Otwórz swój umysł.
M.A.S.
I. Finis Studiorum, Novum Initium
Koniec nauki,
Nowym początkiem.
W przestrzeni ogromnego ponad wszelkie wyobrażenie Multiwersum dryfują nieprzeliczone ilości Planów. Prawie każdy Plan może się poszczycić czymś, co… Z różnymi dawkami dobrej woli można nazwać życiem. Choć czasem faktycznie wymagałoby to nagięcia tej i owej definicji.
Istnieją zapiski o Planach pełnych metalowych konstrukcji, całkiem przemienionych przez swoich mieszkańców na ich obraz i podobieństwo. Zdarzyło mi się słyszeć opowieści o planach niebywale życiu wrogich, a jednak na przekór wszelkim przeciwnościom tętniących owym życiem. I to pomimo tego, że dobrze nam znana magia potrafi na nich być całkowitą abstrakcją! Trudno nam wyobrazić sobie, jak cokolwiek może żyć w temperaturze dziesięciokrotnie wyższej od notowanej u nas w rekordowe lata, na dodatek bez dostępu do tlenu i stałego gruntu. Jednak zapewniam: jest to możliwe i zostało zaobserwowane.
Problemem są natomiast pożałowania godne braki w rzetelności dokumentacji owych obserwacji. Toteż w niniejszym dziele za cel stawiam sobie, miły czytelniku, podzielić się z tobą wszelkimi zgromadzonymi przeze mnie przekazami na temat ekstraplanarnego życia — jednocześnie poddając je analizie. Analizie najwnikliwszej na jaką stać będzie mój skromny umysł, moją wiedzę o prawach rządzących Multiwersum i znajomość arkanów magicznych.
Nie zwlekając, pozwolę sobie przejść do jednej z bardziej, moim skromnym zdaniem, interesujących pozycji na naszej liście. Oto więc zamieszczam dla twoich oczu spisaną przeze mnie osobiście relację…
— Borek!
Mężczyzna natychmiast oderwał się od księgi, uśmiechnął.
W ten sposób zwracali się do niego tylko przyjaciele, a tych wielu nie miał.
— Cześć Walery! A niech mnie, długo cię nie było!
Dwóch młodych mężczyzn zderzyło się ze sobą w krótkim, mocnym uścisku. Obaj wysocy, szczupli i ciemnowłosi. Tu jednak podobieństwa się kończyły. Czytelnik księgi był wyraźnie lepiej zbudowany od kolegi. Kolegi, który wyraźnie nie przykładał żadnej wagi do ćwiczeń fizycznych. Lekki, zwyczajny ubiór Boreasa też mocno kontrastował z elegancką szatą, noszoną przez Walerego.
— Wyjeżdżając widziałem cię z nosem w księdze, wracam i co?
— Walery wskazał brodą leżące na ławce opasłe tomiszcze.
Boreas żachnął się lekko. Przyjaciel dobrze wiedział, że pochłanianie ksiąg to jedno z jego ulubionych zajęć, a mimo wszystko wciąż to komentował.
Tak jak długie spacery po lesie, czy wieczną nieobecność na lokalnych wydarzeniach towarzyskich. Po tylu latach powinien się już przyzwyczaić, naprawdę.
— Ledwie ją zacząłem, a zaraz i tak mam trening…
Waleremu nie umknęła nutka napięcia w głosie kolegi.
— Znowu z mistrzem, co? Ubierasz wtedy wszystko czego ci nie żal jak ci się rozpieprzy, rozpracowałem to już!
Boreas uśmiechnął się nieco nerwowo, czym jeszcze bardziej zaniepokoił przyjaciela.
— Hej, ale chyba jesteś w pełni sił? Ile przed tym odpoczywałeś? Pamiętam jak walczyłeś z nim po treningu z nami, zamiatał tobą jak szmaciakiem jakimś…
— Dzięki za troskę. Tym razem miałem cały dzień na regenerację.
— No tak, dla ciebie nawet godzina to aż nadto… Eh, niezłej wprawy nabrałeś. Ale i ja, wyobraź sobie, sporo ćwiczyłem sobie na wyjeździe.
— Co konkretnie ćwiczyłeś? Pobieranie energii?
— Tak! Słuchaj! Teraz mogę się kompletnie wyprztykać, że ledwo stoję, a już po dwóch dniach jestem jak nowy! I nie czuję wywalenia…
Boreas przewrócił oczyma i odchrząknął lekko.
— Efektu oderwania od rzeczywistości?
— Przecież mówię, nie czuję wywalenia już po półgodzinie! Tylko potem przez właśnie jakieś dwa dni słabowity jeszcze jestem, ciężko mi nawet przychodzi kilka bali podnieść, w obliczeniach się zabawnie mylę…
— Nie wiem czy mądrze jest ćwiczyć regenerację… Wybacz, nie chciałem powiedzieć, że niemądrze ćwiczysz. Po prostu się martwię. Ćwiczyć regenerację z całkowitego wyczerpania bez nadzoru, to nie brzmi jak dobry pomysł. Dobrze wiesz, co się może stać, jak się przesadzi. Jak zaczniesz czerpać bezpośrednio z ducha, albo jak pobierzesz za dużo.
— Przestań, do tego nie ma szans dojść. Zawsze odpływam grubo przed. Czekaj, dokąd idziesz?
— Muszę na trening, na dziedziniec. Chodź ze mną, pogadamy jeszcze chwilę. Ile to cię nie było?
— Trzy tygodnie i dwa dni! Dobrze tak sobie odpocząć. Ha, ale ty to zaraz sobie dopiero wypoczniesz! Niedługo absolutorium, rozumiem, że na tym już będziesz odbierał papierek?
Boreas uśmiechnął się lekko, spojrzał w niebo.
— Tak. Raczej tak, Mistrz już załatwił formalności. Dosłownie kilka dni i będę mógł iść w świat.
— No i prawidłowo! Rany, jak ja się nie mogę doczekać swojego!…
— rozmarzył się adept. — Ale jeszcze trochę mi zostało, taka mać.
— Już od dawna jesteś znacznie potężniejszy od kogokolwiek ze swojego rocznika. Ba, nawet z wyższego! Pamiętam…
Walery radośnie wyszczerzył zęby do wspomnienia, ze śmiechem wszedł przyjacielowi w słowo.
— Pamiętasz? Naprawdę mu się nazbierało! Długo sobie grabił!
— Chyba dobrze o tym wiedzieli — na trybunale dostałeś tylko… Ile?
— Boreas zawahał się, gubiąc się w szczegółach różnych drobnych kar, na jakie zdążył sobie zasłużyć Walery. — Dziesięć dni prac osadniczych? I czego się cieszysz?
— Nie mogli zrobić nic lepszego! — Adept otarł łzę rozbawienia. — Człowieku, zakasałem rękawy i narobiłem sobie takich znajomości z osadnikami…
— Wiesz co, przepraszam cię bardzo… Muszę biec, bo nie zdążę. Weź proszę… — Boreas ruchem głowy wskazał lewitujące za jego plecami tomiszcze. Nagłe uczucie pośpiechu kazało mu wskazać je w sposób szybszy niż wymawianie „W nieznane i z powrotem znów, czyli na fali światła przez Multiwersum — naukowy pamiętnik podróżnika”.
— Ciężka, cholera. Odniosę ci do twojego pokoju. Ciekawe kto mu nosił ten pamiętnik! To musi być prawdziwy bohater tej historii… Ejże!
Nóg nie pogub!
— Dzięki!
Witam szanownych państwa. Jestem Mistrz Julius, administrator placówki. Na wstępie chciałbym powiedzieć, że niezmiernie mi miło, że zechcieli państwo skorzystać z naszego zaproszenia. Mam nadzieję, że należycie się państwem zajęto? Tak? Rad jestem to słyszeć! Proszę, proszę tędy.
Po lewej, jak się państwo z pewnością domyślacie, mamy gmach uniwersytecki. Jest to w gruncie rzeczy odbudowana Laurenthiańska cytadela. Odbudowana i z pomysłem, a wręcz pewną iskrą geniuszu, przerobiona — by lepiej służyła obecnemu celowi. Muszę w tym momencie zaznaczyć, że wstęp na teren Uniwersytetu jest dla osadników surowo wzbroniony. Oczywiście wyłącznie ze względów bezpieczeństwa! Główne wejście prowadzi bowiem wprost na dziedziniec, który służy naszym magom do wielu celów… A żaden z nich nie jest bezpieczny dla ludności cywilnej. Ach, zapomniałem wspomnieć — proszę absolutnie się nie krępować, przerywajcie mi państwo jak tylko będziecie mieli jakiekolwiek pytania! Słucham?…
Tak, oczywiście, że państwo możecie! Jestem do państwa dyspozycji, to jeden z moich obowiązków. Gdy potrzebują państwo spotkania ze mną, przed bramą wejściową stoi tablica informacyjna. Zawsze można na niej znaleźć godziny, w których udzielam porad i wyjaśnień — udaję się wówczas do biura burmistrza w ratuszu. Ratusz mają państwo lekko po prawej i daleko w głąb osady — to ten budynek z wieżą dzwonniczą. Skręćmy teraz między zabudowania. Tak, panienko? Ach, ogrodzone poletka ziemi? Znakomicie. Cieszę się, że panienka zapytała. To wyznaczone miejsca na nowe budynki mieszkalne. Każde, jak Państwo widzicie, ma swoje oznaczenie — tu mamy miejsce C-51. W kwestionariuszach, które otrzymają państwo dziś wieczorem, znajdziecie państwo specjalną rubrykę. W niej, od góry począwszy, należy wpisywać: miejsce pierwszego wyboru, na którym najchętniej byście państwo osiedli, kolejno drugi i trzeci wybór. Zachęcamy też do wpisywania dowolnych dodatkowych kryteriów, jak na przykład prośba o mieszkanie po sąsiedzku ze znajomą rodziną, czy w małej odległości od targu. Zapewniam, że ratusz wnikliwie przegląda wszystkie państwa sugestie, i dołoży wszelkich starań, by wszyscy byli zadowoleni… Tak, słucham pana?…
Rozumiem pańską podejrzliwość, jednak zapewniam, że dotrzymamy słowa. Zarówno budulec, jak i robocizna są całkowicie bezpłatne. Domy budowane są przez naszych adeptów z wyższych roczników w ramach praktyk — oczywiście przy pomocy magii… A co do budulca, cóż. Adepci muszą na czymś ćwiczyć różne magiczne uderzenia, a jesteśmy w ogromnej puszczy. Proszę tylko upewnić się, że kwestionariusz jest wypełniony z jak największą skrupulatnością, a model domostwa zostanie dla państwa dobrany. Późniejsze ewentualne przeróbki są niestety płatne, lub w gestii szanownych państwa. Poza przywilejami… Słucham? Ha — ha, ależ oczywiście, że są państwo potrzebni, ba! Niezbędni! Otóż magowie, proszę sobie wyobrazić, nie potrafią wielu rzeczy. Jedną z nich jest tworzenie pożywienia z niczego. Jakkolwiek każdy wart swej szaty mag byłby upiornie skutecznym myśliwym, to jednak adepci, a tym bardziej Mistrzowie, zwyczajnie nie mają czasu na polowania. Studiowanie tajemnej wiedzy jest ich głównym zajęciem, i nie bez powodu. Ponadto, zawsze w cenie są wszelcy rzemieślnicy, kupcy i artyści. Zapewniam, że wystarczy się dobrze rozejrzeć i zawsze znajdzie się mag lub adept, z którym można rozpocząć wyjątkowo zyskowne przedsięwzięcie.
Oto na przykład mijamy kram pana Wodziwoja. Pan Wodziwój jest kołodziejem. Wyrabia koła wozowe według swej rodzinnej tradycji. Założył spółkę z Mistrzem Aleatorym i jego najzdolniejszym adeptem, kilka razy w tygodniu jeden z nich przychodzi do niego na parę godzin… Co dokładnie robią — nie wiadomo, ale rezultatem owej współpracy są prawie niezniszczalne i cudownie lekkie koła do wozów wraz z niemal beztarciowymi mocowaniami. Z tego co słyszałem, ich spółka dostała olbrzymie zlecenie od armii Królestwa Wyżni. Ogrodzona działka obok nie jest już wolna, spółka stawia na niej drugi warsztat już w przyszłym tygodniu, by mieć jakąkolwiek szansę wyrobić się z zamówieniami.
Teraz z kolei doszliśmy do niezbyt zachęcającego pola ubitej ziemi z rzadko porozstawianymi kramami. Jak Państwo w dzicie, nie jest ogrodzone. Czy ktoś może domyśla się… Tak! Dokładnie, wnikliwe ma pani oko. Wszędzie są ślady wozów — tu właśnie odbywają się targi i jarmarki tematyczne. Najbliższy już za… Dziś jest czwartek? Więc za sześć dni! Tym razem, o ile mnie pamięć nie myli, będą to targi oręża. Mam nadzieję, że zdążycie się państwo zaaklimatyzować do tego czasu, by móc w pełni skorzystać z tego niezwykłego wydarzenia. Mamy też dwa większe, stałe place targowe. Na nich nie ma żadnych restrykcji, są zapełnione w każdy dzień tygodnia!
Ten wielki gmach to hotel dla przyjezdnych kupców. Choć wielu miało zwyczaj spać na pokładzie swoich wozów, pan Alojzy zainwestował spore pieniądze — i pomysł wypalił niesłychanie. Zatrudnia młodszych adeptów, dzięki którym wiele wygód z górnej półki jest w jego hotelu tanio osiągalnych dla każdego. I tak okazało się, że nawet wygoda może tu być chodliwym towarem. Proszę więc popuścić wodze swojej wyobraźni i przedsiębiorczości!
Och. Oto, proszę państwa, dzwon wybija godzinę czternastą. Pozwolę sobie zatem wskazać państwu drogę do zajazdu dla osadników — posiłki i kwaterunek są tam dla państwa darmowe, dopóki nie powstaną wasze domostwa. Muszę się z państwem pożegnać. Szczególnej państwa uwadze polecam tworzenie nowych znajomości. Nasi mieszkańcy wiele wiedzą o zasadach, które tu panują, i są przyjaźnie nastawieni do nowych sąsiadów. Życzę dobrego dnia, i raz jeszcze — witajcie!
Mistrz Administrator cieszył się niezwykłym poważaniem wszystkich magów Uniwersytetu, wliczając w to nawet najstarszych Mistrzów. I to pomimo faktu, że główny zarządca wiedział o magii niewiele więcej, niż losowa wiejska mistyczka. W około osiem lat zmienił bowiem raczkujący ośrodek szkoleniowy w najbardziej rozpoznawalny, wpływowy i zarabiający potężne pieniądze Uniwersytet. Niezależny Uniwersytet Magiczny. Odnowiony z ruin w samym środku głębokiego lasu przez kilkunastu zapaleńców w mniej więcej rok po powrocie magii do łask cywilizowanego świata, pozostawał od początku tylko i wyłącznie w swojej własnej jurysdykcji. Obecnie był poważany wielokrotnie bardziej niż niejedno państewko.
Tak, magowie bardzo doceniali zasługi, jakie dla Uniwersytetu położył Mistrz Administrator. Z pewnością wystarczająco, by ów mógł całkowicie bez obaw, głęboko pogrążony w myślach, przechodzić przez dziedziniec. Nawet wtedy, gdy toczyły się na nim ćwiczebne pojedynki… Choć prawdę mówiąc, trudno byłoby upolować moment, w którym nie działo się na nim nic zagrażającego życiu pozbawionego ochrony magicznych osłon przechodnia. Jednak przecież nikt nie odważyłby się…
ŁUPS!
Mistrz Administrator spokojnie zatrzymał się przy adepcie, który z ogromną prędkością wyleciał z najbliższej strefy wygaśnięcia, by wyhamować na pobliskiej ścianie.
Zdarzeniu towarzyszył huraganowy śmiech niemałej grupki zgromadzonych na prowizorycznych trybunach gapiów.
— Oho, czemu mnie to nie dziwi. Toż to adept Linvail.
Wyraźnie oszołomiony, choć na pierwszy rzut oka nieuszkodzony adept otrząsnął się, silnie zamrugał oczami.
— Mistrzu! Proszę wybaczyć… Uhh. Czy nic się Mistrzowi nie stało?
— Jestem cały, Linvail… Ale co do ciebie, mam pewne wątpliwości. Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, że twoje ciągłe rekonwalescencje sporo kosztują wydział alchemii?
— Cóż — adept ostrożnie splunął na dziedziniec, ponurym ściągnięciem ust zareagował na widok koloru swojej śliny — Utrzymanie infirmerii to pewne koszty stałe, a swoją… Skromną osobą dostarczam katedrze ciekawych przypadków do studiów, tak więc… Pozwalam sobie czuć się rozgrzeszonym.
— Mistrzu Administratorze. — Przeciwnik adepta, jego własny preceptor, zbliżył się jak zwykle niepostrzeżenie i bezszelestnie. Jednak jego ton był nienaturalnie jak na niego donośny. — Linvail. Na dziś muszę kończyć, ale spodziewam się, że ktoś z twoich… Kolegów. Rzuci ci wyzwanie. Nakazuję ci je przyjąć. — W reakcji na te słowa, z grupki szyderców wydobyło się chóralne „Uuu!”, i rozpoczęła się szybka narada. Starszy mag skinął głową w kierunku Administratora. — Życzę miłego wieczoru, Mistrzu.
— Mistrzu Joachimie, wzajemnie. — Administrator obserwował oddalające się plecy maga kręcąc głową.
— Adepcie… W takich chwilach bardzo dziwi mnie twój wybór preceptora. — Adept wyszczerzył się do niego krwawym uśmiechem, ewidentnie ulegając zalewającej go fali adrenaliny.
— Mistrzu — Boreas Linvail ruszył w kierunku wykrzykującego coś pod jego adresem studenta, który stał już gotowy do walki w strefie wygaśnięcia — nie zamieniłbym się z nikim…
Ale jednak, cholera, cholera, cholera… — przeklinał w myślach, próbując znaleźć wyjście z sytuacji. — Nie mam już nic. Już prawie nie czuję nic.
Nawet pieprzonego uderzenia kinetycznego nie dam rady wykonać.
A opcje… Dodatkowe nie wchodzą w rachubę przy tylu świadkach.
I przeciwko takiemu łachmycie. Cholera.
— Co Larwail, cykorzysz?
NIE daj się sprowokować. Nie daj. Dyscyplina. — Wraz ze spokojem, w umyśle maga pojawił się pewien pomysł. — Nie, nie mam już prawie nic sił magicznych. Ale mam jeszcze inne.
— No właź do kółka, przecież Mistrzunio ci kazał!
— Toć idę…
— Jeszcze trochę wolniej, i zaczniesz się cofać! Haha! Wielki prymus Linvail, człapie jak na ścięcie!
W miejscu, w którym przed chwilą stał jego Mistrz, stał teraz najbardziej pewny siebie z jego prześladowców. Trudno o większy kontrast: spokojny, owiany tajemnicą Mistrz magii, potężny ponad wyobrażenie i skrywający swoją potęgę aż do ostatniej chwili… I krzykliwy student, który ledwo zdał Podstawy Psioniki, a przybiera pozy bohatera. Grupka jego kolegów i koleżanek podjudzała go głośnymi owacjami, na które reagował jak prawdziwe bożyszcze tłumów; szczerzył się, unosił ręce w zwycięskim geście, posyłał teatralne ukłony swojej publiczności.
Boreas stanął naprzeciw niego w obsadzonym runami kręgu. W lekkim rozkroku, ustawiony lewym bokiem do przeciwnika… Czekał.
Przeciwnik zaatakował nagle. W połowie kolejnego małpiego gestu złożył się do zaklęcia, otworzył usta…
Ręka Boreasa wystrzeliła do góry, pożytkując resztki energii na uderzenie sporą ilością okolicznego powietrza. Prześladowca zachłysnął się nim, oczy wyszły mu na wierzch, ręce odruchowo uciekły do krtani. Zgromadzona w dłoniach energia wypaliła studentowi prosto w twarz, dodatkowo go oszałamiając…
A Boreas już biegł z zaciśniętymi pięściami.
***
— Boreas? Hej, słyszysz mnie? Pomożesz mi z…
— I tak wiecznie ci pomagam, jasne. Pewnie. No, co tam masz?
— Patrz na ten diagram: ostatnio gasiliśmy księżyc, teraz gasimy słońce? Obiecałeś?
— Fakt, musiało coś takiego być, skoro… No ale człowieku, jesteś tu rok dłużej ode mnie, dlaczego nie weźmiesz się wreszcie w garść…
— Ale… Ty tłumaczysz lepiej niż Arztowski! A ja tak bardzo chciałbym umieć gasić słońca! Naucz mnie!
Gasić… Słońca?… Zwariował? Co tu się…
Zatykam nos, sprawdzam czy…
Och. Aha. Dziedziniec, Mistrz Joachim. Administrator. Walka. I co było po niej? Przegrałem, że nie pamiętam? No to jak nic straciłem przytomność. Tak, przecież wszyscy się na mnie rzucili. Spokojnie… Spokojnie. Panuję nad sobą. No dobrze, to pobudka.
***
Adept otworzył oczy, lecz i bez tego zorientowałby się, gdzie jest. Tak właśnie pachniała infirmeria, o której rozmawiał jeszcze chwilę… Chwilę temu? Zdążył wziąć tylko kilka oddechów i rozpocząć ocenę swojego stanu zdrowia, gdy usłyszał mocny baryton.
— Oho, a któż to się obudził! — biała zasłona oddzielająca izbę chorych od dyżurki odskoczyła, ukazując starszawego mężczyznę. Mistrz Alchemii zawsze ubierał się w białe szaty, z resztkami włosów pasującymi kolorystycznie do ubioru. W głosie słychać było troskę i sympatię.
— Linvail, co ja ci mówiłem ostatnim razem!
— Cytuję: „Linvail, nie chcę cię tu więcej oglądać!” Dziękuję, jak zawsze, Mistrzu Korfanty. Chyba nic mi już nie dolega?
— Poza terminowaniem u sadysty i niezdrową skłonnością do awantur?
— Tak — uśmiechnął się Boreas. — Poza.
— Hmm… — Starszy mag zawiesił głos w udawanej zadumie. — Nie.
Jeśli poza tym, to nie. Tylko będą cię plecy bolały. Tylko albo aż, bo ten wstrząs, kiedy wyrżnąłeś nimi w mur, irytująco rozstroił nam nieosłonioną aparaturę pomiarową. Domyślam się, że zdążyłeś je jakoś osłonić, bo generalnie uszkodzenia samych pleców nie były bardzo poważne?
— Przenieście w końcu główne laboratorium do katakumb…
— Aha, dotrzyj wpierw do Mistrza Administratora, mór na jego duszę. Logiczne argumenty są dla niego niby zeszłoroczny śnieg.
— Ale argumentum ad aurum mógłby do niego trafić. Podliczcie, ile kosztuje powtarzanie pomiarów. I przesadźcie trochę. W tydzień będziecie mieli najgłębszą salę do wyłącznego użytkowania, a wtedy wskazania ani drgną nawet kiedy mocniej powieje… — Boreas urwał, coraz wyraźniej wyczuwając, że jego rozmówca toczy ze sobą jakąś wewnętrzną batalię.
— Coś się stało?
Mistrz Alchemii skrzywił się.
— Naprawdę myślisz, że nie próbowaliśmy, mądralo? Ale, tam. Nie o to chodzi. Nie tego życzył sobie twój preceptor, szanowny Pan Sadysta, ale nie jestem żadnym jego podwładnym. Słuchaj. Za pół godziny zaczyna się rozprawa.
— Co znowu takiego?
— Oskarżyli cię o atak fizyczny podczas przyjacielskiego pojedynku. Wiesz, że oni tu nie lubią jak się komuś pięścią urodę poprawi. Swoją drogą, miałem go tutaj. Siedem ciosów, strategicznie rozplanowane, siła świadcząca o naprawdę złych zamiarach. Aż się przestraszyłem, wiesz. Pomyślałem, że źle cię oceniłem i wariat jesteś. Nie, już wiem co tam się działo, spokojnie.
— A… Czego takiego życzył sobie mój Mistrz?
— Ależ oczywiście żebym cię obudził i poinformował o wszystkim! Za… — wykładowca spojrzał krótko na zegar — Dziewiętnaście minut. Chyba biegiem byś musiał wtedy…
— To nic — przerwał Boreas, gwałtownie wstając z łóżka — Dam sobie radę. Dziękuję, Mistrzu.
— Linvail, oni chcą cię relegować.
Boreas zamarł, wyraźnie się zdenerwował.
— To tak? Tuż przed dyplomem? I za co? O, nie-nie-nie. Przegięliście… Mistrz Korfanty przyglądał się swojemu ulubionemu pacjentowi z rosnącym niepokojem.
— Linvail, przede wszystkim się uspokój.
— Dziękuję, Mistrzu. Na mnie pora.
— Pamiętaj… — starszy mag zawahał się lekko, dobierając słowa. Jako wykładowca, właściwie nie powinien w ogóle angażować się w podobne spory w sposób znamionujący jakąkolwiek stronniczość. Jednak ta konkretna sprawa była dla niego dość oczywista. — Cóż, jestem po twojej stronie. Jeśli będziesz potrzebował pomocy.
Wysoki Trybunał uniwersytetu niemal zawsze zabierał głos w sprawach spornych, które ujrzały więcej niż promyk światła dziennego. Niektórzy uszczypliwie przypisywali ten fakt osobowości rektora, zdradzającej pewne oznaki obsesji kontroli. Inni zauważali, że możliwość zostania zawezwanym przed oblicze Trybunału, którego obradom zawsze towarzyszyła spora widownia, jest bardzo przemyślanym sposobem na skłonienie dowolnych potencjalnych stron konfliktu, by swoje sprawy załatwiać polubownie i bez przyciągania niepotrzebnej uwagi. Która, jako że osobistości zasiadające w Trybunale były dla spraw drobnych mało wyrozumiałe, potrafiła bezpardonowo przywlec ze sobą spory worek wstydu.
Zazwyczaj sesje owego arcyważnego organu uczelni trwały około dwóch godzin. Biorąc pod uwagę, że odbywały się przeważnie raz na tydzień, oraz trzymając jednocześnie w pamięci rozmiary uczelni, nie sposób było nie dojść do wniosku, że w instytucji panuje względny spokój.
Zawezwani na rozprawę przed Trybunałem magowie i adepci nie mieli prawa odmówić stawienia się na niej. Można było natomiast zyskać pewien wpływ na kolejność rozpatrywanych spraw, w ten czy inny sposób. Jakkolwiek niektórzy podsądni korzystali z powyższych w celu realizacji sobie tylko znanych przemyślnych strategii, w rodzaju trafiania w lepszy humor sędziów… Nikt nie lubił być pierwszy.
Powodów było kilka. Po pierwsze, pewien dysponujący niebagatelnym autorytetem naukowym mag o wyjątkowo analitycznym zacięciu ogłosił kiedyś, że „sprawy rozpatrywane jako pierwsze w porządku obrad są według jego obliczeń aż do sześćdziesięciu procent bardziej zagrożone wyrokiem skazującym, niż którekolwiek z kolejnych”.
