E-book
1.37
drukowana A5
41.04
drukowana A5
kolorowa
71.04
Piotr zaprzeczał

Bezpłatny fragment - Piotr zaprzeczał

1985-1989


Objętość:
305 str.
ISBN:
978-83-8189-327-5
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 41.04
drukowana A5
kolorowa
za 71.04

Ryzyko

Kiedyś podążano przez piekieł kręgi

w poszukiwaniu swojego ja

samodzielnie decydowano się na ryzyko

drzemiące w skałach Kaukazu

samodzielnie klękano w ogrojcach

kamienowano niepokornych by mogli uwierzyć

w ducha wspólnoty

dobrowolnie pisano wiersze

dziś wszyscy ludzie ustawili się w jednym rzędzie

lub rzec by można lepiej — w kolejce symbolu

mężczyźni sikają a kobiety plują przed siebie

niechby nawet i symbolicznie

niechby nawet i ten stalowy drut,

na który zaczęto ich nawlekać jak suszone grzyby

nazwany został «kwintesencja sprzeczności systemu»

niechby nawet cierpieli bardziej

nanizani ludzie nie są ani perłami ani śledziami

między innymi są pożałowania godnymi

jajami przegranych dinozaurów

dziwolągami-gigantami nadchodzących czasów

niepasującymi do ery nieba

nawlekani, cierpiący, wypalani punktowym mozołem

poddani muszą zginąć razem z chorobą, która ich łączy

poddani muszą uschnąć dla szukania zasady przetrwania

poddani muszą się niechybnie skończyć dla kiedyś

a trzeba ponieść samodzielne ryzyko dla kiedyś

w każdym ogrojcu

Pasierb kat

Cierpliwości jak kot

spokoju jak kat

potrzebujemy sami

czegoś nowego

czegoś jak sen

niech ten kat —

pobożne nasze życzenia

wejdzie na wierzbę rosnącą

nad zwykłą polską rzeką

i schowa się w dziupli jak sowa

kwiat niech jak słonecznik będzie symbolem

we śnie kwitnący, czekający, służący

ten nasz pasierb — kat

zbliżając się w siarkowych mgłach

udając mistrza

podaje nam piorun

jesteśmy już tuż, tuż

jak skazaniec schodów, progów

chcemy wiedzy

o Marsie!

chcemy pewności jak słońce

odtrącamy krwawą dłoń

w ostatniej chwili

czekamy spokojnie

Epitafium

Pogrzebano «Solidarność»

