Dla tych, którzy wiedzą, że życie to nieustanny wyścig, w którym czasami musimy udawać, by przetrwać. Dla wszystkich, którzy odważają się sięgać po to, co niewidoczne, a jednocześnie tak bliskie sercu.
Niech ta książka będzie dla Was podróżą przez labirynt tajemnic, gdzie każdy zakręt i każde zaskakujące odkrycie prowadzi do prawdziwych emocji. Pamiętajcie, że miłość, choć czasami skrywana w cieniu, ma moc rozjaśnienia nawet najciemniejszych dróg. Odkryjcie, co kryje się za fasadą, i dajcie się ponieść emocjom, które mogą zmienić wszystko.
Prolog
Silnik zawył nagle, a samochód szarpnął, by po chwili zastygnąć na linii startu. Neonowe światła odbijały się na szybie, tworząc rozmazane plamy. Tłum ludzi na poboczu wrzeszczał, jakby ta noc należała wyłącznie do niego. Wewnątrz auta panował gorący zaduch, a każdy oddech sprawiał mi ból.
Wcisnęłam się głębiej w fotel pasażera. Serce boleśnie waliło, a dłonie kurczowo zaciskały się na nogawce spodni. Nie powinnam tu być. On był moim wrogiem. Kimś, kogo należało unikać. Powtarzałam to sobie przez lata jak mantrę, a jednak złamałam własne zasady. Zgodziłam się na układ, którego wciąż do końca nie rozumiałam. Udawanie, że mi to odpowiada, wymagało ode mnie znacznie więcej, niż chciałam przyznać.
Trzymał pewnie kierownicę, a jego twarz wyrażała absolutne skupienie. Nie przypominał tego bezwzględnego, zimnego człowieka z moich wspomnień. Ten tutaj wydawał się inny. Opanowany. Zbyt spokojny.
Właśnie to budziło we mnie największy lęk. Czyżbym się myliła przez te wszystkie lata? Czy naprawdę znałam go, aż tak dobrze?
Nagle odwrócił głowę. Nie dostrzegłam w jego oczach chłodu, lecz twardą determinację. Wykrzywił usta w cwaniackim, pewnym siebie uśmiechu. Nachylił się, jakby wiedział coś, co mi umknęło.
— Gotowa na to, co ma nadejść?
Rozdział 1
Octavia
Siedziałam na ławce przy lotnisku. Minęło siedem lat, od kiedy po raz ostatni tutaj byłam. Walizka leżała przy nodze, a pasek od torby wpijał mi się w ramię. Metalowe oparcie uwierało w plecy, ale to ignorowałam. Czekałam.
Każda minuta wlokła się niemiłosiernie. Serce tłukło o żebra, a dłonie miałam lepkie od potu. W głowie wciąż krążyło mi jedno pytanie: Czy nasze życie mogło wrócić do normy po tak długim czasie?
Drgnęłam na widok znajomego, czerwonego jeepa. Wjechał powoli na parking. Auto wyglądało jak kiedyś, choć na nadkolach pojawiła się rdza. Wstałam i chwyciłam bagaż. Przyglądałam się przez moment, czy to na pewno on. Jak na zawołanie drzwi kierowcy otworzyły się i ze środka wysiadł tata, co szybko pozbawiło mnie wątpliwości.
W gardle urosła mi gula. Jego twarz pokrywały nowe zmarszczki, a siwizna przecinała brązowe, gęste włosy. Pod grzywką zauważyłam niewielką bliznę na skroni. Postarzał się i zmienił, a mi zrobiło się przykro, że nie było mnie obok.
— Tato! — krzyknęłam, powstrzymując łzy wzruszenia.
Rzuciłam torby na chodnik i puściłam się biegiem, zanim zdążył zamknąć drzwi. Rozłożył ramiona, uśmiechnął się szeroko, a ja padłam w jego objęcia i jak małe dziecko kurczowo zacisnęłam palce na materiale kurtki. Chciałam w jednej chwili nadrobić stracone lata. Łzy moczyły mi policzki. Wciągnęłam w nozdrza zapach koszuli ojca i poczułam, że cała dygoczę.
— Octavio. — Szorstka dłoń dotknęła mojej twarzy. — Bałem się, że nie przylecisz. Zwłaszcza po tym wszystkim…
Jego spojrzenie wyrażało praktycznie sam smutek. Po tylu latach rozłąki, gdy go ujrzałam, w ułamku sekundy przypomniałam sobie pożegnanie na lotnisku. Zabolało inaczej, bo wtedy byłam tylko dzieckiem.
— Już ze mną lepiej. — Siliłam się na uśmiech.
Zawsze chciałam wrócić do domu. Do Santa Rosa. Nie sądziłam jednak, że stanie się to w takich okolicznościach. Śmierć mamy przyspieszyła cały proces. Norwegia do mnie nie pasowała.
Tata skinął głową, ale z jego oczu bił ciężar, którego nie potrafił ukryć.
— Wolałem, żebyś została tutaj. Chciałem walczyć, ale mama… — urwał w pół zdania. — Przysyłała mi zdjęcia i na każdym wyglądałaś na szczęśliwą — dodał szybko, drapiąc się nerwowo po karku.
Zmarszczyłam czoło. Jakie zdjęcia? Nie pamiętałam, żeby mama robiła mi je w Norwegii. Tym bardziej że w ostatnich latach stałam się dla niej niewidzialna. Zawsze znajdowała wymówkę. Cierpliwie czekałam na swoją kolej, podczas gdy ona i jej nowy partner budowali własne życie. Wciąż słyszałam jej słowa:
„Octavio, zostań w domu. Ja i Oscar wyjeżdżamy nad jezioro na dwa dni”, „Octavio, wiesz, że się nie rozdwoję. Niestety nie zdążę na twój konkurs. Wiemy, jak kochasz wiersze, jednak mam ważniejsze sprawy na głowie”.
Zawsze coś. Nie usłyszałam żadnej pochwały od lat. Zmieniła się przez Oscara i nic nie mogłam na to poradzić. Miałam nadzieję, że go zostawi i wróci do taty, jednak każdego dnia udowadniała coś innego. Moim zdaniem tata zasługiwał na więcej. Myślałam o ich zejściu się, dopóki nie poznałam prawdy o zachowaniu matki. Zdradziła go! Wmawiała mi coś innego, byle tylko zyskać w moich oczach. O jakich więc fotografiach mówił ojciec?
— Wywołałem każde z nich i zrobiłem album. W domu ci pokażę, zgoda? — Chwycił moje walizki i rzucił na tylne siedzenie.
Zatrzasnął drzwi. Wsiadł za kierownicę, a ja obok. Odruchowo naciągnęłam rękawy bluzy na dłonie. Słońce zaszło godzinę wcześniej, ołowiane chmury zwiastowały ulewę. Uwielbiałam taką pogodę niemal od małego, kiedy przesiadywałam na parapecie ze szklanką kakao i patrzyłam, jak wiatr kołysał drzewami. W tle krople deszczu tworzyły rytmiczną melodię.
— Kevin niestety nie dał rady przyjechać, chociaż bardzo chciał. — Ojciec wrzucił bieg i ruszyliśmy spod lotniska.
— Nic się nie stało. I tak muszę odpocząć po locie. Jutro też jest dzień, także się nie wymiga. — Zatarłam zziębnięte dłonie.
Przez chwilę panowała niekomfortowa cisza. Radio grało na minimalnej głośności, a ja przyklejona do okna obserwowałam mijane ulice.
— Jeśli nadal chcesz pokój na poddaszu, to wiedz, że nie potrafiłem się powstrzymać i go przygotowałem. Nie mogłem uwierzyć we własne szczęście, kiedy potwierdziłaś powrót do domu na stałe! — Radosny śmiech wypełnił kabinę, a na jego policzkach pojawiły się dołeczki. — Chciałbym też, żebyś kogoś poznała…
— Masz na myśli kobietę? Nic nie wspomniałeś. — Odwróciłam się gwałtownie w jego stronę.
Nareszcie kogoś znalazł? Wolałabym wiedzieć wcześniej, żeby nastawić się psychicznie.
— Dowiesz się na miejscu. — Kącik jego ust drgnął w uśmiechu.
Westchnęłam głośno i przewróciłam oczami. Nie znosiłam tajemnic. Znów przylgnęłam do chłodnej szyby i oparłam o nią skroń. Wtedy niebo pękło.
Jasne błyski przecięły mrok, a po nich rozległ się huk. Deszcz zaczął uderzać w dach i okna z taką siłą, że rozmowa stała się niemożliwa. Zagłuszał wszystko. Woda zalewała świat. Wycieraczki pracowały na najwyższych obrotach, mimo to nie nadążały ze zbieraniem strug.
Wiatr szarpał koronami drzew. Gałęzie łamały się i lądowały na asfalcie. Kolejny grzmot rozdarł niebo, a po moim ciele przebiegły ciarki.
Ojciec zwolnił. Jego kłykcie zbielały od zaciskania palców na kierownicy. Spiął mięśnie karku i wbił skupiony wzrok w drogę. W kabinie nagle zrobiło się duszno. Chłód nawiewu nie pomagał, napięcie rosło z każdą chwilą. Powieki mi ciążyły, ale adrenalina nie pozwalała zasnąć. Od zawsze jazda w takich warunkach dawała mi dawkę dopaminy.
— Jeszcze dwadzieścia minut i dojedziemy. — Tata zdjął nogę z gazu.
Wiatr szalał jeszcze mocniej. Czułam, jak jeep lekko drży przy każdym podmuchu. Deszcz powoli odpuszczał.
Nagle z lasu wypadło stado saren. Nie byłam pewna, ile ich było. Cztery, czy pięć sztuk. Wyrosły z ciemności tuż przed maską. Wbiłam plecy w fotel i szarpnęłam pas. Ojciec szybko oddychał, a po czole spłynęła mu strużka potu. Przetarł ją grzbietem dłoni i odchrząknął, jak gdyby nigdy nic, mówiąc:
— Uff… było blisko. Ale już prawie jesteśmy!
Miał rację. W oddali wyłonił się biały dom z czarnym dachem. Serce zaczęło bić mi szybciej.
Tata kliknął guzik pilota, a brama rozsunęła się powoli. Otarłam prędko łzę z policzka wierzchem dłoni. Nie chciałam, żeby zauważył moje wzruszenie. Zaparkował i zgasił silnik. Gdy tylko wyszłam na zewnątrz, zimne krople, które znów leciały z pochmurnego nieba, przemoczyły mi bluzę. Naciągnęłam kaptur na głowę, ale włosy i tak przykleiły mi się do twarzy. Szybko pobiegłam w stronę ganku. Ojciec wziął walizki i poszedł tuż za mną.
Po przekroczeniu progu poczułam znajomy zapach. Cynamon i gorąca czekolada. Obraz mi się zamazał. To było jak powrót do dzieciństwa. Gardło ścisnęło się mocniej. Zrzuciłam buty i wpadłam do salonu. Żałowałam w tym momencie, że nie założyłam od razu kurtki tylko samą bluzę, która zrobiła się mokra jak stara szmata. Zrzuciłam ją z siebie i powiesiłam na krześle.
W kominku tańczył ogień. Blask rozświetlał przytulne wnętrze. Opadłam na miękki fotel i wyciągnęłam ręce w stronę ciepłych płomieni. Dreszcze powoli ustępowały. Okryłam ramiona narzutą.
Ojciec uśmiechnął się i klasnął w dłonie.
— No! A teraz pozwól, że przedstawię ci miłość mojego życia. — Odwrócił się w stronę schodów. — Melody, do mnie!
Z piętra zbiegł mały pitbull. Pazury stukały o drewno. Pies dopadł ojca i zamerdał ogonem tak mocno, że cały tułów chodził mu na boki. Zamarłam.
Od dziecka marzyłam o tej rasie, ale matka wbijała mi do głowy swoje przekonania. „Takie kundle to mordercy. Zrobiłby ci krzywdę”. Jej słowa wciąż we mnie tkwiły. Stałam z walącym sercem, patrząc na radosne zwierzę.
Zawahałam się, ale w końcu jednak kucnęłam i wyciągnęłam rękę. Melody przystanęła. Szczeknęła ostrzegawczo, ale zaraz podeszła. Obwąchała moje palce, po czym wskoczyła mi na kolana i wcisnęła łeb pod dłoń. Domagała się pieszczot.
Napięcie zeszło ze mnie w sekundę. Strach wyparował w mgnieniu oka. Kąciki ust powędrowały w górę.
— Zdradzasz mnie, Melody? — Ojciec zaśmiał się i ruszył do kuchni po karmę. Pies pognał za nim. Zostałam sama, wciąż uśmiechnięta. Wstałam, poprawiłam narzutę na barkach, a potem zgarnęłam bagaże i poszłam na górę.
Stopnie skrzypiały znajomo, a każdy dźwięk przywoływał obrazy z przeszłości. Palce natrafiły na wgłębienie w drewnianej poręczy — pamiątka po procy Kevina. Przystanęłam, żeby dotknąć dziurki i prychnęłam cicho.
Na piętrze czekała na mnie niespodzianka. W miejscu starych drzwi do mojego dawnego pokoju pojawiły się takie z jasnej sosny. Dokładnie te, o których marzyłam jako dziecko. Pamiętał. Podekscytowana nacisnęłam klamkę.
Pokój zdecydowanie sprawiał wrażenie większego niż kiedyś. W rogu stało łóżko z czerwoną pościelą. Na biurku leżał nowy laptop, a szeroki parapet tonął w małych poduszkach. Na szafce nocnej znalazłam notes i kartkę:
„Abyś nigdy nie przestała w siebie wierzyć. Zapisuj tu wiersze. Przelewaj myśli na papier i nie bój się pokazywać całej siebie. Kocham cię. Tata”.
Gula stanęła mi w gardle. Usiadłam na materacu, przycisnęłam papier do piersi i zamknęłam powieki. Poczucie bezpieczeństwa otuliło mnie szczelniej niż kocyk na ramionach.
Podeszłam do dużego lustra na szafie. Uśmiechnęłam się do odbicia i przeczesałam włosy. Tata spisał się na medal. Zawsze marzyłam o takim pokoju. Mój własny kącik. Zadowolona usiadłam na fotelu obrotowym. Odepchnęłam się nogą i obróciłam się dwa razy. Musiałam chwycić się blatu, żeby wyhamować. Przesunęłam dłonią po meblu, chcąc poczuć fakturę drewna. Otworzyłam białego laptopa i ze zdumieniem odkryłam, że miał złotą klawiaturę. Spojrzałam też na puste ramki nad biurkiem. Idealne miejsce na zdjęcia z dzieciństwa — z czasów prawdziwego szczęścia.
Usadowiłam się na parapecie i przyciągnęłam do siebie poduszkę. Powąchałam delikatny materiał. Cynamon.
Otworzyłam okno. Chłodny podmuch musnął mi twarz. Dawniej spędzałam całe noce na wpatrywaniu się przez nie w mrok. Rozpościerająca się gęstwina lasu stwarzała wtedy idealny klimat. Zrobiło mi się zimno.
Telefon zadzwonił i podskoczyłam, gdy „Blank Space” Taylor Swift przerwało ciszę. Spojrzałam na ekran. Ulgę przyniósł widok zdjęcia cioci Jasmine.
— Cześć, ciociu. — Głos odmówił mi posłuszeństwa. Odchrząknęłam. — Przepraszam, że nie dałam znaku życia. Burza mnie rozproszyła.
— Martwiłam się! — powiedziała przerażona. — W radiu mówili o wypadku samolotu niedaleko was. Nie odbierałaś, a ja… miałam najgorsze myśli! — oburzyła się.
Położyłam się na plecach. Wzięłam głęboki wdech dla uspokojenia tętna.
— Nic mi nie jest. Dotarłam do domu. — Przekręciłam się na bok i wtuliłam twarz w poduszkę.
— Na pewno? — drążyła. — Jak się czujesz? Tata odebrał cię na czas?
Westchnęłam, choć rozumiałam, że musiała poznać szczegóły, by się uspokoić.
— Tak, tata przyjechał. Mocno lało, ale jesteśmy bezpieczni. — Posłałam w przestrzeń blady uśmiech. — Sama w to nie wierzę, że tu jestem.
Zapadła cisza, po czym usłyszałam głośny wydech.
— Kochanie… wiem, że to dla ciebie rewolucja. Śmierć mamy wciąż boli, ale masz mnie. Dzwoń o każdej porze. Rozumiesz?
Odwróciłam się na drugi bok. Oczy mnie piekły od powstrzymywanych łez.
— Wiem. Dziękuję. Zawsze zastępowałaś mi mamę — szepnęłam, drżącym głosem.
— Bo nią jestem. — Ton nie znosił sprzeciwu. — A twój ojciec? Trzyma się?
Zerknęłam przelotnie na drzwi.
— Lepiej, niż myślałam.
— Żałoba wymaga czasu. Daj mu go. I sobie też. To miejsce przyniesie ci spokój. Może nawet nowy początek.
Przygryzłam wargę. Nie wiedziałam, czy byłam gotowa na nowy początek, ale chciałam w to uwierzyć.
Rozmawiałyśmy jeszcze przez chwilę. Wypytywała o dom, podróż i plany. Odpowiadałam zdawkowo, wiercąc się w każdą stronę. Nie mogłam znaleźć odpowiedniej pozycji, a jej troska rozbrajała mnie z każdą sekundą.
W końcu ciocia odetchnęła głęboko, wyraźnie spokojniejsza.
— Będę wdzięczna, jeśli obiecasz, że odezwiesz się jutro. Chociaż na chwilę.
— Obiecuję, ciociu. Kocham cię!
— Ja ciebie też, skarbie.
Odłożyłam telefon na szafkę nocną, tuż obok notesu od taty. Pstryknęłam wyłącznik lampki i mrok zalał pokój. Co chwilę rozcinały go jasne błyskawice za oknem. Wtuliłam policzek w chłodną poduszkę. Deszcz miarowo uderzał o dachówki. Ten monotonny, ciężki rytm powoli uspokajał zszargane nerwy. Mimo zmęczenia obrazy przeszłości wróciły pod powieki.
