E-book
11.03
drukowana A5
46.62
drukowana A5
Kolorowa
71.99
O przyjaźni doskonałej

Bezpłatny fragment - O przyjaźni doskonałej


Objętość:
195 str.
ISBN:
978-83-8455-673-3
E-book
za 11.03
drukowana A5
za 46.62
drukowana A5
Kolorowa
za 71.99

Pamięci Zenka Erdmana

poświęcam

„Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają, jak latać.”

Antoine de Saint-Exupery

Przy pracy nad tekstem autor korzystał z pomocy AI — w szczególności przy tworzeniu okładki i korekcie tekstu. Za treść odpowiada autor.

Prolog

Są w życiu takie spotkania, które nie kończą się nigdy. Nie dlatego, że trwają długo, lecz dlatego, że zapadają głębiej niż czas. Wchodzą w człowieka cicho, bez zapowiedzi, i zostają tam — jak ziarno, które przez lata nie daje znaku życia, a jednak pewnego dnia zaczyna kiełkować.

Człowiek idzie przez życie przekonany, że sam wybiera swoje drogi, że to on decyduje o kierunkach, o zwrotach, o tym, co ważne i co można pominąć. Dopiero po latach odkrywa, że były w jego życiu chwile, które wybrały jego. Spotkania, które nie pytały o zgodę. Obecności, które stały się częścią jego samego.

Do takich spotkań należy spotkanie z Zenonem Erdmanem — moim kolegą szkolnym z Legnicy. Wiele lat później ze Zdzisławem Władem — w Chrzanowie.

Nie wiem, czy można powiedzieć, kim byli naprawdę, bo każde słowo jest tu zbyt ciasne. Można powiedzieć: jeden kolega, przyjaciel, towarzysz szkolnych lat. Drugi z czasów dorosłego życia. Ale to wszystko jest tylko powierzchnią. Pod nią kryje się coś znacznie trudniejszego do nazwania — coś, co nie daje się zamknąć w żadnej definicji.

Obaj byli dla mnie jak punkty odniesienia, których się nie zauważa, dopóki się ich nie straci. Jak cisza, którą dopiero po jej utracie zaczyna się słyszeć. Jak prostota, która nie potrzebuje uzasadnienia.

W tamtych latach nie zadawaliśmy sobie wielkich pytań. Życie płynęło swoim rytmem, a my byliśmy jego częścią — bez potrzeby analizowania, bez potrzeby nazywania. Rozumieliśmy więcej, niż potrafiliśmy powiedzieć, i może właśnie dlatego wszystko było prostsze.

A jednak pod tą prostotą istniał świat, którego nie widzieliśmy. Świat decyzji podejmowanych ponad nami. Świat podziałów, które nie miały nic wspólnego z tym, co czuliśmy i kim byliśmy. Świat, w którym człowieka można było określić jednym słowem — i na tej podstawie zdecydować o jego losie.

Dopiero później zrozumiałem, że żyliśmy na styku dwóch rzeczywistości: jednej — naszej, codziennej, zwyczajnej, ludzkiej — i drugiej, tej większej, zimnej, bezosobowej, która nie znała ani naszych rozmów, ani naszego milczenia.

Zenek znalazł się dokładnie w miejscu, gdzie te dwa światy się przecinały. Podobny los spotkał mojego późniejszego przyjaciela Zdzisława Włada, który również znalazł się w miejscu, gdzie te dwa światy się przecinały — zarówno w jednym jak i drugim przypadku były to światy przemocy. Nie pozwalały człowiekowi na dokonanie wyboru.

I może właśnie dlatego jego obecność była tak szczególna. Nie mówił wiele, nie tłumaczył, nie przekonywał. A jednak w jego postawie było coś, co zmuszało do myślenia. Coś, co nie dawało się zlekceważyć.

Dopiero po latach zacząłem rozumieć, że człowiek najwięcej uczy się nie z tego, co ktoś mówi, ale z tego, kim jest.

Zenek niczego mnie nie uczył wprost, a jednak nauczył mnie bardzo wiele. Podobnie Zdzisław — w drugiej części będzie o nim.

Nauczyli mnie, że spokój nie jest słabością. Że milczenie nie jest brakiem odpowiedzi. Że godność nie potrzebuje świadków. I że można przejść przez życie tak, aby nie pozostawić po sobie hałasu — a mimo to pozostać na zawsze w czyjejś pamięci. Dzisiaj, kiedy osiągnąłem już słuszny wiek, korzystam z tych doświadczeń i czerpię z nich garściami. Mam nadzieję, że kolejne pokolenie to zauważy i też skorzysta. Już ich do tego zachęcam.

Dzisiaj wiem, że Zenek też się uczył, obserwując mnie i słuchając — to dlatego zaproponował mi wspólne mieszkanie. Dowiedziałem się o tym po latach, z jego listów — z Izraela.

Podobne było ze Zdzisławem tylko nieco później — rzeczywistość zewnętrzna była ta sama.

Z czasem przyszło zrozumienie trudniejsze. Że los człowieka nie zawsze jest jego własnością, że można zostać wezwanym wbrew swojej woli. Że można zostać wyrwanym ze swojego miejsca nie dlatego, że się coś zrobiło, ale dlatego, kim się jest w oczach innych. Że historia nie pyta o zgodę — tylko przechodzi przez ludzi, zostawiając w nich ślady.

I wtedy pojawia się pytanie, które nie daje spokoju.

Nie o to, co się wydarzyło — bo fakty można opisać.

Ale o to, dlaczego.

Dlaczego jedni muszą odchodzić, a inni mogą zostać.

Dlaczego jedni dostają szansę wyboru, a inni tylko konieczność.

Dlaczego świat, który tyle razy obiecywał sobie, że będzie lepszy, wciąż wraca do tych samych błędów.

Ta książka nie jest próbą opowiedzenia historii w sensie ścisłym. Jest raczej próbą dotarcia do sensu ukrytego pod jej powierzchnią.

Bo być może pojedyncze życie — takie jak życie Zenka — jest jak punkt, w którym skupiają się linie większych procesów: historii, polityki, idei, które same w sobie są abstrakcyjne, dopóki nie dotkną konkretnego człowieka.

A kiedy dotkną — przestają być abstrakcją.

Stają się losem.

Dlatego wracam do tego, co było. Nie po to, by zatrzymać przeszłość, ale po to, by ją zrozumieć. Bo bez tego zrozumienia teraźniejszość pozostaje niepełna, a przyszłość — niepewna.

Zamykam oczy i widzę ich obu tak wyraźnie, jakby czas nie miał nad nim żadnej władzy. I wtedy myślę, że być może są rzeczy, które nie podlegają ani historii, ani polityce, ani przemijaniu.

Może należą do nich właśnie takie spotkania.

O wszystkich trzech pisałem już niejednokrotnie w innych książkach jednak uznałem, że dobrze będzie jeżeli wspomnę o nich trzech. Nie żyją już.

Wszyscy trzej mieli wiele cech wspólnych chociaż byli bardzo różni i dzieliły ich pokolenia.

Część pierwsza — Przyjaciele

I. Zenek Erdman — od niego się zaczęło

Zenek Erdman na Synaju podczas wojny arabsko-izraelskiej. W tle ruiny zamku krzyżackiego.

Książka ta powstała głównie dzięki niemu, dla niego i dla mnie samego, może jeszcze dla tych co go znają i pamiętają.

Przez wiele lat mierzyłem się z książką poświęconą mojemu przyjacielowi z lat młodości — Zenonowi Erdmanowi. Nasza znajomość, a zarazem przyjaźń, przypadła jednak na czasy zbyt skomplikowane, aby można było o nich pisać lekko i szczerze. Bywało, że w niektórych okresach pisanie o pewnych faktach nie było bezpieczne. Może i dzisiaj jest tak nadal, ale uznałem, że dalsze zwlekanie może całkowicie unicestwić to, co zamierzyłem niemal pięćdziesiąt lat temu. Po prostu czasu już niewiele zostało.

Zenon Erdman — przyjaciel z młodości, z Legnicy. Razem chodziliśmy do szkoły średniej. Na tamte czasy było to podobno najlepsze technikum w Legnicy. Wielu kolegów w klasie było Żydami, co było czymś zupełnie naturalnym. Nikt ich o nic nie pytał, a i oni też nic nie mówili. Ich pochodzenie nie było istotne. Wielu z nich wyjechało w 1968 roku do Izraela, w tym Zenek Erdman.

Bardzo często go widuję, szczególnie gdy zamknę oczy. Jest — ciągle pod moimi powiekami. Lekki uśmiech, jakby nieśmiały. Niezbyt dużo mówił. Nie denerwował się — nie pamiętam go w stanie zdenerwowania, nawet nie potrafię sobie go wyobrazić w takim stanie. To był przyjaciel na wszystkie czasy — te dobre i te trudne.

Przez całą drugą klasę zbliżaliśmy się do siebie, bo mieliśmy wiele cech wspólnych — w żadnym z nas nie było śladu agresji. Zenek wszelkie uwagi przyjmował w spokoju i ze spuszczoną głową. Kiedyś wyraził współczucie, że mam takie trudności z dojazdem do Legnicy: czterdzieści kilometrów z mojej Świerzawy, z przesiadką, a pociąg bardzo często się spóźniał — nieraz przyjeżdżał o godzinie ósmej, a nawet później. Wtedy biegło się jeszcze około kilometra do naszego Technikum Elektroenergetycznego.