konsylium radzieckie stwierdziło trochę wcześniej

śmiertelną nerwicę prawdy w oczach

a także dziecięce rozognienie niewinności

na tym etapie nieuleczalne

odłączono aparaturę w Legionowie

wypisano tysiącstronicowe dokumenty badań

w domku na kurzej stopce

nad grobem stanęli schizofreniczni lekarze

schizofreniczni dziennikarze

schizofreniczni sekretarze

schizofreniczni naukowcy

schizofreniczni aktorzy

schizofreniczni duchowni

płakali, pęczniejąc w swoich kokonach powagi

w ostatnim przemówieniu Naczelny Spawacz

rozgoryczony przypomniał o niemożności

przewodniczenia przez Głównego Elektryka

mówił — nie grzebiemy dziś miłości, nie grzebiemy siebie

po czym stanął na głowie i wywiesił język

i zrobił pstryk…

w ciemnościach zaczęto poszukiwać

schizofrenicznego rzeźbiarza

dla upamiętnienia pogrzebanego

Nie jest to sytuacja politycznie zbyt jasna

Nie jest to sytuacja politycznie zbyt jasna, Mister

nie jest to sytuacja politycznie zbyt jasna, Towariszcz

po skrzypiącym śniegu kroczę

— do niej

a ona pośród robotników rozmawia z Barcikowskim

sople wiszą u strzech

marksiści okopują się za stodołą

umacniają w klasowej nienawiści do wszystkiego, co ludzkie

z wyjątkiem krzywdy pojmowanej jak UFO

wiem, że mam obowiązek zdjąć krawat akceptacji

z kijem i torbą wyruszyć mi trzeba przez świat

wiem o tym wszystkim doskonale

— od niej

lecz jest jeszcze zbyt zimno

ksiądz Jerzy jeszcze oddycha po lodem

drogowcy nie dają jeszcze za wygraną w Wieliczce

i potrzebuję storczyka takiego jak młodość

wzrastającego na lodzie

miłość wzbudzonej w tajnych szklarniach

nie jest niemożliwe nie mieć oddechu, Mister

nie jest niemożliwe nie mieć powietrza, Towariszcz

w klatce nasz wszechświat, Mister

w kloace nasze piękno, Towariszcz

po skrzypiącym śniegu kroczę

— do niej

Gavroche

Wielki półmisek z galaretą moich nerwów

dwudziestowiecznych zastygłych pożogą

na stole w mojej klatce piersiowej

myśli moje jak ręce dziewczyny powoli zanurzają się

w chłodnej trzęsącej się masie

moje myśli społeczne formują się za dnia na ulicy

powstają z cudownie ludzkiej paniki

trzymam je w garści jak kule armatnie

po chwili ciskam je w niebo, aby w przestworzach

mogły udawać balony, śnieżki wirujące, itp.

idę ujarzmiony ulicą wysyłając myśli na księżyc

idę na uginających się ze strachu nogach

ja — Gavroche

ja — Pułkownik Rzeczywistości

idę załamany w kierunku bazyliki i młynów na wzgórzu

przenieść myśli ponad bagnem rzeczywistości

zmielić w rewii

zmienić w smaczny kąsek jutra


Opar

Mały polski towarzysz

zapatrzony w wystawę świata

milczy o wielkich rzeczach

w ciemnych oczach pałających

kryje historie pełne łez

pytam go stojąc obok niego —

kogo kochasz, kogo nienawidzisz?

nie podnosząc głowy szepcze —

opar wydobyty z własnych ust,

który jest jak mur:

