E-book
2.05
drukowana A5
44.72
drukowana A5
Kolorowa
75.97
Noc w szkole — Część druga

Bezpłatny fragment - Noc w szkole — Część druga

Rozwinięcie


Objętość:
352 str.
ISBN:
978-83-8221-671-4
E-book
za 2.05
drukowana A5
za 44.72
drukowana A5
Kolorowa
za 75.97

Notka od autora

Witajcie!

Na początek chciałbym dodać i wyjaśnić kilka krótkich faktów.

Przede wszystkim — to druga część serii „Noc w szkole”, więc znajomość jej poprzedniczki jest obowiązkowa. Znajdziecie ją w różnych sklepach internetowych (między innymi w tym, w którym zakupiłeś ten egzemplarz bądź ebooka) oraz na moim koncie Wattpad (@Szymon_Czardybon).

Książka ta podzielona została przeze mnie na dwa akty głównie ze względu na moją wygodę i komfort pracy. Pomaga to również rozróżnić dwie skrajnie różniące się od siebie klimatem części fabuły. Akt pierwszy ma trzydzieści sześć, a drugi dwadzieścia jeden rozdziałów — zdecydowałem się liczyć je osobno. Do tego każdy ma swój własny prolog, epilog, motto na wstęp i tak dalej.

Mam nadzieję, że rozumiecie moje decyzje i podoba Wam się ich zaimplementowanie. Nie mam już nic więcej do dodania, zostaje mi więc życzyć Wam miłej lektury!

Akt pierwszy

„There’s a world of opportunity for someone like me
I don’t need you to choose my direction
I’ll pave my own way, and I can make my own mistakes
No matter what it takes
Or what it means for in the days to come”

~„Here’s To Starting Over” — Asking Alexandria


„Jakże dziwny jest ten świat, jakże dziwni są ludzie, jakże dziwne są zamieszkujące go zwierzęta i rośliny. Jakże pełen on jest najróżniejszych sekretów, do których kłódek być może nigdy nie dostaniemy kluczy. Jakże dziwne są przyglądające się nam gwiazdy, z jednej strony wiedzące wszystko, jak i niewiedzące absolutnie nic. Oh, jakże dziwny jest ten cały świat!”.