Pomimo, że mowa o środowisku akademickim, mało kto raczył zauważyć pewien detal. Otóż słowo — wytrych „do” oznacza, że ów stosunek szans według kolejności rozpatrywania mógł równie dobrze składać się z samych sześćdziesiątek, jak i z jednej sześćdziesiątki i kolumny pełnej zer. Większość odbiorców owej ciekawostki statystycznej pozwoliła jej jednak na przejęcie sterów emocji na dość długo. W każdym razie wystarczająco długo, by zdążyła zapisać w głębinach umysłów, że pierwszym podsądnym absolutnie być nie można.
Po drugie, na początku zwykle widownia była liczniejsza niż pod koniec posiedzeń. A kto chciałby prać swoje nieczystości akurat wtedy, kiedy widownia dopisuje najbardziej?
Po trzecie wreszcie, na rozprawie należało pojawić się bezwzględnie punktualnie… Jeśli było się podsądnym. Trybunał miał w irytującym zwyczaju spóźniać się nieco, co sprawiało, że bolesnych kilka — a czasem nawet kilkanaście minut, cóż. Trzeba było spędzić na miejscu przeznaczonym dla podsądnych, usilnie udając, że spojrzenia zbierającej się widowni lekce się sobie waży. Co oczywiste, większość bywalców uniwersytetu bardzo nie lubiła znajdować się w takiej sytuacji.
Dziś w tej właśnie roli znalazł się jeden z kończących już studia adeptów. Jednak on, siedząc na owym ogólnie mocno niepożądanym miejscu, zdawał się być wyłącznie zamyślony.
Rozmyślania o nadciągającym festiwalu głupich min adwersarzy przerwało Boreasowi głośne uderzenie kosturu o posadzkę. Trybunał, w osobie pięciu Arcymistrzów akademii, wkroczył dumnie na salę i zajął swoje miejsca za marmurową ławą. Ucichł gwar rozmów, wszyscy zajęli swoje miejsca.
W skład trybunału wchodzili najstarsi założyciele akademii, na czele z rektorem, którego głos liczył się jednak formalnie tak samo jak każdego innego Arcymistrza.
Tak więc byli wśród nich Arcymistrz Arztowski, specjalizujący się w psionice, zarabiający na wyjątkowo dostatnie życie między innymi inwazyjnym leczeniem chorób umysłowych. Była to szkoła magii bez wyjątku darzona przez wszystkich szacunkiem i strachem — trudna, wymagająca sztuka, która opanowana w stopniu mistrzowskim mogła zdziałać zarówno wiele dobrego, jak i okazać się na setki sposobów dewastująca dla przeciwnika. Wiecznie spokojny, niewzruszony niczym skała, a przy tym bardzo życzliwy Arcymistrz przywołań, hrabia Prądzyński, był bardzo powszechnie wybierany na preceptora i lubiany przez studentów. Arcymistrz Historii, nerwowy i małomówny, jak zwykle szczelnie otoczony utrzymywaną przez większość czasu barierą. Arcymistrz żywiołów z kolei, bardzo lekko podchodzący do wszelkich protokołów, rozsiadł się szeroko i wygodnie, zakładając nogę na nogę i splatając ręce za głową… I oczywiście sam rektor, jak zwykle noszący się bardzo sztywno i nieco na siłę władczy. On też, nie zwlekając, przemówił.
— Dzisiejsze posiedzenie trybunału rozpoczyna rozprawa dotycząca przyjacielskiego pojedynku uczniowskiego, rozegranego dwudziestego Iuliusa tego roku, o godzinie czternastej dwanaście. Oskarżony, proszę o powstanie.
Rozległa się pełna konsternacji, niezmącona żadnym ruchem cisza.
— Adepcie Linvail, czy wiecznie musi pan wszystko utrudniać?
— W rozdrażnionym głosie Rektora brzmiała wyraźna drwina.
Boreas udał zdumienie.
— Wasza Magnificencjo?
Usłyszał parsknięcia, poczuł na sobie pogardliwy wzrok wielu par oczu.
— Kazano ci wstać, Linvail!
— Proszę o wybaczenie — odparł pokornie, lecz wciąż ze zdziwieniem adept, podnosząc się z miejsca. — Nie wiedziałem, że chodzi o mnie.
— Do kogóż innego mielibyśmy się zwracać?
— Za pozwoleniem wysokiego trybunału, czy to nie oczywiste?
Wśród zebranych podniósł się szmer. Boreas wyłowił kątem oka przejętą twarz Mistrza alchemii.
— Młody człowieku, musisz doskonale wiedzieć, że to nie ty złożyłeś pozew. Dopiero opuściłeś szpital… — zaczął łagodnym tonem, ze szczerym zdziwieniem Arcymistrz Prądzyński.
Rektor syknął na swojego kolegę, uciszył go ostrzegawczym spojrzeniem. Dość dyskretnie, by niewiele osób z widowni zdołało to zauważyć.
— Naturalnie, Arcymistrzu — odparł Boreas. — Byłem jednak pewien, że znalazła się w murach uczelni osoba obdarzona poczuciem sprawiedliwości, która wniosła oskarżenie w moim imieniu.
Z rozmachem powróciła cisza, marszczona szelestem kierowanych ze wszystkich kierunków ku preceptorowi młodego mężczyzny spojrzeń.
Niedobrze, niech to szlag… Ci głupcy wszystko zinterpretują jak im pasuje. Wydaje im się, że wytykam to Mistrzowi Joachimowi? Niby on powinien był to zrobić? Co za bęcwały. Eleganckie chwyty na bok, tylko zaszkodzą. Fakty. Nie ma na co czekać, im szybciej zmiażdżę tego sadystę tym lepiej.
— Ja miałem, naiwny, nadzieję że każdy spojrzy na siebie! Dość tego, nie zniosę tej… Bezczelności ani chwili dłużej! Jak śmiecie znieważać Mistrza Joachima choćby spojrzeniami! — Boreas czuł jak krew szumi mu w głowie, napędzana siłą długo gromadzonego żalu i tłumionej latami bezsilnej wściekłości. Szum w uszach zagłuszał nieliczne drwiny widowni, która w większości siedziała jak rażona gromem. — Nie będzie tu żadnego widowiska! Żądam zastosowania serum prawdy!
— Młody człowieku, spokojnie… — Wtrącił się znów dziekan przywołań, jak zawsze najspokojniejszy ze wszystkich. Trudno się temu dziwić — z otchłani Multiwersum można przyzwać monstra, po spotkaniu z którymi już nic innego nie wyda się człowiekowi w życiu straszne.
— Serum kosztuje, a jestem pewien, że do wszystkiego… — Arcymistrz urwał zaskoczony, gdy na podium wkroczył Mistrz alchemii, trzymając fiolkę o oczywistej zawartości.
— Cóż za samowola i zuchwalstwo dominują dziś w tej sali!
— wybuchnął rektor, od dłuższej chwili coraz bardziej czerwieniejący ze złości. — Adepcie Linvail, ma pan głos tylko w odpowiedzi na pytania trybunału! Mistrzu Korfanty, z całym szacunkiem: co to ma znaczyć?
— Szacowny trybunale, panie Linvail — zaczął spokojnie, zmierzając w stronę oskarżonego — niech wolno mi będzie użyczyć tej oto fiolki serum prawdy. Do wiadomości Jego Magnificencji rektora podaję, że pochodzi z moich prywatnych zapasów, a wszystkich obecnych zapewniam o jego autentyczności.
— Niech Bogowie bronią mnie przed wątpieniem w słowa Mistrza Korfantego…
— Wasza Magnificencjo? — W tonie Mistrza Alchemii zabrzmiało niedowierzanie zmieszane z delikatną nutą ostrzeżenia. Nie zrobiło to jednak na rektorze żadnego wrażenia.
— Poproszę jednak Mistrza Arztowskiego o identyfikację.
— Potwierdzam — Odezwał się chrapliwym głosem milczący dotąd Dziekan Psioniki. — To eliksir prawdy. Silny. Kontynuuj, adepcie. Miejmy to za sobą.
Boreas bez słowa ukłonił się, po czym zamaszystym ruchem wypił połowę zawartości fiolki. Wziął głęboki wdech by zwalczyć narastające uczucie otępienia, i wodząc nieprzyjaznym wzrokiem po audytorium, przemówił wolno i dobitnie:
— Zgodnie z regulaminem placu walk, pojedynek, bez głośno i wyraźnie podanych przez wyzywającego zasad, uznaje się za walkę pozbawioną jakichkolwiek zasad, i tym samym wyjętą spod ochrony regulaminu uczelni, zabraniającego w pojedynkach przyjacielskich fizycznego kontaktu! Mój przeciwnik tak spieszył się do walki ze mną, wyczerpanym treningiem, że zaatakował bez podania reguł! — Nawet otępiające działanie serum prawdy nie było w stanie swym po części zobojętniającym na emocje działaniem zamaskować oceanu pogardy, po którym żeglował ton adepta. Głos mu się rwał, gdy działanie eliksiru nie pozwalało na użycie obraźliwych, choć dość trafnych epitetów.
— On i jego… Koledzy… Są więc winni brutalnej, nieuzasadnionej napaści. Fałszywego oskarżenia. Pomówienia. Zeznawania nieprawdy. Samosądu nawet! Dobrze wiecie, że bezbłędnie znam wszystkie tutejsze prawa, prawda? Nie mamy ich szczególnie dużo, to nie takie trudne! Domyślacie się więc co oznacza fakt, że mogę to wszystko powiedzieć na eliksirze prawdy? Jesteście winni, winni, winni! Jeśli moja zdolność logicznego rozumowania i znajomość naszych praw nie podlegają dyskusji, to powinniście już być skazani, na mocy samych moich słów! — Szum widowni wzmagał się wraz z bladością twarzy zamieszanych w zdarzenie. — Może ten… Człowiek specjalnie nie podał zasad, żeby móc mnie sponiewierać w każdy możliwy sposób? Wnoszę o przykładne ukaranie wszystkich, którzy tak sobie na mnie ulżyli, i o usunięcie z uczelni tego… Kogoś, kto nie radzi sobie nawet z… Poniewieraniem kolegami na oparach mocy! Pół fiolki jeszcze zostało, znajdzie się ktoś odważny? Skończyłem!
— Czas, jak mi się wydaje, na pytania Trybunału?
— Zamieniam się w słuch, Magnificencjo!
— Dlaczego tak rozwiązałeś pojedynek, adepcie?
— Mistrz Joachim nakazał mi każdy pojedynek traktować jak walkę o życie, Wasza Magnificencjo. Nie chciałem tej walki. Wiedziałem, że nie mogę jej wygrać przy pomocy czarów. Moje siły magiczne były niemal całkowicie wyczerpane. Kontakt fizyczny był jedyną sensowną strategią, którą zdążyłem wymyślić.
A nie mogłem przecież na uniwerku użyć suprema… NIE. — Przez całe ciało Boreasa przeszedł dreszcz, gdy zdał sobie sprawę, wokół jakich tematów zaczyna krążyć przesłuchanie pod działaniem eliksiru prawdy.
— Nie powiedziałem tego, prawda? Nie powiedziałem. I nie powiem! To przecież nie odpowiada na żadne pytanie! To nie odpowiada na żadne pytanie więc tego nie powiem, nie powiem ponieważ to nie odpowiada…
— Zatem nie był to wyrachowany atak na nielubianego kolegę, adepcie?
— Mistrz Joachim nakazał mi przyjąć tę walkę, magnificencjo. Taktyka była wymyślona na poczekaniu, ledwie zdążyłem złapać oddech. Poza tym, jaki znów atak? To nie ja jego wyzwałem.
— Ale sprawiło ci to przyjemność, adepcie?
— Nauczyłem się czerpać przyjemność z walki, Magnificencjo.
— Nie o to mi chodziło. Bicie kolegi sprawiło ci przyjemność, Linvail. Prawda?
Boreas skierował mściwy wzrok na struchlałego agresora.
— Tak.
— Wasza Magnificencjo — wtrącił się Arcymistrz Psioniki
— Nie rozumiem jaki jest cel badania upodobań pojedynkowych adepta Linvaila, gdy wyszło na jaw, że…
— Nie rozumie pan, Arcymistrzu, że nie jest dobrze szkolić w naszych murach indywidua, które czerpią przyjemność z fizycznej przemocy wobec kolegów?
— Na taką refleksję — odparł zimno Arztowski — chyba trochę późno, prawda? Ten człowiek na dniach będzie już absolwentem. I to z jednym z najbardziej zasłużonych cum eximia laude, jakie pamiętam.
— Przecież cała ta rozprawa…
— Milczcie, Linvail! — uniósł się znów Rektor. — Nadal formalnie jest pan oskarżony, może się pan odzywać tylko na wyraźne polecenie!
Przez salę przeszedł szmer oburzenia, wiele twarzy wyrażało bezbrzeżne zdumienie. Za to widzowie skupieni wokół oskarżyciela w sporej części łapczywie podchwycili temat i coraz głośniej podburzali się nawzajem.
— Cisza! — Oburzył się Arcymistrz historii. — Spokój! Wasza Magnificencjo, nie powinniśmy trzymać się zarzutów?… Panie Linvail, a pan co wyprawia? Proszę nie odwracać się tyłem do trybunału!
— Zapamiętuję twarze — odparł Boreas. Szczerze zaskoczony, że jakiekolwiek słowa wyrwały się z jego ust, wyraźnie się zdenerwował.
— Jednak to pytanie nie miało związku ze sprawą, prawda? Czy Arcymistrz zapomniał jak działa serum prawdy? Może Arcymistrz zaraz zacznie wypytywać mnie o…
— Nie zacznę, już się uspokój, Linvail. To był przypadek, nie ma związku ze sprawą, proszę o wykreślenie z protokołu…
— O, nie — wtrącił się Rektor — to o tym właśnie mówię! Teraz zapamiętuje twarze! Będziesz się mścił na tym kogo zapamiętasz, Linvail?
— To zależy od definicji “mszczenia się”. Nie planowałem wobec zapamiętanych niczego konkretnego. Dobrze wiedzieć komu nie warto ufać, prawda? Szczególnie gdy taką informację zdobywam takim kosztem?
— Ot, serum prawdy, tfu! Jak kto ma trochę sprytu, może nawet w ogóle nie odpowiedzieć na pytanie.
— A skąd, magnificencjo! — parsknął z trybun Mistrz Korfanty.
— Trzeba po prostu ruszyć głową i precyzyjnie je sformułować…
— Czy ktokolwiek — niski, spokojny głos Mistrza Joachima jak zwykle przebił się przez wszelkie inne dźwięki bez najmniejszych trudności.
— ma jeszcze jakieś zarzuty wobec mojego adepta.
Odpowiedziało mu jedynie kilka sekund niezręcznej ciszy.
— Tym razem sensowne, oczywiście — doprecyzował z najdelikatniejszym preludium ostrzeżenia w głosie.
Boreas nawet nie zauważył, kiedy gniew ustąpił miejsca dumie.
To jest mój Mistrz. Ja dostałem się do takiego Mistrza. Cichy i spokojny, a kiedy już się odezwie, wszyscy milkną. Najlżejszy niuans jego tonu mobilizuje najwyższą uwagę tej żałosnej zbieraniny, nikt nie śmie mu się sprzeciwić…
Całkowicie rozluźniony Arcymistrz Żywiołów, dotąd przyglądający się sprawie z lekkim rozbawieniem i umiarkowanym tylko zainteresowaniem, ostentacyjnie rozejrzał się po składzie sędziowskim, przewrócił oczami i zamachał odganiająco ręką.
— Nie, jak sądzę, Mistrzu Joachimie. Sprawa jest rozstrzygnięta. Chyba, że któryś z mistrzów chciałby zabrnąć za daleko.
— Tak też myślałem. W takim razie ze mną, Linvail. Mamy wiele do zrobienia przed… Twoim absolutorium.
Adept bez słowa sprzeciwu, posławszy ostatnie urażone spojrzenie sędziom, podążył za swoim Mistrzem do wyjścia.
Wieża Mistrza Joachima była dziwnym konstruktem, gryzącym się lekko ze stylem reszty uniwersytetu. Sprawiała wrażenie jakby jej uparty mieszkaniec przez wieki odmawiał poddania jej renowacji razem z resztą budowli.
Smukła przez większość swojej wysokości, blisko szczytu znacząco zwiększała swoją średnicę by zakończyć się jednym wielkim, obłym piętrem, zwieńczonym szpiczastym zadaszeniem.
Wewnątrz, jedyne użytkowe piętro wieży było jeszcze dziwniejsze niż jej konstrukcja. W pozornie losowym układzie były tam porozstawiane ciężkie stoły z ciemnego drewna, obstawione mnóstwem tajemniczych aparatur, substancji, a czasem nawet żywych tematów badań.
Regały z tysiącami egzotycznych ksiąg porozstawiane były tak, jakby właścicielem pomieszczenia było dziecko, które ogromnie lubi bawić się w chowanego.
W wieży nie brakowało także wyjątkowo dziwnych obiektów, takich jak na przykład ogniście połyskująca księga pokaźnych rozmiarów… Lub sporej wielkości batalistyczny obraz w ramie przedziwnego kształtu, którego sceneria powoli, lecz bezustannie poruszała się — a czasem całkowicie zmieniała.
Jednak szczególne miejsce, na niewielkim drewnianym podwyższeniu, zajmował wygodny fotel z wybornej skóry. Dookoła niego piętrzyły się stosy ksiąg, nie do końca zapisanych lub pokreślonych pergaminów, kilka piór i kałamarzy. Na podłodze, tuż przy jednej z nóg fotela, leżało pięć metalowych kulek. To właśnie w nim Mistrz Joachim spędzał największą część swojego wolnego od zajęć akademickich czasu, próbując odkryć arkana starożytnych cywilizacji, planując eksperymenty, wyprawy, kierunki badań… I zajęcia dla swojego ucznia. W nim też właśnie siedział, gładząc delikatnie skórzaną poręcz. Jak na jego codzienny styl bycia, był w wyjątkowo dobrym humorze.
— Bardzo dobrze sobie poradziłeś, Linvail. — Na zmęczonej, poobijanej twarzy Boreasa wykwitł uśmiech.
— Dziękuję, Mistrzu!
— To był przedostatni test. Widzę już, że nauczyłeś się myśleć szybko. Wiem też, że nie uważasz już godzin spędzonych na nauce praw za stracone. — Żarty, nawet tak subtelne jak ten, nieczęsto dało się słyszeć w wykonaniu tego konkretnego maga. Jego uczeń wyszczerzył się w uśmiechu.
— Tak, Mistrzu.
— Pamiętaj, prawa miejsc w których przebywasz musisz zawsze mieć opanowane perfekcyjnie. I to jeszcze zanim przekroczysz ich granice. Nie zaniedbasz tego nigdy. — Mistrz Joachim zadowolił się poważnym skinieniem głowy adepta. — Dobrze zatem. Ostatnim testem będzie twoja samodzielna wyprawa. Udasz się na Plan Lodu. Znajdziesz miejscowego żywiołaka, pobierzesz próbki. Dziesięć wystarczy. Jak chcesz, weź też dla siebie. Zależy mi szczególnie na rdzeniu. Ma być nienaruszony.
— Tak, Mistrzu.
— To ma być czyste i szybkie. Wchodzisz, robisz swoje, wychodzisz. Raz, dwa, trzy.
— Tak, Mistrzu. Rozumiem, że Mistrz zidentyfikował już klucz?
— Starszy mag przytaknął.
— To nie byle zabawa, więc masz dwa dni na regenerację.
Oczywiście…
— I tak nie zapomnij ćwiczyć. Tak, Mistrzu. — Mistrz Joachim spojrzał na niego dziwnie, jakby próbując odgadnąć, czy jego adept nie naigrywa się z niego. — Przepraszam, Mistrzu.
— Nic to, Linvail. Rozumiem, rwiesz się do tego. Koniec na dziś. Dziś wyjątkowo już nic nie rób. Wróć tu… Który mamy dzień tygodnia.
— Jest… Piątek, Mistrzu.
— Tak. Tak. Wróć w poniedziałek wieczór. Bądź na wtedy gotowy.
Dwa dni według własnego uznania… Coś takiego nie zdarzało się często. Ostatni raz…
— No hej, Borek!
Adept uśmiechnął się do wołającego.
— Jaksiemasz, Walery. Co dzisiaj ciekawego robiłeś?
— Ja? Co ty, zgrywasz się? To nie ja byłem dzisiaj przed trybunałem! Byłem na widowni, ale jajca! Mało się nie posrali jak do nich dotarło…
— Że nie podał reguł…
— No! No właśnie!… Hahaha, mówię ci! Wiesz, nawet nikt nie wiedział, że to było od razu po twoim treningu, dopóki sam…
— Byłeś do końca? Jak to się skończyło? — Od przyjaciela Boreasa biła młodzieńcza radość i optymizm. Rozczochrana grzywa tańczyła na wietrze, który przynosił od niego zapach dobrego wina.
— Arcymistrzowie zaczęli cisnąć rektorowi!
— Poważnie?
— No a jak! — Walery wykrzywił się w prześmiewczym grymasie.
— Pry, rektorze, na fakty nie zważacie, jakoweś krucyjaty własne osąd wam przesłaniają, ujmuje to godności i powagi uczelni… — Boreas uśmiechnął się półgębkiem.
— Faktycznie tak to wygląda, co nie? Jakby się uwziął na mnie. Staram się nie zwracać uwagi na takie sprawy… Mistrz Joachim wyraża się z pogardą o… — Młody mag wyraźnie zafrasował się.
— No wiesz. Jeśli twój mistrzunio ciśnie, żebyś się nie przejmował opinią innych, to może tak samo nie powinieneś się aż tak zagryzać o spełnianie jego wymagań, hm? I tak wymiatasz, facet. Wszyscy wiedzą, że gdybyś nie był po godzinie ostrego treningu, rozpierdoliłbyś całą tę zgraję jakoby gówno po ugorze — Walery klepnął przyjaciela w plecy. — Poza tym, mówi się, że to nie o ciebie rektorowi chodzi. Słyszałem, że ma na pieńku z twoim mistrzuniem. A ty, no wiesz. Znalazłeś się między młotem a kowadłem, więc wychodzi na to… Że obrywasz… Tak jakby przypadkiem.
Adepci szli chwilę w ciszy.
— Hm. To nie jest mina pocieszonego kumpla. O co ci chodzi, Borek?
Boreas stanął nagle. Szerokim, gwałtownym gestem omiótł pałac uniwersytecki.
— O to! O to wszystko!… — Walery milczał, ciekaw czy jego przyjaciel otworzy się w końcu. Po krótkiej chwili Boreas powoli, jakby z namysłem, podjął temat.
— Pamiętasz pierwszy rok?
— O paanie, to wieki temu było! A co konkretnie?
— Sam właściwie nie wiem. Po prostu… Już od początku coś było nie tak. Nie zrozum mnie źle, nie użalam się nad sobą. Ale od zawsze czułem, że inni mnie unikają.
— Inni? W sensie inni adepci?
— Mhm. I dlaczego, bo uczyłem się więcej niż inni?
— Więcej, dobre sobie. Zawsze miałeś jakąś księgę w rękach.
— Przecież to jest MAGIA, ludzie! Jak możecie jej nie łaknąć! Jak możecie, nie wiem… Wlewać w siebie alkohole, gadać o niczym i prześcigać się w… Głupotach, tańcach, wydawaniu złota na byle bzdury… — Boreas urwał, przestraszony nagłą zmianą energii bijącej od przyjaciela.
— No toś mnie ładnie do jednego wora wrzucił z bandą bumelantów, Borek. Myślałem, że lepiej się znamy.
Boreas poczuł się strasznie podle. Zazwyczaj pilnował każdego słowa, by miało idealnie odpowiednie znaczenie. Ceniła to zarówno kultura, w której się wychował, jak i jego obecny preceptor. Jednak wciąż wystarczy by temat zrobił się nieco bardziej osobisty i emocjonujący… I taki nietakt.
— Nie, ja… Przepraszam cię. Bardzo. Nie to miałem na myśli, nie chciałem cię urazić. — Boreas nisko skłonił głowę przed przyjacielem. — Proszę, przyjmij moje przeprosiny.
— Wiesz, zawsze się zastanawiałem, czy na mnie też patrzysz tak jak na tę swołocz, która jest tu tylko dlatego, że ich bogaci tatusiowie sobie tego zażyczyli.
Boreas spojrzał prosto w oczy przyjaciela i z całą mocą zaprzeczył.
— Nie jest tak. Jesteś wiele Echlones ponad nimi. Masz prawdziwy talent. I tę swobodę, z którą podchodzisz do życia, której z jednej strony ci zazdroszczę… — Adept zawiesił na chwilę głos, szukając jak najbardziej dyplomatycznego wyrażenia tego, co od dawna chciał powiedzieć przyjacielowi. — Lecz przyznaję, z drugiej strony zastanawiam się, czy cię nie ogranicza. Dlatego właśnie, że mam bardzo wysokie, Walery. Bardzo wysokie zdanie o twoich możliwościach.
Walery wyraźnie się rozpogodził, jak zwykle nie dostrzegłszy w przyjacielu ani śladu fałszu.
— Echlones, ładne słowo. Co oznacza? — Adepci podjęli swój marsz w kierunku wioski osadników. Po kilku krokach Boreas z pewnym oporem podjął temat.
— Wiesz, że nasze społeczeństwo jest… — W jednej chwili nadgorliwy umysł przywołał niechciane przebłyski wspomnień wygnania. Wyrwały z jego piersi głębokie westchnienie i kazały natychmiast się poprawić: już nie mógł mówić „nasze”. — Społeczeństwo Elfów. Wiesz, że jest kastowe, prawda?
— Ba.
— Dzieli się właśnie na Echlones. Tak właśnie traktują mnie tu inni adepci, poza tobą i kilkoma innymi wyjątkami, oczywiście.
— I tymi wszystkimi cwaniakami, którzy cięgiem chcą żebyś coś im tłumaczył, haha!
— Tak, każdy potrafi być uprzejmy, kiedy czegoś potrzebuje, prawda?… Co to wtedy oznacza, taka uprzejmość? Nic. A większość naprawdę traktuje mnie jakbym był co najmniej dwa Echlones niżej. Na przykład jakbym był Arlateri, „zbieraczem”, czy też dosłownie „znajdującym-w-drodze” i próbował rozmawiać z Navarendi, „Tym-który-rozrywa” — wojownikiem. Albo jeszcze gorzej, z druidem! Tak samo byłbym potraktowany… A właściwie nie: wtedy okazano by mi chociaż jakiś minimalny szacunek przy spławianiu mnie. A przecież tu nie ma takich podziałów. Przecież nigdy tu nikogo nie potraktowałem źle, czy z wyższością. Nigdy…
— Noo, nigdy. — Przerwał mu przyjaciel. — Nigdy nie wpadłeś na imprezkę, nie zagadałeś z własnej woli do kogokolwiek do kogo nie musisz. Nigdy nie było widać, że potrafisz się rozluźnić, bawić! Jesteś dziwak dla nich, Boreas. Ha, dla mnie z resztą też!
