E-book
15.02
drukowana A5
49.07
Numero Uno I

Bezpłatny fragment - Numero Uno I


Objętość:
269 str.
ISBN:
978-83-8126-610-9
E-book
za 15.02
drukowana A5
za 49.07

Słowo od autora

Drogi czytelniku! Nie wiem, jak ta książka dostała się w Twoje ręce, ale cieszę się, że tak się stało. Być może czytając ją odnajdziesz gdzieś pomiędzy kolejnymi wersami fragmenty, które staną się dla Ciebie ważne. Wiem, że ja takie znalazłam. Na pewno odnajdziesz tu radości i troski dnia codziennego, z jakimi zmagają się nie tylko bohaterowie, ale jakie do pewnego stopnia dzieli również każdy z nas.

Zaczynając tę książkę, zapewne zdajesz sobie sprawę z tego, że jest ona zaliczana do literatury LGBT. Historia tu przedstawiona posiada więc różne, mniej lub bardziej, tęczowe wątki, a wizja niehomofobicznego społeczeństwa tu przedstawiona jest nieco utopijna. Mam więc nadzieję, że nie zważając na nic, będziesz tak jak ja, minuta po minucie dzielił z bohaterami wzloty i upadki.

Całość historii i przedstawionych w niej zmagań chcę zadedykować przede wszystkim każdemu, kto stanął przed ciężkim wyborem, między swoją pasją, a pracą, szkołą, studiami czy zdrowiem. Pamiętajcie, że czasem trzeba trochę odpuścić, ale nigdy nie warto się poddawać.

Ponad to, chciałabym podziękować trzem osobom, które były ze mną niemal od pierwszego słowa, dzielnie poprawiając przecinki, wytykając błędy i motywując do dalszego pisania. Główną korektą tekstu zajęła się niezastąpiona Gabriela Nowacka, natomiast poprawność merytoryczną i dbałość o to, by oczy bohaterów pozostały w jednym kolorze przez całą książkę zapewnili Tomasz B. oraz Adrianna Boczkowska. No i oczywiście, niesamowitą, jedyną w swoim rodzaju i przykuwającą oczy okładkę zaprojektowała Patrycja Zbroja. Liczę na dalszą owocną współpracę ze wszystkimi.

W takim razie, zapraszam Cię, drogi czytelniku do rozpoczęcia naszej wspólnej przygody. Może spotkamy się gdzieś w połowie?

Nasze niedorzeczności

Oczywiście, że znałem tego dupka. Gdybym sam miał to określić, to aż za dobrze. Był bardzo pewny siebie, arogancki, zarozumiały i nie dbał o nikogo. Niestety był też cholernie przystojny, więc nie raz, nie tylko stała grupka fanów i fanek, piszczała w zachwycie, ale i moje własne, głupie serce, okazywało się zdrajcą i ściskało nieprzyjemnie na jego widok. Nie ważne, ile razy tłumaczyłem sobie, że ten próżny, sadystyczny kretyn jest kompletnie poza moją ligą i nigdy, ale to nigdy, sam bym się nie zdobył na zagadanie do niego, a poza tym przecież go nie znosiłem, to i tak nie mogłem od czasu do czasu odmówić sobie tych słodkich chwil, w których moje myśli nieświadomie odpływały w krainę fantazji, by za chwilę z hukiem powrócić. Zawsze wtedy prychałem pod nosem i kręciłem głową z niedowierzaniem. Jak mi, mi, mogło to przyjść do głowy? Totalna niedorzeczność, ot co!

Nie mogłem jednak nie zauważyć jego długich, kręconych ciemnoblond włosów zawsze luźno opuszczonych na ramiona ani tych jego oczu, które zawsze świeciły przekornym blaskiem. Ani tego, że zawsze podkreślał swoje ramiona i pośladki idealnie dopasowanymi ciuchami, które uwypuklały tylko jego idealną sylwetkę.

Jakie więc było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem go z okularami na nosie, w niedbale związanych włosach i starych dresach, jak siedział po turecku na krześle czytając jakąś książkę i gryząc zakładkę. Wyglądał rozbrajająco uroczo, ale… jak nie on. Nawet z tymi niedobranymi okularami i znoszonym ubraniem przykuwał uwagę. Dalej był przystojny, ale teraz nie emanował aurą pod tytułem „jestem bogiem seksu, wielb mnie”. Wokół niego magicznie tworzyła się taka ciepła, domowa atmosfera. Wyglądał na niesamowicie sympatycznego, normalnego chłopaka. Niestety chyba zagapiłem się na niego ciut za długo, ponieważ w pewnym momencie podniósł wzrok i spojrzał na mnie, unosząc pytająco brwi. Jego spojrzenie automatycznie stało się chłodne, a na jego ustach zagościł ironiczny uśmieszek.

