E-book
6.95
drukowana A5
49.26
Obietnica

Bezpłatny fragment - Obietnica

Wschody i zachody cz. 1

Objętość:
393 str.
ISBN:
978-83-8155-395-7
E-book
za 6.95
drukowana A5
za 49.26

Rozdział 1

Miała na imię Joanna, dwadzieścia lat, była niebrzydka i zgrabna, a wedle wielu mężczyzn całkiem ładna i całkiem zgrabna. Była też sympatyczna i powszechnie lubiana. Chętnie zapraszano ją do kawiarni, na spacery, do kina i na potańcówki. Inne dziewczyny, nawet zdecydowanie mniej ładne i zgrabne oraz o wiele mniej sympatyczne, miały jednak swoich chłopaków. Joanna jedynie kolegów i przyjaciół.

Bardzo chciała mieć swojego chłopca, ale nigdy jeszcze żadnego nie miała. Nie wpadała z tego powodu w panikę, ale coraz częściej była tym zaniepokojona i zmartwiona.

Tuż przed rozpoczęciem letniej sesji egzaminacyjnej, kończącej czwarty rok studiów, jedna z koleżanek Joanny obchodziła swoje urodziny. Joanna była jednym z jej licznych gości. Rozmawiała, śmiała się i tańczyła. Gdyby ją zapytano, czy dobrze się bawi, odpowiedziałaby, że raczej tak. Raczej, bo ta zabawa nie była dla niej szampańska. Żadna zabawa nie może być bowiem szampańska dla dziewczyny, która nie jest — i to koniecznie z wzajemnością — zakochana.

Kiedy usiadła na kanapie, z kieliszkiem wina w jednym ręku i kanapką z pastą jajeczną w drugiej, gospodyni przyjęcia podeszła do niej, przedstawiając młodego człowieka. A właściwie — prezentując mu Joannę.

— No i powiedz, Krzysiu — powiedziała. — Czy ta dziewczyna nie jest wprost idealnym wyobrażeniem Madzi Brzeskiej z pensji pani Latter?

Młody mężczyzna uśmiechnął się, a jego uśmiech wydał się Joannie niezwykle ujmujący. Podając jej rękę powiedział:

— Nazywam się Krzysztof Michałowski. Dostałem zamówienie na zrobienie komiksu według „Emancypantek”. I nie mogłem sobie w żaden sposób wyobrazić bohaterki. Choć Prus opisał ją bardzo dokładnie. I dopiero Elżbieta odkryła, że na jej roku studiuje istna Madzia. Jakby przeniesiona z pensji pani Latter.

Miał przyjemny, niski głos, odrobinę sztucznie modulowany. Joannie mimo to lub właśnie dlatego i głos, i jego posiadacz wydali się czarujący. I od tej chwili już wszystko w Krzysztofie Michałowskim wydawało jej się czarujące. Spodobał się jak nikt nigdy przedtem. I pomyślała, że pewnie nikt i nigdy nie spodoba się jej tak bardzo jak on.

— Jest pan malarzem? — spytała.

Skinął głową i usiadł obok niej. Przyglądał jej się całkiem inaczej niż inni, znani jej mężczyźni. Nie natrętnie. Miała uczucie, że patrzy na nią jak na ewentualny przyszły obraz.

— Bardzo panu zazdroszczę. Chciałabym umieć malować. Albo grać na jakimś instrumencie. Albo pisać wiersze. Ale jestem artystycznym beztalenciem.

— Kobiecie potrzebny jest tylko jeden talent — odpowiedział. — Talent podobania się.

— Nie ma pan wysokiego mniemania o kobietach.

— Przeciwnie. Podobanie się to naprawdę wielka umiejętność. Czy może raczej wielki dar losu. Niewiele kobiet go posiada. Wolałaby pani zamienić go na zdolności plastyczne lub muzyczne?

— A uważa pan, że mam taki dar?

— Wie pani doskonale, że go pani ma. I wie pani doskonale, że nie zamieniła by go na głos Marii Callas, maestrię Haliny Czerny-Stefańskiej, malarski talent Olgi Boznańskiej. Zamieniła by pani?

Nic nie powiedziała, bo chyba by nie zamieniła.

Krzysztof Michałowski wstał i zaprosił Joannę do tańca. Tańczył poprawnie, ale całkiem bez polotu. Mimo to Joanna, która tańczyła bardzo dobrze i z polotem, nie zamieniła by tego całkiem przeciętnego dansera nawet na Barysznikowa.

— No i co? — spytała. — Uważa pan, że jestem choćby najbardziej mizernym, ale jednak odpowiednikiem prusowskiej Madzi Brzeskiej? Nie pamiętam „Emancypantek”, bo nie przepadałam za tą książką, ale wydaje mi się, że postać Madzi ma się do mnie tak, jak postać Izabeli Łęckiej. Czyli nijak.

— No, rzeczywiście. Prusowska Madzia fizycznie nie była do pani podobna. Ale mnie chodzi o coś innego. Elżbieta mówiła, że pani też jest absolwentką pensji.

— Niezupełnie. To nie była pensja. To było liceum. Tyle, że prywatne.

— Prowadzone przez zakonnice?

— Tak. Nazaretanki.

— I przez to właśnie wyróżnia się pani spośród rówieśnic. To się czuje. To się widzi. I pewnie dlatego Elżbiecie skojarzyły się: pensja, jej uczennice i pani.

— A panu?

— Mnie też się pani skojarzyła. Z pensją dla dobrze wychowanych panienek.

Joanna wzruszyła ramionami.

— To stereotyp. Moja szkoła była jak najbardziej normalna. I jej uczennice były jak najbardziej normalne.

Muzyka przestała grać.

— Taniec się skończył — powiedziała.

— Wiem. Ale ja nie skończyłem się pani przyglądać.

Stropiła się. Nie wiedziała jak reagować na to jego przyglądanie.

— No więc? — spytał. — Zgodzi się pani zostać moją modelką?

— Tak — odparła.

Zgodziła się chyba o wiele za szybko. A on dostrzegł to za szybko i znowu się uśmiechnął. Kiedy się uśmiechał wokół jego oczu tworzyła się siateczka drobniutkich zmarszczek. Te zmarszczki też się Joannie podobały. Bardzo.

— Ale pozowanie zajmie pani sporo czasu. No i nie jest to lekka praca. A malarze są nieznośni. Ja też.

— Wiem. Ale bycie modelką byłoby dla mnie życiową przygodą. No i co za zaszczyt i przyjemność — oglądać swój wizerunek na stronicach lektury obowiązkowej. Mówię o własnej przyjemności, a nie przyjemności uczniów zmuszanych do czytania czy choćby oglądania tej lektury.

Troszkę i nie całkiem szczerze się zdziwił.

— Przyjemność? Zaszczyt? Przecież pani nawet nie wie, komu będzie pozowała. Może ze mnie jedynie marny pacykarz?

— Nie sądzę — odparła — aby jakiekolwiek wydawnictwo powierzyło ilustrowanie „Emancypantek” pacykarzowi. A zlecono panu tę pracę chyba nie tylko ze względu na malarskie nazwisko?

— Chyba nie — odrzekł. — Ale moje malarskie nazwisko trochę jednak działa. Zwłaszcza, że Piotr Michałowski był moim pra-, choć nie wiem ile razy trzeba by to „pra” powtarzać, dziadkiem.

— Och! — powiedziała Joanna.

Tym razem z miłym zaskoczeniem.

— Jeśli tak, to ma pan we mnie daleką wprawdzie, ale jednak kuzynkę. Pana pra -… ileś tam razy dziadek, malował portrety moich, ileś tam razy pra — dziadków: Antoniego Ostrowskiego i jego żony. Mieliśmy w domu kilka obrazów Michałowskiego, ale wszystkie spłonęły wraz z mieszkaniem w czasie Powstania. Teraz na ścianach wiszą jedynie ich reprodukcje. I tylko jedna, ale chyba dość dobra, kopia.

Krzysztof także się zdziwił. I było to przyjemne zdziwienie.

— To prawda. Mój ileś tam razy pra...dziadek ożenił się z pani ileś tam razy pra-…babcią. Julią Ostrowską?

— Nie była to moja pra-… ileś tam razy babcia w prostej linii. Ale była rodzoną siostrą mojej prawdziwej pra- ileś tam razy babci.

Krzysztof Michałowski objął ją i pocałował. W usta.

Joanna całowała się już kilka razy, ale wcale a wcale jej się to nie podobało. Po tych pierwszych próbach uznała całowanie się za mocno przereklamowaną przyjemność. Patrząc na namiętnie całujące się pary zastanawiała się, czy rzeczywiście to lubią, czy tylko udają, że lubią. Dopiero teraz przekonała się, że całowanie może sprawiać przyjemność. I że sprawia.

— To był tylko braterski pocałunek — powiedział Krzysztof. — Z powodu tych praprzodków jesteśmy przecież rodziną.

Joannie nie wydawało się, aby to był braterski pocałunek. Ale nie wiedziała, co powiedzieć. Ani co powinna była powiedzieć.

Krzysztof Michałowski spojrzał na zegarek. Dochodziła dziewiąta.

— A gdybyśmy tak stąd wyszli? Po angielsku.

Joanna całym sercem była za wyjściem po angielsku. Lub każdym innym. Byle z Krzysztofem. Więc wyszli.

— Gdzie chcesz pójść? — spytał. — Ot tak, przed siebie? Do kawiarni? Czy do mojego atelier? Jest na Starym Mieście.

Joanna zawahała się. Na pewno nie wypadało wybrać trzeciej propozycji, choć ta najbardziej ją kusiła.

— Chodźmy na spacer — powiedziała.

— Dobrze, ale w kierunku Starego Miasta. Po drodze zdecydujesz, czy chcesz obejrzeć miejsce, gdzie będziesz ciężko pracowała. No i moje obrazy.

— Ale … — zaprotestowała.

Nie na tyle zdecydowanie, aby musiał brać jej obiekcje pod uwagę.

— Wiem od Elżbiety — powiedział — że jesteś tak zwaną porządną dziewczyną. Pod tym względem wystawiła ci doskonałe referencje. A moja propozycja jest bardzo poczciwa. Obrazy nie są pretekstem do uwiedzenia przyszłej modelki. Ani nowej kuzynki.

— Naprawdę?

— Słowo honoru.

Mieszkał na ulicy Świętojańskiej, niemal dokładnie naprzeciwko Katedry. Wdrapywali się wąskimi schodami na poddasze. Lokal wydał sie Joannie ogromny. Okna zajmowały większość powierzchni ścian i wychodziły na trzy strony świata. Nigdzie nie było firanek ani zasłon. W dzień musiało być w atelier mnóstwo światła. W jednym kącie pracowni zainstalowano prowizoryczną kuchnię. Stał tam sosnowy kredens i duży stół. Widać było na nim pozostałości rozrabianych farb oraz indywidualnych i zbiorowych uczt. W przeciwległym rogu, w niewielkiej niszy leżał na podłodze szeroki materac z narzuconym nań kocem i poduszką w kraciastej powłoczce. Joannie wydało się, że Krzysztof Michałowski rzadko zadawał sobie trud ścielenia swego posłania. Całą resztę umeblowania stanowiły sztalugi i obrazy. Ponieważ nie było — poza jedną — ścian, obrazy stały oparte na stelażach. Pochodziły z rozmaitych okresów i szkół malarskich. Joanna rozpoznała kilka, znanych jej z albumowych reprodukcji, obrazów Michałowskiego. Było też mnóstwo rozrzuconych na podłodze szkiców wykonanych ołówkiem, węglem i akwarelami. I jeden obraz, olejny, ale dopiero zaczęty. Trudno było się domyśleć, co będzie przedstawiał.

— Które są twoje? — spytała.

— Spróbuj zgadnąć.

— Nie mam pojęcia. Może tamten?

Wskazała na bardzo modernistyczny obraz z kwiatami rozrzuconymi na stole.

— Zgadłaś.

Krzysztof oprowadzał ją po pracowni, opowiadając o każdym obrazie. Najbardziej ciekawiły ją jego własne, ale nie potrafiła powiedzieć czy jej się podobają. Preferował chłodne barwy i martwą naturę. Traktował tę martwą naturę na swój, dla Joanny nieco dziwny i nieco niepokojący sposób.

— Na pewno nie jesteś pod wpływem impresjonistów — powiedziała.

— Nie. Zdecydowanie nie lubię impresjonizmu. Ani prymitywizmu. Ani kubizmu. Ani naturalizmu. Ani romantyzmu. Ani modernizmu.

— A co lubisz?

— Lubię klasyków. Oglądać. A malować — szarość świata.

Zdziwiła się.

— Świat wydaje ci się szary? Smutny?

— Szarość nie oznacza smutku. Szarość oznacza zwyczajność, codzienność. To wszystko, co nas otacza nie od święta, nie od czasu do czasu, ale przez większość naszego życia. Jestem odtwórcą zwykłości.

Jeśli w ten sposób spojrzało się na jego twórczość można było ją zrozumieć. Joanna zastanowiła się — czy można ją było także polubić? Była na to gotowa.

— A portrety? — spytała.

Pokazał jej portret kobiety. Modelka była młoda, jasnowłosa, a w wyrazie jej twarzy ogromna tęsknota — za czymś lub za kimś. Joanna pomyślała, że potrzeba prawdziwego talentu, aby tak intymne uczucie uchwycić i wyrazić na płótnie.

— Bardzo mi się podoba — powiedziała szczerze. — Musisz chyba tę kobietę doskonale znać. Bo jedno czy nawet wiele spojrzeń w jej oczy raczej nie wystarczyłoby na aż tak wnikliwe poznanie jej pragnienia. Chyba bardzo namiętnego pragnienia.

— Owszem, bardzo dobrze ją znam. To moja siostra, Helena.

Joanna odetchnęła, bo przed chwilą poczuła zazdrość o aż tak bliską znajomość Krzysztofa Michałowskiego z aż tak ładną kobietą.

— A gdybyś malował mój portret? Co byś ze mnie wydobył? Też jakąś skrywaną tajemnicę? Czy może tylko zwyczajność?

Popatrzył na nią.

— Malując ciebie musiałbym przede wszystkim zrezygnować ze swoich ulubień i sięgnąć po bardziej intensywne barwy. Bo gdybyś była ptakiem, na pewno nie byłby to wróbel. A jeśli kwiatem — na pewno nie stokrotką polną.

Ten komplement sprawił Joannie przyjemność.

— I — dodał Krzysztof — mam coraz większą ochotę cię namalować. Nie tylko jako Madzię Brzeską. Bo to banalne. Mógłbym zrobić szkic nawet teraz. Kilkunastoma kreskami. Ale twój prawdziwy portret, to byłoby już wyzwanie. Korci mnie, żeby je podjąć.

Ucieszyła się, bo to oznaczało, że chce się z nią widywać. I że jest nią zainteresowany. Czy tylko jako ciekawym modelem? Czy — choćby troszeczkę — także ładną i miłą dziewczyną?

Usiadł na jednym ze swoich poplamionych farbami stołków. Przyciągnął ją do siebie, posadził na kolanach i pocałował. Tym razem naprawdę ją pocałował. I Joanna nabrała nadziei, że jej kobiecość i to, co nazwał sztuką podobania się ma jednak dla niego znaczenie. Całkiem spore.

— To byłby twój pierwszy raz, prawda? — spytał.

Domyśliła się, że nie mówił o całowaniu, ani o pozowaniu. Zaczerwieniła się.

— Tak.

— Dlaczego ja?

Spłoszyła się.

— Ależ… Dałeś przecież słowo honoru.

Uśmiechnął się.

— Joanno! — powiedział. — Nigdy nie wierz w męskie zapewnienia, obietnice czy nawet przysięgi. To przecież tylko taka damsko-męska gra. Prus określał to słowem „flirtacja”.

Szarpnęła się. Bezskutecznie. Jakby jej próbom uwolnienia się z jego ramion brakowało prawdziwej determinacji.

— Nic ci nie zrobię. Ale jeszcze raz cię pocałuję.

Nie sprzeciwiła się. Musiał się zorientować, że Joanna nie ma w całowaniu się ani wielkiej, ani żadnej wprawy.

— Nie robiłaś tego zbyt często.

Nie pytał. Stwierdzał.

— Och, kilka razy mnie całowano. Ale ja…

— Nie oddawałaś pocałunków?

— Właśnie.

— Dlaczego?

— Nie podobało mi się.

— A teraz ci się podoba.

Znowu nie pytał. Wiedział.

— Mnie też — powiedział. — Chyba nawet  za bardzo.

I puścił ją tak nagle, że omal nie zsunęła się z jego kolan.

— Odprowadzę cię do domu — powiedział.

Domyśliła się dlaczego. I zaczerwieniła się.

— Ale nadal chcesz mnie malować? — spytała.

— Nadal.

Byli już za drzwiami i Krzysztof przekręcił klucz w zamku. Joannie wydawało się, że zamykał w tym momencie nie tylko drzwi, ale także coś w samym sobie. Jakiś zamiar, jakieś pragnienie. Nie wiedziała — dawne czy obecne. Poważne, czy niewiele znaczące.

Na przystanku na przeciwko kościoła św. Anny wsiedli w autobus jadący na Mokotów. Przed jej domem na Akacjowej Krzysztof raz jeszcze ją pocałował. A jej jeszcze bardziej się to podobało.

Koleżanki Joanny często opowiadały, kto dobrze całuje, a kto jest w całowaniu beznadziejny. Ona nie potrafiłaby powiedzieć, czy Krzysztof dobrze całuje. Ale wiedziała, a nawet była całkowicie pewna, że wspomnienie jego pocałunków będzie jej towarzyszyło przez całe życie. Jako jedno z najmilszych wspomnień. I że cokolwiek się z nią, nim i nimi stanie, to właśnie wspomnienie pozostanie w niej i z nią na najdłuższe nawet zawsze. I że jeśli rzeczywiście Krzysztof wykona jej portret, nie będzie to już portret Joanny z wczoraj, ani nawet Joanny z tego przedpołudnia. Będzie to portret zupełnie innej dziewczyny. Zakochanej dziewczyny.

Mama nigdy nie kładła się do łóżka, a w każdym razie nigdy nie zasypiała przed powrotem córki.

— No i? — spytała. — Dobrze się bawiłaś?

— Tak — powiedziała Joanna. — Było bardzo miło.

— No to kładź się teraz spać, córeczko. I miłych snów.

— Mamo… Ja się zakochałam.

Pani Emilia Ostrowska nie zdziwiła się. Bo wiedziała, że kiedyś nadejdzie dzień, kiedy jej córka złoży takie właśnie, jakże naturalne w jej wieku, wyznanie.

— W kim?

— Nazywa się Krzysztof Michałowski. To pra-pra-prawnuk Piotra Michałowskiego.

— O! — zdziwiła się mama. — Co za niezwykły zbieg okoliczności.

— I on też jest malarzem.

— Zakochałaś się w nim od pierwszego wejrzenia?

— Właśnie.

— A on?

— Tego nie wiem.

Tak bardzo chciała móc powiedzieć mamie i sobie, że tak.

Rozdział 2

Ile razy Joanna przechodziła przez przedpokój, gdzie stał aparat telefoniczny, tyle razy sprawdzała, czy jest sygnał i czy słuchawka została prawidłowo odłożona na widełki. Telefon był jak najbardziej sprawny. I nawet kilka razy dzwonił. Tyle, że nie były to telefony od Krzysztofa. Nie zadzwonił ani pierwszego dnia po ich poznaniu, ani drugiego, ani trzeciego. Czwartego Joanna nie mogła już wymyślić żadnego pretekstu, aby nie wychodzić z domu. I właśnie wtedy, kiedy jej w domu nie było, Krzysztof zatelefonował.

— Telefonował pan Michałowski — zakomunikowała mama z tym wszech-rozumiejącym uśmieszkiem, który zwykle Joannę bawił, a tym razem ją zirytował.

Mama odczekała chwilę. Potem dodała:

— Pytał, czy może zatelefonować później.

Znowu pomilczała.

— Pozwoliłam.

Przez cały wieczór Joanna siedziała nie jak na szpilkach, ale jak na wielkim jeżu. Udawała, że czyta, że pisze, że się uczy, że słucha radia, że ogląda audycję w telewizji, że je kolację. Ale przez cały czas tylko jej ciało znajdowało się w pokojach. Jej duch czuwał w przedpokoju, przy telefonicznym aparacie.

— Joasiu! — powiedziała uspokajająco mama. — Zadzwoni.

Tata odłożył gazetę.

— Kto?

— Pan Krzysztof Michałowski, oczywiście — powiedziała mama.

Joanna zwykle lubiła te mamine przedrwinki. Ale tym razem żart mamy wcale jej nie rozśmieszył. Zdziwiła się:

— Straciłam poczucie humoru?

Na to wyglądało.

Po godzinie dwudziestej pierwszej, a więc zbyt późno, aby Joanna miała jeszcze nadzieję na usłyszenie w telefonicznej słuchawce głosu Krzysztofa, odezwał się dzwonek.

Mama nie poruszyła się.

— Odbierz! — rzekła do córki. — To pewnie on.

„On” powiedziała wyraźnie z dużej litery.

Joanna chętnie doskoczyłaby do aparatu, ale bała się rozczarowania. A jeszcze bardziej zdradzenia się ze swoim rozczarowaniem przed rodzicami. Wstała więc i jak najwolniej podeszła do telefonu.

— Witaj, moja Madziu — powiedział Krzysztof Michałowski.

— Przeczytałam „Emancypantki” — odpowiedziała Joanna. — Tym razem starannie i ze zrozumieniem. I mam wrażenie, że nie można się bardziej pomylić niż zrobiła to najpierw Elżbieta, a potem ty. Nie ma we mnie żadnej ani fizycznej, ani psychicznej cechy Madzi Brzeskiej.

— Już ci tłumaczyłem — odparł Krzysztof. — Pasujesz mi do wyobrażenia, jakie miałem o tej dziewczynie. Tak, jak niektóre pulchne blondynki pasowały niektórym malarzom do wyobrażenia pewnej Żydówki o imieniu Miriam, tak ty pasujesz mi do wyobrażania o absolwentce pensji. W tym przypadku pensji pani Latter.

I zapytał:

— Miałabyś czas w poniedziałek? Najlepiej przed południem, bo wtedy mam dobre światło.

Nawet gdyby miała zdawać w poniedziałek najważniejszy egzamin w życiu, gotowa byłaby go przełożyć. Choćby i na zawsze. Udała jednak, że się zastanawia. Była ciekawa, czy przez ten moment Krzysztof zaniepokoił się, że nie będzie mogła przyjść w poniedziałek. Bardzo chciała, żeby się zaniepokoił.

— Owszem — powiedziała wreszcie, wbrew swoim intencjom nie dając mu wiele czasu na zaniepokojenie się. — Mogę.

Ku jej rozczarowaniu nie starał się przedłużyć rozmowy.

— Wobec tego będę czekał. Trafisz?

Nie mogła zawołać: „Pewnie, że tak”. Przez minione cztery dni przemierzyła w myślach ulicę Świętojańską i wchodziła do domu Krzysztofa przynajmniej sto, jeśli nie więcej razy.

— Chyba tak — powiedziała.

— No to do zobaczenia.

Miała za sobą cztery dni czekania na telefon od Krzysztofa. Przed sobą cztery dni czekania na spotkanie z nim. Te cztery dni, które były przed nią wydały jej się łatwiejsze do przeżycia niż cztery minione. Będzie mogła wychodzić z domu. Pójść do biblioteki. Spotkać się z koleżanką. A nawet pójść do kina.

W poniedziałek od świtu zastanawiała się nad pojęciem przedpołudnia. Dziewiąta rano była przed południem, ale i jedenasta również. O której z przedpołudniowych godzin w pracowni Krzysztofa było dobre światło? Dzień był słoneczny, bezchmurny, wydawało się więc, że obie godziny są jednakowo odpowiednie do odwiedzin. Joanna nie wiedziała, jakie dobre światło miał Krzysztof na myśli. Wiedziała natomiast, że chciałaby być w jego pracowni jak najszybciej. I spędzić tam jak najwięcej czasu. Bez względu na jakość światła.

Przyszła po dziesiątej. Zadzwoniła do drzwi.

— Wejdź! — zawołał Krzysztof. — Otwarte.

Weszła. W pracowni było tak jasno, że wydało jej się, że nie może to być dobre światło, bo jest zbyt agresywne. Od ośmiu już dni, czyli od momentu rozstania z Krzysztofem, nieustannie myślała, jakie będzie ich powitanie. Było zwyczajne. Podszedł do niej i pocałował. Tak, jakby pożegnali się wczoraj wieczorem, a znali od lat. Nie był to pocałunek chłodny ani zdawkowy, ale nie był też namiętny. Ale i tak sprawił Joannie ogromną przyjemność.

