Dedykacja
Dla wszystkich, którym kazano trzymać głowę nisko, a ręce w kieszeniach —
a którzy mimo to spojrzeli na morze.
Prolog
Tej nocy, gdy moja matka weszła do morza, całe Varrow zeszło na brzeg, żeby patrzeć, i nikt nie spojrzał na mnie.
Miałam dziesięć lat. Pamiętam to, bo tamtego ranka zaplotła mi włosy z niebieską wstążką i powiedziała: Dziesięć lat to już dość, żeby dochować tajemnicy, prawda, Brynnie? A ja odpowiedziałam, że oczywiście, i czułam się bardzo dorosła — aż do chwili, w której zrozumiałam, jaka to tajemnica.
Czarny Przypływ przychodzi raz na siedem lat. Kalendarze podadzą ci jego godzinę, a kapłani w Kaplicy Utopionych powiedzą, dlaczego przychodzi, ale nikt w Varrow nie potrzebuje ani jednych, ani drugich. Czuje się go w zębach. Morze cofa się z portu tak daleko, że łodzie rybackie leżą na boku w mule jak martwe mewy, powietrze gęstnieje i robi się zimne, a latarnie gazowe wzdłuż Promenady na Falochronie palą się na zielono zamiast na złoto. A potem, tuż przed północą, woda zawraca. Wraca czarna. Nie ciemna, jak morze bywa ciemne każdej nocy, tylko czarna jak wylany atrament, czarna jak wnętrze zamkniętej powieki — i nie wydaje przy tym żadnego dźwięku, kiedy znów wypełnia port.
Wtedy właśnie oblubienica wchodzi do wody.
Widziałam to już raz, kiedy miałam trzy lata, ale tego nie pamiętałam. Więc tej nocy, gdy odchodziła moja matka, myślałam, że widzę to pierwszy raz, i wydawało mi się to piękne. Tego nigdy nikomu nie powiedziałam. Pochodnie. Biała suknia o długich rękawach, wlokąca się po mokrym piasku. Strażnicy Soli w szarych płaszczach, ustawieni po obu stronach Schodów Oblubienic jak zęby grzebienia. Śpiew.
Mój ojciec nie żył już od dwóch lat, a Pip była jeszcze prawie niemowlęciem i spała na ramieniu starego Heska z tyłu tłumu. Hesk nie był naszą rodziną, nie naprawdę. Sprzedawał mamie suszone zioła, których nie powinna była kupować, i słoje, których nie powinna była mieć, a tamtego wieczoru stanął w naszych drzwiach, choć nikt go nie prosił, i powiedział: „Poniosę małą” — głosem, który brzmiał jak żwir pod butem.
Stałam więc sama z przodu, przy linie, tam gdzie wolno stać rodzinie oblubienicy, i patrzyłam, jak moja matka schodzi po schodach.
Nie wyglądała na przestraszoną. To druga rzecz, którą pamiętam. Wyglądała tak, jak wtedy, gdy pracowała późną nocą przy kuchennym stole przy zamkniętych okiennicach — z misą morskiej wody przed sobą, z dłońmi poruszającymi się nad nią i z poruszającymi się ustami. Skupiona. Wsłuchana w coś, czego ja nie słyszałam.
Kiedy dotarła na dół, miała wejść prosto w czarną wodę, podczas gdy Strażnicy śpiewali Hymn Daniny. Zamiast tego odwróciła się i podeszła do liny, do mnie, a Najwyższy Strażnik wydał z gardła dźwięk jak pies, który zobaczył coś, co mu się nie podoba.
Już wtedy był stary, Corvane. Miał twarz jak rzeźbiona świeca i bardzo jasne oczy, i był jedynym mężczyzną na brzegu, który nie śpiewał.
Matka uklękła przede mną na piasku. Rąbek białej sukni był już przemoczony. Wzięła moją prawą dłoń, odwróciła ją wnętrzem do góry, wcisnęła w nią coś i zamknęła moje palce obiema swoimi dłońmi.
— Sól pamięta — powiedziała. Cicho. Tylko do mnie.
— Nie rozumiem.
— Zrozumiesz. Trzymaj to blisko. Trzymaj blisko Pip. — Jej kciuki mocno wcisnęły się w moje kostki, tak mocno, że zabolało, a oczy miała bardzo błyszczące. — Nie pozwól im zobaczyć, co potrafisz. Nigdy. Obiecaj mi.
— Obiecuję.
— Dobra dziewczynka.
Pocałowała mnie w czoło. A potem podeszli Strażnicy, dwóch, i wzięli ją pod łokcie, delikatnie, tak jak mężczyźni są delikatni, kiedy wszyscy patrzą, i wprowadzili ją do morza.
Weszła po kolana, potem po pas, a biała suknia rozłożyła się wokół niej jak liść lilii wodnej. Hymn przybrał na sile. Czarna woda sięgnęła jej ramion. Potem brody.
A potem już jej nie było, woda była idealnie gładka i idealnie czarna, i śpiew ucichł.
Wszyscy poszli do domów. Tak to wygląda. Można by pomyśleć, że będzie coś jeszcze, jakaś ceremonia po wszystkim, ale nie ma nic. Pochodnie gasną, a ludzie wracają pod górę, ku ciepłym, oświetlonym oknom górnego miasta, rozmawiając półgłosem, i rano morze jest znów szare i zwyczajne, łodzie kołyszą się przy cumach, a przekupki wykrzykują ceny makreli. Miasto jest bezpieczne na kolejne siedem lat. Władca Odmętów ma swoją oblubienicę. Morze zostanie tam, gdzie jego miejsce.
Stałam na plaży, dopóki Hesk po mnie nie przyszedł. Nic nie powiedział. Położył tylko na chwilę wielką, szorstką dłoń na mojej głowie, a potem wziął mnie za drugą rękę, tę pustą, i odprowadził do domu, z Pip wciąż śpiącą na jego ramieniu.
Dopiero kiedy zostałam sama w łóżku, które dzieliłam z matką, otworzyłam pięść.
Na dłoni leżała perła. Nie biała, jak perły w oknach jubilerów na ulicy Świecowej, tylko szara — miękko, mgliście szara jak morska mgła o świcie — a kiedy podniosłam ją do okna, wydawało się, że ma w środku światło, bardzo słabe, jak świeca widziana przez wiele warstw gazy.
Była ciepła. Pozostała ciepła przez całą noc, choć tuliłam ją do policzka aż do rana.
Nadal jest ciepła.
Czternaście lat później to jedyna część mojej matki, jaka mi została, i dotrzymałam każdej obietnicy, którą jej złożyłam na tamtej plaży, z wyjątkiem jednej.
Zaraz ją złamię.
Rozdział pierwszy
Przypływ znowu był nie taki, jak trzeba.
Poczułam to, zanim zobaczyłam — tak jak w ciemności czuje się stopień, którego nie ma. Kucałam na śliskich czarnych skałach pod Przylądkiem Głuptaków ze zwojem smołowanej liny na ramieniu i z latarnią przysłoniętą pod płaszczem, a woda, która powinna była odpływać z półki skalnej, zamiast tego pełzła po niej w górę, lizała mi buty, o całą dłoń wyżej, niż kalendarz miał prawo przewidywać.
— Hesk — syknęłam.
— Widzę. — Jego głos dobiegł gdzieś znad mnie i z lewej, tam gdzie klif zawijał się w głąb, tworząc małą zatoczkę, z której korzystaliśmy całą jesień. — Trzeci raz w tym miesiącu.
— Czwarty.
— Liczysz?
— Ktoś powinien.
Usłyszałam, jak chrząka, co u Heska było ostatnio najbliższe śmiechowi. A potem przez wodę doszło do nas niskie, równe skrzypienie wioseł i zapomniałam o przypływie.
„Margery” wpłynęła bez świateł, jak zawsze — ciemniejszy kształt na ciemnym morzu. Był to pękaty mały kabotażowiec z Brenholdu, z kapitanem, który nie zadawał pytań, i z ładownią pełną rzeczy, których Strażnicy Soli z Varrow woleliby tam nie widzieć: południowej brandy, nieoclonej; tytoniu z Lusk, nieoclonego; trzech skrzyń zwykłych żelaznych gwoździ, które były po prostu zwykłymi żelaznymi gwoździami, bo nawet przemytnicy muszą łatać dachy. A pod gwoździami, zawinięte w ceratę, tuzin szklanych słojów z suszonym morszczynem, zatrwianem i szarą ambrą.
Składniki solnej sztuki. Zakazanej w Varrow od trzystu lat i karanej, jeśli cię z nimi złapano, odsiadką w celach Domu Strażników. Jeśli złapano cię, jak używasz ich, kara była prostsza. Przywiązywali ci kamienie do kostek i zrzucali cię z końca Długiego Mola, a całe miasto przychodziło popatrzeć.
To też widziałam. Dwa razy.
Rozwinęłam linę i rzuciłam obciążony koniec w stronę łodzi długim, płaskim łukiem. Ktoś go złapał. Minutę później pierwsza skrzynia sunęła wzdłuż liny w stronę skał, a ja ciągnęłam, ręka za ręką, z dłońmi palącymi nawet przez rękawice, a mokra lina śpiewała, ślizgając się.
Pracowaliśmy szybko i cicho. Hesk brał każdą skrzynię, która schodziła z liny, i zanosił w głąb zatoczki, do wąskiej szczeliny w tylnej ścianie, która prowadziła do starego tunelu rozbójników, a ja odsyłałam linę po następną. Przy czwartej skrzyni zaczęły mnie boleć ramiona. Przy ósmej ręce wydawały się cudze. Przypływ wciąż się podnosił. Sięgał mi już do kostek, zimny tak, że kości mi brzęczały.
Przy jedenastej skrzyni poczułam, że morze na mnie patrzy.
Nie da się tego powiedzieć lepiej. Próbowałam. To jak chwila w zatłoczonej sali, kiedy ktoś po drugiej stronie odwraca się i znajduje cię wzrokiem, a ty czujesz ciężar jego uwagi na policzku, zanim go w ogóle zobaczysz. Woda wokół moich butów znieruchomiała. Nie uspokoiła się — znieruchomiała, jakby każda jej kropla zatrzymała się, żeby nasłuchiwać.
I coś we mnie odpowiedziało.
Zawsze odpowiada. W tym cały problem. Nie przywołuję tego i nie chcę tego, ale to tam jest, zwinięte pod mostkiem jak śpiące zwierzę, i za każdym razem, gdy morze zwraca na mnie uwagę, unosi łeb. Poczułam sól w wodzie. Poczułam ją tak, jak czujesz własny język w ustach: każde ziarenko, każdą drobinę, ogromną, migotliwą sieć rozciągającą się od moich kostek w czarne morze, aż po horyzont i w dół, w dół, dalej, niż mogłam sięgnąć. I poczułam, że ta sieć ciągnie. Napiera w stronę miasta. Naciska na coś, czego nie widziałam, tak jak tłum napiera na bramę.
— Brynn.
Wróciłam do siebie z szarpnięciem. Ręce przestały mi się poruszać. Skrzynia kołysała się na linie dwa metry od brzegu, ociekając wodą.
— Brynn, lina.
— Przepraszam. — Pociągnęłam. Ręce mi się trzęsły. Zmusiłam je, żeby przestały. Nie pozwól im zobaczyć, co potrafisz. — Przepraszam. Skurcz.
Hesk nic nie powiedział, ale czułam, że mnie obserwuje, kiedy odbierał skrzynię. Był jedną z dokładnie dwóch żyjących osób, które wiedziały, kim jestem, a druga miała czternaście lat i spała w naszym pokoiku na poddaszu nad sklepem z towarami okrętowymi przy ulicy Pell — i zamierzałam, żeby tak zostało aż do mojej śmierci.
Dwunasta skrzynia zeszła z liny. Na wodzie ktoś na „Margery” zagwizdał dwa razy, cicho, i wiosła znów zaczęły skrzypieć, oddalając się. Zwinęłam linę. Palce miałam zdrętwiałe.
— Światła — powiedział Hesk.
Podniosłam wzrok.
