E-book
39.38
drukowana A5
102.55
O prawdzie

Bezpłatny fragment - O prawdzie

Książka została utworzona z pomocą AI


Objętość:
436 str.
ISBN:
978-83-8440-479-9
E-book
za 39.38
drukowana A5
za 102.55

Wstęp

Prawda w czasach kryzysu i konfrontacji światopoglądowych

Współczesny kontekst

Wojny informacyjne, „postprawda” jako symptom kryzysu kapitalizmu

Żyjemy w czasach paradoksalnego głodu i przejedzenia prawdą jednocześnie. Nigdy wcześniej ludzkość nie dysponowała takim dostępem do informacji, do źródeł pierwotnych, do danych, do naukowych publikacji dostępnych w otwartych repozytoriach, do zeznań naocznych świadków zdarzeń z drugiego krańca globu, transmitowanych na żywo. Teoretycznie powinniśmy być społeczeństwem oświeconym, opartym na wspólnych, zweryfikowanych faktach. Praktyka okazuje się jednak zgoła odmienna. Ten ocean informacji nie przekształcił się w powszechne rozumienie świata, lecz często zalewa nas tsunami sprzecznych narracji, celowych zafałszowań, półprawd i emocjonalnie nacechowanych spektakli, które zastępują rzeczową dyskusję. Pojęcie prawdy — przez wieki będące fundamentem filozofii, nauki, prawa i społecznego zaufania — przeżywa głęboki, wielowymiarowy kryzys. Kryzys ten nie jest jedynie abstrakcyjnym problemem epistemologicznym dyskutowanym w uniwersyteckich aulach. Ma on wymiar jak najbardziej konkretny, polityczny, ekonomiczny i społeczny, decydujący o przyszłości demokracji, pokoju i ludzkiego rozwoju. W niniejszej książce będziemy twierdzić, że ten kryzys prawdy jest nieodłącznie związany z szerszym kryzysem systemowym późnego kapitalizmu, a współczesne zjawiska, takie jak „postprawda” czy hybrydowe wojny informacyjne, są jego logicznymi, choć szczególnie jaskrawymi symptomami.

Aby zrozumieć współczesność, musimy wyjść poza powierzchowną diagnozę o „zaniku prawdy” czy „irracjonalizmie mas”. Należy zapytać: dlaczego akurat teraz? Dlaczego w epoce bezprecedensowego dostępu do wiedzy tak wielu ludzi świadomie odrzuca ustalenia nauki — czy to klimatologii, epidemiologii, czy historii — na rzecz teorii spiskowych lub uproszczonych mitów? Odpowiedź nie leży w nagłym spadku ludzkiej inteligencji, ale w konkretnych procesach ekonomicznych, technologicznych i klasowych, które przekształciły samą przestrzeń publiczną i warunki, w jakich „prawda” jest produkowana, dystrybuowana i legitymizowana.

Kluczowym kontekstem jest tu transformacja kapitalizmu w jego neoliberalnej, finansowej fazie. System, którego motorem jest nieustanna akumulacja kapitału i maksymalizacja zysku w krótkiej perspektywie, podporządkował sobie niemal wszystkie sfery ludzkiego życia. Dotyczy to także sfery produkcji i dystrybucji informacji. Media, niegdyś mające — przynajmniej w deklaracjach — misję informowania i edukowania społeczeństwa, stały się przede wszystkim korporacjami nastawionymi na zysk. Ich produktem jest uwaga odbiorcy, sprzedawana następnie reklamodawcom. Algorytm ekonomiczny jest prosty: treści, które generują zaangażowanie (engagement) — kliknięcia, udostępnienia, komentarze, dłuższy czas oglądania — są promowane i mnożone. A co generuje największe zaangażowanie? Nie są to zrównoważone, nużące niekiedy analizy faktów, lecz treści, które wywołują silne emocje: gniew, lęk, moralne oburzenie, poczucie przynależności do grupy lub zagrożenia ze strony Innego. Logika rynkowa systemowo premiuje więc sensację nad rzetelność, skrajność nad umiarkowanie, tożsamościową polaryzację nad poszukiwanie wspólnego gruntu. Prawda, rozumiana jako adekwatne odzwierciedlenie obiektywnej rzeczywistości, przestaje być głównym imperatywem. Zostaje zinstrumentalizowana lub wyparta przez imperatyw opłacalności. W ten sposób infrastruktura informacyjna społeczeństwa zostaje zaprojektowana nie pod kątem odkrywania prawdy, lecz pod kątem ekstrakcji wartości ekonomicznej z ludzkiej psychiki i czasu.

To technologiczne ucieleśnienie tej logiki znajdujemy w mediach społecznościowych i platformach cyfrowych. Ich architektura, oparta na personalizujących algorytmach, tworzy tzw. „bańki filtrujące” lub „epistemologiczne echo”. Użytkownik jest nieustannie karmiony treściami, które potwierdzają jego istniejące przekonania i uprzedzenia, izolując go od alternatywnych perspektyw i niewygodnych faktów. Prowadzi to do fragmentacji rzeczywistości społecznej na odizolowane plemiona informacyjne, żyjące w równoległych światach z własnymi faktami, autorytetami i narracjami. W takim środowisku wspólna płaszczyzna prawdy — niezbędna dla demokratycznej debaty i podejmowania zbiorowych decyzji — ulega erozji. Co więcej, algorytmy, dążąc do maksymalizacji zaangażowania, często mimowolnie (lub, jak twierdzą niektórzy badacze, świadomie) promują treści skrajne, radykalizując poglądu użytkowników. W tej przestrzeni dezinformacja, sprytnie zaprojektowana by wyglądać wiarygodnie i wywoływać emocje, rozprzestrzenia się szybciej, dalej i głębiej niż informacja rzetelna, co potwierdzają liczne badania, m.in. z Massachusetts Institute of Technology. Prawda przegrywa w konkurencji nie dlatego, że jest „mniej prawdziwa”, ale dlatego, że jest często mniej atrakcyjna emocjonalnie i algorytmicznie.

W tym kontekście zjawisko „postprawdy” (post-truth) należy rozumieć nie jako epokę, w której fakty nie mają znaczenia, ale jako system, w którym odwołania do emocji i osobistych przekonań są skuteczniejszym narzędziem kształtowania opinii publicznej niż obiektywne fakty. To nie oznacza, że fakty zniknęły. Oznacza, że zostały zdemokratyzowane i zdeprecjonowane w procesie. Każda grupa interesu, każda ideologia, każdy gracz polityczny może wyprodukować własny zestaw „faktów” — odpowiednio dobranych danych, wycinkowych cytatów, zmontowanych wideo — i wprowadzić go w obieg za pośrednictwem platform, które traktują wszystkie treści jako równorzędny towar, pod warunkiem że generują ruch. Pojawia się zatem fundamentalna obojętność infrastruktury na wartość epistemiczną treści. Dla algorytmu Facebooka lub YouTube’a, wartościowy wykład naukowy i absurdalna teoria spiskowa są tym samym: zawartością, którą należy ocenić pod kątem potencjału utrzymania użytkownika na platformie. Ta obojętność jest funkcjonalna dla modelu biznesowego, ale katastrofalna dla epistemologii społeczeństwa.

Jednakże, redukowanie problemu wyłącznie do technologii i ekonomii mediów byłoby uproszczeniem. Wojny informacyjne i kryzys prawdy są również bezpośrednim odzwierciedleniem zaostrzających się sprzeczności społeczno-ekonomicznych późnego kapitalizmu. Globalizacja, neoliberalna polityka oszczędnościowa, rosnące nierówności majątkowe, prekaryzacja pracy i erozja państwa opiekuńczego doprowadziły do głębokiego poczucia niepewności, utraty kontroli i gniewu wśród szerokich warstw społeczeństwa, zwłaszcza tych, które zostały ekonomicznie i kulturowo zmarginalizowane. Tradycyjne instytucje — partie polityczne, establishment medialny, eksperci — często postrzegane są nie jako reprezentanci interesów publicznych, ale jako zamknięta kasta beneficjentów systemu, który zawiódł zwykłych ludzi. W takiej atmosferze nieufności i alienacji, oficjalne narracje, niezależnie od ich prawdziwości, spotykają się z automatycznym sceptycyzmem. Prawda staje się kwestią tożsamości i lojalności plemiennej: wierzę w to, w co wierzy moja grupa, co potwierdza moje poczucie krzywdy i co odróżnia nas od znienawidzonej „elity” lub „innego”. Fakty, które podważają tę tożsamościową narrację, są odrzucane nie dlatego, że są błędnie udowodnione, ale dlatego, że stanowią zagrożenie dla spójności grupy i poczucia własnej wartości jej członków.

To właśnie na tej żyznej glebie społecznego rozczarowania i tożsamościowego niepokoju kwitną celowe operacje dezinformacyjne, stanowiące drugi filar współczesnych wojen informacyjnych. Nie są one już domeną wyłącznie państwowych aktorów, choć ci — jak Rosja, Chiny czy różne grupy interesu — odgrywają w nich kluczową rolę. Stosują one świadomie i na masową skalę taktyki mające na celu zatrucie przestrzeni informacyjnej, wzmocnienie polaryzacji w społeczeństwach przeciwnika, podważenie zaufania do instytucji demokratycznych i legitymizacji procesów wyborczych. Metody są zróżnicowane: od tworzenia farm trolli i botów sieciowych, które sztucznie napędzają określone narracje i atakują przeciwników, przez finansowanie marginalnych, skrajnych stron internetowych, które następnie są cytowane przez główne media jako „głos ludu”, po wycieki selektywnie dobranych dokumentów, które wyjmuje się z kontekstu, by zdyskredytować politycznych rywali.

Klasycznym przykładem jest tu rosyjska strategia, opisana m.in. przez Petera Pomorantseva czy badania NATO StratCom Centre of Excellence. Jej celem nie jest koniecznie przekonanie odbiorcy do konkretnej, pozytywnej wizji świata, ale zaszczepienie przekonania, że nie ma żadnej obiektywnej prawdy, wszyscy kłamią, każda instytucja jest skorumpowana, a zatem żadnej narracji nie można ufać. Jest to radykalny relatywizm podszyty cynizmem, który paraliżuje zdolność społeczeństwa do wspólnego działania i podejmowania racjonalnych decyzji. W takim środowisku siła nie leży po stronie tego, kto ma lepsze argumenty, ale po stronie tego, kto ma większą zdolność do tworzenia zamętu, podsycania konfliktów i instrumentalizowania emocji. Ta logika doskonale współgra z rynkową logiką platform społecznościowych, tworząc samonapędzające się sprzężenie zwrotne chaosu.

Wojny informacyjne mają też wyraźny wymiar geopolityczny i klasowy. Dla mocarstw autorytarnych, kwestionowanie zachodniego modelu „obiektywnych” mediów i „wolnej” prasy jest sposobem na legitymizację własnego, kontrolowanego modelu informacyjnego i podważenie moralnej wyższości przeciwnika. Dla różnych frakcji kapitału wewnątrz krajów kapitalistycznych, inwestycje w think tanki, sponsorowanie „alternatywnych” mediów i lobbing ekspercki służą tworzeniu „równoległej epistemologii”, która uzasadnia pożądaną politykę gospodarczą — np. zaprzeczanie zmianom klimatycznym, by chronić interesy przemysłu paliwowego, czy podważanie skuteczności szczepień, by promować pseudomedyczne suplementy. Walka o prawdę jest więc w istocie walką o hegemonię, o to, którego sposobu widzenia świata i którego projektu społeczno-ekonomicznego masy zaakceptują jako naturalny i słuszny.

W tym miejscu dochodzimy do sedna naszej tezy: „postprawda” nie jest prostym odstępstwem od racjonalności, które można naprawić przez więcej „edukacji medialnej” czy „fact-checkingu”. Jest ona wewnętrznym produktem, a nawet niezbędnym elementem funkcjonowania późnego kapitalizmu, który z jednej strony potrzebuje nauki i technologii dla innowacji i wzrostu, z drugiej zaś musi tłumić niewygodne prawdy o swoich destrukcyjnych konsekwencjach społecznych i ekologicznych. System, którego stabilność zależy od nieustannej konsumpcji i wzrostu, ma strukturalną trudność z zaakceptowaniem prawd, które kwestionują tę logikę — jak prawda o granicach wzrostu na skończonej planecie, o degradacji środowiska, o patologiach wynikających z krańcowych nierówności. Dlatego produkuje on równolegle: z jednej strony wiedzę naukową o tych zagrożeniach, z drugiej — potężne machiny negacjonistyczne, oparte na finansowaniu, mediach i polityce, które tę wiedzę dezawuują, relatywizują lub ukrywają. Kryzys prawdy jest więc kryzysem legitymizacji systemu.

W tym kontekście powrót do klasycznych, burżuazyjnych koncepcji prawdy jako „obiektywnego faktu” czy „konsensusu eksperckiego” okazuje się niewystarczający, a nawet naiwny. Te koncepcje, wyrosłe z oświeceniowego projektu, same są historycznie uwarunkowane i często służyły legitymizacji kolonialnych, rasistowskich lub klasowych struktur władzy pod płaszczykiem neutralnej „naukowości”. Potrzebujemy głębszej, bardziej materialistycznej i dialektycznej analizy. Musimy zapytać: czyja prawda? Dla kogo? Do czego służy? Prawda nigdy nie istnieje w społeczno-politycznej próżni. Jest zawsze wytwarzana w określonych warunkach materialnych, przez konkretnych aktorów, z użyciem konkretnych zasobów, i służy określonym interesom. Uznanie tego klasowego i historycznego uwarunkowania prawdy nie oznacza popadnięcia w jałowy relatywizm, w którym „każdy ma swoją prawdę”. Wręcz przeciwnie, pozwala nam na krytyczną analizę różnych narracji, ujawnianie ukrytych za nimi interesów i ocenę, która z nich lepiej — bardziej adekwatnie i kompletnie — odzwierciedla obiektywną rzeczywistość, z jej sprzecznościami i prawami rozwoju.

Dlatego ta książka nie ograniczy się do opisu kryzysu. Podejmie próbę przebicia się przez jego gąszcz, sięgając do dwóch potężnych, konkurencyjnych wobec siebie, systemowych odpowiedzi na pytanie o prawdę: marksistowsko-leninowskiej i chrześcijańskiej. Obie stanowią kompletne, totalizujące systemy światopoglądowe, które oferują własne, radykalnie odmienne odpowiedzi na pytania o źródła, naturę i cel prawdy. Analiza ich konfrontacji — historycznej, filozoficznej i praktycznej — pozwoli nam lepiej zrozumieć nie tylko naturę samego pojęcia, ale także głębokie linie podziałów kształtujących naszą współczesność.

W części filozoficzno-historycznej prześledzimy, jak klasyczna, metafizyczna koncepcja prawdy, wywodząca się od Platona i Arystotelesa, została zaadaptowana i przekształcona przez chrześcijaństwo w koncepcję Prawdy jako Boga i Objawienia. Następnie przeanalizujemy, jak oświeceniowa i kapitalistyczna nowoczesność próbowały sekularyzować to pojęcie, prowadząc do wewnętrznych sprzeczności, które znalazły swój wyraz w krytyce Nietzschego, a później w postmodernistycznym relatywizmie. W przeciwstawieniu do tej linii rozwoju, marksistowska tradycja, począwszy od materializmu dialektycznego, zaproponowała całkowicie inną, rewolucyjną redefinicję prawdy jako procesu społecznego, praktycznego odzwierciedlania, związanego nierozerwalnie z walką klasową.

Szczegółowa analiza marksistowsko-leninowskiej teorii prawdy pokaże jej siłę jako narzędzia krytyki ideologii i demaskowania klasowych uwarunkowań „oczywistości”. Pojęcia takie jak „partyjność” (partijnost’) prawdy czy dialektyka prawdy absolutnej i względnej rzucą światło na mechanizmy współczesnych wojen informacyjnych, ukazując je nie jako aberrację, lecz jako zaostrzoną formę permanentnej walki ideologicznej w społeczeństwie klasowym. Jednocześnie nie unikniemy krytycznej analizy historycznych wypaczeń tej teorii — jej instrumentalizacji do usprawiedliwiania dogmatów, cenzury i represji w państwach realnego socjalizmu, co ostatecznie podkopało jej wiarygodność.

Z drugiej strony, dogłębne omówienie chrześcijańskiej koncepcji prawdy objawionej, opartej na Piśmie Świętym, Tradycji i Magisterium Kościoła, ukaże jej trwałą siłę przyciągania jako oferty sensu i absolutnego fundamentu w płynnej nowoczesności. Jednakże i tu musimy zbadać jej wewnętrzne napięcia — między wiarą a rozumem, między uniwersalnym roszczeniem a historycznymi kompromisami z władzą świecką, między głoszeniem prawdy a grzechem i słabością ludzkich instytucji kościelnych.

Konfrontacja tych dwóch wielkich systemów na polu antropologii (człowiek jako istota społeczna vs. osoba stworzona na obraz Boga), historii (dialektyka walk klasowych vs. plan zbawienia) i etyki (wyzwolenie zbiorowe vs. zbawienie osobiste) odsłoni fundamentalne wybory, przed którymi stoi ludzkość. W dalszych rozdziałach zobaczymy, jak te teorie były wcielane w praktykę — jak kształtowały systemy edukacji, media, naukę i politykę w bloku wschodnim i w społeczeństwach chrześcijańskich, oraz jak radziły sobie z wyzwaniami modernizacji i pluralizmu.

W ostatniej części książki, korzystając z wypracowanych narzędzi teoretycznych, wrócimy do współczesnych paradoksów. Zbadamy, w jaki sposób upadek projektu socjalistycznego i kryzys wielkich narracji chrześcijańskich otworzyły przestrzeń dla fragmentaryzacji i relatywizmu, który kapitał tak skutecznie wykorzystuje. Przeanalizujemy nowe formy walki o prawdę w erze cyfrowej, pytając, czy lewica i ruchy postępowe mogą odzyskać inicjatywę epistemiczną, czy też jesteśmy skazani na dalszą erozję wspólnej rzeczywistości. Przyjrzymy się także nowym sojuszom, jak np. między konserwatywnym chrześcijaństwem a prawicowym populizmem, który wykorzystuje retorykę „prawdy” przeciwko „liberalnemu establishmentowi”.

Celem tej książki jest zatem ambitny: nie tylko zdiagnozować kryzys prawdy, ale też umieścić go w szerszej, historyczno-materialistycznej perspektywie, która pozwala zobaczyć jego systemowe korzenie. Chcemy pokazać, że pytanie „czym jest prawda?” pozostaje najważniejszym pytaniem politycznym naszych czasów, a odpowiedź na nie decyduje o tym, czy będziemy zdolni jako gatunek do skonfrontowania się z rzeczywistymi wyzwaniami — od katastrofy klimatycznej po nowe formy wyzysku — czy też utkniemy w jałowych wojnach plemiennych, podsycanych przez algorytmy i cynicznych inżynierów chaosu. Droga do odzyskania prawdy nie wiedzie przez nostalgię za mitem czystego, apolitycznego faktu, ale przez świadome, krytyczne i zaangażowane rozpoznanie jej klasowego, historycznego i materialnego uwikłania. Dopiero z tego rozpoznania może wyrosnąć praktyka poszukiwania prawdy, która służy nie reprodukcji istniejących struktur władzy, lecz wyzwoleniu ludzkiego potencjału i budowaniu racjonalnego, sprawiedliwego świata.

Teza książki

Pojęcie prawdy jest polem walki ideologicznej; jego rozumienie jest głęboko uwarunkowane klasowo i historycznie

Aby zrozumieć trwający kryzys prawdy, nie wystarczy analizować jedynie jego objawów w mediach społecznościowych czy geopolityce. Konieczne jest sięgnięcie głębiej, do fundamentów samego myślenia o tym, czym prawda jest i komu służy. Centralna teza tej książki brzmi: pojęcie prawdy nie istnieje w czystej, ahistorycznej i ponadklasowej sferze idei. Jest ono przedmiotem nieustannej walki ideologicznej, a jego dominujące rozumienie w danej epoce i społeczeństwie odzwierciedla i umacnia interesy panującej klasy lub grupy społecznej, która dysponuje środkami produkcji nie tylko materialnej, ale i symbolicznej. Innymi słowy, pytanie „czym jest prawda?” jest zawsze także pytaniem: „czyja to prawda?” i „do czego ta definicja ma służyć?”. Odpowiedzi na nie zmieniają się wraz z przekształceniami w stosunkach produkcji, strukturach władzy i technologiach komunikacji.

Ta teza stoi w ostrej kontrze do dominującego w zachodniej myśli liberalnej przekonania o istnieniu „obiektywnej prawdy” jako neutralnego, niezależnego od obserwatora, apolitycznego faktu, dostępnego dla każdego rozumnego człowieka poprzez stosowanie uniwersalnych metod (naukowych, logicznych, dziennikarskich). To liberalno-oświeceniowe ujęcie, choć historycznie postępowe w walce z teologicznym dogmatyzmem, samo okazuje się specyficzną, historycznie ukształtowaną ideologią. Przedstawia ono swoje kryteria prawdy jako powszechne i naturalne, ukrywając ich uwarunkowanie przez kapitalistyczne stosunki własności, zachodni imperializm i interesy klasy mieszczańskiej w konkretnym momencie dziejów. Uznanie prawdy za obiektywną w tym wąskim sensie służyło legitymizacji nowego porządku: nauka i technika (oraz ich kapitalistyczne zastosowanie) przedstawiane były jako jedyna racjonalna droga postępu, a alternatywne, ludowe czy tradycyjne systemy wiedzy były deprecjonowane jako zabobon lub przeżytki. W ten sposób burżuazyjna koncepcja prawdy stała się narzędziem symbolicznym kolonizacji, zarówno wewnętrznej (marginalizacja kultur chłopskich i plebejskich), jak i zewnętrznej (kolonialne podboje uzasadniane „cywilizacyjną misją”).

Kluczowym pojęciem dla zrozumienia naszej tezy jest walka ideologiczna. Ideologia nie jest tutaj rozumiana jako zbiór jawnych politycznych poglądów, lecz — w nawiązaniu do marksistowskiej tradycji od Karola Marksa do Louisa Althussera czy Antonia Gramsciego — jako system (często nieuświadomionych) przedstawień, pojęć, kategorii i obrazów, poprzez które ludzie doświadczają swoich relacji z rzeczywistością i z własnymi warunkami egzystencji. Ideologia nadaje sens światu, ale czyni to w sposób, który utrwala dominację panującej klasy, przedstawiając historycznie konkretny porządek społeczny (np. kapitalistyczny) jako naturalny, wieczny i jedyny możliwy. W ramach tej walki, definicja i kontrola nad „prawdą” stanowią najważniejszy front. Kto kontroluje to, co uznawane jest za prawdziwe, ten kontroluje ramy percepcji, ustala agendę debaty, określa, co jest problemem, a co rozwiązaniem, kto jest ekspertem, a kto szarlatanem.

Walka ta nie toczy się jedynie na poziomie akademickich sporów filozoficznych. Jej arenami są: system edukacji (jakie kanony wiedzy są wpajane, czyja historia jest opowiadana, jakie metody myślenia są promowane), instytucje medialne i kulturalne (kto ma głos, jakie tematy są nagłaśniane, a jakie pomijane, jaki język jest używany), system prawny (co uznaje się za dowód w sądzie, jak definiuje się własność, przestępstwo, szkodę), język codzienny i zdroworozsądkowe przekonania („oczywistości” typu „człowiek z natury dąży do zysku”, „nie ma darmowego obiadu”, „postęp technologiczny jest nieunikniony”). Wszystkie te aren służą reprodukcji pewnej hegemonii — dominacji opartej nie tylko na przemocy, ale na dobrowolnym (choć wytworzonym) przyzwoleniu podporządkowanych grup. Prawda w ujęciu hegemonicznym to ta, która jest zgodna ze zdroworozsądkowym doświadczeniem świata zorganizowanym przez panującą ideologię.

Z tego punktu widzenia, historyczne i klasowe uwarunkowanie prawdy staje się oczywiste. Weźmy przykład prawdy w średniowiecznym społeczeństwie feudalnym, zdominowanym przez Kościół. Źródłem i gwarantem najwyższej prawdy było Objawienie Boże, interpretowane przez autorytet Kościoła. Prawda o świecie, człowieku, moralności i społeczeństwie wyprowadzała się z teologicznych założeń. Struktura społeczna — z podziałem na stan szlachecki, duchowny i chłopski — była postrzegana jako odzwierciedlenie boskiego porządku, a zatem była „prawdziwa” i naturalna. Kwestionowanie jej nie było błędem logicznym, ale herezją i buntem przeciwko samemu Bogu. Środki produkcji symbolicznej (pismo, edukacja, sztuka) były niemal całkowicie kontrolowane przez stan duchowny i arystokratyczny, co zapewniało reprodukcję tej wizji prawdy.

Rewolucja burżuazyjna i rozwój kapitalizmu przyniosły radykalne przesunięcie. Prawda przestała być domeną autorytetu kościelnego i tradycji, a stała się przedmiotem indywidualnego rozumu, obserwacji i metody naukowej. Był to kolosalny postęp epistemiczny, który umożliwił rozwój nowoczesnej nauki i techniki. Jednakże, ta nowa koncepcja prawdy — empiryczna, racjonalna, utylitarna — nie zaistniała w próżni społecznej. Była ona funkcjonalna dla potrzeb rodzącej się klasy kapitalistów (burżuazji). Potrzebowała ona prawdy, która służy opanowaniu przyrody (stąd rozwój nauk przyrodniczych i inżynierii), efektywnej organizacji produkcji (stąd nauki ekonomiczne i zarządzanie) oraz legitymizacji nowego porządku społecznego opartego na własności prywatnej, wymianie towarowej i formalnej równości wobec prawa. Filozofowie oświecenia, od Locke’a po Kanta, tworzyli teoretyczne podstawy dla tej nowej, „świeckiej” prawdy, która jednak często milcząco przyjmowała założenia własnościowe i indywidualistyczne rodzącego się kapitalizmu.

Klasyczny liberalny dziennikarski „obiektywizm” jest doskonałym przykładem takiej uwarunkowanej historycznie prawdy. Jego rytuały — przedstawianie „obu stron sporu”, powoływanie się na oficjalne, instytucjonalne źródła, unikanie otwartego zaangażowania — miały tworzyć wrażenie neutralności. W praktyce jednak często prowadziły do ukrytej stronniczości na rzecz status quo. Dając równy czas „obu stronom” w sprawie naukowo rozstrzygniętej (np. zmiany klimatyczne), wprowadzały w błąd, sugerując równą wagi argumentów. Powoływanie się na oficjalne źródła (rządowe, korporacyjne) systemowo promowało perspektywę władzy, marginalizując głosy ruchów społecznych, związków zawodowych czy aktywistów. Ta koncepcja obiektywizmu służyła legitymizacji istniejącego systemu jako racjonalnego i pozbawionego głębszych konfliktów klasowych, które należałoby rozstrzygać, a nie jedynie „opisywać”.

Dlatego marksizm wprowadza kluczowe dla naszej tezy rozróżnienie między prawdą formalną a prawdą konkretną. Dla dialektyki materialistycznej, prawda nigdy nie jest abstrakcyjną zgodnością zdania z faktem w izolacji. Jest ona adekwatnym odzwierciedleniem konkretnej, historycznie rozwiniętej całości, ze wszystkimi jej sprzecznościami i wewnętrznymi związkami. Izolowany „fakt” — np. że bezrobocie wynosi 5% — może być formalnie prawdziwy, ale staje się konkretną prawdą dopiero wtedy, gdy zintegrujemy go z całościową analizą: jak mierzone jest bezrobocie (kto jest wykluczony z statystyk?), jakie są jego przyczyny strukturalne (relokacja produkcji, automatyzacja), jakie są jego konsekwencje klasowe (spadek siły przetargowej pracowników, prekaryzacja), oraz w czyim interesie jest podawanie właśnie takiego, a nie innego wskaźnika. Burżuazyjna nauka i media często zatrzymują się na poziomie prawdy formalnej, fragmentaryzując rzeczywistość, by uniknąć ujawnienia jej sprzecznej, konfliktowej natury.

