E-book
1.37
drukowana A5
23.63
Nowa Era

Bezpłatny fragment - Nowa Era


Objętość:
147 str.
ISBN:
978-83-65543-83-7
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 23.63

Prolog

Każdego wieczora większość ludzi zmęczonych po pracy zasiada przed telewizorem, by w spokoju obejrzeć najważniejsze wiadomości z kraju i ze świata. Czynią to, siedząc w swoich wygodnych fotelach, jedząc odgrzewaną kolację i delektując się spokojem, na który według nich zasłużyli. Mają do dyspozycji wiele kanałów, na których prezentowane są zazwyczaj te same informacje. Czasami są one pokazywane z różnych punktów widzenia i różnią się komentarzem, ale zazwyczaj dotyczą tego samego wydarzenia.

Jednak tego dnia, plan milionów widzów, zostaje drastycznie naruszony. Na ekranach ich telewizorów obraz w sekundzie znika i zaraz za nim pojawia się tak zwany „śnieg”, który starszym wiekiem ludziom, przypomina czasy problemów z transmisją.

Większość jednak zaskoczonych tym zjawiskiem szybko traci cierpliwość i zaczyna zmieniać kanały. Myśląc, że to problem jednej stacji, wciska nerwowo guzik na pilocie, by wysłuchać wiadomości, ale nic to nie pomaga. Na wszystkich kanałach pojawia się wciąż ten sam zaśnieżony obraz.

Po kilkunastu sekundach ich rosnącej frustracji pojawia się na ekranie logo — srebrnej trupiej czaszki powiewającej na czarnym tle. Każdy zasiadający przed telewizorem w porze wiadomości widział już wcześniej ten znak i wie, że należy ono do największej grupy terrorystycznej. Od lat świat się zmaga i walczy z nimi na dalekim wschodzie. Każdego dnia napływają nowe informacje o nalotach i walkach, jakie dochodzą w tamtym rejonie. Ostatnio wiele się mówiło o sukcesach grupy żołnierzy, wśród których znaleźli się także Polacy. Nagłośniono o tym wydarzeniu we wszystkich mediach. Pisano w gazetach i nazywano to wydarzenie początkiem końca krwawego ugrupowania. Przez to, tym bardziej nikt się nie spodziewał, zobaczyć ich znaku na własnych telewizorach.

„Witajcie butni Polacy — odezwał się nagle gruby, męski głos ukrywający się za powiewającym bezustannie logiem. — Od kilku tygodni szczycicie się zabiciem jednego z naszych liderów. Chwalicie się, jak to zabijając nas, przyczyniacie się do ratowania świata. Uważacie się za lepszych i bardziej godnych istnienia. Myślicie, że walcząc z dala od swoich domów, możecie robić wszystko, co chcecie. Otóż nie! Zrobiliście błąd, za który musicie srogo zapłacić. Przygotowaliśmy wam tydzień, który popamięta cały świat. Będziecie naszym przesłaniem. Zostaniecie kozłem ofiarnym, dzięki któremu wszyscy zrozumieją błąd, jaki zrobili, przystępując do wojny z nami. Wy, jak i wszystkie państwa sojusznicze, które atakujecie nasze ziemie, nie będziecie bezkarni wobec naszej potęgi. Szykujcie się na śmierć, bo idzie ona do was i w najmniej oczekiwanym momencie zapuka do waszych drzwi. Będzie to pokaz naszej siły i bezwzględności wobec okupanta, który najechał nasze ziemie. Cieszcie się ostatnimi dniami spokoju, bo nadchodzimy”.

Nagle głos ucichł i obraz zniknął. Zamiast niego ukazała się przerażona twarz dziennikarzy prowadzących wiadomości. Wstrząśnięci słowami terrorysty patrzyli na siebie nawzajem i choć wiedzieli, że są nadawani na żywo, nie byli w stanie wypowiedzieć ani słowa. Próbowali coś na szybko wymyślić, jeden z nich się zająknął, ale nie potrafił znaleźć odpowiednich słów komentarza. W końcu ktoś oprzytomniał na tyle, żeby przerwać nadawanie programu na żywo i puścił na ekrany milionów telewidzów reklamy.