Daleko wzdłuż łuku zatoki, tam gdzie ścieżka na klifie schodziła z górnego miasta, kołysały się trzy latarnie. Nie ciepły żółty blask lamp rybackich. Płaskie, niebieskawe białe światło lamp Strażników, takich, w których do oleju dodaje się coś, czego reszcie z nas nie wolno kupować.
— Patrol — powiedziałam.
— Patrol tak daleko nie chodzi.
— Dziś chodzi. — Już się poruszałam, wspinając się po skałach w stronę zatoczki. — To noc przed Losowaniem. Będą na całym wybrzeżu pilnować, żeby nikt nie próbował przewieźć córek łodzią do Brenholdu.
To się zdarzyło za czasów mojej babki. Cała rodzina, jak głosi opowieść, próbowała przeprawić swoją dziewczynę przez cieśninę w noc przed Czarnym Przypływem. Strażnicy znaleźli łódź następnego ranka, pustą i dryfującą, z wiosłami wciąż w dulkach. Rodziny nikt nigdy nie odnalazł. Ludzie wciąż opowiadali to dzieciom, jakby to była lekcja o morzu.
Ja zawsze uważałam, że to lekcja o Strażnikach.
Wnieśliśmy ostatnią skrzynię do tunelu i zasunęliśmy na wejście zasłonę z wyrzuconego drewna i zgniłych wodorostów akurat w chwili, gdy światła dotarły na szczyt zatoczki. Hesk pociągnął mnie za półkę skalną. Leżeliśmy na brzuchach na mokrych otoczakach z twarzami przyciśniętymi do kamieni, a ja słuchałam chrzęstu butów nad nami i głosów.
— …nic tu nie ma, sierżancie.
— To nic nie znajdziemy i pójdziemy do domu. Sprawdź zatoczkę.
Snop tego okropnego niebieskiego światła przesunął się po skałach metr od mojej głowy. Wstrzymałam oddech. Obok mnie Hesk leżał zupełnie bez ruchu, kupa starego płaszcza i jeszcze starszych kości, i pomyślałam, nie pierwszy raz, że musiał robić to bardzo wiele razy, zanim się urodziłam.
Światło odsunęło się. Potem wróciło. Zatrzymało się na zasłonie z drewna.
Poczułam, jak serce podchodzi mi do gardła.
I morze, które przez całą noc mnie słuchało, przyszło.
To była tylko fala. Tak powiedziałby każdy, kto ją widział. Duża, nie na tę porę, wtoczyła się do zatoczki znikąd i rozbiła się biało o skały z hukiem, od którego zadrżały otoczaki pod moim brzuchem. Zalała zasłonę. Zalała mnie i Heska. Popłynęła w górę ścieżki i podcięła Strażnikowi z latarnią kolana; usłyszałam, jak krzyczy i się zatacza, a potem światło zgasło z sykiem.
— Na świętych i utopionych…
— W tył! W górę ścieżki, idioci, przypływ się odwraca…
Poszli. Słyszałam, jak się gramolą, przeklinają, ślizgają na mokrych kamieniach. Odgłos ich butów ucichł w górze klifu, w stronę miasta.
Leżałam, a woda spływała wokół mnie, słona woda ciekła mi z włosów do oczu, i przez długi czas się nie ruszałam.
— To ty? — zapytał w końcu Hesk. Bardzo cicho.
— Nie — powiedziałam.
To była prawda. Nie przywołałam jej. Nie popchnęłam. Leżałam z sercem w gardle i chciałam, tak jak się czegoś chce bez słów, a morze po prostu… odpowiedziało.
Nigdy wcześniej to się nie zdarzyło.
Hesk powoli usiadł. Wykręcił koniec brody. W ciemności ledwie widziałam zarys jego twarzy, starą bliznę po nożu biegnącą przez lewą brew i mleczne oko pod nią.
— Idź do domu, do siostry — powiedział. — Zajmę się skrzyniami.
— Hesk…
— Idź do domu, dziewczyno. Jutro Losowanie. — Zamilkł na chwilę. — Włóż coś z długimi rękawami. Ręce ci świecą.
Spojrzałam w dół.
Miał rację. Słabo, tak słabo, że mogło mi się wydawać, z koniuszków moich palców sączyło się blade szare światło, jak światło w środku perły mojej matki.
* * *
Varrow zbudowano jak schody, które ktoś upuścił z klifu. Górne miasto stoi na cyplu — biały kamień, łupkowe dachy i wielka szara bryła Domu Strażników z siedmioma wieżami. Dolne miasto rozlewa się stamtąd krętymi serpentynami aż do portu, a na samym dole, przyciśnięte do starego falochronu, leży Zapadlisko.
Tam mieszkamy. Każdy, kto mieszka w Zapadlisku, wie, skąd ta nazwa, a nikt z górnego miasta nigdy nie wymawia jej na głos.
Szłam ulicą Pell trochę po drugiej w nocy, z płaszczem zapiętym pod brodę i rękami wciśniętymi głęboko w kieszenie. Latarnie gazowe były zgaszone — w Zapadlisku zawsze gaszą je po północy, żeby oszczędzać olej — ale księżyc świecił dość jasno, żeby widzieć, i dość jasno, żeby zobaczyć, że woda w rynsztokach płynie w złą stronę. Pod górę, odrobinę. Jakby morze u stóp ulicy brało wdech.
Trzy domy od sklepu Pellowowie znów obłożyli drzwi workami z piaskiem. Izbę od frontu starej Matki Pellow zalało dwa razy od lata. Jej wnuk poszedł do Domu Strażników prosić o pomoc i wrócił z drukowaną broszurą o znaczeniu modlitwy.
W sklepie było ciemno. Weszłam od tyłu, obok beczek z olejem do lamp, zwisających zwojów liny i worków wosku świecowego, od których cały parter pachniał jak kościół. Pan Abernathy, właściciel, odstępuje nam pokoik na poddaszu za pół zwykłego czynszu w zamian za to, że prowadzę mu księgi, bo oczy mu siadły, a jego bratanek nie umie liczyć dalej niż na palcach. To dobry układ. Najlepszy układ, jaki kiedykolwiek udało mi się zawrzeć, i wywalczyłam go sama.
Wspięłam się po drabinie w samych pończochach, żeby jej nie obudzić. Nie udało się.
— Jesteś cała mokra.
Pip siedziała na łóżku z kocem narzuconym na ramiona, a jej ciemne włosy sterczały z jednej strony, jak zawsze. Czternaście lat, a wciąż spała jak kot, zwinięta w kłębek, i budziła się jak kot — od razu i całkiem przytomna.
— Śpij.
— Mówiłaś, że wrócisz do północy.
— Łódź się spóźniła.
— Pachniesz morzem.
— Byłam w morzu, Pip. Zwykle tak to działa. — Zdjęłam płaszcz i przewiesiłam go przez krokiew, żeby ociekł. Koszula pod spodem też była przemoczona, więc odwróciłam się do niej plecami, żeby ją zmienić — i żeby schować ręce. Poświata zgasła w drodze do domu. Tak myślałam. Nie byłam pewna.
— To byli Strażnicy?
— Nie.
— Kłamiesz.
— Jestem zmęczona. To co innego. — Włożyłam suchą koszulę nocną i usiadłam na brzegu jej łóżka. Patrzyła na mnie w świetle księżyca oczami naszej matki — szarymi, bardzo jasnymi, zbyt starymi jak na jej twarz. — Był patrol. Nie widzieli nas. Wszystko w porządku.
— Nie jest w porządku. Gdyby cię złapali…
— Nie złapali.
— Jutro, Brynn.
Wiedziałam, co ma na myśli. Przez chwilę nic nie mówiłam. Za oknem morze było ciemną, lśniącą linią za dachami, i słyszałam je, bardzo słabo. Brzmiało bliżej, niż powinno.
— Nie wylosują cię — powiedziałam.
— Nie wiesz tego.
— W tym mieście są cztery tysiące dziewcząt między szesnastym a dwudziestym piątym rokiem życia. Ty masz czternaście. Nawet nie jesteś na liście.
— Dziewczyna Hallardów miała piętnaście.
— Dziewczyna Hallardów skłamała co do wieku, żeby wpisano ją na listę, bo jej rodzinie za to zapłacono, i dobrze o tym wiesz, a to było dwadzieścia jeden lat temu. — Wzięłam jej twarz w dłonie. Policzki miała ciepłe. — Nie wylosują cię, Pip. Ani w tym roku. Ani nigdy. Słyszysz?
Długo patrzyła mi w oczy. Potem skinęła głową, coś w jej twarzy się rozluźniło, położyła się, a ja otuliłam ją kocem.
Siedziałam na brzegu łóżka, dopóki jej oddech nie stał się powolny i równy. Potem poszłam do swojej pryczy pod okapem, położyłam się i wpatrywałam w sufit.
Nie powiedziałam jej reszty.
Nie powiedziałam jej, że dwa tygodnie temu prowadziłam księgi pana Abernathy’ego, a on wysłał mnie do Domu Strażników z dostawą łojowych świec, i kazano mi czekać w bocznym korytarzu, kiedy urzędnik je przeliczał. I że urzędnik zostawił swoją księgę otwartą na biurku, a ja umiem czytać do góry nogami.
I że ta księga była listą do Losowania.
I że obok imienia mojej siostry — Filipa Calder, lat czternaście, ulica Pell, Dzielnica Dolna — ktoś dopisał drobnym, starannym pismem jedno słowo.
Sól.
Rozdział drugi
Losowanie odbywa się na Placu Daniny w południe siódmego dnia przed Czarnym Przypływem, a obecność nie jest obowiązkowa w tym samym sensie, w jakim nieobowiązkowe jest oddychanie.
O jedenastej plac był pełen. O wpół do dwunastej tłum wylał się w boczne uliczki i na schody Kaplicy Utopionych, dzieci siedziały ojcom na ramionach, a przekupki z Zapadliska rozstawiły na rogu stragan z gorącymi pasztecikami z węgorza, bo w Varrow da się zarobić na wszystkim, jeśli jest się dość szybkim.
Stałam z tyłu, z Pip przyciśniętą do boku. Włożyłam swoją jedyną porządną suknię, szarą, wełnianą, z długimi rękawami, upięłam Pip włosy, żeby wyglądała starzej, potem je rozpuściłam, żeby wyglądała młodziej, a potem ona kazała mi przestać się krzątać i upięła je sama.
— Ściskasz mi rękę — powiedziała.
— Przepraszam.
— Dalej ściskasz.
Zmusiłam się, żeby puścić.
Podest do Losowania stał na środku placu — wysoka drewniana scena udrapowana szarymi i niebieskimi chorągiewkami, którą służba Strażników wynosiła raz na siedem lat, a przez resztę czasu trzymała w piwnicach Domu Strażników. Stała na niej wielka brązowa urna wysoka jak mężczyzna, zielona ze starości, a wokół urny stała Siódemka.
Strażnicy Soli z Varrow. W teorii to siedmiu najbardziej szanowanych obywateli miasta, wybieranych przez cechy, by pilnowali Paktu z Władcą Odmętów i utrzymywali falochron w dobrym stanie. W praktyce to siedmiu starców w szarych płaszczach, którzy mieszkają w Domu Strażników, są właścicielami większości górnego miasta i których nikt nie wybierał za ludzkiej pamięci. Kiedy któryś umiera, pozostała szóstka wybiera następcę. Kiedy cechy poskarżyły się na to osiemdziesiąt lat temu, cechmistrzowie zaczęli tonąć w niefortunnych wypadkach na łodziach, i cechy przestały się skarżyć.
Najwyższy Strażnik Corvane stał pośrodku, przed urną.
Nie zmienił się. To zawsze najbardziej mnie w nim przerażało. Miałam dziesięć lat, kiedy ostatnio widziałam go z tak bliska, a teraz miałam dwadzieścia cztery, a on wyglądał dokładnie tak samo: wysoki, chudy i bardzo wyprostowany, ze srebrnymi włosami zaczesanymi do tyłu z wysokiego, łysego czoła i z tą woskową twarzą jak rzeźbiona świeca. Oczy miał tak jasne, że prawie białe. Podobno miał dziewięćdziesiąt lat. Ludzie mówili, że to zdrowe życie. Ludzie mówili, że to morskie powietrze.
