E-book
20.48
drukowana A5
38.38
O czym się nawet myśleć nie chce

Bezpłatny fragment - O czym się nawet myśleć nie chce


Objętość:
240 str.
ISBN:
978-83-8221-288-4
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 38.38

WYDANIE SKRÓCONE


© opracowania: nada 2020

Zdjęcie na okładce: Lobby card for the American drama film The Libertine, Triumph Films 1916


Niejednemu się zdaje, że ta oto droga jest prosta, lecz w istocie jest ona drogą do śmierci.

I

Zanosiło się na tak zwaną piękną noc. Ludzie w ogóle wracali do swych legowisk piechotą. Inni z owych legowisk także piechotą zanurzali się w jeszcze nie podeschnięte od błota ulice. Klapały bojkie lub rozlazłe stukania pode­szew o bruk lub asfalt. Cierpliwie oddawała je echem ulica, po której snuły się widma, kształ­tem ludzi przypominające. Z daleka brzęczały tony fortepianów i połyskały przebijające się przez story światła prawie jaskrawe piętrowych po­mieszkali. Tak — nad chodniki wzniesione okna te wydawały się jakby szeregiem olbrzymich latarni, zawieszonych w powietrzu. Niektóre były uchylone, na niektórych znaczył się rozpięty mi­stycznie krzyż ramy szybowej. Ten szereg krzy­żów, z poza których łaskotała przestrzeń tane­czna muzyka, dziwny był i w mózg wrastający. Przytulny znak, podobny milczącej postaci czar­nego archanioła o rozsuniętych prosto, nierucho­mych skrzydłach, przechodził w coś boleśnie wystawionego na bezcelowe urągowisko. Kohorta archaniołów strzegła gniazd rechocących wieprzaków, niewidzialnych, jednak znak życia silny i niezmożony o sobie dających. (…) Te krzyże, tak o nocnej porze wyrastające szeregiem i zawisłe nad ziemią, domagały się ra­czej wielkiej, bezkresnej równiny — wysrebrzonej świeżym rżyskiem o czerwonych, gasnących już, strzelistych resztkach ginącego w pomroce słońca. To powinno być poza nimi, ten cichy czar wieczoru nie zdławionego cielskiem murów, zie­jących smrodem i zgnilizną spiętrzonych ciał ludzkich. To tylko purpura słońca i drżąca po­świata tęczowa, półkolem zaznaczona i wchła­niana przez srebro równiny. I one, te krzyże rozpięte — wyniosłe, archa­nielskie, szeregiem wykwitłe, jak grzęda misty­cznych irysów czarnych — modlitewne same i do modlitwy bez przymusu wyzywające. Lub jeszcze choćby z poza murów rozwalonych, opuszczo­nych cmentarzy, gdzie miejsca na nowe trumny nie ma, a noc jesienna miecie całuny złote sze­leszczące z liści przydrożnych lip na zapadłe mogiły… (…)

Ku tym krzyżom bez skargi znoszących swe pohańbienie przestrzenne biegną świecące oczki Marysieńki, podskakującej drobnym, prawie dziecinnym krokiem obok Zdzicha, zaszytego dostatnio w swe zimowe jeszcze palto. Uczepiła mu się swoim zwyczajem u ra­mienia gestem w dobrym humorze będącej małpki. Z dumą stawia swe wązkie, nerwowe nogi, lśniące lakierem nowych bucików. Długi aksa­mitny płaszczyk czernią matową wchłania jej po­stać drobną i prawie nikłą. Tylko gdzieniegdzie zabłyszczą guziczki lub w świetle latarni prze­lotnie dół okrągłej bródki z linijką zawsze otwartych jakby do krzyku ust. Jest śmieszna i roze­śmiana. To odczuć można. Wraca z teatru, gdzie grano jakąś nudną sztukę. Mówiono dużo o mi­łości na scenie. Ona przez ten czas szczypała męża w udo, robiąc przytem minę poważną i za­słuchaną. On podskakiwał śmiesznie, lecz się nie gniewał. Był także w dobrym humorze. Na kolację mieli świeże cielęce sznycelki, pasztet, napiją się po kieliszku koniaku. Zamiast dorożki kupili sobie trochę ciastek i owoców. On niesie ciastka, ona owoce i wywija zwy­cięsko małą torebką. Bardzo jest przyjemnie i dobrze na świecie. Dochodząc do ulicy Ciężarowej, zwolniła kroku. Wsłuchiwała się w rechoczące tony for­tepianów. Jakaś polka ekscentryczna wybijała się nad wszystko. Załaskotała ją. Zaczęła podskaki­wać w takt. Zdzich jednak pociągnął ją.