Twarz mamy. Jej zaciśnięte usta i surowe spojrzenie, w którym na próżno szukałam akceptacji. Każda chwila, w której czułam się nieważna.
Przykra prawda była taka, że nigdy nie okazała mi dumy. Czekałam latami na jeden gest, czy aprobatę, ale otrzymywałam jedynie obojętność. Ta stara rana wciąż piekła żywym ogniem. Po jej śmierci to wszystko bolało tysiąc razy mocniej.
Potem wizja ojca, na którym czas zostawił widoczne ślady. Przybyło mu zmarszczek i siwych włosów. Mimo to zachował w sobie ciepło, które pamiętałam z dawnych lat. Cały czas się starał. Wyremontował dom, zadbał o każdy szczegół w tym pokoju, tylko po to, bym poczuła się tutaj dobrze. Zawsze walczył o naszą rodzinę. Dostrzegałam w jego oczach ból po zdradzie, ale wyczułam też ogromną nadzieję na odbudowanie naszej relacji.
Podciągnęłam kołdrę pod samą brodę. Otuliłam się szczelniej, szukając schronienia przed chłodem nocy i własnymi lękami. Zastanawiałam się nad jutrem. Co przyniosą kolejne dni? Czy w tych ścianach faktycznie odnajdę spokój? W końcu ciocia obiecywała nowy start.
Wyczerpanie wzięło w końcu górę nad natłokiem myśli. Miałam zejść jeszcze na dół, żeby wypić herbatę, zjeść kolację i porozmawiać z ojcem. Jednak zmęczenie wzięło górę. Gdy tylko przymknęłam powieki, to już wiedziałam, że sen wygrał.
Rozdział 2
Octavia
— Wstawaj, Octavio! Ktoś do ciebie. — Głos taty dobiegł z korytarza, stłumiony przez drewniane drzwi. Zaraz potem ciężkie kroki oddaliły się w stronę schodów.
— Zostawcie mnie — mruknęłam pod nosem. Z wielkim wysiłkiem podniosłam się z łóżka.
Zmęczenie ciążyło mi na powiekach. Zerknęłam na budzik stojący na szafce nocnej. Dziewiąta. Dla mojego organizmu to środek nocy, zwłaszcza po wczorajszej burzy i podróży. Przetarłam twarz dłońmi. Skóra pod palcami sprawiała wrażenie zimnej, szorstkiej. Spuściłam wzrok na torbę leżącą obok łóżka. Rozpięłam zamek i wygrzebałam z wnętrza szare dresy oraz białe trampki. Nie miałam najmniejszej ochoty, żeby się stroić. Nie chciałam wychodzić na miasto. Wolałam sprzątać, niż słuchać ludzi na zewnątrz.
Ubrałam się szybko. Zeszłam na dół. Drewniane stopnie skrzypiały pod moim ciężarem. Ten dźwięk przywołał wspomnienia z dawnych lat. W kuchni trwała rozmowa. Jeden głos należał do ojca, drugi rozpoznałam w ułamku sekundy.
Weszłam do środka. Przy stole siedział Kevin. Obejmował dłońmi kubek z parującą kawą.
— Cześć, Vii. — Odstawił naczynie na blat. Wstał, by mnie objąć. — Na kamerce prezentowałaś się jakoś ładniej. — Z udawaną powagą potargał mi włosy.
— A ty na ekranie sprawiałeś wrażenie wyższego, głupku! — Pstryknęłam go palcami w czoło.
Spojrzałam mu w błękitne oczy. Kąciki ust mimowolnie powędrowały w górę.
Widywałam go trzy razy w tygodniu na monitorze laptopa, ale rzeczywistość oferowała inną jakość. Piksele nie oddawały jego charyzmy. Miał ciemne, lśniące włosy, idealnie ułożone, a jego spojrzenie przeszywało na wskroś. Wyglądał doroślej, pewniej.
— Kochanie, ja będę się zbierał do pracy. Z pomocą Kevina, pomyślałem, by zrobić coś w ogrodzie, więc on ci wszystko wytłumaczy — powiedział radośnie, przeskakując wzrokiem z Kevina na mnie. — W kuchni leży dla was szarlotka, jakbyście mieli ochotę na coś słodkiego. — Ojciec wytarł dłonie w ścierkę i ruszył w stronę wyjścia. — Jakby coś poszło nie tak, zawsze możesz zadzwonić.
Przytuliłam go na pożegnanie. Zamek w drzwiach szczęknął, a ja klasnęłam w dłonie, zaintrygowana.
— No to? — Wbiłam wzrok w przyjaciela. — Co takiego robimy?
— Christopher poprosił nas o wykopanie dołu. — Uniósł kącik ust w cwaniackim uśmiechu. — Chyba nie myślałaś, że będzie nuda? Łopaty znajdziemy w garażu.
— Serio? Już chcecie się mnie pozbyć? — zapytałam, siląc się na żart. Uniosłam brwi w geście niedowierzania.
Tata i ogród? To połączenie brzmiało jak zapowiedź katastrofy. Miał dwie lewe ręce do prac ziemnych.
Kevin parsknął śmiechem.
— Pamiętasz incydent z konewką?
Od razu skojarzyłam fakty.
— Masz na myśli ten dzień, kiedy zamiast zielonej konewki z wodą chwycił czarną, pełną wybielacza? Przecież była podpisana, że to do kostki brukowej!
— Dokładnie! — Jego śmiech wypełnił kuchnię. — Twoja mama klęła pod nosem. Wszystkie kwiaty uschły. A kiedy zobaczyła zniszczone róże, myślałem, że go zamorduje.
— To wcale nie należało do zabawnych momentów. — Pokręciłam głową. Uśmiech sam cisnął mi się na usta, mimo tragizmu tamtej sytuacji.
Uderzyłam go w ramię. Skrzywił się tylko i posłał mi promienny uśmiech.
Dla mamy sytuacja stanowiła dramat, choć reszta pękała ze śmiechu. Mnie też to bawiło, ale jako siedmiolatka starałam się zachować powagę.
— Przyznaj, wyglądał wtedy, jakby ziemia miała się pod nim zapaść. — Poklepał mnie po plecach. — Bezcenna scena.
Ruszył do garażu, a ja podreptałam za nim. Pchnął mocno drzwi i chmura kurzu buchnęła prosto w nasze twarze. Zakrztusiłam się. Kichnęłam kilka razy z rzędu.
— Na zdrowie. — W jego głosie brzmiało rozbawienie.
— Dzięki. — Przetarłam załzawione oczy. — To pomieszczenie błaga o sprzątanie.
Kevin zerknął na mnie z ukosa.
— Ty i te twoje porządki. Masz obsesję.
— A co z nią nie tak? — Odparłam zaczepnie. — To potrzeba ładu, nie obsesja. Nie pojmuję ludzi funkcjonujących w bałaganie.
— Vii, uchodzisz za chodzącą perfekcjonistkę. Wystarczyłoby zamieszkać z tobą, by zobaczyć, jak biegasz z mopem, co pięć minut. — Wyszczerzył zęby. — Łazienkę pewnie pucowałabyś tak długo, aż można by jeść zupę z muszli klozetowej.
Przewróciłam oczami, a policzki zapiekły mnie ze wstydu.
— Już bez przesady, Kevin!
— Ty nigdy nie odpuszczasz. Przy matce chodziłaś wiecznie spięta. Powinnaś częściej odpoczywać, nie tylko w nocy. — Spoważniał. Zrobił krok w moim kierunku i ujął moją twarz w dłonie. Złożył delikatny pocałunek na moim czole.
Zamarłam.
Fala gorąca uderzyła mi do głowy. Od bardzo dawna nikt nie okazał mi takiej czułości.
— To nie takie łatwe, Kevin — szepnęłam, ledwo przebijając ciszę garażu.
— Życie nigdy nie jest łatwe, ale nikt go za ciebie nie przeżyje. Zadbaj o siebie. Myślę, że tutaj znajdziesz więcej czasu na relaks, a mniej na stres. — Opuścił ręce i cofnął się, posyłając mi ciepły uśmiech.
Za to go uwielbiałam. Zawsze wiedział, jak się zachować. Pokręciłam głową i westchnęłam ciężko:
— Gdzie te łopaty?
Kevin omiótł wzrokiem zagracone pomieszczenie.
— Sprawdź w tej dużej szafie po lewej.
Szarpnęłam za uchwyt, a sterta pudeł, starych gazet i zardzewiałych narzędzi runęła w moją stronę. Zatrzasnęłam drzwiczki w ostatniej chwili, ratując głowę.
— Lepiej tam nie zaglądać. — Otrzepałam dłonie. — To skład złomu, nie szafa. Ktoś tu w końcu zginie — powiedziałam oburzona.
— Małpa — Kevin prychnął i oparł się o framugę. Obserwował, jak wskakuję na komodę, by zyskać lepszy widok z góry.
W końcu sam namierzył sprzęt za szafą z lustrem. Wyciągnął dwie zakurzone łopaty. Przyjęłam niechętnie jedną i zeskoczyłam ze starego mebla.
— Do roboty! — Jego mina wyrażała satysfakcję.
Wyszliśmy na zewnątrz. Deszcz już nie padał, ale trawa wciąż lśniła od wilgoci. Zapach mokrej ziemi wisiał w powietrzu. Kevin wyjął biały spray i naszkicował na trawniku ogromny prostokąt. Farba co chwilę się rozmazywała, ale on nie odpuszczał. Kształt był ogromny. Tylko ja i Kevin mieliśmy chwycić za łopaty? Niewykonalne!
Zatrzymałam się w miejscu. Szczęka opadła mi w dół.
— Żartujesz? Mamy to wszystko wykopać?
— To ma być basen, nie dołek na bratki — stwierdził, jakby to było coś, co ludzie robią na co dzień. — I nie, nie powiem ci, dlaczego akurat basen. Obiecałem, że przekażę tylko, co kopiemy, a nie dlaczego…
Przewróciłam oczami.
— Profesjonalnie robi się to inaczej. Trzeba sprawdzić grunt, wytyczyć poziomy, pomyśleć o odpływie wody.
— Sprawdzimy w praniu. — Wzruszył ramionami.
— Serio? — Oparłam dłonie na biodrach. — To nie takie hop-siup. Powinniśmy zmierzyć głębokość, ustalić spadki. Trzeba przygotować wszystko, inaczej ziemia się osunie.
— Kto tu robi za eksperta od basenów? — Uniósł brew. — Nie przypominam sobie, żebyś studiowała budowlankę.
— Może i nie, ale oglądam programy remontowe — powiedziałam z sarkazmem. — To zwykła logika. Chcesz, żeby nas zasypało?
— Dobrze, pani inżynier. Jak proponujesz zacząć? — Parsknął śmiechem.
Westchnęłam podirytowana. Podeszłam bliżej i wskazałam krawędź narysowaną sprayem.
— Zrobimy oznaczenia sznurkiem. Prostokąt musi wyjść równy. Ziemię wybierzemy warstwami. Najpierw płytko, potem głębiej.
— Czyli ty kierujesz, ja kopię? — Uśmiechnął się pod nosem.
— Dokładnie — odparłam stanowczo, choć w głębi duszy miałam wątpliwości.
Kevin przyniósł sznurek i stare paliki. Wbił je w rogi, a potem napiął linkę. Poprawiłam jeden narożnik, żeby trzymał kąt.
— Teraz lepiej. — Cofnęłam się o krok. — Przynajmniej wiadomo, gdzie wbijać łopaty.
— Zaczynamy. — Uderzył metalem o darń z impetem. — Zobaczymy, ile wytrzymasz.
Ziemia stawiała lekki opór, ale Kevin szybko podważył pierwsze kawałki trawy. Stałam z założonymi rękami. Jego zadowolona mina zaczęła mnie irytować. Poprawiłam opadające na twarz kosmyki i wbiłam własne narzędzie obok niego. Metal zgrzytnął o kamień. Odrzuciłam pierwszą porcję ziemi na bok.
— Mamy początek — mruknęłam do siebie.
Kevin uniósł głowę.
— Jeszcze trochę i będziesz się tu pluskać.
— Trochę? — zapytałam z niedowierzaniem. — To powierzchnia połowy boiska, a pracujemy we dwoje.
— Każdy basen musi jakoś powstać — stwierdził z dumą odkrywcy.
Kopaliśmy w milczeniu. Słychać było tylko stukot szpadli i nasze ciężkie oddechy. Mięśnie piekły, dłonie bolały od ściskania drewnianego trzonka. Kevin zagadywał od czasu do czasu, a ja odpowiadałam półsłówkami. Oszczędzałam siły.
Po kilkunastu minutach oparłam się o łopatę przy niewielkim wykopie.
— W tym tempie skończymy za pięć lat.
— Jeśli się nie pospieszysz, to nawet dłużej.
— Czemu akurat basen?
Każde wyjście z tatą na publiczne kąpielisko kończyło się marudzeniem. Zła temperatura wody, smród chloru, tłumy ludzi, czy wysuszona skóra. Budził się w nim wtedy pan maruda w pełnej krasie. A nagle zażyczył sobie basenu koło domu?
— Pamiętasz panią Adams?
— A no — przytaknęłam.
— Nie chcę na niego kablować, ale czuję, że to ją chciałby tutaj zaprosić. Rozwiodła się i ostatnio narzekała nad jeziorem. Marzyła o pluskaniu się w prywatnym basenie. Christopher stwierdził, że niby robi to dla ciebie, ale za miesiąc całość ma być gotowa.
A jednak! Tata miał kogoś na oku. Wiedziałam. Ale żeby od razu budować basen z powodu kobiety? Tego jeszcze nie grali. Otworzyłam usta ze zdumienia, po czym roześmiałam się głośno. Ponoć to młodzi robią głupstwa z miłości.
Kopaliśmy dalej. Po siedmiu godzinach staliśmy w dole tak głębokim, że zaczęłam martwić się o wyjście. Kevin wyskoczył na górę, oparł się dłońmi o krawędź i spojrzał na mnie.
— Vii, poradzisz sobie sama?
— Bardzo śmieszne — prychnęłam. — Podaj mi linę.
Zamiast liny, wyciągnął rękę.
— Żartujesz? Nie mam siły nawet podskoczyć.
— Dawaj, nie mamy całego dnia! — Zachęcał mnie z cwaniackim uśmiechem.
— Łatwo ci mówić! Jak mnie puścisz, to skopię ci dupę!
— Nawet się pochylę, żebyś mogła mi przyłożyć. — Wyszczerzył zęby jeszcze mocniej.
Dobra, dam radę. Do jego dłoni nie było daleko, a ze skoku wzwyż miałam mocne trójki. Zacisnęłam usta, wybiłam się z całych sił, ale palce tylko musnęły jego skórę. Mój metr sześćdziesiąt nie wystarczył.
Szare chmury zasłoniły słońce pół godziny wcześniej. Pojawiły się pierwsze, ciężkie krople deszczu. Tylko tego brakowało. Brudna, mokra i wykończona, a dzień wciąż trwał.
Kevin zlitował się nade mną. Rzucił mi sznur. Wyszłam, przy okazji zdzierając kolana i łokcie o ziemistą ścianę. Otrzepałam się i ruszyłam w stronę ganku. Kevin przykrył wykop folią.
— Czekaj, panno chodząca perfekcjo.
— Nie nazywaj mnie tak, głupku!
— Wypraszam sobie! — Skrzyżował ręce na piersi i przechylił głowę. — Jeszcze raz nazwiesz mnie głupkiem, a dostaniesz pokrzywę zamiast liny!
Nie odpowiedziałam. Zdecydowanym ruchem chwyciłam za klamkę.
Kevin i te jego pomysły.
Wreszcie weszliśmy do domu. Na szczęście to był koniec kopania na dziś. Marzyłam o czymś do picia i jedzenia. Ku mojemu zachwytowi, już od progu unosił się zapach szarlotki z cynamonem. Zdjęliśmy ubłocone buty i ubrania, a potem wbiegliśmy do kuchni. Blacha z ciastem stała na stole, kusząc do skosztowania. Wyciągnęłam rękę w stronę słodkości. Kevin był szybszy. Dopadł ciasta jako pierwszy.
— Nawet się nie zbliżaj. — Udawał groźny ton. Schował blachę za plecami.
Skrzywiłam się zmęczona, a zarazem głodna.
— Kevin, serio?
— Twój tata powinien otworzyć piekarnię. — Oderwał spory kęs i przeżuł powoli, ostentacyjnie mlaskając. Pokiwał głową z uznaniem. — Genialne! Palce lizać! — Postawił przed sobą blachę.
Zacisnęłam zęby i rzuciłam się w jej stronę. Kevin już wyciągnął wolną rękę, aby mnie powstrzymać, ale tym razem wygrałam wyścig. Zadowolona wepchnęłam szarlotkę do ust. Policzki miałam pełne, ale dałam radę wykrztusić:
— Ty gnoju! Nie jesteś sam!
— Udławisz się, psychopatko! — Wybuchnął śmiechem.
— Nie udławię. — Wzięłam kolejny kęs i opadłam ciężko na krzesło.
Zmęczenie zwaliło się na mnie całym ciężarem. Mięśnie pulsowały tępym bólem, dłonie piekły, a paznokcie miałam czarne od ziemi. Zadrapania na kostkach szczypały niemiłosiernie. Przypominały o niedokończonej robocie, a Kevin? Wyglądał świeżo, siedząc naprzeciwko, z nogami zarzuconymi na wyspę kuchenną. Dumny i niezmieniony wysiłkiem.
— To co? — Odezwał się po chwili. Ignorował moje wyczerpanie. — Idziesz dziś wieczorem na imprezę? Kameralna, nic wielkiego.
Podniosłam na niego wzrok.