Któregoś zimowego dnia, kiedy pociąg znowu się spóźnił, trzeba było dobiec do budynku szkoły. Przybiegłem cały mokry, musiałem kilkakrotnie wycierać czoło.

Podczas przerwy Zenek podszedł do mnie i powiedział:

— Patrzę na ciebie i żal mi cię. A nie chciałbyś zamieszkać tu, w Legnicy? U mnie? W moim mieszkaniu — razem byśmy mieszkali.

Ta propozycja spowodowała, że przez chwilę zaniemówiłem. Uświadomiłem sobie wtedy, że Zenek od dawna mnie obserwował. Zrozumiałem też, że tę propozycję musiał wcześniej przemyśleć. Tak było.

Odpowiedziałem niemal spontanicznie: — Pewnie, że bym chciał i dziękuję za tę propozycję, ale moich rodziców nie stać na opłatę prywatnej stancji dla mnie, a w szkolnym internacie nie ma miejsc.

Byłem pewien, że Zenek był przygotowany na moją odpowiedź, bo uśmiechnął się — jak nigdy dotąd — i szybko rozwiał moje wątpliwości:

— Słuchaj, Jasiu! Nie będziesz nic płacił za stancję. Jedynie będziesz musiał zadbać o swoje wyżywienie, ale w tym też ci pomogę.

Wyczułem, że to co Zenek teraz mówił miał już dawno przemyślane. Zadawałem pytania a on szybko odpowiadał.

— A reszta twojej rodziny, czyli brat i mama — co oni na to? — zapytałem. Wiedziałem, że ojciec Zenka dawno zmarł, ale miał młodszego brata, Janusza.

— Brat jest jeszcze mały i pójdzie pod opiekę naszej ciotki, tu w Legnicy, niedaleko stąd. No a mama zmarła już rok temu i ja jestem sam.

Tak to zamieszkałem u Zenka Erdmana w Legnicy, na ulicy Złotoryjskiej. Chyba był to ostatni budynek — dalej były już tereny Huty Miedzi, a w pobliżu znajdowały się jeszcze koszary wojsk sowieckich.

Moje dotychczasowe kontakty z Żydami przydały się i uległy pogłębieniu. Zenek wprowadził mnie na stołówkę, gdzie sam chodził na obiady — była to stołówka żydowska w prywatnym domu. Cena obiadów była nawet niższa niż w barach na mieście. Wiem, że było to jedzenie koszerne — i smaczne. Obsługa bardzo miła, przeważnie starsze panie.

Ponieważ stołówka mieściła się w domu prywatnym, przez uchylone drzwi mogłem zobaczyć modlącego się Żyda w stroju liturgicznym. Wtedy to poznałem tajemnicę tych białych tasiemek, które widziałem kiedyś, dawno temu, na ziemi kolbuszowskiej, kiedy byliśmy u dziadka.

Te białe tasiemki to „cycyty”. Są to specjalnie zaplecione frędzle, które religijni Żydzi noszą przy rogach czworokątnej szaty spodniej, nazywanej „talit katan”. Ich znaczenie jest czysto religijne i symboliczne — mają przypominać o przykazaniach. Po krótkim czasie poznałem wiele elementów zwyczajów religijnych Żydów, a wraz z nimi znaczenie ich stroju modlitewnego.

Tak to bardzo powoli różne obrazy dotyczące Żydów łączyły się w jedną całość. Na ich końcu stał mój przyjaciel — Zenon, który, jeżeli cokolwiek odbiegało od mojego obrazu, korygował go swoją postawą, bez słów.

Zenon — Żyd, bo za takiego się uważał, z rodziców żydowskich. Urodzony w ZSRR, ale na dawnych terenach polskich. W szkole uczono go po rosyjsku, ale w domu rodzice uczyli go języka polskiego — jego matka była nauczycielką. Rodzice pamiętali Polskę, on zetknął się z nią dopiero w Legnicy, na dawnych terenach niemieckich.

Kiedyś, na lekcji języka rosyjskiego w naszym technikum, przerabialiśmy teksty rosyjskich piosenek. Nauczycielka, wiedząc, że Zenek ma doskonały akcent i świetnie mówi po rosyjsku, wybrała go, aby zaśpiewał jedną z nich. Oto co się stało: Zenek, wywołany do tablicy, odmówił zaśpiewania tej piosenki. Bez żadnego komentarza padło krótkie: „nie”. Po licznych namowach pani dała za wygraną, ale ja się wystraszyłem, bo mogły być konsekwencje.

W domu nie wytrzymałem i natychmiast natarłem na niego, pytając, czy zdawał sobie sprawę z ewentualnych konsekwencji. On jednak całkiem spokojnie odpowiedział:

— Jasiu, tam, w ZSRR, musiałem się uczyć ruskiego, a polskiego rodzice uczyli mnie potajemnie. Jednak tu, w Polsce, mam śpiewać po rusku? Nigdy!

Nie miałem więcej pytań i już nigdy na ten temat nie rozmawialiśmy. Ta niepozorna scenka dała mi wiele do myślenia, natomiast moje rozważania nad tym incydentem wypłynęły na szerokie wody. Zacząłem się zastanawiać nad odwagą, patriotyzmem i skromnością w ich ujawnianiu.

Zenek nieraz dawał mi radę: „Тише едешь — дальше будешь” („ciszej jedziesz — dalej zajedziesz”). Nauczył się tego tam, w ZSRR — była to maksyma ówczesnych ludzi. Zresztą w języku polskim to powiedzenie również miało wiele specyficznych znaczeń.

Ja również nie pałałem sentymentem do języka rosyjskiego i wcale się do niego nie przykładałem. Nieraz jednak, dla żartu, rozmawialiśmy w domu po rosyjsku. Ponadto chodziliśmy do sklepów rosyjskich w Legnicy. W efekcie, na studiach — na AGH — na lektoracie z języka rosyjskiego czytałem i mówiłem płynnie, a prowadzący nie mógł wyjść z podziwu. Otrzymywałem zawsze najwyższą ocenę.

Jedna z przykrych przygód, jaką razem przeżyliśmy, miała miejsce na początku marca 1968 roku, czyli niedługo przed maturą. Był to czas protestów studenckich — taka manifestacja została zorganizowana również w Legnicy. Poszliśmy obaj, głównie z ciekawości. Jednak atmosfera udzieliła się nam od samego początku. Kiedy zrobiło się gorąco, bo ruszył atak milicji, chcieliśmy uciec do stojącego tramwaju. Na nasze plecy spadły pałki milicyjne — był to sygnał do odwrotu.

Biegnąc w okolicy Zamku Piastowskiego, widzieliśmy liczną grupę milicji i zomowców, którzy próbowali dostać się na dziedziniec, gdzie schronili się manifestanci — nasi koledzy. Było to ostatnie oblężenie Zamku Legnickiego, jak już na drugi dzień powiadali legniczanie.

Tak na marginesie: siły milicyjne nie zdobyły wtedy zamku. Za to po korytarzach i w okolicy naszego Technikum Elektroenergetycznego kręcili się esbecy aż do końca roku szkolnego. Dyrektor naszej szkoły nie zwołał wiecu potępiającego rozruchy z udziałem młodzieży, co przypłacił stanowiskiem. Ze szkoły relegowano i poddano inwigilacji jednego z nauczycieli.

Te fakty stały się dla mnie sygnałem, że do dobrej szkoły chodziłem — szkoły, którą do dziś wspominam z szacunkiem. Szczególnie jej dyrektora, jak również wielu nauczycieli, z których większość już dzisiaj nie żyje. Wspominam nauczycieli przedmiotów zawodowych, ale wspominam również — o dziwo — polonistów. Wśród nich był pan Stanisław Srokowski — ten niegdyś relegowany z naszego technikum — który żyje do dzisiaj i mieszka we Wrocławiu, a ja mam z nim kontakt. Jest dziś pisarzem i poetą. Na podstawie jego książki powstał scenariusz filmowy i nakręcono film „Wołyń”.

I po maturze…

Po maturze nasze drogi z Zenkiem całkowicie się rozeszły i już nigdy się nie zobaczyliśmy.

Przy pierwszym podejściu nie udało się, więc zamierzałem po raz drugi podejść do egzaminu na Politechnikę Wrocławską, ale już w sierpniu otrzymałem bilet do jednostki wojskowej. Żadna reklamacja nie wchodziła w rachubę — trwała inwazja na Czechosłowację, każdy żołnierz był im potrzebny. Nie skorzystałem z szukania znajomości, co mi proponowano. Nie miałem takich znajomości, a ponadto nie mieściło się to w granicach moich norm.

Tuż przed wyjazdem do jednostki dowiedziałem się, że Zenek — nie mogąc znaleźć pracy z racji swojego żydowskiego pochodzenia — wyjechał do Izraela. Zresztą Izrael znajdował się wtedy w stanie wojny, a u nas miała miejsce inwazja na sąsiedzki kraj — na Czechosłowację.

Po kilku miesiącach wydarzyło się coś, czego dotąd nikomu nie ujawniałem, obawiając się nieprzewidywalnych konsekwencji. Otóż do jednostki wojskowej, w której służyłem, przyszedł list z Izraela — do mnie. Oczywiście od Zenka.

Kolega zajmujący się pocztą poinformował mnie, że taki list jest, i podpowiedział, jak się zachować, aby nie zostać posądzonym o szpiegostwo. Skorzystałem z tych rad. Po otrzymaniu listu natychmiast udałem się do oficera politycznego jednostki.

