E-book
29.99 20
drukowana A5
69.99
Nowy Książę
30%zniżka

Bezpłatny fragment - Nowy Książę

Magia bez tajemnic


Objętość:
405 str.
ISBN:
978-83-8467-326-3
E-book
za 29.99 20
drukowana A5
za 69.99

ROZDZIAŁ I
Pałac we mgle

Najpierw była mgła. Nie pojawiła się przed Filipem ani nie nadciągnęła od strony pól, lecz zdawała się istnieć wszędzie od początku, jakby świat nie został jeszcze skończony i ktoś zapomniał namalować na nim drzewa, drogi, domy oraz ludzi. Filip szedł przez tę biel w samej piżamie, bosymi stopami dotykając czegoś, co raz wydawało mu się mokrą ziemią, raz kamieniem, a raz miękkim śniegiem. Nie wiedział, dokąd idzie. Nie pamiętał też, skąd przyszedł. Najdziwniejsze było jednak to, że przez pierwszych kilka chwil wcale go to nie niepokoiło. Czuł jedynie przejmujące zimno i pewność, że jeśli będzie szedł prosto, prędzej czy później dotrze do miejsca, które na niego czeka. Dopiero kiedy uniósł głowę i zobaczył wysoko nad sobą ogromny księżyc otoczony żelaznymi chmurami, przyszło mu do głowy, że przecież powinien znajdować się gdzie indziej. Powinien spać. Powinien leżeć w swoim łóżku, w ciepłym pokoju, z zegarem świecącym na stoliku i szklanką wody, której nigdy nie wypijał do końca. Powinien słyszeć gdzieś za ścianą kroki Marty albo buczenie ogrzewania. Tymczasem słyszał szepty.

Zatrzymał się. Nie potrafił rozpoznać ani jednego słowa. Głosy nie dochodziły z konkretnego miejsca; były w powietrzu, pod ziemią, może nawet w jego własnej głowie. Jeden był niski, drugi dziecięcy, trzeci należał do kobiety, która mówiła bardzo szybko i jakby ze złością. Filip próbował odpowiedzieć, ale zanim otworzył usta, zimno uderzyło go z taką siłą, że aż się skulił. Przez chwilę miał wrażenie, że tysiące cienkich igieł wbijają mu się jednocześnie w plecy, ramiona i uda. Zacisnął zęby, a wtedy coś uderzyło go pod kolanami. Upadł. Twarzą znalazł się kilka centymetrów nad ziemią, której nadal nie potrafił zobaczyć. Oddychał szybko, wciągając lodowatą wilgoć, i pomyślał z rosnącym gniewem, że ma dość. Nie wiedział, gdzie jest, nie wiedział, kto zrobił mu ten idiotyczny żart, ale przysiągł sobie, że gdy tylko znajdzie odpowiedzialnego, urządzi mu takie piekło, że przez następne pięć lat będzie mógł wspominać ten dzień w każdym wywiadzie.

— Halo! — krzyknął, podnosząc się na łokciach. — Jeżeli ktoś mnie słyszy, to wystarczy. Naprawdę wystarczy. Nie wiem, co to ma być, ale to nie jest ani trochę zabawne.

Szepty ucichły natychmiast. Wtedy usłyszał tupot.

Najpierw pojedynczy, odległy i głuchy, jak uderzenia pięści w zamknięte drzwi. Po chwili drugi. Potem następne. Filip podniósł głowę i zobaczył, że biel przed nim zaczyna drżeć. Z mgły wysunął się łeb białego konia, potem drugi, trzeci, a za nimi cały zaprzęg. Konie były ogromne, prawie świecące w ciemności, ich grzywy oblepiał szron, spod kopyt wystrzeliwały kawałki lodu. Ciągnęły czarny powóz o wysokich oknach zasłoniętych bordowymi kotarami. Filip zerwał się z ziemi i odskoczył, lecz ledwie pierwszy powóz go minął, pojawił się następny. I następny. Dziesiątki. Niektóre miały złote koła, inne srebrne lampy, na jednym dostrzegł wymalowanego czarnego jelenia, na drugim bukiet czerwonych kwiatów, na trzecim dziwny znak przypominający koronę utkaną z gałęzi. Próbował zejść im z drogi, poślizgnął się i wpadł kolanami w kałużę. Jeden z koni przebiegł tak blisko jego głowy, że Filip poczuł na twarzy ciepło zwierzęcego oddechu.

Zamknął oczy.

Tupot trwał jeszcze kilka sekund, po czym zaczął cichnąć. Filip policzył do pięciu i ostrożnie uniósł powieki. Powozów już przy nim nie było. Mgła rozstąpiła się za to na tyle, żeby zobaczył prostą, kamienną drogę biegnącą między dwoma rzędami nagich drzew. Wszystkie zaprzęgi sunęły teraz daleko przed nim w jednym kierunku. Na końcu alei stał dom. Nie, nie dom. Pałac, choć Filip miał wrażenie, że słowo to jest zbyt skromne. Budowla była śnieżnobiała, szeroka, otoczona drzewami i światłami. Jej dachy piętrzyły się jeden nad drugim, w oknach płonęły setki świec, a ponad głównym wejściem wisiała wielka, złota kula. Mimo odległości Filip widział, że do środka wchodzą ludzie w eleganckich płaszczach i sukniach. Słyszał nawet muzykę, chociaż chwilę wcześniej nie słyszał niczego poza końmi.

— No świetnie — mruknął. — Przynajmniej ktoś urządza przyjęcie.

Ruszył w stronę rezydencji. Z każdym krokiem robiło mu się cieplej, jakby dom oddawał ciepło na całą okolicę. W połowie drogi zauważył coś jeszcze: bramę z ciemnego drewna, której wcześniej nie widział. Nad nią, na łuku z żelaza, wisiała złota kula, identyczna jak ta nad wejściem do pałacu. Pod kulą widniał napis. Filip podszedł bliżej, przetarł dłonią mokre litery i przeczytał:

WALDGRUN

Pod spodem wyryto rok: 1613. A jeszcze niżej, znacznie mniejszym pismem: Raczki. Nazwisko nic mu nie mówiło. Nazwa miejscowości także. Powtórzył ją jednak półgłosem, żeby ją zapamiętać.

— Raczki.

W tej samej chwili brama otworzyła się sama.

Za nią znajdował się ogród przykryty grubą warstwą śniegu. Pośrodku stała fontanna, która nie działała, lecz jej kamienne figury były dostatecznie osobliwe, żeby Filip zatrzymał się na moment. Dwie kobiety o rybich ogonach siedziały na sztucznej skale. Jedna trzymała szablę, druga ludzką głowę. Na twarzy tej drugiej zastygł łagodny uśmiech, jakby nie zauważyła, że trzyma za włosy odciętą głowę mężczyzny. Sople wisiały z kamiennych ramion, piersi i rybich łusek. Filip skrzywił się.

— Gustowne — zakpił.

Kiedy ruszył dalej, coś czarnego przemknęło wysoko nad drzewami. Z początku uznał, że to ogromny ptak, ale stworzenie miało zbyt długie nogi i poruszało się w sposób, który bardziej przypominał biegnącego przez powietrze człowieka. Przeleciało nad dachem pałacu i zniknęło za jednym z kominów. Filip stanął, spojrzał w górę i czekał, aż pojawi się ponownie. Tak się jednak nie stało. Przez kilka sekund widział tylko księżyc, lecz później jedno z okien na najwyższym piętrze zrobiło się czarne, jakby ktoś zgasił w nim wszystkie świece naraz.

— Nie patrzyłbym tam zbyt długo na pana miejscu.

Filip odwrócił się gwałtownie.

Za nim stał staruszek. Był niski, miał bardzo długi, granatowy płaszcz i kapelusz tak miękki i pomarszczony, że przypominał rozjechaną ropuchę. W jednej ręce trzymał gazetę, w drugiej metalową puszkę pełną ziaren słonecznika. Co kilka sekund brał jedno ziarenko, rozgryzał je i wypluwał łupinę w śnieg.

— Przepraszam?

— Zasugerowałem grzecznie, żeby pan tam nie patrzył. Dach dzisiaj jest w złym humorze. Hrabina kazała go rano uciszyć, ale nikt nie znalazł na to czasu.

Filip przez chwilę nie wiedział, czy się roześmiać, czy odejść.

— Kim pan jest?

— Dobry wieczór przede wszystkim — odparł starzec z pretensją. — Człowiek przyjeżdża po tylu latach, a dobrego wieczoru nie potrafi drugiemu życzyć.

— Ja nigdzie nie przyjechałem. Obudziłem się… to znaczy… — Filip urwał, bo sam usłyszał absurd własnych słów. — Nie wiem, co się dzieje. Czy pan mnie zna?!

Starzec spojrzał na niego znad gazety.

— Oczywiście, że pana znam.

— Zna mnie pan z telewizji?

— Nie oglądam telewizji, czy jak pan to nazwał.

— Z gazet?

— Z tych waszych? — prychnął. — Nie mam na to zdrowia.

— Więc skąd?

Starzec znowu zaczął czytać. Filip podszedł do niego o krok.

— Proszę pana, zadałem pytanie. Kilka, właściwie. Gdzie jestem? Co to za dom? Kim są Waldgrunowie? Dlaczego pan twierdzi, że mnie zna? I co to za ludzie? Jest druga w nocy? Trzecia? Nie wiem. A oni urządzają bal, jakby właśnie koronowano cesarza.

— Nie będziemy tak stali na zimnie — oświadczył starzec, zupełnie ignorując pytania. — Hrabina już pytała o pana dwa razy. Państwo młodzi też się niecierpliwią. A pan przychodzi bez płaszcza. Jak zwykle.

— Jak zwykle?

— Proszę wejść.

— Nigdzie nie wejdę.

Starzec westchnął i złożył gazetę. Dopiero teraz Filip dostrzegł jej pierwszą stronę. Nagłówek tworzyły nierówne, ciemnozielone litery:

DOMOWE CZARY

Pod spodem widniało zdjęcie kobiety stojącej przy kuchennym stole. Fotografia nie byłaby szczególnie interesująca, gdyby kobieta nie mieszała drewnianą łyżką w pustej misce, z której rosły maleńkie białe grzyby. Co więcej, zdjęcie się poruszało. Kobieta odłożyła łyżkę, spojrzała prosto na Filipa i pomachała mu. Filip cofnął się o krok.

— Co to jest?

— To, miły panie, jest gazeta.

— Zdjęcie się rusza.

— Zauważyłem wcześniej, ponieważ to moja gazeta.

— Zdjęcia się nie ruszają.

— Pańskie zdjęcia być może się nie ruszają. Te tutaj lubią rozrabiać.

Filip wyrwał starcowi gazetę z rąk. W prawym rogu widniała data: styczeń 1973. Spojrzał na mężczyznę.

— Mamy dziewięćdziesiąty drugi.

Starzec przez chwilę patrzył na niego ze zdziwieniem, a potem roześmiał się tak głośno, że ptaki zerwały się z jednego z drzew.

— Dobre. Naprawdę dobre. Hrabina będzie zachwycona.

— To nie jest żart!

— Naturalnie.

— Jest rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty drugi.

Starzec spoważniał.

— Tutaj jeszcze nie.

Filip poczuł, jak zimno, które wcześniej szczypało jedynie skórę, wchodzi mu gdzieś głębiej, w okolice klatki piersiowej.

— Co pan ma na myśli, mówiąc tutaj jeszcze nie?

Ale starzec już się odwrócił.

— Proszę za mną. Pański krawat jest bardzo ładny.

Filip spojrzał na siebie i dopiero teraz zauważył, że nie ma już piżamy. Stał w śniegu w białym garniturze, niebieskiej koszuli i zielonym krawacie. Przez kilka sekund wpatrywał się we własne ubranie, szukając racjonalnego wyjaśnienia. Sen. Oczywiście, że to sen. Wszystko od początku było snem. Mgła, konie, gazeta, starzec, zmieniające się ubrania. Kiedy zaakceptował tę myśl, poczuł ulgę.

Skoro śni, może równie dobrze wejść do środka.

Wnętrze pałacu było jeszcze bardziej przesadne niż jego fasada. Wielki hol tonął w ciepłym, złotawym świetle. Z sufitu zwisały kryształowe żyrandole, na ścianach wisiały obrazy, a z otwartych sal dochodziły muzyka, rozmowy, śmiech i stukanie kieliszków. Pachniało kwiatami, pieczonym mięsem, woskiem i czymś jeszcze — może cynamonem, może mokrym drewnem. Goście odwracali się w stronę Filipa, gdy przechodził. Niektórzy uśmiechali się do niego, inni kłaniali, jedna starsza kobieta przesłała mu pocałunek. Kilku mężczyzn podniosło kieliszki. Filip nie znał żadnego z nich, choć oni najwyraźniej znali jego.

— Kogo oni niby we mnie widzą? — zapytał starca.

— Pana widzą, widzą tylko pana.

— Co to za odpowiedź?

— Po prostu odpowiedź, tylko się panu nie podoba.

Starzec poprowadził go schodami na piętro. Tam muzyka ucichła. Korytarz był długi, wąski i wypełniony obrazami. Filip zwolnił, ponieważ pierwszy przedstawiał małą dziewczynkę stojącą na polu. Miała podarte spodenki, brudną bluzkę i bukiet maków oraz chabrów. Kiedy Filip przeszedł obok, dziewczynka odwróciła głowę i patrzyła za nim. Na kolejnym obrazie stary mężczyzna siedzący w fotelu zamknął książkę. Na następnym bociany krążyły nad mokrą łąką. Każdy obraz poruszał się delikatnie, ale nie tak jak film. Raczej jak wspomnienie, które nie potrafi rozpędzić się całkowicie.

— Gdzie idziemy?

Nie usłyszał odpowiedzi. Starca nie było.

Zatrzymał się. Z przodu widział szklane drzwi prowadzące na taras. Za nimi stało dwóch mężczyzn. Jeden był wysoki, szeroki w ramionach i ubrany w czarny płaszcz. Drugi wydawał się młodszy; miał włosy sięgające ramion, delikatne wąsy i niewielką bródkę. Rozmawiali cicho, ale Filip słyszał każde słowo, jakby stał tuż obok nich.

— Powinniśmy się cieszyć — powiedział ten w czarnym płaszczu — a jednak od rana mam takie uczucie, jakbym czekał na pogrzeb.

— Bartłomieju, od tygodnia prawie nie śpisz.

— Nie chodzi o sen, Dominiku. Dzisiaj coś się wydarzy.

— Urodził się następca. Na ten dzień wszyscy czekali.

— Właśnie dlatego się boję.

Dominik oparł ręce o balustradę.

— Nie zaczynaj znowu o Vardach.

— Dlaczego nie? Myślisz, że zapomnieli?

— Minęło osiemdziesiąt lat.

— Dla takich rodzin osiemdziesiąt lat to dwa wystawne obiady i pogrzeb ciotki.

Dominik parsknął śmiechem, lecz Bartłomiej pozostał poważny.

— Zwiększyłem ochronę wokół domu — ciągnął. — Na granicach ogrodu stoją ludzie Starszyzny. Każde wejście zostało zamknięte. Dach ma trzy warstwy zapór. Nawet studnia jest dziś głucha.

— To czego jeszcze chcesz?

Bartłomiej długo milczał.

— Żeby świt przyszedł szybciej.

Filip nacisnął klamkę szklanych drzwi. Chciał zapytać ich o Waldgrunów, Vardów, dziecko, rok 1973 i wreszcie o samego siebie. Zanim jednak wyszedł na taras, coś zatrzasnęło się za jego plecami. Odwrócił się. Korytarza nie było. Stał w parku. Śnieg sięgał mu do kostek. Pałac znajdował się kilkadziesiąt metrów dalej, choć przed sekundą Filip był w jego wnętrzu. Usłyszał za sobą trzask gałęzi. Zza buka wyszedł Bartłomiej. Mężczyzna zobaczył Filipa i znieruchomiał. Twarz mu pobladła.

— Ty!

Filip uniósł ręce.

— Świetnie. Może pan mi wreszcie wyjaśni, co się tutaj dzieje.

Bartłomiej cofnął się.

— Nie mogłeś tu wejść.

— Mnie również jest miło, że pana widzę.

— Nie mogłeś przekroczyć granicy.

— Jakiej granicy?

— Gdzie jest Vardo?

— Pan wybaczy, ale nie wiem, kto to jest Vardo.

Bartłomiej patrzył na niego tak, jakby Filip właśnie powiedział, że nie wie, czym jest słońce.

— Nie udawaj.

— Człowieku, widzę cię pierwszy raz w życiu!

Bartłomiej wsunął rękę pod płaszcz i wyjął cienką, ciemną witkę, nie dłuższą niż przedramię. Nie wyglądała jak broń. Przypominała kawałek starej gałęzi leszczyny, wypolerowanej od częstego używania. Mężczyzna zacisnął na niej palce i wrzasnął:

— Zostań tam!

— A jeśli nie?

— Filipie, zostań tam, gdzie stoisz.

Chłopak poczuł, jak wszystko w nim zamarza.

— Skąd znasz moje imię?

Bartłomiej także to usłyszał. W jego twarzy pojawiło się zdziwienie, jakby sam nie wiedział, dlaczego wymówił to imię.

— Ja…

Z ciemności dobiegł śmiech. Nie był głośny. Właśnie dlatego zabrzmiał tak paskudnie i złowrogo. Bartłomiej odwrócił głowę. Filip również spojrzał między drzewa, ale niczego nie zobaczył.

— Wracaj do domu! — wrzasnął Bartłomiej.

— Dokąd?!

— DO DOMU!

Uniósł witkę i przeciął nią powietrze. Ze szczytu gałązki nie wystrzelił żaden kolorowy błysk. Zamiast tego śnieg między nimi poderwał się nagle i ułożył w pionową ścianę. Bartłomiej dotknął jej dłonią, coś powiedział pod nosem, a lodowa zasłona popędziła między drzewami, łamiąc suche gałęzie. Gdzieś daleko coś zawyło.

Filip zrobił krok w tył.

— Co pan zrobił? Co to miało być?

— Uciekaj!

