E-book
1.38
drukowana A5
34.39
Noc w szkole — Część pierwsza

Bezpłatny fragment - Noc w szkole — Część pierwsza

Wstęp


Objętość:
231 str.
ISBN:
978-83-8189-825-6
E-book
za 1.38
drukowana A5
za 34.39

„I’ve been away, a little while, sometimes I just can’t help myself
When my mind’s running wild, I seem to lose grip on reality
And I try to disregard the crazy things the voices tell me to do, but it’s no use
I tried to own it, write songs about it
Believe me I tried, in the end I needed to breathe
Find inspiration, some kind of purpose
To take a second to face the shit that makes me, me

All I needed was the last thing I wanted
To sit alone in a room and say it all out loud
Every moment, every second, every trespass
Every awful thing, every broken dream
A couple years back and forth with myself in a cage
Banging my head against the wall tryna put words on a page
All I needed was the last thing I wanted
To be alone in a room, alone in a room

I saw the world a couple times, tried to cure the ache with absence
But that hole was still a hole and my mind kept playing tricks on me
Feeling older every day, took everything I had to not crash and burn
But I’m starting to learn”

~ „Alone in a room” — Asking Alexandria

Notka od autora

Witaj drogi Czytelniku!

Bardzo się cieszę, że zdecydowałeś się przeczytać moją książkę. Ale zanim zaczniesz, pozwól, że dodam od siebie kilka słów.

Przede wszystkim, jest to pierwsza z planowanych trzech części tej historii. Miej to na uwadze — koniec tej książki nie oznacza końca całej serii.

W środku umieściłem też trochę cytatów z różnych piosenek — gdybyś miał trudność ze zrozumieniem ich, zajrzyj na stronę 202, gdzie znajdują się ich tłumaczenia.

Mam nadzieję, że spodoba Ci się moje najnowsze dzieło. Zapraszam i życzę miłego czytania!

Prolog

Podszedł bliżej, obrzucił mnie krótkim spojrzeniem, po czym usiadł po przeciwnej części stołu. Złapał za szklankę wypełnioną zimną wodą z dodatkiem — jak mi się wydaje — cytryny i mięty — po czym pociągnął jej niewielki łyk. Przełknął, zerknął na zegarek, chrząknął i ułożył dłonie na blacie. Jeszcze raz na mnie spojrzał, tym razem jakby chciał zapytać „możemy zacząć?”. Skinąłem delikatnie głową. 
— Witam pana. — powiedział po krótkiej chwili, wyciągając do mnie rękę. Uścisnąłem ją i obdarzyłem go lekko niepewnym uśmiechem — Jest mi niezmiernie miło, że znalazł pan dla mnie chwilę. 
— I nawzajem. Słyszałem nieco, że jest pan bardzo zajęty. — odparłem, uprzejmym tonem. Starałem się mówić wolno i, możliwie, jak najwyraźniej. 
— Ah, zgadza się. Dlatego niestety, nie mamy za dużo czasu.
Skinąłem głową. Siedzący przede mną młody mężczyzna w kosztownym, granatowym garniturze wyglądał dokładnie tak, jak sobie go wyobrażałem. Elegancki, goniący za perfekcją i jak największym profesjonalizmem, wiecznie się gdzieś śpieszący i zabiegany. Zdawały się to potwierdzać jego włosy, które miejscami lekko odstawały i sterczały na różne strony. 
— Przejdźmy do rzeczy. — zaproponowałem, lekko popychając książkę w jego stronę. 
— Gdybym coś pomylił albo przekręcił, proszę mnie poprawić. 
— Oczywiście. 
— Pańska książka składa się z trzech historii. Dwóch o miłości i jednej o nienawiści. To dość- 
— Wszystkie trzy są o miłości. — wtrąciłem się. 
— Naprawdę? Wydaje mi się, że to, co czuje […] to tylko czysta nienawiść. Do byłej rodziny, świata i samego siebie. 
— Mimo wszystko jest to opowieść o miłości. 
— Mówisz o jego […]? 
— Nie tylko. 
— Miłości to też nienawiść? 
— Można tak to ująć. Chociaż to trochę oklepany motyw. 
— Gdyby tak to ująć, wszystko byłoby oklepanym motywem, nie sądzi pan? 
— Raczej nie ma dużo książek o […]. 
— Zgadzam się. To dość specyficzny temat. 
— Ale mimo wszystko ważny.

