E-book
31.5
drukowana A5
99.08
Nuty znad Brdy

Bezpłatny fragment - Nuty znad Brdy

Książka została utworzona z pomocą AI


Objętość:
616 str.
ISBN:
978-83-8455-998-7
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 99.08

Interwał

Słowo wstępne

Są książki, które czyta się dla zagadki, i są takie, które czyta się dla języka. Są kryminały o trupie, śledztwie i winie, oraz powieści o miłości, która nie wygasa nawet wtedy, gdy zamienia się w popiół. Są też opowieści o Polsce lokalnej, cielesnej, uwikłanej w małe układy i wielkie ambicje. Rzadko jednak trafia się książka, która potrafi połączyć te wszystkie żywioły bez fałszywego tonu. „Interwał” należy właśnie do tej rzadkiej kategorii. To powieść, która nie tylko wciąga, ale także rezonuje. Zostaje pod skórą jak dźwięk, który dawno wybrzmiał, a mimo to nadal drży w pamięci.

Punktem wyjścia jest zbrodnia niemal doskonała w swojej teatralności: ciało pierwszego oboisty znalezione na scenie filharmonii, partytura, łaciński dopisek, cisza po dźwięku. Już ten pierwszy obraz ustawia skalę całej opowieści. Autor nie traktuje śmierci jako prostego mechanizmu fabularnego. Trup nie jest tu pionkiem, lecz początkiem symfonii. Wszystko, co później następuje, wyrasta z tego jednego, przejmującego kadru. To bardzo dobry znak. Najlepsze kryminały nie zaczynają się od pytania kto zabił, ale od pytania co właściwie zostało zabite. Człowiek? Uczucie? Prawda? Zaufanie? Może wszystkie te rzeczy naraz.

Największą siłą tej książki jest to, że znakomicie rozumie naturę napięcia. Nie chodzi tylko o tempo, choć tempo zostało rozegrane z dużym wyczuciem. Chodzi o napięcie psychologiczne, moralne i społeczne. „Interwał” od pierwszych stron pokazuje, że zbrodnia nigdy nie dzieje się w próżni. Dzieje się między ludźmi. Dzieje się w sieci zależności, ambicji, upokorzeń i przemilczeń. Dzieje się tam, gdzie władza dotyka słabości, a słabość udaje cnotę. W tej powieści filharmonia nie jest wyłącznie pięknym tłem, kościół nie jest wyłącznie miejscem kultu, a ratusz nie jest wyłącznie urzędem. Wszystkie te przestrzenie mają własną temperaturę i własne sumienie. A może właśnie brak sumienia.

Gábor Fájó jest bohaterem, którego zapamiętuje się długo po zamknięciu książki. Były skrzypek, obecny policjant, człowiek pęknięty dokładnie tam, gdzie zwykle pękają artyści: między dumą a wstydem, między talentem a utratą, między miłością a bezradnością. To postać napisana z czułością i dyscypliną. Nie jest papierowym twardzielem. Nie jest też sentymentalnym wrakiem. Jest kimś znacznie ciekawszym: człowiekiem, który nauczył się rozpoznawać fałsz w dźwięku, a teraz próbuje rozpoznać go w ludzkich twarzach. Jego policyjna przenikliwość wyrasta z muzycznego słuchu, a jego emocjonalna nieporadność z bardzo głębokiej potrzeby prawdy. To bohater na wskroś literacki, a jednocześnie wiarygodny w najdrobniejszych odruchach.

Nie mniej sugestywnie została poprowadzona Rachela Cukier. W literaturze łatwo zrobić z takiej postaci albo femme fatale, albo niewinną ofiarę. „Interwał” unika obu uproszczeń. Rachela jest pełna sprzeczności, a przez to prawdziwa. Piękna i zmęczona. Dumna i zalękniona. Uwikłana, ale nie bezwolna. Jej historia pokazuje z chirurgiczną precyzją, jak działa przemoc subtelna, ta nieoparta na krzyku, lecz na zawłaszczaniu języka, wstydu i potrzeby bliskości. Autor bardzo trafnie rozumie psychologię relacji opartych na dominacji. Wie, że najgroźniejsze więzienia nie mają krat. Mają za to piękne słowa, dobrze dobraną muzykę i człowieka, który potrafi nazwać manipulację duchowym doświadczeniem.

Właśnie dlatego postać Albina Unterhosego działa tak mocno. To jeden z tych antagonistów, którzy nie są straszni dlatego, że są brutalni, ale dlatego, że są inteligentni. Rozumieją język pragnień swoich ofiar. Wiedzą, gdzie należy dotknąć, by człowiek sam oddał klucz do własnego wnętrza. Ten bohater nie jest jedynie kryminalnym czarnym charakterem. Jest figurą uwodzenia, pychy i sakralizowanej przemocy. Autor nie ucieka od ryzyka, jakie niesie taki temat, a zarazem nie popada w tanią sensację. Pokazuje coś znacznie ciekawszego niż skandal: mechanizm. To właśnie mechanizmy są tutaj najważniejsze. Mechanizm władzy. Mechanizm samousprawiedliwienia. Mechanizm społecznego milczenia.

Trzeba powiedzieć również o mieście, bo Bydgoszcz w tej książce jest kimś więcej niż dekoracją. Ma swój zapach, swój rytm, swoją zimową wilgoć, swoje mosty, swoje korytarze instytucji, swoje filharmonie, plebanie i bloki. To nie jest pocztówka ani turystyczna reklama. To żywy organizm, w którym kultura sąsiaduje z prowincjonalną pychą, a piękno architektury z cuchnącą kuchnią lokalnych układów. Autor ma świetne oko do przestrzeni. Potrafi jednym akapitem zbudować obraz, który jest jednocześnie konkretny i symboliczny. Czytelnik nie tylko widzi to miasto. On je słyszy.

A słyszy w tej książce bardzo wiele. Muzyka nie jest tutaj ozdobą. Nie jest tematycznym rekwizytem. Jest językiem konstrukcji i językiem duszy. To niezwykle cenne, bo powieści o muzyce często popadają albo w dekoracyjność, albo w hermetyczny żargon. „Interwał” zachowuje równowagę. Muzyczne terminy pracują na sens, a nie na pokaz erudycji. Każde napięcie ma swój rytm. Każda scena ma swoją dynamikę. Każda relacja brzmi inaczej. Autor bardzo dobrze wie, że muzyka nie służy tu do opisywania świata, tylko do jego rozumienia. Oddech, tempo, pauza, powtórzenie, dysonans, rozwiązanie — wszystko to zostaje przeniesione z partytury do życia. Efekt jest znakomity.

Warto też podkreślić precyzję reportażową tej powieści. Medycyna sądowa, toksykologia, psychologia urazu, technika śledcza, obieg pieniędzy, lokalna polityka, kościelna dyplomacja — te wszystkie elementy zostały wplecione w narrację z dużą kompetencją. Nie czuć tu szkolnej demonstracji wiedzy. Czuć pracę autora, który wie, że szczegół jest godny zaufania tylko wtedy, gdy wynika z człowieka i służy opowieści. Najlepsze partie tej książki przypominają dobre reportaże: chłodne w obserwacji, ale gorące pod spodem. To bardzo trudna sztuka.

Język „Interwału” zasługuje na osobny akapit. Jest obrazowy, ale nie przesadnie ozdobny. Zmysłowy, ale zdyscyplinowany. Potrafi być twardy jak protokół sekcji zwłok, a chwilę później miękki jak fraza z Mahlera. Najbardziej imponuje jednak umiejętność prowadzenia emocji bez epatowania nimi. Autor wie, kiedy trzeba dopowiedzieć, a kiedy lepiej zostawić niedosyt. Wie też, że w kryminale najgłębszy niepokój nie rodzi się z krwi, lecz z prawdy o tym, do czego zdolni są ludzie, jeśli odpowiednio długo nazywa się ich pożądanie miłością, a strach — lojalnością.

To książka o śledztwie, ale także o słuchu moralnym. O tym, jak rozpoznać fałsz tam, gdzie wszyscy klaszczą. O tym, że instytucje często chronią same siebie, a nie tych, którzy potrzebują ochrony. O tym, że człowiek może zdradzić własny talent, własne ciało, własne sumienie, ale i tak przychodzi moment, gdy trzeba stanąć wobec siebie bez orkiestry, bez chóru, bez wymówek. Najciekawsze w tej powieści jest właśnie to, że zbrodnia uruchamia nie tylko śledztwo policyjne, ale też śledztwo egzystencjalne. Kto jest kim, kiedy pękają role? Kogo kochamy, kiedy opadną maski? Co zostaje z człowieka, gdy przestaje mieć gdzie się schować?

Jeśli miałbym powiedzieć jednym zdaniem, czym jest „Interwał”, powiedziałbym tak: to kryminał, który zna cenę piękna i nie boi się pokazać, że piękno także może być narzędziem przemocy. A zarazem to powieść, która nie traci wiary w sztukę, nawet kiedy pokazuje jej najciemniejsze okolice. To rzecz dojrzała, gęsta, inteligentna i poruszająca. Czyta się ją z rosnącym napięciem, ale zostaje się w niej dla czegoś więcej niż intryga. Zostaje się dla ludzi. Dla ich głosów. Dla miasta. Dla muzyki, która w tej historii nigdy nie jest tłem, lecz sercem.

Oddaję więc tę książkę czytelnikom z przekonaniem, że trafia do ich rąk rzecz ważna. Nie tylko świetnie skomponowana, ale też uczciwa wobec ludzkiej ciemności. A uczciwość w literaturze bywa dziś rzadsza niż talent. „Interwał” ma jedno i drugie. I właśnie dlatego warto wejść w jego dźwięk od pierwszej strony i pozostać w nim do ostatniej.

Rozdział I: Strojenie

Mgła przyszła nad Brdę przed świtem. Ciężka, gęsta, pachniała rzeczną wilgocią i tą szczególną bydgoską wonią — mieszanką starego ceglanego muru, zamarzniętej ziemi i czegoś słodkawego, co unosiło się znad dawnych spichlerzy na Wyspie Młyńskiej. Styczniowe poranki w tym mieście miały w sobie coś z Dickensa. Szarość wsączała się w każdą szczelinę. Latarnie uliczne jarzyły się pomarańczowo jak dogasające papierosy w popielniczce olbrzyma. Miasto budziło się niechętnie, jakby wiedziało, że ten dzień przyniesie coś, na co nie było przygotowane.

Nikt nigdy nie jest przygotowany.

Henryk Szyling szedł ulicą Marszałka Focha swoim zwykłym krokiem. Drobnym, posuwistym, lekko kaczkowatym. Sześćdziesiąt trzy lata, sto sześćdziesiąt siedem centymetrów wzrostu, siedemdziesiąt osiem kilogramów żywej wagi. Każdego ranka wstawał o piątej piętnaście. Każdego ranka wypijał dwie szklanki wody z kranu, bo gdzieś przeczytał, że to oczyszcza nerki. Każdego ranka zjadał dwa jajka na miękko — trzy minuty i czterdzieści sekund, ani sekundy dłużej. Każdego ranka szedł pieszo do filharmonii, bo mieszkał trzy przecznice dalej i nie uznawał autobusów w tak krótkiej odległości. Człowiek, który nie chce chodzić, równie dobrze może się położyć i czekać na trumnę — mawiał do żony Heleny. Helena odpowiadała na to zwykle westchnieniem.

Henryk Szyling był woźnym Filharmonii Pomorskiej im. Ignacego Jana Paderewskiego od dwudziestu jeden lat. Nie traktował tego jako pracę. To było powołanie. Może nie takie jak powołanie muzyków, którzy grali na scenie — Henryk nie miał złudzeń co do własnych talentów muzycznych. W szkole podstawowej próbował grać na flecie prostym i brzmiało to jak duszony gołąb. Ale Henryk rozumiał coś, czego wielu ludzi nie rozumie. Każdy instrument potrzebuje kogoś, kto o niego dba. Każda scena potrzebuje kogoś, kto ją otworzy rano i zamknie wieczorem. Każdy gmach potrzebuje strażnika.

Henryk był strażnikiem.

Dotarł do filharmonii o szóstej dwanaście. Trzy minuty wcześniej niż zwykle, bo nie czekał na światłach — o tej porze na ulicach nie było żywej duszy. Budynek stał w ciemności. Monumentalny, neoklasycystyczny front z kolumnadą. Henryk pamiętał czasy, gdy fasada była szara i odrapana. Teraz lśniła po renowacji kremową bielą, ale w mglistym świcie wyglądała jak ściana krypty.

Nie myśl tak, powiedział do siebie. Jesteś stary i głupi, i czytasz za dużo kryminałów.

Wszedł bocznym wejściem, od strony parkingu. Wstukał kod alarmowy. Cztery, siedem, jeden, dziewięć — rok urodzin Paderewskiego, kto to wymyślił, tego Henryk nie wiedział, ale uważał za pomysł ze wszech miar stosowny. Alarm zapiszczał cicho i umilkł. Henryk zapalił światło w korytarzu prowadzącym do zaplecza technicznego. Jarzeniówki zamrugały. Jedna z nich — trzecia od końca — od dwóch tygodni migotała jak stroboskop w dyskotece. Henryk zgłaszał to trzykrotnie. Nikt nie naprawił. Tak to jest w instytucjach kultury, powtarzał żonie. Na scenę dają miliony, a jarzeniówka na korytarzu może sobie migotać do sądnego dnia.

Zdjął kurtkę w szatni dla personelu. Pod kurtką miał szary sweter z golfem, który Helena kupiła mu na imieniny w Biedronce. Sweter był ciepły i brzydki. Henryk kochał ten sweter.

Ruszył korytarzem w stronę głównej sali koncertowej.

Plan poranka był jak zawsze. Sprawdzić scenę. Sprawdzić ogrzewanie — muzycy narzekali, że jest za zimno, dyrektor narzekał, że rachunki za gaz są za wysokie, Henryk narzekał na obydwu po cichu. Sprawdzić, czy stojaki na nuty stoją tam, gdzie zostawiono je po wczorajszej próbie. Otworzyć główne wejście o siódmej trzydzieści. Zrobić kawę dla siebie i dla pani Krystyny z sekretariatu, która przychodziła zwykle o siódmej czterdzieści pięć i bez kawy była niebezpieczna.

Henryk pchnął ciężkie drzwi prowadzące na scenę od strony kulis.

Światła w sali były zgaszone. Tylko lampki ewakuacyjne przy wyjściach rzucały zielonkawy blask — niewystarczający, żeby widzieć cokolwiek wyraźnie, wystarczający, żeby Henryk dostrzegł kształt.

Na scenie leżał człowiek.

Henryk zatrzymał się w progu. Serce zastukało szybciej, ale nogi się nie ruszyły. Dwadzieścia jeden lat w filharmonii nauczyło go kilku rzeczy. Po pierwsze — muzycy są dziwni. Po drugie — muzycy potrafią zasnąć w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. Po trzecie — muzycy piją. Henryk widział w swojej karierze wiolonczelistę śpiącego w garderobie damskiej, trębacza leżącego na trawniku przed budynkiem w grudniu, i kontrabasistę, który zasnął w swoim futerale od kontrabasu, co wydawało się fizycznie niemożliwe, a jednak.

— Halo? — powiedział Henryk. Głos odbił się od ścian pustej sali i wrócił do niego zmieniony, jakby ktoś powtórzył to słowo z ironią.

Nikt nie odpowiedział.

Henryk wszedł na scenę i macnął ścianę w poszukiwaniu włącznika. Znalazł go. Kliknął. Reflektory robocze zapaliły się z lekkim brzęczeniem — nie te koncertowe, białe i ostre, ale żółtawe lampy techniczne, które oświetlały scenę podczas prób i sprzątania. Światło rozlało się po deszczułkach proscenium, po czarnych ściankach kulis, po rzędach pustych krzeseł na widowni.

I po ciele Zdzisława Ficzki.

Henryk rozpoznał go od razu. Nie dlatego, że widział twarz — twarz była odwrócona lekko w bok, ku widowni, jakby oboista nasłuchiwał oklasków, które nigdy nie nadejdą. Rozpoznał go po rękach. Ficzka miał charakterystyczne dłonie. Długie, cienkie palce — palce, o których kiedyś ktoś z orkiestry powiedział, że wyglądają jak stworzone przez Boga specjalnie do gry na oboju, a potem Bóg spojrzał na resztę Ficzki i stracił zainteresowanie. To było złośliwe, ale w gruncie rzeczy prawdziwe. Ficzka był niskim, niepozornym mężczyzną o kanciastej twarzy, odstających uszach i rzadkich, mysich włosach. Ale te ręce. Te ręce potrafiły wydobyć z oboju dźwięk, od którego słuchaczom stawały łzy w oczach.

Teraz te ręce leżały złożone na piersi. Między palcami tkwił obój. Wsunięty jak świeca w dłonie nieboszczyka na katafalku.

Henryk poczuł, jak kolana miękną.

Podszedł o dwa kroki bliżej. Trzy. Cztery. Wystarczająco blisko, żeby zobaczyć szczegóły, wystarczająco daleko, żeby utrzymać resztkę dystansu między sobą a tym, co leżało przed nim. Ficzka miał otwarte oczy. Źrenice rozszerzone, czarne jak studnie. Twarz siną, koloru niedojrzałej śliwki, z odcieniem szarości przy skroniach. Usta rozchylone, jakby wydawał ostatni dźwięk. Ale żaden dźwięk nie wychodził z tych ust. Żaden dźwięk nigdy już z nich nie wyjdzie.

Wokół ciała, na podłodze sceny, rozsypane były stroiki obojowe. Dziesiątki. Może setki. Połamane na drobne kawałki, jakby ktoś z furią niszczył je jeden po drugim. Henryk wiedział, czym są stroiki — widział, jak oboiści godzinami je przygotowują, szlifują, moją, testują. Każdy stroik to dzieło rzemiosła. Każdy jest indywidualny. Oboiści mówią o stroikach tak, jak chirurdzy mówią o skalpelach. To był akt profanacji.

Na pulpicie nutowym, ustawionym obok ciała — jakby ktoś przygotował ten widok z teatralną precyzją — leżała rozłożona partytura. Henryk nie znał nut, ale potrafił przeczytać tytuł wydrukowany na okładce. Mozart. Requiem. Missa pro defunctis. A pod spodem, dopisane odręcznie, czarnym atramentem, pismem starannym, niemal kaligraficznym:

„Za grzechy twoje i moje.”

Henryk cofnął się. Potem cofnął się jeszcze raz. Potem odwrócił się i wyszedł ze sceny tak szybko, jak pozwalały mu nogi, które trzęsły się jak galareta na talerzu.

W szatni dla personelu sięgnął po telefon komórkowy. Palce drżały. Wybrał numer.

Nie zadzwonił na policję. Nie zadzwonił na pogotowie. Zadzwonił do dyrektora artystycznego filharmonii, profesora Tadeusza Czajkowskiego — człowieka, który miał jedno żelazne polecenie dla całego personelu technicznego: cokolwiek się stanie, najpierw dzwonić do mnie. Cokolwiek. Pożar, powódź, zamach stanu, inwazja kosmitów.

Profesor Czajkowski odebrał po szóstym sygnale. Głos miał zaspany, poirytowany i nosowy — cierpiał na chroniczny katar, który uważał za zawodową chorobę ludzi żyjących w niedogrzanych salach koncertowych.

— Panie profesorze, tu Szyling. Z filharmonii.

— Wiem, skąd pan dzwoni, Szyling. Jest wpół do siódmej rano. Co się stało? Znowu cieknie rura w toalecie?

— Nie, panie profesorze. Na scenie leży człowiek. Znaczy się, nie leży. Znaczy, leży, ale chyba nie żyje. To pan Ficzka. Oboista.

Cisza w słuchawce. Długa. Henryk słyszał oddech profesora Czajkowskiego — ciężki, astmatyczny. Potem:

— Co pan mówi, Szyling?

— Mówię, że pan Ficzka leży na scenie i chyba nie żyje. Ma siną twarz. I obój. Między palcami. I stroiki dookoła. I nuty. Mozart, panie profesorze. To Requiem.

Kolejna cisza. Potem Czajkowski powiedział coś, czego Henryk nigdy wcześniej od niego nie słyszał. Zwykle profesor Czajkowski wyrażał się językiem wybrednym, akademickim, pełnym słów, których Henryk nie rozumiał i nie zamierzał rozumieć. Tym razem profesor Czajkowski użył jednego krótkiego słowa, powszechnie znanego, jednosylabowego, zaczynającego się na literę „k”.

— Niech pan dzwoni na policję. Natychmiast.

— Ale pan profesor zawsze mówił, żeby najpierw do pana…

— Szyling! Na policję. Teraz. Natychmiast. Zaraz.

Henryk zadzwonił na policję.


Patrol przyjechał w jedenaście minut. Henryk stał przed głównym wejściem i czekał. Mgła nie zelżała, wręcz przeciwnie — zgęstniała, jakby miasto zaciągało zasłonę wokół filharmonii. Radiowóz zatrzymał się na podjeździe z cichym skrzypnięciem hamulców. Dwóch mundurowych. Młodzi. Jeden miał pryszcze na brodzie. Drugi żuł gumę. Henryk pomyślał, że to wygląda jak scena z taniego serialu kryminalnego, który Helena ogląda wieczorami na Polsacie. Potem przypomniał sobie, że na scenie leży prawdziwy trup, i przestał myśleć o serialach.

Wprowadził ich do środka. Pokazał drogę na scenę. Mundurowy z pryszczami spojrzał na ciało i zbladł tak gwałtownie, że Henryk odruchowo wyciągnął rękę, żeby go podtrzymać, gdyby zemdlał. Mundurowy z gumą przestał żuć.

— Niech pan niczego nie dotyka — powiedział ten z gumą do Henryka, co było zbędne, bo Henryk nie miał najmniejszego zamiaru dotykać czegokolwiek na tej scenie do końca swoich dni.

Zaczęli dzwonić. Do dyżurnego. Do techników kryminalistycznych. Do prokuratora. Do medyka sądowego. Maszyneria śledztwa ruszyła powoli, jak zardzewiały mechanizm, który ktoś nakręcił po latach bezruchu.

Henryk stał w kącie kulis i patrzył, jak jego filharmonia — jego królestwo, jego świątynia — zamienia się w miejsce zbrodni.


Następne czterdzieści minut było chaosem. Przyjechało więcej ludzi. Technicy w białych kombinezonach z walizkami pełnymi narzędzi, których nazw Henryk nie znał. Lekarz — kobieta w średnim wieku, zmęczona, z termosem kawy, którą piła, patrząc na zwłoki, co Henryka zaszokowało, choć wiedział, że lekarze mają inny stosunek do śmierci niż normalni ludzie. Prokurator — młody mężczyzna w zbyt dużym płaszczu, który wyglądał, jakby sam potrzebował lekarza.

Henryk odpowiadał na pytania. Imię, nazwisko, stanowisko, godzina przyjścia, co widział, czego dotykał, kogo zawiadamiał. Odpowiadał dokładnie, szczegółowo, z precyzją człowieka, który całe życie prowadził rejestry, inwentarze i listy obecności. Mundurowy z gumą notował w notesie. Henryk zauważył, że pisze krzywo i robi błędy ortograficzne. Nie skomentował tego.

Potem kazali mu czekać.

Czekał.

Profesor Czajkowski przyjechał o siódmej dwadzieścia, w rozpiętym płaszczu, z szalikiem zawiązanym na krzywo, z miną człowieka, który nie wierzy, że świat śmiał go obudzić w taki sposób. Henryk poprowadził go do bocznego wejścia — scena była już odgrodzona taśmą. Czajkowski stał za taśmą i patrzył na ciało swojego pierwszego oboisty. Jego twarz nie wyrażała nic. Absolutnie nic. Henryk widział tę minę wcześniej. Profesor Czajkowski robił dokładnie taką samą twarz, kiedy orkiestra grała źle i nie chciał tego komentować przy publiczności. Twarz z kamienia. Ale oczy — oczy były mokre.

— Kto go znalazł? — zapytał Czajkowski.

— Ja, panie profesorze.

— I nikt inny tu nie wchodził?

— Nie. Byłem pierwszy. Jak zawsze.

Czajkowski kiwnął głową. Stał jeszcze chwilę. Potem powiedział cicho, bardziej do siebie niż do Henryka:

— Był draniem, wie pan? Kłótliwy, złośliwy, trudny jak mało kto. Ale grał… grał jak anioł. Jak cholerny anioł.

Henryk nie odpowiedział. Nie musiał. W dwudziestu jeden latach pracy w filharmonii nauczył się, że muzycy mówią rzeczy, na które nie trzeba odpowiadać. Czasem słowa nie są pytaniem. Są muzyką.


O siódmej pięćdziesiąt jeden, kiedy Henryk zaczynał tracić czucie w stopach od stania na zimnym korytarzu, od strony parkingu rozległ się dźwięk silnika. Nie radiowozowego — cichszego, głębszego. Henryk wyjrzał przez okno. Nieoznakowany samochód. Ciemny, nieokreślonego koloru w mglistym świetle. Drzwi otworzyły się i wysiadł mężczyzna.

Był wysoki. Metr osiemdziesiąt pięć, może więcej. Szczupły, ale nie chudo — raczej żylasto, jak biegacz długodystansowy albo tancerz. Miał na sobie długi, ciemny płaszcz, który wyglądał na drogi i znoszony jednocześnie — płaszcz człowieka, który kupił kiedyś dobrą rzecz i postanowił nosić ją do końca świata. Pod płaszczem ciemna koszula, bez krawata. Twarz podłużna, kości policzkowe wysoko, nos prosty, lekko zakrzywiony na końcu. Oczy — ciemne, głęboko osadzone, z cieniami pod nimi, które mogły być skutkiem bezsenności albo genetyki, albo jednego i drugiego. Ciemne włosy, za długie jak na policjanta, zaczesane do tyłu. Wyglądał jak muzyk. Wyglądał jak ktoś, kto powinien być na scenie, a nie za taśmą kryminalistyczną.

Henryk patrzył, jak mężczyzna idzie w stronę wejścia. Zwrócił uwagę na ręce. Lewa dłoń — opuszki palców pokryte siateczką drobnych, białawych blizn. Prawda ręka wsunięta w kieszeń płaszcza. Krok pewny, ale nie pospieszny. Krok człowieka, który idzie ku czemuś, od czego wolałby odejść.

Przy drzwiach mężczyzna pokazał legitymację mundurowej stojącej na warcie. Henryk nie widział, co na niej pisze, ale mundurowa wyprostowała się odrobinę i przepuściła go bez słowa.

Na korytarzu mężczyzna niemal wpadł na Henryka. Zatrzymał się. Spojrzał na niego. Henryk poczuł dziwne wrażenie, jakby te ciemne oczy widziały więcej, niż powinny — jakby skanowały go, czytały, rozszyfrowywały.

— Pan Szyling? Woźny? — głos niski, z ledwo wyczuwalnym akcentem. Nie polskim. Węgierskim? Henryk nie znał się na akcentach, ale coś w sposobie, w jaki mężczyzna wymawiał spółgłoski, było inne. Miększe i twardsze jednocześnie.

— Tak, to ja. Ja go znalazłem. Pana Ficzkę. Na scenie. Leży tam…

— Wiem. Dziękuję.

Mężczyzna ruszył korytarzem w stronę sceny. Dyżurny — ten sam, który przyjechał w patrolu, ten z gumą — dogonił go i powiedział coś, co Henryk usłyszał wyraźnie w akustyce pustego korytarza:

— Komisarzu Fájó, chyba pan zna tego pana. To z filharmonii.

Mężczyzna w płaszczu zatrzymał się na ułamek sekundy. Wystarczająco krótko, żeby nikt inny nie zauważył. Wystarczająco długo, żeby Henryk — obserwator z dwudziestoletnim stażem — zarejestrował to zawieszenie. Jakby ciało mężczyzny zamarło na moment między jednym krokiem a drugim. Między jednym oddechem a kolejnym.

Pauza. Tak to się nazywa w muzyce. Henryk znał to słowo. Pauza — chwila ciszy wpisana w partyturę. Nie przypadkowa. Zamierzona. Ale wypełniona napięciem tak gęstym, że niemal słyszalnym.

— Znam — powiedział komisarz Gábor Fájó. I ruszył dalej.


Henryk patrzył, jak komisarz przechodzi przez scenę. Zatrzymuje się nad ciałem. Nie kuca od razu, nie pochyla się z pośpiechem nowicjusza. Stoi. Patrzy. Henryk pomyślał, że wygląda to dokładnie tak, jak wyglądał profesor Czajkowski dwadzieścia minut wcześniej. Tak samo nieruchomo. Tak samo intensywnie. Dwóch mężczyzn z tej samej planety — planety, na której dźwięk jest ważniejszy niż słowo, a cisza mówi więcej niż krzyk.

Ale coś ich różniło. U Czajkowskiego Henryk widział żal. U komisarza Fájó widział coś innego. Nie potrafił tego nazwać. Było to coś między bólem a złością, między wspomnieniem a lękiem. Coś, co miało kolor starego wina — ciemne, gęste, z goryczą na końcu.

Gábor Fájó stał nad ciałem Zdzisława Ficzki i myślał o rzeczach, których Henryk Szyling nie mógł znać.

Myślał o tym, jak osiem lat temu — całe życie temu, w innej galaktyce — siedział trzy metry od miejsca, w którym teraz leżał trup, na krześle pierwszego skrzypka. Koncertmistrza. Prowadził sekcję smyczków, dawał wejścia, korygował intonację wzrokiem, uniesieniem brwi, ledwie widocznym skinieniem głowy. A dwa metry za nim, w sekcji dętej, siedział Zdzisław Ficzka i grał obój tak, jakby każdy dźwięk był modlitwą i przekleństwem jednocześnie.

Nie lubili się. To było za mało powiedziane. Między nimi panowała ta szczególna niechęć, jaka rodzi się między ludźmi, którzy rozumieją się aż za dobrze. Ficzka uważał Gábora za „chłodnego technokratę skrzypiec” — tak powiedział kiedyś na próbie, wystarczająco głośno, żeby cała orkiestra słyszała. Gábor uważał Ficzkę za człowieka, który traktuje talent jak broń i nie boi się jej używać przeciwko innym. Obaj mieli rację. Obaj się mylili. Tak to zwykle bywa z ludźmi, którzy widzą w drugim własne odbicie i nie mogą mu tego wybaczyć.

Gustav Mahler podobno powiedział kiedyś, że tradycja to nie kult popiołów, lecz podtrzymywanie ognia. Gábor myślał teraz o czymś innym, o czym Mahler nie mówił. Że ogień potrafi spalić nie tylko drewno. Potrafi spalić ludzi. Potrafi spalić wszystko, co kochasz, i zostawić tylko popiół, z którego nie da się niczego odbudować.

Kucnął przy ciele. Profesjonalnie. Odruchowo. Oczy rejestrowały szczegóły: siność twarzy, rozszerzone źrenice, brak widocznych obrażeń zewnętrznych. Ręce złożone na piersi — nienaturalnie, ktoś je ułożył. Obój między palcami — ktoś go tam umieścił. Stroiki na podłodze — ktoś je połamał i rozsypał. Partytura na pulpicie. Dopisek.

Za grzechy twoje i moje.

To nie było samobójstwo. Samobójca nie inscenizuje własnej śmierci z taką teatralną precyzją. Samobójca nie łamie stu stroików. Samobójca nie cytuje łacińskich tytułów mszy żałobnej. To był ktoś, kto chciał coś powiedzieć. Kto chciał, żeby to ciało zostało znalezione właśnie tak — na scenie, z instrumentem, z nutami. Kto chciał, żeby śmierć Ficzki była ostatnim koncertem.

Gábor poczuł coś na karku. Nie dotyk — bardziej świadomość. Świadomość, że patrzy na kogoś, kogo znał, i że granica między przeszłością a teraźniejszością właśnie się rozmyła jak atrament w wodzie.

— Medyk coś wstępnie mówi? — zapytał, nie odrywając wzroku od ciała.

Dyżurny sprawdził notatki.

— Doktor Rzeźnik jest w drodze. Ta pani wcześniej, z pogotowia, powiedziała, że nie widzi ran. Mówi, że wygląda na zatrucie. Albo uduszenie. Ale bez śladów na szyi.

Gábor skinął głową. Zatrucie. Twarz sina, źrenice rozszerzone, brak obrażeń mechanicznych. Coś, co paraliżuje oddychanie. Myśl przyszła natychmiast, zimna, kliniczna, niechciana. Sukcynylocholina. Albo coś podobnego. Środek, który wyłącza mięśnie, ale zostawia świadomość. Ofiara jest przytomna. Widzi. Słyszy. Rozumie, co się dzieje. Ale nie może się ruszyć. Nie może oddychać. Nie może krzyczeć.

Oboista. Człowiek, którego życie i sztuka polegały na kontroli oddechu. Który potrafił wyciągnąć z jednego naboru powietrza frazę trwającą dwadzieścia sekund. Który oddychał tak, jak inni ludzie myślą — nieustannie, precyzyjnie, świadomie.

Umarł, bo nie mógł oddychać.

Gábor wstał. Kolana protestowały — za dużo godzin za kierownicą, za mało ruchu, za dużo kawy zamiast jedzenia. Podszedł do pulpitu. Nie dotknął partytury — technicy jeszcze jej nie zabezpieczyli. Ale zobaczył coś pod spodem. Pod pulpitem, na podłodze, niemal niewidoczna w cieniu — druga kartka. Mniejsza. Wyglądała na fragment programu koncertowego. Gábor pochylił się. Zobaczył logo filharmonii. Datę — sprzed trzech miesięcy, październik. Program: Dvořák, Stabat Mater. Lista wykonawców. Jedno nazwisko zakreślone czerwonym flamastrem, grubą, niestaranną kreską.

Rachela Cukier — mezzosopran, solista.

Gábor poczuł, jak coś w nim pęka. Cicho. Bez efektów dźwiękowych. Jak pęknięcie struny, która zbyt długo była napięta — dźwięk tak krótki, że ludzkie ucho go nie rejestruje. Ale muzyk słyszy. Muzyk zawsze słyszy.

Wyprostował się. Twarz nie zdradzała niczego. Nauczył się tego dawno temu — najpierw na scenie, gdzie koncertmistrz nie może okazać paniki, nawet gdy smyczek pęknie w połowie koncertu, a potem w policji, gdzie komisarz nie może okazać niczego, co nie jest przewidziane procedurą.

Podszedł do technika kryminalistycznego, który fotografował scenę.

— Pod pulpitem jest kartka. Zabezpiecz ją osobno. Oznacz jako dowód priorytetowy.

Technik kiwnął głową.

Gábor wyszedł ze sceny. Minął Henryka Szylinga, który stał pod ścianą i wyglądał jak człowiek, który chciałby się obudzić, ale nie może znaleźć przycisku.

— Panie Szyling.

— Tak?

— Kto ma klucze do budynku oprócz pana?

Henryk zamrugał. Pytanie było proste, ale wymagało myślenia, a myślenie w tym momencie nie przychodziło łatwo.

— Ja. Pan dyrektor Czajkowski. Pani Krystyna z sekretariatu. I jest jeszcze zestaw zapasowy w sejfie w biurze administracji. Ale kod do alarmu znają tylko… — zawahał się, licząc w myślach — ...cztery osoby. Ja, pan dyrektor, kierownik techniczny i pani z firmy ochroniarskiej.

— Żadnych śladów włamania?

— Nie. Wszystko było zamknięte. Alarm włączony. Kod wpisany prawidłowo — inaczej by nie zgasł, wie pan. Jakby ktoś wszedł bez kodu, toby wył, a ja bym usłyszał, bo mieszkam trzy przecznice…

— Dziękuję.

Gábor ruszył korytarzem. Za sobą słyszał głos Henryka, który mówił do mundurowego:

— ...trzy przecznice, nie dalej, i bym usłyszał, bo ten alarm, to powiem panu, jest tak głośny, że jak testowali go w zeszłym roku, to sąsiadka z naprzeciwka myślała, że wojna…

Gábor nie słuchał. Myślał o zamkniętych drzwiach i prawidłowym kodzie alarmowym. Myślał o kimś, kto miał klucze. Albo o kimś, kto ich nie potrzebował, bo Ficzka sam go wpuścił.

Myślał o kartce z nazwiskiem Racheli.

Myślał o stroikach na podłodze — tych drobnych, delikatnych, precyzyjnie wykonanych kawałeczkach trzciny, które oboista tworzy godzinami, żeby wydobyć jeden idealny dźwięk. Ktoś zniszczył je z furią. Z nienawiścią. Albo z desperacją. Albo z czymś, co jest gorsze od jednego i drugiego — z poczuciem, że ma do tego prawo.

Wyszedł przed budynek. Mgła nad Brdą zaczynała się przerzedzać. Styczniowe słońce próbowało przebić się przez chmury — blado, anemicznie, bez przekonania. Na ulicy pojawiły się pierwsze samochody. Miasto budziło się. Miasto nie wiedziało.

Gábor sięgnął do kieszeni po telefon. Sprawdził ekran. Trzy nieodebrane połączenia od nadkomisarza Klawisza. Jedno od Doroty Sosenki. I jeden SMS od numeru, którego nie miał w kontaktach, ale który znał na pamięć tak, jak zna się melodię kołysanki — z głębi ciała, nie z głowy.

„Gábor, wiem, że prowadzisz tę sprawę. Muszę z tobą porozmawiać. To pilne.”

Rachela.

Stał przed filharmonią z telefonem w ręku. Mgła opadała na jego ramiona jak welon. W środku, na scenie, technicy kryminalistyczni oznaczali ślady, fotografowali ciało, zbierali połamane stroiki do woreczków dowodowych. Gdzieś w mieście budziła się kobieta, której głos potrafił sprawić, że mężczyźni zapominali własnych imion. Gdzieś w mieście ktoś, kto zabił oboistę, pił być może poranną kawę i czytał wiadomości na telefonie.

A w pustej sali filharmonii, w ciszy, która nastała po odjeździe karetki pogotowia, woźny Henryk Szyling siedział na krześle za kulisami i płakał. Nie dlatego, że lubił Ficzkę — nie lubił go, właściwie nikt go nie lubił. Płakał dlatego, że ktoś skalał jego scenę. Ktoś zamienił miejsce, w którym rodziła się muzyka, w miejsce, w którym umarł człowiek.

I dlatego, że wiedział — z instynktem strażnika, który czuwa nad swoim królestwem od dwudziestu jeden lat — że to dopiero początek.

W orkiestrze oboista daje ton. A-440. Czysty, pojedynczy dźwięk, od którego wszystko się zaczyna. Wszystkie inne instrumenty strojone są do tego jednego tonu. Bez niego orkiestra jest chaosem. Jest zbiorem samotnych głosów, z których żaden nie wie, gdzie jest jego miejsce.

Oboista milczał.

Orkiestra czekała.

Rozdział II: Ekspozycja

W teorii muzyki ekspozycja to moment, w którym temat zostaje przedstawiony po raz pierwszy. Melodia wyłania się z ciszy. Słuchacz nie wie jeszcze, dokąd go zaprowadzi. Nie wie, czy to będzie marsz żałobny, czy taniec. Wie tylko, że coś się zaczęło. I że nie ma już odwrotu.

Gábor Fájó stał nad ciałem Zdzisława Ficzki i liczył. To był nawyk, który wyniósł z orkiestry, nie z policji. Muzycy liczą nieustannie. Takty, pauzy, wejścia. Policjanci też liczą, ale inne rzeczy. Rany. Ślady. Godziny od zgonu.

Liczył szczegóły.

Siność twarzy — jednostajna, głęboka, koloru przejrzałego bakłażana. Nie wybroczynowa, nie punktowa. Uogólniona. To wykluczało uduszenie mechaniczne, przy którym wybroczyny pojawiają się w spojówkach i na skórze jak konstelacje drobnych, czerwonych gwiazd. To było coś innego. Coś chemicznego.

Źrenice rozszerzone do maksimum. Czarne jeziora, w których nie odbijało się już żadne światło. W podręczniku toksykologii klinicznej profesora Piotrowskiego, który Gábor przeczytał w pierwszym roku szkoły policyjnej — z uporem człowieka przyzwyczajonego do wertowania partytur — napisane było, że rozszerzenie źrenic przy jednoczesnym braku obrażeń mechanicznych wskazuje na jedną z trzech możliwości: zatrucie, wstrząs anafilaktyczny lub nagłe zatrzymanie krążenia. Twarz Ficzki wykluczała trzecią opcję. Była zbyt spokojna. Zbyt ułożona. Ludzie, których zabija własne serce, mają na twarzach wyraz zaskoczenia, jakby ktoś przerwał im w pół zdania.

Ficzka wyglądał, jakby słuchał.

Usta lekko rozchylone. Broda odrobinę uniesiona. Głowa przechylona w stronę widowni. Gdyby nie siność i nieruchomość, można by pomyśleć, że oboista leży na plecach i nasłuchuje pogłosu w pustej sali — tego szczególnego, ciepłego rezonansu, którym Filharmonia Pomorska słynęła w środowisku muzyków. Akustyk, który projektował salę w latach siedemdziesiątych, podobno zażądał, by pod podłogą sceny umieszczono specjalną warstwę korkową. Dźwięk miał się odbijać, ale nie ostro. Miękko. Jak echo w katedrze.

Gábor ukucnął. Nie dotknął ciała. Dotknął wzrokiem szyję ofiary. Lewa strona. Tuż pod uchem. Tam. Drobny punkt. Ledwie widoczny gołym okiem — różowawy punkcik otoczony bladym halo, jak miniaturowe zaćmienie słońca na mapie skóry. Ślad wkłucia.