— Chodź, Maryś! — wyrzekł niecierpliwie. Lecz ona zaczęła prosić:

— Chodźmy tamtędy! mój złoty!… — Żachnął się, prawie ze złością.

— Powiedziałem ci, że nigdy nie będziemy tamtędy chodzić.

— Tam… bal!

— Właśnie.

— Tańczą!

— Właśnie. — Jakaś dorożka nadjeżdżała. Ciężka była, cała pełna od mężczyzn. Stado ich było całe. Jeden przechylony spał, a ręka jego zwisała, dotykając prawie koła. Inni ściągali w głąb jakiegoś mło­kosa, który niepewnymi ruchami darł się na ko­zioł i wyczyniał jakieś konszachty z pełnym po­gardy dorożkarzem. Minęli Zdzisia i Marysieńkę przypartych do ściany. Wjechali w aleję Krzy­żów. Zaczęli krzyczeć coś niezrozumiale. Marysieńka wyrzekła:

— To pewnie jedzie młodzież na bal. — Zdziś wzruszył ramionami.

— Właśnie. — Pociągnął ją w boczną, ciemną, wązką uliczkę. Idąc — szczebiotała:

— Bo żeby się poznać z tern państwem, co tam mieszkają, to byłoby wesoło. Co dzień tań­czą… Choć żeby bywać u jednych takich… Oni pewnie też kolejarze… Może znają tatusia… a może ty tam bywałeś — to moglibyśmy im wizytę zło­żyć. Co?… Jakieś dwie postacie szły naprzeciw nich. Ko­biety. Ubrane wązko. Jedna miała kapelusz nagłowie, druga była z gołą głową.

— Jakieś panie!… — zapiszczała Marysieńka — patrz, Zdzich — jedna z gołą głową.

— Co ci do nich!…

— Nic — tylko że to nieprzyzwoicie. Nawet ładnie ubrane, zdaje się. Więc nie sługi. Czemu bez kapelusza? Co? O! rozstały się. Jedna rzeczywiście zatrzymała się pod latarnią, pochyliła się i zaczęła coś poprawiać pod suknią. Druga przemknęła środkiem ulicy, kierując się ku Ciężarowej. Szła brukiem, nie zważając na błoto. Zniknęła. Marysieńka obejrzała się za nią.

— To ta pani bez kapelusza. Patrz, jaką ma fajną bluzkę koronkową… co? Myślisz, że ja nie widzę, bo ciemno?! Ja mam dobry wzrok.

— Cicho! nie oglądaj się!

— Poszła już tamtędy, gdzie tańczą. Nie wi­działa…

— Chodź prędzej.

— Nie ciągnij! — E! jesteś mops! — Nagle umilkła, jak zahypnotyzowana. Kobieta pod latarnią uniosła wysoko spódnicę i mane­wrowała coś kolo pończochy ponad kolanem. Poprawiała podwiązkę. Biała koronka majtek bły­skała. Marysieńka wpatrzyła się szeroko rozwartemi oczyma w tę aparycję. I nagle zachichotała, jak chichoczą dzieci wiejskie, uciekające z go­ścińca do chałupy.

— Zdzich! ta pani ma różę za podwiązką! — Szarpnął nią.

— Cicho! chodź!… — Piszczała rozbawiona.

— Jak mamę kocham! różową różę z liściami… — Lecz tamta z pod latarni już dosłyszała i wy­prostowała się nagle.

— To co? to co? — warknęła. Niespodziewane to odezwanie się zbiło zu­pełnie z tropu Marysieńkę. Głos tamtej był jakiś dziwny, niesamowity. I potem cała twarz zna­ czona kreskami oczu, rozpłaszczonego nosa, wąskich ust, twarz niecodzienna, napiętnowana, jakby tylko z kości, pokrytych trochą skóry bardzo de­likatnej i białej — wgniotła się w mózg roześmia­nej młódki brutalnie i niespodziewanie.

— To co? to co? — powtórzyła, równając się z idącą pośpiesznie parą. Marysieńka zaszyła się pod ramię męża nagle strwożona — jak ptak, na którego spadła bryła brudnego śniegu.

— Zdzich! czego ona? niech sobie idzie!… — wyszeptała. Rozzłościł się naprawdę.

— Widzisz, mówiłem ci… — Tamta wyczuła w nich trwogę. Jak pies złośliwy, który czepi się uciekających i zalęknio­nych, pokazała kły posztukowane złotemi plom­bami.

— Widzicie ją!… — syczała — nie podoba się jej róża na podwiązce. A co ci się podoba? — Marysieńka drgnęła, jakby pod uderzeniem rozpalonej szpicruty.