Nie zdążył. Ból pojawił się w brzuchu nagle i bez ostrzeżenia. Filip zgiął się wpół. Miał wrażenie, że coś dostało się pod jego skórę, znalazło wnętrzności i zaczęło ściskać je jeden organ po drugim. Upadł na kolana. Bartłomiej krzyknął, ale jego głos natychmiast zagłuszył huk dochodzący od strony pałacu. Jedno z okien eksplodowało. Potem drugie. Na piętrze pojawił się ogień. Nie był czerwony. Przynajmniej nie od razu. Najpierw miał kolor mleka, później zrobił się błękitny, a dopiero po chwili przeszedł w zwyczajny pomarańcz i rozlał się po dachu z niewiarygodną szybkością.

— Nie — powiedział Bartłomiej.

Po raz pierwszy nie brzmiał jak człowiek przestraszony. Brzmiał jak człowiek, który właśnie zobaczył spełnienie najgorszej przepowiedni swojego życia. Z pałacu dobiegły krzyki. Bartłomiej wyciągnął z kieszeni garść ziemi, choć Filip nie widział, żeby wcześniej ją tam wkładał. Zacisnął ją w dłoni, dmuchnął i powiedział:

— Leć do Marceliny. Powiedz tylko: dziecko. Stara droga. Natychmiast.

Ziemia z jego dłoni rozsypała się w powietrzu i zamieniła w stado małych, czarnych ptaków. Zerwały się w górę i poleciały w stronę lasu.

— Jakie dziecko? — wyszeptał Filip.

Bartłomiej spojrzał na niego. Za jego plecami pojawił się mężczyzna w czarnym płaszczu. Filip nie widział twarzy nieznajomego. Dostrzegł tylko białą dłoń i cienką witkę.

— Bartłomieju — powiedział przybysz niemal uprzejmie. — Zawsze byłeś najbardziej męczący.

Bartłomiej obrócił się i podniósł własną witkę. Nieznajomy był szybszy. Nie powiedział niczego. Po prostu złamał w palcach coś małego. Może pestkę, może suchą gałązkę. Bartłomiej zesztywniał. Pod skórą jego szyi pojawiły się czarne żyły.

— Nie! — Filip spróbował wstać.

Bartłomiej zachwiał się. Z ust popłynęła mu krew. Mimo to zdołał spojrzeć Filipowi prosto w oczy.

— Nie pozwól… — wyszeptał.

— Na co?!

— Żeby wrócił…

Mężczyzna upadł w śnieg. W tej samej chwili pałac stanął cały w ogniu. Okna pękały jedno po drugim, ludzie wybiegali do ogrodu, ktoś krzyczał imię dziecka, ktoś inny próbował gasić płomienie wodą z fontanny. Kamienne syreny zaczęły płakać. Jedna wypuściła z ręki szablę. Filip zobaczył kobietę w białej sukni biegnącą po schodach z małym zawiniątkiem przyciśniętym do piersi. Zanim dotarła do drzwi, sufit zawalił się nad jej głową.

— NIE!

Filip rzucił się w stronę domu. Ktoś złapał go od tyłu. Nie widział kto. Poczuł tylko ramiona oplatające jego klatkę piersiową i szarpnięcie tak silne, że stopy oderwały mu się od ziemi.

— Puść mnie! Tam jest dziecko!

Mgła zamknęła się wokół niego. Pałac zniknął. Krzyki jednak trwały. Filip szarpał się, przeklinał, próbował uderzać napastnika łokciami, lecz nie czuł już żadnych ramion. Stał sam na kamiennej drodze. Przed nim nie było białej rezydencji, tylko ogromna ściana ognia. Spośród płomieni dobiegł go głos. Nie potrafił rozpoznać, czy należał do kobiety, mężczyzny czy dziecka.

— Filipie.

Zamarł.

— Filipie Waldgrun.

— Nie nazywam się Waldgrun!

— Jeszcze nie.

Ogień ruszył w jego stronę. Filip obudził się z krzykiem.

Siedział na środku wielkiego łóżka z baldachimem, całkowicie mokry od potu. Przez kilka sekund nie wiedział, gdzie jest. Szukał wzrokiem płonących okien, drzew, śniegu, leżącego Bartłomieja. Zobaczył tylko ciemną sypialnię, ciężkie zasłony, fotel z rzuconą na niego marynarką i zielone cyfry elektronicznego zegara. 04:02

Oddychał tak szybko, że zabolała go klatka piersiowa. Dotknął brzucha. Nic. Żadnej rany. Odrzucił kołdrę, obejrzał ręce, nogi, koszulkę. Był cały.

— Marta! — zawołał Filip, podnosząc się gwałtownie na łóżku. Przez kilka sekund nasłuchiwał, ale w domu panowała cisza. — Maaartooo! — powtórzył znacznie głośniej, tym razem tonem człowieka, który nie zamierzał czekać ani chwili dłużej.

Po chwili drzwi otworzyły się z rozmachem. Do pokoju wbiegła młoda kobieta w długiej koszuli nocnej pokrytej drobnymi rumiankami. Włosy miała związane byle jak z tyłu głowy, na jednym policzku odciśnięty ślad poduszki, a jej twarz wyraźnie informowała, że wyrwano ją ze snu zdecydowanie za wcześnie. Zatrzymała się przy łóżku i natychmiast spoważniała, widząc Filipa siedzącego pod ścianą.

— Co się stało? Źle się pan czuje? — zapytała Marta, przyglądając mu się uważnie. — Mam zadzwonić po lekarza? Przynieść leki? Wygląda pan tak, jakby zobaczył pan ducha.

— Jaki mamy rok? — zapytał Filip.

Marta znieruchomiała. Spośród wszystkich pytań, jakich spodziewała się o czwartej nad ranem, tego najwyraźniej nie brała pod uwagę.

— Słucham? — upewniła się, marszcząc czoło. — Pyta mnie pan, który mamy rok?

— Rok, Marta. Zwykły rok. Cztery cyfry. Powiedz mi, który mamy rok — nalegał Filip, a w jego głosie nie było ani śladu żartu.

— Tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty drugi — odpowiedziała powoli, wciąż mu się przyglądając.

— Na pewno? Nie dziewięćdziesiąty pierwszy? Nie dziewięćdziesiąty trzeci?

— Panie Filipie, mamy tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty drugi rok. Jest trzeci stycznia, kilka minut po czwartej nad ranem, a ja stoję w pańskiej sypialni w koszuli nocnej w rumianki i potwierdzam datę. Chce pan jeszcze wiedzieć, kto jest prezydentem, czy to wystarczy, żeby wrócił pan do naszej rzeczywistości?

Filip opadł na poduszki i przetarł twarz obiema dłońmi.

— Nie żartuj. Naprawdę przez chwilę nie wiedziałem, gdzie jestem.

— To pan obudził mnie pytaniem o rok — zauważyła Marta, ale ironia zniknęła z jej twarzy, kiedy podeszła bliżej. Dopiero teraz zobaczyła, jak bardzo Filip jest blady. — Śniło się panu coś? Wygląda pan tak, jakby ten sen wcale się nie skończył.

— Głupi sen, nic więcej — odpowiedział Filip, choć powiedział to zbyt szybko, żeby zabrzmiało przekonująco. Spojrzał na nią trochę zawstydzony i poprawił kołdrę. — Byłem na jakimś przyjęciu. W ogromnym pałacu, chyba gdzieś na wsi. Była mgła, konie, mnóstwo ludzi ubranych tak, jakby wszyscy pomylili stulecia. Najdziwniejsze było to, że oni mnie znali. Podchodzili, rozmawiali ze mną, patrzyli na mnie, jakbym powinien wiedzieć, kim są, a ja nie znałem nikogo. Potem dom zaczął płonąć.

Marta usiadła na brzegu łóżka i przez moment patrzyła na niego z powagą, po czym kącik jej ust drgnął.

— To brzmi bardziej jak pański ostatni sylwester niż sen. Mgła, ludzie, których pan nie pamięta, i pożar na końcu. Brakuje tylko dziennikarzy pod drzwiami.

— Marta — upomniał ją Filip, choć tym razem bez większego przekonania.

— Już dobrze, nie żartuję — odpowiedziała, unosząc dłonie w geście kapitulacji. — Było tam coś jeszcze? Coś, co tak pana przestraszyło, że musiał pan sprawdzić, w którym jest roku?

Filip chciał powiedzieć: Bartłomiej. Chciał powiedzieć: dziecko. Chciał powiedzieć: Waldgrun. Wszystkie te słowa miał w głowie, wyraźne i ciężkie, a jednak kiedy otworzył usta, wypowiedział zupełnie inne.

— Raczki — powiedział cicho. — Właśnie to pamiętam najwyraźniej. Raczki.

Marta zmarszczyła czoło.

— Co to jest? Nazwisko? Miejsce?

— Chyba miejscowość. Znasz jakąś wieś o takiej nazwie? — zapytał Filip, prostując się ponownie. — Raczki. Nie wiem, gdzie leżą, ale jestem pewien, że właśnie tak się nazywały.

— Nie znam. Przynajmniej nic mi ta nazwa nie mówi — odpowiedziała Marta. — Mogę jutro sprawdzić w atlasie albo zadzwonić gdzieś i zapytać.

— Sprawdź to dla mnie jutro. Dokładnie. Chcę wiedzieć, gdzie to jest i czy znajduje się tam jakiś stary pałac albo majątek.

— Dzisiaj — poprawiła go z lekkim uśmiechem. — Jest po czwartej, więc technicznie rzecz biorąc, zrobię to jeszcze dzisiaj. Ale pozwolę panu przez kilka godzin udawać, że noc nadal trwa.

— Dobrze, dzisiaj. I sprawdź wszystko, co znajdziesz — powiedział Filip. — Nie tylko adres. Historię miejscowości, stare budynki, nazwiska właścicieli. Cokolwiek.

Marta wstała i poprawiła koszulę.

— Zrobię to. A teraz może przyniosę panu coś do picia? Wodę, mleko, herbatę? Skoro już oboje nie śpimy, przynajmniej jedno z nas może zachowywać się rozsądnie.

Filip zastanowił się przez chwilę.

— Zieloną herbatę. Mocną, najlepiej taką, żeby postawiła człowieka na nogi.

— O czwartej rano? — zapytała Marta z niedowierzaniem. — Pan przed chwilą chciał się upewnić, który mamy rok, a teraz zamierza się pan pobudzać?

— W takim razie dodaj ginu — odparł Filip zupełnie poważnie. — Może jedno z drugim się zrównoważy.

Marta popatrzyła na niego bez słowa. Filip wytrzymał jej spojrzenie przez kilka sekund, po czym uniósł brwi.

— Nie patrz tak. Sam sen był wystarczająco nieprzyjemny, nie potrzebuję jeszcze moralnego osądu we własnej sypialni.

— Wcale pana nie osądzam — odpowiedziała Marta, choć jej mina mówiła coś dokładnie przeciwnego. — Próbuję tylko ustalić, czy zielona herbata z ginem jest napojem, czy już wołaniem o pomoc.

— Patrzysz.

— To przez sen?

— Nie. Gin jest przez ciebie — odpowiedział Filip, a na jego twarzy po raz pierwszy pojawił się cień uśmiechu.

Marta pokręciła głową i ruszyła w stronę drzwi, ale zanim zdążyła nacisnąć klamkę, Filip ponownie ją zatrzymał.

— Marta, jeszcze jedno. Gdyby ktoś zadzwonił rano, nikogo nie ma — powiedział, układając się z powrotem na poduszkach. — Nie chcę z nikim rozmawiać, dopóki nie dowiesz się czegoś o tych Raczkach.

Marta odwróciła się i oparła dłonią o klamkę.

— Nawet gdyby zadzwoniła pańska matka? — zapytała z wyraźną satysfakcją, jakby znała już odpowiedź.

— Szczególnie gdyby zadzwoniła moja matka.

— A redakcja? Mieli dzwonić rano w sprawie tekstu.

— Nie ma mnie.

— Telewizja?

— Tym bardziej mnie nie ma.

— Pański agent?

Filip zastanowił się przez chwilę, po czym westchnął.

— Jemu powiedz, że umarłem.

— To raczej utrudni panu resztę tygodnia — zauważyła Marta. — Poza tym znając go, najpierw sprzeda nekrolog, a dopiero później sprawdzi, czy to prawda.

Filip skrzywił się.

— Słuszna uwaga. W takim razie powiedz, że śpię i mam kategoryczny zakaz budzenia.

— To już brzmi znacznie wiarygodniej — stwierdziła Marta. — Zielona herbata, gin, Raczki i oficjalna nieobecność dla całego świata. Czy to wszystko?

— Na razie tak. A, Marta… — Filip zawahał się i spojrzał na nią poważniej. — Jeśli znajdziesz tę miejscowość, nie dzwoń nigdzie. Najpierw powiedz mnie.

Marta przyjrzała mu się przez moment, tym razem bez uśmiechu.

— Dobrze. Najpierw panu — obiecała. — A teraz proszę spróbować nie przenieść się do innego stulecia, zanim wrócę z herbatą.

Zamknęła za sobą drzwi, a Filip został sam. Jeszcze przez chwilę patrzył w miejsce, w którym stała, po czym przeniósł wzrok na ciemne okno. Sen powinien już zacząć blaknąć, jak wszystkie sny po przebudzeniu, ale zamiast tego stawał się coraz wyraźniejszy. Mgła, konie, płonący pałac i ludzie, którzy znali jego twarz. Spośród wszystkich obrazów najuporczywiej powracało jednak jedno słowo, zupełnie obce, a zarazem dziwnie znajome.

— Raczki.

Nie uspokoiło. Oparł czoło o zimną szybę.

— Waldgrun — powiedział cicho. Nic się nie wydarzyło. — Bartłomiej. — Także nic. Dopiero gdy po raz trzeci wypowiedział nazwę wioski, lampka stojąca przy łóżku zamigotała.

— Raczki.

Zgasła. Filip odwrócił się. W ciemnym pokoju przez krótką chwilę pachniało dymem, mokrą ziemią i jabłkami. A potem, zupełnie wyraźnie, ktoś zapukał trzy razy po drugiej stronie ściany.

ROZDZIAŁ II
Dom, którego nie policzono

W Raczkach śnieg padał od trzech dni i nikt już specjalnie nie zwracał na niego uwagi. Zasypał rowy przy drodze, płoty, krzewy porzeczek i niskie dachy szop, przycisnął do ziemi suche łodygi zeszłorocznych kwiatów i przykrył cienką warstwą lodu niewielkie oczko wodne za domem państwa Lubińskich. Tego ranka niebo było tak jasnoszare, że trudno było powiedzieć, gdzie kończą się chmury, a zaczyna biel pól. Od czasu do czasu od strony wsi dobiegał odgłos szczekającego psa albo metaliczny stuk łopaty o chodnik, poza tym panował spokój charakterystyczny dla miejsc, w których zima ogranicza życie do kilku najpotrzebniejszych czynności: rozpalenia w piecu, przyniesienia drewna, nakarmienia zwierząt i sprawdzenia, czy rury nie zamarzły. W takim właśnie spokoju stał dom Lubińskich, niewielki, ciemnobrązowy, z jednym kominem i dwoma oknami od strony drogi. Gdyby ktoś przechodził obok po raz pierwszy, uznałby zapewne, że jest to stara altanka postawiona na działce większej niż potrzeba. Gdyby wszedł do środka, musiałby natomiast uznać, że albo pomylił dom, albo świat przez chwilę przestał trzymać się własnych wymiarów.

Na planach Raczków były trzy rzędy po dziesięć działek. Tak samo twierdziła gmina, listonosz i niemal wszyscy mieszkańcy. Trzydzieści działek, trzydzieści domów i ani jednego więcej. Dom Lubińskich stał jednak pomiędzy numerem dwadzieścia cztery a dwadzieścia pięć, na kawałku ziemi, którego nie zaznaczono na żadnej mapie. Nie miał numeru, a mimo to poczta trafiała bez problemu. Nawet geodeta, którego kilka lat wcześniej wysłał urząd, wrócił do domu z przekonaniem, że wszystko jest w porządku, chociaż przez trzy godziny chodził po ogrodzie, mierzył płot i co kilka minut powtarzał, że czegoś mu brakuje. Brakowało mu oczywiście całego domu, lecz tego nie zauważył. Państwo Lubińscy nie uważali tego za nic szczególnego. Domy magiczne miały swoje przyzwyczajenia, a ten od dawna nie życzył sobie zostać policzonym.

Maksymilian Lubiński zamiatał właśnie podłogę w dużym pokoju. Miał trzynaście lat, ciemne włosy, brązowe oczy i wyjątkowo niewiele cierpliwości do kurzu. Sprzątał od rana, ponieważ dwa dni później miał wrócić do nauki i wiedział, że jeżeli teraz nie zrobi porządku, nie zrobi go przez następne tygodnie. Przesunął fotel, zamiótł pod nim okruszki, znalazł starą monetę, dwa guziki i wysuszoną skórkę mandarynki. Monetę wsunął do kieszeni, guziki położył na stole, a skórkę wrzucił do żeliwnego pieca stojącego przy ścianie. Piec prychnął.

— Nie marudź — powiedział Maks.

Piec prychnął drugi raz, znacznie głośniej.

— Przecież była sucha.

Z wnętrza dobiegło ciche dudnienie.

— Dobrze. Następnym razem dam ci drewno.

Piec ucichł.

Dla Maksa taka rozmowa nie była niczym wyjątkowym. W jego domu przedmioty odzywały się często, choć rzadko pełnymi zdaniami. Drzwi wejściowe skrzypiały inaczej, gdy przychodził ktoś obcy, a inaczej, gdy wracali domownicy. Łyżki w szufladzie dzwoniły, kiedy zbliżała się burza. Zegar nad stołem stawał dokładnie o tej godzinie, o której ktoś w domu kłamał, choć nigdy nie chciał zdradzić kto. Najbardziej kłopotliwy był piec, ponieważ obrażał się o byle co i czasem potrafił przez pół dnia nie przyjmować drewna, jeśli ktoś wcześniej wrzucił do niego coś, czego nie lubił. Ojciec Maksa twierdził, że piec odziedziczył charakter po jego pradziadku, który go postawił, a matka odpowiadała wtedy, że to niemożliwe, bo pradziadek był człowiekiem znacznie przyjemniejszym.