— Tak pan uważa? 
— Wszystkie te trzy historie mówią o jakimś innym ważnym, przynajmniej dla mnie, temacie. 
— Na przykład o nienawiści do świata. 
— Na przykład. 
— Lub […]. 
— Jest coś jeszcze, o czym czytelnicy chcieliby wiedzieć? — zapytałem, zmieniając temat. 
— Może opowie pan o inspiracji. Dlaczego pan to napisał? 
— Proszę bardziej sprecyzować pytanie.
Westchnął i poprawił krawat. 
— Co zainspirowało pana do podjęcia tych konkretnych tematów? 
— Życie. Pisanie jest trochę jak przelewanie wody ze studni, jaką jest wnętrze pisarza, do wanny, która jest książką. Wylewasz swoje emocje, przeżycia, wspomnienia, frustracje, marzenia, te spełnione i te niekonieczne, a następnie jakoś ładnie to opakowujesz i wysyłasz do wydawnictwa. 
— Czyli każda książka musi być swego rodzaju biografią? 
— Nie w stu procentach oczywiście, ale ogólnie to tak. Książka to po prostu opis życia pisarza ubrany w ładne słówka. 
— Też czasami czuje się pan jak […]? 
— Zdarza mi się. Oczywiście, nie chcę […] jak on. To byłoby zbyt ekstremalne. 
— Finalnie i tak […]. 
— To i tak dużo. 
— Nie byłby pan w stanie żyć z czymś takim na sumieniu? 
— Ciężko stwierdzić. Nigdy nie […]. 
— A mimo to pisze pan o człowieku, który to zrobił. 
— Tak samo piszę o dziewczynie, która […], chociaż nigdy nie miałem w rękach profesjonalnego pędzla. 
— A chciałby pan? 
— Chwilami myślę, że byłoby ciekawie. 
— Czyli to, o czym pan pisze to też pragnienia i chęci przelane na papier? 
— Po części tak. Po części to przerobione wspomnienia. 
— Łatwo było to wszystko napisać? 
— Nie. Gdyby tak było, nawet by pan tego nie tknął. 
— Bo łatwo stworzone prace nie mają wartości? 
— Bo wylądowałoby to głęboko na dnie mojej szuflady, proszę pana. 
— A właśnie, ile jest takich książek leżących u pana w tej przysłowiowej szufladzie? 
— Kilka, jeśli nie więcej. To naturalna część naszej pracy. Część dzieci dorasta i zakłada rodziny, a części przy narodzinach ukręca się łeb. 
— To trochę brutalne. 
— Brutalność jest konieczna, by dobro wydawało się nam piękniejsze. 
— Od zawsze pan taki był? 
— To znaczy?

— Pański styl mówienia jest nieco… specyficzny. I ma pan tendencję do nadmiernego przemyśliwania różnych spraw, jak wnioskuję. 
— Być może. Nie pamiętam, jak było parę lat temu.
Kiwnął głową. 
— Kończy się czas. 
— Tyle wystarczy?
Wzruszył ramionami. 
— Na więcej nie możemy pozwolić. 
— Żadnego wstępu czy pożegnania? 
— Powinni się domyśleć, o co nam chodzi.
Po tych słowach upił jeszcze trochę wody, złapał za teczkę i wyszedł. Zostałem sam.

