E-book
1.48
drukowana A5
41.81
Noc w szkole — Część pierwsza

Bezpłatny fragment - Noc w szkole — Część pierwsza

Wstęp


Objętość:
231 str.
ISBN:
978-83-8189-825-6
E-book
za 1.48
drukowana A5
za 41.81

„I’ve been away, a little while, sometimes I just can’t help myself
When my mind’s running wild, I seem to lose grip on reality
And I try to disregard the crazy things the voices tell me to do, but it’s no use
I tried to own it, write songs about it
Believe me I tried, in the end I needed to breathe
Find inspiration, some kind of purpose
To take a second to face the shit that makes me, me

All I needed was the last thing I wanted
To sit alone in a room and say it all out loud
Every moment, every second, every trespass
Every awful thing, every broken dream
A couple years back and forth with myself in a cage
Banging my head against the wall tryna put words on a page
All I needed was the last thing I wanted
To be alone in a room, alone in a room

I saw the world a couple times, tried to cure the ache with absence
But that hole was still a hole and my mind kept playing tricks on me
Feeling older every day, took everything I had to not crash and burn
But I’m starting to learn”

~ „Alone in a room” — Asking Alexandria

Notka od autora

Witaj drogi Czytelniku!

Bardzo się cieszę, że zdecydowałeś się przeczytać moją książkę. Ale zanim zaczniesz, pozwól, że dodam od siebie kilka słów.

Przede wszystkim, jest to pierwsza z planowanych trzech części tej historii. Miej to na uwadze — koniec tej książki nie oznacza końca całej serii.

W środku umieściłem też trochę cytatów z różnych piosenek — gdybyś miał trudność ze zrozumieniem ich, zajrzyj na stronę 202, gdzie znajdują się ich tłumaczenia.

Mam nadzieję, że spodoba Ci się moje najnowsze dzieło. Zapraszam i życzę miłego czytania!

Prolog

Podszedł bliżej, obrzucił mnie krótkim spojrzeniem, po czym usiadł po przeciwnej części stołu. Złapał za szklankę wypełnioną zimną wodą z dodatkiem — jak mi się wydaje — cytryny i mięty — po czym pociągnął jej niewielki łyk. Przełknął, zerknął na zegarek, chrząknął i ułożył dłonie na blacie. Jeszcze raz na mnie spojrzał, tym razem jakby chciał zapytać „możemy zacząć?”. Skinąłem delikatnie głową. 
— Witam pana. — powiedział po krótkiej chwili, wyciągając do mnie rękę. Uścisnąłem ją i obdarzyłem go lekko niepewnym uśmiechem — Jest mi niezmiernie miło, że znalazł pan dla mnie chwilę. 
— I nawzajem. Słyszałem nieco, że jest pan bardzo zajęty. — odparłem, uprzejmym tonem. Starałem się mówić wolno i, możliwie, jak najwyraźniej. 
— Ah, zgadza się. Dlatego niestety, nie mamy za dużo czasu.
Skinąłem głową. Siedzący przede mną młody mężczyzna w kosztownym, granatowym garniturze wyglądał dokładnie tak, jak sobie go wyobrażałem. Elegancki, goniący za perfekcją i jak największym profesjonalizmem, wiecznie się gdzieś śpieszący i zabiegany. Zdawały się to potwierdzać jego włosy, które miejscami lekko odstawały i sterczały na różne strony. 
— Przejdźmy do rzeczy. — zaproponowałem, lekko popychając książkę w jego stronę. 
— Gdybym coś pomylił albo przekręcił, proszę mnie poprawić. 
— Oczywiście. 
— Pańska książka składa się z trzech historii. Dwóch o miłości i jednej o nienawiści. To dość- 
— Wszystkie trzy są o miłości. — wtrąciłem się. 
— Naprawdę? Wydaje mi się, że to, co czuje […] to tylko czysta nienawiść. Do byłej rodziny, świata i samego siebie. 
— Mimo wszystko jest to opowieść o miłości. 
— Mówisz o jego […]? 
— Nie tylko. 
— Miłości to też nienawiść? 
— Można tak to ująć. Chociaż to trochę oklepany motyw. 
— Gdyby tak to ująć, wszystko byłoby oklepanym motywem, nie sądzi pan? 
— Raczej nie ma dużo książek o […]. 
— Zgadzam się. To dość specyficzny temat. 
— Ale mimo wszystko ważny.

— Tak pan uważa? 
— Wszystkie te trzy historie mówią o jakimś innym ważnym, przynajmniej dla mnie, temacie. 
— Na przykład o nienawiści do świata. 
— Na przykład. 
— Lub […]. 
— Jest coś jeszcze, o czym czytelnicy chcieliby wiedzieć? — zapytałem, zmieniając temat. 
— Może opowie pan o inspiracji. Dlaczego pan to napisał? 
— Proszę bardziej sprecyzować pytanie.
Westchnął i poprawił krawat. 
— Co zainspirowało pana do podjęcia tych konkretnych tematów? 
— Życie. Pisanie jest trochę jak przelewanie wody ze studni, jaką jest wnętrze pisarza, do wanny, która jest książką. Wylewasz swoje emocje, przeżycia, wspomnienia, frustracje, marzenia, te spełnione i te niekonieczne, a następnie jakoś ładnie to opakowujesz i wysyłasz do wydawnictwa. 
— Czyli każda książka musi być swego rodzaju biografią? 
— Nie w stu procentach oczywiście, ale ogólnie to tak. Książka to po prostu opis życia pisarza ubrany w ładne słówka. 
— Też czasami czuje się pan jak […]? 
— Zdarza mi się. Oczywiście, nie chcę […] jak on. To byłoby zbyt ekstremalne. 
— Finalnie i tak […]. 
— To i tak dużo. 
— Nie byłby pan w stanie żyć z czymś takim na sumieniu? 
— Ciężko stwierdzić. Nigdy nie […]. 
— A mimo to pisze pan o człowieku, który to zrobił. 
— Tak samo piszę o dziewczynie, która […], chociaż nigdy nie miałem w rękach profesjonalnego pędzla. 
— A chciałby pan? 
— Chwilami myślę, że byłoby ciekawie. 
— Czyli to, o czym pan pisze to też pragnienia i chęci przelane na papier? 
— Po części tak. Po części to przerobione wspomnienia. 
— Łatwo było to wszystko napisać? 
— Nie. Gdyby tak było, nawet by pan tego nie tknął. 
— Bo łatwo stworzone prace nie mają wartości? 
— Bo wylądowałoby to głęboko na dnie mojej szuflady, proszę pana. 
— A właśnie, ile jest takich książek leżących u pana w tej przysłowiowej szufladzie? 
— Kilka, jeśli nie więcej. To naturalna część naszej pracy. Część dzieci dorasta i zakłada rodziny, a części przy narodzinach ukręca się łeb. 
— To trochę brutalne. 
— Brutalność jest konieczna, by dobro wydawało się nam piękniejsze. 
— Od zawsze pan taki był? 
— To znaczy?

— Pański styl mówienia jest nieco… specyficzny. I ma pan tendencję do nadmiernego przemyśliwania różnych spraw, jak wnioskuję. 
— Być może. Nie pamiętam, jak było parę lat temu.
Kiwnął głową. 
— Kończy się czas. 
— Tyle wystarczy?
Wzruszył ramionami. 
— Na więcej nie możemy pozwolić. 
— Żadnego wstępu czy pożegnania? 
— Powinni się domyśleć, o co nam chodzi.
Po tych słowach upił jeszcze trochę wody, złapał za teczkę i wyszedł. Zostałem sam.