Przyjrzała się mężczyźnie, w którym się zakochała — niby Tatiana w Onieginie — od pierwszego wejrzenia. Wszedłeś, od razu cię poznałam, i zapłonęłam i zadrżałam, w myśli szepnęłam: ”Tak, to on”. Ona też mogłaby to napisać w liście do Krzysztofa Michałowskiego. Gdyby trzeba było kiedykolwiek pisać do niego list. On także się jej przyglądał. Ale inaczej niż ona jemu. Krzysztof patrzył na Joannę okiem malarza, nie mężczyzny. Miała wrażenie, że widzi ją nie jako dziewczynę stojącą na środku jego pracowni, ale jako szkic obrazu, do którego ma mu pozować.

— Czy mogłabyś wbiec do pracowni? — spytał. — Tak, jak Madzia do gabinetu pani Latter?

Żachnęła się.

— Z figlarnym uśmiechem na ustach i z czarnym loczkiem spadającym na czoło?

Podszedł do niej. Rozburzył jej włosy.

— Właśnie. Jak to było z tym loczkiem? Jak w ogóle czesały się wówczas młode panny?

— Myślę, że Madzia miała upięty węzeł na karku.

— Możesz pokazać?

Zgarnęła włosy, zwinęła je. Spięła klamrą.

Krzysztof wciąż jakby nie dostrzegał Joanny, a jedynie jej poszczególne fragmenty.

— Wbiegając mogła mieć włosy w pewnym nieładzie. A ten loczek?

Wziął pukiel włosów Joanny, zakręcił na palcu, spuścił na czoło. Popatrzył.

— Chyba coś takiego. No, więc wbiegnij. Chcę to sobie wyobrazić. Ten ruch.

— Loczek — powiedziała Joanna — możesz domalować nawet gdybym go nie miała. Ale figlarne oczy? To znaczy jakie? Nie mam pojęcia, jakie spojrzenie uważasz za figlarne.

— Przypomnij sobie tamten wieczór u Elżbiety — powiedział Krzysztof. — Kiedy powiedziała, że jesteś podobna do Madzi z „Emancypantek”. Zdziwiłaś się, a ja powiedziałem coś o duszy i oczach. Jako ich zwierciadle. No — tego rodzaju banał. I właśnie wtedy tak na mnie spojrzałaś. To było rozbawienie, trochę niedowierzania, trochę kokieterii, odrobina prowokacji. Tak wyglądają — według mnie — figlarne spojrzenia.

— No to wymyśl raz jeszcze podobny banał.

Uśmiechnął się.

— Nie muszę. Właśnie tak patrzysz. Teraz.

Ujął jej twarz w swoje dłonie. Wstrzymała oddech.

— Nie, Joasiu. Nie pocałuję cię. Z dwóch powodów. Żaden malarz podczas pracy nie romansuje ze swoją modelką. Choćby była najbardziej ponętna i całkiem rozebrana. I choćby była jego kochanką. No — zwłaszcza wtedy. Te rzeczy załatwia się po sesji. W czasie malowania modelka jest jedynie manekinem. Po drugie, gdybym cię pocałował, twoje oczy przestałyby być figlarne. Wiem, jakie są wtedy. Widzę, jakie są teraz. Wielkie, z rozszerzonymi źrenicami i takim kocim pobłyskiem. Ale nie figlarne. A teraz potrzebne mi są tamte.

Popchnął ją leciutko w kierunku drzwi.

— No, wbiegaj. Wyobraź sobie tamtą scenę.

Zaprotestowała.

— Nie jestem aktorką.

— Bycie modelką to odmiana aktorstwa. Trudniejsza jego odmiana. Uprzedzałem cię — pozowanie to nielekka i niewdzięczna praca.

Stała w miejscu.

— Przynajmniej spróbuj — namawiał. — Jeśli nie umiesz, czy nie chcesz odgrywać Madzi Brzeskiej, to wbiegnij jako Joanna. Z myślą, że ktoś czeka na ciebie.

Mówił to jak reżyser, który jest zainteresowany aktorem zaangażowanym do odegrania pewnej sceny. Joanna poczuła się rozczarowana. Chyba to wyczuł, bo zrezygnował ze skłaniania jej do udawania czegokolwiek i kogokolwiek.

— Wobec tego zacznijmy od czegoś prostszego. Usiądź na krzesełku, a ja naszkicuję twój portret. Też będzie mi potrzebny. I nie musisz mieć figlarnych oczu. Zachowuj się naturalnie.

Usiadła, ale nie wiedziała co oznacza w tym przypadku naturalne zachowanie. Siedzenie w jednym miejscu, prawie bez ruchu i przez długi czas było przecież zupełnie nienaturalne. Peszył ją też wzrok Krzysztofa. Było w jego spojrzeniu coś tak przenikliwego, że wydało jej się, że dostrzega tajemnice samiutkiego dna jej duszy. Czuła się tym spojrzeniem bardziej skrępowana niż wówczas, gdyby kazał się jej rozebrać.

Krzysztof zniszczył kilkanaście kartek zanim wreszcie rozpoczął szkic. Były to jednak tylko pojedyncze, chaotyczne kreski, całkiem rysunku twarzy nie przypominające. A ponieważ w ogóle się nie odzywał i wydawał całkowicie pochłonięty swoją pracą, Joanna nie wiedziała co powinna robić. Siedzieć w miarę nieruchomo — to oczywiste. Ale czy modelki mogą się odzywać? Miała na to ochotę, ale nie miała śmiałości.

Skończył po przeszło godzinie.

— Mogę zobaczyć? — spytała.

— To przecież tylko szkic. Coś takiego jak fastryga dla krawca.

— Mimo to pokaż — poprosiła.

Podał jej arkusz brystolu. Na papierze było mnóstwo kresek, jedne nakładały się na inne. Część rysunku była zamazana. Niektóre części jej twarzy nie były nawet zaznaczone.

— No i co? — zapytała.

— W porządku — odparł. — Tak to właśnie wygląda. Na początku.

Joanna spojrzała w kąt, gdzie stał portret Heleny Michałowskiej.

— Jej portret — wskazała głową — też tak wyglądał? Na początku?

— No, mniej więcej.

— A…

Zawahała się przed zadaniem pytania.

— A ja jestem łatwa czy trudna do portretowania?

— Raczej łatwa. Masz szalenie wyrazistą twarz. Widać na niej twoje uczucia jak pod aparatem rentgenowskim.

Speszyła się, a on się roześmiał. Podszedł do niej i ją objął. Po raz pierwszy tego dnia.

— To nic złego, Joanno — powiedział. — Twoje uczucia są bardzo ładne. Fotograf powiedziałby — fotogeniczne. Aż palce swędzą, żeby je oddać ołówkiem, węglem czy pędzlem. Nie ma powodu, aby je ukrywać.

Nie wiedziała, jakie jej uczucia Krzysztof ma na myśli. Ale wstydziła się spytać.

— Pewnie jesteś głodna? — zatroskał się nagle.

— Troszeczkę. Ale bardziej chce mi się pić.

— No to czemuś nie powiedziała? Przecież można było zrobić przerwę. Na picie lub na siusiu. Lub tak całkiem zwyczajnie.

— Nie wiedziałam, czy można — odpowiedziała zaczerwieniona, bo istotnie chciało jej się siusiu.

Wolałaby jednak umrzeć na uremię niż przyznać się, że odczuwa tak prozaiczne potrzeby. Krzysztof poszedł do lodówki i wyjął dwie butelki z jakimiś napojami.

— W jednej jest kompot truskawkowy — powiedział. — W drugiej woda z sokiem, też truskawkowym. Moja mama ma działkę, na niej hoduje mnóstwo truskawek. Dzięki temu przez cały czerwiec żyjemy truskawkowo.

Joanna wybrała kompot. Krzysztof przyglądał się, jak pije.

— Cały czas mnie obserwujesz — poskarżyła się. — Mam wrażenie, że wszystko co robię, każdy mój ruch zapamiętujesz jedynie po to, aby potem to narysować.

— Owszem. Interesujesz mnie jako dziewczyna, ale i jako obiekt malarski. Chciałbym bardzo namalować twój portret. I nie jako ilustrację do książki. Chyba zaczynam go widzieć. Kiedy mi pozowałaś, coraz bardziej zniechęcałem się do tego, co muszę zrobić dla chleba, a coraz bardziej pociągało to, co mógłbym zrobić dla własnej przyjemności.

Joanna ucieszyła się. Myśl o tym, że być może będzie miała najprawdziwszy portret, bardzo jej pochlebiała. Zwłaszcza — portret namalowany przez człowieka, który podobał jej się w tej chwili najbardziej ze wszystkich mężczyzn na świecie.

— Dlaczego? — spytała.

— Oglądając portret mojej siostry powiedziałaś, że ona czegoś lub kogoś namiętnie pragnie. I miałaś rację. A ja właśnie z tego względu ją namalowałem. Uwielbiam malować ludzkie namiętności. Takie szarpiące trzewia. Innych portretów nie maluję. Nie tylko dlatego, że nie chce. Chyba nie potrafiłbym ich malować. Tylko czyjaś i w dodatku wielka namiętność wyzwala we mnie to, co określa się weną twórczą.

— A jaka namiętność trawi moje trzewia? — zapytała.

Krzysztof widocznie uznał, że ma fajrant, bo półleżąc na swoim posłaniu-materacu wyciągnął do niej obie ręce.

— Chodź do mnie — poprosił.

Podeszła. Usiadła obok niego. Objął ją.

— Pamiętasz nasz pierwszy taniec? — spytał.

Skinęła głową. Pewnie, że pamiętała. I będzie pamiętała do końca najdłuższego choćby życia.

— Doris Day śpiewała: ”Perhaps, perhaps, perhaps..” — powiedziała.

— Właśnie. Najpierw zwróciłem uwagę na twój sposób tańczenia. Rzadko która dziewczyna potrafi tak szybko dostosowywać się do swego partnera. Nawet tak kiepskiego tancerza, jak ja. Była w tym niebywała wprost intuicja. Wyczucie tego, co zrobi lub co zamierza zrobić mężczyzna. Rodzaj — choć zabrzmi to bardzo na wyrost — seksualnego oddania.

Joanna szarpnęła się. Krzysztof przytrzymał ją.

— To tylko rozmowa. I — mam nadzieje — nie przekraczająca tych surowych zasad, jakimi zdajesz się być naszpikowana.

Uraziło ją słowo naszpikowana. A także zapewnienie, że to tylko rozmowa. Ale nic nie powiedziała.

— No więc — ciągnął — zacząłem ci się baczniej przyglądać. Najpierw moją uwagę zwróciły twoje oczy. Masz, używając malarskich określeń, oczy w kolorze green-brown. Z naciskiem na brown. Ale kiedy ze mną tańczyłaś i kiedy zauważyłem, że sprawia ci to przyjemność…

Odczekał, aż Joanna przestanie się szarpać.

— … no, to wtedy nacisk przeniósł się na green. Ale to nie znaczy, że twoje oczy zrobiły się zielone. Pojawiły się w nich takie zielone błyski. Czasem widzi się je w oczach kota, który się czai. Czeka. Z nadzieją, że perhaps już za chwilę spełni się ta obietnica, jaka kryje się dla kota w mysiej norze lub w ptasim gnieździe.

Tym razem nie wyrywała się.

— No więc — jak wyglądam? Jak pełna oddania gejsza? Czy jak drapieżca?

— Kiedyś, na zajęciach z malarstwa, nasz mistrz pokazywał nam na slajdach portrety największych miłośnic. Powiedział, żebyśmy nie zwracali uwagi na ich twarze, ale wyłącznie na oczy. Patrzyliśmy więc w oczy Madame Pompadour, Madame du Barry, Zofii Potockiej-Wittowej, Delfiny Potockiej, Marii Mancini. W powiększeniu, na ekranie, te oczy były wielką kuszącą obietnicą. I tajemnicą — poddania, a zarazem panowania. Czyli obietnicą i tajemnicą największej z ludzkich namiętności.

— I tego właśnie dopatrzyłeś się w moich oczach?

— Właśnie tego. Kiedyś, gdy dorośniesz, będziesz Joanno bardzo namiętną kobietą. Ale ja chciałbym cię namalować teraz. Jako obietnicę tej twojej przyszłej namiętności. I tak właśnie bym obraz zatytułował: „Obietnica”.

— A więc — pomyślała Joanna — nie tknie mnie do chwili ukończenie obrazu.

Nie znała przed Krzysztofem żadnego artysty. Ale ponieważ zakochała się w artyście, postanowiła zaakceptować jego, nawet całkiem dla niej niezrozumiałe, zachowania, a nawet dziwactwa. Pociągało ją bycie muzą, choć nigdy przedtem nie przyszło jej do głowy, że mogłaby nią być. Ale w głębi duszy rodził się też cień wątpliwości — czy podoła roli, do której nie predestynowało jej ani wychowanie, ani usposobienie, ani jej wyobrażenia i marzenia o życiu.

Krzysztof położył palec na jej ustach.

— Są takie drobne i takie wrażliwe — powiedział. — Pod wpływem dotyku natychmiast wypełniają się krwią, zaczynają pulsować. Czujesz to?

Pewnie, że czuła. Ale czy mogła mu powiedzieć, że dzieje się tak dopiero od tygodnia? Że przedtem jej usta nie pulsowały pod niczyim dotykiem?

Cofnął rękę.

— Nie! — powiedział, jakby odmawiając jej, niewyrażonej przecież, prośbie o pocałunek — Nie teraz. Nie tu. W jakimś bezpieczniejszym miejscu. Bezpieczniejszym nie tylko dla ciebie, ale przede wszystkim dla mnie.

Zjedli obiad na Rynku Starego Miasta.

— Często sprzedajesz swoje obrazy? — spytała.

— Nieczęsto. Teraz mało kto kupuje obrazy. I to nie tylko takich nieznanych twórców jak ja, ale nawet klasyków. Ludzie nie inwestują już w dzieła sztuki. Nie te czasy. Nie ci ludzie.

— Więc z czego żyjesz?

— Z rozmaitych chałtur. Helena jest scenografem. Bywa, że uda jej się podrzucić mi zamówienie na program teatralny. Afisz. Miewam zamówienia na ilustracje do książek. Głodem więc nie przymieram.

Pokiwała głową. Ale bez zrozumienia. Przerażała ją myśl o tego rodzaju egzystencji. Bez pewności co przyniesie jutro. Bez małej stabilizacji, do której była przyzwyczajona.

— A ty? — zapytał Krzysztof. — Co zamierzasz robić po skończeniu anglistyki? Będziesz nauczycielką?

— Mogę być nauczycielką — odpowiedziała. — Ale wolałbym zająć się tłumaczeniem. To takie pasjonujące — wczuwanie się w czyjąś myśl, w czyjś zamiar twórczy. Nie tylko przełożenie na inny język tego, co ktoś napisał, ale co chciał przekazać czytelnikowi. Oczywiście nie każdego pisarza chciałabym i lubię tłumaczyć. Mam swoich ulubionych.

— Na przykład?

— Maughama.

Chciała mówić więcej, ale zorientowała się, że Krzysztof nigdy nie czytał Maughama. A nawet nie wie, że był taki pisarz. Nie miała mu tego za złe. Ona przecież też niewiele wiedziała o malarstwie. Gotowa była jednak poznać tę dziedzinę od czasów prehistorycznych. Miała natomiast wątpliwości, czy Krzysztof kiedykolwiek zaciekawi się jakąkolwiek jej pasją.

Rozdział 3

Dopiero po dwóch miesiącach Krzysztof pokazał Joannie kilkanaście ilustracji do „Emancypantek”. Wśród nich był portrecik Madzi Brzeskiej oraz scena, kiedy Madzia wbiega do gabinetu pani Latter. Czyli scena, która sprawiła Joannie tyle kłopotu. Joanna była zdumiona. Ale nie zawiedziona. W portrecie i w innych obrazkach była zaskakująca kompilacja jej rysów, jej gestów i fantazji Krzysztofa. Czy ktoś, kto znał Joannę, rozpoznałby ją w rysunkowej Madzi? Mocno w to wątpiła. Ale kiedy pokazała rysunki swoim rodzicom, dopatrzyli się takiego podobieństwa. I to nie tylko podobieństwa dusz.

Po wykonaniu kilku rysunków Krzysztof zrezygnował z pomocy Joanny i dalsze wykonywał już sam. Natomiast nie zrezygnował z zamiaru namalowania portretu Joanny. Kiedy przyszła na pierwszą sesję, już po godzinie była niemal pewna, że nic z tego pozowania i jej portretu nie będzie. Krzysztof siedział naprzeciwko niej, trzymał w ręku pędzel, ale nie wykonał nim ani jednego ruchu. Najpierw spytał ją o tego jej ulubionego pisarza, którego tak bardzo chciała tłumaczyć, a którego nazwiska nie zapamiętał.

— Maugham?

— No właśnie. Co w nim takiego fascynującego? Język? Tematyka jego powieści?

— Gdyby streścić jego książki to mogłoby się wydawać, że to zupełnie nie interesująca i bardzo uboga fabuła — powiedziała Joanna. — Czasem w ogóle jej nie ma. Dla mnie niezwykłość jego prozy polega na umiejętności wyczarowywania klimatu. I to nie tylko w sensie przenośnym, ale dosłownym. Jest takie opowiadanie, którego akcja toczy się na morzach południowych. Nic szczególnego się nie dzieje. Stary lekarz ma dostać się do chorego pacjenta, przepływając statkiem na inną wyspę. Czuje się tę wilgotną duchotę tropiku. Noce, kiedy nie można zaczerpnąć haustu świeżego powietrza. Czuje się zapach i tamtego morza, i tamtych krzewów, i egzotycznych kwiatów. Dla mnie — rewelacja.

— Ale chyba to, co napisano w języku angielskim jest już w większości przełożone na polski? Znajdziesz jeszcze coś dla siebie? Na miarę swoich aspiracji?

— Dlaczego uważasz, że mam wybujałe aspiracje? — spytała Joanna.

— Z taką pasją mówisz o tym … No, jak mu tam … Wciąż zapominam.

— Maugham.

— A są jeszcze inni twoi ulubieńcy?

— Krzysiu! — powiedziała. — Zaprosiłeś mnie na rozmowy o literaturze? Jeśli tak, to czemu muszę siedzieć na tym niewygodnym stołku?

Chciała wstać, ale zatrzymał ją skinieniem ręki.

— Siedź. I mów.

— O czym?

— O tańcu na przykład.

— Jakim tańcu?

— Twoim. Co cię aż tak bardzo w nim pociąga, że poświęcasz tyle czasu nie tylko na sam taniec, ale na te wszystkie cholernie nudne ćwiczenia w zespole tanecznym?

— Dlaczego nudne? Czy jak coś szkicujesz, to cię to nudzi?

— Nie.

— No widzisz. Ja też wiem, że ćwiczenia, wprawki są konieczne, aby uzyskać ten efekt, do jakiego się dąży.

— Ale co czujesz kiedy tańczysz?

— Łatwiej mi powiedzieć co czuję, kiedy słyszę muzykę taneczną. Bardzo silną potrzebę, aby włączyć się w nią swoim ruchem.

Słuchał bardzo uważnie, w charakterystyczny dla niego sposób przechylając nieco głowę i wychylając się do przodu. Obserwował ją mrużąc oczy. Wokół nich tworzyła się ta siateczka cieniutkich zmarszczek. Joanna miała ochotę wstać, podejść do niego i całować te zmarszczki. Ale widząc jej ruch, Krzysztof znowu ją powstrzymał:

— Siedź, Joasiu. Ja maluję przez cały czas. Tyle, że na razie w głowie. Próbuje cię zobaczyć taką, jaką się stajesz, kiedy coś cię porywa. Kiedy coś cię podnieca.

Chciała powiedzieć: „To porozmawiajmy o tobie”. Ale nie powiedziała.

— Był w twoim życiu choć jeden mężczyzna, którego pragnęłaś fizycznie? Ale tak bardzo, bardzo silnie? — spytał.

Obraziła się.

— Dlaczego mam się aż tak przed tobą obnażać? Jak do psychicznego aktu.

— Dobry portret — powiedział Krzysztof — wymaga większej intymności niż akt. I bardziej — jak powiedziałaś — obnaża człowieka.

— No, to ja nie chcę takiego portretu.

— Chciej. To będzie, jeśli tylko potrafię cię namalować w twojej psychicznej nagości, naprawdę piękny portret.

Pochlebiły jej jego słowa.

— Pomóż mi — prosił. — I odpowiedz na to pytanie. Ale szczerze.

— Był taki mężczyzna — odparła. — Jechałam pociągiem. Przeszłam do wagonu restauracyjnego. Wszystkie miejsca były zajęte. Prócz jednego. Ale przy tym stoliku, gdzie było to wolne miejsce siedziało kilku mężczyzn. Trzeba było się do nich dosiąść. Wydawali się trochę podchmieleni. Ale mimo to wyglądali w miarę przyzwoicie. Więc zapytałam czy mogłabym usiąść przy nich i coś zjeść, bo jestem bardzo głodna. Zgodzili się. Naprzeciwko mnie siedział mężczyzna. Bardzo dorosły. Przynajmniej dla mnie, bo miałam wtedy niecałe dziewiętnaście lat. I każdy po trzydziestce wydawał mi się niemal stary. Od pierwszej chwili wszystko mnie w nim pociągało. Chyba najbardziej głos. I spojrzenie. Jak powiem — hipnotyzujące, to będzie banał. W każdym razie nikt przed nim tak na mnie nie patrzył. Nie było to obleśne spojrzenie. Było… Podniecające.

— No i? — spytał Krzysztof.

Tym razem kreślił coś na papierze. Od czasu do czasu spoglądał na Joannę. Bardzo uważnie, ale bez odrobiny osobistego zaangażowania.

— A przecież — pomyślała z żalem — mężczyzna słuchający takiej historii powinien być zazdrosny.

Nie chciała dodać: „Gdyby mnie kochał”. Ale na jego pytanie odpowiedziała:

— No i nic. Podszedł kelner. On wyjął portfel, zapłacił za moje parówki i zaproponował kawę i ciastko. Zgodziłam się. Właściwie powinnam powiedzieć: „oczywiście się zgodziłam”, bo chciałam, żeby patrzył na mnie jak najdłużej. I żebym czuła jak najdłużej to, co wtedy czułam.

— Co czułaś? — spytał Krzysztof takim tonem, jakim lekarz pyta pacjenta o symptomy jego choroby.

Milczała. Popatrzył na nią.

— Proszę, mów!

Joanna zrozumiała. Krzysztof widzi ją teraz wyłącznie jako swój obraz. A to, co ona mówi nadaje jej twarzy taki wyraz, jaki chciał namalować.

— To było napięcie, jakiego nigdy wcześniej nie znałam. Miłe, ale drażniące. I wiedziałam, a może tylko przeczuwałam, że to napięcie może rozładować tylko on. Nikt poza nim.

— Byłaś gotowa pójść z nim do łóżka?

— Tego nie wiem. Nie miałam wtedy wielkiego pojęcia o chodzeniu z mężczyznami do łóżka. Myślałam raczej o pocałunku. Sądziłam, że to mi da … Spełnienie? Tak to się nazywa?

— Niezupełnie. Ale mów dalej.

— Nie ma żadnego dalej. Wstałam, podziękowałam i chciałam wrócić do wagonu. To znaczy — nie chciałam, ale wydawało mi się, że tak powinnam zrobić.

— I wróciłaś?

— Tak. A on mnie odprowadził. I w tym przejściu… No wiesz, na takiej harmonijce łączącej wagony, zatrzymał mnie. Tam bardzo nami chybotało. Więc wziął mnie za rękę. Nie było w tym zaczepki, prowokacji czy napastliwości. To było … A przynajmniej miało się wydawać bardzo naturalne. Ale …

— Ale? — powtórzył Krzysztof

Potrząsnęła głową.

— Nic. To już cała opowieść.

Krzysztof przyglądał jej się przez chwilę. Pod tym spojrzeniem spuściła oczy.

— I nastąpiło spełnienie? — spytał. — Pod wpływem tego delikatnego i naturalnego dotknięcia?

Zaczerwieniła się.

— Joasiu, nie ma w tym nic zdrożnego, nienaturalnego, ani grzesznego. Więc dokończ.

— Dokończyłam. Nie było nic więcej. Powiedział, że mieszka w Łodzi, ale jeśli się zgodzę, pojedzie ze mną do Warszawy. Przestraszyłam się i powiedziałam, żeby nie jechał. Dał mi wtedy swoją wizytówkę i poprosił, żebym do niego zatelefonowała.