— Jaką imprezę?
— Rodzice wyjeżdżają. — Pokazał równe zęby w szerokim uśmiechu. — Robimy małe spotkanie. Muzyka, znajomi. Wpadnij, będzie fajnie!
Westchnęłam ciężko.
— Nie wiem… Nie mam ochoty na imprezowanie. Znasz mnie i wiesz, że to nie moje klimaty.
— Vii… — Pochylił się w moją stronę. — Dobrze ci to zrobi. Nie możesz ciągle siedzieć w domu, sprzątać i zamykać się w swoim świecie. Za każdym razem, gdy rozmawialiśmy na kamerkach, to ty wegetowałaś w czterech ścianach ze ścierką w ręku. Poza tym… — Uniósł brew. — Nie możesz mnie wystawić.
Prychnęłam pod nosem. Kąciki ust drgnęły. Nie umiałam zachować powagi przy nim.
— Zobaczę, ale nic nie obiecuję.
— Dobra, nie naciskam. — Wstał i przeciągnął się leniwie. Kręgi w karku strzeliły głośno. — Ale pomyśl o tym.
Poszedł do siebie. Zostałam sama. Cisza wypełniła dom. Weszłam powolnym krokiem do salonu i się rozejrzałam. Pokój nie należał do dużych, ale miał swój urok. Na środku stał drewniany stół z porysowanym blatem. Mebel pamiętał wiele posiłków i rozmów. Zauważyłam, że pod nim leży Melody w fioletowym legowisku. Nie miałam pojęcia, że ojciec ma taki gust. Nie posądzałabym go o lubowanie się w takich kolorach. Chciałam podejść i pogłaskać psinkę, ale tak słodko spała, że wolałam jej nie budzić.
Z przykrością stwierdziłam, że krzesła wokół stołu też nie wyglądały najlepiej. Nosiły spore ślady użytkowania. Jedno skrzypiało, a drugie miało obdarty kant. Na trzecim wisiała moja zmięta bluza. Czekała na odwieszenie.
Po lewej stronie stała szara kanapa z wytartą tapicerką. Z boku wystawała ogromna nitka. Mimo wad należała do najwygodniejszych sof na świecie. Na niskim stoliku kawowym leżał pilot, długopis i rozrzucone kartki. Panował tu nieład. Ojciec zostawił stare meble, mimo wyremontowania domu i odmalowania ścian. Był tak samo sentymentalny, jak ja.
Telewizor wisiał na ścianie naprzeciwko, nad szafką pełną ramek ze zdjęciami. Niektóre stały krzywo, pokryte warstwą kurzu. Obok nich piętrzyły się podniszczone książki i płyty, których nikt nie słuchał od lat.
Pod oknem stała komoda z więdnącym kwiatkiem. Jego liście opadały smętnie. Powinnam go podlać. Kominek po drugiej stronie obłożono jasnymi kaflami, gdzieniegdzie pobrudzonymi sadzą. Na gzymsie stały świeczki i figurka — moja nagroda literacka.
Poczułam impuls. Musiałam to wszystko uporządkować, mimo zmęczenia po intensywnym kopaniu dołu. Tata był niezłym bałaganiarzem. Musiałam ogarnąć cały bajzel za niego. Chwyciłam ścierkę i płyn. Zaczęłam od szafki pod telewizorem. Przetarłam zdjęcia, wyrównałam książki i płyty. Potem zajęłam się stołem i krzesłami. Każde oparcie lśniło po chwili czystością. Raz po raz zerkałam, czy nie obudziłam Melody. Wciąż nie dowierzałam, że tata sprawił sobie psa.
Gdy skończyłam, poszłam do pokoju. Usiadłam na parapecie. Oparłam brodę na kolanach i obserwowałam ulicę, tonącą w mroku. Telefon odezwał się w kieszeni.
Tata: Przedłużyło się mi w pracy, wrócę późno albo rano. Nie martw się.
Wzięłam szybki prysznic. W ręczniku wróciłam do sypialni i wykończona usiadłam na łóżku. Wzrok padł na wciąż nierozpakowane bagaże. Wyjęłam piżamę i westchnęłam. Myśl o imprezie wracała jak bumerang. Ekscytacja mieszała się z obawą. Kevin miał rację, powinnam się rozerwać. Chociażby spróbować. Zacisnęłam usta ze zdenerwowania i oderwałam zębami kawałek naskórka z wargi. Decyzja zapadła.
Wyciągnęłam z torby czarne spodnie z dziurami i skórzany top z suwakiem. Przebrałam się błyskawicznie. Rozpuściłam włosy, oczy podkreśliłam mocniejszym makijażem. Spryskałam szyję perfumami. Ich zapach dodał mi odwagi.
Przejrzałam się w lustrze. Wyglądałam dobrze, ale dawno nie widziałam siebie w takiej wersji.
Jakby czytając mi w myślach, zadzwonił Kevin.
— Co tam? — Odebrałam, poprawiając fryzurę.
— Przyjechać po ciebie? — Przeszedł do konkretów, a ja zaśmiałam się krótko. Jak on mnie znał.
— To kilka domów dalej. Przejdę się.
— Jesteś pewna? Wyślę Lucasa. Wskoczysz na motor i będziesz tutaj w minutę. Chyba że wolisz jechać autem, to podjedzie swoim mercedesem.
Skrzywiłam się na sam dźwięk tego imienia.
— Nie trzeba. Idę pieszo.
— Zawsze musisz się upierać. — Usłyszałam śmiech w słuchawce. — Dobra, to widzimy się za chwilę.
Rozłączyłam się, nasypałam karmę do miski Melody i pogłaskałam ją po łbie. Uniosła się ze zaspanym spojrzeniem, ale zaraz opadła z powrotem na legowisko. Klucze dla taty schowałam pod doniczką i ruszyłam do domu Kevina.
Muzykę usłyszałam niemal natychmiast. Sąsiedzi musieli mieć anielską cierpliwość. Ja przy takim dudnieniu rwałabym włosy z głowy.
Podjazd przed domem Kevina zastawiały samochody i motocykle. Tłum ludzi kłębił się w ogrodzie. Dym papierosowy mieszał się z głośnymi rozmowami i zapachem alkoholu. To nie wyglądało jak kameralna impreza. Niepokój ścisnął mi żołądek, bo nikogo nie znałam.
Zauważyłam chłopaka, który właśnie ściągnął mokrą podkoszulkę, przeklinając pod nosem. Widocznie ktoś uraczył go jakąś plamą albo oblał drinkiem. Akurat w momencie, gdy narzucał na nagi tors skórzaną kurtkę, zauważyłam tatuaż. Ogromny, czerwony wąż pysznił się na jego plecach. To był Lucas.
— Proszę, proszę, co za laska na podjeździe? — Rudy chłopak rzucił pustą puszkę do kosza obok mnie. Trafił. Brzdęk metalu rozniósł się w powietrzu, a on uniósł ręce w geście triumfu.
Ciekawskie, drwiące spojrzenia zwróciły się w moją stronę. Czułam ich ciężar. Przez kilka sekund stanowiłam centrum uwagi.
Lucas stał z grupką ludzi. Był uderzająco podobny do Kevina, choć starszy pięć lat, wyglądał niemal jak jego brat bliźniak — ta sama budowa twarzy, identyczny uśmiech i gesty. Ale z pewnością różniła ich barwa oczu. Błękit w spojrzeniu Kevina niósł spokój, a ciemna zieleń Lucasa — chłód i ostrość.
Gdy mnie zauważył, od razu ruszył w moją stronę. Zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. Bezczelnie, bez skrępowania.
— A ty to kto? — Skrzyżował ramiona na piersi, prężąc mięśnie.
— Miło cię widzieć, Lucasie — przywitałam się z fałszywą słodyczą w głosie. Przestąpiłam z nogi na nogę.
Zmarszczył brwi. Udawał, że intensywnie myśli.
— Nie kojarzę. — powiedział po chwili. — Zapamiętałbym kogoś takiego. Kim jesteś?
— Ja ciebie pamiętam, to wystarczy. — Przedrzeźniałam go, przyjmując taką samą pozę jak on. — Groziłeś mi na kamerce, gamoniu.
Patrzył na mnie twardo w milczeniu, testując moją wytrzymałość. Nagle odchylił głowę do tyłu i się roześmiał. Dźwięk był sztuczny, przeciągnięty.
— Ach… no tak! Panna świętoszka. — Zerknął na kolegów. Oziębł. — Nie trzeba cię długo obserwować, żeby wiedzieć, że czujesz się lepsza w swoim nędznym móżdżku. Twoja cnota nie czyni cię wyjątkową.
Kumple zarechotali. Rozległy się dwuznaczne gwizdy i docinki. Bawili się w panów świata.
— Kevin czeka w środku. Pospiesz się. — Lucas zmrużył oczy. Usta napiął w cienką linię.
Zatrzymałam się i zarzuciłam włosy na prawą stronę.
— Nie będziesz mi rozkazywał — burknęłam.
— A jednak chciałaś iść. — Uniósł lewą brew, przekonany o swojej racji. — Widzisz? Już robisz to, co mówię.
— Widzisz tylko to, co chcesz widzieć. — Ruszyłam do drzwi.
Mijałam go, czując jego wzrok wypalający dziurę w moich plecach. Gdy dotarłam do ganku, coś uderzyło mnie w tył głowy. Stanęłam jak wryta. Pusta puszka potoczyła się po betonie, stukając o krawędzie schodów.
Odwróciłam się gwałtownie.
Lucas stał w tym samym miejscu. Ręce trzymał w kieszeniach, twarz miał z kamienia.
— To tylko puszka — burknął.
— Rzuciłeś specjalnie.
— Całkiem możliwe. — Nawet nie drgnął. — Co z tego?
Pokazałam mu środkowy palec.
— Idiota!
Uśmiechnął się krzywo. Spojrzenie miał zimne i obojętne.
— Na więcej cię nie stać?
— Wolę to niż udawanie ważniaka w stadzie.
— Nie udaję. — Nachylił się w moją stronę. — Mówię to, co myślę.
— Twoje zdanie mnie nie obchodzi.
Jego oczy zamieniły się w wąskie szparki. Wiedziałam, że go to ubodło.
— Ale odpowiadasz. — Wyprostował się i przechylił głowę. — Więc chyba obchodzi.
Zacisnęłam usta. Nie miałam siły na dalszą przepychankę. Odwróciłam się na pięcie i chwyciłam klamkę. Za plecami usłyszałam żałosny rechot jego bandy i oklaski.
Zrezygnowana odgarnęłam grzywkę, po czym weszłam do środka, zostawiając pajaców za sobą.
Rozdział 3
Octavia
W przedpokoju w nozdrza uderzył mnie odór alkoholu wymieszany z dymem zioła. Słodkie, tanie perfumy dopełniały tę drażniącą kompozycję. Zakryłam usta dłonią, mimo to kaszel drapał w gardle, domagając się uwolnienia. Wewnątrz panował zaduch, od którego zakręciło mi się w głowie. Czasem życie z astmą potrafiło uraczyć mnie niespodzianką. Sięgnęłam do kieszeni spodni. Palce odnalazły chłodny plastik inhalatora. Sama obecność leku przyniosła odrobinę spokoju. Wolałam być przygotowana.
Korytarz pękał w szwach. Ludzie siedzieli na schodach, niektórzy blokowali przejście. Każdy trzymał w dłoni kubek lub butelkę. W większości pewnie wypełnione wódą. Hałas rozmów mieszał się z agresywną muzyką, tworząc ścianę dźwięku nie do przebicia. Podłoga wibrowała od basów. Przepchnęłam się w prawo. Kuchnia zazwyczaj dawała szansę na chwilę oddechu.
Korytarz pękał w szwach. Ludzie siedzieli na schodach, niektórzy blokowali przejście. Każdy trzymał w dłoni kubek lub butelkę. W większości pewnie wypełnione wódą. Hałas rozmów mieszał się z agresywną muzyką, tworząc ścianę dźwięku nie do przebicia. Podłoga wibrowała od basów. Przepchnęłam się w prawo. Kuchnia zazwyczaj dawała szansę na chwilę oddechu.
Wnętrze wyglądało znajomo, choć nowa lodówka i zmywarka rzucały się w oczy. Reszta sprzętów pozostała na swoich miejscach. Omiotłam wzrokiem pomieszczenie. Kevin stał przy oknie. Towarzyszyło mu dwóch chłopaków i trzy dziewczyny. Rudowłosa wisiała na jego ramieniu, wczepiona w materiał koszulki, jakby rościła sobie do niego prawo własności. Pozostałe dwie śmiały się z jakiejś historii.
Zatrzymałam się w progu. Wahanie przykuło mnie do podłogi. Wyglądali na zajętych sobą. Wtedy Kevin wsunął papierosa w usta i wyciągnął telefon. Sekundę później poczułam wibrację w kieszeni, wyjęłam komórkę. Kąciki ust same powędrowały w górę.
— Już dzwonisz? — Podeszłam bliżej.
Podniósł głowę. Twarz mu pojaśniała, a napięcie zniknęło z jego oczu.
— Długo cię nie było. Sprawdzałem, czy żyjesz. — Schował telefon, odsunął rudowłosą zdecydowanym gestem i przyciągnął mnie do siebie. Zamknął w mocnym uścisku. — To tylko koleżanka — szepnął, łaskocząc mnie w ucho.
Wzdrygnęłam się, gdy poczułam dreszcze, przebiegające wzdłuż kręgosłupa. Gdy mnie puścił, gwar w kuchni ustał. Zapadła nienaturalna cisza. Słychać było tylko buczenie lodówki i stłumioną muzykę z korytarza. Wszystkie oczy zwróciły się na nas.
Ruda stała sztywno. Dłonie zacisnęła w pięści, a na jej szyi pulsowała żyła. Patrzyła na mnie z czystą nienawiścią.
— Kpisz sobie? — Zrobiła krok w moją stronę. — Kim ty, kurwa, jesteś? Nie widzisz, że jest zajęty?
Żółć podeszła mi do gardła. Wytrzymałam jej spojrzenie, bo nie zamierzałam okazać słabości.
— Serio? — Uniosłam brodę. — Widziałam tylko, że wisiałaś na nim jak bluszcz.
— Dziewczynko, nie wiesz, z kim zaczynasz. Kevin należy do mnie. Zawsze będzie. Ty możesz sobie popatrzeć. — Jej usta wykrzywiły się w pogardliwym grymasie.
— Twój? — parsknęłam. — Chyba zapomniałaś go o tym poinformować.
Jej twarz stała się wręcz purpurowa. Ludzie wokół wstrzymali oddechy. Kevin w ułamku sekundy stanął między nami. Uniósł rękę, by ją uspokoić, ale odepchnęła go gwałtownie. Całą furię postanowiła skupić na mnie.
— Słuchaj, dziwko… — Nachyliła się przed moją twarzą, a słodki zapach jej perfum przyprawiał mnie o mdłości. — Zniszczę cię jednym słowem.
— Spróbuj. — Wbiłam wzrok w powiększające się źrenice. — Zobaczymy, kto padnie pierwszy.
— Ty już leżysz. — Zaśmiała się krótko, drapieżnie. — Wystarczy zobaczyć, jak na niego patrzysz. Ale on jakoś zawsze wraca do mnie.
Impuls był szybszy od myśli. Chwyciłam garść jej rudych włosów i szarpnęłam w dół. Wrzasnęła, zachwiała się i jedną ręką złapała oparcia krzesła. Drugą dłoń rozczapierzyła i wbiła mi paznokcie w przedramię. Ból był ostry i piekący, ale tylko wzmocnił mój chwyt. Wpadłam we wściekłość, szarpiąc ją jeszcze mocniej.
— Dosyć! — Kevin objął mnie w talii i siłą od niej oderwał. — To nie ma sensu.
Ruda dyszała ciężko. Zamaszystym ruchem strzepnęła jego rękę.
— Odsuń się od niej! To ja jestem twoją dziewczyną! — zawodziła.
— Oszalałaś? — fuknęłam. — Nie widzę pierścionka.
— Pilnuj się — rzuciła tonem pełnym jadu.
Nikt się nie poruszył, wszyscy obserwowali nas jak spektakl. Dopiero dziewczyna z tatuażami na obu rękach, podeszła do rudowłosej i pociągnęła ją za ramię.
— Daj spokój. Przesadzasz!
Lily skierowała się do wyjścia z kuchni. Gdy przechodziła obok, niby przypadkowo stanęła szpilką na mojej stopie, a potem trąciła mnie barkiem.
— Ups! — Zaśmiała się cicho i nie czekając na to, jak zareagują pozostali, wyszła z kuchni.
Kiedy głośny stukot jej szpilek ucichł, zapadła niezręczna cisza. Cała piątka patrzyła na mnie uważnie. Wzięłam głęboki oddech i starałam się zachować spokój, choć serce waliło mi, jakby ktoś walił młotem.
— Ty jesteś Octavia. — Blondyn na hokerze przerwał milczenie. — Jestem Carlos, a to Caroline. W końcu się poznajemy.
Podałam mu dłoń. Caroline objęła mnie nagle. Uścisk był krótki, ale szczery.
— Kevin gadał o tobie non stop. Pokazywał nam twoje zdjęcia — wtrąciła się Megan, bo tak miała na imię dziewczyna, która wcześniej chciała powstrzymać Rudą. Uśmiechnęła się szeroko. — Nie sądziliśmy, że istniejesz naprawdę.
— A no! Jak widać, istnieję.
— Lily bywa trudna — dodała po chwili. — Jej zazdrość jest męcząca. Przepraszam za nią.
