reguły są bardzo przesądni.

Na wielu statkach na mostkach nawigacyjnych dość często spotyka się pięknie wypolerowaną lecz — broń Boże, nie pomalowaną, zwykłą deskę, opisaną jakby z przestrogą „Ostatnia deska ratunku”.

Napis w różnych językach jest tam umieszczany, w zależności od narodowości załogi, lecz dominuje język angielski a co najważniejsze i tak wszyscy marynarze doskonale orientują się o co chodzi!

W morzu w sytuacjach kryzysowych, nie raz ja i moi koledzy korzystaliśmy z odpukiwania w niemalowane drewno zgodnie z przesądem wywodzącym się szczególnie w naszej narodowości z jeszcze pogańskich wierzeń ludowych.

Otóż pogańskie ludy wierzyły, iż dotykając drzewa odprowadzają negatywną energię do ziemi. Deska ta była więc takim jakby substytutem pozostawionych gdzieś tam hen daleko na lądzie drzew i ziemi.

No i przysłowiowy Jonasz. Postać ta obowiązkowo na każdym statku na którym pływałem, być musiała! Jeśli ryba do sieci nie szła, to oczywiście winny był Jonasz. A tak naprawdę, wszelkim niekorzystnym wydarzeniom w życiu załogi statku, łącznie ze złośliwymi sztormami winien był Jonasz.

A że na statku zawsze wśród załogi zawsze znajdzie się, bez względu na rangę zawodową, jakiś marynarz bądź rybak mniej lubiany, lub zwyczajna fajtłapa, to „łatkę” tę, właśnie jemu przypinano.

Czułem w „kościach”, że ten rejs długo pozostanie mi w pamięci i jak życie później pokazało, wcale nie pomyliłem się.

Przelot samolotami do Abidjanu na statek był dość skomplikowany. Najpierw z Warszawy do Frankfurtu nad Menem.

Tamże przesiadka do samolotu lecącego do Paryża na lotnisko Orly.

W Paryżu z lotniska Orly przejazd autobusem na lotnisko De Gaulle.

A z De Gaulle do Abidjanu z międzylądowaniem w Nouakchott w Mauretanii.

Początkowe ponad 2 godzinne szybkie pokonanie ponad 1500 kilometrów w kierunku zachodnim z Warszawy przez Frankfurt do Paryża i związane z tym zmiany klimatu w tej fazie podróży nie były jeszcze tak dotkliwie.

Dopiero zmiana na kierunek zdecydowanie południowy i prawie 7-cio godzinne pokonanie ponad 5 tysięcy kilometrów dało mi porządnie w kość.

Nie bez emocji w tej drugiej części podróży zauważyłem, iż w samolocie zdążającym do Abidżanu jestem jedynym wyróżniającym się pasażerem, a to z powodu koloru skóry.

Zdecydowaną różnicę klimatu odczułem jednak, gdy samolot wylądował w Mauretanii. To było takie niby króciutkie zetknięcie się z afrykańskim lądem czyli oficjalnie międzylądowanie w celu uzupełnienia paliwa a także wymiany części pasażerów.

Gdy po wylądowaniu w Nouakchott stewardessy otworzyły drzwi i do wnętrza samolotu wdarła się fala piekielnie gorącego, wręcz nie do wytrzymania dusznego powietrza, wiedziałem, że był to przedsmak czekającego go w Abidjanie afrykańskiego niby raju.

Szczęśliwie jednak do Abidżanu dobrnąłem. Tu ponownie dopadła mnie ta afrykańska spiekota. Zapragnąłem, by jak najszybciej znaleźć się w klimatyzowanym wnętrzu statku.

Na lotnisku w Abidżanie pasażerów witały tłumy murzynów. Wielu z nich trzymało w rękach dużych rozmiarów tablice z wypisanymi nazwiskami przylatujących.

Na jednej z tych tablic widniało moje nazwisko. Czarny pan coś tam burknął pod nosem, jakby witając, jakby się przedstawiając, a następnie zapakował mnie do eleganckiej czarnej limuzyny.

— No aż tak źle, to nie jest — pomyślałem.

Tymczasem czarny pan zasiadł za kierownicą limuzyny i w chwilę potem zupełnie jak błyskawica pomknęliśmy przez śliczny, nieomalże po europejsku zagospodarowany Abidżan.

Ku mojemu zdziwieniu, czarny pan nieoczekiwanie zaparkował limuzynę przed wysokim okazałym gmaszyskiem.