To prowadzi nas do sedna klasowego charakteru prawdy. W społeczeństwie podzielonym na klasy o antagonistycznych interesach, nie może istnieć jedna, wspólna dla wszystkich klas prawda o kluczowych kwestiach społecznych. Prawda proletariacka o wyzysku (ujawniająca mechanizm wartości dodatkowej, alienacji i walki klas) jest radykalnie różna od prawdy burżuazyjnej o „wolnej umowie o pracę”, „rynkowej wynagrodzeniu za zasługi” i „harmonii społecznej”. Ta druga nie jest po prostu „kłamstwem”; jest to ideologiczna prawda klasy panującej — system przekonań, który, będąc funkcjonalnym dla utrzymania jej dominacji, przedstawia się jako uniwersalny i naturalny. Walka polityczna jest więc nierozerwalnie związana z walką epistemiczną: chodzi o to, której klasy perspektywa — której sposób rozumienia świata — stanie się hegemoniczny, uznany za „zdroworozsądkową” prawdę.

Leninowska koncepcja partyjności (partijnosti) prawdy stanowi radykalne rozwinięcie tego stanowiska. Głosi ona, że w epoce zaostrzonej walki klasowej, dążenie do prawdy w sprawach społecznych jest z konieczności stronnicze. Neutralność jest iluzją, a często formą ukrytego poparcia dla panującej klasy. Prawdziwa nauka społeczna, zdolna do odkrywania obiektywnych praw rozwoju, może rozwijać się tylko jawnie i konsekwentnie z pozycji awangardy proletariatu — partii komunistycznej. Tylko perspektywa klasy, której historycznym interesem jest zniesienie wszelkiego wyzysku i odkrycie obiektywnych praw rzeczywistości dla dobra całej ludzkości, może konsekwentnie dążyć do pełnej, konkretnej prawdy, nie bojąc się ujawniać sprzeczności systemu. W tym ujęciu, „partyjność” nie oznacza wypaczania faktów dla doraźnych korzyści propagandowych (choć takie wypaczenia historycznie się zdarzały), lecz świadome i konsekwentne przyjęcie określonej perspektywy klasowej jako punktu wyjścia i kryterium oceny wszystkich zjawisk społecznych. To stanowisko, choć kontrowersyjne i często w praktyce degenerowane do dogmatycznej cenzury, stanowi ostrzeżenie przed naiwną wiarą w „bezstronną naukę” czy „neutralne media”.

Współczesny kryzys prawdy jest, z tego punktu widzenia, kryzysem starej hegemonii burżuazyjnej oświeceniowej prawdy oraz przejawem zaostrzającej się walki klasowej na polu symboliczno-epistemicznym. Neoliberalny kapitalizm, niszcząc wspólnotowe więzi, pogłębiając nierówności i podporządkowując wszystkie sfery życia logice rynkowej, jednocześnie pozbawił się zdolności do generowania spójnej, atrakcyjnej, uniwersalnej narracji prawdy, która jednoczyłaby społeczeństwo. Jego ideologia skurczyła się do cynicznego indywidualizmu i technokratycznego fetyszu danych, które nie są w stanie odpowiedzieć na fundamentalne pytania o sens, sprawiedliwość i przyszłość. W powstałą próżnię wdarły się dwa rodzaje sił.

Z jednej strony, są to reakcyjne i faszyzoidalne siły, które odrzucają racjonalistyczną, „globalistyczną” prawdę establishmentu na rzecz plemiennej, tożsamościowej prawdy emocji i krwi. Ich hasłem jest „prawda autentycznego ludu” przeciwko „kłamstwom elit”. Ta „prawda” nie opiera się na faktach, lecz na poczuciu wspólnoty i wspólnym wrogu. Jest ona głęboko irracjonalna, ale skuteczna, ponieważ odpowiada na realne poczucie alienacji i oferuje prostą, emocjonalnie satysfakcjonującą mapę świata. Z drugiej strony, obserwujemy wzrost znaczenia alternatywnych, postępowych epistemologii: feminizmu (z koncepcją „sytuowanej wiedzy” Sandry Harding), teorii krytycznej rasowej (podważającej neutralność prawa i historii), ekologii głębokiej, czy odradzających się lewicowych analiz klasowych. Wszystkie one kwestionują uniwersalistyczne roszczenia starej hegemonii, ukazując, jak jej „obiektywizm” służył umacnianiu patriarchatu, kolonializmu, rasizmu i destrukcji środowiska.

Wojny informacyjne są właśnie tym polem walki, na którym ścierają się te różne, klasowo i ideologicznie uwarunkowane projekty prawdy. Dezinformacja nie jest tylko „fałszywą informacją”; jest bronią w wojnie o hegemonię. Jej celem bywa nie tyle przekonanie do konkretnego kłamstwa, ile podważenie samej wiary w możliwość dotarcia do jakiejkolwiek wiarygodnej prawdy, co paraliżuje społeczeństwo i umożliwia rządy przez chaos. Walka toczy się o to, które instytucje (nauka, tradycyjne media, sądy) będą uznawane za arbitrów prawdy, a które zostaną zdyskredytowane jako stronnicze.

W tym kontekście, postulaty powrotu do „obiektywnych faktów” brzmią jak pobożne życzenie, które nie sięga przyczyn problemu. Fakty nie mówią same za siebie. Zawsze są wybierane, oprawiane, interpretowane i ważone w ramach jakiejś ramy światopoglądowej. Zadaniem krytycznej myśli nie jest więc jedynie weryfikacja faktów, ale demaskowanie i kwestionowanie tych właśnie ram — ukazywanie ich historycznego i klasowego rodowodu, oraz proponowanie alternatywnych ram, które pozwalają zintegrować fakty w bardziej adekwatną, całościową i emancypacyjną wizję rzeczywistości.

Niniejsza książka, poprzez konfrontację dwóch potężnych, totalnych systemów prawdy — marksistowsko-leninowskiego i chrześcijańskiego — ma na celu właśnie takie pogłębienie analizy. Obie te tradycje oferują kompleksowe, choć diametralnie różne, odpowiedzi na pytanie o źródło, naturę i cel prawdy. Obie jawnie przyznają, że prawda ma charakter zaangażowany, nie-neutralny i służy konkretnemu projektowi zbawienia (duchowego lub społecznego). Analizując ich siłę, słabości, historyczne realizacje i wzajemną walkę, lepiej zrozumiemy dynamikę współczesnego kryzysu. Zobaczymy, jak upadek wielkich projektów modernistycznych (zarówno socjalistycznego, jak i chrześcijańskiego w jego tradycyjnej formie) pozostawił po sobie epistemiczną pustkę, którą wypełnia dziś fragmentaryzacja, cyfrowy kapitalizm i plemienne wojny kulturowe.

Dlatego nasza teza nie jest pesymistyczna. Uznanie, że prawda jest polem walki, oznacza, że nie jest ona nam dana raz na zawsze, ani też nie jest nieosiągalna. Jest ona historycznym zadaniem, procesem zbiorowego wysiłku poznawczego, który jest nierozerwalnie spleciony z praktyką społeczną. Prawda wyłania się z konfrontacji perspektyw, z walki, z praktycznego zaangażowania w zmianę świata. Celem tej książki jest uzbrojenie czytelnika w narzędzia do zrozumienia tej walki i świadomego w niej udziału — po stronie prawdy, która nie ukrywa sprzeczności, lecz je ujawnia; która nie służy reprodukcji wyzysku, lecz dąży do wyzwolenia; która nie zamyka się w bańce plemiennej, lecz dąży do uniwersalnego zrozumienia warunków ludzkiej egzystencji na podzielonej planecie. Walka o prawdę jest dziś walką o przyszłość — i jest to walka, której nie możemy uniknąć.

Metoda

Materialistyczna analiza dialektyczna w połączeniu z porównawczą analizą systemów filozoficznych i religijnych

Zdiagnozowanie kryzysu prawdy i postawienie tezy o jej klasowo-historycznym uwikłaniu to zadanie pierwsze, ale niewystarczające. Aby nie popaść w jałowy relatywizm, w którym wszystkie walczące ze sobą narracje uznajemy za równouprawnione „punkty widzenia”, lub w dogmatyczny fideizm własnego światopoglądu, konieczne jest przyjęcie przejrzystej, spójnej i skutecznej metody badawczej. Metoda ta musi być zdolna do przeprowadzenia nas przez gąszcz konkurencyjnych twierdzeń o prawdzie, odsłonięcia ich ukrytych założeń i warunków powstania, oraz do dokonania ich krytycznej oceny, która wykraczałaby poza subiektywne preferencje. Proponowaną tu metodą jest materialistyczna analiza dialektyczna, wzmocniona i wzbogacona przez porównawczą analizę systemów filozoficznych i religijnych jako najpełniejszych historycznych prób odpowiedzi na pytanie o prawdę. To połączenie nie jest przypadkowe; stanowi ono narzędzie zdolne do uchwycenia zarówno materialnych podstaw idei, jak i ich wewnętrznej logiki oraz historycznej dynamiki.

Materializm dialektyczny nie jest tutaj rozumiany jako sztywny zbiór dogmatów, lecz jako żywa, krytyczna metoda myślenia, wywodząca się z dzieł Marksa, Engelsa i Lenina, a rozwinięta przez późniejszych myślicieli. Jej fundamentem jest prosta, lecz rewolucyjna w konsekwencjach zasada: byt określa świadomość. Oznacza to, że systemy myślowe, koncepcje, idee — w tym pojęcie prawdy — nie powstają w czystej sferze ducha, niezależnie od warunków materialnych. Są one wytworem realnych, historycznych procesów życia społecznego, które opierają się przede wszystkim na produkcji i reprodukcji materialnych warunków egzystencji. To, jak społeczeństwo organizuje pracę, wytwarza dobra, rozdziela bogactwo i kontroluje środki produkcji, tworzy podstawową ramę, w której kształtuje się jego myślenie. Dlatego nie można zrozumieć ewolucji pojęcia prawdy od Platona do postmodernizmu, nie odnosząc jej do przekształceń w sposobie produkcji: od gospodarki niewolniczej przez feudalizm i kapitalizm do współczesnego kapitalizmu finansjalizowanego. Materializm każe nam szukać korzeni idei w glebie realnych konfliktów, potrzeb i interesów klasowych.

Jednakże materializm sam w sobie mógłby prowadzić do zbyt mechanistycznego i redukcjonistycznego ujęcia, w którym idee są jedynie biernym „odbiciem” ekonomii. Tu wkracza dialektyka, która nadaje analizie dynamikę i złożoność. Dialektyka, rozumiana jako nauka o najbardziej ogólnych prawach rozwoju przyrody, społeczeństwa i myślenia, oferuje trzy kluczowe zasady, które będą organizować nasze rozumowanie w tej książce. Po pierwsze, zasada powszechnego związku i wzajemnego uwarunkowania. Pojęcie prawdy nie istnieje w izolacji. Jest ono powiązane z pojęciami fałszu, wiedzy, wiary, autorytetu, władzy, języka, technologii komunikacji. Aby je zrozumieć, musimy badać całą sieć tych relacji, w jakiej funkcjonuje w danym społeczeństwie. Po drugie, zasada rozwoju przez sprzeczność (walkę przeciwieństw). Rozwój pojęcia prawdy nie jest płynnym, ewolucyjnym postępem. Jest on wynikiem walki przeciwieństw: między różnymi klasowymi interpretacjami prawdy, między starymi a nowymi paradygmatami, między wiarą a rozumem, między uniwersalizmem a partykularyzmem. Te sprzeczności są wewnętrznym motorem zmian. Po trzecie, zasada przechodzenia ilości w jakość. Nagromadzenie drobnych zmian w materialnych warunkach (np. wynalezienie druku, rozwój sieci komunikacyjnych, algorytmizacja mediów) prowadzi w pewnym momencie do rewolucyjnej, jakościowej przemiany samej przestrzeni epistemicznej, do narodzin nowego reżimu prawdy.

Materialistyczna analiza dialektyczna zastosowana do pojęcia prawdy wymaga zatem badania go w potrójnym wymiarze: materialnym, społecznym i historycznym. W wymiarze materialnym pytamy: jakie technologie komunikacji (od zwojów pergaminu po platformy cyfrowe) umożliwiają zapis, przechowywanie i dystrybucję twierdzeń uznawanych za prawdziwe? Kto kontroluje te środki produkcji i dystrybucji symboli? Jak model ekonomiczny tej kontroli (np. własność prywatna mediów, model reklamowy) wpływa na treść i formę przekazywanych „prawd”? W wymiarze społecznym: które klasy lub grupy społeczne mają interes w utrwaleniu jednej, a zdyskredytowaniu innej definicji prawdy? Jakie instytucje (kościoły, uniwersytety, akademie nauk, redakcje, sądy) pełnią rolę strażników i arbitrów prawdy? Jakie kryteria stosują i czyje interesy te kryteria faktycznie reprezentują? W wymiarze historycznym: jak zmiany w stosunkach produkcji (przejście od feudalizmu do kapitalizmu) i wielkie wstrząsy społeczne (rewolucje, wojny) transformowały dominujące reżimy prawdy? Jak stare koncepcje adaptowały się do nowych warunków, a nowe walczyły o uznanie?

Ta metoda pozwala uniknąć pułapki idealizmu historycznego, który traktuje idee jako samodzielne siły napędowe dziejów, niezależne od materialnej bazy. Nie oznacza to jednak pomniejszania roli idei. Dialektyka uczy, że idee, raz wytworzone, stają się względnie autonomiczną siłą, która oddziałuje z powrotem na bazę materialną, mogąc ją utrwalać lub podważać. Chrześcijańska koncepcja prawdy objawionej nie była prostym „odbiciem” feudalizmu; była potężnym narzędziem jego organizacji, legitymizacji i reprodukcji. Marksistowska teoria prawdy nie była jedynie „odbiciem” warunków XIX-wiecznego proletariatu; stała się potężną ideą mobilizującą masy do walki i transformacji świata. Badanie tej dialektycznej relacji między bazą a nadbudową jest kluczowe.

Jednakże, ograniczenie się wyłącznie do materialistycznej analizy dialektycznej, skoncentrowanej na klasowych i ekonomicznych uwarunkowaniach, mogłoby prowadzić do zbytniego spłaszczenia badanych systemów myślowych, potraktowania ich wyłącznie jako „nadbudowy” czy „ideologii” w pejoratywnym sensie. Aby uniknąć tego błędu i oddać pełnię złożoności zjawiska, metodę tę uzupełniamy o porównawczą analizę systemów filozoficznych i religijnych. Dlaczego właśnie te systemy? Ponieważ to w nich pytanie o prawdę zostało postawione w sposób najbardziej radykalny, systematyczny i totalny. Religie i wielkie filozofie nie zajmują się prawdą w wymiarze cząstkowym (jak np. prawda o konkretnym zjawisku fizycznym); tworzą one kompletne ontologie i epistemologie — wizje tego, czym jest rzeczywistość ostatecznie oraz jak i czy możemy ją poznać. Stanowią one niejako „pełne pakty” oferujące spójne wyjaśnienie świata, miejsce człowieka w nim, system wartości i drogę do zbawienia bądź wyzwolenia. Jako takie, są one najwyraźniejszymi i najbardziej wpływowymi historycznie formami, w jakich prawda była konceptualizowana i instytucjonalizowana.

Porównawcza analiza pozwala nam traktować te systemy nie jako zbiory oderwanych tez, ale jako żywe, historyczne organizmy myślowe, posiadające własną wewnętrzną logikę, język, strukturę argumentacji i mechanizmy obronne. Porównanie nie służy tu wyłącznie wyszczególnieniu różnic, ale przede wszystkim zrozumieniu, jak każdy z tych systemów odpowiada na fundamentalne aporie związane z prawdą: problem pewności, relacji między podmiotem a przedmiotem poznania, źródła autorytetu, kryterium prawdziwości, związku prawdy z dobrem i sprawiedliwością. Porównanie marksistowskiego materializmu dialektycznego z chrześcijańskim tomizmem, czy buddyjskiej koncepcji prawdy jako ujawnienia niewiedzy z pozytywistycznym scjentyzmem, ujawnia nie tylko odmienne odpowiedzi, ale także odmienne sposoby formułowania samych pytań.

To podejście pozwala zastosować wobec badanych systemów dialektykę immanentnej krytyki i krytyki zewnętrznej. Krytyka immanentna polega na prześledzeniu wewnętrznej logiki systemu, wykrycia jego niespójności, założeń, które pozostają niewypowiedziane, oraz pytań, na które nie jest w stanie odpowiedzieć. Na przykład, możemy zapytać o wewnętrzną spójność chrześcijańskiej koncepcji prawdy objawionej, biorąc pod uwagę problem zła, wielość interpretacji Pisma czy historyczne skandale instytucji kościelnych. W przypadku marksizmu-leninizmu, krytyka immanentna badałaby napięcie między teorią partyjnej prawdy a praktyką dogmatyzmu i cenzury, czy też problem przejścia od prawdy względnej do absolutnej. Krytyka zewnętrzna natomiast, oparta na materialistycznych założeniach, pytałaby o społeczno-ekonomiczne warunki powstania i utrwalenia tych systemów, oraz o to, jakie interesy klasowe (lub grupowe) są poprzez nie, świadomie lub nie, reprezentowane i umacniane.

Metoda ta jest szczególnie owocna w konfrontacji dwóch centralnych dla tej książki systemów: prawdy chrześcijańskiej (objawionej, personalnej, zbawczej) oraz prawdy marksistowsko-leninowskiej (dialektyczno-materialistycznej, klasowej, partyjnej, praktycznej). Obie stanowią totalne, ekskluzywne i roszczące sobie pretensje do uniwersalności odpowiedzi. Porównawcza analiza, prowadzona w duchu materialistycznej dialektyki, pozwoli nam je zestawić na wielu płaszczyznach:

— Płaszczyzna ontologiczna (teoria bytu): Dla chrześcijaństwa ostateczną rzeczywistością jest Bóg-Stwórca, istnienie osobowe; dla marksizmu — materia w wiecznym ruchu.

— Płaszczyzna epistemologiczna (teoria poznania): Dla chrześcijaństwa kluczowym źródłem prawdy jest Objawienie przyjęte przez wiarę, wsparte rozumem; dla marksizmu — praktyka społeczna i naukowe odzwierciedlenie materii.

— Płaszczyzna antropologiczna (koncepcja człowieka): Człowiek jako osoba stworzona na obraz Boga, obciążona grzechem, dążąca do zbawienia vs. człowiek jako ensemble stosunków społecznych, twórca historii, uwikłany w walkę klas.

— Płaszczyzna aksjologiczna (system wartości): Prawda jako dobro, związana z miłością, łaską, zbawieniem vs. prawda jako broń w walce klas, narzędzie wyzwolenia, kryterium postępu społecznego.

— Płaszczyzna instytucjonalno-społeczna: Kościół jako widzialny depozytariusz i nauczyciel prawdy vs. Partia jako awangarda proletariatu, naukowa interpretatorka prawdy historycznej.

To porównanie nie jest abstrakcyjnym ćwiczeniem akademickim. Ma ono na celu pokazanie, jak te dwie potężne metanarracje, wyrosłe z odmiennych warunków materialnych (świat feudalny i wczesnokapitalistyczny vs. przemysłowy kapitalizm w kryzysie), organizują całe cywilizacje wokół swoich wizji prawdy. Analizując ich historyczne konflikty (np. prześladowania wczesnych chrześcijan przez cesarstwo rzymskie — które można odczytać jako konflikt prawdy religijnej z prawdą polityczną państwa; czy późniejszy konflikt Kościoła z państwami realnego socjalizmu), zobaczymy materializację walki o hegemonię epistemiczną. Zbadamy też, jak w obliczu wspólnych wyzwań nowoczesności (nauka, pluralizm, sekularyzacja) obie tradycje podejmowały próby adaptacji (np. Sobór Watykański II czy eurokomunizm), czasem tracąc na spójności, a czasem znajdując nowe formy oddziaływania.

Ostatecznie, ta złożona metoda — materialistyczna dialektyka wzmocniona porównawczą analizą systemów — służy jednemu nadrzędnemu celowi: odsłonięciu konkretnej, historycznej prawdy o samej prawdzie. Prowadzi nas do odpowiedzi na pytania: Dlaczego w danym momencie historycznym jedna koncepcja zyskuje przewagę? Jak materialne interesy przetwarzają się w systemy ideowe? Jak te systemy, raz powstałe, oddziałują na rzeczywistość, zmieniając ją? I wreszcie — która z tych koncepcji, po zdemaskowaniu jej uwarunkowań, okazuje się bardziej adekwatnym narzędziem do rozumienia i przekształcania współczesnego świata w kierunku sprawiedliwości i emancypacji?

W tym sensie nasza metoda jest otwarcie krytyczna i normatywna. Nie poprzestaje na opisie. Ocenia. Jej normą jest adekwatność do rzeczywistości rozumianej materialnie i dialektycznie, oraz potencjał emancypacyjny. Prawda systemu, który skutecznie ukrywa wyzysk, jest z tego punktu widzenia prawdą nieadekwatną, bo nieuchwytującą kluczowej sprzeczności społecznej. Prawda systemu, który oferuje fałszywą świadomość jako pocieszenie, jest prawdą antyemancypacyjną. Metoda ta każe nam więc podchodzić z krytyczną rezerwą do wszelkich roszczeń absolutnych, jednocześnie nie porzucając dążenia do obiektywnego poznania, które jednak rozumie jako proces historyczny, zbiorowy i nieodłącznie związany z praktyką społeczną.

W kolejnych rozdziałach książki ta metoda znajdzie swoje zastosowanie. Gdy będziemy analizować greckie początki pojęcia alethei, będziemy pytać nie tylko o treść filozoficznych dysput, ale o materialne warunki życia w polis, o instytucję niewolnictwa, która uwolniła pewną klasę od pracy fizycznej dla kontemplacji, oraz o technologię pisma, która umożliwiła krystalizację tych idei. Gdy przejdziemy do średniowiecznej syntezy chrześcijańskiej, zbadamy, jak feudalna organizacja produkcji i własności ziemskiej znajdowała swoje odbicie w hierarchicznej wizji kosmosu i władzy Kościoła jako strażnika prawdy. Analizując oświeceniowy przełom, pokażemy, jak rozwój sił wytwórczych, handlu i klasy mieszczańskiej wymusił nową, racjonalistyczną i utylitarną koncepcję prawdy, służącą podbojowi przyrody i legitymizacji kapitalizmu. Wreszcie, w konfrontacji dwóch gigantów — marksizmu i chrześcijaństwa — wykorzystamy cały aparat porównawczy, by ukazać je nie jako wieczne idee, lecz jako odpowiedzi na konkretne historyczne wyzwania i bóle swoich epok, odpowiedzi, które następnie same stały się potężnymi siłami kształtującymi losy narodów.

W dobie, gdy prawda wydaje się rozpuszczać w ciekłej nowoczesności platform cyfrowych i wojen hybrydowych, powrót do tak rygorystycznej metody może wydawać się anachroniczny. Jest jednak przeciwnie. Tylko metoda, która odważnie uznaje materialne i klasowe uwikłanie myślenia, jest w stanie przebić się przez mgłę pozornego konsensusu, dezinformacji i emocjonalnego szumu. Tylko metoda, która traktuje poważnie wielkie systemy światopoglądowe jako pełnoprawne obiekty badań, a nie jedynie „przekonania”, jest w stanie zmierzyć się z głębią ludzkiego dążenia do sensu i pewności. Połączenie materialistycznej dialektyki z analizą porównawczą daje nam mocną dźwignię do podniesienia i zbadania najcięższych głazów ludzkiej kultury — jej absolutnych twierdzeń o tym, co prawdziwe. To właśnie ta dźwignia pozwoli nam nie tylko opisać pole bitwy, na którym toczy się wojna o prawdę, ale też zrozumieć, dlaczego bitwa ta jest tak zażarta, jakie zasoby są w nią zaangażowane i jakie mogą być jej historyczne konsekwencje dla przyszłości ludzkiego poznania i współżycia.

Część I: Analiza krytyczna

Koncepcje metafizyczne i idealistyczne

Rozdział 1: Prawda wieczna

Od Platona do chrześcijańskiej metafizyki

Klasyczna teoria korespondencji (Arystoteles) i jej teologiczne przekształcenia

Mieszkanie Małgorzaty pachniało starymi książkami, woskiem i delikatną nutą paczuli. Na stole z heblowanego dębu stała już niemal pusta butelka gruzińskiego Saperavi, dwie szklanki i talerz z resztkami sera. Za oknem mżył październikowy deszcz, odcinając przytulne gniazdko od reszty miasta miękką, szarą zasłoną. Mosze, w szarym swetrze i spodniach, czuł się nieswojo bez sutanny. Jakby pozbawiony pancerza. Jego dłonie, zwykle zajęte mszałem lub kielichem, teraz niepewnie błądziły po nodze szklanki.

— Więc mówisz, Małgosiu, że cała nasza zachodnia idea prawdy stoi na jednym, prostym zdaniu? — zapytał, a w jego głosie pobrzmiewał ten specyficzny, śpiewny akcent, mieszanina przedwojennej polszczyzny z Lwowa i czegoś głębszego, rodowego.

Małgorzata, wtulona w wielki wełniany szal, przytaknęła. Jej ciemne, niemal cygańskie oczy, odziedziczone po matce, błyszczały w półmroku pokoju. — Na zdaniu Arystotelesa z „Metafizyki”. „Mówić o tym, co jest, że jest, i o tym, czego nie ma, że nie ma — oto prawda”. To on ho estin einai kai to me on me einai. Prawda to zgodność myśli — a właściwie sądu — z rzeczywistością. Myślę, że kamień leży na drodze. Jeśli kamień faktycznie leży na drodze — myśl jest prawdziwa. Jeśli go tam nie ma — myśl jest fałszywa. Proste, logiczne, pozornie niepodważalne. Fundament.

— Pozornie? — Mosze uniósł brwi. — Wydaje się zdroworozsądkowe. Jak inaczej mielibyśmy rozumieć prawdę? Jako zgodność myśli z… inną myślą? To prowadziłoby donikąd, do kręcenia się w własnym umyśle jak pies za ogonem.

— A jednak to właśnie „zdroworozsądkowe” ujęcie kryje w sobie bombę — odparła Małgorzata, nalewając resztki wina. — Bomba tyka od dwudziestu czterech wieków. Po pierwsze, zakłada, że rzeczywistość „jest” w jakiś gotowy, ustalony sposób, niezależny ode mnie. Kamień „jest” na drodze obiektywnie. Po drugie, zakłada, że nasz umysł jest jak gładkie zwierciadło, które może ten kamień odbić bez zniekształceń. Po trzecie, zakłada, że język — „kamień leży na drodze” — jest przezroczystym medium, które wiernie przekazuje to odbicie. Wszystkie trzy założenia są… problematyczne. A co najciekawsze, ojciec Kościoła, twój duchowy przodek, tę bombę rozbroił… a właściwie, przechwycił i użył do budowy własnej twierdzy.

Mosze uśmiechnął się blado. Słyszał w jej głosie echo wykładów, które sama prowadziła — precyzyjnych, nieubłaganych. Czuł się jak na egzaminie, ale przyjemnym. To był inny rodzaj dysputy niż w seminarium. — Mówisz o Tomaszu z Akwinu. O syntezie.

— O przechwyceniu — poprawiła go stanowczo. — Arystoteles był materialistą, choć niezbyt konsekwentnym. Dla niego istniały po prostu poszczególne byty, tode ti, „to oto coś” — ten kamień, ten człowiek. Ich istotę poznajemy przez zmysły i rozum. Świat był wieczny, Boga — jako osobowego stwórcę — nie było w tej filozofii miejsca. Był może Pierwszy Poruszyciel, bezosobowa przyczyna, ale nie Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba. A teraz popatrz, co robi Tomasz w „Summie teologicznej”. Bierze arystotelesowskie narzędzie — teorię korespondencji — i zmienia podmiot zdania. Dla Arystotelesa prawdziwe są nasze zdania o świecie. Dla Tomasza, ostatecznie, prawdziwe jest zdanie Boga o świecie. Albo, jeszcze głębiej, prawda to przede wszystkim zgodność rzeczy z intelektem, który je powołał do istnienia. Boskim Intelektem.