Wstał i cofnął się o krok. Medyk sądowy stała trzy metry za nim. Doktor Irena Rzeźnik. Kobieta, której nazwisko stanowiło źródło nieustannych żartów w środowisku bydgoskiej policji, żadnego z których ona sama nigdy nie uznała za śmieszny. Sześćdziesiąt lat, siwe włosy ścięte krótko, twarz surowa jak portret matki przełożonej na renesansowym obrazie. W jednej ręce trzymała rękawiczki lateksowe, w drugiej termos z kawą, z którego piła regularnie, niezrażona bliskością zwłok. Gábor pracował z nią przy czterech sprawach. Nigdy nie widział, żeby Rzeźnik okazała jakiekolwiek emocje wobec martwego ciała. Wobec żywych ludzi — owszem. Wobec martwych — nigdy.

— Widzi pani punkt na szyi? — zapytał Gábor. — Lewa strona, pod kątem żuchwy.

Rzeźnik podeszła. Pochyliła się. Wyjęła z kieszeni kitla małą lupę — anachronizm w epoce cyfrowej, ale Rzeźnik ufała własnym oczom bardziej niż jakiejkolwiek kamerze.

— Widzę. Ślad iniekcji. Igła cienka, prawdopodobnie insulinowa lub o podobnym kalibrze. Wkłucie pod kątem, od tyłu i z boku. Ofiara raczej nie widziała igły. Podanie szybkie, pewne. Ktoś wiedział, co robi.

— Sukcynylocholina? — Gábor nie chciał podpowiadać, ale nie mógł się powstrzymać.

Rzeźnik wyprostowała się i spojrzała na niego z wyrazem, który u kogoś innego byłby zaskoczeniem. U niej był ledwie zauważalnym uniesieniem lewej brwi.

— Możliwe. Obraz kliniczny pasuje. Siność uogólniona, brak obrażeń mechanicznych, rozszerzenie źrenic. Sukcynylocholina blokuje receptory acetylocholinowe na płytce nerwowo-mięśniowej, powodując porażenie mięśni szkieletowych, w tym przepony. Śmierć przez uduszenie. Ale ofiara pozostaje przytomna do końca, bo lek nie przekracza bariery krew-mózg. Widzi, słyszy, czuje. Nie może się ruszyć. Nie może oddychać.

Gábor zamknął oczy na sekundę. Wyobraził sobie to. Ficzka na scenie. Sparaliżowany. Przytomny. Świadomy, że umiera. Patrzący w sufit sali koncertowej — ten sam sufit, na który patrzył setki razy podczas prób i koncertów. Ale tym razem nie grał. Tym razem był widownią na własnym pogrzebie.

— Ile to trwa? — zapytał.

— Od podania do zgonu? Przy dużej dawce dożylnej — pięć do ośmiu minut. Przy podskórnej — dłużej. Dziesięć, piętnaście minut. To zależy od dawki i miejsca wkłucia. Szyja to dobra lokalizacja — bliskość naczyń, szybka absorpcja.

— Piętnaście minut.

— Może krócej. Sekcja pokaże.

Piętnaście minut. Kwadrans. Tyle trwa drugie ogniwo typowego koncertu symfonicznego. Tyle trwa adagio z kwartetu Beethovena. Tyle trwa powolne, precyzyjne umieranie człowieka, który całe życie poświęcił na kontrolowanie własnego oddechu.

Gábor otworzył oczy.

— Jeszcze jedno — powiedział Rzeźnik, patrząc na ciało. — Ręce. Ktoś je ułożył po śmierci. Stężenie pośmiertne jest w początkowej fazie, więc zgon nastąpił prawdopodobnie między dwudziestą drugą a drugą w nocy. Ale pozycja rąk — złożone na piersi, z instrumentem między palcami — to nie jest pozycja, w jakiej umiera człowiek sparaliżowany sukcynylocholiną. On powinien leżeć tak, jak upadł. Rozkrzyżowany. Bezwładny. Ktoś go ułożył. Ktoś włożył mu obój między palce.

— Po śmierci.

— Po śmierci. Albo w trakcie umierania. Co jest, przyznam, myślą bardziej niepokojącą.

Gábor kiwnął głową. Patrzył na stroiki rozsypane wokół ciała. Na partyturę Requiem na pulpicie. Na kaligraficzny dopisek. Na tę scenografię śmierci, przygotowaną z pieczołowitością reżysera operowego.

I na drugą kartkę. Tę pod pulpitem. Z zakreślonym nazwiskiem Racheli.

Technik kryminalistyczny właśnie zabezpieczał ją w przezroczystym woreczku. Gábor patrzył, jak nazwisko jego byłej żony znika za folią i etykietą dowodową. Numer sprawy. Data. Podpis technika.

Tak się kończy prywatność, pomyślał. Woreczek foliowy i numer katalogowy.


Komenda Miejska Policji przy ulicy Powstańców Wielkopolskich wyglądała jak budynek, który sam nie wiedział, czym chce być. Fasada z lat dziewięćdziesiątych. Dobudówka z dwutysięcznych. Parking, który był za mały o połowę. Korytarze, które pachniały środkiem do mycia podłóg i starym papierem. Gábor pracował tu od trzech lat i nigdy nie poczuł się jak w domu. W filharmonii czuł się jak w domu. W orkiestrze czuł się jak w domu. Tu czuł się jak gość, który został za długo na przyjęciu i nie wie, jak grzecznie wyjść.

Ale miał biurko. Miał komputer. Miał współpracowniczkę, która siedziała naprzeciwko i piła trzecią kawę tego poranka, choć zegar wskazywał dopiero dziewiątą trzydzieści.

Aspirant Dorota Sosenka. Trzydzieści osiem lat. Urodzona i wychowana w Fordonie — dawnym samodzielnym miasteczku, wchłoniętym przez Bydgoszcz w latach sześćdziesiątych, co fordoniacy przyjęli z rezygnacją, ale nigdy nie zapomnieli. Fordoniacy są twardzi. Fordoniacy nie marnują słów. Fordoniacy nie ufają ludziom, którzy noszą za długie płaszcze i mówią z węgierskim akcentem.

Dorota Sosenka była kwintesencją Fordonu. Średniego wzrostu, krępa, z krótkimi brązowymi włosami, które wyglądały, jakby obcinała je sama — bo obcinała je sama. Twarz bez makijażu, oczy piwne, ostrzejsze niż nóż do papieru. Nosiła praktyczne ubrania w praktycznych kolorach. Nie posiadała ani jednej pary butów na obcasie. Mówiła wprost, bez ozdobników, bez subtelności, bez półtonów. Gábor, przyzwyczajony do świata, w którym każdy niuans miał znaczenie — gdzie różnica między pianissimo a piano mogła zmienić sens całego utworu — początkowo nie potrafił z nią pracować. Potem zrozumiał, że Dorota jest jak metronom. Bezlitośnie precyzyjna. Nieomylnie regularna. Nie znosi wahań tempa.

Zaczął ją szanować trzeciego dnia ich wspólnej pracy, kiedy powiedziała mu prosto w twarz, że jego nawyk długiego patrzenia przez okno zamiast pisania raportów jest stratą czasu i że nie zamierza za niego tego robić. Zaczął ją lubić tydzień później, kiedy podczas przesłuchania podejrzanego o rozbój — wielkiego mężczyzny z tatuażem skorpiona na szyi — Dorota powiedziała spokojnie: „Panie Walczak, albo pan odpowie na pytanie, albo ja zadam je ponownie, ale wolniej, żeby pan zrozumiał. Nie chcę pana urazić, ale mam wrażenie, że pan nie rozumie polskiego, mimo że jest pan Polakiem od czterdziestu trzech lat.” Podejrzany odpowiedział.

Teraz Dorota patrzyła na niego znad kubka z kawą. Na kubku był napis „Nie mów do mnie, dopóki to nie będzie puste”. Kubek był w połowie pełny, co oznaczało, że Gábor powinien być ostrożny.

— Opowiadaj — powiedziała.

Gábor opowiedział. Wszystko. Ciało na scenie. Obój między palcami. Stroiki. Partytura. Dopisek. Ślad iniekcji. Wstępną opinię Rzeźnik. Mówił spokojnie, chronologicznie, jak raport. Policyjnym językiem, który nauczył się stosować zamiast muzycznego. W orkiestrze powiedziałby: martwy oboista na proscenium, kompozycja sceny sugeruje inscenizację, dynamika zabójstwa — od piano do forte, crescendo cierpienia. Na komisariacie mówił: zwłoki na scenie, prawdopodobne otrucie, układ ciała wskazuje na działanie osoby trzeciej po zgonie.

Ale jedną rzecz pominął.

Nie wspomniał o kartce z nazwiskiem Racheli.

Nie pominął jej celowo. To znaczy — pominął ją celowo, ale w tym momencie nie pozwolił sobie na świadomość tego faktu. Wepchnął ją głęboko, pod przeponę, tam, gdzie trzymał wszystkie rzeczy, z którymi nie chciał się mierzyć. Było ich tam sporo. Robiło się ciasno.

Dorota słuchała. Nie przerywała. Kiedy skończył, odstawiła kubek.

— Ficzka Zdzisław. Obój. Wiek?

— Pięćdziesiąt cztery lata.

— Rodzina?

— Rozwiedziony. Bezdzietny. Była żona w Krakowie, nie utrzymywali kontaktu od lat. Rodzeństwa brak. Rodzice nie żyją.

— Mieszkał?

— Sam. Kawalerka na Szwederowie. Ulica Pestalozziego, numer szesnaście, mieszkanie trzy.

Dorota notowała. Krótkie, ostre litery. Pismo jak ona sama — bez zbędnych zawijasów.

— Znałeś go.

To nie było pytanie. Dorota nie zadawała pytań, kiedy znała odpowiedź.

— Graliśmy razem osiem lat. Znałem go tak, jak zna się kolegę z pracy. Nie byliśmy przyjaciółmi.

— Ale znałeś go na tyle, żeby powiedzieć, czy miał wrogów.

Gábor prawie się uśmiechnął. Prawie.

— Ficzka miał talent do tworzenia wrogów. To był człowiek, który wchodził do pokoju i temperatura spadała o trzy stopnie. Kłótliwy. Sarkastyczny. Bezwzględny w ocenach. Jeśli ktoś grał źle, Ficzka mówił mu to. Głośno. Publicznie. Nie z sadystyczną przyjemnością — to byłoby prostsze. Z przekonaniem, że ma obowiązek mówić prawdę. Że sztuka wymaga prawdy. Że kompromis to zdrada.

— Brzmi jak ktoś, kogo chciałoby się otruć.

— Brzmi jak połowa muzyków, których znałem. Ludzie, którzy poświęcili życie jednemu instrumentowi, rzadko bywają łatwi w obejściu. To jest specyficzny rodzaj obsesji. Neurolożka Levitin opisał to kiedyś bardzo trafnie — żeby osiągnąć biegłość muzyczną, potrzeba dziesięciu tysięcy godzin ćwiczeń. Dziesięć tysięcy godzin samotności z instrumentem. To kształtuje charakter w sposób, który normalnym ludziom wydaje się patologią.

Dorota spojrzała na niego. Tym wzrokiem, który mówił: przestań filozofować i przejdź do konkretu.

— Dobrze — powiedział Gábor. — Konkrety. Ficzka mieszkał sam, żył skromnie, ale miał dług. Grał w kasynach online. Wiedziałem o tym jeszcze z czasów orkiestry. Próbował to ukryć, ale muzycy plotkują gorzej niż sąsiadki na klatce schodowej. Kiedyś pożyczył pieniądze od drugiego oboisty i nie oddał. Był z tego skandal.

— Ile był winien?

— Wtedy? Kilkanaście tysięcy. Ale to było trzy lata temu. Nie wiem, jak jest teraz. Było.

Dorota zanotowała. Potem spojrzała na zegarek.

— Telefon komórkowy ofiary. Technicy mówią, że nie było go przy ciele.

Gábor zmarszczył brwi.

— Nie było? Ficzka był przyklejony do telefonu. Ciągle sprawdzał wyniki meczów. Stawiał na wszystko — piłkę, tenis, wyścigi konne. Nawet na curling, jak pamiętam.

— Nie było go na scenie. Nie było w kieszeniach. Nie było w garderobie muzyków. Sprawdzili. Telefon zniknął.

Cisza. Gábor przetwarzał tę informację. Telefon zabrany z miejsca zbrodni. To nie był przypadek. Ktoś chciał czegoś, co było w tym telefonie. Kontaktów. Wiadomości. Zdjęć.

Zdjęć.

Wspomnienie przyszło nagle. Jasne i ostre jak reflektor sceniczny. Ficzka na próbie, dwa lata temu — Gábor wtedy jeszcze grał, to były jego ostatnie miesiące w orkiestrze. Przerwa obiadowa. Ficzka w kącie sali prób, z telefonem. Śmieje się do ekranu. Gábor przechodzi obok, Ficzka chowa telefon szybko, zbyt szybko.

— Co oglądam? Koty na YouTube — powiedział wtedy Ficzka z uśmiechem, który nie sięgał oczu.

Gábor nie pytał dalej. Nie był ciekawski. A może po prostu miał własne problemy. Wtedy miał ich dużo.

— Trzeba sprawdzić jego mieszkanie — powiedział do Doroty. — Jutro rano. I bilingi telefoniczne — złóż wniosek do prokuratora.

— Już złożyłam. — Dorota powiedziała to tonem, który sugerował, że pytanie było zbędne.

Gábor kiwnął głową. Metronom. Niezawodny, bezlitosny metronom.


Wieczorem Gábor jechał do domu przez miasto, które wyglądało inaczej niż rano. Mgła opadła, ale niebo pozostało niskie i szare. Latarnie odbijały się w mokrym asfalcie. Bydgoszcz w styczniu nie jest miastem, które zachęca do spacerów. Jest miastem, które mówi: wracaj do domu, zamknij drzwi, nie wychodź do wiosny.

Mieszkanie na Wyżynach. Blok z lat osiemdziesiątych. Trzecie piętro, bez windy. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka. Minimum mebli. Minimum wszystkiego. Gábor nie był minimalistą z przekonania. Był minimalistą z bezwładności. Po odejściu Racheli nie kupił niczego nowego. Nie zawiesił obrazów. Nie postawił kwiatów. Mieszkanie wyglądało jak pokój hotelowy, w którym gość zatrzymał się na jedną noc i został trzy lata.

Jedynym przedmiotem, który nie pasował do reszty, był futerał na skrzypce. Stał w kącie salonu, na podłodze, oparty o ścianę. Czarny, twardy, z wyświechtanym uchwytem. Na wierzchu — naklejka z logo Filharmonii Pomorskiej, podrapana i wyblakła.

Gábor nie otwierał tego futerału od dwóch lat.

Dwóch lat, trzech miesięcy i siedmiu dni. Ale kto liczy.

Usiadł na kanapie. Nie zdjął płaszcza. W mieszkaniu było zimno — zapomniał włączyć ogrzewanie rano. Albo nie zapomniał. Czasem zimno było odpowiednie. Zimno utrzymywało czujność. Nie pozwalało na rozleniwienie. Nie pozwalało na wspominanie.

Ale dzisiejszy dzień nie dawał się nie wspominać.

Ficzka na scenie. Obój między palcami. Stroiki jak konfetti po pogrzebie. I kartka z nazwiskiem Racheli.

Rachela Cukier. Nazwisko, które brzmiało jak pseudonim literacki, ale było prawdziwe — odziedziczyła je po ojcu, Jakubie Cukier, profesorze fizyki na UKW, człowieku cichym i łagodnym, który umarł na raka trzustki, kiedy Rachela miała dwadzieścia lat. Matka, Estera, przeżyła męża o dwa lata i umarła — jak twierdziła rodzina — z tęsknoty. Rachela została sama. Miała dwadzieścia dwa lata i głos, od którego pękały serca.

Mezzosopran. Nie sopran — nie ten jasny, triumfalny, sopranowy blask, który wznosi się ku niebu jak gotycka wieża. Mezzosopran. Głos ciemniejszy, głębszy, gęstszy. Ktoś kiedyś opisał barwę jej głosu jako „wiśniowy likier w kryształowym kieliszku” i Gábor przez lata nie potrafił wymyślić lepszego porównania. Rachela śpiewała Carmen, Dalilę, Judytę z „Zamku Sinobrodego” Bartóka. Role kobiet, które kochają z furią i niszczą z gracją. Role, w których głos musi być jednocześnie miękki i niebezpieczny.

Gábor poznał ją na koncercie. Nie na scenie — za kulisami. Filharmonia Pomorska, jesień, sześć lat temu. Rachela przyszła jako solistka, mezzosopranowa partia w Stabat Mater Dvořáka. Gábor prowadził sekcję smyczków. Po koncercie spotkali się w garderobie — przypadkiem, bo Gábor szedł po futerał, a Rachela szukała szalika, który zostawiła na krześle. Szalika nie znaleźli. Znaleźli coś innego.

Ich pierwsza rozmowa trwała cztery godziny. Siedzieli w pustej garderobie, na plastikowych krzesłach, i rozmawiali o Dvořáku. Potem o Mahlerze. Potem o Bartóku. Potem o niczym. O wszystkim.

Gábor, który zwykle mówił mało i wolno, odkrył, że przy Racheli mówi dużo i szybko. Jakby coś się otworzyło. Jakby ktoś nacisnął klawisz, który był zablokowany od lat.

Rachela była piękna. Nie w sposób, w jaki są piękne modelki — symetrycznie, gładko, przewidywalnie. Była piękna w sposób, w jaki jest piękna muzyka Bartóka. Nieregularnie. Zaskakująco. Z dysonansami, które dopiero po czasie okazują się konieczne. Ciemne włosy, gęste i niesfornie. Oczy koloru ciemnego bursztynu, prawie brązowe, prawie złote. Nos za duży — sama tak mówiła — z garbem, który nadawał jej twarzy wyraz dumny i trochę drapieżny. Usta pełne, linia żuchwy mocna.

Ale to nie uroda go przyciągnęła. Był muzykiem. Muzycy nie zakochują się w twarzach. Zakochują się w dźwiękach.

Głos Racheli.

Był dźwiękiem, od którego Gáborowi drżały ręce. Nie ze strachu. Z rezonansu. Jakby jej głos trafiał w częstotliwość, która odpowiadała częstotliwości jego ciała. Jakby była stroikiem, a on instrumentem.

Albo odwrotnie.

Pobrali się po pięciu miesiącach. Za szybko. Oboje to wiedzieli. Oboje zignorowali tę wiedzę. Muzycy żyją w czasie muzycznym, nie chronologicznym. W muzyce pięć minut może zawierać wieczność, a wieczność może zmieścić się w jednym takcie.

Trzy lata małżeństwa. Dwa lata szczęścia — gorącego, intensywnego, wypełnionego muzyką i ciałami. Trzeci rok — katastrofa. Wypadek samochodowy na trasie Bydgoszcz–Toruń. Gábor za kierownicą. Gołoledź. Bariera energochłonna. Szyba. Krew. Szpital.

Ścięgna lewej ręki. Zginacze palców. Chirurg powiedział: będzie pan grał, ale odbudowa pełnej sprawności potrwa miesiące. Może dłużej. Może nigdy w stu procentach.

Może nigdy w stu procentach.

Dla kogoś, kto gra na skrzypcach, „nigdy w stu procentach” brzmi jak wyrok. Nie jak wyrok śmierci. Gorzej. Jak wyrok na życie w niepełności. Na granie, które jest dobre, ale nie doskonałe. Na dźwięk, który jest prawie taki jak powinien, ale nie całkiem. Dla przeciętnego skrzypka to byłoby do przyjęcia. Gábor Fájó nie był przeciętnym skrzypkiem.

Depresja przyszła cicho. Nie z krzykiem, nie z płaczem. Jak mgła nad Brdą. Wsączyła się w każdą szczelinę. Gábor przestał ćwiczyć. Przestał wychodzić z domu. Zaczął pić — najpierw wino, potem wódkę, potem cokolwiek. Rachela próbowała go wyciągnąć. Błagała, groziła, płakała. On siedział na kanapie i patrzył na futerał ze skrzypcami jak człowiek, który patrzy na fotografię umarłego dziecka.

Pewnego wieczoru, po trzech miesiącach milczenia, Rachela powiedziała:

— Gábor, twoja ręka działa. Możesz grać. Nie idealnie, ale możesz.

— Nie idealnie to znaczy wcale.

— Nie idealnie to znaczy jak człowiek. Nie jak maszyna. Jak człowiek. Z ułomnościami. Z bliznami. Z życiem.

— Nie chcę grać jak człowiek. Chcę grać jak skrzypek.

To było ostatnie zdanie, które powiedział jej tamtego wieczoru. Rachela wyszła z mieszkania i nie wróciła przez trzy dni. Kiedy wróciła, Gábor pakował teczkę. Zapisał się do szkoły policyjnej. Rachela patrzyła na niego jak na kogoś, kto właśnie spalił katedrę.

— Policja. Ty. Człowiek, który nie potrafi otworzyć słoika z dżemem, będzie ścigał przestępców.

— Potrafię otworzyć słoik z dżemem.

— To metafora, Gábor. Ty nienawidzisz przemocy. Nienawidzisz brzydoty. Nienawidzisz wszystkiego, co nie jest muzyką. Jak ty będziesz pracował w policji?

— Nauczę się.

— Nie. Uciekniesz. Tak jak uciekasz od skrzypiec. Tak jak uciekasz ode mnie.

Miała rację. W stu procentach. I w stu procentach się myliła. Bo Gábor nie uciekał. Gábor szukał miejsca, w którym niedoskonałość nie jest wadą. W policji nikt nie oczekuje perfekcji. Nikt nie oczekuje, że trafisz w każdą nutę. W policji liczy się coś innego. Liczy się to, że próbujesz. Że wstajesz rano i robisz swoją robotę. Że szukasz prawdy, nawet jeśli jej nie znajdziesz. Że patrzysz na martwego człowieka na scenie i nie odwracasz wzroku.

Rozwód był cichy. Bez awantur. Bez walki o meble, bo nie mieli prawie mebli. Rachela zabrała swoje nuty, swoje sukienki, swoją kolekcję płyt z nagraniami Marii Callas i Christry Ludwig. Gábor został z futerałem, którego nie otwierał, i z mieszkaniem, które przestało być domem.

Rok temu widzieli się po raz ostatni. Przypadkiem, w Tesco na Fordonie. Gábor kupował mrożoną pizzę. Rachela kupowała owoce — mango, awokado, limonki. Rzeczy, których Gábor nie potrafił odróżnić od siebie. Stali w kolejce do kasy, trzy osoby między nimi, i udawali, że się nie widzą. Rachela miała nowy szalik. Bordowy, z kaszmiru. Gábor pomyślał, że szalik jest piękny i że ktoś go jej kupił. Potem pomyślał, że nie chce wiedzieć kto. Potem zapłacił za pizzę i wyszedł.

Teraz siedział na kanapie w zimnym mieszkaniu i patrzył na automatyczną sekretarkę. Lampka migała. Jedna wiadomość.

Nacisnął przycisk.

Głos Racheli wypełnił pokój jak perfumy, które ktoś rozpylił w pustym kościele. Ciepły, niski, z tą lekką chropowatością na spółgłoskach, która świadczyła o zmęczeniu albo o alkoholu, albo o płaczu.

— Gábor, wiem, że prowadzisz tę sprawę. Muszę z tobą porozmawiać. To pilne.

Pauza. Oddech. Potem:

— Proszę.

Kliknięcie. Koniec wiadomości.

Gábor siedział nieruchomo. Za oknem Bydgoszcz pulsowała tępym, zimowym życiem. Samochody na ulicy. Światła w oknach sąsiednich bloków. Gdzieś daleko — może w Operze Nova nad Brdą, może w jakimś kościele, może w czyimś radiu — ktoś grał muzykę. Za cicho, żeby rozpoznać co. Za głośno, żeby zignorować.

Gábor wstał. Podszedł do futerału ze skrzypcami. Stanął nad nim. Nie dotknął go.

Potem wrócił na kanapę i odtworzył wiadomość jeszcze raz.

I jeszcze raz.

I jeszcze raz.

Za każdym razem słowo „proszę” brzmiało inaczej. Za pierwszym — jak prośba. Za drugim — jak rozkaz. Za trzecim — jak aria, której nikt nigdy nie napisał, bo żaden kompozytor nie miał dość odwagi, żeby wylać na papier nutowy tak wiele bezradności w jednym słowie.

Daniel Levitin, neurolog i muzyk, napisał w swojej książce This Is Your Brain on Music, że ludzki mózg przetwarza głos bliskiej osoby inaczej niż każdy inny dźwięk. Aktywuje się nie tylko kora słuchowa, ale też ciało migdałowate — centrum emocji, centrum strachu, centrum pamięci emocjonalnej. Głos kogoś, kogo kochaliśmy, uruchamia w mózgu ten sam obwód, co zagrożenie. Bo miłość jest zagrożeniem. Bo utrata miłości jest najbardziej pierwotnym strachem, jaki nosi w sobie ludzkie zwierzę.

Gábor wyłączył sekretarkę.

Jutro, pomyślał. Jutro do niej zadzwonię. Jutro pojadę na Szwederowo przeszukać mieszkanie Ficzki. Jutro sprawdzę bilingi. Jutro zadam pytania, na które nie chcę znać odpowiedzi.

Ale tej nocy nie spał. Leżał na plecach w ciemnym pokoju i słuchał ciszy. Cisza w Bydgoszczy o trzeciej w nocy ma szczególną jakość. Nie jest pustą ciszą. Jest ciszą pełną — pełną odległych dźwięków: syreny karetki na Gdańskiej, pociągu towarowego na wiadukcie nad Brdą, wiatru w gołych gałęziach topoli za oknem. Cisza, która nie jest brakiem dźwięku, ale jego najcichszą wersją.

Pianissimo possibile.

Tak cicho, jak to możliwe.

Tak cicho, jak oddech martwego oboisty, którego nikt nigdy więcej nie usłyszy.

Rozdział III: Cantus firmus

Cantus firmus. Łaciński termin oznaczający „śpiew stały”. W średniowiecznej polifonii był to głos, który się nie zmieniał. Melodia dana z góry, niezmienna, uparta w swojej prostej linii, wokół której inne głosy splatały się w coraz bardziej złożone wzory. Cantus firmus nie negocjował. Nie ustępował. Trwał.

Są ludzie, którzy żyją jak cantus firmus. Są ludzie, którzy żyją wokół nich.

I są ludzie, którzy nie wiedzą, które z tych dwóch jest gorsze.


Kawiarnia „Kujawianka” na Starym Rynku w Bydgoszczy zajmowała parter kamienicy z osiemnastego wieku. Niskie sklepienia ceglane, bielone wapnem, które z upływem lat nabrały barwy starych kości. Małe okna w głębokich wnękach. Drewniane stoły, ciemne od lakieru i lat. Pachniało tu kawą, cynamonem i czymś jeszcze — może historią, może kurzem, może po prostu starością, która w pewnych miejscach nie jest brzydotą, lecz godnością.

Gábor przyszedł pierwszy. Było wpół do jedenastej rano. Zamówił espresso podwójne. Kelnerka — młoda dziewczyna z kolczykiem w nosie i tatuażem na nadgarstku — przyniosła filiżankę i ciastko, którego nie zamawiał.

— Do kawy gratis — powiedziała z uśmiechem.

Gábor nie uśmiechnął się w odpowiedzi. Nie z niegrzeczności. Z roztargnienia. Myślami był gdzie indziej. Był na scenie filharmonii, nad ciałem Ficzki. Był w swoim mieszkaniu, przy automatycznej sekretarce. Był wszędzie oprócz tu i teraz.

Psychologowie nazywają to dysocjacją. Umysł odrywa się od ciała jak balon od sznurka. Leci w górę, w bok, w przeszłość. Ciało zostaje na krześle w kawiarni, trzyma filiżankę, oddycha, mruga. Ale nie żyje. Żyje to, co w głowie.

Gábor żył w głowie od trzech lat. Może dłużej. Może od zawsze.

Drzwi kawiarni otworzyły się o dziesiątej czterdzieści trzy. Zimowe powietrze wdarło się do środka jak nieproszony gość. A za nim — Rachela.

Zobaczył ją, zanim zobaczyła jego. Miał tę przewagę — siedział w kącie, twarzą do wejścia. Stary nawyk policyjny. Nigdy plecami do drzwi. W orkiestrze siedział twarzą do dyrygenta. W kawiarni — twarzą do świata.

Rachela stała w drzwiach i rozglądała się. Kilka sekund. Wystarczająco długo, żeby Gábor zdążył ją ocenić okiem, które nie było już okiem męża, ale nie było też okiem obcego człowieka. Było okiem kogoś pomiędzy. Okiem, które nie miało nazwy.

Była chuda. Chudszy niż rok temu, kiedy widział ją w Tesco. Chudszy niż dwa lata temu, kiedy podpisywali papiery rozwodowe w kancelarii notarialnej na ulicy Dworcowej. Kości obojczykowe widoczne nad kołnierzem płaszcza. Twarz ostrzejsza, bardziej kątowa. Oczy — te same, ciemny bursztyn — ale z cieniami pod spodem, jakby ktoś namalował je rozrzedzonym atramentem.

Wyglądała jak kobieta, która za mało je i za mało śpi. Albo jak kobieta, która jest chora. Albo jak kobieta, która żyje z kimś, kto ją powoli zjada od środka.

Gábor pomyślał o termitach. Entomolożka E.O. Wilson opisywał, jak termity potrafią wydrążyć belkę stropową od wewnątrz, zostawiając cienką skorupę drewna, która wygląda idealnie, dopóki ktoś na nią nie nadepnie i cała konstrukcja nie runie. Rachela wyglądała jak taka belka. Nienaruszona z zewnątrz. Pusta w środku.

Zobaczyła go. Ich oczy spotkały się ponad głowami dwóch par siedzących przy stolikach. Coś przebiegło między nimi — nie iskra, bo iskra jest jasna i krótka. Raczej prąd, ciemny i ciągły, który płynie pod ziemią i którego nie widać, ale czuć.

Rachela podeszła. Usiadła naprzeciwko. Nie zdjęła płaszcza. Ciemnogranatowy, wełniany, z szerokimi klapami. Pod spodem czarny golf. Na szyi — żadnej biżuterii. Rachela, która kiedyś nosiła srebrne kolczyki z bursztynem — prezent od matki — teraz miała gołą szyję. Gábor zauważył to i zanotował w tej części umysłu, która rejestruje szczegóły bez emocji. Policjant w nim notował. Mężczyzna w nim milczał.

— Dziękuję, że przyszedłeś — powiedziała Rachela.

Głos. Ten głos. Gábor poczuł, jak ciało migdałowate w jego mózgu budzi się do życia jak stary piec, w który ktoś wrzucił polano. Ciepło. Strach. Pamięć.

— Ty prosiłaś — odpowiedział.

— Tak. Prosiłam.

Cisza. Kelnerka podeszła. Rachela zamówiła herbatę. Zieloną, bez cukru. Kiedyś piła kawę. Czarną, mocną, z łyżeczką brązowego cukru. Gábor wiedział o niej te wszystkie drobiazgi. Wiedział, że na lewa nogę wkłada but przed prawą. Że w wannie leży zawsze na lewym boku. Że przed występem je trzy migdały — na szczęście. Wiedział tysiąc rzeczy, które nie miały już żadnego znaczenia i jednocześnie miały znaczenie większe niż cokolwiek innego.

— Ficzka nie żyje — powiedział Gábor. Nie było sensu udawać, że są tu z innego powodu.

— Wiem. Czytałam rano w internecie. Artykuł w „Expressie”. „Tragedia w filharmonii — znaleziono ciało muzyka”. Bez szczegółów.

— Szczegóły nie są do publikacji. Na razie.

— Ale ty je znasz.

— Znam.

Rachela obracała łyżeczkę między palcami. Nerwowy gest. Gábor znał ten gest — robiła tak przed każdym występem, kiedy siedziała za kulisami i czekała na swoje wejście. Obracała cokolwiek — łyżeczkę, długopis, guzik od płaszcza. Palce potrzebowały ruchu. Głos potrzebował ciszy. Ciało potrzebowało zajęcia, żeby umysł mógł się skupić na czymś innym.

— Powiedziałaś, że musisz porozmawiać — powiedział Gábor. — O czym?

Rachela odłożyła łyżeczkę. Podniosła wzrok. Przez ułamek sekundy jej oczy były otwarte — naprawdę otwarte, bez zasłon, bez filtrów. Gábor zobaczył w nich coś, czego nie widział od lat. Strach. Nie ten codzienny, przytłumiony lęk, który towarzyszy każdemu dorosłemu człowiekowi jak cień. Strach ostry, świeży, z krawędzią, o którą można się skaleczyć.

— Ficzka kontaktował się ze mną — powiedziała. — Dwa tygodnie przed śmiercią. Zadzwonił wieczorem. Był pijany. Albo naćpany. Albo jedno i drugie. Mówił dziwne rzeczy.

— Jakie rzeczy?

— Zagadkami. Urywanymi zdaniami. Mówił o fotografiach. Powiedział dokładnie tak: „Mam fotografie, które mogą wysadzić katedrę w powietrze”. Potem się zaśmiał. Tym swoim śmiechem — znasz ten śmiech. Suchy, krótki, jak kaszel astmatyka.

Gábor znał ten śmiech. Ficzka śmiał się rzadko, ale kiedy to robił, brzmiało to jak dźwięk, którego nikt by nie chciał słyszeć po zmroku.

— Powiedział coś jeszcze? — zapytał Gábor.

— Powiedział, że chce się spotkać. Że ma mi coś do pokazania. Że to dotyczy mnie. I jeszcze kogoś. Nie powiedział kogo.

— I spotkałaś się z nim?

— Nie. Nie przyszłam. Uznałam go za wariata. Albo za pijaka, który szuka uwagi. Ficzka zawsze szukał uwagi. Zawsze był na krawędzi jakiegoś skandalu. Pomyślałam, że to kolejna z jego gier. Odłożyłam słuchawkę i poszłam spać.

Rachela umilkła. Herbata stygła w filiżance. Para unosiła się leniwie, spiralnie, jak dym z kadzidła.

— A teraz żałujesz — powiedział Gábor. To nie było pytanie.

— Teraz żałuję. Tak. Bo gdybym poszła, może bym coś zrozumiała. Może bym go ostrzegła. Może on by jeszcze żył.

— Albo może ty byś nie żyła.

Rachela spojrzała na niego. W jej oczach coś drgnęło — to samo pęknięcie, które Gábor widział w lustrze codziennie rano, kiedy golił się tępą maszynką i patrzył na twarz, której nie lubił.

— Może — powiedziała cicho. — Może.

Gábor napił się kawy. Zimna. Niesmaczna. Espresso podwójne, które stygnie w filiżance, traci dwadzieścia procent aromatu w ciągu czterech minut. Przeczytał to kiedyś w magazynie dla baristów, który leżał w poczekalni u dentysty. Głupia informacja. Zapamiętana na zawsze.

— Rachela, dlaczego Ficzka zadzwonił akurat do ciebie?

I tu nastąpiła pauza. Nie taka jak w rozmowie. Taka jak w muzyce. Pauza generalna. Wszyscy milczą. Wszystkie instrumenty. Cała orkiestra. Dyrygent trzyma batutę w powietrzu. Publiczność wstrzymuje oddech. Cisza, która jest pełniejsza niż jakikolwiek dźwięk.

Rachela patrzyła na swoje dłonie. Gábor patrzył na Rachelę. Kelnerka za barem mieliła kawę — dźwięk młynka przeciął ciszę jak piła tarczowa.

— Bo to mnie dotyczyło — powiedziała w końcu Rachela. — Te fotografie. Dotyczyły mnie.

— W jakim sensie?

— Gábor, muszę ci coś powiedzieć. I musisz mnie wysłuchać do końca, zanim cokolwiek powiesz. Obiecujesz?

— Nie obiecuję. Mów.

Rachela niemal się uśmiechnęła. Niemal. Kącik ust drgnął i opadł, jak fałszywy start biegacza, który rusza przed strzałem.

— Od półtora roku jestem w związku z księdzem.

Słowa zawisły w powietrzu jak nuty w pustej sali koncertowej. Gábor usłyszał je. Zarejestrował je. Przetworzył je. A potem coś w nim zrobiło dokładnie to, co robi muzyk, kiedy na scenie pęka struna — grał dalej, jakby nic się nie stało.

Twarz nieruchoma. Oczy spokojne. Dłonie na stole. Żaden mięsień nie drgnął. Lata na scenie. Lata w policji. Człowiek uczy się nie reagować.

Ale wewnątrz coś spadło. Jak kamień w studnię. Bezgłośnie, bo studnia była głęboka.

— Z księdzem — powtórzył. Głos neutralny. Ton informacyjny.

— Tak. Z księdzem Albinem Unterhose. Proboszczem parafii pod wezwaniem Świętych Polskich Braci Męczenników. Na Jachcicach.

Gábor znał tę parafię. Znał nazwisko. Nie osobiście — z gazet, z plakatów, z lokalnych wiadomości. Ksiądz Albin Unterhose był postacią publiczną w Bydgoszczy. Charyzmatyczny kaznodzieja, którego niedzielne homilie przyciągały tłumy. Organizator koncertów muzyki sakralnej, patron festiwalu „Musica Sacra Bydgoszcz”. Człowiek, którego zdjęcie pojawiało się regularnie w „Expressie Bydgoskim” — na zdjęciach z prezydentem miasta, z biskupem, z darczyńcami. Przystojny mężczyzna koło pięćdziesiątki. Siwe skronie, ciemne oczy, uśmiech, który na zdjęciach wyglądał jak maska — perfekcyjny i nieprzenikniony.

I teraz ten człowiek był kochankiem jego byłej żony.

— Powiedz mi więcej — powiedział Gábor. Policjant w nim przejął kontrolę. Mężczyzna w nim skulił się w kącie i zamknął oczy.

Rachela mówiła. Mówiła jak ktoś, kto długo nosił coś ciężkiego i wreszcie może to złożyć na ziemię — z ulgą, ale i z bólem, bo mięśnie przyzwyczaiły się do ciężaru i bez niego nie wiedziały, jak funkcjonować.

Poznała Albina Unterhose w jego kościele. Po rozstaniu z Gáborem szukała czegoś. Nie Boga — Rachela wychowała się w żydowskiej rodzinie, ale religijna nie była. Szukała formy. Struktury. Czegoś, co nada kształt pustce, która została po rozpadzie małżeństwa. Poszła na koncert muzyki organowej w kościele na Jachcicach — przypadkiem, bo zobaczyła plakat na przystanku autobusowym. Grali Bacha. Passacaglia i fuga c-moll, BWV 582. Rachela nie znała tego utworu wcześniej. Usłyszała go i poczuła, jak coś pęka — ale inaczej niż zwykle. Nie destrukcyjnie. Konstruktywnie. Jakby pękała skorupa, a pod nią było coś żywego.

Po koncercie podeszła do organisty — chciała podziękować, zapytać o program. Organistą był sam ksiądz Unterhose. Albin.

— Grał jak ktoś, kto rozumie Bacha od wewnątrz — mówiła Rachela, a jej głos zmiękł w sposób, który Gábor rozpoznawał boleśnie. Tak mówiła kiedyś o nim. O jego grze na skrzypcach. — Nie technicznie. Nie akademicko. Jak ktoś, kto wie, że muzyka jest modlitwą, nawet jeśli nie wierzy w Boga. Albo właśnie dlatego.

Albin zaprosił ją na herbatę na plebanii. Potem na kolację. Potem na kolejny koncert. Rozmawiali godzinami. O Bachu, o Messiaenie, o Pärsie. O teologii dźwięku. O tym, czy muzyka jest językiem Boga, czy Bóg jest językiem muzyki. Albin był erudytą. Mówił po niemiecku, po łacinie, po włosku. Cytował Mistrza Eckharta i Thomasa Mertona. Miał bibliotekę, w której stały pierwsze wydania Edyty Stein obok partytur Oliviera Messiaena. Był człowiekiem, jakiego Rachela nie spotkała nigdy — połączeniem kapłana, artysty i uwodziciela, przy czym granice między tymi trzema rolami były tak zatarte, że nie dało się powiedzieć, gdzie kończy się jedna, a zaczyna druga.

— Kiedy to się zmieniło? — zapytał Gábor. Wiedział, że jest punkt zwrotny. Zawsze jest punkt zwrotny. W muzyce to miejsce, w którym tonacja zmienia się z dur na moll. W życiu — miejsce, w którym miłość zamienia się w pułapkę.

Rachela zacisnęła palce na filiżance.

— Po trzech miesiącach. Może czterech. Albin zaczął organizować wieczory na plebanii. Kameralne kolacje. Zapraszał ludzi — eleganckich, zamożnych, wpływowych. Kilka par. Lekarz. Prawnik. Ktoś z ratusza. Ja byłam… ozdobą. Śpiewałam im przy kolacji. Albin grał na fortepianie. Pili dobre wino. Rozmawiali o polityce, o sztuce, o pieniądzach. Na początku to było… wyrafinowane. Salonowe. Jak w dziewiętnastym wieku.

— A potem?

— A potem przestało być salonowe.

Rachela umilkła. Gábor czekał. Nie ponaglał. W przesłuchaniach — bo to było przesłuchanie, choć siedzieli w kawiarni przy herbacie — cisza jest narzędziem. Ludzie boją się ciszy. Wypełniają ją słowami, nawet jeśli te słowa ich zdradzają.

— Wieczory stawały się coraz bardziej… transgresyjne. Więcej alkoholu. Mniej ubrań. Więcej dotyku. Albin reżyserował to z chirurgiczną precyzją. Nigdy nie zmuszał. Nigdy nie groził. Sugerował. Aranżował. Tworzył atmosferę, w której granice rozpuszczały się jak cukier w gorącej wodzie. I w pewnym momencie nie wiedziałaś, kiedy przekroczyłaś linię, bo linia zniknęła.

Gábor słuchał. Słowa Racheli wchodziły w niego jak igły — cienkie, precyzyjne, ledwo czuć moment wkłucia, ale potem ból narasta.

— Brałaś udział — powiedział. Głos płaski. Stwierdzenie faktu.