Prolog

— Znowu się spotykamy. — powiedział mężczyzna, poprawiając swój elegancki krawat. 
— I znowu nie ma pan dla mnie zbyt wiele czasu. — odparłem, popijając niewielkiego łyka wody z cytryną — Pewne rzeczy po prostu się nie zmieniają, czyż nie? 
— Zgadza się. A właśnie, mówiąc o zmienianiu — co popchnęło pana do zrobienia tego? 
— Tego? 
— Z jednego zrobiło się trzy, a z trzech cztery.
Uśmiechnąłem się delikatnie pod nosem. Doskonale wiedziałem, że to pytanie padnie, prędzej czy później. 
— Tak jakoś wyszło. Czasami w trakcie jedzenie orientujesz się, że to będzie za mało by w pełni się nasycić, więc zanim jeszcze odłożysz widelec, przywołujesz do siebie kelnera i zamawiasz drugą porcję. 
— To samo tyczy się literatury? 
— Powiedziałbym raczej, że ogólnie sztuki. Możesz planować ile wlezie, ale serce i tak pójdzie swoją drogą. 
— A nie myślał pan o tym, że może to być trochę dziwne i nieintuicyjne? 
— Myślałem. Ale wolę dać czytelnikom coś dziwnego niż niekompletnego. 
— Czasami w niekompletności kryje się prawdziwe piękno.
Uśmiech na moich ustach znacznie się poszerzył. 
— Więc wyłapał to pan? 
— Nie wiem, na ile jest to świadomy zabieg, omijanie […] całej czwórki. Ale gdy dłużej się nad tym zastanowiłem, muszę przyznać, że ma to pewien artystyczny sens. 
— Czasami między świadomym działaniem a wynikiem intuicji lub lenistwa granica jest naprawdę cienka. 
— Jak z […]? 
— Dokładnie. 
— Ta część, a raczej, ten akt, skupia się głównie na […]. Dlaczego? 
— Żeby ofiara miała znaczenie, trzeba poświęcić coś wartościowego. 
— Znaczy to więc, że ktoś z nich […]? 
— I tak i nie. Gdybym to teraz zdradził, byłoby to sporym spoilerem, prawda? 
— Myślę, że tak. Czytelnicy mogliby poczuć się zawiedzeni. 
— Doskonale. Czasami to właśnie to uczucie, jakie chcę w nich wywołać. 
— Zawiedzenie? 
— Druga strona monety pełna jest rozczarowań. Chciałbym, by chociaż na chwilę spojrzeli na świat […] oczami. 
— Za to reszka pełna jest nadziei na lepsze jutro. 
— Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się tak proste, ogień i woda, kompletne przeciwieństwa. To jednak nieco mija się z prawdą. 
— Naprawdę zależy panu na tych bohaterach? 
— Nasza relacja jest skomplikowana. Najlepiej zrozumie się ją poprzez karty tej książki. 
— A jaka jest pana relacja z ogółem tej książki? 
— Ciężko stwierdzić. Pełno kontrastów i przeciwnych sobie znaków. 
— I to właśnie ma odbijać konstrukcja fabuły? 
— Czasami myślę, że bardziej buja pan w chmurach niż ja. 
— Przepraszam. Nieco zmieniłem się od ostatniej rozmowy. 
— Ja również. Nie musi pan za to przepraszać.
Chrząknął znacząco, zerkając na zegarek. 
— Jeszcze do tego wrócimy. 
— Oczywiście. Miłej pracy.
Nie odpowiedział na moje słowa i w kompletnej ciszy wyszedł z pokoju. Dziwny człowiek.

Rozdział 1

„I’ve been so far gone for so long and I can’t keep my head up out the bottle
Holy fuck, why do I bother? I’m never gonna get any better
I’ve waited so long to declare, „I don’t give a fuck if I die today”
Holy shit, I’ve lost my mind, reality is starting to unwind
Don’t pray for me!”