Rozdział 1

9 października 2019 — Patrycja

Powoli szłam przez budzące się do życia miasto, zaspanymi oczami obserwując otaczającą mnie rzeczywistość. Po mojej lewej stronie pędziły samochody, których kierowcy najwidoczniej bardzo śpieszyli się do pracy, a po prawej spokojnie przechadzali się uczniowie z plecakami na plecach i uśmiechnięci emeryci, którzy najpewniej wstali wcześniej by udać się do sklepu po jakieś zakupy. Z moich dousznych słuchawek leciała szybka, energiczna, elektroniczna muzyka, która zawsze przyprawiała mnie o uśmiech na twarzy a przy tym zachęcała do szybszego marszu. Był akurat chłodny, październikowy poranek. Ciemne, burzowe chmury zbierały się nad niebem, jakby gotowe by oblać miasto litrami rzęsistego deszczu. Z niepokojem obserwowałam je, z każdą chwilą coraz bardziej żałując, że nie zabrałam z domu ciepłej czapki i kurtki przeciwdeszczowej. Ale wtedy szkoda było mi psuć swojej nowej, fikuśnej fryzury, z którą dopiero wczoraj wyszłam od fryzjera. To coś zbliżonego do koka, jednak trochę inny… Nie mam pojęcia jak to opisać. Zobaczyłam gdzieś jej zdjęcie i od razu się w niej zakochałam. No, ale, zapowiadało się na to, że te złośliwe zjawiska pogodowe zniweczą całą ciężką pracę mojego fryzjera.
Moją głowę zaprzątały miliony różnych spraw. Jak to, czy na pewno wzięłam książkę z biblioteki, którą od tygodnia mam oddać, to, czy Magda mówiła, że wraca z wyjazdu dzisiaj, czy akurat jutro, czy pan z biologii jednak przesunął ten sprawdzian, i tak dalej i tak dalej. Jednak te wszystkie przemyślenia przerwał dość dziwny odgłos, który dochodził zza moich pleców. Na początku go po prostu zignorowałam, myśląc, że to ktoś z ulicy wołający do kogoś znajomego, bądź, że moje słuchawki znowu zaczynają wyczyniać niewiadome rzeczy. Ale ten dźwięk nie ustawał, a wręcz przybierał na siłę z każdą chwilą. Dodatkowo coraz bardziej zaczynał przypominać jakieś konkretne słowo. Paryja? Patrycja? 
— Patrycja! — krzyknął Adam, podbiegając do mnie — Boże, głucha jesteś? — wysapał, przystając przy mnie na chwilę. 
— Oj, wybacz, nie słyszałam — odparłam, wskazując na słuchawki wciąż tkwiące w moich uszach — Co się stało? 
— Nie zaczekałaś na mnie, więc musiałem biec przez pół miasta i drzeć się, żebyś wreszcie zwróciła na mnie uwagę. — dodał z lekkim wyrzutem — Uh, zmęczyłem się. — westchnął, przystając na chwilę, by złapać głęboki oddech. 
— Po pierwsze, to tylko kilkaset metrów — powiedziałam z delikatnym uśmiechem — A po drugie nie poczekałam, bo nie dawałeś znaków życia przez jakieś dwadzieścia minut. O ile nie więcej. 
— To nie moja wina. Oczywiście głupi budzik mnie nie obudził. Tak to jest, jak się kupuje jakiś tani szmelc z targu. 
— A telefonu nie masz? 
— Leżał wyłączony w innym pokoju, gdzie wczoraj go zostawiłem. Miałem… No, jakby to powiedzieć, ciężką noc. 
— A cóż to się stało? 
— Em… Powiedzmy, że… 
— Znów grałeś z kolegami do drugiej nad ranem, co nie? — mruknęłam z delikatną niechęcią. Cokolwiek by nie powiedział, wory pod jego oczami mówiły wszystko za niego. 
— A tam od razu grałem. Mieliśmy ważne zadanie do zrobienia. Szef budowy zarządził naszej ekipie, żebyśmy do poniedziałku skończyli budo… 
— Dobra, zrozumiałam. — ucięłam mu, bo doskonale wiedziałam, że o ich gigantycznym projekcie budowy miasta w popularnej, sandboxowej grze mógłby gadać bez przerwy do końca świata i trzy dni dłużej — Więc to nie tak, że budzik nie zadzwonił? 
— Czy ja wiem. Może zadzwonił, może nie. Ale i tak nie spełnił swego zadania! — podsumował nieco zakłopotany, uśmiechając się nieporadnie.
Zachichotałam cicho pod nosem. 
— No dobrze, dobrze. Następnym razem postaraj się chociaż trochę zadbać o swój sen, okej? 
— Mamy wolne do końca tygodnia, więc przez te parę dni raczej będę mógł położyć się spać odrobinę wcześniej. 
— Doskonale. A i następnym razem łaskawie zostaw komórkę blisko siebie, bo dzwonienie do ciebie setki razy bez żadnej odpowiedzi nie należy do zbyt przyjemnych. 
— Tak jest, szefowo. — wyszczerzył się — A teraz chodźmy, bo spóźnimy się na autobus. 
— Ah, no tak. Autobus — rzuciłam okiem na zegarek — Jeszcze mamy chwilkę, spokojnie. 
— To dobrze. — rzucił, próbując nadrobić mi kroku — A w ogóle, było coś na dzisiaj? — W sensie zadanie? 
— Noo. Nie miałem kompletnie czasu zajrzeć do książek.
Westchnęłam teatralnie i spojrzałam na niego karcącym spojrzeniem. 
— Jak ty zamierzasz zdać liceum? 
— Oj no, to ostatni raz. Ale było coś? 
— Projekt z chemii. Lecz jego akurat powinieneś mieć, bo babka zapowiadała już go dwa tygodnie temu. 
— Dasz przepisać? — poprosił, patrząc na mnie proszącymi oczami — No proooszę. Jak ty czegoś zapomnisz, to też ci dam. 
— To akurat nigdy się nie zdarzy, spokojnie. 
— To nie wiem, zabiorę cię gdzieś w ten weekend. — zaproponował — Na mój koszt oczywiście. 
— I to mi się bardziej podoba. — uśmiechnełam siędelikatnie — Gdzie?

— Do galerii. — wywrócił oczami — A potem możemy kontynuować zwiedzanie tej ciekawej części lasu po drugiej stronie ulicy. 
— Sobota o czternastej? 
— Może być. — kiwnął głową. 
— Niech ci będzie. Przepiszesz to w autobusie? 
— Tak, tak, dzięki wielkie — mruknął, biorąc ode mnie gruby zeszyt i zaczynając go powoli kartkować — Boże, tyle tego jest? 
— Nikt nie mówił, że będzie łatwo. — skomentowałam, wyglądając za pojazdem.

Rozdział 2

9 października 2019 — Eliza

— To była tragedia. — skwitowałam, wychodząc z sali — Po prostu tragedia.

— Aż tak źle? — zapytała Maja, zerkając na mnie zmartwionym wzrokiem.

— Noo. Jedynka będzie jak nic.

Westchnęłam cicho, założyłam ramię plecaka na drugie ramię i razem z nią skierowałam się w stronę kawiarenki. Akurat była długa, dwudziestominutowa przerwa, a więc idealny czas by coś przekąsić i porozmawiać z przyjaciółmi.

— A tobie jak poszło?

— Trójka raczej będzie. — mruknęła, pozbawiona entuzjazmu — Kamiński jak zwykle przesadził. Najpierw mówi, że czegoś nie będzie na sprawdzianie, a potem oczywiście jednak to daje. Super.

— Dlatego go nienawidzę. — powiedziałam, po czym mimowolnie parsknęłam śmiechem.

— Co jest?

— Przypomniało mi się coś. Pokażę ci zaraz.

Spojrzała na mnie podejrzliwie, jakby doskonale wiedziała, że taka propozycja nigdy nie oznacza nic dobrego. Jak, w zasadzie, było.

— No dobrze. Ale mogę najpierw skoczyć do toalety?

— Jasne. A mogę iść z tobą?

Wywróciła oczami.

— Czemu zawsze jak ja muszę, to też?

— Jakoś tak. — wzruszyłam ramionami — To pośpiesz się, bo jak zwykle wszystkie kabiny będą zajęte.

Na szczęście, nie były. Upewniłam się, że klozet, na którym zamierzałam usiąść był sprawny i czysty, po czym przystąpiłam do typowych dla toalet czynności, jak oddawanie moczu i przeglądania Facebooka.

Nagle po prawej stronie ekranu pojawił się dymek czatu. Patrycja coś chciała.


kompotzkury: hej, chciałabyś może wyjść z Adamem i Mają w sobotę koło 14???


maływieloryb: nie wiem, ja odpadam bo muszę jechać na urodziny do jakieś cioci czy coś:////


kompotzkury: kurde, szkoda. a masz może gdzieś Maję w pobliżu?? bo mi nie odpisuje -, —


maływieloryb: w8, zapytam się jej


kompotzkury: kk


Zablokowałam telefon i odłożyłam go na swoje uda, rozpłaszczone na muszli klozetowej, po czym krzyknęłam do siedzącej obok przyjaciółki, by zwrócić na sobie jej uwagę:

— Hej, Maja!

— Co? — odkrzyknęła, nieco zbyt głośno.

— Chcesz wyjść w sobotę z Patrycją i Adamem? Ona się mnie pyta i mówi, że podobno nie odpisujesz.

— Bateria w telefonie mi padła. No i nie wiem, zobaczę jeszcze. Może pojadę gdzieś z mamą, może będę mieć wolne. Serio, nie wiem. — mówiąc to, najpewniej wzruszyła ramionami i poprawiła spadające jej na twarz włosy.


maływieloryb: mówi, że nie wie i że jeszcze zobaczy. ale wiesz jak to jest, nie nastawiaj się na to zbyt dobrze


kompotzkury: taaa, wiem. No ale nic, może za tydzień się uda. pa


maływieloryb: mhm, cześć

Rozdział 3

„Crack my bones but my heart won’t break now”*

***

Niewielki, ciemny pokój nagle oświetliła zawieszona na suficie jarzeniówka. Migocząc, wyłączając się i na powrót włączając co kilka sekund, niepokoiła. Denerwowała. Irytowała. Sprawiała, że miało się ochotę rzucić wszystko i po prostu ją wreszcie wyłączyć. Zakończyć to marne nie-życie cholernego urządzenia, które miało czelność zakłócić ludzki spokój. Ale nikt nie reagował. Dźwięki towarzyszące temu powtarzającemu się w kółko i w kółko procesowi przebijały ponurą ciszę, która tam panowała. Klik, krótka chwila ciszy, klik.
Ściany były surowe i zimne. Same szare cegły, od niechcenia pomalowane ciemną farbą, która była wykonana i nałożona tak źle, że ciężko było nawet określić jej docelowy kolor. Szary w niektórych miejscach przybierał odcienie granatowej czerni, a w innych ciemnego brązu. Gdzieniegdzie odpadały kawałki tynku, kamień kruszył się i z cichutkim trzaskiem opadał na zakurzoną, równie zaniedbaną podłogę. Padające na nie ciepłe, żółte światło gasnące co chwilę, sprawiało wrażenie, jakby na naszych oczach ścierały się dwie wiodące siły. Jasna kontra ciemna strona mocy. Zło przeciw dobru. Niewinność i posłuszeństwo walcząca z odwiecznym pragnieniem łamania zasad.
Niewielki, kilkumetrowy pokój umieszczony głęboko pod ziemią, daleko od wzroku zwykłych ludzi, widział już wiele. Słyszał już wiele. Na własne oczy doświadczał czynów, które uznano by za makabryczne i godne potępienia. Już nie raz, właśnie tutaj, rozlegał się trzask łamanych z impetem kości, rozdzierający wrzask będącej w agonalnym stanie ofiary, czy cichy odgłos ciepłej krwi drobnymi kroplami skapującej na podłogę. Ale ściany nie mają ust, którymi mogłyby mówić. A nawet jeśli, pewnie nigdy nie powiedziałyby prawdy. Taka już ich natura. Milczą, nawet gdy łamane są w pół.