— Zdzich!… — wyjęczała.

— Małpa! — syczała tamta — złapała sobie draba i wlecze się z nim i taka dumna!… — Zdzich odwrócił się ku niej pełną twarzą.

— Proszę nas zostawić w spokoju! — krzy­knął. Lecz ta — czysto zdjęta z Ropsa tragicznych wizji — parsknęła kocim śmiechem.

— Zdziszek!… serwus, kanalio… gdzie cię niesie? — Zacisnął usta. Czuł pytający wzrok Mary­sieńki. Poufałość błotnistej zjawy zamroczyła mu na chwilę przytomność. Nie rozróżniał jej twa­rzy. Nie znał jej. A może i znał. Kiedyś — bar­dzo dawno — w swych młokosowskich, wyuzdanych latach. Zdawała się nie mieć określonego wieku. Zdawała się być wieczną — ciągłą — nie­ustającą — niezwalczoną. I nagle ogarnęło go nieokreślone uczucie, gdy tak szedł z temi dwoma kobietami przy boku. Z młodziuchną żoną, uczepioną mu u ra­mienia, i z tą drugą, klapiącą o krawężnik chodnika amerykańskiemi, grubemi podeszwami bu­cików. Uczuł jakby zawrót głowy i mdłości, po­rywające go nerwowo.

— A powiedz tej małpie, z którą się wle­czesz! — zasyczał znów grobowy głos z cie­mnicy — żeby porządnych ludzi nie zaczepiała po ulicach, bo tak jej pyski spiorę… — Ścisnął w ręku laskę.

— Idź precz, bo zawołam policyanta — krzyknął.

— A!… patrzcie go! A wołałeś policjanta, kiedyś do mnie przychodził na Zakroczymską? Zapomniałeś? Na darmochę przychodziłeś! By­łeś goły, jak bizun… Ty morowa nacjo! policjantem będzie straszył. Ja cię nie zapomniałam! — Teraz już biegli prawie wszyscy troje. Ona wciąż obok nich, utykając teraz po kamieniach, bo asfaltowy chodnik urywał się nagle i prze­chodził w resztki jakiegoś wygryzionego bruku.

— Zapłać mi lepiej, coś winien od tylu lat, złodzieju!… — wycharczała zdyszana. Wyrwał ramię Marysieńce. Laska śmignęła i opadła ciężko na twarz i głowę prześladującej. I rozległ się straszny, nieludzki wrzask. Coś z hieny, obdzieranej żywcem ze skóry, coś z gwiżdżącej tragicznie syreny okrętowej, nawo­łującej o pomoc w piekielnym skowycie rozsza­lałej burzy. Właściwy ton ów mają jedynie tylko głosy dziewek, bitych po zaułkach ulicznych. Tajemnica tego dźwięku tkwi w ich zapadłych i zmęczo­nych piersiach. Wyją… skomlą… drą się, jakby życie darło się im w strzępy.

— Policja! po-li-cja!… stójkowy!… zabijają!… za-bi-ja-ją!… — Marysieńka zaczęła krzyczeć:

— Zdzich! nie bij!… — Jakaś solidarność kobieca podniosła się nagle w tej czerni i wobec śmigania tego kija po zmęczonej głowie, z której posypały się pióra ka­pelusza i przyprawione kudły.

— Nie bij!… — Dopadli do bramy, mając ją poza sobą. Wyła — widocznie silnie kijem ugodzona. Dzwonili roz­paczliwie — oboje uważając wydostanie się do wnętrza bramy, jakby jakieś ocalenie się przed czymś ohydnym. Stróż wyjątkowo szybko się zjawił. Czas już był. Tamta pozbierała się i pę­dziła ku nim, jak kłąb czarnego, rozwichrzonego błota. Zionęła przekleństwem i ohydą słów. Cała rozpusta długoletnia była w niej. Mściwość te­raz brała górę. Rzec można nie za śmiech Ma­rysieńki i kij dawnego kochanka, który studenckie noce przesypiał na jej łonie — lecz za to wszystko, co tam na dnie marło w niej na pozór, a prze­cież gniło tylko nienawiścią i przekleństwem. I był taki rozpęd szalony, taka moc potworna w tym pędzie, którym się ku nim cisnęła, że wpadli do bramy, jakby bezprzytomni — i równo­cześnie z ust ich wycharczało do stróża:

— Zamykaj! zamykaj!… — Już z tamtej strony biły o bramę oszalałe od furii pięście — rozlegał się tupot nóg, walących w histerycznym szale o bruk. I bełkot przeciągły słów gnijących — jakby szczek psa, wyrwanego z budy, który, wlokąc łańcuch, targa się nocną czernią wśród zapartych domostw. Stróż pokiwał głową.