Ja zawsze myślałam, że wygląda jak coś, co za długo trzymano w słoju.
W południe zabiły dzwony Kaplicy i plac ucichł.
Corvane wystąpił na przód podestu. Nie podniósł głosu. Nie musiał. Plac ma swoją sztuczkę — coś w tym, jak stoją wokół niego budynki — dzięki której głos z jego środka niesie się do każdego zakątka, a Strażnicy wiedzą o tym od dawna.
— Obywatele Varrow.
Cztery tysiące ludzi wstrzymało oddech.
— Trzysta lat temu nasi przodkowie stanęli na krawędzi zagłady. Morze powstało przeciwko nam. Pochłonęło w całości stare miasto Morvain, w ciągu jednej nocy, i pochłonęłoby po nim Varrow, gdyby założyciele tego Domu nie zeszli na brzeg i nie zawarli umowy z mocą spod fal. — Zrobił pauzę. — Pakt. Oblubienica, raz na siedem lat, oddana dobrowolnie i z honorem, Władcy Odmętów. A w zamian morze się wstrzymuje. Nasze miasto stoi. Nasze dzieci rosną.
Poczułam, jak palce Pip znów wsuwają się w moje.
— Nie prosimy o to lekko — mówił Corvane. — Nie prosimy o to z radością. Ale prosimy, bo to cena każdego oddechu, jaki bierzecie w tym mieście. Każdego posiłku. Każdego paleniska. Każdego życia. — Jego jasne oczy omiotły tłum. — Dziewczyna, której imię dziś wylosujemy, poniesie tę cenę za nas wszystkich. Będzie czczona ponad wszystkie inne kobiety w Varrow. Jej rodzina będzie zaopatrzona do końca swoich dni. A jej imię zostanie wyryte na Schodach Oblubienic obok wszystkich, które odeszły przed nią.
I będzie martwa, pomyślałam. I za miesiąc żadne z was nie będzie pamiętać jej twarzy.
Imię mojej matki jest na Schodach Oblubienic. Elinor Calder. Trzydziesty ósmy stopień od góry. Chodziłam czasem na nie popatrzeć, w złe noce. Litery już zaczynały się zacierać.
Corvane odwrócił się do urny.
Obok stała drabina, a na drabinie Strażnik, młodszy — młodszy jak na Strażnika, rzecz jasna; nie mógł mieć więcej niż sześćdziesiąt lat — który wspiął się i sięgnął przez krawędź gołym ramieniem, aż po bark. Słyszeliśmy szelest papierów. Cztery tysiące karteczek, na każdej imię. Mieszał je długo. To część ceremonii. Ma pokazać, że wybór jest uczciwy, że to wybór morza, a nie kogokolwiek innego.
Pomyślałam o księdze. Sól.
Pomyślałam o matce, klęczącej na piasku. Nie pozwól im zobaczyć, co potrafisz.
Pomyślałam: Ona wiedziała. Wiedziała, że ją wybrali. Wiedziała dlaczego.
Strażnik wyciągnął ramię. Między dwoma palcami trzymał jedną karteczkę, złożoną na pół. Zszedł z drabiny i podał ją Corvane’owi, a Corvane ją rozłożył, przeczytał, i jego twarz nie zmieniła się ani trochę.
— Filipa Calder — powiedział. — Z ulicy Pell. Dzielnica Dolna.
* * *
Następnych kilku sekund nie pamiętam zbyt dobrze.
Pamiętam dźwięk, jaki wydał tłum — długi, niski wydech, jak morze cofające się z plaży. Pamiętam odwracające się głowy, falę głów szukających imienia, a potem jakąś kobietę obok nas mówiącą: „To ta dziewczyna ze sklepu z towarami okrętowymi, to najmłodsza Elinor”, a potem wszyscy na nas patrzyli. Pamiętam, jak ręka Pip zupełnie zwiotczała w mojej.
I pamiętam, że pomyślałam, bardzo jasno i spokojnie: Ona ma czternaście lat. Nie spełnia warunków. Będą musieli losować jeszcze raz.
— Ona ma czternaście lat — powiedział ktoś głośno, i zdałam sobie sprawę, że to ja.
Plac znów ucichł.
Puściłam rękę Pip. Ruszyłam do przodu. Tłum rozstąpił się przede mną, tak jak rozstępują się tłumy, bez niczyjej decyzji. Doszłam aż do podnóża podestu, spojrzałam w górę na Corvane’a i powtórzyłam, głośniej.
— Moja siostra ma czternaście lat. Nie ma jej na liście. Nie może jej być na liście.
Corvane spojrzał na mnie z góry. Przez długą chwilę nic nie mówił.
Potem jeden z pozostałych Strażników — gruby, ze złotym łańcuchem na brzuchu — pochylił się i powiedział:
— Listę zmieniono tej wiosny, dziewczyno. Z rozporządzenia Domu. Wiek uprawniający wynosi teraz czternaście lat.
— Zmieniono.
— Wywieszono na drzwiach Kaplicy w kwietniu. To nie nasza wina, że Zapadlisko nie umie czytać.
Ktoś w tłumie się zaśmiał. Niewiele osób. Jedna czy dwie.
Nie odwróciłam wzroku od Corvane’a.
— Zrobił pan to dla niej — powiedziałam. — Zmienił pan prawo dla niej.
— Uważaj na język — powiedział gruby Strażnik.
— Dlaczego?
— Uważaj na język, bo każę ci go wyciąć z…
— Spokój, Aldousie. — Corvane podniósł długą białą dłoń i gruby Strażnik zamknął usta. Corvane nadal na mnie patrzył. Coś poruszyło się za tymi jasnymi oczami. Zainteresowanie, pomyślałam. Tak jak kot interesuje się myszą, która wbrew wszelkiemu rozsądkowi postanowiła stać w miejscu. — Jesteś starszą siostrą.
— Tak.
— Brynn Calder. Córka Elinor.
Nie wiedziałam, że zna moje imię. Zimny palec przesunął mi się po kręgosłupie.
— Tak.
— W takim razie znasz prawo równie dobrze jak każdy. Imię zostało wylosowane. Imię zostaje uczczone. Taki jest Pakt. — Złożył karteczkę jeszcze raz na pół, starannie, i wsunął ją za pazuchę szarego płaszcza. — Twoja siostra zostanie dziś po południu przyprowadzona do Domu Strażników, aby rozpocząć przygotowania. Możesz ją odwiedzać. Oczywiście.
Zaczął się odwracać.
— Zajmę jej miejsce.
Powiedziałam to, zanim wiedziałam, że to powiem. To nieprawda. Wiedziałam od chwili, gdy przeczytał jej imię. Wiedziałam, chyba, od kiedy dwa tygodnie temu przeczytałam tamtą księgę i co noc leżałam potem bez snu ze słowem sól wypisanym od spodu powiek.
Corvane zatrzymał się.
— Prawo — powiedziałam, a głos miałam spokojny, co mnie zaskoczyło — pozwala, by siostra stanęła za siostrę. Albo kuzynka za kuzynkę. Jeśli jest pełnoletnia i niezamężna, i ofiaruje się dobrowolnie. To jest w Pakcie. Artykuł dziewiąty. — To też przeczytałam. Przeczytałam wszystko, co wpadło mi w ręce. — Mam dwadzieścia cztery lata. Nie jestem zamężna. Ofiaruję się.
— Brynn, nie…
To była Pip, za mną. Nie odwróciłam się. Gdybym się odwróciła, nie dałabym rady tego zrobić.
Corvane patrzył na mnie bardzo długo. Cały plac milczał. Gdzieś nad portem krzyknęła mewa, a ja słyszałam morze, słabe i miarowe, oddychające u podnóża miasta.
— Wejdź na górę — powiedział.
Weszłam po schodach na podest. Nogi miałam jak cudze, ale niosły mnie. Sześciu pozostałych Strażników patrzyło, jak podchodzę. Gruby, Aldous, wyglądał na wściekłego. Niektórzy inni wyglądali na znudzonych. Jeden z nich, zgarbiony mężczyzna na samym końcu, z palcami poplamionymi atramentem, patrzył na mnie z wyrazem twarzy, którego w ogóle nie umiałam odczytać.
Corvane wyciągnął rękę.
Z początku nie rozumiałam, czego chce. Potem zrozumiałam. Oblubienica podaje rękę Najwyższemu Strażnikowi, przed całym miastem, na znak, że idzie z własnej woli. Widziałam to na rysunku mojej matki w Kaplicy. Nigdy nie widziałam tego na żywo.
Położyłam dłoń w jego dłoni.
Skórę miał zimną i suchą, jak papier zostawiony zimą na parapecie. Jego palce zacisnęły się na moich, obróciły moją dłoń, a kciuk spoczął po wewnętrznej stronie nadgarstka, dokładnie na pulsie.
I poczułam, jak ciągnie.
Słabo. Tak słabo, że gdybym nie spędziła poprzedniej nocy, czując, jak patrzy na mnie morze, nie rozpoznałabym, co to jest. Ale rozpoznałam. Coś wypłynęło ze mnie, przez nadgarstek, w jego kciuk — nić tego szarego ciepła, które mieszkało pod moim mostkiem — i poczułam, jak śpiące we mnie zwierzę drgnęło i wyszczerzyło zęby, i szarpnęłam je z powrotem, zanim zdążyłam pomyśleć.
Palce Corvane’a zacisnęły się mocniej. Tylko na sekundę.
A potem się uśmiechnął.
Nigdy przedtem nie widziałam, żeby się uśmiechał. Nikt nie widział. Uśmiech poruszył tylko dolną połowę jego twarzy i trwał odrobinę za długo.
— Och — powiedział cicho, tylko do mnie. — Och, tak. Ty nadasz się dużo lepiej.
A potem uniósł moją rękę nad moją głowę, odwrócił mnie twarzą do placu i powiedział głosem, który niósł się do każdego zakątka Placu Daniny:
— Obywatele Varrow. Wasza oblubienica.
Tłum wiwatował. Oczywiście, że tak. Zawsze wiwatują. To nie ich siostra i nie ich córka, a morze zostanie tam, gdzie jego miejsce, przez kolejne siedem lat.
Szukałam wzrokiem Pip ponad ich głowami i nie mogłam jej znaleźć. Szukałam Heska i też go nie znalazłam. Stałam na podeście z ręką uniesioną w zimnym, papierowym uścisku Najwyższego Strażnika Varrow, podczas gdy cztery tysiące ludzi wiwatowało na cześć mojej śmierci, i myślałam o perle, którą dała mi matka, wszytej w rąbek mojej szarej wełnianej sukni, gdzie nikt nigdy by jej nie znalazł.
Była ciepła przy mojej kostce. Cieplejsza niż kiedykolwiek.
Prawie jakby parzyła.
Rozdział trzeci
Dali mi pokój na szczycie trzeciej wieży Domu Strażników, z łóżkiem z baldachimem, kominkiem i oknem wychodzącym prosto na morze, i z zamkiem po zewnętrznej stronie drzwi.
— Dla twojego bezpieczeństwa — powiedziała pokojówka, która mnie wprowadziła. Była to chuda, nerwowa kobieta koło czterdziestki, o spierzchniętych dłoniach, i nie chciała spojrzeć mi w oczy. — Są w mieście tacy, co mogliby próbować dobrać się do oblubienicy. Przedtem.
— Dobrać się jak?
Nie odpowiedziała. Odstawiła dzbanek z wodą, który niosła, dygnęła i wycofała się, a ja usłyszałam zgrzyt klucza.
Stałam przez chwilę na środku pokoju. Potem podeszłam do okna.
Nie otwierało się. Spodziewałam się tego. Ale szkło było stare, grube i zielonkawe, i widziałam przez nie cały łuk zatoki, od Przylądka Głuptaków na północy po latarnię na Mewiej Skale na południu, i port w dole, i Zapadlisko przyciśnięte do falochronu jak dziecko chowające się za spódnicą matki. Był odpływ. Równiny błotne lśniły srebrzyście w popołudniowym świetle. Daleko, za falami przyboju, tam gdzie woda przechodziła z szarej w zieloną i w coś ciemniejszego, jedna łódź rybacka halsowała do domu.