Maks podszedł do okna. W ogrodzie wszystko było białe. Stary wiatraczek stojący przy oczku wodnym obracał się mimo braku wiatru, bardzo wolno, jakby sam dla siebie. Na płocie siedziały dwa wróble. Jeden z nich dziobał metalowy drut, drugi przyglądał mu się z wyraźnym zniecierpliwieniem.

— Nie zjesz tego — powiedział Maks do szyby.

Wróbel spojrzał w jego stronę.

— Próbować można — odezwał się cieniutki głos.

Maks odsunął się od okna.

— Co?

Ptak znów dziobnął drut.

— Powiedziałem, że próbować można.

Maks przez chwilę patrzył na niego bez słowa, potem westchnął.

— Nie mam dzisiaj czasu.

— My też nie.

Oba wróble odleciały.

Maks pokręcił głową i wrócił do sprzątania. Zwierzęta nie mówiły często. Właściwie większość nie robiła tego nigdy, ale czasem zimą, szczególnie przed zmianą pogody, niektórym zdarzało się ponarzekać. Matka twierdziła, że przyroda wtedy „przesiąka”, choć nigdy nie wyjaśniła czym. Maks uważał, że to jedna z tych odpowiedzi dorosłych, które miały zakończyć pytanie, a nie na nie odpowiedzieć.

Z kuchni dochodził zapach suszonej mięty i chleba. Na stole leżała deska, na niej połowa bochenka przykryta lnianą ściereczką. Maks odkroił sobie kromkę, posmarował masłem i już miał usiąść, gdy usłyszał świst za oknem. Nie musiał sprawdzać. Po chwili coś uderzyło w śnieg przed domem.

— Auu!

Maks otworzył drzwi i zobaczył Oliwera leżącego na plecach w śniegu, częściowo zasypanego białym puchem. Kilkadziesiąt centymetrów dalej z zaspy sterczała krótka miotła, wbita w nią przodem pod takim kątem, że trudno było uznać całe zdarzenie za zamierzone lądowanie.

— Pięknie. Bardzo elegancko — ocenił Maks, pomagając przyjacielowi usiąść.

Oliwer otrzepał czapkę i oznajmił, że zamarzły mu obie ręce, choć lewa zdecydowanie bardziej. Kiedy Maks zasugerował, że następnym razem mógłby skorzystać z furtki, chłopak przypomniał mu z godnością, że furtka nie lata.

— Ty przed chwilą też miałeś z tym problem.

— Przez śnieg. Jest zdradliwy.

— Leży sobie spokojnie.

— Właśnie. Czeka.

Maks podał mu rękę. Oliwer był od niego niższy, miał jasne włosy, bardzo niebieskie oczy i twarz człowieka, który niemal bez przerwy wymyśla coś, czego rozsądniej byłoby nie robić. Kiedy stanął na nogach, wyciągnął miotłę z zaspy i z niepokojem obejrzał jej wygięty przód. Stwierdził, że matka go zabije, a naprawianie szkody nie ma większego sensu, ponieważ i tak natychmiast zauważy, że coś się wydarzyło.

— To nie magia — stwierdził Maks. — To mama.

— Właśnie dlatego się boję.

Weszli do domu. Drzwi skrzypnęły dwa razy na powitanie, co Oliwer przyjął z zadowoleniem, uznając, że po tylu latach budynek powinien już nie tylko go rozpoznawać, lecz także akceptować. Zdjął mokry płaszcz, rękawiczki i szalik, po czym podszedł do pieca i wyciągnął ku niemu dłonie. Gdy zauważył, że w kuchni jest zimno, piec prychnął urażony i wypuścił przez szczelinę niewielką chmurkę popiołu.

— Obraziłem go?

— Możliwe. Rano rzuciłem mu skórkę mandarynki.

— To wiele wyjaśnia.

Po chwili kafle zrobiły się wyraźnie cieplejsze, więc Oliwer oparł o nie dłonie i z westchnieniem oznajmił, że tęsknił za tym domem. Maks przypomniał mu, że był tutaj trzy dni wcześniej, ale przyjaciel uznał, że wtedy nie potrafił właściwie docenić ogrzewania, ponieważ posiadał jeszcze czucie w palcach. Maks podał mu kromkę chleba, a sam wrócił do stołu i sterty rzeczy, które od rana próbował uporządkować.

Oliwer szybko zauważył, że przyjaciel sprząta z własnej woli, co uznał za objaw choroby. Maks wyjaśnił, że rodzice wrócą późno i chce skończyć wszystko przed ich przyjazdem. Propozycję przyspieszenia pracy za pomocą czynienia odrzucił, zanim Oliwer zdążył ją dokładnie przedstawić.

— Ostatnim razem kurz wylądował w zupie.

— To był błąd orientacyjny.

— Mama do dziś znajduje pietruszkę za szafą.

Oliwer roześmiał się i obiecał, że tym razem będzie grzeczny, co Maks uznał za jeszcze bardziej niepokojące niż propozycję użycia magii. Przez następnych kilka minut jedli w ciszy. Za oknem znów zaczął padać drobny śnieg, płatki przyklejały się do szyby i powoli znikały, w kranie monotonnie kapała woda, a zegar nad stołem wskazywał dziesięć minut po dwunastej.

Oliwer przypomniał, że pojutrze wracają do szkoły, i oznajmił, że zupełnie nie ma na to ochoty. Maks przyznał, że trochę się cieszy, czym ponownie naraził się na podejrzenie choroby. Przez chwilę spierali się o to, czy nocne czytanie książek historycznych dla przyjemności rzeczywiście czyni Oliwera mniej dziwnym od człowieka, który lubi się uczyć, ale rozmowa szybko straciła lekki ton.

— Wiesz, co jest najgorsze? — zapytał w końcu Maks.

Oliwer wymienił wstawanie, zimne sale i jaglankę na śniadanie, lecz żadna odpowiedź nie była właściwa. Maks przez chwilę obracał kromkę chleba w palcach, po czym przyznał, że od kilku dni nie może pozbyć się wrażenia, że coś się wydarzy. Nie miał snów ani żadnego konkretnego znaku, Dom również zachowywał się wyjątkowo spokojnie, a jednak w żołądku stale czuł ciężką kulę, której nie potrafił sobie wytłumaczyć.

Oliwer przestał żartować.

— Powiedziałeś rodzicom?

Maks zawahał się.

— Wczoraj wieczorem studnia zadzwoniła.

— Jak to „zadzwoniła”?

— Normalnie. Jak dzwonek. Tylko że przy studni nie mamy żadnego dzwonka.

Oliwer spojrzał na niego uważniej. Maks wyjaśnił, że ojciec słyszał ten dźwięk i uznał go za odgłos pracującego pod lodem gruntu, ale sam nie był do tego przekonany. Przez kilka sekund obaj milczeli, słuchając kapania wody i cichego trzaskania drewna w piecu.

— Wierzysz mu? — zapytał w końcu Oliwer.

Maks spojrzał przez okno w stronę ogrodu.

— Nie bardzo.

— Ja też nie.

Zanim zdążyli powiedzieć coś jeszcze, z pieca dobiegło głośne stuknięcie. Obaj spojrzeli w jego stronę. Drugie stuknięcie. Trzecie. Piec otworzył małe żeliwne drzwiczki. Ze środka wysunął się zwinięty pakiet gazet przewiązany sznurkiem.

— Prasa — powiedział Maks.

Oliwer od razu wstał.

— Pokaż, proszę.

— Jeszcze gorące.

— Mam rękawiczki, weź parę.

— Zdjąłeś. To założę!

Maks wyciągnął pakiet szczypcami i położył na stole. Sznurek sam się rozwiązał, gazety rozsunęły jak wachlarz. Na wierzchu leżała „Wieść”, dziennik magiczny. Pod nią znajdowała się „Domowa Praktyka”, tygodnik jego matki, „Historia Żywa”, którą czytał ojciec, oraz cienkie pismo dla młodzieży zatytułowane „Iskra”. Oliwer chwycił „Iskrę”.

— O, patrz. Nowe czynienia.

— Nie próbujemy żadnych.

— Nawet o żadnym jeszcze ci nie przeczytałem.

— Właśnie dlatego mówię z wyprzedzeniem.

Oliwer rozłożył gazetę.

— „Pięć sposobów na rozmowę ze śniegiem”.

Maks spojrzał na niego.

— Nie, wiosną znika i jest ci tych rozmów żal.

— „Jak nauczyć miotłę wracać do domu”.

— Przydałoby ci się.

— „Czy można przechować lato w słoiku?”

— To akurat ciekawe.

— Ha!

— Przeczytać można.

— Jest też ogłoszenie. Wiosną przyjeżdża wymiana.

Maks odłożył nóż.

— Jaka wymiana?

Oliwer przesunął palcem po kolumnie.

— Młodzi magiczni z Niemiec, z Finlandii i chyba z Czech. Mają odwiedzać różne miejsca w Polsce. „Poznawać lokalne tradycje, sposoby czynienia, mowę roślin, wiejskie praktyki ochronne…”

— Pokaż, proszę.

Maks wziął gazetę. W artykule rzeczywiście zapowiadano przyjazd kilkunastu młodych ludzi. Część miała zatrzymać się na dłużej w ich ośrodku nauki. Wspomniano też o uroczystym spotkaniu z członkami Starszyzny.

— Będzie ciekawie — powiedział Oliwer.

— Albo męcząco.

— Zagraniczni zawsze są ciekawi.

— Skąd wiesz?

— Nigdy żadnego nie poznałem…

— Właśnie.

Oliwer wzruszył ramionami.

— Dlatego.

Piec znowu stuknął. Maks popatrzył na niego.

— Jeszcze coś?

Z wnętrza wypadła mała koperta. Potem druga. Potem trzecia. I czwarta. Ostatnia była zielona. Leżała przez chwilę na podłodze, po czym sama przesunęła się w stronę Maksa. Oliwer spojrzał na niego.

— To do ciebie.

— Widzę.

Na kopercie nie było znaczka ani nazwiska nadawcy. Widniał tylko napis: Maksymilian Lubiński Raczki Dom bez numeru Niżej ktoś dopisał: Pilne.

— Otwieraj — powiedział Oliwer.

— Poczekaj.

Maks dotknął koperty. Papier był ciepły.

— Dziwne.

— Co?

— Pachnie dymem.

Oliwer nachylił się.

— Rzeczywiście.

Maks rozerwał kopertę. W środku znajdowała się jedna ręcznie zapisana kartka. Już po pierwszym zdaniu jego twarz spoważniała, więc Oliwer natychmiast przestał zajmować się jedzeniem i zapytał, co się stało.

— Wczoraj wieczorem był pożar w ośrodku — powiedział Maks, przesuwając wzrokiem po kolejnych linijkach. — Dziesięć osób rannych, na szczęście nikt nie zginął. Budynek zamknięto do odwołania.

Oliwer wyprostował się na krześle i od razu zapytał o powrót. Maks doczytał następny fragment i potwierdził, że pojutrze nigdzie nie jadą. Na twarzy przyjaciela pojawiła się radość, którą próbował ukryć może przez pół sekundy, po czym uniósł ręce w geście zwycięstwa.

— Wolność!

— Nie ciesz się tak. Piszą, że nauka będzie zorganizowana inaczej. Jeszcze nie wiedzą jak.

— Ale pojutrze nie jedziemy?

— Nie.

— To najważniejsze. Czytaj dalej.

Maks zrobił to, lecz po chwili jego mina stała się jeszcze dziwniejsza. Aleksandra najwyraźniej zgłosiła Starszyźnie, że Lubińscy mają kilka wolnych pokoi na strychu, dlatego część uczniów z zagranicy, którzy po pożarze zostali bez miejsca pobytu, miała tymczasowo zamieszkać właśnie tutaj. Trzy osoby, przez co najmniej miesiąc.

Oliwer powoli odłożył chleb.

— U ciebie? Trzech?

— Tak.

— To jest najlepszy pożar w historii.

Maks spojrzał na niego surowo.

— Dziesięć osób zostało rannych.

— Źle to ująłem.

— Bardzo źle.

— Chodziło mi o to, że konsekwencje organizacyjne są dla nas interesujące.

— Brzmi jeszcze gorzej.

Oliwer westchnął i przyznał, że pożar jest oczywiście straszny, ale perspektywa pojawienia się zagranicznych gości w domu Lubińskich wydaje mu się ciekawa. Maks nie odpowiedział. Czytał już końcową część listu i nagle zatrzymał wzrok na jednym z akapitów.

— O nie.

— Jeszcze coś?

— Dziewczyna z Raczków. Julia Orzechowska, trzynaście lat. Obudziła jej się magia.

Oliwer przez chwilę patrzył na niego, jakby nie zrozumiał.

— Tutaj? W Raczkach?

— Trudno, żeby w Raczkach położonych gdzie indziej.

— Znamy ją?

— Może z widzenia. Ale to nie jest najgorsze.

Maks podał mu kartkę i wskazał właściwy fragment. Starszyzna zdecydowała, że ponieważ Julia była w ich wieku i mieszkała niedaleko, pierwszych podstaw czynienia mieli nauczyć ją Maks, Oliwer i Kasia. Oliwer przeczytał ten akapit dwa razy, po czym zaczął się śmiać.

— My mamy kogoś uczyć magii?

— Tak.

— Przecież sami nie znamy wszystkich podstaw.

— Wiem.

— Kto to wymyślił?

Maks wskazał podpis znajdujący się na dole listu. Oliwer przeczytał nazwisko Dominika Turzycy i pokręcił głową z powagą.

— To człowiek nieodpowiedzialny.

— Jest członkiem Starszyzny.

— Jedno nie wyklucza drugiego.

Maks odłożył list. Przez chwilę siedzieli w ciszy. Piec mruczał spokojnie. Musiał przestać się dąsać, bo w pomieszczeniu zrobiło się ciepło i przytulnie. Za oknem śnieg padał coraz mocniej.

— Czyli — zaczął Oliwer — nie wracamy do nauki, przyjeżdżają do ciebie zagraniczni, mamy uczyć dziewczynę z Raczków, Julię, a twój dom od rana rozmawia z piecem i wróblami.

— Dom nie rozmawia z wróblami.

— Ty rozmawiałeś.

Maks spojrzał na niego.

— Słyszałeś?

— Nie. Ale widziałem przez okno, jak coś do nich mówiłeś.

— Jeden odpowiedział.

Oliwer przestał się uśmiechać.

— Naprawdę?

— Poważnie!

— Dzisiaj?

— Przed twoim przylotem.

Oliwer podszedł do okna.

— To dziwne.

— Trochę.

— Bardzo dziwne. Dziwne jak dziwność.

Zaczęli się śmiać. Maks wziął list ponownie.

— Julia ma przyjść jutro.

— Sama?

— Chyba z matką.

— I co jej powiemy?

— Prawdę.

— Jaką?

Maks spojrzał na niego zniecierpliwiony.

— Że jest magiczna.

— To nie jest prawda. To jest sucha informacja. A skoro wie, że ma tutaj przyjść, zna z pewnością także cel tej wizyty.

— Oliwer.

— No co? Wyobraź sobie, że ktoś przychodzi do ciebie i mówi: „Dzień dobry, od dzisiaj drzewa mogą pana słyszeć, ogień ma charakter, a jeśli źle zagotuje pan mleko, może panu wywróżyć śmierć”.

— Mleko nie przepowiada śmierci.

— U mojej ciotki przepowiedziało.

— Twoja ciotka zostawiła je na piecu przez trzy godziny. Też byś złorzeczył.

Maks roześmiał się mimo wszystko.

— Pomożesz?

— Oczywiście.

Oliwer podszedł i usiadł obok niego.

— Zawsze pomagam.

Maks popatrzył na przyjaciela.

— Nawet jak nie proszę.

— Szczególnie wtedy.

Przez chwilę patrzyli na list. Potem Oliwer odezwał się ciszej:

— A ten pożar?

— Co?

— Myślisz, że był przypadkiem?

Maks nie odpowiedział. W tym samym momencie zegar nad stołem zatrzymał się. Sekundnik stanął. Obaj spojrzeli w górę.

— Ktoś kłamie — powiedział Oliwer.

— Nikogo poza nami nie ma.

— Ja nie kłamię.

— Ja też nie mam powodu, żeby kłamać.

Zegar nadal stał. Maks wstał.

— Może się zepsuł.

Sekundnik ruszył. Oliwer popatrzył na niego.

— Właśnie skłamałeś.

Maks nie odpowiedział.

Kasia przyjechała godzinę później. Nie na miotle, lecz zwyczajnie, rowerem, który prowadziła przez śnieg, przeklinając pod nosem przez całą drogę od furtki. Miała różową czapkę, zielony szalik i policzki czerwone od mrozu. Gdy weszła do środka, najpierw przytuliła Maksa, potem Oliwera, a następnie podeszła do pieca.

— Zimno.

Piec prychnął. Kasia spojrzała na niego.

— Co mu?

— Mandarynka — powiedzieli jednocześnie chłopcy.

— Nie chcę wiedzieć.

Usiedli przy stole. Maks podał jej list. Przeczytała go dwa razy.

— Julia Orzechowska?

— Znasz? — zapytał Maks.

— Kojarzę. Mieszka chyba przy parku.

— Jaka jest?

— Normalna.

Oliwer jęknął.

— Świetna charakterystyka.

— A co mam powiedzieć? Blondynka, wysoka, raczej cicha. Chodziła chyba do klasy z córką pani Węgrzyn. Widziałam ją kilka razy.

— I nic nie zauważyłaś? — zapytał Maks.

— A co miałam zauważyć? Że świeci?

— Nie.

— Że rozmawia z drzewami?

Oliwer spojrzał na Maksa.

— Dzisiaj to może być znak!

Maks kopnął go pod stołem.

— Ała.

Kasia odłożyła list.

— To kiedy przychodzi?

— Jutro rano.

— I mamy ją uczyć?

— Tak.

— Od czego zaczniemy?

Maks spojrzał na kredens z książkami.

— Od najprostszych rzeczy.

— Czyli?