— Dwa razy. Za pierwszym razem byłam pijana. Za drugim — byłam pijana i przekonana, że to jest… wolność. Że to jest wyzwolenie z konwenansów. Albin tak to nazywał. Wyzwolenie ciała z więzienia moralności. Cytował Wilhelma Reicha — „ciało, które nie zna przyjemności, jest ciałem faszystowskim”. Cytował Georgesa Bataille’a. Cytował świętego Jana od Krzyża, na miłość boską. Potrafił sprawić, że orgia na plebanii brzmiała jak mistyczne doświadczenie.

— A za trzecim razem?

— Za trzecim razem nie poszłam. Obudziłam się rano po drugim razie, spojrzałam w lustro i zobaczyłam kogoś, kogo nie znałam. Kogoś, kogo nie chciałam znać. Powiedziałam Albinowi, że to koniec. Że chcę normalnej relacji albo żadnej.

— I co on na to?

Rachela podniosła wzrok. W jej oczach strach zmienił kształt — z ostrego, świeżego stał się tępy, chroniczny. Strach, do którego człowiek się przyzwyczaja. Który nosi jak blizny — niewidoczne pod ubraniem, ale obecne przy każdym ruchu.

— Powiedział, że mnie rozumie. Że szanuje moją decyzję. A potem dodał — bardzo cicho, bardzo spokojnie, z tym swoim uśmiechem — że będzie szkoda, jeśli pewne nagrania trafią w niepowołane ręce. Że w dzisiejszych czasach internet jest bezlitosny. Że kariera śpiewaczki operowej jest krucha jak stroik obojowy.

Gábor poczuł, jak coś w nim twardnieje. Nie gniew — gniew jest gorący, chaotyczny, nieproduktywny. To było coś zimniejszego. Coś precyzyjniejszego. Stalowa linka, która naprężyła się w środku klatki piersiowej.

— Szantażował cię.

— Nie użył tego słowa. Nigdy nie używał brzydkich słów. Mówił pięknie. Zawsze pięknie. Nawet kiedy groził, brzmiało to jak błogosławieństwo.

— I zostałaś.

— Zostałam. Nie na wieczorach. Na wieczory już nie chodziłam. Ale zostałam w relacji z Albinem. Śpiewałam na mszach w jego kościele. Przychodziłam na plebanię. Gotowałam mu kolacje. Spałam z nim w sypialni, w której czterdzieści osiem godzin wcześniej… — urwała. Przełknęła. — Zostałam, bo bałam się odejść. I bo nie miałam dokąd.

Gábor chciał powiedzieć: miałaś dokąd. Miałaś mnie. Ale nie powiedział. Bo to nie była prawda. Kiedy Rachela odeszła od niego, Gábor był wrakiem. Pijącym, milczącym, zamkniętym w sobie wrakiem, który zamiast ratować się muzyką, uciekł do szkoły policyjnej. Rachela nie miała do kogo odejść. Nie dlatego, że nie było ludzi wokół niej. Dlatego, że ludzie wokół niej byli albo złamani, albo niebezpieczni. Gábor był złamany. Albin był niebezpieczny. I Rachela wybrała niebezpieczeństwo, bo złamanie już znała i nie chciała go więcej.

Tak to wygląda, pomyślał. Psychologia ofiary. Doktor Judith Herman w swojej przełomowej pracy Trauma and Recovery opisała mechanizm, w którym ofiara przemocy psychicznej rozwija coś, co Herman nazwała „traumatycznym przywiązaniem” — paradoksalną więzią z osobą, która jednocześnie jest źródłem cierpienia i jedynym źródłem poczucia bezpieczeństwa. Ofiara nie odchodzi, bo odejście oznacza konfrontację z pustką. A pustka jest gorsza niż ból. Pustka nie ma kształtu. Ból przynajmniej ma.

— Teraz rozumiesz, dlaczego Ficzka zadzwonił do mnie — powiedziała Rachela. — Bo widział mnie na jednym z tych wieczorów. Nie jako uczestnik. Widział mnie przez okno. Albo z korytarza. Nie wiem. Ale wiedział.

— I szantażował Unterhosego zdjęciami.

— Tak mi powiedział przez telefon. Że ma zdjęcia. Że ma dowody. Że może Albina zniszczyć.

— I chciał ci pomóc? Ostrzec cię?

Rachela pokręciła głową. Powoli. Jak ktoś, kto nie ma siły na szybkie gesty.

— Nie wiem. Na początku może tak. Może chciał mnie ratować. Był dziwnym człowiekiem, Ficzka. Złośliwym, ale z dziwnym poczuciem sprawiedliwości. Ale potem… potem chyba zaczął widzieć w tym szansę dla siebie. Pieniądze. Ficzka potrzebował pieniędzy. Grał w kasynach, wiesz o tym. Miał długi. I nagle miał w rękach coś, co było warte więcej niż wszystkie jego długi razem wzięte.

— Szantażował księdza.

— Tak mi powiedział przez telefon. Że „negocjuje”. Tak to nazwał. Negocjacje.

Gábor odsunął filiżankę. Zimna kawa. Zimna herbata. Zimne powietrze, które wdzierało się przez nieszczelne okno kawiarni. Zimny dzień w zimnym mieście.

I gdzieś pod tym wszystkim — pod lodem, pod profesjonalizmem, pod maską policjanta, który słucha zeznań — coś gorącego. Coś, co nie miało prawa tam być po trzech latach rozwodu, po roku unikania, po setkach nocy na kanapie w pustym mieszkaniu. Coś, co było jak nuta pedałowa w organach — ciągły, niski dźwięk, który trwa pod spodem, nieustannie, niesłyszalnie, ale podtrzymuje harmonię całego utworu.

Kochał ją. Nadal. Mimo wszystko. A może nie mimo. Może właśnie dlatego.

Nie powiedział tego.

— Rachela, dlaczego mi to mówisz? Dlaczego teraz?

— Bo Ficzka nie żyje. I bo boję się, że to Albin go zabił.

Zdanie spadło na stół jak nóż.

— Masz na to dowody?

— Nie. Mam przeczucie. I mam strach. Albin jest zdolny do wszystkiego, Gábor. Do absolutnie wszystkiego. Widziałam go wściekłego. Raz. Tylko raz. Ktoś z jego parafian publicznie zakwestionował rozliczenia finansowe kościoła — starszy pan, emerytowany księgowy, nie groźny dla nikogo. Albin zaprosił go na plebanię na „rozmowę wyjaśniającą”. Nie wiem, co mu powiedział. Ale ten człowiek następnego dnia wycofał swoje zarzuty, przeprosił publicznie w kościele i tydzień później przeniósł się do innej parafii. Widziałam twarz Albina po tej rozmowie. Był spokojny. Uśmiechnięty. Ale oczy miał… puste. Jak szyby w domu, w którym nikt nie mieszka.

Gábor myślał. Sortował informacje jak nuty w partyturze — każda na swoim miejscu, w swoim czasie, w swojej funkcji harmonicznej. Ficzka szantażował Unterhosego zdjęciami z orgii na plebanii. Unterhose miał motyw, żeby go uciszyć. Unterhose miał środki — pieniądze, wpływy, kontakty. Czy miał zdolność do morderstwa? Rachela mówiła, że tak. Ale Rachela była przerażona, a strach zniekształca percepcję. Amygdala — to samo ciało migdałowate, które reaguje na głos bliskiej osoby — reaguje też na zagrożenie. I kiedy się aktywuje, wyłącza korę przedczołową. Wyłącza logikę. Włącza przetrwanie.

— Rachela, muszę cię zapytać o jedną rzecz i potrzebuję prawdziwej odpowiedzi.

— Pytaj.

— Czy Unterhose wie, że rozmawiasz ze mną?

— Nie. Nie sądzę. Nie powiedziałam mu.

— Ale wie, że prowadzę sprawę Ficzki?

— Bydgoszcz jest małym miastem, Gábor. Wszyscy wiedzą wszystko. Zwłaszcza Albin. Albin wie rzeczy, zanim one się wydarzą.

Gábor kiwnął głową. Musiał z nią skończyć. Nie rozmowę — rozmowy nigdy nie kończył, bo niedokończone rozmowy wracały jak niedokończone frazy muzyczne, domagając się rozwiązania. Musiał skończyć tę część, w której był mężem. Musiał zostać policjantem. Tylko policjantem.

Wstał. Położył banknot na stole. Rachela patrzyła na niego od dołu — oczy wielkie, ciemne, błyszczące.

— Gábor.

— Tak?

— Przepraszam. Za wszystko. Za to, że nie powiedziałam ci wcześniej. Za to, że w ogóle w to weszłam. Za… za nas. Za to, że odeszłam.

— Nie przepraszaj za to, że odeszłaś. Nie miałaś powodu zostawać.

— Miałam. Miałam powód. Ale powód nie wystarczy, kiedy nie ma fundamentu.

Gábor patrzył na nią. Wspomnienie przyszło bez zaproszenia. Ostro. Boleśnie. Dvořák. Stabat Mater. Filharmonia Pomorska, ta sama sala, w której teraz leżało ciało Ficzki. Rachela na scenie, w czarnej sukni, z włosami upiętymi wysoko, odsłaniającymi tę szyję, za którą Gábor oddałby królestwo, gdyby jakiekolwiek posiadał. On w sekcji smyczków, pierwsza pulta, ze skrzypcami pod brodą. I moment — jeden jedyny moment w całym koncercie — kiedy Rachela śpiewała frazę „Fac, ut portem Christi mortem” i spojrzała na niego. Prosto na niego. Nie na dyrygenta, nie na publiczność. Na niego. I on poczuł, że ta fraza — „Pozwól mi dźwigać śmierć Chrystusa” — jest zaadresowana do niego osobiście. Że Rachela śpiewa do niego. Że gra dla niej. Że w tym momencie cała filharmonia z jej tysiącem słuchaczy przestaje istnieć i są tylko oni dwoje — głos i skrzypce, dźwięk i rezonans, kobieta i mężczyzna w jedynym języku, który oboje rozumieli naprawdę.

— To był jedyny raz, kiedy grałeś dla mnie, nie dla publiczności — powiedziała Rachela, jakby czytała mu w myślach. Jakby wspomnienie przyszło do nich obu jednocześnie, zsynchronizowane jak dwa instrumenty strojone do tego samego tonu.

Gábor wyciągnął rękę. Odruchowo. Bez myśli. Palce zbliżyły się do jej policzka — ta lewa ręka z bliznami na opuszkach, ręka, która kiedyś grała Paganiniego i Bartóka, a teraz trzymała broń służbową i pisała raporty. Palce zawisły centymetr od jej skóry. Centymetr. Interwał tak mały, że prawie nie istnieje. Ale istnieje.

Cofnął rękę.

— Będę w kontakcie — powiedział. I wyszedł.


Na komisariacie czekała na niego Dorota Sosenka. Kawa numer cztery. Kubek prawie pusty, co oznaczało, że można mówić swobodnie.

— Mam coś — powiedziała Dorota bez wstępów. — Unterhose. Albin. Sprawdziłam go w bazach. Czysty. Żadnych wpisów, żadnych mandatów, nawet za parkowanie. Jak aniołek.

— Ale?

— Ale. — Dorota obróciła monitor w jego stronę. — Znalazłam to w archiwum prasowym „Expressu Bydgoskiego”. Artykuł sprzed trzech lat. Mała wzmianka, na dwunastej stronie, między reklamą dentysty a nekrologami.

Gábor przeczytał. Krótki tekst. Sześć zdań. „Anonimowy donos na plebanię parafii pw. Świętych Polskich Braci Męczenników na Jachcicach. Donoszący zarzuca księdzu proboszczowi organizowanie libacji z udziałem osób świeckich. Kuria diecezjalna przeprowadziła kontrolę i nie stwierdziła nieprawidłowości. Donos uznano za bezpodstawny.” Pod artykułem — dwa zdania drobnym drukiem, wydrukowane tydzień później. Sprostowanie i przeprosiny redakcji wobec księdza Unterhosego za „publikację niepotwierdzonych informacji mogących naruszyć dobre imię duchownego”.

— Kto interweniował? — zapytał Gábor.

— Tego nie ma w archiwum. Ale zadzwoniłam do redakcji. Rozmawiałam z archiwistką, starszą panią, która pamięta wszystko i wszystkich. Powiedziała, że po publikacji artykułu redaktor naczelny dostał telefon. Nie powiedziała od kogo, bo „nie wie”, ale dodała, że redaktor naczelny chodził potem przez tydzień blady jak ściana i kazał wydrukować przeprosiny natychmiast.

— Telefon z góry.

— Z góry. Z boku. Z jakiegokolwiek miejsca, które miało wystarczająco dużo władzy, żeby przerazić redaktora naczelnego gazety codziennej.

Gábor patrzył na ekran. Sześć zdań w archiwum prasowym. Jeden donos, jedna kontrola, jedno sprostowanie. I ktoś, kto jednym telefonem zamknął sprawę, zanim zdążyła się otworzyć.

— Sosenka, sprawdź mi coś jeszcze.

— Co?

— Kościół Unterhosego buduje nowe organy. Duże, kosztowne. Sprawdź, kto finansuje budowę. Ile kosztuje. Skąd idą pieniądze.

Dorota zanotowała. Krótkie, ostre litery.

— Myślisz, że to o pieniądze? — zapytała.

— Myślę, że to jest zawsze o pieniądze. Albo o władzę. Albo o jedno i drugie.

— A miłość?

Gábor spojrzał na nią. Dorota patrzyła na niego bez wyrazu. Ale w kąciku jej ust — prawy kącik, lewy nigdy — drgnęło coś, co u kogoś innego byłoby uśmiechem. U Doroty było sygnałem, że widzi więcej, niż mówi.

— Miłość jest dla poetów — powiedział Gábor. — My jesteśmy policjantami.

— Mhm — powiedziała Dorota. I wróciła do swojego kubka.


Wieczór. Gábor jechał na Jachcice. Nie służbowo. Nie miał powodu. Nie miał nakazu. Nie miał nawet pretekstu. Jechał, bo musiał zobaczyć.

Kościół pw. Świętych Polskich Braci Męczenników stał na wzniesieniu nad osiedlem domków jednorodzinnych. Cegła. Dach z blachy. Wieża z zegarem, który wskazywał dziesięć minut po ósmej, choć było wpół do dziewiątej — nawet zegar kościelny nie nadążał za rzeczywistością. Wokół kościoła ogrodzenie, za ogrodzeniem parking, za parkingiem plebania. Solidny budynek z lat osiemdziesiątych. Dwa piętra. Garaż. Ogród, teraz zasypany śniegiem.

Gábor zaparkował po drugiej stronie ulicy. Zgasił silnik. Zgasił światła. Siedział w ciemności i patrzył.

Plebania była ciemna. Prawie. Jedno okno na pierwszym piętrze świeciło się ciepłym, żółtawym światłem — światłem lampy stojącej, nie jarzeniówki. Przez niedomknięte żaluzje Gábor widział cienie. Ruch. Ludzie w pokoju. Nie jeden. Kilku.

Wyjął z kieszeni mały aparat — nie służbowy, prywatny, kompaktowy Olympus, który kupił na pchlim targu i którego używał, kiedy nie chciał zostawiać cyfrowych śladów w policyjnym systemie. Zrobił kilka zdjęć. Powiększenie maksymalne. Jakość marna — zimowy wieczór, sztuczne światło, odległość trzydzieści metrów. Ale coś widać.

Drzwi plebanii otworzyły się. Światło z holu wylało się na schody jak płynne złoto. W progu stanął mężczyzna. Ciemny garnitur. Krawat. Płaszcz przerzucony przez ramię mimo mrozu. Twarz oświetlona od dołu — kości policzkowe, duży nos, cofające się włosy. Gábor znał tę twarz. Widywał ją w telewizji, na plakatach, w „Expressie Bydgoskim” przy artykułach o budżecie miasta.

Wiceprezydent Bydgoszczy Bogdan Gryzoń.

Za Gryzoniem wyszła kobieta. Elegancka, w płaszczu do kostek, z małą torebką. Gábor nie znał jej twarzy. Ciemne włosy, postawa pewna, krok szybki. Ktoś ważny. Albo ktoś, kto chce wyglądać na ważnego.

Gryzoń i kobieta wsiedli do ciemnego sedana zaparkowanego przy plebanii. Odjechali. Gábor zapisał numer rejestracyjny.

W drzwiach plebanii, przez ułamek sekundy, zobaczył jeszcze jedną postać. Mężczyznę w czarnej koszuli z białym prostokątem przy kołnierzu. Koloratka. Stał w progu i patrzył za odjeżdżającym samochodem. Potem wszedł do środka i zamknął drzwi.

Gábor siedział w ciemności jeszcze dwadzieścia minut. Plebania zgasła. Okno za oknem. Piętro za piętrem. Aż została tylko ciemność i cisza, i oddech Gábora na szybie samochodu, który rysował małe kółka pary.

Kiedy odjeżdżał, spojrzał w lusterko wsteczne. Za nim, po drugiej stronie ulicy, stało zaparkowane BMW. Ciemne. Z wyłączonymi światłami.

Ktoś obserwował tego, kto obserwował.

Gábor zapamiętał numer rejestracyjny.

Jechał do domu przez uśpione miasto. Ulicami, które znał na pamięć. Przez mosty nad Brdą, która płynęła czarno i cicho pod lodem. Myślał o Ficzce na scenie. O Racheli w kawiarni. O Unterhosem w drzwiach plebanii. O Gryzonieniu w ciemnym sedanie. O BMW w lusterku.

I o tym, że cantus firmus — melodia stała, niezmienna, uparta — nie jest głosem, który się zmienia.

Jest głosem, wokół którego zmienia się wszystko inne.

Rozdział IV: Dysonans

Dysonans to współbrzmienie dźwięków, które wywołuje napięcie. Niepokój. Potrzebę rozwiązania. W klasycznej harmonii dysonans domaga się konsonansu — jak pytanie domaga się odpowiedzi, jak rana domaga się opatrunku. Ale w muzyce dwudziestego wieku Arnold Schönberg udowodnił, że dysonans może istnieć sam dla siebie. Że napięcie nie musi się rozwiązać. Że niepokój może być stanem permanentnym.

Niektórzy ludzie żyją w permanentnym dysonansie. Nie szukają rozwiązania. Przyzwyczaili się do zgrzytów.

Gábor Fájó był jednym z nich.


Ratusz bydgoski stał na placu Teatralnym jak stary urzędnik — solidny, nieco przytłoczony własną ważnością, z fasadą, która widziała lepsze czasy. Neobarokowa budowla z końca dziewiętnastego wieku, raz po raz remontowana, ale nigdy do końca. Zawsze coś odpadało, coś pękało, coś wymagało naprawy. Jak każda instytucja, która istnieje wystarczająco długo, żeby zapomnieć, po co powstała.

Gábor wszedł do ratusza o dziewiątej rano. Minął portiera — starszego mężczyznę w za dużym garniturze, który czytał „Przegląd Sportowy” i podniósł wzrok z wyrazem kogoś, kto został brutalnie wyrwany ze świata, w którym wszystko ma sens (wyniki ligi piłkarskiej), do świata, w którym nic go nie ma (rzeczywistość).

— Do kogo? — zapytał portier.

— Do wiceprezydenta Gryzonia. Komisarz Fájó, policja kryminalna.

Portier zadzwonił. Czekał. Odłożył słuchawkę.

— Sekretariat informuje, że pan wiceprezydent nie przyjmuje dzisiaj interesantów. Proszę umówić się telefonicznie.

— To nie jest wizyta interesanta. To sprawa kryminalna.

— Sekretariat informuje, że pan wiceprezydent nie przyjmuje dzisiaj.

Gábor patrzył na portiera. Portier patrzył na Gábora. Między nimi wisiało to szczególne napięcie, które rodzi się, kiedy dwa systemy zderzają się ze sobą — system władzy i system prawa. W teorii prawo stoi wyżej. W praktyce władza ma sekretariat, a sekretariat ma instrukcje.

— Dziękuję — powiedział Gábor. Odwrócił się i wyszedł. Ale nie odszedł. Usiadł na ławce przed ratuszem, w zimnym styczniowym powietrzu, i zadzwonił do Doroty.

— Sosenka, potrzebuję wszystkiego, co masz na Bogdana Gryzonia. Wiceprezydent Bydgoszczy. Partia rządząca. Cokolwiek.

— Daj mi godzinę — powiedziała Dorota.

Dała mu czterdzieści minut.


Gábor wrócił na komisariat i zastał na swoim biurku trzy rzeczy. Kubek kawy — jeszcze ciepły, co oznaczało, że Dorota zrobiła go niedawno i że dzisiejszy dzień należy do wyjątkowo produktywnych. Wydruk z bazy danych. I kopertę z laboratorium medycyny sądowej, zaadresowaną na jego nazwisko, z pieczęcią „PILNE” odbitą czerwonym tuszem.

Zaczął od wydruku.

Bogdan Gryzoń. Lat pięćdziesiąt dwa. Absolwent politologii na UKW w Bydgoszczy. Były radny powiatowy, potem miejski, od trzech lat wiceprezydent miasta odpowiedzialny za kulturę, sport i współpracę z organizacjami pozarządowymi. Żonaty, troje dzieci, dom w Miedzyniu. Członek partii rządzącej od dwunastu lat. Lokalny polityk średniego szczebla — zbyt ważny, żeby go ignorować, zbyt mało ważny, żeby się go bać. Taki polityk, który istnieje w tle jak tapeta. Nikt go specjalnie nie lubi. Nikt go specjalnie nie nienawidzi. Jest. Funkcjonuje. Podpisuje dokumenty. Przecina wstęgi. Uśmiecha się na zdjęciach.

Dorota podsunęła mu drugą kartkę.

— To znalazłam w ogólnodostępnych źródłach. Projekt „Bydgoszcz Sacra”. Program rewitalizacji obiektów sakralnych na terenie miasta. Dotacje unijne i rządowe. Budżet: dwadzieścia trzy miliony złotych na trzy lata. Koordynator ze strony miasta — Bogdan Gryzoń.

Gábor przeczytał. Program obejmował renowację sześciu kościołów, budowę centrum edukacji religijnej i — flagowy projekt — budowę nowych organów piszczałkowych w kościele pw. Świętych Polskich Braci Męczenników na Jachcicach. Koszt samych organów: dwa miliony złotych. Inauguracja planowana na Wielkanoc. Za trzy miesiące.

— Dwa miliony za organy — powiedział Gábor. — W kościele parafialnym na Jachcicach. Nie w katedrze. Nie w bazylice. W zwykłym kościele parafialnym.

— Zwykłym, ale z niezwykłym proboszczem — odpowiedziała Dorota. — Unterhose jest twarzą całego programu „Bydgoszcz Sacra”. Jego kościół jest na plakatach, w broszurach, na stronie internetowej. Gryzoń potrzebuje Unterhosego, bo Unterhose ma coś, czego Gryzoń nie ma i nigdy nie będzie miał.

— Charyzmę.

— Elektorat katolicki. Tysiące wiernych, którzy słuchają homilii Unterhosego jak wyroczni. Wybory samorządowe za osiem miesięcy. Gryzoń startuje na prezydenta. Potrzebuje poparcia kurii. A kuria słucha Unterhosego, bo Unterhose przynosi kasę i prestiż.

Gábor odsunął się od biurka. Przejechał dłonią po twarzy. Blizny na opuszkach palców lewej ręki drasnęły skórę policzka — uczucie, do którego nigdy się nie przyzwyczaił.

System. To był system. Sieć powiązań tak gęsta jak splątane struny w rozstrojonym fortepianie. Ksiądz, który organizował orgie i finansował organy. Polityk, który potrzebował głosów i dawał dotacje. I gdzieś na dole tej piramidy — martwy oboista, który chciał zarobić na cudzych grzechach.

— Gryzoń mnie nie wpuścił do ratusza — powiedział Gábor.

— Wiem. Dzwoniłam tam przed tobą. Sekretarka była uprzejma jak lodówka. Powiedziała, że wiceprezydent „nie widzi podstaw do rozmowy z policją w tej sprawie”.

— W jakiej sprawie? Nie powiedziałaś mu, o jaką sprawę chodzi.

Dorota uśmiechnęła się. Tym swoim półuśmiechem, który pojawiał się tylko w prawym kąciku ust i który oznaczał, że jest o krok przed rozmówcą.

— Właśnie.

Gábor zrozumiał. Sekretarka powiedziała „w tej sprawie”, zanim ktokolwiek wyjaśnił, o jaką sprawę chodzi. Co oznaczało, że Gryzoń już wiedział. Wiedział, że policja łączy śmierć Ficzki z Unterhosem. Wiedział, że Gábor prowadzi śledztwo. Wiedział i zamknął drzwi.

Informacja podróżowała szybciej niż śledztwo.

— Kto mu powiedział? — zapytał Gábor.

— Dobre pytanie. Odpowiedź masz w kopercie z laboratorium.


Gábor otworzył kopertę. Raport wstępny z sekcji zwłok. Podpis: dr Irena Rzeźnik, biegły sądowy z zakresu medycyny sądowej. Pismo suche, precyzyjne, pozbawione emocji. Tak piszą ludzie, którzy widzieli wnętrze ludzkiego ciała wystarczająco wiele razy, żeby przestać się dziwić i nigdy nie przestać szanować.

Przyczyna zgonu: niewydolność oddechowa na tle ostrego porażenia mięśni szkieletowych.

Mechanizm: egzogenna sukcynylocholina podana drogą iniekcji w okolicę lewego kąta żuchwy.

Szacowana dawka: pięciokrotnie przekraczająca dawkę kliniczną stosowaną w anestezjologii do intubacji dotchawiczej.

Czas zgonu: między godziną dwudziestą drugą a północą, plus minus dwie godziny.

Ślad wkłucia: igła o kalibrze odpowiadającym igle insulinowej (29—31 gauge). Kierunek wkłucia — od tyłu i z boku, pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Konsystentne z podaniem przez osobę stojącą za ofiarą lub z boku.

Gábor czytał dalej. Dodatkowe ustalenia. Żadnych substancji psychoaktywnych we krwi. Żadnego alkoholu. Ficzka był trzeźwy, kiedy umierał. W żołądku resztki posiłku — chleb, ser, jabłko. Posiłek spożyty około dwie godziny przed zgonem. Pod paznokciami brak materiału biologicznego obcego — Ficzka nie drapał, nie walczył. Nie mógł. Sukcynylocholina zadziałała w ciągu dwóch do trzech minut od podania. Ficzka stracił kontrolę nad mięśniami, upadł — lekki uraz na potylicy, konsystentny z upadkiem na twardą powierzchnię. Potem leżał na plecach, sparaliżowany, przytomny, i przez następnych dziesięć do piętnastu minut dusił się.

Gábor odłożył raport. Zamknął oczy. Za zamkniętymi powiekami zobaczył scenę. Filharmonia. Ciemna sala. Ficzka na proscenium. Sparaliżowany. Oczy otwarte. Usta rozchylone. Próbuje oddychać. Przepona nie odpowiada. Mięśnie międzyżebrowe nie odpowiadają. Płuca stoją. Mózg pracuje. Mózg krzyczy, ale ciało nie słucha.

W podręczniku anestezjologii klinicznej Millera — teksie, który Gábor znalazł w bibliotece uniwersyteckiej podczas pierwszych dni śledztwa — opisano przypadki pacjentów, którzy otrzymali sukcynylocholinę bez uprzedniej sedacji. Zdarza się to rzadko, zwykle w wyniku błędu medycznego. Pacjenci, którzy przeżyli, opisywali doświadczenie identycznie. „Byłem zamknięty we własnym ciele. Widziałem lekarzy. Słyszałem ich rozmowy. Czułem, jak intubują mi tchawicę. Nie mogłem krzyczeć. Nie mogłem płakać. Nie mogłem nawet zamknąć oczu.”

Ficzka nie miał lekarzy. Nie miał intubacji. Nie miał nikogo, kto by go uratował. Miał tylko ciemność sali koncertowej, pustą widownię i kogoś, kto stał nad nim i patrzył, jak umiera.

I potem ten ktoś ułożył mu ręce. Włożył obój między palce. Rozsypał stroiki. Postawił partyturę. Napisał dedykację.

Gábor otworzył oczy.

— Sukcynylocholina — powiedział do Doroty.

— Wiem. Przeczytałam raport, zanim dałam ci kopertę. Już sprawdzam źródła zaopatrzenia.

Gábor popatrzył na nią. Metronom. Niezawodny, bezlitosny metronom.

— I?

— Sukcynylocholina to lek recepturowy. Klasa dostępności — wyłącznie szpitalna. Nie kupisz tego w aptece. Nie zamówisz przez internet. Jest na liście leków podlegających szczególnej ewidencji. Każda ampułka numerowana, każde wydanie rejestrowane.

— Więc da się prześledzić.

— Da się. I prześledziłam. Zadzwoniłam do wszystkich szpitali w Bydgoszczy i okolicach. W Szpitalu Uniwersyteckim imienia doktora Antoniego Jurasza — nic. W szpitalu miejskim — nic. W szpitalu wojskowym — nic. Ale w Szpitalu Uniwersyteckim numer dwa — dawniej Biziela — na Ujejskiego — bingo.

Dorota odwróciła monitor. Na ekranie — dokument wewnętrzny szpitalny, zeskanowany, z pieczęcią apteki szpitalnej.

— Trzy miesiące temu, październik. Inwentaryzacja apteki szpitalnej na oddziale anestezjologii i intensywnej terapii. Brakuje jednej partii sukcynylocholiny. Dziesięć ampułek po sto miligramów. Sprawę zgłoszono jako „błąd inwentaryzacyjny”. Protokół podpisał ordynator oddziału.

— Kto jest ordynatorem?

— Doktor Paweł Hostia.

Gábor zmrużył oczy.

— Hostia. Jak hostia eucharystyczna?

— Jak hostia eucharystyczna. Życie lubi ironię. — Dorota przesunęła w jego stronę kolejny wydruk. — Sprawdziłam go. Doktor nauk medycznych, specjalista anestezjolog, ordynator oddziału od sześciu lat. Pięćdziesiąt trzy lata. Żonaty, dwoje dzieci. Dom na Osowej Górze. Człowiek poważany w środowisku medycznym.

— I?

— I jego nazwisko pojawia się na liście darczyńców parafii Unterhosego. Wpłata dwadzieścia tysięcy złotych na „fundusz budowy organów”. Jednorazowa darowizna, styczeń zeszłego roku.

Dwadzieścia tysięcy złotych. Duża suma jak na darowiznę indywidualną. Zbyt duża, żeby wyjaśnić ją pobożnością. Wystarczająco duża, żeby wzbudzić pytania.

Gábor wstał. Zabrał płaszcz z oparcia krzesła. Dorota patrzyła na niego.

— Jedziesz do szpitala.

— Jadę do szpitala.

— Beze mnie?

— Nie. Z tobą. Ale najpierw chcę porozmawiać z kimś innym.


Droga na Szwederowo zajęła dwanaście minut. Gábor parkował na ulicy Pestalozziego, przed kamienicą numer szesnaście. Stara kamienica z lat trzydziestych. Ceglana fasada, częściowo otynkowana, z odsłoniętymi łatami cegły, które wyglądały jak rany na skórze budynku. Klatka schodowa ciemna i wąska. Pachniała kapustą, wilgocią i czymś, co Gábor identyfikował jako zapach samotności — mieszankę starych ubrań, niewietrzonych pokojów i jedzenia podgrzewanego w mikrofalówce.

Mieszkanie numer trzy. Drugie piętro. Drzwi zabezpieczone policyjną taśmą. Gábor nie wszedł — przeszukanie planowane było na jutro, po uzyskaniu nakazu. Ale stanął przed drzwiami i patrzył.

Malowane na brązowo, obdrapane przy klamce. Wizjer — brudny, porysowany. Wycieraczka z napisem „Welcome”, co w tym kontekście brzmiało jak ponury żart. Ficzka nie witał gości. Ficzka nie miał gości. Ficzka miał obój, długi i stroiki, i mieszkanie, w którym nikt oprócz niego nie chciał przebywać.

Gábor odwrócił się i zapukał do drzwi naprzeciwko. Mieszkanie numer cztery.

Otworzyła kobieta. Sześćdziesiąt parę lat. Szlafrok w kwiaty. Papiloty we włosach. W ręku kubek z herbatą, z którego unosiła się para. Spojrzała na Gábora z mieszanką ciekawości i nieufności, która jest uniwersalnym wyrazem twarzy sąsiadów w kamienicach na Szwederowie.

— Dzień dobry. Komisarz Fájó, policja kryminalna. Chciałbym porozmawiać o pani sąsiedzie, panu Ficzce.

Kobieta kiwnęła głową. Nie zaprosiła go do środka. Stała w progu jak strażniczka własnego terytorium.

— Nie żyje, słyszałam. Powiedzieli mi wczoraj, ci dwaj w mundurach. Nie zdziwiło mnie.

— Dlaczego pani to nie zdziwiło?

— Bo on żył tak, jakby się prosił o kłopoty. Wracał po nocach. Trzaskał drzwiami. Czasem słyszałam, jak rozmawia sam ze sobą. Albo przez telefon, głośno. Kłócił się z kimś. Przeklinał. Kiedyś rzucał czymś o ścianę — słyszałam, jak się tłucze.

— Kiedy to było?

— Ze dwa tygodnie temu. Może trzy. W nocy, koło jedenastej. Hałas taki, że mój kot się schował pod wannę i nie wychodził do rana.

Dwa tygodnie temu. Okres, w którym Ficzka — zdaniem Racheli — szantażował Unterhosego. Okres, w którym cokolwiek się wydarzyło, wydarzyło się szybko.

— Widywała pani kogoś, kto odwiedzał pana Ficzkę? — zapytał Gábor.

Kobieta zastanowiła się. Piła herbatę. Myślała.

— Nikt go nie odwiedzał. Prawie nikt. Raz widziałam kobietę. Młodą. Blondynkę. Ale to było dawno, z rok temu. A w ostatnich tygodniach… — urwała. Zmarszczyła brwi. — Był jeden mężczyzna. Duży. Bardzo duży. Łysy. Wyglądał jak bokser albo ochroniarz. Stał pod klatką dwa razy. Nie wszedł do środka, o ile wiem. Stał i patrzył na okna.

Gábor poczuł, jak coś w nim się napina. Struna. Cienka, wysoka struna, która wibruje tuż poniżej progu słyszalności.

— Jak wyglądał dokładnie? Oprócz tego, że był duży i łysy.

— Miał tatuaż na szyi. Tu. — Kobieta wskazała bok szyi, pod uchem. — Nie widziałam co, bo było ciemno. Ale widziałam, że coś tam ma. I samochód miał taki… ciemny. Duży.

— Markę pani pamięta?

— A skąd. Nie znam się na samochodach. Duży i ciemny. I błyszczący. Taki, jakimi jeżdżą ludzie z pieniędzmi.

BMW. Ciemne BMW z wyłączonymi światłami. To samo, które Gábor widział w lusterku wstecznym pod kościołem na Jachcicach.

Podziękował sąsiadce. Zszedł po schodach. Na ulicy zapalił papierosa — nałóg, który wrócił po trzech latach abstynencji, cicho, bez ostrzeżenia, jak recydywa. Pierwszy papieros wypalił dzień po znalezieniu ciała Ficzki. Od tamtej pory wypalał pół paczki dziennie.

Stał na chodniku i patrzył na okna mieszkania Ficzki. Trzecie piętro. Okna brudne, z firanami, których nikt nie prał od lat. Za tymi oknami — puste mieszkanie martwego człowieka. Za tymi oknami — odpowiedzi, których jeszcze nie miał.

I pytania, których się bał.


Altowiolista Marcin Bela mieszkał na Bartodziejach, w bloku z wielkiej płyty, na szóstym piętrze. Winda nie działała. Gábor wszedł po schodach, czując przy każdym piętrze, że jest starszy, niż mu się wydaje.

Bela otworzył drzwi od razu, jakby czekał. Może czekał. W orkiestrze plotki rozchodzą się szybciej niż dźwięk.

— Gábor.

— Marcin.

Patrzyli na siebie. Dwa lata bez kontaktu. Sto lat życia w tych dwóch latach. Marcin Bela był jednym z nielicznych ludzi z orkiestry, z którymi Gábor utrzymywał coś w rodzaju przyjaźni — nie bliskiej, nie intymnej, ale opartej na wspólnym zrozumieniu, które nie wymagało słów. Marcin grał na altówce od trzydziestu lat. Altówka to instrument, z którego świat się śmieje — za duża na skrzypce, za mała na wiolonczelę, niby niepotrzebna, a jednak bez niej orkiestra brzmi pusto. Marcin był jak jego instrument. Nierzucający się w oczy. Niezbędny.

— Wejdź. Kawy?

Gábor wszedł. Mieszkanie Marcina było dokładnym przeciwieństwem jego własnego. Wszędzie rzeczy. Książki na każdej powierzchni poziomej. Nuty na podłodze. Płyty CD ułożone w wieże, które groziły zawaleniem. Na ścianie — reprodukcja Chagalla, ta z latającymi kochankami nad miastem. Na parapecie — kaktus, jedyna roślina, która przetrwała opiekę Marcina. Pachniało tu kawą, kurzem i kalafonią.

Marcin zrobił kawę. Turecką. W tygielku na gazie. Ciemną, gęstą, z fusami, które osiadały na dnie filiżanki jak osad wspomnień.

Usiedli w kuchni. Marcin po drugiej stronie małego stołu, ze stopami opartymi o nogę krzesła, w pozycji człowieka, który nigdy nie siedzi prosto, bo całe życie siedzi pochylony nad instrumentem. Chudy, kościsty, z twarzą, która wyglądała jak mapa drogowa — bruzdy, zmarszczki, linie wyrażające wszystko, co w muzyce nazywa się „wyrazem”. Oczy jasne, niebieskie, lekko wystające, co nadawało mu wyraz ciągłego zdumienia. Trzy lata starszy od Gábora. Wyglądał na dziesięć lat starszego.

— Wiem, po co przyszedłeś — powiedział Marcin.

— Wszyscy wiedzą.

— To Bydgoszcz, Gábor. Tu nie ma tajemnic. Są tylko tajemnice, o których wszyscy wiedzą, ale nikt nie mówi głośno.

— Powiedz mi o Ficzce. O ostatnich miesiącach.

Marcin pił kawę. Myślał. Myślenie u Marcina wyglądało jak słuchanie — przechylał głowę lekko w bok, jakby nasłuchiwał dźwięku, którego inni nie słyszeli.

— Ficzka się zmienił. W ciągu ostatniego pół roku. Coś się w nim przesunęło. Jak struna, która zjeżdża z progu — grasz dalej, ale ton jest inny.

— W jakim sensie zmienił?

— Był dziwnie… wesoły. Nie, nie wesoły. Wesoły to złe słowo. Zadowolony. Pewny siebie. Arogancki był zawsze, ale to była arogancja artysty — usprawiedliwiona talentem, irytująca, ale zrozumiała. To było co innego. To była pewność człowieka, który ma asa w rękawie. Który wie coś, czego inni nie wiedzą. I cieszy go to.

— Taki uśmiech — powiedział Gábor.

— Taki uśmiech. Jak kot, który zeżarł kanarka. Przychodził na próby, siadał na swoim miejscu, grał jak zawsze — genialnie, bydlak — ale między utworami uśmiechał się do siebie. Nie do ludzi. Do siebie. Jakby prowadził rozmowę z kimś, kogo nikt inny nie widział.

— I nikt go nie zapytał, o co chodzi?

Marcin popatrzył na Gábora z wyrazem, który mówił: czy ty naprawdę pytasz muzyka, dlaczego nie zapytał innego muzyka o jego prywatne sprawy?

— Nikt nie pytał. Ficzka był człowiekiem, którego nie pytasz o nic, chyba że chcesz dostać odpowiedź, która boli. Poza tym, każdy miał swoje problemy. Agnieszka Podgórna — flecistka, pamiętasz? — rozwodziła się. Władek Tukan z perkusji miał problemy z kręgosłupem, mógł stracić posadę. Dyrektor Czajkowski walczył z zarządem o budżet. Każdy we własnym sosie.

— A ty?

Marcin uśmiechnął się. Uśmiech zmęczonego człowieka, który nie ma siły na pozory.

— Ja gram na altówce, Gábor. Na altówce. Wieczne drugie skrzypce. Nikt nie pyta altowiolisty o zdanie.

Gábor znał ten żart. Najstarszy żart w świecie muzyki klasycznej. „Jak nazywa się człowiek, który kręci się wokół muzyków? Altowiolista.” Marcin opowiadał ten żart pierwszy i śmiał się z niego najgłośniej. Było w tym coś heroicznego i coś smutnego jednocześnie.

— Powiedziałeś przez telefon, że Ficzka zaprzyjaźnił się z organmistrzem — powiedział Gábor. — Tym, który buduje organy w kościele Unterhosego.

— Tak. Volker Brumm. Niemiec. Z Saksonii, o ile dobrze pamiętam. Duży facet. Rudy. Ręce jak bochny chleba. Spotkałem go raz, kiedy Ficzka przyciągnął go na próbę — chciał mu pokazać akustykę sali. Brumm chodził po sali, klaskał w dłonie, słuchał pogłosu. Zachowywał się jak dziecko w sklepie z zabawkami.

— Ficzka jeździł do niego? Na budowę organów?

— Tak. Kilka razy. Sam mi mówił. Mówił, że Brumm buduje instrument, którego Bydgoszcz nie widziała. Że te organy będą miały trzydzieści dwa rejestry, trzy manuały, pedalierę z dwudziestoma ośmioma tonami. Mówił o tym technicznie, ze szczegółami, jakby sam studiował budowę organów.

— To było dla niego nietypowe?

— Całkowicie. Ficzka interesował się jedną rzeczą na świecie — obojem. I hazardem. Dobrze, dwiema rzeczami. Ale organy? Instrumenty klawiszowe? Nigdy w życiu. Kiedy ktoś przy nim wspomniał o fortepianie, przewracał oczami i mówił, że „fortepian to perkusja dla ludzi bez rytmu”.