Długo patrzyłam na tę ciemną wodę.
Gdzieś tam, pomyślałam. Gdzieś pod tym.
Władca Odmętów. Utopiony Król. To, Co Pod Spodem. Ma w Varrow tuzin imion i wszystkimi straszy się dzieci. W opowieściach jest bardzo wysoki i bardzo blady, ma czarne oczy jak foka i włosy jak wodorosty, a jego dotyk jest tak zimny, że zatrzymuje serce. W opowieściach mieszka w pałacu z kości na dnie morza, a każdą ze swoich oblubienic układa w łożu z korala obok pozostałych i chodzi wśród nich nocą, licząc je jak skąpiec monety.
W opowieściach one nigdy nie wracają.
Moja matka nie wróciła.
Usiadłam na łóżku z baldachimem, tak miękkim, że można się było w nim utopić, zdjęłam lewy but i wsunęłam palce w rąbek sukni, aż znalazłam twardą grudkę perły. Nie wyjęłam jej. Tylko trzymałam ją przez wełnę i zamknęłam oczy.
Wiedziałaś, pomyślałam do niej. Wiedziałaś, że cię naznaczyli. Wiedziałaś, że Corvane czegoś od ciebie chce. I mimo to zeszłaś po tych schodach.
Dlaczego?
Perła była ciepła. Nie odpowiedziała. Nigdy nie odpowiadała.
* * *
Tego wieczoru wpuścili do mnie Pip.
Weszła z zaczerwienionymi oczami i wściekła, a za nią wlókł się urzędnik Strażników, który stanął przy drzwiach z założonymi rękami i dał jasno do zrozumienia, że nigdzie się nie wybiera. Pip miała to w nosie. Przemierzyła pokój w trzech krokach i uderzyła mnie w ramię, mocno, zaciśniętą pięścią.
— Au.
— Ty idiotko.
— Wiem.
— Ty skończona, kompletna…
— Wiem, Pip.
Uderzyła mnie jeszcze raz, słabiej. Potem zarzuciła mi ręce na szyję i trzymała tak mocno, że nie mogłam oddychać, a ja trzymałam ją, i ponad jej ramieniem patrzyłam, jak urzędnik grzecznie przygląda się sufitowi.
— Nie możesz — powiedziała w mój kołnierz. — Nie możesz tego zrobić. Nie pozwolę ci.
— Już się stało. Jest zapisane.
— To to odkręć.
— Nie mogę. — Odsunęłam się, żeby widzieć jej twarz. Oczy miała spuchnięte. Płakała całe popołudnie, poznałam to, tak jak płakała, kiedy była mała — bezgłośnie, całym ciałem, nie wydając żadnego dźwięku. Zawsze tego nienawidziłam. Wolałabym, żeby krzyczała. — Posłuchaj mnie. Posłuchaj. Pan Abernathy cię zatrzyma. Już z nim rozmawiałam. Teraz ty będziesz prowadzić księgi — umiesz, widziałaś, jak to robię, sto razy. A Strażnicy muszą ci płacić zapomogę. Takie jest prawo. Trzydzieści koron na kwartał, do końca życia. To więcej, niż ja kiedykolwiek zarabiałam.
— Nie chcę trzydziestu koron.
— Wiem.
— Chcę mojej siostry.
Nie miałam na to odpowiedzi. Przyciągnęłam ją z powrotem i oparłam brodę na czubku jej głowy. Jej włosy pachniały woskiem świecowym i tanim mydłem ługowym z targu. Bardzo się starałam to zapamiętać.
— Hesk się tobą zaopiekuje — powiedziałam. — Idź do niego, jeśli cokolwiek się stanie. Cokolwiek. Jeśli ktoś z tego domu przyjdzie na ulicę Pell i będzie o ciebie pytał — ktokolwiek, Pip, nawet jeśli to będzie sam Najwyższy Strażnik z koszem kwiatów — wychodzisz tylnymi drzwiami i biegniesz do Heska. Obiecaj mi.
Zamarła.
— Dlaczego mieliby po mnie przyjść? — wyszeptała. — Skoro ty jesteś… skoro to ty jesteś oblubienicą. Dlaczego mieliby po mnie przyjść?
Zerknęłam na urzędnika. Wciąż patrzył w sufit, ale głowę miał przechyloną, odrobinę, w naszą stronę.
— Bez powodu — powiedziałam. — Obiecaj i tak.
— Obiecuję.
— Dobra dziewczynka.
Te słowa wyszły głosem mojej matki. Nie chciałam tego. Pip też to usłyszała; poczułam, jak drgnęła.
Urzędnik odchrząknął.
— Czas — powiedział.
* * *
Miałam siedem dni.
Strażnicy wypełnili mi je po brzegi. Były przymiarki sukni — tym razem z białego jedwabiu, nie z wełny, z długimi rękawami, wysokim kołnierzem i trenem, który wlókł się za mną po podłodze jak rozlane mleko. Były lekcje Hymnu Daniny, który już znałam, bo zna go każdy w Varrow, ale który najwyraźniej śpiewałam źle. Były modlitwy w prywatnej kaplicy Domu Strażników z kapłanem, który cuchnął tranem i nie przestawał dotykać mojego ramienia. Były posiłki, ogromne, więcej jedzenia, niż jadłam przez miesiąc, wnoszone na srebrnych tacach przez nerwową pokojówkę, której imię w końcu poznałam — Agathe.
— Chcą, żebyś była pulchna — powiedziała mi Agathe czwartego dnia, stawiając talerz pieczonej kaczki. A potem zbladła, jakby powiedziała coś, czego nie powinna, i uciekła.
Zjadłam kaczkę. Jadłam wszystko. Nie wiedziałam, co mnie czeka, ale wiedziałam, że będę potrzebować sił.
A nocami, kiedy dom był cichy, klucz przekręcony, a ogień w kominku dogasał do żaru, siadałam po turecku na podłodze przed oknem z kubkiem wody w dłoniach i ćwiczyłam.
Nigdy wcześniej nie ćwiczyłam. Nie naprawdę. Matka nie zdążyła mnie nauczyć, a po jej odejściu spędziłam czternaście lat, robiąc wszystko, żeby udawać, że śpiące zwierzę pod moim mostkiem nie istnieje. Nie dotykałam słonej wody, jeśli mogłam tego uniknąć. Nie chodziłam na brzeg, chyba że w interesach Heska. Kiedy przypływ na mnie patrzył, odwracałam wzrok.
Teraz przestałam odwracać wzrok.
W kubku wody pitnej nie było wiele soli. Ledwie ślad. Ale znajdowałam go, jeśli zamknęłam oczy, znieruchomiałam i oddychałam tak, jak oddychała matka — powoli i głęboko, przy kuchennym stole, przy zamkniętych okiennicach. Znajdowałam go i trzymałam, tak jak trzyma się ptaka w złożonych dłoniach — nie za mocno, nie za luźno. A piątej nocy, kiedy otworzyłam oczy, woda w kubku stała w cienkiej, drżącej kolumnie wysokiej na palec, lśniąc w blasku ognia, i nic jej tam nie trzymało.
Gapiłam się na nią.
Puściłam. Chlupnęła z powrotem do kubka i zmoczyła mi kolana.
Zaśmiałam się raz, na głos, w tym zamkniętym pokoju, i zaraz zakryłam usta dłonią.
* * *
Szóstej nocy ktoś zapukał do moich drzwi.
Nie od zewnątrz. Od środka — w ścianę obok kominka, trzy ciche stuknięcia, a potem jeszcze dwa. Usiadłam na łóżku z walącym sercem. Stuknięcia się powtórzyły. Trzy, potem dwa.
Znałam to pukanie. Odpowiadałam na nie przy tylnych drzwiach sklepu, odkąd skończyłam dwanaście lat.
Wstałam, podeszłam do ściany i znalazłam miejsce, skąd dochodził dźwięk, nisko, obok paleniska, gdzie stara boazeria stykała się z kamieniem. Przesunęłam palcami wzdłuż szpary. Był tam zatrzask, mały i zesztywniały ze starości. Nacisnęłam go i fragment boazerii odchylił się do środka z jękiem, do pokoju wpłynęło zimne powietrze z wąskiego, czarnego przejścia, a w przejściu, z przysłoniętą latarnią w jednej ręce i pajęczynami w brodzie, kucał Hesk.
— Na świętych — wyszeptałam. — Jak?
— Schody dla służby. Starsze niż dom. Zbudowali wieże na starych korytarzach przemytników i nikomu nie chciało się tego wszystkiego zamurować. — Obejrzał mnie od stóp do głów. — Dobrze cię karmią.
— Chcą, żebym była pulchna.
— Hm. — Coś przemknęło mu przez twarz. Nie rozwinął tematu. — Nie mamy dużo czasu. Strażnik obchodzi schody co godzinę.
— Pip jest cała?
— Jest u mnie. Kazałem jej siedzieć na miejscu. — Postawił latarnię na kamieniach paleniska. — Abernathy miał dziś po południu wizytę. Dwóch ludzi Strażników, pytali o nią. Mówili, że Najwyższy Strażnik chce, żeby ją przyprowadzić do domu, żeby była blisko siostry. Abernathy powiedział, że wyjechała do kuzynów w Brenholdzie. Niech go Bóg błogosławi, starego głupca, łgał jak marynarz.
Kolana się pode mną ugięły. Usiadłam ciężko na brzegu paleniska.
— Mówiłam jej — powiedziałam. — Mówiłam, że przyjdą.
— Dobrze zrobiłaś. — Hesk opuścił się obok mnie, powoli, tak jak robił teraz wszystko. Kolana mu trzasnęły. — Ty coś wiesz, prawda? O tym, dlaczego to była ona.
Powiedziałam mu. O księdze. O słowie. O kciuku Corvane’a na moim nadgarstku i o ciągnięciu.
Słuchał, nie przerywając. Kiedy skończyłam, długo milczał.
— Twoja matka — powiedział w końcu. — Zanim weszła do wody. Przyszła do mnie. W noc przed Czarnym Przypływem — tak jak ja teraz, przez ściany. Sama znalazła przejście. — Prawie się uśmiechnął. — Poprosiła mnie o dwie rzeczy. Żebym się wami zaopiekował, dziewczynami. I żebym coś dla niej przechował, aż dorośniecie.
Sięgnął za pazuchę.
Wyjął nóż. Niezbyt duży — ostrze nie było dłuższe niż moja dłoń — ale był to najdziwniejszy nóż, jaki kiedykolwiek widziałam. Rękojeść była z prostego ciemnego drewna, owinięta starą skórą. Ostrze było ze szkła. Przejrzystego, lekko szarego szkła, jak lód na zimowym stawie, a kiedy padło na nie światło latarni, wydawało się, że światło wsiąka w nie i w nim pływa.
— Solne szkło — powiedział Hesk. — Sama je zrobiła. Mówiła, że zajęło jej to dwa lata. Topi się morską sól i piasek z dna zatoki w czasie Czarnego Przypływu i obrabia się to… — pokręcił głową — …tym, co masz. Co ona miała. Reszty nie wiem.
Wzięłam go. Był lżejszy, niż wyglądał, i chłodny, a kiedy zacisnęłam palce na rękojeści, poczułam, że brzęczy. Bardzo słabo. Jak perła.
— Do czego jest?
— Powiedziała… — Hesk urwał. Przetarł zdrowe oko nasadą dłoni. — Powiedziała, że to jedyna rzecz na świecie, która może go zranić. Utopionego Króla. Powiedziała, że jeśli któraś z jej dziewczyn będzie musiała tam zejść, powinna go mieć.
Wpatrywałam się w ostrze.
— Chciała go użyć — powiedziałam powoli. — Prawda? Zamierzała tam zejść i… zabić go. Zakończyć Pakt. A potem oddała go tobie. Dlaczego?
— Pytałem ją o to. Powiedziała, że w ostatniej chwili czegoś się dowiedziała. Czegoś, co wszystko zmieniło. — Spojrzał na mnie. Zdrowe oko miał mokre. — Powiedziała: To nie Króla się teraz boję, Hesk. A potem wróciła przez ścianę i nie zobaczyłem jej więcej aż do Schodów.