***


Przez kolejne tygodnie od nadania przez terrorystów groźby o ataku na państwo Polskie, służby policyjne i wojskowe zostały postawione w stan najwyższej gotowości. Na ulicach pojawiły się ich wspólne patrole, a życie towarzyskie w miastach zamarło. Wszyscy bali się wychodzić z domów. Sklepy wielkogabarytowe zostały wzmocnione dodatkową ochroną i w większości tych placówek pojawił się zakaz wchodzenia do nich z plecakiem, czy większą torbą pod ręką. Ludzie bali się i mimo zwiększenia środków bezpieczeństwa zaczęli kupować w mniejszych sklepikach, unikając wszelkich skupisk ludzi. Koncerty oraz wszelkie masowe imprezy zostały zawieszone. Rywalizacje sportowe wszystkich lig zostały odwołane. Wszyscy z obawą wyczekiwali spełnienia gróźb bezwzględnych terrorystów. Każdego dnia wiadomości biły rekordy oglądalności. Ludzie zasiadali przed nimi i z uwagą słuchali informacji na temat działań policji i kolejnych aresztowaniach ludzi podejrzanych o terroryzm. Zatrzymywano i przesłuchiwano prawie wszystkich obcokrajowców pochodzących z dalekiego wschodu. Ludzie zaczęli się ich bać i unikać, biorąc ich za potencjalnych terrorystów albo chociażby ich pomocników.

Po kilkunastu dniach zaostrzonych działań i poszukiwań zagrożenia, rząd zaczął wydawać kolejne oświadczenia, pragnąc uspokoić wszystkich. Widząc, że gospodarka kraju cierpi, z powodu strachu, jaki opanował cały kraj, nakłaniał do powrotu do normalności i przekonywał o bezpieczeństwie, którego dodatkowo strzegli żołnierze na ulicach większości miast.

Trwało to ponad dwa miesiące, aż w końcu życie zaczęło powoli powracać do normalności. Ludzie mieli już dość życia w strachu i w ciągłym ukryciu. Zaczęli powoli pojawiać się w restauracjach i salach kinowych. Rząd chcąc wzmocnić w nich poczucie bezpieczeństwa, organizował darmowe koncerty, na które przychodziło po kilka tysięcy osób. Ich ilość z czasem rosła i z każdym dniem pozostawało coraz mniej wolnych miejsc. Ludzie zaczęli ufać zapewnieniom padającym w wiadomościach i licznych orędziach prezydenta. Pomału zapominali o groźbach terrorystów.

Po trzech miesiącach na ulicach miast życie powróciło do swojego starego trybu. Wróciły stare zmartwienia i skutecznie zamazały strach, który tak bardzo owładnął ich serca. Gdy nadszedł grudzień, zima zaczęła o sobie przypominać. Śniegu co prawda jeszcze nie było i według prognoz w najbliższych dniach nie można było się go spodziewać, ale za oknami już zaczynał panować siarczysty mróz. Na ulicach pojawiały się ozdoby świąteczne upiększające miasta i coraz wyższe choinki. Rząd chcąc całkowicie wymazać z pamięci groźbę ataku, urządził konkursy świąteczne: na najpiękniejszą choinkę w mieście, którą mógł przystroić każdy mieszkaniec miasta oraz na wystrój domu. By zachęcić wszystkich do zabawy, obiecano wysokie nagrody pieniężne dla zwycięzców konkursów. Miasta prześcigały się między sobą w wielkości i jakości swojego świątecznego drzewka. Każdy chciał mieć najpiękniejsze. Zbierano pomysły, tworzono specjalne projekty, wszystko by każdy zajmował się tylko i wyłącznie przygotowaniem do zbliżających świąt Bożego Narodzenia.

Gromadzili się w galeriach handlowych przeglądając i kupując przeróżne ozdoby świąteczne. Wszystkie witryny sklepowe zachęcały do wejścia. Każda inaczej przystrojona, ale wszystkie bardzo interesujące. Nikt się nie przejmował, że do wigilii pozostało jeszcze ponad połowa miesiąca. Każdy chciał poczuć już święta w swoim domu. Zapomnieć o wszystkich problemach, grożącym im niebezpieczeństwie i zająć się czymś zupełnie innym.

Poniedziałek

Tak też było i w małym miasteczku na południu Polski, gdzie żył Marcin Rzęsa wraz ze swoją żoną Asią i sześcioletnią córką Zuzią. Mieszkali w czteropiętrowym bloku, na jednym z największych osiedli. Magda pracowała w galerii handlowej, gdzie zajmowała się sprzedażą butów, natomiast Marcin był pracownikiem magazynów leżących na obrzeżach miasta.