— Jak rozpoznać własną magię. Jak nie zrobić sobie krzywdy. Jak odróżniać czynienie od nieszczęśliwego wypadku. Jak nie dotykać rzeczy, których się nie zna lub nie rozumie.

Oliwer uniósł palec.

— Tego ostatniego nadal nie potrafię.

— Dlatego nie będziesz prowadził tej części — odpowiedział Maks. — Potem przejdziemy do światła, ciepła, prostych przesunięć i może drobnych napraw.

Kasia zastrzegła od razu, że żadnego ognia nie będzie. Maks zgodził się bez dyskusji, na co piec prychnął urażony. Kiedy chłopak kazał mu się nie wtrącać, Kasia spojrzała na niego z rozbawieniem.

— Naprawdę kłócisz się z piecem?

— Od rana. Na razie wygrywa.

— Jak zwykle — podsumował Oliwer.

Maks uznał, że potrzebne podręczniki znajdą w piwnicy. Kasia zdziwiła się, bo mimo wielu wizyt w domu nigdy jej nie widziała. Wyjaśnienie przyszło dopiero na zewnątrz. Za budynkiem stała niewielka czarna komórka, która wyglądała jak zwyczajny schowek na narzędzia. Maks otworzył ją srebrnym kluczem i zamiast grabi czy łopat ukazał strome schody prowadzące w ciemność.

— To nie może być piwnica. Przecież ten schowek jest malutki — zauważyła Kasia.

— To tylko wejście.

Dziewczyna przez chwilę zastanawiała się, czy naprawdę chce tam schodzić, szczególnie gdy Maks wspomniał o mieszkających niżej pająkach, ale Oliwer ruszył pierwszy i ostatecznie poszła za nim. W podziemiach pachniało wilgocią, ziemniakami, drewnem i starym papierem. Maks narysował kredą niewielkie koło na ścianie i dmuchnął. Znak rozjarzył się miękkim światłem, znacznie spokojniejszym od tego, które dawały uroki wykonywane witką.

— Czemu nie robimy tak zawsze? — zapytała Kasia.

— Bo trzeba mieć odpowiednią ścianę i dobrą kredę.

Oliwer natychmiast dotknął świecącego znaku.

— Ciepłe.

— Nie ruszaj.

— Za późno.

Ruszyli dalej. Korytarz był niepokojąco długi, zdecydowanie zbyt długi, żeby mieścić się pod niewielkim domem. Po obu stronach znajdowały się różnokolorowe drzwi: czerwone, niebieskie, pomarańczowe oraz jedne zupełnie czarne. Kiedy Kasia zauważyła, że piwnica musi być większa od całego budynku, Maks stwierdził tylko, że w tym domu widzenie czegoś i pewność, że naprawdę takie jest, nie zawsze oznaczają to samo.

Za pomarańczowymi drzwiami znaleźli magazyn pełen starych książek, skrzyń, worków, słoików i nieużywanych mebli. Maks zaczął przeglądać stos podręczników, szukając czegoś odpowiedniego dla Julii. Kasia jednak bardziej interesowała się korytarzem.

— Co jest za czarnymi drzwiami?

Maks na chwilę znieruchomiał.

— Nic szczególnego.

Wtedy z korytarza dobiegło ciche stuknięcie.

— Coś jednak jest.

— Stare rury — odpowiedział Maks, ale po drugim stuknięciu nawet Oliwer spojrzał na niego z niedowierzaniem.

Wyszli na korytarz. Na środku czarnych drzwi wisiał metalowy pierścień, który poruszył się powoli raz, drugi i trzeci, jakby ktoś pukał od drugiej strony.

— Kto tam jest? — szepnęła Kasia.

— Nikt.

Gdzieś w ciemności odezwał się zegar, chociaż w piwnicy żadnego nie było. Wybił siedem razy.

— Jest dopiero trzecia — zauważył Oliwer.

Maks cofnął się o krok. Pierścień znieruchomiał, a po powierzchni czarnych drzwi spłynęła wilgotna smuga. Chłopak poczuł jej zapach, zanim zdążył podejść bliżej.

Dym.

Dokładnie ten sam, którym pachniał zielony list.

ROZDZIAŁ III
Julia Orzechowska

Julia Orzechowska obudziła się kilka minut przed siódmą, chociaż budzik miała ustawiony dopiero na wpół do ósmej. Leżała przez chwilę nieruchomo, wpatrując się w biały sufit swojego pokoju, i próbowała wmówić sobie, że dzisiejszy dzień niczym nie różni się od poprzednich. Za oknem było jeszcze szaro, śnieg przyklejał się do szyby, kaloryfer pod parapetem stukał od czasu do czasu, a z kuchni dochodził cichy brzęk naczyń, bo jej matka zawsze wstawała wcześniej. Wszystko wyglądało zwyczajnie. Na krześle wisiały dżinsy, które przygotowała sobie poprzedniego wieczoru, na biurku leżały dwa zeszyty, kaseta magnetofonowa i otwarta książka, której od tygodnia nie mogła skończyć. Jedyną rzeczą, która nie pasowała do tego porządku, był mały słoik stojący na parapecie. W środku znajdowała się woda, a na jej powierzchni pływał cienki listek mięty. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby listek nie płynął pod prąd.

Julia podniosła się na łokciu i popatrzyła na słoik. Wczoraj wieczorem woda obracała się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Dziś robiła odwrotnie. Bardzo wolno, prawie niedostrzegalnie, lecz nie przestawała. Dziewczyna wstała, podeszła bliżej i przyłożyła palec do szkła. Woda zatrzymała się natychmiast.

— No świetnie — mruknęła.

— Mówiłaś coś? — zawołała matka z kuchni.

— Nie, mamo!

Woda ruszyła ponownie. Julia odsunęła rękę.

Przez ostatnie dwa tygodnie podobne rzeczy zdarzały się coraz częściej. Najpierw uznała, że to przypadki. Potem, że ktoś robi jej kawał. Jeszcze później próbowała znaleźć wyjaśnienie w książkach przyrodniczych, choć sama wiedziała, jak absurdalnie to brzmi. Zaczęło się od małych rzeczy. Zgaszona świeca zapalała się, kiedy Julia wchodziła do pokoju. Łyżeczka pozostawiona w kubku obracała się sama, gdy dziewczyna była zdenerwowana. Rano znajdowała szuflady otwarte, choć wieczorem je zamykała. Pewnego dnia podczas lekcji matematyki pękł tusz w długopisie nauczyciela dokładnie w chwili, kiedy Julia pomyślała, że chciałaby, żeby ten przestał ją odpytywać. Tusz wystrzelił mu na koszulę, twarz i dziennik. Klasa śmiała się przez dobre pięć minut, a Julia zamiast się cieszyć, czuła jedynie strach.

Najgorsze wydarzyło się trzy dni temu w kuchni. Jej matka kroiła cebulę i narzekała, że nóż jest tępy. Julia siedziała przy stole i powiedziała od niechcenia:

— To niech się naostrzy.

Nóż zeskoczył z deski, obrócił się na blacie i przeciął ceramiczny talerz na dwie równe części. Matka upuściła cebulę. Julia przez kilka sekund siedziała nieruchomo.

— To nie ja — powiedziała.

— Nic nie powiedziałam.

— Ale pomyślałaś.

Matka nie odpowiedziała.

Jeszcze tego samego wieczoru przyszedł obcy mężczyzna w granatowym płaszczu. Nie przedstawił się od razu. Usiadł w kuchni, wypił herbatę, zjadł trzy herbatniki i dopiero później powiedział, że Julia należy do ludzi, u których „obudziła się zdolność czynienia”. Jej matka wybuchnęła śmiechem. Ojciec Julii, który wrócił z pracy w połowie rozmowy, nie śmiał się wcale. Patrzył na nieznajomego, jakby próbował zdecydować, czy powinien wyrzucić go z domu, czy zawieźć prosto do lekarza. Dopiero kiedy mężczyzna dotknął kredensu, a wszystkie filiżanki wyszły z niego same i ustawiły się równym rzędem na stole, zrobiło się cicho.

Julia nie spała wtedy prawie całą noc.

Teraz miała iść do jakiegoś chłopca z Raczków, który miał jej wszystko wyjaśnić. Jej matka uważała, że to bezpieczniejsze niż wysyłanie córki od razu gdzieś dalej. Ojciec uważał, że nic w tej sytuacji nie jest bezpieczne. Julia uważała, że oboje mają rację i oboje są nieznośni.

Założyła dżinsy, beżowy sweter i grubą bluzę. Włosy związała nisko przy karku, choć po chwili rozpuściła je ponownie. Nie wiedziała dlaczego, ale chciała wyglądać dobrze. Ta myśl zirytowała ją jeszcze bardziej. W kuchni matka smarowała chleb masłem.

— Zjesz?

— Nie jestem głodna.

— Zjesz trochę.

— Mamo.

— Zjesz pół kromki.

— Nie mam już pięciu lat.

— Gdy miałaś pięć lat, jadłaś więcej.

Julia usiadła.

— Musisz ze mną iść?

— Tak, powinnam z tobą pójść.

— Naprawdę tak uważasz?

— Tak dokładnie sądzę.

— Przecież mam już trzynaście lat.

— Właśnie dlatego.

Julia przewróciła oczami.

— To chłopak w moim wieku.

— I jego rodzice…

— Nie wiem, czy będą jego rodzice.

— Będą na pewno.

— Skąd ta pewność?

— Bo jeśli zostawiają trzynastolatka samego z nieznajomą dziewczyną i każą mu uczyć ją magii, to zaczynam podejrzewać, że w tym świecie wszyscy są nieco nieodpowiedzialni.

Julia uśmiechnęła się mimo woli.

— Jeszcze dwa tygodnie temu nie wierzyłaś w magię.

— Nadal nie wierzę.

— Mamo.

— Widzę rzeczy. To nie znaczy, że mam obowiązek w nie wierzyć.

Ojciec wszedł do kuchni z gazetą.

— Ja też się zgadzam z mamą — powiedział. — Szczególnie z tą częścią o samodzielnym nauczaniu dzieci przez inne dzieci.

— Nie zaczynaj — rzuciła matka.

— Nie zaczynam. Kontynuuję wczorajszą rozmowę.

— To jeszcze gorzej.

Julia sięgnęła po kromkę.

— Mogę po prostu pójść, zobaczyć, o co chodzi, i wrócić?

Ojciec spojrzał na nią.

— A jeśli powiedzą ci, że od jutra masz spać w lesie i rozmawiać z księżycem?

— To zapytam, czy las mnie ogrzeje.

— Nie żartuj. Oczywiście, że w lesie znalazłoby się ciepło.

— Ty też nie żartuj.

Matka postawiła przed Julią kubek kakao.

— Posłuchaj ich. Niczego nie rób sama. Nie dotykaj żadnych dziwnych przedmiotów. Nie pij niczego, czego nie znasz.

— Mamo, idę trzy domy dalej.

— Cztery.

— Nieważne.

Ojciec odłożył gazetę.

— Właśnie to jest najgorsze.

— Co takiego?

— Że całe życie mieszkamy obok i niczego nie wiedzieliśmy.

Julia spojrzała na niego.

— Może nikt nie chciał, żebyśmy wiedzieli.

Ojciec nic nie odpowiedział.

Dom Lubińskich wyglądał mniej imponująco, niż Julia się spodziewała. Właściwie wyglądał prawie śmiesznie. Mały, ciemnobrązowy, z niskim dachem i metalową furtką, która najwyraźniej pamiętała czasy, kiedy jej ojciec był dzieckiem. Ogród był jednak większy, niż powinien. Julia zauważyła to od razu. Płot od strony drogi miał może kilkanaście metrów, a jednak po wejściu na działkę ścieżka ciągnęła się znacznie dalej. Po prawej stronie znajdowało się zamarznięte oczko wodne, za nim mały wiatrak, który obracał się mimo braku wiatru. Przy domu rosły nagie winorośle i kilka krzaków tak dokładnie zasypanych śniegiem, że wyglądały jak białe kopce.

Matka Julii zatrzymała się przy furtce.

— To tutaj? To jest ten dom?

— Tak.

— Nie ma numeru.

— Zauważyłam.

— Jak można nie mieć numeru?

Julia wzruszyła ramionami.

— Może nie chcą.

— Numer to nie kwestia chęci.

— W tym miejscu chyba wszystko jest kwestią chęci.

Ruszyły ścieżką. Na drzwiach wisiała plastikowa głowa jelenia. Julia zatrzymała się.

— To jest bardzo brzydkie.

Jeleń otworzył oczy.

— A to jest bardzo niegrzeczne! — obruszył się plastikowy jeleń.

Matka Julii zapiszczała. Julia cofnęła się. Głowa poruszyła uszami.

— Hasło poproszę.

— Jakie hasło? — zapytała Julia.

— Właśnie.

— Co właśnie? — zamotał się jeleń.

— Jakie hasło?

— Nie wiem — odparł. — Dlatego pytam.

Jeleń westchnął i dodał:

— Dobrze. Pytanie pomocnicze. Do kogo?

— Do Maksa Lubińskiego.

Jeleń nabrał powietrza.

— MAAAAKS!

Drzwi otworzyły się niemal natychmiast.

Stanął w nich chłopak w granatowym swetrze i ciemnych spodniach. Julia rozpoznała go. Widywała go wcześniej we wsi, choć nigdy ze sobą nie rozmawiali. Był nieco wyższy od niej, ciemnowłosy, bardzo poważny jak na trzynastolatka. Dopiero po chwili się uśmiechnął.

— Cześć. Maks to ja.

Julia wyciągnęła rękę.

— Julia.

Maks popatrzył na jej dłoń, jakby przez moment zapomniał, co się robi w takich sytuacjach.

— Tak. Wiem. To znaczy… jestem Maks.

— To już ustaliliśmy.

Uścisnęli sobie dłonie. W przedpokoju pojawił się blondyn.

— Ja jestem Oliwer.

Za nim stanęła dziewczyna w zielonym swetrze.

— Kasia.

Matka Julii spojrzała na całą trójkę.

— Wy macie ją uczyć?

Kasia uniosła brwi.

— Tak. My mamy ją uczyć.

— Wszyscy?

— Tak.

— Ile macie lat?

Oliwer odpowiedział pierwszy.

— Wystarczająco.

Maks spojrzał na niego.

— Nie pomagaj.

— Próbowałem.

Matka Julii weszła do środka. Pierwsze, co zrobiła, to spojrzała na pokój. Potem na zewnątrz. Potem znowu na pokój.

— Ten dom jest za duży.

— W środku? — zapytał Maks.

— W środku.

— Tak. Ma pani rację. Duży dom, dużo kurzu.

— Dlaczego tak jest?

Maks zastanowił się.

— Bo taki jest nasz dom.

Matka Julii zmrużyła oczy.

— Świetnie.

Kasia zakryła usta dłonią, żeby nie parsknąć. Maks wskazał stół.

— Proszę usiąść. Mama powinna wrócić za jakieś pół godziny. Może pani zaczekać.

— Zaczekam chętnie.

— Zrobić herbatę?

— Sama się zrobi? — zapytała podejrzliwie.

— Tak to będzie wyglądało.

— Zrobię sobie sama.

— W porządku, ale czajnik nie lubi cudzych paluszków na swoim uchwycie.

Julia zdjęła kurtkę.

— To co teraz?

Maks spojrzał na pozostałych.

— Najpierw sprawdzimy, jak to u ciebie działa.

— Co działa?

— Magia.

— A skąd mam wiedzieć?

— Właśnie po to sprawdzamy.

Oliwer wyjął spod stołu małe drewniane pudełko. Julia spojrzała na nie nieufnie.

— Co tam jest?

— Różne, zwykłe rzeczy.

Maks zabrał mu pudełko.

— Nie są zwykłe.

— Dla nas są.

— Nie pomagasz.

Oliwer usiadł. Maks otworzył pudełko. W środku leżało kilka przedmiotów: kamień, zasuszony liść, metalowy guzik, kawałek sznurka, mała świeca, pióro i szklana kulka.

— Dotknij każdego — powiedział.

Julia spojrzała na niego.

— I co się wtedy stanie?

— Nie wiem. Nie dotkniesz, nie dowiemy się.

— To bardzo uspokajające…

— Nic groźnego. Sznurek nie wybuchnie.

— Skąd wiesz?

— Bo robiliśmy to wcześniej.

— Z kim to robiliście?

— Sprawdzaliśmy na sobie.

— I żyjecie.

— Jak widać.

Julia zaczęła od kamienia. Nic. Dotknęła guzika. Nic. Sznurka. Nic. Gdy palce zbliżyły się do wysuszonego liścia, ten uniósł się w powietrze. Julia cofnęła rękę. Liść pozostał na wysokości jej twarzy. Kasia pochyliła się.

— Ciekawe.

— Co jest ciekawe? — zapytała matka Julii z końca stołu.

— Reaguje bez dotyku.

— I co to znaczy?

Maks nie odpowiedział od razu. Julia przesunęła palec w bok. Liść podążył za nim. W górę. Liść uniósł się wyżej. W dół. Opadł. Oliwer uśmiechnął się.

— Ładnie.

— To ja? — zapytała Julia.

— Tak, to twoja zasługa — odpowiedział Maks.

— Ale nic nie mówię.

— Nie musisz.

— Niczego szczególnego nie robię.

— Robisz. „Szczególne” jest w tobie.

— Co takiego?

Maks przyjrzał jej się uważnie.

— Chcesz.

Julia spojrzała na liść.

— Tylko tyle?

— Czasem aż tyle.

Liść zaczął obracać się szybciej. Julia uśmiechnęła się. Po raz pierwszy od dwóch tygodni nie czuła strachu.

— Mogę spróbować z czymś innym?

— Tak.

Dotknęła pióra. Pióro uniosło się natychmiast. Potem szklana kulka. Później guzik. Oliwer oparł brodę na dłoniach.

— To jest trochę niesprawiedliwe.

— Co jest niesprawiedliwe? — zapytała Julia.

— Ja przez dwa miesiące nie potrafiłem ruszyć łyżki.

— Może łyżka cię nie polubiła.

Kasia roześmiała się. Maks także. Julia przesunęła rękę trochę wyżej. Kulka poleciała za nią. Nagle wszystkie przedmioty w pudełku uniosły się jednocześnie. Maks spoważniał.