Mosze skinął głową, przechodząc w tryb wykładowcy. Lubił precyzję Tomasza. — „Veritas est adaequatio rei et intellectus”. Prawda to odpowiedniość rzeczy i intelektu. I Tomasz rozróżnia: jest prawda w intelekcie ludzkim — gdy intelekt zgadza się z rzeczą. Ale jest prawda pierwotna, w intelekcie Boskim — gdy rzecz zgadza się z intelektem, który ją zaprojektował. Każda stworzona rzecz jest prawdziwa o tyle, o ile realizuje ideę, wzorzec, który istnieje w umyśle Boga. Kamień jest „prawdziwym” kamieniem, gdy odpowiada Bożej idei kamienia. Człowiek jest prawdziwym człowiekiem, gdy odpowiada Bożej idei człowieczeństwa. W tym sensie, całe stworzenie jest odblaskiem prawdy Bożej.

Małgorzata zapaliła papierosa, patrząc na niego przez smugę dymu. — Widzisz? To jest genialne teologiczne ju-jitsu. Materialistyczne narzędzie zostaje użyte do udowodnienia prymatu Ducha. Rzeczywistość przestaje być samoistną, obiektywną daną. Jej „obiektywność” pochodzi z zewnątrz, jest przyznana przez zewnętrzny Intelekt. Kamień nie „jest” po prostu. On „jest-realizacją-wzorca”. Jego istnienie i istota są darowane. Prawda przestaje być relacją między podmiotem poznającym a przedmiotem. Staje się relacją wewnątrz samego Boga — między Jego intelektem a Jego wolą stwórczą. A nasze ludzkie poznanie? Staje się uczestnictwem w tym Bożym poznaniu. Uczestnictwem ograniczonym, analogicznym, ale jednak.

— To nie jest po prostu przechwycenie — zaprotestował Mosze, a w jego głosie zabrzmiała nuta osobistej potrzeby. — To jest ocalenie rozumu. Wiesz, co działo się wcześniej. Augustyn, neoplatonizm. Prawda to iluminacja, bezpośrednie oświecenie umysłu przez Boga. Rozum, zmysły — są słabe, prowadzą w najlepszym razie do przeczucia. Tomasz, dzięki Arystotelesowi, daje nam narzędzie. Mówi: możesz zaczepić się o świat. Zmysły cię nie zwiodą całkowicie. Rozum, odpowiednio prowadzony, może dojść do Boga jak do Pierwszej Przyczyny. Nie tylko przez łaskę wiary, ale i przez naturalne światło rozumu. To demokratyzuje dostęp do prawdy. Nie tylko dla mistyków, ale dla każdego myślącego człowieka.

— Demokratyzuje? — Małgorzata parsknęła śmiechem, który zabrzmiał ostro. — Mosze, drogi, stworzył najbardziej zhierarchizowany system epistemiczny w historii! Tak, każdy może użyć rozumu. Ale dokąd ten rozum go zaprowadzi? Do uznania, że prawda jest hierarchiczna, jak cały wszechświat! Na szczycie — Prawda Wieczna, Bóg. Poniżej — prawdy objawione, które rozum przyjmuje w wierze, bo przekraczają jego zdolności. Dalej — prawdy filozoficzne, które rozum wydobywa ze stworzenia. Na samym dole — prawdy zmysłowe, o tym, czy kamień leży na drodze. I każdy poziom musi być zgodny z wyższym. Jeśli twoje zmysły mówią coś, co rozum uzna za sprzeczne z wiarą — zmysły muszą się mylić. Jeśli rozum filozoficzny dochodzi do wniosku sprzecznego z Pismem — rozum się pomylił, bo źle prowadził. To nie jest demokracja, to epistemologiczny feudalizm! Prawda nie jest równa prawdzie. Jest papież, kardynałowie, biskupi, księża i wreszcie prosty lud — zmysły.

Mosze wypił łyk wina, jakby dla otuchy. Czuł, jak ścierają się w nim dwie natury: żydowska, talmudyczna, która kochała spór i rozumowanie dla niego samego, i chrześcijańska, która pragnęła jedności i pewności. — Nazywasz to feudalizmem. Ja nazwałbym to… ekologią prawdy. Wszystko jest połączone, uporządkowane, harmonijne. Prawda fizyczna nie kłóci się z teologiczną, bo pochodzi z tego samego Źródła. To wizja piękna, Małgośka. Wizja, w której świat nie jest absurdalnym zbiorem faktów, ale przemawiającym Logosem. A co do sprzeczności… no cóż. Spójrz na sprawę Galileusza. To nie był prosty konflikt „wiary z nauką”. To był konflikt dwóch systemów prawdy. Z jednej strony arystotelesowsko-ptolemejska kosmologia, która przez wieki była zrośnięta z teologiczną wizją miejsca człowieka w centrum stworzenia. Z drugiej — nowy model, kopernikański, który burzył tę harmonijną hierarchię. Kościół bronił nie tyle literalnego czytania Biblii, ile spójnego, całościowego obrazu świata, w którym prawda fizyczna miała służyć prawdzie teologicznej. Gdy ten obraz się zachwiał, potraktowano to jako zagrożenie dla całego porządku. Błąd nie polegał na szukaniu prawdy, ale na tym, że Galileusz próbował narzucić nową interpretację Pisma na podstawie teorii, która nie była jeszcze w pełni udowodniona. To był spór o władzę interpretacyjną.

— Władzę interpretacyjną! — Małgorzata uderzyła dłonią w stół. — O to właśnie chodzi! Twoja „ekologia prawdy” zawsze, zawsze służy umocnieniu władzy instytucji, która się za jej strażnika uważa. Tomaszowska synteza była genialna, bo dała Kościołowi metodologiczną kontrolę nad wszelkim poznaniem. Ustanowiła trybunał najwyższy. Każdą nową ideę, każde odkrycie naukowe można było teraz osądzić nie tylko pod względem wewnętrznej spójności czy zgodności z faktami, ale przede wszystkim pod kątem zgodności z przyjętą doktryną. To jest właśnie to przekształcenie, o którym mówiłam. Arystotelesowska korespondencja była narzędziem badania świata. Tomaszowska korespondencja stała się narzędziem dogmatyzacji świata. Świat musiał odpowiadać nie tylko sobie samemu, ale przede wszystkim — oficjalnej interpretacji Boskiego Intelektu, której depozytariuszem był… no właśnie, kto?

Zapadła cisza. Mosze patrzył na krwistoczerwony osad na dnie szklanki. Myślał o swoim ojcu, Salomonie Goldblatcie, który całe życie czytał Talmud, gdzie prawda wyłaniała się z niekończącego się sporu, z dysputy, z „pilpulu”. Nie było tam najwyższego trybunału, tylko wspólnota uczących się, rywalizujących interpretacji. A on, Mosze, wybrał dom z jednym fundamentem, jedną interpretacją, jednym kluczem. Dla bezpieczeństwa? Dla pewności? — Przyznaję — powiedział cicho — że instytucja zawsze kusiła, by nadużywać tej władzy. By mylić swoją, ludzką, często skażoną grzechem interpretację, z samym Boskim Intelektem. To pokusa idolatrii. Ubóstwienia własnych struktur myślowych. Ale Gosiu, nie odrzucaj piękna samej idei. W tym ujęciu prawda nie jest suchym faktem. Jest relacją. Relacją miłości. Bóg, który jest Prawdą, stwarza z miłości. Rzecz jest prawdziwa, bo odpowiada miłościwej woli Stwórcy. Poznanie prawdy nie jest zimną rejestracją, jest uczestnictwem w tym odwiecznym spojrzeniu Miłości na stworzenie. To poznanie przez analogię, przez podobieństwo. Wiemy, czym jest dobroć, bo mamy jej odblask w sobie. Wiemy, czym jest prawda, bo nasz umysł jest iskrą Boskiego Rozumu. To nie zniewolenie, to… powołanie do komunii.

Małgorzata milczała. W jej lewicowym, materialistycznym światopoglądzie nie było miejsca na takie słowa. Lecz gdzieś, w głębi, poruszyły one strunę tęsknoty, której źródła nie potrafiłaby nazwać. Była owocem innego, mrocznego „przechwycenia” — córką ukraińskiego popa i Cyganki, odrzucona przez obie społeczności, zbudowała sobie twierdzę z rozumu i krytyki. Jej prawda miała wyzwalać, ale czy dawała komunię? — To piękna poezja, Mosze — odparła w końcu, a jej głos zmiękł. — Ale poezja, która historycznie służyła usprawiedliwianiu straszliwych rzeczy. Jeśli prawda jest jedna, hierarchiczna i objawiona, to ci, którzy się z nią nie zgadzają, są nie tylko w błędzie. Są w stanie grzechu. Są w stanie buntu przeciwko samemu porządkowi bytu. To już nie jest kwestia pomyłki, którą można poprawić. To kwestia moralnej skazy. Herezja. A jak walczy się z heretykami? Nie dyskusją. Inkwizycją. Auto-da-fé. Twoja „komunia” ma ostre, spalające krawędzie.

— Nie możesz obarczać idei winą za grzech ludzi! — zawołał Mosze, a w jego oczach pojawił się ból. Wiedział, co mówi. Historia jego własnej rodziny, rodziny Goldblattów i Szapiro, była wpisana w te ostre krawędzie. — To tak, jakbyś obwiniała ideę sprawiedliwości za to, że sędzia jest skorumpowany. Idea pozostaje czysta. Ludzkie serce jest kręte.

— Ale idee nie istnieją w próżni! — Małgorzata znów się ożywiła. — Tomaszowska synteza umożliwiła przekształcenie różnicy zdań w śmiertelny grzech. Dała aparat pojęciowy. Spójrz: prawda to zgodność z Boskim Intelektem. Kościół ma autorytet do interpretowania tej zgodności. Ergo, głosząc pogląd sprzeczny z nauczaniem Kościoła, głosisz pogląd sprzeczny z Boskim Intelektem, czyli z samą istotą rzeczywistości. Jesteś nie tylko głupcem. Jesteś burzycielem porządku stworzenia. To już nie epistemologia, to metafizyka walki. I to jest właśnie najgłębsze przekształcenie Arystotelesa. U niego błąd był brakiem wiedzy. W systemie Tomasza, przefiltrowanym przez instytucjonalny interes Kościoła, błąd może stać się złą wolą, ślepotą, która jest winą.

Przesunęła szklankę, kreśląc niewidzialne linie na stole. — Weźmy przykład: stosunek do przyrody. Dla Arystotelesa przyroda była po prostu tym, co jest. Dla chrześcijaństwa przechwyconego przez Tomasza, przyroda jest księgą, która mówi o Bogu. Jej prawdy są podporządkowane prawdom teologicznym. To prowadziło do dwóch skrajności: albo do podziwu dla dzieła Stwórcy, albo — i to jest ta ciemna strona — do instrumentalnego traktowania przyrody jako czegoś pozbawionego własnej, immanentnej wartości. Jest tylko o tyle wartościowa, o ile odsyła do Boga. A jeśli nie odsyła? Można ją eksploatować, ujarzmiać, „czynić sobie poddaną” w imię wyższego celu. To także jest dziedzictwo tej hierarchii.

Mosze spojrzał przez zalane deszczem okno. Myślał o Franciszku z Asyżu, który nazywał słońce bratem, a księżyc siostrą. O innej, mniej hierarchicznej, a bardziej franciszkańskiej relacji ze stworzeniem. Czy to też nie było chrześcijaństwo? — To zbytnie uproszczenie — szepnął. — W tej samej tradycji jest też przekonanie, że Bóg umiłował świat, a nie tylko go użył. Że wcielając się, uświęcił materię. To nadaje każdej rzeczy nieskończoną godność. Kamień nie jest tylko narzędziem. Jest świadkiem stworzenia, jest… wypełniony chwałą Bożą, jak mówił Hopkins. „Świat jest naładowany wielkością Boga”. To jest druga strona medalu.

— Ale która strona przeważyła, Mosze? — zapytała Małgorzata retorycznie. — Która strona legitymizowała krucjaty, palenie czarownic, kolonizację w imię nawracania? Która usprawiedliwiała feudalny porządek jako odbicie porządku niebieskiego? To ta, która mówiła o jednej, absolutnej, hierarchicznej Prawdzie, której strażnikiem jest jedna instytucja. To dziedzictwo wciąż w nas tkwi. Nawet w twoim własnym, osobistym dramacie.

Mosze drgnął, jakby dotknęła go rozżarzonym żelazem. Jego konwersja. Przejście z judaizmu na katolicyzm. To nie była tylko zmiana wiary. To było przejście z jednej epistemologii do drugiej. Z talmudycznego świata otwartej, spornej, wspólnotowej interpretacji — do świata ostatecznego, zinstytucjonalizowanego depozytu prawdy. Czy zrobił to dla pewności? Być może. Być może straszliwe doświadczenie wojny, zagłady, które unicestwiło świat jego ojców, sprawiło, że zapragnął fundamentu, który nie może się zawalić. Fundamentu z kamienia, a nie z dysputy. — Mówisz tak, jakby to przechwycenie Arystotelesa było tylko strategią władzy — powiedział z goryczą. — A dla mnie, i dla milionów, było ono strategią przetrwania. W chaosie, w upadku, w rozpadzie, oferowało mapę rzeczywistości, która miała sens. Która mówiła, że nawet jeśli ten świat jest pełen cierpienia, to jest ono częścią większego, dobrego planu. Że prawda nie jest tylko suchym faktem cierpienia, ale jego odkupieniem w Chrystusie. To jest kolejne przekształcenie, o którym nie mówisz! Dla Arystotelesa prawda była intelektualna. Dla chrześcijaństwa — prawda stała się osobą. „Ja jestem drogą, prawdą i życiem”. To już nie jest zgodność sądu z rzeczywistością. To jest wierność osobie. To jest relacja zaufania, miłości. To jest prawda, która zbawia, a nie tylko informuje.

Małgorzata poczuła, że dyskusja wymyka się z czysto akademickich torów. Dotknęła najgłębszej rany, tęsknoty i wyboru tego człowieka. — I właśnie dlatego — rzekła łagodniej — ta koncepcja jest tak odporna na krytykę. Bo krytykując ją, nie krytykujesz systemu pojęć. Krytykujesz osobistą relację zbawczą. To genialne. To umieszcza prawdę poza zasięgiem racjonalnej dysputy. Broni się ona nie argumentami, ale świadectwem, męczeństwem, przeżyciem wewnętrznym. To jest ostateczne przekształcenie: od arystotelesowskiej korespondencji, przez tomistyczną hierarchię, do personalistycznej komunii. Prawda nie jest już czymś, co się stwierdza. Jest Kimś, komu się ufa. I to jest prawdopodobnie najtrwalsze dziedzictwo tego całego, wielowiekowego przechwycenia.

Zamilkli. Deszcz przybrał na sile, bębniąc w szyby. Butelka była pusta. Mosze czuł zmęczenie i dziwną ulgę. Rozmawiał z kimś, kto rozumiał siłę jego przekonań, ich historyczne korzenie, ich mroczne konsekwencje, a jednak osoba ta nie atakowała go osobiście. Atakowała ideę, ale widziała za nią człowieka. — A twoja lewicowa prawda, Gosiu? — zapytał cicho. — Ta, która ma wyzwalać? Na czym się opiera? Jeśli odrzucasz arystotelesowską korespondencję jako naiwną, tomistyczną hierarchię jako opresyjną, a personalistyczną komunię jako irracjonalną… co ci zostaje? Czy twoja prawda nie jest też „przechwyceniem”? Przechwyceniem Hegla, Marksa, Foucaulta? I czy ona też nie tworzy swoich dogmatów, swoich heretyków, swoich trybunałów? „Poprawność polityczna” to nie jest czasem nowa Summa theologica? Z nowymi grzechami, nowymi odpustami i nowym indeksem ksiąg zakazanych?

Małgorzata uśmiechnęła się smutno. To było sprawiedliwe pytanie. — Moja prawda — odpowiedziała po chwili — opiera się na podejrzeniu. Na krytyce. Na demaskowaniu ukrytych interesów, także we własnym myśleniu. Nie rości sobie prawa do absolutu. Wie, że jest częściowa, historycznie uwarunkowana, klasowo spojrzeniowa. Jej celem nie jest komunia z Wiecznym Intelektem, ale emancypacja od materialnego i ideologicznego wyzysku. I tak, ma swoje dogmaty. Dogmatem jest np. prymat materii, walki klas, krytyki władzy. I ma swoich inkwizytorów. Ale przynajmniej… przynajmniej teoretycznie przyznaje się do swojego historycznego, przejściowego charakteru. Nie twierdzi, że jest odbiciem wiecznego porządku. Twierdzi, że jest narzędziem zmiany na rzecz sprawiedliwszego porządku, który też kiedyś zostanie poddany krytyce. To prawda jako proces, a nie jako stan. Jako walka, a nie jako własność.

— Brzmi to… strasznie męcząco — wyszeptał Mosze. — Wieczna walka, wieczne podejrzenie, nigdy spokoju, nigdy pewności, że dotarło się do domu.

— A twoja pewność — odparła Małgorzata — nie jest czasem domem zbudowanym na grobach? Na grobach heretyków, czarownic, naukowców, żydowskich przodków, którzy myśleli inaczej? Nie jest czasem spokojem opłaconym wykluczeniem?

Mosze nie odpowiedział. Patrzył na swoje dłonie. Dłonie, które każdego dnia wznosiły hostię, która — według jego wiary — była Ciałem samej Prawdy. Czuł ciężar tej wiary, jej piękno i jej okrucieństwo. I czuł też pustkę po tamtej wierze, wierze ojca Salomona, która była wędrówką, pytaniem, światłem rozproszonym w milionach odbić. — Może — powiedział wreszcie — prawda nie jest ani zwierciadłem, ani hierarchią, ani nawet narzędziem walki. Może jest… językiem. I my, ludzie, gramy w różne gry językowe, jak mówił ten filozof. Gra teologa, gra naukowca, gra rewolucjonisty. I żadna z tych gier nie ma dostępu do „prawdy w sobie”. A jednak w obrębie każdej gry rozstrzygamy, co jest prawdziwym posunięciem, a co fałszywym. Problem pojawia się, gdy gracze z jednej gry próbują siłą narzucić swoje reguły graczom z innej. Galileusz grał w nową grę naukową. Inkwizycja — w grę teologiczną. I uznała, że jego posunięcia są nie tylko błędne, ale zdradzieckie, bo zagrażają całej grze.

Małgorzata skinęła głową. To było wyjście z impasu, chwilowe zawieszenie broni. — Więc nasza dzisiejsza dysputa, Mosze, to też tylko gra? Gra akademicka przy winie? A twoja msza, moje wykłady — to inne gry?

— Być może — uśmiechnął się słabo. — Ale niektóre gry dają życie, a inne je odbierają. Niektóre budują mosty, inne mur. Ja wierzę, że gra, w którą gram, oferuje życie wieczne. Ty wierzysz, że twoja gra oferuje sprawiedliwość tu i teraz. I oboje prawdopodobnie mamy rację. I oboje się mylimy. A Arystoteles, biedak, nie miał pojęcia, jaką bombę podkłada pod stół, formułując swoje niewinne zdanie o kamieniu na drodze. Bomba, która wybuchła teologią, inkwizycją, nauką i… naszym dzisiejszym dialogiem.

Wstali. Zmrok zapadł zupełny. Mosze zawiązał szalik, czując chłód nocy i ciepło wypitego wina. Stali przez chwilę w progu, dwie wyspy różnych prawd, połączone na krótko mostem słów, który za chwilę mieli rozebrać, wracając do swoich światów. — Dzięki za grę, Małgośka — powiedział cicho. — Dzięki, Mosze. Do następnej partii. I kiedy drzwi się zamknęły, a jego kroki zamilkły na klatce schodowej, Małgorzata pomyślała, że może w tej grze, w tym właśnie przechwytywaniu i przetwarzaniu znaczeń, w tym niekończącym się dialogu — nawet jeśli był tylko grą — kryło się coś bardziej ludzkiego, bardziej żywego, niż w samotnym posiadaniu jedynej, niepodważalnej Prawdy. A Mosze, idąc przez mżawkę, myślał, że może w tym posiadaniu, w tym darem pewności, który był jednocześnie ciężarem, kryło się coś, co nadawało cierpieniu sens — i że to było wszystko, czego potrzebował, by iść dalej. Kamień na jego drodze był prawdziwy. I Bóg, który ten kamień widział, też był prawdziwy. I to mu na dzisiaj wystarczyło.

Prawda jako transcendentna Idea

Platon a prawda jako atrybut Boga-Stwórcy (Św. Augustyn, Tomasz z Akwinu)

W powietrzu unosił się intensywny, słodko-słony zapach przyprawy do raków — koper, czosnek, liście selera i porzeczki. Na stole, przykrytym ceratą w czerwone kwiaty, leżał stos różowiejących skorupiaków. Obok, butelka gruzińskiego koniaku „Vardzia” i dwa koniakowe kieliszki. Małgorzata, w obcisłym czarnym topie i mikroskopijnej skórzanej spódniczce, z gracją rozłupywała paznokciami pancerz raka, wysysając z precyzją jego wnętrzności. Jej nogi, opalone mimo późnej jesieni, zwracały uwagę, celowo lub nie. Mosze, w jeansach i swetrze, starał się zachować skupienie na temacie, ale atmosfera była inna niż ostatnio — bardziej zmysłowa, prowokacyjna, mniej bezpieczna.

— Więc twierdzisz, że Platon ukradł prawdę poetom i kapłanom, a potem chrześcijanie ukradli ją Platonowi? — zapytał Małgorzata, oblizując palce z sosu. — To dość kryminalna genealogia Absolutu.

Mosze, nieco sztywno, wyjmował raka z gorącej wody. Te domowe, niemal prymitywne rytuały jedzenia zawsze go onieśmielały. — Nie „ukradli”, Małgośka. Przetworzyli. Uczynili z niej coś zasadniczo innego. Dla Platona Prawda, czyli Świat Idei, była rzeczywistością obiektywną, ale bezosobową. Była jak matematyczne równanie, wieczne i konieczne. Dobro, Piękno, Sprawiedliwość — to były najwyższe Idee. Poznanie ich było trudną wspinaczką intelektualną, dostępną nielicznym filozofom. To była arystokratyczna wizja prawdy.

— No właśnie! — Małgorzata nalała koniaku. Bursztynowy płyn połyskiwał w świetle lampy. — Prawda jako coś „tam”, poza jaskinią, poza światem zmysłów. Jako coś czystego, niezmiennego, przeciwstawionego brudnej, zmiennej materii. To pierwsze, wielkie rozszczepienie. Świat się dzieli na to, co prawdziwe (Idee) i to, co pozorne (materia). Ciało, zmysły, potrzeby — to wszystko jest więzieniem dla duszy, która pamięta raj Idei. Już tu jest zalążek pogardy dla wszystkiego, co konkretne, fizyczne, że tak powiem… cielesne. — Rozłożyła ręce, a ruch ten podkreślił krój jej topu.

Mosze uniósł wzrok znad swojego kieliszka, starając się utrzymać kontakt wzrokowy. — Ale to właśnie ta pogarda, jak to nazywasz, pozwoliła myśleć abstrakcyjnie. Oddzielić pojęcie sprawiedliwości od konkretnego, niesprawiedliwego wyroku sędziego. To była rewolucja! Bez tego nie byłoby nauki, filozofii, prawa jako takiego. Platon dał nam narzędzie do krytyki świata pozorów.

— I dał uzasadnienie dla totalitaryzmu! — rzuciła Małgorzata, rozłupując kolejnego raka z nagłą siłą. — Bo skoro tylko on, filozof-król, widzi prawdziwe Idee Sprawiedliwości czy Dobra, to ma absolutne prawo narzucić je ślepej, uwikłanej w zmysły tłuszczy. Państwo Platońskie to przecież koszmar: cenzura sztuki, eugenika, wspólne żony i dzieci, całkowite podporządkowanie jednostki widzimisię strażników Idei. To prawda jako dyktatura filozofów. I wiesz co? To pierwszy krok do twojej chrześcijańskiej prawdy.

Mosze wypił łyk koniaku, którego ciepło rozlało się w jego żołądku. Czuł, że dyskusja zmierza na niebezpieczne wody. — Augustyn zrobił z tym coś genialnego — powiedział, omijając prowokację. — On spersonalizował Ideę. To nie jest już bezosobowe Dobro. To jest Bóg, który jest Prawdą. „Deus veritas est”. I to zmienia wszystko. Prawda nie jest już czymś, do czego się wspinamy sami, intelektem. Jest Kimś, kto schodzi do nas. Kimś, kto woła: „Ja jestem drogą, prawdą i życiem”. To jest prawda, która kocha. Która szuka zgubionej owcy.

Małgorzata oparła się o poręcz krzesła, przyglądając mu się uważnie. Jej pozornie swobodna poza miała w sobie coś z zasadzki. — Schodzi do nas? Przez dziewicze łono? To ciekawe przejście od bezcielesnej Idei do wcielonego Boga. Ale to wcielenie, Mosze, to kolejny paradoks. Bo ten Bóg-Prawda staje się ciałem, ale tylko po to, by to ciało umęczyć i przezwyciężyć. Golgota to przecież ostateczne zwycięstwo Ducha nad Materią, prawda? Zmartwychwstanie ciała, w które wierzysz, to nie jest afirmacja ciała jako takiego. To jego przemiana w coś duchowego, świetlistego, niepokalanego. To w gruncie rzeczy wciąż platoński schemat: materia jest zła, grzeszna, śmiertelna, i trzeba ją zbawić, czyli w istocie — unicestwić jako materię, a ocalić jako ideę, duszę. Twoja prawda wcielona jest w istocie prawdą ucieleśnioną tylko po to, by ciało przekląć i odkupić.

— To straszne uproszczenie! — Mosze poczuł, jak narasta w nim gniew, nie tyle na nią, ile na tę bezlitosną, redukcyjną logikę. — Wcielenie to uświęcenie materii! Bóg bierze na siebie cały ciężar biologiczności, śmiertelności, bólu. Nie odrzuca ciała. Przyjmuje je w całości, ze wszystkim. I zmartwychwstaje w ciele, nie jako duch! To jest antyplatońskie! To jest afirmacja stworzenia!

— Ale stworzenia upadłego! — Małgorzata pochyliła się do przodu, a skóra jej spódnicy zaszeleściła. — Afirmacja, która ma warunek: musisz uznać, że twoje ciało, twoja natura, jest z gruntu skażona. Musisz przyjąć, że jesteś grzeszny z natury. Dopiero wtedy łaska może cię odkupić. To nie jest prosta afirmacja. To jest afirmacja przez negację. Tak jak u Platona: poznajesz prawdę o świecie idei, przyznając, że całe twoje dotychczasowe życie w jaskini było kłamstwem. U Augustyna: poznajesz Boga-Prawdę, przyznając, że całe twoje jestestwo jest splamione grzechem pierworodnym. To prawda, która wymaga upokorzenia jako wstępu. I to, mój drogi, jest potężnym narzędziem władzy.

— Jakiej władzy? — zapytał Mosze, choć znał odpowiedź.

— Władzy Kościoła jako pośrednika tej łaski! — wybuchnęła. — Jeśli prawda jest osobowa, jeśli jest relacją z Bogiem, która wymaga łaski, to kto rozdziela tę łaskę? Kto ma klucze do królestwa? Kto mówi, czy twoje upokorzenie jest wystarczające, czy twoja spowiedź jest ważna? Augustyn, ten geniusz, zbudował system, w którym prawda jest nie tylko poznawana, ale jest dana jako dar. A dar można dać, ale też i zatrzymać. Ekskomunika to nie jest tylko wykluczenie ze społeczności. To jest ogłoszenie, że jesteś pozbawiony dostępu do samej Prawdy-Łaski. To bardziej wyrafinowane niż platońska cenzura. To uderzenie w sam rdzeń nadziei na zbawienie.