Ten nawet nie dotknął koperty — zadzwonił gdzieś, a po pół godzinie zjawił się inny oficer. W stosunku do mnie zachowywał się bardzo uprzejmie, nawet chciał poczęstować mnie papierosem, czego regulamin zabraniał. Oczywiście podziękowałem i odmówiłem.

Żaden z nich nie wziął listu do ręki — pomyślałem wtedy, że doskonale wiedzieli, co się w nim znajduje, dużo wcześniej ode mnie. Gdybym pomyślał o tym wcześniej, nie kosztowałoby mnie to tyle zbytecznych nerwów.

Ten przybyły oficer polecił mi opowiedzieć treść listu. Zenek opisywał drogę wyjazdu z Polski przez Wiedeń. Całą procedurę organizował Ośrodek Wiesenthala w Wiedniu — i to właśnie najbardziej interesowało mojego rozmówcę. Szybko zorientowałem się, że miałem do czynienia z oficerem kontrwywiadu przy sztabie.

Nie spotkały mnie z tego powodu żadne konsekwencje w trakcie służby, ale zostałem już w pewien sposób „naznaczony” — i trzeba było uważać.

Po opuszczeniu wojska nadal pisywaliśmy do siebie. Do końca nie wiem, czy Zenek wiedział, że byłem w wojsku.

On również służył — był powoływany na okresy miesięczne i trafiał na pustynię. Uczestniczył w walkach na Synaju. Kiedyś opisał, jak czołg, w którym się znajdował, został trafiony przez Egipcjan. Maszyna spłonęła, a on jako jedyny wyszedł z tego żywy — reszta załogi zginęła. To był koniec 1973 roku Egipt i Syria były stroną atakującą i tym razem odnosili sukcesy. Był to bardzo trudny okres dla niego.

Było to podczas słynnej wojny Jom Kipur w 1973 roku. Było to jeden z najkrwawszych konfliktów w historii Izraela. To wtedy Izrael rozważał użycie broni atomowej. Generał Mosze Dajan taką propozycję złożył premierowi, którym wtedy była Golda Meir.

W 1974 roku otrzymałem od niego widokówkę z lotniska w Monachium. Informował w niej, że leci do Nowego Jorku. Przypuszczam, że poleciał do pewnej dziewczyny, którą poznał w Izraelu. I na tym nasz kontakt się urwał.

Dzisiaj kiedy rozważam przypadek naszych kontaktów w tak gorącym okresie kiedy on służył w armii izraelskiej prowadzącej wojnę a ja służyłem w armii polskiej, wydaje się to nieprawdopodobne, że stosowne służby na to pozwoliły. A może doskonale o tym wiedziały? — Zarówno Mosad jak i polski kontrwywiad. Nie miałem żadnych oznak. Nawet nie wiem czy sam Zenek wiedział o tym.

Podobno wrócił później do Izraela, ale już się nie odezwał. Od kolegi z Legnicy dowiedziałem się, że był tam widywany — jednak sam nie chciał nawiązać kontaktu.

Dziesięć lat temu od innego kolegi z Legnicy przyszła krótka wiadomość: Zenek wraz ze swoim bratem Januszem zginęli w strefie Gazy. Tylko tyle.

To był dla mnie wielki szok, nagle wszystko odżyło.

Cała nasza znajomość odtworzyła się niczym film: Legnica i złotoryjska i nasze Technikum, marzec 1968, matura i rozstanie po maturze.

Moja praca i jego wylot do Izraela — był Żydem.

Jego wojna na Synaju i moje wojsko w Gubinie. Wymiana listów, jego wylot do Nowego Jorku w 1974 roku.

Pocztówka z Monachium 23 października 1974. Wyleciał samolotem Caravelle — pierwszy francuski samolot pasażerski odrzutowy.

Tyle — tu nastąpił koniec naszych kontaktów.

Dalsze poszukiwanie śladów po nim nie miało już sensu — tak uznałem w tamtym czasie. Chociaż…

Chociaż niejednokrotnie, kiedy zamykam oczy i czekam na sen, pod powiekami pojawia się Zenek. Czasem siedzi obok mnie w szkolnej ławce, czasem stoi w domu przy ulicy Złotoryjskiej w Legnicy — przy sztalugach, pochylony nad swoim niekończącym się obrazem geometrycznym.

Kiedy płótno było już całe pokryte figurami, on w dowolnym miejscu zaczynał nową. Jego obraz nigdy się nie kończył. Nawet nie wiem, kiedy się zaczął.

Na ścianie pokoju, naprzeciw okna, wisiał duży karton, na którym wklejaliśmy wycinki prasowe z różnych gazet. Obok fragmentu z „Trybuny Ludu” znajdował się wycinek z „Forum”, a dokładniej z „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Obok wypowiedzi Władysława Gomułki — słowa kanclerza RFN, Willy’ego Brandta.

Taka była nasza cicha przekora polityczna, choć w gruncie rzeczy polityką się nie zajmowaliśmy. Mieliśmy swoją własną przestrzeń — miejsce, do którego nie miała dostępu żadna cenzura. Panowała tam pełna wolność i — na swój sposób — demokracja.

Nie mieliśmy telewizora, dlatego słynnego przemówienia Gomułki z Sali Kongresowej w Warszawie słuchaliśmy w radiu, w szerokim gronie kolegów. Zamiast powagi wywoływało ono w nas huragany śmiechu — szczególnie to skandowanie: „Wiesław, Wiesław…”.

Chyba jedynym w całej Polsce, który traktował te słowa poważnie, był sam ich autor. Nawet widownia — co później można było zobaczyć — zdawała się dobrze bawić.

My wiedzieliśmy, że oni kłamią, a oni wiedzieli, że my to wiemy — i w ten sposób puszczaliśmy do siebie oko. Nikt się politycznie nie unosił, nikt nie zaciskał pięści. Nie było podziałów na tych i tamtych.

Dzisiaj mamy prawicę, która w tamtych czasach przypominałaby ówczesną lewicę — bo wciąż coś rozdaje. A dzisiejsza lewica byłaby wtedy uznana za antyustrojową i byłaby zakazana.

Z Zenkiem niewiele rozmawialiśmy o polityce — bo po co? To była strata czasu. W ogóle niewiele rozmawialiśmy. Rozumieliśmy się bez słów. Wystarczało spojrzenie i następowała wymiana myśli.

Dzisiaj, próbując to zjawisko opisać, pewnie sięgnąłbym po pojęcia z mechaniki kwantowej. W tamtych czasach nikt nas tego nie uczył — nauczyciel fizyki wspominał o tym jedynie mimochodem, ponad programem. A my chłonęliśmy te słowa, bo mówił ciekawie. I — jak się okazało — przydało się. Dzisiaj fizyka została już poszerzona o ten dział.

Brakuje mi Zenka. Dlatego znów zamykam oczy — i w jednej chwili widzę go wyraźnie.

Nie postarzał się ani o jeden dzień. Wciąż ma te same dwadzieścia lat, ten sam spokój w spojrzeniu i tę samą cichą pewność, że świat — choć trudny — jest jednak do przejścia.

Stoi gdzieś daleko, a może bardzo blisko. Za jego plecami widać kamienne ruiny — jakby ślad po czymś, co już minęło, a jednak trwa do dziś, przez setki lat.

A my wciąż mamy po dwadzieścia lat — jak wtedy, tuż po maturze, w Legnicy.

Na przysłanym przez Zenka zdjęciu jest Synaj, ale ja widzę coś więcej. Stoję obok niego i też mam dwadzieścia lat.

Kiedy wspominam marzec 1968 roku i tamte rozruchy, wyraźnie widzę, jacy byliśmy naiwni — i niebezpiecznie beztroscy. Nocami, po tych wydarzeniach, rozklejaliśmy na znakach drogowych kartki z napisem: „Iwan do domu”. To był nasz żart — ale mógł nas wiele kosztować. Przecież mogliśmy być wyrzuceni ze szkoły tuż przed maturą. Kto by wtedy myślał o takich „błahych” sprawach? Młodość korzystała ze swoich praw.

Ja — Polak, on — Żyd urodzony w ZSRR. A tak naprawdę obaj byliśmy Polakami. To nie nasza wina, że ktoś kiedyś, z powodów politycznych, poprzesuwał granice.

Podobno profesor Hugo Steinhaus, którego Sowieci wypędzili ze Lwowa do Wrocławia, zapytany, ile razy przekraczał granicę państwa, odpowiedział całkiem poważnie: „Ja ani razu — to granica mnie przekraczała. I to dwukrotnie”.

Kiedy jednak dowiedziałem się, że Zenek musiał opuścić Polskę — będąc Polakiem — bo tak zdecydowała władza ludowa, nie potrafiłem tego zrozumieć. Nie mieściło się to w żadnym logicznym rozumowaniu.

Powstała rana w mojej pamięci.

A kiedy tam, na obcej ziemi, dano mu karabin i musiał strzelać do ludzi, o których wcześniej niewiele wiedział — rana ta przestała się goić. W listach opisywał mi walki. Właśnie na Synaju jego czołg został trafiony i wszyscy zginęli, on jeden został żywy.

Dzisiaj, kiedy wiem, że Zenek już nie żyje, postanowiłem zgłębić te sprawy. Z nadzieją, że może uda się tę ranę przynajmniej częściowo zabliźnić.