— Julia.

— Co?

— Opuść rękę.

— Nie podnoszę ich.

Świeca uniosła się nad stół. Potem talerz. Łyżeczki. Kubki. Krzesło matki Julii oderwało się od podłogi.

— Julia! — krzyknęła kobieta.

— Ja tego nie robię!

— Oddychaj — powiedział Maks.

— Oddycham!

— Spokojniej.

— Jestem spokojna!

Zegar spadł ze ściany. Oliwer odskoczył. Piec otworzył drzwiczki. Z jego wnętrza buchnęło ciepłe powietrze. Julia zacisnęła oczy.

— Przestańcie!

Wszystko spadło. Kubki rozbiły się na podłodze. Talerz pękł. Krzesło uderzyło o deski. Przez chwilę nikt się nie odzywał. Julia otworzyła oczy.

— Przepraszam.

Maks patrzył na Julię z mieszaniną zachwytu i niepokoju, starając się jednak zachować spokój. Zapewnił ją, że nic poważnego się nie stało, choć dziewczyna natychmiast wskazała na rozbity stół.

— Drugie pół nadal jest całe — zauważył.

— To nie jest zabawne.

— Nie miało być.

Matka Julii uznała, że na dzisiaj wystarczy, i wstała od stołu. Maks próbował ją uspokoić, tłumacząc, że podobne wypadki zdarzają się podczas nauki, lecz zawahał się, gdy zapytała, czy aż tak gwałtowne reakcje są czymś normalnym.

— Nie aż tak często — przyznał.

— Wiedziałam! — wyrwało się kobiecie.

Julia pobladła.

— Co jest ze mną nie tak?

— Nic. Przestraszyłaś się i magia odpowiedziała mocniej, niż chciałaś.

— A jeśli naprawdę wpadnę w panikę?

Zanim Maks zdążył odpowiedzieć, Oliwer stwierdził, że wtedy najlepiej będzie szybko opuścić dom. Kasia natychmiast szturchnęła go łokciem.

— Zamknij się.

— Próbuję pomóc.

— To przestań.

Maks zignorował ich i spojrzał na Julię.

— Właśnie dlatego się uczysz. Żeby następnym razem to ty decydowała, co zrobi magia, a nie twój strach.

Maks uklęknął i zaczął zbierać skorupy. Julia przykucnęła obok.

— Powiedz mi… Czy jestem niebezpieczna?

Maks spojrzał na nią.

— Każdy jest, na swój sposób.

— To bardzo pocieszające.

— Dlatego masz się uczyć.

— Od was?

— Na początek od nas.

— A potem?

Maks wzruszył ramionami.

— Potem zobaczymy.

Julia zebrała kawałek porcelany.

— Ja naprawdę nie chciałam.

— Wiem, że nie chciałaś. Bo gdybyś chciała, poleciałoby tylko to, co wybrałaś.

Julia patrzyła na niego przez chwilę.

— Ty tak potrafisz?

— Trochę potrafię.

— Pokaż.

Maks wziął łyżeczkę. Położył ją na stole. Nie wypowiedział żadnego słowa. Dotknął jedynie palcem drewna obok niej. Łyżeczka przesunęła się o kilka centymetrów. Julia zmrużyła oczy.

— To wszystko?

Oliwer parsknął.

— Lubię ją.

Maks uśmiechnął się.

— Tak. To wszystko.

— Ja podniosłam krzesło.

— Właśnie dlatego ty musisz nauczyć się ostrożności, a ja nie.

Julia pierwszy raz roześmiała się swobodnie. Matka nadal wyglądała na zaniepokojoną, ale usiadła z powrotem.

— Dobrze — powiedziała. — Jeszcze pół godziny.

Maks kiwnął głową.

— Wystarczy.

Kasia poszła po ścierkę. Oliwer zaczął zbierać większe kawałki porcelany. Julia została przy stole z Maksem.

— Co dalej?

— Najważniejsze pytanie. Kiedy to się zaczęło?

Julia opowiedziała o świecy, łyżeczce, nożu i wodzie w słoiku. Maks słuchał bardzo uważnie, zadając pytania o kolejność zdarzeń. Czy zawsze była zdenerwowana? Czy w pobliżu znajdowała się woda? Czy zdarzało się to w domu, czy także poza nim? Czy coś słyszała? Czy śniła? Na ostatnie pytanie Julia zawahała się.

— Tak, ale nie wiem, czy to ważne.

— Opowiedz, proszę.

Julia zerknęła na matkę, która rozmawiała cicho z Kasią, po czym przysunęła się trochę do Maksa.

— Śni mi się jezioro. Racze.

Maks natychmiast spoważniał. Julia wyjaśniła, że była nad nim jako małe dziecko, ale od pewnego czasu wraca tam w snach. Zawsze stoi po drugiej stronie i patrzy na coś, czego w rzeczywistości nigdy tam nie widziała.

— Na dom — powiedziała ciszej. — Biały i ogromny. W oknach palą się światła, w środku są ludzie, czasem słyszę muzykę. Tylko nigdy nie mogę podejść bliżej.

Oliwer, który właśnie wracał do stołu, zatrzymał się po tych słowach. Wymienił z Maksem krótkie spojrzenie.

— Co cię zatrzymuje? — zapytał Maks.

Julia przez chwilę milczała.

— Ktoś stoi na brzegu.

— Widzisz kto?

— Nie. Chyba mężczyzna. Zawsze jest za daleko.

— Co robi?

Julia spuściła wzrok, jakby dopiero teraz uświadomiła sobie, dlaczego ten sen tak bardzo ją niepokoi.

— Trzyma coś na rękach.

Maks poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku.

— Co?

Julia zamknęła oczy.

— Dziecko.

W pokoju zrobiło się bardzo cicho. Piec przestał mruczeć. Kasia powoli odłożyła ścierkę. Matka Julii spojrzała na wszystkich.

— Dlaczego przestaliście mówić?

Maks nie odpowiedział. Julia otworzyła oczy. Zegar zatrzymał się. Oliwer spojrzał w górę. Julia także.

— Ten zegar się zepsuł?

— Nie — powiedziała Kasia.

Maks popatrzył na nią ostrzegawczo.

— Kasia.

— Powinna wiedzieć.

— Co powinnam wiedzieć?

Julia patrzyła od jednego do drugiego. Oliwer odezwał się pierwszy.

— Ten zegar staje, kiedy ktoś kłamie.

Julia spojrzała na Maksa.

— Powiedziałeś, że nic się nie dzieje.

Maks westchnął.

— Tak.

— Czyli skłamałeś.

— Tak.

— To powiedz teraz prawdę.

Maks usiadł z powrotem.

— Wczoraj dostaliśmy list. Był pożar w miejscu, gdzie się uczymy.

— Wiem. Mama mówiła.

— List pachniał dymem.

— I?

— Potem zeszliśmy do piwnicy.

— Macie piwnicę?

— Długa historia…

— I co się stało?

— Ktoś pukał od drugiej strony czarnych drzwi.

Julia nic nie powiedziała.

— I pachniało tak samo — dodał Oliwer.

— Dymem — powiedziała Julia.

— Tak.

Dziewczyna pobladła.

— Dzisiaj rano mój pokój pachniał dymem.

Maks pochylił się.

— Skąd ten dym?

— Nie wiem. Ty wiesz, skąd twój dym?

— Co robiłaś wcześniej?

— Spałam.

— Co ci się śniło?

Julia odpowiedziała dopiero po chwili.

— Ten biały dom.

— Płonął?

Julia skinęła głową. Matka dziewczyny wstała.

— Dobrze. Koniec.

— Mamo…

— Nie. Wracamy.

Julia nie protestowała. Założyła kurtkę. Przy drzwiach odwróciła się jeszcze do Maksa.

— Jutro też mam przyjść?

— Tak, powinnaś.

Matka Julii otworzyła usta. Maks szybko dodał:

— Jeśli twoi rodzice wyrażą zgodę.

Julia uśmiechnęła się lekko.

— Przyjdę.

Wyszła. Maks zamknął drzwi i przez chwilę stał nieruchomo. Oliwer podszedł do niego.

— To nie przypadek.

— Wiem.

Kasia usiadła przy stole.

— Ona widzi rezydencję.

— Wiem.

— My jej nawet nie powiedzieliśmy, że taka istnieje.

— Wiem.

Oliwer oparł się o ścianę.

— Maks.

— Co?

— Znowu mówisz tylko „wiem”.

Maks odwrócił się.

— Bo nic więcej nie wiem.

W tej samej chwili z kuchni dobiegł trzask. Cała trójka wbiegła tam jednocześnie. Na parapecie stał słoik. Nikt go wcześniej nie widział. Był identyczny jak ten, który tego ranka stał w pokoju Julii. W środku znajdowała się woda i listek mięty. Woda obracała się powoli. W przeciwną stronę niż wskazówki zegara.

Kasia podeszła bliżej.

— Skąd to się wzięło?

Maks nie odpowiedział. Na szkle, od wewnętrznej strony, pojawiły się litery. Jedna po drugiej. Jakby ktoś pisał palcem po zaparowanej powierzchni.

NIE UCZCIE JEJ OGNIA

Oliwer przeczytał szeptem. Nikt się nie poruszył. Po kilku sekundach pojawiło się drugie zdanie.

ONA JUŻ GO ZNA

ROZDZIAŁ IV
Lekcje magii przy piecu

Następnego ranka Raczki wyglądały inaczej, choć trudno byłoby powiedzieć dlaczego. Śnieg nadal leżał na dachach, ogrodach i polach, z kominów unosił się dym, a nad drogą ciągnęły się przewody telefoniczne, na których siedziały zmarznięte ptaki, jednak Maks od chwili przebudzenia miał wrażenie, że coś przesunęło się w porządku wsi o kilka milimetrów. Nie było to nic, co mógłby pokazać palcem. Stara grusza za domem stała tam, gdzie zawsze, wiatrak kręcił się równie leniwie, a plastikowy jeleń nad drzwiami od rana milczał obrażony po tym, jak Aleksandra Lubińska nazwała go „odpustowym paskudztwem”. Mimo to Maks kilkakrotnie wyglądał przez okno, sprawdzając las, drogę i park, jakby spodziewał się zobaczyć na śniegu coś, czego nie powinno tam być. Myślał przede wszystkim o słoiku pozostawionym poprzedniego dnia na parapecie i o słowach, które pojawiły się na szkle. Nikt nie wiedział, skąd się wziął, a kiedy późnym wieczorem Maks pokazał go rodzicom, woda była już zwyczajna, listek mięty opadł na dno, a napis zniknął. Ojciec obejrzał szkło z każdej strony, matka powąchała zawartość, po czym oboje niemal jednocześnie uznali, że nie wolno na razie uczyć Julii pracy z ogniem. Nie dlatego, że wierzyli anonimowemu ostrzeżeniu, lecz dlatego, że samo pojawienie się takiego ostrzeżenia oznaczało, że ktoś interesował się dziewczyną bardziej, niż powinien.

Aleksandra przygotowywała śniadanie, kiedy Maks wszedł do kuchni. Na stole stał dzbanek mleka, talerz z ugotowanymi jajkami, świeży chleb i miseczka z twarogiem wymieszanym ze szczypiorkiem. Adam Lubiński siedział przy oknie i czytał gazetę, z której od czasu do czasu wycinał nożyczkami interesujące artykuły. Robił to od lat, przechowując wycinki w grubych segregatorach opisanych datami, mimo że większości z nich nigdy później nie czytał. Maks nalał sobie mleka i dopiero po chwili zauważył, że rodzice rozmawiali przed jego wejściem o czymś, czego nie chcieli przy nim kontynuować.

— Możecie mówić dalej — powiedział, smarując chleb twarogiem. — Wiem, że chodzi o mnie albo o Julię, bo tata udaje, że czyta tę samą stronę już od pięciu minut, a mama trzy razy posoliła jajka.

Aleksandra spojrzała na patelnię, potem na solniczkę w swojej dłoni i odstawiła ją na blat z miną człowieka przyłapanego na czymś znacznie poważniejszym niż przesolenie śniadania.

— Właściwie chodzi o jedno i drugie. Nie jestem zachwycona tym, że Dominik przerzucił na was odpowiedzialność za dziewczynę, która nie przeszła nawet pierwszego rozpoznania. Sama obecność zdolności nie mówi jeszcze nic o tym, jak głęboko magia w niej pracuje. Są ludzie, którzy przez całe życie potrafią zrobić trzy albo cztery drobne rzeczy i nigdy nie potrzebują nauki. Są też tacy, u których zaczyna się spokojnie, a potem w ciągu kilku tygodni wszystko otwiera się naraz. Julia chyba należy do tej drugiej grupy.

— Wczoraj podniosła pół pokoju — zauważył Maks. — I to bez witki, bez znaku, bez słowa. Ja na początku przez miesiąc próbowałem przesunąć kubek i kończyło się na tym, że przesuwałem stół kolanem, żeby tata myślał, że coś mi wyszło.

Adam opuścił gazetę i uśmiechnął się pod nosem.

— Wiedziałem.

— Wiedziałeś?

— Oczywiście. Kubek stał zawsze dokładnie w tym samym miejscu, a cały stół wędrował po kuchni.

— I nic nie mówiłeś?

— Każdy ma prawo do kilku małych oszustw na początku. Poza tym wyglądałeś tak dumnie, że szkoda było to popsuć.

Maks chciał coś odpowiedzieć, ale Aleksandra położyła przed nim talerz i wróciła do sprawy Julii. Wyjaśniła spokojnie, że podczas dzisiejszej lekcji mają zajmować się wyłącznie tym, co nazywano czuciem materii, czyli rozpoznawaniem, jak różne rzeczy reagują na obecność magicznego człowieka. Żadnych prób ogrzewania, rozpalania, suszenia czy zmieniania temperatury. Nawet świecy nie mieli zapalać. Adam dodał, że Maks powinien też obserwować reakcje domu, ponieważ stare budynki magiczne bywały lepsze w rozpoznawaniu nowych zdolności niż niejeden nauczyciel.

— Dom wczoraj jej nie wyrzucił — powiedział Maks.

— To już coś — odparł ojciec. — Kiedy twoja ciotka Helena przyprowadziła tu narzeczonego, drzwi zamknęły mu się przed nosem trzy razy. Potem okno w kuchni wypluło mu czapkę do oczka wodnego.

— I wyszła za niego?

— Nie. Po miesiącu uciekł z inną.

Maks spojrzał na matkę.

— Czyli dom miał rację?

— Niestety tak. Przez następne pięć lat twoja ciotka opowiadała wszystkim, że została zdradzona przez mężczyznę i durną nieruchomość.

Durną niemal wyszeptała. Adam roześmiał się tak głośno, że gazeta zsunęła mu się z kolan, a nawet Aleksandra uśmiechnęła się mimo woli. Dzięki temu rozmowa straciła na chwilę ciężar, który wisiał nad stołem od samego początku. Maks bardzo lubił takie poranki. Magiczny świat w opowieściach dorosłych rzadko wyglądał na wielki i podniosły. Częściej składał się z kapryśnych domów, źle wysuszonych ziół, nieznośnych krewnych, wiejskich przesądów i przedmiotów, które miały własne zdania. Dopiero od kilku dni do tej codzienności zaczynało wkradać się coś innego, znacznie mniej przyjemnego.

Julia przyszła kilka minut po dziewiątej, tym razem sama. Jej matka odprowadziła ją tylko do furtki, zaczekała, aż dziewczyna przejdzie przez ogród, i pomachała z daleka Aleksandrze, która wyglądała przez okno. Julia miała na sobie granatową kurtkę, wełnianą czapkę i ciężkie zimowe buty, a pod pachą trzymała gruby zeszyt. Kiedy plastikowy jeleń zapytał ją o hasło, spojrzała na niego bez strachu i odpowiedziała, że jeśli sam nie zna hasła, nie ma prawa wymagać go od innych. Jeleń milczał przez chwilę, po czym otworzył drzwi bez dalszych pytań. Bąknął tylko coś w stylu: „Ciesz się, że nie mam charakteru i jestem z…”. Maks powitał ją od progu:

— Chyba cię polubił — powiedział Maks, kiedy weszła do środka.

— Wczoraj mnie przeraził, więc jesteśmy kwita. Dzisiaj postanowiłam nie dawać satysfakcji rzeczy wykonanej z plastiku.

— Rozsądna zasada.

— Czy tutaj wszystko może zacząć mówić?

— Nie. Kredens na przykład nigdy nic nie mówi.

— To dobrze.

— Śpiewa…

Julia zatrzymała się przy zdejmowaniu kurtki i spojrzała na niego niepewnie.

— Żartujesz?

Z dużego pokoju dobiegł głos Oliwera, który siedział już przy stole razem z Kasią.

— Niestety nie. Szczególnie lubi piosenki wojskowe.

— Zamknij się — rzucił Maks.

— Sam jej chciałeś powiedzieć.

Julia weszła do pokoju i od razu zauważyła, że przygotowano go inaczej niż poprzedniego dnia. Stół przesunięto bliżej pieca, na środku leżała lniana serweta, a na niej ustawiono kilkanaście przedmiotów: kawałek kory, dwie szyszki, gliniany kubek, szklaną butelkę, kamień, metalowy klucz, pióro, kilka suszonych ziół, grudkę ziemi zawiniętą w papier i małą miskę z wodą. Nie było świec. Julia natychmiast to zauważyła.

— Wczoraj była świeca.

Maks przytaknął i usiadł naprzeciw niej.

— Dzisiaj nie będzie niczego związanego z ogniem. Na razie chcemy zobaczyć, z czym twoja magia dogaduje się najlepiej. Każdy ma jakiś kierunek, chociaż to nie znaczy, że potem nie może nauczyć się innych rzeczy. Jedni szybciej pracują z wodą, inni z roślinami, metalem, ruchem, pamięcią przedmiotów. Są ludzie, którzy przez całe życie potrafią świetnie budzić nasiona, ale nie przesuną nawet widelca. Są tacy, którzy naprawiają szkło, a nie potrafią ugotować zupy bez przypalenia garnka.

— To ostatnie nie brzmi jak magia.

— Moja mama uważa inaczej — odezwał się Oliwer. — Twierdzi, że przypalanie garnków jest dziedziczne.