— Zatelefonowałaś?

— Nie.

— A miałaś ochotę zatelefonować?

— Tak. Ale znacznie silniejszy był strach przed tym, w co mogłam czy w co mogłabym się takim telefonem i takim spotkaniem wpakować.

Krzysztof malował. Już o nic nie pytał, ani niczego nie komentował. Joanna posiedziała jeszcze trochę. Potem wstała. Ponieważ Krzysztof tym razem nie zaprotestował, podeszła do niego i spojrzała na płótno. Na rysunku było kilkanaście par oczu. Jej oczu. Niby tych samych, ale zarazem bardzo różnych. Nie tylko w wyrazie, ale nawet kolorze.

— No i które są prawdziwe? — spytała.

— Wszystkie są prawdziwe.

— A które znajdą się na portrecie?

Wskazał pędzlem. Jak je kiedyś określił? Browngreen z naciskiem na brown. A może odwrotnie? Te namalowane były zielone jedynie na obrzeżach tęczówki, a potem przechodziły stopniowo w coraz bardziej intensywny brąz. Ale to nie kolor oczu był ważny. Joannie wydawało się, że oczy dziewczyny z portretu są oświetlone od wewnątrz. Jakby za nimi paliła się miniaturowa żarówka i jej światło przebijało na zewnątrz. Czy rzeczywiście kryła się w tym świetle jakaś obietnica? Ale co właściwie jej oczy obiecywały?

— No i? — zapytał Krzysztof.

— Nie wiem — odparła. — Nie wiem, czy mam takie oczy, czy tylko ty je takimi widzisz.

I nagle zrozumiała, dlaczego kocha Krzysztofa. Dlaczego aż tak bardzo go kocha. Dlatego, że do zwyczajnego dziewczyńskiego zauroczenia miłym chłopakiem dołączył się autentyczny i już wcale nie dziewczyński dojrzały podziw. Dla talentu, dla pasji tworzenia, dla umiejętności niezwykłego patrzenia i niezwykłego widzenia wszystkiego i wszystkich.

— Podziw dla mężczyzny — pomyślała Joanna — jest chyba najsilniejszym elementem kobiecej miłości.

Przypomniały jej się wszystkie kochanki i żony rozmaitych twórców, które z nimi żyły. Często w biedzie, poniżeniu, udręce. Wybaczały im nałogi, zdrady, złe traktowanie. Teraz je rozumiała. Bo teraz wiedziała, że podziw dla mężczyzny jest silniejszy od każdego innego uczucia, jakiego doznaje kobieta.

Rozdział 4

Było jeszcze pięć sesji. Każda z nich trwała po kilka godzin. Krzysztof zadawał Joannie pytania. Ona na nie odpowiadała. Nalegał, aby jej odpowiedzi były szczere. I żeby wyzwalały w niej uczucia rozbawienia, złości, zażenowania, wzruszenia, wstydu.

— Nie rozbieraj mnie aż do kości — prosiła.

Ale był bezwzględny. A ona rozumiała, że jeśli chce, aby jego obraz był na miarę ich wspólnych ambicji i oczekiwań, ona musi się odkrywać przed nim bardziej niż przed spowiednikiem.

Ostatniego dnia, kiedy na portrecie były już zarysy całej jej głowy oraz szyi, a także niektóre fragmenty twarzy, Krzysztof poprosił, aby Joanna opowiedziała, co czuje do niego.

— Co czuję teraz? — spytała

— Nie. Opowiedz od początku.

— Powiedziałeś, że masz zamówienie na zilustrowanie nowego wydania „Emancypantek”. A Elżbieta twierdziła, że ma koleżankę — istny konterfekt Madzi Brzeskiej. Więc przyszedłeś go zobaczyć.

— I było w tym coś szczególnego?

— W tym wypowiedzianym przez ciebie zdaniu? Nic. Ale w twoim głosie — tak. Mówi się, że mężczyzna kocha oczami, a kobieta uszami. Pewnie chodzi o to, co mężczyzna mówi. Ale dla mnie ważne jest, jak mówi. Głos. Być może wynika to z moich dziecinnych wspomnień i doświadczeń, kiedy głos mego taty był dla mnie symbolem męskości, a co za tym idzie poczucia trwałości, pewności i bezpieczeństwa. Jestem jedną z tych, co kochają uszami. No więc najpierw pokochałam twój głos. A potem pokochałam twój zawód. Wyrastałam przecież w domu i w rodzinie bardzo ceniącej malarstwo. I sztukę w ogóle. A potem? Sama nie wiem. To już jest wielka — jak mawiają — magia. Połączenie fizycznego i psychicznego przyciągania do kogoś. Z jakiego powodu — nie wiadomo. Ja też tego nie wiem.

— I mogłabyś ze mną żyć? Tak na co dzień? Czy przypadkiem nie jest to, Joasiu, miłość idealna, romantyczna, do wyobrażonego przez ciebie mężczyzny?

— Nie wiem, czy mogłabym z tobą żyć na co dzień. I przeżyć z tobą całe życie. Ale chciałbym spróbować.

Cały czas patrzył na jej usta. Nie dlatego, żeby dobrze słyszeć jej słowa. Chciał zobaczyć jak nabrzmiewają, czerwienieją i drżą. Aby tak się stało, musiało paść to pytanie:

— Pamiętasz nasz pierwszy pocałunek?

Osiągnął swoje. Patrzył jeszcze przez moment i zaczął szkicować.

— Pewnie, że pamiętam. Był to pierwszy pocałunek w moim życiu, który sprawił mi przyjemność. Chciałam, żebyś mnie całował. Masz …

— Tak?

Prawie nie odrywał wzroku od płótna. Od czasu do czasu zerkał na usta Joanny.

— Masz to, co chciałeś? — spytała.

Uśmiechnął się.

— Miałbym więcej, ale nie daje się jednocześnie malować i całować modelki.

— Do diabła z twoją profesjonalnością — pomyślała z pasją. — Wstań teraz od tych cholernych sztalug i pocałuj mnie. Jeśli rzeczywiście chcesz namalować prawdziwą Joannę.

Jakby wyczuł jej myśli. Rzucił pędzel na podłogę, zdjął kitel, wytarł ręce w ścierkę nasączoną terpentyną.

— Dość na dziś! — powiedział. — Chodź do mnie.

Kiedy pochylił się nad nią, żeby ją pocałować, raz jeszcze spojrzał na jej usta.

— Nawet teraz jest bardziej malarzem niż kochankiem — pomyślała z żalem.

Swój gotowy portret zobaczyła dopiero po dwóch tygodniach. Obraz stał na sztalugach, osłonięty płótnem. Krzysztof zrobił dla niej prawdziwą jego odsłonę. Nie czekał na pochwały. Zdawał sobie sprawę, że obraz jest świetny.

Joanna patrzyła na siebie, tak całkiem różną od odbicia w lustrze, tak inną niż na wszystkich fotografiach. Co kłamało? Lustro? Aparaty fotograficzne? Czy malarski pędzel Krzysztofa?

— Kiedyś — powiedziała — mawiało się o takich portretach pochlebiony.

Krzysztof się roześmiał.

— Nie, nie jest pochlebiony. Mówiłem przecież, że namaluję twoją duszę ukrytą w twoim dziewczęcym ciele.

— I taka jest, według ciebie, moja dusza?

— Tak, właśnie taka.

— No to jesteś jak Winicjusz. Kochasz chyba bardziej moją olśniewającą duszę niż moje znacznie mniej olśniewające ciało.

— Jemu też nic nie brakuje — powiedział.– I w dalszym ciągu moja propozycja, że je namaluję jako akt, jest aktualna.

Joanna użyła przymiotnika olśniewająca, bo nie znalazła innego określenia dla wyrażenia swojego zachwytu. Nie chodziło jej o to, że wyglądała na portrecie przepięknie i intrygująco. Wiedziała — to jest niezwykły obraz. Dzieło sztuki.

Utrzymany był w sepii. Dziewczyna na obrazie jakby wynurzała się z beżowego, zamglonego tła. Najpierw dostrzegało się jej oczy. Potem włosy. Jedno i drugie o kilka tonów ciemniejsze od tła. Ale i oczy, i włosy były rozświetlone. Nie światłem padającym na modelkę z zewnątrz, ale jej własnym. Miało się wrażenie, że jedynym źródłem światła są właśnie oczy i włosy Joanny. Myślała, że Krzysztof wyeksponuje także jej usta. Tak długo przecież nad nimi pracował. Ale nie. To nie były usta dziewczyny czekającej na pocałunek, ani dziewczyny, która przed chwilą była całowana. Tak, jak to kiedyś zamierzał, tylko oczy Joanny miały zapowiadać obietnicę. Ale czego?

Rozdział 5

— Mam dla ciebie niespodziankę — powiedział Krzysztof. — Dostałem propozycję wystawienia swoich prac w łazienkowskiej Kordegardzie. Tej nad kanałkiem. Świetne miejsce.

Joanna ucieszyła się.

— Kiedy?

— No, jest jeszcze trochę czasu. Na selekcję obrazów, ich oprawę. No i plakaty. A w każdym razie — zaproszenia. Oraz przygotowanie symbolicznego poczęstunku. Czy czegoś w tym rodzaju.

— Tym się nie martw — powiedziała Joanna — Poczęstunkiem. Wezme to na siebie.

Roześmiał się.

— To i gotować potrafisz? Szkoda, że tego nie widać na twoim portrecie.

— Możesz umieścić w podpisie, albo przypisie.

Poprosił ją i Helenę, aby pomogły mu w selekcji obrazów. Powyciągał z rozmaitych zakamarków i zakurzonych kątów pracowni swoje płótna. Porozkładał je stole, podłodze, nawet materacu. Dziewczyny chodziły między tymi obrazami, przyglądały im się z daleka i z bliska. Niektóre z wybranych przez Helenę nie podobały się Joannie. Niektóre z wybranych przez Joannę nie podobały się Helenie. Obu podobało się dziesięć. Ale tylko połowa z nich podobała się Krzysztofowi. Joanna starała się nie forsować swojego zdania. Tylko raz się zauporzyła. Koniecznie chciała, aby na wernisaż trafiła martwa natura ze zwiędłymi astrami, na którą zwróciła uwagę podczas swego pierwszego pobytu w pracowni na Świętojańskiej. Ten obraz — jej zdaniem — najlepiej wyrażał artystyczne credo Krzysztofa. Była w tym obrazie zaduma nad zwykłą koleją i biegiem rzeczy.

Przekonała ich i astry zostały dołączone do dwóch portretów: Heleny i Joanny. Potem Krzysztof wpadł na pomysł dodania jeszcze portreciku Madzi Brzeskiej. Wydało mu się zabawne i przekorne zestawienie dwóch wizerunków tej samej osoby w tak odmiennych i nie przystających do siebie stylach. Helena entuzjastycznie poparła pomysł. Joannie też wydał się interesujący. Potem Helena postawiła na sztalugach obraz zatytułowany „Dorastanie”. Był to pień świeżo ściętego, starego drzewa. A właściwie układ jego słojów, raz grubszych, innym razem ledwo zaznaczonych, niektórych z zaschniętymi lub całkiem świeżymi kroplami żywicy. Joannę zachwyciła ta, utrzymana w spokojnych kolorach: weny, kremu i złota, metafora życia. Lat dobrych i tłustych oraz lat chudych. Pogodnych i zdrowych lub pełnych cierpienia. Spokojnych i niespokojnych. Szczęśliwych i tych z kataklizmami.

Następnym obrazem, który przeszedł dzięki ich akceptacji, przełamującej sceptycyzm Krzysztofa, było drzewo z dwoma dość cienkimi konarami, utrzymane w jesiennej tonacji brązu i czerwieni. Dla Joanny było to drzewo ze zwieszoną głową. Przypominało lub mogło symbolizować człowieka po przejściach. Albo — zwyczajnie — zmęczonego, utrudzonego, zrezygnowanego. Krzysztof zdecydował o wystawieniu jeszcze innego drzewa. Nazwał je „Bonzai”. Rzeczywiście wyglądało na miniaturkę egzotycznego mini-baobabu, a ustawione było na lustrze. W ten sposób były to właściwie dwa drzewa. Obraz, odwrócony do góry nogami, pokazywał niemal dokładnie to samo. Tyle, że w lustrzanym, a wiec subtelnie odmiennym odwzorowaniu.

Helena i Krzysztof odkurzyli jeszcze jedno płótno, którego Joanna dotychczas nigdy nie widziała. Był to krzyż spleciony z kiści bladofioletowego bzu. Jak to u Krzysztofa — nieco już przywiędłych, jakby umęczonych przemijaniem i bliskością swej śmierci.

— Ten obraz — pomyślała Joanna — mógłby wisieć i w kościele, i w każdym domu. Jest w nim więcej prawdy o cierpieniu niż w zbitych na krzyż dwóch kawałkach drewna. Lub figurze zawieszonego na nich człowieka.

Jedyny obraz nie malowany na płótnie, ale drewnie nosił tytuł: „Zakochani”. Na jednej z desek, umieszczonej nieco wyżej niż druga i pomalowanej na jasno beżowy kolor, znajdowała się zaznaczona kilkoma czarnymi kreskami sylwetka mężczyzny. Mężczyzna zamknięty był w oznaczonym brązem kwadracie. Na drugiej desce — jasnobłękitnej — sylwetka kobiety tkwiącej w ciemnoniebieskim okręgu. Joannę poraziły i ta różnica poziomów, na jakich się mężczyzna i kobieta znajdowali i to niemożliwe do pokonania zamknięcie każdego z nich w ich własnej, odrębnej przestrzeni. Czy tak właśnie Krzysztof traktował możliwość, czy raczej niemożliwość zakochania się i kochania? I czy namalował ten obraz zanim poznał Joannę? Czy teraz, patrząc na obraz, myślał o niej? O nich?

— Odsapnijmy przez moment — powiedziała Helena. — I napijmy się  herbaty. Choć — o ile znam mojego brata — do herbaty niczego w jego lodówce czy kredensie nie znajdziemy.

— Przyniosłam chleb na grzanki, masło i ser — odrzekła Joanna.

— Joasiu, jesteś naszym prawdziwym rodzinnym skarbem! — zawołała Helena.

I dodała:

— Czy ty, Krzysiu, słyszałeś, co mówi twoja mądra siostra?

— Wiedziałem o tym, zanim moja mądra siostra zdołała to zauważyć.

Obie młode kobiety podeszły do stołu, zdjęły rozłożone na nim płótna. Joanna przetarła blat zmoczoną ścierką. Helena położyła pokrojone kromki chleba, smarowała je i przykrywała plasterkami sera. Posypała część majerankiem, inne pieprzem ziołowym, na reszcie położyła odrobinę roztartego czosnku.

— Te z czosnkiem sama zjem — powiedziała. — Nie mam dziś randki i mogę sobie nareszcie użyć do woli. Uwielbiam czosnek. Nawet z miodem.

— Dlaczego nie masz dziś randki? — zapytał Krzysztof, myjąc ręce nad kuchennym zlewem. — Zostałaś wyeksmitowana z willi pana mecenasa? I masz pewnie nadzieję, że tylko czasowo.

— Tak, mam taką nadzieję — odpowiedziała Helena. — Andrzej wyjechał z tym swoim złym duchem na jakiś kawalerski weekend.

Zrobiła minę, jakby wątpiła w prawdziwość informacji o powodzie wyjazdu.

— Pojechali do Krakowa. Do tak zwanego „kolegi z wojska”. Który ma imieniny czy też urządza jakąś inną hulankę.

— Kto to jest ten zły duch? — spytała Joanna.

— A, to taki odwieczny przyjaciel Andrzeja. Gdyby nie to, że obaj są babiarzami, to pewnie by wystarczali sobie za całą resztę świata.

W głosie Heleny wyczuwało się rozżalenie i irytację. Ale nie z powodu faktu, że jej ukochany był kobieciarzem, tylko, że większy od niej wpływ na niego miał przyjaciel z lat dziecinnych.

Joanna bardzo słabo znała Helenę, ale uważała ją za wyjątkowo atrakcyjną kobietę. Tyle, że o tej atrakcyjności decydował dotąd jedynie wygląd Heleny. Dopiero teraz Joanna spojrzała na siostrę Krzysztofa z sympatią. Pomyślała, że jest miła, rozsądna, ma bardzo dużą wiedzę — i to nie tylko z dziedziny sztuki — oraz poczucie humoru i autoironii. Tak — Helena na pewno nie tylko mogła się podobać, ale można ją też było szczerze lubić.

— Może ten zły duch jest po prostu o ciebie zazdrosny — powiedziała. — Jeśli sam się zakocha, to wtedy pewnie wszystko się zmieni. I on, i cały wasz układ.

Helena wkładała przyszłe grzanki do piekarnika. Wzruszyła ramionami.

— Nie wyobrażam sobie, aby t e n c z ł o w i e k był w stanie się zakochać. Zmienia baby jak rękawiczki. A nawet jeszcze częściej. Jak koszule lub skarpetki.

Joanna mimo woli zaciekawiła się t y m c z ł o w i e k i e m.

— Przystojny? — spytała.

— Mnie się nie podoba — odparła Helena.

— Jest jeszcze twoja antagonistka — powiedział Krzysztof. — Groźniejsza od antagonisty.

Helena westchnęła. I wyjaśniła Joannie.

— To kobieta — trudno teraz wyjaśniać niuanse — która prowadzi dom Andrzeja. Ona też mnie nie lubi. A właściwie — nie znosi.

— Dlaczego? — zdziwiła się Joanna. — Jest zazdrosna o swoją pozycję w tym domu?

— Nie — powiedziała Helena wyjmując grzanki z piecyka. — Ja jej na pewno w niczym nie zagrażam. Nic by nie straciła ze swojej pozycji i roli. Trudno mnie posądzić o rywalizowanie w takich sprawach jak gotowanie, gospodarowanie czy zarządzanie domem. Ani tego nie lubię, ani nie umiem, ani nie mam zamiaru się tego uczyć.

— No więc? — spytała Joanna. — Jaki jest powód nielubienia ciebie?

Krzysztof sięgnął po grzankę. Joanna postawiła przed nim szklankę z herbatą, wsypała dwie i pół łyżeczki cukru, zamieszała. Helena przyglądała jej się w zamyśleniu.

— Wiesz co, Joasiu? — powiedziała. — W tej chwili zdałam sobie sprawę, że ty byś się jej spodobała. Kobieta, która troszczy się o mężczyznę do tego stopnia, że wie ile łyżeczek cukru trzeba wsypać do jego herbaty, to chyba taka, której ona szuka.

Milczała chwilę i dodała:

— Może i sam Andrzej także.

Rozdział 6

Krzysztof telefonował czasem codziennie, czasem co kilka dni, czasem co tydzień, czasem jeszcze rzadziej. Spotykali się z Joanną codziennie, czasem co kilka dni, czasem co tydzień, czasem jeszcze rzadziej. Joanna żyła więc od telefonicznego dzwonka do telefonicznego dzwonka. Jeśli Krzysztof zatelefonował, przestawała chodzić po ziemi, ale niemal unosiła się nad nią, wypełniona tak wielką radością i szczęściem, jakich sobie przedtem nawet nie umiała wyobrazić. Jeśli nie telefonował, ogarniała ją taka apatia, zniechęcenie i zwątpienie, jakich także nigdy wcześniej nie doznawała. Pan Ostrowski najpierw niepokoił się, a potem zaczął irytować tymi skrajnie zmiennymi uczuciami córki.

— Całkiem rozum jej odebrało — powiadał, posapując gniewnie.

Pani Emilia tłumaczyła i łagodziła:

— Jest po raz pierwszy w życiu zakochana.

Pan Michał wzruszał ramionami:

— Tak zakochują się czternastolatki. Ona jest prawie dorosła. Poza tym…

Pani Ostrowska znała ciąg dalszy niedokończonej wypowiedzi. Ojciec Joanny uważał za niemożliwe, aby ktokolwiek mógł do tego stopnia zawrócić w głowie jego Asikowi. Bo to jego Asik był od zawracania głów i łamania męskich serc. Odwrotna sytuacja nie mieściła się w pojęciu pana Ostrowskiego i boleśnie raniła jego ojcowskie i męskie ambicje. Nie mówił wprawdzie nigdy o Krzysztofie ten malarzyna, ale nawet gdyby był równy talentem i sławą swemu pradziadowi, czy nawet samemu Rubensowi, Asik i tak mógł być jedynie obiektem jego westchnień.

A było odwrotnie.

Najgorsze, że Joanna zdawała się potulnie z tą odwrotnością godzić. Kochała Krzysztofa tym rodzajem miłości, o której święty Paweł powiadał, że niczego nie żąda i niczego nie oczekuje. Była to więc miłość bez wątpienia prawdziwa, ale i bez wątpienia nie całkiem szczęśliwa. A pan Ostrowski wiedział, że takie miłości rzadko kończą się happy-endem. Joanna nie myślała jednak o przyszłości. Każdego ranka budziła się z myślą o tym jednym, właśnie rozpoczynającym się dniu tak, jakby miał być zarazem dniem ostatnim. I chciała ten dzień przeżyć z Krzysztofem.

Gdyby ktoś ją zapytał, co ją tak bardzo w nim urzekło i urzeka, nie potrafiłaby odpowiedzieć. Był mężczyzną, z którym chciała być. A może inaczej — bez którego nie umiała i nie chciała być.

Na początku lipca spotkali się najpierw w jego pracowni, a potem pojechali do Ogrodu Botanicznego. Siedzieli na ławce pod platanem, rozmawiali, milczeli i całowali się. Joanna była przeszczęśliwa. I kiedy późnym popołudniem wracali do jego pracowni była pewna, że tym razem nie będzie już dla niego tylko modelką, ani tylko jego dziewczyną. Wszystko w niej było na t o nie tylko gotowe. Wszystko w niej na t o czekało.

Ale Krzysztof nie zaprosił jej do swojego atelier. Zatrzymał się na przystanku autobusowym. Najwyraźniej zdecydowany odwieźć ją do domu.

— Joasiu! — powiedział, a ona zadrżała w przeczuciu jakiegoś psychicznego uderzenia. — Wyjeżdżam na tygodniowy plener. Zobaczymy się zaraz po moim powrocie.

— Dokąd jedziesz? — spytała.

— Do Kazimierza.

— Och! — powiedziała. — Nie możesz zabrać mnie ze sobą?

— Kochanie! — odparł Krzysztof i to kochanie było jak przyklejenie plasterka na skaleczenie. — Nie mógłbym ci tego zrobić. Ani twoim rodzicom.

— Ależ ja chcę, abyś mi t o zrobił — powiedziała Joanna.

Uśmiechnął się.

— To ja nie chcę ci t e g o zrobić. Nie dlatego, że mi się nie podobasz. I nie dlatego, że cię nie kocham. Nie zrobię ci t e go właśnie dlatego, że mi się cholernie podobasz i dlatego, że cię cholernie kocham.

Joanna pomyślała, że przystanek autobusowy na Krakowskim Przedmieściu jest ostatnim miejscem, w którym powinno się składać chłopakowi tego rodzaju propozycje i w którym chłopak powinien czynić tego rodzaju wyznania. Więc nic nie powiedziała.

Rozstając się z nim spytała:

— Kiedy wyjeżdżasz?

— Za kilka dni.

Skinęła głową. Pocałował ją.

— Przyślę ci własnoręcznie namalowaną pocztówkę.

Miała tak smętną minę, że Krzysztof ujął ją pod brodę i raz jeszcze pocałował.

— Joasiu, to przecież tylko tydzień.

— Tak. To tylko tydzień.

Westchnął.

— No, dobrze. Pomyślę, co da się zrobić.

Zatelefonował następnego dnia. Zapytał, czy mógłby wpaść wieczorem do Joanny i czy jej rodzice lub jedno z nich będzie wtedy w domu.

Joanna z nastroju krańcowego przygnębienia i apatii przeszła w nastrój euforii.

Krzysztof zjawił się wieczorem. Pan Ostrowski zaprosił go do gabinetu

— Chciałbym prosić — powiedział Krzysztof — abyście mi państwo pozwolili zabrać Asię na plener do Kazimierza.

Uprzedzając pytania lub sprzeciw dodał od razu:

— Obiecuję, że będę się nią opiekował i że nie stanie się jej żadna krzywda. Ręczę nie tylko za siebie, ale także za swoich kolegów-malarzy.

Pan Ostrowski przyglądał się uważnie młodemu człowiekowi.