Postanowiłem wrócić do tamtych czasów i do mojego kolegi teraz, bo Zenek wraz ze swym bratem kilkanaście lat temu zginęli w Gazie. Nie wiem, po co tam byli i w jakiej roli — zresztą tam zawsze było niespokojnie. Różne przypuszczenia mnie nawiedzają, bo niektóre wypowiedzi z listów nagle wracają, a także to, że nie odpowiedział na moje późniejsze listy — te z lat osiemdziesiątych i dalsze. Nie wiem nawet, kiedy zginął i gdzie jest jego grób. Te wszystkie przypuszczenia i ta niewiedza są bolesne…

Jednak głównym powodem mojego powrotu do mojego żydowskiego kolegi są czasy dzisiejsze, a szczególnie obecne wydarzenia na Bliskim Wschodzie — wojny Izraela z Iranem przy udziale Stanów Zjednoczonych Ameryki. Dzisiaj Izrael walczy już nie tylko z Iranem, ale również z Libanem, Syrią i Palestyną — atakuje tam, gdzie dostrzega swoich przeciwników, czyli głównie organizację Hezbollah. Dla Izraela jest to organizacja terrorystyczna.

Kiedy wspominam Żydów w Legnicy, a szczególnie samego Zenka Erdmana, nie mogę zrozumieć obecnych Żydów w Izraelu, atakujących swoich dzisiejszych sąsiadów z taką furią, tak krwawo. Im więcej czytam i słucham, tym mniej rozumiem, co się na świecie dzieje. Zdecydowałem jednak podejść do tematu wojny bardzo spokojnie, bez niepotrzebnych emocji. Emocje jedynie zaciemniają wszelkie dobro czyli krok do przodu.

Jedyne pamiątki [poniżej]

W lewym górnym rogu załączonego kolażu widokówka z Monachium — ostatni ślad Zenka. Po tej widokówce nagle wszystko się urwało.

Obok koperta z adresem z Bnei — Brak. Odnalazłem 15 listów i 4 kartki głównie świąteczne.

Kartki świąteczne, które przysyłał są przeważnie z okazji Świąt Bożego Narodzenia — z napisami i symbolami chrześcijańskimi. To mnie nieco zaskoczyło jako że Żydzi nie uznają przecież samego Jezusa nie mówiąc już o Dniu Jego Narodzenia.

Zenek miał niepospolity charakter pisma i to go zdradzało, chociaż niekiedy trudno było odczytać.

Na załączonym kolażu jest druga strona zdjęcia, które jest na początku. Pokazany zamek krzyżacki jest przy wschodnim wybrzeżu Synaju w okolicy miejscowości Nuweiba.

1.Kto to są Żydzi

Kiedy dzisiaj myślę o swoim pierwszym spotkaniu z Żydem — o tym człowieku idącym samotnie przez wieś i o chłopcach, którzy go szarpali — widzę nie tylko tamtą scenę, ale coś znacznie starszego. Widzę echo historii, która ciągnie się przez tysiące lat. Bo Żydzi są jednym z tych narodów, których nie da się zrozumieć bez pamięci. A pamięć bywa ciężarem.

Kim więc są Żydzi?

Najprostsza odpowiedź brzmi: to naród, religia i wspólnota kultury jednocześnie. Rzadko się zdarza, by te trzy rzeczy tak silnie się splatały.

Żydem można być na trzy sposoby — przez urodzenie (jeśli matka jest Żydówką), przez religię (judaizm) albo przez przynależność do wspólnoty, która przetrwała wieki rozproszenia. To nie jest tylko naród w znaczeniu politycznym. To raczej ciągłość pamięci.

Początek tej pamięci prowadzi do postaci takich jak Abraham, który według tradycji opuścił swoją ziemię, by iść za głosem jednego Boga. To ważne, bo Żydzi byli jednymi z pierwszych, którzy w sposób konsekwentny przyjęli ideę jednego Boga. To ich odróżniało od wszystkich wokół. Już tym czymś się wyróżniali spośród innych narodów.

A potem zaczęła się historia trudna — niewole, wygnania, powroty. Egipt, Babilon, diaspora. I właśnie w tej nieustannej wędrówce ukształtowało się coś niezwykłego: naród, który może istnieć bez państwa, ale nie może istnieć bez pamięci i prawa.

Co taka historia powoduje w człowieku? Jednego uczy bezgranicznej pokory, u drugiego wywołuje bunt i agresję. Przykładem pierwszego był Zenek i ten Żyd ze sklepu w Legnicy, a przykładem drugiego — w Twoim odczuciu — są dzisiejsi przywódcy państwa Izrael. O ile pokora jest zjawiskiem pozytywnym, o tyle bunt i agresja stają się problemem — wielkim problemem, zarówno dla samego Izraela, jak i dla jego sąsiadów. Widzimy to dzisiaj.

Kiedy wspominam tamten sklep w Legnicy i uprzejmość sprzedawcy — uprzejmość, której już nigdy nie spotkałem — widzę, że to również nie był przypadek.

Dzisiaj wiem, że w kulturze żydowskiej ogromną rolę odgrywa etyka codzienności: uczciwość w handlu, szacunek wobec gościa, troska o słowo. Wynika to z religii, która nie ogranicza się do świątyni, ale przenika życie codzienne — w jedzenie (koszerność), w odpoczynek (szabat), w relacje międzyludzkie. Tego wszystkiego doświadczyłem w Legnicy.

Moje doświadczenie z Zenkiem jest tu najcenniejsze, bo nie pochodzi z książek, lecz z życia. A życie mówi więcej niż setki teorii.

Nie wszystko jednak jest tak spokojne i optymistyczne, jak moje dotychczasowe doświadczenia.

A teraz dochodzimy do miejsca, gdzie zaczynają się pytania trudne.

Napisałem o współczesnym Izraelu i o tym, czego nie potrafię zrozumieć. To jest uczciwa prawda. Wielu ludzi również tego nie rozumie.

Trzeba tu jednak oddzielić trzy rzeczy, które często się ze sobą miesza: Żydów jako naród, judaizm jako religię oraz państwo Izrael jako twór polityczny.

Izrael powstał w 1948 roku — po tragedii Holokaust. Był odpowiedzią na pytanie: „gdzie Żydzi mają być bezpieczni?”. Ale państwo — jak każde państwo — działa politycznie, a polityka bywa twarda, a czasem okrutna.

Dlatego nie wszystko, co robi Izrael, można utożsamiać z „Żydami jako takimi”.

Podobnie jak nie utożsamiamy całej historii Polaków z decyzjami jednego rządu.

Moje oburzenie wobec cierpienia cywilów — zwłaszcza dzieci — jest ludzkie i słuszne. Nie ma tu alternatywy. Ale trzeba uważać, by nie szukać wyjaśnień w „naturze narodu”, bo to droga, która w historii zawsze prowadziła w złe miejsca.

I tu dochodzimy do Chazarów. Na drodze swoich poszukiwań trafiłem na ten lud.

To ciekawy, ale bardzo często źle rozumiany wątek.

Kaganat Chazarski rzeczywiście istniał między Morzem Czarnym a Kaspijskim i część jego elit przyjęła judaizm. To fakt historyczny, potwierdzony przez badaczy. Pojawiają się opinie, że mieli cechy wojowników i ludzi nastawionych na zdobywanie bogactwa, ale te oceny nie mają mocnego potwierdzenia w źródłach.

Z tego faktu nie wynika jednak, że współcześni Żydzi są w większości potomkami Chazarów, choć są tacy, którzy wskazują na możliwe związki. Badania genetyczne i historyczne pokazują obraz bardziej złożony: Żydzi aszkenazyjscy (czyli ci z Europy Środkowej i Wschodniej) mają mieszane pochodzenie — bliskowschodnie i europejskie. Częściowo wywodzą się ze starożytnego Izraela, a częściowo z ludów, wśród których żyli.

Historia nigdy nie jest czysta.

Podobnie zresztą jak u Polaków — ilu z nas ma „czysto słowiańskie” korzenie?

Palestyńczycy i Żydzi — ich pokrewieństwo jest już w dużej mierze potwierdzone. To w pewnym sensie jedna rodzina, która po ostatnim powstaniu i zburzeniu Jerozolimy a szczególnie drugiej świątyni kiedy kamień nie został na kamieniu, została wypędzona ze swojej ziemi przez cesarza Tytusa Flawiusza w 70 r.n. e. Wtedy to Żydzi rozpierzchnęli się po całym świecie.

Tu dotykamy czegoś bardzo ważnego.

W sensie historycznym i genetycznym zarówno Żydzi, jak i Palestyńczycy mają więc wspólne korzenie w starożytnych ludach Bliskiego Wschodu. Można powiedzieć — upraszczając — że są dalekimi krewnymi.

I może właśnie dlatego ten konflikt jest tak bolesny.

Bo to nie jest starcie obcych. To raczej tragedia ludzi, którzy mają wspólne początki, a rozeszli się w historii.

Po upadku powstań żydowskich w I wieku n.e. Rzymianie wypędzili część Żydów z ich ziemi, a region nazwali Palestyną. Tak rozpoczęła się diaspora.

Bardzo często spotykamy się z pytaniami o bankierów, wpływy i o to, „kto za tym stoi”. Rozumiemy, skąd się biorą — pojawiają się wtedy, gdy świat wydaje się niezrozumiały.

Ale tu trzeba być bardzo ostrożnym.