Gdy pracowali, dziewczynką z chęcią zajmowali się rodzice Marcina, którzy żyli tuż obok nich, w następnej klatce. Była oczkiem w głowie zarówno rodziców, jak i babci i dziadka.

Teraz gdy noc już nastała, oboje rodziców stojąc nad jej łóżkiem, przyglądali się jak słodko ich dziewczynka spała. Asia jeszcze pocałowała ją w czółko i przykrywając ją delikatnie kołderką, wyszli zostawiając uchylone drzwi do jej pokoju.

Marcin stanął przy oknie i wpatrywał się w dziesiątki świecących lampek w wysokim bloku naprzeciwko. Ludzie mieszkający tam już zaczęli przyozdabiać swoje mieszkania w przeróżne migające lampki. Niektórzy umieścili Mikołaja wspinającego się do ich okna, inni zamocowali lampki oświetlające ich balkon różnymi kolorami. Wszystko powoli wskazywało na to, że kolejne święta się zbliżały. Magda wzięła go za rękę i wyczuwając jego myśli, wyszeptała:

— Chyba czas przyozdobić i nasze mieszkanie.

Marcin tylko skinął głową uśmiechając się pod nosem. Znała go bardzo dobrze, była dla niego zawsze wsparciem i zarazem uzupełnieniem. Od kiedy tylko się poznali, potrafiła go wyczuć i rozszyfrować najskrytsze myśli. Kochali się nawzajem i życia poza sobą nie widzieli. Zuzia była ich dopełnieniem i to głównie dla niej postanowili jutro zająć się mieszkaniem. Zuzia od kilku dni naciskała ich na zmianę. Chciała poczuć magię świąt i to najlepiej już na początku grudnia. Pragnęła zmienić szary i smutny wygląd mieszkania. Gdy tylko wracali z pracy, atakowała ich nowymi pomysłami. Zamęczała coraz bardziej wymyślnymi ozdobami, aż w końcu dopięła swego.

Obiecali jej, że jutro Marcin po pracy weźmie ją na zakupy. Pozwolili jej wybrać ozdoby, które jej się spodobają i przyozdobić mieszkanie całkowicie według jej pomysłu.


***


Pierwszy dzień tygodnia rozpoczął się zupełnie normalnie. Wyjechał do pracy bardzo wcześnie.

Mając na uwadze obietnicę daną córce, przygotowywał się już od samego rana mentalnie na spacery po galerii handlowej. Nienawidził tego i unikał takich miejsc jak ognia. Nie lubił tłumów w sklepach, a w szczególności przedświątecznej gorączki, ale odwrotu już nie było.

Gdy tylko wrócił i otwarł drzwi do mieszkania, nie zdążył się nawet rozebrać, gdy Zuzia rzuciła mu się na szyję i od razu zaatakowała:

— Tata! Jedziemy już? Mam sto pomysłów jak przystroimy nasze mieszkanie! Tutaj będą wisiały kolorowe światełka, tam powieszę bombki, a na balkonie uwiesimy Mikołaja schodzącego po sznurku! Co ty na to?

— Tylko bez Mikołaja.

— Czemu? On jest najlepszy!

— Cześć Marcin — zdołała dopiero teraz dojść do słowa babcia Zuzi.

— Cześć, była grzeczna?

— Jak zawsze — odparła, uśmiechając się do swojej ulubionej i jedynej wnusi. — Ale niech ci opowie o szkole.

— A właśnie! — aż krzyknęła podekscytowana. — Zostałam wyróżniona! Pani powiedziała, żeby wszyscy brali ze mnie przykład.

— Co zrobiłaś?

— Narysowałam tak ładnie kotka, że dostałam szóstkę!

— Łał, Zuzia, gratulacje — powiedział, wyciągając rękę do przybicia „piątki”.

— Zawsze wam powtarzałam, że jestem mądra i zdolna, co nie?

— Oczywiście.

— Bój się ojcze — momentalnie spoważniała i twardym tonem dopowiedziała — bo od ciebie też będę mądrzejsza.

— Nie wątpię moja bystrzacho.

— To po babci ma — dodała babcia.

— Nie! — od razu odpowiedziała szczęśliwa. — To po mamie!

— Odwiedzimy ją dzisiaj.

— Zaraz po bombkach — odpowiedziała, szczerząc do niego swe białe, małe ząbki.

— Dobrze, że mama cię nie słyszy. Bombki ważniejsze od niej, nieźle córeczko.

— No, co? I tak zobaczymy się wieczorem.