Ogień trzasnął. Gdzieś daleko w dole, w trzewiach Domu Strażników, zamknęły się drzwi.
— Jest jeszcze jedna rzecz — powiedział Hesk. — I chcę, żebyś ją usłyszała, dziewczyno, bo myślę o tym od czternastu lat i nigdy nikomu tego nie powiedziałem. Co siedem lat wprowadzają oblubienicę do morza. Czterdzieści jeden oblubienic od czasu Paktu. Wiesz, czego nigdy nie widziałem? Przez pięćdziesiąt lat pracy na tym wybrzeżu?
— Czego?
— Ciała. — Rozłożył pokryte bliznami dłonie. — Morze oddaje wszystko, Brynn. Prędzej czy później. Utopionych marynarzy. Utopione psy. Utopione łodzie. Wszystko w końcu przychodzi z przypływem, na tę czy inną plażę. Ale nie oblubienice. Ani jedna. Nigdy.
— Bo on je zabiera. Do swojego pałacu. W tym cały sens.
— Może. — Hesk dźwignął się na nogi, stęknąwszy. Podniósł latarnię. — A może one w ogóle nigdy nie weszły do morza.
Zanurkował z powrotem w przejście. Panel zaczął się za nim zamykać.
— Hesk…
— Trzymaj nóż w rękawie — powiedział przez szparę. — Nie pij niczego, co ci dadzą w łodzi.
— W jakiej łodzi?
Ale panel już się zamknął, a jego nie było.
Rozdział czwarty
Była łódź.
Nikt mi tego nigdy nie powiedział. Stałam na tamtej plaży jako dziesięciolatka i patrzyłam, jak matka wchodzi w czarną wodę po brodę, i przysięgłabym na jej grób — gdyby miała grób — że szła prosto w dół, w morze, aż zamknęło się nad jej głową. Ale wieczorem w dniu Czarnego Przypływu, kiedy Agathe i dwie inne pokojówki zasznurowały mnie w biały jedwab i przypięły mi do włosów welon z szarej jak morze koronki, a sam Najwyższy Strażnik przyszedł pod moje drzwi, żeby sprowadzić mnie na dół, wyjaśnił mi to po drodze. Uprzejmie. Jak dziecku.
— Ten marsz jest dla ludzi — powiedział. — Muszą go zobaczyć. Muszą wierzyć. Ale Władca Odmętów nie mieszka na płyciźnie, moja droga. Jego drzwi leżą za falami przyboju, na głębokiej wodzie. Kiedy zanurzysz się pod powierzchnię, łódź Strażników będzie czekać kawałek dalej wzdłuż brzegu, poza blaskiem pochodni. Zabiorą cię we właściwe miejsce.
— A potem?
— A potem pójdziesz do swojego męża. — Poklepał moją dłoń, spoczywającą na jego ramieniu. Palce miał zimne nawet przez jedwab rękawiczki. — Podobno to zupełnie bezbolesne.
— Kto tak mówi?
Uśmiechnął się tym swoim półuśmiechem i nie odpowiedział.
Nóż z solnego szkła miałam przywiązany po wewnętrznej stronie lewego przedramienia paskiem płótna, który oddarłam z dołu koszuli, pod długim, obcisłym rękawem sukni. Spędziłam tamtego popołudnia godzinę, ćwicząc wyciąganie go. Zajmowało to cztery sekundy. Za długo. Ale tylko to miałam.
Perłę miałam w ustach. Wyjęłam ją z rąbka rano i wsunęłam między policzek a tylne zęby, i przez cały dzień nie przełknęłam porządnie śliny. Była tam ciepła. Uspokajająca. Jak dłoń na karku.
* * *
Schody Oblubienic są wykute w ścianie falochronu — sto dwanaście stopni w dół od Promenady do portowej plaży. Na każdym stopniu wyryte jest imię. Na najwyższym jest imię najstarsze, tak wytarte, że da się je odczytać tylko palcami. Zrobiłam to raz, kiedy miałam piętnaście lat. Było tam napisane MIREN. Nic więcej.
Moje imię miało trafić na czterdziesty drugi stopień. Policzyłam.
Było tam całe miasto. Oczywiście. Promenada była obstawiona ludźmi w trzech rzędach, a plaża w dole była morzem twarzy zwróconych ku mnie w zielonym świetle latarni, a pochodnie trzymane przez ludzi Strażników rzucały długie, chwiejne cienie na mokry piasek. Przypływ się odwracał. Czułam to. Woda za wejściem do portu robiła się czarna.
Szukałam Pip i jej nie znalazłam. Dobrze. Siedź na miejscu. Zostań z Heskiem. Nie patrz na to.
Corvane podprowadził mnie na szczyt Schodów i puścił moje ramię.
— Idź z godnością, Brynn Calder — powiedział na tyle głośno, żeby było słychać. A potem, ciszej: — Przekaż, proszę, pozdrowienia matce.
Zastygłam.
Uśmiechnął się do mnie. Potem cofnął się do szeregu Strażników, zaczął się hymn i nie pozostało mi nic innego, jak iść.
Sto dwanaście stopni. Policzyłam wszystkie. Minęłam imię matki na trzydziestym ósmym i nie spojrzałam w dół. Jedwabny tren syczał na kamieniu za mną. Hymn wznosił się i opadał, cztery tysiące głosów śpiewało stare słowa, dajemy, dajemy, by morze trwało w swym łożu, a powietrze z każdym stopniem robiło się zimniejsze, i zapach morza stawał się silniejszy — nie zwykły zapach soli, wodorostów i ryb, ale coś innego, coś głębszego i starszego, jak zapach we wnętrzu muszli.
Na dole zeszłam z ostatniego stopnia na piasek.
Morze czekało. Czarne, płaskie i zupełnie ciche, wypełniało port aż po skraj plaży, tak że zacumowane łodzie unosiły się na nim jak zabawki na tafli wypolerowanego gagatu. Odbijało pochodnie idealnie. Odbijało mnie — biały kształt, szary welon, bladą twarz. Wyglądało jak lustro. Wyglądało, jakby można było po nim chodzić.
Ludzie Strażników stanęli po moich bokach. Nie wzięli mnie pod łokcie, tak jak wzięli matkę. Nie musieli. Weszłam sama.
Zimno było nie do uwierzenia. Przeszło przez jedwab, jakby go nie było. Zamknęło się wokół moich kostek, potem kolan, potem ud, i każdy cal skóry, którego dotknęło, drętwiał, a potem zaczynał palić. Spódnica uniosła się wokół mnie, tak jak suknia matki. Hymn wzbierał za moimi plecami. Szłam dalej. Czarna woda sięgnęła mi do pasa, potem do żeber, potem do piersi, a ja trzymałam wzrok na ciemnej linii wejścia do portu i nie oglądałam się za siebie.
Kiedy sięgnęła mi do brody, perła w moich ustach rozgrzała się jak węgielek.
Złapałam powietrze. Nie mogłam się powstrzymać. I kiedy łapałam powietrze, czarna woda zamknęła się nad moją głową.
* * *
Myślałam, że pójdę na dno.
Nie poszłam. Woda mnie trzymała — nie w górze, nie w dole, po prostu trzymała, tak jak trzyma się coś, z czym jeszcze nie wiadomo, co zrobić. Wokół była czerń, absolutnie bez światła, i cisza, i zimno ponad wszelkie zimno, a ja wisiałam w samym środku, z płucami, które już zaczynały boleć, i z oczami szeroko otwartymi na nic.
Wtedy złapały mnie ręce.
Nie morza. Ludzkie ręce, szorstkie i silne, zacisnęły się na moich ramionach z obu stron i szarpnęły mnie w bok. Głowa wyskoczyła mi nad powierzchnię. Wciągnęłam powietrze. Ktoś przycisnął mi mokrą dłoń do ust, zanim zdążyłam krzyknąć — nie zamierzałam krzyczeć, zamierzałam oddychać — i pociągnięto mnie do tyłu przez wodę, pięty bezradnie kopały w ciężkiej spódnicy, w stronę ciemnego kształtu, który okazał się burtą łodzi.
Łodzi wiosłowej. Długiej, niskiej, pomalowanej na czarno, bez latarni. Stała w cieniu falochronu, pięćdziesiąt metrów wzdłuż plaży od Schodów, tam gdzie nie sięgał blask pochodni.
Przeciągnęli mnie przez burtę jak złowioną rybę i rzucili na dno. Leżałam tam, wykasłując morską wodę, z policzkiem na mokrych deskach. Ktoś zarzucił na mnie koc. Ktoś inny powiedział:
— Wiosła na wodę. Cicho.
Było ich czterech. Ludzie Strażników — poznałam po szarych płaszczach, choć zdjęli odznaki. Dwóch przy wiosłach. Jeden przy sterze. Jeden kucał obok mnie, wielki facet ze złamanym nosem, który owinął mnie mocniej kocem z łagodnością, która była jakoś gorsza, niż gdyby był brutalny.
— No już — powiedział. — No już. Zaraz po wszystkim. Masz.
Przyłożył mi do ust piersiówkę.
Nie pij niczego, co ci dadzą w łodzi.
Odwróciłam twarz.
— Nie chce mi się pić.
— Rozgrzeje cię. Jesteś na wpół zamarznięta.
— Powiedziałam, że nie chcę…
Chwycił moją szczękę wielką dłonią, odwrócił mi głowę z powrotem i wcisnął szyjkę piersiówki między moje wargi.
Ugryzłam go.
Nie piersiówkę — rękę. Wbiłam zęby w mięsistą część jego kciuka tak mocno, jak tylko mogłam, i poczułam, jak skóra pęka, a on ryknął i puścił, i piersiówka z brzękiem poleciała na zęzę. Odturlałam się od niego. Łódź się zakołysała. Ten przy sterze zaklął. Wsunęłam prawą rękę w lewy rękaw, znalazłam rękojeść noża i pociągnęłam, płótno się rozdarło, i cztery sekundy później klęczałam na dnie łodzi z ostrzem z solnego szkła błyszczącym w pięści jak odłamek księżyca.
Wszyscy czterej znieruchomieli.
— Dokąd mnie zabieracie? — zapytałam. Trzęsłam się tak, że szczękałam zębami. Głos wyszedł mi wysoki i dziwny.
Ten ze złamanym nosem przyciskał krwawiącą rękę do piersi. Spojrzał na nóż. Potem na sternika. Coś między nimi przeszło.
— Na Mewią Skałę — powiedział sternik. Był starszy od pozostałych, z siwą brodą i bardzo spokojnymi oczami. — Zabieramy cię na Mewią Skałę, panienko. Jak wszystkie.
— Dlaczego?
— Bo takie mamy rozkazy.
— Czy to tam on jest? Król?
Sternik patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, a potem się roześmiał. Był to krótki, brzydki, zdumiony dźwięk, jakby nie mógł uwierzyć w to pytanie.
— Król — powiedział. — Na świętych, dziewczyno. Nie ma żadnego Króla. Nigdy nie było żadnego Króla.
I sięgnął obok steru, i podniósł pałkę.
Nie myślałam. Przez siedem dni tak mocno naciskałam na śpiące we mnie zwierzę, kusząc je, ucząc się go, że kiedy przyszła chwila, nie musiało mnie nawet o nic pytać.
Obudziło się i zaryczało.
Morze weszło przez dno łodzi.
Nie przeciek. Nie pęknięcie. Deski po prostu się rozstąpiły, tak jak rozstępuje się tłum, i czarna woda wystrzeliła między nimi w kilkunastu lśniących kolumnach grubych jak mój nadgarstek, prosto w górę, wyżej niż byłby maszt, gdyby był maszt, a potem spadła. Na mężczyzn. Na mnie. Na wszystko. Łódź się przewróciła na bok. Ktoś krzyknął. Sternik poleciał za burtę z pałką wciąż w dłoni. Poczułam, jak cały kadłub skręca się pode mną jak żywe stworzenie, a potem pękł na pół, i byłam w wodzie.
W czarnej, cichej, bezkresnej wodzie Czarnego Przypływu.