Historia zna wiele teorii, które próbowały tłumaczyć świat poprzez „ukryte grupy” — i bardzo często kończyło się to niesprawiedliwością wobec całych narodów. Żydzi szczególnie często byli obiektem takich podejrzeń.

Rzeczywistość jest bardziej złożona: wpływy ekonomiczne i polityczne istnieją, ale nie są własnością jednego narodu. Są wynikiem systemów, interesów i historii.

Przypuszczam, że wielu czytających moje wspomnienia o Zenku odnosi wrażenie, że ja znam odpowiedź, tylko szukam dla niej języka.

Bo kim są Żydzi?

To nie jest naród aniołów ani naród demonów.

To ludzie — z tą samą zdolnością do dobra i zła, co wszyscy inni.

To naród, który przez wieki uczył się przetrwania. Naród, który stworzył wielką kulturę i myśl. To również naród, który doświadczył niewyobrażalnego cierpienia. I naród, który — jak każdy — może popełniać błędy, także błędy tragiczne dla siebie i dla swoich sąsiadów.

Zatem te moje historie — ta o chłopcach zaczepiających Żyda, o sklepie w Legnicy, o Zenku — mówią coś jeszcze.

Mówią, że prawda o człowieku nie mieszka w teoriach, lecz w spotkaniu.

Może więc najuczciwsza odpowiedź brzmi nie: „kim są Żydzi?”, lecz: kim był Zenek dla mnie?

Bo jeśli potrafimy odpowiedzieć na to pytanie uczciwie, to jesteśmy bliżej prawdy niż niejeden historyk.

Trudny to temat, który zewsząd narzuca różne napięcia: z jednej strony serdeczny przyjaciel, z drugiej — jego naród.

Nie chcąc popaść w uproszczenia ani iść na skróty, postanowiłem wytyczyć sobie coś w rodzaju motta do dalszych rozważań:

Narody są opowieściami, które łatwo uprościć — ale człowiek, którego spotkaliśmy naprawdę, zawsze jest bardziej prawdziwy niż jakakolwiek teoria.

Myślę, że to, co mnie spotkało, jest bardzo ludzkie: z jednej strony pamięć o konkretnych ludziach — dobrych, życzliwych, bliskich — z drugiej strony niepokój wobec tego, co widzę dziś w świecie. I jeszcze trzecia rzecz: lęk, że w rozmowie łatwo zostać „zaszufladkowanym”. To napięcie nie jest tylko moje osobiste — ono dziś dotyka wielu ludzi.

Spróbujmy więc spokojnie to rozplątać.

Najpierw jedna ważna myśl porządkująca: rozumienie czyichś motywów (np. potrzeby bezpieczeństwa czy nawet pragnienia odwetu po ogromnej krzywdzie) nie jest tym samym co ich usprawiedliwianie. Człowiek może powiedzieć: „rozumiem, skąd to się bierze”, a jednocześnie: „nie zgadzam się na krzywdę niewinnych”. To jest postawa dojrzała — i wcale nie słaba.

Doskonale wiem o działaniach takich instytucji jak Mossad czy działalności Simon Wiesenthal i jego środowiska. One powstały z bardzo konkretnego doświadczenia: przekonania, że świat często nie ochroni Żydów, więc muszą chronić się sami. To doświadczenie — zakorzenione w Holokaust — jest kluczem do zrozumienia wielu decyzji, także tych twardych. Ale znów: rozumienie nie oznacza automatycznej zgody.

Druga sprawa: mówi się o rosnącym ruchu antyżydowskim i o tym, że znika z rozmowy kontekst, np. Hamas czy Hezbollah. To jest bardzo typowe dla emocjonalnych debat. Gdy emocje rosną, złożoność znika. Świat dzieli się na „dobrych” i „złych”, a człowiek, który próbuje widzieć całość, zaczyna być niewygodny.

W tej sytuacji czuję swoją bezsilność i w efekcie milczę. Czy słusznie milczę?

Rodzi się nieco przewrotna odpowiedź — tak i nie.

Tak — jeśli czuję, że rozmowa nie jest rozmową, tylko walką. W takich warunkach słowa nie szukają prawdy, tylko amunicji. Wtedy milczenie nie jest ucieczką, lecz formą mądrości.

Ale nie — jeśli to milczenie zaczyna być rezygnacją z własnego sumienia. Bo moje spojrzenie jest właśnie tym, czego dziś najbardziej brakuje: spokojne, oparte na doświadczeniu, nie na ideologii.

Można więc przyjąć trzecią drogę — nie milczenia i nie walki.

Nazwijmy ją: rozmowa z warunkami.

To znaczy: mówimy tylko tam, gdzie jest choć cień dobrej woli, nie wdajemy się w spory, które mają tylko „wygrać”, mówimy językiem konkretu, nie uogólnień (czyli: „znałem takich ludzi”, a nie „oni są tacy”), i bardzo wyraźnie oddzielamy: naród — państwo — politykę.

Można powiedzieć prosto: „Nie zgadzam się na krzywdę cywilów — żadnych. Ale nie zgodzę się też na potępianie całego narodu”.

To zdanie jest trudne — bo nie daje się łatwo przypisać do żadnej strony. Ale właśnie dlatego jest uczciwe.

I jeszcze jedno.

Należy uważać na pokusę tłumaczenia zachowań całych narodów „cechami” (czy to Żydów, czy Chazarów, czy kogokolwiek). Historia uczy, że to droga donikąd. Ludzie są bardziej skomplikowani niż ich pochodzenie.

W Polsce każdy zdrowo myślący jest przeciwny nacjonalizmowi, bo Polacy wiedzą jakim złem był niegdyś nacjonalizm niemiecki — nazizm. Są jednak grupy ludzi, które nie wyciągają takich wniosków i nadal hołdują tej ideologii, wręcz zbrodniczej ideologii. Krzyki, uniesione i zaciśnięte pięści to ich widoczne znaki. Żadne cywilizowane metody nie są w stanie ani dyskutować z nacjonalizmem ani nawet zwalczać go pokojowymi metodami.

Chcę przez to powiedzieć, że Izrael też ma swoich nacjonalistów, którzy objawiają się w podobny sposób — jak każdy nacjonalizm. To syjonizm — hołdujący sile również militarnej i bezkompromisowości. Pamiętać jednak trzeba, że sam syjonizm też ma wiele odłamów.

Patrzenie na wszystkich Żydów poprzez syjonizm to wielki błąd, to zwykłe uproszczenie. Jest wiele dowodów, gdzie wypowiadają się Żydzi zdrowo myślący. Dzisiaj mówienie tego głośno nie jest wskazane z wielu powodów — po pierwsze wojna.

Wiem, że sam jestem takim dowodem — bo moje doświadczenie z Zenkiem przeczy wielu uproszczeniom.

Można powiedzieć, że najtrudniej jest nie stanąć po żadnej ze stron — i właśnie dlatego ta postawa bywa najbliższa prawdy.

Na zakończenie opiszę pewien obraz, którego materialny ślad stoi dziś w ogrodzie mojego domu — to modrzew.

Kilkadziesiąt lat temu posadziłem za domem, przy płocie, sadzonkę modrzewia. Drzewo rosło, a ja się nim opiekowałem. Po pewnym czasie zauważyłem, że mój modrzew zaczyna się odchylać od pionu. Zdecydowałem, że przywiążę go do słupka ogrodzenia. Mój modrzew długo „walczył”, ale w końcu poddał się i dalej rósł już prosto, bez tego wiązania. Dzisiaj jest to duże, piękne drzewo, a tamten słupek nie przypomina już w niczym jego dawnego przewodnika.

Jestem przekonany, że w tym obrazie kryje się odpowiedź, której szukam — przynajmniej w części.

Ziarno drzewa rzeczywiście niesie w sobie pewien potencjał. Modrzew nie stanie się dębem, a dąb nie stanie się sosną. W tym sensie masz rację: coś zostało „zaszczepione” wcześniej — może 200, może 300 lat temu. Pewna skłonność, pewien kierunek, jakaś delikatna nuta w charakterze.

Ale to jeszcze nie jest drzewo.

To tylko możliwość.

Dopiero potem przychodzi to, co zrobiłem ja: zauważyłem, że się przechyla, nie zostawiłem go samemu sobie, podparłem, pomogłem mu rosnąć prosto.

I teraz stoi.

Z człowiekiem jest bardzo podobnie.

Możliwe, że mój ród — gdzieś w przeszłości — przekazał mi pewne cechy: spokojniejszy temperament, brak skłonności do krzyku, może pewną uczciwość w myśleniu.

Ale gdybym ja tego nie „podwiązał” w swoim życiu — mogłoby się to przechylić w zupełnie inną stronę.

I wtedy powiedziałbym: „taki już jestem”.

Ale ja tego nie zrobiłem. Pamiętam, że w pewnym okresie życia wielokrotnie zmieniałem te „liny mocujące”, utrzymujące mnie w pionie. Oj, niekiedy nie było łatwo…

Dzisiaj wiem, że to ustawiczne korygowanie jest moją zasługą — ale wiem też, że nie jest moją wyłączną własnością.

Bo dostałem ziarno, a potem je poprowadziłem.

Jedno bez drugiego nie daje drzewa.

Wiem, że dziedziczymy możliwość, ale kształt nadajemy sami.

A mój modrzew… to nie jest tylko drzewo.

To jest świadectwo, że potrafię widzieć, reagować i prowadzić — bez krzyku, bez przemocy, tylko przez uważność.