Kątem oka zauważyłam Thomasa. Skinął głową, a ja odpowiedziałam tym samym. Stał przy wyspie, opierając się o blat. Jego ciemne włosy miały zafarbowane na szaro pasemka, które dodawały mu mocniejszego, niemal groźnego charakteru. Jednak patrząc na niego, nie potrafiłam zachować powagi. W głowie wciąż miałam te niekończące się rozmowy na kamerce z Kevinem, podczas których to właśnie Thomas okazywał się architektem ich najbardziej samobójczych misji. Od razu przypomniał mi się skwar zeszłego lata i ich genialny plan, by zamienić się w żywe pociski. Wcisnęli się wtedy we dwóch do gigantycznej opony po ciągniku i zrzucili z najwyższej skarpy, co skończyło się masą siniaków i błędnikiem szalejącym przez tydzień.
Thomas skanował moją twarz, szukając reakcji, a po chwili posłał mi krótki, niemal łobuzerski uśmiech i wrócił do picia.
— Kevin mówił, że jesteś spokojniejsza — Carlos chrząknął i niespokojnie poruszył się na krześle.
— To źle? — Zerknęłam na nich niepewnie.
— Oczywiście, że nie. Lepiej pozytywnie się zaskoczyć.
— Lepiej być sobą. — Megan oparła się o blat. — Skąd w tobie taka siła? Kevin bał się, że nasza głośna grupa cię wystraszy.
— To przeszłość. Już nie jestem taka bojaźliwa. Nie pozwalam sobie wchodzić na głowę.
Thomas zaśmiał się pod nosem i uniósł czerwony kubek w toaście. Carlos wstał z hokera przy wyspie kuchennej. Chciał sięgnąć po swojego drinka, który stał po drugiej stronie blatu, ale noga krzesła przesunęła się niefortunnie po błyszczącej podłodze.
Runął na ziemię, wylewając na siebie napój.
— Carlos! — Caroline dopadła do niego w ułamku sekundy.
Próbował wstać, ale poślizgnął się jeszcze raz, zanim złapał równowagę. Mokra koszulka kleiła mu się do ciała. Otrzepał ręce i spojrzał na wszystkich.
— Kurwa… — wymamrotał, a potem wyszczerzył zęby. — Widzieliście ten styl? To było spektakularne!
Wszyscy wybuchnęli głośnym śmiechem. Megan przesunęła kubki na wyspie, żeby niczego nie przewrócić. Caroline wytarła rozlany płyn ręcznikiem papierowym.
Kevin uśmiechnął się lekko, a ja poczułam ulgę, obserwując ich reakcję.
— Pomogę ci to wysuszyć. — Caroline pociągnęła Carlosa za rękę.
— Następnym razem podajcie mi drinka. — Opadł ciężko na krzesełku.
Już chciałam coś powiedzieć, gdy akurat Kevin podszedł do mnie szybkim i nerwowym krokiem. Coś go gryzło, bo twarz miał napiętą, a w oczach pojawiło się dziwne roztargnienie. Brwi miał ściągnięte, spojrzenie uciekało w bok, potem znów wracało do mnie, jakby nie wiedział, czy powinien patrzeć prosto w oczy, czy lepiej unikać kontaktu.
Kilka razy otworzy usta, lecz zaraz zamykał je gwałtownie, a przy tym zaciskał zęby tak mocno, że mięśnie szczęki wyraźnie drgały. Ramiona miał lekko uniesione, dłonie poruszały się niespokojnie. Wiedziałam, że chciał coś powiedzieć, ale coś go blokowało.
Dlaczego Kevin tak się wahał? Co próbował ukryć? Czego tak bardzo się bał? Zaczęłam rozmyślać, a czarne scenariusze nie pomagały.
— To ten czas. Zrób to. — Obok pojawił się Thomas.
Zamarłam. Nie miałam pojęcia, o czym oni gadają. Kevin drgnął, stając twarzą w twarz z kolegą. Ten mrugnął do niego porozumiewawczo i posłał mu buziaka w powietrzu. Odwrócił się na pięcie, po czym podszedł do wyspy kuchennej, aby napić się drinka. W ustach zaschło mi tak bardzo, że język przykleił się do podniebienia. Sama chętnie bym się napiła.
— Vii… pogadamy u mnie? — zapytał w końcu Kevin. — Muszę ci coś powiedzieć.
— Co się stało? Zbladłeś.
— To nic takiego, muszę ci coś powiedzieć.
— Dobra, bo twój stres mi się udziela. — Serce waliło mi tak bardzo, że nie potrafiłam się rozluźnić.
Wypiłam cztery shoty przy wyspie. Jeden pod drugim. Alkohol miał mi dodać odwagi. Chwyciłam dłoń Kevina, a on poprowadził mnie po schodach. Drzwi pokoju zamknęły się, odcinając nas od hałasu imprezy. Mój wzrok przykuł czarny, lśniący fortepian. W tym domu, pełnym chaosu i kurzu, instrument wyglądał groteskowo. Zbyt czysty i dostojny. Podeszłam bliżej, a opuszki moich palców musnęły chłodne klawisze.
Przyjaciel nagle przekręcił zamek w drzwiach. Dźwięk metalu zabrzmiał w ciszy wyjątkowo głośno. Usiadłam na ławce. Kevin oddychał płytko. Podszedł i usiadł obok mnie okrakiem. Jego dłoń powędrowała do mojej twarzy. Schował mi kosmyk włosów za ucho, a jego palce drżały.
— Octavio… czekałem na to — powiedział łamiącym głosem. — Kiedy zobaczyłem cię w kuchni, oszalałem. — Spoważniał. W jednej chwili ten wesoły chłopak, którego znałam, gdzieś zniknął. — Czekałem na twój telefon każdego dnia. To stał się mój nawyk, moja obsesja… Bez ciebie nie potrafiłem funkcjonować.
Krew zaszumiała mi w uszach. Serce waliło mi z taką siłą, że aż bolała mnie klatka piersiowa. W oczach Kevina pojawiło się coś, czego podświadomie się obawiałam. Przez całe lata traktowałam go jak brata.
Patrzył na mnie w milczeniu, czekając na reakcję. Położył dłonie na moich policzkach. Nie miałam pojęcia, co robić.
Jego twarz zbliżyła się do mojej. Wiedziałam, co zaraz nastąpi. Rozsądek podpowiadał ucieczkę. Powinnam wstać, ale ciało zdecydowało inaczej. Usta Kevina dotknęły moich drżących warg. Wzdłuż kręgosłupa przebiegł mnie przyjemny dreszcz, paraliżujący logiczne myślenie. Odwzajemniłam gest. Wbrew rozsądkowi. Wbrew sobie.
Pocałunek stał się głębszy, mocniejszy, a oddech przyspieszył. Objęłam jego szyję i wplotłam palce w krótkie włosy, przyciągając go bliżej. Robiłam to wszystko, choć umysł krzyczał: „Stop!”. Kevin chwycił mnie za biodra, przyciskając do siebie nasze ciała. Żądza wzięła górę nad rozsądkiem, choć każdy neuron powtarzał, że to nie powinno się wydarzyć.
Jego dłonie zsunęły się niżej, na moje uda. Wsunął je pod nie i podniósł mnie bez wysiłku. Wstał i posadził na fortepianie. Zachłannie całował usta, potem linię żuchwy, szyję i dekolt. Chłód instrumentu pod plecami, przebijający się przez top, kontrastował z gorączką, która trawiła moje ciało. Zatracałam się w jego dotyku, zapachu wody kolońskiej, w bliskości.
Błądziłam dłońmi po jego plecach, wyczułam napięte mięśnie pod cienką koszulką, a on podążał wzdłuż mojego ciała, aż w końcu zatrzymał się na guziku spodni. Chciał go rozpiąć, przez co w ułamku sekundy ogarnęła mnie panika. Wstrzymałam oddech.
Usłyszałam cichy trzask naprężonego materiału, gdy palce Kevina zahaczyły o zapięcie. W tym momencie moje ciało zesztywniało, a ręce, które jeszcze przed chwilą zaciskały się na jego karku, opadły gwałtownie. Złapałam go mocno za nadgarstki. Mocniej niż zamierzałam.
Nasze czoła wciąż się stykały, ale bliskość zniknęła. Został tylko ciężki oddech i wciąż narastająca we mnie panika.
— Kevinie… dość — szepnęłam. — Nie możemy.
Zamarł, a jego oczy w jednej chwili stały się ciemniejsze niż zwykle. Patrzył przed siebie, nieruchomy, jakby próbował zrozumieć sens moich słów i znaleźć w nich coś, co mogłoby odwrócić sytuację. Przez kilka długich sekund nie poruszył się wcale. Odniosłam wrażenie, że czas stanął w miejscu. Wreszcie otrząsnął się i powoli odsunął o kilka centymetrów.
— Przepraszam, Vii… — powiedział cicho, a jego głos był chrapliwy, wręcz obcy. — Myślałem, że tego chcesz.
Kevin spuścił wzrok, a jego ramiona opadły, jakby zabrakło mu siły. Stał przede mną, oddychał nierówno, ale nie odezwał się już ani słowem.
— To ja przepraszam — mruknęłam.
Wbijał wzrok to w drzwi, to w podłogę. Wszędzie, byle uciec od mojego spojrzenia.
— Zapomnijmy. Było, minęło. — Wzruszył ramionami, wymuszając obojętność.
— Nie powinnam była cię całować. — Głos ugrzązł mi w gardle. Przełknęłam gęstą ślinę, a pod powiekami czułam nieprzyjemne pieczenie. — To moja wina.
Znów milczał. Wiedziałam, że słuchał, ale nie komentował, jakby każde wypowiedziane słowo miało dobić go jeszcze bardziej.
— Dałam ci złudną nadzieję i to było niesprawiedliwe.
— Rozumiem.
Oschły ton zranił mnie bardziej niż krzyk. Nagle przypominał swoim zachowaniem zimną obojętność Lucasa.
— Nie chciałam cię zranić. Chciałam być szczera.
— Wiem — rzucił szybko i spuścił wzrok.
Zrobiłam krok w jego stronę, ale szybko uniósł rękę, stawiając między nami niewidzialną barierę. Przetarł twarz dłonią, jakby chciał zetrzeć z niej zmęczenie.
— Wiem, że nie chciałaś — powiedział cicho. — Nie wracajmy do tego.
Odwrócił się plecami i przeczesał nerwowo włosy palcami, głęboko wzdychając. Nie patrzył, jak drżącymi rękami poprawiam ubranie.
— Muszę ochłonąć.
Skinęłam głową. Nie potrafiłam znaleźć odpowiednich słów. Chciałam przeprosić po raz kolejny, widząc go w takim stanie, ale wiedziałam, że brzmiałoby to sztucznie.
Kevin usiadł na stołku przy fortepianie i ukrył twarz w dłoniach. Stałam na środku pokoju, bezradna. Poczucie winy przygniatało mnie do ziemi, odbierało siły.
Usiadłam na łóżku zrezygnowana. Nie chciałam, żeby do tego doszło, a tym bardziej nie zamierzałam skrzywdzić jedynego przyjaciela. Zacisnęłam powieki, niechcący uwalniając łzy. Nie wiedziałam, że Kevin chciał czegoś więcej. Cały czas powtarzał, że byłam wspaniałą przyjaciółką, więc dlaczego akurat wybrał ten moment, żeby powiedzieć mi o swoich uczuciach.
Przerwał moje rozmyślania, wstając gwałtownie. Przemknął szybko obok mnie bez słowa, czy chociażby jednego spojrzenia. Wyszedł, trzaskając drzwiami.
Odruchowo wstałam i podbiegłam do wyjścia, ale zatrzymałam się przy klamce. Chciałam krzyknąć, wyrzucić z siebie cały ból i frustrację, niestety zaniemówiłam. Ciało drżało, a łzy spływały po policzkach bez opamiętania. Osunęłam się po ścianie. W głowie kotłowały się myśli. Dlaczego? Czy on naprawdę mnie kocha, czy tylko mu się wydaje?
Po długiej chwili zebrałam resztki sił i wyszłam z pokoju. Głośna muzyka uderzyła we mnie, aż zadrżałam w środku i na moment zakryłam uszy. Przeciskałam się przez ludzi, próbując dostać się jak najszybciej na dół. Mogłam zostać w domu, ale skusiło mnie wyjście do ludzi i jak to się skończyło?
Wpadłam do kuchni. Megan spojrzała na mnie ze zdziwieniem. Odstawiła drinka, a następnie przywołała mnie gestem dłoni.
— Co się dzieje? — Uniosła brwi do góry, przybierając minę pełną troski. — Dlaczego płaczesz?
Otarłam mokre policzki, ale nowe łzy natychmiast zastąpiły stare. Nie miałam siły, żeby się tłumaczyć.
— Widzieliście Kevina? — wychlipałam.
Caroline wymieniła szybkie spojrzenie z Carlosem. Uśmiechy zniknęły z ich twarzy, zastąpione przez niepokój.
— Wyszedł. — Carlos westchnął ciężko. — Trzasnął drzwiami wejściowymi. Dawno nie widziałem go w takim stanie. Był naprawdę wściekły.
Zacisnęłam dłonie. Paznokcie wbijały się w skórę, zostawiając czerwone półksiężyce. Czasem ból fizyczny pomagał zagłuszyć ten w środku.
— Pójdę go poszukać — oznajmił Carlos i wskazał głową na hoker. — Ty zostań. Nie chcę, żeby powiedział ci coś przykrego w nerwach.
Przełknęłam gulę w gardle i ukryłam twarz w dłoniach. Usiadłam, rozpłakując się na dobre.
Megan objęła mnie ramieniem, gładząc uspokajająco po plecach. Caroline podała mi plastikowy kubek z whiskey. Wypiłam duszkiem. Płyn wypalał goryczą przełyk, ale przyniósł chwilowe ukojenie.
— Kevin nigdy się tak nie zachowywał. — Caroline patrzyła na mnie z niedowierzaniem. — Co tam się stało?
Nie odpowiedziałam od razu. Trzęsącymi dłońmi odstawiłam pusty kubek na blat. Przez chwilę patrzyłam przed siebie, nie mogąc zebrać myśli.
— Od zawsze rozmawialiśmy o wszystkim, a przynajmniej tak mi się wydawało. A właśnie złamaliśmy naszą pieprzoną obietnicę! Nie chcę nic więcej mówić na ten temat. Zresztą jeżeli jesteście z nim bliżej, to pewnie wam powie…
Przerwałam, by zaczerpnąć powietrza. Słowa wypadały ze mnie jak wystrzelone z karabinu. Caroline podeszła bliżej i przytuliła mnie mocniej. Jej ramiona były ciepłe, a zapach delikatnych perfum kojący. Megan siedziała naprzeciwko. Patrzyła spokojnie. Bez wyrzutów, a ze zrozumieniem.
— Wiedziałyśmy o jego planach. — Uśmiechnęła się słabo. — Mówił tylko o tobie. Miałyśmy dość słuchania twojego imienia od rana do nocy.
— Był wpatrzony w ciebie jak w obrazek. Cieszyłyśmy się, że w końcu się przełamał. — Caroline przytaknęła, bawiąc się bransoletką.
Zamknęłam oczy. Wszyscy wiedzieli, tylko ja byłam ślepa.
— Nie chciałam go zranić. Pocałowałam go pod wpływem chwili. Brakowało mi bliskości, ciepła. To było samolubne. Chyba go wykorzystałam i teraz mi głupio z tego powodu.
Caroline uśmiechnęła się delikatnie, choć wiedziałam, że robiła to tylko po to, żeby podnieść mnie na duchu.
— Bez miłości to nie wyjdzie. Dobrze, że to przerwałaś. Lepiej teraz niż później.
Drzwi uderzyły o ścianę z hukiem, gdy Carlos wszedł do kuchni. Twarz miał czerwoną, a żyły na skroniach pulsowały mu w rytm wściekłości.
— Co tu się działo? — warknął.
— Spokojnie. — Caroline próbowała go uspokoić, kładąc mu rękę na ramieniu.
On jednak nie wyglądał na przekonanego. Przeszedł kilka kroków w stronę wyspy kuchennej, a potem oparł się dłońmi o blat.
— Co się stało, że Kevin zniknął? — Jego ton był oskarżycielski.
Skóra na twarzy zapiekła mnie żywym ogniem. Otarłam łzy wierzchem dłoni, ale to i tak nie miało sensu, bo ślady pozostały.
— To nie twoja sprawa. — Megan stanęła w mojej obronie.
— Jeżeli to ma coś wspólnego z Kevinem, to chcę wiedzieć, bo przed domem go nie ma. Ostatnio chodził, jakby nie wiedział, gdzie się podziać. Smutny Kevin, to głupi Kevin. — prawie krzyczał. — Dobra, już wiem wszystko… Pojechał samochodem z tą rudą lafiryndą Lily — powiedział, unosząc wzrok znad ekranu komórki. Chwycił mój pusty kubek i cisnął nim o zlew. Plastik odbił się od metalu z hukiem.
Zrobiło mi się niedobrze. Świat zawirował. Oparłam się o wyspę, żeby nie upaść.
— Co?! — wrzasnęłam zdenerwowana. — Przecież pił!
— I to dużo. — Carlos napiął wszystkie mięśnie. Wyglądał, jakby chciał kogoś uderzyć. — Ta suka na pewno go nakręciła i wsiadł z nią do auta.
Złączyłam dłonie, żeby powstrzymać drżenie.
— Gdzie pojechał, do cholery?!
Cisza.
Carlos przeszedł kilka kroków wzdłuż kuchni.
— Od czterech miesięcy ćwiczy na torze wyścigowym. — odezwał się w końcu. — Chciał się dostać do drużyny Lucasa. Zająć miejsce kumpla, który zginął w zeszłym roku. Nie wiem, czy ci powiedział, ale poszedł w ślady brata. Robi wszystko, aby jeździć tak samo, jak Lucas.
Zamarłam. Każde jego słowo wbijało się we mnie coraz głębiej.
— Nie wierzę… Gdzie go szukać? — zapytałam szeptem.
— Nie wiemy.
— Co to znaczy?! — Załamałam się. — Przecież nie mógł zapaść się pod ziemię!