Mosze milczał, rozgryzając smak koniaku i gorycz jej słów. Myślał o Augustynowym „Serce niespokojne, dopóki nie spocznie w Tobie”. O tej tęsknocie, która była silniejsza niż wszystkie racje. I widział, jak ta tęsknota została wprzęgnięta w machinę instytucjonalną. — Przyznaję, że pokusa nadużycia była i jest ogromna — powiedział w końcu cicho. — Ale nie o to chodziło Augustynowi! Dla niego prawda była przede wszystkim doświadczeniem wewnętrznym. Iluminacją. Światłem rozjaśniającym umysł od wewnątrz. „Nie wychodź na zewnątrz, wróć do samego siebie; we wnętrzu człowieka mieszka prawda”. To jest kierunek odwrotny niż u Platona! Platon każe iść na zewnątrz, ku Ideom. Augustyn — do wnętrza, gdzie spotykasz Chrystusa, wewnętrznego Nauczyciela. To demokratyzacja dostępu! Prawda nie jest już na niedostępnym Olimpie Idei. Jest w głębi twojego serca, jeśli tylko Bóg rozjaśni je swoim światłem.

— Demokratyzacja? — Małgorzata zaśmiała się krótko, sucho. — Doświadczenie wewnętrzne, które musi być zatwierdzone przez zewnętrzny autorytet Kościoła, bo inaczej to może być złudzenie, herezja, podszept diabła! Augustyn sam toczył wojnę z donatystami, z pelagianami. Właśnie o to: czy łaska jest konieczna (Augustyn), czy człowiek może sam, dobrą wolą, dążyć do Boga (Pelagiusz). Augustyn wygrał. I w ten sposób zinternalizował niewolnictwo. Nie trzeba już zewnętrznych kajdan. Sam uznajesz się za niezdolnego do prawdy bez łaski, a łaska jest pod kontrolą instytucji. To jest najtrwalsze dziedzictwo: prawda jako coś, do czego nie masz naturalnego prawa. Musi ci być dana. I to określa twoją pozycję: jesteś żebrakiem, petentem, dzieckiem, które nie może samo jeść.

Poczucie zmęczenia ogarnęło Mosze. Czuł, jak każdy jego argument jest natychmiast obracany i ukazywany jako narzędzie opresji. A przecież w jego osobistym doświadczeniu było inaczej. Łaska nie była kajdanami. Była wyzwoleniem z poczucia bezsensu, z dziedzictwa pustki po Zagładzie. — A Tomasz? — zapytał, sięgając po kolejnego raka, jak po talizman. — Tomasz przecież połączył to z Arystotelesem. Przywrócił godność rozumowi, zmysłom. U niego prawda nie jest tylko iluminacją. Jest też adekwacją. Możemy poznawać świat zmysłami i dochodzić do Boga jak do Pierwszej Przyczyny. To przywraca godność stworzeniu, naturze.

— Przywraca? — Małgorzata podniosła kieliszek, patrząc przez koniak pod światło. — Tomasz zbudował najwspanialsze w dziejach więzienie dla rozumu. Więzienie o złotych kratach, ale więzienie. Bo rozum może iść własną drogą, ale tylko do pewnego punktu. Do tzw. „prawd naturalnych”. A potem musi się zatrzymać i uznać wyższość prawd objawionych. I musi uznać, że jeśli kiedykolwiek dojdzie do sprzeczności między tym, co rozumowe, a tym, co objawione, to błąd jest po stronie rozumu. Rozum jest jak pies na smyczy. Może biegać, węszyć, odkrywać, ale tylko w obrębie długości smyczy, której koniec trzyma w ręku Kościół. Piękna, rozumna smycz. Ale smycz.

— To nie jest smycz! To jest harmonia! — Mosze podniósł głos, po raz pierwszy tracąc panowanie nad sobą. — To wizja, w której wszystko ma swoje miejsce! Prawda fizyczna, prawda filozoficzna, prawda teologiczna — wszystkie pochodzą od jednego Boga, więc nie mogą się sprzeczać! To wizja porządku, piękna, sensu!

— I właśnie w tym porządku — odparła Małgorzata zimno, nieporuszona jego wybuchem — kobieta jest „chybionym mężczyzną”. Stworzeniem niższym, podporządkowanym, z natury niezdolnym do pełni władzy czy nauczania. Natura homoseksualna jest „nieuporządkowana”. Innowiercy są w błędzie. Cały ten porządek to sankcja dla istniejących hierarchii społecznych, płciowych, religijnych. Prawda-Tomasz daje nam wspaniały, logiczny system, który mówi: świat jest taki, jaki jest, bo taki jest zamysł Boży. Nierówności, cierpienie, podporządkowanie — to wszystko ma swoje miejsce w harmonijnym planie. Twoja prawda, Mosze, usprawiedliwia status quo. Tłumaczy ofierze, że jej ofiarność jest częścią boskiego ładu. To jest ideologia w najczystszej postaci.

Słowa wisiały w powietrzu, cięższe od zapachu kopru. Mosze poczuł, jak ogarnia go fala rozpaczy. Nie dlatego, że nie miał argumentów. Ale dlatego, że w jej słowach było ziarno prawdy, które padało na podatny grunt jego własnych wątpliwości. Na jego osobistą historię. Był Żydem, który przeszedł na katolicyzm. Czy w tomistycznej harmonii było dla niego miejsce jako dla pełnoprawnego członka, czy zawsze byłby nawróconym, „chybionym” Żydem, który znalazł łaskę, ale pozostanie inny? A jego ukryta, tłumiona tęsknota, którą budziła w nim właśnie ta prowokująca, wolna, „nieuporządkowana” kobieta przed nim? Gdzie ona mieściła się w harmonii? — Więc co proponujesz? — wyszeptał, patrząc na swoje dłonie. — Bez tej transcendencji, bez Boga, bez Idei… co zostaje? Prawda jako konsensus? Jako użyteczność? Jako wola mocy? To prowadzi do nihilizmu. Albo do nowych, jeszcze gorszych totalitaryzmów.

Małgorzata wstała i podeszła do okna. Jej sylwetka odcinała się na tle nocnego miasta. — Proponuję prawdę jako praktykę. Jako walkę. Jako nieustanne kwestionowanie każdego porządku, który twierdzi, że jest wieczny i naturalny. Proponuję prawdę, która nie patrzy w górę, ku Idei czy Bogu, ale w bok — ku innym cierpiącym, wykluczonym, tym, którzy nie mieszczą się w harmonii. I w dół — ku materialnym warunkom, które tę harmonię produkują. Prawda Platona i Augustyna to ucieczka od konkretu w abstrakcję. Prawda marksistowska to powrót do konkretu, do ciała, które jest głodne, do ręki, która jest wyzyskiwana, do kobiety, która jest podporządkowana. To prawda, która nie obiecuje harmonii po śmierci, ale walczy o sprawiedliwość za życia.

Odwróciła się. Jej twarz była poważna, pozbawiona teraz śladów prowokacji. — I wiesz, Mosze, co jest największą zbrodnią twojej transcendentnej prawdy? To, że unieważnia cierpienie. Jeśli wszystko jest częścią boskiego planu, to cierpienie dziecka chorego na raka, głód w Sudanie, trauma twojej własnej rodziny w getcie — to wszystko ma „głębszy sens”. To są tylko „tajemnice”, które zrozumiemy w niebie. To jest przemoc epistemiczna. Zabierasz ofierze prawo do krzyku, do buntu, do uznania, że jej cierpienie jest absurdem, który nie powinien mieć miejsca. Przekształcasz je w budulec pięknej, transcendentnej opowieści. To jest okrucieństwo.

Mosze poczuł, jak łzy napływają mu do oczu. Nie z powodu ataku na jego wiarę. Ale dlatego, że dotknęła najczulszego punktu. Modlił się za ofiary, za swoją rodzinę. Mówił o tajemnicy Krzyża. Ale w głębi duszy zawsze tkwił w nim niewyrażony krzyk: dlaczego? I wiara dawała mu odpowiedź, która jednocześnie tęskniła za ciszą po tym krzyku. — A twoja prawda… — powiedział ochryple — twoja prawda, która widzi tylko walkę i materialny wyzysk, co robi z miłością? Z poświęceniem? Z tym, że matka oddaje życie za dziecko? Z przebaczeniem? Z pięknem, które nie służy żadnej utylitarnej funkcji? Redukuje to do „interesu klasowego” lub „iluzji”? To też jest przemoc, Małgośka. Przemoc wobec tego, co w człowieku najgłębsze.

— Nie redukuję — zaprzeczyła, ale jej głos zmiękł. — Staram się zrozumieć, jak te rzeczy — miłość, piękno, poświęcenie — funkcjonują w konkretnym, historycznym, materialnym świecie. Jak są kształtowane przez władzę. Jak mogą być też narzędziami oporu. Nie odbieram im wartości. Przeciwnie, pokazuję, że są nasze, ludzkie, a nie odbiciem czegoś zewnętrznego. Że to my jesteśmy za nie odpowiedzialni. To straszna odpowiedzialność, Mosze. O wiele straszniejsza niż poddaństwo pod boskim planem.

Podeszła do stołu i usiadła naprzeciwko niego. Zdejmując buty, podkurczyła nogi pod siebie. Ten gest, niespodziewanie dziewczęcy, rozbroił napięcie. — Słuchaj — powiedziała łagodniej. — My oboje szukamy prawdy. Ty patrzysz w górę, ja wokół siebie i w głąb struktur. Ale może te perspektywy się nie wykluczają? Może platońska idea, augustyńska łaska, tomistyczna harmonia — to wszystko są potężne metafory na ludzką tęsknotę za sensem, za sprawiedliwością, za miłością, która przekracza śmierć? Tylko że te metafory zostały zabsolutyzowane i uzbrojone. Stały się bronią w rękach kapłanów, królów, patriarchów.

Mosze spojrzał na nią. Na tę dziwną kobietę, córkę popa i Cyganki, która budowała swoją prawdę z resztek odrzuconych tożsamości. Poczuł nagłą, intensywną bliskość. — A twoja marksistowska walka klas też jest uzbrojoną metaforą — zauważył, ale bez goryczy. — Też prowadziła do gułagów, do cenzury, do nowych form ucisku. — Wiem — przyznała bez wahania. — Każda prawda, która chce być jedyna, totalna, skończy jako tyrania. Może więc trzeba przestać myśleć o Prawdzie (wielkie P), a zacząć myśleć o prawdach (małe p). Prawda o cierpieniu. Prawda o głodzie. Prawda o potrzebie miłości. Prawda o niesprawiedliwości. I te prawdy często są ze sobą w konflikcie. I nie da się ich pogodzić w żadnej harmonii, ani boskiej, ani dialektycznej. Trzeba je negocjować. Ciągle. Boleśnie. To jest moja „praktyka”.

Mosze wyciągnął rękę i wziął jej dłoń. Była ciepła, lekko lepka od soku z raków. Ona nie cofnęła swojej. — Moja wiara też jest praktyką — powiedział. — Codzienną praktyką modlitwy, która często jest krzykiem. Praktyką komunii, która jest wspólnotą złamanych. Praktyką nadziei, która nie znosi dowodów. Nie jest to system logiczny, który usprawiedliwia cierpienie. To jest obecność w cierpieniu. Obietnica, że nawet w najgłębszej otchłani nie jesteś sam. To bardzo mało, wiem.

— To bardzo dużo — szepnęła Małgorzata. — Tylko nie rób z tej obecności systemu, który orzeka, kto jest godny tej obecności, a kto nie. Nie rób z niej kolejnej hierarchii.

Siedzieli tak w milczeniu, trzymając się za ręce, podczas gdy na stole stygły raki, a koniak w kieliszkach odparowywał, tracąc moc. Dwie niemożliwe do pogodzenia wizje prawdy — jedna sięgająca do transcendencji, druga wpisana w immanencję walki — spotkały się na chwilę nie w słowach, ale w tym milczącym, cielesnym uznaniu wzajemnego człowieczeństwa, które było zarówno kruche, jak i uparte.

— Więc Platon i Augustyn? — zapytał w końcu Mosze, uwalniając jej dłoń. — To dwa sposoby ucieczki od odpowiedzialności za ten świat — powiedziała Małgorzata, ale już bez ostrości. — Albo do świata czystych idei, albo do łaskawej opatrzności. Tomasz próbował je ze sobą pożenić i zbudował idealną twierdzę dla władzy. Ale w tej twierdzy… — zawahała się — w tej twierdzy ludzie czasem znajdowali schronienie przed chaosem. I pocieszenie. Nie mogę tego po prostu zlekceważyć.

— A twoja walka klas — dodał Mosze — to sposób na wzięcie całej odpowiedzialności na siebie. I to jest ciężar, pod którym można się złamać. Ale w tej walce… ludzie czasem znajdują godność i solidarność. I ja też nie mogę tego zlekceważyć.

Uśmiechnęli się do siebie smutno. Bitwa była nierozstrzygnięta. Może nierozstrzygalna. Małgorzata wstała i podeszła do gramofonu. Po chwili z głośników popłynęły surowe, melancholijne dźwięki „Międzynarodówki” w wykonaniu chóru Armii Czerwonej. Potem, bez pauzy, zastąpiły je uroczyste, podniosłe chorały gregoriańskie „Salve Regina”. Dwie antyfonie, dwa wezwania do transcendencji — jedno poziome, ku przyszłej ludzkości, drugie pionowe, ku wiecznej Bogurodzicy. Dźwięki mieszały się, tworząc kakofonię, która po chwili, niespodziewanie, zyskała własną, przejmującą harmonijność.

Mosze słuchał z zamkniętymi oczami. W tej dziwacznej mieszance słyszał głos ojca, śpiewającego psalmy, i głos matki, śpiewającej cygańskie pieśni. Słyszał swoją własną, złamaną wiarę i niewiarę. I wiedział, że prawda, jeśli w ogóle istnieje, jest czymś bardziej złożonym niż Idea, bardziej ukrytym niż łaska, i bardziej niebezpiecznym niż jakakolwiek walka. Jest czymś, co wymaga, byśmy, jak owi raki, rozłupywali twarde pancerze systemów, by wyssać z nich trochę gorzkiego, słonego, życiodajnego smaku. Nawet jeśli potem zostają tylko stosy pustych skorupek.

Analiza prawdy chrześcijańskiej

Pojęcia prawdy jako Objawienia

Zapach palonego drewna i pieczonego tłustego węgorza mieszał się z ostrym aromatem whisky. Na balkonie Małgorzaty, przy blaszanym stole, syczał ruszt, na którym czarne, ociekające sosem filety zwijały się w charakterystyczne łuki. W środku, na niskim stole, stały dwie otwarte butelki Ballantines i dwa grube kieliszki do whisky. Gosia, w białej, zwiewnej sukience z jednym, dramatycznym rozcięciem od uda niemal do pachy, stała przy ruszenie, obracając węgorza szczypcami. Przy każdym ruchu sukienka odsłaniała płynny, opalony fragment jej ciała — udo, biodro, linię talii. Była to prowokacja tak oczywista, że stawała się niemal niewinna, element krajobrazu jak rozlew Wisły.

Mosze wszedł, zdejmując kurtkę. Bez koloratki, w zwykłej koszuli, czuł się nagi, odarty z symbolicznej ochrony. Jego wzrok mimowolnie przesunął się po jej sylwetce, zanim zdołał go skontrolować. Czuł gorzki smak winy zmieszany z podnieceniem.

— Mówisz, że Objawienie to nie dyktat, ale zaproszenie? — rzuciła Gosia, nie odwracając się. — To ciekawe. Bo w każdym zaproszeniu jest ukryte: „możesz nie przyjść”. Ale w twoim Objawieniu, jeśli je odrzucisz, czeka cię piekło. To zaproszenie z pistoletem przystawionym do skroni. Bardzo grzeczne, ale z wyraźnymi warunkami.

— To karykatura — odparł Mosze, siadając ciężko na sofie. Jego głos zabrzmiał szorstciej, niż zamierzał. — Piekło to nie kara zewnętrzna. To stan ostatecznego odrzucenia tej komunii, do której zostaliśmy stworzeni. Bóg szanuje wolność do końca. Nawet wolność do samounicestwienia w nienawiści.

Gosia przeniosła talerz z rumieniącym się węgorzem na stół i usiadła naprzeciwko, rozsiadając się wygodnie. Rozcięcie sukni rozchyliło się, odsłaniając całą długość nogi. Nalała dwa duże kieliszki whisky. — „Stan”. „Komunia”. To są słowa, które łagodzą przemoc. Spójrzmy na mechanizm twojego Objawienia. Po pierwsze: jest ono historyczne. Bóg przemówił w konkretnym czasie, do konkretnego ludu, przez konkretnych ludzi. Już tu jest problem wykluczenia. Dlaczego do Abrahama, a nie do jakiegoś filozofa w Chinach? Dlaczego w Palestynie, a nie w Australii? To od razu tworzy naród wybrany, lud depozytariuszy. Reszta jest w cieniu, w „przygotowaniu do Ewangelii”.

— Bóg działa w historii, bo jest Bogiem osoby, nie abstrakcji! — zaprotestował Mosze, biorąc kieliszek. Ciepły trunek podziałał natychmiast, rozluźniając napięcie w szczękach. — Wybiera konkret, bo kocha konkret. To nie jest wykluczenie, to jest początek. Objawienie ma charakter stopniowy, jak dojrzewanie dziecka. Najpierw naród, potem, przez niego, cała ludzkość w Chrystusie.

— Przez niego, czyli przez Kościół — podcięła Gosia, odgryzając kawałek tłustego, wędzonego mięsa. — I tu jest drugi problem: materialność nośnika. Objawienie jest zapisane w księdze. W ludzkim języku, z jego ograniczeniami, metaforami, błędami kopistów. Utrwalone w tradycji, która jest splotem autentycznych wspomnień, teologicznych interpretacji i czysto ludzkich, często politycznych, decyzji. Sobory, na których bito się o słowa jak o władzę. Kanon Pisma ustalany przez mężczyzn w określonym interesie doktrynalnym. I ty mi mówisz, że to jest czyste, nienaruszone Słowo Boga? To jest ludzka konstrukcja ubóstwiona post factum.

Mosze poczuł, jak whisky otwiera w nim bramy, za którymi czaił się gniew i żal. Miał dość tego bezlitosnego redukcjonizmu. — A twoja marksistowska „naukowość” też jest ludzką konstrukcją! Opartą na konkretnych tekstach Marksa i Engelsa, interpretowanych przez Lenina, Trockiego, Stalina, z czego powstały krwawe sekty! Różnica jest taka, że my wierzymy, iż w tej ludzkiej, ułomnej materii działa Duch Święty. Że Bóg jest sprawcą natchnienia, a nie dyktującym sekretarzem. Że Kościół, choć grzeszny, jest prowadzony przez Ducha w rozumieniu istoty Objawienia. To jest akt wiary, Gosiu. Nie da się tego zweryfikować pod mikroskopem.

— Ducha Świętego, który pozwolił na krucjaty, inkwizycję, popieranie niewolnictwa, potępianie Galileusza? — Gosia wypiła duży łyk whisky, a jej oczy zwilgotniały nie tylko od alkoholu. — To bardzo wybiórczy Duch. Zawsze po stronie władzy, patriarchatu, posiadania. Zawsze legitymizujący status quo. Objawienie, które przyniosło rewolucyjne przesłanie miłości, w praktyce stało się najpotężniejszym narzędziem konserwatyzmu w historii Zachodu. Bo skoro prawda została już dana, raz na zawsze, to każda zmiana jest podejrzana. Każdy postęp — groźbą. Rewolucja naukowa, emancypacja kobiet, prawa LGBT — wszystko to musi przejść przez sito „zgodności z Objawieniem”. A to sito jest w rękach starców w Rzymie.

Mosze wstał i podszedł do okna. Za szybą płynęła ciemna wstęga Wisły. Myślał o swojej konwersji. O tym, że dla niego, Żyda po Zagładzie, Ewangelia była właśnie objawieniem miłości w miejsce prawa. Była odpowiedzią na pytanie, gdzie był Bóg w Auschwitz. W cierpiącym Chrystusie. To była jego osobista, głęboka intuicja. A teraz ta kobieta rozbijała to na cząstki, pokazując, jak ta sama struktura była używana do przemocy. — Masz rację — powiedział cicho, nie odwracając się. — Instytucja zdradzała Ducha niezliczoną ilość razy. Ale to nie znaczy, że Ducha nie ma. Że Objawienie nie jest prawdziwe. To znaczy, że jesteśmy grzeszni. Że używamy nawet najświętszych rzeczy do naszej małej, nikczemnej gry o władzę. Ale w środku tego… w środku pozostaje czyste Słowo: „Bóg jest miłością”. „Przebaczajcie”. „Błogosławieni ubodzy”. To jest rdzeń. Reszta jest obudową.

Gosia podeszła do niego. Stała tuż obok, a zapach jej perfum i pieczonego węgorza zmieszał się z oddechem whisky. Rozcięcie sukienki było teraz na wysokości jego oczu. — A jeśli ten rdzeń też jest konstruktem? — szepnęła. — Wyborem pewnej tradycji spośród wielu? Wczesne chrześcijaństwo było zlepkiem sekt. Gnostycy wierzyli, że Bóg Starego Testamentu to zły demiurg, a prawdziwy Bóg objawił się w Chrystusie, by nas wyzwolić z materialnego więzienia. Arianie uważali, że Chrystus jest stworzeniem, a nie Bogiem. Twoje „czyste Słowo” jest produktem zwycięstwa jednej frakcji nad innymi. Zwycięstwa, które zostało przypieczętowane polityczną władzą Konstantyna. Nicejskie wyznanie wiary to akt polityczny, Mosze. Uspokojenie Cesarstwa przez narzucenie jednolitej doktryny. Twoja „prawda objawiona” ma na sobie odciski palców rzymskich cesarzy i ambitnych biskupów.

Odwrócił się do niej. Byli bardzo blisko. Widział migoczące światła miasta odbite w jej ciemnych oczach. — I co z tego? — zapytał, a w jego głosie brzmiała desperacja. — Że prawda wciela się w historię ze wszystkimi jej brudami? To właśnie jest chrześcijaństwo! Bóg, który staje się człowiekiem w konkretnym czasie, pod okupacją rzymską, w biednej rodzinie, w zapyziałej prowincji. Który umiera haniebną śmiercią jako przestępca polityczny. Objawienie nie spada z nieba w próżni. Jest wpisane w brud, w walkę o władzę, w interpretacje. Tak jak wcielenie. I to jest jego paradoksalna wiarygodność! Gdyby było czystą, gnostycką ideą, byłoby tylko kolejną filozofią. A ono jest raną w historii. Krwawiącym faktem.

Gosia przez chwilę milczała, wpatrując się w niego. Potem odeszła, nalała więcej whisky. — Lubię tę ranę — przyznała niespodziewanie, siadając na podłodze, opierając się plecami o sofę. Jej nogi wyciągnęły się przed nią, a sukienka rozchyliła się jeszcze bardziej. — Lubię ten konkret. Brud stajenki, pot, krew, łzy. To jest jedyna część chrześcijaństwa, która do mnie przemawia. Bóg, który nie boi się wejść w materię aż po śmierć. Ale wy, Kościół, od razu zaczęliście tę ranę zabliźniać. Zamieniać w dogmat, w sakrament, w niepokalane pojęcie. Chcecie, żeby Zmartwychwstanie anulowało Krzyż. A ja myślę, że prawda jest w Krzyżu. W tym krzyku: „Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. W tej absolutnej opuszczeniu. To jest prawdziwe objawienie: że nawet Bóg, jeśli istnieje, doświadcza naszej samotności. I na tym trzeba było poprzestać. Zamiast tego, zbudowaliście cały system, by ten krzyk uciszyć, osłodzić, oprawić w złoto.

Mosze opadł na podłogę obok niej. Nie mógł już znieść dystansu. Siedzieli ramię w ramię, plecami do sofy, patrząc w pusty pokój. — To nieprawda, że chcemy uciszyć krzyk — powiedział, a jego ramię zetknęło się z jej nagim ramieniem. Skóra była gorąca. — Cała liturgia jest pamiątką ofiary. Co tydzień podnosimy hostię, która jest Ciałem złamanym. Nie zapominamy. Ale dodajemy nadzieję. Bo jeśli nawet Bóg doświadczył tej otchłani i przeszedł przez nią, to znaczy, że otchłań nie ma ostatniego słowa. To nie jest osładzanie. To jest postawienie na życie w obliczu śmierci.

— A ja myślę, że to oszustwo — szepnęła Gosia, a jej głos zadrżał. — Bo to „przejście przez otchłań” Boga czyni nasze cierpienie małym, względnym. „On też cierpiał, więc masz współcierpieć z Nim, a będzie ci dana chwała”. To jest spirala masochizmu! Prawdziwa solidarność z cierpiącym nie obiecuje mu zmartwychwstania. Siedzi z nim w jego piekle i nie mówi ani słowa. Nie oferuje żadnego sensu. Uznaje, że to piekło jest absurdem, który należy zniszczyć tu i teraz. A wy oferujecie transcendencję, która zdradza immanencję.

Mosze odwrócił głowę i spojrzał na nią. W kąciku jej oka błyszczała łza. Córka popa i Cyganki. Odrzucona przez obie tradycje. Jej piekło było rzeczywiste, codzienne, bez obietnicy zmartwychwstania. — A twoja walka klas — zapytał łagodnie — czy nie jest właśnie taką obietnicą zmartwychwstania? Raju na ziemi po rewolucji? I czy nie zdradzała ona cierpiących właśnie tym, że ich konkretne, dzisiejsze cierpienie było tylko trybikiem w wielkiej maszynie historii? Że „cel uświęca środki”? To też jest transcendencja, Gosiu. Przyszła ludzkość jako Bóg, który usprawiedliwia ofiary dzisiaj.

Gosia zamknęła oczy. Łza spłynęła po policzku. — Masz rację — wyszeptała. — To jest nasz grzech. Nasza własna teologia. Nasze własne „cel uświęca środki” to dokładnie to samo, co wasze „wszystko służy większej chwale Bożej”. To są bliźniacze struktury. Obie zdradzają człowieka żywego na ołtarzu abstrakcji: Boga albo Historii.

Zapadło milczenie. Słychać było tylko odgłos miasta za oknem. Mosze nie mógł znieść jej łez. Nieśmiało, jakby dotykając czegoś świętego i niebezpiecznego, podniósł dłoń i otarł łzę z jej policzka. Ona nie odsunęła się. Otworzyła oczy i spojrzała na niego. W tym spojrzeniu była cała ich niemożliwość: kapłan i ateistka, żydowski konwertyta i cygańska bękartka, mężczyzna i kobieta w tej prowokacyjnej sukience. — Objawienie… — zaczęła Gosia, nie odrywając od niego wzroku — polega na tym, że prawda przychodzi z zewnątrz. Nie możesz jej wydedukować z siebie. Musi ci być dana. To jest kwintesencja władzy. Bo kto ma prawo dać? I jak odróżnić prawdziwe objawienie od złudzenia, od psychozy, od sprytnej manipulacji?

— Stąd Kościół — odparł Mosze, a jego palce pozostały na jej policzku. — Społeczność wierzących, która rozeznaje, przekazuje, strzeże. Magisterium. — A więc zewnętrzny autorytet — podsumowała. — Ostatecznie, twoja prawda opiera się nie na twoim wewnętrznym przeżyciu, ale na zaufaniu do instytucji. Nawet jeśli mówisz o wewnętrznym świadectwie Ducha, to musisz je sprawdzać z tym, co mówi Kościół. Prawda jest więc relacją posłuszeństwa. Uznaniem, że ktoś wie lepiej. Że jest wyższy hierarchią poznania. To jest antydemokratyczne w samym rdzeniu.

— A twoja prawda naukowa? — spytał Mosze, przesuwając dłoń do jej szyi. Jej tętno było szybkie, gwałtowne. — Też opiera się na zaufaniu do autorytetu. Do naukowców, do recenzowanych czasopism, do metodologii. Nie sprawdzasz samodzielnie wszystkich dowodów na teorię względności. Ufasz społeczności naukowej. To też jest hierarchia, Gosiu. Tylko inaczej zbudowana.

— Ale ta społeczność w teorii jest otwarta na krytykę, na falsyfikację! — odparła, ale jej głos był już tylko szeptem. — Wasza jest zamknięta. Ogłoszone dogmaty są nieodwołalne. — A wasze paradygmaty? — mruknął Mosze, pochylając się bliżej. Czuł zapach jej oddechu, whisky i czegoś dzikiego, cygańskiego. — Też są nie do podważenia w ramach danego systemu, dopóki nie nastąpi rewolucja naukowa. I też macie swoje ekskomuniki. Lysenko skazał genetyków na śmierć w imię „prawdziwej, socjalistycznej nauki”.