— Znamy się czy coś? — rzucił po chwili. Byłem już tak zmęczony i tak zły po całym dniu, że nie wiedzieć czemu, obrzuciłem go zdegustowanym spojrzeniem od stóp do głów i prychnąłem głośno.

— Nie sądzę. Po prostu spędziliśmy kilka lat przypadkowo w tej samej przestrzeni, ale nie oczekuję od tej bandy kretynów, żeby ktokolwiek mnie kojarzył. — Pożałowałem tego od razu, gdy tylko powiedziałem to na głos. Trzeba było się nie odzywać i usunąć z drogi, gdy była szansa. Zanim zdążyłem się odwrócić i odejść, zobaczyłem tylko jak zamyka książkę i zdejmując okulary, przeciera zmęczonym gestem oczy.

— Siadaj, Tymek i daj spokój — rzucił tylko. Brzmiał na zmęczonego, ale nie był ani zdegustowany tym, że się do niego odzywam, ani zły za to, co powiedziałem przed chwilą.

— Skąd wiesz, jak się nazywam? — zapytałem kompletnie wprawiony w osłupienie.

— Jeszcze przed chwilą dostałem opierdziel, że go nie znam, a jak się przyznaję, to też mam dostać za to ochrzan? No wiesz! — zaśmiał się krótko i pokręcił głową rozbawiony. Chyba pierwszy raz słyszałem go tak naprawdę śmiejącego się. Serducho znów przez chwilę zabiło mi mocniej, ale zaraz otrząsnąłem się i usiadłem obok niego w dość niezręcznej ciszy.

— Co tak właściwie tu robisz? — zagadnął znienacka.

— Mógłbym ciebie zapytać o to samo — mruknąłem w odpowiedzi, nie za bardzo chcąc się zwierzać.

— Ale ja zapytałem pierwszy — odpowiedział szybko i wyszczerzył zęby z satysfakcją. Wzruszyłem na to ramionami i powiedziałem krótkie:

— Zwiedzam. — Nie wiedzieć czemu zaczął się śmiać w odpowiedzi.

— Wiesz, o tej porze to nie za bardzo jest co tu zwiedzać — wysapał wreszcie. — Tam masz toalety, tam wyjście, tam dyżurkę, a tam kilometry korytarzy — mówił wskazując palcem. — I to tyle. — Nie wiedząc, co robić skinąłem tylko głową. Stawałem się coraz bardziej zakłopotany.

— A ty? Co tu robisz? — zapytałem, żeby jakoś podtrzymać rozmowę. W odpowiedzi pomachał mi książką przed nosem.

— Czytam. Korzystam, póki zołza mnie jeszcze nie znalazła — powiedział ściszonym głosem i zachichotał. Nie mogłem wyjść z podziwu jak inny jest od tej wersji, którą znam na co dzień. — A powiedz mi, co robisz tutaj? Tak ogółem.

— Ja… — zająknąłem się lekko. Wydawał się być autentycznie zaciekawiony, ale nie wiedzieć czemu, jakoś nie chciałem się spowiadać z mojego pobytu. — Nie chcę o tym mówić.

— W porządku. Chociaż wiesz… Każdy tutaj ma chyba podobny powód — wzruszył ramionami i przez chwilę przyglądał mi się, przygryzając policzek.

— Pewnie tak… To ja tego… Nie będę ci przeszkadzał — powiedziałem wstając i kierując się w stronę schodów.

— Spoko. Mnie pewnie też zaraz przydybią i będę się musiał z pigułą kłócić — rzucił, skinąwszy głową. Nie wiedząc, co jeszcze mogę powiedzieć, zacząłem wracać do siebie, ale na schodach minąłem się z jedną z pielęgniarek dyżurujących. Zdążyłem tylko usłyszeć.

— Uno! No gorzej, jak z dzieckiem, a pomyślałby kto, że jesteś dorosły. Ile mam cię szukać? Wracaj natychmiast do sali, bo Bóg mi światkiem, skonfiskuję ci wszystkie te twoje tomiszcza! Zrozumiano?

— No już idę, już idę. Dałaby siostra raz spokój — jęknął umęczony. Zdążyłem tylko później zauważyć, że znika w drzwiach sali znajdującej się zaraz obok mojej. Nie wiem, czemu, ale miałem raczej złe przeczucia, co do tego wszystkiego. Mój pobyt tutaj i tak nie zapowiadał się różowo, a teraz mam wrażenie, że wszystko, co mogło pójść źle, właśnie poszło i zostałem uwięziony tu znowu, tym razem z Radkiem.

Moje (nie)wielkie sekrety

Następnego dnia widywałem go to tu, to tam, ale nie bardzo chciałem zaczynać z nim rozmowy. Nie nastawiałem się na to, że podczas tego pobytu w jakikolwiek inny sposób wejdę z nim w interakcję. Szybko jednak okazało się, że nie będzie mi dane unikać go w spokoju. Podczas porannej rehabilitacji zjawił się w gabinecie fizykoterapii, tryskając humorem.