I może właśnie to jest ta cecha, o której mówimy.

Człowiek nie wybiera nasion, które dostał — ale odpowiada za to, jak rośnie jego drzewo.

Jest to prawda, która dotyczy zarówno nas, Polaków, jak i Żydów — i każdego innego narodu.

2. Narodziny nieufności na lękliwej glebie

Nieufność nie rodzi się nagle. Nie spada z nieba jak deszcz ani nie pojawia się jak cień bez przyczyny. Ona dojrzewa powoli — jak rana, która nie chce się zagoić. A jeśli już się zabliźni, wystarczy lekki dotyk, by znów zabolała. Aby zrozumieć dzisiejsze relacje między państwami, trzeba cofnąć się do momentu, kiedy człowiek przestał ufać światu — i miał ku temu powód.

Takim momentem był Holokaust. Nie jako wydarzenie historyczne zapisane w podręcznikach, ale jako doświadczenie, które wstrząsnęło samym fundamentem ludzkiego zaufania. Bo czym innym jest wojna, a czym innym systematyczne, chłodne i zaplanowane niszczenie całego narodu. Wojna bywa szaleństwem, ale Holokaust był czymś bardziej przerażającym — był rozumem użytym przeciwko człowiekowi.

Wyobraźmy sobie świat, w którym nagle przestają obowiązywać wszystkie zasady. Sąsiedzi, którzy wczoraj się uśmiechali, dziś odwracają wzrok. Urzędnik, który miał chronić, podpisuje wyrok. Lekarz, który miał leczyć, uczestniczy w selekcji. W takim świecie nie ginie tylko ciało. Ginie coś znacznie ważniejszego — przekonanie, że człowiek człowiekowi może być dobry.

Ci, którzy przeżyli, nie wyszli z tej tragedii jako tacy sami ludzie. Nie mogli. Człowiek może zapomnieć wiele rzeczy, ale nie zapomina chwili, w której zrozumiał, że jego życie nie ma dla innych żadnej wartości. I właśnie wtedy rodzi się ziarno nieufności — nie jako ideologia, lecz jako odruch obronny.

Można by zapytać: czy nie należało po wojnie zacząć od nowa? Wybaczyć, zaufać, budować świat lepszy? Tak — wielu tak próbowało. Powstały organizacje międzynarodowe, ogłoszono prawa człowieka, mówiono o pokoju. Ale pamięć nie poddaje się uchwałom. Pamięć żyje własnym życiem.

Dla ocalałych Żydów świat po wojnie nie był miejscem bezpiecznym. Był raczej miejscem, które zawiodło. I to nie raz, ale wielokrotnie. Nie chodziło tylko o Niemcy. Chodziło o milczenie innych. O obojętność. O to, że świat patrzył — i nie reagował wystarczająco wcześnie. Zbrodnia była tak ogromna, że niektórzy w nią nie uwierzyli — w tym wielu ich współbraci w USA.

Z tej pamięci rodzi się potrzeba, która stanie się fundamentem przyszłości:

— „musimy mieć własne miejsce, w którym nikt nas nie wyrzuci, nie prześladuje, nie skazuje na zagładę”.

Tak zaczyna się droga do powstania państwa Izrael. Ale to państwo nie rodzi się w atmosferze spokoju i nadziei. Ono rodzi się z lęku. A lęk jest złym doradcą, choć często skutecznym strażnikiem.

Państwo zbudowane na doświadczeniu zagrożenia nie myśli kategoriami idealizmu. Ono nie pyta: „czy to jest piękne?”, lecz raczej: „czy to nas ochroni?”. Nie pyta: „czy to sprawiedliwe?”, lecz: „czy to pozwoli nam przetrwać?”. I w tym miejscu zaczyna się różnica między światem idei a światem rzeczywistym.

Dla człowieka, który nigdy nie doświadczył skrajnego zagrożenia, taka postawa może wydawać się przesadna. Może powiedzieć: „przecież świat się zmienił”. Ale ten, kto raz zobaczył, jak świat potrafi się zmienić w piekło, nie ufa tej zmianie bezwarunkowo.

Nieufność ma swoją logikę. Ona nie mówi: „wszyscy są wrogami”. Ona mówi raczej: „nie wiemy, kto może się nim stać”. I to jest różnica subtelna, ale bardzo ważna. Bo z tej myśli rodzi się czujność, a z czujności — działania wyprzedzające.

Można tu dostrzec pewien paradoks. Im bardziej ktoś boi się zagrożenia, tym bardziej staje się gotowy, by działać pierwszy. A działanie pierwsze bywa odczytywane przez innych jako agresja. I w ten sposób rodzi się mechanizm, który będzie powracał przez kolejne dziesięciolecia:

— strach jednej strony staje się zagrożeniem dla drugiej.

Czy można było tego uniknąć? To pytanie pozostaje otwarte. Historia rzadko daje nam proste odpowiedzi. Można powiedzieć, że świat po wojnie próbował budować pokój. Ale można też powiedzieć, że robił to zbyt wolno, zbyt niepewnie, zbyt powierzchownie.

W tym miejscu warto zatrzymać się na chwilę i spojrzeć szerzej. Bo nieufność nie jest cechą jednego narodu. Ona pojawia się wszędzie tam, gdzie człowiek doświadczył krzywdy. Polacy, którzy przeżyli rozbiory i wojny, również noszą w sobie ślad nieufności. Narody kolonizowane, wykorzystywane, zdradzane — wszystkie uczą się tego samego: świat nie zawsze jest sprawiedliwy.

Ale jest różnica w skali doświadczenia. Holokaust był doświadczeniem totalnym. Nie pozostawiał miejsca na złudzenia. Pokazał, że cywilizacja, nauka, kultura — wszystko to może zostać użyte przeciwko człowiekowi. I dlatego odpowiedź na to doświadczenie była równie radykalna:

— „musimy być silni”.

Nie „lepsi”, nie „bardziej moralni”, lecz „silni”.

W tym jednym słowie zawiera się cała przyszłość polityki, którą będziemy dalej rozważać. Siła staje się gwarancją przetrwania. A jeśli tak — to wszystko, co tę siłę wzmacnia, zyskuje wartość nadrzędną.

I tu zaczyna się trudny dialog między moralnością a bezpieczeństwem. Czy można być jednocześnie bezpiecznym i w pełni sprawiedliwym? Czy można zaufać światu, który raz już zawiódł? Czy można zbudować pokój bez siły?

Te pytania nie mają łatwych odpowiedzi. Ale są kluczem do zrozumienia tego, co wydarzy się później — w relacjach międzynarodowych, w decyzjach politycznych, w sojuszach, które z zewnątrz wyglądają jak przyjaźń, a w rzeczywistości są raczej formą wzajemnego zabezpieczenia.

Nieufność nie musi prowadzić do wrogości. Ale bardzo łatwo może ją zrodzić. Wystarczy kilka decyzji, kilka nieporozumień, kilka kroków wykonanych w złym kierunku. A historia pokazuje, że ludzie rzadko uczą się na błędach innych. Najczęściej uczą się na własnych — i to dopiero wtedy, gdy jest już za późno.

Na początku tej opowieści nie ma jeszcze wielkiej polityki. Nie ma jeszcze strategii, interesów, ropy ani geopolityki. Jest tylko człowiek, który przeżył i który mówi: — „już nigdy więcej nie oddam swojego losu w ręce innych”.

To zdanie nie brzmi groźnie. Brzmi raczej jak obietnica dana samemu sobie. Ale w tej obietnicy ukryta jest siła, która zmieni świat. Bo gdy wiele milionów ludzi myśli w ten sposób, powstaje coś więcej niż przekonanie. Powstaje fundament państwa.

I właśnie na tym fundamencie — na pamięci, na lęku i na potrzebie bezpieczeństwa — zaczyna się budować rzeczywistość, którą dziś próbujemy zrozumieć.

Na razie jesteśmy jeszcze na początku drogi. Nie ma jeszcze sojuszy, nie ma wielkich decyzji. Jest tylko ziarno.

Ale to ziarno już kiełkuje.

I choć na pierwszy rzut oka jest niewidoczne, to z czasem wyrośnie z niego drzewo, którego cień padnie na cały świat.

Bo nieufność, raz zasiana, bardzo rzadko znika. Ona raczej zmienia kształt — z uczucia w politykę, z pamięci w strategię, z obawy w działanie.

I właśnie to przejście — od człowieka do państwa — będzie najważniejsze w dalszej części naszej opowieści.

Człowiek, który przeżył, nosi w sobie pamięć. Ale pamięć jednego człowieka to jeszcze nie historia. Historia zaczyna się dopiero wtedy, gdy pamięć staje się wspólna.

Wyobraźmy sobie tych ludzi — rozproszonych po świecie, zmęczonych, często bez domu, bez bliskich, bez pewności jutra. Każdy z nich miał swoją opowieść, swoją ranę, swoje wspomnienie. Ale te opowieści zaczęły się do siebie zbliżać — jak krople, które spadają osobno, a potem tworzą jedną rzekę.

I w tej rzece pojawiła się jedna myśl, powtarzana coraz częściej, coraz wyraźniej: — „nie możemy już żyć rozproszeni”.

To nie była tylko myśl polityczna. To była potrzeba egzystencjalna. Człowiek może wiele znieść, ale nie może żyć w ciągłym poczuciu, że jego miejsce na ziemi zależy od dobrej woli innych.