— Jakaś z Ciężarowej. Wyjdę i zdzielę przez łeb… — Lecz Marysieńka uchwyciła rękę już gotową do bicia.

— Nie bić!… — zawołała, cała drżąca.

II

Gdy się wydostali na górę i wpadli do swego mieszkania, uczuli się nagle tak, jak ten, który tonął w błocie i nagle poczuł grunt pod stopami. Ciepło domowego gniazda, świeżość sprzętów, do których już zdążyli się przyzwyczaić, ich mil­czące powitanie bez cienia tej złośliwości, którą z czasem przybierają rzeczy nieme, w długiej wy­słudze poniewierane — owinęła ich od razu pe­wną miękkością uspokajającą. Szczególniej odnosiło się to do mężczyzny, który wrażliwszy był obecnie na różnice życio­wych odcieni. Zetknięcie się z dziewką, która dawniej dawała mu przytułek i miłość w bar­dzo niewybrednem otoczeniu i formie, kazało mu poniekąd odczuć dużą różnicę w tern, co było, a co jest obecnie. Zdejmując palto i wchodząc do oświetlonej jadalni, gdzie czyściuchno nakryty stół pod kloszem elektrycznym świecił się bielą obrusa, porcelany, migotał szkłem — win­szował sobie, iż jest teraz tak bardzo daleki od włóczenia się nocą po bajzlach, szantanach, po to, aby zakończyć noc triumfalnie na przepojonym dymem tytoniowym łonie prostytutki. Pod tymi wrażeniami uśmiechnął się do sztychów, zawieszonych na ścianach, do ładnego dębowego kredensiku o mosiężnych okuciach, do sofy, obitej brązowym suknem. Nie żałował zaciągniętych na umeblowanie pieniędzy. Dziś bowiem więcej niż kiedykolwiek odczuł ciepełko, wiejące z za­stawionych kątów. Siadł do stołu i nalał sobie kieliszek koniaku. Potem przysunął sardynki i zajął się nimi, oczekując na pojawienie się żony i dalszy ciąg kolacji. W kuchni słychać było brzęk naczyń i krzą­tanie się służącej. I to było dopełnieniem pro­gramu domowego ogniska. Rozpalone płonęło równo i jasno, bez dymu i komplikacji. Przynajmniej na teraz. Zawołał prawie wesoło:

— Maryś! — Z sypialni odezwał się cichy, jakby płaczliwy głosik:

— Idę! — Weszła ubrana jeszcze, jak była w teatrze — w ładnej sukni skomplikowanej, złożonej z gi­piury, gazy i jedwabiu. Była za strojna dla jej drobnej postaci. Niemniej dodawała jej jakby szyku. Kolor lewandy, komplikacja karminu z błę­kitem, przeważał dyskretny i podobny do barwy jej oczu. Te oczy były jakby zapłakane, jakby coś po nich się przesunęło — pomimo usiłowań, aby znikło. Usiadła jeszcze poanieńsku, grzecznie, na brzeżku krzesła i poddała pod blask lampy swą starannie uczesaną, trochę podłużną głowę. Włosy jej miały odcień właściwy szatynkom, które zbyt o te włosy dbają. Lśniły prawie sztu­cznie, bez rozkosznej puszystości, przypomina­jącej rozwichrzone dziecięce fryzurki. Doskonale, równo zarośnięte, podnosiły się od karku linijką bez najmniejszego zarzutu. To uderzało przede wszystkim w jej głowie, to i pewna prawie starcza pedanteria w doskonałej czystości i do­kładności stroju i całej postaci. Nalał jej kieliszek koniaku.

— Napij się! — zapraszał. Odczuła natychmiast, że on jest w doskonałym humorze, a przynajmniej usiłuje być w nim. Zapragnęła się doń dostroić. Uśmiechnęła się, pijąc koniak, lecz poczuła także, iż uśmiech ten wypada blado. Siedziała dalej martwa i niema. Chciała jeść. Nie mogła. Widelec jej z rąk le­ciał. Mimo woli ciągle zesuwała się na ulicę. Nie widziała przytulnych jasnych ścian, ani szkiców, które lubiła i do których przywykła już uśmie­chać się, jedząc. Coś przed nią majaczyło ciem­nego o liniach przeginającej się kobiety, jakiś kapelusz spadał, wirował, toczył się po bruku. I potem wrzask się rozlegał z oddali i znów coś się o nią ocierało ślizskiego i to coś bez wyrazu zasiadało przy stole na jasnem dębowem krze­sełku. Sama mimowoli marszczyła brew — usta jej wykrzywiały się. To coś, co za niemi weszło ze śmietnika ulicy, miało w sobie promieniowa­nie jakichś brudnych, zastałych przeżyć. Kur­czyła swe wymyte czyściuchno ręce. I doznała nagle dziwnego wrażenia. Gdy Zdzich podał jej czarkę z masłem, ręce jego wydały się jej, jakby pokryte szarą pleśnią. Była to sekunda niewy­raźna. Znikła przecież. Ale była. On wyciągnął się na krześle, rad z kolacji, która ciągnęła się już teraz normalnym trybem.