— I to wystarczy, żeby dochodziło do takich scen jak dzisiaj?
— Przestań, nie obruszaj się na mnie, przecież nikogo nie usprawiedliwiam. Wiesz co chcę powiedzieć? Chcę… — Mimo, że Walery wiedział, że nie ma się czego obawiać ze strony kolegi, kontynuował myśl z wyraźną ostrożnością. — No, to jest tak, że jak ludzie czują, że się od nich odcinasz, to… Po prostu ci na to pozwalają. Ale i tak nie było przecież źle… Dopóki nie skumaliście się z Joachimem.
Boreas skrzywił się.
— Poważnie? Wtedy się rozkręciło?
— Poważnie. Wtedy miałeś już przejebane z góry na dół, ciągle byłeś zajęty, bez przerwy trenowałeś. Nie dziwię się, że to przegapiłeś. Powiem ci, że sam w sumie tego nie ogarniam. Przecież Halavan też jest głupim sadystą — Walery spojrzał na przyjaciela z ukosa, nie chcąc przegapić śmiesznie zniesmaczonego grymasu, który zawsze pojawiał się, gdy ktoś obrażał Mistrza Joachima — a jednak jego adeptom raczej ludzie współczują, a nie…
— A nie się z nich śmieją, et caetera. No ale mówię ci… Ja z drugiej strony wiem, że nie powinno mnie to w ogóle ruszać, że to nie jest powód do zmartwień. „Tenor Arle vis Avores, de li tes telanor” — „Poznasz drogę po wrogach, którzy ci ją zagrodzą”. To takie elfickie powiedzenie.
Chodzi w nim o to… Że jeśli wybrałeś dobrą drogę, zagrodzą ci ją ludzie źli. Jeśli ścieżkę mądrości, ludzie głupi. A jeśli twoją drogę zagradzają dobrzy ludzie… To poważny sygnał, że może dokonujesz złych wyborów.
— Niezbyt to odkrywcze, jak mam być szczery.
— Dla ciebie zapewne nie, ale pomocne. Taki drogowskaz na dodatkowy punkt widzenia, kiedy ma się wątpliwości. Kiedy elf nie jest pewien czy dobrze czyni, ocenia tych którzy mu przeszkadzają to czynić. Jest wiele legend, które przytaczają tę zasadę. I choć zazwyczaj nie kończą się dobrze dla samego głównego bohatera, to okazuje się, że na dłuższą metę miał rację kierując się tym kryterium. Jest na przykład ballada…
— Wybacz Borek, chętnie posłucham, ale najpierw chciałem zapytać…
— Mmm?
— Dokąd my właściwie idziemy?
Boreas wybuchnął śmiechem.
— A niech cię, myślałem, że ty gdzieś idziesz, szedłem za tobą!
— A ja, że ty… Ejże, nie idziesz w żadne konkretne miejsce? Leziesz sobie bez celu?! Ty?
— Aha. Mam, wyobraź sobie, dwa dni wolnego.
— Ooo nie, przyjacielu. Ooo nie! To my tu skręcamy w lewo!
— A co jest w lewo? — skrzywił się podejrzliwie Boreas.
— Lokalik z największą ilością ładnych dziewczyn na metr kwadratowy w okolicy!
Lokalik okazał się całkiem przytulną gospodą z rodzaju przybytków dla nieco wyższych sfer. Pierwszym na co zwracało się uwagę był stojący na wcale dużym parkiecie kwartet smyczkowy, dzięki któremu taneczna muzyka klasyczna wypełniała miękko całą izbę. Na miejsca siedzące w większości składały się wygodne kanapy, powykręcane i pozastawiane eleganckimi donicami z roślinnością w tak wymyślny sposób, że niemal każdy stół był oddzielną enklawą ze sporą dozą prywatności. Długa lada przy lewej ścianie od wejścia świeciła raczej pustkami. Goście w większości zajmowali owe kreatywnie pozasłaniane enklawy prywatności… Lub zabawiali się rozmową w mniejszych i większych grupkach stojąc wokół ewidentnie specjalnie do tego skonstruowanych, podwyższonych stołów.
Boreas od samego wejścia wsłuchał się w muzykę, nie zwracając większej uwagi na nic innego. Tymczasem jego przyjaciel prowadził go pomiędzy roślinnością, wskazując jedną z takich grupek.
— O, popatrz, grają w latające krzesła! Dalej, pokaż im!
— Grupka adeptek, chichocząc, przyglądała się kilku kolegom, którzy na zmianę starali się utrzymać w powietrzu jak najwięcej elementów wystroju wnętrza. Aktualny zawodnik ze skupieniem wydzierganym chyba cepem na twarzy trzymał w telekinetycznym uścisku sześć krzeseł.
Boreas przewrócił oczami.
— Daj spokój, Mistrz Joachim zawsze powtarza, żeby się nie prze…
— Mistrz-Joachim, Mistrz-Joachim. Dzisiaj masz wolne, tak? No to dzisiaj posłuchasz się mnie! Panie i panowie, proszę o uwagę! Oto zgłaszam następnego zawodnika: mój dobry przyjaciel, Boreas Linvail! Panie starszy, wina! — Boreas westchnął, otworzył usta by zaprotestować, ale jeden z adeptów skinął zapraszająco.
— A dobrze, prosimy bardzo! Aktualny rekord wynosi osiem krzeseł oraz stół z drinkami — bez rozlewania! Dowolne meble w izbie!
— No dobrze… Jak długo muszę je utrzymać? — Boreas starał się nie patrzeć na stadko przedstawicielek płci pięknej, odganiał od siebie natrętne wrażenie, że śmieją się z niego.
— Och, wystarczy kilka sekund.
Boreas rozejrzał się, wyciszył. Z prawdziwą przyjemnością oddał część umysłu we władanie wypełniającej lokal muzyki. W jej takt powoli, szeroko gestykulował. Walery pokręcił głową z niedowierzaniem jak za każdym niemal razem, gdy miał okazję obserwować przyjaciela w akcji. Boreas posługiwał się Motus z taką wprawą, że wyglądało to jakby od wielu lat był dyrygentem przygrywających muzyków. Każdy ruch był pięknie wpasowany w rytm i takt. I każdy ukierunkowywał olbrzymie ilości energii. Wreszcie Boreas zamarł, z zamkniętymi oczami, z wyciągniętą przed siebie dłonią…
I zaczął ją delikatnie unosić. Na początku nie widać było żadnych rezultatów, pojawiło się kilka uniesionych brwi i szyderczych uśmieszków. Jednak ktoś w końcu zauważył. Jedna z młodych magiczek westchnęła głośno, wskazała palcem. Towarzystwo oniemiało, gdy zauważyło, że uniosły się wszystkie meble na sali. Walery wytężył zmysły, i zauważył coś jeszcze: nawet z podnoszonych stołów delikatnie podniosły się elementy zastawy… Zaledwie o pół centymetra, i tak delikatnie, że żaden z korzystających z nich gości niczego nie zauważył. Po krótkiej chwili wszystkie meble zaczęły równie ostrożnie opadać, by w końcu dotknąć podłogi. Boreas otworzył oczy i delikatnie się ukłonił.
— Nowy rekord to od teraz pięćset osiemdziesiąt siedem… Obiektów wszelakich.
„Dobra robota, Borek!” odezwał się telepatycznie Walery, przesyłając mu obrazek patrzącej na niego ukradkiem złotowłosej piękności, razem z mentalnym równoważnikiem radosnego wyszczerzenia zębów. Kolejnym przesłanym obrazkiem była niewyraźna scenka, w której Boreas oddaliwszy się w jakiś ustronny kąt, za chwilę powinien natknąć się na złotowłosą piękność.
Cóż. — pomyślał, lekko zakłopotany. — Powiedziałem „A”. Powiem i „Be”.
Uśmiechnął się lekko, i zwyczajnie odszedł od oniemiałej grupki adeptów. Skierował się ku relatywnie opustoszałemu krańcowi izby, gdzie znalazł mały, wolny stolik. Rozsiadł się na nim wygodnie i skinął kelnerowi.
Nie minęło dużo czasu, gdy pojawiła się złotowłosa.
— Cześć… Czekasz na kogoś? — Duszący zapach słodkich perfum uderzył w nozdrza z intensywnością amoniaku. Boreas nie zdołał się opanować, lekko odkaszlnął.
— Możliwe… — „Możliwe”? Że co? I jak ja to mam teraz zamienić w jakiś flirt? O, wiem… — Możliwe, że na…
— Och. To nie mogę się przysiąść? — Dziewczyna miała przyjemny, choć dziwnie na siłę zalotny głos.
— Ależ proszę. Kelner powinien niedługo podejść, zjesz coś?
Rany, oczywiście że nie zdążyłem tego uratować. Zawsze jakaś gafa. Dlaczego ja się tak stresuję?
— Chętnie — uśmiechnęła się dziewczyna. — Jestem Dalia.
— Jak ten kwiat. Ładnie. — Kolejny uśmiech. — Boreas, miło mi.
— Tak właśnie myślałam. Tu jest słabe światło, nie byłam pewna. To ty byłeś dzisiaj przed trybunałem?
— Tak się złożyło.
Na chwilę zapadła niezręczna cisza. Przerwał ją lekki śmiech Dalii.
— Ciężko pociągnąć cię za język, Boreas!
Gwałtowny ruch znad prawego ramienia dziewczyny przyciągnął wzrok adepta. To Walery kręcił głową z dłonią na twarzy. Zauważywszy spojrzenie przyjaciela, wytrzeszczył oczy i wykonał zabawną pantomimę, którą Boreas odczytał jako „gadaj z nią, jeleniu!”. Zwłaszcza symulacja rozłożystego poroża była bardzo wymowna.
— Wybacz, jestem trochę zamyślony. Zaskoczyłaś mnie, pojawiając się tak znienacka! Może powiesz coś o sobie? Chętnie czegoś bym się o tobie dowiedział.
O rany. — niewiele brakowało by adept pacnął się dłonią we własne czoło, niedowierzając swojej niezręczności. — Czy ja to naprawdę powiedziałem? Naprawdę nagle straciłem zdolność składnego wyrażania się?
Dziewczyna jednak wyraźnie rozluźniła się, założyła jedną nogę na drugą. Średniej długości sukienka ukazała bardzo estetyczne kształty.
— O mnie! A co konkretnie chciałbyś wiedzieć?
— Hm, dlaczego właśnie magia? Co cię tu przyciągnęło? Nasz fach jest wciąż, cóż. Niemile widziany w większej części kontynentu. Wszyscy nasi wykładowcy musieli latami unikać kontaktu z kimkolwiek, żeby nie musieć…
— Och, na studia wysłali mnie rodzice. Uznali, że muszą mi znaleźć jakieś zajęcie! — Dalia przewróciła oczami. Boreas także. Tyle że w myślach, i ze trzy razy. Bynajmniej nie adresując tego do rodziców Dalii. — Co mi się tu podoba? Są tu naprawdę fajni ludzie, dużo fajnych miejsc… Lubię spędzać czas z przyjaciółmi. A ty? Co ci się tu podoba najbardziej?
— Biblioteka — odparł bez zastanowienia Boreas.
— Biblioteka?…
— O tak. — Boreas zignorował przyjaciela, kręcącego z niedowierzaniem głową trzy stoliki dalej. — Mamy tu największy usystematyzowany księgozbiór, który nie został poddany wojennej Inkwizycji w promieniu trzystu kilometrów, lekko licząc. Możliwość darmowego korzystania z tych zbiorów to wystarczający argument za studiowaniem tutaj!
— O… I co ciekawego znalazłeś… W tej bibliotece? — Dalia wyraźnie przygasła, a w jej pytaniu była wyłącznie wyprana ze śladów zainteresowania grzeczność. Ale Boreas nie był już w stanie tego zauważyć, oczyma duszy znów przeglądając swoje ulubione pozycje.
— Aż nie wiem od czego zacząć, naprawdę. W pewnej księdze znalazłem wzmianki o planie składającym się tylko i wyłącznie z wody. Wyobrażasz to sobie? Plan, który jest wyłącznie wodą, dzięki unikatowemu składowi chemicznemu przejrzystą jak żadna inna… Jego przestrzeń jest podobno tak wielka, że nie zmierzono jej rozmiarów, nie znaleziono krańca w żadnym kierunku! Nie mam pojęcia jak to w ogóle jest możliwe, żeby taki Plan zaistniał! Dodaj do tego brak dominującego źródła grawitacji — autor, Edmund Strzelec, arcymag dawnego Kręgu Poszukiwaczy, miał z tego powodu straszne problemy z nawigacją. I to pomimo prób stosowania prowizorycznych żyroskopów. W przeciwieństwie, wyobraź sobie, do tubylców! Plan ten jest ponoć pełen życia, w tym wybitnie inteligentnego! Kiedy czytałem te zapiski, obiecałem sobie, że kiedyś muszę się tam wybrać…
— Ciekawe…
— Inny plan z kolei miał się składać głównie z powietrza! Znacznie bardziej nasyconego dwutlenkiem węgla niż nasze i o większym ciśnieniu, plus tam była wyraźna grawitacja, co oznacza, że gdzieś na dole musi być coś o ogromnej masie — jednak uczonemu który to opisywał nie udało się dotrzeć na ów „dół”, czy „spód” przez cały okres trwania wyprawy — prawie cztery miesiące! Po drodze do jądra planu widywał wiszące pałace, które jakimś cudem utrzymywały stałą pozycję, zamieszkane przez przedziwne rasy inteligentnych istot…
Boreas widział, że dziewczyna przypatruje się własnym paznokciom, i traci zainteresowanie rozmową. Widział to, ale tego nie zauważał.
— Och, to istnieją takie miejsca?…
— Multiwersum jest ogromne. Niektórzy twierdzą, że stale się rozszerza, inni, że jest nieskończone, jeszcze inni — że ogromne, lecz skończone, a rozszerzanie to iluzja przesunięcia ku czerwieni spowodowana krzywizną przestrzeni, w skrócie rzecz ujmując…
— Rozmarzony ton Boreasa przeciągał słowa, gdy zastanawiał się nad najbardziej odpowiednimi określeniami. — Biblioteka jest dla mnie taką… Wielką skrzynią ze skarbami. Wiele ksiąg, ba, zdecydowana większość, jeśli czytelnik jest uważny, okazuje się zawierać wskazówki… Drogowskazy do wielkich tajemnic. A cała uczelnia pomaga nam rozwinąć wystarczające umiejętności, by po nie sięgnąć…
— Och, przepraszam cię bardzo! Na mnie już chyba pora — Dalia wstała. Wyglądała jakby właśnie przypomniała sobie o czymś niezwykle istotnym. — Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś porozmawiamy! Pa!
— Hm, no cześć… — zdezorientowany Boreas spoglądał za dziewczyną z rosnącym niesmakiem. To o czym ona chciała rozmawiać, do licha?…
— Borek, jak ty potrafisz spieprzyć…
— Siadaj. Jakiś kelner powinien się wkrótce pofatygować, zjemy coś. Ale zamów mało, bo coś czuję, że będziesz tyle kłapał dziobem, że na jedzenie czasu ci nie starczy.
— A bo i mam o czym, jeleniu!
— Skończyłbyś z tym jeleniowaniem. Nie mam nawet poroża.
— Ale jej facetowi mógłbyś je przysporzyć! O ile go ma. To nie, ty wolisz…
— Rozmowę na poziomie? — przerwał mu obcesowo Boreas — Z kimś na poziomie? Wiem, że to nieładnie ferować wyroki po jednej krótkiej interakcji, ale panna Dalia lepiej by się odnalazła… W jakimś, bo ja wiem. Kółeczku plotkarek miejskich?
— Może tak, może nie. To co, żeby pobaraszkować z panną to ty… Wymagasz co, czego ty wymagasz, kwalifikacji naukowych?
— Przestań. To przecież normalne, że każdy ma inne gusta. Ty nie lubisz brunetek, mnie odrzuca od płytkości i głupoty. Tyle.
— No to chyba jednak nie będę za dużo dziobem kłapał. Masz swój typ, ona w nim nie była, koniec tematu. Dobra! Niech ci będzie. Takie argumentum do mnie przemawia. Następnym razem znajdę ci taką, że nie będziesz się do niczego mógł przyczepić!
Boreas przewrócił oczami.
— Waldek… Ty jesteś jakaś moja swatka czy co? Co się tak upierasz, chłopie?
Walery spojrzał na Boreasa z sympatią, uśmiechnął się.
— Jesteś moim kumplem, Borek. Chcę dla ciebie dobrze. Tylko to i aż to.
— Dzięki.
— No i uwielbiam patrzeć na cyrki pod tytułem „Borek Nieśmiały i płeć przeciwna”!
— Panowie. Czy mogę przyjąć zamówienie? — Kelner bardzo profesjonalnie podkradł się do adeptów.
— Witaj Ludwiku! Dla mnie danie dnia. Z jakimś odpowiednim do niego winem.
— Panie Walery, dobry wieczór. Naturalnie.
— Ja chciałbym zapytać, co pan poleca? — Kelner uśmiechnął się profesjonalnie, wziął do ręki kartę i bez wahania wskazał konkretną pozycję.
— Brałbym to w ciemno, panie…
— Boreas Linvail, miło mi.
— Panie Linvail. Kucharz lubi to przygotowywać, a wszystkie składniki będą z najświeższej dostawy. Gwarantuję, że będzie pan zadowolony.
— Bardzo dziękuję. Poproszę zatem.
— Czy coś do picia?
— Coś bezalkoholowego… Co będzie pasować do dania!
— Borek, papuga…
— To papuga czy jeleń w końcu?
— Za chwilę wrócę z daniami, panowie.
II. Reingressus in Mundum
Znów-wejście do świata
Boreas otworzył oczy. Z przyzwyczajenia podniósł dłoń, by zatrzymać księgi. Zdziwił się lekko, gdy stwierdził, że karty się nie ruszają.
Ach. Przecież dziś jeszcze jest wolne. Zasypiałem czysto rekreacyjnie.
No dobrze. Co dziś muszę zrobić? Oddać księgi. I Mistrzowi Korfantemu cały pożyczony sprzęt. Jutro już tylko ostatnia rozmowa z Mistrzem, wyprawa na Plan Lodu, ceremonia… I? Wolność!
Energicznie wygrzebał się z cienkiej narzuty, ukazując dobrze wyrzeźbioną, szczupłą sylwetkę. Jedną myślą zamknął okno. Choć w pokoju było dość zimno, ubrany jedynie w bieliznę adept nie miał nawet gęsiej skórki. Zrobił głęboki wdech, przywołał przed oczy wyobraźni ulubione jezioro w okolicy i wprawnie otworzył portal. Wzniósł się kilka centymetrów nad posadzkę, ostrożnie przeleciał na drugą stronę. Przenosząc się na tak krótką odległość nie zdążył nawet zarejestrować żadnego z towarzyszących teleportacji fenomenów.
Otoczyła go piękna, mącona jedynie miękkimi odgłosami leśnej natury cisza. Delikatnie szumiały drzewa, z rzadka śpiewały ptaki. Jakieś pięć metrów pod jego stopami błyszczała lodowata woda, dość przejrzysta by nawet na środku jeziora można było podziwiać dno.
Pobieżny skan nie wykazał żadnych anomalii. Adept skupił się na pewnym szczególnym miejscu tuż pod mostkiem, skąd do całego jego ciała zaczęło płynąć gęste jak roztopione głazy ciepło. Jego oddech zmienił się. Wdechy stały się ostre, możliwie jak najgłębsze, a wydechy krótkie i spokojne, ewidentnie nie oddające całego przyjętego powietrza; najwyżej połowę. Nagle oddech zatrzymał się po solidnym wydechu.
PLUSK!
Zimno już od dawna nie atakowało go, jak większość mieszkańców strefy umiarkowanej. Było dobrym znajomym, z którym tak gwałtowne spotkania odczuwał jako potężne zastrzyki energii. Całe ciało było jak podgrzewana od środka zbroja, którą otoczenie musi wciąż chłodzić, by nie usmażyła swojego właściciela.
Adept podziwiał widoki, opadając powoli na dno. Nigdy nie nudziło mu się obserwowanie grup małych, kolorowych rybek w ich pozornie pozbawionym sensu tańcu zmienianego wciąż kursu. Delikatnego falowania wodorostów. Półprzezroczystych postaci pięknych kobiet, sunących ku niemu pod wodą.
CO?!
W ułamku sekundy adepta otoczyły wszystkie znane mu osłony. Znad powierzchni z bulgotem wpadł do wody wielki bąbel powietrza. Znacznie kurcząc się po drodze, szybko otoczył Boreasa, który już był gotów do walki.
Kobieca postać wciąż podpływała, lecz dziwnie zasłaniała usta dłonią. Prawie tak, jakby…
Heh. Ona się ze mnie śmieje? Nawet niematerialne się ze mnie…
Woda delikatnie zatętniła, gdy postać otworzyła usta, lecz do Boreasa nie dotarł żaden dźwięk. Adept postanowił zaryzykować. Wziął spory wdech i puścił powietrzny bąbel. Znów znalazł się w wodzie.
„Powtórz, proszę”, powiedział telepatycznie do dziwnej istoty.
„Rzekłam, iż nie sądziłam, żeś tak strachliwy”, odpowiedziała mu z lekkim chichotem woda jeziora. Jej głos przeciągał się lekko, jakby był swoim własnym echem. Jednak miał melodyjny, przyjemny, ewidentnie kobiecy wydźwięk.
„Cóż, człowieka poznaje się całe życie. Kim jesteś?”
„Ciekawe pytanie. Można by rzec, że jeziorem.”
„Oj. Przepraszam. Mam stąd… Wyjść?”
„Byłeś tu już bardzo wiele razy. Dziś twoja obecność również nie jest mi niemiłą. Podobnie jak wielu innych stworzeń, którym udzielam gościny.”
„Byłem wiele razy, fakt. A widzę cię dopiero dzisiaj. Dlaczego?”
„Czuję, że żegnasz się ze mną. Zapragnęłam więc i ja się z tobą pożegnać.”
Boreas czuł się jak we śnie. Nie do końca wierzył w to, co mu się jawi. Kilka delikatnych skanów… Znów wykazało pustkę. To nie mógł być żaden kawał.
„Czemuż od twojego jestestwa takie bije zdziwienie? Czy sądziłeś, że tylko istotom z ciała dusza nadana być może?”
„Nie wiem… Co sądziłem, Pani.”
„Och. Braknie ci powietrza? Oddychaj. Nie strachaj się. Miej wiarę we mnie.”
Boreas wiedział dobrze, co o ślepym zaufaniu powiedziałby jego Mistrz. Złożył lewą dłonią za plecami gest wstrzymania, motus apprehensia, zorganizował sobie naprędce ucieczkę na brzeg… I gotów rozluźnić gest na najmniejszą oznakę niebezpieczeństwa, ze strachem zaciągnął się wodą.
Woda wypełniła jego płuca, rażąc je zimnem! Jednak ulga była niemal natychmiastowa. Boreas poczuł się jakby dostał skrzydeł. Jakby woda była jego żywiołem. Momentalnie porzucił wszystkie przygotowania do ucieczki.
„Jak?!”
„Strachliwy, wszystkiemu się dziwujący… Jesteś jednak wciąż młodzikiem. Tak, to cię tłumaczy. Miałam jednak lepsze o tobie wyobrażenia.”
„Nie dziwuję się, pani. Chciałbym po prostu wiedzieć, jak to możliwe.” Odpowiedział mu jedynie spokojny uśmiech.
„Żegnaj, ciekawska istotko. Mam przeczucie, że się jeszcze spotkamy.” Boreas opamiętał się, karcąc się w duchu za brak taktu.
„Żegnaj, pani. Dziękuję, że mi się objawiłaś.”
Zniknęła…
Do licha ze mną! Spaprałem całą rozmowę! Jak gówniarz zacząłem się od razu wypytywać o wszystko, zamiast kulturalnie porozmawiać… Ale hej. Wciąż oddycham tą wodą… Niesamowite…
„Dziękuję!”
Boreas uśmiechnął się błogo, czując jak lekka jest mu teraz woda jeziora. Opuścił wszystkie bariery, pozwolił sobie swobodnie opaść na samo dno. Upadłszy na miękki piasek cieszył się widokiem…
I tym niezwykłym uczuciem. Uczuciem bycia mile widzianym gościem.
— Poważnie, Delka?
— No poważnie! Wylazł z korytarza, podszedł do fontanny, mówię wam. I nagle jak nie zanurzy w niej czerepu!
Chichoty stadka adeptek zgromadzonego wokół ławki na dziedzińcu przyciągały wiele męskich spojrzeń. Lecz tym razem dla młodych dam najważniejsze były plotki. To oznaczało, że ku ubolewaniu kilku co bardziej pewnych siebie studentów, nie zwracały zbytniej uwagi na otoczenie.
— Co zrobił? To ten Linvail?
— No mówię! Wsadził łeb do fontanny, cały! I nagle jak się nie szarpnie, nie parsknie! Zakrztusił się, zaczął kaszleć…
— Odkrył, że nie jest złotą rybką?
— Hahaha!
— No nie? Co za bałwan!
— No! Jak się już otrząsnął, pokiwał głową, tak wiecie. Tak poważnie! Myślałam, że nie wytrzymam ze śmiechu!
— Odkrywca! Hahaha!
— Wielki uczony, pry, „Oto stwierdzam, że w fontannie długo się żyć nie da!”
— Ale jak on, tak przy wszystkich? Zdurniał?
— Niee. Myślał, że nikogo nie ma. Ale ja widziałam…
— Dee-lka go ślee-dzi! Dee-lka go ślee-dzi!
— Przyznaj się Delka! No, niewidzialna za nim chodzisz? To twój nowy chłopak?
— Czerwieni się, patrzcie! Haha!
— Przestańcie głupoty gadać! Akurat tam byłam, tak wyszło…
— Aaa! Tak wyszło! Już — już…
Dzwon zaczął wybijać południe, dziewczęta zaczęły więc się rozchodzić. Po krótkiej chwili Dalia vin Thross, obecnie studentka trzeciego roku magii ogólnej na Niezależnym Uniwersytecie Magicznym została na ławce sama. Miała dziś niewiele do zrobienia. W końcu zbliża się końcówka roku, wszyscy już po egzaminach. Niedługo wakacje, wyjazd do rodzinnej posiadłości… Dzisiaj pierwsze zajęcia dopiero za trzy godziny. Czym by się tu zająć?
Przypomniała sobie ogień w oczach tamtego adepta, Linvaila. Gdy mówił o tym, co można znaleźć w księgach. Co on właściwie mówił? Dziewczyna zmarszczyła brwi, próbując przywołać wspomnienia zza delikatnej alkoholowej mgiełki. Cały Plan wypełniony wodą? Czy to w ogóle możliwe? Wstała z ławki, podniosła swoją torebkę. Nawet nie zauważyła kolejnego szczerzącego się do niej studenta, gdy zamyślona skierowała swoje pierwsze nieprzymuszone groźbą egzaminu kroki ku bibliotece uniwersyteckiej.