Poszłam w dół.
Kopałam. Jedwabna suknia ciągnęła mnie jak para rąk, zimno było w moich płucach, w kościach, i nic nie widziałam. Nie wiedziałam, gdzie jest góra. Kopałam i drapałam, i czułam morze wokół siebie, każde ziarenko soli, tę ogromną, migotliwą sieć ciągnącą się w ciemność — i czułam, że ciągnie. Tym razem nie w stronę miasta. W dół. Z dala od światła. Ku czemuś wielkiemu i cierpliwemu, co czekało daleko w dole, na samym dnie czerni.
Perła paliła mi usta.
Płuca paliły mi pierś.
Trzymałam nóż. Nawet wtedy, kiedy oczy zachodziły mi czerwienią na brzegach, a serce tłukło się w żebra coraz wolniej i wolniej, trzymałam pięść zaciśniętą na rękojeści noża z solnego szkła, bo to była ostatnia rzecz, jaką zrobiła matka, i niech mnie piekło pochłonie, jeśli oddam go morzu.
Przepraszam, Pip, pomyślałam. Przepraszam. Przepraszam. Próbowałam.
Otworzyłam usta. Weszło morze.
I coś zacisnęło się na moim nadgarstku — na nadgarstku ręki, w której trzymałam nóż. Coś zimnego, silnego i absolutnie pewnego. Dłoń. Długie palce. Uścisk jak żelazo.
Pociągnęła mnie w dół.
Przestałam walczyć.
Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyłam, zanim zabrała mnie ciemność, było światło daleko w dole. Słabe, szare i miękkie. Jak światło w środku perły.
Rozdział piąty
Obudziłam się w cieple i po tym poznałam, że nie żyję.
Nie było innego wytłumaczenia. Ostatnie, co pamiętałam, to zimno tak całkowite, że przestało być zimnem i stało się niczym, a teraz leżałam na czymś miękkim, pod czymś ciężkim, a na mnie spoczywał ciężar ciepła jak kot śpiący na piersi. Bolało mnie gardło. Bolały płuca. Bolało wszystko, prawdę mówiąc, w tępy, odległy, wyżęty sposób, ale nic nie było zimne.
Otworzyłam oczy.
Nade mną było morze.
Leżałam i długo na nie patrzyłam, bo nie rozumiałam, co widzę. To był sufit — to po pierwsze. Wysoki, zakrzywiony sufit, jak wnętrze wielkiej kopuły, i był zrobiony z wody. Ciemnej, niebieskozielonej wody, poruszającej się bardzo powoli, tak jak woda porusza się na dnie głębokiego basenu. Światło spływało przez nią długimi, falującymi wstęgami, blade i srebrzyste. Kiedy patrzyłam, przepłynęła przez nią ryba. Duża, o srebrnych bokach, leniwa, jej ogon poruszał się powoli z boku na bok. Przepłynęła prosto nad moją twarzą, może dwanaście metrów wyżej, i popłynęła dalej.
Nie było szkła. Byłam tego pewna. Nic nie trzymało tej wody w górze. Po prostu była tam, wygięta nade mną, jakby ktoś wziął morze, złożył je w misę i odwrócił misę do góry dnem.
— O, dobrze — odezwał się jakiś głos. — Nie umarłaś. Ulży mu. No… ulży. Zrobi to coś ze szczęką. Zobaczysz.
Odwróciłam głowę.
Na krześle obok łóżka siedział młody mężczyzna z butami na kapie i obierał pomarańczę. Miał miłą, piegowatą, ogorzałą twarz — taką, która pasuje do łodzi rybackiej — i czuprynę rudawobrązowych włosów, które wymagały strzyżenia, i nosił kurtę z ciemnozielonej skóry z zaśniedziałymi mosiężnymi guzikami, rozpiętą. Po obu stronach szyi, tuż poniżej kąta żuchwy, miał trzy cienkie, równoległe linie, jak zagojone zadrapania. Kiedy na nie patrzyłam, rozchyliły się i zamknęły, bardzo delikatnie.
Skrzela.
Usiadłam tak szybko, że zakręciło mi się w głowie.
— Spokojnie — powiedział. — Spokojnie. Połknęłaś pół zatoki. Masz… — Podał mi cząstkę pomarańczy. — Zjedz to. Pomaga. Nikt nie wie dlaczego.
— Gdzie jestem?
— W Morvain. — Kiedy nie wzięłam cząstki, wrzucił ją sobie do ust. — W tym, co z niego zostało. W Wydrążonym Dworze, jeśli chcesz brzmieć wzniośle, a on zazwyczaj chce. Jestem Fen. Ty jesteś oblubienicą.
— Jestem…
— Brynn Calder. Tak. Powiedziałaś nam. Właściwie powiedziałaś jemu. Byłaś w tym bardzo uparta jak na kogoś, kto przestał oddychać. Nazywam się Brynn Calder i zamierzam cię zabić. W kółko. Bardzo dramatycznie. — Wyszczerzył się. — Od razu cię polubiłem.
Spojrzałam na siebie. Biały jedwab zniknął. Miałam na sobie koszulę nocną z jakiejś miękkiej, ciężkiej, szarozielonej tkaniny, która nie była ani wełną, ani lnem i przypominała w dotyku wnętrze muszli małża. Włosy miałam suche, rozpuszczone i uczesane. Ręce miałam puste.
Ręce miałam puste.
— Gdzie mój nóż?
Uśmiech Fena trochę przybladł.
— Ach.
— Gdzie on jest?
— Ma go on.
— Kto…
— A jak myślisz, kto? — Zdjął buty z łóżka i wstał, strzepując skórki pomarańczy z kurty. Był wyższy, niż się spodziewałam, i poruszał się z luźną, swobodną równowagą kogoś, kto większość życia spędził na pokładzie. Albo w wodzie. — Ubierz się. W skrzyni są ubrania. On chce cię widzieć.
— Władca Odmętów.
— On nie znosi tego imienia, tak przy okazji. Postaraj się nie używać go przy nim. Albo używaj. Szczerze, to byłoby bardzo zabawne. — Fen podszedł do drzwi — zwykłych drzwi, drewnianych, okutych żelazem, posrebrzałych ze starości — i zatrzymał się z ręką na klamce. — Brynn. Mogę ci coś powiedzieć?
Nic nie powiedziałam.
— Jesteś pierwsza od siedemdziesięciu lat — powiedział. — Pierwsza oblubienica, która zeszła na dół. Chcę, żebyś to zrozumiała, zanim tam wejdziesz. Bo on tego nie powie. Czekał siedemdziesiąt lat, aż ktoś przyjdzie, i nikt nie przyszedł, a zeszłej nocy Czarny Przypływ się odwrócił, on poszedł do drzwi tak jak zawsze, a ty po prostu… — Otworzył dłoń, jakby coś z niej wypuszczał. — Byłaś tam. Tonęłaś. Półżywa, ściskając nóż z solnego szkła.
— Pierwsza — powiedziałam. — Od siedemdziesięciu lat.
— Tak.
— Moja matka zeszła tu czternaście lat temu.
Fen patrzył na mnie długo. Jego skrzela zatrzepotały.
— Nie — powiedział łagodnie. — Nie zeszła.
* * *
Ubrania w skrzyni były staromodne i pięknie uszyte. Znalazłam parę miękkich skórzanych spodni i długą tunikę z tej samej muszlowej tkaniny co koszula nocna, ufarbowaną na głęboki błękit wieczornej wody, i pas ze splecionego srebrnego sznura. Były też buty, które pasowały, jakby uszyto je dla mnie. Nie chciałam myśleć o tym, dla kogo je uszyto.
Ubierając się, podeszłam do okna. Było tam okno, zwykły otwarty łuk w kamiennej ścianie, bez szyby, a kiedy wyjrzałam, zapomniałam o butach.
To było miasto.
Utopione miasto rozpościerające się pode mną, pod tym ogromnym, zakrzywionym dachem z wody. Wieże i kopuły, i wąskie, schodkowe uliczki, wszystko zbudowane z jasnego kamienia, który przez trzysta lat morskiego porostu zrobił się zielony i złoty. Z dachów wyrastały wodorosty długimi, falującymi wstęgami, choć nie było wody, która by je unosiła; poruszały się, jakby była. Ukwiały wielkie jak koła wozu kwitły na narożnikach budynków i dawały miękkie, równe światło — niebieskie, fioletowe i bladozłote — tak że całe miasto jarzyło się jak jarmark latarni. Między wieżami przerzucone były mosty. Środkiem głównej ulicy biegł kanał, a woda w nim była idealnie przejrzysta i coś w niej pływało — coś, co błyskało srebrem, i coś, co dryfowało, blade i powolne.
I byli ludzie. Niewielu. Ale widziałam, jak poruszają się po ulicach w dole, mali i daleko: ludzie idący, ludzie stojący w drzwiach, kobieta wywieszająca pranie na balkonie. Zwyczajni. Najzupełniej zwyczajni, na dnie morza.
Za miastem, na samym skraju kopuły, woda schodziła w dół na spotkanie z dnem morskim wielką, zakrzywioną ścianą, ciemną i migoczącą. A za nią nie było nic prócz czerni.
Stałam tam z jednym butem na nodze i drugim w ręce, i gapiłam się, dopóki Fen nie zapukał do drzwi i nie powiedział:
— On nie lubi czekać, wiesz. Nie żeby mnie to obchodziło. Ale będzie się dąsał.
* * *
Poprowadził mnie krętymi schodami w dół i wzdłuż wysokiej galerii z rzędem wysokich, łukowych okien wychodzących na utopione miasto. Podłoga była mozaiką, tysiącami drobnych płytek z muszli i morskiego szkła ułożonych w sceny, na których obejrzenie nie miałam czasu — statki, fale, kobieta w koronie z gwiazd. Nasze kroki odbijały się echem. Gdzieś kapała woda, powoli i miarowo.
Na końcu galerii były dwuskrzydłowe drzwi wyższe niż sklep pana Abernathy’ego. Fen pchnął jedno skrzydło bez pukania.
— Obudziła się — oznajmił. — Jest w nastroju. Ja bym się trzymał poza zasięgiem.
A potem cofnął się, ukłonił mi się lekko i zamknął za mną drzwi.
Pomieszczenie było salą. Długą, wysoką i w większości pustą, z podłogą z czarnego kamienia wypolerowanego na lustro. Na drugim końcu trzy stopnie prowadziły na podwyższenie, a na podwyższeniu stał tron wyrzeźbiony z czegoś jasnego, żebrowanego i skręconego — z korala, zrozumiałam. Z jednego ogromnego kawałka białego korala, który wyrósł w kształt krzesła.
Nikt na nim nie siedział.
On stał przy oknie. Wysoki, ciemny kształt na tle niebieskozielonego światła, odwrócony do mnie plecami, z dłońmi splecionymi za sobą. Patrzył na miasto.
Nie odwrócił się.
— Możesz odłożyć świecznik — powiedział. — Nie pomoże.
Podniosłam świecznik. Nawet nie zauważyłam, kiedy. Stał na stoliku przy drzwiach, ciężki przedmiot z zaśniedziałego srebra, długi jak moje przedramię, a teraz był w mojej ręce i trzymałam go jak pałkę.
Nie odłożyłam go.
— Gdzie mój nóż?
— Tutaj. — Podniósł jedną dłoń zza pleców, nie odwracając się, i zobaczyłam, że go trzyma. Ostrze z solnego szkła złapało światło z okna i rozjarzyło się. — To bardzo piękna robota. Ktokolwiek go zrobił, wiedział, co robi.
— Zrobiła go moja matka.
Zapadła cisza.
— W takim razie twoja matka — powiedział — wiedziała dużo więcej, niż powinna.
Odwrócił się.
Przez całe życie słuchałam opowieści o nim. Utopiony Król, To, Co Pod Spodem. Wysoki, blady i straszny, z foczo czarnymi oczami, włosami jak wodorosty i dotykiem, który zatrzymuje serce. Wyobrażałam go sobie tyle razy i tak wyraźnie, że jakaś część mnie spodziewała się dokładnie tego: potwora z bajki dla dzieci.
To nie był potwór.