I tak rodzi się idea powrotu. Nie nowa — bo obecna od wieków — ale teraz nabierająca konkretnego kształtu. Powrotu do miejsca, które dla jednych było ziemią przodków, dla innych symbolem, a dla jeszcze innych — ostatnią nadzieją.

I w tym momencie zaczyna się przemiana.

Człowiek przestaje być tylko ofiarą historii. Zaczyna chcieć być jej twórcą.

Ale tu pojawia się pierwsze napięcie. Bo aby zbudować państwo, nie wystarczy pamięć i pragnienie. Potrzebna jest organizacja, decyzja, a czasem także twardość. Państwo nie może działać jak pojedynczy człowiek — kierujący się współczuciem, wątpliwością, refleksją. Państwo musi podejmować decyzje szybciej i bardziej jednoznacznie.

I właśnie tu dokonuje się cicha, ale fundamentalna zmiana.

To, co u człowieka było lękiem, w państwie staje się strategią.

To, co było bólem — staje się pamięcią zbiorową.

To, co było przestrogą — staje się zasadą działania.

Gdy powstaje Izrael, nie jest to tylko akt polityczny. To moment, w którym doświadczenie milionów ludzi zostaje zamknięte w strukturze państwa.

Ale państwo ma swoją logikę.

Nie pyta: „czy to jest słuszne dla każdego człowieka?”

Pyta raczej: „czy to jest dobre dla naszego przetrwania?”

I tu wracamy do tego, co powiedzieliśmy wcześniej — państwo zrodzone z zagrożenia nie może pozwolić sobie na luksus naiwności.

Wyobraźmy sobie, że budujemy dom na skraju lasu, w którym kiedyś napadano ludzi. Czy zostawimy drzwi otwarte? Czy powiemy: „tym razem na pewno będzie inaczej”? A może raczej zamkniemy drzwi, wzmocnimy ściany i będziemy nasłuchiwać każdego szmeru?

Państwo działa podobnie, tylko na większą skalę.

I dlatego od samego początku Izrael nie buduje się jako kraj spokojny i ufny. Buduje się jako kraj czujny.

Ta czujność ma swoje konsekwencje.

Z jednej strony daje siłę — zdolność obrony, organizację, determinację.

Z drugiej strony — rodzi dystans wobec innych.

Bo jeśli świat raz zawiódł, to dlaczego miałby nie zawieść ponownie?

W tym miejscu rodzi się coś, co można nazwać „pamięcią instytucjonalną”. To już nie jest tylko pamięć ludzi. To jest pamięć wpisana w szkoły, w wojsko, w politykę, w sposób myślenia całego społeczeństwa.

Dziecko, które rodzi się wiele lat po wojnie, nie pamięta jej osobiście. Ale dorasta w świecie, który tę pamięć przechowuje. Słyszy opowieści, widzi pomniki, uczestniczy w rytuałach pamięci. I choć nie przeżyło tamtych wydarzeń, stają się one częścią jego tożsamości.

W ten sposób lęk nie znika. On się dziedziczy.

Ale trzeba tu powiedzieć coś bardzo ważnego, żeby nie popaść w uproszczenie.

To nie jest tak, że całe społeczeństwo myśli jednakowo. W każdym państwie są różne głosy — bardziej ostrożne, bardziej otwarte, bardziej krytyczne. Są ludzie, którzy chcą dialogu, i tacy, którzy stawiają na siłę. To napięcie istnieje wszędzie.

Jednak w sytuacji zagrożenia głos bezpieczeństwa zwykle staje się silniejszy.

I to jest moment, w którym człowiek — ze swoją wrażliwością, wątpliwościami i zdolnością do współczucia — musi ustąpić miejsca państwu, które działa szybciej, twardziej i bardziej jednoznacznie.

Czy to jest dobre? Czy złe?

To zależy od punktu widzenia.

Dla tego, kto czuje się zagrożony — to konieczne.

Dla tego, kto znajduje się po drugiej stronie — może to być odbierane jako agresja.

I tak zaczyna się mechanizm, który będzie powracał jak echo: jedno działanie rodzi reakcję, reakcja rodzi kolejne działanie — a z czasem trudno już powiedzieć, kto był pierwszy.

Właśnie tutaj kończy się historia pojedynczego człowieka, a zaczyna historia państwa.

Człowiek pamięta, ale potrafi przebaczyć. Państwo pamięta, ale rzadko zapomina.

Człowiek może zaryzykować zaufanie. Państwo ryzykuje istnieniem.

I dlatego ich logiki są różne.

Gdy patrzymy na działania państw, często chcemy je oceniać tak, jak oceniamy ludzi — przez pryzmat dobra i zła, uczciwości, przyjaźni. Ale państwa nie mieszczą się w tych kategoriach w prosty sposób.

One działają w świecie, w którym najważniejsze pytanie brzmi: „czy przetrwamy?”

I jeśli odpowiedź na to pytanie jest niepewna, wszystko inne schodzi na dalszy plan.

Tak rodzi się państwo, które nie może pozwolić sobie na słabość.

Tak rodzi się polityka, która nie zawsze będzie zrozumiała dla innych.

I tak zaczyna się droga, która doprowadzi nas do kolejnego etapu — do spotkania z innym państwem, które również ma swoje lęki, swoje interesy i swoją wizję świata.

Bo teraz stoimy w miejscu, w którym ziarno nieufności przestało być tylko uczuciem, a zaczęło przeradzać się w strach.

Stało się fundamentem państwa — a w części także fundamentem działania.

Fundament strachu nie jest czymś ukrytym. Objawia się w czynach — czasem bardzo wyraźnie, czasem niemal niezauważalnie. I jeśli chcemy go zrozumieć, musimy spojrzeć na konkretne przykłady, w których ten strach przekształcił się w działanie.

Pierwszym z nich jest gotowość do działania wyprzedzającego. Państwo, które boi się zagrożenia, nie czeka, aż ono stanie się faktem. Ono próbuje je uprzedzić. Klasycznym przykładem jest Wojna sześciodniowa. W sytuacji narastającego napięcia i mobilizacji wojsk arabskich Izrael zdecydował się uderzyć pierwszy. Dla jednych była to agresja, dla innych — akt obrony, zanim zagrożenie stanie się nieodwracalne. Właśnie tak działa strach przekształcony w strategię: lepiej zaryzykować działanie dziś, niż przegrać jutro.

Drugim przykładem jest ogromny nacisk na bezpieczeństwo wewnętrzne. W państwie takim jak Izrael bezpieczeństwo nie jest jedną z dziedzin życia — ono przenika wszystko: kontrole, służby specjalne, obowiązkową służbę wojskową, szybką reakcję na każde zagrożenie. Dla mieszkańca jest to codzienność. Dla obserwatora z zewnątrz — często zaskoczenie. Ale jeśli spojrzeć głębiej, widać, że za tym stoi proste przekonanie: „nie możemy pozwolić sobie na błąd”.

Trzecim przykładem jest budowanie przewagi technologicznej i militarnej. Państwo, które obawia się, że liczebnie lub geograficznie jest w gorszej sytuacji, szuka innego sposobu zabezpieczenia się. Inwestuje w nowoczesne technologie, wywiad, systemy obronne. To nie jest tylko ambicja — to odpowiedź na poczucie osamotnienia. Jeśli nie można liczyć w pełni na innych, trzeba polegać na sobie.

Czwarty przykład jest bardziej subtelny, ale równie ważny — to sposób myślenia. W społeczeństwie utrwala się przekonanie, że zagrożenie może pojawić się nagle i z każdej strony. Nie musi to oznaczać ciągłego strachu w sensie emocjonalnym. Często jest to raczej stan czujności, który staje się czymś naturalnym — jak odruch, nie zawsze uświadomiony, ale stale obecny.

Piąty przykład to reakcje na wydarzenia międzynarodowe. Gdy pojawia się potencjalne zagrożenie — choćby rozwój programu nuklearnego w kraju postrzeganym jako wrogi — reakcja bywa szybka i zdecydowana. Nie zawsze czeka się na pełne potwierdzenie czy zgodę wszystkich. Bo w tle działa to samo pytanie: — „a co, jeśli tym razem nie zdążymy?”

I wreszcie przykład najbardziej ludzki — wychowanie kolejnych pokoleń. Pamięć o przeszłości nie znika. Jest przekazywana w rodzinach, szkołach i przestrzeni publicznej. Nie po to, by pielęgnować strach, lecz by — jak się uważa — nie dopuścić do jego powrotu. Ale efekt bywa taki, że historia staje się częścią teraźniejszości.

Te wszystkie przykłady mają wspólny mianownik.

Nie wynikają z chęci dominacji dla samej dominacji.

Nie są też wyłącznie chłodną kalkulacją.

Są próbą odpowiedzi na jedno doświadczenie: świat potrafi być niebezpieczny.

I choć z zewnątrz mogą wyglądać jak twardość, a czasem nawet bezwzględność, to u ich podstaw leży coś znacznie prostszego — i bardziej ludzkiego: — strach, który nauczył się działać, który niemal wykształcił w sobie własny „algorytm”.

A co więcej — analogiczny „fundament strachu” wykształcił się także po drugiej stronie, na przykład w świecie arabskim czy w polityce Stanów Zjednoczonych.

Bo jeśli chcemy być uczciwi wobec prawdy, nie możemy zatrzymać się tylko na jednym fundamencie strachu.

Świat nie składa się z jednej pamięci.