— Mam nadzieję, że nasza Asia potrafi sama zadbać o swoje i nasze dobre imię — rzekł dość oschle. — Ale tym niemniej dziękuję panu, że zechciał pan zapewnić nas o swoich uczciwych wobec niej zamiarach.

— Wobec Joasi — odpowiedział Krzysztof — trudno mieć nieuczciwe zamiary. Choć jest tak urocza, że trudno też nie grzeszyć przynajmniej nieuczciwą myślą.

To wyznanie zostało przyjęte przez pana Michała dość przychylnie.

Przed wyjazdem Joanna i Krzysztof spotkali się na dworcu autobusowym, skąd odjechali autobusem do Kazimierza. Krzysztof, przedstawiając Joannę swoim kolegom, uprzedził:

— Zamykajcie przy niej swoje brudne gęby na kłódkę, a brudne łapy trzymajcie przy sobie. To nie jest dziewczyna z naszej branży.

— Niepokalanie napoczęta? — zapytał ktoś, a inni zarechotali.

Joanna pomyślała, że być może nie należało nalegać na ten wyjazd. Nie była i nie czuła się dziewczyną z branży. I zastanowiła się — po raz pierwszy — czy Krzysztof był człowiekiem z branży. Nigdy nie widziała go w towarzystwie jego kolegów, czyli w jego środowisku. Przestraszyła się tej nieznanej twarzy i osobowości Krzysztofa, jaką może poznać w Kazimierzu. I pożałowała swego kaprysu.

W autokarze wszyscy z branży zachowywali się hałaśliwie, nazbyt swobodnie, niekiedy wulgarnie, czasem po chamsku. Joanna nie miała pojęcia czy Krzysztof zachowuje się inaczej ze względu na nią, czy też jest inny od branży. Trudno było jednak się spodziewać, aby aż tak bardzo się różnił od reszty swoich znajomych skoro był przez nich akceptowany.

W Kazimierzu mężczyźni wysiedli przy spichrzu, przemienionym na hotel. Osiem kobiet pojechało wyboistą ulicą Krakowską do domu PTTK „Murka”. Joanna dzieliła pokój z trzema malarkami. Dwie z nich traktowały ją z góry. Trzecia okazywała jej zdawkową uprzejmość.

— A więc jesteś nowym dmuchawcem naszego Krzyśka — powiedziała jedna z tych niesympatycznych.

Mówiono do niej „Krecha”. Joannę nie wiedziała co zabolało mocniej — określenie jej jako dmuchawca, czy zaimek nasz przed imieniem Krzysztofa. Nie chcąc popadać w konflikt — i to już w pierwszych chwilach wspólnego pobytu — przemilczała uwagę. I ponownie pomyślała, że chyba jednak lepiej było przez tydzień tęsknić za Krzysztofem niż przebywać przez tydzień w towarzystwie ludzi z branży.

Krzysztof przyszedł po Joannę po obiedzie. Była w pokoju sama.

— Pójdę Plebanką w kierunku Mięćmierza — powiedział. — Chcesz iść ze mną?

Chciała.

Plebanka była wąwozem. Podobno jednym z najpiękniejszych w Kazimierzu. Ale tego akurat dnia, akurat o tej porze i akurat przy tej pogodzie sprawiała wrażenie miejsca ponurego i wilgotnego. Kiedy wyszli na rozległe pola, Joanna nadal nie dostrzegła niczego niezwykłego. Na pewno wszystko wyglądało by lepiej i ładniej, gdyby oświetlone było słońcem. No i gdyby ona sama była w lepszym nastroju. Dopiero kiedy wdrapali się na pagórek, u stóp którego płynęła Wisła i leżała wioska Mięćmierz, Joanna zobaczyła widok, który poruszył jej wyobraźnię. Po prawej stronie pagórka znajdowały się piaskowcowe wyrobiska, na nich uboga roślinność i wąziutkie, przebiegające wzdłuż grani ścieżynki. Przypominało to pejzaże greckie. Na przeciwko, po drugiej stronie Wisły, widać było rozległe łąki, wysoki brzeg, a na jego szczycie — ruiny zamku. Dla Joanny był to jakby klimat Prowansji. Po lewej stronie, na środku Wisły, znajdowała się pokryta trawą wyspa. Na niej pasły się owce i krowy. Nad tą wyspą, także na wysokim i niemal urwistym brzegu, stał wiatrak. Zupełnie tak, jakby ktoś przeniósł w te okolice kawałeczek Holandii. I wreszcie po odwróceniu się, można było zobaczyć wioskę niby z obrazów dziewiętnastowiecznych polskich pejzażystów. Niektóre chaty pokryte były strzechami. Na chruścianych plotach zatknięto gliniane garnki. Na drzewach uwiło sobie gniazda kilkanaście bocianich par.

Joanna była ciekawa, czy Krzysztof widzi to samo i w taki sam sposób, jak ona, ale czekała cierpliwie, aż się odezwie. Dałaby wiele, aby choć przez chwilę móc widzieć jego oczyma. Zobaczyć świat w jego kolorach, w jego proporcjach, w jego odbiorze. Odwrócił się do niej. Wyciągnął rękę. Podeszła. Objął ją. Przytulił policzek do jej twarzy.

— Podoba ci się? — spytał.

Skinęła głową.

— A co najbardziej?

— Wszystko podoba mi się najbardziej — odrzekła. — Ale gdybym potrafiła rysować, albo przynajmniej fotografować, to wybrałabym wiatrak i krowy. Zrobiłabym nowoczesną wersję, albo wariację na temat wiatraków Pissarra, Moneta lub Van Gogh’a. Albo pejzaży flamandzkich Brueghel’a Starszego czy Joosa de Monper.

Krzysztof spojrzał zdumiony.

— Skąd ty to wszystko wiesz?

— Nie wiem wszystkiego. Wiem tylko tyle, ile mogłam się dowiedzieć oglądając wystawę w Muzeum Narodowym. I albumy z reprodukcjami.

— Ile razy byłaś ostatnio w muzeum?

— Odkąd cię poznałam? Chodzę tam przynajmniej raz w tygodniu.

Pocałował ją.

— Zazwyczaj żąda się od dziewczyny jednego tylko dowodu miłości. Tymczasem twój jest chyba znacznie bardziej prawdziwy.

Wracali do „Murki” drogą, którą Joanna nazwała w myślach „grecką”. Krzysztof trzymał ją za rękę, pokazywał jej fragmenty Kazimierza: Górę Trzech Krzyży, Basztę, ruiny Zamku, willę Pruszkowskiego, Farę. Spytał o dziewczyny, z którymi mieszka.

— Bardzo ci dokuczają?

Nie chciała się skarżyć. Nie odpowiadając na jego pytanie, sama je zdała:

— Czy „Krecha” była twoją kochanką?

Zdziwił się.

— Ona ci to powiedziała?

— Raczej dała do zrozumienia.

Wzruszył ramionami.

— Kochanka, to chyba słowo na wyrost. Zakłada jakąś, choćby przelotną, ale jednak więź uczuciową. I jakieś, choćby niedługie, ale jednak trwanie w związku. A ona po prostu sypia z każdym, kto się nawinie.

— Ty też się nawinąłeś?

— Też. Raz, czy dwa.

— A ta druga? Irmina?

— Też nie była moją kochanką, choć się ze mną kiedyś przespała. Dawno temu. Teraz już chyba sypia tylko z tymi, którzy dają jej kokę. Strasznie ćpa. Ale nadal nieźle rysuje.

— To straszne — powiedziała ze zgrozą Joanna. — Co to za ludzie?

— No, często rzeczywiście pokręceni. Ale w tym środowisku klasyfikuje się ludzi i ocenia jedynie poprzez ich talent. Jak ktoś go ma, może być łajdusem, pijakiem, narkomanem, nawet zboczeńcem. I tak będzie się liczył. I odwrotnie. Najprzyzwoitszy facet, czy najcnotliwsza dziewczyna pozbawieni iskry Bożej nic a nic nie znaczą. Nie ma ich.

Joanna milczała. Zastanawiała się, czy zdołałaby zaakceptować tego rodzaju kryteria w doborze znajomych. Wydawało jej się, że by nie mogła. Ale nie była w stanie wykorzenić Krzysztofa z jego środowiska. Nie mogła przenieść go we własne. A między tymi dwoma światami nie było żadnego punktu stycznego.

— Dlaczego sypiasz z dziewczynami, których nawet nie lubisz, a jesteś taki pryncypialny jeśli chodzi o mnie?

— Właśnie dlatego, że ciebie lubię. Nawet o wiele za bardzo.

Rozstali się w „Murce”.

— Dasz sobie radę z tymi dziewuchami? — upewniał się.

Skinęła głową. Choć wcale nie była tego pewna.

Następnego dnia pogoda poprawiła się. Krzysztof zabrał Joannę na wzgórze nad Plebanką. Usiedli na łące pachnącej rozgrzanymi ziołami. Rozciągał się stąd rozległy widok na okolicę. Dla Joanny przepiękny. Dla Krzysztofa kiczowaty. Schronili się w cieniu jedynego rosnącego tam drzewa. Krzysztof pociągnął Joannę na trawę. Leżąc obok niej łaskotał ja źdźbłem trawy po nosie wywołując jej kichanie. Śmiał się. Joanna opędzała się od niego.

— Przestań.

— Naprawdę chcesz, żebym przestał? Czy żebym nareszcie zaczął?

Co by się stało, gdyby powiedziała: „zacznij”? Ale zabrakło jej odwagi. Może dlatego, że rzeczywiście był gotów zacząć. Rozpiął jej bluzkę. Nie broniła się.

— Aśka! — powiedział. — Nie prowokuj mnie. Chcesz tego, bo wiesz, że potem już będziesz mnie miała. Na własność. Na wyłączność. Że już nie potrafię z ciebie zrezygnować.

— A ty — odrzekła z goryczą  — nie chcesz być niczyją własnością.

— Nie — powiedział. — Nie chcę tego.

Usiadła, zapięła bluzkę. Potem wstała, odeszła kilkanaście kroków. Znowu położyła się na trawie.

— Asiu! — zawołał. — Proszę, zostań w tej pozycji.

Widziała, jak wyjmował szkicownik. Najpewniej zapomniał już o tym, co powiedział przed chwilą. I o tym, co przed chwilą zaszło między nimi. Przez moment miała ochotę zerwać się, pobiec w dół, spakować swoje rzeczy, wrócić do domu. Ale została. Leżała w takiej pozycji, w jakiej sobie życzył. Z ręką pod policzkiem, z włosami zasypującymi jej twarz. Nie wiedziała, jak długo to trwało. Chyba długo. Potem Krzysztof zamknął szkicownik, spakował ołówki. Był w wyśmienitym humorze.

— Asiu! — powiedział. — Jestem ci nieskończenie wdzięczny, że przyjechałaś tu ze mną.

— Udało ci się coś namalować? Coś, z czego jesteś zadowolony?

— Tak — potwierdził. — Mam wrażenie, że to będzie coś jeszcze lepszego niż twój portret. Może nawet najlepsza rzecz ze wszystkich, jakie kiedykolwiek namalowałem.

— Cieszę się — powiedziała.

Ale naprawdę nie wiedziała, czy ją to cieszy aż tak bardzo, jak powinno ją cieszyć.

Rozdział 7

W kilka dni później Krzysztof zaprosił Joannę na kolację w hotelu „Europejskim”. Wpadała czasem do barku „Europejskiego” w okienkach między zajęciami i zamawiała bigos. Porcje były obfite, bigos smaczny i stosunkowo tani. Kosztował osiem złotych. W hotelowej restauracji, uchodzącej za nader ekskluzywną i bajecznie drogą, była tylko raz, jeszcze jako uczennica liceum. Przyjechali wtedy z Kanady do Polski przyjaciele jej rodziców i zaprosili ich i ją na kolację. Bardzo jej się wtedy wszystko podobało.

Krzysztof nie był nigdy ani w restauracji, ani nawet w barku hotelu „Europejskiego”. Nie tylko i nie tyle z powodu braku finansowych możliwości, ile z racji niechęci do wszelkiego filisterstwa. Kiedy więc zaproponował Joannie kolację w tak filisterskim hotelu szczerze się zdumiała. Wyjaśnił jej powód tej zaskakującej propozycji:

— Helena pragnie zaprezentować swojej rodzinie, na razie w mojej skromnej osobie, swego ukochanego. A ukochany zaprosił ją na dancing do „Europejskiego”. Na jej namolne nalegania doprosił mnie z moją dziewczyną. Helena łudzi się, że takie rodzinne spotkanie może go wreszcie do czegoś zobliguje.

— Ty się nie łudzisz? — spytała Joanna.

Krzysztof wzruszył ramionami.

— W tym przypadku powtórzyłbym za miłościwym carem: „żadnych złudzeń”. Piękna Helena ulokowała bowiem uczucia w człowieku, który na pewno nie ulokuje swoich uczuć w Helenie. Ani w żadnej, podobnej do niej, kobiecie.

Joanna ujęła się za Heleną.

— Ale dlaczego? Helena jest i bardzo efektowna, i bardzo sexy. Dlaczego miałby się w niej nie zakochać?

— Jest o wiele za bardzo efektowna i o wiele za bardzo sexy, aby mógł i chciał się w niej zakochać.

— No to już nie wiem, w jakich dziewczynach można się — według ciebie — zakochać.

Krzysztof roześmiał się.

— Joasiu, nie mówimy o mnie, tylko o facecie, który zawrócił w głowie Heleny.

— A gdybyśmy mówili o tobie? — spytała Joanna.

— Według mnie jesteś idealną dziewczyną do zakochania się.

— No i?

— No i zakochałem się. To chyba zauważyłaś.

— Gdybym zauważyła, to bym nie pytała.

— Ależ oczywiście, że byś spytała. Żadnej dziewczynie nie wystarczają oznaki zakochania ze strony mężczyzny. Potrzebujecie słownych deklaracji.

Joanna idąc na kolację założyła sukienkę z ręcznie malowanego milanowskiego jedwabiu. Dominował w niej kolor turkusowego błękitu. Ale malarskie oko Krzysztofa odnajdywało także błękit paryski, niebieski brylantowy, niebieski Capri, niebieski kobaltowy, niebieski lekki, niebieski liliowy, niebieski morski, niebieski pastelowy, niebieski średni, niebieski wrzosowy oraz ultramarynę.

Przez całą drogę do hotelu Joanna była zadowolona ze swego wyglądu. W momencie, kiedy zobaczyła Helenę, straciła dobre samopoczucie. Helena wyglądała bowiem prześlicznie. Jasne włosy wydawały się jeszcze bardziej jedwabiste, a suknia z głębokim wycięciem z przodu i z tyłu eksponowała tak piękne ramiona i tak pociągający dekolt, że Joanna poczuła się w swojej skromnej sukience jak komar przy motylu. A kiedy spojrzała na obiekt płomiennych uczuć Heleny, stropiła się do reszty. Jej partner ani trochę nie przypominał chłopców i mężczyzn, których znała i z którymi dotychczas przebywała. Był tak elegancki, jakby zawodowo zajmował się prezentacją mody. Jego garnitur musiał być szyty na miarę i to nie u byle krawca. A poruszał się i zachowywał tak, jakby dzielił swój czas pomiędzy grę na korcie, pływanie i jazdę konną. A po powrocie z kortu, basenu czy przejażdżki konnej brał kąpiel, poddawał zabiegom masażysty i po krótkiej drzemce jechał luksusowym samochodem do jednej z tego rodzaju restauracji, jaką była „Europejska”. Joanna dziwiła się, że tacy mężczyźni w ogóle istnieją w tym szaroburym demokratyczno-ludowym świecie, jaki znała. Ale nie dziwiła się, ze ten facet zawrócił Helenie w głowie. Był w stanie zawrócić głowę każdej kobiecie. Oprócz głowy Joanny, bo ta głowa została całkowicie zawrócona przez Krzysztofa.

Rozmowa była miła, ale tak niezobowiązująca i dotycząca tak błahych tematów, że Joanna nigdy później nie potrafiła sobie przypomnieć, co kto mówił i czy ona coś powiedziała. Kiedy zagrała orkiestra i pan, przedstawiony jej jako Andrzej Guttry, zaprosił Helenę do tańca, Krzysztof westchnął:

— Dziękuj Panu Bogu, że jesteś jedynaczką i nikt nie wymaga od ciebie aż takich poświęceń.

Roześmiała się.

— Troszeczkę przesadzasz. Przystawka nie wymagała od ciebie aż takiego całopalenia.

Krzysztof wodził oczyma za tańczącą parą.

— Czy każda zakochana kobieta jest aż tak zaślepiona, by nie widzieć tego, co widzi postronny człowiek?

— To znaczy — czego?

— Według ciebie — jest w niej zakochany? Interesuje go cokolwiek poza… No, jakby to określić nie uraziwszy twoich dziewiczych uszu? Cielesnością?

Joanna spojrzała na Helenę i pana Andrzeja Guttry.

— No, chyba nie jest w niej na zabój zakochany.

— No widzisz. Nawet ty to widzisz. A ona tego nie przyjmuje do wiadomości.

— Rozmawiałeś z nią?

— A bo to raz! Tłumaczyłem tysiąc razy, żeby sobie nie robiła nadziei, że coś z tego będzie. Ale ona uważa, że w końcu znajdzie sposób, aby go ze sobą związać. Dzisiejszy wieczór ma być jednym z tych sposobów.

Helena i pan mecenas Guttry wrócili do stolika. Mężczyzna zwrócił się do Krzysztofa z żartobliwie karcącym wyrazem twarzy.

— Pozwolił pan, aby ta śliczna panienka siała rutkę?

— Poznałem tę śliczną panienkę właśnie podczas tańca- powiedział Krzysztof. — Tańczy tak dobrze, że jedyne co mogę, to deptać jej po nogach.

Joanna roześmiała się.

— Krzysztof nie lubi tańczyć i wymyśla najrozmaitsze preteksty, aby tego nie robić.

— No, nie wiem komu z państwa dać wiarę — powiedział mecenas Guttry. — Ale zaryzykuję deptanie pani po nogach.

— Prawdziwy z ciebie ryzykant — prychnęła Helena.

I zwracając się do Joanny wyjaśniła:

— Andrzej brał kiedyś udział w turniejach tańca towarzyskiego. I zdobywał na nich mistrzowskie tytuły.

Joanna uśmiechnęła się.

— Jeśli tak, to pewnie ja będę deptać panu po nogach.

Orkiestra grała tango. Joanna tańczyła wiele tang z dziesiątkami partnerów i uważała je za nudny taniec. Dwa kroki na dwa, obrót. Dwa na dwa, obrót. Nawet niewprawni tancerze jakoś dawali sobie z tym dwa na dwa i obrotem radę. Andrzej Guttry uświadomił jej, że nie jest to taniec ani tak prosty, jak jej się wydawało, a już na pewno nie nudny. I zorientowała się, że Helena mówiła prawdę. Andrzej Guttry nie był tancerzem-amatorem.

Tańczyła z wieloma mężczyznami. Z wieloma kolegami z uczelnianego zespołu pieśni i tańca ćwiczyła poszczególne pas całymi godzinami, a nierzadko dniami czy nawet tygodniami. Czasami brakowało dosłownie ułamków sekundy, aby można było uznać, że taniec jej i jej partnera stwarzał wrażenie — jak to określał choreograf — „dwójcy”; pary wydającej się jednością. Było jednak niemal nieprawdopodobne, by dwoje nieznanych sobie osób w swoim pierwszym tańcu nie tylko słyszało tę samą muzykę, ale słyszało ją w taki sam sposób. By nie tylko wyczuwali rytm, ale poruszali w doskonałej z nim harmonii. A tak właśnie było podczas tańca z panem mecenasem.

— Pani chłopak nic-a-nic nie przesadził. Świetnie pani tańczy — powiedział Andrzej Guttry. — Gdzie pani się tego nauczyła? Lub nadal uczy?

— W przedszkolu tańczyłam w zespole „Muchmorków”. A teraz w jednym z akademickich zespołów Pieśni i Tańca. A pan?

— Tańczyłem w warszawskim klubie tańca towarzyskiego. Ale to było dawno temu. Teraz tańczę jedynie okazjonalnie. I od bardzo dawna nie trafiła mi się okazja, aby zatańczyć z tak znakomitą partnerką.

— Nie jestem znakomita. Po prostu pan doskonale prowadzi.

Uśmiechnęli się do siebie.

Po tangu zagrano walca. To nie był taniec łatwy i na pewno nie był nudny. Niewielu mężczyzn potrafiło go tańczyć. Choćby tylko poprawnie. Najczęściej tańczyli tylko w prawo i Joannie od tych jednostajnych obrotów kręciło się w głowie. Nie mieli także pojęcia o tym, co oznacza no foot rise. Ani wirowanie. Andrzej Guttry znał natomiast wszystkie pas. Tańczył płynnie w prawo, w lewo, wykorzystywał styl dwu- i trzykrokowy, a jej nie sprawiało trudności dostosowywanie się do każdego jego ruchu.

— Zaryzykujemy podnoszenie? — spytał.

Zawahała się, ale tylko przez moment.

— Dobrze.

Odczekała na właściwy moment, odbiła się od parkietu ułatwiając partnerowi uniesienie jej w górę. Odchyliła się do lekko do tyłu. Udało się im się wykonać pełen obrót. Opadając na parkiet zdołała zachować równowagę. I ani na moment nie zgubiła rytmu.

— Jest pani najlepszą tancerką, jaką kiedykolwiek trzymałem w ramionach — powiedział Andrzej Guttry.

— Jest pan najlepszym tancerzem, jaki mnie trzymał w ramionach — odpowiedziała.

Trzecim tańcem była cza-cza.

Zaczęli od chasse’-croise, przekonując się, że ten taniec — jak dwa poprzednie — są w stanie zatańczyć tak, jakby tańczyli ze sobą nie od kilkunastu minut, ale po wielu wspólnych treningach. Wszystko było jak należy — i promenada, i odwrotna promenada, i obroty pod ręką, i „New York”. Taniec sprawiał Joannie coraz większą i większą radość. Znała tę radość od dziecka. Radość tańczenia była dla niej nieporównywalna z żadną inną przyjemnością.

W pewnym momencie Andrzej Guttry zatrzymał się tak nagle, że rozpędzona w tańcu Joanna potknęła się. Podtrzymał ją.

— I co będzie dalej? — spytał.

Wiedziała, że nie pyta o dalsze figury cza-czy. Uśmiechnęła się.

— No, mam nadzieje, że jeszcze tego wieczora zaprosi mnie pan na parkiet.

Podjął chasse.

— A potem?

— Pana dziewczyna i mój chłopak są rodzeństwem. Będzie więc wiele okazji do spotkań.

Uprzejmie przytaknął, ale nie było w tym potaknięciu nawet odrobiny przekonania co do owych okazji. A zwłaszcza — wielu.

Kiedy wrócili do stolika, Joanna pomyślała, że gdyby w tej chwili Krzysztof malował portret swojej siostry mógłby go opatrzyć podpisem „Uśmiechnięta furia”. Zerknęła na Krzysztofa z nadzieją, że i na jego twarzy odnajdzie maskowane lub niemaskowane niezadowolenie. Przynajmniej niezadowolenie. Ale Krzysztof uśmiechał się zupełnie i szczerze zadowolony.

— Jest ze mnie dumny jak z tresowanego sokoła — pomyślała z goryczą Joanna. — Wie, że po popisowym numerze wrócę na jego rękę, jeśli tylko na mnie zagwiżdże.

I dopiero teraz uświadomiła sobie, że Krzysztof jeszcze nigdy nie okazał choćby śladu zazdrości. Czy był tego uczucia całkowicie pozbawiony? Czy uważał, że Joanna kocha go miłością tak bezwarunkową i tak silną, że nic i nikt nie może nawet odrobinę jej osłabić?

Tego wieczora Joanna tańczyła z Andrzejem Guttry jeszcze dwa razy.

— To było przemiłe spotkanie — powiedział. — A z pani niezrównana partnerka i niezwykła dziewczyna. Będę teraz marzył, aby ten dzień się powtórzył. I postaram się, aby to moje marzenie jak najszybciej się spełniło.

— Niech się pan postara — odrzekła.

Kiedy Krzysztof odprowadzał ją do domu, powiedziała:

— Powiedziałeś, że on nie kocha Heleny, a ona tego nie dostrzega. Czy ja nie jestem w takiej samej sytuacji? Może teraz twoja siostra mówi panu mecenasowi dokładnie to samo co ja, zmieniając jedynie imię na Joanna?

Krzysztof milczał przez chwilę, która wydała się Joannie odrobinę za długa.

— Masz jakieś podstawy do tego rodzaju podejrzeń i przypuszczeń?