Ich twarze były teraz oddalone o centymetry. Rozcięcie sukienki, jej nagie ramię, jego dłoń na jej szyi — wszystko to tworzyło drugi, niewerbalny dialog, który przeczył słowom. — Więc wszędzie jest to samo? — wyszeptała Gosia. — Walka o władzę nad definicją prawdy? — Wszędzie — przytaknął Mosze. — Ale może… może Objawienie chrześcijańskie mówi coś jeszcze. Mówi, że ostateczna Prawda jest Osobą, która kocha. I że poznanie prawdy nie jest aktem intelektu, ale aktu zaufania osobie. Miłości. To jest zupełnie inny model.

— Model, który czyni z wiary cnotę, a z wątpliwości grzech — odparła, ale bez przekonania. Jej oczy wpatrywały się w jego usta. — A może czyni z wątpliwości część drogi? — szepnął. — Jak Tomasz Niedowiarek, który dotknął ran. Bóg dopuszcza wątpliwość. Ona nie wyklucza. Pyta tylko o wierność.

Pochylił się i pocałował ją. Był to pocałunek gorzki od whisky, słony od łez i słodki od desperackiego pragnienia, by przekroczyć wszystkie te dialektyki, wszystkie systemy, wszystkie prawdy. Gosia odpowiedziała natychmiast, z dziką intensywnością, jakby ten pocałunek był ostatnim argumentem, ostatnim „objawieniem”, które mogło rozstrzygnąć spór.

Po długiej chwili odsunęła się, ciężko oddychając. Jej sukienka była teraz całkowicie rozchylona, odsłaniając biust i płaski brzuch. Ale w jej oczach nie było już prowokacji. Była tam tylko ogromna, dziecinna wrażliwość. — To też jest objawienie? — zapytała drżącym głosem. — To pragnienie? To ciało? Czy to też jest „z zewnątrz”? Czy to też jest prawda?

Mosze czuł, jak ziemia usuwa mu się spod nóg. Całe jego kapłaństwo, jego wiara, jego tożsamość — wszystko wirowało w tej ciemnej próżni pożądania i czułości. — Bóg stworzył ciało — wyjąkał. — Pożądanie jest dobre… w małżeństwie. — Ale my nie jesteśmy w małżeństwie — przypomniała mu, a w jej głosie zabrzmiała ironia i ból. — Jesteśmy w twoim mieszkaniu, pijani, przy węgorzu. To jest konkret. To jest immanencja. Twoja transcendencja mówi, że to jest grzech. Moja walka klas mówi, że to jest burżuazyjna słabość. A co mówi twoje ciało, Mosze? Co mówi twoje ciało, które jest Żydem, kapłanem, mężczyzną, który chce mnie, córki popa i Cyganki?

To było pytanie, na które nie miał odpowiedzi. Albo miał ich zbyt wiele. Prawda Objawienia mówiła: „uciekaj”. Prawda jego samotności mówiła: „zostań”. Prawda jego pożądania mówiła: „weź mnie”. Prawda jego miłości do niej, która wyłoniła się nagle, jak rozbłysk, mówiła: „zbaw ją, choćbyś miał sam się zgubić”.

— Moje ciało mówi, że jesteś piękna — wydusił z siebie. — I że jestem przerażony. — Boję się też — przyznała Gosia, owijając się nagle ramionami, jakby zrobiło jej się zimno. — Boję się, że jeśli pójdziemy dalej, stracimy tę rozmowę. Tę straszną, wspaniałą rozmowę o prawdzie. Zamienimy ją w kolejne ciało, w kolejne milczenie.

Mosze odsunął się, oparł głowę o sofę. Czuł, jak whisky i emocje zalewają go falą zawrotu głowy. — Może w tym właśnie jest problem Objawienia — powiedział, patrząc w sufit. — Że próbuje zamienić ciało w słowo. A słowo w ciało. I nigdy się to w pełni nie udaje. Zostaje rozdźwięk. Napięcie. To napięcie to… życie. A my, Kościół, chcieliśmy je usunąć. Chcieliśmy, żeby Słowo było Ciałem raz na zawsze, jednoznacznie, w Eucharystii. Żeby nie było już pytań. Ale pytania wracają. Wracają w takich sytuacjach jak ta.

Gosia poprawiła sukienkę, nie z pruderyjności, ale jakby nagle potrzebowała granicy. — Mój ojciec, pop Ołeg — zaczęła niespodziewanie — miał kochanków. Mężczyzn. To był jego sekret. Modlił się do Boga, by go uleczył z tej „nieuporządkowanej skłonności”. Czyli z samego siebie. Jego objawienie mówiło mu, że jest chory, że jest grzeszny w samym rdzeniu. To go zniszczyło. Moja matka, Shofranka, wiedziała. Śmiała się. Mówiła: „Bóg to dym, a księża to ogień, który go produkuje. Nie oddychaj tym dymem”. Dla niej prawdą było niebo, gwiazdy, ogień, woda, śpiew. Nie potrzebowała księgi. Dlatego ją odrzucił. I mnie.

Mosze słuchał, a jego serce pękało. Widział teraz źródło jej wściekłości, jej redukcjonizmu. To była obrona przed bólem bycia odrzuconym przez obie formy „prawdy”: kościelną i plemienną. — Mój ojciec, Salomon — odpowiedział równie cicho — całe życie szukał prawdy w Talmudzie. W tych wszystkich dysputach. Po wojnie, po tym, jak stracił wszystkich, przestał wierzyć, że prawda w ogóle istnieje. Mówił: „Prawda umarła w krematoriach. Zostały tylko słowa, którymi gramy, by oszukać samotność”. Ja poszedłem w drugą stronę. Szukałem prawdy, która jest pewna jak skała. Która nie może umrzeć. Znalazłem ją w Chrystusie. W Jego zmartwychwstaniu. W objawieniu, że miłość jest silniejsza od śmierci. To była moja ucieczka. Moja obrona.

Spojrzeli na siebie. Dwoje uciekinierów. On od pustki po Zagładzie, ona od bólu odrzucenia. On znalazł schronienie w pewności Objawienia, ona — w walce przeciwko wszelkim pewnikom. — I co teraz? — zapytała Gosia. — Nasze prawdy się wykluczają. Twoja każe ci wstać i wyjść. Moja każe ci zostać i walczyć z hipokryzją własnego pożądania.

Mosze wstał. Stanął nad nią. Był kapłanem. Był mężczyzną. Był Żydem, który uwierzył w Chrystusa. Był człowiekiem, który chciał tę kobietę bardziej niż czegokolwiek w życiu. — Może jest trzecia prawda — powiedział, a jego głos był ochrypły. — Prawda tego spotkania. Prawda, że oboje jesteśmy złamani i oboje szukamy. Prawda, że twoja krytyka jest słuszna, a moja wiara jest prawdziwa. To niemożliwe, ale tu jest. Teraz. Przy węgorzu i whisky. To nie jest objawienie z nieba. To jest objawienie z głębi. Z rany.

Pochylił się i podał jej rękę. Pomógł jej wstać. Stali blisko, ale nie obejmowali się. — Nie pójdziemy dalej — stwierdziła, nie pytając. — Nie pójdziemy dalej — potwierdził. — Bo zniszczylibyśmy coś, co jest… świętsze. — Świętsze od posiadania? — Świętsze od ucieczki w posiadanie. I w potępienie.

Uśmiechnęła się, a w tym uśmiechu było coś starożytnego, mądrego, jakby odziedziczonego po cygańskiej prababce. — Więc twoje Objawienie wygrało? — spytała. — Nie — zaprzeczył. — Wygrało nasze… zawieszenie broni. Nasze uznanie, że żadna z naszych prawd nie jest kompletna. Że może Bóg objawia się też w tym, jak Jego system jest kwestionowany przez twoją nagość i twoją inteligencję. A twoja walka objawia się w tym, jak pragniesz czegoś więcej niż tylko walki. Jak pragniesz… zbawienia, którego sama sobie nie możesz dać.

— To bardzo nie marksistowskie — zauważyła, ale bez przekąsu. — To bardzo nie katolickie — odparł.

Zapakował resztę węgorza do lodówki. Zamknął butelki. Włożył kurtkę. Gdy był w drzwiach, odwróciła się do niego. Sukienka znów się rozchyliła, ale teraz wyglądała na zwykły kawałek materiału. — Mosze? Dziękuję. Za to, że nie uciekłeś. I za to, że odszedłeś. — Dziękuję, Gosiu. Za to, że zaatakowałaś. I za to, że się zatrzymałaś.

Kiedy drzwi się zamknęły, a ona została sama z pustymi butelkami i zapachem pieczonej ryby, podeszła do okna. Widziała jego sylwetkę, oddalającą się w noc. I pomyślała, że może objawienie nie jest słowem z nieba, ani nawet raną w historii. Może jest to przestrzeń między dwoma ludźmi, którzy, pomimo wszystko, co ich dzieli, są w stanie przez chwilę widzieć nawzajem swoje człowieczeństwo, nie próbując go zawłaszczyć ani dla Boga, ani dla Rewolucji. I że ta przestrzeń, pusta i niema, jest może jedyną prawdą, której warto być posłusznym. Nawet jeśli jest to prawda, która nie prowadzi nigdzie — tylko głębiej w tajemnicę.

Rozdział 2: Prawda chrześcijańska

Struktura, źródła, praktyka

Źródła

Pismo Święte, Tradycja, Nauczycielski Urząd Kościoła (Magisterium) — wzajemna relacja

Mieszkanie Mosze było ascetyczne: drewniany krzyż na białej ścianie, półka z książkami teologicznych i filozoficznych, skromna kuchnia. Jedynym luksusem był stary, rozkładany tapczan, który teraz służył jako sofa i miejsce spotkania. Zapach pieczonego baranka z czosnkiem i rozmarynem wypełniał przestrzeń, mieszając się z ostrymi nutami wódki, wina i nalewki wiśniowej, które stały na niskim stoliku. Gosia, w kwiecistej sukience z wiązaniem pod szyją i głębokim, pionowym rozcięciem od dekoltu aż do pasa, usiadła na podłodze, opierając się plecami o tapczan. Rozcięcie sukienki, trzymane razem tylko przez parę zatrzasków, zdradzało przy każdym ruchu obfity, podtrzymany jedynie biustonoszem biust. Było to wyzwanie rzucone tej ascetycznej przestrzeni.

Mosze, siedzący na tapczanie w swoim zwykłym swetrze, starał się utrzymać wzrok na jej twarzy. Był gospodarzem. Czuł się bardziej narażony. Jego twierdza została zdobyta. — Więc to jest wasza święta trójca prawdy? — zaczęła Gosia, nalewając do szklanek wiśniówki. — Pismo, Tradycja, Magisterium. Trzy nogi stołka, na którym siada papież. Ale co, jeśli jedna noga jest krótsza? Albo spróchniała? — To nie są trzy oddzielne źródła — poprawił ją Mosze, biorąc szklankę. — To jedno źródło — Słowo Boże — które do nas dociera przez te dwa kanały: spisane (Pismo) i niespisane, żywe (Tradycja), a które jest autentycznie interpretowane przez Magisterium Kościoła. To jak rzeka z dwoma dopływami, a Magisterium jest… strażnikiem czystości jej wód. — Strażnikiem, który sam się w niej kąpie i pije — dodała Gosia, pijąc. — To cyrkularne. Magisterium definiuje, co jest Pismem (ustalając kanon), co jest Tradycją (uznając niektóre praktyki za apostolskie), a potem powołuje się na te źródła, by legitymizować własny autorytet. To zamknięta pętla. Bóg mówi: „Słuchajcie Kościoła”. Kościół mówi: „Słuchajcie nas, bo Bóg tak powiedział”. Jak to zweryfikować z zewnątrz?

Mosze wstał, by sprawdzić baranka. Potrzebował ruchu, dystansu od jej ciała i jej argumentów. — Weryfikacja odbywa się w życiu Kościoła — powiedział, zaglądając do piekarnika. — W świętości świętych, w modlitwie wiernych, w nieustającej obecności Ducha Świętego. To nie jest czysto logiczna konstrukcja. To jest rzeczywistość żywego organizmu, który przez wieki zachowuje swoją tożsamość i przekazuje depozyt wiary. — Organizm, który ma raka — rzuciła bezlitośnie Gosia. — Sobór watykański II mówi o „hierarchii prawd”. Że niektóre są ważniejsze, inne mniej. Ale kto ustala tę hierarchię? Znowu Magisterium! To znaczy, że może ono zdecydować, że prawda o nieomylności papieża jest ważniejsza niż prawda o miłosierdziu. I już! Przesuwa się akcenty, a cała reszta musi się dostosować. To nie jest odkrywanie prawdy. To jest zarządzanie prawdą w celach politycznych.

Mosze wyjął brytfannę, postawił ją na kuchennym blacie. Zapach był oszałamiający. Obrócił się do niej. — Weźmy konkret. Kanon Pisma. Dlaczego List do Hebrajczyków jest w kanonie, a List Barnaby nie? Dlaczego cztery Ewangelie, a nie Ewangelia Tomasza? To nie była arbitralna decyzja jakiejś tajnej rady. To był długi proces rozeznawania we wspólnocie: czy dany tekst jest autentycznym świadectwem apostolskim, czy jest zgodny z „regułą wiary” przekazywanej ustnie? Tradycja żywa pomogła rozpoznać, co jest Pismem. Pismo potwierdziło i utrwaliło Tradycję. To dwa skrzydła. — A Magisterium jest pilotem — dokończyła Gosia, podchodząc do kuchni. Stanęła blisko niego, patrząc na złotobrązowego baranka. — I ten pilot czasem zawodzi. Przez wieki Magisterium nauczało, że niewolnictwo jest dopuszczalne, że kobiety są podporządkowane z natury, że wolność sumienia to herezja. Później to odwoływano. Czy to znaczy, że Duch Święty się mylił? Że przez wieki prowadził Kościół w błędzie? A może Duch Święty jest tylko wygodną zasłoną dymną dla ludzkich, zmiennych opinii władzy kościelnej?

Jej bliskość była przytłaczająca. Zapach jej perfum i pieczonego mięsa zmieszał się. Mosze odsunął się, by nakryć do stołu. — To jest problem rozwoju doktryny — powiedział, kładąc talerze. — Prawda jest niezmienna, ale jej zrozumienie przez Kościół pogłębia się. Jak ziarno, które rośnie. Magisterium nie głosi nowych prawd, ale wydobywa z depozytu to, co było w nim zawarte implicite. Niewolnictwo… to była bolesna ślepota, uwarunkowana historycznie, która w końcu ustąpiła pod wpływem światła Ewangelii, które jednak cały czas tam było. Tak to się tłumaczy. — Wygodnie! — zaśmiała się krótko Gosia, siadając przy stole i rozkładając serwetę na kolanach. Rozcięcie sukienki rozchyliło się, odsłaniając dekolt aż do pasa. — Wszystko, co złe, to „historyczne uwarunkowanie”. Wszystko, co dobre, to „odwieczna prawda”. Magisterium ma zawsze rację ex post. To jest nieobalalne. Nie można tego sfalsyfikować. To nie nauka. To ideologia w czystej postaci.

Mosze usiadł naprzeciwko. Krając baranka, starał się skupić na mięsie, a nie na jej odsłoniętej skórze. — A twoja marksistowska nauka? — spytał, podając jej talerz. — Też miała swoje „historyczne uwarunkowania”. Lysenkoizm w ZSRR, zaprzeczanie wartości rynkowej w niektórych teoriach. Potem to odrzucano, mówiąc, że „rozwijano teorię”. To ten sam mechanizm. — Ale w nauce jest zewnętrzny arbit — odparła, biorąc widelec. — Rzeczywistość materialna. Eksperyment. Dane. Jeśli twoja teoria nie zgadza się z faktami, upada. W twoim systemie arbitrem jest… sam Magisterium. To on decyduje, czy dane „zrozumienie” jest zgodne z depozytem. Nie ma zewnętrznego odwołania. Nawet twoje „święci” są kanonizowani przez ten sam urząd. To jest samowystarczalne uniwersum.

Zjedli przez chwilę w milczeniu. Baranek był doskonały — miękki, aromatyczny. — Jest jeszcze inny problem — podjęła Gosia, oblizując sos z palców. Gest był niezwykle zmysłowy. — Tłumaczenie. Pismo jest napisane po hebrajsku, aramejsku, grecku. Każde tłumaczenie to już interpretacja. Tradycja jest niepisana, czyli podlega nieustannej reinterpretacji. Magisterium mówi po łacinie, po włosku, po polsku. Język nie jest przezroczysty. Każde słowo niesie ze sobą cały bagaż kulturowy. Gdzie tu miejsce na czyste, obiektywne Słowo Boże? Ono tonie w oceanie ludzkich języków, intencji, błędów.

— Stąd właśnie potrzeba żywego Magisterium! — odparł Mosze z rosnącą pasją. — By być strażnikiem sensu. By nie pozwolić, żeby każde pokolenie interpretowało Pismo od nowa, według swojej mody. By zachować continuum rozumienia. Magisterium jest jak sternik, który trzyma kurs, mimo że fale języków i kultur ciągle biją w burtę. — A jeśli sternik zasnął? Albo popłynął w złą stronę? — spytała Gosia, patrząc mu prosto w oczy. — Przez całe wieki sternik twierdził, że Ziemia jest centrum wszechświata, bo tak „wynika” z Pisma. Galileusz miał przeciwne dane — arbitrem była rzeczywistość. Sternik postawił na swoje i uciszył głos z zewnątrz. To jest właśnie niebezpieczeństwo: Magisterium odcina się od zewnętrznego arbitrażu. Tworzy własny, samowystarczalny świat, w którym jedyną rzeczywistością jest jego własna interpretacja.

Mosze odsunął talerz. Czuł, że traci grunt. Jej argumenty były jak ciosy młota. A jej ciało, tak obcesowo wystawione na pokaz, było drugim, niewerbalnym atakiem na jego celibat, na jego dyscyplinę, na samą ideę, że prawda może być czysta, duchowa, oddzielona od ciała. — Sądzisz, że jestem naiwny? — zapytał nagle, patrząc na jej dekolt, a potem szybko podnosząc wzrok. — Że nie widzę problemów? Że nie czuję tej pętli? Ale Gosiu, alternatywa jest chaos. Jeśli każdy ma prawo interpretować Pismo według siebie, dostajemy tysiąc sekt. Jeśli Tradycja nie ma strażnika, rozpływa się w folklorze. Magisterium to nie jest perfekcyjne rozwiązanie. To jest konieczne ryzyko. Lepiej ryzykować zniekształcenia przez instytucję, niż rozpad prawdy w subiektywizm.

Gosia wstała i podeszła do półki z książkami. Przechodziła palcami po grzbietach. Sukienka odsłaniała teraz jej plecy, bo rozcięcie było i z tyłu. — Konieczne ryzyko? — powtórzyła zamyślona. — Spójrz na mnie, Mosze. Jestem córką popa. W moim domu Pismo było czczone jak fetysz. Całowano je, noszono w procesji. Tłumaczenie? Tylko to, które aprobował ojciec. Tradycja? Sztywna jak drewno. Magisterium? Jego kaprys, jego nastroje, jego ukryta homoseksualność, którą tłumił modlitwą. Widziałam, jak ta trójca dusi życie. Jak zamienia żywe słowo w martwy rytuał. Jak zabija ducha w imię Ducha. I wiesz, gdzie znalazłam prawdę? W zakazanych książkach ojca. W marksizmie, który demaskował władzę. W ciele mojej matki, która śpiewała cygańskie pieśni o miłości i śmierci, nie czekając na pozwolenie żadnego magisterium.

Odwróciła się. Jej twarz była rozpalona. — Wasza trójca to system władzy, Mosze. Najbardziej wyrafinowany w historii. Bo nie panuje tylko nad ciałami, ale nad duszami. Nad samym sposobem myślenia o tym, co prawdziwe. Mówi ci: nie ufaj swojemu rozumowi (chyba że się z nami zgadza). Nie ufaj swojemu doświadczeniu (chyba że potwierdza nasze nauczanie). Nie ufaj swojemu ciału (bo jest grzeszne). Zaufaj nam. My mamy klucz.

Mosze podszedł do niej. Był wzburzony, ale nie gniewem. Był to ból rozpoznania. — A ty, Gosiu, nie stworzyłaś sobie własnego Magisterium? — spytał, stojąc tuż przed nią. — Magisterium lewicowych autorytetów? Foucaulta, Marksa, feministek? Czy twoje ciało, które tak obnażasz przede mną, nie jest czasem twoim własnym „pismem”, które każesz mi czytać? Twoją własną „tradycją” buntu? I twoim własnym „magisterium”, które orzeka, że moja wiara jest opresyjna? Może wszyscy mamy takie trójce. Tylko wasza nie przyznaje się do swej władzy. Udaje, że jest „wyzwoleniem”.

Gosia przez chwilę milczała. Potem, niespodziewanie, rozpięła górny zatrzask swojego rozcięcia. Sukienka rozchyliła się jeszcze bardziej, odsłaniając biustonosz i gładką skórę brzucha. — Może masz rację — powiedziała cicho. — Ale moje „magisterium” nie twierdzi, że jest nieomylne. Nie obiecuje życia wiecznego. Nie grozi piekłem za nieposłuszeństwo. Mówi tylko: patrz. Doświadczaj. Kwestionuj. I bądź odpowiedzialny za konsekwencje. A to — to jest moje ciało. Nie jest święte. Nie jest grzeszne. Jest. I przez nie doświadczam świata. I twoja trójca przez wieki mówiła kobietom, by zakrywały to ciało, by się go wstydziły, bo jest źródłem pokusy. A ja mówię: nie. To twoja pokusa, Mosze. Twój problem. Nie moja wina.

Mosze poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Był kapłanem. Był mężczyzną. Był człowiekiem, który przez lata budował mur między duchowością a pożądaniem. A ona ten mur burzyła ciosami logiki i odsłoniętej skóry. — To nie fair — wyszeptał. — Przyszłaś tu, do mojego domu, i atakujesz mnie na dwóch frontach. Rozumem i… tym. — Bo prawda jest całościowa! — zawołała. — Nie da się jej oddzielić od ciała, od władzy, od pożądania, od lęku! Twoja trójca próbuje to zrobić. Próbuje stworzyć czystą, duchową prawdę. A ja ci pokazuję, że ona nie istnieje. Że twoje pożądanie mnie, twoja złość na moje argumenty, twoja tęsknota za pewnością — to wszystko jest częścią tej samej gry, w której twoje Magisterium chce być panem.

Odsunęła się, zapinając zatrzask, jakby nagle zrozumiała, że posunęła się za daleko. Usiadła na tapczanie, skulona. — Przepraszam — szepnęła. — To było… nie fair. Mosze opadł obok niej na tapczan. Nie dotykali się. — Nie, to było konieczne — powiedział zmęczonym głosem. — Bo masz rację. Mój system jest zamknięty. Bronię go, bo dał mi schronienie. Ale widzę jego mury. I widzę, że za tymi murami jesteś ty. Z twoim ciałem, twoim bólem, twoją prawdą, która kwestionuje moją.

Zapuścił się w ciszę. Słychać było tylko tykanie starego zegara. — Potrzebujemy Magisterium — zaczął ponownie, ale już inaczej. — Nie dlatego, że jest nieomylne, ale dlatego, że jest wspólnotowe. Prawda nie jest własnością jednostki. Jest darem dla wspólnoty i jest rozpoznawana we wspólnocie. Magisterium to narzędzie tej wspólnoty, by nie zagubić się w jednostkowych wizjach. Nawet jeśli to narzędzie jest drewniane i czasem się zacina. — Ale ta wspólnota jest zhierarchizowana, patriarchalna, wykluczająca — odparła Gosia, ale już bez zaciętości. — Głosy kobiet, głosy ludzi takich jak ja — nie mają w niej prawa do decydowania o kształcie prawdy. Jesteśmy przedmiotem nauczania, nie podmiotem. — I to się musi zmienić — przyznał Mosze, ku własnemu zaskoczeniu. — Nie wiem jak. Ale masz rację. Jeśli Magisterium ma być autentycznym głosem wspólnoty, musi być… bardziej wspólnotowe. Mniej urzędowe.

Gosia spojrzała na niego zdumiona. — To herezja, Mosze. Mówisz jak jakiś reformator. — Mówię jak człowiek, który rozmawia z tobą — odparł. — I który widzi, że twoja krytyka trafia w czuły punkt. Punkt, który boli. Może Duch Święty przemawia też przez takie rozmowy? Przez konfrontację z tym, co inne? Może Magisterium powinno się bardziej wsłuchiwać nie tylko w Tradycję, ale i w głosy, które kwestionują sposób, w jaki tę Tradycję przechowujemy?

— To by było coś — szepnęła Gosia. — Kościół, który zamiast głosić monolog, prowadzi dialog. Nawet z ateistycznymi córkami popów. — Nawet z nimi — przytaknął z uśmiechem. — Ale to nie znaczy, że rezygnujemy z depozytu. Tylko że przyznajemy, że nosimy go w glinianych naczyniach. I że czasem te naczynia zakrywają skarb.

Znów zamilkli, ale tym razem cisza była inna — nie była polem bitwy, ale przestrzenią zmęczenia i nowego rodzaju bliskości. — Wiesz co jest największym paradoksem? — spytała Gosia, kładąc się na tapczanie, z rękami pod głową. Jej sukienka rozchyliła się, odsłaniając boczny profil jej ciała. — Że ta wasza trójca jest… piękna. Jako system. Jako próba uchwycenia żywego Słowa w historii. Jako odpowiedź na ludzką potrzebę pewności i ciągłości. Jest piękna jak gotycka katedra. I tak samo pełna ciemnych zakamarków, gdzie dzieją się brzydkie rzeczy.

Mosze położył się obok niej, na plecach, patrząc w sufit. Nie dotykali się, ale czuł ciepło jej ciała. — A twoja krytyka jest też piękna — powiedział. — Jako żarliwość o wolność, o odpowiedzialność, o prawdę, która nie jest narzucona, ale wypracowana. Jak romantyczny poemat buntu. I tak samo naiwna, bo nie widzi, że ludzie potrzebują też katedry. Potrzebują murów, nie tylko przestrzeni.

— Może więc nie chodzi o to, by zburzyć katedrę? — zasugirowała. — Tylko by otworzyć wszystkie jej drzwi. Usunąć lochy. Pozwolić, by światło wpadało też od dołu, a nie tylko przez witraże na górze. — A jeśli ci, co przyjdą, zaczną wyrywać kamienie z fundamentów, by zbudować swoje domy? — spytał. — To ryzyko — przyznała. — Ale większe ryzyko jest zamknąć drzwi i udawać, że świat na zewnątrz nie istnieje. Albo że jest tylko miejscem potępienia.

Mosze odwrócił głowę i spojrzał na nią. Leżała z zamkniętymi oczami. Jej twarz w półmroku wyglądała na bardzo młodą i bardzo starą jednocześnie. — Gosiu — szepnął. — Czy twoje rozcięcie sukienki… to też było „otwarcie drzwi”? Czy to był atak? Otworzyła oczy. Spojrzała na niego bez uśmiechu. — To było pytanie — odpowiedziała. — Pytanie, czy zobaczysz mnie, czy tylko swoje pożądanie i swój grzech. Pytanie, czy twoja prawda potrafi objąć coś tak konkretnego, tak fizycznego, jak moje ciało. Czy potrafi je zobaczyć bez potępienia i bez ubóstwienia. Po prostu zobaczyć.

Mosze przez długą chwilę patrzył na jej profil, na łuk brwi, na usta, na linie szyi prowadzące w głąb rozciętej sukienki. — Widzę cię — powiedział w końcu. — Widzę kobietę, która cierpiała z powodu systemu, który ja reprezentuję. Która jest mądra, namiętna i złamana. I która prowokuje, by ukryć swój ból. I która… jest piękna. Ale to piękno nie jest moje. Nie mogę go mieć. Mogę tylko je zobaczyć i uszanować.