Marcin już nie ciągnął tego tematu. Zaczął się rozbierać i tylko powiedział:

— Zjem i jedziemy.

— Zjesz na mieście. Mamy dużo do kupienia, nie ma czasu — odpowiedziała, zrywając z krzesła wcześniej przygotowaną kurtkę.

Spojrzał na Ewę, która uśmiechnięta uniosła również swój płaszcz.

— To chyba nie mam wyjścia.

— Dostałam od babci pieniądze, więc zaszalejemy tatuś — dodała, zakładając szalik.

Zerknął na swoją matkę i od razu usłyszał tłumaczenie:

— Nie macie nic, więc niech zajmie się tym smutnym mieszkaniem. Święta w końcu idą.

— A babcia jedzie z nami, wiesz?

— Babcia? Jak ją namówiłaś?

— Ma się swoje sposoby — odparła, unosząc wysoko swą małą główkę. Wszyscy się zaśmiali i już po chwili razem wyszli do samochodu.

Gdy tylko włączył silnik, Zuzia wyciągnęła z kieszeni kartkę i zaczęła czytać zapisane na niej nazwy sklepów, które muszą dziś odwiedzić. Dzięki dziadkowi udało się jej sporo ich wymienić, ale najbardziej zaskoczyła swojego tatę tym, że w każdym miała upatrzoną rzecz do kupienia.

— Skąd ty wiesz, czy to mają?

— Gdy mama poszła do pracy, dziadek włączył mi Internet. Razem szukaliśmy najlepszych rzeczy.

— Wszystko zaplanowaliście.

— A masz dużo pieniędzy? Bo wiesz, lista jest długa. Babcia sama powiedziała, żebyśmy nie żałowali.

— Bez przesady, całego sklepu nie wykupimy.

— No, tato wiesz, o czym ja mówię. Pamiętaj, że zgodziliście się, że to ja decyduję, co kupujemy. Mama mi to jeszcze dzisiaj potwierdziła.

— Wiem — odparł, od razu dodając z lekkim uśmiechem. — Nie wiem, co w nas wstąpiło.

Przejechali jeszcze kilka ulic i gdy na końcu już było widać olbrzymią galerię handlową, aż Zuzia krzyknęła ze szczęścia:

— Jest! Tatuś jesteśmy już na miejscu!

Gdy tylko wyłonili się zza zakrętu, od razu musieli stanąć w miejscu. Przed nimi ukazał się korek zbudowany z licznej grupy samochodów zmierzających na parking galerii.

— Super — komentował to niezadowolony z tego widoku Marcin.

— Pewnie zaraz ktoś wyjedzie — próbowała go uspokoić Ewa. — Trzeba chwilę poczekać.

— To mama chyba się dzisiaj nie nudzi. Tak dużo ludzi.

— Z pewnością wszyscy kupują, jakby mieli sklepy zamknąć na miesiąc — odpowiedział jej niezadowolony z tego widoku Marcin.

Z chęcią by zawrócił. Przełożył zakupy na inny dzień, ale zdawał sobie sprawę, że innego dnia sytuacja będzie bardzo podobna. Nie tylko mieszkańcy miasta, ale i okolic przyjeżdżali do galerii, by robić zakupy. W szczególności teraz, gdy święta się zbliżały. Poza tym wiedział jak bardzo zależało jego córce na zakupach i nie mógł z tego zrezygnować. Nie odezwał się już ani słowem, tylko stojąc wciąż w tym samym miejscu patrzył na tłumy pieszych poruszające się po chodnikach. Wszyscy kierowali się do galerii. Każdy chciał coś kupić na święta, akurat teraz. Jakby zmówili się przeciwko niemu. Już sobie wyobrażał te tłumy przeciskające się po alejkach. Ludzi rzucających się na każdą promocję. Goniących z pełnymi torbami zakupów, jakby nigdy nic wcześniej nie kupowali. Nienawidził tego okresu. Drażniło go wszystko. A co gorsza wciąż nie przesunęli się w kierunku wjazdu na parking ani o metr.

— Chyba dzisiaj nie uda się nam tam wjechać — powiedział mając nadzieję, że podzielą jego zdanie.

— To pojedziemy na inny parking. Rodzice mojej koleżanki Moniki często tak robią.

— Jaki parking?

— Mówiła, że gdzieś blisko. Wystarczy przejechać kawałek.

— Chyba wiem, o którym mowa — wtrąciła Ewa. — Jedź prosto, poprowadzę cię.