— Uno! No nareszcie. Miałeś być już z pół godziny temu — skarciła go na wstępie fizykoterapeutka, ale odwzajemniła uśmiech, który jej posłał w międzyczasie.

— Wiem, wiem… Zaczytałem się po śniadaniu — zaśmiał się i mrugnął w stronę kobiety.

— Z tobą tak zawsze. Specjalne zaproszenie i trzy ponaglenia zanim się zjawisz. Następnym razem albo skonfiskujemy ci te książki, albo wstrzymamy dostawy. Zobaczysz! — Pogroziła mu palcem i wskazała głową na łóżko znajdujące się obok mojego.

— No weź, Aga. Nie zrobicie mi tego. — Machnął ręką. — Zanudziłbym się i wam cały boży dzień dupę truł.

— Tego bym nie wytrzymała, masz rację. Dobra, wiesz, co robić, ja ci zaraz pomogę tylko muszę przywołać kolegę do porządku. — Tu podeszła do mnie. — No dajesz, dajesz. W ogóle się nie starasz.

— Nie mam po co — odburknąłem, czując na sobie jej karcące spojrzenie, a także jego zaciekawiony wzrok.

— Nie masz po co? Czyś ty zgłupiał do reszty?! Możesz zyskać dni, tygodnie albo nawet miesiące! — żachnęła się oburzona fizykoterapeutka.

— Da pani spokój. Efekt będzie ostatecznie ten sam. Co mi da miesiąc w jedną czy w drugą stronę? — odpowiedziałem ponownie robiąc się zły. Za każdym razem, gdy przypomniałem sobie, że nie będę mógł chodzić, krew się we mnie gotowała.

— O co chodzi? — wciął się Radek z łóżka obok.

— Nie twój zasrany interes — wybuchnąłem po raz kolejny i zacząłem szykować się do wstania.

— Uno! Nie wtrącaj się — zganiła go kobieta, po czym przytrzymała mnie na łóżku. — A ty się tu nie unoś i wracaj do ćwiczeń. Nie obchodzi mnie teraz, że jesteś zły na cały świat. Za ten miesiąc będziesz pluł sobie w brodę, że czegoś nie zrobiłeś, kiedy jeszcze mogłeś. Będziesz robił to ćwiczenie, dopóki się nie zmęczysz, ot co. A, i jestem Agnieszka, a nie żadna pani.

— Tymek. I nie wiem, czy masz tyle czasu, bo to może trochę potrwać. — Spojrzałem na nią z ironicznym uśmieszkiem, ale gniew zaczął powoli ze mnie schodzić.

— Zobaczymy, zobaczymy — powiedziała. Widocznie nie doczytała, że jestem sportowcem. Miałem startować na następnych igrzyskach olimpijskich. Trzeba o wiele więcej, żeby mnie zmęczyć. Zorientowała się dopiero po pół godzinie, gdy wciąż leniwie powtarzałem to samo ćwiczenie nic sobie z tego nie robiąc. — Matko, naprawdę jesteś wytrwały. Wybitnie ciężki przypadek. Słuchaj, przy takiej kondycji to może jeszcze trochę potrwać, wiesz? Nic nie stanie się tak od razu.

— Możemy po prostu przyjąć, że nie chcę o tym rozmawiać? — westchnąłem i spojrzałem na nią błagalnie.

— Możemy. Oczywiście, że możemy. Tylko wiesz… Kiedyś musisz się z tym pogodzić. Nie będzie łatwo, ale unikanie tematu w niczym nie pomaga. Lepiej chyba przebrnąć przez to szybciej, niż udawać, że wszystko jest w porządku — powiedziała spokojnie. — Nie przekreślaj wszystkiego. Walcz. Za jakiś czas może się okazać, że jednak jest szansa.

— Aga, nie mam na to siły. Nie dziś — jęknąłem wstając powoli z łóżka. — Mogę już iść? Muszę zadzwonić.

— Idź, idź. Jak będziesz chciał pogadać, to wal. Posłucham — zapewniła mnie na do widzenia. Skinąłem głową i wyszedłem na korytarz. Zaszyłem się na szerokim parapecie pod jednym z najbardziej oddalonych okien i przez długą chwilę wpatrywałem się w telefon, nie mogąc się zebrać. Ostatecznie jednak wybrałem numer i wcisnąłem zieloną słuchawkę.

— Halo? Przybysz? No nareszcie! Nie ma cię na treningu! Czy ty sobie w kulki lecisz? Niedługo zawody, popierdoliło cię? — Na dzień dobry usłyszałem małą wiązankę.

— Dzień dobry, trenerze. Nie będzie mnie na treningu. — Tu wziąłem głęboki wdech i zebrałem się w sobie. — Przepraszam, że robię to w taki sposób, ale muszę złożyć rezygnację. Nie tylko z kadry.