Gosia odwróciła się na bok, twarzą do niego. Jej oddech musnął jego policzek. — To dużo — szepnęła. — Więcej, niż się spodziewałam. Więcej, niż dostaję od większości mężczyzn, którzy widzą tylko albo grzech, albo okazję.

Leżeli tak blisko, że dzieliły ich centymetry. Mosze czuł, że każdy milimetr tej odległości wypełniony jest całą jego wiarą, jego ślubami, jego tożsamością. I całą jego ludzką samotnością. — Moja trójca prawdy — zaczął, mówiąc niemal do siebie — mówi mi, że teraz powinienem wstać, przejść do drugiego pokoju i się modlić. By nie ulec pokusie. — A co mówi ci twoje serce? — spytała, nie odsuwając się. — Mówi, żebym został. Że ta bliskość, ta rozmowa, to też jest… prawda. Fragment większej prawdy, której nie rozumiem. — A ciało? — Ciało mówi… to, co ciało. Ale nie jest ono sędzią. Jest częścią orkiestry. Głośną, czasem natrętna, ale tylko częścią.

Wyciągnął rękę i położył ją na jej dłoni, która leżała między nimi. To był dotyk inny niż wszystkie wcześniejsze — nie był pocałunkiem, nie był pieszczotą. Był gestem komunii, nie posiadania. — Twoja trójca jest jak ten dotyk — powiedziała Gosia, nie cofając dłoni. — Pismo to słowo, które dotyka. Tradycja to pamięć dotyku. Magisterium… to decyzja, czy dotknąć, jak i gdzie. I czasem ta decyzja jest podyktowana lękiem. — Czasem miłością — dodał Mosze. — Czasem — przytaknęła. — Czasem miłością, która boi się skrzywdzić.

Leżeli tak w milczeniu, trzymając się za ręce, podczas gdy na stole stygł baranek, a butelki stały niedopite. W tym ascetycznym mieszkaniu kapłana, przy zapachu pieczonego mięsa i kwiecistej sukience z głębokim rozcięciem, dokonywało się nieme, wzajemne uznanie. Uznanie, że prawda może być zarówno strukturalna, jak i osobista. Że może potrzebować zarówno kolumn Magisterium, jak i pnączy krytyki. Że może mieszkać zarówno w słowie spisanym, jak i w niemym geście dłoni, która nie śmie pójść dalej.

W końcu Gosia usiadła. Zapinała zatrzaski swojej sukienki, tym razem starannie, aż po samą szyję. — Dziękuję za baranka — powiedziała. — I za rozmowę. I za to, że nie uciekłeś. — Dziękuję za atak — odparł Mosze, wstając. — I za to, że przestałaś atakować. — Nie przestałam — uśmiechnęła się blado. — Tylko zmieniłam amunicję.

Gdy była już w drzwiach, odwróciła się. — Mosze? A jeśli Pismo, Tradycja i Magisterium to nie trzy nogi stołka… tylko trzy strony tego samego stołu? I my siedzimy po przeciwnych stronach, ale przy tym samym stole? — To byłoby… dobrze — odparł, czując nagłą falę ciepła. — Byłoby bardzo dobrze.

Po jej wyjściu posprzątał w milczeniu. Mył talerze, myśląc o trójcy. O tym, jak kruchy jest ten system, jak podatny na nadużycia, jak często zdradza ducha, który ma chronić. A jednak… a jednak coś w nim trwa. Coś, co nie jest tylko władzą. Coś, co jest pamięcią o miłości, która stała się ciałem i słowem. I może to „coś” potrzebuje właśnie takich rozmów, takich spotkań na granicy, takich gestów dotyku, które nie prowadzą do posiadania, ale do uznania. By nie skostnieć. By nie zapomnieć, że prawda, zanim stała się doktryną, była żywą Osobą, która dotykała trędowatych i jadła z grzesznikami. I może Magisterium powinno czasem zamieniać się w taki stół, przy którym mogą usiąść nawet córki popów i cygańskie bękarty. Nawet jeśli grozi to wywróceniem całego nakrycia.

Treść

Prawda jako osoba („Ja jestem drogą, prawdą i życiem” — Chrystus), dogmaty jako sformułowania prawd wiary

Mieszkanie Mosze tym razem pachniało duszoną cebulą, śmietaną i zielem angielskim. Potrawka z królika bulgotała cicho w żeliwnym garnku. Na stole, obok butelek żytniej wódki i taniego wina, stał przedmiot, który rzucał długie, nieregularne cienie na ściany: stara, pozłacana menora, siedmioramienny świecznik. Mosze zapalił dwie świece — nie było święta Chanuki, ale ich światło kąpało pokój w ciepłym, migotliwym blasku. Był to gest niejednoznaczny, jakby zaproszenie do innego rodzaju rozmowy.

Gosia przyszła ubrana w coś, co można było nazwać strojem tylko z wielkiej życzliwości. Była to czarna, koronkowa kombinacja, bardziej bielizna niż sukienka, przykryta cienkim, przezroczystym szalem z kaszmiru, który niczego nie ukrywał. Była bosą, jej włosy spięte luźnie, a na szyi — prosty drewniany krzyżyk, który wyglądał na podarowany. Jej skromność była prowokacją innego rodzaju: absolutna, nieprzypadkowa, wyzywająca w swojej dosłowności.

— Menaora w domu katolickiego księdza? — zapytała, siadając na podłodze przed niskim stolikiem, owijając szal wokół bioder jakby odruchowo. — To interesujące wyznanie.

Mosze, w zwykłym swetrze i spodniach, usiadł naprzeciwko. Jego wzrok przesunął się po niej, ale zatrzymał się na menorze. — To pamiątka po ojcu. Salomon Goldblatt zapalił na niej ostatnią chanukową świeczę w getcie w 1942 roku. Potem menora przetrwała w kryjówce. Dla mnie to nie tylko relikt. To… pytanie. To światło, które oświetla moją drogę do Chrystusa, ale i cień, który za mną ciągnie.

— Cień prawdy, która była przed twoją prawdą — dodała Gosia, nalewając wódki do dwóch szklanek. — Więc zaczynajmy. „Ja jestem drogą, prawdą i życiem”. To twoje centrum. Wszystko inne się na to nawija. Problem w tym, że to zdanie jest autoreferencyjne. To nie jest zdanie o świecie, jak „śnieg jest biały”. To jest zdanie, które samo siebie ustanawia jako kryterium prawdy. To logiczny błędne koło. Jak mam to zweryfikować?

Mosze wziął szklankę, ale nie pił. Światło świec odbijało się w jego oczach. — Nie weryfikujesz tego zdania. Spotykasz Osobę, która je wypowiada. Albo Mu ufasz, albo nie. To nie jest propozycja filozoficzna. To zaproszenie do relacji. Prawda nie jest czymś, co się posiada. Jest Kimś, komu się zawierza.

— A co, jeśli ta Osoba jest konstruktem? — spytała Gosia, pijąc. — Zlepkiem żydowskich mesjańskich nadziei, hellenistycznych koncepcji Logosu i rzymskich potrzeb politycznej stabilizacji? Ewangelie są pisane dziesiątki lat po fakcie, przez ludzi, którzy już w Niego wierzyli. To nie są reportaże. To są teologiczne traktaty, które mają udowodnić, że On jest Prawdą. Znowu pętla.

Mosze milczał przez chwilę, patrząc na płomienie. — Mój ojciec, Salomon — zaczął — powiedział mi kiedyś: „Prawda nie jest w słowach. Prawda jest w cierpieniu, które się rozpozna”. W getcie widział, jak ludzie modlili się do Boga, który ich opuścił. Dla niego to był koniec. Dla mnie… dla mnie to było przygotowanie. Gdy przeczytałem Ewangelię, zobaczyłem Boga, który wszedł w getto. W cierpienie, w opuszczenie, w krzyk: „Boże mój, czemuś Mnie opuścił?”. To mnie przekonało. Nie dowody. Rozpoznanie.

Gosia pochyliła się do przodu. Jej szal opadł, odsłaniając ramiona i dekolt. Krzyżyk kołysał się między piersiami. — I z tego rozpoznania, z tej Osoby, wyrasta las dogmatów. O Trójcy. O Wcieleniu. O niepokalanym poczęciu. O nieomylności papieża. Jak z żywej, konkretnej osoby, która mówiła w przypowieściach, można było zrobić ten sztywny, scholastyczny system definicji? To jak zabicie motyla i przypięcie go szpilką do teki. Dogmat to szpilka, Mosze. Uśmierca żywą prawdę.

— Dogmat to ochrona — odparł Mosze, a w jego głosie zadźwięczał metal. — Ochrona przed tym, by prawda o Chrystusie nie rozmyła się w mgle subiektywnych odczuć. Jeśli Chrystus jest Prawdą, to kim On jest? Czy jest Bogiem? Czy jest człowiekiem? Dogmat chalcedoński mówi: jest i Bogiem, i człowiekiem. To nie jest szpilka. To jest kontur. Bez tego konturu możesz mieć Jezusa guru, Jezusa rewolucjonistę, Jezusa uzdrowiciela — wszystko, tylko nie Tego, który zbawia.

— Ale ten kontur jest wyznaczony przez władzę! — zawołała Gosia. — Sobór w Nicei, który ustalił dogmat o bóstwie Chrystusa, był zwołany przez cesarza Konstantyna, któremu chodziło o jedność Imperium! Walka z arianizmem była także walką polityczną. Prawdę ustalili ci, którzy mieli wojsko i wpływy. Twoje „kontury” narysowano krwią i intrygą.

Mosze podniósł się, podszedł do garnka i zamieszał potrawkę. Potrzebował oderwać wzrok od jej ciała i od jej argumentów, które niszczyły jego pewność jak kwas. — A czy twoje marksistowskie „kontury” — klasa, wartość dodatkowa, alienacja — nie zostały wyznaczone w walkach frakcyjnych? Przez zwycięstwo jednej interpretacji Marksa nad inną? Przez Lenina, Trockiego, Stalina? Prawdę zawsze formułują ludzie w historii, w walce. To nie znaczy, że nie ma obiektywnej prawdy. Znaczy, że dochodzimy do niej przez błądzenie, spory, cierpienie.

— Ale my nie ubóstwiamy naszych formuł! — odparła, podchodząc do niego. Stała tuż za nim. Czuł jej oddech na karku. — My wiemy, że są historyczne, przybliżone, podlegają rewizji. Wy ogłaszacie je za niezmienne i nieomylne. To jest różnica. Wasze dogmaty są jak skamieniałe drzewa. Nasze teorie są jak żywe rośliny, które rosną, obumierają, ewoluują.

Mosze odwrócił się. Byli teraz twarzą w twarz, w ciasnej przestrzeni kuchennego aneksu. Światło świec z menory rzucało ich cienie na ścianę — dwa splątane, powiększone kształty. — Dogmat o Trójcy — powiedział, patrząc w jej oczy, a nie na jej ciało — nie jest skamieniałym drzewem. To jest mapa do żywej tajemnicy. Mapa, która mówi: Bóg jest komunią, jest relacją, jest miłością, która się obdarowuje. Bez tej mapy gubisz się. Albo wpadasz w monoteizm tak odległy, że Bóg nie może się wcielić, albo w politeizm, w którym Chrystus jest tylko jednym z wielu bogów. Mapa nie jest tajemnicą. Ale bez niej tajemnica jest tylko mgłą.

— A mapa, która mówi, że kobiety nie mogą być kapłanami? — spytała Gosia, nie odsuwając się. — To też jest część tajemnicy? Czy to tylko ludzki, patriarchalny dopisek na marginesie? Dogmat o nieomylności papieża — to ochrona tajemnicy, czy ochrona władzy? Gdzie kończy się kontur, a zaczyna więzienie?

Mosze oparł się o blat. Czuł zapach królika i jej perfum — dzikich, cygańskich. — Nie wiem — przyznał cicho, ku własnemu zdumieniu. — Nie wiem, gdzie jest granica. Widzę, jak dogmaty, które miały chronić żywą Prawdę, czasem ją dławią. Jak formuły, które miały wyrażać miłość, stają się pałką do bicia inaczej myślących. Widzę to. Codziennie.

Gosia sięgnęła i zgasiła światło w kuchni. Zostało tylko migotliwe światło dwóch świec w menorze. Jej ciało w półmroku stało się bardziej cieniem niż formą. — A może te dogmaty są potrzebne właśnie po to, by nie spotkać tej Osoby? — zasugerowała, a jej głos był teraz miękki, niemal współczujący. — By nie stanąć twarzą w twarz z jej wymagającą, niepokojącą obecnością. Łatwiej jest klękać przed dogmatem, przed formułą, przed przepisem liturgicznym. To daje kontrolę. Spotkanie z Osobą… to ryzyko. Ona może zażądać wszystkiego.

Mosze poczuł, jak te słowa przeszywają go na wylot. Tak. Często tak było. Modlitwa stawała się powtarzaniem formuł. Spowiedź — wyliczaniem paragrafów. Dogmaty były jak forteca, w której można się schronić przed przerażającą wolnością Boga, który jest Miłością. — To prawda — szepnął. — To pokusa. Ucieczka od Osoby w system. Ale system… system też jest darem. Nie każdy jest na tyle silny, by wytrzymać bezpośrednie spotkanie. System — dogmaty, sakramenty, prawo — jest jak rusztowanie dla słabych. Dla takich jak ja.

— A ja myślę — odparła Gosia, kładąc dłoń na jego dłoni, która spoczywała na blacie — że On przyszedł właśnie dla słabych. I że to rusztowanie czasem ich przygniata. Że On mówił: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy jesteście utrudzeni i obciążeni”. A Kościół czasem mówi: „Najpierw dźwignij to rusztowanie, potem przyjdź”.

Jej dotyk był gorący. Mosze nie cofnął ręki. — Jesteś dziś inna — powiedział. — Mniej atakujesz. Dlaczego? — Bo zobaczyłam menorę — odparła prosto. — Zobaczyłam cień za tobą. Zrozumiałam, że twoja prawda jest również twoim brzemieniem. Że nosisz w sobie złamanego ojca i jego Boga, który zawiódł. I że twój Chrystus to także odpowiedź na tamtą pustkę. Nie chcę już atakować twojej twierdzy. Chcę zrozumieć ranę, która do niej doprowadziła.

Mosze poczuł, jak coś pęka w jego piersi. Łzy, które nie przyszły od lat, nagle zaszkliły mu oczy. — On jest Prawdą — zaczął, a głos mu się załamywał — bo tylko On odpowiedział na pytanie, które po Oświęcimiu nie ma odpowiedzi. Gdzie był Bóg? W Oświęcimiu. Cierpiący z cierpiącymi. Odrzucony z odrzuconymi. To nie jest teologia. To jest krzyk, który stał się słowem. A dogmaty… dogmaty to echo tego słowa, które odbija się już coraz słabiej w labiryncie korytarzy władzy.

Gosia objęła go. Nie był to erotyczny gest. Był to gest matki, siostry, towarzysza niedoli. Jej koronkowa bielizna i przezroczysty szal nie miały w tej chwili znaczenia. Była po prostu człowiekiem, który trzymał drugiego człowieka. — A jeśli ten krzyk… to wszystko, co jest? — szepnęła mu do ucha. — A reszta — zmartwychwstanie, dogmaty, Kościół — to już tylko ludzka, zbyt ludzka, próba oswojenia tego krzyku? Nadania mu sensu, który może nie istnieje?

— Wtedy życie jest potwornym żartem — odparł Mosze, płacząc już teraz cicho. — A ja nie mogę w to uwierzyć. Nie, Gosiu. Krzyk został wysłuchany. W zmartwychwstaniu. Ale zmartwychwstanie nie anuluje krzyku. Zachowuje jego blizny. Dogmat o Wcieleniu… to dogmat o bliznach Boga.

Odstąpiła od niego, otarła mu łzy palcami. Jej twarz była poważna. — Więc może dogmaty to… opowieść o bliznach? — zasugerowała. — Opowieść, która z czasem stwardniała w kamień. Ale pierwotnie to była opowieść. I każda opowieść może być opowiedziana inaczej. Może trzeba je na nowo opowiedzieć? Tak, by nie gubić konturu, ale by nie kaleczyć ludzi tymi sztywnymi brzegami?

Mosze skinął głową, niezdolny do słów. Zaprowadziła go z powrotem na podłogę, przed stolik z menorą. Usiedli. Nalała mu wódki. Wypił duszkiem. — „Ja jestem drogą, prawdą i życiem” — powtórzył po chwili, już spokojniejszy. — To nie dogmat. To świadectwo. I cała reszta powinna być świadectwem, a nie paragrafem. Ale jak to zrobić? Jak mieć Kościół, który jest wspólnotą świadków, a nie urzędem strażników paragrafów?

— Zacząć od stołu — powiedziała Gosia, wskazując menory i garnek z królikiem. — Od jedzenia, od światła, od opowieści. Od rozpoznawania ran. Twój ojciec rozpoznałby tu coś swojego. W tym świetle. W tej potrawce, która pachnie jak duszone mięso z getta. Chrystus przychodził przez stół. Przez łamanie chleba. Dogmaty przyszły później, z władzą.

— I z potrzebą obrony przed herezją — dodał Mosze. — A może „herezja” to często po prostu inna opowieść o ranach? — rzuciła Gosia. — Inna próba nazwania tego, co niewyrażalne? I może zamiast potępiać, trzeba wsłuchać się w tę opowieść? Może w arianizmie była jakaś intuicja, której brakowało w nicejskiej formule? Intuicja, że Bóg jest tak Inny, że nie da się Go zmieścić w ludzkim ciele? I może ta intuicja też jest cenna, nawet jeśli prowadzi do błędnych wniosków?

Mosze patrzył na nią z podziwem. Jej umysł był jak brzytwa, ale teraz nie ciął — precyzyjnie rozdzielał włókna. — Mówisz jak teolog — stwierdził. — Niebezpieczny teolog. — Mówię jak córka popa, która słyszała, jak ojciec modlił się o wyzwolenie od siebie samego — odparła smutno. — I widziała, jak dogmaty, które wyznawał, dusiły w nim życie. Jego dogmat o grzeszności jego natury. Jego dogmat o małżeństwie, z którego nie mógł uciec. Jego dogmat o posłuszeństwie biskupowi, który nakazywał mu kłamać. To były jego szpilki. Przypięły go do ziemi jak motyla, aż umarł.

Zapadła długa cisza. Świece w menorze dopalały się, migocząc. — Mój Chrystus — zaczął Mosze bardzo cicho — nie przyszedł przypinać szpilek. Przyszedł uwolnić. Ale czasem my, Jego uczniowie, lepiej opanowaliśmy sztukę przypinania niż uwalniania. — Bo to bezpieczniejsze — szepnęła Gosia. — Uwolnienie jest straszne. Otwiera przestrzeń wolności, w której można się zgubić. Tak jak ta moja… nagość. — Wskazała na swoją bieliznę. — To jest wolność, która przeraża. Która prowokuje. Która mówi: patrz, jestem, bez masek. I twoja reakcja — lęk, pożądanie, chęć przykrycia — to reakcja na tę wolność. Dogmat jest jak ten szal. Przykrywa. Daje iluzję bezpieczeństwa.

— A jednak… bez szalu jest zimno — zauważył Mosze. — I to jest prawda — przytaknęła. — Dlatego potrzebujemy może nie szali-dogmatu, ale płaszcza-opowieści. Płaszcza, który ogrzewa, ale nie krępuje ruchów. Opowieści, która prowadzi, ale nie zmusza.

Podniosła się i podeszła do menory. Z powolną czcią zdmuchnęła obie świece. Pokój pogrążył się w ciemności, przerywanej tylko smugą światła z ulicy. Jej sylwetka odcinała się na tym tle jak cień. — Prawda jako Osoba… — powiedziała z głębi ciemności. — To znaczy, że prawda ma oczy, które patrzą. Ma dłonie, które dotykają. Ma serce, które cierpi. Nie da się jej spisać w paragrafach. Można jej tylko… odpowiedzieć. Albo miłością, albo ucieczką. Ty odpowiedziałeś miłością. Ja — ucieczką w walkę z każdym paragrafem, który udaje, że jest tą Osobą.

Mosze wstał i podszedł do niej. W ciemności nie widział jej ciała. Widział tylko zarys twarzy. — A teraz? — spytał. — Teraz… może próbuję odpowiedzieć inaczej. Próbuję zobaczyć Osobę za twoimi paragrafami. I pokazać ci moją osobę za moim buntem.

Pocałował ją. Był to pocałunek w ciemności, pozbawiony wzrokowego impulsu, czysty akt poznania innej osoby przez dotyk ust. Był gorzki od wódki i słony od łez. Trwał długą chwilę. Potem ona odsunęła się. — To nie jest rozwiązanie — szepnęła. — Wiem — odparł. — To jest… modlitwa. Innego rodzaju.

Zapalił światło. Stała przed nim w swojej koronkowej bieliźnie, nie próbując już się zakrywać. Była bezbronna i dumna jednocześnie. — Dogmaty mówią, że to, co zrobiliśmy, jest grzechem — powiedział. — Moje sumienie mówi, że to była ludzka potrzeba — odparła. — Gdzie jest prawda? — W przenikaniu się tych dwóch głosów — zasugerował. — W napięciu. Może prawda-Osoba mieszka właśnie w tym napięciu? Między miłosierdziem a sprawiedliwością? Między wolnością a wiernością? Między ciałem a słowem?

Gosia uśmiechnęła się. Założyła spodnie i sweter, które zostawiła przy wejściu. Przemiana była natychmiastowa — z ikony wyzwolonej seksualności w zwykłą, zmęczoną kobietę. — Nakarm mnie tym królikiem — poprosiła. — I opowiedz mi o swoim ojcu. O tym, jak zapalał tę menorę.

I tak, przy zimnej już potrawce, przy zgaszonej menorze, Mosze opowiadał. O Salomonie Goldblatcie, o jego wierze, która przetrwała getto, ale nie przetrwała Oświęcimia. O jego milczeniu. O menorze, która była jedynym światłem w ich mieszkaniu po wojnie. O tym, jak jako młody chłopak zapytał: „Tato, gdzie był Bóg?”. A ojciec odpowiedział: „W menorze. W tym świetle, które zapalamy mimo wszystko. Reszta to już wasza sprawa, chrześcijanie”.

Gosia słuchała, jedząc. W pewnym momencie podała mu drewniany krzyżyk, który miała na szyi. — To od mojej matki. Shofranki. Powiedziała: „Noś to. Nie dla ich Boga. Dla cierpienia, które jest na nim. I dla miłości, która kazała mu to znieść”. To mój „dogmat”. Bardzo prosty.

Mosze wziął krzyżyk. Był ciepły od jej ciała. — „Ja jestem drogą, prawdą i życiem” — powtórzył. — To znaczy: jestem w tym cierpieniu. Jestem w tym świetle menory. Jestem w tym krzyku i w tej miłości. A wszystko inne… wszystko inne to tylko słowa, które próbują to uchwycić. Czasem udaje się lepiej, czasem gorzej.

— I dlatego potrzebna jest pokora — dodała Gosia. — Pokora wobec słów. I śmiałość wobec Osoby. — Tak — przytaknął Mosze. — Śmiałość, by iść za nią, nawet gdy prowadzi przez getto i przez Golgotę. I pokora, by nie myśleć, że nasze słowa o Niej są Nią samą.

Zjedli w ciszy. Potem Gosia wyszła, a Mosze został sam z pozostałościami wieczoru: z garami, z menorą, z drewnianym krzyżykiem, który zostawiła na stole. Podniósł go. Był lekki i ciężki zarazem. Prawda jako osoba. Dogmaty jako słowa. I między nimi — przestrzeń spotkania, które nie daje rozwiązań, ale zmienia pytania. Może, pomyślał, właśnie o to chodzi. Może prawda nie jest czymś, co się posiada, ale czymś, przez co jesteś posiadany — i w tym posiadaniu stajesz się wolny. Wolny nawet od swoich własnych dogmatów. Wolny, by w świetle menory i w cieniu krzyża dalej szukać drogi, która jest życiem.

Praktyka

Prawda jako zbawcza, wymagająca przyjęcia przez wiarę i wyrażana w miłości

Mieszkanie Mosze pachniało teraz cynamonem, pieczonymi jabłkami i słodką, maślaną skórką ciasta. Na blacie stała jeszcze ciepła szarlotka, obok niej kulista butelka słowackiej śliwowicy i karafka z wytrawnym, białym winem. Środek pokoju zajmowała rozłożona na podłodze ogromna, wyprawiona skóra niedźwiedzia brunatnego — dziedzictwo po jakimś myśliwym-przodku, które Mosze przechowywał w szafie jako kuriozum. Tej nocy wyciągnął ją, tworząc niepokojącą, zmysłową przestrzeń do rozmowy.

Gosia przyszła w prostej, zielonej sukience z bawełny, która sięgała połowy ud i była zapięta na małe guziczki od dekoltu aż do rąbka. Była bosą. Usiadła na futrze, opierając się plecami o łóżko. Jej nogi były podkurczone, sukienka odsłaniała uda.

— Zbawcza prawda — zaczęła, bez wstępów, nalewając śliwowicę do dwóch kieliszków. — To znaczy, że ma moc cię zmienić. Uzdrowić. Ale z medycznego punktu widzenia, żeby coś było uzdrowieniem, musi być weryfikowalne. Jeśli modlisz się o zdrowie i wyzdrowiejesz, może to być przypadek, efekt placebo, naturalny przebieg choroby. Gdzie tu miejsce na weryfikację wiary? To z definicji nieweryfikowalne. A zatem z naukowego punktu widzenia — bezużyteczne.

Mosze usiadł naprzeciwko niej na futrze. Dotyk szorstkiego, ciepłego włosia był dziwnie intymny. Wziął kieliszek. — Wiara nie jest hipotezą naukową — odparł. — Jest odpowiedzią na spotkanie. Na łaskę. To jak miłość. Nie możesz „zweryfikować”, czy twoja żona cię kocha, w naukowym sensie. Możesz zbierać dowody — przytula cię, mówi czułe słowa — ale ostatecznie zawierzasz. Albo nie. Zbawienie nie jest wynikiem eksperymentu. Jest owocem zaufania.

— A jeśli się zawiedziesz? — spytała Gosia, pijąc. Gorący trunek rozlał się w jej żyłach, różowiejąc jej policzki. — Jeśli zawierzysz, a potem umrzesz na raka w męczarniach, twoja żona cię zdradzi, a Bóg milczy? Wtedy twoja wiara była błędem. Stratą czasu. Naiwnością. Podczas gdy moja „wiara” w naukę, w polityczną walkę, daje namacalne efekty: leki, lepsze prawa, mniej głodnych.

— A jeśli umrzesz na raka po tym, jak nauka zawiedzie, a twoja rewolucja zdradzi ideały i stworzy nowy reżim? — kontynuował Mosze. — Wtedy twoja walka też była błędem. Każde zaangażowanie jest ryzykiem. Wiara jest ryzykiem w wymiarze ostatecznym. Ale bez tego ryzyka, życie spłaszcza się do biologicznego przetrwania i przyjemności. Traci wymiar… horyzontalny.

— Horyzontalny? — spytała, rozpinając nieświadomie górny guziczek sukienki. Było gorąco. — Wymiar nadziei, która przekracza śmierć — wyjaśnił Mosze, starając się nie patrzeć na jej dekolt. — Wymiar przebaczenia, które nie ma ekonomicznego sensu. Wymiar miłości, która kocha nieprzyjaciół. To są „owoce” tej prawdy. Nie zawsze spektakularne cuda. Częściej cicha przemiana serca.

Gosia położyła się na futrze, wyciągając ręce nad głową. Sukienka podciągnęła się, odsłaniając więcej uda i zarys ciała pod cienkim materiałem. — Przemiana serca… — powtórzyła zamyślona. — Mój ojciec, pop Ołeg, miał przemienione serce. Pełne pobożności, modlitwy, postu. I jednocześnie pełne tajonego pożądania do mężczyzn i nienawiści do siebie samego. Jego wiara nie zbawiła go. Zamknęła w klatce. Gdzie tu zbawcza prawda?