Opuścił korek i przejechał obok galerii, wjeżdżając do małej uliczki. Jechał wolno, wypatrując uważnie jakiegokolwiek znaku, aż w końcu znalazł. Skręcił w prawo i przed nimi ukazał się wielki plac, prawie w całości zapełniony samochodami. Widząc ich ilość, zrozumiał jak bardzo był zacofany w topografii swojego miasta. Nie było tutaj płatności, przez co wielu kierowców wybierało tę możliwość i zostawiało tutaj samochód.

— Moja dziewczynka — skomentowała wyczyn swojej wnusi babcia. — Co byśmy zrobili bez ciebie.

— Umarli — powiedziała lekkim tonem.

Zaparkowali w samym rogu i Zuzia od razu wyskoczyła zadowolona na zewnątrz.

— Ozdoby! Nadchodzimy! — krzyknęła pełna entuzjazmu nie spuszczając wzroku z galerii oddalonej od nich o kilkaset metrów.

— Zabrałaś listę? — zapytała ją babcia.

— Mam! — powiedziała unosząc ją wysoko.

Kiedy to powiedziała za jej plecami nagle coś eksplodowało. Huk był tak wielki, że szyby w okolicznych domach rozprysły się na tysiące kawałków. Marcin instynktownie zasłonił córkę swoim ciałem. Zuzia przerażona, nie wiedziała co się dzieje. Alarmy w samochodach same się włączyły, a tumany kurzu momentalnie pokryły całą okolicę. Zasypały stojące przed nimi samochody i sunęły prosto na nich. Marcin zakrywał ją swoim ciałem i nie otwierał oczu. Czuł na sobie małe ziarenka piasku, które wraz z kurzem leciały w ich stronę. Starał się rozejrzeć, dowiedzieć co się stało, jednak nie był w stanie niczego dostrzec. Zamiast tego usłyszał krzyki i płacz przerażonych ludzi, zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Czuł, jak serce bije mu coraz szybciej. W głowie pojawiały się coraz straszliwsze domysły, ale nie dopuszczał ich do siebie. Przecierał oczy, próbował rozgonić pył w powietrzu, lecz ono wcale się nie przerzedzało.

Nagle sylwetka mężczyzny pojawiła się tuż przed nim. Biegł on bardzo szybko i prawie wpadł na niego. W ostatniej chwili Marcin odsunął się na bok i zaraz za nim zobaczył kolejnych ludzi. Nie oglądali się za siebie, usta zakrywali dłońmi i ledwo widząc drogę przed sobą, biegli ile mieli tylko sił w nogach.

Marcin, widząc ich coraz więcej, otwarł samochód i wcisnął Zuzię do środka. Zaraz za nią wsiadła też babcia, a sam oparł się o maskę, pozostając na zewnątrz. Pod ręką poczuł grubą warstwę kurzu, którą były pokryte auta w stojących na parkingu samochodach.

Powietrze już się przerzedzało, a kurz powoli zaczął opadać na ziemię. Z każdą chwilą pole widzenia rosło i Marcin mógł dojrzeć ludzi wychodzących ze swoich domów i patrzących w jednym kierunku. Chwytali się oni za głowy, tulili do siebie, nie mogąc patrzeć na widok, który powoli pokazywał się ich oczom. Podążył za ich wzrokiem i aż wstrzymał oddech, widząc ogrom tragedii, jaka stała się przed ich oczami. Galeria handlowa, największy budynek w mieście, cel ich dzisiejszej wyprawy, leżał w gruzach. Ulice, chodniki, drzewa — wszystko było zasypane grubą warstwą pyłu i kurzu. Jedyne co udało mu się zauważyć to, to że zachodnia, największa część ogromnej galerii przestała istnieć. Dokładnie ta część, w której mieścił się sklep jego żony. Oderwana od całości była już tylko wielką stertą gruzu. Wszyscy stali w miejscu i wstrząśnięci tym widokiem patrzyli na ogrom zniszczenia.

— O mój Boże — usłyszał drżący głos Ewy, stojącej tuż obok niego.

— Może tam ktoś jeszcze żyje! — zawołała przebiegająca obok nich kobieta.

Jako pierwsza i jedyna ruszyła w kierunku gruzu.

— Ewo — rzekł do babci. — Wejdźcie do samochodu i poczekajcie tutaj. Ja jej pomogę.

— Gdzie ty idziesz? Oszalałeś?

— Tam jest Asia!