Rozdział 4

12 października 2019 — Patrycja

— Cześć! — rzucił na przywitanie, uśmiechając się do mnie szeroko.
Obleciałam wzrokiem jego zmierzwione, jasnobrązowe włosy, które wyglądały, jakby przeżyły co najmniej atak tornada albo inną katastrofę naturalną, niedobrane do siebie ubrania i źle zapiętą koszulę. Westchnęłam cicho, ale mimo to odpowiedziałam mu tym samym. Zmierzył mnie lekko zdziwionym spojrzeniem, po czym demonstracyjnie zaczął się sobie przyglądać. 
— Coś nie tak? — mruknął, najwidoczniej nie doszukując się żadnych błędów w swojej prezencji. 
— Nie, wszystko w porządku — odparłam sarkastycznym tonem. 
— Boże, po prostu powiedz. — rzucił wzdychając. 
— Spójrz na siebie. 
— I?
Powoli kręcąc głową, podeszłam do niego i przyłożyłam dłonie do jego klatki piersiowej. Sprawnie rozpięłam mu koszulę, wcześniej zasłaniając niezbyt atletyczny brzuch Adama swoim wyprostowanym ciałem. 
— Em? Co ty- 
— I już. — odparłam, błyskawicznie doprowadzając tę część jego ubrania do w miarę przyzwoitego stanu. Przydałoby się jeszcze ją wyprasować, ale teraz chociaż dało się na to patrzeć. — Następnym razem dobrze się temu przyjrzyj, zanim wyjdziesz z domu. A… I zawiąż buty. 
— Dobrze, mamo. — rzucił do siebie, delikatnie poirytowany.
Zawsze śmieszyły mnie, gdy tak mnie nazywał. Ale czy to moja wina, że ta życiowa fajtłapa nie umiała o siebie zadbać? 
— No, od razu lepiej. Chodźmy już. — rzuciłam okiem na zegarek. Zbliżała się czternasta — Oboje jesteśmy przed czasem, dobrze się czujesz? 
— Tym razem, wyjątkowo, budzik postanowił łaskawie obudzić mnie na odpowiednią godzinę. Gdyby nie to, pewnie dalej bym sobie smacznie spał.
No tak. Prawie zapomniałam, że należał do tych ludzi, którzy chodzą spać o piątej rano, a wstają o piętnastej. Dlatego zwykle wychodzimy późnym wieczorem. Ale tym razem postanowiłam zrobić mu trochę na złość. Taka cena za odpisany referat z chemii. 
— A wyspałeś się w ogóle? — zapytałam, patrząc na niego badawczym spojrzeniem. 
— Powiedzmy. — mruknął od niechcenia — A ty? Znowu od szóstej na nogach? 
— Może nie od szóstej, ale tak, stałam o wiele wcześniej od ciebie.

— Przecież jest weekend. — przewrócił oczami — Nie rozumiem takich jak ty. 
— I nawzajem. Przecież jest tyle fascynujących rzeczy, które można porobić w wolnym czasie! 
— Jak spanie? 
— To się nie liczy. — odparłam — Myślałam o czymś bardziej kreatywnym. À propos, ostatnio zaczęłam nowy projekt!
Uśmiechnęłam się szeroko i wyciągnęłam telefon, na którym zgromadziłam paręnaście zdjęć moich dość chaotycznych i brzydkich notatek na ten temat, które sporządziłam poprzedniej nocy i tamtego ranka. Siedziałam kilka godzin z piórem i mazakami w ręku, bazgrając, co tylko mi przyjdzie do głowy. Ale, po podsumowaniu, wstępnej korekcie i odrzuceniu tych najbardziej absurdalnych pomysłów, byłam z siebie bardzo zadowolona. 
— A co to takiego?
Nachylił się, by bliżej przyjrzeć się ekranowi mojego telefonu. Normalnie doprowadziłoby mnie to do szału, ale tym razem byłam skłonna mu wybaczyć. 
— O, wow. Dużo tego. A o czym to w ogóle będzie? 
— Chciałabym stworzyć nową platformę internetową! — odparłam z entuzjazmem.
Resztę drogi do gigantycznego centrum handlowego spędziłam, konsultując z nim różne kwestie dotyczące mojej strony. Praktycznie przy każdym punkcie miał jakieś uwagi, mniejsze lub mniejsze, które, jako niedoświadczona nowicjuszka skrzętnie notowałam. A przynajmniej starałam się, bo z trudem przychodziło mu powolne dyktowanie. 
— Więc mówisz, że mam ci w tym pomóc? 
— Jeśli miałbyś ochotę… 
— Zastanowię się jeszcze. — odpowiedział, przekraczając próg galerii.

— Na górze budynku powinni wyryć „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”. — mruknął cicho po chwili, oplatając wzrokiem dziesiątki, jeśli nie setki rozciągających się przed nim sklepów. 
— Oj tam, nie przesadzaj. Przejdziemy tylko… Pięć sklepów z ubraniami. Dobrze?
Odpowiedział mi tylko głuchy jęk. 
— A potem… Wpadniemy do jakiejś restauracji coś zjeść i pójdziemy do lasku, jak chciałeś. Może być? 
— Skoro tak stawiasz sprawę… Niech będzie. 
— Pamiętaj, że to twoja zapłata za zadanie z chemii. — wyszczerzyłam się szeroko — Masz nauczkę na przyszłość. 
— Taaa. Idziemy? 
— No jasne. — rzuciłam, pewnym krokiem idąc przed siebie.

Rozdział 5

12 października 2019 — Adam

— I co, było tak źle? — zagadnęła, skocznym krokiem kierując się w stronę wyjścia z galerii.

— Przypomniały mi się czasy, gdy matka wybierała mi ubrania. To była męka. — jęknąłem, poprawiając chwyt na sześciu ciężkich torbach, które kazała mi tachać.

— Ktoś musi, bo ty sam naprawdę nie umiesz się ubrać. — mruknęła sceptycznym tonem — Teraz przynajmniej będziesz wyglądać jak człowiek.

— Taa. — chrząknąłem — No ale nic, dzięki za wszystko, mimo wszystko. — powiedziałem, posyłając jej lekki, niepewny uśmiech.

Odgarnęła kosmyk ciemnobrązowych włosów opadający jej na twarz i odwzajemniła uśmiech. Spojrzała na mnie ślicznymi, błyszczącymi niebieskimi oczami i zachichotała pod nosem. Jak zawsze piękna. Tym razem, do wyjścia, wzięła na pędzel trochę brązowawego cienia, chyba był to jeden z tych cieplejszych kolorów. Aczkolwiek nie wyglądał źle na jej oku, raczej po prostu naturalnie. Potem wzięła czarne coś, co chyba nazywa się eyelinerem oraz podkreśliła nim rzęsy, a potem jeszcze je zatuszowała. Nie, żebym się na tym znał. Tłumaczyła mi to wszystko w jednym z tych olbrzymich sklepów z kosmetykami, każdym dziwniejszym od poprzedniego, kiedy testowała jak będzie na niej wyglądać jakiś dziwy puder. Nie interesowało mnie to za bardzo, ale z grzeczności uważnie słuchałem. Jeśli mam być szczery, nie widziałem znacznej różnicy. Ale jeśli jej się to podoba, to cóż, niech robi to co lubi.

— A tam, nie ma za co. — odparła — To co, idziemy coś zjeść i pójdziemy wreszcie do tego lasku? — zaproponowała, sprawdzając swoje konto bankowe na telefonie — Trochę jeszcze mi zostało, dobra. Może i matka mnie zabije, ale było warto.

— Wydałaś całe swoje oszczędności? — westchnąłem i przewróciłem oczami.

— Nie całe, ale to, co udało mi się uzbierać od wakacji. Ale nie żałuję, już dawno miałam uzupełnić szafę o nowe ciuchy i akcesoria.

Przytaknąłem głową żeby pokazać, że przyjąłem to do wiadomości.

— Wolisz jakiegoś fast-fooda, czy normalną restaurację? — zapytałem po chwili, kiedy znaleźliśmy się w tym segmencie galerii, w którym pełno było miejsc z rozmaitym jedzeniem.

— Sama nie wiem… Z jednej strony niby warto byłoby się wybrać na jakieś sałatki — ostatnie słowo wypowiedziała z lekką niechęcią — ale z drugiej, takie kurczaczki smażone na głębokim tłuszczu to kusząca propozycja. A do tego frytki, shake’i i lody.

Przez jej słowa zrobiłem się jeszcze bardziej głodny. Czemu ona zawsze musi myśleć o tym samym co ja?

— Czyli wybieramy się na niezdrowe żarcie? — dopytałem zadowolony.

— O taak. Następnym razem wstąpimy do jednej z tych wegetariańskich knajpek, spoko?

— Chcesz zagłuszyć swoje wyrzuty sumienia? — mruknąłem ze śmiechem, ustawiając się w kolejce do kasy — Mam karnet na siłownię, mogę cię tam kiedyś zabrać.

— Hmm. — zamyśliła się na chwilę — Na razie nie jest chyba tak źle — poklepała się po brzuchu, który ciężko było określić inaczej niż „chudy” — Ale w razie czego, odezwę się.

— Hah, jasne. — odparłem, szybko oblatując wzrokiem kartę dań — Wiesz już co bierzesz?

— Chyba… Dzisiaj chyba tylko duży kubełek dwudziestu skrzydełek, dwa razy duże frytki, dwa razy duża cola, duże lody i ciastko malinowe na deser. — powiedziała i uśmiechnęła się szeroko.

Ciągle nie dowierzam, jak może jeść tak dużo i jednocześnie ciągle być tak chudą osobą z tak dobrą figurą. Pewnie ma naprawdę szybki metabolizm. Albo, po prostu po kryjomu ćwiczy i bierze jakieś tabletki.

— Dasz radę to wszystko zjeść? — upewniłem się — To trochę… Dużo.