— Prawda była przed nim, ale on nie przyjął jej całkowicie — odparł Mosze, kładąc się obok niej, ale zachowując odrobinę dystansu. Leżeli teraz obok siebie na niedźwiedziej skórze, patrząc w sufit. — Przyjął część — prawo, zakaz. Nie przyjął miłosierdzia. Nie uwierzył, że Bóg kocha go takim, jakim jest. To nie wina prawdy. To tragedia niepełnej wiary.

— Łatwo tak mówić z boku! — odparła z goryczą. — Kiedy cały system, całe twoje Magisterium, mówi ci, że twoja natura jest „nieuporządkowana”, że twoje pragnienia są obrzydliwe w oczach Boga, jak możesz uwierzyć w miłosierdzie? To jak wlać łyżkę miodu do beczki smoły. Wiara w takim systemie nie jest wolnym przyjęciem. Jest przymusem psychicznym. Przyjmujesz prawdę, bo inaczej grozi ci wieczne potępienie. To szantaż emocjonalny, Mosze. Nie wolny wybór.

Mosze przewrócił się na bok, opierając głowę na dłoni. Patrzył na jej profil. — Strach przed piekłem to początek, nie koniec — powiedział. — „Doskonała miłość usuwa lęk”. Dojrzewa się do wiary z miłości, nie ze strachu. Ale masz rację. Instytucja często wykorzystywała strach jako narzędzie kontroli. To była zdrada prawdy, która jest miłością.

— Więc twoja zbawcza prawda — ciągnęła Gosia, odwracając też głowę ku niemu — musi być przyjęta przez wiarę. Ale ta wiara jest kształtowana przez instytucję, która ma swoje interesy. To znowu pętla. I ta wiara ma się wyrażać w miłości. Ale jaka miłość? Miłość, która akceptuje niesprawiedliwość społeczna? Która mówi niewolnikowi: bądź posłuszny swemu panu, a w niebie będziesz wolny? To miłość opium dla ludu!

Mosze uniósł się, opierając na łokciu. Byli teraz bardzo blisko. — A twoja rewolucyjna miłość? — spytał. — Która kocha ludzkość w abstrakcji, a nienawidzi konkretnego „wroga klasowego”? Która gotowa jest poświęcić miliony żyć dla przyszłego raju? To nie jest miłość. To ideologiczny fanatyzm. Chrześcijańska miłość zaczyna się od konkretu: od miłości do bliźniego, który jest przed tobą. Nawet jeśli to twój wróg. Nawet jeśli to… córka popa, która atakuje wszystko, co dla mnie święte.

Gosia zamarła. Jej oczy rozszerzyły się. Potem uniosła się też na łokciu. Ich twarze były oddalone o centymetry. — Więc kochasz mnie? — spytała szeptem. — Staram się — odparł równie cicho. — To znaczy: pragnę twojego dobra. Nawet jeśli nie wiem, na czym ono polega. Nawet jeśli boli mnie, co mówisz. I nawet jeśli pożądam cię w sposób, który nie prowadzi do twojego ani mojego dobra. To jest właśnie ta walka. Miłość nie jest uczuciem. Jest decyzją. Często trudną.

— Decyzją wobec prawdy, w którą wierzysz — dodała. — Decyzją, by nie wykorzystać tej sytuacji. — Wskazała ruchom głowy na futro, na ich bliskość, na rozpięty guzik. — Bo twoja prawda mówi, że to byłoby złe dla nas obojga. — Nie tylko moja prawda. Moje sumienie. Głos rozumu, który mówi, że skrzywdzilibyśmy siebie, wchodząc w coś, co nie ma przyszłości. Że zamienilibyśmy tę… tę dziwną komunię, którą tu budujemy, w akt fizyczny, który wszystko skomplikuje i może zniszczyć.

Gosia opadła na futro. Jej sukienka rozchyliła się całkowicie, odsłaniając, że nie ma nic pod spodem. Nie zareagowała na to, jakby była tego świadoma i obojętna, lub przeciwnie — całkowicie świadoma i celowa. — A jeśli to właśnie jest wyraz miłości? — spytała, patrząc w sufit. — Fizyczna bliskość? Dotyk? Oddanie? Dlaczego twoja prawda oddziela miłość od ciała? Dlaczego zbawienie ma być tylko dla ducha? — Nie oddziela — zaprzeczył Mosze, leżąc obok niej, walcząc z każdym nerwem swojego ciała. — Wcielenie uświęca ciało. Ale… ale nadaje mu też kierunek. Seks jest dobry w małżeństwie, bo tam jest osadzony w wiecznej relacji, w odpowiedzialności, w przymierzu. Poza tym… często staje się ucieczką, samolubstwem, sposobem na posiadanie drugiej osoby, a nie darem z siebie.

— A my? — spytała, znów się obracając ku niemu. Położyła dłoń na jego policzku. — Czy nie moglibyśmy być darem dla siebie teraz? Tylko teraz? Bez obietnicy jutra? Bez przymierza? Tylko jako uznanie, że jesteśmy tu, żywi, pełni pragnienia, i że to też jest święte?

Jej dotyk był jak porażenie prądem. Mosze zamknął oczy. — Bo „tylko teraz” nie istnieje — wyszeptał. — Bo jutro przyjdzie. I wtedy będzie ból, żal, poczucie wykorzystania. Bo nie jesteśmy zwierzętami, Gosiu. Jesteśmy osobami. Nasza teraźniejszość jest obciążona przeszłością i odpowiedzialna za przyszłość. Mój ślub kapłański, twoje rany… to wszystko jest tu, na tym futrze, między nami. Nie możemy tego odciąć.

— Ale możemy to przekroczyć! — nalegała, a w jej głosie zabrzmiała desperacja. — W akcie miłości! W tym, że się widzimy, chcemy, i to jest prawdziwe! Prawda nie jest w przyrzeczeniach na przyszłość. Jest w tym, co jest! W tym pożądaniu, w tym bólu, w tej czułości! To jest zbawienie! Zbawienie od samotności, od ideologii, od przeszłości!

Mosze otworzył oczy. Jej twarz była tuż nad jego. Widział łzy w jej oczach. — To nie jest zbawienie, Gosiu — powiedział łagodnie, ale stanowczo. — To jest ucieczka. Piękna, ludzka, zrozumiała ucieczka. Ale zbawienie jest zawsze przez coś, nie od czegoś. Przez krzyż, nie omijając go. Przez wierność, nie przez porzucenie. Kocham cię na tyle, że nie chcę z ciebie ani ze mnie zrobić uciekinierów.

Gosia opadła na niego, ukrywając twarz w jego szyi. Płakała cicho, a jej łzy spływały mu pod kołnierz. Jej ciało, niemal nagie pod cienką sukienką, drżało przytulone do niego. Mosze objął ją, nie jako kochanek, ale jako człowiek trzymający drugiego człowieka w bólu. Jego własne ciało reagowało, ale umysł i wola były gdzie indziej — w tej dziwnej, bolesnej miłości, która wybierała dobro drugiego ponad własną, palącą potrzebę.

— Nienawidzę twojej prawdy — szlochała. — Nienawidzę jej, bo jest silniejsza ode mnie. Bo jest piękniejsza. Bo oferuje coś, czego nie ma w moim świecie walki — ofiarę. — Nie nienawidź jej — szepnął, gładząc jej włosy. — Zmagań się z nią. Jak ja zmagam się z twoją. One się nawzajem potrzebują. Twoja prawda przypomina mi, że zbawienie musi być także sprawiedliwością tu i teraz. Moja przypomina tobie, że sprawiedliwość bez miłosierdzia jest okrucieństwem.

Po długiej chwili Gosia się uspokoiła. Odsunęła się, otarła twarz. Jej sukienka była rozpięta, włosy rozczochrane. Wyglądała na bardzo młodą i bardzo zranioną. — Więc co robimy? — spytała. — Z tą… miłością, która nie może się wyrazić? — Wyraża się — odparł Mosze, siadając. — W tym, że rozmawiamy. W tym, że się słuchamy. W tym, że gotuję dla ciebie szarlotkę. W tym, że płakałaś, a ja cię trzymałem. To nie jest „tylko” przyjaźń. To jest miłość. Po prostu… wstrzymana w pewnym kształcie. Z powodu wierności większym wartościom.

— Większym niż my? — spytała z goryczą. — Większym niż nasze chwilowe pragnienia — poprawił. — To jest właśnie ta „praktyka” prawdy. Nie tylko deklaracja wiary w Credo. To codzienne wybory, w których ta wiara przekształca się w miłość. Czasem jest to miłość heroiczna, jak teraz. Czasem zwyczajna — jak podanie szarlotki.

Wstali. Gosia zapięła swoją sukienkę, Mosze podszedł do stołu i ukroił dwa kawałki ciasta. Podali je sobie na talerzach, usiedli na futrze, jedli w milczeniu. Słodkość jabłek, kwaśna śmietana, korzenny cynamon — wszystko to było proste, dobre, zmysłowe, ale już w inny sposób.

— Moja matka, Shofranka — zaczęła Gosia z pełnymi ustami — mówiła, że miłość to jak ogień. Może ogrzać dom, może go spalić. Trzeba wiedzieć, gdzie go rozniecić. Roznieciła go w złym miejscu — przy moim ojcu. I spaliła ich oboje. — Mój ojciec, Salomon — odparł Mosze — po wojnie nie mógł już rozpalić ognia. W ogóle. Wszystko było zimne. Moja wiara… to próba rozpalenia ognia na jego zmarzniętym palenisku. Czasem się udaje. Czasem tylko dymi.

— A ten ogień między nami? — spytała. — Jest — przyznał. — Ale nie wiemy jeszcze, czy ma ogrzać dom, czy jesteśmy tylko dwiema pochodniami, które się na chwilę zetknęły w ciemności. Nie wolno nam podpalić wszystkiego wokół, by się o tym przekonać.

Gosia skinęła głową. Skończyła jeść, położyła talerz. — Więc twoja zbawcza prawda… w praktyce… to sztuka czekania? Odraczania? Powstrzymywania? — To sztuka ukierunkowywania — poprawił. — Kierowania energią miłości tam, gdzie buduje, a nie niszczy. W moim przypadku — ku Bogu i ku ludziom, którym służę. W twoim — ku walce o sprawiedliwość. A między nami… ku tej trudnej, szczerej rozmowie, która może nas oboje zmienić.

— To mało — westchnęła. — To bardzo dużo — odparł. — Większość ludzi nie rozmawia naprawdę nawet ze swoimi żonami, mężami. My rozmawiamy przez mury naszych światopoglądów, przez ściany naszych ran. To jest cud, Gosiu. To jest już zbawienie — od samotności w obrębie własnej prawdy.

Podszedł do okna, odsłonił zasłonę. Za szybą świtało. Różowa łuna rozjaśniała niebo nad Pragą. — Świt — powiedziała Gosia, stając obok niego. Nie dotykali się. — Nowy dzień — dodał Mosze. — I znowu trzeba będzie tę prawdę praktykować. Wierzyć, mimo wątpliwości. Kochać, mimo bólu. I nie uciekać w proste rozwiązania. — Nawet jeśli kuszą — szepnęła, patrząc na jego profil. — Zwłaszcza jeśli kuszą.

Odwrócił się do niej. W szarym świetle poranka wyglądała na zmęczoną i piękną. — Idź już — powiedział. — Zanim słońce wzejdzie i pokaże, jak bardzo jesteśmy zwyczajni. — Jesteśmy niezwyczajni — zaprotestowała słabo. — Jesteśmy ludźmi. To wystarczy.

Gdy zakładała buty przy drzwiach, odwróciła się. — Mosze? Czy to, co zrobiliśmy… to powstrzymanie się… to też było wyrażenie miłości? — Tak — odparł bez wahania. — Być może najbardziej wyraźne, jakie mogliśmy sobie dziś dać.

Wyszła. Mosze został sam w mieszkaniu, w którym unosił się zapach szarlotki, alkoholu i niedźwiedziej skóry. Posprzątał, zwinął futro i schował je z powrotem do szafy. Było ciepłe od ich ciał. Potem, zanim poszedł się umyć i odprawić poranną mszę, podszedł do krzyża na ścianie. Nie modlił się słowami. Stał tylko i czuł w sobie to dziwne, bolesne, zbawcze napięcie między prawdą, którą wyznawał, a miłością, którą poczuł, a która domagała się ofiary większej, niż się spodziewał. I zrozumiał, że praktyka prawdy to nie triumfalny marsz. To codzienne, ciche dźwiganie własnego krzyża pożądania, wątpliwości i samotności — w wierze, że na końcu tej drogi jest nie unicestwienie, ale zmartwychwstanie. Choć teraz, w szarym świetle poranka, wierzyć w to było najtrudniejszą rzeczą na świecie. I właśnie dlatego nazywało się to wiarą.

Konflikt z nauką i władzą świecką

Spory o Galileusza, teoria ewolucji, relacje Kościół-państwo

Pokój był niemal pusty. Mosze sprzedał większość mebli, przygotowując się do jakiegoś wewnętrznego wyjazdu, którego cel sam nie potrafił nazwać. Pozostała tylko szeroka, rozkładana leżanka przykryta wojskowym kocem, niski stolik z pleksi, na nim butelka taniego rumu, paczka słonych paluszków i mosiężna popielniczka. Nie było książek, nie było menory, nie było krzyża na ścianie — tylko biel tynku i kurz tańczący w smudze światła z jednej żarówki bez abażura.

Gosia weszła w dżinsach rozciętych wzdłuż obu nóg, od bioder aż do kostek, i obcisłym białym topie, pod którym nie było śladu biustonosza. Niosła torbę z dokumentami. Wyglądała na wyczerpaną i podnieconą jednocześnie.

— Sprzątasz? — zapytała, rozglądając się. — Opróżniam — poprawił Mosze. Stał przy oknie w podkoszulku i dżinsach. Wyglądał młodziej, ostrzej. Bez sutanny był po prostu mężczyzną o smutnych, migdałowych oczach. — Przed czym? — Przed sobą.

Usiedli na leżance, plecami oparci o ścianę, nogi wyciągnięte przed siebie. Buty zostawili przy drzwiach. Gosia nalała rumu do dwóch szklanek, otworzyła paczkę paluszków.

— Galileusz — zaczęła, gryząc paluszek. — Klasyka. Kościół vs nauka. Ale to nie jest tak, że z jednej strony stała prawda, a z drugiej głupota. Prawda?

— Prawda — przyznał Mosze, biorąc szklankę. — Galileusz nie miał niezbitych dowodów. Jego teoria była elegancka, ale brakowało rozstrzygającego dowodu na ruch Ziemi. Kościół bronił nie tylko Biblii, ale całego spójnego, arystotelesowsko-ptolemejskiego obrazu świata, który był zrośnięty z teologią. Był to konflikt dwóch paradygmatów. Nowy, heliocentryczny, burzył nie tylko wersję biblijną, ale całą ontologiczną hierarchię: Ziemia przestawała być centrum, człowiek tracił uprzywilejowane miejsce w kosmosie. To było zagrożenie dla całej wizji rzeczywistości.

— I władzy — dodała Gosia, przechylając głowę. — Bo jeśli Pismo można było odczytywać nie literalnie w tak fundamentalnej kwestii, to kto miał prawo do interpretacji? Kapłani? Czy też naukowcy z teleskopami? To była walka o epistemiczny autorytet. Kto mówi, jak jest naprawdę? Magisterium Kościoła, czy nowa klasa uczonych? Galileusz nie był skazany za naukę. Był skazany za nieposłuszeństwo. Za to, że próbował narzucić Kościołowi nową interpretację Pisma, zanim jego teoria została powszechnie udowodniona. To był błąd taktyczny.

Mosze spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem. Spodziewał się ataku, a dostał wyważoną analizę. — Mówisz jak historyk nauki. — Jestem córką popa — odparła z gorzkim uśmiechem. — Znam mechanizmy władzy doktrynalnej. Mój ojciec mógłby tolerować heretyka na drugim końcu świata, ale nie w swojej parafii. Bo to podważało jego autorytet. Galileusz był w Rzymie. W centrum. I był uparty. To była polityka.

— Ale to nie umniejsza winy Kościoła — dodał Mosze. — Bo instytucja postawiła na ochronę swojego systemu, a nie na otwarte poszukiwanie prawdy. Bała się, że jeśli puści jeden gwóźdź, rozleci się cała konstrukcja. I miała trochę racji. Bo heliocentryzm rzeczywiście był początkiem końca jej kulturowej hegemonii.

Gosia wyciągnęła z torby plik wydruków. To były stare dokumenty z akt Galileusza, wyciągi z protokołów. — Patrz — powiedziała, rozkładając je na kocu. — Tu jest mowa o „podejrzanej pobożności” Galileusza. Tu o jego arogancji wobec jezuitów. Tu o tym, że jego teoria „wprowadza zamęt w umysłach prostaczków”. To nie jest dyskusja o faktach. To jest zarządzanie społeczną percepcją prawdy. Prawda nie może się rozprzestrzeniać, jeśli destabilizuje władzę. To lekcja dla wszystkich reżimów, religijnych i świeckich.

Mosze wziął jeden z wydruków. Patrzył na archaiczną włoską kursywę. — A jednocześnie — szepnął — wielu wysokich dostojników kościelnych, w tym przyszły papież Urban VIII, było początkowo zainteresowanych i przychylnych. Konflikt eskalował przez osobiste urazy, ambicje, strach. Prawda naukowa zaplątała się w sieć ludzkich namiętności i politycznych gier. Zawsze tak jest.

— Zawsze — przytaknęła Gosia, przesuwając się bliżej. Jej udo zetknęło się z jego. Nie odsunął się. — Weźmy ewolucję. Darwin. Znowu — teoria, która nie tyle zaprzeczała literalnemu czytaniu Genesis, co odbierała teologii jej kluczowe narzędzie: teleologię. Jeśli człowiek jest produktem ślepej selekcji naturalnej, a nie celowego planu Stwórcy, to po co grzech pierworodny? Po co zbawienie? Cała narracja chrześcijańska traciła fundament. Kościół musiał się albo dostosować, albo odrzucić. Z początku odrzucał. Potem, powoli, dostosowywał — poprzez reinterpretację, poprzez alegorię, poprzez oddzielenie sfer: wiara i rozum. Ale to była strategia defensywna. Uznanie, że nauka ma władzę w swojej domenie, aby nie stracić władzy w swojej.

Mosze położył dłoń na jej kolanie. Był to gest nie tyle erotyczny, co potrzebujący oparcia. Dotyk denimu pod jego palcami był twardy i realny. — „Wiara i rozum są jak dwa skrzydła” — zacytował encyklikę Jana Pawła II. — To piękna metafora. Ale w praktyce… w praktyce to był bolesny proces, w którym Kościół musiał uznać swoją pomyłkę, swoją ograniczoność. I to go wzmocniło. Przynajmniej teoretycznie. Bo uznał, że prawda naukowa, będąc prawdą o świecie stworzonym, nie może być sprzeczna z prawdą objawioną. Jeśli jest sprzeczność — błądzimy w interpretacji jednej lub drugiej.

— Ale to znowu Kościół jest arbitrem! — zawołała Gosia, ale bez dawnej zaciekłości. Jej dłoń pokryła jego dłoń na jej kolanie. — To on decyduje, kiedy „błądzimy w interpretacji”. To on uznał, że heliocentryzm jest „godny potępienia”, a potem, po wiekach, że „był to błąd w interpretacji Pisma”. To on teraz mówi, że ewolucja jest „bardziej niż hipotezą”, ale dodaje od razu, że dusza jest stwarzana bezpośrednio przez Boga. Wchodzi w buty nauki, wyznaczając granice. To władza, Mosze. Władza nad granicami prawdy.

— A władza świecka? — spytał Mosze, przesuwając dłoń nieco wyżej, na jej udo. Przez rozcięcie w dżinsach poczuł jej gorącą skórę. — Marksizm też wyznaczał granice. Lysenko. Nauka proletariacka vs. burżuazyjna. Wszędzie, gdzie istnieje totalizujący system prawdy — religijny czy ideologiczny — pojawia się pokusa, by kontrolować naukę. Bo nauka jest nieprzewidywalna. Może podkopać fundamenty.

Gosia przyciągnęła jego twarz do swojej i pocałowała go. Był to pocałunek głodny, pełny rumu i słonych paluszków, pocałunek, który był jednocześnie odpowiedzią i wyzwaniem. Kiedy się odsunęli, jej oddech był szybki. — Więc może chodzi o to — szepnęła, ich czoła stykając się — że każda władza, kościelna czy państwowa, nienawidzi prawdy, która jest niezależna. Nienawidzi świadka, który ma własne oczy, własny rozum, własne dane. Galileusz ze swoim teleskopem był takim świadkiem. Darwin ze swoimi zeszytami z Galapagos też. I ja z moimi aktami. I ty… ty ze swoim krzyżem, który zdjąłeś ze ściany. Wszyscy jesteśmy podejrzani.

— Bo prawda wyzwala — dodał Mosze, całując ją ponownie, już pewniej. Jego ręka wędrowała po jej boku, pod topem. Skóra była gładka, gorąca. — A władza chce posłuszeństwa, nie wolności. Kościół, choć głosi prawdę wyzwalającą, w praktyce często boi się wolności, jaką ona niesie. Boi się, że ludzie źle jej użyją. Że się pogubią.

— Jak my teraz — wyszeptała Gosia, gdy jego usta przesunęły się na jej szyję. Rozpięła guziki jego podkoszulka, jej dłonie błądziły po jego klatce piersiowej, po bliznach, których pochodzenia nie znała. — Tak — mruknął, zatrzymując się na chwilę. — Jesteśmy jak Galileusz i Kościół. Dwie prawdy, które się przyciągają i odpychają. Moja mówi: zatrzymaj się, to prowadzi do zniszczenia. Twoja mówi: idź dalej, to jest życie, doświadczenie, wiedza. I nie ma zewnętrznego arbitra. Ani papieża, ani Komitetu Centralnego.

Położył ją na leżance, na wojskowym kocu. Leżała pod nim, patrząc mu w oczy. Jej dżinsy były rozpięte, biały top odsunięty na bok. Światło żarówki rzucało ostre cienie. — Jesteśmy arbitrami sami dla siebie — stwierdziła. — To straszne. — To wolność — poprawił.

I w tej wolności, w tej pustce po sprzedanych meblach i zdjętych symbolach, pozwolili sobie na wszystko oprócz ostatniego aktu. Był to taniec na krawędzi, bardziej intymny niż samo wejście w ciało drugiej osoby. Jego dłonie poznawały każdy centymetr jej skóry, jej usta każde miejsce na jego ciele, gdzie gromadziło się napięcie. Była to swoista eksperymentalna teologia ciała — odkrywanie prawdy o sobie nawzajem nie przez dogmat, ale przez doświadczenie. Prawdy, która nie dawała zbawienia, ale dawała ulgę w straszliwym ciężarze samotności.

— Widzisz księżyce Jowisza? — szepnęła mu do ucha, gdy leżeli spleceni, wyczerpani pieszczotą, która nie przekroczyła ostatecznej granicy. — Co? — zdziwił się. — Galileusz. Gdy pierwszy raz zobaczył księżyce Jowisza, wiedział, że nie wszystko kręci się wokół Ziemi. Że są inne centra. My… my odkryliśmy, że nie ma jednego centrum. Że moje ciało jest centrum dla mnie, twoje dla ciebie. I że możemy orbitować wokół siebie, nie niszcząc się.

Mosze podniósł się na łokciu. Patrzył na nią — rozczochraną, rozebraną, niezwykle piękną w swej ludzkiej, zmęczonej szczerości. — Ale orbity… czasem się zderzają — zauważył. — Also przyciągają — odparła. — Siłą grawitacji. Jak nasza. To siła miłości i pożądania. I ona też jest prawdą. Prawdą fizyczną, biologiczną, psychiczną. Twoja teologia próbuje ją okiełznać, nadać jej orbitę sakramentu. Moja ideologia próbuje ją wyzwolić spod władzy patriarchatu. A ona jest po prostu… siłą. Jak grawitacja. Ani dobra, ani zła. Po prostu jest.

Zapadła cisza. Słyszeli tylko swój oddech i odległy szum miasta. — Galileusz się mylił w jednym — powiedział po chwili Mosze. — Uważał, że Pismo i natura są dwiema księgami napisanymi przez Boga, które muszą się zgadzać. Ale one są napisane innymi językami. I czasem mówią o czymś innym. Pismo mówi o sensie. Natura — o mechanizmach. Konflikt bierze się stąd, że chcemy, by jedna księga była komentarzem do drugiej. — A my? — spytała Gosia. — Jesteśmy jak te dwie księgi? Ty — sens, ja — mechanizmy? Ty — wiara, ja — nauka? — Może — odparł. — I próbujemy na siłę czytać jedną przez drugą. A może powinniśmy uznać, że każda ma swoją autonomię. I że mogą ze sobą rozmawiać, nie próbując się wzajemnie zdominować.

Wstali, nieśpiesznie ubierając się. Aktualność była inna. Nie było wstydu, była powaga, jak po ważnym eksperymencie, który dał wyniki, ale nie dał odpowiedzi. — A władza świecka? — wróciła Gosia do tematu, zapalając papierosa. — Relacje Kościół-państwo? To przecież walka o to, kto ma ostateczną jurysdykcję nad prawdą o społeczeństwie. Państwo mówi: prawda to prawo, porządek, suwerenność. Kościół mówi: prawda to moralność, sumienie, prawa Boże. I znowu — konflikt nie do uniknięcia, bo obie instytucje roszczą sobie prawo do totalnego kształtowania człowieka.

Mosze nalał resztki rumu. Wypił. — W idealnym świecie… rozdzielenie. „Oddajcie Cezarowi, co cesarskie…”. — Ale w praktyce Kościół nigdy nie oddaje Bogu tego, co boskie, bez walki z Cezarem o to, co jest boskie, a co cesarskie — podcięła. — Małżeństwa, edukacja, etyka seksualna, początek i koniec życia… to są pola bitwy. Bo to tam definiuje się, czym jest człowiek, jakie są jego cele. A kto definiuje człowieka, ten ma władzę.

— A ty? — spytał Mosze. — Chcesz, by państwo definiowało człowieka przez prawa socjalne, równość, sprawiedliwość materialną. — I wolność od religijnego dyktatu! — dodała. — Bo religia, jako system prawdy, jest z natzy ekspansywna. Chce podporządkować sobie całe życie. Tak jak marksizm, przyznaję. Dlatego potrzebny jest świecki porządek, który tworzy przestrzeń, gdzie różne prawdy mogą współistnieć, bez narzucania się sobie nawzajem.

— Ale ten świecki porządek sam staje się nową religią — zauważył Mosze. — Z własnymi dogmatami (prawa człowieka), kapłanami (sędziowie, eksperci), liturgią (święta państwowe) i heretykami (osoby łamiące polityczną poprawność). Nie ma ucieczki od walki o prawdę, Gosiu. Jest tylko walka o to, która wizja prawdy będzie hegemoniczna.

Zbliżył się do niej. Stała przy oknie, patrząc w ciemność. Objął ją od tyłu. Był to gest ochronny, posiadający, ale i poddający się. — My jesteśmy jak to pole bitwy — szepnął jej do ucha. — Na to pole zstąpiły dwie armie. Armia wiary i armia rozumu. I zamiast walczyć, żołnierze… dotykają się. Poznają. I odkrywają, że po drugiej stronie też są ludzie. Ranni. Samotni.

Obróciła się w jego ramionach. Pocałowała go, a w pocałunku tym była cała gorycz i cała nadzieja ich niemożliwej sytuacji. — Co z nami będzie? — spytała, przytulając się do niego. — Nie wiem — odparł szczerze. — Ale wiem, że nie mogę już wrócić do stanu sprzed poznania ciebie. Jak Kościół po Galileuszu. Może już nigdy nie odzyskać dawnej pewności. Musi nauczyć się żyć z tą szczeliną w ścianie, przez którą wpada inne światło.

— A ja? — spytała. — Czy po tym, jak dotknęłam kapłana, mogę jeszcze tak zaciekle walczyć z Kościołem? Czy poznanie ciebie nie rozbroiło mojej krytyki?

— Nie powinno — powiedział. — Powinno ją tylko uczłowieczyć. Zamiast widzieć system, widzieć też ludzi, którzy w nim tkwią, czasem cierpiąc. Tak jak ja, poznając ciebie, nie przestałem wierzyć w Boga. Ale przestałem wierzyć w proste odpowiedzi. Zaczynam rozumieć twoją walkę. Twój gniew.