— Tak — odpowiedziała. — Jedną. Zakochany chłopak nie reaguje na tego rodzaju pytanie tak, jak ty zareagowałeś.

Roześmiał się i pocałował ją. Był to tak namiętny pocałunek, że zapomniała o co pytała i że Krzysztof na jej pytanie nie odpowiedział.

Rozdział 8

W tej kwestii ani mama, ani krawcowa nie miały pojęcia jak dziewczyna świetnie zapowiadającego się młodego artysty powinna się ubrać na wernisaż jego prac. Joanna zatelefonowała więc do Heleny Michałowskiej.

— Ja będę w czarnym spodniumie — powiedziała.

Z tonu Heleny wynikało, że każde inne rozwiązanie było jeśli nie niestosowne, to na pewno niezbyt stosowne. Ale Joanna nie miała ani czarnego, ani w ogóle żadnego spodniumu. Pełna niepokoju założyła więc czarną sukienkę z dżerseju. Mama pożyczyła jej sznur pereł. Prawdziwych. Joanna odetchnęła dopiero wtedy, kiedy dostrzegła w oczach Krzysztofa aprobatę. Nie tylko swego stroju, ale swojej całości.

Jeszcze bardziej podobało mu się to, co ze sobą przyniosła. I co miało stanowić tak zwany symboliczny poczęstunek przy tak zwanej symbolicznej lampce wina. Pani Mila Ostrowska upiekła pasztet i schab nadziewany suszonymi śliwkami. Kiedy pokrojone plastry pasztetu i schabu Joanna ułożyła na desce i ugarnirowała listkami pietruszki, nacią selera i pociętymi na paski kawałkami pora, Krzysztof skomplementował jej wysiłek uwagą, że tak królewski poczęstunek może odwrócić uwagę gości od jego obrazów.

Matka Krzysztofa była zachwycona Joanną. I to po równo jej wyglądem, jak i talentami kulinarnymi. Joanna nie prostowała, że dzieło na desce ma całkiem innego autora. Pani Michałowska przyniosła ciasto biszkoptowe. Helena wykpiła się pączkami od Bliklego. Czwartą kobietą, która zadbała o kulinarną oprawę wernisażu była — jak ją określała Helena — dawna flama Krzysztofa. Dawna flama była w zaawansowanej ciąży, ale ponieważ miała obrączkę na palcu Joanna domyśliła się, że musiała być bardzo byłą flamą jej ukochanego. Miała na imię Teresa, ale mówiono do niej i o niej Tessa. Tessa przyniosła ze sobą gliniany garnek apetycznie pachnącego szmalcu i ogromny bochen, też bardzo apetycznie pachnącego, chleba.

Większości osób, które przyszły na wernisaż Joanna nie znała. Kilku kolegów i wszystkie koleżanki Krzysztofa, których poznała w Kazimierzu witała bez specjalnego — i bez odwzajemnionego — entuzjazmu.

Rodzice Joanny oglądali wystawę przystając przed każdym obrazem, ale Joanna wiedziała, że chcieliby jak najszybciej zobaczyć jej portret. Mamie podobały się jeśli nie wszystkie, to prawie wszystkie obrazy Krzysztofa. Ojciec był znacznie bardziej wybredny, ale przyznawał, że to bardzo uzdolniony młody artysta. I choć ta opinia jeszcze nie predestynowała pana Michałowskiego do oficjalnych starań o rękę panny Ostrowskiej, ale od tej pory w oczach jej taty na pewno mógł uchodzić za jej, aprobowanego przez niego, wielbiciela. Babcia Joanny powiedziałaby absztyfikanta.

Krzysztof przywitał się z rodzicami Joanny, ale niemal natychmiast został odciągnięty na bok, ponieważ znalazł się kupiec na któryś z jego obrazów. W roli gospodarza zastąpiła go więc Helena, podprowadzając do państwa Ostrowskich swoją matkę. Dokonano wzajemnej prezentacji. Państwo Ostrowscy wychwalali talent Krzysztofa. Pani Michałowska rozpłynęła się nad zaletami ich córki. Konwenansom stało się więc zadość.

Joanna miała wrażenie, że podczas tej wymiany uprzejmości i ona, i Krzysztof podlegali pewnego rodzajowi wycenie. I że jej akcje stały wyżej niż akcje Krzysztofa. Jakby to ona była dobrą partią dla świetnie rokującego, ale jeszcze mało znanego i na pewno niebogatego malarza.

Andrzej Guttry dojrzał ją z daleka i powitał skinieniem głowy. Potem widząc, że Joanna już nie towarzyszy ani swoim rodzicom, ani Krzysztofowi podszedł, aby się z nią przywitać.

— Rozejrzał się pan? — spytała.

Była bardzo ciekawa jego opinii o malarstwie Krzysztofa.

— Tak — odparł. — Nie jestem szczególnym znawcą i entuzjastą malarstwa nowoczesnego, ale pod wpływem tych obrazów i tej wystawy gotów jestem poddać swoją opinię solidnej weryfikacji. Tyle, że mnie — ze zrozumiałych względów — najbardziej interesuje drugi koniec sali.

Wskazał głową na ścianę z wiszącymi na niej portretami.

— I jak się panu podoba ten drugi koniec sali? — spytała Joanna, zastanawiając się czy określenie: zrozumiałe względy odnosi się wyłącznie do osoby Heleny, czy też — choćby odrobinkę — także i do niej.

— Bardzo mi się podoba. Portret jest zachwycający.

Joanna mogła więc nadal zgadywać, czy Andrzej Guttry ma na myśli portret Heleny. Miała jednak wrażenie, że nie o portrecie Heleny mówi. Więc troszkę się zmieszała.

— Domyślam się, że nie jest na sprzedaż? — spytał.

— Portret Heleny? — spytała, choć już prawie na pewno wiedziała, że mecenas pyta o jej portret. — Nie wiem. Być może. Gdyby pan go chciał kupić…

— Nie pytam o portret Heleny.

Joanna pokraśniała.

— Nie. Ten nie jest do sprzedania.

— Szkoda.

Nic nie powiedziała.

Podszedł do nich Krzysztof. Panowie przywitali się, ale nie dało się ukryć, że teoretyczni przyszli szwagrowie nie przepadają za sobą.

— Chodź, Joasiu — powiedział Krzysztof. — Ktoś bardzo chciałby cię poznać.

Człowiekiem, który chciał zobaczyć modelkę, aby ją skonfrontować z portretem, był profesor Krzysztofa z Akademii. Starszy pan przyjrzał się Joannie tym samym taksującym wzrokiem, jaki znała i jakiego nie cierpiała podczas pozowania.

— Tak — powiedział. — Nic a nic nie schrzaniłeś. Świetny portret. I doskonały pomysł skonfrontowania go z tym drugim rysunkiem. Jak jej tam…

Spojrzał na podpis pod obrazem.

— …. Madzi Brzeskiej. Zdołałeś wykorzystać jedną modelkę w tych dwóch, całkiem odmiennych obrazach. Pani jest i w jednym, i drugim bardzo prawdziwa. Nie mam oczywiście na myśli banalności fotograficznego podobieństwa.

— Dziękuję — bąknęła Joanna.

Znowu spojrzał na nią tak, jak patrzy się na przyszpilonego motyla lub ogląda znaczek w klaserze. Potem poszedł oglądać inne obrazy. Krzysztof mu towarzyszył.

Joanna stała przez chwilę przy swoim portrecie, zastanawiając się czy fakt, iż nie ma na nim fotograficznego podobieństwa sprawia, że oglądający w ogóle nie kojarzą jej z „Obietnicą”.

— Portret jest rzeczywiście świetny — usłyszała za sobą męski głos.

Był to z pewnością głos, w którym nie mogła by się zakochać uszami.

— Szkoda tylko — ciągnął mężczyzna, którego nie widziała — że Krzysztof nie wystawił pani aktu. Ja bym wystawił na pewno.

Tym razem się obejrzała. Mężczyzna był równie abominacyjny jak jego głos.

— Nie jestem modelką — powiedziała. — Zupełnie przypadkowo pozowałam do tego obrazu.

— Jako dziewczyna Krzyśka? — spytał. — I co? Nie miał ochoty namalować pani na golaska?

Zarechotał.

— Żeby pokazać i innym takie apetyczne ciałko?

Wzdrygnęła się w poczuciu urazy i odrazy. Ale nadal nic nie zrobiła, aby swoją urazę i odrazę zamanifestować.

— Zależy pani na Krzyśku? — zapytał.

— Tak — powiedziała.

Popatrzył na nią w taki sposób, że ponownie przeszedł ją dreszcz odrazy i urazy.

— Mogłabyś mu pomóc…

Nadal nic nie mówiła.

— „Daj, czego ci nie zabraknie, byś najwięcej dała” — zanucił. Fałszywie. — Daj to mnie. A w zamian Krzyś będzie miał wystawę na Krakowskim Przedmieściu.

Wiedziała, co powinna zrobić. Ale wiedziała, że tego nie zrobi, aby nie wywołać skandalu. Na szczęście nadciągnęła odsiecz w osobie pana w średnim wieku, wyglądającego bardziej na urzędnika skarbowego niż konesera dzieł sztuki.

— Gdzie znajdę autora tego obrazu? — spytał.

Miał na myśli portret Joanny.

— Zaprowadzę pana — powiedziała szybko.

Nie miał pojęcia jak bardzo go w tej chwili lubiła.

Pan o wyglądzie rewizora nie zachwycał się ani wystawą, ani talentem Krzysztofa. Chciał kupić „Obietnicę”. Nie drgnęła mu powieka, kiedy Krzysztof wyjaśniał, że ten obraz nie jest na sprzedaż.

— A za ile mógłby być na sprzedaż? — spytał.

Krzysztof pokręcił głową.

— To jest obraz, który z osobistych względów pozostanie u mnie. A drugi portret pana nie interesuje?

— Drugi mnie nie interesuje.

— Tego nie sprzedam.

— Dam dwukrotność tego, ile pan zażąda.

Krzysztof roześmiał się.

— Bezcenność nie ma dwukrotności.

— No tak. Bezcenność … — powtórzył dość beznamiętnie niedoszły kupiec.

— Krzysiu? — spytała Joanna. — Kim jest…

Rozejrzała się po sali. Dostrzegła obleśnego typa. Rozmawiał teraz z Heleną.

— … ten człowiek?

— To mój, można by rzec, mecenas. W każdym razie mecenas tej wystawy. Wojtek Rzędowski. Świetny malarz. Ale mocno… No, jakby rzec… Ekscentryczny.

— Ekscentryczny?

Krzysztof uśmiechnął się domyślnie.

— A wiec już cię dopadł? Mogłem się spodziewać, że tak będzie. To erotoman. Nie mogła ujść jego uwagi taka dziewczyna, jak ty.

— I nie uszła — odparła Joanna.

Pocałował ją w policzek.

— Nie przejmuj się, Joasiu.

I poszedł z kimś, kto był zainteresowany kupnem „Drzewa z pochyloną głową”. Ten obraz był jak najbardziej na sprzedaż.

Wernisaż okazał się więcej niż sukcesem. Na trzynastu obrazach zawisły karteczki z napisem „zarezerwowane”. Ale największym zainteresowaniem cieszył się jednak i bez wątpienia portret Joanny. Na „Obietnicy” Krzysztof wywiesił więc kartkę „Nie do sprzedania”. Ktoś dopisał: „Zatrzymaj modelkę, obraz sprzedaj i kup jej futro z norek”. Potem znalazła się inna propozycja „Namaluj kopię, lub zrób reprodukcję”. I następna: „To druga dama z gronostajem tyle, że ładniejsza”. Ktoś dopisał:” Od gronostaja?”

Poczęstunek także cieszył się powodzeniem. Nie został nawet jeden plasterek wędliny. Zjedzono cały chleb i szmalec. A ciasta do ostatniego okruszka.

Krzysztof, syty chwały i zasilony całkiem pokaźną sumą pieniędzy z wpłaconych mu zadatków, zaprosił dziesięć osób na kolacje do SARP-u. Ku irytacji i zaniepokojeniu Joanny jednym z zaproszonych był Wojciech Rzędowski. Była więcej niż pewna, że w dalszym ciągu będzie starał się ją dopaść, a wspólny pobyt w restauracji da mu do tego mnóstwo sposobności.

Kelnerzy zsunęli stoliki w ten sposób, aby znalazło się przy nich miejsce dla dziesięciu osób. Joanna zajęła miejsce pomiędzy Krzysztofem, a jego profesorem z Akademii. Pan Rzędowski znalazł się vis a vis Joanny. Starała się nie spoglądać na niego, ale niemal w sposób fizyczny czuła jego wzrok skupiony na swojej twarzy.

Parkiet w restauracji SARP-u był niewielki, orkiestra też. Kilka par kręciło się w rytm wygrywanych melodii. Kilka innych po prostu do siebie przytulało. Czyli — jak powiadała mama Joanny — migdaliło. Podczas oczekiwania na realizację złożonych zamówień pan Rzędowski podniósł się z ze swego miejsca i zapytał Krzysztofa, czy mógłby poprosić Joannę do tańca. Joanna pewna, że Krzysztof wyrazi swoje przyzwolenie, uprzedziła jego odpowiedź.

— O, nie! — powiedziała. — Pierwszy taniec zarezerwowałam dla bohatera dzisiejszego wieczoru.

Krzysztof uśmiechnął się do niej, ale wstał niezbyt ochoczo i raczej dał się zaprowadzić niż poprowadził ją na parkiet.

— Zmarzłaś, Joasiu? — spytał. — Masz takie zimne ręce.

Jak miała mu wytłumaczyć powód swojego wewnętrznego zlodowacenia, spowodowanego strachem przed tym, co może się za chwilę lub nieco później, ale zapewne nieuchronnie, wydarzyć.

— Żałuję — powiedział — że nie umiem dobrze tańczyć i że taniec nie jest moją ulubioną rozrywką. Wiem, jak wiele dla ciebie znaczy.

Owszem — wiele dla niej znaczył. I po raz drugi tego wieczora przyszło jej do głowy, że jeśli chodzi o rozrywki, trudno będzie im znaleźć wspólne — dobre dla obojga — rozwiązanie. Tyle, że na razie nie musieli takiego rozwiązania szukać, bo Krzysztof ani słowem nie wspominał o przyszłości, w której ona zajmowałaby inne miejsce niż dotychczas.

— Chciałbym jednak — ciągnął — namalować jeszcze jeden twój portret. Zatytułowałbym go, albo raczej zatytułuję: „Taniec”. Może najdzie mnie natchnienie, kiedy zobaczę cię tańczącą z Andrzejem Guttry. Mam nadzieję, że moja zazdrosna siostra pozwoli mu choć raz zatańczyć z tobą.

Joanna też miała taką nadzieję.

Zazdrosna siostra tańczyła z Andrzejem. On uśmiechnął się do Joanny, a ona do niego. I pomyślała, że bardzo by chciała, aby po zakończonym tańcu nie musiała wracać do stolika, gdzie czekał na nią pan Rzędowski. Nie miała pojęcia, w jaki sposób mogłaby dać znać panu mecenasowi, że chce, aby ją zaprosił do tańca. Spojrzała więc tylko raz jeszcze w jego kierunku i raz jeszcze się uśmiechnęła. Leciuteńko skinął głową. Zdumiała się — czytał w jej myślach?

Może nie czytał, ale kiedy orkiestra przestała grać, a tańczące pary zaczęły schodzić z parkietu, podszedł do niej.

— Można panią zaprosić do następnego tańca? — zapytał.

Skinęła głową zbyt pospiesznie. I zawstydziła nazbyt ochoczej zgody. Ale kiedy w kilka minut później Wojciech Rzędowski wstał po raz drugi, aby zaproponować Joannie taniec, tym razem nie musiała mu odmawiać.

— Ten taniec pani Joanna zarezerwowała dla mnie — powiedział Andrzej Guttry. — Będzie więc pan musiał cierpliwie poczekać na swoją kolej.

Odpalony malarz poczerwieniał. Spojrzał z wściekłością na mecenasa. Tamten spojrzał na niego. I pan Wojciech Rzędowski usiadł.

— Dziękuję panu — powiedziała Joanna, kładąc rękę na ramieniu Andrzeja Guttry i wykonując pierwsze kroki tanga. — Wybawił mnie pan od tego natręta. Nie mam pojęcia, jak mam się wykręcić od konieczności zatańczenia z nim. I od jego…

Zaczerwieniła się.

— Zauważyłem, jak patrzy na panią. I jak się pani go boi. Zachował się wobec pani niewłaściwie?

— Bardzo delikatnie pan to określił.

— Więc aż tak? A nie może się pani poskarżyć Krzysztofowi?

— Nie mogę. Ten typ załatwił Krzyśkowi wernisaż. Od jego kaprysu zależy teraz w dużej mierze dalsze powodzenie lub niepowodzenie Krzysztofa.

— A ten jego kaprys — to pani?

Skinęła głową i ze zdenerwowania pomyliła krok.

— Przepraszam — powiedziała.

— Chyba źle ocenia pani Krzysztofa. Nie wyobrażam sobie, aby mężczyzna chciał zawdzięczać cokolwiek innemu mężczyźnie za cenę znieważenia czy upokorzenia jego kobiety.

Znowu pomyliła krok.

— Niech się pani uspokoi. Obiecuję, że ten człowiek nie będzie już pani napastował.

Przestraszyła się.

— Ale za nic nie chciałabym…

— Obejdzie się bez awantury. A na razie niech pani skupi się na tangu.

— Dobrze.

— A jak pani ochłonie, wykonamy calesite. To już żeśmy przecież przećwiczyli w „Europejskim”.

— Dobrze.

Roześmiał się cicho.

— Pani Joanno! Przypominam, że tango to bardzo zmysłowy taniec. Niechże ten pan zobaczy, co pani potrafi. No i że pani się go nie boi. Takich ludzi, jak on, kobiecy lęk i ośmiela, i prowokuje.

— Dobrze.

Andrzej Guttry ponownie się roześmiał.

Następnym tańcem był walc.

— W tej surowej czarnej sukience wygląda pani jakby dopiero co przybyła z Montmartre — powiedział Andrzej Guttry. — Ale nie przypuszczam, aby tam kiedykolwiek tańczono walce.

Zdobyła się na uśmiech. Potem był jeszcze jive i ten taniec wyszedł im tego wieczoru najlepiej. Mimo, że orkiestra przestała grać, Andrzej Guttry przytrzymał ją jeszcze przez chwilę na parkiecie.

— Teraz zniknie pani na dziesięć minut. Będzie pani przez ten czas myła ręce, pudrowała nos, wichrzyła loki. W każdym razie nie będzie pani na sali.

— Ale… — powiedziała błagalnie.

— Obiecałem pani, że Krzysztof nie ucierpi.

Poszła do toalety, odczekała dziesięć minut i wróciła do stolika. Nic szczególnego się nie działo. Wojciech Rzędowski, pochylony nad talerzem, konsumował swoją porcję polędwicy wołowej. I do końca wieczoru nawet na nią nie spojrzał.

Rozdział 9

Mistrzostwa zespołów akademickich w tańcach narodowych odbywały się co roku, w połowie października, kolejno w różnych miastach, w których znajdowały się uczelnie wyższe. Tego roku gospodarzem imprezy był Poznań. Warszawski, uczelniany Zespół Pieśni i Tańca miał się zaprezentować się na tych Mistrzostwach w konkursie mazura. Drugi dzień tej imprezy poświecony był występom pojedynczych par. Do tego popisu wytypowano Joannę i jej partnera Marcina Olczaka. Mieli zatańczyć kujawiaka.

Mazur był dobrze przez warszawski zespół przećwiczony i miał efektowną choreografię. Trochę gorzej było z kujawiakiem. Choreograf i kostiumolog wymyślili, że będzie to kujawiak dworski. W związku z tym Marcin Olczak miał na sobie mundur ułana, a Joanna, jako dworska panienka, sukienkę w kolorze łososiowym, z dopasowanym staniczkiem i rozkloszowaną, sięgającą połowy łydek spódnicą. Sukienka miała udawać jedwabną, ale ponieważ Zespół Pieśni i Tańca nie był aż tak bogaty, więc jedwab został zastąpiony syntetycznym ersatzem. W świetle jupiterów nie było widać różnicy, ale z bliska — jak najbardziej.

Na próbie generalnej zbiorowy mazur wypadł dość dobrze, choć trochę gorzej niż wypadał zazwyczaj. Natomiast solowy kujawiak w wykonaniu Joanny i Marcina zyskał same pochwały.

Wyjechali z Warszawy bardzo zdezelowanym autokarem i bardzo bladym świtem. Przyjechali na miejsce niedospani, wytrzęsieni przez fatalnie resorowany i wiekowy autokar, podtruci spalinami, jakie ten pojazd wydzielał nie tylko na zewnątrz, ale i do własnego wnętrza. Ale mimo to roześmiani i radośni. Bo byli — po pierwsze — bardzo młodzi. Po drugie byli przyzwyczajeni do takich — oczywistych dla nich — niewygód.

Wychodząc z autokaru Joanna dostrzegła zaparkowany obok autokaru Polonez z warszawską rejestracją.  I zapamiętanymi przez nią, bo bardzo łatwymi do zapamiętania, numerami. Był to samochód Andrzeja Guttry.

Mama Joanny dzieliła przypadki na zwykłe i „ze wspomaganiem”. To, że Andrzej Guttry bawił w Poznaniu i na tamtejszym Uniwersytecie w tym samym czasie, w jakim odbywały się Mistrzostwa Tańców Polskich, było przypadkiem całkowicie zwyczajnym. Joanna postanowiła zamienić go w przypadek wspomagany. Na wyrwanej z notesu kartce napisała: „Miłego pobytu w Poznaniu. Proszę trzymać za mnie kciuki podczas Mistrzostw Tańców Polskich. Pozdrowienia dla Heleny i Pana. Joanna Ostrowska”. Wsunęła kartkę za wycieraczkę samochodu. Potem, zajęta próbami, zapomniała o przypadku zarówno zwyczajnym, jak i tym przez nią wspomożonym.

Występy ciągnęły się bez końca. Warszawski zespół zajął trzecie miejsce. Nie był to powód do wielkiej radości i chwały, ale nie był to też powód do spuszczania nosa na kwintę. Zwłaszcza, że Joanna zaczynała odczuwać coraz większą tremę przed dniem następnym i swoim własnym występem. Nie mogła jednak podzielić tego niepokoju z Marcinem Olczakiem, bo zniknął jej z oczu zaraz po odtańczeniu mazura.

Jej stosunki z Marcinem były poprawne, ale nigdy poza poprawność nie wychodziły. Chłopak był jej równolatkiem, a więc — jak Joanna uważała — dzieliło ich całe pokolenie. Siebie uważała za może nie całkiem dojrzałą, ale też i nie za całkiem niedojrzałą kobietę. Marcina za zupełnego smarkacza.

Był to przystojny i dość miły chłopak. I najlepszy z jej dotychczasowych partnerów. Mimo to nie umiała zobaczyć w nim choćby dobrego kolegi. Spotykali się jedynie na próbach i podczas występów. Niewiele wiedzieli o sobie i nigdy nie próbowali dowiedzieć się więcej. Marcin nie unikał Joanny, ale nigdy nie szukał też okazji do prywatnych z nią kontaktów.

Schodziła schodami, kiedy zobaczyła Andrzeja Guttry, stojącego w uniwersyteckim hallu. Nie miała wątpliwości — czekał na nią.

— Gratuluję pani, Joanno! — powiedział, witając się z nią. — To był bardzo udany występ. Choć oczywiście nie byłem obiektywnym obserwatorem. Raczej nawet — nadmiernie stronniczym.

— A co pan robi w Poznaniu? — spytała. — Nasz autokar zatrzymał się obok pańskiego samochodu. Jego rejestracja jest tak charakterystyczna, że trudno jej nie zapamiętać.

— Przyjechałem na seminarium organizowane przez Wydział Prawa tego uniwersytetu. No, ale skoro zdarzył się tak szczęśliwy traf, nie chciałem okazać mu niewdzięczności — odparł Andrzej Guttry. — Być może nauka polska i polskie prawo nieco ucierpią na mojej nieobecności na seminarium, ale mając do wyboru naukę polską i mazura w pani wykonaniu, od razu postawiłem na tę drugą opcję.

Roześmiała się.

— Czuję się strasznie winna wobec nauki polskiej.

— Jest pani bardzo zmęczona? — spytał. — Bo chciałem zaproponować kolację. Znam bardzo miły poznański lokal.

Zawahała się, wskazując na swoje ubranie. Miała na sobie wełnianą spódnicę, półbuty, sweter i sportową kurtkę.