— Oczywiście! Przypomnieć ci, jak kiedyś założyliśmy się, że nie zjem całej tej dużej pizzy?

No tak. W któreś wakacje zaproponowałem, że jak całkowicie sama zje dużą, a raczej ogromną, pizzę z wieloma dodatkowymi składnikami, to do końca roku będzie mnie nazywać naprawdę upokarzającym przezwiskiem. O dziwo, wygrała. Ale na szczęście o swojej nagrodzie zapomniała już parę tygodni potem.

— Taa… Wolę tego nie powtarzać.

— Jasne, jasne. A ty co bierzesz?

— To samo. — mruknąłem odważnie — Nie jadłem śniadania, jestem potwornie głodny.

Rzuciła mi dwuznaczne spojrzenie, uśmiechając się lekko pod nosem.

— Ty już wiesz, co to oznacza.

— Nie, nie, nie, nie koń-

— KTO SZYBCIEJ ZJE WYGRYWA! — krzyknęła, chyba nieco zbyt głośno.

Ludzie wokół nas spojrzeli się na nas dziwnie, a ja, lekko zakłopotany zacząłem starać się jakoś uspokoić jej nadmierny entuzjazm.

— No dobra, dobra. A o co?

— Jak ja wygram… Przez równy miesiąc, każdego ranka stoisz pod moim domem punktualnie, z kubkiem kawy na wynos z pobliskiej restauracji. Jak ty wygrasz to robię to samo. Umowa stoi?

Uderzyła w czuły punkt. Oboje pałaliśmy do kawy niezwykłą miłością. Bo w końcu, kawa z rana jak śmietana… Jeśli to powiedzenia ma w ogóle jakolwiek sens.

— Umowa stoi. — potwierdziłem, uściskając jej dłoń — O, chyba nasza kolej. — zauważając, podchodząc do kasy.

Rozdział 6

12 października 2019 — Adam

Przedzierając się przez gęste krzaki i wdychając świeże, leśne powietrze wreszcie poczułem się… Wolny. Od tego wszechobecnego, miejskiego zgiełku, smrodu spalin oraz smogu, setek reklam atakujących mnie z każdej możliwej strony i ludzi, którzy ciągle rzucali mi wrogie spojrzenia. Cichy śpiew ptaków, szum wiatru przedzierającego się między powoli tracącymi liście drzewami i odgłosy przedzierania się ciężkimi, górskimi butami przez gęste leśne runo uspokajały, wprawiały w przyjemny, melancholijny nastrój, ale przy tym zachęcały do działania. W końcu jakoś trzeba było pozbyć się tych wszystkich kalorii, które wrzuciliśmy w siebie podczas posiłku. Nikt nie wygrał, postanowiliśmy ogłosić remis. To chyba nawet lepiej.
Od urodzenia mieszkamy w średniej wielkości mieście. Ja wychowałem się w malutkim mieszkanku w wysokim bloku, a Patrycja w dość dużym, jednorodzinnym domu. Od samego początku wdychaliśmy to ohydne, zanieczyszczone powietrze, obserwowaliśmy setki przejeżdżających samochodów, przechadzaliśmy się między brzydkimi, jednolitymi, ponurymi blokami, z których z czasem powstawały nawet całe osiedla. Ale wtedy mieliśmy jeszcze do dyspozycji różnorodne place zabaw, parki i zwyczajne pola pełne trawy, na których można było pobawić się w berka lub pograć w piłkę. Obecnie większość z tego wyburzono, a na ich miejsce postawiono kolejne sklepy, miejsca mieszkalne lub po prostu ogrodzono je grubym murem, by przypadkiem żadne chcące się pobawić dziecko, nie miało do nich dostępu.
To cholernie przykre, patrzeć jak twoje rodzinne miasto się zmienia. Z każdym rokiem na gorsze. Coraz bardziej tracąc swój urok oraz pozostałości po jego dawnej duszy, której nowi mieszkańcy nigdy już nie zasmakują. Dlatego właśnie tak kocham naturę. Zresztą, nie tylko ja. Oboje w młodości spędzaliśmy całe dnie, buszując wśród liści, wysokich traw i dziko rosnących roślin. Las rozciągający się na południu miasta jest ogromny. Praktycznie niemożliwe jest przemierzenie go całego na nogach za jednym razem. A nawet jeśli komuś by się to udało, po drodze na pewno przegapiłby mnóstwo interesujących i unikatowych miejsc. Jest coś magicznego i pociągającego w tym przypływie adrenaliny towarzyszącej odkryciu nowego starego drzewa trafionego przez piorun, polany pełnej grzybów bądź kwiatów, czy też niewielkiej, urokliwej polanki.
Od zawsze wydawało nam się, jakoby las należał do nas. I tylko do nas. Bardzo rzadko widzieliśmy, żeby ktoś poza nami tam wchodził. A jeśli już, ślady zwykle urywały się po kilkuset metrach. To nie było miejsce na spokojny, niedzielny spacerek. A przynajmniej, zawsze się tak nam wydawało. 
— Idziesz? — rzuciłem, oglądając się do tyłu. Patrycja z szerokim uśmiechem na twarzy szła tuż za mną, prawą ręką odsuwając od twarzy największe gałęzie. 
— Oczywiście. Pamiętasz, gdzie skończyliśmy tydzień temu? — odparła. 
— Gdzieś tutaj. — mruknąłem, wypatrując naznaczonego kredą drzewa — O, jest. — wskazałem na nie palcem.
Na takie wyprawy zawsze braliśmy ze sobą dwie rzeczy. Sprej na komary i zapas kredy. To pierwsze pozwalało uchronić się od natrętnego robactwa, szczególnie w ciepłych miesiącach roku, a drugie odnaleźć drogę do domu po długiej wędrówce. Lub oznaczyć, gdzie ostatnio zaprzestaliśmy dalszej eksploracji. 
— Idziemy dalej na wschód? 
— Myślę, że tak. Na zachód stąd po paru kilometrach trafilibyśmy na autostradę. — powiedziałem z niechęcią. 
— Dobra, więc prowadź.
Staraliśmy się oszczędzać wypowiadane słowa w czasie wędrówki. Oboje mieliśmy głowę pełną najróżniejszych myśli, planów, przypuszczeń i spraw do przemyślenia i przetrawienia we własnym zakresie. Zresztą, zbędne rozmowy wybijały z klimatu i zagłuszały te ciche odgłosy, które tworzyły to miejsce tak wyjątkowym.
Po parunastu minutach zatrzymaliśmy się. Trafiliśmy na nowe ujście rzeki, którego nie widzieliśmy nigdy więcej. Strumień płynął powoli i leniwie, ciągnąc się w dal, aż po horyzont. Linia brzegu była obsypana niewielkimi kamyczkami, spomiędzy których wyrastały niewielkie roślinki. W czystej wodzie taplały się małe rybki, a na pokaźnym głazie nieopodal majestatycznie zasiadała ropucha. 
— Usiądziemy? — zapytałem szeptem.
Ona tylko skinęła głową. Usiedliśmy koło siebie, pochłaniając obecną tam atmosferę. Delikatnie oparła swoją głowę o moje ramię. Nie protestowałem. Po prostu nie mogło być lepiej.
Jako że była już jesień, zaczynało się robić ciemno. Pierwsze gwiazdy powoli zaczynały pojawiać się na niebie, a ich delikatny blask przebijał się przez rozrzedzone korony drzew. Nie ruszałem się ani o milimetr, a jedynie oddychałem głęboko. Przymknąłem na chwilę oczy, chcąc jak najbardziej chłonąć jej ciepło i słodki oddech na mojej skórze. Mógłbym tak spędzić wieczność. Spojrzałem na nią. Uśmiechała się delikatnie, powoli wędrując wzrokiem po otaczającym nas lesie. Nagle usłyszeliśmy niewielki chrzęst. To wiewiórka, trzymający w swoich malutkich rączkach pokaźnego orzecha, przebiegła tuż przed nami, poruszając przy tym opadnięte liście. 
— Ale urocza. — wyszepnęła.
Delikatnie pokiwałem głową na znak zgody.
Siedzieliśmy tak jeszcze kilka minut. Aż nagle rozległ się głośny dzwonek telefonu. Prosiłem ją, by zawsze wyłączała wszystkie urządzenia, gdy tu wchodzimy. Zazwyczaj słuchała. Ale jak widać, dzisiaj zrobiła wyjątek. Przypadkiem lub nie. Nie zamierzałem tego jednak od razu roztrząsać.
Spojrzała na nazwę kontaktu i zbladła. Pośpiesznie wstała, odebrała i przyłożyła telefon do ucha. Na jej twarzy pojawił się wyraz strachu i przygnębienia. Odeszła na kilka metrów i zaczęła mówić, cichym, łamiącym się głosem. Rozmawiała tak kilka dłuższych chwil, aż krzyknęła, cała roztrzęsiona i zapłakana: 
— Zostaw mnie wreszcie, zjebie!
Po tym rozłączyła się, wrzuciła telefon do kieszeni, rękawem otarła spływające jej po twarzy łzy i bez słowa odeszła. Nie biegłem za nią. Wiedziałem, że potrzebuje czasu. Chwili dla siebie. Cokolwiek się stało, zgłosiłaby o pomoc, jeśli by tego potrzebowała. A skoro tego nie zrobiła… Widać nie jestem jej na razie potrzebny. Mogłem tylko czekać, ze wzrokiem utkwionym w gwiazdy i spadające liście, w myślach odprowadzając ją do domu.