Rozdział 1

9 października 2019 — Patrycja

Powoli szłam przez budzące się do życia miasto, zaspanymi oczami obserwując otaczającą mnie rzeczywistość. Po mojej lewej stronie pędziły samochody, których kierowcy najwidoczniej bardzo śpieszyli się do pracy, a po prawej spokojnie przechadzali się uczniowie z plecakami na plecach i uśmiechnięci emeryci, którzy najpewniej wstali wcześniej by udać się do sklepu po jakieś zakupy. Z moich dousznych słuchawek leciała szybka, energiczna, elektroniczna muzyka, która zawsze przyprawiała mnie o uśmiech na twarzy a przy tym zachęcała do szybszego marszu. Był akurat chłodny, październikowy poranek. Ciemne, burzowe chmury zbierały się nad niebem, jakby gotowe by oblać miasto litrami rzęsistego deszczu. Z niepokojem obserwowałam je, z każdą chwilą coraz bardziej żałując, że nie zabrałam z domu ciepłej czapki i kurtki przeciwdeszczowej. Ale wtedy szkoda było mi psuć swojej nowej, fikuśnej fryzury, z którą dopiero wczoraj wyszłam od fryzjera. To coś zbliżonego do koka, jednak trochę inny… Nie mam pojęcia jak to opisać. Zobaczyłam gdzieś jej zdjęcie i od razu się w niej zakochałam. No, ale, zapowiadało się na to, że te złośliwe zjawiska pogodowe zniweczą całą ciężką pracę mojego fryzjera.
Moją głowę zaprzątały miliony różnych spraw. Jak to, czy na pewno wzięłam książkę z biblioteki, którą od tygodnia mam oddać, to, czy Magda mówiła, że wraca z wyjazdu dzisiaj, czy akurat jutro, czy pan z biologii jednak przesunął ten sprawdzian, i tak dalej i tak dalej. Jednak te wszystkie przemyślenia przerwał dość dziwny odgłos, który dochodził zza moich pleców. Na początku go po prostu zignorowałam, myśląc, że to ktoś z ulicy wołający do kogoś znajomego, bądź, że moje słuchawki znowu zaczynają wyczyniać niewiadome rzeczy. Ale ten dźwięk nie ustawał, a wręcz przybierał na siłę z każdą chwilą. Dodatkowo coraz bardziej zaczynał przypominać jakieś konkretne słowo. Paryja? Patrycja? 
— Patrycja! — krzyknął Adam, podbiegając do mnie — Boże, głucha jesteś? — wysapał, przystając przy mnie na chwilę. 
— Oj, wybacz, nie słyszałam — odparłam, wskazując na słuchawki wciąż tkwiące w moich uszach — Co się stało? 
— Nie zaczekałaś na mnie, więc musiałem biec przez pół miasta i drzeć się, żebyś wreszcie zwróciła na mnie uwagę. — dodał z lekkim wyrzutem — Uh, zmęczyłem się. — westchnął, przystając na chwilę, by złapać głęboki oddech. 
— Po pierwsze, to tylko kilkaset metrów — powiedziałam z delikatnym uśmiechem — A po drugie nie poczekałam, bo nie dawałeś znaków życia przez jakieś dwadzieścia minut. O ile nie więcej. 
— To nie moja wina. Oczywiście głupi budzik mnie nie obudził. Tak to jest, jak się kupuje jakiś tani szmelc z targu. 
— A telefonu nie masz? 
— Leżał wyłączony w innym pokoju, gdzie wczoraj go zostawiłem. Miałem… No, jakby to powiedzieć, ciężką noc. 
— A cóż to się stało? 
— Em… Powiedzmy, że… 
— Znów grałeś z kolegami do drugiej nad ranem, co nie? — mruknęłam z delikatną niechęcią. Cokolwiek by nie powiedział, wory pod jego oczami mówiły wszystko za niego. 
— A tam od razu grałem. Mieliśmy ważne zadanie do zrobienia. Szef budowy zarządził naszej ekipie, żebyśmy do poniedziałku skończyli budo… 
— Dobra, zrozumiałam. — ucięłam mu, bo doskonale wiedziałam, że o ich gigantycznym projekcie budowy miasta w popularnej, sandboxowej grze mógłby gadać bez przerwy do końca świata i trzy dni dłużej — Więc to nie tak, że budzik nie zadzwonił? 
— Czy ja wiem. Może zadzwonił, może nie. Ale i tak nie spełnił swego zadania! — podsumował nieco zakłopotany, uśmiechając się nieporadnie.
Zachichotałam cicho pod nosem. 
— No dobrze, dobrze. Następnym razem postaraj się chociaż trochę zadbać o swój sen, okej? 
— Mamy wolne do końca tygodnia, więc przez te parę dni raczej będę mógł położyć się spać odrobinę wcześniej. 
— Doskonale. A i następnym razem łaskawie zostaw komórkę blisko siebie, bo dzwonienie do ciebie setki razy bez żadnej odpowiedzi nie należy do zbyt przyjemnych. 
— Tak jest, szefowo. — wyszczerzył się — A teraz chodźmy, bo spóźnimy się na autobus. 
— Ah, no tak. Autobus — rzuciłam okiem na zegarek — Jeszcze mamy chwilkę, spokojnie. 
— To dobrze. — rzucił, próbując nadrobić mi kroku — A w ogóle, było coś na dzisiaj? — W sensie zadanie? 
— Noo. Nie miałem kompletnie czasu zajrzeć do książek.
Westchnęłam teatralnie i spojrzałam na niego karcącym spojrzeniem. 
— Jak ty zamierzasz zdać liceum? 
— Oj no, to ostatni raz. Ale było coś? 
— Projekt z chemii. Lecz jego akurat powinieneś mieć, bo babka zapowiadała już go dwa tygodnie temu. 
— Dasz przepisać? — poprosił, patrząc na mnie proszącymi oczami — No proooszę. Jak ty czegoś zapomnisz, to też ci dam. 
— To akurat nigdy się nie zdarzy, spokojnie. 
— To nie wiem, zabiorę cię gdzieś w ten weekend. — zaproponował — Na mój koszt oczywiście. 
— I to mi się bardziej podoba. — uśmiechnełam siędelikatnie — Gdzie?