— To chyba nie jest odpowiedni strój na jakąkolwiek kolację poza barem mlecznym?

— A nie ma pani nic na zmianę?

— Owszem, ale to sukienka, w której mam jutro wystąpić na moim indywidualnym popisie.

— Czy ta sukienka jest strojem ludowym?

— Nie, ale i tak nie jestem pewna czy byłaby odpowiednia, aby zjeść w niej kolację w miłym poznańskim lokalu.

— Zaryzykujmy — powiedział. — Myślę, że miły poznański lokal zaaprobuje panią w każdym stroju.

Podwiózł Joannę do akademika, gdzie miała przenocować i gdzie zostawiła swoją kujawiakową kreację. Czekał na dole, podczas kiedy się przebierała i przeczesywała. Od koleżanki pożyczyła wełnianą chustę. Październikowy wieczór był chłodny, a jej sukienka cieniutka. Andrzej Guttry spojrzał na nią i wydawał się całkiem zadowolony z jej wyglądu.

Lokal, do którego pojechali musiał być naprawdę miły, bo nie było w nim ani jednego wolnego stolika. Mecenas Guttry zawahał się:

— Nie chciałbym, aby moja propozycja zabrzmiała dwuznacznie, ale czy moglibyśmy zjeść kolację w moim hotelu? Tam także jest bardzo miła restauracja.

— Dobrze — powiedziała.

I w tym momencie zdała sobie sprawę, że może w jego propozycji nie było dwuznaczności, za to w jej odpowiedzi — jak najbardziej.

Zaczerwieniła się, a on spojrzał na nią, jakby próbował odczytać jej intencje i wymowę tego dobrze. Nic jednak nie powiedział, otworzył przed nią drzwi samochodu i pojechali do hotelu „Brovaria” na Starym Rynku.

Andrzej Guttry musiał bywać częstym gościem „Brovarii”, bo portier powitał go w sposób bardzo familiarny. I natychmiast sięgnął za siebie, aby podać — bez pytania o numer — klucz do pokoju. Joanna znowu się zaczerwieniła. Mecenas Guttry pokręcił przecząco głową.

— Idziemy na kolację — powiedział.

Portier natychmiast zorientował się, że popełnił gafę.

— Ależ naturalnie, panie mecenasie.

I odwiesił klucz.

— A więc z innymi kobietami nie jada tu kolacji? — pomyślała Joanna. — Od razu zabiera je do pokoju?

Weszli do sali restauracyjnej. Kelner powitał mecenasa Guttry z równą uniżonością jak portier. Musiał bardzo czule wspominać zostawiane mu napiwki.

Joanna spojrzała w podaną jej kartę i zobaczyła kaczkę z jabłkami. Nie zachowała się jak dama i nie przeglądała karty bez pośpiechu i z namysłem. Zdecydowała od razu.

— Poproszę kaczkę z jabłkami.

Andrzej Guttry uśmiechnął się, ale Joanna dostrzegła, że jest odrobinę zakłopotany. Na pewno przyczyną tego zakłopotania nie była zamówiona przez nią kaczka. Nawet z jabłkami. Jego stosunek do niej zmienił się w momencie, kiedy tak ochoczo przystała na przyjazd do jego hotelu. Postanowiła wyjaśnić sprawę.

— Panie Andrzeju! — powiedziała. — Mam wrażenie, że niechcący i nieświadomie postawiłam nas oboje w nieco niezręcznej sytuacji. Opowiem więc panu pewną historię z mojego życia, z której powinnam była wynieść, ale nie wyniosłam. żadnej nauki.

Patrzył na nią uważnie i z zaciekawieniem.

— Jechałam pociągiem do Międzyzdrojów. W wagonie był — oprócz mnie — tylko jeden pasażer. Mężczyzna. Każde z nas miało do dyspozycji całą ławkę. Mogliśmy więc spędzić noc na leżąco i śpiąco. Koło dziesiątej zaproponowałam, abyśmy zgasili światło i położyli się. Ale jeszcze przed tym wyjęłam jabłko, przekroiłam je na pół i poczęstowałam go z idiotycznym w tamtej sytuacji komentarzem o kuszeniu Adama. Biedak uznał to za zaczepkę i nie bardzo wprawdzie chętnie, ale przesiadł się na moją stronę i próbował mnie objąć. A ja narobiłam wrzasku i przejechałam mu paznokciami przez policzek. Nie wiem, co sobie przez całą noc myślał o mnie i w ogóle o kobietach, ale wyszedł z przedziału i do rana stał na korytarzu. Może bał się, że w innych przedziałach także jadą podobne do mnie wariatki.

Andrzej Guttry roześmiał się.

— No więc teraz — ciągnęła Joanna — wyjaśniam: nie potraktowałam pana zaproszenia do hotelu jako równoznacznego z zaproszeniem do hotelowego „numeru”. Moje dobrze dotyczyło wyłącznie kaczki z jabłkami, rozmowy z panem i tańca z panem.

Nadal jej się przyglądał. Uważnie i z zaciekawieniem.

— Wyjaśnijmy to do końca — powiedział. — Nie zaprosiłbym pani do numeru nawet gdyby pani dobrze obejmowało i taką ewentualność.

— Dlaczego? — zapytała. — Ze względu na Krzysztofa? Czy Helenę?

— Nie pomyślałem o żadnym z nich. Pomyślałem o pani. Nie należy pani do kobiet, które zabiera się do hotelowych numerów.

— To chyba komplement?

— Tak, to jest komplement.

Kelner przyjął zamówienie.

— Powiedziała pani, że chciałaby ze mną zatańczyć. Nie jest pani zbyt umęczona tańcami?

— Nie. Wcale. A poza tym mam wielką ochotę zatańczyć normalnie, nie na scenie. A jeśli chodzi o pana, to zawsze mam ochotę z panem zatańczyć.

Roześmiał się.

— Nie wyobraża sobie pani jak bardzo rozumiem i jak bardzo współczuję temu nieznanemu facetowi, który całą noc przestał na wagonowym korytarzu. Jest pani największą na świecie prowokatorką. I w ogóle nie zdaje sobie pani z tego sprawy.

— I co? Nie zatańczy pan ze mną?

— Oczywiście, że zatańczę. Chyba, że będzie mi pani deptała po butach tak, jak podczas tego wieczoru w SARP-ie.

— O właśnie! — powiedziała Joanna. — Nie miałam okazji pana o to spytać, a nie daje mi to spokoju. Co pan wówczas powiedział temu obrzydliwcowi, że tak z miejsca się ode mnie odczepił?

— Są takie cztery słowa, układające się w zdanie rozkazujące, które jeden mężczyzna mówi drugiemu kiedy chce, aby ten pierwszy odczepił się od molestowanej kobiety. Trzy ostatnie słowa mogę przytoczyć: „… się od niej”. Pierwszego by pani pewnie nie zrozumiała. Niekiedy trzeba dodać na zakończenie dwu- lub jednowyrazową wzmiankę charakteryzującą owego natrętnego pana.

— Też pan jej nie przytoczy?

— Nie. Zresztą nie była potrzebna. Pierwsze zdanie wystarczyło.

— Ciekawa jestem dlaczego? — powiedziała Joanna.

— Mówiłem pani — to tchórz

— A gdyby nie był?

— To powiedziałby to samo mnie. Dodając na początku: „To ty…” i tak dalej.

Parkiet był niewielki i orkiestra także. Zatańczyli walca. A potem „Una paloma blanca”.

Kelner przyniósł do ich stolika butelkę szampana. Andrzej jej wprawdzie nie zamawiał, ale widocznie zazwyczaj tak właśnie robił.

— Dziękuję — powiedział mecenas Guttry. — Ale dziś nie możemy skorzystać. Muszę odwieźć panią do domu.

Jeśli Joanna nie widziała kwadratowych oczu, to teraz miała okazję je zobaczyć. Kelner miał właśnie takie. Zapewne pan mecenas jeszcze nigdy żadnej z towarzyszących mu pań nie odwoził po kolacji do domu. Ani nigdzie indziej.

Joannę odwiózł do akademika.

— To był bardzo miły wieczór — powiedział. — O której jutro będzie pani tańczyła?

— O jedenastej. Ale wolałabym, aby pan nie przychodził. Miałabym jeszcze większą tremę. A i bez tego mam bardzo wielką.

— Dobrze — odrzekł, ale Joanna była przekonana, że nie dotrzyma obietnicy.

Następnego dnia Marcin stanął przed nią w swoim ułańskim uniformie. Wyglądał tak uroczo, że po raz pierwszy w życiu ucałowała go.

— Nie mogę powiedzieć, że jesteś najładniejszym ułanem, jakiego widziałam, ponieważ nie widziałam żadnego. Ale gdybyś zastukał w moje okienko, wybiegłabym do ciebie bez namawiania i bez wahania. Założę się, że wszystkie dziewczyny siedzące na widowni od razu potracą dla ciebie głowy.

— E, tam! — powiedział melancholijnie. — Po co mi ich głowy. Chciałbym, żeby tylko jedna ją straciła.

— A jest tutaj? — zainteresowała się Joanna.

— Nie, nie ma. Nigdy nie przychodzi na moje występy.

— Nie lubi tańca?

— Nie lubi.

— Ja też mam chłopaka, którego taniec nic-a-nic nie obchodzi.

— No tak, ale ja także ją nic-a-nic nie obchodzę. A ty twojego chłopaka pewnie obchodzisz.

Zadumała się.

— Na pewno nie tak bardzo, jakbym chciała. I na pewno nie tak bardzo, jak on mnie.

Marcin popatrzył na Joannę. Joanna popatrzyła na Marcina. Po raz pierwszy spojrzeli na siebie w taki sposób, jakby mogli i gotowi byli się polubić.

Kiedy w kilka kwadransów później wychodzili na scenę wiedzieli oboje, że decydujące będą pierwsze wykonane przez nich kroki. Jeśli taniec miał się udać, musiał się dobrze zacząć. Mama Joanny powiedziałaby, że to tak, jak z oczkami w robótce. Wystarczy zgubić jedno na początku i całą serwetkę diabli wezmą. Ale im w tym dniu i tym kujawiaku pierwsze kroki i pierwsze figury wyszły lepiej niż kiedykolwiek. Joanna uważała Marcina za dobrego partnera, ale nie za idealnego. Teraz zmieniła zdanie. Uśmiechnęła się do niego. Po raz pierwszy nie wystudiowanym scenicznym grymasem imitującym uśmiech, ale naprawdę i szczerze. Marcin uśmiechnął się w taki sam sposób.

— Naprawdę go lubię — pomyślała Joanna.

A potem wszyscy im gratulowali. Znajomi i nieznajomi podochodzili, ściskali i całowali Joannę i Marcina.

— Joasiu! — powiedział w pewnej chwili Marcin. — Zdaje się, ze twój chłopak jednak przyjechał.

Joanna zrozumiała w tej chwili, że można żyć nawet wtedy, kiedy serce przestaje bić. Jej własne zatrzymało się, a mimo to poczuła się lepiej niż wówczas, kiedy biło.

— Gdzie? — spytała.

Wskazał głową. Joanna spojrzała, a jej serce podjęło normalną pracę. Zobaczyła nie Krzysztofa, ale Andrzeja Guttry.

— To nie jest mój chłopak — powiedziała do Marcina. — On ma całkiem inną dziewczynę. A nawet — wiele dziewczyn.

Andrzej Guttry podszedł do nich i pogratulował występu.

— Dziękuję — powiedziała. — Ale obiecał mi pan, że nie przyjdzie.

Uśmiechnął się.

— Nie wierzy pani chyba w obietnice mężczyzn?

— No, chyba nie.

Ktoś inny podszedł z gratulacjami i Andrzej usunął się na bok.

— Ale elegant! — powiedział z uznaniem Marcin. — Chciałbym tak wyglądać.

— Na pewno będziesz — zapewniła go Joanna. — Masz wszystkie możliwe zalety, aby być równie elegancki, jak on.

— Naprawdę tak myślisz?

— Naprawdę.

— A mogłabyś mnie z nim poznać? — spytał.

A widząc zdziwienie i zaniepokojenie w jej spojrzeniu, roześmiał się.

— Nie. Jestem normalny. Po prostu chciałbym poznać faceta z prawdziwą klasą.

— Dobrze — odrzekła Joanna. — Mogę mu to powtórzyć? O tej jego prawdziwej klasie?

— Tak, ale w taki sposób, żeby nie pomyślał tego, co ty.

Zaśmiała się.

— Spróbuję.

Wymknęła się z otaczającej ją grupy i podeszła do mecenasa Guttry.

— Panie Andrzeju, przychodzę w delikatnej misji. Mój partner chciałby bardzo pana poznać. Jest normalnym chłopakiem o normalnych preferencjach, ale marzy mu się bycie światowcem. I oto nagle ujrzał w panu swój ideał. Obiecałam mu, że go panu przedstawię.

Andrzej spojrzał na Joannę. Nie całkiem przekonany.

— Jest pani pewna co do jego… hm, preferencji?

— Tak.

— Zaleca się do pani?

— Do mnie nie.

— No więc jednak coś z nim nie tak.

— Ma inny obiekt zainteresowania. Ale to damski obiekt.

— Więc co pani proponuje?

— Może pójdziemy na kawę?

Poszli do pobliskiej kawiarni. Andrzej ponownie wychwalił ich taniec.

— A pan interesuje się tańcem? — spytał Marcin.

Przyglądał się uważnie każdemu szczegółowi ubioru mecenasa Guttry. Sposobowi, w jaki zamawiał kawę. W jaki ją pił. W jaki rozmawiał.

— Kiedyś tańczyłem w Klubie Tańca Towarzyskiego. Brałem udział w turniejach tego tańca. A teraz po prostu lubię tańczyć. Zwłaszcza z panią Joanną.

— Nigdy z nią nie tańczyłem — powiedział Marcin.

Joanna i Andrzej Guttry roześmieli się.

— Miałem na myśli nieoficjalną potańcówkę — wyjaśnił Marcin.

— To wiele pan stracił, panie Marcinie — powiedział Andrzej Guttry.

— Postaram się wobec tego to nadrobić.

Joanna poklepała chłopaka po ręku.

— Daj sobie spokój z nadrabianiem. Pozostańmy przy kujawiakach i oberkach. A czułe tanga zarezerwuj dla damy swego serca.

Marcin westchnął.

— Panie Marcinie! — powiedział Andrzej Guttry. — Jeśli dama serca nie odpowiada na takie westchnienia, jakie przed chwilą pan z siebie wydał, to może trzeba zademonstrować się jej w towarzystwie innej damy. Najlepiej ładniejszej od niej.

Marcin spojrzał na Joannę. Znowu się roześmiała.

— Co to, to nie!. Musisz sobie znaleźć inną damę do tej roli.

Potem powiedzieli Andrzejowi, że muszą wracać, bo wieczorem czeka ich galowy koncert, na którym wystąpią zarówno jako członkowie nagrodzonego zespołu, a także jako laureaci konkursu na taniec indywidualny.

— Jeśli chcieliby państwo wracać do Warszawy moim samochodem, to jestem do dyspozycji — powiedział Andrzej Guttry. — Chyba, że wolicie jechać w towarzystwie koleżanek i kolegów.

Joanna przez chwilę się wahała. Marcin ani przez moment.

— Naprawdę mógłby pan nas zabrać ze sobą? — spytał z entuzjazmem. — To byłoby wspaniale. Nie cieszy mnie wcale myśl o nocnej jeździe tym naszym rzęchem.

Nawet nie spytał Joanny o jej zdanie. Był przekonany, że ona również przedkłada towarzystwo tego wytwornego dżentelmena i wygodę jazdy samochodem osobowym.

Andrzej zerknął na Joannę. Wiedziała — był bardzo zadowolony, że to nie ona odpowiedziała i że bez względu na to, co by odpowiedziała, podróż do Warszawy odbędą razem.

Rozdział 10

Krzysztof telefonował do Joanny raz na dwa dni lub w przeddzień spotkania i zapraszał ją do siebie na sesję. Nigdy nie pytał, czy Joanna chce i może przyjść, czy też jest przypadkiem lub nie przypadkiem zajęta czymś innym. Zakładał z góry, że ona się zgodzi. I tak było. Joanna się zgadzała. Nawet jeśli wymagało to przełożenia lub opuszczenia zajęć lub zmiany innych planów. Mama doradzała, aby córka choć czasem mówiła „nie”. Aby choć czasem nie pozwalała się traktować tak, jakby była wyłączną własnością tego mężczyzny. Joanna wiedziała, że są to dobre rady, ale kiedy słyszała w słuchawce telefonicznej głos Krzysztofa, zapominała o najlepszych. I mówiła „tak”. A potem szła na ulicę Świętojańską. A kiedy już znalazła się w pracowni Krzysztofa, marzyła tylko o tym, aby chwila trwała. W nieskończoność.

Krzysztof, zadowolony z pozytywnych recenzji „Obietnicy”, zapragnął narysować akt Joanny. I w tym jednym przypadku nie mogła się zdecydować na „tak”. Nie dlatego, że wstydziła się przy nim rozebrać. Wydawało jej się nawet, że pozując do portretu była nie jeden raz bardziej rozebrana niż wówczas, gdyby zdjęła z siebie ubranie. A owe sesje, podczas których Krzysztof malował „Obietnicę”, były bardziej intymnymi zbliżeniami od seksualnych stosunków.

Cieszyła się, że Krzysztof nie chciał sprzedać jej portretu i że zatrzymał go dla siebie. Bo nie było jej miło, kiedy patrzyli na jej portret obcy ludzie. Miała wrażenie, że i dla nich staje się odarta ze swoich tajemnic. Ale przynajmniej nikt z oglądających ten portret — poza panem Rzędowskim — nie robił dwuznacznych czy sprośnych uwag. A tego nie dałoby się uniknąć podczas ekspozycji aktu. Panów Rzędowskich byłoby pewnie na kopy.

I nagle, po kolejnych rozmowach i namowach, Krzysztof zrezygnował ze swego pomysłu. I zapragnął zrealizować nowy. Powiadał, że Muza pocałowała go w usta podczas kolacji w „SARP-ie”, kiedy zobaczył Joannę i Andrzeja w walcu. Jakiś ruch Joanny, jej przegięcie podczas wirowania, jej rozwiane tym wirowaniem włosy zainspirowały go tak bardzo, że pierwszy szkic wykonał natychmiast i na miejscu, na kartce wyrwanej z notesu siostry. Potem chciał jednak zrobić z tego większy obraz. Pozowanie do portretu było nużące, ale pozowanie do „Tańca” było wyczerpujące fizycznie. Podczas sesji Joanna musiała po kilkanaście, a nawet więcej razy wykonywać ten sam ruch lub — co było trudniejsze — zatrzymywać się i trwać w tym ruchu. Czyli w bezruchu. Podczas pozowania była ubrana inaczej niż na wernisażu i w SARP-ie. Miała na sobie rozkloszowaną letnią sukienkę. W pracowni Krzysztofa było chłodno. On siedział przy sztalugach w grubym dresie. Ona marzła, kiedy musiała zdejmować sweter i pantofle i tańczyć na środku pracowni, zatrzymując się co chwila, aby Krzysztof mógł uchwycić ten jej ruch czy gest, na których mu zależało.

Któregoś dnia, podczas przerwy w pozowaniu, powiedział:

— Andrzej Guttry — powiedział Krzysztof — zaprosił nas do swojego domu w Józefowie. Na urodziny.

— O! — zdziwiła się Joanna. — Czyżby Helena dopięła jednak swego? Skoro pan Andrzej zaprasza j e j rodzinę na s w o j e urodziny do s w o j e g o domu…

— Myślę, że znacznie bardziej chodzi mu o ciebie niż o nią.

— Jak to — o mnie?

— No, bo ty mu się podobasz, nie ona.

— Skoro tak myślisz, to dlaczego chcesz tam iść? I na dodatek — ze mną?

— Z próżności — odpowiedział.

Nie zrozumiała.

— To mile łechce moją próżność, kiedy widzę, jak bardzo inni mężczyźni ślinią się na twój widok.

— A oprócz twojej połechtanej próżności? — spytała Joanna. — Jest jeszcze jakiś powód?

— Myślę — powiedział pochylony nad wykonywanym rysunkiem — że obiektywnie rzecz biorąc ty znacznie bardziej pasujesz do niego niż Helena.

Stała w swojej cienkiej sukience i było jej chłodno, ale w tej chwili poczuła się tak, jakby Krzysztof chlusnął na nią wiadrem lodowatej wody.

— Co chcesz przez to powiedzieć?

— Że obiektywnie rzecz biorąc on pasuje do ciebie bardziej niż ja.

Zabrakło jej tchu. Czuła tak wielki żal i tak wielki gniew, że chciała natychmiast wyjść z pracowni, zatrzasnąć za sobą drzwi i już nigdy tu nie wrócić.

Nie wyszła, nie trzasnęła drzwiami. Rozpłakała się. Krzysztof wstał ze stołka, wytarł ręce. Podszedł do Joanny.

— Joasiu! — powiedział łagodnie. — Nie chciał bym cię nigdy i nikomu oddawać. Nie potrafię nawet oddać twojego portretu, a co dopiero ciebie. Taką ciepłą, taka żywą, taką…

Czekała w napięciu na ciąg dalszy.

— Jaką?

— Bardzo cię pragnę — powiedział. — Bardziej niż jakiejkolwiek innej kobiety.

— No to dlaczego? — spytała. — Przecież wiesz…

— Owszem, wiem. I gdybyś była starsza o lat dziesięć, nie wahałbym się ani chwili. Ale zakochałaś się we mnie o dziesięć lat za wcześnie.

Wciąż płakała. Objął ją, przytulił. Gładził po włosach.

— Kocham cię, Joasiu — powiedział. — Ale się z tobą nie ożenię. Nie w najbliższym czasie. Nie w najbliższych latach. Nie mam zamiaru z nikim się wiązać na stałe. Więc co mam z tobą zrobić? Zamieszkasz ze mną? W tej pracowni? Będziesz umiała tak żyć, jak ja żyję? Będziesz chciała tak żyć?

— Nie wiem — powiedziała z rozpaczą. — Wiem, że nie będę umiała żyć bez ciebie.

Odsunął się od niej.

— Joasiu, idź do domu. Bo ta wizyta źle się dla ciebie i dla mnie skończy. Jesteś za ładna, za bardzo pociągająca, a ja jestem za bardzo w tobie zakochany, żeby to wszystko wytrzymać. I nie płacz. Zastanowię się, co zrobić. I przysięgam, że nie chcę cię nikomu oddać. A zwłaszcza Andrzejowi Guttry.

Wyszła, ale nie trzasnęła drzwiami. I w dwa dni później wróciła, aby pozować do „Tańca”. Krzysztof jakby nie pamiętał tamtej rozmowy.

Do Józefowa Joanna i Krzysztof pojechali kolejką podmiejską. Willa „Malwina” znajdowała się na skraju Józefowa. Dom był jednopiętrowy, drewniany, pokryty gontem. Gont był — przynajmniej tego dnia — pokryty szronem. Krzysztof zadzwonił i z domu wyszła Helena. Wyglądała nie tylko bardzo ładnie, ale wyjątkowo ładnie. Podkreślając każdym słowem i gestem swoją pozycję dzisiejszej pani domu wprowadziła ich do hallu. Wyszedł Andrzej Guttry. Krzysztof wręczył jubilatowi butelkę alkoholu i złożył mu życzenia zdrowia i pomyślności.

— A czego mi pani życzy? — spytał Andrzej Guttry.

— Może wesprę się słowami Bułata Okudżawy — odparła Joanna. — „Boże każdemu daj to, czego najbardziej mu brak”.

— Bardzo chciałbym, aby to pani życzenie się spełniło.

A ona pomyślała, że chciała by wiedzieć, czego temu człowiekowi najbardziej brak. Bo wydawało się, że ma wszystko. Był przystojny i elegancki. Jego dom musiał być i zamożny, i wygodny. Helena opowiadała, że mimo stosunkowo młodego wieku miał już dużą klientelę i cieszył się opinią bardzo zręcznego adwokata. Pieniędzy mu więc chyba nie brakowało, a perspektywa jeszcze wyższych dochodów była całkiem realna. U kobiet — czego przykładem mogła być choćby Helena Michałowska — miał zapewne ogromne wzięcie.

W hallu pojawiła się pani w raczej średnim niż starszym wieku. Była niewysoka, szczupła, miała jasne włosy i oczy, które w dowodzie osobistym określone były pewnie jako niebieskie, ale Joannie wydały się niemal przezroczyste. Ich spojrzenie nie było ani serdeczne ani niechętne. Było badawcze. Jakby ich właścicielka usiłowała zobaczyć coś więcej poza powierzchownością drugiej osoby.