Laboratorium alchemiczne było jednym z mniej lubianych przez większość studentów miejsc. Bardzo łatwo w nim o wypadek, każde posunięcie musiało być możliwie najlepiej przemyślane i całkowicie świadome. I to nie tylko podczas wykonywania tam jakiejkolwiek pracy. Niekiedy wystarczyło wykonać byle wydech w niewłaściwym miejscu, by potężnie narazić się kuratorowi alchemii, Mistrzowi Korfantemu. Mogło się bowiem okazać, że niewinnie wyglądający zestaw płytek Petroniusza zawiera przykryte niesłychanie delikatną magiczną barierą kultury bakterii, co do których Mistrz chce się przekonać, jakie enzymy wytworzą w środowisku beztlenowym… Ów „byle wydech” natomiast właściwie niszczy cały eksperyment, ponieważ bariera musi być na tyle delikatna, by jej obecność w żaden sposób nie mogła wpłynąć na jego wynik. Na próby tłumaczenia, że taki eksperyment można by lepiej zabezpieczyć, Mistrz zwykł wykrzykiwać wariacje na temat „braku czasu na pierdoły”, łapać delikwentów w obezwładniająco potężny chwyt telekinetyczny i doprowadzać ich nosy do bliskiego spotkania ze złotą tabliczką przy wejściu, która głosiła dobitnie: „Bez mózgu — wstęp wzbroniony!”
Jednak zawsze, gdy z czystej przyzwoitości i w duchu pielęgnacji matematycznej poprawności słownictwa należy użyć słowa „większość”, zamiast „wszystkich”, oznacza to, że w zbiorze bytów rzeczywistych istnieje co najmniej jedna jednostka, która nie pasuje do opisywanej reguły. Jednostka, która lubi to miejsce. Ba, nawet jego kuratora.
Jedna z owych jednostek pukała właśnie do drzwi. Za jej plecami wisiało w powietrzu kilka starannie zawiniętych pakunków.
— Proszę?
— Linvail, mam pański sprzęt.
Drzwi otworzyły się delikatnie. Wewnątrz było bardzo ciemno i duszno. Niemal każda dostępna powierzchnia płaska nie będąca podłogą była zastawiona wszystkim, co ludzie całego świata mogliby sobie wyobrazić na dźwięk słowa „alchemia”. Wszędzie pobrzmiewały delikatne bulgoty i syki tajemniczych substancji, a kilka stołów chroniły bardzo silne bariery.
Boreas na wszelki wypadek zabrał ze sobą sporo czystego powietrza. Skompresował je silnie w niewielką bańkę tuż nad swoim ramieniem i wszedł.
Mistrz Korfanty był tym razem pochłonięty lekturą. Zawsze czytał na stojąco, oparłszy księgę na skryptorium. Zwykle bardzo niechętnie przerywał lekturę, lecz tym razem od razu ostrożnie przełożył zakładkę i podszedł do Boreasa.
— Ja to wezmę, dziękuję. — pakunki przefrunęły zza pleców Boreasa na kilka wolnych miejsc na półkach. — Jutro twój wielki dzień?
— Tak, Mistrzu. Nie mogę się już doczekać.
— Hmm. Pamiętasz, jak mówiłem ci, że szukam asystenta? Kogoś, kto zajmie się młodszymi studentami, pomoże w eksperymentach, ale i umie zdobyć to i owo?
— Pamiętam. Z przyjemnością pomogę zawsze, gdy będę potrzebny.
— Ale posady nadal nie chcesz. No dobrze. Mam jeszcze dwóch ciekawych kandydatów, ale wolałbym chyba ciebie. Im nie powiem po prostu: „Saliva haexadecima timora”, nawet się nie odwracając od swojej roboty. Nawet jakby się połapali, to i tak nie wiedzieliby, gdzie szukać. No i bałbym się o nich na takiej wyprawie.
— Potrzebujesz wydzieliny z ślinianek przerazy, Mistrzu? Na… Za cztery dni, może być?
— Nie, spokojnie. Przydałaby się, wiele ciekawych rzeczy by z nią zrobić można, ale mam dość eksperymentów zaplanowanych na najbliższe hm, dwa lata?… Ale widzisz, złapałeś w lot. Jak powiedziałem to tej dwójce, jeden obiecał przejrzeć jakąś botaniczną encyklopedię, a drugi chciał lecieć na targ.
— Mmm. Słabo.
— Wiesz, nie możesz też przesadzać, że zaraz słabo. Mają i swoje mocne strony.
— Cieszę się, Mistrzu.
— Może herbatki z tanacetum? Chodź, porozmawiamy. Jutro cię już nie będzie, więc to i owo mam ci do powiedzenia.
Boreas posłusznie poszedł za starszym magiem do małego biura z tyłu sali. Garść drobnych, jasnożółtych kwiatostanów tanacetum wleciała z szelestem do lśniącego czystością rondla z wodą, która momentalnie zaczęła parować. Boreas skrzywił się lekko na wspomnienie smaku takiej „herbatki”. Nie istniało wiele napojów bardziej nieprzyjemnych w smaku niż mocna herbata z tanacetum… Ale i niewiele jest ziół aż tak pospolitych, które są jednocześnie tak pożyteczne.
— Nadstawiłem ucha tu i ówdzie, popytałem tam i tu. Według mnie, najlepsze dla ciebie opcje po dyplomie to: przyjęcie posady na jakiejś stosunkowo młodej uczelni, uzdrowiciel dla bogaczy i poszukiwacz skarbów.
— Zamieniam się w słuch, Mistrzu. Dziękuję.
— No to się zamieniaj i słuchaj. Primo, ciepła posada. Jesteś myślącym człowiekiem, posady na uczelniach dają możliwości prowadzenia w spokoju badań. Takich, za które dostaje się nagrody, wieczną chwałę. A gdy mają zastosowanie masowe, to i fortunę. To bym ci polecał przede wszystkim. Secundo, wiem, że lubisz podróżować. Wiesz dość, by móc poprawnie zdiagnozować i wyleczyć większość paskudztw, o których zwykli ludzie nie mają pojęcia. Zazwyczaj mają zresztą proste przyczyny. Jakbyś był w kropce, to znasz dobrze drogę portalem do mojego gabinetu, a ja też ci zawsze pomogę. Szczególnej twojej uwadze polecam fakt, że wyleczony… Dajmy na to: jaśnie hrabia, staje się natychmiast twoim wielkim sojusznikiem. Wiadomo, że to dobry start w świecie, mieć za plecami paru ważniaków. Nie przerywaj. Tertio et ultimo, po Wielkiej Wojnie zostało wiele nierozwiązanych spraw. Nadwoiło się i natroiło zagadek, których i tak było już dość wiele. Złap jakiś trop, jedź na miejsce. Koniecznie zadbaj o koncesję od lokalnego władyki. Będzie jakiś procent chciał, ale za to powinien płacić co miesiąc, żebyś nie padł z głodu szukając. Niektórzy nawet jakąś symboliczną służbę przydzielają, jeśli mnie nie okłamano.
I znów, będzie wdzięczny jak się z nim podzielisz, a to jest wiele warte. Teraz mów. Co ty na to? Pij, pij. To zdrowe. Mam nadzieję, że nic dzisiaj jeszcze nie jadłeś?
— Dziękuję, Mistrzu. Naprawdę doceniam, że znalazłeś czas, żeby… Przeanalizować moją skromną osobę pod kątem potencjalnej kariery.
— Przestań, Linvail. Do rzeczy, nie jesteś na konsylium.
Boreas zmieszał się.
— Doceniam. Ale mam swoje plany.
— Aha?
— Tak. Poza tym… Teraz już chyba wolno mi o tym powiedzieć. Jutro na ceremonii i tak mój Mistrz musi to ogłosić.
Mistrz Korfanty otworzył szerzej oczy, wyraźnie zaskoczony.
— W zamian za nauki, Mistrz Joachim zażąda ode mnie po absolutorium wykonania dla niego jakichś zadań.
— Naprawdę? Kto dziś jeszcze korzysta z tego prawa? Przecież to zwyczaje jeszcze sprzed wojny. I to on? Już i tak zyskał na tobie znacznie więcej niż myślisz, a teraz będziesz jeszcze harował na niego po dyplomie? Co takiego masz dla niego zrobić?
— Dowiem się jutro, po ceremonii. Tuż przed opuszczeniem uczelni.
— Dajesz się wykorzystywać, Linvail. — Mistrz alchemii kręcił głową z niedowierzaniem. — Myślisz, że tak nie jest, ale to dlatego, że jesteś młody. I nie widzisz, co się tak naprawdę działo przez cały ten czas.
Starszy mag zrobił długą pauzę, patrząc w zamyśleniu w podłogę.
— Nawet ta ostatnia sprawa, ta bójka. Wymęczył cię do granic przy wszystkich, wiedział doskonale kto jest preceptorem tego studenta, który się przyglądał i potem cię pobił z kolegami. Mnie prosił, żeby nie budzić cię wcześniej jak tuż przed przesłuchaniem, żeby to jeszcze gorzej dla nich wyglądało. Wydaje ci się, że dziekan przywołań przypadkiem to wyciągnął, że dopiero wyszedłeś z infirmerii? Widziałeś, jak syknął na to rektor?
— Widziałem.
— Widziałeś, ale nie zauważyłeś. Połowa zwolenników wyrzucenia twojego Mistrza z uczelni dostała w tej szopce mocno po głowach. Dość mocno, żeby dużo czasu musiało minąć, zanim ktoś nadstawi im chętne ucho. Będzie to wtedy wyglądało jakby próbowali się mścić za swoich ciapowatych studentów.
Mina Boreasa w miarę przemowy starszego maga robiła się coraz bardziej zacięta.
— Wybacz Mistrzu, ale brzmi mi to bardzo naciąganie. Te półgłówki od dawna czatowały na moje potknięcie, a to nie był jedyny nasz publiczny trening. Było ich dużo — Boreas nie dał sobie przerwać, delikatnie podnosząc głos. — a nikt przecież nie nakłaniał tego bęcwała do zaatakowania mnie bez podania reguł. Przecież każdy student wie, jak należy zaczynać przyjacielskie pojedynki. Uczą tego na pierwszych zajęciach.
— Widzisz, irytuje mnie czasem twój brak… — Mistrz urwał lekko, szukając odpowiedniego słowa. — Wizji. Dla ciebie czarne jest czarne, a białe ot, po prostu białe. A ja widzę wszystkie kolory. Wszystkie odcienie szarości. Ja widzę doskonale… Sam mówisz, że każdy wie, że trzeba podawać reguły przed walką. I pamiętam, jak napomknąłeś, że znasz regulamin uczelni na wyrywki. Głupi by nie zgadł kto kazał ci się go nauczyć. Zdążyłem już zauważyć, że prawie nigdy nie ćwiczycie walki podczas długiej przerwy, a już na pewno nie na dziedzińcu. I umiem to sobie wszystko dodać. Wiesz?…
— Hmm?
— Wiesz, ile jest możliwych wariantów partii szachów? — Tym razem to Mistrz nie pozwolił sobie przerwać. — Ja wiedziałem, ale nie udało mi się tej liczby dobrze zapamiętać. Za duża. Niewyobrażalna! A to tylko takie małe, bezrozumne figurki, na polu dokładnie tak czarno-białym, jak twoja zdolność widzenia. W takim razie powiedz mi teraz, Linvail. Zamień figurki na ludzi, planszę na nasz Plan. Dodaj wszystkie odcienie szarości i wszystkie możliwości jakie ma każda figurka. Powiedz mi, czy to naprawdę jest tak bardzo niemożliwe, że cała ta sytuacja została ukartowana?
Mistrz czekał na odpowiedź, ale Boreas siedział tylko ze spuszczoną głową i nieobecnym wzrokiem.
— Mówisz do mnie tak, jakbyś patrzył tylko z pozycji piona, Linvail. Jesteś pionem, który widzi tylko to, że musiał zbić innego piona i zrobił to. Nie chcesz albo nie potrafisz wznieść się ponad tę cholerną planszę i zobaczyć wszystkiego z góry, jak król. Jak generał pole bitwy.
Adept wciąż milczał, lecz ku zadowoleniu starszego maga, kiwał ze zrozumieniem głową, ewidentnie zgadzając się z jego wywodem.
— To właśnie przemawia na twoją korzyść, Linvail. Mimo twoich zdolności, masz w sobie dość pokory, żeby się zamknąć i słuchać. I przyznać rację.
— To dla mnie przywilej — odezwał się powoli Boreas — móc słuchać mądrzejszych ode mnie.
Mistrz Korfanty spojrzał na niego znów bardzo przyjaźnie, z lekkim uśmiechem. Boreas również uśmiechnął się, choć starał się zachować powagę.
— Przyłożyłem tu rękę do wyedukowania bardzo dobrego absolwenta. Więc i ja mogę żądać czegoś od ciebie. O wiele za dużo potrafisz, żeby być w życiu tylko pionem. To byłoby wręcz niebezpieczne! Proszę cię, wyjdź stąd jutro patrząc jak generał. I nie dawaj się wykorzystywać.
Dwóch mężczyzn w wielkim, okrągłym pokoju na szczycie wieży stało nad tajemniczą księgą.
Księga była wyjątkowo dziwna, nawet pomijając jej duże rozmiary. Jej czarne stronice były w całości pokryte runami barwy słońca o zmierzchu… Zdawały się nawet migotać, niczym dalekie echo ognia, który je wyrył. Starszy z mężczyzn energicznie wskazał palcem konkretną runę. Gruby rękaw wilczego futra zsunął się do połowy dłoni.
— Widzisz, Linvail.
— Tak, Mistrzu.
— To nasza wskazówka. Bez wątpienia. Jak brzmi.
— Yaggarthiss.
Surowe spojrzenie rzucone kątem oka.
— Yaggarthes’s. Mistrzu.
— I ja cię mam zostawić bez opieki.
— Przepraszam, Mistrzu.
— Może lepiej przypomnij mi szybko, po co nam ten klucz.
— Mistrzu. Mamy wielkie szczęście być jednymi z niewielu magów, którzy potrafią nawigować w bezprzestrzeni w oparciu o opis miejsca docelowego…
Mistrz Joachim gwałtownie się odwrócił, gdy dotarło do niego, że jego uczeń znów dał upust znienawidzonej przez niego retoryce.
— Linvail, nie drażnij mnie w takim momencie. To nie jest żadne szczęście. Sami jesteśmy tego przyczyną. Setki razy ci to już…
— Mistrzu, przepraszam. Skupię się na naszym sposobie.
— Proszę.
— Klucze do planów Multiwersum potężnie ułatwiają otwieranie interplanarnych przejść w miejsca, w których jeszcze fizycznie nie byliśmy, a więc nie mamy możliwości teleportacji metodą węzłów… Czyli definiując cel wyłącznie na podstawie naszych przeszłych doświadczeń, fizycznych zmysłów podstawowych, lub szczególnych znajdujących się tam przedmiotów — materialnych zahaczek.
— Tak. Teraz powiedz, po co studiowałem tę księgę tyle czasu.
— Plany naszego Uniwersum pozostają w ciągłym, złożonym ruchu wokół swoich planów ognia, wliczając w to precesję osi obrotu… Ponadto, razem ze swoimi układami planarnymi poruszają się również wokół centrum Uniwersum. Dlatego potrzebne są dokładne opisy miejsc na owych planach — by można było otworzyć bezpieczne przejście. Owe dane są bardzo różne w charakterze, zależnie od cywilizacji, które swego czasu je eksplorowały. Ponieważ Mistrz dysponuje księgą starożytnego Ludu Ognia która zawiera opis ich pierwszego lądowania na Planie Parażywiołu Lodu, wielkiego wydarzenia dla tamtej cywilizacji… Jesteśmy w stanie, powołując się na tamte wydarzenia, otworzyć przejście w to samo miejsce, przywołując nazwę jaką mu nadali — Yaggarthes’s — które to staje się w ten sposób naszym „kluczem”, sednem inkantacji otwarcia portalu. Nie ryzykujemy tym samym bardzo łatwego do popełnienia błędu w obliczeniach trajektorii Planu, przez który moglibyśmy teleportować się w pustkę, lub w sam środek jądra Planu… Gdybyśmy byli zmuszeni do podania celu teleportacji we współrzędnych planarnych, korzystając z najtrudniejszej metody — lotu przez bezprzestrzeń pod odpowiednim kątem wobec wszystkich czterech płaszczyzn.
— Ekranujesz.
— Tak, Mistrzu.
— Zahaczka po tej stronie, może być ten twój minerał. Podnosisz wszystkie osłony. Nie wracasz bez rdzenia.
Księga zamknęła się z gracją w odpowiedzi na delikatny gest młodszego mężczyzny. Nawet zamknięta, wypełniała część pokoju czerwonawą poświatą.
Starszy z mężczyzn stał już z powrotem w magicznym kręgu. Jego ubranie znów pokrył szron, oddech stał się wielką kolumną pary. Dłonie pracowały zawzięcie, modulowany głos syczał, gardłowo prychał i rzęził w języku nie z tego Planu. Młodszy, widząc to, rzucił się do ekranowania operacji. Wzniósł delikatną osłonę wokół kręgu. Jego umysł reagował na każdą zmarszczkę. Na każdy bodziec naruszający ekran. Każdy był niszczony, zatrzymywany w zarodku. Delikatny podmuch powietrza z nieszczelnego okna — zatrzymany. Przelatujący obok komar — usmażony. Zmarszczki przestrzeni wokół otwierającego się portalu — wygładzone. Po chwili w centrum okręgu pojawiła się czarna szczelina. Widząc to, młodszy mag przekazał podtrzymanie osłony starszemu, otoczył się kilkoma barierami, upuścił na podłogę mały kamień runiczny, spiął się do skoku… Pomimo niezliczonych treningów, czuł serce w gardle. Delikatne chrząknięcie Mistrza raziło wszystkie mięśnie jak impuls elektryczny, podrywając ciało do natychmiastowego skoku prosto w przejście. Umysł natychmiast opanowały absolutnie konieczne do bezpiecznej podróży w bezprzestrzeni spokój i wyciszenie.
Zapadła całkowita ciemność. Pojawiło się znajome, nieprzyjemne uczucie spadania naprzód z opętaną prędkością, razem z całym światem. Uczucie to było dość trafne — sama nazwa bezprzestrzeni wzięła się z badań, które wykazały dobitnie, że podróżujący portalami przemieszczają się w… Absolutnie niczym. Zatem całym światem był skrawek wypełnionej powietrzem przestrzeni zabrany przez maga ze sobą w ten skrajnie niegościnny egzystencji niebyt. Niebywale użyteczny dzięki swoim unikalnym prawom fizyki, wymuszającym ruch z absurdalnymi prędkościami.
Mag utrzymywał skupienie na celu i kluczu do niego, jednocześnie pilnując, by nie dopuszczać do siebie naturalnych w tej sytuacji myśli. Myśli o łatwości, z jaką może obecnie stracić nie tylko życie, lecz w zasadzie całą materię, którą zwykł nazywać „sobą” w jednej chwili.
Na szczęście był w tym już bardzo, ale to bardzo dobry.
Po około minucie spadania wyczuł bardzo niedaleko przed sobą miejsce, o które musiało chodzić. Błyskawicznie opuścił Plan Bezprzestrzeni, i przywitał intensywne światło z profesjonalnym brakiem ulgi. Oto pierwszy raz znalazł się w miejscu określanym przez uczonych jako Plan Parażywiołu Lodu, na dodatek od razu całkiem sam.
Z bardzo konkretnym, wymagającym zadaniem.
Zimno natychmiast zaatakowało jego osłonę. Zimno straszliwe, zimno zupełne. Dookoła i w górze tylko bezkresna biel. Środowisko o prawie zerowej energii cieplnej.
Pod nogami twardy jak skała, ostry, nierówny lód. Wznosząc się w delikatną lewitację, mag z wysiłkiem oderwał buty od podłoża. Wyostrzył zmysły, próbując wyczuć cel swojej misji.
W całkowitej ciszy, obecność. Tylko tyle. Obecność bez śladu innego niż mentalny. Bez ruchu, nawet drgnięcia temperatury powietrza. Bez ciepła, interakcji z czymkolwiek. Niepodobne do żadnego… Życia. Obecność pierwsza, druga, trze-czwa-pią-szó… Dużo. I ciągle tylko coraz więcej ich wyczuwam.
Kierunek na najbliższą.
Boreas stanął jak wryty, gdy zorientował się, z czym ma do czynienia.
Jak to może… żyć? To jest życie? No to czym jest życie? Krew, rośliny, bakterie? Tlen? Cokolwiek znajomego? Nic. Brak. Kryształ? Jeden wielki kryształ? Jak to się niby rusza? Jakieś procesy myślowe są… Och. Wyczuło mnie?
Pokrywa lodowa pękła z suchym hukiem, siejąc po okolicy migoczącymi odłamkami. Nieokreślonego kształtu kryształowa istota uniosła się, brzmiąc przy tym jak tysiące małych dzwonków, każdy o swoim własnym tonie. Adept zamarł.
Przyszedłem tu jak intruz. I co, tak się teraz po prostu rzucę na tę istotę? Zaatakuję ją? Jakim prawem?
Chwilę wahania zakłóciło niewiarygodnie potężne uderzenie w jego osłonę. Stwór bez ostrzeżenia, bez żadnego zamachu cisnął sporą bryłą lodu prosto w niego.
No tak. To chyba rozwiązuje mój problem. Czułeś kiedyś ciepełko, kolego?
Mag zagestykulował gwałtownie, wyraźnie wskazując na stwora, który usiłował właśnie oderwać kolejny fragment lodowego podłoża…
I zmarszczył brwi w wyrazie zaniepokojonego niedowierzania, gdy nie wydarzyło się nic.
O ja pieprzę.
No dobra. Trzeba kupić trochę czasu… Ależ on się siłuje z tą bryłą lodu!
Niepokój na twarzy maga ustąpił miejsca figlarnemu uśmiechowi. Mocujący się z kolejnym potencjalnym pociskiem kryształowy gigant widowiskowo stracił równowagę i poleciał do tyłu razem z oderwanym nagle kawałem lodu… Solidnie nadtopionym z jednej strony. Brzmiało to jak wszystkie dzwony świata bijące walącemu się budynkowi, a każdy dźwięk przemijał bez najmniejszego echa, pogłosu. W przedziwny sposób znikał tak szybko jak się pojawiał, w całkowitej pustce.
Widzę, że łatwo tu nie pójdzie. Trzeba najpierw zbadać tego cwaniaka. Popatrzmy… Struktura krystaliczna. I co z tego? Wysoka przewodność cieplna. Delikatnie nadtopiłem podłoże, z którym miał kontakt, bo cała energia jaką go potraktowałem po prostu po nim spłynęła. Chwileczkę, większość nawet nie spłynęła, tylko została pochłonięta. Może dlatego Mistrz jest zainteresowany próbkami. Fajnie. Czyli atakując go ciepłem najwyżej go doładuję. Albo utopię.
Tyle że on raczej nie musi oddychać, a nurkowanie w zamarzającej w parę chwil wodzie jest do kitu. Super.
Kryształ. Kryształ. Twardy jak cholera. Kolosalny współczynnik przewodnictwa cieplnego. Co wiem o kryształach?…
Anizotropia.
Sporo kryształów ma różne parametry w różnych kierunkach. Może on też? Na pewno sprężystość i… I prędkość wzrostu, tak jest z każdym kryształem. Ściskać go nie będę. Ani pomagać mu rosnąć. Teoretycznie mógłbym go próbować wprowadzić w rezonans… Jednak trzeba oszczędzać energię. Jak mogę z nim wygrać, wydając jak najmniej energii?
Najlepsze będzie najprostsze rozwiązanie. Czym tu można ciąć? Co się zaraz o tego typa nie rozwali?
Mag spojrzał pod nogi, przeniósł wzrok na gramolącego się z podłoża giganta, próbującego jednocześnie podnieść siebie i swój nowy pocisk.
Heh. Więc cięcie wodą.
Wyrwana przez giganta bryła lodu uniosła się nad niego i całkowicie roztopiła. Powstały w ten sposób balon wody pod wpływem spokojnych, szerokich gestów maga zaczął zbliżać się do stwora, delikatnie się przy tym kurcząc. Delikatny ruch palca otworzył niewielki wyciek, strzelający gorącą wodą pod ogromnym ciśnieniem prosto w kryształową postać z minimalnej odległości. Bez efektu.
Mag żachnął się lekko. Wodny balon zaczął okrążać próbującego się od niego opędzać giganta, cały czas strzelając strumieniem wody… Aż wreszcie, pod pewnym kątem, strumień przeszedł na wylot. Boreas rozciął istotę potężnym, wąskim strumieniem na pół. Zauważył zanik jej świadomości i speszył się. Mimo, że wygrał tę walkę, nie czuł się jak zwycięzca.
Zagadka rozwiązana, zabiłem tę istotę. Gratulacje. Super robota…
No dobra, tyle że to ja zostałem zaatakowany.
Ciekawe jak ty byś się zachował, gdyby to ten stwór pojawił się w TWOIM domu.
Tylko się zbliżyłem, w sumie.
Boreas otrząsnął się, gdy lekko osłabiona dekoncentracją bariera przypomniała o sobie wpuszczając do jego prywatnej strefy klimatycznej podmuch makabrycznego zimna. Adept szybko wyrzucił atmosferę, która zdążyła się wedrzeć, i uszczelnił barierę. Ponownie wyczuł inne istoty — na szczęście co najmniej równie daleko jak przed walką.
Zganiwszy się surowo za chwilowy brak ostrożności, brutalnie sprowadził umysł z powrotem na cel swojej misji. Szybko zbliżył się do przepołowionego olbrzyma i wzniósł się ponad niego.
Nie do wiary, jak to… On?… Ono?… Skup się! Jest zbudowane. Dobra, teraz nie czas na analizę. pobrać próbki. Dla Mistrza, dziesięć. Szybko i ostrożnie. Dla siebie dziesięć. Szybko, ale ostrożnie! Rdzeń. Rdzeń, rdzeń, rdzeń… Tu! Jedyny kawałek izotropowego kryształu, mocnego pod każdym kątem. I dobrze, bo i rdzeń bym przeciął. W sumie nie mogłem wiedzieć, gdzie on jest, nie da się tego przewidzieć, gdy… Hm. Żyją.
Boreas delikatnie zapakował próbki do specjalnych pojemników. Dopiero gdy zostały szczelnie zamknięte, przeniósł je pod swoją barierę i schował w przepastnej kieszeni.
— Pamiętaj, Linvail. Nie przenoś niezabezpieczonych próbek pod swoją tarczę ani na moment. Atmosfera Planu Lodu jest rzadka, ciśnienie niskie, temperatura bliska zera absolutnego. W takich warunkach będą stabilne. Nie wiesz co z nimi będzie w naszym ciepełku, czy wygodnych dziesięciu kilopaskalach.
Pamiętam…
Z mieszanymi uczuciami spojrzał ostatni raz na panoramę swojego zwycięstwa i zebrał się w sobie. Na powrót. Niewiele zostało energii. Podtrzymywanie najsilniejszej możliwej bariery przez jakieś piętnaście minut w tych warunkach. Plus walka, trochę lewitacji… Teraz jeszcze trzeba przecież wrócić.