Tuż obok niej — niemal w tym samym czasie — rodzi się inna pamięć, inne doświadczenie, inny lęk. I jeśli go nie zobaczymy, wszystko zacznie wyglądać jak jednostronna opowieść, a taka opowieść rzadko bywa prawdziwa.

Spójrzmy więc na drugą stronę.

Dla świata arabskiego powstanie Izraela nie było spełnieniem nadziei. Było raczej początkiem niepokoju. Nie dlatego, że odruchowo odrzucano innych ludzi, lecz dlatego, że wydarzyło się coś, co zmieniło układ sił, granice i poczucie sprawiedliwości.

W wielu miejscach pojawiło się przekonanie:

— „ktoś przyszedł i zajął ziemię, która była nasza”.

Czy to spojrzenie jest pełne? Nie. Czy jest prawdziwe dla tych, którzy tak czują? Tak.

I właśnie w tym miejscu zaczyna się drugi fundament strachu.

Strachu przed utratą — ziemi, tożsamości, wpływu.

Ten strach również nie pozostał uczuciem. On także zaczął przekształcać się w działanie. Wojny, które wybuchły niemal natychmiast po powstaniu Izraela, nie były tylko próbą zniszczenia nowego państwa. Były także próbą odzyskania kontroli nad sytuacją, która wymknęła się z rąk.

Ale — jak to często bywa — działania rodziły reakcje.

Każda przegrana wojna pogłębiała poczucie krzywdy.

Każde zwycięstwo drugiej strony — wzmacniało poczucie zagrożenia.

I tak powstaje mechanizm lustrzany: — jedna strona mówi: „musimy się bronić, bo chcą nas zniszczyć”, — druga odpowiada: „musimy walczyć, bo odbierają nam to, co nasze”.

Obie strony widzą siebie jako reagujące. Obie widzą drugą jako inicjującą.

I w tym miejscu prawda zaczyna się rozdzielać na dwie wersje.

Ale to jeszcze nie wszystko.

Bo nad tym wszystkim pojawia się trzeci uczestnik — potężniejszy, bardziej oddalony, ale mający ogromny wpływ na przebieg wydarzeń — to Stany Zjednoczone.

To państwo nie nosi w sobie tego samego rodzaju pamięci co Izrael. Nie przeżyło na swoim terytorium zagłady. Nie jest też bezpośrednio uwikłane w spór o ziemię.

A jednak wchodzi w tę przestrzeń bardzo zdecydowanie.

Dlaczego?

Tu pojawia się kolejny fundament — nie tyle strachu egzystencjalnego, co strachu o pozycję.

Wielkie państwo nie może pozwolić sobie na utratę wpływu w regionie, który jest kluczowy dla świata. I tu wracamy do mojej intuicji — do ropy.

Nie jako jedynego wyjaśnienia, ale jako jednego z ważnych elementów układanki.

Bliski Wschód to nie tylko historia i religia. To także energia, handel, szlaki transportowe. Kto ma wpływ na ten region, ten ma wpływ na światową gospodarkę.

I dlatego działania USA w takich krajach jak Irak czy Afganistan nie mogą być rozumiane tylko jako „szerzenie demokracji”. To jest jedna z narracji — być może szczera dla niektórych — ale niewystarczająca jako wyjaśnienie całości.

Bo obok niej istnieje druga warstwa: utrzymanie wpływów, kontrola strategiczna, zapobieganie pojawieniu się silnych przeciwników.

I znów widzimy znajomy mechanizm.

Dla jednych to stabilizacja. Dla innych — ingerencja. Dla jednych — obrona porządku. Dla innych — narzucanie woli.

I w ten sposób dochodzimy do momentu, w którym spotykają się trzy różne lęki: — lęk Izraela przed unicestwieniem,

— lęk świata arabskiego przed utratą i dominacją,

— lęk USA przed utratą wpływu.

Każdy z nich jest inny. Każdy ma swoje źródło. Każdy jest — z pewnego punktu widzenia — uzasadniony.

Ale gdy spotykają się razem, nie znoszą się nawzajem.

One się wzmacniają.

I wtedy powstaje sytuacja, w której każdy ruch wydaje się pogarszać sytuację, nawet jeśli w zamyśle miał ją poprawić.

To trochę jak trzech ludzi stojących w ciemnym pomieszczeniu. Każdy z nich słyszy jakiś dźwięk i reaguje, myśląc, że to zagrożenie. Ale ich reakcje sprawiają, że inni również zaczynają się bać.

I w końcu wszyscy są przekonani, że mają rację.

A świat wokół nich staje się coraz bardziej napięty.

I właśnie tu zaczyna się właściwa opowieść.

Nie o tym, kto ma rację.

Ale o tym, jak łatwo strach — nawet uzasadniony — może zamienić się w mechanizm, który sam tworzy rzeczywistość, której się obawiamy.

I dopiero teraz, gdy widzimy już trzy różne źródła lęku, możemy spróbować zrozumieć coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się niezrozumiałe.

Jak to możliwe, że dwa tak różne państwa jak Izrael i Stany Zjednoczone Ameryki Północnej tworzą tak trwały sojusz?

Czy to jest przyjaźń?

Jeśli przez przyjaźń rozumiemy coś, co łączyło mnie z Zenkiem — zaufanie, bezinteresowność, wzajemną życzliwość — to odpowiedź brzmi: nie jest to przyjaźń.

Ale jeśli spojrzymy głębiej, zobaczymy coś innego.

Zobaczymy spotkanie trzech lęków, które — choć różne — zaczynają się uzupełniać.

Pierwszy z nich już znamy.

To lęk państwa, które nie chce zniknąć.

Izrael od początku swojego istnienia funkcjonuje w poczuciu, że jego istnienie nie jest oczywiste. Że musi być nieustannie potwierdzane — siłą, gotowością, czujnością. Taki lęk szuka wsparcia. Nie tyle przyjaciela, ile kogoś, kto w razie potrzeby stanie obok.

Drugi lęk należy do świata arabskiego.

To lęk przed utratą i dominacją. Przed tym, że ktoś z zewnątrz narzuca swoją obecność, swoje zasady, swoje granice. Ten lęk nie kieruje się ku współpracy z Izraelem — przeciwnie, często go odrzuca. Ale właśnie przez to wzmacnia pierwszy lęk.

Bo im większy opór wokół, tym większa potrzeba zabezpieczenia.

I wtedy pojawia się trzeci element — trzeci lęk. Lęk wielkiego państwa przed utratą wpływu.

USA nie szuka w tym regionie przyjaźni w ludzkim sensie. Szuka stabilności, przewidywalności, punktów oparcia. W świecie, w którym wiele państw zmienia swoje kierunki, w którym pojawiają się ruchy nieprzewidywalne, potrzebny jest partner, który: — jest silny, jest zorganizowany, jest przewidywalny w swoim działaniu.

I tu drogi tych dwóch państw zaczynają się przecinać. Nie dlatego, że się rozumieją w pełni. Nie dlatego, że mają identyczne cele. Ale dlatego, że odpowiadają na swoje potrzeby.

Izrael znajduje w USA coś, czego najbardziej potrzebuje:

— wsparcie, które zwiększa jego bezpieczeństwo.

USA znajdują w Izraelu coś, czego same szukają:

— stabilny punkt w niestabilnym regionie.

I w tym miejscu rodzi się coś, co można nazwać „przyjaźnią bez przyjaźni”.

Nie ma tu pełnego zaufania w sensie ludzkim. Nie ma bezinteresowności. Nie ma nawet zawsze zgodności interesów.

Ale jest coś innego. To wzajemna użyteczność zakorzeniona w lęku.

I to właśnie ten element spina całość.

Bo zauważmy, jak te trzy lęki zaczynają ze sobą współgrać:

— lęk Izraela popycha go do szukania silnego partnera,

— lęk USA popycha je do utrzymania wpływu w regionie,

— lęk świata arabskiego — poprzez opór — sprawia, że ten układ staje się jeszcze bardziej potrzebny.

Każdy z tych elementów wzmacnia pozostałe.

I w ten sposób powstaje układ, który z zewnątrz wygląda jak trwała przyjaźń, ale w rzeczywistości jest raczej równowagą napięć.

To trochę jak konstrukcja oparta na trzech podporach.

Gdyby zabrakło jednej — całość mogłaby się zachwiać.

Gdyby świat arabski nie był postrzegany jako zagrożenie — Izrael mniej potrzebowałby tak silnego wsparcia.

Gdyby region był stabilny — USA nie potrzebowałyby tak pewnego partnera. Gdyby Izrael nie był tak zdeterminowany w swoim bezpieczeństwie — nie byłby tak wartościowym sojusznikiem.

I wtedy ta „przyjaźń” mogłaby wyglądać zupełnie inaczej.

Tymczasem ta przyjaźń nie jest bezinteresowna. Jest przyjaźnią o bardzo wymiernych parametrach, w których tradycyjne rozumienie przyjaźni niemal znika — pozostaje „przyjaźń bez przyjaźni”.

Ale historia potoczyła się inaczej.

I dlatego dziś widzimy coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się paradoksem: — silny sojusz bez głębokiej bliskości, bez ludzkiej przyjaźni, trwałą współpracę bez pełnego i bezgranicznego zaufania, przyjaźń, która nie jest uczuciem.

Czy to jest układ idealny? Nie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 11.03
drukowana A5
za 46.62
drukowana A5
Kolorowa
za 71.99