***

— Wejdź. — powiedział, uchylając przed nim drzwi i dłonią zapraszając go do środka — Płaszcz możesz powiesić tu, a buty zostaw koło wycieraczki. — poinstruował takim tonem, jakby mówił to już milion razy — Przepraszam za kłopot, ale chciałem jeszcze raz spotkać się z tobą twarzą w twarz na osobności. 
— Nie mógł pan po prostu zadzwonić? Myślałem, że chce pan tylko finalnie obgadać warunki i potwierdzić nasz plan. — odparł drugi mężczyzna, szybko ściągając przemoknięty płaszcz i zabłocone buty. — Stefan, prosiłem już kilka razy, żebyśmy przeszli na ty. — mruknął, prowadząc go w stronę nowocześnie i bogato urządzonej kuchni — Nawet jakby szef całego świata zaprosił cię na wódkę do siebie, nie wypada cały czas mówić do niego per „pan”. Poza budynkiem szkoły jestem Kazimierz. — dodał, wyciągając z przeszklonej szafki dwa lśniące czystością kieliszki. 
— Przyjechałem autem, nie piję. — zaprotestował, widząc, jak gospodarz wypełnia je drogą wódką. 
— Zamówię ci taksówkę. Są sprawy, których nie wypada omawiać na trzeźwo. — odpowiedział, unosząc swój kieliszek i patrząc na gościa z zachęcającym uśmiechem. Stefan usiadł naprzeciwko, po czym dwaj mężczyźni wznieśli cichy toast. 
— A co na to twoja żona? Myślałem, że bardzo cię pilnuje, jeśli chodzi o alkohol. 
— Wysłałem ją na zakupy z koleżankami. Nie znosi jak mam gości. Zawsze narzeka, że jesteśmy głośni, irytujący i nie może się na niczym skupić. A co do tego — złapał zaczętą butelkę wódki — zawsze udaje mi się ją jakoś namówić na kupno jednej, ot tak, na specjalne okazje. 
— Czuję się zaszczycony.
Gospodarz przyjrzał mu się uważnie. Ze skupieniem analizował jego lekko zmierzwione włosy, podkrążone oczy i ironiczny uśmieszek, w którym cały czas były wykrzywione jego usta. Już wcześniej był pijany, a samochodu używał wyłącznie jako wymówki, by jak najszybciej od niego wyjść. Wiedział, że siedzący przed nim mężczyzna, nauczyciel rozwodnik w średnim wieku, nie darzy go specjalną sympatią. Wątpił, że na tym świecie ostał się jeszcze ktokolwiek, kogo ten facet szczerze lubił. Nie cierpiał reszty ciała pedagogicznego, uczniów, pozostałych pracowników, nienawidził też pewnie sąsiadów i każdego, z kim miał nieprzyjemność się zadawać. Ale nie dziwił mu się. Rozwód podyktowany problemami z alkoholem, przeprowadzka do gnijącej kawalerki, odebranie mu wszystkiego, co tak naprawdę liczyło się w jego życiu. Sporo przeszedł, napędzany narastającą w nim złością i chęcią wyżycia się na tym okrutnym świecie, który tak mocno mu dowalił. Dowiedział się tego wszystkiego od niego samego, gdy pewnego dnia kilka drinków za dużo rozplątało mu język. Traf chciał, że to akurat on był najbliżej i to on wysłuchał, zawiózł do domu i zaopiekował się pracującym u niego nauczycielem. I chociaż wtedy obaj jeszcze wtedy tego nie wiedzieli, właśnie tamtego dnia ich wspólne drogi splotły się ze sobą do tego stopnia, że teraz siedział z nim przy kieliszku wódki, omawiając ostatnie szczegóły misternie przygotowanego planu. 
— Przejdźmy do rzeczy. — rzucił Kazimierz, nalewając im kolejną kolejkę — Ostatnim razem nie byłeś pewny co do… Celu. Wybrałeś kogoś? 
— Mógłbym wymienić tu wszystkich uczniów z góry do dołu, ale jeśli prosisz o jednego to… Paweł Chmielewski. Same z nim problemy, często wagaruje, rodzice mają go kompletnie w dupie. Rozpuszczony i beztroski dzieciak, z przyjemnością sprawię, że ten ironiczny uśmieszek zniknie z jego pokrytej pryszczami mordy. 