— Może tor, może ulica. Miejsc jest wiele… — Carlos przeczesał włosy dłonią. — Po alkoholu… to samobójstwo.
Patrzyłam na nich z przerażeniem.
— Gdzie on jest?! — powtórzyłam.
— Octavio… to nie jest takie proste. Nikt z nas nie zna dokładnych miejscówek. On nie mówi nam takich rzeczy. — Megan spojrzała na mnie z politowaniem. Caroline westchnęła ciężko, zerknęła na przyjaciółkę kątem oka i zrezygnowana oparła się o stół.
— Jest jedna osoba, która wie — oznajmiła.
— Kto?!
Po dłuższej chwili, która wydawała się jak wieczność, w końcu Caroline otworzyła usta.
— Lucas — powiedziała, przewracając oczami. — On zna każdy krok Kevina. Zawsze wiedział, gdzie i z kim się trzymał. Jeśli ktoś może nam powiedzieć, gdzie jest teraz, to tylko on.
Lucas. Człowiek, który gardził mną od pierwszej chwili. Nie było czasu na dumę.
— Dzięki. — Ruszyłam pędem do wyjścia. Adrenalina dodała mi sił. — Biorę to na siebie!
Zignorowałam ich krzyki z prośbą, żebym to przemyślała. Przecież już to zrobiłam.
Rozdział 4
Octavia
Spojrzenia chłopaków stojących na podjeździe, pełne ciekawości i kpiącego rozbawienia, śledziły każdy mój ruch. Nocne powietrze uderzyło w twarz chłodem, stanowiąc bolesny kontrast dla dusznego wnętrza przesyconego dymem, oparami alkoholu i zapachem ludzkiego potu. Zamiast odetchnąć z ulgą, poczułam w piersi jeszcze większy ciężar. Strach zacisnął zimne palce na moim gardle.
Podjazd przypominał pobojowisko po bitwie. Kilkanaście osób okupowało teren, popijając piwo z puszek i paląc papierosy, których dym unosił się w świetle latarni. Wibracje basów roznosiły się w mojej klatce piersiowej, ale serce waliło szybciej i mocniej niż ten agresywny rytm.
Ruszyłam przed siebie szybkim krokiem, omiatając okolicę nerwowym wzrokiem. Myśli wirowały w mojej głowie, nie mogąc znaleźć punktu zaczepienia. Kevin odjechał. Ten sam chłopak, który jeszcze godzinę temu całował mnie w swoim pokoju z taką czułością, jakby świat poza nami przestał istnieć.
Złość i gorycz mieszały się w moim wnętrzu niczym trucizna. Czułam wściekłość na Kevina za jego lekkomyślność, a na siebie za brak odpowiedniej reakcji, ale głównie ogarnął mnie paraliżujący lęk. Dużo wypił. Wlewał shoty w gardło jeden po drugim. Nie powinien prowadzić samochodu.
Kątem oka dostrzegłam Lucasa. Stał na ulicy kilka domów dalej, oparty nonszalancko o maskę srebrnego mercedesa. Chłodny odcień karoserii lśnił w żółtawym świetle ulicznej latarni, nadając scenie ponury, niemal filmowy charakter. Lucas zaciągał się powoli papierosem, demonstrując całkowity spokój. Dopadłam do niego biegiem, walcząc o oddech.
— Musimy pogadać!
Spojrzał na mnie z ukosa, unosząc brew w wyrazie znudzenia.
— No, to gadaj. — Wypuścił gęsty obłok dymu, który natychmiast rozpłynął się w nocnym powietrzu.
— Sami — rzuciłam, znacząco spoglądając na jego towarzyszy.
Gapili się jak na darmowe widowisko, a jeden z nich parsknął śmiechem. Lucas westchnął ciężko, wyraźnie niezadowolony, a następnie machnął ręką w ich stronę.
— Spadać…
Odeszli niechętnie, choć musiała zżerać ich ciekawość.
— No i? — Oparł się wygodniej o maskę, krzyżując nogi w kostkach. Wyglądał, jakby cała ta sytuacja była dla niego stratą czasu.
Przełknęłam ślinę, żeby opanować drżenie głosu i dłoni.
— Zraniłam Kevina, a on wziął Lily i gdzieś odjechali.
Na jego twarzy wykwitł kpiący, zimny uśmiech.
— No proszę, klasyka. Zachował się, jak na Sewilina przystało. Jedna nie da, to może z drugą się uda.
Krew uderzyła mi do twarzy, a policzki zapłonęły jednocześnie wstydem i gniewem.
— Ty nic nie rozumiesz!
— Nie, to ty nie rozumiesz. — Rzucił niedopałek na ziemię i przydeptał z mściwą satysfakcją. — Wiem dokładnie, co się dzieje. Nagle odkryłaś, że jednak ci na nim zależy, więc biegniesz do mnie, żebym go sprowadził, tak?
— Nie pieprz głupot! — Walczyłam z narastającą chęcią uderzenia go w twarz. — Kevin jest nawalony! Wsiadł za kierownicę po alkoholu, rozumiesz to? On może zginąć!
Lucas spojrzał na mnie uważniej, a jego maska obojętności lekko drgnęła.
— Nie pierwszy i nie ostatni raz, księżniczko.
— Co jest z tobą nie tak?! — Zrobiłam krok w jego stronę. — To twój brat! Nie obchodzi cię, że rozwali się na pierwszym zakręcie?!
— W tym sporcie każdy kiedyś ginie. — Wzruszył ramionami, ale nie brzmiał już tak pewnie, jak wcześniej.
Stanęłam blisko i poczułam ostry zapach tytoniu. Patrzyłam mu prosto w oczy, nie pozwalając sobie na mrugnięcie.
— On pojechał na tor! — powiedziałam ostro i stanowczo. — Twoi kumple powiedzieli, że trenuje od miesięcy. Dobrze o tym wiesz. On tam jest z Lily. Może zabić nie tylko siebie, ale też ją albo kogokolwiek.
Napiął się cały i milczał przez dłuższą chwilę, trawiąc moje słowa.
— Cholera — zaklął pod nosem.
W ułamku sekundy wsiadł za kierownicę. Silnik mercedesa ożył z niskim, gardłowym pomrukiem, przypominającym bestię budzącą się ze snu. Stałam przez sekundę bez ruchu, po czym ruszyłam zdecydowanie w stronę drzwi pasażera.
Lucas opuścił szybę, a jego twarz wykrzywiła się w gniewie.
— Wynocha!
Zignorowałam go, szarpnęłam za klamkę i wcisnęłam się do środka. Wnętrze pachniało intensywnie skórą i starym dymem papierosowym. Drzwi zamknęły się z głuchym trzaskiem, odcinając nas od świata zewnętrznego. Zapięłam pas, choć ręce mi drżały i ledwo trafiłam w zapięcie. Gardło miałam wyschnięte od szybkiego oddechu. Lucas zmierzył mnie chłodnym spojrzeniem.
— Mówiłem, żebyś nie wsiadała. — Zacisnął palce na kierownicy tak mocno, że zbielały mu kłykcie. — To nie twoja sprawa.
Odwróciłam głowę w jego stronę. Włosy opadły mi na twarz, więc odgarnęłam je nerwowym ruchem. Czułam, że zaraz wybuchnę.
— Wiesz co? Mam gdzieś to, co mówisz — westchnęłam zdenerwowana. — Kevin jest moim przyjacielem i nie pozwolę, żeby zrobił coś głupiego, a ty jesteś jedyną osobą, która wie, gdzie go znaleźć. Więc, zamiast się wymądrzać, jedź!
Lucas prychnął z niedowierzaniem i uderzył otwartą dłonią w kierownicę, przez co cały samochód zadrżał.
— Ty naprawdę nie wiesz, w co się pakujesz — rzucił, kręcąc głową z niedowierzaniem. — Nie znasz tego świata, Octavio.
Wyczułam w jego głosie nutę strachu.
— A co, mam siedzieć na dupie i udawać, że nic się nie dzieje? — Chwyciłam mocniej pas bezpieczeństwa. — Kevin to nie tylko twój brat, ale też mój najbliższy człowiek. Jeżeli coś mu się stanie, nigdy sobie tego nie wybaczę…
Lucas milczał przez chwilę. Oparł głowę o zagłówek i westchnął ciężko, bijąc się z myślami. Nagle wcisnął pedał gazu w podłogę i wyjechaliśmy z piskiem opon.
Siła przeciążenia wbiła mnie w fotel. Mercedes nabierał prędkości w zastraszającym tempie, jakby kierowca chciał mi udowodnić powagę sytuacji, a przy okazji ukarać za upór. Przewróciło mi się w żołądku, a dłonie zacisnęłam na podłokietnikach tak mocno, że aż zabolały mnie palce.
— Jedź wolniej! — krzyknęłam, patrząc z przerażeniem na licznik. Wskazywał ponad osiemdziesiąt siedem mil na godzinę.
— Wolniej? — Lucas parsknął śmiechem. Nie odrywał wzroku od jezdni. — To dla mnie spacerowa prędkość.
Droga przed nami tonęła w mroku, rozświetlanym jedynie co kawałek latarniami i reflektorami nielicznych aut. Każdy wymijany pojazd znikał w lusterku w ułamku sekundy, zmieniając się w rozmytą plamę światła. Moje serce biło coraz szybciej, a oddech stawał się niebezpiecznie płytki.
— Lucasie, przysięgam, jeśli nas rozbijesz… — zaczęłam, ale przerwał mi gwałtowną zmianą pasa, która rzuciła mną o drzwi.
— Jeśli się boisz, to zamknij oczy i siedź cicho — rzucił chłodno. — Ja wiem, co robię.
— Wiesz, co robisz?! — wybuchnęłam, bo nie mogłam znieść jego arogancji. — Przed chwilą prawie staranowałeś tego forda!
— Prawie to słowo klucz — odpowiedział z wrednym półuśmiechem.
Chciałam mu wygarnąć, ale w tej samej chwili z naprzeciwka wyłonił się tir, oślepiając nas światłami. Lucas, zamiast zwolnić, przyspieszył. Prędkościomierz pokazał ponad sto dwanaście mil. Serce podskoczyło mi do gardła, blokując krzyk. Złapałam się desperacko pasa, jakby ten kawałek materiału mógł mnie uratować przed niechybną śmiercią.
— Uważaj, do cholery!
Tir zatrąbił ogłuszająco, zalewając nas białym, bezlitosnym światłem reflektorów. W ostatnim momencie Lucas szarpnął kierownicą i wrócił na swój pas. Auto przechyliło się gwałtownie, opony zapiszczały, a mnie wbiło jeszcze głębiej w siedzenie. Miałam wrażenie, że serce mi eksploduje.
— O kurwa, ale było blisko! — Lucas roześmiał się, jakby właśnie wygrał główną nagrodę na loterii, a nie uniknął czołowego zderzenia.
— Ty jesteś nienormalny!
Wtedy to poczułam. Nagły, twardy ucisk w klatce piersiowej, jakby ktoś położył mi na mostku kamień. Każdy wdech kończył się cichym, bolesnym świstem, a powietrze odmawiało współpracy. Gardło piekło żywym ogniem, mięśnie napinały się w bolesnym skurczu. Otworzyłam usta, próbując złapać większy haust tlenu, ale płuca przyjmowały tylko krótkie, bezużyteczne porcje.
Serce tłukło w piersi, a w skroniach pulsował tępy ból. Głowa stała się jakby nabuzowana powietrzem i pojawił się ścisk w szyi. Zawroty głowy sprawiły, że świat zaczął wirować, a przed oczami zatańczyły ciemne plamki. Przez walkę o oddech, łzy napłynęły mi do oczu. Ogarniała mnie czysta panika.
Lucas spojrzał na mnie kątem oka. Najpierw zmarszczył brwi, potem zerknął drugi raz, a jego wyraz twarzy zmienił się diametralnie. Zrozumiał powagę sytuacji.
— Co jest, Octavio?! — zapytał przerażony.
Nie potrafiłam wydobyć z siebie słowa.
— In… halator… — wydusiłam, a z gardła wydobył się świszczący oddech.
Lucas gwałtownie skręcił kierownicą, zjeżdżając na pobocze. Opony zapiszczały, a samochód zarzuciło, ale on zignorował prawa fizyki. Wcisnął gwałtownie hamulec, odpiął pas jednym płynnym ruchem i pochylił się w moją stronę. Chwycił mnie za ramiona, lekko potrząsając.
— Gdzie on jest?! — wrzasnął z szeroko otwartymi oczami. — Gdzie, Octavio?!
Szukałam po kieszeniach spodni, ale nigdzie go nie znalazłam. Musiał mi gdzieś wypaść. Stopami przesunęłam po podłodze. Nic nie wyczułam.
Uniosłam drżącą rękę, aby wskazać przestrzeń za fotelem. Musiał tam spaść przy gwałtownym manewrze. Lucas nie czekał. Zaczął szukać na oślep, przesuwając i przewracając przedmioty. Słyszałam jego soczyste przekleństwa pod nosem. Opadałam z sił, a ciemność na obrzeżach widzenia gęstniała.
— Kurwa, gdzie to jest… — syknął, aż w końcu wyciągnął rękę z małym, plastikowym urządzeniem. — Mam go!
Przyłożył inhalator do moich ust. Zauważył moją bezradność, więc wcisnął dozownik za mnie. Chłodny aerozol uderzył w tylną ścianę gardła. Zaciągnęłam się i natychmiast zaczęłam kaszleć, gdy lek podrażnił drogi oddechowe.
— Jeszcze raz, głębiej — powiedział stanowczo, nie spuszczając ze mnie wzroku.
Zrobiłam kolejny wdech i powoli wypuściłam powietrze. Ścisk w płucach nie zniknął magicznie, ale tlen zaczął krążyć w organizmie. Gardło miałam suche, język ciężki, jednak panika powoli ustępowała miejsca wyczerpaniu. Uniosłam dwa palce, żeby dać znać Lucasowi, że jeszcze dwie dawki. Po nich oddech stał się głębszy. Oczy przestały łzawić, a obraz się wyostrzył. Ciemne plamki zniknęły, odsłaniając twarz Lucasa w pełnym świetle samochodowej lampki. Nie spuszczał ze mnie wzroku. Analizował każdy ruch mojej klatki piersiowej.
— Lepiej?
Przełknęłam ślinę i skinęłam głową.
— Tak.
Nie wyglądał na przekonanego. Dotknął mojej dłoni, sprawdzając, czy wciąż drży. Jego skóra była ciepła, a uścisk zaskakująco pewny.
— Nie jesteś w formie — mruknął i cofnął rękę. — Ale oddychasz. To najważniejsze.
Milczałam. Brakowało mi sił na dyskusję. Przesunęłam dłonią po twarzy, ścierając zimny pot wymieszany ze łzami. Zanim Lucas odpalił silnik, spojrzał na mnie z surową miną.
— Następnym razem nie będę cię ratował. Pilnuj tego gówna. — Wskazał na inhalator.
Zamknął szybę po mojej stronie. Zwątpiłam, czy chcę kontynuować tę jazdę. Chwyciłam odruchowo za klamkę, ale drzwi ani drgnęły. Jeśli chciałam znaleźć Kevina, i tak nie miałam wyjścia. Wypuściłam głośno powietrze, poprawiłam się na fotelu, zapięłam pas i zestresowana skrzyżowałam nogi. Udawałam obojętność, wbijając wzrok w szybę, choć w środku wciąż dygotałam.
Tym razem Lucas ruszył bez szarpania i palenia gumy. Samochód potoczył się płynnie, jakby za kierownicą siedział ktoś normalny, a nie ten idiota. Poczułam ulgę.
Jechaliśmy w całkowitej ciszy. Brak muzyki w aucie wydawał się nienaturalny, wręcz martwy. Nie wytrzymałam tego napięcia. Nacisnęłam czerwony przycisk radia. Ciszę rozdarł mocny gitarowy riff „Sweet Dreams” Marilyn Mansona. Ciarki przeszły mi po plecach. Podkręciłam głośność niemal na maksimum.
— „Sweet dreams are made of this. Who am I to disagree? Travel the world and the seven seas. Everybody’s looking for something”[1] — śpiewałam cicho, ignorując fałszowanie i chrypkę.
Niespodziewanie dołączył do mnie niskim, chropowatym głosem Lucasa.
— „Some of them want to use you. Some of them want to get used by you. Some of them want to abuse you. Some of them want to be abused”[2]
Otworzyłam oczy szeroko ze zdumienia. Śpiewał bez cienia zażenowania. Wzruszył ramionami, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
— No co? — zapytał, skręcając w prawo na drogę prowadzącą do toru. — Tylko ty możesz drzeć się w moim aucie? I to przy jednym z moich ulubionych kawałków?
Poczułam, że się czerwienię ze wstydu. Gapiłam się na niego jak idiotka.
Wjechaliśmy przez otwartą, rdzewiejącą bramę toru. Gula w gardle powróciła ze zdwojoną siłą. Każdy metr przybliżający nas do celu utrudniał oddychanie. Bałam się tego, co zastaniemy. Czy byłam gotowa na konfrontację z ciemną stroną Kevina?
Mercedes toczył się po równo przyciętej, wilgotnej od rosy trawie. W końcu dostrzegłam czarne audi zaparkowane na środku placu. Serce ścisnęło mi się boleśnie.
Ściszyłam radio i wysiadłam. Buty zapadły się w miękkie podłoże. Zrobiłam trzy niepewne kroki i zamarłam.
Lily siedziała na Kevinie okrakiem na fotelu pasażera. Całowali się zachłannie, wręcz brutalnie. Jej ręce oplatały jego szyję, ciało poruszało się rytmicznie. Krew uderzyła mi do głowy. Paznokcie wbiły się w dłoń do bólu, zostawiając ślady.
Lucas włączył długie światła, zalewając wnętrze audi oślepiającym blaskiem. Kevin zasłonił oczy ręką, odepchnął Lily i gorączkowo poprawił spodnie. Wysiadł pokracznie i ledwo utrzymywał pion. Wyglądał tragicznie — zmęczony, z przekrwionymi oczami. Podszedł do nas i wbił wściekłe spojrzenie w brata.