— mur wystaw zastępujących

palące życie

— mur mozołu zastępującego

                     brzemienną pracę

— mur pytań zastępujących

                     cichy szept odpowiedzi

— mur deprawacji zastępującej

                     dzieci i zwierzęta

pocieszam rodaka papierosem

odchodzę z jego miejsca przeklętego

znów kieruję się

ku centrum

Narodu

Czego nie wie o mnie I sekretarz

Czego nie wie o mnie I sekretarz —

pewien jestem, że zna moje myśli prawie wszystkie

przypuszczam, że domyśla się treści moich snów,

co jak świeży deszcz zraszają mój polski dzień

widzi też zapewne, jak co dzień usiłuję z wielkim trudem

budować swoją bezpartyjną tożsamość

może go to bawi

zażenowany jest, gdy widzi moją miłość

odczuwa przecież tak samo jak ja

swoje detektory i czujniki nastawił na moją charyzmę

pęcznieje gruba kartoteka informacji na każdy dzień

puchnie teczka opracowań

analiz dotyczących problemów z chodzeniem i mówieniem

moje dzieciństwo ma stale na ekranie

spenetrował moją przeszłość

przenicowano dla niego moje dotychczasowe życie

domyślam się, że czuje niepokój oceniając mnie

domyślam się, że dobrze wie,

iż za wszelką cenę chcę żyć prawdziwie

zna moją tęsknotę i chęć walki

każda godzina to nowa linijka tekstu do karty osobowej

przybywa jasnych argumentów w szafach i archiwach

moje zachowanie z każdą chwilą potwierdza jego prognozy

już za chwilę wyślą po mnie milicję

i przyprowadzą mnie przed oblicze sekret-racji

jego jednoznaczne apele przekazywane co dnia

docierały, lecz spotykała je tylko ignorancja

jego agitacje w słowach rodziców, księży, wychowańców

docierały, lecz spotykała je tylko ignorancja

zachowanie I sekretarza wobec mnie wskazuje na to,

iż bardzo wiele o mnie wie

zachowanie I sekretarza wobec mnie wskazuje na to,

iż więcej o mnie wie niż ja sam

stałe poirytowanie I sekretarza wskazuje na to,

iż domyśla się najgorszego z mojej strony

bo jest prawie pewien, że coś ukrywam

— coś, co jest nie do zniesienia przez ustrój

Głębokim purpurowym barytonem

Dziewczyna w czapie z lisiego futra

siedząc w kiosku zasypanym śniegiem

oferuje mi o świcie warszawską strychninę

zaglądam jej w oczy każdego dnia

kupuję jej wstawanie zimowe o piątej rano

i dojazd do pracy w prowincjonalnej zamieci,

co jest jak cyklon B

— w ramach sprzedaży wiązanej

jak obozowanie i koncentracja

jak socjalizm i demokracja

jak proletariat i dyktatura

oto ile trzeba wycierpieć by zdążyć na czas do krematorium

i z tym cóż robimy?

zastanówmy się dziś nad tym

cóż myślimy, gdy podlewamy pelargonie na oknie

duszony oczekiwaniem każę sobie wynagradzać

sprowokowane napady gniewu

duszony spojrzeniami z małych wiejskich kaplic

każę się całować mocno w usta

wyszukuję tezy ze szkolnego wypracowania

wielkie orędzie o nadziei wyniesionej z Brzezinki

przynoszę schowane pod koszulą

za pazuchą w ciepłym miejscu

zwykłe — «Ojcze Nasz odpuść»

lecz gdy mija godzina ósma

to jest już dźwięczne — «Ojcze okaż sprawiedliwość»

ręce moich towarzyszy głaszczą mój język,

język długi jak most w San Francisco

uciskają go by zgnieść po chwili

muszę wykrztusić wtedy ślinę z żółcią

komentator musi być uważny

nie może dać się oszwabić propagandzie

musi się mieć na baczności by nie oszaleć

w obecnym systemie sterowanej informacji

towarzysze rozkładają szpalty moich półsennych oświadczeń

otwierają język w oczach, zamykają oczy w ustach

a ja tylko śpiewam, ryczę, wiwatuję i opłakuję

stojąc lub biegając rano po biurkach

a ja wołam — dajcie kawy Molochowi

Brzezinka, Brzezinka to nie cała Polska

jest jeszcze Jaworzno i Szczakowa

nie kupuję słów od dziewczyny ani jej snów

sny wymyślam zawsze sam

wystarczy, że spytają mnie o ósmej — co o tym sądzisz?

wystarczy, że popatrzą na mnie z bliska

zawsze sam wypowiadam polityczne słowa —

nie, nie, nie

ja je wyśpiewuję głębokim purpurowym barytonem:

Must we let them fool us no no no

Have we got our freedom no no no

Is it getting better no no no

Do we love each other no no no

Must we wait forever no no no

Ty i ty i ty

Ściany świata walą się nam na głowy

kryjcie się bracia, siostry, synowie, córki

kameleony jak dinozaury

wychodzą z kryjówek na drzewach

drzewa walą się nam na głowy

sparaliżowani zalegamy na podłogach poczekalni

w autobusach, tramwajach

na trawie pod drzewami świata

drzwi otwierają sie na autostradach

nie pojawiamy się w nich pomimo wszystko

samochody pędzą wyłaniając się zza wzgórza

w samochodach również my ołowiani

kufer otwiera się pośrodku zielonej plantacji

z otwartego kufra zwisa damska pończocha

wydaje się nam, że to wąż wypełza z kufra

boimy się pończochy, damskiej pończochy

dlaczego nie wchodzicie do mojego mieszkania?

dlaczego stoicie w bramie nieprzytuleni do siebie?

dlaczego nie szepczecie do siebie — My?

dlaczego pod okapem opieracie się o chłodne ściany?