— Do galerii. — wywrócił oczami — A potem możemy kontynuować zwiedzanie tej ciekawej części lasu po drugiej stronie ulicy. 
— Sobota o czternastej? 
— Może być. — kiwnął głową. 
— Niech ci będzie. Przepiszesz to w autobusie? 
— Tak, tak, dzięki wielkie — mruknął, biorąc ode mnie gruby zeszyt i zaczynając go powoli kartkować — Boże, tyle tego jest? 
— Nikt nie mówił, że będzie łatwo. — skomentowałam, wyglądając za pojazdem.

Rozdział 2

9 października 2019 — Eliza

— To była tragedia. — skwitowałam, wychodząc z sali — Po prostu tragedia.

— Aż tak źle? — zapytała Maja, zerkając na mnie zmartwionym wzrokiem.

— Noo. Jedynka będzie jak nic.

Westchnęłam cicho, założyłam ramię plecaka na drugie ramię i razem z nią skierowałam się w stronę kawiarenki. Akurat była długa, dwudziestominutowa przerwa, a więc idealny czas by coś przekąsić i porozmawiać z przyjaciółmi.

— A tobie jak poszło?

— Trójka raczej będzie. — mruknęła, pozbawiona entuzjazmu — Kamiński jak zwykle przesadził. Najpierw mówi, że czegoś nie będzie na sprawdzianie, a potem oczywiście jednak to daje. Super.

— Dlatego go nienawidzę. — powiedziałam, po czym mimowolnie parsknęłam śmiechem.

— Co jest?

— Przypomniało mi się coś. Pokażę ci zaraz.

Spojrzała na mnie podejrzliwie, jakby doskonale wiedziała, że taka propozycja nigdy nie oznacza nic dobrego. Jak, w zasadzie, było.

— No dobrze. Ale mogę najpierw skoczyć do toalety?

— Jasne. A mogę iść z tobą?

Wywróciła oczami.

— Czemu zawsze jak ja muszę, to też?

— Jakoś tak. — wzruszyłam ramionami — To pośpiesz się, bo jak zwykle wszystkie kabiny będą zajęte.