Zamknął oczy.
Wdzięczny losowi, że nie musi teraz, jak większość magów, rozbijać obozowiska i mapować niebo przez lokalny miesiąc, żeby mieć jakąkolwiek szansę obliczenia dokładnego wektora powrotu, skupił się na swojej zahaczce.
Szukam kamienia z runami Ys, Lyi, Sso. Tylko ja wiem o nim wszystko. W mowie moich przybranych rodziców oznacza to pewien konkretny las. Las, w którym mnie wychowano. Zielony, gęsty, tętniący życiem. Kamień jest połyskliwie zielony, runy lekko jaśniejsze. Jest drobny, mieści się w dłoni. Jest gładki i przyjemny w dotyku. Gdzie by go nie położyć, sprawia wrażenie ciepłego. Runy są lekko wypukłe. Zadziwiająco duży ciężar, a więc duża gęstość. Dostałem go od…
Mam cię.
W ogromnym, potężnie zagraconym pokoju na szczycie najbardziej osobliwej wieży Niezależnego Uniwersytetu Magii, starszawy mężczyzna siedział na wspaniałym fotelu. Dookoła niego spokojnie wirowały dziesiątki kart z tajemniczymi zapiskami, kilka otwartych ksiąg, parę piór, kałamarzy i rysików. Mężczyzna był rozluźniony, oczy miał zamknięte. W swobodnie opuszczonej ku podłodze dłoni delikatnie trzymał kilka metalowych kulek. Nawet niesłychanie wybitny telepata nie byłby w stanie przeskanować jego myśli, jednak w tej chwili nie było w nich niczego szczególnie interesującego. W tej chwili bowiem mężczyzna pozwalał swoim myślom wręcz tańczyć przed oczyma duszy bez jakiejkolwiek kontroli, a świadomości przygasać we właściwy poobiedniej drzemce sposób…
Kulki hałaśliwie upadły na podłogę.
Mężczyzna z ożywieniem podjął pracę, jakby tylko na to czekał. Energicznie poprawił się w fotelu, chwycił po piórze w obie dłonie, podejmując pisanie na dwóch kartach jednocześnie. Wzrok co chwilę uciekał w kierunku unoszącej się tuż przy nim księgi…
HUK.
Mężczyzna niedbale machnął lewą dłonią w kierunku hałasu, dwa pióra wyrwały się z dłoni i podjęły bezładną wędrówkę wokół fotela. Sam zaś rzucił neutralnym tonem pytanie, które brzmiało jak stwierdzenie.
— I jak, Linvail. — Odpowiedziało mu jedynie rzężenie. — Linvail. Mówię do ciebie.
— Mam wszystko… Mistrzu… Udało się…
— Rdzeń i moje próbki do wygaśnięcia na stół do badań.
— Tak, Mistrzu…
— Opowiadaj.
Kilka głębszych oddechów pozwoliło Boreasowi na nieco bardziej swobodne wysławianie się.
— Żywiołaki Planu Lodu są zbudowane z anizotropowego kryształu. Przepołowiłem jednego uderzając pod odpowiednim kątem mocnym strumieniem gorącej wody.
— No to miałeś szczęście, Linvail.
— Mistrzu?
— Mam powody podejrzewać, że anizotropowe są tylko stosunkowo młode osobniki.
Młodemu magowi opadły barki, oklapnęły ręce. Zakłopotany wzrok uciekł w prawo i ku górze.
— Linvail. Takie miałeś zadanie.
— Tak, Mistrzu.
— Odpocznij. — Wyraz twarzy młodszego maga natychmiast zmienił się z obrazu zażenowanego zakłopotania w definicję zaskoczenia.
— Tak… Mistrzu.
Próbki z torby młodego mężczyzny pofrunęły na długi, ciężki, czarny stół pośrodku sali. Po chwili zamknęły się za nim drzwi. Cicho, delikatnie. Z szacunkiem.
Mistrz Joachim wykonał ostrożny skan swojego otoczenia.
Adept schodzi ze schodów, myśli zaprząta… Dylemat moralny. Jednak. Skhi’ir… Wokół nie ma nikogo. Niczego. Jestem sam. Na pewno? Tak. Tak, z pewnością.
Mag gwałtownie wstał z fotela i ruszył w kierunku stołu z nowymi próbkami. Nowymi danymi. Nowymi, ekscytującymi obietnicami odpowiedzi na kluczowe pytania. Rozciągnął zmysły. Wymawiał formuły i wykonywał odpowiednie gesty z szaloną wprawą. Jak prawie nigdy, dziś serdecznie powitał wykwitający na twarzy uśmiech.
Więc ostatni test za mną. Wolność jest coraz bliżej. Jest już właściwie moja! Jedyne co muszę teraz zrobić, to poczekać na ceremonię. Nie do wiary! Cały ten czas uczyłem się, jak rozciągać i rozdrabniać czas na wyłącznie użyteczne kawałeczki… A teraz chcę już tylko, by minął jak najszybciej!
Młody mag poruszał się spokojnym, zmęczonym truchtem przez korytarz pałacu. Od głównego wejścia, w lewo. Schody.
Nie mogę się już doczekać. Ceremonia już pojutrze, do tego czasu spakuję manatki, ostatnie instrukcje od Mistrza — i wracam do świata! Jako mag! Bogowie, ileż lat życia poświęciłem, żeby tego dokonać… Osiem lat młodości. Sześć z nich pod okiem Mistrza, te spokojnie policzyłbym razy trzy.
W sumie, ha-ha, dwadzieścia…
Kilku młodszych adeptów po drodze. Jak zwykle, każdy kto nie człapie leniwie, przyciąga spojrzenia. Zignorowani. W prawo do sali legend. Dziesiątki przepysznie odrestaurowanych posągów i popiersi dawnych… A także i kilku bardziej współczesnych bohaterskich magów spoglądały tu na każdego wzrokiem, który zdawał się pytać z wyrzutem: „a co TY robisz, by być taki jak JA”? Boreas wiedział o każdym z nich całkiem sporo. Więcej niż dowolny przeciętny student, to z pewnością. Ale nie taką miarę przykładał do niego Mistrz Joachim. On nieustannie przyrównywał go do najlepszych.
„Dobrze, Linvail. Jak na… Studenta. Patrz, jak to się robi.”
Cóż. Nikt nie mówił, że będą się tu liczyć z heh, uczuciami adeptów. No i wiedziałem co robię, aplikując do niego.
Za salą legend najszybciej jest lewitacją w górę szybu. Siedem pięter w górę.
Lubię lewitować. Czuję się wtedy… Po prostu wolny. Tak. O to w tym wszystkim chodzi. O to cudowne uczucie, że świat stoi przede mną otworem, a ja nie wiem, dokąd iść! Bo po prostu mogę wszystko, a nie muszę nic! Uzbrojony w tajemną wiedzę, w zdolności, na które zakazy dopiero niedawno zniesiono, będę mógł zrobić… Wszystko…
Zgrabne lądowanie na siódmym piętrze. Zapach mięsa od kuchni. Ktoś upolował niezłą sztukę. W prawo, potem długo prosto. Siódme drzwi po lewej. Rutynowy, prawie instynktowny skan na krótko przed wejściem do jakiegokolwiek zamkniętego pomieszczenia, jak zwykle wykazał…
Stop!
Wykazał, że coś jest nie tak. Ale co? Nikogo tam nie czuję, a jednak…
Adept momentalnie zwolnił. Delikatnie uderzając w kolejne punkty na podłodze, dla każdego kto mógłby jego kroków nasłuchiwać stworzył wrażenie, że nie przerwał biegu. Ostrożna manipulacja telekinetyczna sprawiła, że wysłany kilka metrów naprzód klucz do pokoju zrobił co do niego należało, klamka ugięła się, a drzwi otworzyły.
Mag był już gotów, z podniesioną osłoną gromadził coraz więcej potencjału elektrycznego…
— Niespodzianka!!!
Boreas przewrócił oczami.
— No i mamy wielkiego Borka! Haha! — Wśród śmiechów niewielkiej grupki osób, głos Walerego, zza drzwi.
Żartowniś się znalazł. Może przywalić mu tymi drzwiami?
— Przyznaj się, mamy cię na tacy! Postawiliśmy poczwórne…
— Eh, przecież nie chcieli niczego złego. Dobra, wystarczy.
Boreas przerwał głośnym chrząknięciem, na które wszyscy wewnątrz zareagowali jak oparzeni — dochodziło przecież zza drzwi!
— Zwierciadło Arztowskiego, pomysłu dalekiego przodka naszego szacownego wykładowcy. — Przez drzwi z hukiem wpadły dwie błyskawice, tylko po to by bez szkód wystrzelić przez przeciwległe okno. — Bardzo, bardzo sprytnie, moi drodzy. — Boreas wszedł powoli do pokoju, z rozbawieniem klaszcząc w dłonie. — Nie miałbym szans tego zauważyć. Miło z waszej strony, że ujawniliście się tak szybko! Zza zwierciadła trudno było wyczuć, że nie ma mnie w środku, prawda? Och. A co to za okazja?
Przyjaciele Boreasa… No dobrze, bardziej Walerego. Dokładniej, ci z najbliższych przyjaciół Walerego, którzy uważali utrzymywanie dobrych stosunków z Boreasem za pożądane, ze znanych jedynie sobie powodów. Wiecznie filozofujący elf Irill, wielki miłośnik wszystkiego, co było związane z poezją i jednocześnie jeden z najpotężniejszych adeptów. Henryk Hańcza, nieco na siłę arystokratyczny dziedzic dość ważnego, cóż — arystokraty. Na swój niepowtarzalnie złośliwy sposób diabelnie inteligentna Vania. I małomówny, wiecznie zamknięty w sobie Anzelm. Schowani za drzwiami po lewej stronie od wejścia, trzymali drobne upominki. Na stole stał wcale kosztownie wyglądający tort.
Walery wyszedł zza drzwi kręcąc głową z niedowierzaniem. Tym, czym celował w odgadywaną przez niego pozycję przyjaciela okazała się kunsztownie wykonana butelka. Boreasowi zrobiło się głupio.
— Twoje wyzwolenie z terminu, jelenia pało…
— Dziękuję — Mruknął, zmieszany. — Nie musieliście…
— Pewnie, że nie, ale chcieliśmy cię… Zaskoczyć! — Vania znienacka cisnęła małą paczuszką.
Boreas złapał ją zwinnie i delikatnie się ukłonił.
— Dzięki, Vania. Dziękuję, wszyscy. Rozgośćcie się, proszę.
Tort podniósł się delikatnie.
— Zostaw, jesteś kurde jubilatem, czy jakmutam. Ja to zrobię.
Niepozorny, chudy jak szczapa Anzelm przejął ciasto, elegancko odbijając telekinetyczny chwyt Boreasa. W mgnieniu oka podzielił je na równe kawałki. Dookoła zaczęły fruwać talerze, kieliszki i sztućce, ustawiając się elegancko na stole.
— Nie tak szybko, Borek. Prezenty! Ty szczwany lisie — Walery potrząsał energicznie prawicą przyjaciela — bądź zawsze taki szczwany! Ale i wyluzuj, bo ci żyłka pęknie zanim dociągniesz się do trzydziestki! Korzystaj z życia, ciesz się nim, nie samą nauką człowiek żyje! No! Najlepszego! Niech ci się wiedzie!
Boreasowi zrobiło się bardzo ciepło na sercu.
— Dzięki…
— No! Tu masz, poznaj i mój spryt! Alkoholi nie dotykasz, ha? Ale miód uwielbiasz. No to masz tutaj najlepszy jaki można dostać w naszej smutnej okolicy… Miód pitny! — Pękata butelka spoczywała w rzeźbionym, drewnianym koszyczku, który wraz z korkiem w kształcie niedźwiedziego łba sprawiał wrażenie, że całość jest pomysłową figurką tego potężnego zwierzęcia. — Zobaczysz, kiedyś się skusisz. Ciekawość wygra! No! Najlepszego!
— Boreasie Linvail — Pompatyczny jak zawsze Henryk herbu Hańcza, dla przyjaciół Hyniek, podał mu zdobioną księgę.
— „Sztuka Wojny”. Nie mów…
— Tak, egzemplarz z pierwszego wydania. Wiem, że zawsze chciałeś mieć ją w oryginale. A że jesteś jedyną znaną mi osobą, która faktycznie potrafi ją w oryginale odczytać — proszę! Wszystkiego najlepszego, drogi przyjacielu. Niech ci świeci złota gwiazda pomyślności!
Boreas był tak zszokowany, że umknęło mu nawet parsknięcie Vanii, zdegustowanej oficjalnym stylem bycia kolegi.
— Henryku. To musiało kosztować…
— Zamilcz — wicehrabia uśmiechnął się spokojnie. — I pamiętaj, ja i mój ojciec serdecznie zapraszamy do złożenia nam wizyty w naszym dworze.
No tak. Henryk jak zwykle działał z wyrachowaniem. Najwyraźniej uznał, że taka wymiana się opłaca. Cóż. I tak miło z jego strony. Nawet bardzo.
— Przekaż ojcu moje wyrazy szacunku. Dziękuję.
— No popatrz, Boreas. Zostawiasz nas! Dokąd pójdziesz, masz już jakiś plan?
— W tym właśnie całe piękno sytuacji, Irill. Nie mam żadnego!
— Pójdziesz przed siebie, tak po prostu?
— Tak po prostu. Od dawna o tym marzyłem.
— No dobrze. Cóż. Niech cię więc Bóg poprowadzi. Długo myślałem czego ci życzyć, wiesz? Nic nie przyszło mi do głowy. Po prostu wiem, że sobie poradzisz. Zapytaj sam siebie czego chcesz i bądź sobą. Idź po to. Na pewno to dostaniesz. Ode mnie taka drobnostka. — Irill podał Boreasowi zalakowaną kopertę. — Na próżno próbujesz ją skanować, nie uda ci się. Otwórz ją, gdy będziesz miał problem. Taki, z którym poczujesz, że już sobie nie radzisz. I pilnuj jej, bardzo cię proszę. Dobrze jej pilnuj.
— Nie mam słów… Niech mnie licho, jesteście ogromnym minusem tej całej absolutoryjnej szopki, wiecie? Żal mi tracić wasze towarzystwo.
Żal jak cholera.
— Borek, przecież będziemy się kurde widywać! Poza tym, my też niedługo idziemy w świat.
— Nie bój się zmian, Boreas. Zmiana sama w sobie nie jest niczym złym, a jeśli chcesz ulepszać swoje życie, to nie możesz unikać zmian. Świat nieustannie pędzi do przodu, kto poddaje się więc stagnacji…
— Jak ten zacznie filozofować!
— Daj mu spokój, kiedy mądrze mówi. Słuchajcie, od dawna nosiłam się z jednym pomysłem.
Wszyscy zasiedli do stołu. Nieco było ciasno, jak na pięć osób, ale braki w przestrzeni adepci z łatwością nadrabiali magią. Kubki i talerze, które nie mogły zmieścić się na stole ostrożnie zawiesili tuż obok niego, co sprawiało wrażenie, że mebel ma przezroczyste przedłużenia o zaskakujących kształtach.
— No strzelaj, Vania.
— Powinniśmy spotykać się co najmniej raz do roku.
— O! To — to — to!
— Cicho bądź, Waldek. Jako inicjatorka, ja organizuję pierwsze spotkanie. Równo za rok. Od razu mówię, żebyście zarezerwowali sobie co najmniej dwie pełne doby!
— Oho — Boreas uśmiechnął się szeroko — Pani z planem, jak zwykle. Ja popieram. Panowie?
— No chyba kurde jasne, że jestem za!
— Jak zwykle nieokrzesany. Popieram tę inicjatywę. Niech wolno mi będzie zorganizować drugą rocznicę…
— W waszym dworze, tak, wiemy! Ja też jestem za. Dobry pomysł.
— No. — Vania wyraźnie promieniała, zadowolona, że jej propozycja została tak lekko przyjęta przez tę dziwaczną zgraję indywidualistów.
— To jemy! Henryku? Bądź tak dobry i nie wyrywaj tej butelki, kiedy ją przyciągam.
— Wybacz, nie czułem. Brak ci stanowczości.
— Ach, nie czułeś mojego chwytu? To następny cel: twój mieszek. Postaraj się być równie pewny siebie, dobrze?
— Wyluzuj Hyniek, jak będziesz taki stanowczy to ci butelka pieprznie, o. I kto będzie potem sprzątał? Spokojnie, Borek. Dla ciebie jest herbatka. Chyba że chcesz otworzyć swój prezent? No, nie daj się prosić!
— Dzięki — uśmiechnął się Boreas — ale nie tym razem. Myślę, że zachowam ją na nasz pierwszy… Zjazd?
— Haa! Za rok zobaczę pijanego w sztok Borka!
— Tyś już chyba pijany. A pisał Godfryd z Ys o pijaństwie w swoim…
— Oj przestań, proszę cię.
Piątka przyjaciół siedziała przez dłuższą chwilę w milczeniu, delektując się ciastem. Ewidentnie zamawiano je z myślą o solenizancie, gdyż dominowały w nim leśne smaki i akcenty.
— Pszeciesz musisz mieś jakiś cel upatszony, no.
— Nie w moją stronę, z jedzeniem w dziobie!
Walery przełknął, ale nie zmieszał się nawet widząc, że Vania zaczęła ostentacyjnie wycierać swoją szatę.
— Borek, szczycisz się, że zawsze masz jakiś plan „be”. I „ce”, i tak do „ef” czy „gie”.
— Dobrze, dobrze… Na razie chcę trochę odetchnąć leśnym powietrzem. Dawno nie byłem na dłużej w lesie. Wiem, Waldek. Mamy las wszędzie dookoła w promieniu pięćdziesięciu kilometrów co najmniej. Ale to nie to samo.
Irill kiwał głową, wodząc nieobecnym wzrokiem po suficie, a adept — arystokrata kręcił z niesmakiem głową.
— Potem chciałbym sprawdzić, jak się żyje w tych dużych ludzkich miastach. Najbliżej mamy do Wyżni. Słyszałem o tym miejscu same dobre rzeczy.
— Najbliżej? Pogięło cię, Borek? Przecież musisz najpierw jechać dobre dwieście kilo na północ. A chyba nie jesteś aż tak stuknięty, żeby ryzykować portal na tak małą…
— Najbliżej lasami.
Walery łypnął na Irilla, skrzywił się jakby go coś zabolało.
— No pewnie, Irek i Borek, leśne dziadki… — wszyscy parsknęli przyjaznym śmiechem.
W tym samym czasie dwóch wykładowców i dwoje ich najbardziej zaufanych adeptów siedzieli wygodnie na niewielkim klombie zieleni. Dziwnym trafem ów klomb był w niewielkiej odległości od pewnego okna, z którego kilka minut temu wypadły dwie błyskawice. Wszyscy z czwórki trzymali dłonie w tym samym geście, na twarzach mieli własne odmiany wyrazu maksymalnego skupienia. Bardzo spokojne i pozbawione wszelkiego napięcia w przypadku starszych magów. Wskazujące możliwe problemy gastryczne u młodszych.
Nagle starsi magowie otworzyli oczy, spojrzeli po sobie.
— Wyżnia. — Głos pierwszego ze starszych magów mocno zaskoczył dwóch młodszych, aż nimi zatrzęsło. Gesty wzmocnienia drgań opuścili jak oparzeni.
— Też to usłyszałem. — potwierdził drugi, o znacznie bardziej krzepkiej niż kolega aparycji. Obrócił się do uczniów i skrzywił się lekko.
— Uczniowie? Masowanie uszu w niczym wam nie pomoże.
— Mistrzu, potwierdzam.
— Ja słyszałam tylko coś o lesie i dużym mieście.
Krzepki pokiwał głową, pierwszy ściągnął usta z niesmakiem.
— Nie bardzo wiem, co nam to daje — odparł. — Nie powiedział, że… ON go tam wysyła. W ogóle nic o tym nie mówi.
— To i tak nasza najlepsza poszlaka. Musimy działać na jej podstawie.
— Mhm. Patrz jak młodziaki się stresują.
— Nie stresujemy się, Mistrzu.
— M-hm. — Mruknął z niedowierzaniem pierwszy. — W takim razie to wy skontaktujecie się z kimś z Wyżni.
— Pamiętajcie czego was uczyliśmy. Macie naprawdę sporo kart w rękawach. Grajcie nimi. Macie nasze wsparcie.
— Tak, tak. Wyruszacie natychmiast. To da wam przewagę nad Linvailem.
Gdy adepci odmaszerowali, bardziej krzepki z dwójki mistrzów magii głęboko westchnął.
— Patrz, jak idą. Jak na ścięcie. A przecież nic groźnego nie dostali do zrobienia. Jakbyśmy kazali im się teleportować w nieznane dla zysku na czasie, tak. Ale konwencjonalna podróż…
— Może też mają wątpliwości.
— Ja ich nie mam. Joachimowi nie może się udać, cokolwiek planuje.
Pierwszy spojrzał na niego z ukosa. Wyłowiwszy kilka karcących nut w tonie kolegi, zirytował się lekko.
— To, że mam wątpliwości nie oznacza, że ci nie ufam. Możesz się… Rozluźnić.
— Tsa. Odkąd zobaczyłem ich prywatne treningi, Linvaila i Joachima… Oni nie są normalni. Nie rozluźnię się, dopóki nie dowiem się jak to możliwe, że oni obaj uczą się w tak chorym tempie tak potężnych czarów. I nie spocznę, póki się nie dowiem czego on chce od Linvaila po dyplomie. Pewnie czegoś co da mu możliwość ubiegania się o fotel rektora?
— Oby nie. On jest faktycznie dziwny. Pierwszym dekretem byłoby pewnie sto pompek przed śniadaniem dla każdego…
— Drugim zlikwidowanie czasu wolnego…
— Trzecim natomiast zniósłby przerwy i zakazał dobrego nastroju naraz. W końcu po co tracić czas na oddzielne dekrety.
Adepci obu magów zniknęli wewnątrz uniwersyteckich zabudowań. Pierwszy mag spojrzał w niebo, zmrużył porażone majestatem słońca oczy.
— No cóż. Idziesz coś zjeść?
Nie do wiary. Co jak co… Ale nie spodziewałem się, że będzie mnie to stresowało.
Boreas uważnie przyglądał się ceremoniałowi, gdy przechodzili go inni wyzwalani dziś z terminów adepci. Lekko nerwowo układał sobie w myślach doskonały plan, co po kolei zrobić, żeby się nie zbłaźnić.
Tak jak ten frędzel — spokojnie wejść na podium. Uścisnąć rękę rektora, odebrać papier. Przejść do pozostałych Mistrzów, im też wszystkim podać dłoń. Co do nich mówić? Hm. „Dziękuję za nauki, Mistrzu”. „Bardzo dziękuję za wszystkie lata”. Hm. Cholera, jakoś to będzie. Albo nie. Dobra. Cholera, cholera, jestem następny. Tak, tak. Potem występuje preceptor. Każdy strzela krótką mowę. Ciekawe co powie Mistrz Joachim. Jak wtedy stać? Co z rękami zrobić, do licha? Najgorszy moment tych całych studiów, słowo daję. Potem się kłaniają publiczności, brawka i wychodzą. Tamtędy. No dobra.
— Boreas Linvail, cum eximia laude! — Głos rektora brzmiał neutralnie. Rozbrzmiały normalne, neutralne brawa. I dziki wiwat Walerego, po którym adeptowi bardzo ciężko było utrzymać powagę.
Spokojnie. Nie potknąć się o tę głupią kieckę.
Boreas wspiął się po schodkach na podwyższenie, uścisnął czekającą na niego dłoń rektora. Jego uścisk był bardzo mocny, ale i nie trafił na słabszego.
— Mam nadzieję, że nie rozstajemy się w nieprzyjaźni.
— Nigdy nie żywiłem do Waszej Magnificencji wrogości.
Rektor posłał mu uśmiech znajdujący się daleko poza zdolnościami Boreasa do wyczuwania szczerości. Po krótkiej chwili starszy mag puścił dłoń absolwenta i sięgnął po dyplom.
— Gratuluję wyzwolenia… I wyróżnienia. — Boreas kiwnął głową, mając nadzieję, że udało mu się wypaść choć w połowie tak neutralnie jak rektorowi. Z tytułem w ręku ruszył po kolei ściskać dłonie Arcymistrzów. Arcymistrzowie z bliska zdawali się być znacznie bardziej przyjaźni. Wręcz zadowoleni. Obyło się bez większych sensacji, na szczęście — tylko Dziekan przywołań był z jakiegoś powodu strasznie rozbawiony, a Mistrz Alchemii, spojrzawszy ulubionemu adeptowi twardo w oczy, powiedział tylko „Pamiętaj.”
Jemu też najszczerzej, wręcz z rewerencją, ukłonił się Boreas.
Rany, to chyba wieczność trwało. Dobra, jestem przy Mistrzu. Ukłon. Niski.
— Boreasie Linvail. — Sala zamarła, kilku Arcymistrzów prawie obróciło się w kierunku mówcy. — Byłeś dobrym adeptem. Dobrze przysłużyłeś się nauce, uniwersytetowi. I dobrze odpłaciłeś mi za udzielone ci nauki.
Mistrz Joachim zrobił krótką pauzę.
To jest to. — Zorientował się Boreas. — Teraz musi podać warunek wyzwolenia.
— Wyzwalam cię z terminu pod uzgodnionym przez nas w pierwszym jego dniu warunkiem. Odchodząc dziś z uczelni, poświęcisz swojej szczególnej uwadze cztery zadania. Gdy je dla mnie wykonasz, uznam twój dług za spłacony.
— Tak, Mistrzu.
Preceptor kiwnął krótko głową, jakby potwierdzając coś oczywistego, niegodnego uwagi. Coś absolutnie niewartego szumu dziesiątek zaskoczonych uwag wymienianych przez widownię.
— Udzielam ci więc dziś absolutorium. Nie jesteś już adeptem. Od tej chwili możesz tytułować się magiem, absolwentem tego uniwersytetu pod moim kierunkiem.
Boreas znów ukłonił się głęboko, odwrócił o dziewięćdziesiąt stopni w lewo, do widowni. Powiódł po niej spokojnym już wzrokiem, obserwując jak rozpoczyna się salwa grzecznościowych oklasków. Oklasków przeznaczonych dla niego. Mimo starań, uśmiechnął się.
Po krótkiej chwili ukłonił się widowni i z mocno bijącym sercem wyszedł z auli.
Mistrz Joachim odnalazł go krótko po ceremonii, przywołał do siebie lekkim skinieniem dłoni.
— Mistrzu?
— Linvail. Twoje zadania to odnalezienie dla mnie czterech konkretnych dzieł. Sposób poszukiwań zostawiam tobie. Możliwe, że czasem ci podpowiem, ale cóż. Nie jesteś już moim adeptem, wiąże cię tylko honor.
— Aż honor, Mistrzu.
— Tak… Tak. Postaraj się, Linvail. I nie odkładaj tego na później. Im szybciej je odszukasz, tym lepiej. I mimo że w ten sposób spłacasz swój dług… To wciąż możesz się jeszcze przekonać, co znaczy moja wdzięczność.