— Paweł Chmielewski. — mruknął cicho, przywołując w myślach wspomnianego ucznia. Przedstawiony przez Stanisława opis nie odbiegał zbyt bardzo od rzeczywistości. Chłopak był kłopotliwy, konfliktowy i podpadał każdemu nauczycielowi, który miał nieszczęście stanąć na jego drodze. Podobała mu się ta decyzja. 
— No? 
— Może być. Będę musiał lekko zmodyfikować szczegóły planu. Wyślę ci wszystko listownie, na ustalony wcześniej adres. Pamiętasz? 
— Ta, pamiętam. Może głowa mi szwankuje, ale jeszcze aż tak bardzo się nie zestarzałem. — prychnął, w każdą wypowiadaną literę wlewając co najmniej kilka litrów ciężkiej ironii. 
— Wolałem się upewnić, tak z uprzejmości. 
— Nie sądziłem, że kiedykolwiek będziesz starać się być dla mnie uprzejmym. Całkiem miłe uczucie.
Jego podwładny powoli zaczynał działać mu na nerwy. Wódka, zamiast pomóc się otworzyć, jedynie zrobiła z niego jeszcze większego chama i gbura niż zazwyczaj. 
— Słuchaj, wiem, że nigdy nie mieliśmy najlepszych stosunków. Ale pamiętasz o naszym planie. Jesteśmy w tym razem. Musimy sobie nawzajem ufać, że nóż tego drugiego nagle nie wyląduje w naszych plecach w najmniej oczekiwanym momencie. 
— Nie mam żadnych powodów, by cię zdradzać i to wszystko rozwalać. Spójrz na mnie. Wyglądam na kogoś, kto wygadałby się na policji w takiej sprawie? 
— Wiem, że mało co już cię w ogóle obchodzi. Ale musisz jeszcze sprawiać jakieś pozory. Jeszcze trochę.
Westchnął głęboko, po czym przechylił kolejny kieliszek. 
— No okej. Ufam ci, że nie wydasz mnie psom. A ty ufaj mi, że ja nie zrobię tego samego. Pasuje?
Kiwnął głową. 
— Najpopularniejszym kolonistą z taką charyzmą raczej nie zostaniesz. 
— Posrało cię? Najpopularniejsi zawsze są ci wysocy, wysportowani, przystojni faceci ze starszych roczników. Do mnie bardziej pasuje tytuł największego rozrabiaka. Przyjdzie, nasra komuś do plecaka, a jak się wyda, rozbeczy się na cały głos i zadzwoni do mamy, by go odebrała.
Obaj mężczyźni mimowolnie parsknęli śmiechem. 
— Potajemne picie wódki też przywodzi na myśl stare, dobre, kolonijne czasy. 
— Tylko zamiast przed dyżurnym, chowamy alkohol przed żoną. 
— Brakuje tylko paczki zatęchłych chipsów, smrodu antyperspirantu, światła z pięciu latarek i tego jednego typa, który co pięć minut pierdział ręką. 
— Ale zamiast grupki nastoletnich chłopaków, dwóch dorosłych facetów siedzi, pije i omawia plan, którym spokojnie mogliby zafundować sobie wizytę oddziału antyterrorystów. 
— Tak trzeba żyć. — mruknął, uśmiechając się rozbawiony. Jakoś udało mu się wprowadzić go w nieco lepszy humor. Dobrze. Została jeszcze jedna rzecz, która musiał omówić. 
— Jest jeszcze coś, o czym chciałbyś porozmawiać? Wracając do tematu.
Zamilkł na chwilę, zerknął na pusty kieliszek, po czym znowu wlepił wzrok w jego. 
— Chciałbym spisać testament. 
— Testament? Myślałem, że wszystko idzie na wysypisko, lub sprzedaż, jeśli uda się to komuś opchnąć. 
— Mam jedną rzecz, którą chciałbym przekazać synowi. To… Osobiste.
Więc jednak wódka pomaga mu się otwierać. Doskonale. 
— Umówię cię z prawnikiem. Z nim omówisz wszystkie szczegóły. 
— Dziękuję. 
— Jeśli to wszystko, to… 
— Tak, tak, wszystko. Będę się zbierać.
Uścisnęli sobie dłonie. 
— Dzięki za wódkę. 
— Nie ma sprawy. Odwieźć cię? 
— Sam zamówię sobie taksówkę. Aż tak pijany nie jestem. 
— Trzymaj się. Postaram się do piątku wysłać wszystkie szczegóły.
Skinął głową, włożył buty, zarzucił płaszcz na plecy i wyszedł. W dużym, pustym domu zapanowała cisza. Cisza, którą przerwał dźwięk towarzyszący nalewaniu alkoholu do eleganckiego kieliszka. 
— Za powodzenie naszego planu. — powiedział cicho, wpatrując się w zamknięte przed chwilą drzwi.