— Co? Co ty odpierdalasz?! Na głowę upadłeś?! — Nie byłem pewny czy bierze moje słowa na poważnie, ale mimo to był wyraźnie wściekły.

— Trenerze, rzucam sport. Do następnych igrzysk będę mógł startować już tylko w paraolimpiadzie — powiedziałem cicho, ale śmiertelnie poważnie. Nie byłem skory do rozklejania się, ale musiałem przyznać sam przed sobą, że tylko kilka głębokich wdechów uchroniło mnie przed mokrymi oczami.

— Co się dzieje, Tymon? — Głos trenera zmienił się automatycznie. Teraz nie tylko potraktował mnie poważnie, ale zaczął się martwić.

— Wczoraj dowiedziałem się, że, za kilka miesięcy góra, nie będę mógł chodzić. Od jakiegoś czasu było takie podejrzenie, ale wczoraj wszystkie badania to potwierdziły. Jestem w szpitalu reumatologicznym w Sopocie na rehabilitacji, ale to co najwyżej może przedłużyć wszystko o kilka tygodni. Dziękuję za wszystkie lata współpracy.

— O kurwa, Tymon. Ale jak? — wydukał tylko osłupiały.

— Nie wiem, do ciężkiej cholery. Nie wiem. Nie jestem w stanie tego ogarnąć — powiedziałem zupełnie szczerze, będąc już na granicy frustracji. — Muszę kończyć, mam zaraz fizjoterapię. Do widzenia, trenerze.

— Trzymaj się, Przybysz. Walcz. Jesteś młody. Widzę cię u mnie, jak wrócisz. — Pewność w jego głosie sprawiła, że na chwilę sam zacząłem w to wszystko wierzyć. Niestety, tylko na chwilę. Zaraz po zakończeniu rozmowy wszystko powróciło do stanu sprzed niej. Znów nie wiedziałem, czy stoję, czy spadam, a jeśli spadam to gdzie lecę i kiedy osiągnę dno. Mieszanka silnych uczuć, wspomnień i jeden wielki mętlik w głowie na chwilę wyłączyły mi całkowicie zdolność odczuwania czegokolwiek. Aż do późnego popołudnia chodziłem jak na autopilocie. Pod wieczór znów zaszyłem się na jednym z parapetów, mając nadzieję na chwilę spokoju. Niedługo potem dosiadł się do mnie Radek. Długo milczeliśmy, aż w końcu zagadał.

— Co się dzieje, Tymek? Zawsze byłeś taki spokojny, a tu wczorajszy wybuch, potem dzisiejszy… To jak, powiesz, czemu tu jesteś? — zapytał cicho. Widać było, że nie chce mnie wkurzyć, ale nie mogłem pozbyć się narastającej we mnie irytacji.

— Słuchaj, Radek, nie wiem od kiedy my się tak dobrze znamy, żebyś oceniał mój charakter, ale na pewno nie znamy się na tyle, żebym ci się zwierzał, więc jakbyś mógł z łaski swojej spierdalać — rzuciłem, może nieco za ostro. Skrzywił się na to i pokręcił głową, ale z miejsca się nie ruszył.

— Ludzie chcą ci zwyczajnie pomóc, a ty, księciunio, rzucasz się jak gówno w betoniarce. Uspokój się i gadaj — odpowiedział stanowczo. Tego się nie spodziewałem.

— Nic nie wiesz. No bo co wielki bóg seksu i bożyszcz nastolatek, wielki chłodny książę z sarkazmem zamiast oręża, może wiedzieć o problemach maluczkich. Nie udawaj, że cokolwiek cię to obchodzi. To, że jakimś cudem znasz moje imię, nie znaczy jeszcze, że wszystko ci pięknie wyśpiewam. Nie wiesz o mnie kompletnie nic — zacząłem się nakręcać, sam nie wiedzieć czemu. Spojrzałem na niego wściekły, ale kompletnie zgłupiałem, kiedy zobaczyłem, jak patrzy na mnie z uśmieszkiem stanowiącym mieszankę ironii i pobłażliwej wyrozumiałości.

— Hmm… Spójrzmy. Nazywasz się Tymon Przybysz, masz dwadzieścia pięć lat, magistra z filologii angielskiej, poza tym znasz biegle hiszpański i niemiecki, i interesujesz się sportem. Niemal żadnych interakcji na uczelni, wysoka średnia, ale zawsze z komórką w ręku. Wystarczy? — zapytał na koniec unosząc wyzywająco jedną brew. Patrzałem się na niego kompletnie otumaniony.

— Skąd to wiesz? — wydukałem po chwili.