Na szczęście, nie były. Upewniłam się, że klozet, na którym zamierzałam usiąść był sprawny i czysty, po czym przystąpiłam do typowych dla toalet czynności, jak oddawanie moczu i przeglądania Facebooka.

Nagle po prawej stronie ekranu pojawił się dymek czatu. Patrycja coś chciała.


kompotzkury: hej, chciałabyś może wyjść z Adamem i Mają w sobotę koło 14???


maływieloryb: nie wiem, ja odpadam bo muszę jechać na urodziny do jakieś cioci czy coś:////


kompotzkury: kurde, szkoda. a masz może gdzieś Maję w pobliżu?? bo mi nie odpisuje -, —


maływieloryb: w8, zapytam się jej


kompotzkury: kk


Zablokowałam telefon i odłożyłam go na swoje uda, rozpłaszczone na muszli klozetowej, po czym krzyknęłam do siedzącej obok przyjaciółki, by zwrócić na sobie jej uwagę:

— Hej, Maja!

— Co? — odkrzyknęła, nieco zbyt głośno.

— Chcesz wyjść w sobotę z Patrycją i Adamem? Ona się mnie pyta i mówi, że podobno nie odpisujesz.

— Bateria w telefonie mi padła. No i nie wiem, zobaczę jeszcze. Może pojadę gdzieś z mamą, może będę mieć wolne. Serio, nie wiem. — mówiąc to, najpewniej wzruszyła ramionami i poprawiła spadające jej na twarz włosy.


maływieloryb: mówi, że nie wie i że jeszcze zobaczy. ale wiesz jak to jest, nie nastawiaj się na to zbyt dobrze


kompotzkury: taaa, wiem. No ale nic, może za tydzień się uda. pa


maływieloryb: mhm, cześć

Rozdział 3

„Crack my bones but my heart won’t break now”*

***

Niewielki, ciemny pokój nagle oświetliła zawieszona na suficie jarzeniówka. Migocząc, wyłączając się i na powrót włączając co kilka sekund, niepokoiła. Denerwowała. Irytowała. Sprawiała, że miało się ochotę rzucić wszystko i po prostu ją wreszcie wyłączyć. Zakończyć to marne nie-życie cholernego urządzenia, które miało czelność zakłócić ludzki spokój. Ale nikt nie reagował. Dźwięki towarzyszące temu powtarzającemu się w kółko i w kółko procesowi przebijały ponurą ciszę, która tam panowała. Klik, krótka chwila ciszy, klik.
Ściany były surowe i zimne. Same szare cegły, od niechcenia pomalowane ciemną farbą, która była wykonana i nałożona tak źle, że ciężko było nawet określić jej docelowy kolor. Szary w niektórych miejscach przybierał odcienie granatowej czerni, a w innych ciemnego brązu. Gdzieniegdzie odpadały kawałki tynku, kamień kruszył się i z cichutkim trzaskiem opadał na zakurzoną, równie zaniedbaną podłogę. Padające na nie ciepłe, żółte światło gasnące co chwilę, sprawiało wrażenie, jakby na naszych oczach ścierały się dwie wiodące siły. Jasna kontra ciemna strona mocy. Zło przeciw dobru. Niewinność i posłuszeństwo walcząca z odwiecznym pragnieniem łamania zasad.
Niewielki, kilkumetrowy pokój umieszczony głęboko pod ziemią, daleko od wzroku zwykłych ludzi, widział już wiele. Słyszał już wiele. Na własne oczy doświadczał czynów, które uznano by za makabryczne i godne potępienia. Już nie raz, właśnie tutaj, rozlegał się trzask łamanych z impetem kości, rozdzierający wrzask będącej w agonalnym stanie ofiary, czy cichy odgłos ciepłej krwi drobnymi kroplami skapującej na podłogę. Ale ściany nie mają ust, którymi mogłyby mówić. A nawet jeśli, pewnie nigdy nie powiedziałyby prawdy. Taka już ich natura. Milczą, nawet gdy łamane są w pół.