— Co się dzieje, babciu — zapytała nieświadoma tragedii Zuzia.

— Zaczekamy tutaj na tatę — próbowała ją uspokoić babcia. — Zaraz do nas wróci.

Skinęła tylko głową i obserwowała swojego tatę biegnącego za kobietą.

Marcin im bardziej zbliżał się do celu, tym bardziej doświadczał koszmaru, jaki wydarzył się na ich oczach. Pod pyłem i kurzem wszędzie leżały ciała martwych ludzi. Jedne w całości, inne poszarpane, zarówno dorośli, jak i dzieci. Były ich dziesiątki jak nie setki. W oddali dochodził do jego uszu płacz. Trochę dalej ktoś siedział cały we krwi z poważnymi obrażeniami, ale cudem uratowany od śmierci. Straszny to był widok i chciał zatrzymać się, pomóc, ale kobieta wciąż biegła, jakby widziała szansę, na uratowanie kogoś ze środka. Nie mógł tego nie wykorzystać, być może mogła być to szansa na uratowanie jego żony.

Im bardziej zbliżali się do gruzów, tym więcej widział martwych ciał. Zaczął wspinać się po kamieniach, by dojść na szczyt gruzu, gdzie było widać małą szczelinę. Kobieta dobiegła tam pierwsza i ostrożnie zbliżając się do niej, spojrzała do środka wołając:

— Słyszy mnie ktoś! Jest tam ktoś żywy?!

W oddali dobiegały już odgłosy syren zbliżających się do miejsca zdarzenia, a ludzie na ulicach wciąż stali wstrząśnięci nie mogąc zrozumieć, co się stało. Nie ruszyli do pomocy, tylko obserwowali z zaciekawieniem ich zmagania i robili zdjęcia telefonem komórkowym, jakby to była jakaś atrakcja godna uwieńczenia.

— Chyba coś słyszę — powiedziała do Marcina, gdy zdołał do niej dobiec. — Wchodzę tam.

Szczelina była głęboka i wąska. Szczątki kabin i pisuary na ścianie, które jeszcze się ostały po wybuchu zdradziły im rodzaj pomieszczenia, nad którym się znajdowali. Marcin widział jak sufity wciąż się sypały, a szczelina wcale nie wyglądała na bezpieczną drogę do środka. Ciemność panująca w jej głębi dodatkowo zniechęcała do jej wejścia, lecz jej to wcale nie przeszkadzało. Bez namysłu od razu zaczęła się przeciskać.

— Zaczekaj — próbował ją zatrzymać. — Ten budynek może w każdej chwili się osunąć.

— Tam ktoś żyje, trzeba go uratować.

— Ale nic nie słychać.

— Zostań tu i czekaj na ratowników, ja muszę to sprawdzić.

Zeszła do ledwo oświetlonej toalety i nawołując do odezwania się drugiej osoby zniknęła pod gruzami budynku. Do Marcina dobiegło jeszcze dwóch mężczyzn i od razu zapytali:

— Gdzie ona weszła?

— Idiotka? Nie wie, że to może w każdej chwili runąć.

Wtedy, jak na zawołanie, poczuli jak budynek poruszył się i kamienie pod ich nogami zaczęły się osuwać. Z trudem utrzymali swoje pozycje, ale szczelina zrobiła się jeszcze węższa. Mężczyźni popatrzyli na kawałek grubej ściany tuż nad ich głowami. Przechyliła się ona w ich stronę i wyglądała, jakby lada chwila miała zlecieć wprost na nich. Zaczęli więc wycofywać się, nie myśląc już o dzielnej kobiecie uwięzionej w szczelinie.

— Hej! Pomóżcie ją odkopać! Hej! — wołał do nich, ale ich strach był o wiele silniejszy.

Patrząc na wiszący nad jego głową potężny odłamek ściany zaczął odkopywać szczelinę. Bał się coraz bardziej, ale nie mógł pozostawić w środku samotnej kobiety. Szybko zaczął odsuwać kamienie próbując ją powiększyć i wołał do kobiety, mając nadzieję, że go usłyszy. Odrzucił sporo kamieni powiększając wyjście, ale wtedy znów budynek się osunął i kolejny gruz zaczął spadać do szczeliny. Marcin patrzył na ścianę, która pochyliła się jeszcze bardziej w jego stronę i znów się zatrzymała.

— Hej człowieku! Zejdź stamtąd! — usłyszał wołanie ratowników. — To zaraz poleci!