— Wszędzie dobrze, w domu najlepiej! — mruknął szablonowo. — Co, Maryś? — Nie odpowiedziała nic. Mimowoli nadsłuchi­wała.

— Czy nic nie słyszysz? — zapytała wreszcie.

— Jak to?

— Z ulicy! Zdaje się, ktoś krzyczy. — Porwał go gniew. Wznowił się poprzedni nastrój, zebrany w zgniliźnie trotuaru. Zanudziło go. Odsunął talerz.

— Co z tobą? Kto ma krzyczeć? — Cichutko wyszeptała:

— Ona! — Udawał, że zapomniał, że nie rozumie.

— Jaka znów?

— Ta… coś ją uderzył.

— Ach!… Także masz o kim myśleć… lepiej jedz… — Lecz ona odsunęła się nagle od stołu.

— Ona ci mówiła… ty… — wyrzekła powoli, wbijając oczy w obrus. Wzruszył ramionami.

— Zdawało ci się!

— Nie! nie! I nazwała cię po imieniu. Ona cię zna… — Zniecierpliwiony, tym bardziej, że przynie­siono kompot, który lubił specjalnie — odrzucił:

— No więc mnie zna.

— Ciebie? — Oczy jej otwarły się szeroko. Patrzyła na niego długą chwilę, jakby starając się pojąć rzecz nadnaturalną. Wreszcie wyszeptała:

— Skąd? — Nadspodziewanie, te jej szeroko rozwarte oczy, ta indagacja rozbawiła go.

— Skąd? nie pamiętam! Z ulicy, czy z knajpy… czy ja już wiem!

— Ona mówiła, że przychodziłeś do niej na Zakroczymską ulicę.

— Nie pamiętam. Jeżeli tak, to było bardzo dawno. Z osiem, dziesięć lat temu. Może i da­wniej. Byłem jeszcze smarkaczem… — Pożarł kompot, pił spiesznie herbatę. Ona nie jadła nic wcale. Skurczyła się. Patrzyła z pod brwi ściągniętych. Wreszcie po długiej chwili wykrztusiła powoli:

— Po coś ty do niej chodził? — Zaczął się śmiać bardzo serdecznie i szczerze.

— Po co? po co?

— Tak? po co? — Nieznany jakby błysk mignął w jej oczach. Poczuła się sama nagle silna, jakby w stal za­kuta. Wyprostowała się i odsunęła. On porwał się z krzesła i wesoło pochwycił ją w pół.

— Po to, po co my oboje pójdziemy te­raz do naszego pokoju!… — Podniósł ją z krzesła, nie czując jak mu się pręży w ręku nagle i boleśnie. Chciał ją ugryźć swoim zwyczajem w kark, lecz wygięła się przed jego ustami jakby przed dotknięciem czegoś nie­czystego.

— Zostaw mnie! — zawołała. Nie wyczuwał nic. Był już w sypialni i tam urządzał swoje małe nocne gospodarstwo. Ona stała ciągle na progu i patrzyła na niego tępo. To coś, co wyczuwała obok nich przy stole, wtargnęło i tu do sypialni. Wydało się jej, że na posadzce jest pełno błota a meble przysypane pyłem.

— Rozbieraj się, Maryś!… — Zaczęła powoli ściągać z siebie suknię. Prze­chodząc koło okna, mimowoli przystanęła w nad­słuchujący sposób. Zwykle rozbierała się bardzo szybko — załatwiała swą nocną toaletę za parawanikami, tworzącymi rodzaj ubieralni, i już była obok niego pod kołdrą ruchem zwinnego małego kota.