Rozdział 4

12 października 2019 — Patrycja

— Cześć! — rzucił na przywitanie, uśmiechając się do mnie szeroko.
Obleciałam wzrokiem jego zmierzwione, jasnobrązowe włosy, które wyglądały, jakby przeżyły co najmniej atak tornada albo inną katastrofę naturalną, niedobrane do siebie ubrania i źle zapiętą koszulę. Westchnęłam cicho, ale mimo to odpowiedziałam mu tym samym. Zmierzył mnie lekko zdziwionym spojrzeniem, po czym demonstracyjnie zaczął się sobie przyglądać. 
— Coś nie tak? — mruknął, najwidoczniej nie doszukując się żadnych błędów w swojej prezencji. 
— Nie, wszystko w porządku — odparłam sarkastycznym tonem. 
— Boże, po prostu powiedz. — rzucił wzdychając. 
— Spójrz na siebie. 
— I?
Powoli kręcąc głową, podeszłam do niego i przyłożyłam dłonie do jego klatki piersiowej. Sprawnie rozpięłam mu koszulę, wcześniej zasłaniając niezbyt atletyczny brzuch Adama swoim wyprostowanym ciałem. 
— Em? Co ty- 
— I już. — odparłam, błyskawicznie doprowadzając tę część jego ubrania do w miarę przyzwoitego stanu. Przydałoby się jeszcze ją wyprasować, ale teraz chociaż dało się na to patrzeć. — Następnym razem dobrze się temu przyjrzyj, zanim wyjdziesz z domu. A… I zawiąż buty. 
— Dobrze, mamo. — rzucił do siebie, delikatnie poirytowany.
Zawsze śmieszyły mnie, gdy tak mnie nazywał. Ale czy to moja wina, że ta życiowa fajtłapa nie umiała o siebie zadbać? 
— No, od razu lepiej. Chodźmy już. — rzuciłam okiem na zegarek. Zbliżała się czternasta — Oboje jesteśmy przed czasem, dobrze się czujesz? 
— Tym razem, wyjątkowo, budzik postanowił łaskawie obudzić mnie na odpowiednią godzinę. Gdyby nie to, pewnie dalej bym sobie smacznie spał.
No tak. Prawie zapomniałam, że należał do tych ludzi, którzy chodzą spać o piątej rano, a wstają o piętnastej. Dlatego zwykle wychodzimy późnym wieczorem. Ale tym razem postanowiłam zrobić mu trochę na złość. Taka cena za odpisany referat z chemii. 
— A wyspałeś się w ogóle? — zapytałam, patrząc na niego badawczym spojrzeniem. 
— Powiedzmy. — mruknął od niechcenia — A ty? Znowu od szóstej na nogach? 
— Może nie od szóstej, ale tak, stałam o wiele wcześniej od ciebie.

— Przecież jest weekend. — przewrócił oczami — Nie rozumiem takich jak ty. 
— I nawzajem. Przecież jest tyle fascynujących rzeczy, które można porobić w wolnym czasie! 
— Jak spanie? 
— To się nie liczy. — odparłam — Myślałam o czymś bardziej kreatywnym. À propos, ostatnio zaczęłam nowy projekt!
Uśmiechnęłam się szeroko i wyciągnęłam telefon, na którym zgromadziłam paręnaście zdjęć moich dość chaotycznych i brzydkich notatek na ten temat, które sporządziłam poprzedniej nocy i tamtego ranka. Siedziałam kilka godzin z piórem i mazakami w ręku, bazgrając, co tylko mi przyjdzie do głowy. Ale, po podsumowaniu, wstępnej korekcie i odrzuceniu tych najbardziej absurdalnych pomysłów, byłam z siebie bardzo zadowolona. 
— A co to takiego?
Nachylił się, by bliżej przyjrzeć się ekranowi mojego telefonu. Normalnie doprowadziłoby mnie to do szału, ale tym razem byłam skłonna mu wybaczyć. 
— O, wow. Dużo tego. A o czym to w ogóle będzie? 
— Chciałabym stworzyć nową platformę internetową! — odparłam z entuzjazmem.
Resztę drogi do gigantycznego centrum handlowego spędziłam, konsultując z nim różne kwestie dotyczące mojej strony. Praktycznie przy każdym punkcie miał jakieś uwagi, mniejsze lub mniejsze, które, jako niedoświadczona nowicjuszka skrzętnie notowałam. A przynajmniej starałam się, bo z trudem przychodziło mu powolne dyktowanie. 
— Więc mówisz, że mam ci w tym pomóc? 
— Jeśli miałbyś ochotę… 
— Zastanowię się jeszcze. — odpowiedział, przekraczając próg galerii.