Rozstali się o świcie, bez obietnic, bez planów. Gdy Gosia wyszła, Mosze pozostał w pustym pokoju. Podniósł z podłogi mosiężną popielniczkę. W środku leżały niedopałki jej papierosów i zapałka, którą zapaliła. Zapalniczki nie używała. Wziął zapałkę, potarł główkę o pasek. Błysnęło krótkie, żółte światło, które oświetliło na sekundę cały pokój — pusty, nagie ściany, zwinięty koc na leżance. Potem płomień przygasł, został tylko cienki słup dymu i zapach siarki.

Pomyślał o Galileuszu, który na łożu śmierci podobno szepnął: „A jednak się kręci”. Nie o Ziemi. O prawdzie. Prawda, choć uciszona, choć potępiona, ma swój własny ruch. I ten ruch czasem wstrząsa fundamentami nie tylko pałaców, ale i cel, i pustych mieszkań po księżach, którzy sprzedali swoje meble. I może, pomyślał, właśnie w tym ruchu, w tym niepokoju, w tej kolizji prawd, objawia się żywy Bóg, który jest Prawdą — nie jako nieruchomy dogmat, ale jako dynamiczna, niepokojąca, przyciągająca siła, która każe nam szukać dalej, nawet gdy droga prowadzi przez ciemność, w której jedynym światłem jest krótki płomień zapałki i ciepło drugiego, zderzającego się z nami ciała.

Rozdział 3: Prawda w kapitalistycznej nowoczesności

Kant, Hegel, pragmatyzm

Kant

Prawda jako kategoria poznawcza ograniczona do świata zjawisk

Mieszkanie Małgorzaty tonęło w chaosie, który był żywym świadectwem jej stanu ducha. Stosy książek i czasopism piętrzyły się w rogach, na podłodze leżały kartki z notatkami, a w powietrzu unosił się ostry zapach rozpuszczalnika — Gosia właśnie czyściła pędzle po malarskiej sesji. Tapczan, który teraz służył jako łóżko, sofą i centrum wszechświata, był rozłożony i przykryty prześcieradłem w wielkie, niebieskie kwiaty. Na stołku przy nim stała butelka żytniej Starki, paczka chipsów paprykowych i niedopita woda sodowa.

Gosia siedziała na tapczanie w koszuli męskiej, prawdopodobnie pozostawionej tu kiedyś przez Mosze. Była zapięta tylko na dwa dolne guziki, odsłaniając nogi i większość torsu. Malowała paznokcie u stóp na kolor krwi. Mosze, w dżinsach i czarnym t-shircie, stał przy oknie, patrząc na deszczową noc. Jego ciało było napięte, jakby gotowe do ucieczki lub ataku. Romans, który dojrzewał w popiołach ich dysput, wisiał w powietrzu cięższy niż wilgoć za oknem.

— Więc Kant przychodzi i mówi: stop — zaczęła Gosia, nie podnosząc głowy znad stóp. — Prawda nie jest odbiciem rzeczy samej w sobie. Prawda jest tym, jak my musimy postrzegać świat, żeby w ogóle mógł się nam pojawić. Nasz umysł ma swoje szkiełka, swoje filtry. Czas i przestrzeń — to nie są cechy świata, to są formy naszej naoczności. Kategorie jak przyczynowość, substancja — to nasze narzędzia, żeby w ogóle móc myśleć. Prawda jest warunkowana przez podmiot. To rewolucja kopernikańska w filozofii. Nie my kręcimy się wokół prawdy. Prawda kręci się wokół naszych możliwości poznawczych.

Mosze odwrócił się. W jego spojrzeniu była irytacja, jakby to, co mówiła, było osobistą obrazą. — To jest wyrok śmierci na metafizykę. Na poznanie Boga, duszy, wolnej woli. Kant zamyka nas w wiezieniu zjawisk. Możemy poznawać tylko to, co nam się ukazuje. Rzecz sama w sobie — Ding an sich — jest niepoznawalna. Bóg jest rzeczą samą w sobie. Ergo, Bóg jest niepoznawalny. To jest ateizm w masce skrupulatności.

Gosia odłożyła lakier, podciągnęła kolana pod brodę. Koszula rozchyliła się, odsłaniając piersi. Nie zareagowała. — To nie ateizm. To skromność. Kant nie mówi, że Boga nie ma. Mówi, że nie możemy Go poznać teoretycznie, przez spekulację. Że wszystkie dowody na istnienie Boga są wadliwe, bo wychodzą poza możliwości doświadczenia. On nie burzy kościoła. On tylko wywiesza tabliczkę: „Tu rozum się kończy”. I otwiera drugie wejście: przez praktyczny rozum, przez moralność.

— Przez co? — Mosze podszedł do tapczanu, stanął nad nią. Jego cień padł na jej ciało. — Przez imperatyw kategoryczny — wyjaśniła, patrząc na niego z dołu. — Skoro nie możemy poznać Boga rozumem, to może Go odnaleźć przez działanie. Przez uznanie, że istnieje moralny porządek, który każe nam postępować tak, jakby Bóg, wolność i nieśmiertelność były prawdziwe. To nie jest wiedza. To jest postulat. Akt wiary w moralnym przebraniu.

Mosze usiadł ciężko na skraju tapczanu. Wziął butelkę Starki, odkorkował ją zębami, wypił prosto z butelki. — To bankructwo. Zamiana teologii w etykę. Bóg staje się potrzebnym założeniem, by system moralny się trzymał. To Bóg filozofów, nie Bóg Abrahama. Bóg, który nie mówi, nie działa, nie zbawia. Tylko milcząco sankcjonuje nasze wewnętrzne poczucie powinności.

— A może to jedyny Bóg, który może przetrwać w nowoczesności? — rzuciła Gosia, wyciągając rękę po butelkę. On podał jej ją. Pociągnęła długi łyk. — Bóg, który nie konkuruje z nauką o wyjaśnianie świata. Który rezygnuje z dziedziny faktów na rzecz dziedziny wartości. Który jest gwarantem sensu, nie mechaniki. To jest genialne wycofanie. Kościół tego nigdy nie zrozumiał. Ciągle chce walczyć na polu faktów — o stworzenie, o cuda, o historię. A Kant pokazuje: oddajcie fakty nauce, a zatrzymajcie wartości dla siebie.

— Ale wartości bez faktów są puste! — wybuchnął Mosze. — Jeśli Bóg nie jest faktem, jeśli zmartwychwstanie nie jest faktem, to całe chrześcijaństwo jest tylko… pożyteczną fikcją! Etyczną opowieścią! Kant zabija chrześcijaństwo życzliwością. Przyznaje mu rację moralną, ale odbiera mu ontologiczną prawdę.

Gosia położyła butelkę. Jej ruch był powolny, celowy. Przesunęła się na tapczanie, aż ich uda się zetknęły. Ciepło jej ciała przez cienkie prześcieradło było niemal bolesne. — A co jeśli prawda jest właśnie taka? — spytała szeptem. — Że nie ma dostępu do „rzeczy samej w sobie”? Że wszystko, co mamy, to nasze konstrukty? Nasze narracje? Twoja narracja o Bogu objawionym. Moja o walce klas. Narracja nauki o prawach natury. Wszystko to są… zjawiska. Produkty naszych umysłów, naszych kultur, naszych języków. Kant jest ojcem tej straszliwej, wyzwalającej myśli: nie ma czystego spojrzenia. Jesteśmy zawsze uwięzieni w naszej subiektywności.

Mosze spojrzał na jej usta, na migoczący w półmroku lakier na jej paznokciach u stóp, na rozchylone guziki koszuli. W tym momencie nie była intelektualistką. Była zjawiskiem. Pięknym, niepokojącym, dostępnym jego zmysłom zjawiskiem. A co było „nią samą w sobie”? Jej duszą? Jej istotą? Nie miał do tego dostępu. Miał tylko to: zapach lakieru i Starki, wzrokowe wrażenie jej skóry, dźwięk jej głosu. — Więc to, co między nami… — zaczął, głos mu się załamał. — To też jest tylko zjawisko? Konstrukt naszych potrzeb, naszych historii, naszej chemii? Nie ma „prawdy” o naszej miłości? Tylko… nasze postrzeganie?

— Nie wiem — odparła szczerze. — Kant by powiedział: możesz poznać tylko zjawisko „Gosi”, które pojawia się w twoim polu percepcji. Jej „w sobie” jest niepoznawalne. Podobnie jak twoje „w sobie” dla niej. Jesteśmy dla siebie nawzajem wieżami z kości słoniowej. Możemy tylko wysyłać sygnały, które każdy odbiera przez swoje filtry.

To było najsamotniejsze, co Mosze kiedykolwiek usłyszał. Potężniejsza samotność niż ta po śmierci rodziców, niż ta pod sutanną. Być tak blisko ciała drugiej osoby i wiedzieć, że jej istota jest zasadniczo niedostępna. — To piekło — wyszeptał. — To wolność — poprawiła go, kładąc dłoń na jego policzku. — Bo skoro nie ma obiektywnej, gotowej prawdy o tobie, którą mógłbyś odkryć, to ty ją tworzysz. Przez swoje działanie. Przez swoje wybory moralne. Nie jesteś odkrywcą. Jesteś artystą. Tak jak ja na płótnie. Malujesz swoją prawdę.

Jej słowa mieszały się z zapachem jej skóry. Mosze poczuł nagły przypływ pożądania, które było także pragnieniem przebicia się przez tę zasłonę zjawisk, dotarcia do czegoś prawdziwego, pewnego. — A jeśli chcę… poznać cię? — spytał, jego usta były teraz tuż przy jej ustach. — Nie jako zjawisko. Jako ciebie? — Możesz mnie poznać tylko przez to, jak działam — szepnęła, całując go lekko, tylko muśnięciem warg. — Przez to, co robię. Przez to, jak traktuję ciebie. Przez to, co mówię. To wszystko są… zjawiska. Ale może w sumie tych zjawisk, w ich spójności, objawia się… charakter. Coś w rodzaju „rzeczy samej w sobie”.

Pocałunek stał się głębszy. Mosze położył ją na tapczanie, jego ciało przygniotło jej ciało. Kwiaty na prześcieradle odcisnęły się na jej plecach. Był to pocałunek rozpaczy — rozpaczliwej próby przekroczenia kantowskiej granicy poprzez fizyczną jedność. Jej ręce wpiły się we włosy, jej nogi otoczyły jego biodra. Koszula rozchyliła się całkowicie.

— Imperatyw kategoryczny — szepnął, odrywając usta od jej szyi. Jego oddech był gorący. — „Postępuj tylko według takiej maksymy, dzięki której możesz zarazem chcieć, żeby stała się prawem powszechnym”. Co mówi twoja maksyma, Gosiu? „Używaj kapłanów dla własnej przyjemności”? To nie przejdzie testu powszechności.

— Moja maksyma brzmi: „Kochaj całym ciałem i umysłem, gdy spotkasz kogoś, kto rozumie twoją samotność” — odparła, rozpinając jego spodnie. — A twoja? „Odmawiaj sobie, bo system, który reprezentujesz, zabrania ci przyjemności”? Która z nich jest bardziej uniwersalna?

Była to zbrodnia przeciwko rozumowi, ta dyskusja prowadzona jednocześnie z pocałunkami i pieszczotami. Ale może właśnie o to chodziło Kantowi — że rozum teoretyczny zawodzi, gdy wkraczamy w sferę niepoznawalnego. A to, co działo się na tapczanie, było właśnie wkroczeniem w niepoznawalne.

— Nie mogę — jęknął Mosze, ale jego ciało mówiło coś przeciwnego. Jego dłonie ślizgały się po jej udach, po brzuchu, po piersiach. — Nie możesz, czy nie chcesz? — spytała, przegiąwszy się pod nim. — To jest właśnie twoja wolna wola, Mosze. Ta, której nie możesz poznać teoretycznie, ale której możesz doświadczyć praktycznie. Teraz. W tym wyborze. Kant dał ci wolność. I odpowiedzialność. Nie ma Boga, który by cię za to potępił lub rozgrzeszył. Jesteś tylko ty i twój imperatyw.

To była największa pokusa. Nie ciało. Nie pożądanie. Ale wolność. Wolność od Boga, który nakazuje. Wolność od grzechu, który straszy. Wolność bycia samotnym podmiotem, który sam tworzy swoje prawa, swoją moralność, swoją prawdę. W tej chwili ta wolność wydawała się bardziej pociągająca niż wszystko.

I poddał się. Nie poddał się jej. Poddali się razem tej wolności. Akt był szybki, gwałtowny, pełen niemego krzyku, który wydzierał się z ich gardeł. Było to jednocześnie najprawdziwsze i najbardziej złudne doświadczenie jego życia. Prawdziwe, bo fizyczne, zmysłowe, intensywne. Złudne, bo co on wiedział o niej? Co ona wiedziała o nim? Byli tylko wzajemnymi zjawiskami, które na chwilę splotły się w jedność pozorów.

Leżeli potem w milczeniu, splątani, spoceni, patrząc w sufit. Zapach sexu zmieszał się z zapachem lakieru i wódki. — No i? — spytała w końcu Gosia, jej głos był ochrypły. — Dotarłeś do rzeczy samej w sobie? — Nie — odparł Mosze, a w jego głosie nie było goryczy, tylko ogromne zmęczenie. — Dotarłem tylko do intensywniejszego zjawiska. — Ja też.

Przewrócił się na bok, patrzył na jej profil. Na rzęsy, na nos, na usta. To było tylko zjawisko. Ale jakie piękne. Jakie bolesne. — Kant zabił Boga — powiedział. — Ale dał za to wolność. Straszną wolność. — Wolność, w której można kochać bez pozwolenia — dodała. — I zdradzać bez kary — zakończył.

Wiedział, że zdradził. Nie ją. Swoje śluby. Swoją wiarę. A raczej — swoją instytucjonalną tożsamość. Czy zdradził Boga? Nie wiedział. Bo Bóg był dla niego teraz tylko „rzeczą samą w sobie”. Niepoznawalną. Milczącą. Być może obojętną.

— Co teraz? — spytała Gosia, kładąc dłoń na jego klatce piersiowej. — Nie wiem. Nie ma żadnej „prawdy o tym, co należy zrobić”. Jest tylko imperatyw. A mój imperatyw… mój imperatyw jest teraz pogubiony.

Wstał, nagi, przeszedł przez pokój. Podniósł butelkę Starki, wypił resztkę. Potem spojrzał na nią leżącą na tapczanie, rozrzuconą, prawdziwą i nieosiągalną. — Kant był taki pewny moralności — powiedział. — Ale co, jeśli moralność też jest tylko zjawiskiem? Produktem kultury, wychowania, potrzeb społecznych? Co, jeśli imperatyw kategoryczny to tylko kolejna iluzja, którą tworzy nasz umysł, byśmy nie oszaleli w tej wolności?

— Wtedy zostaje tylko estetyka — szepnęła Gosia. — Sąd smaku. To, co piękne. Jak to. — Wskazała na ich nagie ciała, na plamy światła z ulicznej latarni na skórze. — I to też jest subiektywne. Ale przynajmniej… daje chwilową przyjemność.

Mosze pomyślał o swoim ojcu, Salomonie. Dla niego prawda była czymś danym, zewnętrznym, jak kamień. Torą. Przykazaniami. Mosze odszedł od tego, ku prawdzie objawionej, która też była dana. A teraz Kant mówił mu: nie, nic nie jest dane. Wszystko jest twoją konstrukcją. Nawet Bóg, w którego wierzysz, jest twoją konstrukcją, potrzebną dla spójności twojego moralnego świata.

Czuł się jak spadający. Bez dna. — Muszę iść — powiedział. — Dlaczego? — spytała, nie ruszając się. — Bo jeśli zostanę, zacznę wierzyć, że tylko to jest prawdziwe. To ciało. Ta chwila. A reszta — Bóg, Kościół, powołanie — to tylko fantomy, które stworzyłem, by nadać sens spadaniu. A Kant odebrał im realność. Zostało tylko spadanie.

Ubrał się szybko, niezgrabnie. Gosia obserwowała go, nie próbując zatrzymywać. Gdy był już w drzwiach, powiedziała: — Mosze. Może prawda nie jest ani odbiciem, ani konstrukcją. Może jest… ruchem. Procesem. Próbą łączenia zjawisk w coraz spójniejsze całości. Twoja teologia to jedna całość. Moja krytyka to druga. A to, co było między nami, to trzecia. I każda ma swoją wewnętrzną prawdę. A ich kolizja… to nie koniec świata. To życie.

Nie odpowiedział. Wyszedł na klatkę schodową, w ciemność, w deszcz, który zaczął ponownie padać. Szedł ulicami, a w głowie kołatała mu się myśl: „Zjawiska, tylko zjawiska”. Każda latarnia, każda kałuża, każdy przechodzień — wszystko to było tylko treścią jego świadomości, uformowaną przez czas, przestrzeń i kategorie. A gdzieś poza tym, nieosiągalne, były „rzeczy same w sobie”. Bóg. Dusza. Prawda.

I nagle zrozumiał przerażający urok Kanta. Było to filozoficzne samobójstwo, które jednocześnie uwalniało. Jeśli nie możesz poznać prawdy, nie ponosisz odpowiedzialności za to, że jej nie poznałeś. Ponosisz odpowiedzialność tylko za to, jak zorganizujesz swoje zjawiska. Za to, jak będziesz postępował.

A on właśnie postąpił w sposób, który rozsadzał cały jego zorganizowany świat zjawisk. I nie było już żadnej wyższej instancji, by to osądzić. Tylko on. Sam. W deszczu. Ze smakiem Starki i jej ciała na wargach.

Dotarł do swojego pustego mieszkania. Stanął przed miejscem, gdzie wisiał krzyż. Teraz była tylko biała plama na ścianie. Krzyż był zjawiskiem. Ale co było jego „rzeczą samą w sobie”? Cierpienie? Miłość? Nic?

Położył się na podłodze i patrzył w sufit. Kant, ten surowy, osiemnastowieczny pruski profesor, stał się nagle jego najbliższym towarzyszem. Towarzyszem, który mówił: wszystko, co uważałeś za pewne, jest tylko twoim ludzkim, ograniczonym konstruktem. Nawet twoje poczucie winy. Nawet twoja tęsknota za Bogiem.

I być może, pomyślał Mosze, właśnie w tym szaleństwie wolności zaczyna się dopiero prawdziwa wiara. Nie jako przeświadczenie o faktach, ale jako postulat. Jako akt odwagi w próżni. Jako imperatyw: „Żyj tak, jakby Bóg istniał, choć nie możesz tego wiedzieć”.

Ale tej nocy był zbyt zmęczony, by żyć według jakiegokolwiek imperatywu. Był tylko zjawiskiem zmęczenia, leżącym na podłodze, w pustym pokoju, podczas gdy na zewnątrz świat zjawisk mokł w deszczu, nie troszcząc się o to, czy ma on jakąś „rzecz samą w sobie”, czy też nie. Być może, to była najczystsza prawda, jakiej mógł tej nocy doświadczyć: bezsensowne, piękne, bolesne istnienie zjawisk. I nic poza tym.

Hegel

Prawda jako absolut sam urzeczywistniający się w dialektyce dziejów — idealistyczny prekursor

Po Kantowskiej nocy rozpaczy i wolności przyszedł dzień kaca i nowego niepokoju. Mieszkanie Małgorzaty wyglądało jak pole bitwy po przejściu huraganu. Puste butelki, pudełko po pizzy, porozrzucane ubrania. Samą Gosię zastał Mosze stojącą w kuchni, w jego własnej koszuli z poprzedniego wieczoru, patrzącą bezmyślnie na czarny, granitowy blat. Na blacie tym, obok rozlanego soku pomarańczowego, leżał otwarty, stary, niemiecki tom Hegla „Fenomenologii ducha”.

Mosze wszedł bez pukania. Nie było już między nimi miejsca na formalności. Miał podkrążone oczy i czuł w ustach smak zepsutej wódki i wyrzutu sumienia, który nie chciał się ukonkretnić.

— Hegel — powiedziała Gosia, nie odwracając głowy. Jej głos był płaski, pozbawiony energii. — Przyszedł po Kantcie i powiedział: ten wasz „Ding an sich” to bzdura. Nie ma rzeczy samej w sobie, oddzielonej od poznania. Rzecz jest w relacji. Prawda nie jest statyczna. Prawda jest procesem. Absolutem, który poznaje sam siebie poprzez dzieje. Poprzez walkę przeciwieństw. Poprzez negację.

Mosze podszedł do blatu. Dotknął zimnego kamienia. Był to dotyk rzeczywisty, surowy. Nie zjawisko. Albo jednak zjawisko? Nie mógł już myśleć prosto. — Absolut — powtórzył. — Bóg? Rozum? Duch? — Wszystko naraz — odparła, wreszcie na niego patrząc. Jej oczy były czerwone. — Bóg, który nie jest gotowy. Bóg, który się staje. Który potrzebuje świata, historii, ludzi, żeby się urzeczywistnić. Chrześcijaństwo jest dla Hegla prawdą, ale w formie wyobrażeniowej. W formie opowieści o Ojcu, Synu i Duchu. Filozofia ma to przełożyć na pojęcia. Trójca to dialektyka: teza (Ojciec), antyteza (Syn), synteza (Duch). A my… my jesteśmy narzędziami tego procesu.

Mosze poczuł zimny dreszcz. To brzmiało jak koszmarne przekształcenie jego wiary w jakąś bezduszną, historyczną maszynerię. — To znaczy, że nasze cierpienie, nasze walki, wojny… to wszystko jest tylko „materialem” dla rozwoju Ducha? Że historia ma sens, ale ten sens usprawiedliwia każdą zbrodnię, bo prowadzi do samopoznania Absolutu? — Tak — powiedziała Gosia twardo. — To jest właśnie heglowska „chytrość rozumu”. Rozum posługuje się nami, naszymi namiętnościami, naszymi egoistycznymi celami, by realizować swój wyższy plan. Napoleon był „duchem świata na koniu”. Rewolucja francuska była konieczną negacją starego porządku. I tak dalej. Prawda objawia się w całym procesie, nie w jednostkowym cierpieniu.

Oparła się o blat. Koszula odchyliła się, odsłaniając ramię i fragment piersi. Mosze patrzył, ale tym razem nie z pożądaniem, a z jakimś metafizycznym przerażeniem. Była tu, konkretna, a jednocześnie mówiła o sobie jako o trybiku w wielkiej maszynie. — To potworne — wyszeptał. — To gorsze niż Kant. Kant zostawił nas samotnych, ale wolnych. Hegel każe nam być niewolnikami jakiegoś bezosobowego Rozumu, który realizuje się w historii. Gdzie tu miejsce dla mojego wyboru? Dla twojej walki? Jesteśmy tylko… państwami w ustroju Ducha?

Gosia nagle ożywiła się. Jej oczy zabłysły. — Ale pomyśl, Mosze! Jeśli Hegel ma rację, to twoja wiara i moja walka to nie są przeciwstawne prawdy. To są momenty dialektyczne! Twoja teologia jest tezą — ustaloną prawdą objawioną. Moja krytyka marksistowska jest antytezą — jej negacją. A synteza… synteza jest przed nami. Jakaś nowa forma prawdy, która przetnie to napięcie. Może właśnie to, co między nami, to zaczątek tej syntezy? Cielesne, konkretne przezwyciężenie abstrakcyjnego sporu?

Podeszła do niego. Jej dłonie spoczęły na jego klatce piersiowej. Czuł przez koszulę ciepło jej rąk, bicie własnego serca. — Co między nami? — spytał, patrząc jej w oczy. — Kolejny moment dialektyczny? Teza: kapłan. Antyteza: ateistka. Synteza: co? Grzech? Miłość? A może tylko… nowa negacja, która zniszczy nas oboje?

— Nie wiem — przyznała. — Ale Hegel uczy, że nie ma powrotu do tego, co było. Synteza nie jest prostym powrotem do tezy na wyższym poziomie. To jest coś nowego. Może dla ciebie — wiara bez instytucji? Dla mnie — walka bez nienawiści do religii? Dla nas… może miłość bez posiadania?

Jej słowa były jak narkotyk. Oferowały sens. Oferowały włączenie ich chaosu, ich zdrady, ich niemożliwej relacji w wielką, sensowną narrację dziejów. To było kuszące. Niezwykle kuszące. — Ale ten proces — powiedział, przyciągając ją do siebie. Ich ciała zetknęły się. Granitowy blat był zimny pod jego dłońmi. — On ma być nieuchronny. Dialektyczny. Czy to znaczy, że… to, co się stało między nami, było nieuchronne? Że duch świata potrzebował kapłana i marksistki w łóżku, żeby się czegoś o sobie dowiedzieć?

— Być może — szepnęła, całując go w kącik ust. — Być może jesteśmy awangardą. Przedzieramy się przez skorupę starych form, by zrobić miejsce dla nowej prawdy.

Jej słowa mieszały się z pocałunkami. Mosze poczuł, jak pożądanie, stłumione wstydem i filozoficznym przerażeniem, znów w nim narasta. Ale tym razem miało ono inny charakter. Nie było ucieczką w zjawisko. Było wcieleniem dialektyki. Aktem przezwyciężania przeciwieństw. Cielesną syntezą.

Podniósł ją i posadził na granitowym blacie. Kamień był zimny pod jej nagimi udami. On stanął między jej rozchylonymi nogami. Rozpiął koszulę, którą miała na sobie — swoją koszulę. Był to gest pełen symbolicznej gwałtowności: rozbierał samego siebie z niej. — Jesteśmy jak pan i niewolnik — mruknął, całując jej szyję, jej obojczyki. — Z „Fenomenologii ducha”. Walka na śmierć i życie o uznanie. Ty chcesz, bym uznał twoją prawdę. Ja chcę, byś uznała moją. A w tej walce… przekształcamy się nawzajem. — I kto tu jest panem, a kto niewolnikiem? — spytała, zaciskając nogi na jego biodrach. — Ty, który porzucasz swoją tożsamość dla mnie? Czy ja, która uzależniam się od twojego przebaczenia, którego nie możesz mi dać?

Nie było odpowiedzi. Był tylko ruch, tarcie, zimno granitu kontra gorąco ciał. Akt seksu na kuchennym blacie, w świetle dnia wpadającym przez brudną szybę, był czymś pierwotnym, zwierzęcym, a jednocześnie nieprawdopodobnie symbolicznym. Był zniszczeniem domowego ogniska, profanacją miejsca przygotowywania posiłków, a jednocześnie aktem stworzenia nowej, dzikiej formy intymności. Teza (kuchnia) + antyteza (seks) = synteza (coś zupełnie innego, nieokreślonego).

Kiedy skończyli, dysząc, oparci o szafki kuchenne, Gosia wybuchnęła nagle śmiechem. Był to śmiech hystericzny, łzawy. — Patrz na nas — chichotała. — Dwoje intelektualistów, uprawiających seks na blacie i rozmawiających o Heglu. To jest kwintesencja pewnej epoki. Dekadencji. Ale może właśnie w tej dekadencji rodzi się nowa świadomość?

Mosze nie śmiał się. Czuł pustkę. Dialektyka się dokonała. Negacja została dokonana. Gdzie była synteza? Czuł tylko zimny granit pod dłońmi i gorączkowy puls w skroniach. — Nie czuję żadnego ducha — powiedział ochryple. — Czuję tylko twoje ciało i mój ból. Gdzie tu absolut? Gdzie tu postęp?

— Może absolut jest właśnie w tym bólu? — zasugerowała Gosia, zeskakując z blatu. Stanęła nago przed nim. — W świadomości rozdarcia. W tym, że już nie jesteś tym, kim byłeś, a jeszcze nie jesteś tym, kim będziesz. Jesteś w stanie negacji. To bolesne, ale konieczne. Jak narodziny.

— A potem? — spytał, patrząc na nią, na jej postać oświetloną szarym światłem. — Jaka synteza nas czeka? Kościół, który akceptuje marksizm? Marksizm, który akceptuje Boga? Czy raczej… nasze wzajemne zniszczenie?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 39.38
drukowana A5
za 102.55