dzieląc sie samotnością jak deszczem

samotny ty i ty i ty

to nic, że ściany lecą nam na głowy

zacznijcie wreszcie mówić — My

głaszczemy korę drzew

brudzimy ręce smołą

wbijamy drzazgi i kolce w żywe ciało

drzewa są nie do zniesienia

krzyczą — ty, ty, ty

dla mnie obecność — ja — jest nie do zniesienia

przyczyna stanu samopoczucia w utraconym Raju

jesteśmy w wątrobach, w sercach, w pociskach dum-dum

chorych spojrzeń zmierzch sonduje nasze mózgi

łoskot spadających cegieł odbija się od wschodzącego księżyca

poddajemy się eksperymentowi końca cywilizacji

leżymy tu i tam skończeni — ty i ty, i ty

przeznaczeni dla zamian pod gruzami

czy zjednoczy nas dopiero

całowanie śladów ludzkich stóp?

Zakopane wyznania

Dziś kazałaś mi usiąść

położyłaś dłonie na moich ramionach

zerwałem się nerwowo trzepocząc

swoimi skrzydłami i gestykulując rękami

pobiegłem w świeże, młode żyto

przykucnąłem tam, przyczaiłem się

dygotałem w chłodnej neurozie jak przepiórka

patrzyłem jak dziki zwierz przez źdźbła traw

kurczyłem się, a wielkie niebo rozrastało się jeszcze bardziej

pęczniało, wypełniając się wiatrem

niewypowiedzianych słów

przytknęłaś palec wskazujący do ust

zacząłem kopać rękami jamę jak lis

drapałem paznokciami mokrą glebę tuż pod sobą

pogłaskałaś mnie po policzku

targając się na powrozie wgryzałem się jak kret

w wielką plastykową rurę-tubę w ziemi

w róż moich symboli tam gdzieś

w tajemnicy

w głębiach mojego uchodźctwa

zakopanych na zawsze

wyznań

Na stos historii

Kazałeś cieszyć się, więc zanurzyłem głowę w rzece

kazałeś iść, więc potoczyłem swoje życie drogą przez pustynię

spotkałem się z Mojżeszem na górze samotności

niemy, ogłuszony na polach w Egipcie

pokazałeś palcem na ogień, więc zawstydziłem się

udałem się ponownie w niewolę

spotkałem kobietę pośród wzgórz obiecanych

w trakcie posiłku

z okruchem sera na moim policzku

miłosne cierpienie rzuciło mnie na świeżo zaoraną ziemię

ona wzięła mnie za rękę i pomogła mi wstać

podszedłem za nią na stos historii

w płonący las, który

zajął się od gorejącego krzewu

Sterowani wolnością

Oni trzymają nici

my rzeźbimy lalki

dlaczego może oceniać ciebie ktoś

jako twórcę

a ty nie możesz sięgnąć po odrobinę autoironii

tak by nie otrzeć się o szpital wariatów?

oni mają stalowe nerwy

i wiarę mocną jak konopny sznur

a raczej pewność, że są sędziami

dlaczego mogą cię oceniać tak łatwo

a ty nie możesz, choć raz zamienić ich w swoje lalki

tak, by zostali ludźmi sterowanymi wolnością?