— Myślisz, że kim ty jesteś, żeby mnie nachodzić i wiecznie kontrolować, co?! — wrzasnął, bełkocząc.
— Tak się składa, że twoim bratem, do cholery! — warknął Lucas.
— Spadaj stąd i nie wtrącaj się!
— Nie wkurwiaj mnie, bo będziesz skończony w mojej ekipie! — Lucas wycelował w niego palec. — Robisz imprezę dla Octavii, a potem znikasz z tą lafiryndą, żeby ją pieprzyć?! I wsiadasz za kółko nawalony?!
Kevin szturchnął go palcem.
— To nie twój… — przeniósł wzrok na mnie. — Ani tym bardziej twój, zasrany interes!
Łzy napłynęły mi do oczu. Ścierałam je wierzchem dłoni, ale wciąż płynęły, zdradzając moją słabość.
— Co ona ci zrobiła, co? — Lucas podszedł bliżej brata, gotowy do konfrontacji. — Co takiego, że nagle traktujesz ją jak śmiecia?!
Stałam jak wmurowana. Lucas mnie bronił. To było tak niespodziewane, że aż nierealne.
Kevin szarpał włosy w geście bezradności, podczas gdy Lily odeszła na bok, ostentacyjnie wgapiona w telefon. Gdy w końcu podniosła wzrok, zmierzyła mnie morderczym spojrzeniem, by po sekundzie przykleić do twarzy fałszywy uśmiech.
— Hej, musisz po mnie przyjechać. Teraz — rzuciła głośno do słuchawki. — Utknęłam w towarzystwie, które zaniża moje standardy…
Minęła mnie, zamaszyście przerzucając włosy na bok. Uderzyła mnie nimi prosto w twarz. Aż się zagotowałam. Naprawdę niewiele brakowało, bym nie chwyciła jej za te kłaki i nie pociągnęła w dół, robiąc z niej żywy próg zwalniający na asfalcie.
— Masz coś do powiedzenia Octavii? — Lucas oparł się o maskę mercedesa.
Kevin milczał. Ciszę mącił tylko warkot silnika na wolnych obrotach. W końcu zgiął się wpół i zwymiotował prosto na tablicę rejestracyjną.
Podbiegłam i podtrzymałam go, zanim upadł we własne wymiociny. Opierał się na kolanach, dławiąc się kolejnymi falami rzygowin. Znalazłam chusteczki w samochodzie Lucasa i wytarłam Kevinowi twarz, starając się nie okazywać obrzydzenia.
Kiedy usiadł na ziemi kawałek dalej, wyglądał jak wrak. Lucas zapalił papierosa, a ja wyciągnęłam rękę po jednego.
— Poczęstujesz mnie?
— Nie — odpowiedział sucho.
Zmrużyłam oczy.
— Bo?
Patrzył na mnie zimno.
— Jeszcze się pytasz? Niby brązowe włosy, a mózg jak u blondynki.
— O co ci chodzi? Kupię ci jutro paczkę.
— Nie o to chodzi! — syknął. — Masz astmę. Nie będę ci znowu trzymał inhalatora. To była jednorazowa akcja.
Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Kevin spojrzał na mnie zaskoczony.
— Vii… mówiłaś, że już nic się nie dzieje.
— Tak było, ale ostatnio jakby wróciło.
Kevin pokręcił głową.
— I to niby ja ci nic nie mówię? Ty też zatajasz ważne rzeczy. Zachowałaś się jak hipokrytka.
Wiedziałam, że miał rację, mimo to odbiłam piłeczkę.
— A ty powiedziałeś mi o wyścigach? O tym, że idziesz w ślady brata?
Zamarł, a potem zerknął na Lucasa z niedowierzaniem, jakby chciał się upewnić, czy to on mi o tym powiedział. Ten tylko prychnął pod nosem, jakby cała sytuacja była dla niego komedią. Kevin zmarszczył brwi, a jego twarz wykrzywił dziwny grymas. Pewnie poczuł się zdradzony.
— Mogłaś mi powiedzieć wcześniej — mówił już spokojniej, prawie szeptem. Przymknął oczy, musiał być zmęczony. — W domu była palona trawka, wszyscy jarali papierosy, i to w dużych ilościach.
— I? — prychnęłam. — Mi to nie przeszkadza. Palę, od dawna. To drugie, sporadycznie, ale powiedz sam: ile razy podczas rozmowy paliłam? Zauważyłeś, żebym kiedyś padła z tego powodu?
Kevin potrząsnął przecząco głową.
— No właśnie. Ataki pojawiają się wtedy, kiedy naprawdę się denerwuję. Podczas ataków paniki… Lucas był świadkiem.
Kevin zbladł.
— Dostałaś ataku z mojej winy? Przez to, że uciekłem z Lily? — zapytał, drapiąc się po karku. Potem delikatnie uniósł moją brodę. — Przepraszam. Zachowałem się jak prostak.
Miałam ochotę odpowiedzieć, że faktycznie był idiotą.
— To nie tak. — Odepchnęłam jego dłoń i wskazałam na Lucasa. — To jego wina. On mnie doprowadził do ataku, bo mnie sprowokował.
Lucas natychmiast zareagował. Rzucił we mnie zapalniczką, która trafiła w moje ramię. Podniosłam ją i odrzuciłam, aby mu oddać.
— Wypraszam sobie! — warknął, a jego oczy błysnęły. — Chciałaś zobaczyć, jak bardzo niezrównoważony jestem. To pokazałem.
Nie mogłam powstrzymać krótkiego, nerwowego śmiechu. Chciałam rozładować atmosferę. Podeszłam do Lucasa, który właśnie odpalał kolejnego papierosa. Zrobiłam niewinną minę.
— Co ci się stało w rękę?
Odwrócił ją odruchowo, żeby sprawdzić, a ja wykorzystałam moment i szybkim ruchem złapałam w zęby papierosa, wyrywając go i uciekłam kilka kroków dalej.
— Serio?! — krzyknął, pokazując mi środkowy palec.
Zaciągnęłam się mocno.
— Dzięki, smakuje całkiem nieźle.
— Ty jesteś niemożliwa — syknął, ale zauważyłam, że kąciki jego ust drgnęły.
Siedziałam na mokrej trawie, czując, jak chłód przesączał się przez materiał spodni i osiadał na skórze. Ziemia była wilgotna po nocnej rosie, ale nie ruszałam się z miejsca. Potrzebowałam kilku minut ciszy, żeby złapać równowagę po tym, co działo się wcześniej. Papieros tlił się jeszcze między palcami, a każdy wdech dawał krótkie poczucie ulgi. Dym drapał w gardło i szczypał w oczy, ale nie uspokajał.
Zgasiłam niedopałek, wciskając go czubkiem buta w ziemię. Oparłam się na dłoniach i uniosłam głowę ku górze. Nocne niebo wyglądało ciężko, pozbawione blasku gwiazd, a chłodny powiew wiatru powodował ciarki na ciele.
— Jedziemy do domu? — zapytałam w końcu Lucasa.
— Najpierw muszę zadzwonić do Sama, żeby zabrał samochód Kevina. Niedługo pojawi się ochrona, a zegarek pokazuje wpół do trzeciej. Nie mam ochoty tłumaczyć się, co tu robimy o tej porze.
Lucas nachylił się i pomógł bratu wstać z trawy. Chłopak ociągał się, a jego nogi uginały się pod ciężarem ciała. Ostatecznie ruszył w stronę auta. Ledwo wślizgnął się do środka. Skulił się na tylnej kanapie, podciągając kolana do klatki piersiowej i oparł głowę o dużą torbę, leżącą na fotelu. Ja za to zajęłam miejsce z przodu.
Lucas wsiadł chwilę później, zerknął przed ramię na brata, a potem odpalił silnik. Nie odzywałam się więcej, starając się uspokoić myśli i odpocząć. Ból głowy narastał, a ja co chwilę ziewałam.
— Jedziesz z nami, czy mam cię odwieźć do domu? — zapytał nagle, przenosząc na mnie krótkie spojrzenie. — Nie zamierzam jeździć w kółko.
— Zostanę. Pomogę Kevinowi dojść do pokoju i położę go spać.
— Nie ma takiej potrzeby. Jutro młody zajmie się wszystkim sam… za karę.
Wróciliśmy do domu w ciszy. Na szczęście impreza już się skończyła.
Na schodkach siedział Carlos z Caroline. Wyglądali na przejętych.
— Octavio, poczekaj. — Caroline zatrzymała mnie, a ja odprowadziłam wzrokiem Lucasa, który targał Kevina do domu. — Powiedz mi, co się dzieje. On nagle zniknął, a potem wróciliście tylko wy dwoje z Lucasem. Wszystko z nim w porządku?
Westchnęłam.
— Caroline, naprawdę nie mam siły, żeby tłumaczyć wszystko od początku — odpowiedziałam i wzruszyłam ramionami. — Powiem krótko. Pojechał z Lily na tor i zrobił coś, czego nie chciałam oglądać.
Caroline zmarszczyła czoło. Wyglądała na mocno zmartwioną.
— On nigdy wcześniej tak się nie zachowywał. Nie rozumiem, co mu przyszło do głowy. Do tego zabrał Lily? Przecież widział, jak cię potraktowała!
Jej szczerość i bezpośredniość działała na mnie kojąco.
— Idę pomóc Lucasowi. Kevin nie wygląda najlepiej, a trzeba go doprowadzić do łóżka — stwierdziłam, wskazując głową kierunek schodów. — Potem wrócę do ciebie.
— Nie trzeba, Chcieliśmy się tylko upewnić, że wszystko okej, a żadne z nich nie odbierało telefonu. Podaj mi swój numer. Dorzucę cię do naszej grupy, bo reszta też cię polubiła. A jeśli będziesz chciała pogadać, możemy pisać we dwie.
Wymieniłyśmy się numerami. Caroline przytuliła mnie krótko i zaczęli zbierać swoje rzeczy. Carlos z przygnębioną miną skinął tylko głową.
Przekroczyłam próg domu. W salonie był wielki rozgardiasz. Na podłodze leżała rozbita lampka z czerwoną osłoną. Wszędzie walały się kubki, butelki i papiery. Dywan miał liczne plamy, a kanapę pokrywały wymiociny. Z każdym krokiem musiałam uważać, żeby nie nadepnąć na szkło.
Ruszyłam na górę. W powietrzu unosił się ciężki zapach po imprezie. Drzwi do pokoju Kevina były otwarte, więc weszłam do środka. Lucas akurat trzymał brata za ramiona i próbował go położyć na łóżku. Kevin protestował, ciągle chciał wstawać.
— Uspokój się już, do cholery! — ryknął Lucas i mocno docisnął jego nogi do materaca. — Rano naprawdę pożałujesz. Zajmiesz się sprzątaniem całego domu. Zaczniesz od łazienki, a uwierz, że wanna nie wygląda dobrze, szczególnie taka obrzygana. Ktoś puścił takiego pawia, że zatkał się odpływ.
Próbowałam nie wybuchnąć śmiechem, patrząc na tę scenę. Powstrzymał mnie fortepian, stojący w rogu.
Serce zabiło mi szybciej, gdy pomyślałam o tym, co wydarzyło się wcześniej. Zacisnęłam powieki. Wiedziałam, że to nie czas, by poczucie winy przejęło kontrolę.
Otworzyłam szeroko okno, żeby wpuścić świeże powietrze.
W końcu udało się położyć Kevina na łóżku.
— Zostaniesz na chwilę, Vii? — zapytał cicho Kevin.
— Jeśli muszę, to tak… — odpowiedziałam, ściskając palce tak mocno, że aż zabolały.
Lucas wyszedł, zatrzaskując drzwi. Dźwięk odbił się echem w pokoju. Usiadłam na brzegu materaca.
— Przepraszam jeszcze raz za to, co zrobiłem — wyszeptał Kevin. — Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego tak się stało. Nie cofnę czasu. Bałem się twojej reakcji, dlatego udawałem, że nic nie czuję. Za długo żyłem z tym w środku. Nie chciałem cię stracić jako przyjaciółki — wybełkotał.
Szukałam w głowie właściwych słów. Kochałam Kevina, ale inaczej niż on mnie. Przyjaźń była dla mnie ważna, lecz nie wiedziałam, czy dało się odbudować to, co rozpadło się między nami.
— Kevinie, nie chciałam cię stracić — powiedziałam cicho. — Ale musisz zrozumieć, że moje uczucia były poplątane. Nie widzę nas razem jako para. Traktuję cię jak brata.
Westchnął ciężko, uciekł na moment spojrzeniem. Nie rzucił żadnego oskarżenia. Miałam wrażenie, że właśnie pogodził się z tym, że nasze drogi nie skrzyżują się w taki sposób, jaki sobie wymarzył.
— Rozumiem — szepnął w końcu. Zerknął na fortepian. — Myślałem jednak, że coś do mnie czujesz. Zwłaszcza wtedy, gdy się całowaliśmy. Byłem przekonany, że odwzajemniasz moje uczucia. Pomyliłem się.
Słuchałam go z narastającym poczuciem winy.
— Skoro nie będziemy razem, to chciałbym, żebyś znalazła kogoś, kto cię szczerze pokocha. Żebyś była z nim bez wahania. Miłość z wzajemnością to pewnie piękne przeżycie. Naprawdę ci tego życzę… — powiedział i uśmiechnął się lekko.
Jego słowa rozluźniły atmosferę. Nawet jeśli nie mówił serio. Przytuliłam go mocno, a łzy popłynęły po policzkach. Byłam wdzięczna, że miałam go przy sobie. Nikt wcześniej nie okazał mi tyle cierpliwości i wsparcia.
Gdy zasnął, wyszłam z pokoju najciszej, jak potrafiłam. Na korytarzu czekał Lucas. Stał oparty plecami o ścianę, w dłoni obracał zapalniczkę. Uniosłam brwi.
— Podsłuchiwałeś? — zapytałam, krzyżując ręce na piersi.
— Szczerze? Nic mnie nie obchodzi, o czym gadacie. Czekałem tylko, aż wyjdziesz — odparł aroganckim tonem, wzruszając jedynie ramionami.
— Po co? — prychnęłam.
— Ktoś musi cię odprowadzić do domu, nie? — rzucił krótko i skierował się na dół.
— Nie potrzebuję twojej eskorty.
— Odprowadzę cię i koniec — wysyczał przez zaciśnięte zęby.
— Ty masz dwubiegunowość? — zapytałam poważnie.
— Myśl sobie, co chcesz, księżniczko. Mam w dupie twoje opinie — odparł oschle.
Czułam się zmęczona i zagubiona. Jego zachowanie wytrącało mnie z równowagi. Raz był oschły i wredny, a zaraz pomocny.
Szliśmy w stronę mojego domu. Lucas trzymał papierosa w ustach, a ręce miał w kieszeniach bluzy. Nawet nie zauważyłam, kiedy go odpalił.
— Wiesz, że wyglądasz jak gangster z taniego filmu?
— To komplement czy obelga? — Uniósł brew.
— Zdecydowanie obelga — odparłam, poprawiając ramiączko topu.
— Chyba ci nie wyszło, bo poczułem się doceniony.
— Masz dziwne poczucie humoru — stwierdziłam, marszcząc czoło.
— A ty dziwne poczucie stylu. Skórzany top? Serio? — odparł.
— Mój top jest lepszy niż twoja bluza z dziurą przy rękawie.
— Przynajmniej bluza mnie nie dusi ani nie ściska organów — odparł, wypuszczając z ust kłąb dymu.
— Masz zamiar iść aż do końca, czy puścisz mnie samą? — zapytałam po chwili.
— Nie mogę cię zostawić samej. Nie chcę, żebyś się przewróciła albo zgubiła. Potem będę miał gadane, a wolę tego uniknąć — odpowiedział spokojnie.
— Przesadzasz…
Szedł szybko, a ja ciągle starałam się dotrzymać mu tempa.
W końcu dotarliśmy pod bramę mojego domu. Stanął, obserwując mnie uważnie.
— Dzięki, że mnie odprowadziłeś… i za pomoc z inhalatorem… — burknęłam, grzebiąc przy suwaku od topu.
Lucas wzruszył ramionami.
— Spoko — mruknął i odszedł bez słowa.
Co za idiota.
Wykończona weszłam do domu i zauważyłam, że jakimś cudem tata jeszcze nie wrócił. Zdjęłam buty i ruszyłam korytarzem do pokoju.
Przed drzwiami do sypialni prawie potknęłam się o Melody, która smacznie spała przy progu. Cofnęłam nogę i pogłaskałam psa po głowie. Suczka westchnęła cicho i położyła łeb z powrotem na podłodze.
W pokoju, po omacku zdjęłam ubrania i przebrałam się w piżamę. Kąpiel odłożyłam na później, bo nie miałam już siły. Położyłam się w łóżku, zamknęłam oczy i próbowałam zasnąć. Zamiast tego, w głowie pojawił się obraz Lucasa. Żartobliwe uwagi mieszały się z uszczypliwością, która tak bardzo mnie drażniła. Mimo to uśmiechnęłam się do tych myśli.
Na szafce nocnej drgnął telefon. Zerknęłam na ekran i przeczytałam wiadomość.
Caroline: Już dodałam cię do grupki. Wszyscy cię polubili!
Ja: Dzięki, ja was też polubiłam. :)
Odłożyłam telefon i przyłożyłam głowę do miękkiej poduszki. Moje ciało rozluźniło się i po tak ciężkim dniu zapadłam w głęboki sen.
Rozdział 5
Octavia
— Córcia, wstawaj. Już po czternastej!
Krzyki ojca wyrwały mnie z mocnego snu, ale nie odpowiedziałam. Przekręciłam się na drugi bok, wtulając policzek w poduszkę, pachnącą mieszaniną proszku do prania i moich perfum. Powieki wciąż mi ciążyły, ciało nie chciało się ruszyć.