Rozdział 2

Pochylił się nad świecącymi jasno monitorami i położył pomarszczone palce na klawiaturze. Wprawdzie wcześniej obiecał sobie, że zabierze się za spisanie tego wszystkiego jutro, kiedy wytrzeźwieje i wszystko sobie przemyśli, ale nie mógł powstrzymać się od otworzenia nowego dokumentu tekstowego, wklepywania dziesiątek linijek tekstu i obmyślania dokładnego, ostatniego planu, z jakim miał podzielić się ze Stanisławem. Czuł potrzebę pracy, zajęcia czymś pożytecznym zmęczonego umysłu, osiągnięcia tego słodkiego poczucia dumy i satysfakcji z wykonywanej czynności. Chciał skończyć to już, teraz, odpocząć i dać sobie z tym spokój. Najlepiej przejść na emeryturę, spakować walizki i wyjechać gdzieś daleko, na drugi koniec świata, tam, gdzie na każdym kroku nie będą mijać go pełne wyrzutu i złości, skierowanych ku jego osobie, twarze. Ale wiedział też, że to nie jest takie łatwe. Sam to zaczął i sam musiał to skończyć. Do ostatniej chwili nie spuszczając oka z trzymanego w klatce tygrysa, który w przedstawieniu miał grać główną rolę. Chociaż ciężko stwierdzić, czy przedstawieniem można było nazwać rozszarpywanie niewinnego dziecka przez żądnego krwi drapieżnika. Nie wiedział i nie zamierzał zaprzątać sobie głowę tego typu pytaniami. Spojrzał na nieskończony tekst i zakrył twarz w dłoniach. Ciemność pokoju oddzielonego od świata grubymi drzwiami i zasłonami przebijała jasna poświata, emitowana przez śnieżnobiałe tło programu. Była druga w nocy, on po paru kieliszkach ledwo utrzymywał oczy otwarte, a zmęczone ciało wyraźnie protestowało przed dalszym wysiłkiem. Nie zostało mu wiele. Jeszcze tylko kilka, może kilkanaście linijek. W normalnych warunkach piętnaście minut, a gdyby był zmęczony, może trzydzieści. Lecz tamtej nocy wydawało mu się to przeszkodą nie do przeskoczenia, niemożliwym wyzwaniem, do którego wykonania trzeba by nieludzkiego wysiłku. Złapał za niemal pustą butelkę wódki i wypił jej ostatnie krople. Gdy tylko dotknęły jego języka, przełknął je łapczywie, spragniony, pragnąc więcej i więcej alkoholu płynącego w jego żyłach. Wyrzucił ją do leżącego pod biurkiem kosza, ostatnimi resztkami sił wykonując zamach i uderzając nią o metalowe ścianki pojemnika. Rozległ się głośny trzask, a kawałki pokruszonego szkła rozsypały się wszędzie naokoło niego. Był wściekły. Na siebie, że znowu po to sięgnął. Na żonę, że swoją nieobecnością pozwoliła mu się napić. Na Stanisława, że ten przyjął jego zaproszenie. I na całą resztę świata, która sprawiła, że jego jedynym pragnieniem było opróżnianie kolejnych i kolejnych butelek wysokoprocentowego alkoholu. Nienawidził siebie, nienawidził rodziny, nienawidził pracy, nienawidził wszystkiego, co zajmowało jakiekolwiek miejsce w jego parszywym życiu. To łączyło go z nim, wymęczonym nauczycielem rozwodnikiem. Mieli podobne problemy, ale i podobne zamiłowania. Aż w końcu dogadali się, że osiągną wspólny cel. Lecz tamta noc, mająca być najskrytszych spełnieniem marzeń tej dwójki, dalej wydawała się oddalona o lata świetlne. Tak wiele musieli zrobić. Tak wiele po drodze mogło pójść nie tak. Mizernie tworzony plan mógł posypać się niczym domek z kart w każdej chwili. Każdy dźwięk dzwonka do drzwi przyprawiał go o zawał serca, a na widok przejeżdżających radiowozów miał ochotę zerwać się i uciec jak najdalej. W jego pracy, o ile można by to nazwać pracą, nie można było okazywać strachu. Musiał być nieustraszony i nieugięty. To on wydobywał strach z innych, to on zmuszał do upadania na kolana i błagania o litość. Nie mógł podzielać losu swoich ofiar. A mimo to dalej zdarzały mu się noce jak te. Nie wiedział, czy ciecz na jego koszuli to łzy, czy wódka. Może oba. Upadł, zakrył ze strachu twarz i wrzeszczał, prosząc o puszczenie go wolno. Role się zamieniły, myśliwy stał się ofiarą, żałosną kupą gówna, zwiniętą pod biurkiem, zaraz koło plątaniny kabli i ostrych odłamków szkła. Raniły mu plecy, ręce, nogi, kałuża krwi zbierającej się na niegdyś jasnoszarym dywanie z każdą chwilą się powiększała. Ale on nie ruszał się, leżał bez ruchu, łkając cicho i pokornie przyjmując ból. Posłusznie poddając się karze, na którą zasłużył i którą sam sobie wymierzył.
Była druga w nocy, a jego żona, która wyszłaby pochodzić po sklepach z koleżankami, dalej nie wróciła. Ale wiedział czemu. Nie był tak głupi i naiwny. Znał adres, imię, zawód. Wiedział, jak wygląda. Gdyby tylko chciał, mógłby wparować do domu jej kochanka, przyłapać ich na gorącym uczynku i zażądać natychmiastowego rozwodu. Mógłby. Gdyby tylko chciał, mógłby zadzwonić do niego, przejechać się do firmy, w której pracuje, wziąć go na stronę i grzecznie ostrzec, żeby trzymał łapska z dala od jego żony. Mógłby. Lecz nie widział w tym żadnego sensu. On pozwalał jej pieprzyć się na boku z jakimś obcym facetem, a ona przymykała oko na jego drugi zawód i nagminne łamanie obietnic w sprawie abstynencji od alkoholu. Układ zawarty bez słów, bez podpisywania żadnych umów i porozumień. Oboje doskonale wiedzieli, co jego druga połówka ma za uszami. I oboje doskonale wiedzieli, że gdyby jedna ze stron zechciała, spokojnie mogłaby wygrać sprawę rozwodową. Chcąc czy nie chcąc, woleli przystać na tym. Bez żadnych zmian, bez wywracania swojego dotychczasowego życia do góry nogami. Tak jest łatwiej.
Zresztą… To i tak zaraz miało stracić znaczenie.