Rozdział 7

„What doesn’t kill you
Makes you wish you were dead”*

***

To był wyjątkowo zimny, jesienny wieczór. Słońce powoli chowało się za horyzontem, by ustąpić miejsca księżycowi, jego wstydliwemu bratu, który ukazywał się ludziom dopiero w nocy, gdy zapadał zmrok. I tak było też tamtego dnia. Całe miasto spowiła ciemność, ciężka, gęsta, trudna do odpędzenia. Ale mimo tego wciąż i wciąż naruszana dziesiątkami samochodowych reflektorów, palącymi się w domach światłami czy ulicznymi lampami.
Nikt nie przejmował się, że temperatura była bliska zera i że przez silny deszcz warunki na drogach były ciężkie, a przejazd utrudniony. Każdy po prostu bezrefleksyjnie jechał dalej, nie zastanawiając się ani chwili, że w każdej chwili może im przyjść pożegnać się ze swoim dotychczasowym życiem. Mężczyzna ubrany w gruby, wełniany płaszcz, z puchatą czapką nasuniętą po czubki uszu, w drogich, męskich kozakach i skórzanych rękawiczkach powoli szedł niemal pustym chodnikiem, spokojnie popijając jeszcze ciepłą kawę w kartonowym kubku. Przetarł eleganckie, druciane okulary i pochylając lekko głowę, dalej zmierzał w kierunku celu. Normalnie nie ruszałby się z domu o tej godzinie i to w taką pogodę. Ale nie miał wyjścia. Musiał coś załatwić. I to pilnie. Cholernie pilnie. Dopił parujący, ciemny napój i odrzucił puste opakowanie na ziemię. Odruchowo splunął, zerknął na zegarek i zaklął cicho. Nie zostało mu dużo czasu.
***
Nagle drzwi podziemnego pokoju otworzyły się z cichym jękiem. Stare, zbutwiałe drewno uderzyło o kruszącą się cegłę, uwalniając przy tym niewielką chmurę pyłu i kurzu. Mężczyzna, ociekając deszczem, szybko wszedł do środka. Obleciał puste wnętrze badawczym wzrokiem, po czym rzucił na podłogę niewielką torbę, którą trzymał w rękach. Niewielką, materiałową, zaprojektowaną, by trzymać w niej najpotrzebniejsze narzędzia i przybory potrzebne do pracy. Zerknął na nią ostatni raz, po czym cofnął się i z hukiem trzasnął drzwiami. W zamku rozległ się chrzęst przekręcanego klucza. I znowu zapadła tam cisza.

Rozdział 8

14 października 2019 — Adam

Zbliżała się druga nad ranem, rzęsisty deszcz ciągle uderzał w szybę, a przez uchylone okno do mojego pokoju dostawało się wręcz przenikające zimno. Mocniej zacisnąłem dłoń na puszce taniego energetyka, którego wypiłem jednym haustem. Uderzyłem nim z całej siły w tanie, drewniane biurko, które wydał z siebie cichy jęk. Puszka zgniotła się, wrzynając mi się w otwartą dłoń.
Westchnąłem, przetarłem zmęczone i zaczerwienione oczy, po czym skierowałem wzrok z powrotem na rozświetlony ekran laptopa. Nie miałem ochoty na granie, więc po prostu odpaliłem Worda i zacząłem klepać w klawiaturę. Dawno już się tym nie zajmowałem. Pisanie to dla mnie była jedna z tych zajawek, którymi człowiek interesuje się przez tydzień, a potem na zawsze odrzuca w kąt. Jednak z braku laku postanowiłem wrócić do zaczętej przed laty historii. I już po pierwszych napisanych zdaniach zaczynałem poważnie żałować tej decyzji.
Rozwieszony nad moją głową plan lekcji brutalnie przypominał o tym, że rano jakimś cudem będę musiał zwlec się z łóżka, a jakby tego było mało, na zajęciach być przynajmniej przytomnym. Wiedziałem o tym. Ale nie przejmowałem się tym jakoś bardzo. Konsekwencje, jakie mają mnie czekać za kilka godzin, miały mnie dotknąć dopiero za te kilka godzin. Na razie nie miałem się czym przejmować. Najwyżej mnie z przyszłości znowu się dostanie.
Ostatnio coraz częściej miewałem problemy z bezsennością. Kiedyś całą noc potrafiłem przewracać się z boku na bok, złudnie licząc na, chociażby odrobinę odpoczynku. Ale od kiedy nauczyłem się dość szybko rozpoznawać której nocy na pewno nie prześpię, wstawałem więc i odpuszczałem sobie daremne próby. Grałem, czytałem, czasami i się uczyłem. Lecz akurat tamtej nocy nie miałem na nic ochoty, siły ani chęci.
Była sprawa, która nie dawała mi spokoju. Oczywiście, że chodzi o Patrycję. Przecież, o kogo innego mogłoby chodzić.
Odeszła bez słowa, a potem cały następny dzień ani razu się ode mnie nie odezwała. A ja bardzo nie chciałem robić tego pierwszego kroku. Dobrze wiedziałem, że ona musi to wszystko najpierw dobrze przetrawić sama ze sobą, a dopiero potem zwróci się do mnie o pomoc. Ale i tak się martwiłem. W końcu, kto by tego nie robił?
Westchnąłem głośno i wróciłem do pracy nad porzuconym tekstem. Pełno w nim było błędów, a styl pisania pozostawiał wiele do życzenia. Miałem ochotę dokument wydrukować, podrzeć, spalić, a następnie wyrzucić z dysku. Lecz nie robiłem tego. Po prostu pracowałem dalej, tłumiąc w sobie wściekłość. Czasami tak chyba trzeba. Iść dalej, mimo że z każdym krokiem kamień w bucie zaczyna ranić i drażnić coraz bardziej. Po prostu to ignorować. Po prostu…
Nagle moje rozważania przerwał dzwonek telefonu. Nie musiałem patrzeć, kto dzwoni. Doskonale to wiedziałem. 
— Przepraszam.
To było pierwsze słowo, które powiedziała. W jej głosie wyraźnie czułem napięcie, stres, niepewność, może nawet nutkę strachu. Ale odezwała się. A to było najważniejsze. Teraz musiałem jedynie dobrze to rozegrać. 
— Nie musisz. Nic się nie stało. — odparłem spokojnie, starając się ukryć swoje wcześniejsze rozdrażnienie. 
— Po prostu sobie poszłam, bez słowa, zostawiając cię tam samego. — dodała, jakby chcąc przypomnieć mi tę sytuacja — Jest za co przepraszać. 
— Najwidoczniej miałaś swój powód. 
— Obiecałam, że wyłączę telefon. To był przypadek, jakoś wyleciało mi to z głowy i… 
— Cii… Już dobrze. Naprawdę. 
— Ale… 
— Nie mam ci tego za złe. Jest okej.
Westchnęła cicho, a między nami na chwilę zastała cisza. 
— Dlaczego nie śpisz? — zmieniła temat, przyjmując bardziej troskliwy i opiekuńczy ton. 
— Nie umiem zasnąć. 
— Adam… 
— Przysięgam. 
— Martwiłeś się?
Zamilkłem na chwilę, by zebrać myśli i jak najlepiej ułożyć swoją odpowiedź. 
— Cholernie. 
— Przepraszam, że nie powiedziałam, o co chodzi. Ja po prostu… 
— Wiem. Znam cię na tyle dobrze, by wiedzieć takie rzeczy. 
— Dziękuję… — wyszeptała cicho, delikatnie pociągając nosem. 
— Już lepiej? 
— O wiele. Ale dalej nie czuję się najlepiej. 
— Chcesz o tym pogadać? 
— Nie… Potrzebuję… 
— Odrobiny bliskości, przytulenia, zapewnienia, że wszystko będzie dobrze? — wymieniłem. 
— Tak, ale… 
— Będę za pięć minut. — zadeklarowałem, wyłączając komputer, ignorując przy tym komunikaty o niezapisaniu pliku

— Ogarnę się i będę u ciebie.

— Nie musisz. Jest już późno. 
— Kawa z mlekiem czy bez? 
— Bez. — odparła, rozumiejąc, że nie przyjmuję sprzeciwu.
To nie był dobry znak. Widocznie jest jeszcze gorzej, niż myślałem. 
— No dobrze. Do zobaczenia. — rzuciłem, rozłączając się.
***
Skłamałem. Stałem pod jej drzwiami już trzy minuty później. Ale to nie moja wina, że mieszkała bardzo blisko mnie. Tak blisko, że z mojego okna mogłem przyjrzeć się jej domowi.
Poprawiłem spadający mi z ramienia plecak i nacisnąłem dzwonek do drzwi. Otworzyła chwilę później i przywitała mnie delikatnym uśmiechem. 
— Cześć Patrycja. — rzuciłem, przechodząc przez próg i odkładając plecak na podłogę.
Ona bez słów zamknęła drzwi i przytuliła się do mnie lekko nieśmiało. Objąłem ją mocniej, powoli i delikatnie gładząc jej włosy. 
— Już dobrze. Jestem przy tobie.
Potwierdzająco pokiwała głową, pewniej się we mnie wtulając. Jeszcze nigdy nie sprzeciwiała się czy zaprzeczała, gdy to mówiłem.