To był mężczyzna. Wysoki, owszem. Bardzo. Szeroki w ramionach, poza tym szczupły, ubrany w prosty ciemny surdut skrojony w tym samym staroświeckim stylu co moje pożyczone ubrania. Włosy miał czarne, sięgające tuż za szczękę, i wcale nie przypominały wodorostów; były jak atrament, jak czarna woda Przypływu. Twarz miał twardą i kanciastą i byłby przystojny, gdyby choć raz przybrała jakikolwiek wyraz inny niż ten, który miała teraz — rodzaj zimnej, zamkniętej, znużonej czujności. Oczy też nie były czarne. Były szarozielone. Dokładnie w kolorze głębokiej wody pod zimowym niebem.
I był zrobiony z korala.
Nie cały. Ale jego lewa dłoń — ta, w której nie trzymał mojego noża — była biała, żebrowana i rozgałęziona, jak tron, od czubków palców po nadgarstek i dalej, znikając pod mankietem. Ta sama narośl wychodziła spod kołnierza. Blada, delikatna, rozgałęziona koronka pięła się po lewej stronie jego szyi od obojczyka aż tuż pod ucho, a kiedy się w nią wpatrywałam, zobaczyłam, że się porusza. Bardzo nieznacznie. Tak jak szron przesuwa się po szybie.
— Tak — powiedział, obserwując, jak patrzę. — Jest bardzo brzydkie. Przyzwyczaisz się. Albo nie, i to nie będzie miało znaczenia.
— To ty.
— Jestem Aurek. — Zszedł po stopniach z podwyższenia. Bez pośpiechu. Poruszał się jak woda w kanale za oknem, gładko i spokojnie, i z dużo większą siłą, niż się wydawało. — Niektórzy twoi ludzie nazywają mnie inaczej. Przestałem słuchać.
— Zabrałeś moją matkę.
— Nie zabrałem.
— Czternaście lat temu. W Czarny Przypływ. Elinor Calder. Weszła do morza i nigdy nie wróciła, a ty…
— Nie zabrałem twojej matki — powiedział — bo twoja matka nigdy tu nie dotarła.
Zatrzymał się jakieś dwa metry ode mnie. Na tyle blisko, że widziałam, jak koralowa koronka na jego szyi przesuwa się, gdy przełyka. Na tyle blisko, że widziałam cienką białą bliznę przecinającą jego lewą brew i że oczy miał przekrwione, jakby nie spał od bardzo dawna.
— Żadna oblubienica nie przeszła przez drzwi od siedemdziesięciu lat — powiedział cicho. — Ani twoja matka. Ani ta przed nią. Ani osiem przed nią. Przez siedemdziesiąt lat stałem przy tych drzwiach w każdy Czarny Przypływ i czekałem, a morze nie przyniosło mi nic. Aż do zeszłej nocy. — Szczęka mu się napięła i pomyślałam o Fenie: zrobi to coś ze szczęką. — Zeszłej nocy przyniosło mi ciebie. Tonącą. Próbującą mnie zabić.
— Nadal próbuję.
— Domyśliłem się. — Spojrzał wymownie na świecznik.
Rzuciłam mu nim w głowę.
To nie był plan. To było wszystko naraz — matka na plaży, twarz Pip na placu, kciuk Corvane’a na moim nadgarstku, śmiejący się sternik, nigdy nie było żadnego Króla — wszystko to wykipiało ze mnie jednocześnie. Świecznik poleciał, obracając się, przez dzielącą nas przestrzeń.
Złapał go koralową dłonią. Nie patrząc. Nie poruszając się nawet, o ile mogłam to stwierdzić. W jednej chwili leciał mu w twarz, a w następnej był po prostu w jego palcach, koral zamknął się na nim z cichym zgrzytem, a srebro się wyginało.
Spojrzał na niego. Potem na mnie.
— Skończyłaś? — zapytał.
Rzuciłam się na niego.
Nie miałam już broni, więc poszłam po tę, którą miał on. Weszłam nisko i szybko, tak jak Hesk uczył mnie w zaułkach za sklepem, kiedy miałam czternaście lat, a chłopcy Hallardów zaczęli chodzić za mną do domu, i obiema rękami chwyciłam jego prawy nadgarstek, i wykręciłam. Poczułam, jak kości się przesuwają. Poczułam, jak jego palce rozluźniają się na rękojeści noża z solnego szkła. Miałam go.
I wbiłam mu go w pierś.
Wszedł. Niezbyt głęboko — na cal, może mniej — tuż pod obojczykiem po prawej stronie, tam gdzie w ogóle nie było korala. Poczułam, jak przechodzi przez surdut i koszulę, w ciało, i poczułam, jak zaskakuje, tak jak klucz zaskakuje w zamku, a całe ostrze rozjarzyło się od środka miękkim, szarym, perłowym światłem, tak jasnym, że rzuciło nasze cienie daleko na czarną posadzkę.
Wydał dźwięk. Niski. Nie całkiem słowo.
A morze nad nami — cały ogromny, zakrzywiony dach kopuły — zadrżało.
Poczułam to. Każde ziarno soli w tej bezkresnej wodzie, każda kropla szarpnęła się naraz, jak wstrzymany oddech, który więźnie w gardle. Wstęgi światła zakołysały się dziko. W mieście zaczął bić dzwon. Gdzieś bardzo wysoko i bardzo daleko poczułam, jak coś ogromnego i ciemnego się porusza, i napiera.
Dłoń Aureka zamknęła się na mojej, na rękojeści.
Nie po to, żeby wyciągnąć nóż. Po prostu, żeby go przytrzymać. Palce miał ciepłe — te ludzkie. Oczy zrobiły mu się bardzo szerokie.
— Och — powiedział niemal ze zdumieniem. — Och, ty nie masz pojęcia, prawda?
— O czym?
— Czym jesteś.
A potem kopuła zadrżała znowu, mocniej, i gdzieś w utopionym mieście zaczęła się walić wieża.
Rozdział szósty
Wyciągnął nóż sam.
Zrobił to jednym mocnym szarpnięciem, światło w ostrzu zgasło jak zdmuchnięta świeca, a kopuła znieruchomiała. Natychmiast. Nad nami morze wróciło do swojego długiego, powolnego kołysania, wstęgi światła się uspokoiły, a w mieście walący się budynek — widziałam go przez okno, smukłą iglicę z zielonego kamienia, przechyloną pijacko nad kanałem — jęknął, zatrzymał się i zawisł pod niemożliwym kątem, jakby złapała go czyjaś ręka.
Dzwon wciąż bił.
Aurek stał z moim nożem w jednej ręce, drugą przyciskając płasko do piersi, do rany. Spomiędzy palców sączyła mu się krew. Czerwona. Nie wiem, dlaczego mnie to zaskoczyło, ale zaskoczyło.
— Fen — powiedział. Niegłośno.
Drzwi otworzyły się z hukiem. Fen wpadł biegiem z mieczem w ręce, którego wcześniej u niego nie widziałam, i zahamował na wypolerowanej posadzce, i spojrzał z Aureka na mnie i z powrotem.
— Serio? — powiedział. — Zostawiłem was samych na dwie minuty.
— Zajmij się Wieżą Wrzeciono. Zawali się na Targ Latarni, jeśli ktoś jej nie podeprze.
— Krwawisz.
— Wiem. Idź.
Fen poszedł. Wychodząc, rzucił mi spojrzenie, które było w połowie wyrzutem, a w połowie czymś, co w innych okolicznościach mogłoby być podziwem.
Drzwi się zamknęły. Znowu byliśmy sami.
Wciąż stałam tam, gdzie stałam, kiedy go dźgnęłam. Ręce miałam puste. Jakoś nie mogłam zmusić ich do niczego. Patrzyłam na krew na jego palcach, na wieżę wiszącą za oknem i na długą falę, która wciąż, bardzo słabo, biegła po suficie z morza, i myślałam: To ja zrobiłam.
— Co się stało? — Głos wyszedł mi cichy. — Co to było?
— To — powiedział Aurek — był powód, dla którego was zabijają.
Przeszedł obok mnie do stolika przy drzwiach — tego, z którego wzięłam świecznik — i odłożył na niego nóż z solnego szkła, ostrożnie, tak jak odkłada się coś, co może wybuchnąć. Potem wyjął z kieszeni złożoną chustkę i przycisnął ją do piersi pod surdutem. Jego twarz się nie zmieniła. Tylko to napięcie w szczęce.
— Usiądź — powiedział. — Zanim się przewrócisz.
— Nie zamierzam się przewr…
Kolana mi się ugięły. Po prostu. W jednej chwili stałam, a w następnej siedziałam bardzo twardo na zimnej czarnej posadzce sali, plecami opartymi o nogę stolika, a świat powoli przechylał się w lewo.
Aurek popatrzył na mnie z góry. Potem z westchnieniem, które zdawało się dobywać z bardzo głęboka, opuścił się, żeby usiąść na podłodze obok mnie. Nie blisko. Na długość ramienia, plecami do ściany, z długimi nogami wyciągniętymi przed siebie i koralową dłonią opartą na kolanie.
Siedzieliśmy tak przez chwilę, ramię w ramię, nie patrząc na siebie. Dzwon przestał bić. Gdzieś kapała woda.
— Nie wiedziałam — powiedziałam w końcu.
— Wiem, że nie wiedziałaś.
— Myślałam, że ją zabrałeś. Myślałam… wszystkie. Czterdzieści jeden oblubienic. Myślałam, że ty…
— Układam je w łożach z korala i liczę nocą jak monety — powiedział. — Tak. Słyszałem tę wersję. Dobra opowieść. Ktoś włożył w nią sporo wysiłku. — Oparł głowę o ścianę i zamknął oczy. — Był czas, dawno temu, kiedy oblubienice schodziły tu, zostawały na jakiś czas i wracały do domu. Wiedziałaś o tym? Siedem lat. Taka była kadencja. Oblubienica schodziła w Czarny Przypływ i przez siedem lat była królową Morvain, a potem przychodziła następna, a pierwsza wracała na górę do rodziny z kieszeniami pełnymi pereł.
— To nieprawda.
— Jest w Pakcie. Artykuł drugi. Przypuszczam, że przestali go czytać na głos.
Nic nie powiedziałam. Nie wiedziałam, co powiedzieć.
— Umowa była prosta — ciągnął, wciąż z zamkniętymi oczami. — Ja powstrzymuję morze przed Varrow. To wymaga mocy. Większej, niż mam sam — większej, niż ktokolwiek ma. Ale niektórzy wasi ludzie rodzą się z solą we krwi. To rzadkie, ale przechodzi w rodzinach. Czują morze, a morze czuje ich, i jeśli jedna z nich stanie obok mnie, z własnej woli, i użyczy mi tego, co ma, to ciężar jest dzielony i da się go unieść. — Otworzył oczy i spojrzał na koral na swojej dłoni. — Bez oblubienicy nie da się. Nie długo. Nie na zawsze.
— Od jak dawna?
— Mówiłem ci. Od siedemdziesięciu lat.
Ja też spojrzałam na koral. Na to, jak pnie się powyżej nadgarstka. Na koronkę na jego szyi.
— To jest to.
— Morze jest bardzo stare — powiedział Aurek — bardzo cierpliwe i nie lubi, kiedy się mu mówi, co ma robić. Każdego dnia, kiedy je powstrzymuję, bierze ze mnie trochę więcej w zapłacie. Kiedy weźmie mnie całego, będę bardzo przystojnym kawałkiem korala na środku własnej sali tronowej, a morze spadnie na Varrow jak pięść.
— Kiedy?
Milczał przez chwilę.
— Niedługo — powiedział. — Myślałem… że wcześniej niż teraz. Za rok, może. Mniej. — Odwrócił głowę i spojrzał na mnie. — Ale potem wbiłaś mi w pierś nóż swojej matki i cała Głębia usiadła i zwróciła uwagę.
— Nie rozumiem.
— Nie. Próbuję ustalić, ile ci powiedzieć. — Przyglądał się mojej twarzy. — Czułaś to. Kiedy ostrze weszło. Prawda?
Pomyślałam o tamtej chwili — o świetle w ostrzu i całym ogromnym ciężarze morza szarpniętym jak wstrzymany oddech. Skinęłam głową.