Kasia szturchnęła go łokciem, ale Julia roześmiała się, a napięcie nieco opadło. Maks zaczął wyjaśniać jej zasady ćwiczenia. Nie miała niczego podnosić ani przesuwać. Powinna jedynie dotykać kolejnych rzeczy i mówić, czy coś czuje. Ciepło, chłód, mrowienie, zapach, obraz, dźwięk, niepokój, nawet głupią myśl, która przychodzi bez powodu. Julia przez chwilę notowała instrukcję w zeszycie, aż Oliwer zapytał, czy zamierza zapisywać wszystko, co mówią.

— Tak, bo potem połowy zapomnę.

— Ja nigdy niczego nie zapisuję.

— Widać.

— Znasz mnie od wczoraj.

— Wystarczyło.

Kasia wybuchnęła śmiechem.

— Bardzo dobrze. Ktoś wreszcie nauczy go pokory.

— Wy wszyscy jesteście przeciwko mnie.

— Nie — odpowiedział Maks. — My po prostu mamy doświadczenie.

Julia zaczęła od kamienia. Wzięła go w dłonie, zamknęła oczy i przez chwilę nic się nie wydarzyło. Powiedziała, że jest zimny i ciężki, czyli dokładnie taki, jaki powinien być kamień. Przy szyszce poczuła lekkie swędzenie w palcach, przy piórze nic, przy kluczu natomiast odsunęła rękę tak szybko, że metal zadźwięczał na stole.

— Co się stało? — zapytał Maks.

— Usłyszałam drzwi.

— Jakie?

— Nie wiem. Po prostu drzwi. Takie ciężkie. Ktoś je zamknął.

Kasia wzięła klucz, obejrzała go i podała Maksowi.

— Do czego jest ten klucz?

— Do piwnicy najpewniej. Ojciec znalazł go kiedyś w starym kredensie. Nie pasuje do niczego, co znamy.

Julia dotknęła go ponownie, tym razem jednym palcem. Zamknęła oczy i zmarszczyła czoło.

— Jest ciemno. Ktoś biegnie. Słyszę buty na schodach.

Maks pochylił się nad stołem.

— Widzisz osobę?

— Nie. Tylko jakby kawałki. Rękę. Sukienkę. Chyba kobietę. Trzyma klucz i płacze.

Oliwer przestał się uśmiechać.

— Co jeszcze widzisz?

Julia otworzyła oczy.

— Nic. Zniknęło.

Maks zabrał klucz i odłożył go na bok.

— Dobrze. Nie próbujmy drugi raz. To może być pamięć przedmiotu.

— Przedmioty pamiętają?

— Nie wszystkie. Nie zawsze. Zwykle tylko te, które długo należały do jednej osoby albo uczestniczyły w czymś bardzo ważnym. Czasem pamiętają bzdury. Mój tata ma grzebień po dziadku, który za każdym razem pokazuje mu obraz kury stojącej na stole.

— I to jest ważne?

— Dla dziadka najwyraźniej było.

Julia uśmiechnęła się, ale nadal patrzyła na klucz. Maks zauważył, że jej palce lekko drżą, dlatego przesunął przed nią miskę z wodą. Poprosił, żeby niczego nie próbowała, tylko położyła dłonie po obu stronach naczynia. Julia zrobiła to i przez chwilę siedziała spokojnie. Woda była nieruchoma. Oliwer zaczął już rozglądać się po pokoju z nudów, kiedy na powierzchni pojawił się pierwszy krąg. Potem drugi. Trzeci. Nie wyglądało to jak poprzedniego dnia. Julia nawet nie patrzyła na miskę, a kręgi rozchodziły się od środka równomiernie, jakby coś niewidzialnego dotykało wody od spodu.

— Nic nie rób — powiedział Maks cicho.

— Nie robię.

— Co czujesz?

— Jakby coś było daleko.

— Co?

— Nie umiem tego określić.

Julia zamknęła oczy. Woda zaczęła się obracać. Kasia natychmiast spojrzała na Maksa. Wszyscy pamiętali słoik z poprzedniego dnia. Maks jednak nie przerwał ćwiczenia. Poprosił Julię, żeby skupiła się wyłącznie na tym, co słyszy albo widzi.

— Jest zimno — powiedziała. — Bardzo zimno. Ale nie tutaj. Widzę drzewa. Mnóstwo drzew. Śnieg. Jest noc.

— Jezioro? — zapytał Oliwer.

Julia pokręciła głową.

— Nie wiem. Chyba nie. Jest droga.

Maks zesztywniał.

— Kamienna?

Julia otworzyła oczy.

— Skąd wiedziałeś?

Nikt nie odpowiedział. Woda przestała się obracać.

— Maks?

Chłopak spojrzał na Kasię, potem na Oliwera. Wiedział, że nie może po raz kolejny powiedzieć Julii, że wszystko jest w porządku. Dziewczyna była zbyt inteligentna i już raz przyłapała go na kłamstwie. Westchnął i oparł łokcie o stół.

— Nie wiem, skąd wiedziałem. Od kilku dni dzieją się rzeczy związane z miejscem, którego nie potrafimy znaleźć. Są ruiny starego domu, podobno niedaleko Raczków. W telewizji pokazywał je Filip Rudawski. Moi rodzice mówią, że kiedyś mieszkała tam bardzo stara rodzina magiczna. Waldgrunowie. Rezydencja spłonęła prawie dwadzieścia lat temu i od tamtej pory nikt nie potrafił jej odnaleźć. A teraz ty śnisz o białym domu i widzisz kamienną drogę, choć nikt ci o niej nie opowiadał.

Julia długo patrzyła na niego bez słowa.

— Filip Rudawski? Ten z telewizji?

— Tak, ten z telewizji.

— Moja mama go uwielbia.

— Moja też — powiedziała Kasia. — Udaje, że ogląda program dla informacji.

— Jest okropnie zarozumiały — dodał Oliwer.

— Skąd wiesz?

— Z telewizji.

— Czyli możesz powiedzieć, że znasz go równie dobrze jak ja znam ciebie — odparła Julia.

Kasia znów wybuchnęła śmiechem.

Maks pozwolił im przez chwilę żartować, ponieważ widział, że Julia tego potrzebuje. Potem przenieśli się bliżej pieca. Aleksandra przyniosła z kuchni herbatę z malinami oraz talerz drożdżowego ciasta, a następnie usiadła z nimi na kilka minut, chcąc zobaczyć, jak dziewczyna reaguje na dom. Wyjaśniła, że każdy stary magiczny budynek ma coś w rodzaju charakteru, ale nie należy mylić tego ze świadomością. Dom nie myśli tak jak człowiek. Raczej pamięta, rozpoznaje, ostrzega i przyzwyczaja się do ludzi.

— Czyli on wie, że tu jestem? — zapytała Julia, rozglądając się po pokoju.

— Wie od chwili, kiedy weszłaś na działkę — odpowiedziała Aleksandra. — Wczoraj pozwolił ci wejść bez żadnego oporu, a to dobry znak. Kiedy ktoś mu nie odpowiada, potrafi być nieznośny. Przesuwa pokoje, ukrywa schody, zamyka drzwi, czasem zmienia smak jedzenia.

Oliwer natychmiast wtrącił:

— Raz zrobił panu listonoszowi herbatę o smaku śledzia.

Aleksandra spojrzała na niego surowo.

— Bo listonosz próbował wejść do kuchni bez zaproszenia.

— Nie twierdzę, że nie zasłużył.

Julia wyciągnęła rękę i dotknęła ściany. Początkowo nic się nie wydarzyło. Potem gdzieś głęboko w domu coś stuknęło. Jedno uderzenie, dwa, trzy. Maks poczuł niepokój, lecz jego matka uniosła dłoń, nakazując wszystkim ciszę. Julia nadal trzymała palce na ścianie.

— Co czujesz? — zapytała Aleksandra.

— Ciepło.

— Coś jeszcze?

Julia przesunęła dłoń nieco wyżej.

— On jest większy.

Maks spojrzał na matkę.

— W sensie?

— Dom. Jest dużo większy. Nie chodzi o pokoje. Jest coś dalej. Pod nami albo za ścianami. Jakby druga część.

Aleksandra przestała się uśmiechać.

— Odsuń rękę.

Julia natychmiast posłuchała.

— Powiedziałam coś złego?

— Nie. Po prostu na dzisiaj wystarczy.

— Ale co tam jest?

Aleksandra popatrzyła na Maksa, a następnie wróciła wzrokiem do dziewczyny.

— Nasza piwnica jest bardzo stara. Starsza niż część domu. Nikt dokładnie nie wie, jak daleko sięga. Niektóre korytarze zostały zamknięte jeszcze przez poprzednich właścicieli. Nie zaglądamy tam bez potrzeby. To byłoby wścibskie.

Maks pomyślał o czarnych drzwiach. O pukaniu. O wilgotnej smudze pachnącej dymem. Widział, że Oliwer i Kasia myślą o tym samym. Julia natomiast wyglądała na bardziej zaciekawioną niż przestraszoną.

— Chcę ją zobaczyć.

— Nie — powiedzieli jednocześnie Maks i Aleksandra.

Julia spojrzała na nich z rozbawieniem.

— Dobrze. To było bardzo zgodne.

Aleksandra wstała i wróciła do kuchni. Dzieci zostały przy stole. Maks sięgnął po książkę, którą przygotował wcześniej, ale Julia nie zamierzała jeszcze wracać do nauki.

— Co jest za tymi zamkniętymi drzwiami?

— Nie wiem, ponieważ są zamknięte.

— Naprawdę?

— Naprawdę. Wczoraj pierwszy raz słyszeliśmy, że coś puka do drzwi.

— Czyli nie otworzyliście żadnych drzwi?

— Nie.

— Dlaczego?

Oliwer spojrzał na nią jak na osobę, która właśnie zapytała, dlaczego nie wkłada się ręki do paszczy smoka.

— Bo coś pukało z drugiej strony.

— Może ktoś potrzebuje pomocy.

— Albo chce zjeść Maksa.

— Dlaczego akurat mnie?

— Bo to wasz dom i wasza piwnicy, a w niej i wasze stwory.

Maks pokręcił głową i otworzył książkę. Był to stary podręcznik przeznaczony dla ludzi, u których magia pojawiała się później niż zwykle. Papier miał żółtawy kolor, a na marginesach ktoś wiele lat wcześniej robił ołówkiem notatki. Julia pochyliła się nad pierwszym rozdziałem i przeczytała tytuł: „Nie zaczynaj od siły”.

— To chyba o mnie.

— Trochę — przyznał Maks. — Właśnie dlatego dziś nie będziemy niczego przesuwać. Chcę, żebyś spróbowała nauczyć się czegoś trudniejszego.

— Trudniejszego niż podnoszenie krzeseł?

— Tak. Nierobienia niczego.

Julia prychnęła.

— To akurat potrafię świetnie.

— Nie. Chodzi o to, żeby czuć magię i jej nie wypuszczać. Jakbyś trzymała wodę w dłoniach, ale nie pozwalała jej wypłynąć między palcami.

— Brzmi łatwo.

— Nie jest łatwe.

— Pokaż.

Maks zamknął oczy i wyciągnął dłoń. Przez kilka sekund nic się nie działo, potem włosy Julii lekko się poruszyły, choć w pokoju nie było przeciągu. Płomień w piecu przygasł, łyżeczka na stole zadźwięczała, ale nic więcej się nie wydarzyło. Maks otworzył oczy.

— I co zrobiłeś?

— Zatrzymałem się.

— To wszystko? Zatrzymałeś się.

— Właśnie.

— Bez sensu.

— Magia nie polega tylko na robieniu dziwnych rzeczy. Najtrudniejsze jest często sprawić, żeby nic się nie stało.

Julia westchnęła, ale spróbowała. Zamknęła oczy, ułożyła dłonie na kolanach i przez chwilę siedziała nieruchomo. Maks obserwował przedmioty na stole. Nic się nie poruszało. Piec milczał. Zegar tykał zwyczajnie. Po kilkunastu sekundach Oliwer zaczął niecierpliwie stukać palcami o blat, a Kasia natychmiast go uciszyła. Minęła prawie minuta. Julia otworzyła oczy.

— I?

Maks uśmiechnął się.

— Nic.

— Czyli dobrze?

— Bardzo dobrze.

— Wspaniale. Pierwszy raz dostałam pochwałę za nierobienie niczego.

— Przyzwyczaj się. To jedna z najważniejszych rzeczy, których będziesz się uczyć.

Julia już miała odpowiedzieć, kiedy gdzieś w głębi domu rozległ się huk. Nie zwykłe stuknięcie rury ani trzask drewna pracującego w kominku. Było to ciężkie uderzenie dochodzące spod podłogi. Cała czwórka zamarła. Po chwili rozległo się drugie.

Maks powoli wstał.

— Zostańcie tutaj.

— Nie ma mowy — powiedział Oliwer.

— Powiedziałem…

— Wiem, co powiedziałeś. I nadal nie ma mowy.

Kasia także wstała.

— Jeśli to znowu te drzwi, nie idziesz sam.

Julia popatrzyła na nich. Maks przez moment próbował wymyślić rozsądny sposób, żeby zostawić ją na górze, ale trzecie uderzenie rozległo się tak głośno, że podskoczyła nawet pokrywka stojącego na piecu garnka. Tym razem z kuchni wybiegła Aleksandra.

— Co to było?

— Piwnica — odpowiedział Maks.

Kobieta pobladła. Nie pytała więcej.

Wzięła z kredensu swoją witkę, bardzo cienką, z ciemnego drewna, i ruszyła pierwsza. Maks, Oliwer i Kasia poszli za nią, a Julia po chwili dołączyła mimo ostrzegawczego spojrzenia Maksa. Na zewnątrz było jeszcze zimniej niż rano. Przeszli za dom, otworzyli małą komórkę i zeszli schodami w dół. Aleksandra nie użyła żadnej formuły. Dotknęła końcem witki ściany, po czym jasne plamy pojawiły się jedna za drugą wzdłuż całego korytarza.

Czarne drzwi były otwarte. Wczoraj nikt ich nie dotknął. Dzisiaj stały uchylone na szerokość dłoni. Aleksandra zatrzymała się tak gwałtownie, że Maks prawie na nią wpadł.

— Mamo?

— Niech nikt się nie zbliża.

— Wczoraj były zamknięte.

— Wierzę, że tak wczoraj było.

Z wnętrza nie dochodził żaden dźwięk. Julia przesunęła się o pół kroku naprzód.

— Tam jest woda.

Maks spojrzał na nią.

— Skąd wiesz?

— Słyszę wodę.

Wszyscy zamilkli. Rzeczywiście. Z głębi dochodziło kapanie. Julia pobladła.

— I jeszcze coś.

— Co? — zapytała Aleksandra.

Dziewczyna patrzyła na szczelinę między drzwiami a framugą.

— Ktoś płacze.

Maks niczego nie słyszał. Oliwer także nie.

Ale wtedy Julia zrobiła coś, czego nikt się nie spodziewał. Nie dotknęła drzwi, nie wypowiedziała żadnego słowa, nie uniosła ręki. Po prostu spojrzała w ciemność. Drzwi otworzyły się same. Za nimi nie było pokoju. Nie było też kolejnego korytarza. Był las. Zimowy, ciemny i zasypany śniegiem. Kilkadziesiąt metrów dalej, pomiędzy drzewami, świeciły okna ogromnego białego domu.

Julia chwyciła Maksa za rękę tak mocno, że zabolały go palce.

— To on — wyszeptała. — Ten ze snu.

A z głębi lasu, bardzo daleko, odezwał się kobiecy głos:

— Filipie.

ROZDZIAŁ V
Las za czarnymi drzwiami

Przez kilka sekund nikt się nie poruszył. Otwór w czarnych drzwiach nie przypominał ani obrazu, ani odbicia, ani żadnej sztuczki, którą Maks znał z książek. Za progiem naprawdę ciągnął się las. Widzieli śnieg na gałęziach, nagie pnie drzew, miękką mgłę pełzającą nisko nad ziemią oraz białą rezydencję stojącą daleko pomiędzy bukami. Światło w jej oknach było ciepłe i nieruchome, zupełnie niepasujące do chłodu piwnicznego korytarza, a jednak od razu wyczuwało się, że to miejsce nie jest spokojne. Julia wciąż ściskała rękę Maksa, Aleksandra trzymała witkę przed sobą, Oliwer z Kasią stali tuż za nimi i nawet zwykle gadatliwy Oliwer nie próbował żartować. Najbardziej niepokojący był głos, który przed chwilą wypowiedział imię Filipa. Zamilkł natychmiast, ale echo słowa nadal zdawało się wisieć pomiędzy drzewami.

— Nikt nie przechodzi przez próg — powiedziała Aleksandra tak wyraźnie, że zabrzmiało to bardziej stanowczo niż krzyk. — Nawet jeśli zobaczycie tam kogokolwiek, nawet jeśli ktoś zacznie wołać po imieniu, nawet jeśli będzie wyglądał jak wasza matka, ojciec albo najlepszy przyjaciel. Nie odpowiadamy i nie wchodzimy. Maks, odsuń Julię od drzwi. Oliwer, wracaj na schody i zawołaj Adama.

— Nie zostawię was tutaj — odpowiedział Oliwer, ale nie było w jego głosie zwykłej przekory. — Jeśli to coś otworzyło się samo, może się też samo zamknąć. Nie mam zamiaru siedzieć na górze i zastanawiać się, czy wy nadal jesteście po tej stronie.

Aleksandra spojrzała na niego ostro, jednak nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ z lasu dobiegł kolejny dźwięk. Tym razem nie był to głos. Coś zadzwoniło, jak mały metalowy dzwonek poruszany wiatrem. Raz, drugi i trzeci. Maks poczuł, że Julia napina palce, a potem zauważył ruch pomiędzy drzewami. Daleko, przy kamiennej alejce prowadzącej do rezydencji, stała kobieta w długiej, ciemnej sukni. Nie dało się rozpoznać jej twarzy. Trzymała na rękach dziecko owinięte w jasny koc. Kobieta spojrzała w ich stronę, choć odległość była zbyt duża, żeby rzeczywiście mogła ich widzieć.