— Rozumiem.
Mistrz Joachim skinął krótko głową, na ułamek sekundy odwrócił uwagę. Boreas podążył instynktownie za jego spojrzeniem… I zorientował się, że otacza ich subtelna, lecz silna strefa wygaśnięcia. Oczy rozszerzyły mu się, gdy pojął, że nie zauważył, kiedy Mistrz ją wzniósł.
— To dobrze, że rozumiesz, Linvail. Tytuły. „Niestałość Powłoki”. „Sennik Astralu”. „Aeter Eternum”. I wszystko co uda ci się znaleźć z najświeższych materiałów Vaellorne Hyix. Nie mam na ten moment informacji o żadnej z nich, więc zacznij, gdzie uznasz za stosowne. Tylko nie bądź w tym zbyt przewidywalny. Zapamiętałeś.
— Tak, Mistrzu, pamiętam wszystko.
— Dobrze. Nikomu ani słowa, że robisz to dla mnie. Nie unikniesz wspominania tych tytułów różnym ludziom, szukając. Ale nie może paść moje miano. — Boreas kiwnął poważnie głową, wyczuwając nacisk w głosie preceptora. — Powodzenia. Pamiętaj, zawsze możesz przyjść po pomoc.
— Dziękuję. To dużo dla mnie znaczy.
— Zasłużyłeś, Linvail. A teraz idź już. Nie czekaj na dyliżanse, nie daj się śledzić idąc tam, gdzie chcesz zacząć szukać. Ale im szybciej wyruszysz, tym lepiej. — Joachim napotkał pytające spojrzenie byłego adepta. — Ha, no jak to. Nie myślałeś chyba, że nie będziesz miał konkurencji.
III. Transitio ad Vitam Novam
Przejście ku nowemu życiu
Piękny dzień.
Słońce, ni jednej chmurki. Rześki wiater, słońce miło przygrzewa… Chce się żyć!
Kupiecki wóz toczył się leniwie po leśnym dukcie. Wyładowany po brzegi dobrem zakupionym na targu Niezależnego, ciągnięty przez dwa konie, terkotał lekko i miarowo kołysał. Umysł kupca zaprzątały leniwe marzenia o powrocie do domu, o ciepłym przyjęciu przez żonę i córkę. O jarmarku, na którym z olbrzymim zyskiem sprzeda magiczne sprzęty, które na Niezależnym nabył po prawdziwie przystępnych cenach. Od połaci blach wykonanych z dziwnych materiałów, które kowale potrafią zamieniać w przyrządy o nadzwyczajnych parametrach, po ostre jak brzytwa, prawie niemożliwe do stępienia narzędzia i tworzywa o wyjątkowo małej gęstości. Dam Aneżkę na ten uniwerek — marzył kupiec. — To dobre, mądre dziecko. Poradzi sobie. Potem wróci do nas, i sami będziemy tworzyli takie cuda! Wtedy, bez potrzeby jeżdżenia na NUM i z powrotem i bez ich odrażającej marży, kupując tylko materiały u źródła będziemy bezkonkurencyjni… Ach. Kupca aż przeszedł dreszcz, gdy wizja niemal ożyła przed jego oczami.
I Aneżka będzie wielką Panią…
W oddali kupiec dostrzegł ruch, jakby sylwetka człowieka, zbliżająca się powoli. Kupiec dobył kuszy, naciągnął ją niespiesznie, załadował bełt. Położył w zasięgu ręki. I uzbroił się w cierpliwość.
Po dłuższej chwili mógł wreszcie dokładnie rozpoznać zjawisko.
Jakiś człowiek w lekkiej zbroi. Biegnie sobie, ha. Wcale szybko, ledwie go doganiam. No — ale też bardzo spokojnie jadę.
Wie, że za nim jadę, zwolnił. Zobaczymy.
— Witajcie, Panie! — krzyknął młody człowiek, przyjaźnie pozdrawiając kupca wzniesioną dłonią. — Piękny dzień!
— A witam, witam, owszem! — Kupiec zatrzymał konie, uspokoiwszy się nieco. Dostrzegłszy jednak sztylet za pasem nieznajomego, przysunął dyskretnie kuszę. Dokąd to droga prowadzi?
— Przez dłuższy czas w tym samym kierunku, jak widzę — uśmiechnął się biegacz.
— Hm, zaiste. Najbliższy rozjazd w Utulinie.
— Tak i mnie się widzi. Trochę mi niezręcznie prosić, wiem żem dla Pana obcy człowiek, ale odrobinę mnie już męczy ten bieg…
Nieznajomy zawiesił głos na nucie powszechnie odbieranej jako „konieczność uprzejmego proszenia o coś, na czym proszącemu bardzo zależy”. Kupiec wahał się tylko przez sekundę.
— A co mi tam. Buty ino opukaj o drabinę.
— Dziękuję Panu z całego serca! Jestem Boreas Linvail.
— Jan z Holina. O! Widzę, że ma pan buty ode mnie?
— Tak też myślałem, że znajomo mi pan wygląda — uśmiechnął się Boreas. — Są tak dobre, jak pan zachwalał. Przyjemnie się biega, są mocne i lekkie. I nogi się prawie w ogóle w nich nie pocą… Cuda!
— Nie darmo jeżdżę co rok do Holina w rodzinne strony, tamoj najlepszego znam butoroba — Wiechęcirz się nazywa, wierzcie lub nie. Przy starorzeczu mieszka, z dala od miasta, w chałupie brzydkiej jak noc — ale co on ze skórą wyczynia, tego żaden miastowy nie potrafi.
Kupiec zaczynał się wyraźnie rozluźniać w rozmowie z młodym mężczyzną, od którego biła radość życia i olbrzymia ilość pozytywnej energii. Gestykulując, delikatnie trącił dłonią napiętą kuszę. Nie umknęło to uwadze Boreasa — uśmiechnął się ze zrozumieniem, odpasał sztylet i powolnym ruchem ułożył go w głębi wozu.
— Przebaczcie ostrożność — chrząknął kupiec. — Wiem, tu spokojna okolica, magowie pilnują szlaku i w ogóle. Jednak…
— Jednak ostrożności nigdy za wiele. Ani mi przez myśl nie przeszło by mieć to szanownemu panu za złe.
— Cieszę się, że spotykam się ze zrozumieniem w tej kwestii. Przy okazji, nie mam problemu z tym, żebyśmy mówili sobie po imieniu.
— A więc, panie Janie — pozwolę sobie zapytać, czy ma pan może jeszcze jedną parę owego cudnego obuwia? Chętnie nabędę zapas. Naprawdę zrobiły na mnie wrażenie.
— A pewnie. Gdzieś tam mam jeszcze dwie, trzy pary podobnych rozmiarów. Nie są zbyt paradne, więc nie idą zbyt dobrze w skupiskach elegancików.
— W takim razie jak będę wysiadał, chętnie dokupię jedną parę — uśmiechnął się Boreas. — Tymczasem zastanawiam się, w jaki sposób mogę się szanownemu panu odwdzięczyć za podwózkę?
— Kiep, kto za pomoc na gościńcu rękę po pieniądz wyciąga, Boreasie. Miła rozmowa to będzie bardziej niż dość, samemu na szlaku czas dłuży się niemożebnie…
— Trudno się dziwić. Droga jest dość monotonna. Podejrzewam, że w przeciwieństwie do ostatnich wydarzeń w wielkim świecie?
— Słusznie podejrzewasz. Ten wypłosz Alaryk na przykład, uchwalił takie cła, że się w głowie nie mieści, będzie już z pięć tygodni temu. Finansuje sobie kolonizację ruin Arunhoog, wyobrażasz sobie?
— Ojaj. Nawet krasnoludowie mieli problemy z trzymaniem tego, do czego się dokopali, pod ziemią…
— Dokopali? Do czego się niby dokopali? Mnie chodziło o to, że całe miasto jest pocięte tunelami, nigdy nie wiada, kiedy się zawalić mogą, przecież tam wszystko zatopione…
— Przez Szał Morza. — dokończył Boreas, gładko się wtrącając. — Wywołany przez Ruddarda „Świecidełko” Hollmera podczas Wielkiej Wojny. Do dziś trwają debaty, jakim cudem jedna osoba mogła wywołać tak straszliwy kataklizm, działało też kilka komisji. Szeroko się o tym nie mówi, ale choć ostatecznie nie rozwiązali głównego problemu, to udało im się odratować wiele krasnoludzkich rytów traktujących o ich podziemnych… Odkryciach. Stare, szalenie niebezpieczne istoty, wzmianki o nieznanej podziemnej cywilizacji…
— Że co? Myślisz, że Alaryk o tym wie?
— Z tego co mi wiadomo, Niezależny wystosował do niego notę, w której wyraźnie przestrzegał… — Kupiec rzucił Boreasowi spojrzenie tak podejrzliwe, że mag aż zgubił wątek.
— No jasne, że wie. Po co ja się pytałem. Chce, żeby ludzie zaczęli tam grzebać i wydobywać krasnoludzkie skarby, z których potem odda im łaskawie znikomy procent, i nawet im nie powie, że coś tam może na nich czyhać…
— Niestety, to nie jest dobry władca.
Po tych słowach zapadła cisza, jeśli nie liczyć miarowego stukotu kopyt o gościniec, śpiewu leśnych ptaków i szelestu drzew na wietrze. Boreas pozornie oddał się obserwacji koron drzew, delikatnie sondując umysł kupca. Wyczuł w nim mnóstwo podejrzliwego napięcia. Jego myśli krążyły wokół…
No tak — westchnął w myślach Boreas. — Powiedziałem o wiele za dużo. Na pewno domyśla się, że jestem magiem.
— Tak.
— Że co, tak?
— To odpowiedź na pytanie, które pan sobie zadaje.
— Mówiłem, mów mi Jan… Magu.
— Mów mi Boreas, Janie. Skąd nagle taka podejrzliwość?
— O, przepraszam. To przecież codzienne zjawisko, żeby mag biegł sobie gościńcem i o podwózkę prosił.
— Cóż, moi koledzy nie wiedzą co tracą — Boreas uśmiechnął się do rozmówcy — leśne powietrze dobrze wpływa na płuca.
Rozmowa znów na chwilę uległa potędze niezręcznej ciszy — takiej, która zazwyczaj wdziera się pomiędzy rozmówców z gracją pikującej asteroidy, gdy wyjdzie na jaw jakiś podejrzany fakt. Tym niemniej, zarówno świeżo upieczonemu magowi jak i kupcowi, który zaczął już wyczuwać potencjalne zyski z przyjacielskiej rozmowy z przedstawicielem tej dziwacznej kasty, raczej zależało na kontynuowaniu uprzejmej wymiany zdań. Pierwszy przemógł się kupiec.
— Jak już wiozę maga, i tak sobie gadamy…
— Mhm?
— Mam córeczkę. Bardzo mądra jest, dobra, pracowita. Nauczyła się czytać cztery latka mając! Chcę ją dać na ten uniwersytet wasz… — Kupiec zawahał się mocno, przybrał bardzo zafrasowaną minę. — Ale dobry to pomysł? Skąd mam wiedzieć, czy sobie poradzi? Czy się nadaje? Czy się tam jej krzywda jaka nie stanie?
— Jeśli jest mądra i pracowita, poradzi sobie lepiej niż większość znanych mi adeptów, i podejrzewam, że będzie też bezpieczniejsza niż w niejednym na ogół niegroźnym terminie. Choć to ostatnie, heh, zależy w dużej mierze od tego który mistrz przyjmie ją do terminu indywidualnego. A czy ma predyspozycje?… Musiałbym ją zobaczyć…
— Zapłacę…
— Ale! Przecież wcale nie muszę, co ja gadam!
— Nie?…
— Jeśli pan ma predys…
— Nie jestem żaden pan! — przerwał z profesjonalnie sztucznym uśmiechem kupiec. — Robisz niepotrzebny dystans w rozmowie!
— Jeśli masz talent do magii, prawie na pewno ma go i twoja córa. Moim zdaniem prawie na pewno masz, bo bardzo wyraźnie cię wyczuwałem, jak się zbliżałeś.
— No to sprawdź mnie, może jakiejś błahostki naucz i jesteśmy kwita za przejazd.
— Co by ci się przydało?
— Ten, no. Czarować tak przedmioty, żeby się nie zużywały?
— To jest bardzo, bardzo trudne. Poza tym, nikt nie osiągnie wiecznej trwałości. Sprzęty z NUM kiedyś się wreszcie stępią i zepsują, jak wszystkie… Tyle że raczej nie za życia pierwszych właścicieli. Wybierz coś prostego. Może podstawa telekinezy? Rozpalenie ognia? Albo drobna iluzja?
— Iluzja, czyli… Czyli że komuś się na przykład wydaje, że coś jest, czego tak naprawdę nie ma?
— Albo odwrotnie. Możliwości jest strasznie dużo. Manipulacja niewielkimi ilościami energii, najprostsza psionika może też da się wytłumaczyć w parę godzin, aczkolwiek jest niebezpieczna i trudno zmierzyć jej efekty…
— Niebezpieczna — jak każda magia, nieprawdaż?
— Prawdaż, tyle że psionika jest groźniejsza dla użytkownika niż większość pozostałych działów magii.
— A teleport? Nauczyłbyś mnie teleportować?
— Ta sztuka jest okrutnie trudna. Jeden, nawet najmniejszy błąd i się… Ginie. Zwłaszcza jak nie umie się lewitować. Wielu magów w ogóle z niej nie korzysta.
— Lewitować, ty, teeż coś. Jak umiesz latać, to czego biegłeś?
— Lewitacja wymaga pewnego wydatku energii magicznej. Wolę ją oszczędzać… No i komu zaszkodzi drobna przebieżka?
— Pamiętam mijanie trzydziestego słupka, to ten przekrzywiony od kiedy mój były wspólnik Mattias uznał, że szybciej będzie nie zatrzymywać się na noc w ogóle. Więc jesteśmy dobrze ponad trzydzieści kilo od uniwerku. Chcesz powiedzieć, że biegłeś cały ten czas?
— Cóż. Tak.
— I co, wszyscy magowie tak dają radę?
— Prawie nikt… Przynajmniej prawie nikt z NUM. — poprawił się Boreas. — Mój Mistrz jako jedyny kładł nacisk na rozwój fizyczny równolegle z umysłowym.
— A więc jesteś uczniem, którego na wandr wypuścili?
— Jestem absolwentem z tytułem maga. To czego się uczymy?
Przez myśli kupca przebiegło wiele wizji. Od niego samego, płacącego iluzorycznym złotem za wszelakie dobra, poprzez klientów cisnących się do jego cudownie chłodnego w upalny dzień kramu aż do przenoszenia pakunków siłą woli, by nigdy więcej nie płacić tragarzom i ulżyć coraz bardziej szwankującym plecom.
— A jak szybko dam radę przenieść taką, o — skrzynię?
Boreas obejrzał się za siebie, wykonał kilka szybkich gestów. Skrzynia lekko się podniosła. Najbliższe niej pakunki niespokojnie zadygotały, jakby też rwały się do lotu.
— Trochę ciężkawe. Co tam wieziesz, cegły? Czegoś takiego nie podniesiesz bez długiego, wszechstronnego treningu. Osobiście sugerowałbym jednak zacząć od podstaw panowania nad energią, czyli możliwością rozgrzewania przedmiotów, jeśli marzą ci się czary… — Mag szukał przez chwilę odpowiedniego wyrażenia — Zauważalnego kalibru.
— No dobrze. Myślałem co większy zysk mi przyniesie… Ale zdam się na ciebie. No to co mam robić?
— Na dobry początek, uważnie słuchać. I krzyczeć, jeśli coś będzie niejasne. Ale! Wcześniej przeprowadzimy wstępny test — czy potrafisz panować nad samym sobą, swoim organizmem.
— Dajesz.
— Połóż dłonie na kolanach. Wewnętrzną stroną do góry. I po prostu się na nich skoncentruj.
— Na kolanach czy na dłoniach?
— Na dłoniach. Skup się na nich mocno, ja potrzymam chwilę lejce. I mów od razu jak coś się stanie.
Po chwili przerywanej jedynie stukotem kopyt i skrzypieniem wozu ciszy kupiec skrzywił się.
— Coś się dzieje?
— No… — Zaczął niepewnie kupiec — Takie zimne igiełki w dłoniach czuję.
— To witaj na pokładzie, zdałeś. Bardzo możliwe, że będziesz zdolny do czarowania! Gratulacje! Zatem uczymy cię panowania nad niewielkimi ilościami energii, żeby mieć pewność. Najpierw jednak muszę ci zrobić mały wstęp. Weź lejce.
Boreas zamilkł na chwilę, wpatrzył się w dal. Zaplótł dłonie za głową, założył nogę na kolano drugiej i powoli zaczął wykład.
— Wszystko co widzisz składa się z zawirowań przestrzeni. Spójrz na przykład na tę deskę, na której siedzimy.
— Tylko mi jej nie zapalaj. Co za zawirowania?
— Jak to wyjaśnić… Z czego składa się… Hmm. Śnieżka?
— Co? Śnieżka? No ze śniegu.
— A śnieg to?
— Zamarznięty deszcz, nie jestem głupi.
— Nie o to mi chodzi. Przyglądałeś mu się jak pada? Płatkom?
— Aaa. Tak. Dziadzio mi pokazał, jak byłem mały, przez swoją soczewkę do kamieni — to takie gwiazdki misterne. Każda inna…
— Aha! O to mi chodzi. Tak więc śnieżka jest zlepkiem wielkiej ilości takich płatków.
— No tak. I dlatego jest zimna?
— Spokojnie. Teraz wyobraź sobie, że te płatki są wszystkie identyczne. Dokładnie takie same. Jest tylko jeden wzorek.
— No… Mam.
— Zmniejsz je. Tak bardzo, że pojedynczej nie zobaczyłbyś nawet przez sto dziadkowych soczewek — rozmiar śnieżki zostaje.
Krzaczaste brwi kupca zmarszczyły się wystarczająco, by stać się jednością. Całe jego jestestwo wyrażało maksymalne skupienie, podekscytowane potencjalnie fortunonośnym, darmowym dostępem do elitarnej wiedzy.
— Nnno.
— Teraz uwaga: ten wzorek to od teraz zlepek dwóch rodzajów niewiarygodnie małych… Wirów. Zawirowań przestrzeni. Czyli bierzesz dwa rodzaje zawirowań, w pewnym sensie lepisz z nich taką małą kulkę. Następnie dodajesz parę dookoła tego zlepka, kawałek od środka.
— O rany… No dobra? Ale to się nie będzie trzymało.
— Będzie, ponieważ każde zawirowanie przyciąga się z innym.
— Że co? Jak to?
— Nawet tamta skrzynia nas przyciąga, a my ją… Wszystko co ma masę ma swoje pole grawitacyjne, odkształca przestrzeń w taki… Lej, w który wszystko wokół próbuje spaść. Ale to inny temat. Owe hipotetyczne zawirowania trzymają na miejscu co najmniej trzy znane rodzaje oddziaływań… Tyle, że teraz to ci nie jest potrzebne.
— Czekaj, te kulki… — Kupiec mruczał bez przekonania ni to do siebie, ni to do swojego nowego nauczyciela. — N-no dobra… O ja cię inwentaryzuję…
— Teraz je delikatnie rozsuń. Wiesz co — daj mi z powrotem te lejce, a ty się skup.
Kupiec przekazał bez słowa lejce Boreasowi, jego twarz wciąż wyrażała najwyższe, zdyscyplinowane skupienie.
— Czyli tak sobie teraz wiszą w powietrzu?
— Nie do końca w powietrzu. Po prostu w przestrzeni. Ale tak, w pewnym sensie wiszą sobie. Trzymają się razem, bo się przyciągają. I teraz uważaj. Do każdego wzoru dodaj dokładnie jedno, wszędzie takie samo dodatkowe zawirowanie.
— W porządku.
— Ta-dam! To już nie jest śnieżka. To coś innego. Teraz wszystko zależy od tego w którym miejscu dodaliśmy ten nowy wir — jeśli do tlenu, to teraz mamy fluorowodór… Który z punktu ci wyparuje, jeśli dobrze pamiętam… I wolny wodór, bodajże. Oczywiście to nadal jest dość uproszczony…
— Że co?
— Wszystko jest w gruncie rzeczy zbudowane z zawirowań przestrzeni. Obiekty różnią się tylko szczegółami — ilością wirów tu i tam. Woda, w tym zamarznięta, to dwa…
— Jaaasne. — przerwał kupiec — Przecież widzę, że tu jest drewno, tam kamień, a tu o, maszeruje koń. Wszystko, wszystko inne. To żyje, to nie. I niby wszystko jest z wirów jakichś, aha. Baju — baju, panie magu.
— Taka jest prawda. Wytrzymaj, niedługo sam się o tym przekonasz! Teraz zaś przechodzimy do temperatury. Poza pewnymi specyficznymi wyjątkami, każdy stabilny układ zawirowań stale się przemieszcza. W ciałach stałych głównie drga. Ma miejsca dużo, więc sobie drga.
— Czyli co robi?
— Przesuwa się cyklicznie… Ekhm, przesuwa się w jakimś kierunku, a potem wraca. Na przykład w prawo, potem w lewo, znów w prawo i tak bez końca. Przesuwa się bardzo niedaleko, ale bardzo szybko. Jak struna mandoli, kiedy się ją szarpnie.
— No w porządku.
— Temperatura to nic innego jak średnia energia kinetyczna…
— Że co takiego? — Kupiec przewrócił oczami, westchnął głośno.
— Masa… Konia, przemnożona przez jego prędkość, potem jeszcze raz przez jego prędkość… A potem podzielona przez dwa. To energia kinetyczna konia. Średnia będzie, jeśli weźmiemy…
— Wiem, co to średnia. — kupiec przerwał po raz kolejny, jeszcze bardziej urażonym tonem niż poprzednio. — Pokaż mi kupca, który nie wie, co to średnia.
— I brawo, chwali się. A więc, kontynuując: temperatura to w gruncie rzeczy średnia energia kinetyczna cząsteczek obiektu. Jak widzisz, we wzorze na nią jest tylko masa i prędkość. Proszę przyjmij, że masa kulek jest stała. Wtedy możemy…
— Operować tylko na prędkości, żeby coś zmienić. No dobra. Czyli im mocniej kulki się ruszają…
— Tak jest! — obu mężczyznom wyraźnie przestało przeszkadzać wchodzenie sobie nawzajem w słowo. — Tym większa temperatura obiektu. Czyli — im mocniejsze drgania ciała stałego, im dalej układy wirów się w tę i wewtę przesuwają, tym ów przedmiot jest gorętszy. A jakby je całkiem zatrzymać, wygasić — przedmiot stanie się zimniejszy od lodu.
— Ciężko w to wszystko uwierzyć… No ale dobra. Czyli muszę zatrząść tymi… Zawirowaniami, jeśli chcę coś podgrzać? I zatrzymać je, jak chcę coś schłodzić?
— W przypadku ciał stałych — tak, dokładnie tak! Brawo. W przypadku gazów masz większą dowolność, bo tę prędkość możesz zwiększać jak ci się podoba. Na boki, w górę, w dół. Tyle że wtedy wywołasz ruch tego gazu, a tego nie zawsze byśmy chcieli. Dobrze. To teorię mamy z głowy. Teraz spokojnie przemyśl wszystko co powiedziałem, utrwal to sobie. Dobrze zapamiętaj. Za jakąś dłuższą chwilę spokojnie przejdziemy do czarowania.
Boreas delikatnie zaczął ściągać w pobliże wozu spore ilości niedużych, przydrożnych kamieni. Sprawnie poukładał sobie w myślach wzory, w jakie je ułoży… I zaczął spokojnie liczyć mijane słupki.
Po pięciu mniejszych słupkach delikatnie chrząknął przerywając mamrotanie kupca, płynnie wprowadził uzbierane kamyki w przestrzeń pomiędzy wozem a koniem.
— Powtórzmy na szybko: pewna całość, na przykład kamień — przed Janem nagle pojawił się spory głaz, który majestatycznie odleciał z powrotem między drzewa — składa się w gruncie rzeczy — tu feeria małych kamyków ułożyła się ze stukotem w powtarzający się wzór — z olbrzymich ilości układów zawirowań przestrzeni, specyficznych dla tej całości. Jak widzisz, mają one wolną przestrzeń wokół siebie. Mają jej mnóstwo, w gruncie rzeczy. Temperatura owej całości zależy od tego — wszystkie kamienne byty zaczęły szybko drgać — jaka jest energia kinetyczna drgań układów zawirowań tej materii. A więc teraz mamy ciepły kamień. Teraz jest gorący — kamienie zadrgały o wiele szerzej i szybciej — a teraz — kamienie prawie zastygły w bezruchu — leży sobie pod lodem, jak go dotkniesz to ci palec przymarznie i problem będzie. Uważaj i dobrze zapamiętaj, teraz wielka przestroga. — Wszystkie zaimprowizowane pomoce naukowe ułożyły się w wyobrażenie jednego, powiększonego układu.
— No? Jaka?
— Jak mówiłem, proszę żebyś przyjął masę układów, czyli konstrukcji, na które się owe zawirowania przestrzeni składają… Za stałą. Nigdy, przenigdy. Niech ci nie przyjdzie do głowy ingerować w stabilne układy zawirowań. Nie próbuj nigdy zrobić nic takiego — kamienna pomoc naukowa nagle rozpadła się na dwie równe części. — Ani nawet takiego. — z jednej z połówek oderwał się jeden, jedyny drobny kamyk.
— Dlaczego?
— Bo jak będziesz miał szczęście, to padniesz z wyczerpania, jak będziesz próbował. A jak będziesz miał pecha, to ci się uda. I wysadzisz siebie i całą okolicę w powietrze. Przez co wszystkie ciężarne kobiety w promieniu stu kilometrów którym uda się to jakimś cudem przeżyć, urodzą zdeformowane dzieci. Tak w skrócie.
— Łosz kurwa, co ty mi tu opowiadasz! To ja nie chcę tego dotykać w ogóle! Weź mi tu przestań…
— Żartujesz? — oburzył się mag. — Wystarczy, że nie będziesz tego próbował. Może od razu kuszę ci zabiorę, bo jeszcze strzelisz sobie w oko? Albo jakiejś ciężarnej w brzuch?
— No, nie… — Bąknął zmieszany kupiec. — No ale kuszą nie wysadzę całego miasta!
Bogowie, dajcie mi siłę… — Westchnął w duszy Boreas. Na głos zaś odparł, z coraz większym trudem siląc się na grzeczność:
— Wybacz Janie, ale potrafię sobie wyobrazić scenariusz, w którym jeden wystrzał z kuszy doprowadziłby nawet do upadku państwa, nie tylko miasta. Magia, balista, kusza, ba — nawet głupi nóż do cebuli to tylko narzędzia. Jeśli używa ich odpowiedzialna, inteligentna osoba, nie ma się czego bać. Za to szaleniec może wybić całą swoją wioskę nawet chędożoną miotłą, jeśli się postara. A ktoś u władzy? Byle gestem upudrowanego palucha może zniszczyć przyszłość tysięcy ludzi. Ale spokojnie, przecież do niczego cię nie zmuszam. Przemyśl to i daj mi znać, czy chcesz kontynuować… Tylko pospiesz się nieco, jeśli mogę prosić. Aha — będę ci pokazywał, jak czarować przy pomocy konkretnego systemu gestów. Dzięki systemom gestów do czarowania nie jest wymagana pełna kontrola nad własnym umysłem, więc nie ma wielkiego zagrożenia, że zrobisz coś przez przypadek. Coś, czego nie chciałeś.