Czułam ciężar w głowie i lekkie rozdrażnienie w ciele, które nie odzyskało pełnej energii. Obolałe mięśnie odżywały po wczorajszym dniu. Ramiona i dłonie pulsowały. Na trzech palcach pojawiły się nawet odciski. Z trudem usiadłam na łóżku i rozejrzałam się po pomieszczeniu, próbując zebrać siły.
W pokoju panował półmrok. Przez uchylone okno wdzierał się chłód, niosąc zapach mokrej ziemi i trawy. Spojrzałam na bajzel dookoła i westchnęłam głęboko. Postanowiłam, że zajmę się tym później, bo wypadałoby rozpakować torbę.
Sięgnęłam po telefon, ekran na moment mnie oślepił. Kilka powiadomień od cioci Jasmine. Przez sekundę miałam ochotę go odłożyć, ale otworzyłam wiadomości. Ciocia napisała, że się martwiła, bo znowu zniknęłam, a miałam zadzwonić. Odpisałam, że wszystko w porządku i byłam zajęta pomocą przy domu. Obiecałam zadzwonić wieczorem. W razie potrzeby zawsze to ona mogła się do mnie odezwać. Wiedziałam, że zrobi to na pewno, jeśli znów nie będzie ze mną kontaktu. Nie umiała odpuścić, szczególnie kiedy miała te swoje złe przeczucia bez pokrycia.
Często myślałam, że zostawiłam ją samą. Kiedyś rozmawiałyśmy codziennie przez telefon — przy kawie, w drodze na zakupy albo do szkoły. Po przeprowadzce kontakt urywał się z dnia na dzień. Między mną a ciocią tworzyła się niezręczna atmosfera. Już nie dzieliły nas dwa domy, a setki mil. Każda od momentu mojego powrotu do domu posiadała inne życie, różne rutyny. Może za bardzo się z nią zżyłam, a może pozwałam na skrajną nadopiekuńczość? Jasmine nigdy nie mogła mieć dzieci, co skutkowało właśnie takim zachowaniem. Tak to sobie tłumaczyłam.
Podniosłam się wreszcie z łóżka i stanęłam na chłodnym dywanie. Zimno uderzające w stopy zmusiło mnie, by się poruszyć. Zgarnęłam z krzesła bluzę i narzuciłam ją na siebie. Napisałam wiadomość do Kevina, z pytaniem, jak się czuje. Chciałam mieć pewność, że już było między nami dobrze.
Rozsunęłam zasłony i światło wdarło się do środka, rozświetlając kurz unoszący się w powietrzu. Na zewnątrz ogród wyglądał świeżo. Krople deszczu wisiały na liściach, trawa połyskiwała, a w kałużach odbijały się fragmenty nieba. Pomiędzy drzewami przemykały ptaki, a na gałęziach siedziały wrony, skrzecząc donośnie. W oddali, za ogrodem, błyszczało błoto tam, gdzie wczoraj kopaliśmy dół pod basen. Ziemia była ciemna, zlepiona, zbyt mokra, żeby dziś cokolwiek ruszać.
Oddychałam spokojnie, czując delikatny dreszcz, przebiegający wzdłuż kręgosłupa. Myśl o wyjściu na ganek i posiedzeniu tam z kubkiem herbaty wydawała się kusząca.
Wyszłam z sypialni, ziewając przeciągle. Już na korytarzu pachniało kawą, która niemal zwabiała, aby zejść na dół. Na ścianie przy schodach, w ramkach wisiało mnóstwo zdjęć — głównie moich. Takie z okresu, kiedy dopiero się urodziłam, do takich, gdzie jedenastoletnia ja jadę na rowerze. Fotografia zrobiona tego samego lata, w którym opuściłam razem z mamą dom rodzinny.
Ruszyłam w stronę łazienki, a drewniana podłoga skrzypiała cicho pod stopami.
Ojciec stał przy łazience, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Miał na sobie poplamioną koszulkę i dżinsy, które pamiętałam jeszcze sprzed kilku lat. Włosy sterczące w każdą z możliwych stron.
— Witaj w świecie żywych — powiedział z półuśmiechem. — Jak tam impreza?
Zatrzymałam się tuż obok niego i przetarłam oczy dłonią.
— Cześć, tato. — Ziewnęłam, zakrywając usta. — Było dobrze, ale głowa trochę mnie boli.
Poszedł bliżej i pocałował mnie w skroń. Takie drobne gesty pokazywały, jak bardzo za nim tęskniłam.
— Czyli dziś przerwa od pracy? — zapytał, przyglądając mi się z rozbawieniem.
— No niestety… I tak ziemia całkiem nasiąkła po deszczu. Lepiej dokończyć, gdy pogoda się polepszy. Teraz nic się nie da zrobić — odpowiedziałam, wślizgując się do łazienki. — Jeden dzień przerwy nikomu nie zaszkodzi.
— Skoro tak uważasz, to okej… — powiedział, wzruszając ramionami.
Wyczuwałam w nim zmęczenie, ale też pewnego rodzaju spokój.
— Dostałem maila z twojej szkoły — krzyknął, schodząc na dół.
Wychyliłam się zza drzwi.
— Zaproponowali zajęcia online, biorąc pod uwagę to, co się wydarzyło. Jako że to nowa szkoła i wiem, że mogłabyś mieć problemy się zaaklimatyzować, to zapytałem wcześniej w sekretariacie i się zgodzili.
Miał rację.
Po śmierci mamy trudno było mi myśleć o czymkolwiek innym. Sam fakt, że szkoła zaproponowała takie rozwiązanie, przyniósł mi ogromną ulgę. Nie musiałam wracać do sal, korytarzy i spojrzeń pełnych współczucia. Do tego ludzi, których w ogóle nie znałam. W domu mogłam funkcjonować po swojemu, w ciszy i bez zbędnych rozmów, czy niezręcznych sytuacji. W szkole zawsze znajdzie się osoba, która potrafi wyprowadzić mnie z równowagi. W Norwegii często dawali mi do zrozumienia, że nikt tam nie potrzebuje takiej osoby, jak ja.
Odkąd mama odeszła, łapałam się na tej samej myśli — że cieszyłam się z powrotu do taty. I za każdym, cholernym razem, miałam przez to wyrzuty sumienia. Nie dlatego, że jej nie kochałam, tylko dlatego, że tutaj czułam się lepiej. Ojciec rozumiał więcej. Nigdy nie oceniał, nie próbował zmieniać mnie na siłę. Nie musiałam na siłę zwracać na siebie jego uwagi. W końcu mogłam odetchnąć, nawet jeśli ten spokój oznaczał świadomość, że nigdy nie byłam idealną córką, którą matka mogła się pochwalić. Czy faktycznie byłam aż tak tragiczna, bo myślałam o własnych uczuciach?
— Od kiedy miałabym zacząć szkołę? — zapytałam cicho.
— Pogadamy o tym przy obiedzie — odpowiedział. — Idź pod prysznic i spróbuj się trochę rozbudzić.
Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie, kładąc prawą dłoń na klatce piersiowej. Wzięłam głęboki wdech i spojrzałam na odbicie w lustrze. Potargane, niemal sterczące włosy wyglądały, jakbym ułożyła je na żel. Na policzku odbił się ślad od poduszki, a pod oczami miałam wielkie cienie, które ciężko byłoby zakryć nawet najdroższym korektorem. Wyglądałam, jakbym nie spała od tygodnia.
Przysiadłam na brzegu wanny i odkręciłam gorącą wodę, a gdy napełniła się do połowy, zdjęłam piżamę. Od razu poczułam zimny dreszcz na ciele i wskoczyłam do przyjemnej piany. Kiedy usiadłam wygodniej i poczułam wodę otaczającą moje ciało, napięcie powoli zaczęło odpuszczać. Wciągnęłam powietrze nosem, wypuściłam ustami. Oddychałam tak dłuższą chwilę, starając się przy tym nie myśleć o niczym. Umyłam włosy, potem ciało, bez pośpiechu. Mogłoby się wydawać, jakby całe moje zmartwienia i troski spłynęły razem z wodą, odpływając w niepamięć.
Po kąpieli owinęłam się szczelnie miękkim ręcznikiem.
Wysuszyłam włosy, ubrałam się w szary dres i zeszłam na dół.
Kuchnię przepełniał zapach przypraw i mięsa. Z głośnika cicho grała jakaś stara piosenka, a tata stał przy blacie z łyżką w dłoni, mieszając coś w garnku. Na kuchence bulgotał sos, a piekarnik delikatnie szumiał.
— Pachnie naprawdę dobrze — stwierdziłam, opierając się o wyspę.
— Jeszcze chwila… Zaraz będzie gotowe.
Rozsiadłam się na krześle i chwyciłam kubek z herbatą, który już na mnie czekał. Gorący napój rozgrzewał moje gardło.
Uwielbiałam, kiedy tata gotował. Zawsze wszystko zjadałam, co do ostatniego kęsa. Było to dla mnie nie tylko jedzenie, ale także ważny moment spędzony z rodzicem. Prawie zapomniałam, jak to było zjeść posiłek z rodziną. Od wyprowadzki zawsze jadałam sama w pokoju.
Tata postawił przede mną talerz. Cicho podziękowałam, biorąc do ręki widelec. Ziemniaczki opiekane i udka w miodowej marynacie — od razu rozpoznałam po samym zapachu, bo to było jedno z moich ulubionych dań.
Jedliśmy w ciszy przez kilka minut.
— Jesteś pewna, że chcesz się uczyć zdalnie? — Zerknął na mnie znad talerza. — Zawsze mogę napisać do dyrektorki, abyś mogła chodzić do lokalnej szkoły. Nawet do tej, co Kevin.
Od razu pokręciłam głową. Nie chciałam znów przerabiać tego samego. Ludzie udawali, że chcieli ze mną spędzać czas, a potem stawałam się pośmiewiskiem. To była szansa, aby tego uniknąć.
— Chcę zdalnie — powiedziałam zdecydowanie.
— Dobrze, rozumiem. — Skinął głową. — Jutro z rana powinni przysłać plan lekcji i materiały.
Posłałam mu delikatny uśmiech.
Gdy skończyłam jeść, poczułam ciepło w żołądku, a ból głowy prawie całkiem ustąpił.
Najedzona poszłam do salonu, gdzie Melody leżała na kanapie zwinięta w kłębek. Kiedy mnie usłyszała, od razu podniosła głowę i machnęła ogonem. Pogłaskałam ją po karku. Ziewnęła szeroko, po czym wtuliła się w moje kolana.
— No cześć, leniuszku. — Podrapałam ją za uchem.
Głaskałam psa jeszcze przez chwilę, po czym wzięłam telefon. Kevin nadal nie odpisał. Zerknęłam na ekran, odświeżyłam wiadomości, ale nic się nie zmieniło. Pewnie jeszcze spał albo miał coś do roboty.
Tata usiadł w fotelu przy kominku z gazetą w ręku. Mimo że ogień wygasł, wciąż dało się wyczuć lekki zapach dymu.
Podniosłam głowę znad telefonu, ojciec przewracał strony, marszcząc brwi. Wyglądał, jakby coś go rozbawiło.
— Co tam czytasz, że tak się śmiejesz?
— A daj spokój, takie głupoty piszą, że aż się wierzyć nie chce. — Machnął ręką, poprawiając się na siedzeniu. — Twierdzą, że edukacja seksualna nie jest potrzebna, by być dobrymi partnerami, i powinni wprowadzić więcej religii w szkołach.
Uniosłam brew, prychając. Wiadomo, że seks nie jest nigdy najważniejszy, ale nie oszukujmy się — ma duży wpływ na relacje. Nic dziwnego, że po ślubie ludzie się zdradzają albo rozstają. Religia nie rozwiąże niedopasowania się pod względem łóżkowym.
— Nic nie poradzimy na ich głupotę — skwitowałam.
Po kilku minutach tata wstał i z półki nad kominkiem, sięgnął duży czarny album. Usiadł koło mnie na sofie, po czym położył go na moich udach.
— Przypomniało mi się, że miałem ci pokazać fotografie od mamy — oznajmił, uśmiechając się od ucha do ucha.
Przeglądałam zdjęcie po zdjęciu, usiłując sobie przypomnieć, kiedy i z jakiej okazji było zrobione. Natknęłam się na to jedno, które wywołało we mnie lawinę emocji. Była to fotografia sprzed dwóch lat, na której ja, mama i jej partner byliśmy razem na kręglach z pizzą. To był dzień, który zapadł mi głęboko w pamięć — tego samego dnia zdałam egzamin na prawo jazdy za pierwszym podejściem. Była to jedna z najmilszych chwil, jaką przeżyłam, pełna radości i dumy z własnych osiągnięć.
Wspomnienie te przywołało uczucia związane z tym, jak kiedyś czuliśmy się jako rodzina. Wtedy czułam, że moje sukcesy były ważne dla bliskich. Niestety szybko się to zmieniło.
Starałam się utrzymać dobre relacje z mamą i jej partnerem, proponując wspólne wyjścia na spacer czy pizzę, ale często na próżno. Wszystko odwróciło się o sto osiemdziesiąt stopni i zaczęłam czuć się odtrącona. To było bolesne. Emocje zaczęły wzbierać się we mnie jak fale na morzu. Raz napływały z ogromną siłą, a innym razem ustępowały, pozostawiając smutek i rozczarowanie.
To zdjęcie udowodniło, że czas przemija. Choć wspomnienia pozostają, trudno jest zaakceptować fakt, że nie wszystko jest takie samo.
Zacisnęłam zęby, zamknęłam album i przytuliłam się do taty. Brakowało mi czułości matki do córki. Zazdrościłam koleżankom, które miały świetne relacje z mamami. Samotna łza spłynęła po moim policzku. Ojciec ją otarł i zapytał:
— Brakuje ci jej, prawda?
— Trochę tak, ale najbardziej tego zainteresowania mną. Robiłam wszystko, by była ze mnie dumna, a nigdy tego nie usłyszałam. Ba! Nawet nie odczułam. Nigdy nawet nie powiedziała, że mnie kocha.
— Twoja mama nigdy nie była wylewna, co do uczuć. Jestem pewny, że cię kochała, tylko nie potrafiła tego wypowiedzieć na głos. Ja cię kocham i oddałbym wszystko, aby nadrobić stracone lata, Myszko.
Uśmiechnęłam się na słowa taty, dzięki którym poczułam ciepło w sercu.
Melody wyciągnęła w moją stronę pyszczek z zieloną piłeczką. Wzięłam zabawkę i rzuciłam na korytarz. Pobiegła energicznie, a ja odczytałam wiadomość, którą akurat otrzymałam.
Caroline: Wbijasz do domu Lucasa i Kevina?
A za nią przyszła kolejna.
Caroline: Kevin od rana wygląda jak zombie i rzyga, gdzie popadnie, a ich rodzice będą za jakieś cztery godziny!
Miałam ochotę odpisać, że muszę coś zrobić i nie dam rady, ale może serio potrzebowali pomocy?
Przytuliłam tatę i zrzuciłam mu palcem okulary z nosa. Prychnął, grożąc mi palcem. Skierowałam się do wyjścia. Chwyciłam czerwoną bluzę i wsunęłam na stopy białe trampki.
— Dobra, ja muszę lecieć, będę wieczorem.
Założyłam kaptur i wyszłam z domu. Krople deszczu odbijały się na ganku echem. Włożyłam do uszu słuchawki bezprzewodowe, puszczając jakąś piosenkę Michaela Jacksona.
Muzyka z ulewą w tle, wprawiły mnie w nostalgię. Mrużyłam oczy, chowając twarz pod kapturem. Chmury pokazywały, że pogoda nie zmieni się przez najbliższe kilka godzin.
Na podjeździe domu Kevina, Lucas zbierał puszki do wielkiego worka. Zaśmiałam się pod nosem. Dopiero, co mówił, że mu nie pomoże w sprzątaniu, a tu takie zaskoczenie.
Zauważył mnie i chciał rzucić we mnie jedną z puszek. Zatrzymał się w pół ruchu.
— Przyszłaś mu pomóc w sprzątaniu, księżniczko? — zadrwił, wyjmując z kieszeni paczkę papierosów.
— Ktoś musi. — Wzruszyłam ramionami, idąc w jego kierunku. — Dasz jednego?
Zaśmiał się, kiwając głową na boki. Z uśmiechem zaciągnął się tytoniem i wydmuchał dym w moją twarz.
— Jedyne, co mogę, to pokazać ci, jakie to dobre. Nie dostaniesz ode mnie ani jednego!
— Ty znów to samo. — Przewróciłam oczami.
Zaczęłam grzebać w kieszeniach bluzy i wyjęłam jednego z własnej paczki. Lucas zerknął na mnie z zaciśniętą szczęką.
— Czy ty musisz być taka głupia i nie dbać o swoje zdrowie?
— Słucham? — zapytałam wkurzona, zaciągając się. — To nie twoja sprawa. Zresztą robisz to samo, a ja nie mówię, że jesteś głupi.
— A ja mówię i co?
Odwróciłam wzrok od jego zielonych oczu w stronę ganku, gdzie stała Caroline z Carlosem. Pomachała do mnie. Nie chciało mi się komentować słów starszego brata Kevina, więc podeszłam do nowej koleżanki.
— Cześć, Octavio! — zaszczebiotała wesoło.
— Cześć, Caroline. I jak wam idzie sprzątanie?
— Nawet dobrze. Najgorsze zostało w łazience. — Zaśmiała się, opierając o ścianę. — Ktoś zarzygał całą wannę, podłogę i nawet lustro.
Wzdrygnęłam się z obrzydzenia.
Lucas wyrzucił do śmietnika wielki worek i wsiadł do auta. Odjechał z podjazdu, a ja głowiłam się, dokąd jedzie, mimo że irytował mnie jak nikt inny.