— To ona — szepnęła Julia, nie odrywając wzroku od postaci. — Ta ze snu. Tylko wcześniej stał tam mężczyzna. Teraz jest kobieta.

— Julia, odsuń się — powiedziała Aleksandra.

— Ona czegoś chce.

— Nie interesuje mnie, czego chce.

— Płacze.

— Słyszę, że płacze.

Julia spojrzała na nią zdumiona.

— Pani też ją słyszy?

Aleksandra przez moment milczała, jakby odpowiedź nie była dla niej wygodna.

— Nie słyszę płaczu. Czuję go. I właśnie dlatego mówię, że mamy zamknąć te drzwi.

Maks puścił dłoń Julii i zrobił krok w stronę czarnych skrzydeł. Metalowy pierścień wiszący po lewej stronie drzwi był zimny jak lód. Spróbował pociągnąć, ale skrzydło nawet nie drgnęło.

— Nie zamykają się.

Aleksandra podeszła bliżej.

— Odsuń się.

Dotknęła witką framugi, później podłogi, a na końcu metalowego pierścienia. Przymknęła oczy i przeciągnęła palcami po ciemnym drewnie. Przez chwilę nic się nie wydarzyło. Potem w całej piwnicy zgasły jasne plamy na ścianach, a jedynym źródłem światła pozostał las za drzwiami. Aleksandra cofnęła rękę.

— To nie są nasze drzwi.

Maks spojrzał na nią.

— Jak to nie nasze?

— Fizycznie są w naszej piwnicy, ale nie należą do domu. Dom ich nie rozpoznaje.

— Przecież były tu wczoraj.

— Były tu także wcześniej. Tylko zawsze zamknięte. Twój ojciec mówił mi kiedyś, że kiedy kupiliśmy ten dom, poprzedni właściciel kazał nam ich nigdy nie otwierać. Uznałam wtedy, że chodzi o jakieś zawalone pomieszczenie albo starą studnię. Potem zapomnieliśmy o sprawie, bo przez lata nic się nie działo.

— I naprawdę nigdy ich nie otworzyliście? — zapytała Kasia.

— Nigdy.

— Nawet z ciekawości?

Aleksandra spojrzała na nią.

— Kiedy człowiek ma dzieci, ciekawość bardzo szybko przestaje być najważniejszą cechą charakteru.

Z góry dobiegły szybkie kroki. Adam Lubiński zbiegł po schodach w rozpiętym swetrze, trzymając w jednej ręce grubą latarkę, a w drugiej własną witkę. Za nim, wbrew wcześniejszemu poleceniu Aleksandry, pojawił się także Oliwer. Widok otwartych drzwi zatrzymał Adama w miejscu. Jego twarz zmieniła się niemal natychmiast.

— Zamknijcie je — powiedział.

— Próbowaliśmy — odpowiedziała Aleksandra. — Nie należą do domu.

Adam podszedł bliżej, spojrzał na las, potem na rezydencję.

— To Waldgrun.

Maks poczuł, jak przechodzi go dreszcz.

— Pałac?

— Tak. I Ród.

— Skąd wiesz?

— Widziałem rysunki. Stare fotografie. Ojciec miał książkę o historii rodu. Ten dom wyglądał właśnie tak.

Julia od razu zrobiła krok naprzód.

— Czyli moje sny są prawdziwe?

Adam odwrócił się do niej.

— Nie powiedziałem tego. Sny mogą korzystać z rzeczy, których świadomie nie pamiętamy, mogą mieszać cudze wspomnienia, obrazy, historie zasłyszane dawno temu. U czarodzieja sen bardzo rzadko jest dowodem na cokolwiek.

Maks patrzył na ojca.

— Wczoraj mówiłeś, że rezydencja spłonęła.

— Bo spłonęła.

— To dlaczego stoi przed nami?

Adam nie odpowiedział od razu. Pochylił się, zgarnął z podłogi odrobinę wilgoci, która spływała spod progu, i rozsmarował ją między palcami. Powąchał, po czym starł dłoń o spodnie.

— To nie jest śnieg.

— Co to?

— Woda z jeziora.

W korytarzu zapadła cisza. Kasia pierwsza odezwała się ponownie.

— Z Raczego?

Adam przytaknął.

— Pachnie torfem i żelazem. Znam tę wodę. Jako dzieciak łowiłem tam ryby, zanim rodzice zabronili mi tam chodzić.

— Ryby? — zapytał Oliwer. — W Jeziorze Raczym?

— Owszem, dawniej były tam ryby. Teraz nie radziłbym niczego z niego jeść.

Maks chciał zapytać, co dokładnie ma na myśli, ale kobieta w lesie poruszyła się. Zaczęła iść w stronę otwartych drzwi. Nie biegła. Szła spokojnie, trzymając dziecko przy piersi. Im była bliżej, tym wyraźniej widzieli jej twarz. Miała jasne włosy spięte z tyłu głowy, bardzo bladą skórę i ciemne oczy. Suknia była mokra u dołu, jakby wcześniej przeszła przez głęboką wodę. Kiedy znalazła się kilka metrów od progu, zatrzymała się.

— Maksymilian — powiedziała.

Maks poczuł, że ojciec kładzie mu dłoń na ramieniu.

— Nie odpowiadaj.

Kobieta spojrzała na Julię.

— Julia.

Dziewczyna cofnęła się o pół kroku.

— Skąd zna nasze imiona?

— Nie odpowiadamy — powtórzyła Aleksandra.

Kobieta spojrzała na Adama.

— Syn Lubińskiego.

Adam zacisnął szczękę.

— Kim jesteś? — zapytał.

Aleksandra odwróciła się do niego gwałtownie.

— Adam!

— Ona i tak nas widzi.

— To nie znaczy, że mamy ją zapraszać do rozmowy.

Kobieta uśmiechnęła się blado.

— Spokojnie, nie mogę przejść.

Adam podszedł bliżej progu, lecz nadal go nie przekraczał.

— Dlaczego?

— Jeszcze nie.

— Kim jesteś?

— Nie mam już imienia.

Maks poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku. Dziecko w ramionach kobiety poruszyło się po raz pierwszy. Zawiniątko było zbyt nieruchome, by wcześniej mogli mieć pewność, czy rzeczywiście znajduje się w nim niemowlę. Teraz spod jasnego materiału wysunęła się maleńka dłoń.

— Co to za dziecko? — zapytał Maks, zanim ktokolwiek zdążył go powstrzymać. Kobieta spojrzała na niego z takim smutkiem, że Maks natychmiast pożałował pytania.

— To zależy od tego, kiedy pytasz.

Oliwer zmarszczył brwi.

— Co to znaczy?

Kobieta nie odpowiedziała. Zamiast tego odwróciła głowę i spojrzała w stronę rezydencji. W jednym z najwyższych okien nagle zgasło światło.

— On zaczyna pamiętać — powiedziała.

— Kto zaczyna? — zapytała Julia.

— Chłopiec bez nazwiska.

Maks spojrzał na ojca.

— Filip?

Kobieta znów zwróciła twarz ku nim.

— Jeszcze Filip.

— Co to znaczy „jeszcze”? — dopytywał Maks.

— Tyle pytań zadajecie, a odpowiedzi mogę być niebezpieczne.

Adam zacisnął palce na witce.

— Jeśli wiesz coś o pożarze Waldgrunów, powiedz.

Kobieta uśmiechnęła się jeszcze smutniej.

— Wy zawsze pytacie o ogień. Nikt nie pyta o wodę.

Po tych słowach dziecko zaczęło płakać.

Nie był to zwyczajny płacz niemowlęcia. Dźwięk przeszedł przez piwnicę jak nagły podmuch zimna. Julia złapała się za uszy, Kasia cofnęła aż pod ścianę, a Oliwer zaklął pod nosem. Maks miał przez sekundę wrażenie, że słyszy kilka dzieci jednocześnie, jakby głos nakładał się sam na siebie. Adam zrobił krok w stronę drzwi.

— Dosyć.

Uderzył końcem witki w podłogę. Nic nie wystrzeliło, nie pojawił się błysk ani ogień. Ziemia pod ich stopami zadrżała, a po framudze czarnych drzwi rozeszła się sieć białych pęknięć. Kobieta spojrzała na niego ze strachem.

— Nie zamykaj.

— Zamknę.

— Nie teraz.

— Właśnie teraz.

— Jeśli zamkniesz, znajdzie inną drogę.

Adam zatrzymał się.

— Kto znajdzie inną drogę?

Kobieta przycisnęła dziecko mocniej.

— Ten, który został po ogniu.

W lesie coś zawyło. Nie przypominało zwierzęcia. Kobieta obróciła się. Pomiędzy drzewami pojawiła się ciemna sylwetka. Była bardzo daleko, ale poruszała się szybko. Nie szła ani nie biegła. Przeskakiwała między pniami w sposób nienaturalny, raz po ziemi, raz wyżej, jakby potrafiła wspinać się po samym powietrzu.

— Zamknij! — krzyknęła kobieta.

Adam uderzył witką drugi raz. Czarne drzwi zatrzasnęły się z takim hukiem, że kurz posypał się z sufitu. Wszyscy cofnęli się odruchowo. Przez chwilę było zupełnie cicho. Potem coś uderzyło w drzwi od drugiej strony. Raz. Drugi. Trzeci. Metalowy pierścień zaczął podskakiwać.

— Na górę — powiedział Adam.

— Tato…

— Teraz, Maks. Wszyscy.

Nikt tym razem nie dyskutował.

Kiedy wychodzili z piwnicy, za ich plecami rozległ się cichy śmiech. W dużym pokoju było ciepło, jasno i absurdalnie zwyczajnie. Na stole nadal stała niedopita herbata, talerz z kawałkami drożdżowego ciasta i zeszyt Julii otwarty na stronie, na której zapisała: „Najtrudniejsze jest nie robić niczego”. Aleksandra zamknęła wejście do komórki na dwa klucze, a Adam przeciągnął po framudze kawałkiem kredy i narysował trzy znaki, których Maks nie znał. Dopiero później wszyscy usiedli. Przez kilka minut nikt nie mówił, jakby każdy musiał najpierw upewnić się, że znajduje się naprawdę w pokoju Lubińskich, a nie w jeszcze jednej części dziwnego przejścia.

Julia przerwała ciszę.

— Kim byli Waldgrunowie?

Adam spojrzał na Aleksandrę. Kobieta westchnęła.

— I tak już za dużo widzieli.

Adam odsunął talerz i oparł przedramiona o stół.

— To był jeden z najstarszych magicznych rodów w tej części Europy. Nie królowie, nie władcy w zwykłym rozumieniu, choć w dawnych czasach mieli większy wpływ niż niejeden rząd. Mieszkali w Raczkach przez ponad trzysta lat. Rezydencję zbudowali na początku siedemnastego wieku. Posiadali ziemie, wspierali szkoły, fundowali miejsca leczenia, ale uczestniczyli też w wojnach i prywatnych konfliktach. Ich historia jest pełna spraw, którymi jedni się szczycą, a inni woleliby je wykreślić.

— A Vardowie? — zapytał Maks.

Adam spojrzał na niego uważnie.

— Skąd o nich wiesz?

— Kobieta nie mówiła o nich, ale wczoraj opowiadałeś mi o konflikcie z Finlandią. Pomyślałem, że może są związani.

Adam przez chwilę stukał palcami o stół.

— Są. Ród Vardów pochodził z północy. Przez wiele pokoleń rywalizowali z Waldgrunami o wpływy i ziemie. W pewnym momencie konflikt zamienił się w coś znacznie gorszego. Zemsty, pojedynki, napady. Jedni zabijali drugich, potem następne pokolenie robiło to samo. Z czasem nikt już nie pamiętał, kto zaczął.

Oliwer skrzywił się.

— Dorośli są bardzo rozsądni.

— Bywają gorsi od dzieci — odpowiedział Adam. — Tylko mają lepsze i większe zabawki.

Kasia nachyliła się nad stołem.

— A pożar?

— Rezydencja spłonęła w 1973 roku.

Maks natychmiast podniósł głowę.

— Nie 1971?

Adam pokręcił głową.

— Wczoraj powiedziałem ci źle. Sprawdziłem rano. Noc z trzeciego na czwartego stycznia 1973 roku.

Julia zbladła.

— Dzisiaj jest trzeci stycznia.

Nikt nie odpowiedział. Oliwer pierwszy spojrzał na zegar.

— Czyli dokładnie dziewiętnaście lat temu.

Adam przytaknął.

— Podczas przyjęcia zginęła prawie cała rodzina.

— Prawie? — zapytał Maks.

Adam zawahał się.

— Nigdy nie odnaleziono ciała najmłodszego dziecka.

Julia odsunęła się od stołu.

— Tego ze snu?

— Możliwe.

— Chłopiec?

— Tak.

— Jak miał na imię?

Adam spojrzał na nią.

— Filip Waldgrun.

W pokoju zapadła cisza.

Maks poczuł, jak wszystko, co wydarzyło się od wczoraj, nagle układa się w jeden niepokojący szereg. Filip Rudawski. Kobieta wołająca jego imię. Chłopiec bez nazwiska. Dziecko uratowane z płonącego domu. Dziewiętnaście lat.

— Filip Rudawski ma dziewiętnaście lat — powiedział.

Oliwer spojrzał na niego.

— Myślisz, że…

— Nie wiem.

— Ale wszystko pasuje.

— Powiedziałem, że nie wiem.

Adam podniósł dłoń.

— Nie wyciągamy wniosków. Imię Filip nie jest wyjątkowe. Wiek może się zgadzać przypadkiem.

Julia patrzyła na niego.

— A sny też są przypadkiem?

— Nie powiedziałem tego.

— Kobieta mówiła „chłopiec bez nazwiska”.

Adam milczał. Maks wstał.

— Musimy obejrzeć program Rudawskiego jeszcze raz.

Aleksandra spojrzała na niego.

— Po co?

— Pokazywał ruiny. Jeśli naprawdę jest Waldgrunem, może widział je dlatego, że miejsce go rozpoznaje.

Oliwer poderwał się natychmiast.

— Telewizor jest przy kredensie.

— Nie będziemy niczego zaczarowywać — ostrzegła Aleksandra.

— Nie trzeba. Działa dobrze bez magii.

Oliwer spojrzał z entuzjazmem na Julię.

— To cud niemagicznej techniki. Obraz rusza się bez żadnej pamięci przedmiotu, bez witek, bez znaków. Widziałem już.

Julia uniosła brwi.

— Telewizor?

— Tak.

— Wiesz, że większość ludzi ma telewizor?

— Wiem od wczoraj.

Kasia roześmiała się mimo napięcia.

Maks wyciągnął mały odbiornik spomiędzy kredensu a ściany, ustawił go na stole i włączył. Ekran przez chwilę śnieżył. Po kilku próbach z anteną pojawił się program informacyjny. Nie było oczywiście żadnej gwarancji, że znajdą nagranie Rudawskiego, ale Maks przypomniał sobie, że ojciec czasem nagrywa wiadomości na kasety.

— Tato, nagrałeś tamten program?

Adam zmarszczył czoło.

— Chyba tak. Kaseta powinna leżeć w szufladzie.

Po chwili znaleźli ją. Nagranie zaczynało się kilka minut przed właściwym reportażem. Ekran drżał, dźwięk był lekko zniekształcony, aż wreszcie pojawiła się twarz Filipa Rudawskiego. Blond włosy, zielone oczy, pewny siebie uśmiech, złoty łańcuszek na szyi. Julia spojrzała na niego.

— To on.

Maks usiadł bliżej ekranu. Filip mówił o ruinach znalezionych w Raczkach. O tym, że można je zobaczyć tylko z niewielkiej odległości, jakby teren ukrywał się przed wzrokiem. Pokazano zdjęcia spalonych murów, fragment kolumny, kamienną fontannę i bramę.

— Zatrzymaj — powiedział Maks.

Adam nacisnął przycisk. Obraz stanął. Na bramie widniała złota kula. Pod nią napis. WALDGRUN Julia wciągnęła powietrze.

— To ten dom.

— Tak — powiedział Maks.

— Nie, nie rozumiesz. Nie tylko dom. Ta brama też była w moim śnie.

Oliwer pochylił się do ekranu.

— Co ma na szyi?

Filip nosił medalion. Niewielki, złoty, okrągły. Maks podszedł bliżej. Na medalionie znajdował się czarny jeleń. Adam wstał tak gwałtownie, że krzesło przesunęło się po podłodze.

— Niemożliwe.

— Co? — zapytała Aleksandra.

— Herb Waldgrunów.

Maks patrzył na zatrzymany obraz.

— On go nosi.

Adam podszedł do telewizora.

— Ten medalion zaginął w noc pożaru.

Julia spojrzała na Maksa.

— Czyli już wiemy.

Adam pokręcił głową.

— Wiemy tylko, że Filip Rudawski ma przedmiot, który niegdyś należał do Waldgrunów.

— I ma tyle lat co dziecko, które wtedy zniknęło — dodała Kasia.

— I widzi ruiny — powiedział Oliwer.

— I ktoś woła jego imię przez drzwi w naszej piwnicy — zakończył Maks.

Nikt nie próbował już mówić o przypadku. Na ekranie zatrzymana twarz Filipa Rudawskiego nagle się poruszyła. Nie ruszyło nagranie. Tylko Filip. Powoli odwrócił głowę w stronę kamery. Spojrzał prosto na nich.

— Maksymilianie — powiedział z telewizora.

Adam rzucił się do przewodu i wyrwał wtyczkę z gniazdka. Ekran zgasł. Głos jednak dokończył zdanie z czarnego odbiornika:

— Znajdź mnie, zanim oni znajdą ciebie.