— To tylko na chwilkę — widząc zdumienie na mojej twarzy wyjaśniał kierowca. — Zobacz! Widzisz? To siedziba agencji morskiej obsługującej twój statek AGIA THALLASSINI. Zabawię tylko 1 minutkę, bo mam tu coś bardzo pilnego do załatwienia. Zaraz wracam. Tylko 1 minutka.-

Błyskając rzędem przepięknie białych zębów z nieoczekiwanym miłym uśmieszkiem na czarnej buzi oznajmił kierowca limuzyny i zniknął za drzwiami w przepastnych czeluściach klimatyzowanego zapewne wnętrza nowoczesnego wieżowca.

We wnętrzu rozpalonego teraz do granic niemożliwości czarnego pudła zostałem sam.

Klimatyzacji w limuzynie nie było, to znaczy jeśli nawet była, to przy nie pracującym silniku nie działała.

Żywiąc nadzieję na tą tylko jedno minutową przerwę w podróży, spokojnie oczekiwałem na powrót przedstawiciela agencji maklerskiej.

Już po kilku chwilach od zatrzymania samochodu poczułem na swym czole rzęsiste krople słonego potu zalewającego mi oczy. Minęło jeszcze kilkanaście minut i całe ciało moje wraz z ubraniem wyglądało tak, jakby ktoś kubłem słonej i przepełnionej zapachami spod pachy wody mnie oblał.

A w kilka chwil później sytuacja radykalnie pogorszyła się i poczułem się jakbym w basenie pełnym okropnie gorącej wody pływał a na koniec niczym w syberyjskiej łaźni całunem gorącej pary był otoczonym.

— „Wody!, Choć odrobinę zimnej wody” — nieomalże majaczyłem.

Po kwadransie oczekiwania, cierpienia te przyprawiły mnie o prawdziwy szał wściekłości. „No i kurka wodna, kto tu właściwie jest prawdziwym rasistą” gderałem zmoczony do suchej nitki. Oddalić się od limuzyny i szukać cienia nie mogłem, bo kluczyki od samochodu zabrał czarny pan a w samochodzie było trochę łakomych dla złodzieja rzeczy a między innymi moje bagaże.

Jaśnie Wielmożny Czarny Pan po ponad dwóch godzinach nieobecności raczył nareszcie powrócić i bez jakiegokolwiek słowa wytłumaczenia, ani też słowa przepraszam, jakby mocno obrażony na oczekującego w limuzynie pasażera, jakby z łaski zechciał mnie wreszcie, prawie ugotowanego niczym jajko na twardo, zawieźć na statek.

Byłem tak jakby ugotowany, że nie miałem siły nawet go porządnie ochrzanić.

Uliczka w którą wjechała czarna limuzyna kończyła się parkingiem usytuowanym na wysokiej skarpie.

Gdy wysiedliśmy, Jaśnie Wielmożny Czarny Pan niedbałym i zdecydowanie zwiędłym wyrzutem prawej ręki jakby od niechcenia raczył wskazać stojący w maleńkiej zatoczce statek i z wielce nie wiedzieć czemu w dalszym ciągu obrażoną miną, kręcąc ostentacyjnie biodrami a właściwie całym okazałym tyłkiem, wsiadł do limuzyny i tyle go było widać.

U podnóża skarpy zatoczka pełna była olbrzymich w wodzie pływających drewnianych kloców fachowo zwanych logami. Wśród tych kloców niczym kwoka z kurczętami, stał na kotwicy taki jakiś maleńki stateczek i własnymi dźwigami ładował je do swych ładowni. Po zejściu ze skarpy z białym marynarskim worem na plecach i słusznych rozmiarów zieloną walizką w ręku wgramoliłem się do czekającej na mnie motorówki, po marynarsku ferą zwaną, która podpłynęła do drewnianych bali i tamże mnie wysadziła.

Do pokonania pozostało mu jeszcze dobre ćwierć kilometra drogi po pływających wokół statku oślizłych logach.

Z olbrzymią walizą i workiem marynarskim na plecach dzielnie przebyłem tę drogę przez piekło, aż wreszcie stanąłem pod burtą, teraz jakże olbrzymiego kadłuba statku.

Byłem potwornie zmęczony, wręcz wyczerpany. Lot samolotem z wieloma przesiadkami, gwałtowna zmiana klimatu, podróż z lotniska z niespodziewaną łaźnią zgotowaną przez kierowcę agencji w Abidżanie, zejście z bagażami ze stromej nieomalże 40 metrowej skarpy na koniec z tymiż bagażami ekwilibrystyczne figury dla utrzymania równowagi podczas pokonywania drogi po oślizłych logach.

Wszedłem na trap i z przerażeniem stwierdziłem, że rdza go przeżarła. Środkowe części stopni trapu nie istnieją. Pozostały tylko fragmenty przy burtach trapu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.