Gdzie nasze miejsce

Jeszcze boli serce, choć rana zrosła się już

i zabliźniła przed tysiącem lat

czasem rana otwiera się i serce krwawi

jeszcze drży liść na drzewie, a przecież

od milionów lat wie, gdzie jego miejsce jesienią

karty idą w tas

Rzymianie zabawili się światem

na dwa tysiące lat przed Hitlerem i Stalinem

rozwiązywali kwestię żydowską

ukrzyżowali Chrystusa

zdobyli Jerozolimę i Masadę

chcieli zdecydowanie zakończyć z sprawę

z narodem wybranym

rozpędzili go na świata cztery strony

na nic wszystko

Niemcy z Bogiem przeciw Bogu

Rosjanie z Bogiem przeciw Bogu

rozwiązywali kwestię polską

czaszki i kości potoczyły się

od Szczecina po Władywostok

a my wciąż czujemy rozrywającą ciało

pulsację

po tysiącach lat nie chcemy umierać

na skinienie ręki Rzymianina-Rosjanina

bo wiemy gdzie nasze miejsce wyznaczył Bóg

jak Żydzi

Tak wiele blizn

Deszcz to jednoznaczne słowo

słowo to pada na glebę stęsknioną

grzechem lub marzeniem

słowo pada na kartkę papieru

wyzwala dźwięki, echa, szmery

ciszę po homilii

chcę iść rzekł sługa boży

czy widzisz te chmury na szczycie

rzekł bocian czarno-biały

i ja jeszcze do tego mam klucz

i mnie jeszcze do tego nic nie obchodzi cel

i mnie nikt nie jest w stanie zatrzymać

wyobraź sobie spiralę DNA w kształcie

plątaniny autostrad w wielopoziomowym skrzyżowaniu

na takich arteriach ludzie prowadzą swoje auta

ciągle kluczą szukając wyjazdu

będąc na drodze mającej przecież kres i cel

płacz rosą klonie przydrożny

płacz sokiem drogocennym

płacz słowem szukania

musisz tu stać co dzień

kamienie ranią nogi

tak wiele blizn mają umierający

docierający do celu

Kuracja oczyszczająca z cywilizacji

W trakcie żałoby radio leje łzy

spływają do pamięci

tak jak trzy lata temu

z półki na półkę i niżej

nadstawiam kubek garstki

żałoba — mokra plama

otwieram sklep z trumnami

na przekór radiu

podejmuję kurację oczyszczającą

z cywilizacji

będę żył długo

Tam za rzeką

Ogień nad rzeką płonie

noc kurczy się wciśnięta gwałtem

pomiędzy dwa strome brzegi

Słowianie drzemią przy ognisku

blask ognia miesza się we śnie z duchem lasu

tchnieniem narodu i wiarą

oczy chłopców zamknięte

korony cierniowe na głowach

długie czerwone opończe

czarne koty w nogach

las za plecami

rzeka szemrze odbitymi płomieniami

ciszę przerywa syk pękających ogarków

rozsypujących iskry w rozbłyskach ogniska

tam za rzeką jest lotnisko wojskowe

tam za rzeką jest betonowy plac

tam za rzeką grzeją się silniki samolotów odrzutowych

rzeka krwawi przestaje się mieścić

pomiędzy stromymi brzegami

Słowianie tańczą wokół posągu Światowida

wyśpiewując wojenne kłamstwa

nad Dźwiną nad Dniestrem nad Łabą

Puste, głodne życie

Wielkie puste głodne życie

senny trzmiel kołysze się nad żaglówką

przywiązany nitką do topu

krowa wiosłuje, macha pagajem

zupełna flauta

jajo? cóż to jest?

Ledo! cóż to jest jajo?

nie przerywaj, jem

stokrotka rosła polna

lecz szablą ściąłem ją

mój koń polubił ją

za czapkę wetknąłem ją

przecież zniszczyłby ją czołg i tak

dlaczego więc ci żal

przecież czołgi też pachną?

i to jeszcze jak

dają się lubić tym, co je lubią

Kołyszę się przywiązany za jedną nogę

do masztu zamiast bandery

jestem własnym autografem

koło obraca się

dziecko liczy obroty

lecz nie wie, czy koło obraca się w prawo czy w lewo

lecz nie wie, czy koło obraca się we właściwym kierunku

lewiatan zbliża się od tyłu do dziecka

on nie ziewa, on chce je zjeść

o tak, zaraz, zaraz je zje

głodne życie puste, to on

Oczy twoje w mgłach nad zatoką

Oczy twoje w mgłach nad zatoką

oczy twoje jak cała laguna wieczorem

oczy twoje jak beczki rumu wyrzucone na brzeg

jeszcze we wspomnieniach jak w omułkach całe

twoich oczekiwań brak

pośród drzew w takt marsza w strojach krasnali

drepczą oczy twoje, aach

patrząc z samolotu na twoją twarz

wielką jak wyspa widzę społeczeństwo

odwzorowane w niej

okradam cię z duszy i z cierpienia

społeczeństwo okradane jest z mięsa, kości, tłuszczu

wielkość w zatoce, koty i szproty na kutrach

zemdlony nad brzegiem, skapcaniały,

sporadycznie podrygujący

chwytam twoje oczy, sumy, szumy

a zwłaszcza knuty nad tobą

kocham cię, czy też nie?