— Może nie wyglądam, ale jestem uważnym obserwatorem. Szczególnie, jeśli ktoś przykuje moją uwagę. Tobie się udało — powiedział wzruszając ramionami, jakby było to zupełnie normalne. — No, a teraz wyrzuć to z siebie. — Pod ostrzałem jego spojrzenia czułem się jak zwierzę przed maską samochodu. Szukałem ostatniej deski ratunku i w końcu coś mi zaświtało w głowie.

— Powiem cokolwiek tylko, jeżeli powiesz mi skąd wzięło się to, że wszyscy wołają na ciebie Uno i czemu wyglądasz i zachowujesz się inaczej — postanowiłem zagrać najbezpieczniejszą kartą. Byłem niemal pewien, że odpuści, ale on tylko odrzucił głowę do tyłu i jęknął przeciągle.

— Serio? Po co ci to? — Nagle zabrzmiał jak mały, nadąsany chłopiec i wtedy miałem pewność, że rozegrałem to prawidłowo. Uśmiechnąłem się chytrze i pokręciłem głową na znak, że nic więcej nie powiem. Po chwili ciszy rzucił jednak. — Dobra. Informacja za informację. Uno to skrót od mojego imienia.

— Co? Przecież wszyscy mówią na ciebie Radek. Jak to się ma do siebie? — Ściągnąłem brwi, patrząc na niego zdziwiony. Coś mi wyraźnie nie pasowało w tym, ale on tylko powtórzył mój gest. Westchnął ciężko i pokręcił głową na znak, że nic nie powie.

— Info za info — przypomniał.

— Biegam zawodowo. Filologia nie była mi do niczego potrzebna. Dostałem się do kadry narodowej — rzuciłem fragmentarycznie. Była to najbezpieczniejsza informacja.

— Wow. Tego się nie spodziewałem. Gratulacje. Faktycznie pobyt tutaj jest ci pewnie nie na rękę. — Wyglądało na to, iż uznał, że to wszystko, co mam do powiedzenia. Mogłem zostawić to tak, ale nie wiedzieć czemu, postanowiłem to wszystko pociągnąć dalej. Chyba zwyczajnie myśl o tym, co się dzieje, zaczęła mnie zjadać i musiałem to z siebie wyrzucić.

— No to jak z tym imieniem?

— Musiałeś, nie? — mruknął niezadowolony. — Nie śmiej się. Serio. Moi rodzice są ostro pieprznięci i mieli jakąś fazę na staropolszczyznę, więc nazwali mnie Unirad. Unirad Jasiński. Tragedia. Jakoś musiałem sobie z tym poradzić, więc zawsze tak zachachmęcę, że wszyscy wołają na mnie Jasiek od nazwiska albo Radek od końcówki imienia — mówił to, nie patrząc na mnie i chyba faktycznie oczekiwał, że zaraz parsknę śmiechem, ale nie widziałem ku temu powodu.

— Spoko. Imię, jak imię. Na pewno nie jest nudne. — Wzruszyłem niedbale ramionami, a on momentalnie spojrzał się na mnie wielkimi oczami, jakby słyszał to pierwszy raz w życiu. Po chwili odważyłem się dorzucić do kociołka kolejną informację. — Hmm… Miałem startować w najbliższych igrzyskach.

— Łoo… O matko, gratulacje! Ja pierdziele! Zajebiście! — Chyba nie dotarła do niego forma wypowiedzi, ale niedługo wszystko naprostuję, jak tylko rozprawię się z rosnącą mi gulą w gardle. — Wyglądam inaczej, bo jestem w szpitalu i mi się nie chce. Jaki jest sens zakładania niewygodnych soczewek i odstawiania się w dopasowane spodnie, jak mam chodzić na rehabilitację i przewalać się po łóżku? Jestem na to za leniwy.

— Brzmi logicznie — przyznałem krótko. Niestety teraz przyszła moja kolej na podzielenie się informacjami. Przymknąłem na chwilę oczy, a gdy je otworzyłem, odwróciłem głowę i nie patrząc na niego, zacząłem. — Za parę miesięcy nie będę mógł chodzić. Rzucam sport. Startować to będę mógł chyba tylko w paraolimpiadzie, ale tam sobie nie pobiegam. Nie na wózku. Rzucam wszystko, co kocham i to nie z własnego wyboru. A wiesz, co w tym wszystkim jest najlepsze? Że gdy mój chłopak po kontuzji dowiedział się, że nie wróci już do tańca, to niemal go wyśmiałem, mówiąc, że to nie jest koniec świata. To jest pieprzony koniec świata! Nie byłem w stanie go wesprzeć, więc karma, głupia dziwka, najpierw odebrała mi jego, a teraz możliwość chodzenia. Jedyna słuszna opcja, co nie? Ukarać sukinsyna, bo nie umiał pomóc, kiedy był potrzebny — tu urwałem, zdając sobie sprawę z tego, co powiedziałem.