Gábor pił kawę. Fusy osiadły na języku — gorzkie, szorstkie. Myślał o Ficzce jeżdżącym na budowę organów w kościele księdza, którego szantażował. To nie miało sensu. Albo miało, ale sens był ukryty pod warstwami, których jeszcze nie zdrapał.

— Marcin, jeszcze jedno. Czy w ostatnim dniu — w dniu przed śmiercią — zauważyłeś coś szczególnego?

Marcin odstawił filiżankę.

— Tak. W trakcie próby. Graliśmy Czwartą Brahmsa. Druga część, andante moderato. Ficzka miał solo obojowe. Piękne solo — długa, melancholijna fraza, taka, od której publiczności ściska się gardło. Grał je doskonale, jak zawsze. A potem, w przerwie między częściami, zadzwonił mu telefon. W sali prób. Podczas próby. To jest coś, czego się nie robi, Gábor. Wiesz o tym. Telefon ma być wyłączony. Zawsze. Bezwzględnie. Czajkowski byłby wściekły, ale Czajkowski akurat wyszedł do toalety.

— I Ficzka odebrał?

— Odebrał. Wstał, odszedł na bok, do kulis. Rozmawiał może minutę. Może dwie. Wrócił blady. Biały jak ściana. Usiadł na krześle i nie odezwał się do końca próby. Nie żartował. Nie komentował gry innych. Nic. Siedział i patrzył przed siebie.

— Nie wrócił do gry?

— Wrócił. Ale grał inaczej. Grał trzecią i czwartą część Brahmsa tak, jakby… nie wiem, jak to powiedzieć. Jakby grał na własnym pogrzebie. Jakby wiedział, że to jego ostatni raz.

Gábor milczał. Na ścianie kuchni tykał zegar. Stary, z wahadłem. Tykanie było regularne, mechaniczne, obojętne. Zegar nie wiedział, że mierzy czas martwego człowieka.

— Słyszałeś, co mówił przez telefon? Cokolwiek?

Marcin pokręcił głową.

— Był za daleko. Ale widziałem jego twarz, kiedy słuchał. I widziałem jedną rzecz. Kiedy odkładał telefon, ręce mu drżały. Ficzka. Człowiek, który miał najstabilniejsze ręce w całej orkiestrze. Który potrafił trzymać fermatkę na pianissimo bez jednego drgnięcia. Drżały mu ręce.


Gábor wracał z Bartodziejów przez most nad Brdą. Rzeka płynęła pod lodem — szara, powolna, obojętna. Na moście stał rybak w wełnianej czapce i wędkował przez przerębel. Gábor pomyślał, że ten człowiek jest albo szalony, albo wolny. Albo jedno i drugie.

Telefon wibrował w kieszeni. Dorota.

— Fájó, wracaj na komisariat. Komendant cię wzywa.

Ton jej głosu. Gábor znał ten ton. To był ton, jakiego Dorota używała, kiedy chciała kogoś ostrzec, ale nie mogła powiedzieć wprost.

— Co się stało?

— Po prostu wracaj.


Gabinet nadkomisarza Jerzego Klawisza znajdował się na drugim piętrze komendy. Duży pokój, meble z IKEA, na ścianie portret prezydenta RP i krzyż. Na biurku — komputer, telefon stacjonarny, ramka ze zdjęciem żony i córki, i szklany przycisk do papieru w kształcie sowy, którego pochodzenia i sensu nikt nie znał.

Klawisz siedział za biurkiem. Pięćdziesiąt osiem lat. Twarz okrągła, łagodna, z tym wyrazem dobrotliwego wujka, który przynosi cukierki na imieniny. Wąsik — krótki, przystrzyżony, anachroniczny. Oczy szare, inteligentne, ale ostrożne. Ostrożne ponad wszystko. Klawisz był policjantem od trzydziestu lat. Przetrwał cztery zmiany komendantów wojewódzkich, trzy reformy policji i dwa rządy. Przetrwał, bo miał instynkt przetrwania — wiedział, kiedy naciskać, kiedy odpuszczać, kiedy milczeć. Był jak pilot, który zna każdą turbulencję na trasie i wie, że najważniejsze to nie rozbić maszyny, nawet jeśli pasażerowie krzyczą.

Gábor go nie lubił. Nie nienawidził. Nie pogardzał. Po prostu nie lubił. Nie lubił ostrożności jako filozofii życiowej. Nie lubił ludzi, którzy mierzą temperaturę powietrza, zanim zdecydują, czy wyjść z domu.

Ale Klawisz był jego przełożonym. I przełożony go wezwał.

— Siadaj, Fájó.

Gábor usiadł. Krzesło przed biurkiem było celowo niższe niż krzesło za biurkiem. Stary trik. Psychologia dominacji. Gábor znał ten trik z koncertów — dyrygent stoi na podium, orkiestra siedzi poniżej. Hierarchia ciała. Hierarchia przestrzeni.

— Jak idzie sprawa Ficzki? — zapytał Klawisz.

— Mamy wynik sekcji. Otrucie sukcynylocholiną. Zabójstwo. Inscenizacja na miejscu zbrodni. Pracujemy nad ustaleniem źródła trucizny i motywu.

Klawisz kiwnął głową. Powoli. Jak metronom na niskim tempie. Adagio.

— Coś konkretnego? Podejrzani?

Gábor zastanowił się. Szybko. Precyzyjnie. Jak muzyk, który w ułamku sekundy decyduje, czy zagrać frazę forte czy piano.

— Pracujemy nad kilkoma tropami.

— Jakimi?

— Na razie wolałbym nie mówić. Za wcześnie.

Klawisz patrzył na niego. Oczy szare, spokojne. Oczy człowieka, który czyta między wierszami, bo wiersze same w sobie rzadko mówią prawdę.

— Fájó, mam do ciebie prośbę. Prośbę, nie rozkaz. Na razie.

— Słucham.

— Prowadź tę sprawę dyskretnie. Żadnych wycieków do prasy. Żadnych przesłuchań prominentnych osób bez konsultacji z prokuraturą.

— Prominentnych osób?

— Nie udawaj, że nie wiesz, o czym mówię. Bydgoszcz jest małym miastem. Wiem, że byłeś w ratuszu. Wiem, że pytałeś o Gryzonia. Wiem, że sprawdzasz powiązania z kościołem.

Gábor poczuł, jak stalowa linka w klatce piersiowej napręża się jeszcze bardziej.

— Skąd pan wie?

— Nieważne skąd. Ważne, co z tym robisz. Gryzoń jest wiceprezydentem. Kościół to instytucja, z którą się nie zadziera bez powodu. Jeśli masz dowody — przynieś mi je. Twarde dowody. Ale jeśli nie masz — nie szukaj kłopotów, których nie potrzebujesz.

— Człowiek został zamordowany, panie komendancie.

— Wiem. I chcę, żebyś znalazł mordercę. Ale nie chcę, żebyś po drodze podpalił miasto. To może być zwykłe morderstwo na tle osobistym. Hazardzista z długami. Ktoś, komu był winien pieniądze. Nie musi to mieć nic wspólnego z polityką ani z kościołem.

— A jeśli ma?

Klawisz oparł się o krzesło. Sowa szklana na biurku łapała światło jarzeniówki i rzucała drobne tęcze na ścianę. Absurdalny efekt w gabinecie, w którym nie było miejsca na piękno.

— Jeśli ma, to chcę o tym wiedzieć pierwszy. Przede mną — nikt. Ani prokurator. Ani prasa. Ani twoja partnerka Sosenka. Ja pierwszy. Rozumiemy się?

Gábor wstał. Krzesło zaskrzeczało na linoleum. Dźwięk jak dysonans — ostry, nieprzyjemny, nierozwiązany.

— Rozumiemy się, panie komendancie.

Ale wychodząc z gabinetu, Gábor wiedział dwie rzeczy. Po pierwsze — Klawisz nie pytał go o postępy śledztwa. Klawisz mówił mu, żeby zwolnił. Po drugie — informacja o wizycie w ratuszu dotarła do komendanta w ciągu kilku godzin. Co oznaczało, że ktoś w ratuszu zadzwonił. Do kogo? Do komendanta bezpośrednio? Czy do kogoś nad komendantem — do komendanta wojewódzkiego, do kogoś w ministerstwie, do kogoś, kto miał wystarczająco długie ramię, żeby sięgnąć z Warszawy do Bydgoszczy?

Na korytarzu czekała Dorota. Stała pod ścianą z rękami w kieszeniach. Twarz bez wyrazu. Ale oczy — piwne, ostre, fordońskie — patrzyły na niego z pytaniem, którego nie zadała.

— Później — powiedział Gábor.

— Dobrze. Ale najpierw jedno. BMW, którego numer mi dałeś rano. To, które widziałeś pod kościołem.

— I?

— Zarejestrowane na firmę „Sacrum Investment”. Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Adres: Warszawa, ulica Marszałkowska sto dwa. Zarejestrowana rok temu. Jedyny udziałowiec — osoba fizyczna, nazwisko: Tadeusz Kowalski.

— Kowalski. Najpopularniejsze nazwisko w Polsce.

— Słup. Stawiam butelkę wódki, że to słup. Ale spółka ma konto bankowe i na tym koncie jest ruch. Duży ruch. Przelewy przychodzące i wychodzące. Jeden z przelewów wychodzących — osiemset tysięcy złotych — trafił na konto parafii Unterhosego. Tytuł przelewu: „Darowizna na cele sakralne — budowa organów”.

Gábor stał na korytarzu komendy policji w Bydgoszczy. Za ścianą siedział komendant, który kazał mu zwolnić. Piętro niżej siedzieli policjanci, którzy pisali raporty o kradzieżach rowerów i bójkach w barach. Na ulicy Bydgoszcz żyła swoim życiem. A on trzymał w rękach nić, która prowadziła od martwego oboisty przez szantaż, orgię na plebanii, fałszywą spółkę i osiemset tysięcy złotych prosto do serca systemu, którego nie powinien był dotykać.

— Sosenka — powiedział cicho. — To nie jest sprawa o morderstwo. To jest sprawa o cały cholerny system.

Dorota patrzyła na niego. Tym razem oba kąciki ust drgnęły. Nie uśmiech. Coś bliższego akceptacji. Akceptacji faktu, że właśnie weszli na minowe pole i nie mają mapy.

— Wiem — powiedziała. — Dlatego przyniosłam dwie kawy.

Podała mu kubek. Na kubku napis: „Nie mów do mnie, dopóki to nie będzie puste”.

Gábor napił się kawy. Gorąca. Gorzka. Dokładnie taka, jakiej potrzebował.

Gdzieś w mieście, w kościele na Jachcicach, organmistrz Volker Brumm montował piszczałki instrumentu, którego dźwięk miał zabrzmieć na Wielkanoc. Gdzieś w ratuszu wiceprezydent Gryzoń podpisywał dokumenty i unikał telefonów. Gdzieś na plebanii ksiądz Albin Unterhose siadał do fortepianu i grał Bacha — może Kunst der Fuge, może coś innego — z zamkniętymi oczami i uśmiechem człowieka, który wie, że jego cantus firmus jest niezachwiany.

A gdzieś w mieszkaniu na Starym Mieście Rachela Cukier stała przed lustrem i patrzyła na kobietę, której nie rozpoznawała. I myślała o smyczku, o oboju i o dźwięku, którego jeszcze nie słyszała, ale który już nadchodził.

Dysonans nie musi się rozwiązać.

Ale jeśli się nie rozwiąże, pęka.

Rozdział V: Fuga

Fuga pochodzi od łacińskiego słowa fuga — ucieczka. Temat ucieka przed sobą. Pojawia się w jednym głosie, potem w drugim, potem w trzecim. Każdy głos powtarza ten sam motyw, ale w innym momencie, w innej wysokości, w innym kontekście. Temat goni sam siebie. Nigdy się nie dogania. Na tym polega geniusz fugi — na wiecznym pościgu, w którym goniony i goniący są tą samą melodią.

Bach napisał czterdzieści osiem fug w Wohltemperiertes Klavier. Każda jest inna. Każda jest taka sama. Każda opowiada tę samą historię — historię czegoś, co ucieka, i czegoś, co goni.

Gábor Fájó uciekał od trzech lat. Tego ranka miał się dowiedzieć, że nie uciekł wystarczająco daleko.


Mieszkanie Zdzisława Ficzki na Szwederowie pachniało tak, jak pachną mieszkania ludzi, którzy żyją sami i nie przejmują się tym, co o nich myślą ściany. Stęchlizna. Tytoń. Kalafonia — ta sama żywica, którą skrzypkowie nacierają smyczki, a oboiści polerują mechanizmy klapek. Pod tymi zapachami — coś słodkawego, mdłego, co Gábor identyfikował po latach pracy w policji jako zapach jedzenia, które ktoś zostawił w lodówce i zapomniał.

Weszli o ósmej rano. Gábor, Dorota i dwóch techników kryminalistycznych. Nakaz przeszukania wydany przez prokuratora Austérię o siódmej trzydzieści. Dorota załatwiła go w rekordowym czasie — jak to Dorota. Nie pytała o zezwolenie. Pytała o godzinę.

Mieszkanie było małe. Kawalerka z aneksem kuchennym. Jeden pokój, łazienka, przedpokój tak wąski, że dwóch dorosłych mężczyzn nie mogło się w nim wyminąć bez wciągania brzuchów. Meble proste, stare, kupione prawdopodobnie z drugiej ręki albo odziedziczone po kimś, kto miał gorszy gust od Ficzki, co było osiągnięciem samo w sobie.

Ale to, co wypełniało to mieszkanie, opowiadało historię inną niż meble.

Nuty. Wszędzie nuty. Na stole, na podłodze, na parapecie, na krześle, na lodówce. Partytury oprawione w czarne okładki, partytury luźne, partytury kserowane na szarym papierze, który zaczynał żółknąć na brzegach. Gábor rozpoznawał tytuły — Mozart, Strauss, Beethoven, Brahms. Pięć symfonii, trzy koncerty obojowe, partytury operowe. Na jednej z nich — Koncert obojowy d-moll Marcella — Ficzka zapisał ołówkiem na marginesie: „Wolniej w t. 34. Oddech po fermacie. Nie spiesz się, idioto.” Notatka do samego siebie. Intymna. Bezwzględna.

Książki. Regał z płyty wiórowej, ugięty pod ciężarem. Biografowie muzyków. Mozart. Portret geniusza Norberta Eliasa. Niezwyciężona forteca Ewy Szelburg-Zarembiny o Chopinie. A obok — zaskakująco — podręcznik akustyki architektonicznej. I katalog organów piszczałkowych firmy Rieger-Kloss. I broszura reklamowa czeskiej pracowni organmistrzowskiej. Gábor otworzył katalog. Na jednej ze stron — zdjęcie potężnych organów katedralnych w Dreźnie — ktoś narysował czerwonym flamastrem strzałkę i napisał: „Piszczałka basowa C — 5 m długości. Zmieści się wszystko.”

Zmieści się wszystko.

Gábor odłożył katalog i spojrzał na Dorotę. Dorota przeszukiwała szafkę kuchenną. Wyciągała z niej puszki z konserwami, paczkę makaronu, butelkę taniej whisky — Jack Daniel’s, podróbka, kupiona pewnie na bazarze na Kapuściskach.

— Nic ciekawego w kuchni — powiedziała Dorota. — Facet jadł jak student pierwszego roku. Makaron, konserwy, jabłka.

— Sprawdź garderobę — powiedział Gábor.

Garderoba była wnęką w ścianie, zasłoniętą kotarą z brązowego materiału, który kiedyś mógł być elegancki, a teraz wyglądał jak ścierka. Za kotarą — drążek z kilkoma koszulami, dwoma marynarkami i jednym garniturem — czarnym, koncertowym, z satynowymi klapami. Garnitur, w którym Ficzka grał na estradzie. Pod garniturem — pudło z butami. Na półce nad drążkiem — stary plecak sportowy, pusty.

Dorota kucnęła. Obmacała podłogę garderoby. Panele laminowane, tanie, ułożone niezbyt starannie. Jeden z paneli był luźny. Dorota nacisnęła na niego. Panel uniósł się lekko z jednej strony.

— Gábor.

Kucnął obok niej. Dorota podważyła panel paznokciami. Pod spodem — przestrzeń. Nie duża. Dwadzieścia centymetrów głębokości, może trzydzieści. W środku — kawałek styropianu, a na nim, owinięta w szary ręcznik kąpielowy — koperta.

Duża koperta formatu A4. Brązowa. Bez adresu, bez nadawcy. Zaklejona taśmą klejącą. Ciężka.

Dorota włożyła rękawiczki lateksowe. Gábor też. Otworzyli kopertę na stole kuchennym, obok puszki groszku i butelki podrobionego Jacka Danielsa.

Zdjęcia. Dwadzieścia sztuk. Wydrukowane na papierze fotograficznym, błyszczącym, formatu dziesięć na piętnaście. Jakość średnia — zrobione z pewnej odległości, prawdopodobnie teleobiektywem lub telefonem z dużym zoomem cyfrowym. Szum pikselowy. Lekkie poruszenie. Ale wystarczająco ostre, żeby zobaczyć.

Gábor patrzył na pierwsze zdjęcie. Wnętrze pokoju. Bogato urządzone — ciemne drewniane meble, ciężkie zasłony w kolorze burgundu, kryształowy żyrandol, który wyglądał na stary i drogi. Na ścianach obrazy — nie reprodukcje, oryginały. Na jednym rozpoznał styl — przedwojenny polski impresjonizm, może Pankiewicz, może ktoś z jego kręgu. Na stole — butelki wina, kieliszki, resztki jedzenia na talerzach. Świece. Kwiaty.

Drugie zdjęcie. Ten sam pokój, ale kąt inny. Więcej ludzi. Trzy osoby na kanapie. Mężczyzna i dwie kobiety. Pozy jednoznaczne. Ubrania — częściowo zdjęte, częściowo rozchylone. Twarze nieostre, ale sylwetki rozpoznawalne.

Trzecie zdjęcie. Zbliżenie. Mężczyzna odwrócony profilem do okna, przez które wpadało sztuczne światło z ulicy. Biała koszula. Przy szyi — prostokąt białego materiału. Koloratka. Na krześle obok — reszta ubrania. Czarna marynarka. Czarne spodnie. Pas z metalową klamrą.

Czwarte, piąte, szóste. Sceny coraz bardziej intymne. Coraz mniej ubrań. Coraz więcej ciał. Gábor liczył osoby — pięć, sześć. Trzy kobiety, trzech mężczyzn. Twarze częściowo nieostre, częściowo odwrócone. Ale jeden mężczyzna powtarzał się na niemal każdym zdjęciu. Wysoki. Szczupły. Siwe skronie. Ciemne oczy. Na jednym ze zdjęć — uśmiech. Ten uśmiech, który na zdjęciach w gazecie wyglądał jak maska. Tu, w tym kontekście, wyglądał jak coś gorszego. Jak maska, która spadła.

Ksiądz Albin Unterhose.

Gábor odkładał zdjęcia jedno po drugim na stół. Metodycznie. Bez emocji. Policjant w nim pracował z precyzją chirurga — katalogował, klasyfikował, analizował. Mężczyzna w nim milczał. Na razie.

Zdjęcie siedemnaste.

Kobieta odwrócona plecami do aparatu. Ciemne włosy, rozpuszczone, opadające na nagą łopatkę. Na łopatce — tatuaż. Klucz wiolinowy opleciony różą.

Gábor przestał oddychać.

Nie na długo. Dwie sekundy. Może trzy. Wystarczająco długo, żeby Dorota — która stała obok i patrzyła na te same zdjęcia — zauważyła.

— Co jest? — zapytała.

— Nic. Dalej.

Zdjęcie osiemnaste. Ta sama kobieta, tym razem z boku. Profil nieostry, ale linia nosa — ten charakterystyczny garb, dumny, trochę drapieżny — była jak podpis na obrazie. Nie trzeba czytać nazwiska. Wystarczy zobaczyć kreskę.

Rachela.

Rachela na zdjęciu z orgii na plebanii Unterhosego.

Gábor poczuł, jak podłoga pod nogami zmienia konsystencję. Nie fizycznie. Metaforycznie. Ale ciało nie rozróżnia metafor od rzeczywistości — ciało reaguje tak samo. Krew odpływa z twarzy. Dłonie się pocą. Żołądek zaciska się jak pięść.

Odłożył zdjęcie na stół. Twarzą w dół. I w tym samym ruchu — płynnym, niemal niezauważalnym — przesunął je bliżej siebie. Bliżej swojej strony stołu. Bliżej kieszeni płaszcza.

Dorota przeszła do zdjęcia dziewiętnastego. Gábor został przy siedemnastym. I w ciągu ułamka sekundy — tego ułamka, który decyduje o wszystkim: o karierze, o uczciwości, o tym, kim człowiek jest naprawdę — podjął decyzję.

Wsunął zdjęcie do wewnętrznej kieszeni płaszcza.

Nie schował dowodu. Schował Rachelę. Schował swoją byłą żonę przed okiem Doroty, przed aktami sprawy, przed systemem, który przeżuje ludzi i wypluwa akta. Wiedział, że to, co robi, jest przestępstwem. Ukrywanie dowodów. Artykuł 239 kodeksu karnego. Poplecznictwo. Od trzech miesięcy do pięciu lat. Wiedział to wszystko z precyzją człowieka, który uczył się prawa karnego zamiast ćwiczyć Paganiniego.

Nie obchodziło go to.

W tym momencie nie obchodziło go nic oprócz jednego — że nikt nie zobaczy nagiego ciała Racheli na zdjęciu z plebanii księdza, który ją wykorzystał.

Dorota skończyła przeglądać resztę zdjęć. Odwróciła się do niego.

— Unterhose. Na co najmniej ośmiu zdjęciach. Rozpoznawalny. Reszta osób — do identyfikacji. Widzę jednego mężczyznę, który może być Hostia — korporacja jest podobna, ale twarz niewyraźna. Trzy kobiety, które nie przypominają mi nikogo. I jeden facet z tyłu, na zdjęciu dwunastym, który wygląda jak polityk, ale nie jestem pewna.

— Który?

Dorota wskazała. Mężczyzna na drugim planie, częściowo zasłonięty kotarą. Profil. Cofające się włosy. Duży nos.

Gryzoń? Może. Może nie. Za mało detali. Za dużo cieni.

— Trzeba to wszystko zabezpieczyć i wysłać do analizy — powiedział Gábor. Głos spokojny. Profesjonalny. Żadnych tremoli.

Dorota patrzyła na niego. Sekundę za długo. Dwie sekundy za długo. Gábor czuł jej wzrok jak dłoń na ramieniu — ciężki, ciepły, pytający.

— Gábor, ile było zdjęć?

— Dwadzieścia.

— Liczyłam dziewiętnaście.

Cisza. Cisza jak w fudze, kiedy wszystkie głosy milkną na ułamek taktu — generalpausa — i słuchacz czeka, z sercem w gardle, aż muzyka wróci.

— Pomyliłaś się — powiedział Gábor.

Dorota patrzyła na niego. Piwne oczy, fordońskie oczy, ostre jak nóż do papieru. Widziała. Wiedziała. Gábor wiedział, że wiedziała. I wiedziała, że on wie.

Ale nie powiedziała nic.

Odwróciła się i wróciła do pracy.

Metronom nie komentuje fałszywych nut. Metronom trzyma tempo.


Pracownia organmistrzowska Volkera Brumma mieściła się na Czyżkówku, w dawnej hali fabrycznej przerobionej na warsztat. Gábor jechał tam sam. Dorota została na komisariacie, żeby zabezpieczyć zdjęcia i złożyć wniosek o analizę porównawczą twarzy. Nie zaprotestowała, kiedy powiedział, że jedzie sam. Nie skomentowała. Tylko skinęła głową i powiedziała:

— Uważaj.

Nie „uważaj na drodze”. Nie „uważaj na siebie”. Po prostu „uważaj”. Jedno słowo, które mogło znaczyć wszystko.

Hala na Czyżkówku stała przy bocznej ulicy, za stacją benzynową Orlen i sklepem z częściami samochodowymi. Ceglany budynek z lat pięćdziesiątych, z dachem z falistej blachy, która w zimowym świetle wyglądała jak zamrożona fala. Na ścianie — ręcznie malowany szyld: „Brumm Orgelbau — Budowa i Renowacja Organów Piszczałkowych”. Pod szyldem — mniejszy napis po niemiecku, którego Gábor nie rozumiał, ale brzmiał poważnie.

Zapukał w metalowe drzwi. Dźwięk poniósł się po hali jak uderzenie gongu.

Otworzył mu sam Volker Brumm. I w pierwszej sekundzie Gábor zrozumiał, dlaczego Marcin Bela opisał go jako „dużego faceta z rękami jak bochny chleba”. Brumm był ogromny. Metr dziewięćdziesiąt pięć, może więcej. Barczysty jak szafa gdańska. Ręce — rzeczywiście — masywne, z palcami grubymi jak kiełbaski, ale jednocześnie zaskakująco precyzyjnymi w ruchach. Gábor zauważył to od razu — sposób, w jaki Brumm trzymał klamkę, sposób, w jaki gestykulował. To nie były ręce robotnika. To były ręce rzemieślnika. Różnica subtelna, ale fundamentalna. Robotnik używa siły. Rzemieślnik używa czucia.

Twarz Brumma — szeroka, rumiana, z rudą brodą przyciętą krótko — była twarzą człowieka, który spędza życie wśród drewna i metalu. Zmarszczki od uśmiechu w kącikach oczu. Zmarszczki od marszczenia brwi na czole. Oczy jasne, niebieskie, z wyrazem, który u kogoś innego byłby naiwnym. U Brumma był szczerym. Ten człowiek nie umiał kłamać. Gábor widział to od pierwszego spojrzenia. Tak jak muzyk widzi od pierwszego dźwięku, czy instrument jest dobrze nastrojony.

Ale Brumm umiał milczeć. A milczenie nie jest tym samym co kłamstwo. Jest czymś gorszym. Kłamstwo można zdemaskować. Milczenie trzeba rozbić.

— Herr Brumm? Komisarz Fájó, policja kryminalna w Bydgoszczy. Chciałbym porozmawiać o Zdzisławie Ficzce.

Brumm stał w drzwiach. Przez sekundę — nie dłużej — jego oczy drgnęły. Lekko. Jak powieka, która chce się zamknąć, ale nie pozwala sobie.

— Proszę. Wejść proszę.

Niemiecki akcent. Ciężki, ale nie nieprzyjemny. Spółgłoski twarde jak drewno dębowe. Samogłoski miękkie jak filc tłumiący struny.

Wnętrze hali było światem samym w sobie. Gábor stanął w progu i przez chwilę zapomniał, po co przyszedł. Zapach drewna — dębu, sosny, orzecha, jeszcze czegoś, czego nie potrafił zidentyfikować — uderzył go jak fala ciepła. Zapach lakieru, oleju lnianego, metalu. I pod tym wszystkim — zapach kalafonii. Tej samej kalafonii, którą Gábor nacierał smyczek przez dwadzieścia lat swojego życia.

Hala była wypełniona elementami organów. Piszczałki — metalowe i drewniane — stały i leżały wszędzie. Niektóre małe, jak ołówki. Inne ogromne — trzy metry, cztery metry, pięć metrów długości. Metalowe piszczałki lśniły matowym blaskiem stopu cyny i ołowiu. Drewniane pachniały żywicą. Na stołach warsztatowych leżały narzędzia, których nazw Gábor nie znał — strugi, pilniki, formy odlewnicze, szablony. Na ścianach — rysunki techniczne, schematy, plany.

W rogu hali stał częściowo zmontowany wiatrownik — drewniana skrzynia, w której powietrze z miecha rozdziela się między poszczególne piszczałki. Gábor rozpoznał go z ilustracji w katalogu znalezionym w mieszkaniu Ficzki. Wyglądał jak drewniane serce — serce instrumentu, które rozprowadza oddech po całym ciele.

Oddech. Znowu oddech. Wszystko w tej sprawie wracało do oddechu.

Brumm zaproponował kawę. Gábor przyjął. Kawa była mocna, czarna, parzona w prostym dzbanku jak u żołnierzy na froncie. Bez mleka. Bez cukru. Bez ceremonii.

Usiedli przy stole warsztatowym. Między nimi leżała niedokończona piszczałka drewniana — dębowa, wydrążona, z otworem labialnym, przez który przechodzi powietrze i tworzy się dźwięk. Gábor patrzył na nią jak na metaforę — pusta rura, która ożywa dopiero wtedy, kiedy ktoś poda jej oddech.

— Pan znał Zdzisława Ficzkę — zaczął Gábor.

— Tak. Znałem. Przychodził do mnie. Kilka razy. Może sześć, siedem razy. Przez ostatnie trzy miesiące.

— Po co przychodził?

Brumm obracał filiżankę w dłoniach. Filiżanka wyglądała jak naparstek w tych ogromnych palcach.

— Mówił, że interesuje go akustyka. Budowa organów. Pytał o wszystko. Jak działa miech. Jak kształtuje się dźwięk w piszczałce. Ile powietrza potrzebuje piszczałka basowa. Jak wpływa temperatura na strojenie. Zadawał pytania techniczne, szczegółowe. Jak inżynier, nie jak muzyk.

— I pan mu odpowiadał.

— Odpowiadałem. Bo lubię, kiedy ktoś pyta. Mało kto pyta. Ludzie przychodzą do kościoła, słyszą organy, mówią „pięknie”. Nie pytają, jak to działa. Nie pytają, ile pracy. Ile lat. Ile drewna, ile metalu, ile godzin strojenia. Ficzka pytał.

— I to wszystko? Tylko akustyka?

Brumm postawił filiżankę. Jego oczy — jasne, szczere, niebieskie — na ułamek sekundy uciekły w bok. W prawo. W stronę biurka w kącie hali, zastawionego papierami i narzędziami.

Gábor zauważył.

— Herr Brumm, powiem panu coś, co pan już wie. Ficzka nie żyje. Został zamordowany. Prowadzę śledztwo. Wszystko, co mi pan powie, może pomóc znaleźć osobę, która go zabiła.

Brumm milczał. Milczał długo. Za długo. W hali było cicho — tylko tykanie grzejnika i odległy szum ruchu ulicznego. Gábor czekał. Nie ponaglał. Wiedział, że milczenie Brumma nie jest milczeniem kłamcy. Jest milczeniem człowieka, który się boi.

Psychologia strachu jest prosta. Neurobiolog Joseph LeDoux wykazał, że strach aktywuje dwa obwody w mózgu jednocześnie. Pierwszy — szybki — prowadzi przez ciało migdałowate i uruchamia reakcję walki lub ucieczki, zanim kora mózgowa zdąży przetworzyć informację. Drugi — wolny — prowadzi przez korę przedczołową i pozwala na racjonalną ocenę zagrożenia. Problem w tym, że szybki obwód zawsze wygrywa z wolnym. Strach jest szybszy niż rozum. Zawsze. U wszystkich. Nawet u organmistrzów z Saksonii.

— Ficzka nie przychodził tu tylko dla akustyki — powiedział w końcu Brumm. Głos cichy. Cięższy niż zwykle. — On odkrył coś.

— Co odkrył?

— Pieniądze.

Gábor czekał.

— Ksiądz Unterhose. On… on finansuje budowę organów. Jest moim klientem. Podpisaliśmy kontrakt rok temu. Dwa miliony złotych. To jest duże zlecenie. Największe, jakie miałem w Polsce. W Niemczech budowałem organy dla kościoła w Chemnitz, dla katedry w Erfurcie. Ale w Polsce — pierwsze takie zlecenie. Dla mnie to jest… jak mówicie po polsku… szansa życia.

— Rozumiem. I Ficzka odkrył coś związanego z finansowaniem.

— Tak. Przyszedł tu pewnego wieczoru. Był podniecony. Powiedział, że wie, skąd Unterhose bierze pieniądze na organy. Że to nie są tylko datki wiernych i dotacje z kurii. Że jest firma. Spółka. Że pieniądze płyną przez tę spółkę i że to jest… — Brumm szukał słowa — ...pranie.

— Pranie pieniędzy.

— Tak. Tak to nazwał.

— I co pan na to powiedział?

— Powiedziałem, że mnie to nie dotyczy. Że ja buduję organy. Że pieniądze przychodzą, ja buduję. Nie pytam skąd. Nie chcę wiedzieć. Mam żonę. Mam dwójkę dzieci. W Dreźnie. Czekają na mnie. Czekają, aż skończę tę pracę i wrócę.

Głos Brumma drżał. Nie z zimna. Z czegoś głębszego. Z tego samego, z czego drżały ręce Ficzki po telefonie na próbie — ze świadomości, że jest się w miejscu, z którego nie ma dobrego wyjścia.

Gábor zmienił strategię. Nie naciskał. Zamiast tego — zaczął pytać o organy. O drewno. O piszczałki. O rejestry. O miechy. Brumm ożywił się natychmiast. Mówił o swoim rzemiośle z pasją, która przypominała Gáborowi jego własną dawną pasję do skrzypiec. Tę pasję, którą zostawił w futerale dwa lata temu.

Brumm opowiadał o drewnie dębowym, które musi sezonować przez pięć lat, zanim nadaje się na piszczałkę. O stopie cyny i ołowiu — siedemdziesiąt pięć do dwudziestu pięciu — z którego odlewa się piszczałki metalowe. O tym, jak temperatura w kościele wpływa na strój organów — jeden stopień różnicy to kilka centów odchylenia. O tym, jak piszczałka basowa C wielkiej oktawy, pięciometrowa, waży sto dwadzieścia kilogramów i wydaje dźwięk tak niski, że człowiek bardziej go czuje w klatce piersiowej niż słyszy uszami.

I wtedy Gábor zapytał:

— Herr Brumm, czy Unterhose kiedykolwiek prosił pana o ukrycie czegoś w organach?

Brumm zamarł. Dosłownie. Jak fortepianista, który uderza w klawisz i trzyma pedał — dźwięk wisi w powietrzu, nie gaśnie, nie rozwiązuje się.

— Pan Fájó…

— Proszę mi odpowiedzieć.

Brumm zamknął oczy. Otworzył je. Popatrzył na swoje ręce — te ogromne, precyzyjne dłonie rzemieślnika — jakby szukał w nich odpowiedzi.

— Tak. Poprosił mnie. Trzy miesiące temu. Powiedział, że ma paczkę. Że chce, żebym ją schował w jednej z dużych piszczałek basowych. W takiej, która jeszcze nie jest zmontowana. Powiedział, że to dokumenty parafialne, które muszą być przechowane w bezpiecznym miejscu. Że plebania jest remontowana i nie ma gdzie ich trzymać.

— I pan się zgodził.

— Nie chciałem się zgodzić. Ale on powiedział… powiedział, że kontrakt na organy jest uzależniony od jego dobrej woli. Że jeśli mu nie pomoże, znajdzie innego organmistrza. Polaka. Młodszego. Tańszego. Powiedział to uprzejmie. Z uśmiechem. Ale ja zrozumiałem.

— Groźba.

— Nie groźba. Informacja. Tak on mówił. Uprzejmie. Z uśmiechem. Ale informacja była jasna.

— Ficzka wiedział o paczce?

— Tak. Nie wiem skąd. Może widział, jak Unterhose przynosi ją do kościoła. Może podsłuchał rozmowę. Nie wiem. Ale Ficzka przyszedł do mnie i powiedział, że wie. I że sfotografował paczkę i miejsce ukrycia. Powiedział, że to jest jego… jak to nazwał… polisa ubezpieczeniowa. Na wypadek, gdyby Unterhose chciał go uciszyć.

Polisa ubezpieczeniowa. Ficzka powiedział to samo flecistce Agnieszce Podgórnej. Ubezpieczenie na życie, które nie zdążyło go uratować.

Gábor pił kawę. Zimną już, gorzką, z fusami. Patrzył na Brumma. Ten człowiek nie był ani winny, ani niewinny. Był czymś gorszym. Był bystanterem — kimś, kto stoi z boku i patrzy, jak ktoś inny tonie, i nie wyciąga ręki, bo boi się, że sam pójdzie na dno. Psycholog Stanley Milgram — ten od eksperymentów z posłuszeństwem — powiedział kiedyś, że najstraszniejszą cechą ludzkiej natury nie jest zdolność do zła, lecz zdolność do obojętności w obliczu zła. Brumm nie był zły. Brumm był przestraszony. Co w gruncie rzeczy jest tą samą obojętnością, tylko w ładniejszym opakowaniu.

— Herr Brumm, proszę mi powiedzieć jeszcze jedno. Gdzie dokładnie jest ta paczka?

— W kościele. W jednej z piszczałek basowych. Piszczałka C wielkiej oktawy. Pięć metrów długości. Stoi w nawie bocznej, jeszcze niezmontowana, oparta o ścianę. Paczka jest w środku, na dnie.

— Duża?

— Jak pudełko od butów. Może trochę większa. Zawinięta w folię bąbelkową.

Gábor wstał.

— Herr Brumm, proszę o jedno. Proszę nikomu nie mówić o naszej rozmowie. Nikomu.

— A jeśli Unterhose zapyta?

— Powie pan, że policja była, pytała o Ficzkę, i tyle. Nic więcej. Może pan to zrobić?

Brumm kiwnął głową. Powoli. Jak człowiek, który składa obietnicę i nie jest pewien, czy zdoła ją dotrzymać.

Gábor ruszył do wyjścia. Przy drzwiach odwrócił się. Na biurku Brumma — tym biurku, na które organmistrz rzucił okiem, kiedy Gábor pytał o Ficzkę — leżały papiery, narzędzia, katalogi. I wizytówka. Mała, elegancka, z tłoczonym napisem. Gábor nie mógł jej przeczytać z tej odległości. Ale Dorota mogłaby.

Wyszedł. Za nim zamknęły się metalowe drzwi hali. Dźwięk jak zamknięcie trumny.


Gábor siedział w samochodzie na parkingu przed halą Brumma. Nie zapalił silnika. Nie ruszył. Siedział i myślał.

Potem wyciągnął z kieszeni zdjęcie. To zdjęcie. Rachela odwrócona plecami. Klucz wiolinowy opleciony różą na łopatce. Tatuaż, który sam jej zaproponował. Pierwsza rocznica ślubu. Siedzieli w łóżku w hotelu w Sopocie — jedyne wakacje, na jakie ich było stać — i Gábor powiedział: zrób sobie tatuaż. Coś muzycznego. Coś, co będzie tylko twoje. Rachela się zaśmiała. Powiedziała, że tatuaże to dla motocyklistów i marynarzy. Ale następnego dnia poszła do salonu tatuażu na Monciaku i wróciła z klawiszem wiolinowym i różą na łopatce. Różą — bo Gábor nazwał ją kiedyś „różą z kolcami”. Klawiszem wiolinowym — bo muzyka.

Patrzył na zdjęcie. Na jej plecy. Na krzywiznę kręgosłupa. Na cień, który padał na skórę od światła żyrandola na plebanii. Na tło — nieostre, ale wystarczająco czytelne — na którym ktoś leżał na kanapie, ktoś stał przy oknie, ktoś nalewał wino.

Rachela na plebanii Unterhosego. Rachela na zdjęciu, które Ficzka zrobił przez okno. Rachela — ofiara czy uczestniczka? Kobieta uwięziona w relacji z manipulatorem czy kobieta, która wybrała?

Czy to w ogóle jest właściwe pytanie?

Gábor wiedział, że nie jest. Wiedział, że pytanie „czy to jej wina?” jest pytaniem, które zadaje się kobietom od tysięcy lat i które nigdy nie ma dobrej odpowiedzi. Wiedział to z książek. Z raportów. Z lat pracy w policji, gdzie widział kobiety bite, gwałcone, szantażowane — i za każdym razem ktoś pytał: a dlaczego nie odeszła? Dlaczego się zgodziła? Dlaczego tam poszła?

Bo się bała. Bo nie miała dokąd. Bo manipulator zrobił z nią to, co manipulatorzy robią — zniszczył jej poczucie własnej wartości i przekonał, że bez niego jest niczym.

Gábor schował zdjęcie z powrotem do kieszeni. Zapalił silnik. Włączył radio. Transmisja z Filharmonii Narodowej. Bach. Kunst der Fuge. Kontrapunkt dziewiąty — lustrzany.

Temat ucieka. Temat goni sam siebie. Temat się odwraca i widzi własne odbicie.

Gábor jechał przez Bydgoszcz w stronę komisariatu. Zadzwonił do Doroty.

— Sosenka, wizytówka na biurku Brumma. Elegancka, z tłoczeniem. Możesz do niego wrócić i sprawdzić?

— Już sprawdziłam. Byłam u niego godzinę przed tobą.

Gábor zahamował tak gwałtownie, że kierowca za nim zatrąbił.

— Co?

— Byłam u niego rano, zanim pojechaliśmy na Szwederowo. Powiedział mi mniej niż tobie, jak podejrzewam. Ale wizytówkę widziałam. „Sacrum Investment”. Spółka z o.o. Warszawa, ulica Marszałkowska sto dwa.

— Dorota…

— Nie dziękuj. Po prostu przestań jeździć sam na przesłuchania. Jesteśmy parą. Policyjną parą. Działamy razem albo wcale.

Gábor nie odpowiedział. Jechał dalej. Bach grał w radiu. Fuga gonił fugę. Temat uciekał.

A w kieszeni płaszcza Gábora — zdjęcie, które było dowodem, i dowodem, którego nie było. Schrödingerowskie zdjęcie. Istniejące i nieistniejące jednocześnie. Jak miłość. Jak strach. Jak wszystko, co naprawdę ważne.

Na komisariacie czekały na niego dwie wiadomości. Pierwsza — od prokurator Austerii: nakaz przeszukania kościoła na Jachcicach odrzucony. „Brak wystarczających podstaw dowodowych do naruszenia miru domowego instytucji sakralnej.”

Druga — SMS od nieznanego numeru: „Kto szuka, ten znajduje. Ale nie zawsze to, czego szukał. Mt 7:7.”