— Na górze budynku powinni wyryć „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”. — mruknął cicho po chwili, oplatając wzrokiem dziesiątki, jeśli nie setki rozciągających się przed nim sklepów. 
— Oj tam, nie przesadzaj. Przejdziemy tylko… Pięć sklepów z ubraniami. Dobrze?
Odpowiedział mi tylko głuchy jęk. 
— A potem… Wpadniemy do jakiejś restauracji coś zjeść i pójdziemy do lasku, jak chciałeś. Może być? 
— Skoro tak stawiasz sprawę… Niech będzie. 
— Pamiętaj, że to twoja zapłata za zadanie z chemii. — wyszczerzyłam się szeroko — Masz nauczkę na przyszłość. 
— Taaa. Idziemy? 
— No jasne. — rzuciłam, pewnym krokiem idąc przed siebie.

Rozdział 5

12 października 2019 — Adam

— I co, było tak źle? — zagadnęła, skocznym krokiem kierując się w stronę wyjścia z galerii.

— Przypomniały mi się czasy, gdy matka wybierała mi ubrania. To była męka. — jęknąłem, poprawiając chwyt na sześciu ciężkich torbach, które kazała mi tachać.

— Ktoś musi, bo ty sam naprawdę nie umiesz się ubrać. — mruknęła sceptycznym tonem — Teraz przynajmniej będziesz wyglądać jak człowiek.

— Taa. — chrząknąłem — No ale nic, dzięki za wszystko, mimo wszystko. — powiedziałem, posyłając jej lekki, niepewny uśmiech.

Odgarnęła kosmyk ciemnobrązowych włosów opadający jej na twarz i odwzajemniła uśmiech. Spojrzała na mnie ślicznymi, błyszczącymi niebieskimi oczami i zachichotała pod nosem. Jak zawsze piękna. Tym razem, do wyjścia, wzięła na pędzel trochę brązowawego cienia, chyba był to jeden z tych cieplejszych kolorów. Aczkolwiek nie wyglądał źle na jej oku, raczej po prostu naturalnie. Potem wzięła czarne coś, co chyba nazywa się eyelinerem oraz podkreśliła nim rzęsy, a potem jeszcze je zatuszowała. Nie, żebym się na tym znał. Tłumaczyła mi to wszystko w jednym z tych olbrzymich sklepów z kosmetykami, każdym dziwniejszym od poprzedniego, kiedy testowała jak będzie na niej wyglądać jakiś dziwy puder. Nie interesowało mnie to za bardzo, ale z grzeczności uważnie słuchałem. Jeśli mam być szczery, nie widziałem znacznej różnicy. Ale jeśli jej się to podoba, to cóż, niech robi to co lubi.

— A tam, nie ma za co. — odparła — To co, idziemy coś zjeść i pójdziemy wreszcie do tego lasku? — zaproponowała, sprawdzając swoje konto bankowe na telefonie — Trochę jeszcze mi zostało, dobra. Może i matka mnie zabije, ale było warto.

— Wydałaś całe swoje oszczędności? — westchnąłem i przewróciłem oczami.

— Nie całe, ale to, co udało mi się uzbierać od wakacji. Ale nie żałuję, już dawno miałam uzupełnić szafę o nowe ciuchy i akcesoria.