Nasze nieopatrzne zderzenie

Nie chciałem mówić tak dużo. Nigdy. Nikomu. Na pewno nie jemu. Wstałem szybko i chciałem odejść, zniknąć tak szybko, jak tylko było to możliwe. Zanim zdążyłem zrobić chociaż krok, on pociągnął mnie za rękę i przyciągając do siebie, przytulił mocno. W pierwszym odruchu próbowałem się wyrwać, ale nie udało mi się. Po chwili stałem sztywny, jak kłoda w jego objęciach, dopóki nie usłyszałem szeptu tuż przy moim uchu.

— Tymek, nie uciekaj. — Jego głos był ciepły, kojący i było w nim coś, czego nie potrafiłem rozszyfrować, ale co skutecznie rozstroiło mnie do reszty i wczepiając się w niego kurczowo, rozpłakałem się jak dziecko. Musiałem wyglądać żałośnie, ale nie byłem w stanie nic z tym zrobić. — Przykro mi. Z powodu biegania i twojego chłopaka. Naprawdę mi przykro. Wypłacz się spokojnie, każdy czasem tego potrzebuje. Nie jesteś z tym wszystkim sam, okej? Porozmawiamy o tym, jak się trochę uspokoisz — powiedział cicho i poczułem jak jego wargi składają delikatny pocałunek na mojej skroni. Było w tym geście tyle czułości, że rozsypałem się jeszcze bardziej. Nie wiedziałem, że było to możliwe. Od śmierci Grzesia nie pozwalałem sobie na żadne czułości. Przestałem wierzyć, że na nie zasługuję. Stojąc tak, nie wiadomo ile, zacząłem się uspokajać. Gdy mój szloch przeszedł w płacz, a następnie w zwykłe pociąganie nosem, Radek zaczął głaskać mnie po plecach i kołysać delikatnie.

— No już, już. Teraz powoli i spokojnie, a najlepiej od początku. Co się stało? — Przez chwilę zapatrzyłem się w te jego wszystko rozumiejące oczy i nie mogłem zebrać się w sobie, żeby zacząć, ale w końcu westchnąłem i zacząłem opowiadać.

— W liceum miałem chłopaka. Tańczył i był w tym naprawdę dobry. Niestety dorobił się kontuzji i na tym skończyła się jego kariera. Lekarze mówili mu, że już nie ma szans, że nie będzie więcej tańczył. Twierdzili, że to cud, że jakoś chodzi, ale on był uparty. Kochał to i kiedy utracił możliwość, załamał się. Ja biegałem i, co prawda, nie wyobrażałem sobie życia bez biegania już wtedy, ale jakoś nie byłem w stanie pojąć, czemu dla Grześka to wszystko to nagle koniec świata i zwyczajnie zbagatelizowałem jego problem, zamiast go w tym wszystkim wspierać. Powiesił się. Wszedłem do niego do pokoju i zobaczyłem, jak wisi. Niezapomniany widok — zażartowałem cierpko. — Stracił to, co kochał, a ja straciłem jego. Długo się nie mogłem pozbierać… Niedawno dowiedziałem się, że coś jest nie tak z moimi nogami. Wczoraj dostałem potwierdzenie. Nie będę chodził. Ironio losu. Zostałem skazany na to samo, co on. Nie mam chyba tylko tyle odwagi, żeby zrobić to samo… Choć czasem przechodzi mi to przez myśl — ostatnie zdanie wypowiedziałem szeptem, ale Radek i tak je usłyszał i automatycznie dostałem w policzek.

— Ani mi się waż o tym myśleć. Niczym sobie nie zasłużyłeś na to, przez co teraz przechodzisz. Rozumiesz mnie? To, że nie byłeś w stanie mu pomóc, to nie była twoja wina. Nie wiedziałeś, że sobie coś zrobi. Nie mogłeś tego wiedzieć. — Z każdym wypowiedzianym słowem nakręcał się coraz bardziej i usilnie starał się patrzeć mi w oczy, czego ja z kolei wolałem unikać.

— Ja… Nie wiem. Wciąż nocami śni mi się jego twarz. Wciąż, gdy zamykam oczy widzę go wiszącego w jego pokoju… Nie jestem w stanie się tego pozbyć. Po prostu nie umiem. Mogłem coś zrobić. Wiem, że mogłem. Tylko… Tylko nie wiem, co. A teraz…? Rozumiem go aż za dobrze — powiedziałem szczerze, wciąż starając się unikać jego spojrzenia, ale po chwili poczułem jego dłoń na swoim policzku i zmusił mnie do tego, bym spojrzał mu w oczy. Jego wzrok był stanowczy, ale ciepły.