— Oto jest mopsa żona! — anonsowała skrzeczącym głosikiem. Dziś tego wszystkiego nie było. On leżał już w swojem łóżku śmieszny trochę na błękicie de­likatnym, przebijającym przez batyst poszewek. Palił papierosa z wielkim smakiem. Na kołdrze leżały dwa wieczorne dzienniki. Nie miał ochoty zabierać się do nich. Pogrążał się w miłym na­ stroju, oczekując na ciepło ciała Maryśki, które za chwilę powinno było znaleźć się tuż przy nim. Lecz dziś żona mopsa — spóźniała się jakoś. Obejrzał się po sypialni. Stała przy oknie. Stora była wszakże zapuszczona. Marysieńka miała już na sobie długą, ciekawą koszulę z bia­łego batystu, przystrojoną żółtymi koronkami. Delikatna wstążeczka związywała tę koszulę bia­łym dziewczęcym motylkiem. Miała Marysieńka w tej chwili pozór białej komuniantki, zasłucha­nej w niepewny ton organów. Nie widział jej twarzy. Przylgnęła nią do szyby. Stała — nie­ruchoma.

— Co tam widzisz? na co czekasz? chodź!… — Oderwała się powoli i szła wąską ścieżeczką, zostawioną pomiędzy łóżkami. Wyczuł w niej (nawet on) obcość jakąś, chęć izolowania się. Podnieciła go ta świadomość. Wyciągnął rękę. Pochwycił batyst.

— Chodźże! — Nie wsunęła się pod kołdrę. Usiadła na brzegu łóżka. Błękit abażurka lampki elektrycznej oświetlił ją mistycznie. Przyniosła z sobą jakby pewną powagę chwili.

— Powiedz mi!… — zaczęła — powiedz! to ty… ją kochałeś?… — Teraz on otworzył szeroko oczy.

— Kogo?

— Tę, tę… — Wskazała ręką w stronę okna, jakby nie mo­gła już przecisnąć przez gardło bliższego określe­nia tamtej kobiety. Zaczął śmiać się znowu.

— Ach! ty głuptasku! — Ręka jego błądziła po batystach. Usunęła ją.

— Kochałeś ją? — powtórzyła twardo.

— Jak ty się możesz pytać o coś podobnego.

— Mogę! mogę!… Powiedziałeś, że po to do niej chodziłeś, po co… — Nie dokończyła. Oblały ją płomienie. Usunęła się z brzegu łóżka. On aż podniósł się na pościeli.

— A to piła!… — wyrzekł, sięgając po pa­pierosa.

— Odpowiedz!…

— Czyś ty oszalała? Przecież się takich ko­biet nie kocha.

— Jak to? Jeśli to samo z nią… robiłeś, co ze mną? — Rozłożył ręce bezsilnie zdumiony.

— A cóż ty chciałaś? żebym czekał na cie­bie?… Przecież musiałem gdzieś pójść.

— Dlaczego… musiałeś? — Nie znalazł odpowiedzi na razie, którą mógłby skoncentrować w jędrnym, dosadnym określeniu. Schował się jakby za skrzydła parawanu.

— Byłem młody…

— A!… — Lecz na jej twarzy chmura wzrastała. To ją nie przekonywało. Namyślała się. Coś kombino­wała. Wreszcie uparcie wróciła do swego.

— No to musiałeś się w niej kochać!

— Niby dlaczego?…

— Bo właśnie młodzi się kochają. I gdybyś tak przez miłość poszedł do niej… — Żachnął się pół zniecierpliwiony, pół roze­śmiany.

— Gadasz o rzeczach, o których nie masz pojęcia. Bierze się w kieszeń trochę pieniędzy i idzie się załatwić ową miłość. Nic więcej!

— Tak — po prostu?

— Najprościej.

— Nic więcej?

— Najzupełniej.

— I wszyscy tak?

— Wszyscy.

— Jezus Maria!… — To już cichutko wyszło z jej ust prawie niedosłyszalne. Tylko ona odczuła ten rozpaczny okrzyk i coś przewinęło się przez nią, jakby żywe, szarpiące ją stworzenie. Zrozumiała, że gło­śno nie może zademonstrować swej grozy, bo byłaby niezrozumiana. To, co się w niej działo w tej chwili, było zupełnie obce dla tego mężczyzny. On przebył to lodowe pole, na którym włóczyły się kłęby czarnej, cuchnącej mgły. Ona znajdowała się dopiero u beznadziejnej furty i biły w nią orkany zamarzłych i duszę przeni­kających pędów. Czuła, iż cofnąć się nie czas. Zrozumieć musi wszystko i napoić się cała tru­cizną strasznych, nieprzewidzianych tajemnic. Ciało jej marzło i prężyło się, zatracając swą giętkość i podatność dziecięcą. Wpiła paznokcie w atłas kołdry. I tak martwiała. On patrzył w sufit poprzez delikatne chmurki papierosowego dymu.

— Teraz sobie coś nie coś przypominam, skąd ona. Zdaje mi się, że była wtedy w jakiejś mleczarni.

— Co tam robiła?