— Solne szkło jest przewodnikiem. Jest zrobione do przenoszenia mocy, nie do cięcia. Twoja matka to wiedziała, cokolwiek jeszcze wiedziała. Kiedy je wbiłaś, otworzyłaś drzwi między sobą a mną — a przeze mnie między sobą a Głębią. — Dotknął chustki na piersi. — I popłynęłaś. Jak pękająca tama. Nigdy czegoś takiego nie czułem. Nie w ciągu siedemdziesięciu lat. Nie w ciągu trzystu.
— Nie chciałam.
— Wiem. To mnie właśnie przeraża. — Wytrzymał mój wzrok. — Brynn Calder. Masz więcej soli we krwi niż którakolwiek oblubienica, jaka kiedykolwiek przeszła przez te drzwi. Twoja matka też musiała ją mieć. I twoja siostra…
Zrobiło mi się zimno w całym ciele.
— Skąd wiesz o mojej siostrze?
— Powiedziałaś mi. Zeszłej nocy. Powiedziałaś mi mnóstwo rzeczy. — Odwrócił wzrok. — Powiedziałaś: Przyszłam zamiast Pip. A potem powiedziałaś: Napisali „sól” przy jej imieniu.
W sali było bardzo cicho.
— Oni je zbierają — powiedziałam. Mój głos brzmiał dziwnie w moich uszach. Bardzo płasko i spokojnie. — Prawda? To właśnie robią. Wybierają dziewczyny, które to mają. Ustawiają Losowanie. A potem wsadzają je do łodzi i zabierają na Mewią Skałę, i tam…
Nie mogłam dokończyć.
Aurek nie dokończył za mnie. Po prostu siedział obok mnie ze zniszczoną dłonią na kolanie i krwią powoli przesiąkającą przez chustkę, a po chwili, bardzo ostrożnie, jakby nie był pewien, czy mu wolno, sięgnął i położył prawą dłoń na mojej, tam gdzie leżała na podłodze między nami.
Dłoń miał ciepłą. Jego kciuk poruszył się raz, bardzo lekko, po moich kostkach.
Nie cofnęłam ręki. Powinnam była. Nie wiem, dlaczego tego nie zrobiłam.
— Przykro mi — powiedział. — Z powodu twojej matki.
Nie płakałam. Chcę, żeby to zostało zapisane. Siedziałam na podłodze sali tronowej Utopionego Króla z jego krwią na rękach i jego dłonią na mojej i nie płakałam, ani jednej łzy, choć gardło ścisnęło mi się tak mocno, że czułam się, jakbym tonęła od nowa.
* * *
— Chcę wrócić do domu — powiedziałam później. Dużo później. Fen wrócił i zameldował, że Wieżę Wrzeciono podparto mnóstwem lin i bardzo brzydkimi słowami, i znów poszedł. Aurek wstał z podłogi i wrócił do okna, a ja zostałam tam, gdzie byłam, plecami do nogi stolika, z rękami objętymi wokół kolan. — Muszę wrócić. Jeśli biorą dziewczyny z solą, wezmą Pip. Już próbowali.
— Nie możesz.
— Patrz.
— Mam na myśli to, że nie możesz. — Nie odwrócił się od okna. — Drzwi otwierają się tylko w czasie przypływów. W Czarny Przypływ, raz na siedem lat — i w przypływy pełni, raz w miesiącu, na jedną godzinę. Następny jest za dwadzieścia osiem dni. Do tego czasu droga w górę jest zamknięta. Nawet dla mnie.
— To ją otwórz.
— Właśnie ci powiedziałem…
— Powstrzymujesz całe morze. Możesz otworzyć drzwi.
Odwrócił się.
— Mógłbym — powiedział spokojnie. — Mógłbym je sforsować. Kosztowałoby mnie to… — uniósł koralową dłoń — …bardzo wiele. A następnym razem, gdy coś zatrzęsie kopułą, nie zdołałbym tego złapać. I Targ Latarni znalazłby się pod czterdziestoma sążniami wody, razem ze wszystkimi ludźmi. Tego chcesz?
Otworzyłam usta. Zamknęłam je z powrotem.
— Dwadzieścia osiem dni — powiedział Aurek. — W następny pełny przypływ sam cię wyprowadzę na górę. Wrócisz do swojego miasta i swojej siostry i zrobisz, co zechcesz. Nie będę cię zatrzymywał.
— Dlaczego?
— Co dlaczego?
— Dlaczego miałbyś mnie wypuścić? — Wstałam. Tym razem nogi wytrzymały. — Właśnie mi powiedziałeś, że jestem pierwsza od siedemdziesięciu lat. Właśnie mi powiedziałeś, że jestem jedyną rzeczą między tobą a zamianą w… w mebel. I pozwoliłbyś mi wyjść w następny przypływ? Ot tak?
Coś przemknęło przez jego twarz. Zniknęło, zanim zdążyłam to nazwać.
— Pakt mówi z własnej woli — powiedział. — Artykuł pierwszy. Pierwsza linijka. Oblubienica z własnej woli. Oblubienica, która nie chce tu być, jest dla mnie zupełnie bezużyteczna. — Odwrócił się z powrotem do okna. — Poza tym dalej byś mnie dźgała.
— Mogłabym przestać.
— Przestałabyś?
Zastanowiłam się. Szczerze.
— Raczej nie — powiedziałam.
Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu roześmiał się.
Był to krótki i zardzewiały dźwięk, jakby od dawna nieużywany i trzeba go było wyciągać z dna czegoś. Ale to był prawdziwy śmiech. Zmienił całą jego twarz. Przez jakieś pół sekundy wyglądał młodziej — dużo młodziej — i prawie jak ktoś, kogo mogłabym minąć na ulicy.
Potem to zniknęło i zimna, ostrożna maska wróciła na miejsce.
— Dwadzieścia osiem dni — powiedział. — Taka umowa. Zostań do pełnego przypływu. Nie wbijaj we mnie więcej noży, jeśli możesz się powstrzymać. A w zamian będę cię chronił i karmił, i odpowiem szczerze na każde pytanie, jakie zadasz. Nawet na te, których odpowiedzi ci się nie spodobają.
— A na końcu?
— Na końcu odprowadzę cię do domu.
Patrzyłam na niego długo. Na koral pnący się po szyi. Na krew wciąż zasychającą na palcach. Na utopione miasto jarzące się za nim i na ryby płynące powoli przez dach z morza.
— Dlaczego miałabym ci ufać?
— Nie powinnaś. — Wyciągnął prawą rękę. Ludzką. — Ale nie masz wielkiego wyboru.
Zawahałam się.
Potem przeszłam przez salę, ujęłam jego dłoń i ją uścisnęłam.
Uścisk miał mocny i ciepły, a w chwili, gdy nasze dłonie się zetknęły, poczułam to — słaby, głęboki pomruk, jak szarpnięta struna, płynący z jego skóry do mojej i w dół, do śpiącego zwierzęcia pod moim mostkiem. Otworzyło jedno oko. Zamruczało.
Palce Aureka zacisnęły się na moich.
Puściłam pierwsza. Jestem tego prawie pewna.
— Dwadzieścia osiem dni — powiedziałam.
— Dwadzieścia osiem dni — zgodził się i odwrócił się z powrotem do morza.
Rozdział siódmy
Pierwszą rzeczą, jakiej dowiedziałam się o Wydrążonym Dworze, było to, że się rozpada.
Nikt mi tego nie powiedział. Nikt nie musiał. Przez następne dwa dni włóczyłam się, bo nikt mnie nie zatrzymywał, a nie mogłam znieść siedzenia w tym pokoju na szczycie wieży, i wszędzie, dokąd szłam, to widziałam. Pęknięcia w bladozielonym kamieniu ulic, niektóre tak szerokie, że można było w nich zgubić stopę, z morską wodą sączącą się powoli z dna. Budynki na skraju kopuły, porzucone, z drzwiami zabitymi gwoździami, z ciemnymi oknami, z szarymi i martwymi ukwiałami na narożnikach. Ludzi.
Było ich mniej, niż przewidziano, budując miasto. Dużo mniej. Przechodziłam całymi ulicami, gdzie każdy dom był pusty. Ci, którzy zostali, podnosili wzrok, gdy przechodziłam, gapili się, a potem szybko odwracali oczy. Niektórzy mieli skrzela jak Fen. Niektórzy błony między palcami, perłowy połysk na skórze albo oczy za duże i za ciemne. Kilkoro wyglądało zupełnie zwyczajnie. Wszyscy wyglądali na zmęczonych.
Drugiego dnia rano wyszłam zza rogu na Targu Latarni — szerokim, opadającym placu pełnym straganów z pasiastymi markizami, w większości zamkniętych — i zobaczyłam dziewczynkę, sześcio-, może siedmioletnią, siedzącą na brzegu kanału z nogami w wodzie i obserwującą mnie.
Miała czarne włosy w dwóch warkoczach, ogromne, poważne oczy i żadnych skrzeli, jakie mogłabym zauważyć. Trzymała lalkę z powiązanych wodorostów.
— Jesteś królową? — zapytała.
— Nie.
— Mama mówi, że jesteś królową.
— Twoja mama się myli.
Dziewczynka to przemyślała.
— Mama mówi, że jak jesteś królową, to dach się nie zawali.
Nie wiedziałam, co na to powiedzieć. Stałam na środku pustego targu, ze światłem spływającym przez morze nad głową, falującym i niebieskim, patrzyłam na to dziecko, i coś w mojej piersi boleśnie się skręciło.
— Jak masz na imię? — zapytałam w końcu.
— Lissa.
— Ile masz lat, Lisso?
— Dwieście dziewięć — powiedziała i wróciła do machania nogami w kanale.
* * *
— Głębia nas zachowuje — wyjaśnił Fen tamtego wieczoru, kiedy znalazłam go w kuchni i zażądałam wyjaśnień. — Każdego, kto był w Morvain, kiedy poszło na dno. On… — szarpnięcie głową w górę, w stronę wieży, w której Aurek miał swoje komnaty — …zawarł za nas umowę. Zanim był Pakt z Varrow, było to. Głębia wzięła miasto, a on zszedł za nim i targował się. Miał zostać jej strażnikiem. Opiekunem. Zwiąże się z nią, a w zamian pozwoli ludziom żyć.
— Przez trzysta lat.
— Tak długo, jak on wytrzyma. — Fen wzruszył ramionami, ale nie było to beztroskie wzruszenie. — Nie starzejemy się tu za bardzo. Nie mamy też wielu dzieci, a te, które mamy, rosną powoli. Lissa ma siedem lat od jakichś stu pięćdziesięciu lat. Nie jest z tego zbyt zadowolona.
— A kiedy on… — Pomyślałam o koralu. — Kiedy morze go zabierze?
Fen nie odpowiedział. Sięgnął po garnek na piecu, nalał miskę rybnej zupy i postawił przede mną, a kucharka, ogromna kobieta o czerwonej twarzy, z ramionami jak szynki i skrzelem tylko po jednej stronie szyi, o imieniu Nan Wick, rzuciła obok piętkę chleba tak mocno, że stół podskoczył.
— Jedz — powiedziała Nan Wick. — Sama skóra i kości. Czym was tam na górze karmią?
— Kaczką — powiedziałam. — Ostatnio.
— Ha. — Wróciła do pieców, mrucząc.
Jadłam. Zupa była bardzo dobra. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo jestem głodna.
— Mam trzysta dwadzieścia trzy lata — powiedział po chwili Fen, rzeczowo, rwąc swój chleb na pół. — Gdybyś się zastanawiała. Miałem dwadzieścia trzy, kiedy miasto poszło na dno. Akurat dostałem patent w straży portowej. Ładny mundur. Duży kapelusz. — Wyszczerzył się do mnie. — On był następcą tronu. Powiedział ci?
— On mi nic nie mówi.
— Powiedział ci o oblubienicach.
— Tylko dlatego, że go dźgnęłam.
— No cóż — powiedział Fen — to jakiś sposób, żeby zwrócić jego uwagę.
* * *
Trzeciego wieczoru była kolacja.