— Pozwól Janisiu, że ci przedstawię panią Joannę Ostrowską i brata Heleny, pana Krzysztofa Michałowskiego. Autora tych pięknych portretów obu pań, które widziałaś.

— Widziała mój portret? — zdziwiła się Joanna, starając sobie przypomnieć czy spotkała panią o jasnych oczach na wernisażu Krzysztofa.

Z pewnością zwróciłaby na nią uwagę. Było w niej coś szczególnego. Trudno było jej nie zauważyć. Joanna była niemal pewna, że pani o dziwnym imieniu i dziwnym kolorze oczu nie było w Kordegardzie. Kiedy więc widziała „Obietnicę”?

— Rzeczywiście, bardzo ładny ten pani portret — powiedziała pani Janisia.

Rozległ się znowu dzwonek i Helena pomknęła do furtki.

— Janisiu! — powiedział Andrzej Guttry. — Zaprowadź państwa na dół.

— Kim ona jest dla niego? — zastanawiała się Joanna. — Nie matką, bo jest na to za młoda. Kuzynką?

Przypomniała sobie wzmiankę Heleny o „osobie prowadzącej Andrzejowi dom”. Tyle, że ta elegancka pani nie wyglądała na najwyżej nawet wykwalifikowaną pomoc domową. Zeszli za nią schodami do dużego pokoju w suterenie. Dwie ściany były zawieszone półkami, a na półkach stały setki pięknie oprawionych książek. W pokoju znajdowały się kominek i pianino. Ustawione pod ścianą krzesła były obite misternie wyprawioną skórą. Na trzeciej ścianie, pomiędzy dwoma oknami wisiały sztychy w biedermeierowskich ramach. Joannie bardzo podobał się ten salon. Krzysztofowi zdecydowanie się nie podobał.

Pani o jasnoszarych oczach podprowadziła ich do czworga stojących na środku pokoju osób — dwóch kobiet i dwóch mężczyzn. Joanna i Krzysztof rozpoznali jedną z nich. Była to młoda aktorka, znana z popularnego serialu telewizyjnego. Niektórzy recenzenci pisali o niej „wschodząca gwiazda”, co Joannie wydawało się komplementem mocno na wyrost. Aktorka była bez wątpienia ładna, ale jej uroda z całą pewnością była większa od talentu. Joanna nie pamiętała jej nazwiska. Tylko imię — Iza.

Jakby przez kontrast z tą urodziwą kobietą, druga wydawała się nieprzeciętnie brzydka. Miała długi, cienki i zakrzywiony na końcu nos, zbyt wąskie wargi, spiczastą brodę. Tylko oczy były piękne. Jakby wyjęte z całkiem innej twarzy i dodane — nie wiadomo po co — do tak bardzo nieurodziwej. Patrząc w te ślicznie wykrojone, duże, piwne, pełne blasku oczy zapominało się jednak o wszelkich niedostatkach urody ich właścicielki. Głos też miała bardzo miły. I niezwykle serdeczny, ujmujący uśmiech. Joanna poczuła do niej odruchową sympatię.

— Moja synowa, Marta i mój syn Ryszard, młodszy brat Andrzeja — powiedziała pani Janisia, dokonując wzajemnej prezentacji gości.

— Syn? — pomyślała zaskoczona Joanna. — Rodzony? Czy przyrodni brat Andrzeja Guttry?

Ryszard Guttry nie był podobny do brata. Wprawdzie też wysoki i szczupły, ale na tych dwóch cechach kończyło się ich podobieństwo. Wszystko inne było całkowitym brakiem podobieństwa.

— A to Marek Giller, przyjaciel Andrzeja jeszcze z piaskownicy, a potem ze szkoły. Czyli — od zawsze.

— Zły duch Andrzeja Guttry — pomyślała Joanna, przypominając sobie słowa Heleny.

Joanna podała mu rękę, on ją pocałował. Wymienili spojrzenia i Joanna pomyślała, że tak mógłby wyglądać Petroniusz skrzyżowany z wicehrabią de Valmont oraz młodym Casanovą. Dotychczas nie spotkała nikogo równie dobrze ubranego jak Andrzej Guttry. A teraz kogoś takiego zobaczyła. Marek Giller miał na sobie garnitur skrojony i uszyty tak idealnie, że mógłby na nim umieścić metkę nie tylko niezrównany mistrz Zaręba, ale najlepszy paryski dom mody. Pan Giller nie był przystojny, ale takim się wydawał. Miał w sobie tak wiele uroku, że Joannie skojarzył się z niewidzialną pajęczyną, w którą może wpaść każda, nawet bardzo ostrożna mucha.

— Zły duch? — pomyślała skonsternowana. — Jeśli nawet, to w bardzo kuszącej postaci.

Pan Giller przyglądał się jej. Z zainteresowaniem.

— Gdybym powiedział, że jest pani piękniejsza od swojego portretu, uraziłbym jego autora. Gdybym powiedział, że obraz jest piękniejszy od obiektu, obraziłbym obiekt. Jest pani równie piękna jak ten niezwykły portret.

A więc i on widział „Obietnicę”. A przecież na wernisażu go nie było.

— Oba portrety — ciągnął pan Giller — wywarły takie wrażenie na Izie, że zapragnęła, aby mieć własny. Sądzę, że pan nie odmówi t a k i e m u zamówieniu.

— Takiemu — z całą pewnością nie — odparł Krzysztof..

Coś boleśnie drgnęło w sercu Joanny. Bo w głosie Krzysztofa zabrzmiał całkiem nowy ton. Ton, którym nigdy nie zwracał się do niej. Nawet wtedy, kiedy mówił jej najbardziej czułe słowa. I nagle zapragnęła, aby ta impreza się skończyła i aby mogła wrócić z Krzysztofem do domu. Najlepiej — do jego domu.

Z nim jednak działo się coś dziwnego. Wiedziała, że nie cierpiał tego rodzaju przyjęć i tego rodzaju osób, jakie zgromadziły się w salonie „Malwiny”. „Wymuskańców”, jak ich pogardliwie określał. Ale chociaż przed przyjściem i wejściem do „Malwiny” przejawiał kiepski humor, o tyle teraz był w coraz lepszym.

Joanna zastanawiała się, jaką to szarpiącą trzewia namiętność dojrzał jej ukochany w duszy pani Izy. Mówił przecież, że maluje jedynie portrety osób pełnych żądz i namiętności. Że innych malować nie chce, ani nie potrafi. Aktoreczka nie sprawiała wrażenia osoby zdolnej do bardzo głębokich uczuć. Czy mimo to stanowiła dla Krzysztofa jakąś obietnicę?

Rozlano wino do kieliszków. Pan Giller zasiadł do pianina i odegrał „sto lat”. Joanna zwróciła uwagę na jego głos. Miał nie tylko dobry glos, ale wyraźnie wyszkolony.

— Czy jest śpiewakiem? — spytała.

— Nie. Jest lekarzem- odparła Marta Guttry. — Ale kiedyś, wraz z moim szwagrem, uczęszczał do szkoły muzycznej. Andrzej do klasy fortepianu, Marek — śpiewu. Teraz jednak korzystają ze swoich zdobytych tam umiejętności tylko na takich i podobnych spotkaniach. O ile da się ich namówić do grania i śpiewania.

— A pani i pani mąż?

— My jesteśmy architektami. Ja oprócz tego pasjonuję się wspinaczką wysokogórską. Ku wielkiemu niezadowoleniu mego męża.

— I trudno mu się dziwić — powiedziała Joanna. –To chyba bardzo niebezpieczna pasja? Chodzi pani w Tatrach?

Marta Guttry uśmiechnęła się.

— Nie. Tatry zdeptałam jeszcze w czasie nauki w szkole średniej. Potem były Alpy. A teraz — Himalaje.

— Boże! — wykrzyknęła Joanna. — A wygląda pani…

Zawahała się, zastanawiając jakiego określenia użyć.

— Tak zwyczajnie? — spytała Marta Guttry.

— Nie. Raczej tak krucho.

— Takim właśnie drobinom, jak ja, najłatwiej się wspinać. I najbezpieczniej.

— Podziwiam panią — powiedziała szczerze Joanna.

I jeszcze bardziej polubiła szwagierkę Andrzeja Guttry.

Włączono adapter, który na zmianę z magnetofonem wygrywał melodie taneczne. Andrzej Guttry zaprosił do pierwszego tańca Helenę. Tworzyli ładną parę. Joanna miała nadzieje, że Krzysztof zatańczy z nią, dzięki czemu będą mogli oderwać się od ściany, przy której stali. I od tej dość trudnej konwersacji, jaką próbowali — a raczej ona próbowała — prowadzić. Ale Krzysztof jej do tańca nie poprosił. Zrobił to Ryszard Guttry.

— Wiem od Andrzeja, że jest pani niezrównaną tancerką — powiedział. — A ja, podobnie jak on, uwielbiam taniec. Tak się jednak fatalnie składa, że moja żona tańca nie znosi. Zawarliśmy więc układ — ona się wspina po górach, ja natomiast mam placet na bywanie na dancingach i balach. Nawet wówczas, kiedy ona mi nie towarzyszy.

Poprowadził Joannę na środek pokoju. Ktoś włożył do magnetofonu kasetę z rock and rollami. Ryszard Guttry zakręcił nią tak, że gdyby nie trzymał jej mocno za rękę zapewne znalazła by się w innej części pokoju lub potrąciła inną tańczącą parę.

Ryszard Guttry miał doskonałe wyczucie rytmu. I taniec z nim sprawił Joannie wiele przyjemności. Zastanawiała się nawet, czy taniec z młodszym z braci Guttry nie jest większą frajdą niż ze starszym. Rozejrzała się za Krzysztofem. Była ciekawa. czy tak zupełnie inny taniec od tego, jaki malował też mu się podoba w jej wykonaniu. Ale on tańczył z „wschodzącą gwiazdą” i nawet nie spojrzał w jej stronę. Spojrzał natomiast Marek Giller.

— Były już opisane przypadki, kiedy bracia mordowali się z powodu miski soczewicy — powiedział. — Teraz możemy być świadkami podobnego zdarzenia z przyczyny rock and rolla. Obserwowałem minę Andrzeja i powiem ci, Rysiek, że dobrze byłoby, gdybyś zszedł mu z oczu i zasięgu ich rażenia przynajmniej na kwadrans.

Joanna przypomniała sobie wypowiedziane tak lekko i jakby mimochodem słowa Krzysztofa, komentujące ich zaproszenie na urodziny Andrzeja Guttry: „On to przyjęcie urządza dla ciebie, nie dla Heleny”. Czy było w tym ziarno prawdy? Jak duże ziarno? Chyba nieduże, bo gospodarz w żaden sposób nie wyróżniał jej spośród gości. A nawet — co Joanna odnotowała z przykrością — poświęcał jej mniej uwagi niż pozostałym. Choć przecież wiedział, że Joanna jest w jego domu pierwszy raz i choćby z tego powodu należą jej się szczególne względy. A on jakby te starania o jej dobre samopoczucie przerzucił na młodszego brata i swojego przyjaciela.

Bo to właśnie pan Marek Giller zaprosił ją do następnego tańca.

— Chciałbym z panią zatańczyć choć raz — powiedział. — Mam bowiem wrażenie, że bracia Guttry postanowili panią zaanektować dla siebie na całą resztę wieczoru.

Uśmiechnęła się.

— Na razie wszyscy panowie anektują panią Izę.

Wskazała głową na tańczącą z Krzysztofem aktorkę.

— Jak ona się nazywa? — spytała. — Widuję ją na ekranie, ale nie zapamiętałam nazwiska.

— Iza Popławska — odparł Marek Giller. — W każdym razie tak się nazywała jako panna.

— Jest mężatką?

— Nie. Ale na pewno była. I to przynajmniej ze dwa razy.

— A dziś przyszła sama?

— Nie. Dziś przyszła ze mną.

A widząc speszoną minę Joanny, dodał:

— Ale nie jako mężem. Ani byłym, ani — Boże uchowaj — przyszłym.

Marek Guttry należał do mężczyzn, dla których taniec był przede wszystkim, a może wyłącznie formą flirtu. W zależności od kobiety bardziej lub mniej śmiałego. Joanna miała wrażenie, że mu się podoba. I dlatego trochę się dziwiła, że jakby z góry wyklucza ją z kręgu swoich ewentualnych podbojów. Był dla niej miły, ale tańczył z nią utrzymując aż nazbyt ostentacyjnie nazbyt przyzwoity dystans.

— Czy mógłby mi pan powiedzieć dlaczego właściwie poszedł pan na wystawę mojego … — zawahała się przed nazwaniem Krzysztofa swoim chłopakiem — No, na tę wystawę? Tak bardzo interesują pana młode malarskie talenty?

— Nie za bardzo — odpowiedział. — Ale Andrzej tak zachwalał te portrety, jakby od czasów Mony Lizy i damy z gronostajem nikt nie stworzył czegoś równie doskonałego.

„Te portrety”. No tak. Były na tej wystawie dwa portrety. Joanna zawstydziła się swego pytania i własnej zarozumiałości. Zapomniała o portrecie Heleny. A przecież Helena była przyjaciółką mecenasa Guttry, a tym samym bliską znajomą doktora Gillera. Nic więc dziwnego, że chciał obejrzeć, czy też — wypadało mu obejrzeć — jej portret.

— Podobały się panu?

— Tak. Szczególnie jeden z nich.

Joanna zarumieniła się.

— I wie pani, jakie od czasu obejrzenia tego portretu mam wprost obsesyjne marzenie?

Nie zapytała. Sam odpowiedział.

— Niech się pani tak nie płoni. Jest to najbardziej niewinne z moich marzeń. Ostatni raz miałem podobne w wieku czternastu lat.

Popatrzyła na niego zaciekawiona, ale i nieufna.

— Ma pani na tym portrecie tak piękne włosy, że zapragnąłem ich dotknąć. Sprawdzić, czy rzeczywiście takie włosy istnieją naprawdę, czy też są jedynie wizją natchnionego artysty.

— No i? — spytała.

— No i wyglądają na prawdziwe. Ale i tak chciałbym ich dotknąć.

Roześmiała się.

— Nie wiem, czy rzeczywiście są aż tak piękne, ale z całą pewnością są prawdziwe. Może pan ich dotknąć. Chłopcy zawsze ciągnęli mnie za warkocze, a potem za koński ogon.

Zbliżył rękę do jej policzka i leciutko muskając pasemko włosów raczej umyślnie niż przypadkiem dotknął wierzchem dłoni jej twarzy. A Joanna zrozumiała skąd brała się i na czym polegała uwodzicielska moc i Petroniusza, i vicehrabiego de Valmont, i Casanovy. Pan Giller wykonał nieznaczny, niemal niezauważalny i z pozoru całkiem niewinny gest, a mimo to Joannę niemal sparzył. Nie tylko w miejscu zetknięcia jego ręki i jej policzka. Miły, niebezpiecznie miły dreszcz, przeszedł po całym jej ciele. Marek Giller był zbyt doświadczonym mężczyzną, aby nie dostrzec, jakie uczynił na niej wrażenie. A ona była zbyt niedoświadczona, aby umieć je ukryć. Mężczyzna cofnął rękę.

— Nie dziwię się malarzowi, że chciał namalować pani włosy — powiedział. — Ale nie dziwię się też tym, którzy chcą ich dotknąć. Pani przyjaciel nie ma temperamentu Otella?

— Nie — powiedziała.

I z żalem pomyślała, że na pewno nie wtedy, kiedy chodzi o nią.

Andrzej Guttry poprosił ją do walca.

— Myślałam, że już pan ze mną nie zatańczy — powiedziała Joanna. — Na szczęście pana brat bardzo udatnie pana w tańczeniu ze mną zastąpił.

— Zauważyłem. Tak żywiołowego rock and rolla jeszcze w ścianach „Malwiny” nie odtańczono. Będzie pani miała siłę powtórzyć ten popis?

Skinęła głową.

Potem pani Janisia zaprosiła gości na kolację. Przeszli na parter, do pokoju jadalnego. Stał w nim dębowy, bogato rzeźbiony kredens, a pod ścianą długi, przykryty białym obrusem stół. Na nim najrozmaitsze potrawy. Joanna zwróciła jednak uwagę przede wszystkim na zastawę. Była to przepiękna stara porcelana. Znakomite proporcje i piękne ornamenty przypominały styl Sorau z okresu art deco, ale Joanna nie była tego całkiem pewna.

— Śliczna porcelana — powiedziała do Marty Guttry. — To Sorau?

— Nie mam pojęcia — odparła Marta Guttry. — W przeciwieństwie do pani zupełnie nie interesuję się porcelaną. Janisia bardzo się tym martwi. Obawia się, że po jej śmierci nikt się tymi — jak pani mówi — kruchościami odpowiednio nie zaopiekuje.

— Kim jest pani Janisia? — spytała Joanna. — Przedstawiła panią jako swoją synową, ale wydaje się za młoda, aby mieć tak dorosłych synów.

— I wnuka — dodała Marta. — Mamy rocznego syna, Jasia. Ale ma pani rację. Nie jest matką Andrzeja i Ryszarda. Jest ich macochą. Ale ponieważ wychowała obu od niemowlęctwa, traktuje ich z większą miłością niż niejedna prawdziwa matka.

— I to ona prowadzi ten wielki dom?

— Tak. Robi to znakomicie. Podziwiam ją, bo ze mnie gospodyni mniej niż żadna. I dlatego Andrzej musi sobie znaleźć żonę, która będzie się znała choćby na porcelanie. I lubiła porcelanę. I zadba o wszystkie te niezliczone drobiazgi, jakie zgromadziła rodzina Guttrych.

Joanna rozejrzała się za Heleną. Marta podążyła za jej wzrokiem.

— Nie, pani Joasiu. Ta kobieta zna się na dziełach sztuki, ale jest zbyt nowoczesna jak na wymagania i oczekiwania tego domu. Oraz wymagania i oczekiwania Janisi.

— Ale chyba decydujący głos ma w tej sprawie pan Andrzej?

— No tak, ale nam się wydaje, że jego decyzja jest także negatywna.

— Biedna Helena — pomyślała Joanna.

Kiedy wychodzili, doktor Giller zaproponował, że podwiezie ich do Warszawy. Iza Popławska też gorąco ich do wspólnej jazdy zachęcała.

— Zbyt gorąco — pomyślała Joanna.

Marek Giller podwiózł Joannę pod bramę jej domu.

— No i jak było? — spytała mama.

— Miło — odrzekła Joanna zgaszonym głosem.

Jeśli w ogóle miewała i wierzyła w przeczucia, to miała i wierzyła w nie właśnie teraz. Nie były to dobre przeczucia.

Rozdział 11

Przez całe przedpołudnie Joanna opowiadała mamie o wszystkich, najdrobniejszych szczegółach urodzinowego przyjęcia. Mówiła więc o willi i jej urządzeniu. O ludziach, których poznała i których nie poznała. O kolacji. A nawet o porcelanie, na której podawano potrawy. Nie wspomniała tylko, że Krzysztof ani razu z nią nie zatańczył, choć tańczył — i to kilka razy — z Izą Popławską. Że przy pożegnaniu raczej musnął niż pocałował jej czoło. Że prawie z nią w czasie przyjęcia i podczas drogi powrotnej nie rozmawiał.

Po południu poszła na Świętojańską, bo Krzysztof chciał dopieścić „Taniec” Obraz był wprawdzie niemal gotowy, ale on wciąż jeszcze poprawiał jakieś szczegóły i detale. Joannie obraz, nawet niedopieszczony, wydawał się arcydziełem. Ale już od dłuższego czasu wszystko, co Krzysztof namalował, wydawało jej się doskonałością. Nie mogła pojąć, dlaczego kiedy po raz pierwszy zobaczyła jego obrazy, nie dostrzegła ich oryginalności i niezwykłości. Teraz potrafiłaby rozpoznać jego obrazy zawsze i wszędzie. Znała jego styl, sposób nakładania farby, ruchy pędzla czy ołówka. I wszystko, co tworzył, jednakowo ją zachwycało.

Przez miesiące ich znajomości przeczytała mnóstwo biografii artystów-malarzy. Obejrzała kilkadziesiąt albumów z reprodukcjami najbardziej znanych obrazów. Kilkanaście razy odwiedziła muzeum, a nieskończoną rozmaite galerie. Znała wszystkie kierunki malarskie. Wymieniała na wyrywki nie tylko najwybitniejszych, ale nawet i mniej sławnych ich przedstawicieli. Nauczyła się — i to w trzech językach: angielskim, niemieckim i francuskim — nazw poszczególnych barw i ich odcieni.

Kiedy Joanna weszła do pracowni, Krzysztof leżał na materacu z rękami założonymi nad głową. Patrzył na stojący na sztalugach „Taniec”. Obraz wydał jej się piękniejszy niż kilka dni temu. Nie było na nim podłogi ani sufitu, ani ścian, ani w ogóle jakichkolwiek ram, w których poruszałaby się tancerka. Tańcząca dziewczyna była zawieszona w przestrzeni. Jakby wyłaniała się z muzyki. Postać dziewczyny, a właściwie kilka nakładających się na siebie jej postaci, sprawiały wrażenie wirowania. To nie był portret dziewczyny, to był portret tańca. Czegoś, co można by i chciało by się wyrazić zapisem nutowym.

— Coś nie tak? — spytała.

Nie wiem — odparł Krzysztof znękanym głosem. — Ta twoja sukienka … Jedna z fałd nie układa się dostatecznie miękko. Przez ten drobiazg gubi się cała eteryczność.

Joanna pożałowała go. Wiedziała, jak trudno jej było znaleźć czasem jedno słowo, najwłaściwsze polskie określenie dla jego angielskiego odpowiednika. Niby oznaczały to samo, a przecież czuła, że akurat w tym konkretnym przypadku ta tożsamość nie wystarcza/ Że trzeba czegoś innego i czegoś więcej, aby — mówiąc kolokwialnie — wyrazić to, co autor miał na myśli. A przecież twórczość Krzysztofa wymagała nieporównanie więcej wysiłku i intuicji.

— Połóż się obok mnie — poprosił.

Położyła się. Oparła głowę na jego ramieniu. Krzysztof wyjął szpilki i wsuwki z jej koka. Włosy Joanny rozsypały się na poduszce. Pogładził je.

— Pan Marek Giller twierdzi, że na moim portrecie najbardziej podobały mu się włosy powiedziała. — To znaczy — sposób, w jaki je namalowałeś. Wydawały mu się nierzeczywiste. Na tyle, że chciał ich dotknąć.

— No i co? Dotknął?

Milczała.

— Ty cała jesteś nierzeczywista. I aż dziw, że można cię dotknąć.

— Tobie to się jakoś udawało. I nadal udaje.

Pochylił się i pocałował ją tak gwałtownie, że jego zęby rozcięły jej dolną wargę. Kilka kropli krwi spłynęło jej na brodę, szyję i poduszkę.

— Chcesz mnie pożreć? — zapytała, szukając chusteczki, aby zatamować krew.

— Raczej — skonsumować. Tak, miałbym na to ochotę.

Ale na razie wstał, poszedł do kuchennego aneksu, przyniósł białą szmatkę z owiniętym nią kawałkiem lodu. Przyłożył zimny opatrunek do jej skaleczonej wargi.

— Przepraszam — powiedział. — Nie wiem, co we mnie wstąpiło.

Popatrzyła na niego.

— Jeśli chcesz, to mnie skonsumuj.

Pocałował ją znowu. Tym razem delikatnie.

— Nie chcesz? –spytała.

— Wiesz, że chcę.

— Ale tego nie zrobisz?

— Nie.

— Krzysiu! — powiedziała. — Bardzo chciałabym, abyś był moim pierwszym mężczyzną. Nawet wtedy, gdyby to miał być tylko pierwszy i zarazem ostatni raz. Chcę to przeżyć z tobą. Wiem, że nie będzie w moim życiu nikogo ważniejszego od ciebie. Więc to, co najważniejsze, chcę ofiarować najważniejszemu dla mnie mężczyźnie.

— Przestań! — powiedział.

Zabrzmiało to niespodziewanie szorstko. Zbyt szorstko.

— Uważasz, że ci się narzucam? — spytała.

— Nie. Ale nie mógłbym być z tobą tylko pierwszy raz. Ani tylko raz. Zabiłbym łajdaka, który by tak z tobą postąpił. Bo jesteś warta czegoś więcej niż pierwszy raz czy jeden raz. Jesteś warta czegoś nieskończenie więcej. Obiecałem ci, że się zastanowię co z nami począć. I zastanawiałem się.

— Podjąłeś decyzję? — spytała.