— Usługiwała. Potem spotkałem ją na ulicy. Już się włóczyła… A potem widocznie spadła na to, co dziś… Tak! tak! zdaje się, że to będzie ona. Choć dobrze nie pamiętam. — Zęby mu w śmiechu błyszczały.

— Tyle ich było. — Zapadło milczenie. On grzebał we wspomnie­niach, ona z tych wspomnień budowała tera­źniejszość.

— A! dlaczego… ona… ci mówiła ty?… — za­pytała wreszcie. Głos jej brzmiał dziwnym, zmienionym dźwię­kiem.

— Jakże chcesz żeby mówiła inaczej po tyrn, co było pomiędzy nami.

— A ty?

— Co?

— Mówiłeś jej także… ty.

— Jakże miałem mówić — łaskawa pani, czy droga pani!

— I… i… całowałeś ją?

— Czy ja wiem.

— W usta? — Nie odpowiedział nic. Czuł jej oczy spod długich rzęs wbite w siebie niespokojnie.

— W usta… — powtórzyła — jak mnie? — Zrozumiał wreszcie, że chwila jest trochę wa­żniejsza, niż przypuszczał. Zaprzeczył.

— Co ci do głowy przychodzi? Takich ko­biet nie całuje się w usta. Traktuje się je jako mus, jako konieczność. Pogardza się nimi. Jak możesz nawet porównywać siebie do niej. Ty głuptasie!… — Wyciągnął rękę, aby ją przyciągnąć do sie­bie. Lecz spotkał się z pewnym oporem. Pierw­szy raz podatne zazwyczaj i chętne do pieszczoty ciało Marysieńki zesztywniało w jakiejś niechęci. Zmarszczył brwi.

— No… Maryś… co to? fe! a! fe!… — Ta nagana, wypowiedziana tonem kogoś, kto dojrzał nagle rzecz brzydką i zdrożną tam, gdzie była sama jasność i czystość bezwzględna, wy­wołała w niej wręcz przeciwny wynik. Zachmurzyła się, zacięła jeszcze więcej.

— I… często do niej chodziłeś?

— Daj mi spokój! — Zgasił papierosa — wcisnął głowę w po­duszki.

— Odpowiedz!

— I tak za dużo mówiłem. Daj mi spać! — Nie odpowiedziała nic. Siedziała wciąż nie­ruchoma. Wreszcie powolnie, jakby mówiąc do siebie, wyrzekła:

— A jednak ją uderzyłeś … — Czuć było, że w tym mózgu kobiecym odbył się wartko cały proces. Nocne schadzki, wspólnie odczuwana rozkosz pieszczoty, których treść doskonale już pojmować zaczęła — misty­czny wdzięk oddawania się i odbierania ofiary wspólnych uniesień — wszystko to będące niezbitym i niezłamanym faktem, rzeczywistością stwierdzonym. I nagle ten kij wzniesiony, wa­lący prosto w twarz, a potem osuwający się na pierś. Przegięte ciało pod wpływem bólu, sko­wyt hieny — i to pozostawienie jej samej w cu­chnącej wilgoci ulicznej, podczas gdy oni odgra­dzali się tchórzliwie od jej mściwości deskami bramy. I nie wiedziała, co w niej jest w tej chwili. Nienawiść do tej dziewki, tej poprzedniczki, która z tajemniczych oparów błotnych wychylała się nagle z wyciągniętymi pazurami i zu­chwałą mordą, zbrojną w niezaprzeczone istnie­nie minionych chwil! Czy może jakby współ­czucie za tę zapłatę, jaka tę dziewkę spotkała w formie kija… Sama nie wiedziała. Dość, że miała w sobie pełno nienawiści, żalu, buntu. Spożytkować ją umiała. Obrócić w jakąś stronę. I przeraziła się. Zrozumiała — że, jeśli nienawiści tej, która porwała się tak nagle z jej głębin i ogarnęła ją całą, nie zużytkuje, odwracając ją w stronę dziewki — lawina cała dławiącego ją zła spadnie ku niemu i połamie jej życie na strzępy. Znie­nawidzi go i oderwie się na zawsze. Spadnie na nią katastrofa, pogrążająca ją w bezdeń życia bez uśmiechu. Nienawiści nie zdoła wyplenić z duszy. Prze­mierzyła jej ogrom i zrozumiała tę potęgę. Za mało miała sił, aby się z nią zrównać. Zbudziła się w niej w ten tragiczny wieczór, zbudziła się przedwcześnie, bo przecież z przebiegiem życia w każdym nienawiść wystąpić musi jako jedna z dominujących cech charakteru. Lecz u niej przyszło to w zaraniu i wypadkowo. Pogodzić się z tern musiała. Gorycz przelewała się po prostu brzegami jej moralnej istoty… Nienawidzić już musi. Z jakimś trwożliwym, szalonym gestem porwała się nagle z miejsca. Jak wąż skręcony i wyprężony wsunęła się do łóżka i przywarła do ciała męża. Rozpaczliwie chwyciła go wpół i wtuliła się weń cała. On, wpółsenny, przyjął łaskawie to, co sądził wybuchem temperamentu. Pogładził ją po głowie.