Gábor patrzył na ekran telefonu. Cytat z Ewangelii. Wersja zniekształcona, odwrócona. Prosiłem, a nie dano mi. Szukałem, a nie znalazłem. Kołatałem, a nie otworzyły mi się.

Ktoś go obserwował. Ktoś wiedział, że był u Brumma. Ktoś cytował Pismo Święte jak groźbę.

Gábor skasował wiadomość. Potem pożałował, że ją skasował. Potem zrozumiał, że żałowanie niczego nie zmieni. Potem zamknął oczy i przez chwilę — krótką, ulotną, jak pauza w fudze — pozwolił sobie na luksus, którego komisarze policji nie powinni sobie pozwalać.

Pozwolił sobie na strach.

Rozdział VI: Tremolo

Tremolo to szybkie powtarzanie tego samego dźwięku. Drżenie. Wibracja na granicy kontroli. W orkiestrze smyczki grają tremolo, kiedy kompozytor chce wywołać niepokój. Napięcie przed burzą. Dreszcz przed katastrofą. Tremolo nie jest melodią. Jest stanem. Stanem zawieszenia między spokojem a paniką.

Człowiek też potrafi drżeć. Nie zawsze z zimna. Czasem z czegoś, co nie ma nazwy, ale ma temperaturę. Wysoką. Bardzo wysoką.


Kamienica przy ulicy Długiej na Starym Mieście w Bydgoszczy była jedną z tych, które przetrwały wojnę, komunizm i rewitalizację. Stała tam od stu czterdziestu lat i zamierzała stać dalej, niezależnie od tego, co myślą o tym ludzie, politycy i deweloperzy. Fasada secesyjna, obdrapana z godnością. Klatka schodowa wąska, z kutą żelazną balustradą, na której ktoś kiedyś wyskrobał nożykiem serce i inicjały, które czas uczynił nieczytelnymi. Na trzecim piętrze — drzwi z mosiężną kołatką w kształcie lwiej głowy. Lew wyglądał na znudzonego.

Gábor stał przed tymi drzwiami o dziewiętnastej trzydzieści. Nie zadzwonił wcześniej. Nie uprzedził. Przyjechał, bo musiał. Bo zdjęcie w kieszeni płaszcza paliło go jak rozgrzany węgiel, który ktoś wsunął mu między żebra.

Zapukał. Lew mosiężny stuknął o drewno z głuchym, rezonansowym dźwiękiem.

Rachela otworzyła po dłuższej chwili. Stała w progu w szarym swetrze, który był za duży — zsuwał się z ramienia, odsłaniając obojczyk i fragment pasku od stanika. Włosy mokre. Właśnie wychodziła z kąpieli. Bez makijażu, z twarzą nagą i bezbronną. Pachniała mydłem lawendowym i czymś jeszcze — czymś, co Gábor identyfikował jako zapach strachu, choć wiedział, że strach nie pachnie. A jednak.

— Gábor. — Nie zaskoczenie w głosie. Zmęczenie. — Wejdź.

Wszedł. Mieszkanie Racheli było jej portretem przeniesionym w trzy wymiary. Duży pokój z oknem na Brdę. Wysokie sufity z sztukateriami, które pamiętały cesarza Wilhelma. Fortepian — nie koncertowy, gabinetowy Yamaha — przy ścianie, z otwartą klapą, jakby właśnie skończyła grać albo zaraz miała zacząć. Na fortepianie nuty — Gábor zobaczył okładkę — Mahlera Kindertotenlieder. Pieśni o śmierci dzieci. Ponura lektura na styczniowy wieczór. Na regale — płyty, książki, fotografie w ramkach. Jedna z nich — Gábor odwrócił wzrok, ale za późno — przedstawiała ich dwoje na wakacjach w Sopocie. Rachela w letniej sukience, Gábor bez koszuli, oboje uśmiechnięci jak ludzie, którzy nie wiedzą jeszcze, co ich czeka.

Na ścianach — reprodukcje Modiglianiego. Te wydłużone, smutne twarze kobiet z oczami jak migdały. Rachela kiedyś powiedziała, że Modigliani malował kobiety takimi, jakimi są naprawdę — nieskończenie długimi, nieskończenie smutnymi, nieskończenie pięknymi. Gábor odpowiedział, że to brzmi jak opis skrzypiec. Rachela się zaśmiała. Było to dawno.

Usiedli w kuchni. Kuchnia mała, z oknem na podwórze. Na parapecie — doniczka z bazylią, która umarła z braku światła i nadmiaru zaniedbania. Na stole — butelka wina, otwarta, w jednej trzeciej pusta. Jeden kieliszek.

— Pijesz sama — powiedział Gábor. Nie z wyrzutem. Ze stwierdzeniem.

— Piję sama. Od jakiegoś czasu. Czy to przesłuchanie?

— Nie. To nie jest przesłuchanie.

— To co to jest?

Gábor wyciągnął zdjęcie z kieszeni. Położył je na stole, między butelką wina a doniczką z martwą bazylią. Twarzą do góry. Rachela odwrócona plecami. Klucz wiolinowy. Róża.

Rachela popatrzyła na zdjęcie. Przez trzy sekundy — Gábor liczył, bo liczenie było jedynym, co utrzymywało go w pionie — jej twarz była nieruchoma. Absolutnie nieruchoma. Jak maska. Jak twarz aktorki, która jeszcze nie wie, jaką emocję grać.

Potem maska pękła.

Nie krzyknęła. Nie zemdlała. Nie zrobiła żadnej z tych rzeczy, które ludzie robią w filmach, kiedy konfrontują się z czymś, czego nie chcą widzieć. Zamiast tego — zamknęła oczy. Powoli. Jakby opuszczała kurtynę. I kiedy je otworzyła, były mokre.

— Skąd to masz? — Głos cichy. Ochrypły. Głos mezzosopranistki, która straciła kontrolę nad rejestrem.

— Z mieszkania Ficzki. Było ukryte pod podłogą w garderobie. Razem z dziewiętnastoma innymi zdjęciami.

— Dziewiętnastoma.

— Na pozostałych — Unterhose. Inne osoby. Sceny z plebanii. Ale na tym jednym — ty. Twój tatuaż. Twoje plecy.

Rachela sięgnęła po kieliszek. Ręka drżała. Tremolo. Szybkie powtarzanie tego samego gestu — dłoń do kieliszka, kieliszek do ust, kieliszek na stół. Powtórzenie. I jeszcze raz.

— Gábor, ja ci mówiłam. Mówiłam ci, że byłam na tych wieczorach. Dwa razy. Powiedziałam ci to w kawiarni.

— Powiedziałaś. Ale powiedzieć a zobaczyć to dwie różne rzeczy.

— Chcesz, żebym ci opisała, jak to wyglądało? Chcesz szczegółów?

— Nie chcę szczegółów. Chcę prawdy. Całej. Nie porcjami. Nie po kawałku. Całej naraz.

Rachela wstała. Podeszła do okna. Stała plecami do niego — tak jak na zdjęciu, tak jak tamtej nocy na plebanii — i patrzyła na podwórze, gdzie styczniowa ciemność zalegała między ścianami kamienic jak czarna woda w studni. Gábor patrzył na jej plecy. Na łopatkę, na której pod szarym swetrem był tatuaż, którego nie widział. Ale wiedział, że tam jest. Zawsze tam był. Zawsze tam będzie.

— Pierwszy raz — zaczęła Rachela, nie odwracając się — to był listopad. Rok temu. Albin zaprosił mnie na kolację na plebanię. Powiedział, że będzie kilka osób. Przyjaciele. Ludzie ze świata kultury. Powiedział, że to będzie wieczór z muzyką i dobrym winem. I tak było. Na początku.

— Na początku.

— Na początku było salonowo. Elegancko. Pięknie nawet. Albin grał na fortepianie. Ja śpiewałam — Schuberta, Gretchen am Spinnrade. Małgorzatkę przy kołowrotku. Pamiętasz tę pieśń?

Gábor pamiętał. Śpiewała mu ją kiedyś w domu, wieczorem, siedząc na podłodze przy łóżku. „Mein Ruh ist hin, mein Herz ist schwer.” Mój spokój odszedł, ciężkie moje serce. Schubert napisał tę pieśń, mając siedemnaście lat. Siedemnaście lat i całą rozpacz świata w nutach.

— Było sześć osób — kontynuowała Rachela. — Albin. Ja. Lekarz — doktor Hostia. Jakaś kobieta, którą Albin przedstawił jako „Ewę”, ale nie jestem pewna, czy to było jej prawdziwe imię. I jeszcze dwóch mężczyzn. Jeden starszy, dystyngowany, z sygnetem na palcu. Drugi młodszy, milczący, z tatuażem na nadgarstku.

— Wiceprezydent Gryzoń?

— Nie. Na pierwszym wieczorze nie. Na pierwszym wieczorze byli ludzie, których nie znałam. Anonimowi. Albin tak to organizował — kilka obcych twarzy, żeby nikt nikogo nie mógł zidentyfikować. Albo żeby wszyscy czuli się równie bezbronni.

Psychologia manipulacji. Gábor czytał o tym w książce Roberta Cialdiniego Wywieranie wpływu na ludzi. Zasada zaangażowania i konsekwencji. Jeśli nakłonisz człowieka do jednego małego kroku — jednego drinka, jednego dotyku, jednego kompromisu — następny krok będzie łatwiejszy. I następny. I następny. Aż nagle jesteś w miejscu, z którego nie ma drogi powrotnej. Nie dlatego, że droga zniknęła. Dlatego, że wstydzisz się wrócić.

— Wino było dobre — mówiła Rachela. — Za dobre. Albin wiedział, co lubi każda z obecnych osób. Dla mnie — Barolo. Dla Hostii — burgundzkie. Dla Ewy — szampan. Każdy miał swojego drinka. Każdy miał swoją pokusę.

— I potem?

— Potem Albin zaproponował grę. Tak to nazwał. Gra. Powiedział, że w starożytnych Grecjach — tak powiedział, „Grecjach”, w liczbie mnogiej, jakby było ich więcej niż jedna — sympozja polegały na tym, że ludzie dzielili się nie tylko winem, ale sobą. Swoimi ciałami. Swoimi pragnieniami. Że cywilizacja, która stworzyła filozofię, demokrację i tragedię, nie widziała nic złego w cielesnej bliskości między przyjaciółmi.

Gábor słuchał. Każde słowo wchodziło w niego jak igła — cienka, precyzyjna, zostawiająca po sobie maleńki punkt bólu.

— Byłam pijana — powiedziała Rachela. — Nie do nieprzytomności. Do odwagi. Do tej granicy, za którą hamulce puszczają, ale świadomość jeszcze działa. Wiesz, jaka to jest granica?

— Wiem.

— Więc wiesz, że to jest najgorsze miejsce. Bo nie możesz powiedzieć, że nie wiedziałaś, co robisz. Wiedziałaś. I robiłaś.

Rachela odwróciła się od okna. Jej oczy były suche. Łzy wyschły. Zostało coś innego — coś twardego, minerału, skały.

— Za drugim razem było gorzej. Więcej ludzi. Więcej alkoholu. Mniej ubrań. Albin reżyserował wszystko jak przedstawienie. Mówił, komu gdzie usiąść. Kto ma komu nalać wina. Kto ma kogo dotknąć. I cały czas cytował. Świętych, filozofów, poetów. Cytował Rumi’ego — „Gdziekolwiek jesteś, bądź duszą tego miejsca.” Cytował Mistrza Eckharta — „Ciało jest świątynią, a dotyk jest modlitwą.” Cytował Bataille’a — „Erotyzm jest afirmacją życia aż po śmierć.” I to brzmiało pięknie. Rozumiesz, Gábor? To brzmiało pięknie. Jak muzyka. Jak aria. Jak coś, co ma sens, nawet jeśli ten sens jest fałszywy.

— I wtedy Ficzka robił zdjęcia.

Rachela kiwnęła głową.

— Nie wiedziałam o tym. Nie wiedziałam, że ktoś patrzy. Dowiedziałam się dopiero, kiedy Ficzka zadzwonił do mnie dwa tygodnie przed śmiercią. Powiedział, że ma zdjęcia. Że był pod oknem plebanii. Że widział wszystko.

— Jak się tam dostał? Okna plebanii są na pierwszym piętrze.

— Nie wiem. Może przez ogród. Może z drabiny. Ficzka był mały. Zwinny. I uparty. Kiedy czegoś chciał, nie istniały przeszkody.

Gábor usiadł ciężko na krześle. Krzesło zaskrzypiało protestacyjnie. W głowie miał chaos — sto myśli jednocześnie, jak sto instrumentów grających każdy inną melodię. Kakofonię, nie harmonię.

— Rachela, dlaczego nie odeszłaś po drugim razie?

— Mówiłam ci. Albin zagroził.

— Nagraniami.

— Nagraniami. Zdjęciami. Miał własne. Nie tylko Ficzka fotografował. Albin też. Miał kamery w sypialni na plebanii. Ukryte. Dowiedziałam się o nich przypadkiem — zobaczyłam maleńki obiektyw w ramie obrazu nad łóżkiem. Kiedy go o to zapytałam, uśmiechnął się i powiedział, że to „zabezpieczenie”. Nie powiedział — przed czym.

Oczywiście. Zabezpieczenie. Kompromat. Najstarsze narzędzie kontroli w historii ludzkości. KGB nazywało to „kompromatem”. CIA — „leverage”. Albin Unterhose nie potrzebował nazwy. Potrzebował kamer i ludzi, którzy bali się prawdy bardziej niż kłamstwa.

— Rachela, muszę cię zapytać o coś trudnego.

— Wszystko w tej rozmowie jest trudne, Gábor. Pytaj.

— Czy na plebanii był kiedykolwiek wiceprezydent Gryzoń?

Rachela milczała. Długo. Za długo. Gábor czekał. Za oknem kuchni — podwórze ciemne i ciche. Gdzieś daleko ktoś trzasnął drzwiami samochodu. Gdzieś bliżej ktoś puścił muzykę — bas dudnił przez ściany jak odległy puls.

— Nie na wieczorach — powiedziała w końcu. — Na wieczorach go nie widziałam. Ale widywałam go na plebanii. Kilka razy. Przyjeżdżał wieczorami. Zamykali się z Albinem w gabinecie. Rozmawiali godzinami. Kiedy wychodził, Albin był w dobrym humorze. Lepszym niż zwykle.

— O czym rozmawiali?

— Nie wiem. Albin nie mówił mi o polityce. Mówił mi o muzyce, o teologii, o moim ciele. Ale nie o polityce. Politykę traktował jak narzędzie. Jak młotek. Nie interesowało go, jaki jest młotek. Interesowało go, co można nim zbudować.

Gábor wstał. Podszedł do okna. Teraz stali obok siebie — on i Rachela — patrząc na podwórze kamienicy, na kontury śmietników i suszarek do bielizny, na ciemność, która nie miała dna.

— Rachela, musisz od niego odejść. Teraz. Natychmiast. Zamieszkaj u kogoś. U przyjaciółki. U kogoś bezpiecznego. Nie wracaj na plebanię.

— Nie mieszkam na plebanii. Mieszkam tutaj.

— Ale on ma klucze?

Cisza. Odpowiedź.

— Weź klucze z powrotem. Zmień zamki. Zrób coś.

— Gábor, ty nie rozumiesz. Albin nie jest kimś, od kogo się odchodzi. Albin jest kimś, kto decyduje, kiedy odejdziesz. I czy odejdziesz.

— To się właśnie zmieni.

— Skąd wiesz?

Gábor nie odpowiedział. Bo nie wiedział. Bo obiecywanie czegoś, czego nie może zagwarantować, było kłamstwem. A między nim a Rachelą było już wystarczająco dużo kłamstw.

Stali przy oknie. Blisko. Za blisko. Gábor czuł ciepło jej ciała — nie fizycznie, bo nie dotykali się, ale jakoś inaczej. Elektromagnetycznie. Kwantowo. Na poziomie, którego fizyka nie opisała, a muzyka zna od zawsze.

I wtedy — nieoczekiwanie, bez ostrzeżenia — wspomnienie wróciło z siłą tsunami.

Dvořák. Stabat Mater. Filharmonia Pomorska. Rachela na scenie w czarnej sukni. On w sekcji smyczków, ze skrzypcami pod brodą. Moment, w którym Rachela śpiewa „Fac, ut portem Christi mortem” i patrzy na niego. Tylko na niego. I on gra. Tylko dla niej.

— To był jedyny raz, kiedy grałeś dla mnie, nie dla publiczności — powiedziała Rachela, jakby czytała mu w myślach po raz drugi w ciągu kilku dni.

— Pamiętasz.

— Pamiętam wszystko. Każdą nutę. Każde spojrzenie. Pamiętam, jak po koncercie poszliśmy do garderoby i nie mogliśmy się od siebie oderwać. Pamiętam, jak powiedziałeś, że granie dla mnie jest jak oddychanie. Że nie musisz o tym myśleć. Że to po prostu jest.

— Przestałem oddychać — powiedział Gábor. Nie wiedział, czy mówi o skrzypcach, czy o niej. Może o jednym i drugim.

Rachela wyciągnęła rękę. Dotknęła jego dłoni. Lewej. Tej z bliznami. Jej palce na jego palcach — ciepłe, suche, lekkie. Gábor poczuł, jak przez jego ciało przechodzi coś, co fizjolodzy nazywają odruchem skórno-galwanicznym — nagły spadek oporu elektrycznego skóry w odpowiedzi na bodziec emocjonalny. Potocznie — dreszcz. Muzycznie — tremolo.

Nie cofnął ręki. Ale nie chwycił jej dłoni. Stali tak — z palcami ledwie się dotykającymi — jak dwa instrumenty strojone do tego samego tonu, ale jeszcze nie grające razem.

— Gábor, ja nie jestem tą samą osobą, którą kochałeś.

— Wiem.

— Jestem gorsza. Słabsza. Bardziej posiniaczona.

— Wiem.

— I ty nie jesteś tym samym człowiekiem.

— Wiem.

— Więc dlaczego tu stoisz?

— Bo jesteś w niebezpieczeństwie. I bo jestem policjantem.

Rachela cofnęła rękę. Powoli. Jak smyczek odrywany od struny.

— Tylko dlatego? Bo jesteś policjantem?

Gábor nie odpowiedział. Odpowiedź paliła mu język, ale nie pozwolił jej wyjść. Nie tutaj. Nie teraz. Nie przy martwym oboiście, skompromitowanym księdzu i spirali kłamstw, która z każdym dniem ciaśniej oplatała się wokół nich wszystkich.


Wyjechał od Racheli o dwudziestej pierwszej. Zimna noc. Minus osiem stopni. Brda parowała pod latarniami — cienkie smugi mgły, które unosiły się nad czarną wodą jak duchy topielców. Bydgoszcz w styczniu jest miastem, które wygląda, jakby ktoś wyłączył w nim kolory. Szarość. Czerń. Biel śniegu, który zalegał na chodnikach i zamieniał się w brudną papkę pod kołami samochodów.

Gábor jechał na Jachcice. Drugi raz w ciągu tygodnia. Nie służbowo. Nie prywatnie. W jakiejś szarej strefie między jednym a drugim, w której coraz trudniej było odróżnić komisarza od mężczyzny.

Zaparkował w tym samym miejscu co ostatnio. Po drugiej stronie ulicy od kościoła i plebanii. Zgasił silnik. Zgasił światła. Czekał.

Plebania była ciemna. Kościół ciemny. Ulica pusta. Tylko latarnie i cisza, i oddech Gábora na szybie samochodu.

O dwudziestej pierwszej czterdzieści trzy na ulicę wjechał samochód. Ciemny sedan. Zatrzymał się przed plebanią. Drzwi otworzyły się. Wyszedł mężczyzna. W świetle latarni — ciemny garnitur, krawat, płaszcz przerzucony przez ramię mimo mrozu. Twarz oświetlona z boku. Kości policzkowe. Duży nos. Cofające się włosy.

Bogdan Gryzoń.

Za nim — kobieta. Inna niż poprzednio. Tym razem blondynka. Niższa. W futrze, które wyglądało na drogie i bezgustowne jednocześnie. Szła szybko, z pochyloną głową, jakby nie chciała, żeby ktokolwiek zobaczył jej twarz.

Drzwi plebanii otworzyły się, zanim Gryzoń zdążył zapukać. Ktoś czekał na nich. Ktoś wiedział, że przyjadą. W prostokącie światła z holu — sylwetka. Czarna koszula. Koloratka. Postać cofnęła się, wpuszczając gości. Drzwi zamknęły się.

Gábor wyjął olympusa. Zrobił sześć zdjęć. Jakość marna — noc, odległość, sztuczne światło. Ale coś widać.

Czekał. Dwadzieścia minut. Trzydzieści. Czterdzieści. W plebanii zapaliło się jedno okno na pierwszym piętrze — to samo co ostatnio. Przez niedomknięte żaluzje — cienie. Ruch. Gestykulacja. Rozmowa. Gábor nie mógł odczytać z ruchu warg — za daleko, zbyt nieostre. Ale widział dynamikę ciał. Gryzoń gestykulował gwałtownie — ręce w górze, ręce w dół, krok do przodu, krok do tyłu. Zdenerwowany. Albo wściekły.

Druga postać — Unterhose? — stała nieruchomo. Ramiona opuszczone. Głowa lekko przechylona. Postawa człowieka, który słucha z cierpliwością, bo wie, że cierpliwość jest bronią silniejszą niż krzyk.

Trzecia postać — blondynka — siedziała. Nie ruszała się. Jak widownia na spektaklu, w którym dwóch aktorów gra scenę, a ona czeka na swoją kwestię.

O dwudziestej drugiej dwadzieścia siedem drzwi plebanii otworzyły się ponownie. Gryzoń wyszedł sam. Blondynka została. Gryzoń szedł do samochodu szybkim krokiem — nie biegł, ale prawie. Wsiadł. Trzasnął drzwiami. Silnik warknął. Sedan odjechał z piskiem opon, który w nocnej ciszy Jachcic brzmiał jak krzyk.

Gábor zanotował godzinę i numer rejestracyjny. Ten sam co ostatnio.

Potem coś zobaczył.

W oknie plebanii, za żaluzjami, jedna z postaci podeszła do szyby. Odsunęła żaluzję. Stanęła w oknie. Gábor widział twarz — jasną, oświetloną od tyłu lampą pokojową. Siwe skronie. Ciemne oczy. Uśmiech.

Albin Unterhose stał w oknie i patrzył w stronę zaparkowanego samochodu Gábora.

Patrzył prosto na niego.

Gábor poczuł zimno. Nie od temperatury. Od świadomości. Unterhose go widział. Wiedział, że jest obserwowany. I nie bał się. Stał w oknie i uśmiechał się — tym uśmiechem, który na zdjęciach w gazecie wyglądał jak maska, a w rzeczywistości był czymś gorszym. Był wyzwaniem.

Spróbuj, mówił ten uśmiech.

Spróbuj mnie dotknąć.

Po dziesięciu sekundach Unterhose odsunął się od okna. Żaluzja opadła. Światło zgasło.

Gábor siedział w ciemności. Serce biło szybko. Za szybko. Sto dwadzieścia uderzeń na minutę, może więcej. Tachykardia spoczynkowa. Fizjologiczna odpowiedź na zagrożenie. Ciało migdałowate pracuje. Szybki obwód LeDoux — walcz albo uciekaj.

Gábor nie walczył. Nie uciekał. Siedział.

I wtedy zauważył BMW.

Stało dwieście metrów dalej, przy bocznej uliczce, z wyłączonymi światłami. To samo BMW, które widział ostatnio. Ciemne. Nieruchome. Jak drapieżnik czekający w zasadzce.

Gábor zanotował pozycję. Wziął olympusa. Zrobił zdjęcie. Potem zapalił silnik i odjechał. Powoli. Spokojnie. Jak człowiek, który nie ucieka.

W lusterku wstecznym — BMW nie ruszyło.


Na komisariacie następnego ranka Dorota czekała na niego z kubkiem kawy i wyrazem twarzy, który Gábor nauczył się rozpoznawać jako „mam coś i chcę ci to powiedzieć, ale nie wiem, jak to powiesz”.

— Co jest? — zapytał.

— „Sacrum Investment”. Kopałam głębiej. Dużo głębiej.

Usiadła przy biurku. Monitor obrócony w jego stronę. Na ekranie — tabela z przelewami bankowymi. Kolumny cyfr. Daty. Kwoty. Tytuły przelewów.

— Spółka „Sacrum Investment”, zarejestrowana na Tadeusza Kowalskiego. Adres: Warszawa, Marszałkowska sto dwa. Sprawdziłam ten adres — to jest wirtualne biuro. Skrzynka pocztowa i przekierowanie korespondencji. Nikogo tam nie ma. Spółka istnieje na papierze.

— Słup.

— Słup. Ale pieniądze na koncie są prawdziwe. W ciągu ostatniego roku na konto „Sacrum Investment” wpłynęło ponad dwa miliony złotych. Z różnych źródeł. Trzy przelewy z fundacji „Pro Ecclesia” z Warszawy — zarejestrowanej, sprawdziłam, przez tych samych ludzi, co spółka. Dwa przelewy z konta prywatnego, którego właściciela jeszcze nie ustaliłam. I jeden przelew — pięćset tysięcy złotych — z konta, które jest powiązane z funduszem kampanijnym partii rządzącej w regionie kujawsko-pomorskim.

Gábor patrzył na ekran. Cyfry. Daty. Kwoty. Suche, obiektywne, pozbawione emocji. Ale za każdą cyfrą stał człowiek. Za każdą kwotą — decyzja. Za każdym przelewem — motyw.

— Pięćset tysięcy z funduszu kampanijnego — powtórzył. — Do spółki słupa. Ze spółki słupa — na konto parafii. Z konta parafii — na budowę organów. Pranie.

— Pranie. Klasyczny schemat. Pieniądze z polityki płyną przez fikcyjną spółkę na cele sakralne. Kościół buduje organy. Polityk dostaje poparcie duchownego. Duchowny dostaje pieniądze i wpływy. Koło się zamyka.

— I Ficzka odkrył to koło.

— I Ficzka chciał na tym zarobić. I ktoś postanowił, że Ficzka nie będzie zarabiał.

Gábor odsunął się od biurka. Przejechał dłonią po twarzy. Blizny na opuszkach palców — te cienkie, białawe linie, pamiątki po strunach, które przez dwadzieścia lat wcinały się w skórę — drasnęły zarost na policzku. Czuł każdą z nich osobno. Jak nuty w partyturze. Jak kamienie w mozaice.

— Sosenka, to jest duże. Za duże na nas dwóch.

— Wiem.

— Klawisz kazał mi zwolnić. Kazał mi nie szukać kłopotów. Kazał mi informować go pierwszego.

— Wiem. Byłam pod drzwiami jego gabinetu, kiedy ci to mówił.

Gábor popatrzył na nią.

— Podsłuchiwałaś?

— Nie podsłuchiwałam. Stałam pod drzwiami. Drzwi są cienkie. Uszy mam dobre.

— I co myślisz?

Dorota odpiła kawy. Postawiła kubek. Patrzyła na niego tymi piwowymi, fordońskimi oczami, w których nie było strachu. Nie dlatego, że Dorota się nie bała. Dlatego, że Dorota traktowała strach jak pogodę — jest, pada, czasem wieje, ale człowiek bierze parasol i idzie dalej.

— Myślę, że Klawisz jest częścią problemu. Nie wiem, jak dużą częścią. Może małą. Może jest tylko ostrożny. Może jest po prostu tchórzem, który nie chce ryzykować emerytury. Ale jest jedna rzecz, której nie rozumiem.

— Jaka?

— Skąd wiedział o twojej wizycie w ratuszu? Byłeś tam sam. Nie mówiłeś nikomu. Sekretariat Gryzonia odmówił ci spotkania. A dwie godziny później Klawisz wie, że byłeś w ratuszu.

— Gryzoń do niego zadzwonił.

— Albo ktoś nad Gryzoniem zadzwonił do kogoś nad Klawiszem. Musiał istnieć kanał komunikacji. Szybki. Bezpośredni. Kanał, który łączy ratusz z komendą.

Gábor myślał. W muzyce istnieje pojęcie „basso continuo” — ciągłego basu, który gra pod spodem, nieustannie, niesłyszalnie prawie, ale podtrzymując harmonię całego utworu. Basso continuo tej sprawy — ciągły, niski ton, który trwał pod wszystkimi zdarzeniami — były pieniądze. Pieniądze z polityki. Pieniądze na kościół. Pieniądze, których ślad prowadził od funduszu kampanijnego partii rządzącej przez fikcyjną spółkę do organów w kościele na Jachcicach.

Ale pieniądze same nie zabijają. Pieniądze potrzebują rąk. I motywu. I decyzji.

Kto podjął decyzję, żeby zabić Ficzkę?

Unterhose — bo Ficzka go szantażował?

Gryzoń — bo Ficzka zagrażał systemowi, z którego Gryzoń czerpał korzyści polityczne?

Ktoś trzeci — ktoś, o kim Gábor jeszcze nie wiedział, ktoś wyżej, ktoś dalej, ktoś w cieniu?

— Sosenka, potrzebuję, żebyś sprawdziła jeszcze jedną rzecz.

— Mów.

— BMW zarejestrowane na „Sacrum Investment”. Kto nim jeździ? Kto jest ubezpieczony jako kierowca? Chcę nazwisko.

— Dam ci je jutro.

— Chcę je dzisiaj.

Dorota popatrzyła na niego. Potem skinęła głową. Podniosła telefon.


Gábor czekał. Pił kawę. Zimną. Gorzką. Patrzył przez okno komisariatu na parking, na którym policyjne radiowozy stały w rzędzie jak nuty na pięciolinii. Myślał o Racheli. O jej dłoni na jego dłoni. O cieple, które poczuł. O tremolo, które przeszło przez jego ciało jak prąd.

Myślał o zdjęciu w kieszeni płaszcza. O dziewiętnastym zdjęciu, które powinno być dwudzieste. O dowodzie, który ukrył. O przestępstwie, które popełnił.

Artykuł 239 kodeksu karnego. Poplecznictwo. „Kto utrudnia lub udaremnia postępowanie karne, pomagając sprawcy przestępstwa uniknąć odpowiedzialności karnej…” Ale Rachela nie była sprawcą. Była ofiarą. Ofiarą manipulatora, który wykorzystał jej samotność, jej talent, jej ciało. Ukrycie zdjęcia nie pomagało sprawcy. Chroniło ofiarę.

Czy tak?

Czy mógł być tego pewien?

W psychologii istnieje pojęcie „ślepoty potwierdzenia” — confirmation bias. Ludzie szukają informacji, które potwierdzają to, w co już wierzą, i ignorują te, które temu przeczą. Gábor wierzył, że Rachela jest ofiarą. Więc szukał dowodów na jej niewinność i ignorował dowody na jej winę.

Ale jakie dowody na jej winę istniały?

Była na plebanii. Uczestniczyła w orgii. Była kochanką Unterhosego. Znała Ficzkę. Ficzka miał jej nazwisko zakreślone na programie koncertowym znalezionym pod ciałem.

A gdyby to nie Unterhose zakreślił to nazwisko? Gdyby to Ficzka sam je zakreślił — nie jako akt oskarżenia, ale jako wskazówkę? Jako wiadomość dla kogoś, kto znajdzie ciało? Dla Gábora?

Ficzka wiedział, że Gábor jest policjantem. Ficzka wiedział, że Gábor był mężem Racheli. Ficzka wiedział, że jeśli ktoś znajdzie to nazwisko, to Gábor będzie pierwszym, który zrozumie, co ono znaczy.

Czy Ficzka zostawił mu wiadomość?

Czy Ficzka próbował mu powiedzieć: Rachela jest w niebezpieczeństwie?

Czy Ficzka próbował mu powiedzieć coś innego?

Gábor nie wiedział. I to niewiedza — ta czarna dziura w centrum każdego śledztwa, każdej relacji, każdego życia — była gorsza niż najgorsza pewność.

Dorota wróciła o szesnastej.

— BMW — powiedziała, siadając przy biurku. — Zarejestrowane na „Sacrum Investment”, ale ubezpieczone na osobę fizyczną. Damian Kościelny. Lat trzydzieści pięć. Zameldowany w Bydgoszczy, Jachcice, ulica Paderewskiego dwadzieścia trzy.

— Kościelny. Jak kościelny od kościoła?

— Jak kościelny od kościoła. I nie jest to przypadek. Damian Kościelny jest formalnie zatrudniony jako kościelny — ten prawdziwy, od dzwonów i sprzątania — w parafii Unterhosego. Od dwóch lat.

— Kto to jest?

Dorota obróciła monitor. Na ekranie — zdjęcie z bazy danych policyjnych. Twarz. Szeroka. Kwadratowa żuchwa. Łysy. Oczy małe, głęboko osadzone, z wyrazem, który nie był ani inteligentny, ani głupi. Był pusty. Jak okna domu, w którym nikt nie mieszka. Na szyi — tatuaż. Kolczasty drut oplatający krzyż.

Sąsiadka Ficzki ze Szwederowa. Duży. Łysy. Tatuaż na szyi. Stał pod klatką i patrzył na okna.

— Karany — kontynuowała Dorota. — Dwa wyroki. Pobicie w dwa tysiące piętnastym — rok w zawieszeniu. Groźby karalne w dwa tysiące siedemnastym — pół roku w zawieszeniu. Były zawodnik MMA, kategoria półciężka. Wyrzucony z federacji za doping. Potem ochroniarz w klubach nocnych w Toruniu. Od dwóch lat — „kościelny” na Jachcicach.

— Ochroniarz Unterhosego.

— Ochroniarz. Kierowca. Człowiek od brudnej roboty. Jakbyś miał kogoś, kto za ciebie dźga igłą w szyję, to Kościelny pasuje jak ulał.

Gábor patrzył na zdjęcie Damiana Kościelnego. Na tę pustą twarz. Na te puste oczy. Na tatuaż — kolczasty drut oplatający krzyż. Symbolika tak oczywista, że aż banalna. Wiara i przemoc. Kościół i kolczasty drut.

— Mamy go — powiedział cicho.

— Mamy go jako podejrzanego. Nie mamy go jako sprawcę. Nie mamy dowodu, że to on podał sukcynylocholinę. Nie mamy motywu — jego motywu, nie Unterhosego. Nie mamy nic oprócz poszlak i sąsiadki w papilotach.

Gábor wiedział, że Dorota ma rację. Poszlaki to nie dowody. Poszlaki to sugestie. Podpowiedzi. Melodia, która brzmi znajomo, ale której nie potrafisz zaśpiewać od początku do końca.

Ale melodia nabierała kształtu. Głos po głosie. Nuta po nucie. Jak fuga — temat pojawiał się w jednym głosie, potem w drugim, potem w trzecim. Unterhose. Gryzoń. Hostia. Kościelny. Rachela. Ficzka.

I on sam. Gábor Fájó. Muzyk, który porzucił skrzypce. Mąż, który stracił żonę. Policjant, który ukrywał dowody.

Kolejny głos w fudze. Kolejny temat uciekający przed samym sobą.


Tego wieczoru, w pustym mieszkaniu na Wyżynach, Gábor zrobił coś, czego nie planował.

Otworzył futerał ze skrzypcami.

Instrument leżał w aksamitnym wnętrzu jak ciało w trumnie — nieruchomy, piękny, martwy. Skrzypce z końca dziewiętnastego wieku, warsztat czeskiego lutnika, którego nazwisko Gábor nosił w sercu jak medalik. Wierzch świerkowy, spód jaworowy, lakier w kolorze ciemnego bursztynu. Struny stare, ale nienaruszone. Smyczek obok — brazylijskie drewno fernambukowe, pernambuco, z włosiem z końskiego ogona, który pożółkł od czasu.

Gábor wyciągnął skrzypce z futerału. Ciężar instrumentu w lewej ręce — znajomy, intymny, bolesny. Przyłożył go do ramienia. Podbródek na podpórce. Lewa ręka na gryfie. Palce na strunach — te palce z bliznami, które kiedyś latały po gryfie jak jaskółki, a teraz stały nieruchomo, niezdecydowane.

Prawą ręką wziął smyczek. Położył włosie na strunie A. Nacisnął. Pociągnął.

Dźwięk.

Szorstki. Nieokiełznany. Rozstrojony o co najmniej pół tonu. Dźwięk instrumentu, który za długo milczał.

Gábor stroił skrzypce. Powoli. Struna po strunie. G, D, A, E. Kwinty. Najczystsza relacja między dźwiękami. Pitagoras twierdził, że kwinty są fundamentem wszechświata — proporcja trzy do dwóch, harmonia sfer.

Kiedy instrument był nastrojony, Gábor zagrał. Nie koncert. Nie sonatę. Kilka taktów Lacrimosa z Requiem Mozarta. Tych samych taktów, które leżały na pulpicie obok ciała Ficzki.

Palce nie słuchały. Intonacja kulała. Wibracja — ten delikatny ruch lewej ręki, który nadaje dźwiękowi ciepło i życie — była nierówna, spastyczna. Łzy niedoskonałości. Tremolo niekontrolowane.

Ale grał.

Sąsiadka zapukała w ścianę. Gábor przestał.

Odłożył skrzypce do futerału. Zamknął go. Usiadł na kanapie.

Patrzył na futerał. I wiedział — z tą samą pewnością, z jaką muzyk wie, że dźwięk jest czysty albo fałszywy — że coś w nim pękło. Albo zrosło się. Albo jedno i drugie jednocześnie. Bo w muzyce pęknięcie i zrastanie się brzmią tak samo. Ból i ulga mają ten sam dźwięk.

Tremolo ustąpiło.

Ale cisza, która po nim nastąpiła, była pełniejsza niż przedtem.

Rozdział VII: Cesura

W muzyce cesura to moment bezwzględnej ciszy. Nie pauza — pauza ma wymierzoną długość, odliczoną w taktach, zapisaną w partyturze. Cesura nie. Cesura jest przerwą, po której nic nie jest takie samo. Dyrygent opuszcza batutę. Orkiestra milknie. Publiczność wstrzymuje oddech. Nikt nie wie, ile to potrwa. Nikt nie wie, co będzie dalej.

Cesura jest momentem, w którym muzyka umiera i rodzi się na nowo.

Siódmy dzień śledztwa w sprawie śmierci Zdzisława Ficzki był cesurą.


Filharmonia Pomorska o szóstej rano wyglądała inaczej niż siedem dni wcześniej, kiedy Henryk Szyling znalazł ciało. Taśmy policyjne znikły. Scena została umyta. Krzesła ustawione w równych rzędach, pulpity na swoich miejscach, reflektory wyregulowane pod kątem czterdziestu pięciu stopni — dokładnie tak, jak lubił dyrektor Czajkowski. Orkiestra wróciła do prób. Życie toczyło się dalej. Życie zawsze toczy się dalej. To jego jedyna zdolność i jedyna okrucieństwo.

Ale Henryk Szyling wiedział, że scena nie jest taka sama. Mycie nie zmywa tego, co się wydarzyło. Można wyczyścić podłogę, wypolerować drewno, wyregulować światło. Nie można wyczyścić powietrza. Powietrze w sali koncertowej pamięta. Pamięta każdy dźwięk, który kiedykolwiek w nim zabrzmiał. Pamięta oklask. Pamięta ciszę. I pamięta ostatni oddech umierającego oboisty.

Henryk otworzył główne wejście o siódmej trzydzieści, jak zawsze. Zrobił kawę dla siebie i dla pani Krystyny, jak zawsze. Sprawdził ogrzewanie, jak zawsze. Ale ręce mu drżały. Od siedmiu dni drżały. Helena mówiła, że powinien iść do lekarza. Henryk mówił, że nic mu nie jest. Oboje kłamali.


Gábor nie spał tej nocy. Leżał na kanapie w ubraniu — płaszcz zdjęty, ale buty na nogach, jakby spodziewał się, że w każdej chwili będzie musiał wstać i biec. Dokąd — nie wiedział. Ale gotowość do ucieczki stała się jego stanem domyślnym. Jak u zwierzęcia, które śpi z jednym otwartym okiem.

O piątej rano wstał. Zrobił kawę. Wypił ją stojąc przy oknie, patrząc na Bydgoszcz, która budziła się w szarej poświacie styczniowego świtu. Na horyzoncie — wieża ciśnień na Bielawach, sylwetka kościoła na Chwytowie, komin dawnej fabryki. Geometria miasta, które zna na pamięć, ale którego nigdy nie polubił. Bo Bydgoszcz nie jest miastem do lubienia. Jest miastem do zamieszkiwania. Do znoszenia. Do przetrwania.

Jak małżeństwo, które nie działa, ale trwa.

O szóstej piętnaście zadzwonił telefon. Dorota.

— Nie śpisz — powiedziała. Nie pytanie. Stwierdzenie.

— Nie śpię.

— Ja też nie. Mam coś. Przyjdź na komisariat za godzinę.

— Co masz?

— Za godzinę, Fájó. Przy kawie.

Rozłączyła się. Gábor patrzył na telefon. Ciemny ekran. Własne odbicie — twarz zmęczona, zarost trzydniowy, oczy jak dwa kamieniołomy.


Na komisariacie Dorota czekała z trzema kubkami kawy. Trzy — nie dwa.

— Trzeci jest dla kogo? — zapytał Gábor.

— Dla ciebie, za godzinę. Będziesz potrzebował.

Usiadł. Dorota otworzyła notes. Nie komputer — notes. Papierowy, liniowany, z okładką w kratkę. Dorota Sosenka ufała papierowi bardziej niż pikselom. Papier nie zawiesza się. Papier nie wymaga hasła. Papier nie zostawia cyfrowych śladów.

— Pierwsza rzecz — zaczęła. — Bilingi Ficzki. Dostałam je wczoraj wieczorem od prokurator Austerii. Ostatni miesiąc życia. Sześćdziesiąt siedem połączeń wychodzących. Czterdzieści trzy przychodzące. Większość — numery stacjonarne orkiestry, filharmonii, kasyn online. Ale jest klika interesujących.