ROZDZIAŁ VI
Bez nazwiska

Filip Rudawski nie lubił Łodzi zimą. Latem potrafił jeszcze wmówić sobie, że lubi jej szerokie ulice, stare kamienice, podwórka i ten szczególny rodzaj szarości, który w słońcu stawał się prawie elegancki, ale w styczniu miasto przypominało mu człowieka z gorączką, który próbuje udawać, że wszystko jest w porządku. Śnieg przy krawężnikach był już brudny, chodniki śliskie, wiatr wchodził pod płaszcz i nie pomagało nawet to, że jego kierowca wysadził go dokładnie przed wejściem do budynku. Filip zatrzymał się na schodach, spojrzał na tablicę przy drzwiach i przez chwilę żałował, że w ogóle tu przyjechał. Dom Dziecka Świętego Brutusa. Napis pamiętał. Budynku prawie nie. Jego wspomnienia z pierwszych lat życia były poszarpane, jak stare fotografie przechowywane w wilgotnym pudełku: schody, ktoś śpiewający w łazience, czerwony kubek, dłonie kobiety zapinające mu kurtkę, zapach gotowanej kapusty, okno z bardzo szerokim parapetem. Nie potrafił przypisać tym obrazom żadnej kolejności, a od czasu snu o Raczkach zaczęły mieszać się z rzeczami, których przecież nie powinien pamiętać wcale.

Wszedł do środka i natychmiast uderzył go zapach pasty do podłogi, mokrych ubrań i kuchni. W holu biegało kilkoro dzieci, ktoś śmiał się na piętrze, ktoś inny płakał za zamkniętymi drzwiami. Kobieta siedząca przy małym biurku spojrzała na niego najpierw bez większego zainteresowania, potem rozpoznała twarz i wyprostowała się tak gwałtownie, że długopis spadł jej na podłogę.

— Pan Rudawski? Ten Rudawski?

Filip zdjął skórzane rękawiczki i uśmiechnął się tak, jak uśmiechał się zawsze, gdy ktoś zadawał mu to pytanie.

— Niestety nie mam sobowtóra, więc chyba ten.

Kobieta roześmiała się zbyt głośno, po czym natychmiast zaczęła przepraszać za śmiech, choć nie było za co.

— Myślałam, że może chodzi o jakiś program. Nikt nam nic nie powiedział. Dyrektorka jest u siebie, ale nie wiem, czy…

— Jestem umówiony.

— Oczywiście. Proszę zaczekać chwilę.

Filip nie chciał czekać. Od czwartej rano nie potrafił myśleć o niczym poza trzema słowami: Raczki, Waldgrun, Bartłomiej. Marta znalazła miejscowość jeszcze przed śniadaniem. Niewielka wieś na zachodzie Polski, rzeczywiście istniejąca. Potem ktoś z redakcji przypomniał mu, że przecież dwa dni wcześniej sam robił tam materiał o ruinach starej rezydencji. To odkrycie przeraziło go znacznie bardziej niż sen. Nie dlatego, że zapomniał reportażu. Pamiętał go doskonale. Nie pamiętał jedynie, żeby nazwa Raczków zrobiła na nim wtedy jakiekolwiek wrażenie. Teraz miał wrażenie, że nosił ją w głowie od zawsze.

Dyrektorka domu dziecka nazywała się Irena Małecka. Była kobietą około sześćdziesiątki, niską, szeroką w ramionach, o krótkich siwych włosach i spojrzeniu, które sprawiało, że Filip natychmiast poczuł się jak dziesięciolatek przyłapany na czymś głupim. Nie zachwyciła się jego obecnością, nie poprosiła o autograf, nie powiedziała, że ogląda każdy odcinek. Zaprosiła go do gabinetu, wskazała krzesło i nalała herbaty do ciężkiej szklanki w metalowym koszyczku.

— Powiedziano mi przez telefon, że chodzi panu o dokumenty adopcyjne.

— Nie tylko. Chciałbym wiedzieć wszystko, co macie o moim przyjęciu tutaj.

— To znaczy?

— Kiedy tu trafiłem. Kto mnie przywiózł. Skąd. Czy miałem jakieś rzeczy. Dokumenty. Nazwisko biologicznych rodziców. Cokolwiek.

Dyrektorka przyglądała mu się chwilę.

— Rozumiem, że rodzice adopcyjni nie mogą panu pomóc?

— Twierdzą, że dostali standardową dokumentację i że nie wiedzą nic więcej.

— A pan im nie wierzy?

Filip odchylił się na krześle.

— Wierzę. Po prostu po raz pierwszy od dawna czegoś nie wiem i bardzo mi się to nie podoba.

— To zdrowe doświadczenie.

Filip uniósł brwi.

— Pani zawsze tak rozmawia z ludźmi, których widzi pierwszy raz?

— Z tymi, których widzę w telewizji częściej niż własnych krewnych, mogę sobie pozwolić na odrobinę szczerości.

Uśmiechnął się.

— W takim razie pewnie ma pani o mnie fatalne zdanie.

— Nie do końca fatalne.

Dyrektorka otworzyła szufladę i wyjęła grubą teczkę z notatkami. Filip obserwował ją uważnie. Nie znalazła jego dokumentów od razu. Najpierw sprawdziła jeden segregator, potem drugi, wreszcie podeszła do szafy stojącej przy oknie. Wyjęła kartonowe pudło opisane rokiem 1973, postawiła na biurku i zaczęła przeglądać zawartość.

— Wie pan dokładnie, kiedy pan tu trafił?

— Nie. Zawsze mi mówiono, że kiedy trafiłem do domu dziecka, miałem kilka miesięcy.

— To niemożliwe.

— Dlaczego?

— Bo według tej księgi był pan noworodkiem. Najwyżej kilkudniowym. Dziś ma pan dziewiętnaście lat.

— Wczoraj miałem urodziny.

Dyrektorka przerwała przeglądanie papierów.

— Wszystkiego dobrego.

— Dziękuję.

— To trochę dziwny prezent urodzinowy.

— Co takiego?

— Grzebanie w przeszłości.

Filip spojrzał na nią.

— Może dlatego właśnie robię to teraz.

— Albo dlatego, że coś pana do tego zmusiło.

Nie odpowiedział.

Po kilku minutach dyrektorka zaczęła wyglądać na zaniepokojoną. Sprawdziła pudło raz jeszcze. Potem przyniosła kolejne. W końcu zadzwoniła po starszą pracownicę archiwum i poprosiła ją o pomoc. Filip siedział w milczeniu i przyglądał się, jak dwie kobiety przeszukują dokumentację sprzed dziewiętnastu lat. Początkowo był jedynie zirytowany. Później coraz bardziej spięty.

— Coś jest nie tak? — zapytał w końcu.

Dyrektorka usiadła.

— Nie mam pańskiej karty przyjęcia.

— Jak to?

— Nie ma jej.

— Zgubiliście?

— To możliwe, ale mało prawdopodobne. Mamy dokumentację dzieci starszą o kilkadziesiąt lat.

— Jak mam to rozumieć?

— A jak ja mam to rozumieć? Albo karta zaginęła, albo została kiedyś wyjęta i nie wróciła na swoje miejsce.

Filip patrzył na nią bez słowa.

— A księga przyjęć?

Dyrektorka skinęła głową i poprosiła archiwistkę o przyniesienie dużego rejestru. Księga była ciężka, oprawiona w ciemny materiał, z pożółkłymi kartkami. Kobieta otworzyła ją mniej więcej w połowie i zaczęła przesuwać palcem po nazwiskach. Styczeń 1973. Kilkoro dzieci. Daty. Informacje o rodzicach. Placówki kierujące.

Filipa nie było.

— Niemożliwe — powiedział.

— Zgadzam się. Dziwne.

— Mieszkałem tutaj.

— Tak.

— Pamiętam to miejsce.

— Ja tego nie podważam.

— Więc powinienem być w księdze.

Dyrektorka zamknęła rejestr.

— Powinien pan.

— Czy są jeszcze jakieś inne dokumenty?

— Zobaczymy.

Filip wstał i zaczął chodzić po gabinecie.

— To jest absurdalne. Przecież nie pojawiłem się tutaj z powietrza.

— Mam nadzieję, że nie.

— Pani żartuje.

— To pomaga na stres.

— Mnie nie.

Dyrektorka oparła dłonie o biurko.

— Panie Rudawski, proszę usiąść. Jeżeli będzie pan chodził w ten sposób, niczego nie znajdziemy szybciej.

Filip zatrzymał się przy oknie.

— Wie pani, co jest najgorsze? Gdybym trafił tu jako nastolatek, rozumiałbym, że ktoś coś ukrywa. Ale byłem niemowlakiem. Jak można zgubić niemowlę na papierze?

— Ludzie potrafią zgubić wszystko.

Usiadł ponownie.

Dyrektorka wyjęła jeszcze jeden zeszyt. Był to stary dziennik dyżurów. Czytała przez kilka minut, przewracając strony bardzo powoli. W pewnym momencie zatrzymała palec.

— Jest coś.

Filip pochylił się.

— Co?

— Czwarty stycznia 1973. Nocny dyżur.

Dyrektorka poprawiła okulary.

— „Godzina piąta dziesięć. Przyjęto dziecko płci męskiej, noworodek, najwyżej kilkudniowy. Dziecko dostarczone przez kobietę bez dokumentów. Polecenie dyrekcji: przyjąć natychmiast, dane uzupełnić później”.

Filip poczuł, jak serce zaczyna mu bić szybciej.

— Nazwisko?

— Nie ma.

— Imię?

Dyrektorka spojrzała na niego.

— Filip.

W gabinecie zrobiło się cicho.

— Co dalej?

— „Stan dobry. Dziecko posiada medalion. Osoba przekazująca podała nazwisko opiekuna prawnego: Marcelina Niepylak”.

Filip zbladł.

— Proszę powtórzyć.

— Marcelina Niepylak.

Imię uderzyło go jak coś znanego, choć nie potrafił powiedzieć skąd.

— Zna pan tę kobietę?

— Nie znam.

— Wygląda pan, jakby znał.

— Powiedziałem, że nie.

Dyrektorka patrzyła na niego uważnie.

— Co jest z medalionem?

Filip odruchowo dotknął szyi. Złoty krążek wisiał pod koszulą.

— Mam go.

— Od zawsze?

— Rodzice powiedzieli, że miałem go przy sobie, kiedy mnie adoptowali.

— Mogę zobaczyć?

Filip zawahał się, ale wyciągnął łańcuszek spod kołnierza. Medalion był mały, okrągły, lekko porysowany. Na jednej stronie widniał czarny jeleń. Na drugiej litery: P. II W.

Dyrektorka wzięła go delikatnie w palce.

— Co oznaczają inicjały?

— Nigdy się nad tym nie zastanawiałem.

— P jak Philip. Drugie może być imię.

— Albo numer.

— A W?

Filip odpowiedział po chwili.

— Waldgrun.

Dyrektorka puściła medalion.

— Co? Powiedział pan nazwisko.

— Tak.

— Czyje?

Filip spojrzał na nią.

— Może moje.

Kobieta nie skomentowała tego od razu. Wstała i podeszła do okna, jakby chciała przez chwilę popatrzeć na dzieci bawiące się na podwórku. Filip wykorzystał ciszę, żeby ponownie przejrzeć zapis w dzienniku. Trzeci stycznia. Piąta dziesięć. Dziecko. Kobieta bez dokumentów. Marcelina Niepylak. Medalion.

— Czy jest coś o tej kobiecie?

Dyrektorka wróciła do biurka.

— Nie. Ale mogę sprawdzić późniejsze wpisy.

— Teraz proszę to zrobić.

— Panie Rudawski…

— Nalegam.

Ton jego głosu był tak twardy, że nawet jemu się nie spodobał. Dyrektorka jednak nie obraziła się. Zamiast tego wyjęła kolejne zeszyty. Szukali przez prawie godzinę. W lutym pojawiła się krótka wzmianka: „Marcelina N. nie stawiła się na rozmowę”. W marcu: „brak kontaktu z opiekunem wskazanym przy przyjęciu dziecka”. Potem nazwisko zniknęło.

— Co się stało z dokumentami? — zapytał Filip.

— Nie wiem.

— A z nią?

— Tego również nie wiem.

— Czy ktoś może pamiętać tę noc?

Dyrektorka zastanowiła się.

— Jedna osoba.

— Kto?

— Pani Janina Rojek. Pracowała tutaj ponad trzydzieści lat. Była pielęgniarką nocną. Jeśli dobrze pamiętam, właśnie ona pełniła dyżur w styczniu siedemdziesiątego trzeciego.

— Pamięta pani. Gdzie ona mieszka?

— Nie mogę podać panu adresu bez jej zgody.

Filip spojrzał na nią.

— Jestem dzieckiem z jej nocnego dyżuru.

— Nadal obowiązują mnie zasady.

— Zadzwoni pani.

Dyrektorka westchnęła.

— Tak. Zadzwonię.

Pani Janina mieszkała zaledwie kilkanaście minut jazdy od domu dziecka. Zgodziła się na spotkanie, choć przez telefon kilka razy pytała, czy chodzi rzeczywiście o „tamtego Filipa”. Dyrektorka pojechała z nim. Starsza kobieta zajmowała niewielkie mieszkanie na parterze starej kamienicy. Otworzyła drzwi jeszcze zanim zdążyli zapukać drugi raz. Miała ponad siedemdziesiąt lat, długie siwe włosy spięte w kok i bardzo jasne oczy.

Spojrzała na Filipa.

— W końcu.

Filip wszedł do mieszkania bez słowa. Pani Janina zaprosiła ich do pokoju, gdzie stały dwa fotele, stół przykryty haftowaną serwetą i ogromna liczba doniczek. Na parapecie rosły pelargonie, choć był środek zimy. Kobieta usiadła naprzeciw Filipa i przez dłuższą chwilę przyglądała się jego twarzy.

— Podobny.

— Do kogo?

— Do niej.

— Do kogo?

— Kobiety, która cię przyniosła.

Filip pochylił się.

— Marceliny?

Staruszka pokręciła głową.

— Nie wiem, jak miała na imię. Nigdy mi nie powiedziała. Marcelinę podała jako osobę, która miała się tobą zająć.

— Jak wyglądała?

— Jasne włosy. Bardzo blada. Była przemoczona, choć tamtej nocy nie padało. Filip przypomniał sobie kobietę ze snu.

— Miała na sobie suknię?

Staruszka zmrużyła oczy.

— Skąd wiesz?

Dyrektorka spojrzała na niego. Filip nie odpowiedział.

— Ciemną? Długą?

— Tak. Brudną u dołu. Jakby szła przez błoto albo wodę.

Filip poczuł chłód.

— Co powiedziała?

Pani Janina oparła dłonie na kolanach.

— Niewiele. Była przerażona. Weszła z tobą zawiniętym w koc i powiedziała, że trzeba cię ukryć. Nie „oddać”, nie „zostawić”. Ukryć. Pamiętam to słowo bardzo dobrze.

— Przed kim?

— Nie powiedziała.

— Co jeszcze?

— Żeby nikt nie zdejmował medalionu. Żeby nie wpisywać nazwiska do księgi, dopóki nie wróci kobieta imieniem Marcelina.

— Dlaczego pani ją posłuchała?

Staruszka spojrzała na niego.

— Bo wtedy wydarzyło się coś, czego nie potrafiłam sobie wytłumaczyć.

Filip zacisnął dłonie.

— Co?

— Drzwi zamknęły się same. Wszystkie.

Dyrektorka poruszyła się niespokojnie. Janina mówiła dalej.

— W całym budynku. Jedne po drugich. Jakby ktoś szedł korytarzem i zamykał każde pomieszczenie. Potem zgasło światło. Kiedy wróciło, kobiety już nie było.

— A ja?

— Spałeś.

— I nikt nie próbował jej znaleźć?

— Próbowano. Policja nie znalazła niczego.

— Dlaczego moje dokumenty zniknęły?

— Tego nie wiem. Kiedy kilka miesięcy później chciałam sprawdzić, czy znaleziono twoją rodzinę, karta już nie istniała.

— A nazwisko?

Pani Janina długo milczała.

— Tak, ta kobieta je wtedy powiedziała.

Filip przestał oddychać.

— Co pani usłyszała? Pamięta pani to nazwisko?

Staruszka patrzyła mu prosto w oczy.

— Waldgrun.

Dyrektorka odsunęła się w fotelu. Filip poczuł, jak żołądek ściska mu się boleśnie.

— Powiedziała: „Nie wpisujcie go teraz. Nazywa się Filip Waldgrun. Drugi”.

— Drugi?

— Tak.

Filip wyciągnął medalion.

— P. II W.

Staruszka spojrzała na niego i przytaknęła.

— Właśnie.

Przez kilka sekund słyszał jedynie tykanie zegara.

— Co jeszcze powiedziała?

Pani Janina zastanowiła się.

— „Jeśli zapytają o dziecko, powiedzcie, że nie miało nazwiska”.

Filip wstał. Nie wiedział, dlaczego. Po prostu nie mógł siedzieć.

— Czy ktoś pytał?

Staruszka spojrzała w stronę okna.

— Tak. Następnego dnia. Dwóch mężczyzn.

— Jak wyglądali?

— Jeden był wysoki i miał obcy akcent. Drugi niewiele mówił. Pytali o chłopca przywiezionego w nocy.

— I co pani powiedziała?

— Że nie wiem, o czym mówią.

Filip uśmiechnął się bez radości.

— Czyli skłamała pani.

— Tak, skłamałam wtedy.

— Dlaczego?

Janina spojrzała na niego.

— Bo pierwszy z nich miał czarną plamę na dłoni. Nie tatuaż. Coś pod skórą. I pamiętałam, że kobieta, która cię przyniosła, powiedziała jeszcze jedno: jeśli pojawi się ktoś z czernią pod skórą, mamy nigdy nie oddawać dziecka.

Filip poczuł, jak obraz Bartłomieja ze snu wraca z brutalną wyrazistością. Czarne żyły pod skórą. Upadek w śnieg.

— Nazwisko któregoś z tych mężczyzn?

— Jeden się przedstawił.

— Jak?

Pani Janina odpowiedziała bardzo cicho.

— Vardo.

W samochodzie Filip nie odezwał się przez pierwsze dziesięć minut. Dyrektorka siedziała obok, kierowca prowadził, radio było wyłączone. Miasto przesuwało się za szybą, lecz Filip prawie go nie widział. Waldgrun. Vardo. Dziecko bez nazwiska. Marcelina. Wszystkie słowa ze snu zaczynały mieć odpowiedniki w rzeczywistości.

Dyrektorka przerwała ciszę.

— Co pan teraz zrobi?

— Pojadę do Raczków.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 29.99 20
drukowana A5
za 69.99