— Tymek, uspokój się. Nic nie mogłeś zrobić. Nie myśl nawet o tym, żeby próbować czegoś podobnie głupiego. Jeżeli będę miał chociaż cień podejrzenia, że coś jest nie halo, to uwierz mi, będę spał z tobą w jednym łóżku i chodził za tobą do kibla. — Mimo wciąż zebranych w kąciku łez, parsknąłem cichym śmiechem, na co on tylko pokręcił głową. — Ty się tu teraz nie śmiej, ja jestem w stu procentach poważny, ot co! Słuchaj, powiedzenie tego na pewno nie było dla ciebie łatwe, ale chcę, żebyś wiedział, że nie jesteś sam. Wiesz… Każdy ma jakieś sekrety — to mówiąc, cofnął rękę i po chwili wahania, zdjął frotki, które miał na nadgarstkach i podwinął rękawy. Moim oczom ukazały się dość wyraźne, wypukłe blizny ciągnące się wzdłuż przedramion. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na to, że zawsze miał długi rękaw lub frotki czy bransolety.

— Ale… Ale… Co się…? — zacząłem się jąkać, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Niepewnie wyciągnąłem rękę i delikatnie przejechałem palcami po najgłębszych bliznach. Pozwolił mi na to, w ciszy obserwując moją reakcję.

— Niewiele osób je widziało. Zazwyczaj dobrze się ukrywam. W każdym razie… Uwierz mi, nie warto. — Ból, jaki dało się usłyszeć w jego głosie, zdecydowanie mnie otrzeźwił. Nie wiem, co mną wtedy kierowało, ale podniosłem jedną z jego rąk do ust i złożyłem delikatny pocałunek na jednej z blizn. Ta chwila nagle stała się bardzo intymna. Jeszcze przez moment milczeliśmy, aż zdecydowałem się przerwać tę ciszę.

— Co się stało? — powiedziałem przyciszonym głosem, patrząc na niego i wciąż nie wypuszczając jego ręki z dłoni. Tym razem role się odwróciły. To ja usilnie starałem się złapać jego spojrzenie, a on tego unikał.

— Możemy to zostawić na inny raz? — zapytał z nadzieją w głosie i w końcu na mnie spojrzał. Westchnąłem ciężko, ale pokiwałem głową, na co na jego twarzy odmalowała się wyraźna ulga.

— Jasne, że tak. Nie zmuszę cię do zwierzeń — powiedziałem łagodnie. Jakim cudem dotarliśmy do tego momentu? Jeszcze przed chwilą to ja siedziałem wściekły na cały świat i nie chciałem z nikim rozmawiać.

— Dzięki. Powiem ci. Obiecuję. Tak jakby wiszę ci to, po twoich zwierzeniach. Potrzebuję tylko trochę czasu, żeby to sobie jakoś logicznie poukładać. Nie rozmawiałem o tym z nikim, więc nie wiem nawet, co miałbym powiedzieć — zmieszał się trochę i przez chwilę intensywnie o czymś myślał wpatrując się w nasze ręce ze ściągniętymi brwiami, po czym potrząsnął głową, jakby chciał coś od siebie odgonić. Ostatecznie spojrzał się na mnie, a na jego ustach zagościł słaby uśmiech. — Wiesz, wszystko się ułoży. No bo przecież, w końcu jakoś musi. Póki co, walcz. Nie poddawaj się, tylko walcz. Nie rezygnuj ze sportu ani z treningów. Może nie uda ci się wystartować w olimpiadzie, a może, jeżeli będziesz równolegle do treningów przychodził na rehabilitację, to jakoś do tego czasu dociągniesz? Nic nie jest przesądzone. No bo, jeżeli się poddasz teraz, to co ci pozostanie?

— Stwierdzam, że nie lubię, jak masz rację. Nie wiem, ile czasu mi zostało, ale chyba faktycznie, nawet gdybym chciał, to bym nie umiał przestać. Nie wyobrażam sobie tego. Dziękuję. Naprawdę. Potrzebowałem tego — spojrzałem na niego z autentyczną wdzięcznością i o mało serducho mi nie stanęło, gdy posłał mi w odpowiedzi jeden ze swoich uśmiechów.

— Nie masz za co. Zawsze do usług — odpowiedział szybko. — To ten, mówisz, że miałeś chłopaka?

— Aa… Tak. Miałem. — Nigdy nie ukrywałem się za bardzo z moją orientacją, ale jego przenikliwe spojrzenie sprawiło, że poczułem się trochę nieswojo.

— I teraz jesteś wolny, z tego co wywnioskowałem? — drążył temat, unosząc sugestywnie brwi i wpatrując się wciąż w moją rękę trzymającą go za nadgarstek. Dopiero teraz zorientowałem się, że wciąż go trzymam i szybko cofnąłem dłoń, rumieniąc się cały. Kurde, nie pamiętam, kiedy ostatnio zrobiłem się tak czerwony.