Dorota otworzyła notes na stronie, którą wcześniej zaznaczyła zakładką — rogiem kartki zagiętym w precyzyjny trójkąt.

— Numer pierwszy. Wydzwoniony siedem razy w ciągu ostatnich trzech tygodni przed śmiercią. Kartkowy. Prepaid. Niezarejestrowany. Żaden operator nie potrafi mi powiedzieć, kto go kupił. Kupiony za gotówkę w kiosku na Gdańskiej.

— Unterhose?

— Nie wiem. Ale to możliwe. Duchowny, który prowadzi podwójne życie, nie dzwoni z telefonu parafialnego. Kupuje kartę prepaid w kiosku i wyrzuca ją po miesiącu.

— Numer drugi?

— Numer drugi jest ciekawszy. Telefon stacjonarny. Wydzwoniony trzy razy. Ostatni raz — w dniu przed śmiercią Ficzki. O godzinie szesnastej dwanaście. Rozmowa trwała cztery minuty.

— Czyj numer?

Dorota podniosła wzrok znad notesu. Piwne oczy, twarde jak orzech laskowy.

— Kancelaria parafii pw. Świętych Polskich Braci Męczenników na Jachcicach. Numer oficjalny. Wydrukowany na stronie internetowej parafii, na ulotkach, na tablicy ogłoszeń przy kościele.

Gábor zmarszczył brwi.

— Ficzka dzwonił na oficjalny numer parafii?

— Tak. Trzy razy. Ostatni raz — dzień przed śmiercią. O czwartej po południu. Cztery minuty. A potem — godzinę później, o piątej trzynaście — ktoś z tego numeru oddzwonił do Ficzki. Rozmowa krótka. Minuta dwadzieścia sekund.

To się zgadzało. Perkusista Władek Tukan mówił, że Ficzka odebrał telefon w trakcie próby i wyszedł blady. Godzina się zgadzała. Próba Brahmsa. Czwarta symfonii. Andante moderato. Solo obojowe. I potem telefon. I potem Ficzka wrócił z twarzą białą jak papier.

Ktoś z parafii oddzwonił do Ficzki w trakcie próby orkiestrowej. Ktoś, kto miał numer Ficzki. Ktoś, kto wiedział, kiedy dzwonić.

— Trzecia rzecz — kontynuowała Dorota. — I to jest ta, dla której potrzebujesz trzeciego kubka kawy.

Gábor sięgnął po drugi kubek. Nagle poczuł, że go potrzebuje.

— Sprawdziłam przelewy na konto parafialne. Nie te z „Sacrum Investment” — te już mamy. Sprawdziłam przelewy wychodzące. Pieniądze, które parafia wydawała. Rachunki za prąd, gaz, wodę. Wynagrodzenia — ksiądz, organista, kościelny. Opłaty za materiały budowlane — to pewnie organy. Normalne wydatki normalnej parafii.

— Ale?

— Ale jest jeden przelew, który nie pasuje. Dwadzieścia tysięcy złotych. Wychodzący. Na konto prywatne. Co miesiąc. Od ośmiu miesięcy. Ten sam odbiorca. To samo konto.

— Czyje?

— Damiana Kościelnego.

Cisza na komisariacie. Za ścianą — telefon dzwonił. Ktoś odebrał. Głos — niewyraźny, daleki. Kroki na korytarzu. Życie instytucji, która nigdy nie śpi, ale rzadko się budzi.

— Dwadzieścia tysięcy miesięcznie — powiedział Gábor powoli. — Dla kościelnego. Od ośmiu miesięcy. To jest sto sześćdziesiąt tysięcy złotych w sumie.

— Sto sześćdziesiąt tysięcy za zamiatanie kościoła i dzwonienie w dzwony. Chyba że ktoś płaci mu za coś innego.

— Za ochronę. Za kierowanie BMW. Za obserwowanie ludzi. Za stanie pod klatką schodową Ficzki i patrzenie na okna.

— I za podanie sukcynylocholiny w szyję.

Gábor dopił kawę. Sięgnął po trzeci kubek. Dorota miała rację. Potrzebował go.


O dziesiątej Gábor pojechał do kurii diecezjalnej. Sam. Bez Doroty. Bez nakazu. Bez upoważnienia. Z przekonaniem, że czasem najlepszą strategią jest ta, która nie ma strategii. Że czasem trzeba wejść gdzieś, gdzie nie powinno się wchodzić, i zobaczyć, co się stanie.

Kuria diecezjalna w Bydgoszczy mieściła się w budynku przy ulicy Gdańskiej. Okazałym, przedwojennym, z fasadą, która mówiła: tu mieszka władza. Nie świecka. Duchowna. Gorsza — bo nie podlega wyborom i nie ma kadencji.

Portiernia. Młody ksiądz w czarnej sutannie. Uprzejmy. Ostrożny.

— W jakiej sprawie?

— Komisarz Fájó, policja kryminalna. Chciałbym porozmawiać z kimś odpowiedzialnym za nadzór finansowy parafii.

— Proszę chwilę poczekać.

Chwila trwała dwadzieścia minut. Gábor siedział na drewnianej ławce w korytarzu, pod portretem Jana Pawła II, który patrzył na niego z wyrazem łagodnego wyrzutu. Na ścianach — zdjęcia z wizyt biskupich, dyplomy, listy gratulacyjne. Na jednym ze zdjęć — biskup diecezjalny ściskający rękę mężczyzny w garniturze. Gábor przyjrzał się. Mężczyzna w garniturze miał cofające się włosy i duży nos.

Gryzoń. Na zdjęciu z biskupem. W gablotce kurii.

O dziesiątej dwadzieścia dwa młody ksiądz wrócił.

— Ksiądz kanclerz przyjmie pana. Proszę za mną.

Gabinet kanclerza kurii był przestronny, chłodny i bezosobowy. Biurko z ciemnego drewna. Regał z tomami prawa kanonicznego. Krucyfiks na ścianie — nie ozdobny, prosty, drewniany, z Chrystusem, którego twarz wyrażała więcej zmęczenia niż cierpienia. Za biurkiem — człowiek.

Ksiądz Stefan Czarny. Kanclerz kurii diecezjalnej. Pierwszy raz Gábor widział go na żywo i od razu zrozumiał, dlaczego ten człowiek zajmuje to stanowisko. Czarny był kwintesencją biurokracji — nie w pejoratywnym sensie, ale w pierwotnym. Był człowiekiem systemu. Człowiekiem procedur, regulaminów i paragrafów. Sześćdziesiąt lat. Twarz podłużna, koścista, z nosem ostrym jak pióro do pisania. Oczy szare — nie ciepłe, nie zimne, temperaturę reguluje termostat wewnętrzny w zależności od rozmówcy. Włosy siwe, krótkie, zaczesane do tyłu z precyzją, która graniczyła z obsesją. Ręce złożone na biurku — palce splecione, paznokcie czyste, żaden pierścień oprócz tego na palcu serdecznym — sygnet z herbem diecezji.

— Proszę siadać, panie komisarzu — powiedział Czarny. Głos gładki jak politura. — W czym mogę pomóc?

Gábor usiadł. Krzesło wygodne — skóra, podłokietniki. Nie niższe od krzesła za biurkiem. W kurii nie stosowano trików z psychologią dominacji. Tu dominacja była wbudowana w ściany.

— Prowadzę śledztwo w sprawie śmierci Zdzisława Ficzki. Muzyka Filharmonii Pomorskiej. Ciało znaleziono na scenie filharmonii tydzień temu.

— Czytałem. Tragedia. Modlimy się za duszę pana Ficzki.

— Dziękuję. W toku śledztwa pojawiły się wątki dotyczące parafii pw. Świętych Polskich Braci Męczenników na Jachcicach. Chciałbym zapytać o kilka kwestii finansowych.

Czarny nie drgnął. Ani jeden mięsień na twarzy. Ani jedno mrugnięcie. Jak posąg, który nauczył się oddychać.

— Kwestii finansowych — powtórzył. — Jakich?

— Parafia prowadzi budowę nowych organów piszczałkowych. Koszt szacowany na dwa miliony złotych. Chciałbym wiedzieć, kto finansuje tę inwestycję i czy kuria nadzoruje źródła finansowania.

Czarny rozplótł palce. Splótł je ponownie. Jedyny gest, który zdradził, że pytanie nie jest mu obojętne.

— Budowa organów to inicjatywa duszpasterska księdza proboszcza Unterhosego. Finansowanie pochodzi z datków wiernych, dotacji programu „Bydgoszcz Sacra” i dobrowolnych darowizn osób prywatnych i instytucji. Kuria nie ingeruje w szczegóły finansowe poszczególnych parafii, o ile ich działalność mieści się w ramach prawa kanonicznego i cywilnego.

— Nie ingeruje — powtórzył Gábor. — Nawet jeśli na konto parafii wpływa osiemset tysięcy złotych ze spółki zarejestrowanej na słupa?

Cisza. Czarny patrzył na niego. Oczy szare, jak niebo nad Bydgoszczą w styczniu. Nie mrugał. Ludzie, którzy nie mrugają, albo mówią prawdę, albo trenowali kłamanie wystarczająco długo, żeby ciało nie zdradzało ich myśli.

— Nie rozumiem, o czym pan mówi — powiedział Czarny. — Jakaś spółka. Jaki słup. To są bardzo poważne sugestie, panie komisarzu.

— To nie są sugestie. To są fakty. „Sacrum Investment”, spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, zarejestrowana na fikcyjną osobę, przelała osiemset tysięcy złotych na konto parafii Unterhosego. Pieniądze pochodzą z funduszu powiązanego z partią polityczną. To jest pranie pieniędzy, księdze kanclerzu. I chciałbym wiedzieć, czy kuria o tym wie.

Czarny wstał. Powoli. Z godnością człowieka, który wstaje nie dlatego, że musi, ale dlatego, że chce zakomunikować zmianę pozycji w rozmowie. Podszedł do okna. Stał plecami do Gábora — identyczna pozycja jak Rachela w swoim mieszkaniu dzień wcześniej, identyczna pozycja jak Unterhose w oknie plebanii. Ludzie, którzy mają coś do ukrycia, odwracają się plecami. Ludzie, którzy nie chcą, żeby czytano im z twarzy.

— Panie komisarzu — powiedział Czarny, nie odwracając się. — Kościół katolicki współpracuje z organami ścigania. Zawsze współpracował. Mamy szacunek dla prawa i dla ludzi, którzy je egzekwują. Ale oczekujemy wzajemności. Oczekujemy, że policja nie będzie opierała swoich działań na plotkach, domysłach i materiałach o wątpliwym pochodzeniu.

— To nie są plotki. To są dokumenty bankowe.

— Dokumenty bankowe mogą być interpretowane na wiele sposobów. Darowizna to darowizna. Jeśli ktoś chce wspierać budowę organów — osobą prywatną, spółką, fundacją — ma do tego prawo. Kościół nie sprawdza rodowodu każdego złotego, który wpada do skarbonki.

— Nawet jeśli ten złoty pochodzi z prania pieniędzy kampanijnych?

Czarny odwrócił się. Teraz jego oczy nie były szare. Były stalowe. Temperatura spadła o dziesięć stopni.

— Proszę nie powtarzać plotek, panie komisarzu. Kościół współpracuje z policją, ale oczekuje szacunku dla swoich instytucji. Jeśli ma pan konkretne dowody na naruszenie prawa, proszę złożyć je w prokuraturze. Nie w kurii. Nie jesteśmy od oceniania dowodów. Jesteśmy od duszpasterstwa.

Gábor wstał.

— Jeszcze jedno, księdze kanclerzu. Trzy lata temu ktoś złożył anonimowy donos na plebanię parafii Unterhosego. Donos dotyczył — cytuję gazetę — „libacji z udziałem osób świeckich”. Kuria przeprowadziła kontrolę i nie stwierdziła nieprawidłowości. Kto przeprowadzał tę kontrolę?

Czarny stał przy oknie. Nieruchomy. Jak kolumna w katedrze. Milczał.

— Nie pamiętam szczegółów — powiedział w końcu. — To było trzy lata temu. Donos anonimowy. Anonimowe donosy traktujemy z rezerwą.

— Kto przeprowadzał kontrolę?

— Nie pamiętam.

— Może pan sprawdzić?

— Mogę. Ale nie dzisiaj. Proszę zostawić kontakt w sekretariacie. Odezwiemy się.

Gábor wiedział, że nikt się nie odezwie. Czarny wiedział, że Gábor wie. I obaj wiedzieli, że ta rozmowa jest grą, w której żaden z graczy nie ma zamiaru pokazać kart.

— Dziękuję za poświęcony czas, księdze kanclerzu.

— Służę. — Czarny wyciągnął rękę do uścisku. Dłoń chłodna, sucha, precyzyjna. Uścisk krótki, formalny, bezosobowy. Jak uścisk dyplomaty, który właśnie odmówił wizy.

Gábor wyszedł z kurii z jednym wnioskiem: kuria wiedziała o Unterhosem. Wiedziała od lat. Wiedziała o wieczorach na plebanii, o pieniądzach, o powiązaniach z politykami. I nie zrobiła nic. Bo Unterhose był użyteczny. Bo przynosił pieniądze i prestiż. Bo był twarzą programu, który dawał kurii wpływy i widoczność. A użytecznych ludzi się nie trąca. Nawet jeśli ich użyteczność śmierdzi.

Socjolog Zygmunt Bauman napisał kiedyś, że instytucje nie mają sumienia. Mają procedury. I procedury zawsze wygrywają z sumieniem, bo procedury mają paragrafy, a sumienie nie.


Park Kazimierza Wielkiego rozciągał się wzdłuż Brdy — zielony latem, teraz biały i szary. Drzewa bez liści, ławki pokryte szronem, ścieżki ubite stopami spacerowiczów, którzy nawet w styczniu nie rezygnowali z rytuału porannego marszu. Nad rzeką — balustrady z kutego żelaza, zmatowiałe od mrozu. Brda płynęła cicho, szaro, pod cieniutką warstwą lodu, który pękał i tworzył się na nowo jak skóra na ranie.

Gábor siedział na ławce. Trzecia ławka od mostu Staromiejskiego, ta pod starym dębem. Nie wiedział, dlaczego wybrał tę ławkę. Może dlatego, że dąb był duży i stary, i trwał w miejscu, w którym wszystko inne się zmieniało.

Komendant Klawisz dzwonił trzykrotnie. Gábor nie odebrał. Prokurator Austeria napisała SMS-a: „Komisarzu, proszę o raport z postępów. Pilne.” Gábor odpisał: „Jutro.” Dorota nie dzwoniła. Dorota wiedziała, że są chwile, kiedy Gábor potrzebuje ciszy. I dawała mu tę ciszę z tą samą precyzją, z jaką dawała mu kawę — bez pytania, bez komentarza, w odpowiednim momencie.

Myślał o Klawiszu. O rozmowie w gabinecie, o sówce szklanej, o nakazie dyskrecji, który brzmiał jak nakaz milczenia. Myślał o tym, kto zadzwonił do komendanta po wizycie Gábora w ratuszu. Kto wiedział. Kto powiedział.

I myślał o tym, dokąd uciec.

Bo uciekał. Wiedział to. Uciekł od skrzypiec do policji. Uciekł od Racheli do samotności. Uciekł od samotności do śledztwa. Każda ucieczka wyglądała jak krok do przodu, ale w rzeczywistości była ruchem w bok. Ruchem konia szachowego — dwa pola w jedną stronę, jedno w drugą. Nigdy prosto. Nigdy wprost.

Dokąd teraz?

Jeśli będzie kontynuował śledztwo — wejdzie w kolizję z Klawiszem, z kurią, z Gryzoniem, z całym systemem, który stał za śmiercią Ficzki. System, który miał pieniądze, wpływy, telefony i ludzi w BMW.

Jeśli się wycofa — Ficzka pozostanie martwym oboisąą z nierozwiązaną sprawą. Rachela pozostanie w szponach Unterhosego. Kościelny będzie dalej jeździł BMW i stał pod klatkami schodowymi. Unterhose będzie dalej grał Bacha z zamkniętymi oczami i uśmiechem człowieka, który jest ponad prawem.

Nie ma dobrego wyjścia. Są tylko wyjścia mniej złe.

Gábor przymknął oczy. Słyszał Brdę — szum wody pod lodem, cichy, nieustanny, jak basso continuo. Słyszał wróble w gałęziach dębu — skrzeczące, kłótliwe, żywe. Słyszał odległy klakson na moście. Słyszał własny oddech.

I wtedy usłyszał coś innego. Kroki. Na ścieżce za plecami. Lekkie. Szybkie. Zbliżające się.

Otworzył oczy.

Rachela.

Stała trzy metry od niego. Płaszcz granatowy, szalik bordowy — ten z kaszmiru, który widział w Tesco rok temu. Policzki zarumienione od mrozu. Oczy wielkie, ciemne, z wyrazem kogoś, kto biegł nie dlatego, że się spóźnia, ale dlatego, że się boi.

— Co tu robisz? — zapytał Gábor.

— Wracam z próby w Operze Nova. Tamtędy chodzę. Każdego dnia. Tą ścieżką. Przy tej rzece.

— Przypadek?

— Przypadek. — Rachela usiadła obok niego na ławce. Bez zaproszenia. Bez pytania. Tak, jak siadała kiedyś obok niego na kanapie w domu — naturalnie, jakby miejsce obok niego było zawsze dla niej.

Siedzieli w milczeniu. Długo. Minuta. Dwie. Trzy. Milczenie, które u obcych ludzi byłoby niezręczne. U nich było czymś innym. Było wspomnieniem wspólnego języka, którym nie potrzebowali słów.

W końcu Rachela odezwała się.

— Albin wie, że policja ma zdjęcia.

Gábor odwrócił głowę. Patrzył na nią. Twarz spokojna, ale żuchwa zaciśnięta. Mięsień żwacz pracował pod skórą jak mechanizm zegarka.

— Skąd wie?

— Nie wiem. Ale wie. Zadzwonił do mnie wczoraj. Był spokojny. Za spokojny. Kiedy Albin jest spokojny, to znaczy, że jest wściekły. Kiedy jest wściekły — krzyczy. Kiedy jest naprawdę niebezpieczny — milczy.

— Co powiedział?

— Powiedział, że sytuacja „wymaga nowej konfiguracji”. Tak mówi. Nie mówi „mam problem”. Mówi „sytuacja wymaga nowej konfiguracji”. Jakby ludzie byli elementami układanki, które można przesuwać.

— I co jeszcze?

— Powiedział, żebym się nie martwiła. Że „wszystko jest pod kontrolą”. Że „odpowiedni ludzie zajmą się odpowiednimi sprawami”.

Odpowiedni ludzie. Gábor pomyślał o Klawiszu. O Gryzonieniu. O kanclerzu Czarnym. O całej sieci, która oplatała tę sprawę jak pajęczyna — niewidoczna, ale lepka.

— Rachela, musisz od niego odejść. Teraz. Nie jutro. Nie za tydzień. Teraz. Zamieszkaj u kogoś. U przyjaciółki. U kogokolwiek.

Rachela pokręciła głową.

— Nie ucieknę znowu. Uciekałam od ciebie. Uciekałam od siebie. Koniec. Nie ucieknę.

— To nie jest ucieczka. To jest bezpieczeństwo.

— Bezpieczeństwo nie istnieje, Gábor. Nauczyłam się tego. Bezpieczeństwo to iluzja, którą sprzedają ludzie, którzy chcą cię kontrolować. Albin mówił mi, że jestem bezpieczna z nim. Ty mówisz mi, że będę bezpieczna beze niego. Obaj kłamiecie. Nikt nie jest bezpieczny. Nigdy.

Gábor milczał. Bo miała rację. Bo bezpieczeństwo jest pojęciem statystycznym, nie absolutnym. Psycholog Daniel Kahneman wykazał, że ludzie przeceniają ryzyko zdarzeń dramatycznych — zamachów, katastrof lotniczych, morderstw — a niedoceniają ryzyka zdarzeń codziennych. Statystycznie Rachela miała większe szanse zginąć w wypadku samochodowym niż z ręki Unterhosego. Ale statystyka nie zna kontekstu. Statystyka nie wie, że Unterhose ma ochroniarza z przeszłością MMA i dostępem do sukcynylocholiny.

— Rachela, powiedz mi jedno. Czy Albin kiedykolwiek uderzył cię?

— Nie.

— Groził ci fizycznie?

— Nie w ten sposób. Nigdy nie podniósł ręki. Nigdy nie krzyknął. Ale… — urwała. Szukała słów. Gábor znał ten gest — artykulacyjne pauzy, momenty, w których język nie nadąża za myślą, bo myśl jest zbyt złożona lub zbyt bolesna, żeby zmieścić się w jednym zdaniu. — Ale potrafił sprawić, że czułam się jak nic. Jak puste miejsce. Jak pauza w partyturze. Nie dlatego, że mówił złe rzeczy. Dlatego, że mówił piękne rzeczy, a potem je zabierał. Dawał i zabierał. Dawał ciepło i zabierał ciepło. Jak… jak termostat. Regulował moją temperaturę.

Gábor poczuł, jak stalowa linka w klatce piersiowej napręża się do granic wytrzymałości. Wiedział, o czym mówi. Czytał o tym w podręcznikach psychologii sądowej, w raportach o przemocy domowej, w zeznaniach ofiar. Manipulacja emocjonalna. Gaslighting. Cykl idealizacji i dewaluacji. Narcystyczny wzorzec kontroli. Słowa techniczne, kliniczne, pozbawione ciepła. Ale za każdym z tych słów stał człowiek. Kobieta. Rachela.

Jego Rachela.

Nie jego. Już nie. Ale wciąż.

— Rachela.

— Tak?

— Czy kochasz go?

Pytanie wyszło samo. Bez planu. Bez strategii. Policjant w nim zaprotestował — to nie jest pytanie śledcze, to jest pytanie osobiste, to jest przekroczenie granicy. Mężczyzna w nim milczał. Czekał.

Rachela patrzyła na Brdę. Na lód, który pękał i tworzył się na nowo. Na wróble w gałęziach dębu, które kłóciły się o okruszki chleba zostawione przez kogoś na balustradzie.

— Kochałam go — powiedziała. — Albo myślałam, że kochałam. Co może jest tym samym. A może nie. Nie wiem. Kochałam to, czym był na początku. Mądry. Czuły. Muzyczny. Kochałam jego głos — miał głos jak ciepły baryton, który obiecywał rozgrzeszenie z grzechów, których jeszcze nie popełniłam. Kochałam w nim to, co straciłam w tobie.

Gábor poczuł, jak coś w nim pęka. Cicho. Bez efektów dźwiękowych.

— Co straciłaś we mnie?

— Człowieka, który rozumie dźwięk. Ty przestałeś rozumieć, Gábor. Kiedy odłożyłeś skrzypce, przestałeś rozumieć muzykę. A kiedy przestałeś rozumieć muzykę, przestałeś rozumieć mnie. Bo ja jestem muzyką. Bez muzyki jestem niczym.

— To nieprawda.

— To jest prawda. I to jest moja tragedia. I moja siła. Bo Albin to wiedział. Wiedział, że jestem muzyką. I grał na mnie jak na instrumencie. Precyzyjnie. Technicznie. Bez fałszywych nut. Do czasu.

Siedzieli na ławce. Dwa ciała w zimowym powietrzu. Dwie samotności, które kiedyś tworzyły jedno ciepło. Między nimi — centymetry przestrzeni. Interwały. Odległości, które w muzyce mają nazwy: sekunda, tercja, kwarta, kwinta. Niektóre brzmią zgrzytliwie. Inne — harmonijnie. Odległość między Gáborem a Rachelą na tej ławce w parku Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy w styczniu brzmiała jak trytonus — interwał, który w średniowieczu nazywano „diabłem w muzyce”. Diabolus in musica. Ani konsonans, ani dysonans. Coś pomiędzy. Coś, co nie chce się rozwiązać.

Gábor wstał.

— Muszę iść. Będę w kontakcie. Proszę cię o jedno — bądź ostrożna. Nie spotykaj się z Albinem. Jeśli zadzwoni — odbierz, ale nie mów mu nic o mnie, o śledztwie, o zdjęciach. Nic.

— Dobrze.

Odszedł trzy kroki. Cztery. Pięć. Odwrócił się.

— Rachela.

— Tak?

— Wczoraj wieczorem otworzyłem futerał. Zagrałem kilka taktów. Lacrimosa. Było okropne.

Rachela uśmiechnęła się. Pierwszy prawdziwy uśmiech, jaki widział na jej twarzy od lat. Mały. Smutny. Piękny jak dysonans, który wreszcie znalazł rozwiązanie.

— Ale zagrałeś — powiedziała.

— Ale zagrałem.


Wieczorem, w pustym mieszkaniu na Wyżynach, Gábor znowu otworzył futerał. Wyjął skrzypce. Stroił je. G, D, A, E. Kwinty. Harmonia sfer.

I zagrał. Nie Lacrimosa. Nie Mozarta. Zagrał partię skrzypiec solo z Pasji wg św. Mateusza Bacha — tę, która towarzyszy arii „Erbarme dich, mein Gott”. Zmiłuj się nade mną, Boże mój. Partia skrzypiec jest w tej arii jak głos sumienia — ciągła, niespokojna, wijąca się wokół melodii śpiewaka jak bluszcz wokół kolumny.

Palce nie słuchały. Intonacja była niedoskonała. Wibracja nierówna. Ale dźwięk — dźwięk był prawdziwy. Szorstki, ludzki, pełen niedoskonałości. Pełen życia.

Sąsiadka nie zapukała w ścianę. Może jej nie było w domu. Może słuchała.

Gábor grał.

I w tym graniu — w tym niedoskonałym, bolesnym, pięknym graniu — cesura się skończyła.

Cisza pękła. Muzyka wróciła. Nic nie było takie samo.

Ale coś — jedno jedyne, kruche, ledwie słyszalne coś — było lepsze niż przedtem.

Rozdział VIII: Accelerando

Accelerando — stopniowe przyspieszanie tempa. Nie nagle. Nie skokowo. Stopniowo. Jak pociąg, który rusza ze stacji. Pierwsze metry wolno, niemal niezauważalnie. Potem szybciej. Potem jeszcze szybciej. Aż w końcu krajobraz za oknem zmienia się w smugę, tory dudnią pod kołami i jedynym pytaniem, które ma sens, jest: czy zdążysz wysiąść, zanim pociąg się rozbije?

Ósmy dzień śledztwa zaczął się od deszczu. Nie śniegu — deszczu. Styczniowy deszcz w Bydgoszczy jest osobliwością meteorologiczną i egzystencjalną. Spada na śnieg, który leży od tygodnia, i zamienia go w brudną breję, która nie jest ani wodą, ani lodem, ani niczym, co ma nazwę. Jest po prostu obrzydliwa. I mokra. I wszechobecna.

Gábor jechał na komisariat o siódmej rano przez miasto, które wyglądało jak akwarela zostawiona w deszczu — kolory rozmazane, kontury nieostre, wszystko płynne i niestałe. Wycieraczki pracowały na najwyższych obrotach. Radio milczało. Gábor wyłączył je dwadzieścia minut temu, bo stacja nadawała Mozarta i Gábor nie mógł słuchać Mozarta, nie myśląc o partyturze Requiem na pulpicie obok martwego Ficzki.

Na komisariacie czekała Dorota. Tym razem bez kawy. To był zły znak. Dorota bez kawy była jak orkiestra bez dyrygenta — technicznie możliwa, ale niepokojąca.

— Nie pijesz — powiedział Gábor, wieszając mokry płaszcz na oparciu krzesła.

— Nie piję, bo nie miałam czasu parzyć. Całą noc pracowałam.

— Całą noc?

Dorota wyglądała inaczej niż zwykle. Nie gorzej — inaczej. Oczy podkrążone, włosy w większym nieładzie niż normalnie, co u Doroty oznaczało, że wyglądały jak zwykle, tyle że w lustrzanym odbiciu. Ale coś w jej twarzy było inne. Napięcie. Koncentracja. Wyraz myśliwego, który wreszcie zobaczył zwierzynę.

— Sukcynylocholina — powiedziała. — Trop medyczny. Siedziałam nad tym od dwóch dni. Nie mówiłam ci, bo chciałam mieć pewność, zanim otworzę usta.

— Masz pewność?

— Mam coś lepszego. Mam ścieżkę. Od ampułki do igły.

Dorota otworzyła laptop. Na ekranie — tabela. Kolumny. Daty. Numery seryjne.

— Szpital Uniwersytecki numer dwa, dawniej Biziel, ulica Ujejskiego. Oddział anestezjologii i intensywnej terapii. Trzy miesiące temu — październik — inwentaryzacja apteki szpitalnej wykazała brak jednej partii sukcynylocholiny. Dziesięć ampułek po sto miligramów każda. Łączna wartość — trywialna. Kilkaset złotych. Ale substancja — bezcenna, jeśli chcesz kogoś zabić dyskretnie.

— To już wiedziałem.

— Tak. Ale tego nie wiedziałeś. — Dorota przesunęła palcem po ekranie. — Procedura szpitalna wymaga, żeby każde wydanie leku z apteki szpitalnej było zarejestrowane w systemie informatycznym. Kto zamówił, kto wydał, kto potwierdził odbiór. System jest elektroniczny od dwóch tysiące dwunastego. Przed dwoma tysiące dwunastym — papierowy. Poprosiłam aptekę o wydruk ewidencji za październik. Dostałam go dzisiaj o trzeciej w nocy — mailem od farmaceutki, która najwyraźniej też nie śpi.

— I?

— I w ewidencji jest dziura. Wydanie dziesięciu ampułek sukcynylocholiny trzynastego października, godzina czternasta trzydzieści. Zamawiający — oddział anestezjologii. Potwierdzenie odbioru — podpis nieczytelny. Ale numer identyfikacyjny pracownika jest czytelny. I ten numer należy do ordynatora oddziału.

— Doktora Pawła Hostii.

— Doktora Pawła Hostii. Ordynator osobiście odebrał dziesięć ampułek sukcynylocholiny z apteki szpitalnej. Osobiście podpisał odbiór. I — zgodnie z dokumentacją szpitalną — ani jedna z tych ampułek nigdy nie została użyta w zabiegu medycznym. Ani jedna. Dziesięć ampułek zniknęło.

Gábor patrzył na ekran. Cyfry. Daty. Numery seryjne. Suche fakty, za którymi stała śmierć człowieka.

— Sprawę zgłoszono jako „błąd inwentaryzacyjny” — kontynuowała Dorota. — Protokół podpisał sam Hostia. Jako ordynator miał prawo to zrobić. Nikt nie zakwestionował. Nikt nie sprawdził. Dziesięć ampułek środka, który potrafi zabić człowieka w piętnaście minut, zniknęło ze szpitala i nikt nie mrugnął okiem.

— Bo ordynator ma władzę.

— Bo ordynator ma władzę. I bo ludzie nie kwestionują ludzi, którzy mają władzę. Stanley Milgram, sześćdziesiąty trzeci rok — eksperyment z posłuszeństwem. Sześćdziesiąt pięć procent uczestników było gotowych zadać innemu człowiekowi potencjalnie śmiertelny szok elektryczny, bo kazał im to zrobić człowiek w białym kitlu.

Gábor popatrzył na Dorotę.

— Czytasz Milgrama?

— Czytam wszystko, co pomaga mi zrozumieć, dlaczego ludzie robią idiotyczne rzeczy. A Milgram wyjaśnia połowę z nich. Drugą połowę wyjaśnia alkohol.


Szpital Uniwersytecki numer dwa stał przy ulicy Ujejskiego jak monument powojennej architektury medycznej — prostokątny, szary, z oknami, które wyglądały jak oczy człowieka pozbawionego nadziei. W środku pachniało chlorem, stołówką i czymś, co Gábor identyfikował jako zapach instytucji — mieszankę detergentu, papieru i ludzkiego cierpienia, przefiltrowaną przez system wentylacyjny z lat osiemdziesiątych.

Oddział anestezjologii i intensywnej terapii mieścił się na trzecim piętrze. Gábor i Dorota wjechali windą, która trzeszczała jak stary obój, i wyszli na korytarz wyłożony linoleum w kolorze brudnej mięty. Na tablicy przy drzwiach oddziału — lista lekarzy. Na szczycie: „Dr hab. med. Paweł Hostia — ordynator”.

Sekretarka oddziału — kobieta w średnim wieku, z okularami na łańcuszku i miną kogoś, kto słyszał wszystkie wymówki świata i żadnej nie uwierzył — poinformowała ich, że ordynator jest „na zabiegu”.

— Poczekamy — powiedział Gábor.

— Zabieg może trwać dwie godziny.

— Poczekamy.

Czekali czterdzieści minut. W poczekalni, na plastikowych krzesłach, które były zaprojektowane tak, żeby nikt nie czuł się na nich komfortowo — bo szpital nie jest miejscem komfortu, jest miejscem leczenia, a leczenie nie musi być przyjemne. Dorota czytała coś na telefonie. Gábor patrzył na ścianę, na której wisiał plakat edukacyjny o higienie rąk. Dwadzieścia kroków prawidłowego mycia dłoni. Dwadzieścia kroków. Gábor pomyślał, że pranie brudnych pieniędzy jest procesem prostszym niż mycie brudnych rąk.

O dziesiątej czterdzieści drzwi na końcu korytarza otworzyły się i wyszedł mężczyzna w zielonym kitlu chirurgicznym. Wysoki. Szczupły. Elegancki nawet w szpitalnym uniformie — są ludzie, którzy wyglądają elegancko w każdych okolicznościach, jakby elegancja była nie kwestią ubrania, lecz kości. Paweł Hostia miał twarz, która pasowała do magazynów o luksusowym stylu życia — kości policzkowe wysoko, nos prosty, szczęka mocna, brwi ciemne, gęste, nadające twarzy wyraz skupienia nawet wtedy, gdy nie był skupiony. Włosy siwe na skroniach, ciemne na czubku głowy — ta siwizna, którą mężczyźni po pięćdziesiątce noszą jak odznaczenie.

Ręce. Gábor zwrócił uwagę na ręce. Długie palce, czyste paznokcie, skóra gładka. Ręce chirurga. Ręce człowieka, który przez trzydzieści lat wkłuwał igły w ludzkie ciała — z precyzją, ze spokojem, z klinicznym brakiem emocji. Bo emocje i igła to niebezpieczna kombinacja.

Hostia zobaczył ich. Coś przebiegło po jego twarzy — szybko, ledwie uchwytnie. Jak cień chmury na wodzie. Był tam i nie ma go.

— Doktor Hostia? Komisarz Fájó, aspirant Sosenka. Policja kryminalna. Chcielibyśmy porozmawiać.

Hostia kiwnął głową. Uprzejmie. Spokojnie. Jak człowiek, który jest przyzwyczajony do kontrolowania sytuacji — bo anestezjolog kontroluje sytuację z definicji. Anestezjolog jest bogiem sali operacyjnej — decyduje, kto śpi, kto się budzi, ile bólu czuje i kiedy. Bez anestezjologa chirurg jest rzeźnikiem. Z anestezjologiem jest artystą.

Poszli do jego gabinetu. Mały pokój, przeszklona ściana na korytarz, biurko z laptopem, fotel obrotowy, na ścianie dyplomy i certyfikaty. Na biurku — zdjęcie rodzinne. Żona, dwoje dzieci, golden retriever. Wszystko układne. Wszystko na swoim miejscu. Jak w katalogowej reklamie życia, które powinno być idealne.

— Słucham — powiedział Hostia, siadając za biurkiem. Gest profesjonalny — dłonie złożone, łokcie na podłokietnikach, postawa otwarta. Język ciała człowieka, który nie ma nic do ukrycia. Albo człowieka, który ma bardzo dużo do ukrycia i wie, jak to robić.

— Doktorze, znał pan Zdzisława Ficzkę? — zaczął Gábor.

— Kogo?

— Zdzisława Ficzkę. Pierwszego oboisty Filharmonii Pomorskiej. Znalezionego martwego na scenie filharmonii dziesięć dni temu.

— Czytałem o tym w gazecie. Tragedia. Ale nie, nie znałem go osobiście. Nie chodzę na koncerty. Nie mam czasu.

— A księdza Albina Unterhosego? Proboszcza parafii na Jachcicach?

Hostia nie drgnął. Ani jeden mięsień. Ani jedno mrugnięcie. Ale Gábor — muzyk z dwudziestoletnim doświadczeniem w czytaniu ludzi, policjant z trzyletnim doświadczeniem w przesłuchaniach — zobaczył coś innego. Zobaczył mikroruch. Palec serdeczny prawej ręki — ten, na którym nie było obrączki, bo obrączka była na lewej — drgnął. Raz. Lekko. Jak struna szarpnięta przypadkiem.

Psycholog Paul Ekman poświęcił czterdzieści lat na badanie mikroekspresji twarzy. Odkrył, że ludzie kłamiący zdradzają się nie przez duże gesty, lecz przez drobne, mimowolne ruchy — mrugnięcie, napięcie mięśnia okrężnego oka, skurcz kącika ust trwający jedną dwudziestą piątą sekundy. Ale Ekman badał twarze. Gábor nauczył się czegoś innego w orkiestrze — że ręce zdradzają więcej niż twarze. Muzyk może kontrolować wyraz twarzy. Nie może kontrolować rąk. Ręce grają prawdę.

— Księdza Unterhosego znam — powiedział Hostia. — Jest proboszczem mojej parafii. Chodzę tam na msze. Wspierałem fundusz budowy organów. To publiczna informacja.

— Tak. Dwadzieścia tysięcy złotych darowizny. Hojne.

— Jestem człowiekiem wierzącym, panie komisarzu. Wspieranie kościoła to mój obowiązek i przyjemność.

— Oczywiście. — Gábor otworzył teczkę, którą trzymał na kolanach. Wyciągnął jedno zdjęcie. Nie ze zbioru Ficzki — nie miał prawa ich pokazywać, były w depozycie dowodowym. Wyciągnął zdjęcie z ewidencji szpitalnej. Formularz apteczny. Z podpisem Hostii.

Położył je na biurku.

— Doktorze, trzynastego października odebrał pan osobiście dziesięć ampułek sukcynylocholiny z apteki szpitalnej. Żadna z tych ampułek nie została użyta w zabiegu medycznym. Wszystkie zniknęły. Pan zgłosił to jako błąd inwentaryzacyjny. Może pan wyjaśnić?

Hostia popatrzył na formularz. Potem na Gábora. Potem na Dorotę, która siedziała z boku z notesem na kolanach i patrzyła na niego wzrokiem, którego Gábor nie chciałby doświadczyć na własnej skórze.

— To była pomyłka administracyjna — powiedział Hostia. Głos spokojny. Za spokojny. Jak linia EKG, która jest za prosta — bo za prosta linia EKG oznacza, że pacjent nie żyje. — Ampułki prawdopodobnie zostały wydane na oddział i wykorzystane w zabiegach, których dokumentacja nie została prawidłowo uzupełniona. To się zdarza. Szpital to nie bank. Nie liczymy każdego grama.

— Dziesięć ampułek to nie gram. To dawka wystarczająca, żeby zabić dziesięciu ludzi.

Hostia milczał. Gábor zobaczył to znowu — palec serdeczny, drgnięcie, szybkie jak mrugnięcie oka.

Dorota się odezwała. Pierwszy raz od wejścia do gabinetu. Głos płaski, rzeczowy, pozbawiony emocji — głos policjantki, nie kobiety.

— Doktorze Hostia, czy brał pan udział w spotkaniach na plebanii księdza Unterhosego? Spotkaniach o charakterze prywatnym?

Cisza. Gęsta jak mgła nad Brdą. Gęsta jak krew w żyłach martwego oboisty.

— Nie rozumiem pytania — powiedział Hostia.

Gábor wyciągnął drugie zdjęcie. To ze zbioru Ficzki — kopię, którą zrobił przed oddaniem oryginałów do depozytu. Na zdjęciu — mężczyzna na kanapie, w tle bogato urządzony pokój. Twarz niewyraźna, ale budowa ciała, kształt głowy, siwe skronie — rozpoznawalne dla kogoś, kto patrzył na Hostię przez ostatnie dziesięć minut.

Hostia popatrzył na zdjęcie.

I wtedy maska pękła.

Nie dramatycznie. Nie teatralnie. Pękła jak szyba samochodowa — najpierw drobna pajęczyna pęknięć, potem większe, potem cała powierzchnia się rozpada, ale jeszcze trzyma kształt. Hostia nadal siedział prosto. Nadal miał ręce na biurku. Nadal patrzył Gáborowi w oczy. Ale coś w jego twarzy zmieniło się fundamentalnie. Jakby ktoś wyłączył światło w pokoju, który wyglądał pięknie — i nagle zobaczyłeś kurz na meblach, plamy na ścianach, pęknięcia w tynku.

— To jest fotomontaż — powiedział Hostia. Głos nadal spokojny. Ale suchy. Jak papier ścierny.

— Nie jest. I pan to wie.

Hostia zamknął oczy. Otworzył je. Popatrzył na zdjęcie rodzinne na biurku. Żona. Dzieci. Golden retriever. Życie, które zbudował przez trzydzieści lat — blok po bloku, cegiełkę po cegiełce. Dom. Kariera. Reputacja. Wszystko na swoim miejscu. Wszystko w porządku. Do momentu, kiedy mężczyzna w mokrym płaszczu kładzie na biurku zdjęcie i całe budowla zaczyna drżeć.

— Chciałbym zakończyć tę rozmowę — powiedział Hostia.

— Ma pan prawo odmówić odpowiedzi na pytania. Ma pan prawo wezwać adwokata. Ale doktorze — Gábor pochylił się do przodu — Zdzisław Ficzka został zamordowany sukcynylocholiną. Tą samą substancją, której dziesięć ampułek zniknęło z pana oddziału. Z pana podpisem na formularzu odbioru. Proszę mi wierzyć — wolałby pan rozmawiać ze mną teraz niż z prokuratorem jutro.