Marcin czuł jak mu serce bije trzy a może i nawet czterokrotnie szybciej niż zwykle. Nie wiedział co ma robić. Kolejne osunięcie z pewnością przewróci tą ścianę wprost na niego i nie pozwoli mu uciec. Jednak nie mógł zostawić tej odważnej kobiety samej. Mimo że jej w ogóle nie znał nie mógł na to pozwolić. Wrócił raz jeszcze do odkopywania szczeliny i raniąc ręce nerwowo odrzucał kolejne kamienie. Nie patrzył już na wiszącą nad nim ścianę. Kopał wciąż wołając do niej.

Gdy usunął jeden z większych kawałków gruzu, na zewnątrz ze szczeliny wyskoczyła w jego kierunku ręka dziecka.

— Wyciągnij ją, szybko! — od razu usłyszał znajomy głos.

Bez wahania pociągnął ją i zaraz ukazała mu się mała, przerażona i lekko ranna dziewczynka. Podobna do jego córki, którą zostawił w samochodzie. Od razu spojrzał na grożący im kawał ściany wiszący nad ich głowami i szybko rozkazał jej biec w kierunku ratowników. Nie wiedział co nim kierowało, by znaleźć się w takiej sytuacji. Dlaczego zdecydował się tak ryzykować dla nieznanych mu zupełnie ludzi, ale jedno wiedział na pewno, nie miał zamiaru ginąć tutaj zostawiając Zuzię samotną.


— Szybko, bo zaraz to wszystko się rozleci — rzekł do kobiety chwytając ją za rękę.

Kamienie zaczęły znów się ruszać. Kolejne osunięcie budynku. Pociągnął ją z całych sił i nawet nie patrząc na śmierć czyhającą nad ich głowami skupił się na wyciąganiu jej ze szczeliny.

Odepchnęła się od czegoś i wyskoczyła na zewnątrz w ostatniej chwili. Wtedy szczelina się zamknęła, a kamienie spadające z góry zaczęły lecieć prosto na nich. Marcin trzymając ją za rękę ciągnął ile miał tylko sił, by razem zbiec z gruzów przed ścigającą ich ścianą. Leciała ona w dół z ogromną prędkością i niszczyła wszystko, co miała na swej drodze. Kamienie roztrzaskiwały się pod jej ciężarem. Ratownicy, jak i wszyscy ludzie stojący na ulicach ze strachem patrzyli na ich nierówną walkę. Ściana była już tuż za ich plecami, wtedy Marcin dojrzał mały uskok tuż pod nimi.

— Padnij! — krzyknął i oboje wskoczyli do niego.

Betonowa ściana przeleciała nad ich głowami i dopiero zatrzymała się na samym dole tuż przed stojącymi tam ratownikami i ich sprzętem. Widząc to położyli się na kamieniach i zmęczeni ucieczką chwytali ciężko oddechy.

— O mały włos — powiedziała patrząc na uratowaną dziewczynkę, która przeżyła tylko dzięki ich pomocy.

Wsiadała właśnie do jednego z pojazdów pogotowia ratunkowego i zdążyła tylko nieśmiało pokiwać ręką w ich stronę, zanim zamknięto za nią drzwi.

— Podobno pani była tam w środku — usłyszeli za plecami czyjeś słowa. — Słyszała albo widziała pani jeszcze kogoś?

Wysoki ratownik kończył ubierać na siebie sprzęt i z niecierpliwością oczekiwał odpowiedzi.

— Nie, znalazłam tylko ją.

— Nie wiem co wam strzeliło do głowy, by się tam wspinać. Mogliście zginąć. — powiedział ostrzej, ale zaraz złagodniał i dodał już innym tonem. — Ale podziwiam waszą odwagę i determinację. Uratowaliście życie i tylko to się liczy. Teraz czas na nas.

— Jest szansa, żeby ktokolwiek to przeżył? — zapytał Marcin nie bardzo wierząc w cuda.

— Szanse są zawsze — odpowiedział mu krótko i zawołał swoich ludzi, by zaraz razem zacząć wspinać się po gruzowisku.

— Tato — usłyszał głos Zuzi.

Od razu podniósł się i zaczął rozglądać się wkoło. Nie wiedział, czy się przesłyszał, czy to faktycznie był jej głos, ale zaraz dobiegło do jego uszu kolejne wzywanie:

— Tato! Tutaj!