— Ja tego… Znaczy… — Zacząłem się nieskładnie tłumaczyć, patrząc się wszędzie, tylko nie na niego, ale odpowiedział mi jedynie jego chichot, który po chwili przerodził się w szczery, niepowstrzymany śmiech. Był tak zaraźliwy, że wkrótce dołączyłem do niego. Kiedy się uspokoiliśmy, on tylko przekrzywił głowę i spojrzał na mnie przygryzając policzek, a ja, wciąż nieco speszony, zagadnąłem. — Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza. — W odpowiedzi tylko wzruszył ramionami i pokręcił głową, ale wciąż nie spuszczał ze mnie wzroku, więc czując się nieswojo pod jego spojrzeniem, zagadnąłem ponownie. — No co?

— Nie, nic. Dobrze wiedzieć, że jesteś wolny. Jesteś w moim typie — powiedział, jak gdyby nigdy nic, a ja cieszyłem się, że siedzę, bo inaczej chyba bym się przewrócił.

— C… co? — wydukałem zszokowany.

— Oj, przestań. Nie mów, że się tego nie spodziewałeś. — Machnął ręką wyraźnie rozbawiony, a ja tylko pokręciłem głową.

— Ty nie jesteś hetero? — wydusiłem gapiąc się na niego otwarcie. Dopiero po chwili doszło do mnie, jak głupio to w tym momencie zabrzmiało.

— Oczywiście, że nie — powiedział to takim tonem, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie i do tego powszechnie znana. — Nie wiedziałeś?

— Nie miałem pojęcia. Widywałem cię tylko z dziewczynami, więc jakoś nigdy się nie zastanawiałem nad tym — przyznałem szczerze. To, że sam chętnie dobrałbym mu się do spodni, to jeszcze nie znaczy, że kiedykolwiek posądzałem go o to, że on chętnie dobrałby się do moich.

— Jestem panseksualny, a to, że te dzikie stada blondynek latają za mną wszędzie, to już nie jest mój problem — wydał z siebie podirytowane sapnięcie.

— Dobrze, już spokojnie. Dla mnie bomba. Ja tam jestem zwykłym gejem. Nic niezwykłego. — Wzruszyłem ramionami. Atmosfera między nami stała się luźna i było całkiem miło. Nie spodziewałem się, że będę w stanie tak z nim rozmawiać.

— Marudzisz. Mogę czegoś spróbować? — Spojrzał na mnie pytająco i przygryzł wargę w oczekiwaniu.

— Ee…? Jasne. Próbuj. — Nie bardzo wiedziałem, czego się spodziewać, więc tylko wzruszyłem ramionami, zgadzając się od razu. Po chwili, zaskoczony, poczułem jego wargi na swoich.

Nasze roztargnienie

Tego się nie spodziewałem. Tak dawno nie miałem żadnego partnera, że w pierwszej chwili się spiąłem i nie bardzo wiedziałem, co mam robić, ale powoli oswajałem się z tym uczuciem. Zacząłem niepewnie oddawać pocałunki, wciąż nie wierząc w to, co się dzieje. Radek mnie całował. On całował mnie. Z każdym kolejnym pocałunkiem stawaliśmy się obaj bardziej pewni, bardziej natarczywi, tak więc w momencie, w którym znalazła nas jedna z pielęgniarek, byliśmy tak pochłonięci tym wszystkim, że nie usłyszeliśmy jej, dopóki nie chrząknęła wystarczająco głośno, stając obok nas. Z trudem odkleiliśmy się od siebie i dopiero wtedy zwróciłem uwagę na to, że moje dłonie były wplecione w jego włosy, a jego znajdowały się niebezpiecznie blisko moich pośladków.

— Nieładnie, chłopcy! Wiecie, ile was szukałam? Spuścić was na chwilę z oka i co? — Starała się wyglądać na złą, ale po jej oczach widać było, że usilnie powstrzymuje się przed zarzuceniem nas milionem pytań. — No, sio. Do sali. Byle własnych. Ale mi już!

— Już idziemy, obiecuję. — Radek uśmiechnął się w odpowiedzi. Wciąż miał wypieki na twarzy i opuchnięte wargi, a do tego przekrzywione okulary i zmierzwione włosy. Wyglądał uroczo. Po prostu uroczo. Aż nie mogłem się na niego napatrzeć.

— No, powiedzmy, że wam wierzę. Nie naróbcie hałasu, jak będziecie wracać — rzuciła tylko oddziałowa i udała się do dyżurki. Gdy tylko oddaliła się na bezpieczną odległość, spojrzeliśmy po sobie i nie wiedzieć czemu, wybuchliśmy śmiechem, jak na komendę.

— No to na czym stanęło? — zapytał patrząc na mnie wymownie.

— Na tym, że mamy iść spać — powiedziałem, udając powagę, a on w odpowiedzi wykrzywił się i sapnął zirytowany.

— No wiesz, co… — jęknął i spojrzał na mnie naburmuszony. Wyglądał tak rozbrajająco uroczo, że nie mogłem się nie uśmiechnąć. Pochyliłem się i cmoknąłem go szybko w usta.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.02
drukowana A5
za 49.07