Rozdział 3

„Is there nothing left to keep myself awake?
To keep the walls from caving in
When all they ever do is try to bend and break?
Is there forgiveness in the end?”

***

Zabawne, że dopiero umierając, człowiek tak naprawdę zdaje sobie sprawę z tego, jak bezwartościowe jest życie. Patrzy na niewielką kupkę ubrań, stary telewizor, kilka nieprzeczytanych nigdy książek, komplet garnków nierdzewnych kupionych na promocji i poszarpany plecak, który wciśnięty został lata temu do szafy, zapomniany i pogardzony. To wszystko, co z niego zostanie. Nie licząc oczywiście swoich prochów oraz kilku cyferek na koncie bankowym. Jego długa, trwająca kilkadziesiąt lat egzystencja nie przyniosła żadnego większego efektu. Nie poruszył świata, nie wynalazł koła na nowo. Pojawił się, spędził tu chwilę, po czym zniknął. Założył się, że nikt nie będzie płakać na jego pogrzebie. Każdy raczej westchnie z ulgą, wiedząc, że ten śmieć ani dłużej nie będzie zużywać ich wspólnych, ziemskich zasobów. Być może ktoś, kierowany nienawiścią do jego osoby, splunie mu na grób. Być może. Nie wykluczał takiej możliwości. I nie miałby specjalnie za złe tej osobie, która dokonała tego czynu. Będąc szczery, sam zrobiłby to samo, gdyby był na jego miejscu.
Już niegdyś puste mieszkanie wydawało się jeszcze bardziej opustoszałe niż zazwyczaj. Całkiem obdarte ze śladów jego życia w tym miejscu przez ten cały, długi okres. Ze ścian zerwano obrazy, stare i brudne meble poszły prosto na wysypisko, leżące tu i ówdzie śmieci wyrzucono, a wszechobecne plamy wysprzątano. Pomieszczenia dalej były chłodne, zatęchłe, ciasne i nieprzyjemne. Ale przynajmniej pozbyto się drażniącego smrodu starego alkoholu i zgnilizny, który niegdyś unosił się w każdym, nawet najmniejszym zakątku. Nie podobała mu się ta zmiana. Przywykł do niewygody, przykrych zapachów, witających go plam pleśni i wszechobecnych, pustych butelek, rozrzucone po podłodze, stanowiących niejako manifest jego problemów i stanu, w jakim się znajdował. A teraz, gdy tego wszystkiego się pozbyto, czuł się, jakby wraz z tym całym syfem pozbyto się części jego samego. Jego i tak już ledwo zauważalna egzystencja zaczynała rozpływać się z każdym dniem. Nie pocieszała go nawet wizja oddania wszystkich pieniędzy dzieciom. To dla nich grosze. Pewnie rzucą okiem na kopertę wypełnioną po brzegi banknotami, wzruszą ramionami i wyrzucą ją na śmietnik. W najlepszym przypadku oddadzą potrzebującym sąsiadom. Już niegdyś był nikim, pozbawioną wartości jednostką, niezauważalnym trybikiem wielkiej maszyny zwanej społeczeństwem, na którą nie zwraca się uwagi tak długo, jak posłusznie wykonuje wydane mu zadania. Ale teraz stan jego nicości stopniowo się powiększał, jakkolwiek dziwnie czy abstrakcyjnie to nie brzmi. A on stał pośród tego wszystkiego, przyglądając się dziejącym się wokół niego zmianom, bojąc się, że każdy, choćby najmniejszy ruch, sprawi, że porwie go silny prąd. Gdyby tak się stało, na pewno by utonął. Nie umiał pływać.