Dźwiękową oprawę jazdy kupieckim wozem znów zdominowały pospolite stukoty, szumy i z rzadka ćwierkanie leśnego ptactwa. Kupiec siedział z nietęgą miną, zastanawiając się nad zupełnie nowym dla siebie zagadnieniem natury filozoficznej. Trudnym i poważnym — prawdę mówiąc, nigdy dotąd nie miał okazji myśleć w takich kategoriach. Życie i śmierć wielu wokół mogą zależeć od niego… Ten przeskok poziomów odpowiedzialności oszałamiał poczciwego mężczyznę.
Mag natomiast patrzył w las po swojej prawej, raz po raz przewracając oczami. Twarz miał zaciętą na wyrazie lekko zażenowanej dezaprobaty. Po chwili jednak kupiec zaczął się powoli odprężać, a Boreas z uznaniem stwierdził, że w jego umyśle wątpliwości ustępują miejsca powadze i determinacji.
— W porządku, Boreas. Słucham cię dalej.
— Dobra. Odpręż się. Rozluźnij.
— Jak?
— Po prostu nie skupiaj za bardzo wzroku po drodze. I nie ruszaj głową.
Jan z Holina westchnął, gdy obraz zaczął się błyskawicznie powiększać. Zwykły kawałek drewna w coraz silniejszym powiększeniu stawał się wprost fascynujący. Nie posiadał się ze zdumienia, gdy zauważał kolejne warstwy szczegółowości zwykłego patyka. Przez mikroorganizmy do komórek, aż wreszcie po przedziwne zaburzenia przestrzeni.
Mag wskazał mu konkretny, drgający w szalony sposób układ zawirowań. Delikatnie zwiększył jego drgania… Potem mocno wyhamował.
Wizja urwała się.
— Teraz gesty. W ten sposób. Powtórz?
— Tak? Ale… To nie wyglądało wcale jak żadne wiry… Ani nic takiego…
— Nie miało, to było przybliżenie. Przykurcz mocniej palce. Tak. Elegancko. Teraz skup się na tym kawałku drewna. Wykonuj te gesty, te same. Delikatnie. I staraj się siłą woli lekko rozbujać układy zawirowań w całym tym kawałku drewna. Lekko, bez przesady. Nie napinaj się, to nie ma nic wspólnego z mięśniami. — Mag spojrzał kupcowi prosto w oczy i dodał swojemu tonowi całą gamę powagi. — Pokazałem ci, że to możliwe, więc wiesz, że to jest możliwe. Wiesz, że potrafisz to zrobić.
Kupiec zacisnął zęby, zmrużył oczy i gestykulował ostrożnie. A Boreas łagodnie podpowiadał.
— Spokojnie. Nie napinaj się tak… Rozluźnij się… Poczuj się tak, jak poczułbyś się, gdyby zapłonął. Niech myśl, uczucie i zamiar staną się jednym… Ha! Patrz! Otwórz oczy!
Jan otworzył zaciśnięte powieki i uważnie przyjrzał się kawałkowi drewna.
— Ale… — Zaczął, nie rozumiejąc o co chodzi — No, nic się nie stało?
— To przyjrzyj się dobrze! — odbił mag, wesoło przystawiając mu patyk pod nos. Drewno miało niedużą, czarną plamkę. Rozczarowany kupiec cmoknął.
— Ale to tu mogło być…
— Tak? Mogło być? To weź na to podmuchaj! — Młody mag wyszczerzył zęby w radosnym uśmiechu, gdy czarny okrąg rozżarzył się ognistą czerwienią pod wpływem dmuchnięcia. W powietrze wzbiła się wąska strużka dymu. Kupiec wysoko uniósł brwi.
— Potrzeba ci sporo ćwiczeń, Janie, ale krzesiwo i hubkę już możesz wyrzucić — śmiał się Boreas. — Nie zdarza się to często, taki efekt za pierwszym podejściem! Masz olbrzymi talent, na sto procent ma go też twoje dziecko.
— O kurczaki. Ja to zrobiłem? Umiem… Czarować?
Mag poklepał kupca po ramieniu.
— Musisz dużo i ostrożnie ćwiczyć. Na kawałku drewna, kubku wody… Kładź nacisk na to, żeby jak najlepiej kontrolować jak bardzo coś podgrzewasz czy chłodzisz. Naucz się robić tylko delikatne zmiany na drobnych obiektach. Potem możesz kombinować z coraz większymi, na przykład z powietrzem w pokoju… Pamiętaj, dużo teraz zależy od tego, jak wykonasz ten gest. Twój umysł i twoja podświadomość już rozumieją, że jest to taki skrót do zwiększenia lub wytłumienia drgań układów zawirowań. To taki język migowy magów, można rzec. Istnieje kilka systemów… Ta sekwencja gestów oznacza dokładnie “materia, najmniejsze, kontrola, ruch” w systemie, którego mnie nauczono. Nazywa się Motus Potestatem, czyli Gesty Mocy.
— Czyli jak czarujecie, to tak jakby mówicie na migi, co ma… Się stać?
— W pewnym sensie. Tak. Istnieje wiele różnych teorii, nikt tak naprawdę nie może powiedzieć, że jest w stu procentach pewny, że magia działa o — w ten sposób. Jednak najpopularniejszy nurt jest właśnie taki. Nasze umysły doskonale znają znaczenia gestów — lata treningu. Kiedy każdy jest opanowany, cała podświadomość, rozumiejąc dzięki nim czego chcemy, pomaga nam wywrzeć na otoczenie wystarczającą presję, żeby zaklęcia działały. Dlatego na przykład, żeby stworzyć, bo ja wiem — most z lodu zimą, nie musiałbym tego wcześniej ćwiczyć. Wystarczyłby koncentracja, wysiłek woli i gesty: przejście, czyli transientia, woda — aqua, niech się stanie — videre. Wyszkolony umysł i podświadomość zrobią większość roboty na drugim planie. Mag musi już tylko dostarczyć odpowiednią ilość energii, woli… I dobrze pilnować umysłu, żeby nie schodził na boczne ścieżki.
— A jakby dodatkowo mówić te nazwy, to by coś dało?
— Mag uśmiechnął się, oddał kupcowi lejce.
— Tak, dobrze kombinujesz. To właśnie są zaklęcia. Kilka szkół spychało w ogóle gesty na drugi plan, oddając im rolę głównie pomocniczą w koncentracji woli i energii, a instrukcje dla podświadomości zamykając w zaklęciach. Miało to swoje zalety, na przykład wymagało znacznie mniejszej dyscypliny umysłu — łatwiej panować nad tym co się mówi, niż nad tym co się myśli. Gdybym jednak czarował wypowiadając zaklęcia jednocześnie z gestami…
— Ty to robisz tak szybko, jak te kamienie ustawiałeś. To by cię spowolniło, co?
— I to bardzo. Poza tym, dałoby też przeciwnikowi lepszy obraz tego co dokładnie kombinuję, plus w walce nie zawsze jest się w stanie wykrztusić z siebie cokolwiek. Ale czasem tak robię, kiedy potrzebuję do zaklęcia włożyć więcej mocy, albo gdy chcę być bardzo dokładny. Jak mówiłem, myśli trudniej pilnować niż słów… A gdy nic nie mówisz podczas gestykulacji, umysł ma pewne pole do błądzenia.
— Kupiec z zachwytem pokręcił głową.
— Wszystko się ze sobą łączy, niesamowite. Długo mógłbym cię tak słuchać.
— Cieszy mnie, że ci się podoba. To chyba znaczy, że nienajgorszy ze mnie nauczyciel.
— Ha! Skromnyś. A twoja zapłata za przejazd, iście królewska. Może ja też mogę coś dla ciebie zrobić?
— Już robisz, przecież siedzę na twoim wozie.
Kupiec żachnął się.
— Nie wyglądałem aż takiej zapłaty! Zresztą, to tylko zwykła uprzejmość na trakcie. Mów, Boreas, jak mogę się odwdzięczyć, bo mi niezręcznie będzie.
Mag zamyślił się na dłuższą chwilę. Kupiecki wóz miękko terkotał, śpiewało leśne ptactwo, delikatnie szumiały drzewa. Idealne warunki do zwykłego delektowania się życiem.
Ale jeśli mogę coś z tego wyciągnąć…
— Wiesz Janie, nigdy nie umiałem się targować.
Kupiec wybuchnął śmiechem, płosząc zaszyte w koronach drzew ptactwo w promieniu dobrych stu metrów.
— Co ty powiesz?! Jesteś magiem, czy nie?
— Tak. Ale…
— No co? Przecież umiecie czytać w myślach, nie? Przecież to taka przewaga…
— Zbyt głęboka sonda — przerwał Boreas — natychmiast zaalarmuje każdą nawet średnio inteligentną istotę. Dyskretnie można co najwyżej wyczuć emocje i ogólny kierunek, w którym błądzą myśli… Obiektu, a to potrafi każdy kto ma inteligencję emocjonalną większą niż byle nastolatek. Jak się przesadzi, to mogą być spore kłopoty… Plus takie praktyki są moralnie wątpliwe. A żeby faktycznie zobaczyć czyjeś myśli czy wspomnienia… W skrócie powiem tak: mam nadzieję, że nigdy nie będę musiał tego robić.
— Aha. No dobra. Czyli nie ma szans, żebyś wybadał, ile kupiec jest w stanie zejść?
— Jeśli jest doszczętnie spity lub niespełna rozumu… Lub gdybym był mistrzem nad mistrzami, to mogłoby się udać bez wiedzy badanego. Ale nałogowi alkoholicy i zwyczajne matołki zwykle nie mają nic godnego targów, prawda? A mistrzowie nad mistrzami mają inne zainteresowania niż oszwabić kupca na targu.
— Prawda… — Kupiec otarł drobną łzę rozbawienia z kącika oka.
— Żeby mieć dobry towar, trzeba mieć łeb! Czyli nie umiesz się targować, no dobrze… Opowiedz mi zaraz, jak to wyglądało jak się ostatnio targowałeś. — Boreas zmarszczył brwi, wykrzywił kącik ust.
— Musiałbym sobie przypomnieć…
— No pewnie. Czyli nie masz praktyki i się dziwisz, że nie umiesz. Kto jak kto, ale mag powinien…
— Dobrze już, dobrze. To było… Trzy? Trzy zimy temu. Zdziwisz się, ale magowie nie potrafią wyczarować jedzenia.
— I co, na żarciu cię ktoś orżnął? — Parsknął nieprzyzwoicie kupiec.
— Janie… Cieszę się, że rozmawiamy swobodnie, ale jednak nie przesadzajmy. Nie… — Boreas spokojnie zapobiegł cisnącym się na usta Jana przeprosinom. — Nie kupowałem jedzenia, tylko łuk… — mag kontynuował, nie zważając na gwałtownie uniesione krzaczaste brwi. — łuk do polowań. Lubię dziczyznę, wielu magów ją lubi. Ja dodatkowo lubię i umiem polować z łukiem. Nigdy nie miałem refleksyjnego, a kupiec twierdził, że przywiózł go ze stepów Akkarth. Tam bardzo rzadko rosną drzewa Llis, z których miejscowi wytwarzają prawdziwe cuda, uchodzą za najlepsze łuki na Planie. Handlarz zawołał trzysta denarów.
— A to złodziej! Aaa, już widzę twój pierwszy błąd. Jak zareagowałeś?
— Cóż, nie mam wiele więcej do powiedzenia. Próbowałem zbić cenę, bo trzysta denarów to była wówczas lwia większość moich oszczędności. Jednak skończyło się na tym, że dałem trzysta dziesięć, i jeszcze mu dziękowałem. A łuk, co mogę o nim powiedzieć. Nieprzyzwoicie wyeksploatowany. Pękł mi w rękach po kilkudziesięciu strzałach, a strzelało się nim tragicznie. I choć był faktycznie cudnej roboty, to gdy później przebadałem drewno, okazało się, że to najzwyklejszy cis. Choć obrobiony był jakoś tak sprytnie, że wcale nie wyglądał.
— Zaraz, jak on to zrobił, za co mu dziękowałeś? Detale, opowiedz mi z detalami. — Boreas skrzywił się, zamyślił na chwilę. Zamknął oczy i zaczął opowiadać.
***
Lekko, letnio ubrany adept uniwersytetu przyciągał wiele zdziwionych spojrzeń na zimowym targu Niezależnego Uniwersytetu Magicznego. Adept nie zdradzał żadnych oznak wyziębienia, choć wszyscy dookoła ubrani byli w futra. Zero gęsiej skórki, drżenia, nic. Swobodnie przechadzał się pomiędzy straganami, aż jego wzrok przyciągnął jeden konkretny przedmiot.
Pięknej roboty łuk refleksyjny.
Bogowie. Każda osada myśliwska odda wszystko za taki łuk, zwłaszcza elfowie. Ależ okazja! Sam też bym sobie postrzelał! — Rozmarzył się Boreas.
— Dzień dobry!
— Witam-witam i o zdrowie pytam!
— Elegancki oręż ma pan na wystawie.
— A pewnie! Misternej roboty Akkarthiański łuk refleksyjny! Na całym kontynencie nie znajdzie Pan wielu takich! Tylko trzysta denarów, okazja!
— Trzysta denarów za łuk trzymany na zimnie przy takiej wilgoci, bez osłony? Jeszcze z założoną cięciwą? Jak długo nie była zdejmowana? I gdzie ma pan sakwę od niego? Nawet byle naoliwioną skórę?
— Panie kochany! Co pan! Przecież ja go codziennie pokrywam warstwą kalafonii, cięciwę zakładam tylko na parę godzinek jak na targu jestem, coby się prezentował należycie! Co mu się może stać! Jakbym o własny dobytek, o własne towary nie dbał, to gdzie bym był?!
Delikatna, ostrożna sonda… Szczere oburzenie. Wręcz wzburzenie. Nie czuję oznak fałszu. Kurde, to ładnie zacząłem negocjacje.
— A… Jak tak to dobrze…
— No ba! Stary jeździec Akkarthiański łzy miał w oczach, sprzedając mi ten artefakt! A pan mi tu, też coś!
— Nie miałem nic złego na myśli…
Nie chcę przecież dać za to większości swoich pieniędzy…
— Ja wierzę — wciąż oburzony handlarz egzotykami strzelałby chyba iskrami, gdyby przyłożyć do niego kawałek bawełny. — Jednak, panie, trza na słowa zważać!
— Tak czy inaczej, trzysta to za dużo. Dam dwieście. — Na te słowa handlarz cofnął się jak rażony gromem, obrócił się plecami i zamachał odganiająco.
— Do widzenia! Miło było! Zapraszam za rok!
Boreasa wmurowało.
— Słucham? Dlaczego?
— Już dwa razy mnie pan obraziłeś! Dwieście za jeden z, może dziesięciu podobnych na kontynencie! O który to niby nie dbam! O rodzoną córkę dbam jednako, niech mnie piorun trzaśnie, jeśli to nieprawda!
— Już w porządku, w porządku. Dam dwieście… Siedemdziesiąt.
— Trzysta pięćdziesiąt to teraz jest cena dla pana! Ja panu tego nie muszę sprzedawać! Nie za taki bezcen! Ja nie mogę być stratny, ja mam dzieci do wykarmienia, rodziców na utrzymaniu! O!
— Na pewno nie zejdzie pan z ceny choć trochę? Prawie mnie nie stać… — Kupiec przekrzywił głowę, patrzył przez chwilę na adepta w milczeniu.
— Dobrze panu z oczu patrzy, więc moje ostatnie słowo to trzysta dziesięć. — Boreas ponuro kiwnął głową, odliczając monety i wstydząc się za swoje zachowanie.
***
Jan z Holina westchnął ciężko.
— W każdej profesji jest wielu dobrych ludzi, ale i bezczelnych oszustów jest więcej niż mogłoby się zdawać. Trafiłeś na ten drugi typ, ewidentnie. Boreas łypnął na kompana nieco urażonym wzrokiem.
— Mądry jesteś po szkodzie…
— Ale i przed szkodą byłbym równie mądry. Po kolei. Na samym starcie zrobiłeś błąd… Nie. Dwa błędy.
Mag uniósł brew w niedowierzaniu.
— Tak-tak. Nigdy, przenigdy nie robi się dwóch rzeczy. Nie chwali się towaru, o który chcesz się targować. To jest jego robota, nie odwalaj jej za niego. I nie pozwalasz mu zacząć od podania ci ceny. Jak chcesz coś ugrać, to on! On musi się wić jak piskorz, próbując podnieść twoją cenę wywoławczą. Ty musisz być pierwszy. Idziesz do takiego i prosto z mostu walisz: dobry dzień, ten łuczek to bym od pana wziął za stówkę. Widzisz co tu zrobiłem?
— Hmm. Lekko wyszydzasz towar… A cenę podajesz jak za dobrej jakości, ale jednak miejscowy wyrób.
— I pierwszy podaję tę cenę, wiele niższą niż mogę dać! Co dalej, aha. Pięknie go wypunktowałeś na konserwacji łuku. Założona cięciwa, drewno bez osłony w gównianej pogodzie. Świetne. Tylko dałeś się zgasić jak byle podpłomyczek.
Boreas żachnął się.
— Przecież zaripostował…
— Jasne, a kto by tego nie zrobił? Dyrdymały ci wciskał. Wiem-wiem, sprawdziłeś go niby, ale to osobna kwestia. Dlaczego nie pociągnąłeś tematu? To dorzuć pan tę kalafonię, pry, do zestawu! Tak mu było powiedzieć! Przynieś ją tu, to dorzucę za nią grosza. I pokaż mi jak się cięciwę zdejmuje! Zobaczyłbyś jakby się wił, z twardszych refleksów cięciwę żeby zdjąć to trza mieć wprawę i parę w ramionach, trza wiedzieć jak! A ty go magicznie badać próbowałeś? Człowieku. Tacy jak on prawie wierzą w swoje dyrdymały. — Kupiec skrzywił się mocno. — To jest ich chory sekret rzemiosła. Oni sami siebie oszukują. Musisz ich wymanewrować, zmusić do zabrnięcia w kłamstwa tłumaczące poprzednie kłamstwa tak daleko, że wszystko przestanie mu się trzymać kupy i rozleci z wielkim srruu…
— Hmm. No dobrze. Co dalej?
— Stary jeździec miał łzy w oczach, co? — Jan zaśmiał się głośno i szczerze.
— Tak powiedział, mhm.
— No to załóżmy, że to prawda. Akkarth leży daleeko za morzem. Wypytałbym go, gdzie dokładnie go kupił. Na bank strzeliłby…
— Przecież nie wiesz, czy nie kłamał — przerwał mag. — To nie jest niemożliwe, że kupił go od…
— Rdzennego mieszkańca innego kontynentu, z ludu który żyje w tak ciężkich warunkach, że nikt nie dożywa tam starości? Który akurat mieszka w okolicy i sprzedaje przed śmiercią, gdy pieniądze mu już zwisają i powiewają, najcenniejszą pamiątkę rodzinnych stron?
Na dobitkę, przecież Akkarthianie chowają swoich zmarłych razem z ich łukami, wierzą, że broń ma swoją duszę! Przestań. Proszę cię, przestań. Jeszcze te łzy w oczach, przecież to jakaś krotochwila jest. Powtarzam: wypytałbym o szczegóły, niech brnie w łgarstwa. Ani chybi bajdurzyłby o dalekiej wyprawie nad brzeg morza, gdzie znalazł owego staruszka. I wtedy go punktujesz: co, taki kawał tachtał ten łuk, i nikt go jeszcze od niego nie kupił? W lasach Ailunn, przez które musiałby przejechać? W mieście tysiąca mostów, gdzie największą rozrywką obok polityki jest odstrzał harpii? Nawet jeśli to prawda, to ciągła konserwacja to przecież jest dla niego coraz, coraz większy koszt, czas to pieniądz! Gwarantuję ci, że gdyby to wszystko była prawda… To ten cwaniak modliłby się, żeby w końcu znalazł się kupiec. A nie stroił fochy jak panienka na wydaniu.
Jan zrobił efektowną pauzę, ale odpowiedziało mu wyłącznie ciężkie milczenie maga jednocześnie złego na siebie i pozostającego pod wrażeniem wiedzy kupca.
— A więc. Potem jeszcze córka, hę? Że tak dba jak o córkę?
Odpowiedział mu jedynie twierdzący pomruk.
— Kupcy obwoźni… Wielu z nas nie ma rodzin. To ciężkie… — kupiec zaczął przeciągać słowa, mówiąc z wyraźnym ładunkiem emocjonalnym. Boreas spojrzał na niego ze współczuciem. — Ciężko jest zostawiać rodzinę na całe tygodnie, miesiące nawet, by zarobić na życie. Z reguły kupiec osiada lub zawęża operacyje do najbliższych okolic, gdy się ustatkuje. Jestem jednym z wyjątków… I ja ci to mówię, że nikt żonaty i dzieciaty nie jeździłby sobie na handle aż nad morze, kiedy i w okolicy złoto leży na ulicy. O, zrymowało mi się.
— Logiczne — westchnął Boreas.
— Aż dech zapiera, ha? Wtedy mogłeś zrobić innego wała. Kiedy on o dzieciach na utrzymaniu, trza się było wydrzeć na cały głos: patrzajta ludziska! Oto jest człowiek pracy, w pocie czoła na rodziców i dziatki swoje harujący!
— Chyba przesadzasz. Darmową reklamę miałbym mu robić, z siebie błazna? Jeszcze swoją pozycję w targu osłabiać przy okazji?
— Haha-haa, a nie! Klnę się na bogów, tak bym uczynił! A wiesz, dlaczego? Bo jego sąsiad, niechybnie spode łba obserwujący waszą gadkę od samego początku, odkrzyknąłby wtedy, że on wyłącznie swoją prawicę ma za małżonkę, że łeż to i banialuki! Ha-haa!
— Nie-e — Boreas uśmiechnął się, zarażony wesołością rozmówcy. — To naprawdę jest przesada. Nie zrobiłbyś tego, a nawet gdyby, to nikt by się koledze nie narażał tak go demaskując.
— Koledze? Oj Boreas… Kon-ku-ren-cji! Ha! A nawet jeśli nikt by się nie ozwał, to przerywasz negocjacje, mówisz, że musisz jeszcze pomyśleć — i chodzisz po okolicznych kramach, wypytując o tego łgarza. Po cichu to już by ci każdy dokładnie go zreferował, do czwartego pokolenia wstecz, żebym tak zdrów był. I wtedy wracasz i osaczasz drania. I nie. Nie obraziłby się, bo wierz mi. On bardzo, bardzo chciał tamten łuczek sprzedać.
— Jednak głupio by mu było strasznie. Dość, żeby się ze wstydu schować i zakończyć farsę.
— Głupio? Zawodowemu kłamcy? W życiu by ci się nie przyznał. Ty do niego: „Nie masz dzieci!” a on: „Ale w drodze!” ty znów: „Ale nie masz żony!” on na to, „Nie mamy ślubu, ale jesteśmy razem!” Ha, i wtedy ty udajesz, że masz dość, i się zbierasz. A on ci wtedy: No dobra, sto dwadzieścia! Jeszcze chwila przepychanek i odchodzisz z łukiem za sto pięć, góra sto dziesięć.
— To wszystko brzmi tak, jakby mogło się faktycznie udać — kiwnął głową Boreas. — Dziękuję.
— A czekaj — czekaj, jeszcze jedna uwaga. W życiu się nie zdradzaj, ile faktycznie masz pieniędzy.
— Zanotowano — młody mag pokiwał głową.
— To dobrze. Wiesz, są jeszcze lepsze metody. Na przykład, mogłeś zacząć tak: udajesz, że chcesz kupić coś znacznie droższego, targujesz się niemrawo, kręcisz nosem, ale z jego ceny nie schodzisz. Wreszcie mówisz, że musisz się jeszcze namyśleć, a na razie weźmiesz… O, na przykład ten łuczek, i nawet stówkę za niego dasz. Ale takie i jeszcze inne, bardziej wymyślne numery wymagają sporego doświadczenia i przygotowania terenu. Są też, wybacz, dość elitarną wiedzą…
— Którą nie podzielisz się ze świeżo poznanym człowiekiem. Rozumiem cię, nie przejmuj się.
— To nie tak — żachnął się kupiec. — Przecież sam podzieliłeś się ze mną elitarną wiedzą! Szczerze ci mówię, że najpierw musisz sam pokombinować, nabrać wprawy, pomyśleć nad własnymi sposobami. Dopiero potem można by cię wtajemniczyć w większe cyrki, dopiero wtedy byłbyś w stanie wycinać grubsze numery nie parząc się przy tym — a wierz mi, można by o nich księgę napisać.
Boreas uśmiechnął się.
— Wierzę ci.
Przyjazna cisza, z rzadka przerywana bardziej już trywialnymi wymianami zdań towarzyszyła dwóm podróżnym przez kolejnych kilka godzin. Gdy dotarli wreszcie do Utulina, Boreas zrobił u Jana drobne zakupy i przyjaźnie się rozstali. Dalsza obmyślona przez Boreasa droga prowadziła go bowiem przez sam środek puszczy.
IV. Vita Nova
Nowe życie
Już ponad sto pięćdziesiąt lat minęło od Wielkiej Wojny — straszliwego konfliktu wywołanego przez grupę potężnych, żądnych władzy magów. Konfliktu, który dotknął boleśnie cały kontynent, na zawsze zmieniając jego oblicze. Stopniowo przywracana do łask cywilizowanego świata magia zaczynała jednak znów docierać we wszystkie jego zakątki. Ponownie otwierano uniwersytety magiczne, tym razem w większości pod bacznym nadzorem lokalnych władz.
Tak było na przykład z Uniwersytetem Magicznym miasta Wyżnie — jednego z większych miast, które uchowały się przed Wielką Wojną. Uczelnię ulokowano w tym samym budynku, w którym istniała niegdyś — wielkim, smukłym pałacu w samym środku miasta, znacznie górującym nad okolicznymi budynkami. Ta konkretna uczelnia została otwarta już dobre pięć lat temu — pierwsi absolwenci opuszczali mury zeszłej zimy. Obecnie, ba — nawet dziś! Trwały pierwsze nabory na stanowiska młodszych wykładowców.
Każdy zainteresowany zdążał więc na ostatnie piętro gmachu uczelni, na którym odbywały się przesłuchania. Wcześniej musiał przejść pod pięknym łukiem, w którym kiedyś zapewne była brama, przez spory dziedziniec z kolistym polem do pojedynków na samym środku, i nacieszywszy oczy widokiem smukłych, bajkowo wyglądających baszt wyrastających z pałacu w wielu zaskakujących miejscach, przejść przez portiernię najwyższego gmachu uczelni. W niej zaś zasiadały dwie panie w średnim wieku, zwyczajne mieszczki bez pojęcia o magii. Dziś jednak nie sprawiały wrażenia onieśmielonych użytkownikami magii i ich ogólnie arystokratycznym brakiem manier wobec przedstawicieli niższych sfer. Przeciw traktowaniu ich jak niegodnej służby od dawna kiełkował w nich bunt.