Rozdział 9

14 października 2019 — Adam

Niecałą godzinę później znaleźliśmy się w jej łóżku. Okryłem nas kocem, wręczyłem świeżą, wciąż jeszcze parującą kawę — bez mleka — zgodnie z życzeniem, zapewniłem kilkugodzinny zapas chrupkich przekąsek i odpaliłem jej ulubiony film. Uśmiechnęła się do mnie lekko, jakby chcąc potwierdzić, że istotnie zadbałem o wszystkie, nawet najdrobniejsze szczegóły.
Jeśli chodzi o radzenie sobie z ciężkimi chwilami, miała swoje określone sposoby. Bardzo ściśle i skrupulatnie opisane w jej wyobraźni. I chociaż nigdy nie wypowiedziała ich na głos, ja instyktownie czułem, gdy uderzałem we właściwe tony. Opanowanie tego do perfekcji zajęło mi kilka dobrych lat. Ale to było tego warte. Z każdą taką chwilą uczyłem się więcej o niej, ale też, co nieco dziwne, o sobie. Kiedy ona wchodziła w grę, nagle cały pozostały świat dla mnie zamierał. Liczyła się tylko Patrycja. Sam nie wiem, czy to dobre. Może tak, może nie. Nie wiem. Nie jestem filozofem lub chociażby osobą na tyle dojrzałą, żeby móc odpowiedzieć sobie na to pytanie. Ale za to wiem jedno — nigdy nie potrafiłbym jej odmówić. 
— To był on. — powiedziała po godzinie, wzdychając cicho.
Przyjrzałem się jej czujnie. Z oczu nie leciały jej łzy, wargi nie drżały, a twarz była nadzwyczajnie dla takich sytuacji spokojna i zrelaksowana. Czyżby moja obecność tak na nią działała? 
— On? — dopytałem, chociaż doskonale wiedziałem, kogo ma na myśli. 
— Pamiętasz go chyba. Mój były. Ten śmieć.
No tak. A kto inny mógłby poruszyć ją tak mocno, by z płaczem, samotnie wybiegła z lasu, zostawiając mnie tam na pastwę losu. Mogłem się domyśleć, że to o niego chodzi. Ale fałszywie łudziłem się, że to już zamknięty rozdział w jej życiu. Niestety, nadzwyczaj często zdarzało mi się mylić. 
— Czego chciał? — zapytałem łagodnie, dłonią delikatnie odgarniając niesforny kosmyk włosów opadający jej na policzek. 
— Darł się, że mam do niego wrócić i że jeśli tego nie zrobię, to pożałuję. Czy coś takiego. No i dodawał, że się zmienił, że żałuje bla bla bla. — odparła, z wyjątkową niechęcią i odrazą w głosie parodiując głos chłopaka.
Adrian, bo tak się nazywał, miał osiemnaście lat. Pracował w osiedlowym sklepie i chodził do klasy maturalnej. Chociaż, chodził to za dużo powiedziane. Czasami tam przebywał. Krążą pogłoski, że więcej czasu widywano go na osiedlu z e-petem w ręce niż w szkole. Był zarozumiały, chamski i opryskliwy. Ale przy tym przystojny. Cholernie przystojny. Wszędzie chodził ze swoimi dwoma najlepszymi kuplami, którzy nie odstawali go na krok. Nie był gwiazdą szkoły. Raczej typem bogatego dziecka z jeszcze bogatszej rodziny, który dzięki swojemu wyglądowi i kontaktom miał jakiś udział w życiu szkoły i osiedla, a przy tym miał jakąś tam swoją rozpoznawalność. Sam nie wiem, jak poznał Patrycję. Pewnie jakoś tak wyszło. Jak zawsze. No, ale wyszło na to, że oboje się w sobie zakochali. Ponoć. Ponoć, bo ciężko mi wierzyć, że taki pozornie twardy koleś jak on mógłby jakoś zdobyć serce tak delikatne, jak mojej najdroższej przyjaciółki. Cóż. To pewnie pozostanie tajemnicą jeszcze jakiś czas. No, ale po jakimś czasie wyszło, że w ich związku nie jest najlepiej. Kłócili się i zrywali, by po chwili znów do siebie wracać. Chciałem jej wmówić do rozsądku, że to nie ma sensu. Lecz ona dalej szła w zaparte, najwidoczniej zaślepiona wizją jej niby idealnego chłopaka, który „miał swoje gorsze dni i tyle”. Ale chyba na dobre zrozumiała, gdy uderzył ją pierwszy raz. I na szczęście ostatni zarazem. Od razu odbiegła od niego z płaczem i zadzwoniła do mnie. Wciąż pamiętam jak roztrzęsiona i zapłakana relacjonowała cały jej wieczór. Ze szczegółami. Niezbyt przyjemnymi szczegółami. Od razu poprosiłem, by do mnie wpadła. I to właśnie wtedy szczerze go znienawidziłem. 
— Pieprzy głupoty. — mruknąłem — Nic ci nie zrobi. 
— No tak, wiem. — odpowiedziała, z lekką nutą zwątpienia wyczuwalną w jej głosie — Ale pomożesz mi, tak? Na wszelki wypadek. 
— Jasne. Zawsze chętnie pomogę. — zapewniłem troskliwym tonem, lekko obejmując ją ramieniem. 
— Dziękuję. — wyszeptała i przymknęła oczy, próbując zasnąć.

Rozdział 10

„I tried to change but seems

everything’s written now

On my life my past is broken,

but there’s a future i can’t see”*

***

Mężczyzna w średnim wieku bardzo powoli podniósł się ze starego, pojedynczego łóżka i usiadł na jego brzegu. Przetarł zmęczone oczy, po omacku wyszukał tanich, drucianych okularów na brzydkiej i zniszczonej szafce nocnej i założył je na nos. Był środek nocy, a on znowu nie mógł spać. Znowu.
To męczyło go od jakiś dwóch lat. Od dwóch lat praktycznie co drugą czy trzecią noc budził się nagle o drugiej, czy trzeciej nad ranem i dalej już nie mógł zasnąć. Nie ważne czego próbował, nie ważne, do czego by się posunął, efekt zawsze pozostawał taki sam.
Zrezygnowany włączył niewielką lampkę, której słaby i mały promień światła wystarczył na oświetlenie jedynie kawałka szafki oraz odrobiny podłogi. Na tej pierwszej leżało zaczęte pudełko leków na sennych, które ostatnio kupił w aptece. Nie były to prawda środki z wyższej półki, ale zapłacił za nie wystarczająco dużo, by chociaż częściowo zadziałały. A przynajmniej tak to sobie racjonalizował. Od kiedy ledwo wiązał koniec z końcem, musiał robić to zaskakująco często.
Wyciągnął ich pięć i szybkim ruchem połknął wszystkie na raz. Nie potrzebował do tego wody. Już dawno temu przywykł do przyjmowania sporej ilości leków na raz.
Mężczyzna chciał się już położyć, ale w mieszkaniu nagle rozległ się rozdzierający trzask pękającego szkła. Postawiony w stan nagłej gotowości poczłapał do włącznika światła. Duża lampa na suficie rozjaśniła pomieszczenie. Szybko zrozumiał, co się właściwie stało. Przez otwarte okno dostał się wiatr, który zrzucił z parapetu ustawione na nim zdjęcie w zdobionej ramce. Podniósł je ostrożnie, uważając, by nie zaciąć się ostrymi odłamkami.
Przedstawiało jego młodszego o kilka lat, młodego chłopca oraz uśmiechniętą kobietę. Wszyscy pozowali przed nowym, zadbanym domem jednorodzinnym, który wyglądał, jakby dopiero co został ukończony. Kiedyś pewnie przynosiło dobre, ciepłe wspomnienia minionych chwil. Ale teraz przez środek przebiegła długa i głęboka rysa, odcinająca faceta w średnim wieku od reszty rodziny. Ta z resztą była ledwo widoczna przez popękane szkło, które zdawało się ucierpieć najbardziej tylko po ich stronie.
Nie wytrzymał. Wyrzucił je z dziesiątego piętra i złapał w dłonie ostre okruchy. Szybko poraniły mu ręce, ale on się tym nie przejmował. Przyłożył je sobie do twarzy, która szybko cała pokryła się nowymi ranami i świeżą krwią.