Kazimierz załatwił mu pobyt w tanim hotelu oraz garść przedmiotów koniecznych do przeżycia. To miało trwać tylko kilka dni. Za niedługo rozwiązanie konkursu, rozwiązanie, na które oboje tak niecierpliwie czekają. Wolał wszystko załatwić trochę zawczasu, żeby potem oszczędzić sobie dodatkowej roboty. Zawsze taki był, praktyczny, pracowity, zanim postawi jeden, musiał mieć zaplanowane pięć następnych kroków. To z jednej strony olbrzymi plus, szczególnie w pracy wymagającej umiejętne zarządzanie ludźmi i zasobami. Ale widział też drugą stronę medalu. Zawsze miał zdecydowanie za dużo na głowie, zawsze coś się sypało, zawsze musiał pamiętać o dziesiątkach różnych terminów, których zawalenie mogło skończyć się katastrofą. I o ile młody, pełny sił i ambicji facet, jakim niegdyś był dawał sobie z tym radę, to wraz z wiekiem było mu coraz ciężej. Żeby odpocząć i chociaż na chwilę odciążyć głowę od sterczących nad nim spraw, łapał za alkohol. Często i gęsto. Nieraz w miejscu pracy przyłapywał go na potajemnym popijaniu małpki lub piwa. Rozumiał go, lepiej od wszystkich innych, potępiających podobne zachowania. Sam nierzadko robił coś podobnego. Sam nieraz czuł się tak samo. Być może właśnie to ich do siebie zbliżyło. I może, gdyby pewnego dnia nie zastał szefa upijającego się w służbowej toalecie, nie stałby teraz w tym miejscu w jego życiu. Krok od przepaści i niechybnej śmierci.
Stanisław zasiadł za kierownicą starego, wysłużonego samochodu. Miał wiele wad i problemów. Naprawienie tego wszystkiego i renowacja kosztowałaby pewnie kilka razy tyle, ile zapłacił za ten samochód te parę lat temu, gdy świeżo po rozwodzie poszukiwał byle jakiego auta, którego jedynym przeznaczeniem miało być jedynie wożenie go do pracy i, w wyjątkowych przypadkach, na poranne zakupy. To, co zaoferował mu podejrzanie wyglądający facet w średnim wieku, nie było co prawda pojazdem z jego marzeń, ale przynajmniej jeździło, trzymając się w miarę stabilnie na czterech kołach. Tyle mu wystarczyło. Potem oczywiście musiał nabiegać się trochę po urzędach, załatwić wszystkie przeglądy i rejestrację. Ale wiedział, że było warto. Od pierwszej, próbnej przejażdżki poczuł do samochodu jakąś trudną do określenia sympatię. Dlatego tak bolało go, że już za chwilę zostanie brutalnie rozebrany na części albo spalony na najbliższym wysypisku. To była jedna z jego ostatnich podróży ze starym przyjacielem, który wiernie towarzyszył przez ten cholernie trudny okres w życiu. Oboje nieraz wspólnie oglądali wschód i zachód słońca, najgorsze upały i najgwałtowniejsze burze, mijali wypadki lub liczne roboty drogowe. Siedzenie w kabinie napełniało go masą wspomnień, w większości przykrych, które przyprawiały go o łzy. Lecz nie było innej opcji. Wiedział to doskonale. I miał nadzieję, że on też to zrozumie, popychany przez handlarza złomem ku zgniatarce metalu, w której miał wydać ostatnie, mechaniczne tchnienie.
Ale nie jechał tylko po to, by powspominać. Miał sprawę do załatwienia. Pilną, ważną i bardzo osobistą. Spojrzał na niepozorną, białą kopertę leżącą na siedzeniu pasażera. Stresował się. Czuł zżerający go od środka strach, przyśpieszający bicie serca i powodujący nieprzyjemne skurcze żołądka. Bał się jego reakcji. Przed Kazimierzem, prosząc o umówienie go z prawnikiem, zgrywał pewnego siebie, ale gdy został sam na sam ze swoimi myślami, uświadomił sobie, jak ryzykowne jest to, co robi. Lecz wszystko było już umówione, napisane, zostało jedynie złożyć podpis na kartce papieru otrzymanej od prawnika. Nie mógł się już wycofać. Westchnął, ostatni raz rzucił okiem na lusterko odbijające jego twarz i przyśpieszył.