Hostia patrzył na biurko. Na formularz. Na zdjęcie. Na zdjęcie rodzinne. Trzy dokumenty, trzy światy, które właśnie się zderzały.

Potem — powoli, jakby każde słowo było ampułką, którą otwierał z chirurgiczną ostrożnością — zaczął mówić.

— Spotkania na plebanii. Tak. Byłem. Trzykrotnie. Ksiądz Unterhose organizował wieczory. Kolacje. Z alkoholem. Z kobietami. Byłem tam jako gość. Zostałem zaproszony przez Unterhosego osobiście. Znaliśmy się od lat — chodzę do jego kościoła, wspierałem jego inicjatywy.

— I na tych spotkaniach działo się coś, czego nie chciałby pan opisywać w obecności aspirant Sosenki?

Hostia popatrzył na Dorotę. Dorota odwzajemniła spojrzenie z wyrazem, który mówił: proszę się mną nie przejmować, ja tu jestem meblem, ale meblem z bardzo dobrą pamięcią.

— Działo się — przyznał Hostia. — Rzeczy, których się wstydzę. Rzeczy, o których wolałbym zapomnieć. Ale nie zabiłem nikogo.

— Nikt pana o to nie oskarża. Na razie. Pytam o sukcynylocholinę.

Hostia odchylił się na krześle. Fotel skrzypnął. Dźwięk jak skowyt małego zwierzęcia.

— Unterhose poprosił mnie o przysługę. Trzy miesiące temu. Powiedział, że ma problem z agresywnym psem na plebanii. Rottweilera sąsiada, który wchodził na teren parafii i zagrażał dzieciom. Poprosił o środek, który pozwoliłby psa unieruchomić — chwilowo, do czasu przyjazdu weterynarza. Wiedział, że mam dostęp do takich substancji.

— I pan mu uwierzył? — zapytała Dorota. Głos suchy jak trociny.

— Chciałem uwierzyć. To jest różnica. Wiedziałem, że to brzmi nieprawdopodobnie. Wiedziałem, że sukcynylocholiny nie używa się do usypiania psów — są na to inne środki, prostsze, bezpieczniejsze. Ale Albin… Albin potrafił sprawić, że nieprawdopodobne stawało się logiczne. Miał ten dar. Mówił spokojnie, rzeczowo, z uśmiechem. I człowiek dawał mu to, o co prosił. Nie dlatego, że wierzył. Dlatego, że bał się odmówić.

— Czego się pan bał?

Hostia popatrzył na zdjęcie z plebanii.

— Tego. Zdjęć. Nagrań. Albin miał kamery. Miał materiały. Powiedział mi to wprost — nie groźbą, nie ultimatum. Powiedział to jak informację pogodową. „Paweł, mam nagrania z naszych wieczorów. Oczywiście nigdy bym ich nie użył przeciwko tobie. Ale wiesz, jak to jest. Internet. Hakerzy. Wycieki. Nigdy nie wiadomo, co trafi w niepowołane ręce.” I uśmiechnął się. Tym swoim uśmiechem.

Gábor notował. Każde słowo. Każdą pauzę. Każdy oddech. Notował jak partyturę — z oznaczeniami dynamiki, tempa, artykulacji.

— Kiedy dowiedział się pan o śmierci Ficzki, co pan pomyślał?

Hostia zamknął oczy. Kiedy je otworzył, były mokre.

— Pomyślałem, że to ja go zabiłem. Nie własnoręcznie. Ale moimi rękami. Moim podpisem. Moją tchórzliwością.

Cisza w gabinecie. Za przeszkloną ścianą — korytarz szpitalny, pielęgniarki w białych uniformach, wózki z lekarstwami, życie, które toczy się dalej niezależnie od tego, co dzieje się w małym pokoju ordynatora.

— Doktorze — powiedział Gábor — ile ampułek przekazał pan Unterhosemu?

— Wszystkie dziesięć.

— Wszystkie.

— Wszystkie. Nie wiem, ile zużył. Nie wiem, co zrobił z resztą. Nie chciałem wiedzieć. Nie chcę wiedzieć.

Gábor zamknął teczkę. Wstał.

— Doktorze Hostia, proszę nie opuszczać Bydgoszczy bez poinformowania nas. Proszę nie kontaktować się z Unterhosem. I proszę rozważyć złożenie formalnego zeznania w prokuraturze. Dobrowolnie. Zanim ktoś złoży je za pana.

Hostia kiwnął głową. Mały ruch. Potulny. Ruch człowieka, który właśnie zrozumiał, że kontrola, którą miał przez trzydzieści lat — kontrola nad salą operacyjną, nad pacjentami, nad własnym życiem — była iluzją. Że prawdziwa kontrola należała do kogoś innego. Do człowieka z uśmiechem i koloratką, który grał Bacha i organizował orgie.

Gábor i Dorota wyszli ze szpitala w milczeniu. Na parkingu deszcz zacinał skośnie, wbijając się w twarze jak zimne igły.

— Wierzysz mu? — zapytała Dorota.

— Wierzę, że się boi. Wierzę, że jest tchórzem. Czy wierzę w historię o psie — nie.

— Ja też nie. Ale jego zeznanie — nieformalne, tak, ale mamy je — potwierdza łańcuch. Unterhose żądał. Hostia dostarczył. Ktoś użył. I ten ktoś to nie Hostia. Hostia nie ma w sobie dość odwagi, żeby kogokolwiek zabić.

— Kościelny.

— Kościelny. Damian Kościelny. Sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu. Były MMA. Karany za pobicie. Jeździ BMW zarejestrowanym na fałszywą spółkę. Dostaje dwadzieścia tysięcy miesięcznie za „sprzątanie kościoła”. Stał pod klatką schodową Ficzki.

— Potrzebujemy go złapać.

— Potrzebujemy go złapać. Ale nie teraz. Teraz potrzebujemy czegoś innego.

— Czego?

— Paczki. Tej, o której mówił Brumm. W piszczałce organowej w kościele na Jachcicach.


Dorota miała rację i Gábor to wiedział. Zeznanie Hostii — nieformalne, niepotwierdzone, złożone bez obecności adwokata — było jak piana na piwie. Wyglądało na dużo. W rzeczywistości było powietrzem. W sądzie Hostia mógł się wycofać. Mógł powiedzieć, że był pod presją. Mógł zatrudnić adwokata, który rozbije jego słowa na kawałki jak Ficzka rozbiłby połamane stroiki.

Potrzebowali twardego dowodu. Pendrive z danymi Unterhosego. Dokumentacja finansowa. Cokolwiek, co łączyło księdza z pieniędzmi, z morderstwem, z systemem.

Problem: prokurator Austeria odrzuciła nakaz przeszukania kościoła. „Brak wystarczających podstaw dowodowych do naruszenia miru domowego instytucji sakralnej.” Słowa, które brzmiały jak paragraf prawny, a w rzeczywistości były politycznym murem. Nikt nie chciał być prokuratorem, który każe policji wchodzić do kościoła. Nie w Polsce. Nie w roku wyborczym. Nie w mieście, w którym biskup gra w golfa z prezydentem.

Gábor miał do wyboru dwie opcje. Pierwsza — czekać, zbierać dowody legalne, budować sprawę krok po kroku, metodycznie, proceduralnie, powoli. Tak robili dobrzy policjanci. Tak robili policjanci, którzy chcieli emerytury.

Druga — wejść do kościoła sam. Nielegalnie. Nocą. Bez nakazu. Zabrać to, co jest w piszczałce. I zmierzyć się z konsekwencjami.

Tak robili muzycy. Muzycy, którzy wiedzieli, że jest jeden moment w koncercie, kiedy trzeba zagrać solo — bez siatki bezpieczeństwa, bez dyplomacji, bez drugiej szansy.

Gábor wybrał opcję drugą.


Kościół na Jachcicach o drugiej w nocy był czarny. Latarnie na ulicy świeciły pomarańczowo, ale ich światło nie sięgało dalej niż do ogrodzenia parafii. Za ogrodzeniem — ciemność. Kościół stał jak góra lodowa w morzu nocy — masywny, nieruchomy, obojętny.

Gábor zaparkował trzy ulice dalej. Szedł pieszo. Ciemne ubranie, ciemna czapka, rękawiczki. Nie wyglądał jak komisarz policji. Wyglądał jak włamywacz. Bo nim był. Właśnie nim się stawał.

Brumm dał mu kod do alarmu. Nie chciał. Ale Gábor był przekonujący — nie groźbą, nie obietnicą. Prośbą. I Brumm, który był rzemieślnikiem, nie politykiem, i który miał żonę i dzieci w Dreźnie, i który wiedział, że w piszczałce jego organów leży coś, co nie powinno tam leżeć — Brumm dał mu kod.

Cztery, jeden, sześć, dwa. Data urodzin Bacha? Gábor nie sprawdził. Nie było czasu na muzykologię.

Boczne drzwi zakrystii. Zamek prosty — Gábor użył wytrycha, którego nauczyła go Dorota. Dorota, która o istnieniu wytrycha dowiedziała się od kolegi z wydziału antynarkotykowego i której umiejętności otwierania zamków były, mówiąc delikatnie, poza proceduralne. Dorota nie wiedziała o dzisiejszej wyprawie. Gábor nie powiedział jej. Nie chciał wciągać jej w coś, co mogło skończyć się dyscyplinarką. Albo gorzej.

Drzwi otworzyły się z cichym kliknięciem. Alarm — panel na ścianie, czerwona dioda migająca — wymagał kodu w ciągu trzydziestu sekund. Gábor wstukał cyfry. Dioda zgasła. Cisza.

Był w środku.

Kościół nocą. Ciemność absolutna — okna witrażowe, które za dnia wpuszczały kolorowe światło, teraz były czarnymi prostokątami pustki. Zapach kadzidła, wosku, wilgoci. I pod tym wszystkim — zapach drewna. Dębu. Sosny. Orzecha. Zapach organów, które jeszcze nie istniały jako instrument, ale już istniały jako materia. Jako obietnica dźwięku.

Gábor włączył latarkę. Wąski snop światła przeciął ciemność jak smyczek przecina ciszę. Szedł nawą boczną, omijając ławki, konfesjonały, stacje drogi krzyżowej. Na ścianach — obrazy świętych, których twarze w świetle latarki wyglądały jak maski z japońskiego teatru nō. Oczy otwarte. Usta zamknięte. Wiedzą coś, czego nie powiedzą.

W nawie bocznej — rusztowania. Metalowe konstrukcje, na których Brumm montował elementy organów. I piszczałki. Leżały i stały wszędzie — małe i wielkie, metalowe i drewniane, jak las rur, które czekają na oddech.

Gábor szukał największej. Piszczałka basowa C wielkiej oktawy. Pięć metrów długości. Sto dwadzieścia kilogramów. Oparta o ścianę jak olbrzym, który zasnął na stojąco.

Znalazł ją. Na końcu nawy, przy ścianie, obok drzwi prowadzących do magazynu. Metalowa. Matowy blask stopu cyny i ołowiu. Średnica otworu — ponad trzydzieści centymetrów. Wystarczająco dużo, żeby zmieścić ramię.

Gábor poświecił latarką do środka. Na dnie piszczałki — pięć metrów dalej, w ciemności, jak oko na dnie studni — coś leżało.

Zsunął rękawiczkę z prawej ręki. Włożył ramię do piszczałki. Metal był zimny. Nie sięgał — piszczałka była za długa. Potrzebował czegoś dłuższego. Rozejrzał się. Na rusztowaniu — metalowy pręt, używany do montażu. Wziął go. Włożył do piszczałki. Przesunął prętem po dnie. Usłyszał szmer — coś się ruszyło. Przesuwał dalej. Powoli. Centymetr po centymetrze.

Paczka wysunęła się z piszczałki jak dziecko z tunelu na placu zabaw. Zawinięta w folię bąbelkową, obklejona taśmą pakową. Wielkość pudełka od butów. Lekka.

Gábor rozwinął folię. Ostrożnie. Rękawiczki z powrotem na dłoniach.

W środku — dwie rzeczy.

Pierwsza: pendrive. Mały, czarny, bez oznaczeń. Zwykły pendrive, jaki można kupić w każdym sklepie elektronicznym za trzydzieści złotych. Ale Gábor wiedział — z instynktem, którego nie potrafił wyjaśnić, ale któremu ufał — że to, co było na tym pendrivie, jest warte więcej niż dwa miliony złotych przeznaczone na organy.

Druga: gotówka. Banknoty. Euro. Pięćsetki. Gábor nie liczył — szacował. Na oko — kilkadziesiąt tysięcy. Może pięćdziesiąt. Może więcej. Gotówka w piszczałce organowej w kościele katolickim. Absurd tak doskonały, że aż biblilny.

Gábor zabrał pendrive. Gotówkę zostawił. Zawinął paczkę z powrotem w folię. Wsunął ją z powrotem do piszczałki.

Wstał. Zgasił latarkę. Stał w ciemności kościoła i oddychał. Słyszał swój oddech — głośny, zbyt głośny w pustej nawie. Słyszał tykanie zegara na wieży — głuche, regularne. Słyszał ciszej, jakby sam kościół oddychał — powolnym, ciężkim oddechem kamienia i cegły.

I wtedy usłyszał coś innego.

Silnik. Na zewnątrz. Zbliżający się. Potem — cisza. Silnik zgasł. Drzwi samochodu. Kroki na żwirze.

Gábor zamrugał. Stał w ciemności, z pendrivem w kieszeni, z latarką w ręku, z sercem, które biło tak głośno, że był pewien, iż ktokolwiek stoi na zewnątrz, musi je słyszeć.

Kroki się oddaliły. Drzwi — nie kościoła, plebanii. Ktoś wszedł do plebanii. Światło zapaliło się w oknie na pierwszym piętrze.

Gábor wyszedł z kościoła tak, jak wszedł — bocznym wejściem, przez zakrystię, z kodem alarmu wstukiwanym drżącymi palcami. Zamknął drzwi. Włożył wytrych do kieszeni. Szedł ciemną ulicą, trzy przecznice do samochodu, w ciszy, w deszczu, w nocy.

Za kościołem — na tym samym miejscu co poprzednio, jak echo, jak fatum, jak ta cholerna nuta pedałowa, która nie chce przestać brzmieć — stało BMW. Puste. Ciemne. Z wyłączonymi światłami.

Gábor nie zatrzymał się. Szedł dalej. Równym krokiem. Bez oglądania się.

Wsiadł do samochodu. Zapalił silnik. Odjechał. W lusterku wstecznym — nic. Nikt go nie śledził. Albo ktoś go śledził tak dobrze, że tego nie zauważył.

Na siedzeniu pasażera leżał pendrive. Mały. Czarny. Ważący kilka gramów. Ważący tonę.


Nazajutrz rano Gábor zadzwonił do jednej osoby. Nie do Doroty. Nie do Racheli. Nie do prokuratora.

Do Tomasza Koryty.

Koryto był dziennikarzem „Gazety Pomorskiej”. Stary znajomy — jeszcze z czasów orkiestry. Koryto pisał recenzje koncertów, felietony kulturalne i — kiedy miał szczęście — reportaże śledcze, które nikomu nie wyrządzały szkody, bo nikt ich nie czytał. Był człowiekiem, którego talent przerastał gazetę, w której pracował. Wiedział o tym. Gazeta też.

Spotkali się w barze na Gdańskiej. Koryto — czterdzieści pięć lat, łysiejący, z brodą, która wyglądała jak zarost mężczyzny, który zapomniał się ogolić i postanowił z tego zrobić styl. Oczy bystre, zmęczone, żywe. Pił piwo, bo to był Koryto i piwo było jego narzędziem pracy, tak jak latarka była narzędziem Gábora.

— Dawno się nie widzieliśmy — powiedział Koryto.

— Dawno.

— Słyszałem o Ficzce. Pisałem nekrolog do gazety. Dziesięć linijek. Redaktor skrócił do sześciu. „Nie mamy miejsca na kulturę, Koryto, mamy wyniki ligowe.” Cytując dokładnie.

— Mam coś dla ciebie. Coś większego niż nekrolog.

Koryto postawił piwo. Oczy się zaświeciły — tym blaskiem, który pojawia się u dziennikarzy, kiedy czują temat. Jak u psa myśliwskiego, kiedy czuje zwierzynę. Instynkt stary jak zawód.

Gábor opowiedział mu. Nie wszystko — nie o zdjęciach z orgii, nie o Racheli. Ale o pieniądzach. O „Sacrum Investment”. O przelewie z funduszu partyjnego. O organach, które budowano za prane pieniądze. O powiązaniach Unterhosego z Gryzoniem.

Koryto słuchał. Nie przerywał. Nie notował — Koryto miał pamięć fotograficzną, co w połączeniu z dziennikarskim sceptycyzmem czyniło go jednocześnie idealnym i niemożliwym rozmówcą.

— Gábor — powiedział Koryto, kiedy Gábor skończył. — To jest materiał na Pulitzera albo na nekrolog.

— Wiem.

— Mój. Na mój nekrolog. Jeśli to opublikuję, pewni ludzie będą bardzo nieszczęśliwi. A nieszczęśliwi ludzie z pieniędzmi i wpływami mają tendencję do czynienia nieszczęśliwymi innych ludzi.

— Wiem.

— I dajesz mi to mimo tego?

— Daję ci to, bo nie mam innej drogi. Policja mnie blokuje. Prokuratura czeka. Kuria milczy. Jedyna instytucja, która może to opublikować, to prasa.

Koryto dopił piwo. Zamówił drugie. Myślał.

— Muszę pogadać z redaktorem naczelnym. Bez jego zgody nie wydrukuję nawet ogłoszenia o zgubionym psie.

— Pogadaj.

— Pogadam. Ale Gábor — jedno pytanie. Skąd masz te dane finansowe? Bo jeśli z nielegalnego źródła, to w sądzie nie będą warte nawet papieru, na którym je wydrukujesz.

Gábor patrzył na Korytę. Koryto patrzył na Gábora. Między nimi — piwo, bar, hałas. I pytanie, na które Gábor nie mógł odpowiedzieć prawdziwie, bo prawdziwa odpowiedź brzmiała: z pendrive’a skradzionego z piszczałki organowej w kościele, do którego włamałem się w nocy.

— Źródło jest poufne — powiedział.

Koryto kiwnął głową. Tak jak kiwają głową dziennikarze, kiedy wiedzą, że odpowiedź jest kłamstwem, ale akceptują ją, bo prawda jest zbyt niebezpieczna dla obu stron.

— Dam ci znać — powiedział Koryto.


Gábor wrócił na komisariat. Na biurku — wiadomość od Doroty. Karteczka. Odręcznie.

„Sprawdziłam konto bankowe Kościelnego. Ostatni przelew z konta parafii — trzy dni temu. Trzydzieści tysięcy. Nie dwadzieścia jak zwykle. Trzydzieści. Premia? Za co?”

Pod spodem — drugie zdanie:

„Uważaj na siebie, Fájó. Ja uważam za nas oboje, ale mam tylko dwie oczy.”

Gábor schował karteczkę do kieszeni. Tej samej, w której leżał pendrive.

W tej samej, w której leżało zdjęcie Racheli.

Kieszenie pełne sekretów. Życie pełne kłamstw. I muzyka — gdzieś daleko, za ścianą, za miastem, za horyzontem — muzyka, która przyspieszała.

Accelerando.

Tempo rosło.

Rozdział IX: Passacaglia

Passacaglia to forma muzyczna oparta na uporczywie powtarzającym się temacie w basie. Temat nie zmienia się nigdy. Trwa na dole, niezachwiany, jak fundament budynku. Nad nim — wariacje. Coraz bardziej złożone, coraz bardziej niepokojące, coraz bardziej odległe od prostoty tego, co leży u podstaw. Ale bas trwa. Bas powtarza. Bas nie pozwala zapomnieć.

Każdy morderca ma swój bas. Wzorzec, który powtarza. Schemat, którego nie potrafi złamać. Nie dlatego, że nie chce. Dlatego, że wzorzec jest silniejszy niż wola.

Albin Unterhose miał swój wzorzec. Gábor właśnie go odkrywał.


Bartek „Kompilator” Waga miał dwadzieścia sześć lat i wyglądał na osiemnaście. Chudy jak żerdź, z włosami koloru rdzy, które sterczały we wszystkich kierunkach jak anteny drogiego sprzętu nasłuchowego. Nosił bluzy z kapturem — zawsze czarne, zawsze za duże — i trampki, które wyglądały, jakby przeszły w nich drogę z Bydgoszczy do Władywostoku i z powrotem. Na nadgarstku miał wytatuowany ciąg cyfr, który wyglądał jak numer seryjny. Był to adres IP pierwszego serwera, który zhakował w wieku trzynastu lat. Serwer należał do urzędu skarbowego w Inowrocławiu. Bartek nie ukradł z niego niczego — wszedł, rozejrzał się, zostawił wiadomość „tu był Kompilator” i wyszedł. Policja złapała go po dwóch tygodniach. Zamiast wsadzić do poprawczaka, zaproponowali mu pracę.

Teraz siedział w piwnicy komendy miejskiej policji przy ulicy Powstańców Wielkopolskich, w pomieszczeniu, które oficjalnie nazywało się „laboratorium informatyki śledczej”, a nieoficjalnie — norą Kompilatora. Nora wyglądała jak wnętrze komputera: monitory na każdej powierzchni, kable jak wnętrzności, migające diody, szum wentylatorów, temperatura dwadzieścia cztery stopnie niezależnie od pory roku. Bartek żył tu. Nie mieszkał — nie miał rozkładanej kanapy ani lodówki. Ale żył. Tu był jego świat. Tu wszystko miało sens.

Gábor zszedł do nory o siódmej rano. Bartek siedział przed trzema monitorami i jednocześnie jadł kanapkę z dżemem, pisał coś na klawiaturze i słuchał — jak się okazało — wykładu z kryptografii kwantowej na YouTube. Wielozadaniowość pokolenia, które wyrosło z palcami na klawiaturze jak rośliny z korzeniami w glebie.

— Kompilator.

Bartek odwrócił się na obrotowym krześle. Zobaczył Gábora. Uśmiechnął się.

— Komisarz skrzypek. Dawno pana nie było. Co pan ma?

Gábor wyciągnął pendrive. Położył go na biurku Bartka, obok kanapki z dżemem i kubka z czymś, co kiedyś było kawą, a teraz było archeologią.

— Zaszyfrowany. Potrzebuję zawartości.

Bartek wziął pendrive. Obejrzał go. Obrócił w palcach jak jubiler ogląda kamień szlachetny — z uwagą, ze skupieniem, z lekkim drżeniem pożądania.

— Jaki szyfr?

— Nie wiem. Dlatego przychodzę do ciebie, a nie do Google.

Bartek wsunął pendrive do czytnika. Na ekranie — struktura plików. Dziesięć folderów. Nazwy zaszyfrowane — ciągi liter i cyfr bez znaczenia. Bartek kliknął w pierwszy folder. Komunikat: „Zaszyfrowano — wymagane hasło”.

— AES-256 — powiedział Bartek, patrząc na nagłówek pliku. — Standardowy szyfr bankowy. Nie łamie się go brutalną siłą. Nie w tym życiu. Potrzebuję albo hasła, albo backdoora.

— Ile czasu?

— Zależy. Jeśli ten ktoś użył prostego hasła — imienia, daty urodzenia — kilka godzin. Jeśli użył losowego ciągu znaków — kilka stuleci. Albo nigdy.

— Nie mam stuleci.

— Nikt ich nie ma. — Bartek uśmiechnął się. — Ale mam coś lepszego niż stulecia. Mam intuicję. Ludzie, którzy szyfrują pliki, popełniają ten sam błąd. Wybierają hasła, które mają dla nich znaczenie. Daty, imiona, cytaty. Myślą, że to bezpieczne, bo nikt inny nie zna ich prywatnych skojarzeń. Ale ja nie muszę znać ich skojarzeń. Muszę tylko znać ich.

— Znasz księdza Albina Unterhosego?

Bartek zmarszczył brwi.

— Tego od organów? Na Jachcicach?

— Tego od organów.

— Nie znam go osobiście. Ale mogę go poznać. Daj mi wszystko, co masz — datę urodzenia, imiona rodziców, roczniki święceń, nazwę parafii, ulubionego kompozytora. Wszystko.

Gábor dał mu wszystko, co miał. Siedział przy biurku Bartka przez następne cztery godziny, pijąc kawę, która smakowała jak płynny asfalt, i patrząc, jak dwudziestosześciolatek w czarnej bluzie atakuje szyfr z precyzją chirurga i uporem górnika.

O jedenastej czterdzieści dwa Bartek powiedział:

— Jest.

Gábor podniósł głowę.

— Hasło?

— BWV582. Wielką literą.

BWV 582. Numer katalogowy w spisie dzieł Bacha. Passacaglia i fuga c-moll. Ten sam utwór, który Rachela usłyszała na koncercie w kościele na Jachcicach. Ten sam utwór, od którego zaczęła się jej relacja z Unterhosem.

Unterhose użył jako hasła numeru utworu, którym uwodził kobiety.

Narcyzm ma swoją logikę. Nie zdrową, nie racjonalną, ale spójną. Narcyz szyfruje swoje sekrety kluczem, który jest jednocześnie hołdem dla samego siebie. Bo narcyz nie wierzy, że ktokolwiek go rozgryzie. Bo narcyz jest przekonany o własnej nieomylności. I to jest jego passacaglia — powtarzający się wzorzec, który go definiuje i który go zgubi.


Pliki otworzyły się jak ostrzyga pod nożem. Wewnątrz — perła. Czarna, zatrutej, ale perła.

Gábor i Bartek siedzieli przed monitorem i czytali. Gábor czytał powoli, bo słowa, które widział, wchodziły w niego jak szkło — ostre, przezroczyste, raniące.

Dziesięć folderów. Każdy oznaczony inicjałami.

Pierwszy folder: dokumentacja finansowa parafii. Przelewy przychodzące i wychodzące. Kopie wyciągów bankowych. Umowy z „Sacrum Investment”. Faktury za budowę organów — zawyżone o trzydzieści procent, różnica przelewana z powrotem do spółki jako „zwrot nadpłaty”. Klasyczne pranie. Elementarne. Podręcznikowe.

Drugi folder: korespondencja. E-maile między Unterhosem a Gryzoniem. Dziesięć wiadomości na przestrzeni ośmiu miesięcy. Treść sucha, rzeczowa, pisana szyfrem, który nie był szyfrem — był eufemizmem. „Projekt sakralny postępuje zgodnie z planem.” „Nowa transza jest gotowa do przekazania.” „Proponuję spotkanie w sprawie konfiguracji wiosennej” — co Gábor odczytał jako: wybory wiosenne, konfiguracja poparcia.

Trzeci folder — i tu Gábor poczuł, jak podłoga pod nim zaczyna się pochylać — był dziennikiem.

Prywatne notatki Albina Unterhosego. Prowadzone z obsesyjną dokładnością. Datowane. Numerowane. Pisane stylem, który łączył precyzję urzędnika z narcyzmem artysty. Unterhose pisał o sobie w trzeciej osobie. Nie zawsze. Tylko wtedy, gdy opisywał swoje „dzieła” — tak nazywał to, co robił ludziom.

Gábor czytał.

„12 marca. Wieczór siódmy. Obecni: P.H., R.C., E.K., dwoje nowych — para z Torunia, rekomendacja E.K. R.C. śpiewała Schuberta. Głos ciemny jak wiśniowy likier. A. zapewnił właściwą atmosferę. P.H. podatny — reaguje na presję seksualną silniej niż na alkohol. R.C. oporna — wymaga więcej czasu. E.K. entuzjastyczna jak zwykle. Para z Torunia — obiecująca. A. sfotografował.”

A. Trzecia osoba. Unterhose opisywał samego siebie jak postać w powieści.

Gábor czytał dalej. Notka za notką. Wieczór za wieczorem. Wzorzec wyłaniał się z tekstu jak melodia z szumu — wyraźny, powtarzalny, bezlitosny.

Schemat był zawsze ten sam.

Pierwszy etap: identyfikacja. Unterhose wybierał ludzi, którzy byli samotni, zagubieni, spragnieni sensu. Ludzi po rozwodach. Ludzi w kryzysie wiary. Ludzi, którzy przychodzili do kościoła nie po Boga, ale po ciepło.

Drugi etap: uwodzenie. Rozmowy o muzyce, teologii, filozofii. Kolacje na plebanii. Wino. Bach. Wspólne granie. Intymność intelektualna, która powoli przenosiła się na ciało.

Trzeci etap: kompromitacja. „Wieczory”. Alkohol. Przekraczanie granic. Kamery w sypialni. Zdjęcia. Materiały, które Unterhose nazywał w dzienniku „archiwum”.

Czwarty etap: kontrola. Szantaż. Nie brutalny. Subtelny. „Informacja” o istnieniu nagrań. Sugestia, że „byłoby szkoda, gdyby…". I potem — darowizny. Przysługi. Lojalność. Ludzie, którzy weszli w orbitę Unterhosego, zostawali w niej jak planety wokół czarnej dziury. Nie dlatego, że chcieli. Dlatego, że grawitacja nie daje wyboru.

Gábor liczył inicjały. P.H. — Paweł Hostia. R.C. — Rachela Cukier. B.G. — Bogdan Gryzoń. E.K. — nieznana, kobieta, „entuzjastyczna”. J.K. — jeszcze ktoś. T.W. — jeszcze ktoś. Sieć. Pajęczyna. Każda nić prowadziła do centrum, a w centrum siedział pająk w koloratce, który grał Bacha i fotografował swoich gości.

I potem — notatka, od której Gáborowi zaschło w ustach.

„17 grudnia. Problem F. narasta. F. żąda 200 000 PLN. Grozi ujawnieniem archiwum. A. rozważa opcje. F. nie rozumie, z kim ma do czynienia. F. myśli, że ma przewagę, bo ma kopie zdjęć. Nie rozumie, że A. ma coś więcej niż zdjęcia. A. ma system. A. ma ludzi. A. ma cierpliwość.”

F. Ficzka. Żądał dwustu tysięcy. Groził ujawnieniem. I Unterhose — A. — „rozważał opcje”.

Gábor czytał dalej. Ręce drżały. Nie tremolo artysty. Drżenie człowieka, który patrzy na dowód zbrodni zapisany pismem samego zbrodniarza.

„3 stycznia. Problem F. wymaga rozwiązania ostatecznego. P.H. zapewni środki. B.G. zadba o ciszę po. D.K. wykona. Termin — do końca tygodnia. Miejsce — F. sam zaproponuje. Filharmonia. Ironia. A. docenia ironię.”

Gábor odczytał inicjały. P.H. — Hostia. Zapewni środki. Sukcynylocholinę. B.G. — Gryzoń. Zadba o ciszę. Polityczną osłonę. D.K. — Damian Kościelny. Wykona. Zabije.

Trzy zdania. Trzy inicjały. Jeden wyrok śmierci.

Gábor odsunął się od monitora. Bartek patrzył na niego.

— Komisarzu, dobrze się pan czuje?

— Nie.

— Ma pan twarz jak ktoś, kto właśnie zobaczył ducha.

— Gorzej. Zobaczyłem coś prawdziwego.

Bartek nie pytał dalej. Był hakerem. Hakerzy wiedzą, że niektóre pliki lepiej nie otwierać.


Gábor wyjechał z komendy o czternastej. Nie do domu. Nie do Doroty. Do redakcji „Gazety Pomorskiej”.

Tomasz Koryto czekał na niego w barze naprzeciwko redakcji. Nie w samej redakcji — bo Koryto miał przeczucie, które w dziennikarstwie bywa ważniejsze niż fakty, że ściany redakcji mają uszy przyłożone do telefonów na wyższym piętrze.

— Rozmawiałem z naczelnym — powiedział Koryto, zanim Gábor usiadł.

— I?

— I naczelny jest podekscytowany. Co jest złym znakiem. Kiedy naczelny jest podekscytowany, to znaczy, że widzi kliknięcia i nakład. Kiedy widzi kliknięcia i nakład, to znaczy, że jeszcze nie pomyślał o konsekwencjach. Kiedy pomyśli o konsekwencjach — przestanie być podekscytowany.

— Ile mamy czasu, zanim pomyśli?

— Dzień. Może dwa. Obiecał mi wstępną zgodę na tekst. Ale powiedział jedno: muszę mieć dokumenty. Nie słowa policjanta. Dokumenty.

Gábor otworzył teczkę. Wyciągnął wydruki. Nie wszystkie. Nie dziennik Unterhosego — to było za dużo, za wcześnie, za niebezpieczne. Wydrukował dokumentację finansową. Przelewy z „Sacrum Investment” na konto parafii. Powiązania spółki z funduszem kampanijnym. Faktury zawyżone o trzydzieści procent. Schemat prania pieniędzy.

Koryto czytał. Powoli. Metodycznie. Z wyrazem twarzy, który Gábor znał z koncertów — wyrazem człowieka, który słucha muzyki i próbuje wyłapać fałszywy ton.

— To jest prawdziwe — powiedział Koryto. Nie pytanie. Stwierdzenie.

— To jest prawdziwe.

— Skąd masz te dokumenty?

— Źródło jest poufne.

— Gábor, to nie jest gra. Jeśli opublikuję materiał oparty na dokumentach z nielegalnego źródła, to ja pójdę siedzieć, nie ty.

— Dokumenty są kopią. Oryginały istnieją. Można je uzyskać legalnie — przeszukaniem plebanii, konta bankowego parafii i spółki „Sacrum Investment”. Wystarczy nakaz prokuratora. A nakaz prokuratora wystarczy uzasadnić tym, co masz przed sobą.

Koryto myślał. Pił piwo. Myślał dalej. Dziennikarze myślą inaczej niż policjanci. Policjant szuka prawdy. Dziennikarz szuka historii. Prawda i historia nie zawsze są tym samym. Prawda bywa nudna. Historia musi być fascynująca. Ale najlepsza historia jest tą, która jest jednocześnie prawdą.

— Dam ci kopię — powiedział Koryto. — Dam ci dwadzieścia cztery godziny, zanim pójdę do naczelnego z gotowym tekstem. Dwadzieścia cztery godziny na zdobycie nakazu i legalizację tego, co masz. Jeśli w ciągu dwudziestu czterech godzin prokurator wyda nakaz przeszukania — publikuję. Jeśli nie — chowam materiał i udaję, że tej rozmowy nie było.

— Dwadzieścia cztery godziny.

— Dwadzieścia cztery godziny. I Gábor — jedno ostrzeżenie. Właściciel gazety gra w golfa z Gryzoniem. Jeśli Gryzoń dowie się o tekście przed publikacją, tekst nie ukaże się nigdy. I ja stracę pracę. I ty stracisz sojusznika.

Gábor kiwnął głową. Wstał. Podał Korycie rękę. Koryto ścisnął ją — mocno, krótko, jak człowiek, który wie, że następnym razem, kiedy się zobaczą, świat będzie wyglądał inaczej.


Wieczorem Gábor siedział w swoim mieszkaniu na Wyżynach i czytał dziennik Unterhosego. Cały. Od pierwszej do ostatniej strony. Bartek skopiował mu pliki na drugi pendrive — „na wszelki wypadek”, jak powiedział, z miną człowieka, który wie, że „wszelki wypadek” w tej sprawie oznacza coś gorszego niż awarię dysku.

Czytał godzinami. Kawa stygła obok. Papieros się palił w popielniczce — dym wił się pod sufit jak duch, którego nikt nie chce widzieć.

Dziennik Unterhosego był dokumentem narcyzmu. Nie w potocznym sensie — nie w sensie mężczyzny, który za dużo patrzy w lustro. W sensie klinicznym. W sensie, który opisała psycholożka Sandy Hotchkiss w książce Why Is It Always About You? — narcyzm jako fundamentalna niezdolność do postrzegania innych ludzi jako odrębnych istot z własnymi potrzebami, pragnieniami i prawem do granic. Unterhose nie widział ludzi. Widział instrumenty. Elementy układanki. Figury na szachownicy, które można przesuwać, poświęcać, zdejmować z planszy.

Rachela była „R.C.” — dwie litery, za którymi kryła się kobieta, którą Gábor kochał. W dzienniku Unterhosego Rachela była opisana z chłodną precyzją entomologa katalogującego owady.

„R.C. — mezzosopran, barwa ciemna, rezonans emocjonalny wysoki. Podatna na manipulację estetyczną. Reaguje na muzykę silniej niż na dotyk. Punkt wejścia: Bach, BWV 582. Punkt kontroli: tatuaż — klucz wiolinowy, róża. Znaczenie sentymientalne. Powiązanie z ex-mężem (G.F. — skrzypek, b. koncertmistrz FP, obecny policjant KMP). Potencjalne ryzyko: lojalność wobec G.F. mimo rozwodu. Konkluzja: R.C. wymaga stałego monitoringu emocjonalnego.”

G.F. Gábor Fájó. Unterhose znał jego inicjały. Znał jego przeszłość. Wiedział, że Gábor jest policjantem. Wiedział, że Rachela może być lojalna wobec byłego męża „mimo rozwodu”.

Unterhose wiedział o nim od początku.

Gábor odłożył laptop. Patrzył na ścianę. Na ścianie — nic. Biała powierzchnia. Czysta jak partytura, na której nikt jeszcze nic nie napisał. Albo jak partytura, z której ktoś wymazał wszystkie nuty.

Wiedział. Wiedział od początku. Wiedział, kiedy Rachela przychodziła do konfesjonału. Wiedział, kiedy ją uwodził. Wiedział, kiedy organizował wieczory. Wiedział, że Gábor jest zagrożeniem — nie jako mąż, bo mąż już nie istniał, ale jako policjant. I mimo to — a może właśnie dlatego — wciągnął Rachelę w swoją orbitę.

Dlaczego?

Bo mógł. Bo narcyz nie unika ryzyka. Narcyz szuka ryzyka. Bo ryzyko potwierdza jego wyjątkowość. Bo zwycięstwo nad przeciwnikiem, którego się zna i którego się nie boi, jest słodsze niż zwycięstwo nad bezimiennym nikim.

Unterhose grał z Gáborem w grę, o której Gábor nie wiedział. Do teraz.


Gábor wziął dziennik Unterhosego i zaczął szukać wzorca. Passacaglii. Powtarzającego się tematu w basie.

I znalazł go.

Wzorzec miał cztery takty. Cztery etapy. Zawsze te same. Zawsze w tej samej kolejności. Identyfikacja. Uwodzenie. Kompromitacja. Kontrola.

Ale pod spodem — pod tymi czterema etapami — był jeszcze jeden. Piąty. Ukryty. Jak nuta pedałowa w organach — ciągły, niski dźwięk, którego nie słychać, ale który podtrzymuje harmonię całego systemu.

Piąty etap: eliminacja.

Unterhose nie używał tego słowa. Nigdy. Był zbyt inteligentny, zbyt ostrożny, zbyt świadomy wagi słów. Ale wzorzec był tam. W notatkach. W lukach między notatkami. W tym, czego nie pisał.

Gábor sprawdził daty. Trzy lata temu — anonimowy donos na plebanię. Donoszący: nieznany. Donos zamieciony pod dywan przez kurię. Redakcja „Expressu Bydgoskiego” opublikowała sprostowanie po telefonie „z góry”.

Kim był donoszący?

W dzienniku Unterhosego — notatka z tamtego okresu.

„Problem K.M. rozwiązany. K.M. złożył donos anonimowy, ale A. zidentyfikował źródło. K.M. był na wieczorze trzecim i piątym. Ma materiały kompromitujące, ale A. ma więcej. K.M. wycofał donos po rozmowie z kanclerzem S.C. K.M. przeniósł się do innej parafii. Problem zamknięty.”

K.M. — ktoś, kto próbował ujawnić Unterhosego trzy lata temu i został uciszony. Kanclerz S.C. — Stefan Czarny, ten sam kanclerz kurii, z którym Gábor rozmawiał. Czarny wiedział. Czarny uciszał. Czarny był częścią systemu.

Ale K.M. żył. K.M. „przeniósł się do innej parafii”. K.M. został uciszony, ale nie wyeliminowany.

Ficzka został wyeliminowany.

Jaka była różnica? Dlaczego K.M. mógł żyć, a Ficzka musiał umrzeć?

Gábor wrócił do notatek. Szukał. Czytał. Porównywał.

I znalazł.

Różnica była prosta. K.M. bał się. Ficzka — nie. K.M. miał co stracić — rodzinę, reputację, pozycję. Ficzka nie miał niczego. Ficzka był hazardzistą z długami, rozwiedziony, bezdzietny, samotny. Ficzka nie miał nic do stracenia i wszystko do zyskania. Ficzka nie bał się Unterhosego. I to go zabiło.

Bo Unterhose eliminował tylko tych, którzy się nie bali. Którzy nie dawali się kontrolować. Którzy nie wchodzili z powrotem do klatki po tym, jak im ją otworzono.

Passacaglia. Bas powtarza. Temat nie zmienia się. Identyfikacja. Uwodzenie. Kompromitacja. Kontrola. I kiedy kontrola zawodzi — eliminacja.

Ficzka był pierwszą ofiarą tego wzorca, która umarła fizycznie. Ale Gábor zaczynał podejrzewać, że nie był pierwszą ofiarą w ogóle. Że gdzieś — w archiwach parafii, w kartotekach szpitalnych, w aktach policyjnych — są inni K.M. Ludzie, którzy zniknęli. Ludzie, którzy się przenieśli. Ludzie, którzy milczą.


O dwudziestej trzeciej Gábor zadzwonił do Doroty. Pierwszy raz od dwunastu godzin. Dorota odebrała po pierwszym sygnale.

— Żyjesz — powiedziała.

— Żyję. Mam pendrive.

Cisza. Trzy sekundy. Dorota przetwarzała.

— Jaki pendrive?

— Ten z piszczałki organowej. Z kościoła na Jachcicach.

— Gábor, jak go zdobyłeś?

— Nie pytaj.