Rozdział 11

12 października 2019 — Eliza

Kojące dźwięki szybkiej, rockowej piosenki wypełniły mój niewielki pokój. Wsłuchałam się dokładnie, jak gitara doskonale współgra z perkusją, by po chwili na chwilę się uciszyć i dać popisać się wokaliście. Położyłam niewielkie, blade i zimne palce na pokrętle głośności starego odtwarzacza i podkręciłam ją nieco bardziej niż zwykle. Nie cierpiałam słuchawek. Wolałam, jak muzyka dochodzi do mnie ze wszystkich stron, jakby oplata moje ciało swoją niewidzialną nicią, zaciska się na nim i porywa w daleką podróż. Tam, gdzie żadne inne medium nie może nas zaprowadzić.
Nie przejmowałam się za bardzo reakcją innych. Nawet jeśli byli na to zirytowani, zdenerwowani czy nawet wściekli, nie obchodziło mnie to. Wszystko, co działo się w czterech ścianach mojego pokoju, przynajmniej dla mnie, nie wychodziło na światło dzienne. Nie było w nim miejsca na wścibskie spojrzenia przypadkowych świadków. Byłam tam tylko ja. Okazjonalnie też Maja. Chociaż nawet jej nie pozwalałam się czuć zbyt swobodnie. Nie, nie mogła poczuć się tu jak w domu.
Uśmiechnęłam się lekko do siebie i, podrygując delikatnie do rytmu, podeszłam do okien umieszczonych w ścianie naprzeciwko mnie. Był pogodny, sobotni poranek. Drzewa falujące na wietrze wydawały się pogrążone w jakimś melancholijnym tańcu, podobnie jak wciąż pokryta rosą trawa. Słońce świeciło, a na niebie nie widać było żadnej chmurki. Miało się ochotę wybiec na zewnątrz i pocieszyć się wczesnym spacerem. Jednak doskonale wiedziałam, że to nie była na to pora. Energicznym ruchem zasłoniłam cały ten widok grubymi, materiałowymi zasłonami w kolorze dojrzałej wiśni. Odwiedzający moje małe miejsce na ziemi często komentowali to słowami „Pasują ci do włosów. Sama je wybierałaś?”. Zwykle wtedy po prostu kiwam powoli głową, chociaż tak naprawdę nie było w tym dużo prawdy. Miałam poczucie, że to one wybrały mnie. A nie na odwrót. Ale nie zamierzałam się tłumaczyć przed osobami, których znaczna większość stanowili nieco podstarzałą część mojej rodziny.
Nie jest to może zbyt porywająca opowieść, ale może kiedyś zdradzę ją komuś innemu niż samemu sobie. Może. Czy kiedyś się odważę należy, co prawda zaliczyć do kwestii spornych, ale sam fakt brania tego pod uwagę uważam za połowę sukcesu.
Lecz już po chwili odsunęłam od siebie te rozważania. Często tak miałam. Rozmyślałam chwilę o jakieś nieznaczącej głupocie, by po chwili odrzucić ją w kąt i zająć swoją głowę czymś innym. Lubiłam to. To głównie dzięki temu nigdy się nie nudziłam. Wystarczyło mi jedynie znaleźć jakiś pierwszy lepszy temat do dyskusji ze samym sobą i zacząć swoją rozmowę. Czy raczej monolog. Ciężko stwierdzić.
Przeleciałam dłonią po długich, opadających mi na ramiona włosach. Były naturalnie lekko falowane, co dodawało im dodatkowego uroku. Osobiście uważałam, że lepiej wyglądam w rozpuszczonych, niż w związanych w jakikolwiek sposób. Ale wiadomo — nie zawsze sytuacja mi na to pozwalała. Za to w domu, gdzie nikt nie miał prawa się o to doczepić, zawsze chodziłam tak, jak miałam na to ochotę.
Przejrzałam się w niewielkim lustrze, wiszącym na ścianie po lewej stronie. Co prawda dawało radę uchwycić tylko twarz i mniej więcej połowę tułowia, ale i mimo tego było bardzo przydatne. Na twarzy jak zwykle miałam lekki, nieinwazyjny makijaż, który miał jedynie delikatnie podkreślić moje najlepsze cechy. Dość blada cera dobrze kontrastowała z kolorem moich włosów, ale i czerwonej sukienki, którą rano z jakiegoś powodu postanowiłam ubrać. Uśmiechnęłam się do siebie, jakby chcąc dodać sobie odrobiny otuchy.
Nie miałam jakiś wielkich planów na ten dzień. Po prostu coś napisać. Ta myśl towarzyszyła mi, od kiedy pierwszy raz tamtego ranka otworzyłam powieki. Świdrowała, nie dawała spokoju, ale przy tym motywowała i zachęcała do działania. Po kilkudniowej przerwie wreszcie nadszedł ten dzień. Wreszcie się uda.
Zasiadłam za starym, drewnianym biurkiem, które podobno było starsze ode mnie o kilka lat. Kochałam je. Było lekko podniszczone i wyraźnie dało się na nim zauważyć ślady przemijającego czasu. Odrapania, zadrapania, niezmywalne plamy po kawie oraz nieliczne resztki lakieru przypominały o jego burzliwej historii. Ale to właśnie czyniło go tak wyjątkowym. Zapach przesiąkniętego wspomnieniami drewna zawsze mnie inspirował. Wystarczyło, że przejechałam ręką po zniszczonych deskach, a od razu czułam to podekscytowanie towarzyszące zapisywaniu stronie po stronie, a potem kończeniu książki po książce. Uwielbiałam to. I może dlatego nie potrafiłam pisać nigdzie indziej niż tam.
Złapałam moje doświadczone w boju pióro, które lata temu dostałam od kogoś na urodziny. W wieku dziesięciu lat uznałam to za beznadziejny prezent i odrzuciłam je na bok, by zająć się lepszymi podarunkami, jak lalkami czy pierwszymi kosmetykami. Ale z czasem je doceniłam. Miało w sobie… To coś. Każda litera, słowo, zdanie nim napisane zdawało się mieć swoją własną duszę, którą przejęło od tego narzędzia. Dbałam o nie bardzo. Nigdy nie wyszłam z nim z domu, ba, nawet z mojego pokoju. Codziennie je polerowałam i wymieniałam wkład na nowy w razie potrzeby. Było moim oczkiem w głowie. Poprawiłam chwyt i mocniej zacisnęłam na nim rękę. W tle zaczęło lecieć legendarne „Thunderstruck”. Tylko to się liczyło. Moje biurko, moja kartka papieru, moje pióro i muzyka.
Z determinacją postawiłam pierwsze słowo. Potem drugie, trzecie. Pisanie przychodziło mi dziś z nadzwyczajną łatwością. Zanim się obejrzałam, minęło piętnaście minut, a ja zdążyłam w tym czasie zapisać trzy kartki. Odetchnęłam, pociągnęłam łyka już nieco zimnej herbaty i zrobiłam sobie chwilę przerwy. Akurat na czas. Bo właśnie wtedy z sąsiedniego pokoju rozległ się zniecierpliwiony krzyk: 
— Eliza!

Rozdział 12

12 października 2019 — Eliza

Westchnęłam cicho i podniosłam się z biurka. Powolnym krokiem przeszłam do niewielkiego salonu.

Jak wszystkie pokoje w naszym mieszkaniu, nie był imponująco wielki. Ale za to przemawiał swoim przytulnym klimatem. Nieco już stare, drewniane meble, puchaty, zielony dywan, ściany pomalowane na przyjazny, beżowy kolor i duża lampa zwisająca z sufitu sprawiały całkiem dobre wrażenie. Pod jedną ze ścian stała meblościanka, przy drugiej biurko ze starym i nieco już psującym się komputerem, a obok niego duży stół jadalny. Na co dzień niepraktyczny, ale przy przyjmowaniu gości wręcz idealny.

— Tak? — zapytałam się, kierując wzrok na sofę ustawioną w rogu.

Leżała na niej moja matka. Szczelnie okryta kocem, spod którego wystawały jej kościste, blade dłonie i głowa. Krótkie, brązowe włosy dawno nie były przycinane, więc wyglądało to bardziej jak chaotyczny busz niż zadbana fryzura. Na jej twarzy malował się wyraz zirytowania, ale i zmęczenia. Pod dużymi, niebieskimi oczami miała ciemne wory, a jej skóra niemal w całości była pokryta zmarszczkami. Pomimo jej dość młodego wieku zdawała się wyglądać jak wrak człowieka. I może w istocie nim była.

— Zrób mi herbatę. — poleciła, lekko charczącym głosem. Odkaszlnęła, zerknęła na mnie jeszcze raz, po czym wróciła do czytania książki.

Była nieuleczalnie chora. I bardzo powoli, ale skutecznie, ulatywało z niej życie. Każdy o tym wiedział. Lekarze, ja, a nawet ona. I kiedy usłyszała tę diagnozę, nie wydawała się specjalnie przejęta. Zależało jej tylko na tym, by wrócić z czystego, sterylnego i pachnącego lekami oraz środkami czystości szpitala do domu. Chociaż mam wrażenie, że ratownicy transportujący ją tutaj nie zrozumieli do końca polecenia. Matka nigdy nie traktowała tego mieszkania jak dom. Nienawidziła go od czasu, gdy jej stopa pierwszy raz w nim zawitała. To wszystko przez jej byłego męża, a mojego ojca, który rozstał się z nią dziesięć lat temu. Zabrał dom, większość oszczędności, psa… A jej zostawił mnie. Niepotrzebne brzemię tylko utrudniające start w nowe życie. Z marną pracą i mały dzieckiem na wychowaniu musiała sobie jakoś radzić. Wynajęła to miejsce od przyjaciółki. A kiedy zebrała wystarczająco dużo pieniędzy by się stąd wyrwać, pojawiła się choroba.

To naprawdę pechowa kobieta. Ciekawe co musiała zrobić w poprzednim życiu, że spotkało ją tyle niepowodzeń? Te i inne myśli zapełniały moją głowę, kiedy powoli i ostrożnie zalewałam wrzątkiem herbatę z torebki w jej ulubionym kubku. A może to próba, którą musi przejść, by odnaleźć szczęście tam… Tam gdzieś wysoko? Sięgnęłam po cytrynę i wycisnęłam jej trochę, uważając, by żadna z pestek nie dostała się do środka. Być może kiedyś się tego dowiem. A jeśli nie? Jeśli nigdy nie będzie dane mi poznać odpowiedzi na te pytania? Co, jeśli…

— Ile mam czekać! — wydarła się.

Chciałam coś odkrzyknąć, ale się powstrzymałam. Wystarczająco dużo razy się z nią sprzeczałam o najmniejsze drobiazgi, by zrozumieć, że najlepiej po prostu odpuścić. Wycofać się, rzucić granat dymny, ukryć swoją pozycję i odejść.

Chwyciłam kubek z parującym napojem i zaniosłam go do niej. Odłożyłam herbatę na swoje miejsce, jej ukochaną tekturową podkładkę, która służy jej już pewnie z dekadę czy dwie. Czasami mam wrażenie, że kocha takie nieożywione rzeczy bardziej ode mnie.

— Następnym razem się pośpiesz — prychnęła, zanurzając usta w gorącym płynie — Już zdążyła trochę ostygnąć. — skarciła mnie, po czym ruchem ręki poleciła, że mam zostawić ją samą.

Tak zazwyczaj to wyglądało. Od dzieciństwa byłam jej służącą. Przynieś, podaj, pozamiataj. Oczywiście, od czasu do czasu zdobywała się na odrobinę matczynej czułości. Ale widziałam, że robi to tylko na pokaz. Żeby osłabić moją czujność? Żebym myślała, że jej władcza osobowość to tylko skorupa, pod którą kryje się dobra dusza? Nie wiem. Ale jestem pewna, że nigdy nie wierzyłam w te bajeczki. Ani wtedy gdy miałam kilka lat, ani teraz, nie dam się oszukać.

Sama nie wiem, co do niej czuję. Nienawiść? Może aż tak to nie. Zniechęcenie? Już lepiej. Czasami zastanawiam się, od kiedy uleciały ze mnie te naturalne uczucia dziecka do rodzica. Czy wtedy, gdy za setnym razem odepchnęła mnie, gdy potrzebowałam pomocy? Być może. Pewnie samemu ciężko było pozbierać to wszystko do kupy. Ale nie mogłam podzielić się z tym z kimkolwiek. W zasadzie mogłam, ale nie chciałam.