Rozdział 4

16 listopada 2019 — Maja

Ze snu wyrwał mnie głośny dzwonek telefonu. Krótka, zapętlona, radosna muzyczka wżynająca się w umysł zdawała się złapać mnie za ramiona i mocno potrząsać. Tak długo, aż wreszcie się nie obudzę i łaskawie jej nie wyłączę. Dalej będąc półprzytomna, złapałam leżący na biurku telefon, odblokowałam go i wcisnęłam od razu zieloną słuchawkę. 
— Halo? — zapytałam zaspanym głosem. 
— O, cześć Maja. — odparła moja przyjaciółka, energicznym tonem. 
— Eliza? — upewniłam się, podnosząc się do pozycji siedzącej. 
— Tak. Jeśli cię obudziłam, to przepraszam.
Zerknęłam na zegarek. Zbliżała się jedenasta w pogodny, sobotni poranek. Wczorajszej nocy do późna siedziałam, oglądając seriale, bo kochany mózg postanowił sobie, że z jakiegoś powodu nie pozwoli mi zmrużyć oka ani na chwilę. Świetnie. Przetarłam oczy, pociągnęłam sporego łyka zaczętej wczorajszego wieczora wody leżącej w zasięgu ręki i wróciłam do rozmowy z nią. 
— Luz. Nie nastawiłam sobie budzika, normalnie byłabym już na nogach. 
— Dlatego zadzwoniłam. Trochę się bałam, że mi nie odpisujesz. 
— A stało się coś? 
— Patrycja zaprasza nas dzisiaj do siebie, mamy być całą czwórką.
W myślach szybko wywołałam sobie niewielki kalendarzyk, w którym zapisuje plany na konkretne dni. Ten weekend był wyjątkowo wolny od takich zapisków. A przynajmniej całkiem pozbawiony był umówionych spotkań. 
— I kazała ci do mnie zadzwonić i cię zapytać?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.05
drukowana A5
za 44.72
drukowana A5
Kolorowa
za 75.97