Nie miała wielkiej nadziei, że będzie to dobra dla niej decyzja.

— Owszem. Postanowiłem się z tobą ożenić. Nie sądzę, aby to było trwałe małżeństwo. Pewnie potrwa krótko. Ale pomyślałem, że nawet dla tego krótko warto spróbować. Mieć cię przynajmniej przez jakiś czas dla siebie i nie myśleć o żadnym potem. Nawet, jeśli w tym potem mielibyśmy się rozstać, coś z nas w tym drugim jednak by zostało. Na zawsze.

— Dlaczego zakładasz, że nam się nie uda? Że nie może się udać. To — według ciebie całkiem niemożliwe?

— Nie jest niemożliwe. Ale nie wiem, czy jest możliwe.

Milczeli oboje.

— To byłby, Joasiu, bardzo niekonwencjonalny związek. Proponuję ślub cywilny, żeby nie wiązać ci rąk na przyszłość. Ty — przynajmniej do końca studiów — mieszkałabyś z rodzicami. Ja nadal tu, w pracowni. Nie jestem bowiem w stanie wynająć mieszkania, urządzić go, utrzymać. Ale mogłabyś często sypiać u mnie, a ja u ciebie. Bez etykiety kochanki.

— No tak — powiedziała. — Za to z etykietą tymczasowej żony.

— Jeśli by nam się udało — ciągnął Krzysztof — może za dwa, trzy lata związalibyśmy się na stałe. Może oboje przez ten czas dojrzejemy do prawdziwego małżeństwa.

— Nie za bardzo wierzysz w to dojrzewanie — stwierdziła.

— Po prostu nigdy dotychczas nie zakładałem, że się w jakimś przewidywalnym dla mnie okresie czasu ożenię.

— Ale ja przecież nigdy nie wspominałam o małżeństwie — powiedziała Joanna. — Teraz też ofiarowywałam ci siebie bez jakichkolwiek warunków.

— Ale ja nie chcę się z tobą przespać przed ślubem. Ani — bez ślubu.

Joanna usiadła. Warga znowu zaczęła krwawić. Przytknęła do ust brudny już opatrunek.

— Poczekaj — powiedział Krzysztof. — Poszukam bandaża. Albo czystego płótna.

Wrócił, spojrzał na zakrwawioną pościel.

— Wygląda jakby dokonała się jednak ta konsumpcja.

Tym razem nie zdobyła się na najsłabszy choćby uśmiech. Czuła się ogromnie znużona. Niby dopięła swego, a nawet osiągnęła o wiele więcej niż się spodziewała. Mimo to nie czuła satysfakcji. Mogła powiedzieć „tak” i być z Krzysztofem choćby na jakiś, zapewne niedługi, czas. A przez ten niedługi czas tak mocno go ze sobą związać i tak silnie do siebie przywiązać, aby tymczasowość stała się czymś stałym i trwałym. Coś jej jednak mówiło, że to tylko marzenie i złudzenie. I że propozycja Krzysztofa jest w gruncie rzeczy bardziej uwłaczająca niż przyjęcie propozycji zostania jego kochanką. Nawet na jeden raz, czy na jeden dzień.

— Co z tą twoją wargą? — zaniepokoił się Krzysztof. — Jeszcze nigdy nie widziałem, aby tak drobna rana tak długo krwawiła. I tak obficie.

Joanna wzruszyła ramionami.

— Nie martw się. Nie wykrwawię się na śmierć. To po prostu bardzo silnie ukrwione miejsce.

— Odprowadzić cię? — spytał widząc, że Joanna zbiera się do wyjścia.

Nie było entuzjazmu w jego glosie, ale nawet gdyby czuła, że Krzysztof chce pobyć z nią dłużej, tym razem by odmówiła. Chciała być sama.

— Nie. Zostań i dopieść fałdkę na mojej sukience — powiedziała. — Nie chciałabym, aby cokolwiek odciągało uwagę od mojej eteryczności.

— Joasiu … — zaczął niepewnie.

Z tonu jej głosu musiał się zorientować, że nie wszystko jest w porządku. Albo — że nic nie jest w porządku. Nadstawiła mu policzek do pocałunku. Do wargi wciąż przyciskała zakrwawioną szmatkę. Pocałował ją. Nie wiedziała — jako swoją przyszłą tymczasową żonę, czy też zarejestrowaną w urzędzie kochankę. I to było ich pożegnanie. Żadne nie wiedziało, że było to pożegnanie na bardzo wiele lat.

Jadąc do domu Joanna zastanawiała się, czy i jak powiedzieć rodzicom, że zamierza wyjść za mąż za Krzysztofa. A właściwie zawrzeć z nim „niekonwencjonalny związek”. Wiedziała, że rodzice uważają Krzysztofa za świetnie zapowiadającego się malarza. Ale na uznaniu dla jego artystycznych zdolności kończyło się wymienianie walorów ukochanego ich córki. Mama wprawdzie przyznawała, że Krzysztof jest miły, ale ojciec zawsze kwitował to jej stwierdzenie sarkastycznym: „miłe jest słuchanie muzyki, albo głaskanie kota”.

Krzysztof od dawna wiedział, że Joanna nie pasuje do jego świata. I że on nie pasuje do jej świata. Rodzice Joanny mówili to samo. Owszem, przyzwalali na znajomość córki z obiecującym młodym artystą, ale chyba w ogóle nie dopuszczali myśli, że obiecujący młody artysta mógłby zostać ich zięciem. A już na pewno nie w okresie, kiedy się jedynie zapowiadał.

Joanna wiedziała — jeśli powie rodzicom, że nie może bez niego żyć i nie może być bez niego szczęśliwa, będą zranieni, może nawet zrozpaczeni, ale będą starali się z tym faktem pogodzić. Tyle, że Joanna nie chciała ani ich ranić. Ani — tym bardziej — doprowadzać do rozpaczy. Mniej jej chodziło o mamę. Ta jakoś i w końcu postarałaby się nawet polubić Krzysztofa. Ale ojciec — nigdy. A Joanna od zawsze była silniej związana z ojcem niż z mamą. I jakoś wyczuwała, że choć oboje rodzice kochają ją nad życie, to jednak to tatowe nad życie było i jest znacznie silniejsze od maminego. Była jego oczkiem w głowie, jego dumą, nadzieją i radością. Ale czy ona, Joanna, miała, mogła i powinna układać swoje życie w sposób, który miałby zadowolić ambicje i marzenia rodziców, a nie jej własne potrzeby i pragnienia? Choćby nawet najbardziej złudne? Choćby nawet niespełnialne?

Nie mogła zasnąć. A rano postanowiła — zgodzi się na propozycję Krzysztofa. A potem niech wali się świat. Także jej świat.

Wzięła prysznic. Uczesała się. Przypudrowała nos. Tylko wargi pozostawiła w spokoju, bo ranka ciągle jeszcze nie była zagojona. Przejrzała się w lustrze. Mimo niedospania wyglądała świeżo i ładnie. Przynajmniej tak jej się wydawało. Pojechała na Świętojańską powiedzieć Krzysztofowi „tak”. Po to, żeby przeżyć z nim dzień, miesiąc, rok lub całe życie. Ale z nim i właśnie z nim. I móc wspominać ten dzień, miesiąc, rok z rozrzewnieniem, rozżaleniem lub nawet gniewem — ale móc wspominać. Szła przez Plac Zamkowy i nie czuła ani zacinającego zimnego deszczu, połączonego z rozpuszczającymi się płatkami pierwszego w tym roku śniegu. Czuła jedynie radość, że za chwilę zobaczy Krzysztofa. I powie mu, że zgadza się na takie życie, jakie on wybiera dla siebie, dla niej i dla nich. Nawet, jeśli miałoby być najtrudniejsze.

Nigdy nie przychodziła do  pracowni Krzysztofa bez zaproszenia lub zapowiedzenia swojej wizyty. Ale pamiętała, że powiedział: ”Jeśli jestem w domu, drzwi są otwarte i każdy może wejść. A zamykam je tylko wtedy, kiedy mnie nie ma”. Weszła szybko po schodach. Serce biło jej mocno, ale nie ze zmęczenia lecz wzruszenia. Już na klatce schodowej usłyszała jego głos. I śmiech. Nacisnęła klamkę. Drzwi były zamknięte. Nadal słyszała głos Krzysztofa. Ten sam głos, który od pierwszej chwili i aż do tej chwili wprawiał ją w stan oczarowania, niemal hipnozy. Po chwili jednak usłyszała drugi głos. Kobiecy. I też go rozpoznała. Był to głos Izy Popławskiej.

Joanna pomyślała, że to nic nie znaczy. Przecież aktorka miała pozować Krzysztofowi do portretu. Zbyt szybko zorientowała się jednak, że Krzysztof niczego i nikogo nie maluje. A pani Iza do niczego nie pozuje. Usiadła na stopniu schodów i przyłożyła rękę do galopującego serca. Zrobiło jej się niedobrze. Nie wiedziała — zemdleje, czy umrze, bo przedtem nigdy jeszcze nie mdlała ani nie umierała. Miała mroczki przed oczyma. Zdołała jednak zejść po schodach i wyjść na ulicę. Teraz już czuła jak zacina deszcz ze śniegiem, jak silny i jak zimny jest wiatr. To ją odrobinę otrzeźwiło. Na tyle, że zdołała dobrnąć do apteki na rogu Świętojańskiej i staromiejskiego Rynku. W rogu apteki stał mały stolik, na nim karafka z wodą, przy nim krzesło. Napiła się wody. Ktoś z kolejki zwrócił uwagę na jej bladość.

— Co z panią? Źle się pani czuje?

— Niedobrze mi — powiedziała.

Zza lady wyszła kobieta w białym fartuchu. Wzięła ją za puls.

— Boże! — powiedziała. — Co za arytmia! I tachykardia! Chyba trzeba wezwać karetkę. Czy pani choruje na serce?

Joanna zaprzeczyła.

— Czy mogłabym zatelefonować? — spytała. — Chciałabym, aby przyjechał po mnie ojciec.

— Zdoła pani przejść na zaplecze? — spytała farmaceutka. — Czy poda mi pani numer telefonu? Choć sądzę, że lepiej byłoby jednak wezwać karetkę.

— Spróbuję przejść — powiedziała Joanna.

Podpierana przez panią magister i odprowadzana współczującymi spojrzeniami stojących w kolejce, weszła do pomieszczenia na zapleczu. Podano jej telefon. Ojciec był teraz w pracy. Wykręciła numer jego gabinetu. Telefon odebrała sekretarka.

— Tu Joasia Ostrowska. Czy tata…

— Już łączę — powiedziała sekretarka.

— Tak, Asiku? — powiedział tata.

— Tatusiu! — zaszlochała. — Jestem w aptece na rogu Świętojańskiej i Rynku Starego Miasta. Czuje się niedobrze. Chcę do domu.

Zachował się dokładnie tak, jak oczekiwała. Dokładnie tak, jak reagował i zachowywał się zawsze.

— Już jadę. A jeśli poczujesz się gorzej, niech wezwą karetkę.

— Dobrze tatusiu.

Chciała tylko jednego. Żeby był przy niej i żeby mogła znaleźć się w swoim pokoju. I już nigdy z niego nie wychodzić.

Rozdział 12

Dla rodziny Ostrowskich doktor Stanisław Wiechowicz pełnił rolę Oka Opatrzności. Przed wielu laty wyleczył panią Emilię z tak zwanej krwawej dyzenterii, stosując tarte jabłka, czerwone wino i jakąś przedziwną — daną mu przez Boga — moc uzdrawiania samą swoją obecnością. Doktor Wiechowicz leczył bez użycia niedostępnych jeszcze antybiotyków zapalenia otrzewnej, gangreny, a nawet niektóre przypadki najbardziej śmiertelnej ze śmiertelnych chorób — gruźlicy. Od czasów przedwojnia był sąsiadem i przyjacielem państwa Ostrowskich. Joannę znał — jak mawiał — jeszcze przed jej poczęciem. Zapewniał ją, że już wtedy wiedział, że wyrośnie na piękną pannę.

Kiedy po zerwaniu z Krzysztofem zaczęły się, a potem nasilały niedomagania Joanny, wszyscy kładli je na karb jej złamanego serca. Wprawdzie panny żyjące w połowie XX wieku rzadko zapadały w takich przypadkach na blednicę czy melancholię, ale nie było to jednak całkiem niemożliwe. Pan Michał i pani Mila cierpliwie starali się przeczekać zawroty głowy i gastryczne cierpienia córki, jej brak apetytu i brak chęci do życia w nadziei, że dwudziestoletni organizm sam naprawi duszne rany swojej właścicielki. Ale poprawa nie następowała. Joanna czuła się coraz gorzej. Coraz częściej występowały napadowe kołatania serca. Pojawiła się tak silna arytmia, że spanikowani rodzice musieli wzywać pogotowie. Lekarz zdiagnozował trzepotanie przedsionków, które wprawdzie samoistnie i jeszcze podczas jego wizyty ustąpiło, ale na tyle wszystkich zaalarmowało, że postanowiono wezwać na pomoc doktora Wiechowicza. Stary lekarz rozpoczął badanie od obejrzenia oczu, uszu i gardła swojej pacjentki. Bez używania stetoskopu wsłuchiwał się w bicie jej roztrzepotanego serca. Starannie zbadał brzuch. Przyjrzał się stopom Joanny, a nawet jej paznokciom. Potem kazał się Joannie ubrać i do pokoju zaprosił panią Emilię Ostrowską.

Mama Joanny miała oczy rozszerzone z przerażenia. Spodziewała się wszystkiego najgorszego. Doktor jednak po zbadaniu jej córki miał twarz równie spokojną i pogodną, jak przed badaniem.

— Kiedyś — powiedział — zalecano w takich przypadkach wydanie panienki za mąż. Nie tylko dla usunięcia jej ewentualnych niedoborów hormonalnych, ale przede wszystkim po to, aby użerając się z mężem, zajęta od rana do nocy domem i dziećmi, nie miała czasu na smętne rozmyślania. W przypadku naszej Joasi ta rada zdałaby się jednak psu na budę. Co więc zrobimy? Zrobimy tak: trzy razy dziennie panienka będzie zjadała stołową łyżkę granulofosfatu. Po śniadaniu odbywała obowiązkowy godzinny spacer. A na ogólne wzmocnienie dostanie zastrzyki biostyminy. To wprawdzie bardzo bolesna kuracja, ale ból fizyczny odwraca uwagę od bólów innego rodzaju. A co do tych sensacji sercowych — to trzy razy dziennie kropelki neocardiny. A jeśli serce zacznie szaleć — dziesięć miligramów propranololu.

— Nie znajduje więc pan doktor żadnej poważnej choroby? — spytała pani Mila, a w jej głosie brzmiała tak wielka ulga, jakby przedtem spodziewała się dla córki wyroku śmierci.

— Nie znajduję. Co nie znaczy, że panienka nie dorobi się takiej właśnie, jeśli w porę jej nie zapobiegniemy. My wszyscy — z Joasią włącznie. A nawet — z Joasią przede wszystkim. Bo bez twojej, dziecko, chęci wyzdrowienia nic moje specyfiki nie dadzą. Rozumiesz?

Joanna skinęła głową.

— No tak! — powiedział doktor Wiechowicz. — Rozumiesz, ale wyzdrowieć nie chcesz.

Nie zaprzeczyła.

Choć odczuwała lęk przed wychodzeniem z domu, uczęszczała jednak regularnie na swoje uczelniane zajęcia. Nie pogorszyły się jej wyniki w nauce. Nie pogorszyły się też jej stosunki z kolegami. Jak dawniej rozmawiała, uśmiechała się, a czasami śmiała z ich powiedzonek i żartów. Dwa razy dała się zaprosić do kawiarni w „Bristolu” i zjadła raz pączka, raz napoleonkę. Bez żadnych po tym zjedzeniu gastrycznych sensacji. Któregoś dnia, kiedy fizycznie czuła się nieco lepiej, poszła na Plac Zamkowy. Przystanęła przed witryną Desy. Jej serce znowu zatrzepotało swoimi przedsionkami ze strachu, że może pojawić się Krzysztof. Mieszkał przecież tak blisko. Ale stała i patrzyła na wystawę. Potem weszła do środka. Nie miała pojęcia ile jej serce wykonuje uderzeń na minutę, ale na pewno było ich nie mniej niż sto dwadzieścia. Sięgnęła do torebki, wyjęła opakowanie propranololu i połknęła gorzki proszek. Bez popijania. Poczuła pieczenie w przełyku. Potem zaniosła się kaszlem. Sprzedawca zaniepokoił się.

— Może szklankę wody?

Skinęła głową. Drugi z pracowników podsunął jej krzesło. Wypiła wodę. Pomaleńku odzyskiwała oddech, ale serce nadal szalało.

— Szuka pani czegoś szczególnego?

Znowu skinęła głową.

— Czy macie — mówiła z trudem, wciąż czując pieczenie w gardle — jakiś obraz Krzysztofa Michałowskiego?

I w tej samej chwili taki obraz dostrzegła. Niewielką martwą naturę utrzymaną w kolorze złocistego brązu. Krzysztof namalował rozsypane na stole przywiędłe kwiaty. A wokół nich jesienne liście w barwach sepii, spiżu i ugru.

— Bardzo dobry obraz — powiedział sprzedawca.

Joanna ujęła to inaczej.

— Bardzo piękny.

Naprawdę tak myślała.

Sprzedawca przypatrywał się jej uważnie. Na pewno nie była potencjalnym nabywcą ani tego, ani żadnego innego obrazu. Ale na pewno znała autora „Jesieni”. Jej reakcja świadczyła, że znała go w jakiś szczególny i bardzo osobisty sposób.

Joanna wstała z krzesła i dziękując za udzieloną jej pomoc wyszła ze sklepu. Bardzo chciała przejść Świętojańską, koło znajomej bramy, ale wiedziała — nie zrobi tego ani dziś, ani przez wiele następnych lat. Ledwo żywa dojechała do domu, przeleżała do wieczora w łóżku i zasnęła dopiero późno w nocy. Serce nadal stukało przyspieszonym i nierównym rytmem.

Ponieważ zbliżały się święta i sylwester, otrzymywała od kolegów zaproszenia na prywatki. Nie odmawiała, ale nie obiecywała, że będzie na pewno. Któregoś wieczora, kiedy oglądała — bez zainteresowania — spektakl Teatru Telewizji, zadzwonił telefon. Teraz już nie odczuwała żadnego, ani miłego, ani przykrego podniecenia słysząc ten dźwięk. Nie ruszyła się z miejsca. Pani Mila wstała, wyszła do przedpokoju. Zawołała:

— Asiu, do ciebie.

Joanna podeszła do aparatu.

— Tak — powiedziała apatycznie.

— Dobry wieczór pani Joanno. Mówi Andrzej Guttry.

Joanna zdziwiła się. Czego może od niej chcieć Andrzej Guttry?

— Powinno się pytać o tego rodzaju plany znacznie, znacznie wcześniej, ale …

Zawahał się.

— Tak? — powtórzyła apatycznie Joanna. — O co chciał mnie pan spytać?

— Czy ma pani plany sylwestrowe i w dodatku tak zobowiązujące, że w żaden sposób nie da się ich zmienić?

Nie miała, ale powiedziała, że zamierza spędzić sylwestra ze swoimi kolegami.

— A ja miałem wątłą, ale jednak nadzieję, że uda mi się panią namówić na bal w Filharmonii.

Bal sylwestrowy w Filharmonii! Prawdziwy bal. Najbardziej elegancki bal w Warszawie. Ileż to razy Joanna wyobrażała sobie ten właśnie bal. W przeświadczeniu, że może w jakimś odległym kiedyś i ona tam będzie. Odkąd jednak poznała Krzysztofa porzuciła myśli o prawdziwych balach. A tym bardziej o balu w Filharmonii. Krzysztof nigdy nie poszedłby na taki bal. Nie pasował do tego rodzaju imprez. Nie lubił ich. Nudziły go. Może nawet — gardził nimi. Jako filisterstwem.

— Nie słyszę pani — zaniepokoił się Andrzej Guttry.

— Bo nic nie mówiłam — odparła Joanna. — Zaskoczył mnie pan.

— Raz jeszcze przepraszam, że propozycja jest taka spóźniona.

Joanna pomyślała, że przeciwnie — nadchodzi w samą porę. Jeszcze kilka dni temu w ogóle nie brałaby jej pod uwagę. Tylko w tej chwili gotowa była powiedzieć „tak”. Z dwóch powodów. Po pierwsze, że to Filharmonia. Po drugie, że nic na tym balu nie będzie jej się kojarzyło z Krzysztofem.

Chciała powiedzieć „dobrze”, ale spróbowała wykazać więcej entuzjazmu.

— To bardzo atrakcyjna propozycja. Zawsze marzyłam o balu w Filharmonii. A jeśli odwołam moje dotychczasowe zobowiązania sylwestrowe, nikomu nie sprawię tym wielkiego zawodu.

— No, w to akurat nie wierzę — powiedział z galanterią. — Ale cieszę się ogromnie. Nigdy w życiu nie przeżywałem takiej tremy, jak przed tym telefonem. I nigdy chyba tak bardzo się nie bałem, że dostanę kosza.

Głos jej się odrobinę ożywił.

— No, w to akurat ja nie uwierzę — odparła, powtarzając jego słowa. — Ani w to, że bał się pan do mnie zatelefonować, ani w to, że kiedykolwiek dostał pan kosza.

I w tym momencie uświadomiła sobie, że nie wspomniał o Helenie. Niemożliwe, aby Helena zaakceptowała zaproszenie Joanny na bal sylwestrowy. A trudno było sobie wyobrazić, że wspólnie z Krzysztofem i Andrzejem Guttrym uknuli aż tak skomplikowaną intrygę. Żeby na nowo połączyć skłóconą parę?

— A co na to Helena? — spytała. — Moja obecność… W takiej sytuacji…

Przez chwilę milczał. Potem powiedział:

— Nasz związek z Heleną od dawna był w stanie agonalnym. Teraz najzwyczajniej umarł śmiercią naturalną.

Joanna nie uwierzyła.

— Czy ja w jakikolwiek sposób…

— Nie, pani Joanno. Jak powiedziałem, od bardzo dawna się na to zanosiło. Tak bywa.

Nie spytała o nic więcej. Nie było o co, ani po co pytać. Nawet nie wiedziała, czy jest rozczarowana, że to nie była intryga. Mająca uratować jej związek z Krzysztofem od naturalnej śmierci. Naturalnej? Czy tragicznej?

Andrzej Guttry zaproponował spotkanie, aby mogli ustalić i omówić szczegóły. Umówili się na następny dzień w herbaciarni „Gong” w Alejach Jerozolimskich. Oboje zamówili herbatę angielską. On bez śmietanki. Ona ze śmietanką.

— Chciałbym panią uprzedzić, że w Filharmonii są dwie sale taneczne. Jedna, to znane pani foyer. Tam orkiestra gra melodie klasyczne: walce, tanga, fokstroty, czasem kujawiaki. A nad ranem oczywiście białego mazura.

Powiedział oczywiście, jakby i dla niej każdy bal oczywiście zaczynał się polonezem, a kończył nad ranem oczywiście białym mazurem. Pewnie nie przyszło mu do głowy, że Joanna jeszcze nigdy nie była na prawdziwym balu.

— Natomiast na dole — ciągnął — znajduje się sala, gdzie big-bendowa orkiestra gra jazz. A tańczy się tam szybkie tańce. Najczęściej latynoamerykańskie, ale również rock-and-rolle i madisony. No i twisty.

— Oczywiście — pomyślała Joanna. — Powinien dodać oczywiście.

— Poruszyłem tę kwestię, ponieważ wiem, że paniom sprawia wiele kłopotu dobranie odpowiedniego stroju do tak rozmaitych stylów tanecznych.

— Z iloma paniami był na takich balach? — zastanawiała się Joanna. — I czy każda z nich była tam tylko raz? Za każdym razem nowy, inny Kopciuszek?

— Jeśli pozostają przez cały czas w górnej sali — mówił Andrzej Guttry — najodpowiedniejsza jest długa, typowo balowa suknia. Natomiast jeśli chcą spędzić więcej czasu w sali dolnej, sukienka musi być dostosowana do tańców szybkich. A jeśli w jednej i drugiej sali, no to mają problem.

— A jak będą ubrane inne panie? — spytała Joanna, pewna, że Andrzej zamierza spędzić Sylwestra z nią jako swoją partnerką, ale zarazem w szerszym gronie znajomych.

— Inne panie?

— No, chyba będą — oprócz mnie — także inne panie?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.95
drukowana A5
za 49.26