dotykam powiewu znad morza

głaszczę chłód wiszący nad molo

otwórz chociaż swoje oczy

niech zobaczę swoją miłość

lub śmierć rybią w nich

Na straży w każdym z nas

Usnąłem dziś na straży

okulista systemu nie przyjął mnie

sierotę błądzącego w stołecznym mieście jak w lesie

przygarnął jak wypożyczyłem z Muzeum Wojska

czołg na jedną godzinę

kosmopolitą nazwał mnie lodziarzem

gdy podpaliłem czołg, co stopiło lody

wikliny skryły mnie nieśmiałego

na rzeką polskich serc

urwało mi lewą rękę

w czasie obróbki skrawaniem

kilka dziewczyn całowało ocalałą

lecz nic to nie pomogło

ani ta się nie wydłużyła

ani tamta nie odrosła

wierzcie lub nie jak tam chcecie

ale kochałem swoją pracę

swoją pracę mówcy do wynajęcia

na meczach policji z opozycją

mówcy więziennego trochę zakamuflowanego

spikera i lektora w jednym

jednak jedynym nieodkrytym

Piotrogród to nie Leningrad

Wołgograd to nie Stalingrad

Moskwa to nie Ruś

Polska to nie Wschód

chrapanie psa to nie chrapanie człowieka

zobaczyłem się z nim we śnie

nie boję się już SB

boję się wiecznie żywego Breżniewa

na straży w każdym z nas


Ułaskaw mnie

Będę malował twój portret w myślach

myślę, że dam radę wykonać jeden w ciągu godziny

sekundy na opuszkach palców

zostawią czułe ślady

a smutek przeniesie je do mego wnętrza

do uwitego tam gniazdka miłości

portret pojawi się w bezczasie

jajko twej bluzki

owal Madonny

horyzont fabryczny

balony jak kwiaty na niebie

w tle zastygniętego piękna

gdy stworzę tysiąc złotych portretów

ożywię ten jeden

i będę cię błagał o łaskę

ułaskaw mnie

skazanego za śmiałość

Wąż

W tej dziedzinie nie jestem świadomy

lecz pokornie słuchający — to wystarczy

udostępniam swój warsztat i swoje narzędzia

a jest tego dużo i wysokiej klasy

(i tak na przykład fioletowe skrzydła motyla z aluminiowym sercem

na koniuszku języka żmii lecącej w statku kosmicznym króla Snuvet L.,

który to król jest komornikiem w wolnych chwilach wchodzącym w nasze układy gwiezdne, kochającym dobrze zjeść i żmije, z którymi kłóci się często gubiąc się i myląc — szkoda trochę tego motyla, lecz to codzienne śniadanie samiczej Z..)

taka aparatura może zawieść, bo jest skonstruowana

jak wszystko, co jest skonstruowane

miłość tworzę od wielu lat, lecz nawet dziś

po tylu latach kombinacji i przechwalań mistycznych,

rokowań metafizycznych

czaję się jak bym wcale miłości nie znał — czy to możliwe?