— Pytam.

— Włamałem się do kościoła w nocy. Sam. Bez nakazu. Bez twojej wiedzy. Zabrałem pendrive. Gotówkę zostawiłem.

Cisza. Dłuższa. Pięć sekund. Dziesięć.

— Jesteś idiotą — powiedziała Dorota. Głos spokojny. Za spokojny. Głos kobiety, która właśnie usłyszała, że jej partner policyjny popełnił przestępstwo i musi zdecydować, co z tym zrobić.

— Wiem.

— Włamanie do obiektu sakralnego. Kradzież dowodu rzeczowego. Naruszenie miru domowego. Artykuł 193, artykuł 278. Plus artykuł 231 — nadużycie uprawnień przez funkcjonariusza publicznego.

— Wiem to wszystko, Sosenka.

— Więc po co to zrobiłeś?

— Bo na pendrivie jest dziennik Unterhosego. Jego własne notatki. Opisuje zlecenie morderstwa Ficzki. Z inicjałami. Z datami. Z podziałem ról. Hostia dostarczył truciznę. Gryzoń zapewnił osłonę polityczną. Kościelny wykonał zabójstwo. Unterhose zaplanował i nadzorował.

Cisza. Ale inna niż poprzednie. Gęstsza. Pełniejsza. Cisza, w której Gábor niemal słyszał, jak tryby w głowie Doroty obracają się z precyzją szwajcarskiego mechanizmu.

— To jest nielegalne — powiedziała w końcu.

— Wiem.

— Sąd tego nie przyjmie.

— Wiem. Ale prokurator może użyć tego jako podstawy do wydania nakazu przeszukania. Legalnego. Plebania, kancelaria parafialna, konto bankowe. Jeśli Austeria wyda nakaz — znajdziemy to wszystko raz jeszcze. Legalnie. Oficjalnie. Procesowo.

— Jeśli.

— Jeśli.

Dorota milczała. Gábor słyszał w tle jej oddech. Równy. Regularny. Metronom, który nie zwalnia, nawet kiedy muzyka się wali.

— Gábor, ja nic nie wiem o pendrivie. Zrozumiano? Nic nie wiem. Nie widziałam go. Nie słyszałam o nim. Nie rozmawialiśmy o tym.

— Zrozumiano.

— A teraz powiedz mi, co jest na pendrivie, żebym wiedziała, czego szukać, kiedy będziemy mieli nakaz.

Gábor uśmiechnął się. Po raz pierwszy od tygodnia. Uśmiech mały, zmęczony, bolesny. Ale prawdziwy.

Opowiedział jej wszystko.


O północy — ostatniej godzinie tego dnia, który zaczął się od deszczu i kończył w ciemności — Gábor odczytał ostatnią notatkę z dziennika Unterhosego. Datowaną na dzień po morderstwie Ficzki.

„9 stycznia. F. eliminowany. Wykonanie zgodne z planem. D.K. sprawny. Scena przygotowana — obój, stroiki, partytura, inskrypcja. A. jest zadowolony z detali liturgicznych. Missa pro defunctis — stosowne. F. nie zasługiwał na Requiem, ale A. jest artystą, nawet w tym. B.G. poinformowany. P.H. pod kontrolą. R.C. — status: obserwacja. G.F. — status: zagrożenie. K.J. — status: neutralny, w razie potrzeby aktywować.”

K.J. — Klawisz Jerzy. Komendant miejski policji.

Gábor zamknął laptop. Zamknął oczy. Otworzył je.

Klawisz był w notatniku Unterhosego. Klawisz miał status „neutralny, w razie potrzeby aktywować”. Klawisz — jego przełożony, człowiek, który kazał mu zwolnić, który kazał mu informować go pierwszego — był elementem systemu.

Nie wiedział, w jakim stopniu. Może Klawisz był na wieczorach. Może nie. Może Klawisz brał pieniądze. Może tylko bał się. Może Klawisz był kolejnym K.M. — kimś, kto wiedział za dużo i za mało, kto bał się mówić i bał się milczeć.

Ale był w notatniku. I to wystarczyło, żeby Gábor zrozumiał jedną rzecz: jest sam.

Nie. Nie sam. Ma Dorotę. Ma Korytę. Ma Bartka Kompilatora. Ma Rachelę.

I ma skrzypce w futerale, które trzy dni temu zagrały kilka taktów Lacrimosa i tych kilka taktów zmieniło coś, co nie miało być zmienione.


Telefon zawibrował o dwunastej czternaście w nocy. SMS. Nieznany numer.

Gábor otworzył wiadomość.

„Kto szuka, ten znajduje, ale nie zawsze chce to, co znalazł. Uważaj na siebie, skrzypku. Uważaj na tych, którzy ci bliscy.”

Gábor patrzył na ekran. Palce drżały. Nie tremolo. Strach.

Uważaj na tych, którzy ci bliscy.

Rachela.

Gábor chwycił telefon i wybrał jej numer. Sygnał. Drugi. Trzeci. Czwarty. Piąty. Szósty. Poczta głosowa.

— Rachela, odbierz. Proszę. Odbierz telefon.

Cisza. Poczta głosowa. Automatyczny komunikat: „Abonent jest niedostępny. Proszę spróbować później.”

Gábor wstał. Złapał płaszcz. Klucze. Broń służbową z szuflady biurka. Wybiegł z mieszkania.

Na klatce schodowej — ciemność i zimno. Na ulicy — deszcz, który zamienił się w mżawkę, drobną, wszechobecną, wnikającą pod skórę.

Jechał na Stare Miasto. Ulica Długa. Kamienica Racheli. Dwadzieścia minut. W nocy, bez ruchu, z przekroczoną prędkością na każdym odcinku.

Pod kamienicą — pusto. Żadnego BMW. Żadnego ciemnego sedana. Okna Racheli — ciemne.

Gábor wszedł na klatkę schodową. Trzecie piętro. Drzwi z mosiężną kołatką w kształcie lwiej głowy. Zapukał. Lew stuknął o drewno.

Cisza.

Zapukał mocniej.

Cisza.

— Rachela!

Drzwi otworzyły się. Rachela stała w progu w szlafroku, z mokrymi włosami, z twarzą, na której malowało się coś między zaskoczeniem a ulgą.

— Gábor? Jest wpół do pierwszej w nocy. Co się…

— Żyjesz.

— Oczywiście, że żyję. Co się stało?

Gábor stał w progu. Deszcz kapał z jego płaszcza na podłogę korytarza. Serce waliło jak perkusja Władka Tukana w finale symfonii Szostakowicza. Patrzył na Rachelę i widział ją — całą, żywą, z mokrymi włosami i zaskoczonymi oczami, piękną i przerażoną, i żywą, żywą, żywą.

— Dostałem wiadomość. Groźbę. Dotyczącą ciebie.

Rachela zbladła. Cofnęła się o krok. Gábor wszedł do mieszkania. Zamknął drzwi. Zamknął zamek na klucz. Zamknął łańcuch.

Stali w przedpokoju. Blisko. Za blisko. Jak zawsze — za blisko i za daleko jednocześnie.

— Gábor, kto wysłał tę wiadomość?

— Nie wiem. Nieznany numer. Ale wiem, kto za tym stoi. Unterhose. Wie, że mam dowody. Wie, że idę po niego. I chce mnie zatrzymać. Jedynym sposobem, który zna.

— Mną.

— Tobą. Ty jesteś jego bronią przeciwko mnie. Zawsze byłaś. Od początku.

Rachela patrzyła na niego. Oczy wielkie, ciemne, mokre. Nie od łez. Od prawdy.

— Od początku — powtórzyła. — Co masz na myśli?

— Unterhose wiedział, kim jestem, zanim cię uwodził. Wiedział, że jestem policjantem. Wiedział, że byliśmy małżeństwem. Wciągnął cię w swoją orbitę nie mimo mnie. Z powodu mnie. Byłaś elementem jego gry. Pionkiem na szachownicy.

Rachela milczała. Długo. Za długo. Gábor patrzył na nią i widział, jak informacja przenika przez warstwy jej psychiki — jedna po drugiej, jak dźwięk przenika przez ściany. Zaskoczenie. Niedowierzanie. Gniew. Ból. I na samym dnie — coś, co wyglądało jak ulga. Straszna, paradoksalna ulga człowieka, który wreszcie rozumie, dlaczego bolało.

— Wiedział — powiedziała cicho. — Od początku. Grał na mnie.

— Grał na tobie. Grał na mnie. Grał na nas wszystkich. Ale teraz ja gram na nim. I potrzebuję, żebyś była bezpieczna. Tej nocy. I każdej następnej, dopóki tego nie skończę.

Rachela kiwnęła głową. Mały gest. Potulny. Nie — nie potulny. Zmęczony. Gest kobiety, która walczyła zbyt długo z czymś, co nie miało twarzy, i wreszcie zobaczyła twarz wroga. I twarz wroga okazała się twarzą kogoś, kogo kochała.

Gábor został. Spał na kanapie w salonie, z bronią na stoliku obok. Za oknem Bydgoszcz milczała. Deszcz ustał. Chmury rozstąpiły się na chwilę i przez szczelinę wyjrzał księżyc — blady, obojętny, niemy.

Na stoliku obok broni leżał pendrive. I pod poduszką — telefon z wiadomością, której nie skasował.

„Uważaj na tych, którzy ci bliscy.”

Bas trwał. Powtarzał się. Nie zmieniał. Passacaglia nie przestaje brzmieć, dopóki ktoś nie zamknie klapy fortepianu.

Gábor zamierzał zamknąć klapę.

Rozdział X: Sforzando

Sforzando — nagłe, gwałtowne uderzenie. Znak w partyturze: sfz. Trzy litery, które oznaczają: tu uderz. Mocno. Bez ostrzeżenia. Bez crescenda, bez przygotowania. Cisza — i nagle cios. Fortepian po pianissimo. Grzmot po szepcie. Sforzando jest momentem, w którym muzyka traci cierpliwość.

Dziewiątego dnia śledztwa muzyka straciła cierpliwość.


Prokuratura Rejonowa w Bydgoszczy mieściła się przy ulicy Okrzei, w budynku, który wyglądał jak szpital, ale pachniał jak biblioteka — starym papierem, tonerem do drukarek i kawą z automatu, która smakowała jak woda po umyciu naczyń. Gábor znał ten budynek. Był tu kilkanaście razy. Za każdym razem wychodził z mieszanką ulgi i frustracji, bo prokuratura jest instytucją, która jednocześnie pomaga i przeszkadza, otwiera drzwi i zamyka okna, daje nakazy i odmawia ich — czasem w jednej i tej samej rozmowie.

Prokurator Wiktoria Austeria przyjęła go o ósmej trzydzieści. Gabinet na pierwszym piętrze. Mały. Funkcjonalny. Na biurku sterta akt tak wysoka, że Gábor widział jej twarz dopiero wtedy, kiedy przesunęła się na krześle w bok.

Austeria miała trzydzieści pięć lat i wyglądała na czterdzieści pięć. Nie z powodu urody — uroda była tam, gdzieś pod zmęczeniem, pod podkrążonymi oczami, pod skórą, która widziała za mało słońca i za dużo jarzeniowego światła. Z powodu ciężaru. Ciężaru, który noszą ludzie, od których zależy, czy inni ludzie pójdą siedzieć. Austeria niosła ten ciężar od dziesięciu lat i widać to było w jej ramionach — lekko przygarbionych, jak u osoby, która zbyt długo pochyla się nad biurkiem i zbyt rzadko prostuje kręgosłup.

Twarz inteligentna. Oczy ciemnoszare, szybkie, oceniające. Usta wąskie — nie z natury, z nawyku. Nawyk ściskania warg, który rozwija się u ludzi, którzy muszą słuchać kłamstw osiem godzin dziennie i nie mogą powiedzieć, co myślą. Włosy ciemne, związane w koński ogon tak ciasno, że Gábor zastanawiał się, czy to nie boli.

O Austerii mówili różne rzeczy. Że jest ambitna. Że jest niezależna. Że odrzuciła propozycję przeniesienia do Warszawy, bo wolała zostać w Bydgoszczy, „gdzie zna trupy osobiście”. Że ma nieprzyjemny nawyk czytania akt o trzeciej w nocy i dzwonienia do policjantów o szóstej rano z pytaniami, na które nie ma odpowiedzi. Gábor nie wiedział, ile z tych opinii jest prawdą. Wiedział jedno — Austeria nie bała się Gryzonia. Nie bała się kurii. Nie bała się nikogo, kto nie miał paragrafu za sobą.

To wystarczyło.

— Pani prokurator, mam nowy materiał w sprawie Ficzki.

Austeria odsunęła stertę akt. Spojrzała na niego. Oceniająco. Szybko. Jak chirurg, który patrzy na ranę i w ułamku sekundy wie, czy można szyć, czy trzeba ciąć.

— Nowy materiał jakiego rodzaju?

Gábor otworzył teczkę. Wyłożył na biurku dokumenty. Jeden po drugim. Metodycznie. Jak muzyk rozkładający nuty na pulpicie przed koncertem.

Wyciąg z bilingów telefonicznych Ficzki — połączenia z numerem parafii na Jachcicach. Dokumentacja finansowa „Sacrum Investment” — przelewy na konto parafii. Ewidencja apteki szpitalnej — brakujące ampułki sukcynylocholiny, podpis Hostii. Zeznanie Hostii — nieformalne, ale nagrane, z opisem przekazania leku Unterhosemu. Raport o Damianie Kościelnym — powiązania z BMW, wpływy z konta parafialnego, przeszłość kryminalna.

I dziennik Unterhosego. Wydrukowany. Dwadzieścia sześć stron. Z notatką o „rozwiązaniu ostatecznym problemu F.” na stronie dwudziestej pierwszej.

Austeria czytała. W ciszy. Bez pytań. Bez komentarzy. Czytała jak muzyk czyta partyturę — całość naraz, wszystkie głosy jednocześnie, szukając struktury, wzorca, logiki.

Po dwudziestu minutach podniosła głowę.

— Komisarzu, zdaje pan sobie sprawę, że te dowody zostały częściowo pozyskane nielegalnie?

— Zdaję sobie sprawę.

— Dziennik Unterhosego. Skąd pochodzi?

— Ze źródła, którego nie mogę ujawnić.

— Nie może pan, czy nie chce?

— Nie mogę. Ujawnienie źródła naraziłoby na niebezpieczeństwo osobę trzecią.

Austeria patrzyła na niego. Oczy ciemnoszare, nieprzeniknione.

— Komisarzu Fájó, bądźmy szczerzy. Te dokumenty wyglądają na kopie cyfrowe pozyskane bez nakazu. Włamanie do systemu informatycznego? Kradzież nośnika danych? Coś gorszego?

Gábor milczał. Milczenie w prokuraturze ma inny ciężar niż milczenie w kawiarni. Tu milczenie jest odpowiedzią. I Austeria to wiedziała.

— Rozumiem — powiedziała. Głos suchy. Profesjonalny. — Nie będę pytać dalej. Ale muszę panu powiedzieć jedną rzecz. Te dokumenty — w tej formie — nie nadają się do sądu. Są nielegalne. Obrona rozszarpie je w dziesięć minut. Tak zwany „owoc zatrutego drzewa” — dowód pozyskany z naruszeniem prawa jest nieważny procesowo, a każdy kolejny dowód wyprowadzony z niego również.

— Wiem. Ale te dokumenty wystarczą na jedno.

— Na co?

— Na nakaz przeszukania. Plebania. Kancelaria parafialna. Konta bankowe parafii i „Sacrum Investment”. Jeśli pani wyda nakaz — znajdziemy to wszystko raz jeszcze. Legalnie. Oficjalnie. Oryginały na plebanii, oryginały w bankach, oryginały w systemach.

Austeria oparła się o krzesło. Patrzyła na sufit. Na suficie — plama wilgoci, która wyglądała jak mapa nieznanego kontynentu.

— Komisarzu, czy pan wie, co się stanie, jeśli wydam nakaz przeszukania plebanii? W Bydgoszczy? W roku wyborczym?

— Wiem.

— Będzie burza.

— Będzie burza.

— Moja kariera może się skończyć.

— Może.

— I pańska.

— Moja kariera skończyła się trzy lata temu, kiedy odłożyłem skrzypce. To, co teraz robię, to nadgodziny.

Austeria popatrzyła na niego. Na jego twarzy — przez ułamek sekundy — pojawił się cień czegoś, co u kogoś innego byłoby uśmiechem. U niej było drgnięciem mięśnia okrężnego oka.

— Dam panu czterdzieści osiem godzin — powiedziała. — Czterdzieści osiem godzin na uzupełnienie materiału. Chcę formalne zeznanie Hostii — w prokuraturze, z protokołem, z adwokatem, jeśli sobie życzy. Chcę potwierdzenie powiązań finansowych z oficjalnego źródła — bank, KAS, cokolwiek. I chcę opinię biegłego o autentyczności dziennika Unterhosego. Jeśli w ciągu czterdziestu ośmiu godzin dostanę te trzy rzeczy — wydam nakaz.

— Dostanie pani.

— Życzę powodzenia, komisarzu. I proszę — nie róbmy więcej niczego nielegalnego. Mam wystarczająco dużo problemów.

Gábor wstał. Podał rękę. Austeria ścisnęła ją — krótko, sucho, precyzyjnie. Uścisk człowieka, który właśnie podjął decyzję i nie zamierza się z niej wycofać.


Wyszedł z prokuratury na ulicę Okrzei i poczuł zimne styczniowe powietrze jak policzek. Ostre. Otrzeźwiające. Zadzwonił do Doroty.

— Sosenka, Austeria daje nam czterdzieści osiem godzin. Potrzebujemy trzech rzeczy.

— Mów.

— Pierwsze: formalne zeznanie Hostii. W prokuraturze. Dziś.

— Hostia się nie zgodzi.

— Hostia się zgodzi, bo alternatywą jest akt oskarżenia o współudział w zabójstwie. Powiedz mu to. Dokładnie tak. Tymi słowami.

— Drugie?

— Potwierdzenie finansowe z oficjalnego źródła. Krajowa Administracja Skarbowa. Wniosek o udostępnienie danych „Sacrum Investment”.

— KAS odpowiada w czternaście dni roboczych.

— To zadzwoń do kogoś, kto zna kogoś w KAS. Masz kontakty.

— Mam kontakty, które wymagają przysług, których nie chcę świadczyć. Ale zadzwonię.

— Trzecie: biegły od autentyczności dokumentów cyfrowych. Ktoś, kto potrafi potwierdzić, że pliki z pendrive’a nie są sfałszowane.

— Mam kogoś. Na UKW. Informatyk sądowy. Robiłam z nim sprawę o fałszowanie faktur dwa lata temu. Zadzwonię.

— Sosenka.

— Co?

— Dziękuję.

Cisza. Dwie sekundy. Trzy.

— Nie dziękuj. Rób swoje. Ja robię swoje. O szesnastej raport.


O dziesiątej trzydzieści, kiedy Gábor jechał na komisariat, zadzwonił telefon. Numer Koryty.

— Gábor, mamy problem.

— Jaki problem?

— Naczelny. Zadzwoniłem do niego rano z gotowym tekstem. Entuzjazm — zero. Lodowiec. Powiedział, że przed publikacją musi „skonsultować materiał z działem prawnym”. Dział prawny to jeden człowiek, który ma biurko obok kserokopiarki i którego jedyną funkcją jest blokowanie tekstów, które mogą narazić gazetę na proces.

— Zablokował?

— Jeszcze nie. Ale zadzwonił do kogoś. Nie wiem do kogo. Sekretarka widziała, jak wychodzi z gabinetu z telefonem i wraca po dwudziestu minutach z twarzą jak człowiek, który właśnie przegrał spadek. Powiedział mi: „Koryto, wstrzymaj się. Daj mi czas.”

— Ile czasu?

— Nie powiedział. Co oznacza: do odwołania. Co oznacza: nigdy.

Gábor zacisnął dłonie na kierownicy.

— Koryto, kto jest właścicielem „Gazety Pomorskiej”?

— Spółka medialna „Pomerania Press”. Główny udziałowiec — Janusz Dębiński. Biznesmen z Bydgoszczy. Budowlanka, nieruchomości, media. Gra w golfa z Gryzoniem. Ma dom obok Gryzonia na Miedzyniu. Ich dzieci chodzą do tej samej szkoły.

— Gryzoń wie.

— Gryzoń wie. Albo się dowie. Gábor, przepraszam. Próbowałem.

— Wiem. Dzięki.

Rozłączył się. Jechał dalej. Deszcz nie padał, ale niebo było tak niskie, że wyglądało, jakby miało spaść na ziemię w każdej chwili.

Prasa odpadła. Policja blokowała. Prokuratura czekała. A Unterhose — gdzieś w mieście, na plebanii, w kościele, w tym swoim gabinecie pełnym książek i kamer — Unterhose wiedział. Wiedział o pendrivie. Wiedział o Gáborze. Wiedział o wszystkim, bo miał ludzi, którzy mu mówili. Miał Gryzonia, który miał naczelnego, który miał Korytę, który miał tekst, który nigdy się nie ukaże.

System. Cholerny system.


O dwunastej trzydzieści zadzwonił nieznany numer. Gábor odebrał.

— Komisarzu Fájó?

Głos kobiecy. Młody. Zdecydowany.

— Tak.

— Mówi Anna Wieczorek z „Expressu Bydgoskiego”. Chciałam pana poinformować, że jutro rano publikujemy artykuł dotyczący pana osoby.

Gábor poczuł, jak żołądek zaciska się w supła.

— Jakiej treści?

— Tytuł roboczy: „Policjant-skrzypek prześladuje duchownego — prywatna wendeta za rozpad małżeństwa?”. Mamy informacje, że prowadzi pan śledztwo w sprawie śmierci muzyka filharmonii, które wykorzystuje pan do prywatnej zemsty na księdzu Albinie Unterhosem, byłym partnerze pańskiej byłej żony. Chcielibyśmy poznać pańskie stanowisko.

Gábor jechał. Deszcz zaczął padać. Wycieraczki pracowały. Głos dziennikarki brzmiał jak tykanie bomby.

— Kto dostarczył państwu te informacje?

— Źródło poufne.

— Informacje są fałszywe. Prowadzę śledztwo w sprawie zabójstwa. Nie mam żadnego osobistego konfliktu z księdzem Unterhosem.

— Ale pańska była żona, Rachela Cukier, jest w związku z księdzem Unterhosem. To fakt?

— Moje życie prywatne nie jest przedmiotem komentarza.

— Rozumiem. Czy chciałby pan dodać coś jeszcze?

— Tak. Proszę sprawdzić, kto państwu te informacje dostarczył. I proszę się zastanowić, dlaczego ktoś chce zdyskredytować policjanta prowadzącego śledztwo w sprawie morderstwa. Jeśli są państwo dziennikarzami, a nie narzędziem — to jest historia, która powinna państwa zainteresować.

Cisza. Trzy sekundy.

— Dziękuję, komisarzu. Artykuł ukaże się jutro rano.

Rozłączyła się. Gábor zjechał na pobocze. Silnik pracował na biegu jałowym. Wycieraczki kołysały się w lewo i w prawo jak metronom na niskim tempie. Largo. Najwolniejsze tempo w muzyce. Tempo, w którym człowiek ma czas na myślenie. I na rozpacz.

Kontratak Unterhosego. Precyzyjny. Chirurgiczny. Nie bronił się — atakował. Nie bronił prawdy — niszczył wiarygodność tego, kto ją odkrywał.

Jutro rano artykuł ukaże się w „Expressie Bydgoskim”. Cała Bydgoszcz przeczyta, że komisarz Fájó prowadzi vendettę przeciwko duchownemu z powodu rozbitego małżeństwa. Klawisz będzie miał pretekst, żeby go odsunąć. Austeria będzie miała wątpliwości, czy jej nakaz nie będzie wyglądał na stronniczość. Gryzoń powie: widzicie, ten policjant jest obsesjonatem.

Jeden artykuł. Kilkaset słów. I cała budowla, którą Gábor wznosił przez dziesięć dni, zacznie się chwiać.


Na komisariacie czekał Klawisz. Nie w swoim gabinecie. Na korytarzu. Stał pod ścianą z rękami splecionymi za plecami i miną człowieka, który ma do powiedzenia coś, czego sam nie chce słyszeć.

— Fájó, do mnie.

Poszli do gabinetu. Sowa szklana na biurku łapała światło jarzeniówki. Portret prezydenta na ścianie. Krzyż. Wszystko jak ostatnio. Wszystko inne.

— Dostałem telefon z komendy wojewódzkiej — powiedział Klawisz. Siedział za biurkiem. Ręce złożone. Głos miarowy. — Komendant wojewódzki jest zaniepokojony kierunkiem twojego śledztwa. Są sygnały — nie będę precyzował jakie — że przekraczasz kompetencje. Że prowadzisz działania, które mogą naruszyć dobre relacje policji z instytucjami kościelnymi i samorządowymi.

— Prowadzę śledztwo w sprawie zabójstwa.

— Wiem. I chcę, żebyś je prowadził. Ale nie w ten sposób. Nie sam. Nie w kontrze do wszystkich.

— W kontrze do kogo, panie komendancie? Do mordercy? Do ludzi, którzy go kryją?

Klawisz patrzył na niego. Oczy szare. Spokojne. Ostrożne ponad wszystko. Oczy człowieka, który przetrwał trzydzieści lat w policji, bo wiedział, kiedy naciskać, a kiedy odpuszczać.

— Fájó, jutro rano ukaże się artykuł w „Expressie”. O tobie. O twojej byłej żonie. O domniemanym konflikcie interesów.

— Wiem. Dzwonili do mnie godzinę temu.

— Po ukazaniu się artykułu będę zmuszony odsunąć cię od sprawy. Formalnie. Do czasu wyjaśnienia konfliktu interesów.

Gábor poczuł, jak stalowa linka w klatce piersiowej wreszcie pęka. Nie z trzaskiem. Z cichym szeptem. Jak struna, która pękła dawno temu, ale udawała, że jeszcze trzyma.

— Panie komendancie, na pendrivie znalezionym w toku śledztwa jest notatka Unterhosego, w której wymienia pana inicjały. J.K. Status: neutralny, w razie potrzeby aktywować.

Cisza. Absolutna. Jak pauza generalna w Dziewiątej Beethovena — ten moment tuż przed tym, jak chór wejdzie z „Odą do radości”.

Klawisz nie ruszył się. Nie mrugnął. Nie drgnął. Ale coś w jego twarzy zmieniło się — subtelnie, jak zmiana światła w pokoju, kiedy słońce wchodzi za chmurę. Kolor skóry poszarzał o odcień. Zmarszczki wokół oczu pogłębiły się. Usta zacisnęły się mocniej pod wąsikiem.

— Co insinuujesz, Fájó?

— Nie insinuuję. Informuję. Pana inicjały są w notatniku księdza, który zlecił morderstwo. Pan kazał mi zwolnić. Kazał mi informować pana pierwszego. Kazał mi nie rozmawiać z prominentnymi osobami. I teraz mówi mi pan, że mam zostać odsunięty.

— To są procedury, nie spisek.

— Procedury, które ktoś steruje z zewnątrz. I pan to wie.

Klawisz wstał. Powoli. Z godnością, która mogła być prawdziwa albo wyćwiczona — po trzydziestu latach trudno odróżnić.

— Fájó, wyjdź z mojego gabinetu. Teraz. Jutro rano dostaniesz oficjalne powiadomienie o odsunięciu. Przekaż akta aspirant Sosence. I nie rób nic głupiego.

Gábor wyszedł. Na korytarzu stała Dorota. Pod ścianą. Z rękami w kieszeniach. Z twarzą bez wyrazu.

— Słyszałam — powiedziała.

— Drzwi są cienkie.

— Drzwi są cienkie.

Szli korytarzem. Kroki na linoleum. Echo w pustym budynku.

— Co teraz? — zapytała Dorota.

— Teraz zdobywamy te trzy rzeczy dla Austerii. W czterdzieści osiem godzin. Minus sześć, które już minęły. Minus jutrzejszy ranek, kiedy oficjalnie zostanę odsunięty.

— Czyli mamy do wieczora.

— Mamy do wieczora.


Dorota zadzwoniła do Hostii. Rozmowa trwała cztery minuty. Gábor słyszał tylko jej część — tę, którą mówiła Dorota. I ta część wystarczyła.

— Doktorze Hostia, mówi aspirant Sosenka. Mam dla pana wiadomość. Za dwanaście godzin prokuratura podejmie decyzję. Albo pan złoży formalne zeznanie jako świadek — dobrowolnie, z adwokatem — albo za czternaście godzin złożę wniosek o postawienie panu zarzutu współudziału w zabójstwie. Nie, doktorze, to nie jest groźba. To jest arytmetyka.

Hostia zgodził się. Zeznanie w prokuraturze o szesnastej. Z adwokatem, którego Hostia zadzwonił natychmiast — mecenas Bartoszewski, jeden z tych bydgoskich prawników, którzy wiedzą więcej o mieście niż sam prezydent, bo ich klienci są tymi, o których prezydent wolałby nie wiedzieć.


O czternastej Dorota spotkała się z informatykiem sądowym z UKW — doktorem Markiem Pikselem, człowiekiem, którego nazwisko było żartem natury, a kompetencje były jedyną rzeczą w tym śledztwie, której nikt nie kwestionował. Piksel przejrzał pliki z pendrive’a. Przeanalizował metadane. Sprawdził sygnatury cyfrowe. O piętnastej trzydzieści wydał opinię: pliki są autentyczne. Nie noszą śladów manipulacji. Zostały utworzone na urządzeniu z systemem Windows, zarejestrowanym na adres IP powiązany z siecią parafii pw. Świętych Polskich Braci Męczenników na Jachcicach. Data utworzenia plików rozciąga się na okres dwunastu miesięcy.

Pierwszy element — jest.


O szesnastej Hostia stawił się w prokuraturze. Z mecenasem Bartoszewskim. Z twarzą koloru szpitalnego prześcieradła.

Austeria przesłuchiwała go dwie godziny. Gábor nie uczestniczył — nie miał prawa, nie był już oficjalnie prowadzącym sprawę. Ale Dorota uczestniczyła. I kiedy wyszła z gabinetu Austerii o osiemnastej piętnaście, jej twarz — zwykle nieprzenikniona jak ściana fordońskiego bloku — nosiła wyraz czegoś, co Gábor zidentyfikował jako ponurą satysfakcję.

— Zeznał — powiedziała. — Wszystko. Od początku. Wieczory na plebanii. Sukcynylocholina. Prośba Unterhosego. „Agresywny pies.” Hostia zeznał, że nie wierzył w historię o psie, ale bał się odmówić. Zeznał, że po śmierci Ficzki zrozumiał, do czego posłużył lek. Zeznał, że nie zgłosił tego, bo Unterhose miał nagrania z plebanii. Zeznał, że jest gotów powtórzyć to wszystko przed sądem.

Drugi element — jest.


O dziewiętnastej zadzwonił telefon Doroty. Kobieta z KAS. Kontakt, który kosztował Dorotę obietnicę przysługi, której natury Gábor wolał nie dociekać.

— KAS potwierdza. „Sacrum Investment” — spółka zarejestrowana na Tadeusza Kowalskiego, PESEL wskazuje na osobę nieżyjącą od trzech lat. Konto bankowe — obroty za ostatni rok: dwa miliony czterysta tysięcy złotych. Przelewy wychodzące na konto parafii Unterhosego: osiemset tysięcy. Przelewy przychodzące — trzy źródła. Dwa anonimowe. Trzecie — konto powiązane z funduszem kampanijnym komitetu wyborczego partii rządzącej, oddział Bydgoszcz.

Trzeci element — jest.


O dwudziestej Gábor i Dorota stali na parkingu przed prokuraturą. Ciemność. Mróz. Latarnie świeciły pomarańczowo jak oczy drapieżnika w ciemności.

— Mamy wszystko — powiedziała Dorota.

— Mamy wszystko.

— Austeria?

— Zaniosę jej to rano. Przed ukazaniem się artykułu.

— Rano możesz być odsunięty.

— Rano będę odsunięty. Ale materiał dostarczę jako obywatel, nie jako policjant. Austeria decyduje sama. Nie potrzebuje mnie.

Dorota patrzyła na niego. Piwne oczy. Fordońskie oczy. W ich głębi — coś, czego Gábor nie widział wcześniej. Nie szacunek. Nie aprobata. Coś cieplejszego. Coś, co u Doroty Sosenki było tak rzadkie jak fortissimo w muzyce Satie’go.

— Fájó.

— Tak?

— Jutro, kiedy cię odsuną, ja przejmę sprawę. Oficjalnie. I złożę materiał u Austerii osobiście. Jako prowadząca. Nie jako obywatel.

— Sosenka, ryzykujesz karierą.

— Ryzykuję karierą od dnia, kiedy zostałam twoją partnerką. Bo ty jesteś ryzykiem, Fájó. Chodzącym, mówiącym, grającym na skrzypcach ryzykiem. Ale wiesz co? Wolę ryzykować z kimś, kto gra na skrzypcach, niż grać bezpiecznie z kimś, kto gra na nerwach.

Gábor popatrzył na nią. I po raz pierwszy od wielu dni poczuł coś, co nie było ani strachem, ani gniewem, ani bólem. Było ciepłe. Było proste. Było ludzkie.

— Dziękuję, Sosenka.

— Powiedziałam: nie dziękuj. Idź do domu. Wyśpij się. Jutro będzie ciężki dzień.


Ale Gábor nie poszedł do domu. Pojechał do Racheli.

Było wpół do dziewiątej wieczorem. Rachela otworzyła drzwi natychmiast — jakby czekała. Może czekała.

— Jutro ukaże się artykuł — powiedział Gábor, stojąc w progu. — O mnie. O nas. O tym, że prowadzę vendettę. Będą twoje dane. Twoje imię. Twój związek z Unterhosem. Publiczna wiadomość.

Rachela stała w drzwiach. Twarz blada. Oczy wielkie.

— Kto to napisał?

— Nie wiem. Ktoś dostarczył „Expressowi” materiał. Unterhose albo ktoś od niego. Kontratak.

Rachela cofnęła się. Wpuściła go. Zamknęła drzwi.

Stali w przedpokoju. W mieszkaniu pachniało lawendowym mydłem i czymś gotowanym — zupą? Rachela gotowała zupy, kiedy się bała. Rosół z kury. Tak robiła jej matka Estera. Rosół jako lekarstwo na wszystko — na grypę, na smutek, na koniec świata.

— Gábor, ja mogę to wytrzymać.

— Nie chodzi o wytrzymanie. Chodzi o bezpieczeństwo. Unterhose wie, że jesteś moim słabym punktem. Wykorzysta to.

— Nie jestem twoim słabym punktem.

— Jesteś. Zawsze byłaś.

Rachela patrzyła na niego. I w jej oczach — w tych oczach koloru ciemnego bursztynu, które Gábor znał lepiej niż jakikolwiek instrument — coś się zmieniło. Coś, co było tam od dawna, ale czekało na właściwy moment, żeby się ujawnić.

— Gábor, on do mnie przyjdzie. Wiem to. Kiedy wszystko zacznie się walić — artykuł, śledztwo, prokuratura — Albin przyjdzie do mnie. Bo ja jestem jedynym miejscem, do którego może wrócić. Jedynym miejscem, w którym czuje się bezpieczny.

— Dlaczego do ciebie?

— Bo mnie kontrolował. A ludzie wracają tam, gdzie czują kontrolę. Nawet jeśli kontrola się skończyła. Nawet jeśli klatka jest otwarta.

Gábor poczuł lód w żołądku. Zimny, ostry lód, który formował się powoli, jak stalagmit w jaskini.

— Jeśli do ciebie przyjdzie — zadzwoń do mnie. Natychmiast. Nie otwieraj mu. Nie wpuszczaj go. Zadzwoń.

— Dobrze.

— Obiecujesz?

— Obiecuję.

Gábor patrzył na nią. Chciał jej wierzyć. Chciał wierzyć, że obietnica jest murem, który chroni. Ale wiedział — z doświadczenia, z psychologii, z życia — że obietnice są jak stroiki obojowe. Kruche. Zależne od wilgotności. Pękają w najmniej oczekiwanym momencie.

Wyszedł. Na klatce schodowej — ciemność. Na ulicy — mróz. W samochodzie — cisza.

Zapalił silnik. Wyjechał na ulicę. I wtedy zobaczył.

Na ławce naprzeciwko kamienicy Racheli siedział mężczyzna. Duży. Łysy. W ciemnej kurtce. Na szyi — tatuaż, niewidoczny w ciemności, ale Gábor wiedział, że tam jest. Kolczasty drut oplatający krzyż.

Damian Kościelny siedział na ławce i patrzył na okna Racheli.

Gábor zatrzymał samochód. Pięć sekund. Dziesięć. Patrzył na Kościelnego. Kościelny patrzył na okna.

Potem Kościelny odwrócił głowę. Powoli. Spojrzał na samochód Gábora. Na twarz za szybą.

I uśmiechnął się.

Uśmiech pusty. Uśmiech człowieka, który nie ma w sobie nic oprócz posłuszeństwa wobec kogoś, kto daje mu dwadzieścia tysięcy miesięcznie i mówi, gdzie siedzieć.

Gábor sięgnął po telefon. Wybrał numer Doroty.

— Sosenka, Kościelny siedzi pod domem Racheli. Obserwuje ją. Potrzebuję patrolu. Teraz.

— Wysyłam. Nie ruszaj się.

Gábor się nie ruszył. Siedział w samochodzie z ręką na broni służbowej i patrzył na mężczyznę na ławce, który patrzył na okna kobiety, którą Gábor kochał i której nie potrafił ochronić.

Patrol przyjechał po jedenastu minutach. Kościelny wstał z ławki, kiedy zobaczył niebieskie światła. Odszedł spokojnym krokiem. Nie biegł. Nie panikował. Szedł jak człowiek, który wie, że wróci.

O północy Gábor siedział w samochodzie pod kamienicą Racheli. Czuwał. Na telefonie — wiadomość od Doroty:

„Patrol będzie jeździł co godzinę. Kościelny zniknął. BMW nie ma pod kościołem. Uważaj na siebie.”

I druga wiadomość. SMS od nieznanego numeru. Trzeci w ciągu tygodnia.

„Psalm 109:8 — «Dni jego niechaj będą krótkie, urząd jego niech inny obejmie».”

Gábor patrzył na ekran. Psalm 109. Psalm złorzeczący. Psalm, w którym Dawid prosi Boga o zniszczenie swoich wrogów.

Unterhose nie groził. Unterhose modlił się. Modlił się o zniszczenie Gábora.

I Gábor, siedząc w zimnym samochodzie pod oknem kobiety, którą kochał, w mieście, które go nie chciało, w śledztwie, które go niszczyło — Gábor pomyślał, że istnieje specjalny rodzaj odwagi, który nie polega na braku strachu, lecz na decyzji, żeby iść dalej pomimo strachu.

I że ten rodzaj odwagi brzmi jak sforzando — nagłe uderzenie w ciszy. Jedno. Jedyne. Bez ostrzeżenia.

Jutro.

Jutro uderzy.

Rozdział XI: Cadenza

W koncercie solowym jest moment, w którym orkiestra milknie. Dyrygent opuszcza batutę. Smyczki, dęte, perkusja — wszystko cichnie. Zostaje solista. Sam. Na scenie. Z instrumentem. Bez siatki. Bez partnera. Bez niczego oprócz własnego talentu i własnego strachu.

To jest cadenza. Popis solowy. Moment prawdy.

W cadenzie solista pokazuje, kim jest naprawdę. Nie kim chciałby być. Nie kim udaje. Kim jest. Bo kiedy jesteś sam na scenie i nikt ci nie pomaga, nie masz się za kim schować. Jesteś nagi. Jesteś dźwiękiem. Jesteś wszystkim, czym byłeś, i niczym więcej.

Jedenastego dnia śledztwa Gábor Fájó został sam na scenie.


Artykuł ukazał się o szóstej rano. Wersja internetowa — natychmiast, jak epidemia. Tytuł: „Policjant-skrzypek prześladuje duchownego — prywatna wendeta za rozpad małżeństwa?” Pod tytułem — zdjęcie Gábora. Stare. Z czasów orkiestry. Stoi na scenie filharmonii ze skrzypcami pod brodą. Elegancki. Skupiony. Ludzki.

Pod zdjęciem — tekst. Trzysta słów. Gábor przeczytał je trzy razy, bo za pierwszym razem nie wierzył, za drugim nie rozumiał, a za trzecim rozumiał aż za dobrze.

Tekst był precyzyjny jak skalpel chirurga. Każde zdanie wymierzone. Każdy fakt prawdziwy — ale ułożony w konfiguracji, która kłamała. Tak. Gábor Fájó jest byłym mężem Racheli Cukier. Tak, Rachela Cukier jest w związku z księdzem Albinem Unterhosem. Tak, Gábor Fájó prowadzi śledztwo, w którym pojawia się nazwisko Unterhosego. Trzy fakty. Trzy prawdy. Jedna wielka manipulacja.

Artykuł sugerował — nie wprost, bo dziennikarz znał prawo prasowe — że Gábor prowadzi śledztwo z osobistych pobudek. Że nie szuka mordercy, lecz zemsty. Że wykorzystuje mundur do porachunków sercowych. Że jest zazdrosnym, złamanym mężczyzną, który nie potrafi zaakceptować, że żona go zostawiła. Dla księdza.

Komentarze pod artykułem — trzydzieści w ciągu pierwszej godziny — dzieliły się na dwa obozy. Jedni bronili policji. Drudzy bronili księdza. Nikt nie bronił Gábora. Bo Gábor był człowiekiem, który stał między dwoma obozami, a ludzie nie lubią tych, którzy stoją między.

O siódmej trzydzieści zadzwonił Klawisz. Gábor nie odebrał. O siódmej czterdzieści pięć przyszedł SMS: „Fájó, stawiasz się o ósmej. Nie do dyskusji.”

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 99.08