— Ech! ty mała wariatko!… — I wziął ją w swoje ramiona.

III

Stało się to w niespełna trzy tygodnie po ich ślubie. Jeszcze w sypialni i saloniku więdły z brzydkim, grobowym zapachem resztki bukie­tów, z którymi włożono Tońkę do wagonu — a pasztet z uczty weselnej, skrzętnie przez star­szą panią zapakowany do pudła, nie został całkowicie spożyty. Marysieńka miała jeszcze za­lęknione oczy i usta rozwarte, jak małe dziecko, gdy się zanadto czegoś przelęknie. A Zdzich kroczył jakoś tryumfująco, trochę parobkowato, i miał w kącikach ust pewien niesmak. Bo na­tura w nim była prosta, rzec można nawet pro­stacka i komplikacye nocy poślubnych — owe rozkosze, oparte na subtelności delikatnego zdobywania — wydawały mu się raczej dwuznaczne. Nie rad sprawiał ból i przestrach, a tu wypadło właśnie owo zadawanie tortury musową konie­cznością pod grozą skompromitowania swej dziarskości męskiej. Przy tym był egoistą i miał jakoby żal do zepsucia mu spodziewanej i ocze­kiwanej satysfakcji seryą grymasów dziewczę­cych, które brał jedynie i tylko za grymasy. Wy­czuł w nich podkład nieświadomości i ta nie zachwyciła go. Oczekiwał uświadomienia, gdyż niezmącony spokój, z jakim przyjmowano w cza­sie narzeczeństwa jego ryzykowne dwuznaczniki, wprowadziły go na błędną drogę. Sądził Marysieńkę dużo wiedzącą i winszował sobie tej wie­dzy. Lękał się niewiniątek i naiwność robiła na nim wrażenie niemodnej teatralności. Tymczasem zaraz w pierwszej chwili ślubnego sam na sam odczuł, iż potyka się o prowincjonalną, zakamieniałą nieświadomość. Poprzedni spokój w przyj­mowaniu tak zwanych masnych dowcipów opierał się właśnie na niezrozumieniu. Przestrach go ogarnął i wzmógł jego zmieszanie. Pragnął jak najszybciej być poza Rubikonem. Stał się prawie brutalnym i niezręcznym. Trochę kose oczy Marysieńki — jej twarzyczka krągła z ko­miczną podkówką drżących świeżych ust — gładziuchne, grzeczne włoski — ta całość na łóżku małżeńskiem, świeżuchno zasłanym, ozdobionym ładną a nawet wytworną pościelą — peszyła go. Psia krew! myślał, psia krew, pragnąc aby ta panienka dała znak życia bardziej intensywny w połączeniu z jakąś brawurową, z teorii czerpaną zmysłowością. Natomiast, ciche podchlipywanie, szloch ofiary, zdumienie jagnięcia, wprowadzonego do szlachtuza… Czuł, iż trzeba powiedzieć jakieś dobre słowo, coś murowanego, coś, co zostanie. Nie znalazł nic. Pogładził ją po głowie i zamruczał:

— No… no… — Mimo woli przypomniał sobie ciekawy mo­ment swego życia, gdy on znalazł się w sytuacji, w której obecnie znajdowała się Maryś. Miał lat czternaście, a jego rolę spełniała jego stryjeczna ciotka, niebacznie z powodu jakiejś uroczystości ulokowana przez zbyt wierzącą ma­tkę w jednym z nim pokoju. Ten sam wzrok zalękniony, kto wie — może te usta w podkówkę miał on właśnie. I ten gest protekcjonalny. To poklepanie po głowie i owo uspokajające no! no!… wymówiła ciocia, która później zapaliła papierosa i patrzyła na niego z drwiącym, ironicznym uśmiechem. Pamiętał, że znienawidził i ciotkę i akt miło­snego złączenia. Nienawidził długo, ale powoli się przyzwyczaił. A nawet polubił.

— Phi… i Marysieńka przyzwyczai się a na­wet… polubi. — Uśmiechnął się. Sięgnął machinalnie po pa­pierosa. Zapalił go. Pozostało mu to ze wspo­mnienia po cioci. Zawsze potem musiał wy­palić papierosa. U jego boku podchlipywanie dziecka ustało.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 38.38