miłości, która nigdy nie zawodzi

tworzę — słucham

tylko dlatego brak tu sprzeczności

gdyż Oni są obok

Ona + Trójca to moja Czwórca

cóż z tą żmiją? — pyta nadmuchiwane jabłko

przecież to był wąż, zwykły wąż świadomości

co się żywi kurzem z drogi

Ty, co zawsze chciałeś to powiedzieć

Ty, co chciałeś wiedzieć jak długa będzie chwila finezji

w twoim regulowanym życiu

ty, co zawsze chciałeś to powiedzieć

tak, by śmiały się wszystkie kobiety świata

oto świat w którym płacz nabrzmiewa

dzieci szepczą na ucho coś Bogu

ten, co z dachu wieżowca powie — porzućcie

córki, matki, siostry, żony i kochanki

oddajcie się prawdziwej miłości

ten, którego piwnicę głowy zalegają

kruche, zeszłoroczne liście

ten, który zstępuje po sczerniałych schodach

dźwigając dwa wiadra deszczówki

ten, co chciał to powiedzieć

ten, co zaniósł wodę do oazy poprzez katakumby

oto, słowo maszeruje poprzez pustynię

ty, co zawsze chciałeś je wypowiedzieć

za nim

Oczyszczalnie ran

Oczyszczalnia ścieków tu na prowincji

jest niestety nieczynna

malinowy chruśniak, w którym wiją się czarne

przewody jak liszki i kiszki

jest za każdą stodołą to fakt

wydłubano oczy zegarom

spuszczono psy sumienia — powoli

kał oddawany jest jednak w stolicy

ja myślę zbyt nerwowo

czasem o równinie, czasem o wyżynie

czasem o prawdziwych górach

mam mniemania nieczyste o stolicy

Jak połączyć duchy telewizyjne z duchami leśnymi

— oto jest pytanie

jak je połączyć gdy las podchodzi pod drzwi domów

i prosi o główną rolę a serial się ku temu nie skłania

Wypisz wymaluj — władza

jakie słodkie imię a jakie nieczystości

wędrówki ptaków tu na południu są szczególnie widoczne

nad horyzontem zawsze ołów — najazd kamery — akcja

odrzutowce — ujęcie — ptaki, ptaki, ptaki

ptaki są w przewadze

Biały kożuch na mleku i na sercu

ale to państwo na rzece przez chwilę nie tonie

a fe — to fekalia

ale to państwo na ciele błyszczy zrazu

a fe — to świerzb

Noce i dnie walczą ze sobą

prawie nie łączą się, nie dotykają

powoli, powoli, trucizna musi wypłynąć

z tej rany w boku krwawiącym otwartym

inwestycja opatrunkowa obliczona na stulecia

ludzie Wałęsy siedzą

samoloty lecą, lecą, lecą

lecą do lepszych krajów

gdzie funkcjonują jakieś oczyszczalnie

ran

Przywiązanie do rzeczy niemających żadnej wartości

Czasem wydaje się, że wszystko, co robimy

jest takie małe i nieistotne

to znów powstaje mniemanie, że nasze myśli

są tak ulotne, prawie nieistniejące

jak kolory kwiatów

Nie ma czystej krwi pobratymców?

Już nie ma prawdziwych twórców czystej krwi

w radio półszlachetne koziorożce żują trawę

słyszę ich odgłosy

w telewizji żrą skorpiony pozbawione kolców jadowych

i skarabeusze gleby nienawożonej

widzę jak z paszczęk wypadają im resztki pożywienia,

które daje się zwykle wierzchowcom czystej krwi

Płacz kochanie, gdy zrozumiesz,

że przynależysz do tego społeczeństwa

nibyludzi w nibykraju

wiatr nie przynosi odgłosów z serca czystej pustyni

rzeki nie wypływają z serc

może mi się tylko tak wydaje, ale chyba

już nie umiem mówić, już nie umiem słuchać

kaszlę sam, cmokam sam, trwam pośród elektromagnetycznych fal

nibykomet, nibypiorunów, nibyzórz

już nie ma kto przykryć ludzi we śnie

ciężką pokrywą silosu atomowego

nie ma ludzi chorych w ogniu, zdrowych w chrześcielnicach

nie ma co kochać

nie ma do kogo mówić

nie ma czystej krwi pobratymców?