— Mówię ci kochana, mam już potąd — pulchniejsza z recepcjonistek plasnęła dłonią w marmurowy kontuar — tej aroganckości!
— Ale wiesz, Gerri. Oni są czarowniki wielkie.
— No i? I co, mam im się kłaniać w pas? — szczuplejsza z recepcjonistek skrzywiła się niepewnie.
— Nie, ale…
— A jakbyś kiedyś była na wojskowym, kochana! Oficyjerowie przyszli, w mieczu biegli, silni, mądrzy — a kłaniają się Redzi jakby wielką damą jakąś była!
— Tak ci opowiada, żebyś jej zazdrościła.
— Toć byłam ją odwiedzić, jak wolne miałam! Taki młody chłopiec, jak mój Zeni, w pięknym mundurze, z mieczem u boku — ukłonił mi się, w drzwiach przepuścił. I tak powinno być! A tu?
— A tu grymaszą jak wielkie książęta, nie inaczej. Jak się taki na ciebie spojrzy, to jakby mu coś śmierdziało, tak się krzywi.
— A jakie to wszystko rozkazujące! Gdzie gabinet, pokazać! Płaszczem się zająć!
— No dobra, nie wszystko — zreflektowała się szczuplejsza z pań.
— Ale weź no, co drugi prawie. Jak bogacze chowają te swoje bachory?
— My ich tutaj zaraz wychowamy, kochana. Nie damy sobą pomiatać.
W oczach Gerri pojawił się płomień stanowczości.
— Ale…
— Jak przyjdzie następny, to mu pokaż! Nie damy się dłużej poniżać!
— No… Czy ja wiem.
— A swojej Lydii dałabyś chyba w pysk, jakby tak starszą kobietę potraktowała, hm?
— Moja Li to jest grzeczne dziecko. — oburzyła się szczupła. — Ona…
Przez zewnętrzne drzwi wpadł do środka długi cień.
— Patrz, znowu ktoś idzie! Pewnie też na konkurs, jak wszyscy.
Dajesz, kochana! Szanuj siebie!
— Ojej…
***
— Miałaś mu pokazać, gdzie raki zimują, a nie się szczerzyć
i chichotać jak jakaś podfruwajka!
— A bo… Ładny taki był, i miły… Proszę pani, do mnie mówił. Ukłonił się, uśmiechał. Dobre dziecko…
— A no, bo to nie żaden mag. — Zreflektowała się pulchna portierka.
— Nosi się całkiem nie jak mag. Patrz, lekka zbroja: jak syn Julitki
nosi, leśnik, też podobną.
— Ale syn Julitki na magiczny nie chodzi.
Ano tak, kochana, on z łukiem biega po chaszczach, zajęce
strzela, jelenie… No nic. Ktoś taki mógłby ten konkurs wygrać, nie te zepsute smarkacze.
— Gerri, toć właśnie o konkurs mnie pytał, gdzie przesłuchują!
— No to nie ma szans, kochana. Wszyscy bogaci magowie specjalnie po to wyleźli ze swoich pałaców.
— Ano, szkoda. O, następny! Ten jest twój, Gerri.
— A jak!
Tymczasem człowiek noszący się całkiem nie jak mag ze spokojnym uśmiechem pokonywał szerokie marmurowe stopnie, kierując się na wskazane mu przez miłą panią recepcjonistkę dziesiąte piętro. Po krótkiej chwili z dołu dobiegły go wcale głośne, ostre krzyki. Zainteresowany, wychyliwszy się lekko za balustradę, zastał zabawny widok: druga recepcjonistka najwyraźniej łajała za coś kolejnego gościa akademii — mężczyznę na oko w jego wieku odzianego w taki sposób, że tylko tabliczka z kolorowym napisem „jestem wielkim, bogatym magiem” byłaby bardziej dosadna. Ów jegomość wysłuchiwał tyrady z otwartymi ustami i wymalowanym na twarzy ogólnym wyrazem bezbrzeżnego zdumienia.
Obiecawszy sobie nie dziwić się niczemu… Ponad miarę, mężczyzna ruszył dalej po schodach. Po drodze, pomiędzy siódmym a ósmym piętrem, z rozbawieniem minął mocno zdyszanego, kolejnego ewidentnego kontrkandydata.
Dziesiąte piętro powitało go stonowaną wrzawą z rodzaju tych, które powstają, gdy wszyscy mają zarówno coś ważnego w ich mniemaniu do powiedzenia, jak i zbyt wiele godności, by się nawzajem przekrzykiwać. Środkowy odcinek nad wyraz długiego korytarza obstawiony był drobnymi grupkami ubranych zgodnie ze wszystkimi regułami mody swojej profesji magów z dyplomami. Jego nadejście zostało skwitowane kilkoma uniesionymi brwiami, dodaniem paru nut szyderstwa do barwy niektórych głosów i wyraźnymi komentarzami jednej z enklaw magów, na które Boreas z łatwością nie zwrócił uwagi. Jako że znajdował się w jednym z najwyższych budynków w mieście, skwapliwie skorzystał z okazji do podziwiania widoków, od razu kierując kroki ku uchylonemu oknu.
Podczas gdy większość pozostałych powtarzała regułki magicznych arkanów lub lekko nerwowo rozmawiała na temat pytań jakie mogą paść podczas rozmowy kwalifikacyjnej, Boreas beztrosko zachwycał się urokiem panoramy miasta. Jednak coś… Z oddali drażniło go.
Coś wisi w powietrzu — pomyślał. — Jakiś dźwięk. Irytujący i nie na miejscu. Dziwny hałas, jakby stado koni pędziło ulicą?…
A niech to, nie pamiętam prawa Sirty. No to na pewno o nie zapytają. Oczywiście. Zaraz, kto to? Ubrany jak jakiś żołdak, a tu przyszedł? Jaki ładny! Patrzy na mnie? Nie rumień się, nie rumień… Ostrożnie sprawdzę, czy patrzy… A co jak będzie patrzał? Co jak trafię na jego wzrok, co dalej? Nie, nie spojrzę… Ajj! Teraz nie patrzy. Wiedziałam, że będę żałowała tej sukni. Bogowie, jak moje włosy? Mogłam wstać wcześniej i zrobić loki…
Niech to, do okna się obrócił! Spokojnie, spokojnie… Adrianna i tak jest ładniejsza ode mnie. O, i ta też. To na nią będzie patrzył, na pewno na nią. Nie na mnie. Poprawiaj sobie ten makijaż, poprawiaj… Co za babsztyl…
Kątem oka Boreas złowił kaskadę gwałtownych ruchów w najdalszym widocznym zakątku ulicy, przy której stała akademia. Mało brakowało by przetarł oczy ze zdumienia. Oto ulicą miasta uchodzącego za najspokojniejsze na kontynencie wariackim galopem pędziła czwórkonna kareta, a ścigał ją rumor niewątpliwej pogoni. Magicznie załamując światło przybliżył obraz, dostrzegł w karecie dwóch uzbrojonych po zęby, zamaskowanych mężczyzn trzymających kurczowo wielkie wory, z których pomimo ich najszczerszych wysiłków sypało się złoto. Leżał w niej także związany jak wieprzek niewiadomego stanowiska urzędnik — przynależność zawodową można było rozpoznać po szarej peruce, zabawnie podskakującej na łysinie właściciela. Woźnica, również zamaskowany, poganiał konie co tchu, a siedzący obok niego kompan wykręcał się do tyłu, mierząc z naładowanej kuszy…
Dlaczego się nie umalowałam? Jak ja teraz wyglądam? Zawsze muszę się zbłaźnić. A to co za hałas… O Bogowie, co za rumor? Bitka jakaś, czy co? A on co wyrabia? Co on robi na parapecie? Czy on?! Skoczył!
Czując znajomy wizg powietrza w uszach, nieodmiennie towarzyszący swobodnemu spadaniu z dużych wysokości, Boreas rozłożył ręce by utrzymać pozycję w miarę pionową względem gruntu. Raz po raz spowalniał swój upadek, kierując go jednocześnie z dużą szybkością w stronę szaleńczej pogoni. Wyhamował silnie tuż przed uderzeniem w brukowaną ulicę…
***
Generalnie to ja nie wiem, co ta zbierania robi na konkursie na to stanowisko — stwierdził Boreas, rozsiadłszy się na zwolnionym przez jednego z kontrkandydatów krześle przy ścianie korytarza.
Nikt mi nie pomógł, a jeden bałwan wręcz przeszkodził. Reszta tylko stała i gapiła się z okien… A tak — pomyślał, łagodnie odwzajemniając natarczywe, ciekawskie spojrzenia. — Nabraliście teraz nieco respektu. Ale powinno wam być przede wszystkim głupio.
Drzwi sali rekrutacyjnej otworzyły się.
— Boreas Linvail, proszę!
***
— I jak stoimy z raportem, mości Ignotowicz?
— Jak stoi… MY… Nie wiem, mości Zaleski. Jednak JA idę właśnie przedstawić swój generałowi. Ledwo zdążyłem, chłopaki mieli mnóstwo spraw, miałem od groma spotkań…
— Niechybnie, mości pułkowniku. Niechybnie macie rację. Ja idę w tę stronę — chciałem tylko upewnić się, że znów się nie spóźnicie.
— Pies z tobą tańcował.
— Słucham?
— Generał… Będzie nocował.
— No to się nie spóźnicie… Hm. Tak waszmość jak i generał, nie umiecie korzystać z podwładnych.
Zbywszy nielubianego oficera ukradkowym przewróceniem oczami i cichym, choć pełnym emocji „ja pierdylę”, Michał „Ignac” Ignotowicz, pułkownik królewskiej armii, podjął swój dziarski marsz w kierunku kwatery dyżurującego generała.
Wyłącznie dla oczu gen. Łzowskiego, raport: Operacja Teatrzyk.
Dognaliśmy aktorów na wysokości Uniwersytetu, jak było ustalone — na tyle, by dokładnie obserwować, czy cokolwiek będzie się działo. Tuż po tym jak znalazła się w zasięgu naszego wzroku, kareta zaczęła nieznacznie unosić się w powietrze wraz z końmi i gwałtownie zwalniać. Zauważyliśmy na poboczu mężczyznę w lekkiej, skórzanej zbroi uzbrojonego w sztylet, zamaszyście acz spokojnie gestykulującego w kierunku karety. Aktorzy stracili przytomność, kareta uniosła się w górę o mniej więcej metr i zatrzymała się. Felczer stwierdził później, że aktorzy zwyczajnie zemdleli, nie ma jednak pewności, dlaczego. To samo przydarzyło się zakładnikowi. Mimo wysiłków personelu medycznego cała czwórka wciąż jest nieprzytomna — medycy twierdzą jednak, że ich zdrowiu nic nie zagraża. Gdy kareta zatrzymała się w miejscu wraz z aktorami, zaistniało ryzyko, że czoło pogoni z rozpędu może się o nią rozbić. Konie wstrzymaliśmy nadzwyczaj szybko i łatwo, wielu uczestników pogoni twierdzi wręcz, że cyt. “czuło się jakby wjechało w wielką kupę siana”. Ponadto chorąży Namysłowski raportuje, że był bliski potrącenia koniem idącego poboczem mężczyzny — lecz niewidzialna siła gwałtownie szarpnęła owego przechodnia do tyłu, usuwając go z drogi. Nikt inny tego nie zauważył.
Gdy udało nam się zatrzymać, nieznajomy zaczął opuszczać wyhamowaną już karetę na ulicę. Zanim dotknęła bruku, od strony akademii pod dużym kątem względem poziomu ulicy wystrzeliła w ogólnym kierunku sceny zajścia płonąca drewniana ława. Trudno oszacować jej celność i zamiar jej twórcy, lecz przesłuchani w większości twierdzą, że trafiłaby w karetę. Została jednak szybko zablokowana przez nieznajomego — tj. po jego wyraźnym w jej kierunku geście spadła pionowo w dół, nie czyniąc żadnych szkód. Świadkowie mówią, że nieznajomy, dotąd demonstrujący całkowite opanowanie, cyt. „nagle strasznie się wściekł”, odwrócił się, i z głośnym okrzykiem („O ty debilu!”) wysłał swoją odpowiedź w kierunku okna akademii, z którego strzelano. Uprzejmie raportuję, że to właśnie było źródłem owego „przeraźliwego grzmotu”, o który Pan Generał raczył mnie zapytać w godzinę po zakończeniu akcji. Było to coś na kształt mocno skupionego, krótkiego wystrzału niebiesko — białej błyskawicy o znacznej średnicy. Bariera ochronna akademii pochłonęła całą energię zaklęcia nieznajomego, nie stwierdzono żadnych strat — choć pewien znany pieniacz sądowy węszy podobno, kogo skarżyć za uszkodzenie słuchu i ogólną traumę.
Agenci śledzący nieznajomego raportują, że po zajściu skierował się na uczelnię, gdzie przebywał półtora godziny — następnie, lekko choć wyraźnie klucząc, udał się do gospody “Pod Zakrzywionym Kurdelasem”, gdzie wynajmuje pokój od dwóch dni. Zjadł posiłek i udał się na spoczynek.
Ku chwale Królestwa,
płk. Ignotowicz.
Generał Artur Alojzy Łzowski podniósł wzrok znad raportu na siedzącego naprzeciw pułkownika.
— Jak on, ten delikwent, siedzi w tej no, oberży. To jego pokój ma jakieś… sąsiadujące.
— Tak, panie generale.
— I kto tam… Kto tam siedzi?
— Hm — wzruszył ramionami pułkownik — zakładam, że jacyś inni
goście, panie generale…
— Zakładać to pan se może buty.
— Tak jest.
— Do każdej przyległej izby dwóch komando. Dobrych.
— Tak jest.
— Na zaraz, bo koło północy mamy go przyprowadzić magom.
— Tak…
— Uważaj, Ignotowicz. Do każ-dej. Przyległej. Rozumiemy się?
— To znaczy… Pod nim i nad nim też?
Generał powoli, poważnie kiwnął głową.
— Hm. Czy to nie przesada? ci ludzie są potrzebni gdzie indziej… — zaczął z powątpiewaniem pułkownik.
— Nie — uciął jego przełożony. — Są potrzebni w okolicy dupka, o którym wiemy niewiele, ale na przykład to, że jest silnym magiem, którego jak coś wkurzy, to napieprza zaklęciami w budynki… I to tak, że w promieniu kilometra ludzie spadają z wychodków. Nie kręć tak głową Ignac, nie możemy zakładać, że ten buc wiedział, że uniwerek chroni tak silna bariera. A nawet jeśli wiedział, to po co uderzył? Wydaje mi się impulsywny. A my mamy posłać zwykłych ludzi, żeby go gdzieś zaprowadzili? Niech powiedzą coś nie tak, niech dotkną skurwiela — i co? Będziesz miał permanentnie za mało ludzi… — Generał westchnął ciężko. — Ściany w Kurdelasie są delikatne, wiesz coś o tym.
— Tak jest — zaczerwienił się pułkownik.
— Jak zacznie rozrabiać, opadniecie go ze wszystkich stron. Wtedy może uciec w górę albo w dół, i tam też będziecie na niego czekali.
— Za pozwoleniem, generale?
— Mówcie, pułkowniku.
— Gdyby był impulsywnym wariatem, próbowałby usmażyć aktorów i Sowa musiałby interweniować. A on ich tylko… Uśpił.
— Dobra, ale…
— Generale. Ciężki, płonący przedmiot ciśnięty z tak dużej odległości. Nawet jeśli trafiłby tam, gdzie chciał strzelec, byłaby katastrofa. I to nawet gdyby to był prawdziwy napad! Przecież tam był zakładnik, do licha ciężkiego! A niechby trafiło w cywili? Plus zniszczona kareta, do tego może pożar, nie padało od miesiąca… Moim zdaniem facet od razu to pojął i chciał wybić strzelcowi z głowy takie durne numery. Przyhamował nas, jak prawie powpadaliśmy na tę karocę, i prawdopodobnie nawet odepchnął przechodnia od pewnej kolizji z półtonowym ogierem bojowym. Pomyślał o wszystkim w tak krótkiej chwili, nie popełnił żadnego błędu. Moim zdaniem nie jest wariatem — po prostu nie trawi głupców. Dobrze, że nie zdążył wejść na uniwerek, bo nawet mimo naszej ostrożności byłoby źle.
— Zdążył.
— Nie mógł, tam cały czas ktoś podtrzymuje blokadę dyslokacyjną — a przecież nikt tak szybko nie wybiegłby…
— A jednak. Pan nie kręci łepetyną, pułkowniku, bo się panu urwie. — Generał wskazał podbródkiem na jeden z papierów leżących na jego wielgachnym biurku. — Wyskoczył przez okno, i ten. W locie się przechachmęcił. Tam, gdzie go zobaczyliście, jak lula agentów. Tak mi Sowa napisał.
— Ja pierdylę. Oczywiste… A jednak zrobił to tylko on?
— Mhm. Że u nas takich… Ten. Nie robią. Co nie?
— Za pozwoleniem, generale — Ignotowicz zmarszczył brwi w zamyśleniu, skierował spojrzenie na powałę i splótł dłonie za głową.
— Rzecz tkwi moim zdaniem głównie w doświadczeniu bojowym, które bezpośrednio wpływa na czas i rodzaj reakcji w sytuacjach kryzysowych tego rodzaju. Mogliśmy zaobserwować podczas kampanii…
— Porzućcie swoją standardową pozę myślicielską, Ignotowicz. Jeśli chcecie, napiszcie se o tym raport do króla, rady, do magów, gdziekolwiek. Magowie i nawet Król go wstępnie chcą, mimo że podobno ten, no. Mów mi… Sknocił teorię! — Generał zaśmiał się gardłowo, trzęsąc wydatnym brzuchem. — Nieźle, co? W każdym razie problem na dziś to sprawdzenie czy ten buc umie się ten, no… Podporządkować. Uwaga! W bezpieczny dla chłopaków sposób.
— Tak jest.
Pułkownik wstał, prawidłowo odczytawszy sygnał zakończenia rozmowy. Zasalutował strzelając butami, poczekał na niezgrabną odpowiedź na salut i udał się bezpośrednio w kierunku koszar dla wojsk specjalnych. W myślach układał już rozkazy i przydzielał role.
***
Uliczki Wyżni są przyjemne. Ładne, zadbane, spokojne. Przynajmniej te, które widziałem do tej pory. Ludzie nie śmiecą, nie awanturują się… Dokładnie jak słyszałem… Jednak dzisiaj, akurat podczas przesłuchań na Mistrza magii ofensywnej, taka heca? Albo kradzieje mieli legendarnego pecha, albo…
No przestań, wyraźnie czujesz, że coś tu jest nie tak. Dlaczego ten z kuszą nie strzelił? Cała pogoń by się o siebie poprzewracała… Dlaczego woźnica z takim zapasem ominął tamtą grupkę pieszych wytracając tak cenną prędkość?… Nie. Zaraz to przeanalizuję porządnie.
W ogóle, co to za błazeński wywiadzik był? Imię, taka mać, ojca, profesja matki?
Boreas skrzywił się, gdy prawem łańcucha skojarzeń opadły go złe wspomnienia.
I co tam jeszcze było? Proszę podać założenia prawa Sirty? Bogowie, w jakich sytuacjach może zostać zgodnie z prawem użyta magia ofensywna podczas imprezy masowej, wymień trzy główne doktryny edukacji według… Kogo-tam-do-licha?! Tak to szło?! Co to ma wspólnego z tym stanowiskiem? Co za matoły, co za frędzle, niech ich… To był dobry plan, wredna taka mać. Jak mam teraz szukać tu ksiąg? Chyba jak złodziej po nocach… Ale ile mi to zajmie! Przecież w bibliotece mają podobno niemożliwy bałagan… Tyle pochowane po kątach… Spokojnie. Zawsze jest sposób. Dam radę… Nawet fajnie będzie bawić się w takie nocne wypady. Na pewno się uda.
Mag zwolnił kroku i rozluźnił napięty umysł, oddając go we władanie myśli tak błahych jak dzisiejsza kolacja czy analiza estetyczna herbów na tarczach idących kawałek przed nim zbrojnych. W mieście analiza aury pod kątem zagrożeń była bezsensowna, zbyt dużo różnych wokół emocji. Zadowolił się więc pobieżną sondą, zdolną wychwycić jedynie najsilniejsze z mrocznych intencji, kilkoma spojrzeniami za siebie podczas okrążania niedużej kamieniczki i utrzymywaniem średniej mocy bariery.
Nie zauważywszy niczego podejrzanego, zabłądził rozkosznie myślami ku wyłowionej dziś z tłumu kobiecej twarzy o wyjątkowej urodzie.
Nie, nie z tłumu — przecież ona była na tym piętrze na uczelni!
Na usta przybłąkał mu się delikatny uśmiech, gdy wspominał włosy — ni to rude ni ciemnozłote… Delikatne dłonie podtrzymujące elegancką księgę. Naturalna uroda… Lekko zarumienione policzki pokryte delikatnymi piegami.
— Boreas, stary durniu — skarcił się zaraz na głos z goryczą. Przypomniał sobie o swoim zadaniu i przyłożył tę myśl do serca jak rozpalony pręt, a jego usta wydały podobny przypalaniu syk.
Do Krzywego Kurdelasa doszedł już w kiepskim humorze. Zjadł i wypił w kącie głównej izby w milczeniu, i bez zwłoki udał się do najmowanego pokoju.
Zamknąwszy drzwi na klucz, spojrzał na ciasne łóżko i westchnął. Z namysłem przeniósł wzrok na porozkładane w dalszej części pokoju otwarte księgi. Po precyzyjnym przyłożeniu anomalii grawitacyjnej przy każdej z nich, księgi zaczęły się wertować w tempie mniej więcej jednej strony na minutę.
Nie tym razem, stwierdził po krótkim wahaniu. Krótki gest wystarczył, by księgi znieruchomiały.
Skoncentrowany na formułach odpowiednich zaklęć, zdjął niespiesznie wierzchnią odzież, położył się. Zamknął powieki. Z coraz mniejszym wysiłkiem przywoływał przed oczy obraz pędzącej karety sprzed paru godzin…
***
Zegar jakiś… Aha. Nie ma wskazówek. Uhh, szybko, okręcić się…
Dłonie — za dużo palców. Ogień… Dobra, zgaś! Oddech… Oddycham, mimo że zatykam nos. No to jesteśmy w domu.
S T O P!
Tak. Co my tu mamy? Krążki ze złoto barwionego metalu. Nawet bez wybitek. Ba, do licha, tak wielkich worów w życiu by nie unieśli, gdyby było w nich złoto. Złoto ma sporą gęstość. Nieudolnie namalowany symbol jakiegoś banku na worku. Oszukali ich? A może jakiś bank faktycznie ma taki koślawy symbol… Chyba, że zmysły wciąż nie dość pogłębiłem?… Trzeba urealnić, pogłębić. Kamienie brukowe są zimne i dość gładkie w dotyku, ściana z chropowatej cegły… Nie, zmysły są w porządku. Ciekawe.
Bełt w kuszy jest tępy. Nie… On wcale nie ma grotu, tylko jakiś miękki walec!
Dlaczego pogoń nie ma broni w rękach? A może i nie powinni, kiedy tak gnają… Wróć, źle — naginam fakty, bo mam teorię. Szlag. Nie, ten bełt… On taki był. To prawda. A dlaczego ten typ nie strzelił? Kusza jest prawdziwa… Nie naginam niczego. To nie był napad. Rozejrzyjmy się. Tam na dachu! Kto to się tak ukradkiem gapi? Z bliska zobaczmy.
Popatrz, popatrz… Jakiś mag. Przed przechodniami lekko faluje powietrze, zakrzywiony nieco obraz. On wskazuje tam dłonią… W geście Ars Repulsia. Płaszcz z piór, ciekawostka, kto takie nosi… Tak, to mag. Zasłania przechodniów od uderzenia. I gapi się na mnie? A który idiota strzelał tym ogniem? Ktoś z tych co stoją w oknach… O, jest ta dziewczyna. Zasłania usta tą piękną dłonią… Nie, wróć, nie, ja tu mam kontrolę! Kto strzelał chcę zobaczyć!
To mój… To mój… Mój cholerny własny sen! O, nie…
Ciasna izba. Otępienie. Ciężkość umysłu, oczu, rąk. Paraliż.
Nie mogę się ruszyć. Spokojnie, wystarczy poleżeć… To minie. Spokój. Oddychasz, jest dobrze. Ojaj. Oddychać… Po co o tym pomyślałem?! Cholera, cholera… Uhh. Cudownie jest oddychać. Nie, nie wstaję. Przecież… Nie muszę… Przecież wcale nie chcę. Ani tr… o… chę…
***
Stukot zza mgły.
Nagła pobudka, mięśnie spięte! Jak gromem rażone!
Nie, nie myśl kto puka! Co mi się śniło? Las, polowanie… Na smoka? W lesie? Bezsens, a to zdawało się takie logiczne. Z Irillem. I Vanią.
Puk, puk… Łup!
Vania z łukiem. Irill z opaską na oczach. Ja miałem włócznię? Co było wcześniej?
— Panie Linvail, straż miejska! Proszę otworzyć drzwi!
Są jakieś priorytety, straży miejska, moment… Co było wcześniej?
— Panie Linvail, proszę otworzyć albo zarządzę siłowe otwarcie drzwi!
I szlag trafi dziennik snów. Grr.
— Już!… Wstaję! Tylko się ubiorę!
— Proszę się pospieszyć!
Zirytowany Boreas zaczął się coraz energiczniej ubierać, szarpiąc rozdrażnionymi nagłą pobudką mięśniami.
— O tej porze ludzie śpią, tak generalnie!
— No widzi pan, a my pracujemy! Otwiera pan?
— Otwieram! — Boreas ze złośliwym uśmiechem szarpnął klamkę,
i postanowił podroczyć się nieco z nieproszonymi gośćmi — Och! A to heca, gdzież to ja położyłem klucz?
— Panie Linvail, pan sobie nie żartuje tylko otwiera.
— Toć szukam, szukam — uśmiechnął się zjadliwie mag, telekinetycznie mieszając ze stukotem w pełnej drobiazgów szufladzie, i jednocześnie wciąż się ubierając. — Może umili mi pan czas opowiadając wszystkim, co pana sprowadza w me skromne, wynajęte progi?
— Mam rozkaz doprowadzić pana w wyznaczone miejsce. Proszę nie utrudniać!
— Tak tu się mówi na bezpodstawne aresztowanie w środku nocy?
— Nie jest pan aresztowany. Ale jak się szybko klucz nie znajdzie, to mogą się powody i po temu znaleźć!
— Ależ dowcip, ostry jak bełty z tutejszych kusz!
— No widzi pan! Jak ten klucz?