Spojrzał na policjantów, którzy w szybkim tempie kończyli już zabezpieczać teren biało-czerwoną taśmą. Przed gruzami teraz panował chaos, nad którym próbowali zapanować służby miejskie. Krzyczeli na ludzi tłumnie zbierających się i przeszkadzających im w pracy. Robili przejście dla ratowników i strażaków, którzy pomagali ludziom leżącymi na ziemi. Z każdą chwilą przybywało ich coraz więcej i od razu kierowali się do rannych. Kogo mogli to zabierali do ambulansów, innych opatrywali na miejscu, jednak większość ciał leżących na ziemi przykrywali czarnymi workami. Dla nich już nie było pomocy.

Marcin patrząc na to, w dalszym ciągu nie mógł uwierzyć, co się stało. Był w szoku, ale do jego uszu wciąż dochodziło wołanie jej córki.

W końcu ją ujrzał. Prześlizgnęła się pod rękoma młodego stróża prawa i przybiegła do niego rzucając się w jego ramiona.

— Tatusiu, gdzie mama?

Nie był w stanie jej teraz odpowiedzieć. Przytulił ją mocno i zapłakał. Nie chciał jej jeszcze nic mówić. Nie był na to gotowy. Kobieta patrząc na nich, domyśliła się odpowiedzi i współczuła im z całego serca. Jednak Zuzia nie dawała za wygraną:

— Żyje, co nie?

— Masz odważnego tatę, wiesz — wtrąciła chcąc uchronić go od odpowiedzi. — Uratował dwoje ludzi, to bohater.

— Bohater? — powtórzyła z podziwem patrząc na swojego tatę.

— W tym samochodzie siedzi dziewczynka, taka jak ty i żyje tylko dzięki twojemu ojcu. — popatrzyła na niego i zaraz dodała: — Ja w sumie też.

— Mamę też uratujesz? — zapytała patrząc mu prosto w oczy.

— Widzisz tych ludzi wspinających się w górę? — pokazała na ratowników. — Teraz oni tam wejdą i ich uratują. Musisz wierzyć, że im się uda.

— Wierzę.

— Wracaj do babci i jedźcie do domu — odezwał się Marcin przecierając zapłakane oczy. — Ja tu zostanę i poczekam.

— Ja też zostanę.

— Nie! Musisz wracać — spojrzał na Ewę wyłaniającą się z tłumu. — Już czeka na ciebie. Powiedz jej, że wrócę, jak tylko będę coś wiedział.

— Ale, tato.

— Chodź, zaprowadzę cię do babci — wtrąciła kobieta.

— Dziękuję.

— Wróć z mamą, dobrze?

Na to już nie odpowiedział. Nie miał sił kłamać. Odwrócił się w stronę gruzowiska i znów zapłakał. Nikt jeszcze nie był w stanie powiedzieć, co się tak naprawdę wydarzyło. Dlaczego doszło do eksplozji, ale nie wierzył w cuda. Zrezygnowany przyglądał się tylko pracy ratowników, zdając sobie sprawę, że szans na uratowanie kogokolwiek spod tej sterty gruzu nie ma.

— Jest pan ranny? — zapytał go młody ratownik.

Pokiwał tylko przecząco głową.

— Musi pan zejść na dół. Tutaj wciąż jest niebezpiecznie.

Po tych słowach czekał cierpliwie na odpowiedź, ale Marcin nie był w stanie z nim rozmawiać. Siedział na kamieniach i ze łzami w oczach wciąż tylko patrzył na ruiny, które zostały z największego sklepu w mieście.

Ratownik skinął głową na dwóch policjantów, którzy podeszli do niego i pomogli Marcinowi wstać.

— Pan pójdzie z nami — rzekli, tylko i chwytając go pod pachami sprowadzili na dół.

Nie miał sił ani ochoty na walkę z nimi, poddał się całkowicie nie spuszczając oka z gruzów.

— Niech pan wraca do domu — powiedział jeden z nich puszczając go w stronę gapiów zebranych za taśmą.

— Nie mogę, tam jest moja żona — zdołał wydusić z siebie.

— Zanim uda się ratownikom znaleźć jakieś dojście do środka miną godziny. Tutaj pan tylko przeszkadza im w pracy — odpowiedział mu beznamiętnym jeden z nich. — Jeśli znajdą kogoś, to dowie się pan z mediów.

— Proszę mi pan podać numer telefonu — wtrącił drugi. Wyobrażał sobie co teraz czuje Marcin i współczuł mu z całego serca. — Będę pana informował o postępach.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 23.63