Tracę pośród was

Tracę pośród was

dlatego uciekam w samotność

moje myśli jak strusie

biegają po pustyni

chowają głowy w piasek

może szukają nieba wewnątrz ziemi

jak z dziecięcej bajki

tracę wszystko myśląc o serze

i pustce w jego dziurach

idę tam gdzie serce szuka spokoju

na drzewach baobabów

tu powieszeni schizofrenicy sinieją od paru lat,

och, bydlę we mnie przeżuwa przekaz światowej ligi

a czasem zwierzę we mnie mówi — hej!

graniaste bryły w nosie nie przesypują się w stosach

częściej niż raz na wiek

kule przesypują się z oka do oka jak w klepsydrze

częściej niż raz na dziesięć lat

gdy kruchość daje się złapać halucynacją

niewiele już mi pozostało siebie

tracę wśród was

zamykam się w łazience by kpić z pustej wanny,

która może przelać wodę lub krew

Zapalnik nienawiści

To takie proste kochać swoje glisty

jak swoją głowę

nienawiść utrzymywać tak, aby mielizna

nie została udokumentowana szeptem

na koniu-szkielecie nie wyprzedza mnie nikt

coś nie uosabia się

i sam nie jestem szkieletem

nie mam kosy i nawet kiru

lecz boję się całą noc

nikt uosabia się

czy mógłbym mieć prywatne więzienie i prywatnych więźniów

tak, wtedy dumnym krokiem wchodziłbym przez bramę

niosąc w wiklinowym koszu różne przysmaki

w odwiedziny przybywałbym jak Czerwony Kapturek

w przebraniu wilka

teraz jest niedzielny wieczór i trzymam głowę w dłoniach

upokorzony

postanawiam się zmienić to znaczy zmienić towarzystwo

charakter pisma, sposób pracy, akcent, wygląd zewnętrzny,

słownictwo

głowa zechce pękać na pół?

nienawiść jest w nią wetkniętym zapalnikiem

wyleci razem z trującymi gazami uczuć

reszta pozostanie

Tru tu tu

Upadnie wszystko

i nie zostanie nawet możliwość wyboru

nie wybierzesz ani łąki ani siebie

zostaniesz sam w Polsce

z wiankiem na głowie?

nie będzie czasu na sąd

tru tu tu tu tu

Mógłbym cytować fragmenty gazet codziennych

wykopać grób, przespać się w jego gliniastym brzuchu

lub nie robić nic a nic

przecież deszcz pada

gdzie jak gdzie ale tu

ludzie palą łąki umajone i siana

tru tu tu tu tu

Wszystko spadnie na Hiroszimę

serce, znieczulenie, świadomość

płaszczyzna w bieli u stóp Hebronu

nie mam żadnej wiary

wszystko jest relatywne

sokoli lot w dół, trach, uderzenie

tru tu tu tu tu

Kwiaty majowe we włosach

dziewczyny i za uchem chłopca

talerze, talerze latające

maja nas uratować

czekanie przed murem na cud,

gdy już nie można używać słów

czekanie jest jednak wyborem

tru tu tu tu tu

Gdy upadnie wszystko

czy upadnie mur?

wal w niego czołem, potylicą, kwiatem

ot i wszystko — upadnie jak deszcz to pewne

tru tu tu tu tu

Góra dobra

Jeszcze się boję się tej góry dobra

która jak Synaj piętrzy się we mnie

boję się wysiłku dla dobra

bo wiem, że takich szczytów jest milion

że na każdy z nich by się wspiąć

muszę zgiąć kark

i człowieczy dźwigać kamień

jak Mojżesz spychany jestem w dół

za którymś razem poznam Boga

w ogniu płonących samochodów

czerwono kwitnących kaktusów

w słowach wykutych w kamieniu

Moje góry, moja moralność, moje zjednoczenie

muszę pokonać wreszcie ten strach

zostawić wszystko i terror w mieście

i horror w domu i zbrodnie w telewizji

każdy dzień jest dla mnie górą

każdy człowiek jest dla mnie górą

każdy wiersz jest moją górą,

choć niezbyt wiele z niej widać

tak jak w Tybecie tylko szczyty i szczyty

szczyty ponad chmurami

ciężko jest na to patrzeć na jawie i w snach

łzy płyną po policzkach

łzy strachu czy radości?

w sumieniu twarzą w twarz z samym sobą

w krajobrazie kilometry kamiennej pustyni

i piętrząca się inercja w ciele

a tu trzeba schodzić w dół z kamieniem

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 41.04
drukowana A5
kolorowa
za 71.04