Przytaknąłem głową żeby pokazać, że przyjąłem to do wiadomości.

— Wolisz jakiegoś fast-fooda, czy normalną restaurację? — zapytałem po chwili, kiedy znaleźliśmy się w tym segmencie galerii, w którym pełno było miejsc z rozmaitym jedzeniem.

— Sama nie wiem… Z jednej strony niby warto byłoby się wybrać na jakieś sałatki — ostatnie słowo wypowiedziała z lekką niechęcią — ale z drugiej, takie kurczaczki smażone na głębokim tłuszczu to kusząca propozycja. A do tego frytki, shake’i i lody.

Przez jej słowa zrobiłem się jeszcze bardziej głodny. Czemu ona zawsze musi myśleć o tym samym co ja?

— Czyli wybieramy się na niezdrowe żarcie? — dopytałem zadowolony.

— O taak. Następnym razem wstąpimy do jednej z tych wegetariańskich knajpek, spoko?

— Chcesz zagłuszyć swoje wyrzuty sumienia? — mruknąłem ze śmiechem, ustawiając się w kolejce do kasy — Mam karnet na siłownię, mogę cię tam kiedyś zabrać.

— Hmm. — zamyśliła się na chwilę — Na razie nie jest chyba tak źle — poklepała się po brzuchu, który ciężko było określić inaczej niż „chudy” — Ale w razie czego, odezwę się.

— Hah, jasne. — odparłem, szybko oblatując wzrokiem kartę dań — Wiesz już co bierzesz?

— Chyba… Dzisiaj chyba tylko duży kubełek dwudziestu skrzydełek, dwa razy duże frytki, dwa razy duża cola, duże lody i ciastko malinowe na deser. — powiedziała i uśmiechnęła się szeroko.

Ciągle nie dowierzam, jak może jeść tak dużo i jednocześnie ciągle być tak chudą osobą z tak dobrą figurą. Pewnie ma naprawdę szybki metabolizm. Albo, po prostu po kryjomu ćwiczy i bierze jakieś tabletki.

— Dasz radę to wszystko zjeść? — upewniłem się — To trochę… Dużo.

— Oczywiście! Przypomnieć ci, jak kiedyś założyliśmy się, że nie zjem całej tej dużej pizzy?

No tak. W któreś wakacje zaproponowałem, że jak całkowicie sama zje dużą, a raczej ogromną, pizzę z wieloma dodatkowymi składnikami, to do końca roku będzie mnie nazywać naprawdę upokarzającym przezwiskiem. O dziwo, wygrała. Ale na szczęście o swojej nagrodzie zapomniała już parę tygodni potem.

— Taa… Wolę tego nie powtarzać.

— Jasne, jasne. A ty co bierzesz?

— To samo. — mruknąłem odważnie — Nie jadłem śniadania, jestem potwornie głodny.

Rzuciła mi dwuznaczne spojrzenie, uśmiechając się lekko pod nosem.

— Ty już wiesz, co to oznacza.

— Nie, nie, nie, nie koń-

— KTO SZYBCIEJ ZJE WYGRYWA! — krzyknęła, chyba nieco zbyt głośno.

Ludzie wokół nas spojrzeli się na nas dziwnie, a ja, lekko zakłopotany zacząłem starać się jakoś uspokoić jej nadmierny entuzjazm.

— No dobra, dobra. A o co?

— Jak ja wygram… Przez równy miesiąc, każdego ranka stoisz pod moim domem punktualnie, z kubkiem kawy na wynos z pobliskiej restauracji. Jak ty wygrasz to robię to samo. Umowa stoi?

Uderzyła w czuły punkt. Oboje pałaliśmy do kawy niezwykłą miłością. Bo w końcu, kawa z rana jak śmietana… Jeśli to powiedzenia ma w ogóle jakolwiek sens.

— Umowa stoi. — potwierdziłem, uściskając jej dłoń — O, chyba nasza kolej. — zauważając, podchodząc do kasy.

Rozdział 6

12 października 2019 — Adam

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.38
drukowana A5
za 34.39