Pokręciłam lekko głową i wróciłam do pokoju. Pogłośniłam muzykę, by zagłuszyć ponure myśli i znowu chwyciłam za pióro.

„Stoję tu niecałą godzinę, a czuję się, jakby mijały lata, wieki czy nawet całe stulecia. Przejeżdżające samochody są jak wszystkie wydarzenia z mojego poprzedniego życia, pędzące w nieznane, coraz bardziej oddalające się ode mnie. Gdybym postawił choćby krok w przód czy w tył, potrąciłyby mnie. Gdybym krzyczał, mój głos nigdy nie przebiłby się przez ogłuszający ryk pędzących pojazdów. Czyli utknąłem tu na zawsze. Aha. Wybiła właśnie druga godzina. Czy to świat przyśpieszył, czy to mój umysł powoli się wykoleja?”

Pisałam właśnie książkę „O człowieku, który spędził wieczność, czekając na pasach”. To było moje czwarte większe dzieło. Myślałam o nim od dawna. Właściwie czułam, że zaczęłam pisać tylko dlatego, by stworzyć to. To może dziwne przekonanie, ale ja podświadomie wiedziałam, że to prawda. Przymknęłam oczy i przypomniałam sobie siebie w takiej sytuacji. Stałam na niewielkim pasemku chodnika. Za mną i przede mną rozciągały się dwa pasy ulicy, którą bez przerwy jeździły samochody. Nie mogłam nic zrobić, tylko czekać. Czekać i patrzeć, jak kolejne myśli przewijają się przez moją głowę.

To trwało może kilka minut. Ale mój dziecięcy umysł, bo tak, to przydarzyło mi się dawno temu, ubzdurał sobie, że minęły całe dnie. Kiedy wreszcie postawiłam stopę po drugiej stronie, zaczęłam płakać ze szczęścia. Pobiegłam przytulić swoją mamę, z radością powiedzieć, że nie utknęłam na zawsze między ciągiem aut. Ale ona rozmawiała akurat przez telefon. Pociągnęłam ją delikatnie za rękaw by dać znać, że chcę coś powiedzieć. Lecz ta po prostu mnie odepchnęła. Upadłam i uderzyłam głową w twarde panele. Kilka godzin później, w nocy, miałam koszmar. Znowu tam stałam. Ale za kierownicami była tylko jedna osoba. Moja matka.

Rozdział 13

12 października 2019 — Maja

— Biedny mężczyzna. — mruknęłam sama do siebie, przyglądając się prawie skończonemu obrazowi — Pewnie jeszcze nie wie, że zaraz przyjdzie mu pożegnać się z życiem.
Wyobraziłam sobie, jak nagle spada w przepaść tak głęboką, że niemożliwą do ogarnięcia wzrokiem. A spadając, krzyczy. Krzyczy ile sił w płucach, chociaż doskonale wie, że już nie ma odwrotu. Jego paniczne wołanie o pomoc staje się cichsze z każdą chwilą. Aż w końcu ucicha na dobre.
Pokręciłam powoli głową, chcąc odpędzić od siebie tę ponurą myśl. Chyba matka miała rację. Za długo spędzam, myśląc o rzeczach abstrakcyjnych, dziwnych, niepokojących i, w skrócie, nienormalnych. Była typową racjonalistką i realistką, twardo stąpającą po ziemi. W jej świecie nie byłoby miejsca na filozofię. A przynajmniej tak myślę. Nie wiem, co siedzi jej w głowie.
Odłożyłam ochlapany czerwoną farbą pędzel na kawałek szmatki, który zawsze trzymałam koło sztalugi w niewielkiej, porcelanowej miseczce. Obie już dawno zatraciły swój oryginalny kolor przez wręcz nadmierną eksploatację. Ale czy właściwie można nadmiernie używać rzeczy do tego przeznaczonych? A jeśli tak — kto ustala, kiedy za dużo istotnie robi się za duże?
Był spokojny, niedzielny poranek. Słońce nachalnie przebijało się przez zasunięte rolety, jakby koniecznie chciało znaleźć się na imprezie, na którą nie dostało zaproszenia. Z kolei ptaki bez przerwy śpiewały swoje litanie akurat tuż pod moim oknem. Ciche piknięcie elektronicznego zegarka poinformowało mnie, że wybiła dziesiąta. Nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Kiedy zamykałam się w swoim pokoju, by popracować nad swoim nowym obrazem, cały świat oraz koncepcja upływającego czasu stawały się dla mnie jedynie zamglonym wspomnieniem.
Malowałam od piątego roku życia. A przynajmniej mniej więcej z tego okresu pochodzi moje pierwsze związane z tym wspomnienie. Na dzień taty na brudnej, pogniecionej kartce wyciągniętej spod biurka mamy, tanimi farbami plakatowymi, namalowałam koślawego i wyjątkowo brzydkiego kwiatka. A przynajmniej coś, co w moim małym, niedojrzałym mózgu miało wyglądać jak kwiatek. Ojciec wtedy bardzo się ucieszył i powiesił go w swoim biurze, wciąż powtarzając, że rośnie im w rodzinie mała artystka. Jak teraz myślę, jego reakcja pewnie w dużym stopniu była udawana, ale wtedy zmotywowało mnie to tylko do dalszej pracy. Z wiekiem nie zatraciłam tego hobby. I tak od ponad jedenastu lat, prawie dzień w dzień stoję z pędzlem w dłoni, by rozlewać drogie farby po równie drogim, białym płótnie. Ale na szczęście z finansowym aspektem mojej pasji nigdy nie było problemu. Bo chociaż moi rodzice nigdy nie byli specjalnie bardzo zamożni, to zawsze starali się wspierać mnie w moich zainteresowaniach. Nawet gdy uważali je za „dziwne i nieco zbyt poważne jak na dziewczynę w moim wieku”.
Uśmiechnęłam się lekko na te dawne wspomnienia. Przed oczami przeleciały mi utrwalone w pamięci obrazy moich starszych prac. Kiedyś malowałam głównie mało realistyczne, może wręcz abstrakcyjne pejzaże i martwą naturę. Dzisiaj staram się uchwycić na płótnie praktycznie fotograficznie dokładną wizję, jaka pojawia mi się w głowie. W większości to spokojne krajobrazy, lecz zawsze znajduje się na nich człowiek. Sama nie wiem, skąd mi się to wzięło. Ale nie zamierzałam tego kwestionować, dogłębnie badać czy rozważać, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Dopóki miałam wenę i chęci na tworzenie byłam zadowolona.
Tamtego dnia kończyłam obraz zatytułowany „Jeden nieświadomy krok od przepaści”. Przedstawiał młodego mężczyznę idącego środkiem pustyni. Wzrok miał utkwiony w bogatym pałacu, który leżał na wzgórzu naprzeciwko. Zaledwie parę kilometrów od niego. Uśmiechał się szeroko i pogwizdywał, jakby już wyobrażał sobie, jak przekracza próg tej bogatej i dostojnej budowli. Jednak nie wiedział, że kawałek dalej rozciąga się ogromna przepaść. Wystarczyło, że zrobi krok, zaledwie jeden krok, a jego noga zamiast solidnego oparcia w spalonym słońcu kamieniu wyczuje jedynie nicość. Pewnie utraci równowagę, przechyli się do przodu i upadnie. Gdyby tylko w porę się zatrzymał, pewnie uniknąłby śmierci i wybrał inną drogę. Ale on był tak zapatrzony w budynek przed nim, że reszta otaczającego go świata jakby nagle straciła jakiekolwiek znaczenie.
Zaczęłam go jakiś tydzień temu. Wpadłam na ten pomysł, gdy schodząc z pierwszego piętra na parter w szkole, zagapiłam się i prawie przewróciłam z impetem na schody. Prawie, bo na szczęście, obok stała Eliza, która pomogła mi utrzymać moją twarz i ciało w bezpiecznej odległości od brudnej podłogi. Wskazywałam wtedy palcem nowo otwartą kawiarenkę, w której sprzedawano świeże pączki. Czyli krótko mówiąc, wizja słodkiej przekąski zasłoniła mi oczy i odwróciła uwagę od niebezpieczeństwa. Zupełnie tak jak było z facetem z obrazu. Ale czy jemu ktoś pomoże? Czy nagle jakaś dobra dusza krzyknie, podbiegnie, złapie go za którąś część ubrania i odciągnie od pewnej śmierci? Nawet ja, jako autorka, nie znałam odpowiedzi na to pytanie. Bo w końcu można stworzyć jakąś historię. Lecz nigdy nie możemy doprowadzić ją do końca. Nawet gdy na ekran wjadą napisy końcowe, życie toczy się dalej. Czas leci nieubłagalnie, a razem z nim tworzą się nowe wydarzenia. Zwykle w umysłach odbiorców, ale bywa też tak, że i sam twórca budzi się w środku nocy zlany potem, bo przyśniło mu się, że któryś bohater z jego dzieła wymknął mu się spod kontroli i zaczął żyć własnym życiem w środku opowieści. Ale czy to źle? Wątpię. To raczej naturalny proces, którego trudno uniknąć. Także nie obwiniałam się za to, że świat nigdy nie pozna dalszych losów tego mężczyzny, który zapatrzył się w drogi pałac i przypłacił za to życiem. Tak czasami już musi być.
Pociągnęłam duży łyk czystej, źródlanej wody, którą zawsze trzymałam blisko siebie, po czym powoli umyłam pędzel. Kiedy stwierdziłam, że jest wystarczająco czysty, na nowo zanurzyłam go w farbach olejnych, których silny zapach szybko rozniósł się po pomieszczeniu. Uprzednio w głowie planując wszystkie ruchy z milimetrową dokładnością, przystąpiłam do malowania, kończąc ostatnie kreski, uzupełniając ostatnie puste miejsca i dodając ostatnie szczegóły.

Rozdział 14

„Ashes to ashes
Dust to dust
And everything will fade and rust”*

***

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.48
drukowana A5
za 41.81