— A ten gdzie już pognał? — zapytałam, siląc się na obojętność. Zgasiłam papierosa.
— Pytanie retoryczne. Za trzy miesiące mają wyścigi na torze, więc trzy razy w tygodniu jeżdżą i ćwiczą — stwierdził Carlos.
Caroline odebrała telefon, a ja weszłam do środka. W domu unosiła się woń alkoholu i innych środków odurzających. W kuchni na stołku siedział Kevin i pił wodę z butelki.
— Cześć, Vii — przywitał się ochryple. — Nie wiedziałem, co napisać po wczorajszej akcji. Dalej mi bardzo głupio.
Miałam ochotę przywalić mu prosto w czoło z otwartej dłoni. Mówiłam, że wszystko gra, że nic się nie stało, a on dalej rozgrzebywał sytuację.
— Na przykład, że masz kaca i czujesz się, jakby cię rozjechał walec — roześmiałam się dla rozluźnienia atmosfery. — Jesteśmy przyjaciółmi, nie urywajmy kontaktu przez takie coś.
— Po tym, co odwaliłem, nie mogę spojrzeć ci w oczy bez wyrzutów sumienia. Jeszcze Lucas od rana mi dowala, że wolałem uprawiać seks z tą dzikuską, zamiast z tobą porozmawiać. On jest ostrym dupkiem, ale nie pozwoli, by ktoś leciał na dwa fronty — westchnął przeciągle, przeciągając palcami po włosach.
Lucas i dobre podejście do kobiet? Też mi dobre! A wyzwiska w moją stronę i wieczne docinki?
— Było i przeminęło z wiatrem…
Objął mnie mocnym uściskiem. Musiał być mocno zestresowany i smutny.
Po chwili do pomieszczenia wszedł Carlos i wyjął energetyka z lodówki. Otworzył puszkę, opierając się o blat.
— A wy pogodzeni? — zapytał. — Wczoraj ostro było między wami.
Pokiwałam tylko głową.
Wzięliśmy się do sprzątania i po dwóch godzinach dom był czysty i pachnący. Siedzieliśmy w salonie, pijąc kawę. Na podjazd wjechał samochód Lucasa. Patrzyłam przez okno, siedząc podkurczona na fotelu.
— Wpadł ci w oko jego brat? — zapytała cicho Caroline, tak że tylko ja mogłam to usłyszeć. — Zaintrygował cię…
— No co ty, ja i brat Kevina? No gdzie… — prychnęłam, upijając łyk kawy. — Nie podoba mi się. Jest wkurzający i w dodatku mnie wyzywa. Czuję jedynie do niego niechęć.
Upewniła się, że chłopacy są na tyle zajęci graniem na konsoli, żeby nas nie podsłuchiwali.
— A moim zdaniem do siebie pasujecie. Jesteście jak ogień i woda, więc czego chcieć więcej?
Analizowałam każde słowo Caroline. Zachowywała się jak detektyw. Tylko że Carlos mi się nigdy nie podobał.
— Połóż się lepiej spać, bo bredzisz…
Uniosła brew zaskoczona moją reakcją, jednak uśmiech nie zszedł jej z twarzy. Usiadła obok Carlosa na kanapie, wtulona w jego bok.
Do domu wszedł Lucas ze zmarszczoną miną, jakby czegoś szukał. Zdjął buty i opróżnił szklankę wody z cytryną. Na twarzy Lucasa pojawił się szok, gdy spojrzał na ekran telefonu, który właśnie zadzwonił. Widząc jego reakcję, nie mogłam się nie zainteresować sytuacją. Wiedziałam, że nie powinnam, ale ten idiota tak bardzo przykuwał moją uwagę.
— Halo… Po jaką cholerę do mnie dzwonisz? Nie, to ty nie rozumiesz. Nie chcę, byś przyjechała… Skąd wiesz o zawodach? W sumie nieważne. Nie przyjeżdżaj… Nie chcę cię tu, czego nie rozumiesz?… Nie interesuje mnie to, czego chcesz… Nie tłumacz się… — krzyczał do telefonu, chodząc dookoła wyspy kuchennej. Ściskał tak mocno telefon, jakby chciał go zmiażdżyć.
Co takiego się stało, że Lucas tak bardzo nie chciał widzieć rozmówczyni? Dlaczego starał się odwieść ją od przyjazdu?
Zacisnęłam dłoń na kolanie, skupiając się, by nie umknęło mi żadne słowo.
— Przyjedź tu, a cię zniszczę… Mój przyjaciel w Paryżu już ci nie odpowiada?… Chcesz wrócić na stare śmieci?… Co ty mnie? Kochasz? No błagam, ty nie wiesz, co to za uczucie. Nie chcę słuchać takich bzdur… Pa, Ava.
Zastanawiałam się, czy to była dziewczyna Lucasa. Podczas rozmowy na kamerce z Kevinem dowiedziałam się, że jego brat miał trudny okres około trzech lat temu. Czy to miało związek właśnie z Avą?
Lucas rozłączył się i spojrzał na nas pustym wzrokiem. Zacisnął szczękę, zbliżając się do sofy. Opadł na nią i ukrył twarz w dłoniach, nerwowo machając nogą.
Wyglądało na to, że dziewczyna miała istotny wpływ na życie Lucasa, nawet jeśli bolesny i trudny. Jego zachowanie pokazywało, że musiał być bardzo załamany. Napięcie unosiło się w powietrzu jak gęsta mgła.
— Wszystko gra? — zapytał Kevin, klepiąc Lucasa po ramieniu. — Lucasie…
— Ava wraca za trzy miesiące do Santa Rosa na jakiś czas — odpowiedział na jednym wdechu. — Tak bardzo nie chcę, żeby ona tu wróciła. Dopiero się z tym wszystkim pogodziłem…
— Pomożemy ci… — powiedziała cicho Caroline, klepiąc go po kolanie dla otuchy. — Nie pozwolimy, by znów namieszała ci w głowie.
Wytarł łzy i wstał, po czym kiwając głową na boki, poszedł na górę. Każdy zaniemówił. Kevin przetarł sobie twarz dłońmi i westchnął przeciągle.
— Wymyślimy coś na to — powiedziałam cicho, przytulając się delikatnie do niego. — Nie przejmuj się, Kevinie… Muszę do łazienki…
Caroline mrugnęła do mnie i uniosła brew, dając mi do zrozumienia, że miała rację. Nie miała! Ja chciałam tylko sprawdzić, czy wszystko z nim dobrze.
Przeszłam przez cały korytarz i zatrzymałam się przed jego drzwiami. Wypuściłam głośno powietrze. Zapukałam dwukrotnie i otworzyłam cicho drzwi. Zaskoczył mnie porządek w jego pokoju, szczególnie to, że miał mnóstwo książek na całej ścianie. Piękne drewniane łóżko z wielkim materacem zrobiło na mnie wrażenie. Miałam ochotę zatopić się w nim i zasnąć. Lucas siedział w fotelu przy otwartym balkonie. Nawet nie zaciekawiło go, kto przyszedł. Z papierosem w dłoni obserwował krajobraz.
— Wiem, że nie powinno mnie tu być, ale chciałam dać ci trochę wsparcia — stwierdziłam krótko, patrząc na dłonie.
Zaciągnął się papierosem i z zaciśniętą szczęką wypuścił dym nosem.
— Nie mam nastroju na żarty i przekomarzania. Możesz wyjść. — Nie odrywał ode mnie wzroku. — Chcę być sam.
Wstał i wyszedł na balkon. Ściemniło się na tyle, że wyszły pierwsze gwiazdy na niebie. Dołączyłam do niego. Nie wiedziałam, dlaczego to zrobiłam. Stałam obok, opierając się rękoma o barierki. Wciągnęłam świeże powietrze do płuc. Lucas z gwiazd przerzucił spojrzenie na mnie. Emanował od niego spokój, chociaż oczy wskazywały coś innego. Jakby walczył sam ze sobą. W środku dostrzegłam ból, żal i rozpacz.
— Dlaczego jesteś taka uparta, Octavio? — zapytał cicho, przeczesując włosy palcami. — Wszędzie cię pełno i jeszcze nawet tu przyszłaś. Do mnie nikt nie przychodzi, jeżeli nie jest zaproszony.
Cofnęłam się o krok, przekrzywiając głowę na bok. Skoro nikt nie przychodzi bez zaproszenia, to dlaczego nie otworzył mi drzwi? Dlaczego nie wyrzucił mnie z hukiem?
— Mogę czuć się zaproszona, skoro mnie nie wyrzuciłeś siłą. — Uśmiechnęłam się cwanie, dając mu wyzwanie. Wiedziałam, że tego mu było trzeba. Odgonić złe myśli.
— Taka odważna jesteś?
Nie zdążyłam odpowiedzieć, a wziął mnie na ręce i przerzucił przez ramię, po czym nachylił się nad barierką. Trzymałam się go z całej siły, wbijając paznokcie w jego ramię. Chciałam krzyknąć, jednak wiedziałam, że wtedy będę musiała tłumaczyć, dlaczego tu przyszłam.
Ugryzłam go w rękę, a on odstawił mnie na nogi.
— Jak ty mnie irytujesz, dziewczyno. — Zrobił krok w moją stronę.
— Ty mnie też i to bardzo — stwierdziłam, marszcząc brwi.
Nasze klatki prawie się dotknęły, poczułam gorąco rozlewające się po całym ciele. Stałam jak wryta, nie wiedząc, co robić. Lucas skanował moją twarz, a ja nie mogłam oderwać oczu od jego zielonych tęczówek — były hipnotyzujące.
Nagle delikatnie uniósł mój podbródek, jego usta miękko przykleiły się do moich. W tym momencie cały świat zniknął, a ja zapomniałam nawet, jak się oddycha. Dlaczego nie potrafiłam się powstrzymać? Jak mogłam mu pozwolić zbliżyć się tak bardzo? Jak na złość jego dotyk tknął we mnie odrobinę więcej życia po tym wszystkim, co dotychczas mnie spotkało.
Wiedziałam, że to, co zrobiłam, było złe, że Kevin mógłby mnie zniszczyć, jeśli by się dowiedział. Mimo to nie mogłam przestać myśleć o niczym innym poza intensywnym uczuciem, które zrodziło się między nami, a przynajmniej tak mi się zdawało.
Nasz pocałunek był jak eksplozja emocji. Kiedy dotknęłam jego policzków drżącymi palcami, poczułam, jak kilkudniowy zarost łaskocze moje dłonie.
Starałam się myśleć trzeźwo, ale czułam się pijana. Odsunął się i skanował moją twarz z ciekawością. Nie chciałam, żeby to się skończyło.
Jednak nagle zacisnął szczękę i stanął w bezruchu, marszcząc dziwnie brwi.
— Przepraszam — powiedział, odsuwając się o kolejny krok. — Nie chciałem, by do tego doszło. Czułem się gorzej i chyba przestałem myśleć.
Serce stanęło mi w gardle. Wiedziałam, że nie powinnam dać się pocałować. Dlaczego na to pozwoliłam?!
— Ja… ja. — Nie mogłam nic z siebie wydukać.
Moje policzki paliły ze wstydu i omal się nie rozpłakałam.
Kipiały we mnie sprzeczne emocje. Z jednej strony czułam się pożądana i poruszona, a z drugiej zdenerwowana i zagubiona. Nie wiedziałam, jak mam zareagować. Musiałam stamtąd uciec.
Wyszłam.
Wbiegłam do łazienki z prędkością światła.
— I jak było u Lucasa? — odezwała się Caroline.
Nie spodziewałam się jej zastać w środku.
— Jezu… Caroline!
— Co tam się stało?
— Ogólnie poczuł się troszkę lepiej, ale za to ja o wiele gorzej…
— A możesz powiedzieć coś więcej?
— No nie wiem… Boję się, że to się wyda i zranię Kevina. — Wytarłam łzy i umyłam twarz zimną wodą, aby pozbyć się wypieków.
Mimo wszystko wypuściłam powietrze, opierając się o wannę i opowiedziałam jej, co wydarzyło się między mną a Lucasem. Caroline patrzyła z zaciekawieniem, co jakiś czas otwierając szerzej oczy. Na moment opowieści o pocałunku zakryła usta dłonią. Nie wiedziałam, czy była zła, smutna, czy może szczęśliwa i podekscytowana. Nie odezwała się przez dobre kilka minut.
— Ja… nie wiem, co mam powiedzieć — szepnęła, układając włosy w kok. — Jestem w szoku, że Lucas pozwolił ci wejść do niego na balkon. Kiedyś, jak tam weszłam, to rzucał we mnie książkami, do momentu, aż wyszłam z pokoju. W dodatku ten pocałunek. Wiedziałam, że między wami iskrzy!
— Wszystko się ulotniło, kiedy stwierdził, że poniosły go emocje. W dodatku nie ma opcji, bym spojrzała na niego inaczej. To tylko głupi brat Kevina, który jest nieodpowiedzialny i chamski! — Wzruszyłam ramionami, a Caroline westchnęła.
— A ja myślę, że on jest zainteresowany, tylko nie chce zrobić przykrości Kevinowi. Jeszcze ta Ava, głupia ropucha! Przyjedzie i znów namąci mu w życiu.
Nie wiedziałam, że był ktoś, kto był w stanie wejść mu na głowę. Chyba kochał ją na tyle, że robił wszystko, co chciała.
— Czy ona go zdradziła? — wypaliłam.
— Tak i to z jego przyjacielem. Ona i Charles wyjechali do Paryża pod pretekstem studiowania. Chciał zrobić jej niespodziankę i jak możesz się domyśleć — zastał ich razem. Wiadomo w jakich okolicznościach. — Zacisnęła szczękę, aż zapulsowała jej skroń.
Po takiej zdradzie nie dziwię się, że wystarczył jeden telefon, aby Lucas wyglądał, jak przejechany przez walec.
Wyszłyśmy z toalety, gdy w miarę opanowałam emocje. Poprawiłam włosy, schodząc po schodach z Caroline. Chłopacy wciąż grali w Fifę, nawet nie zwracając na nas uwagi. Usiadłam na fotelu, jak gdyby nigdy nic. Kevin spojrzał na mnie pytającym wzrokiem, skanując moją twarz.
— Co jest?
Wyczytałam z jego ust, gdy zakończyli grę. Wzruszyłam jedynie ramionami, skubiąc skórki dla odwrócenia uwagi.
Do domu weszli państwo Sewilin. Zawiesili na mnie wzrok, a ja uśmiechnęłam się, gdy ich mama czule mnie objęła. Ledwo wzięłam oddech. Poczułam znajomy zapach słodkich migdałów, jakby nie zmieniała perfum od lat. Tak bardzo za nią tęskniłam. Na kamerkach zdarzało się, że dłużej rozmawiałam z mamą Kevina niż z nim. Cmoknęła mnie mocno w policzek.
— Jak miło cię widzieć, kochana! — zapiszczała. — Bardzo mi przykro z powodu twojej mamy…
— Nie szkodzi, jakoś sobie radzę. Na razie staram się nie myśleć o tym zbyt dużo. Nie miałyśmy dobrych relacji, ale jednak to moja mama, jakby nie patrzeć.
— No oczywiście, że tak… — Claudia tylko przytaknęła. — Cieszę się, że wróciłaś do nas. Nareszcie będziemy mogły wypić herbatę w realnym świecie, a nie przez telefon.
Dziwne ukłucie w sercu towarzyszyło mi przez kolejną godzinę rozmowy z rodzicami Kevina. Siedzieliśmy i gadaliśmy o wszystkim i o niczym. Głównie o chłopakach, o jakichś starych, szkolnych historiach. Przez chwilę było nawet miło, ale ciągle czułam ten dziwny ciężar.
W pewnym momencie mama Lucasa uśmiechnęła się do mnie lekko, jakby smutno.
— Wiesz, mijałam ostatnio Espressioso’s Coffee — powiedziała niespodziewanie. — Od razu pomyślałam o tobie i twojej mamie. Pamiętam, że widywałam was tam praktycznie co tydzień — ciągnęła, jakby odpłynęła gdzieś myślami. — Siedziałyście zawsze przy tym samym stoliku. Ty chyba nigdy nie zmieniałaś zamówienia, co? Zawsze brałaś naleśniki z białym serem i nutellą.
Zrobiło mi się gorąco. Rzeczywiście, to była nasza tradycja. Smak czekolady i to, jak mama śmiała się, gdy się nią brudziłam, stały się nagle żywym obrazem. Chciałam coś odpowiedzieć, ale bałam się, że jak coś powiem, to się rozpłaczę.
Gdy zaczęło się robić późno, zebrałam się do wyjścia. Pożegnałam się z resztą i wyszłam z domu. Chłodne powietrze szczypnęło w twarz, a deszcz dalej padał, tylko nieco słabiej niż przez ostatnie kilka godzin.
Szłam przed siebie, a w głowie wciąż mieliłam słowa Claudii. Przez ten krótki moment poczułam się dziwnie szczęśliwa. Jakbym znowu tam siedziała — bezpieczna i uśmiechnięta, wpieprzając te cholerne naleśniki. Ale to trwało tylko sekundę. Zaraz potem poczułam się niewidzialna. Jakby tamta dziewczyna z kawiarni umarła, a zostało tylko puste coś, którym się stałam. Kurwa, dlaczego to musiało być takie trudne? Zacisnęłam zęby, czując narastającą wściekłość. Gdyby była dobrą matką, to nigdy nie doszłoby do tego momentu. Nigdy nie zaczęłabym jej tak nienawidzić — nawet po jej śmierci.
Założyłam słuchawki i włączyłam jeden z kawałków Rammsteina. Szłam w jego rytm, zaliczając prawie każdą kałużę na chodniku, były nie do ominięcia. Zmoczyłam całe buty, ale nie przejmowałam się tym zbytnio, bo wiedziałam, że czeka je pranie.
Tata siedział na tarasie z herbatą, owinięty kocem.
— I jak poszła pomoc Sewilinom? Rodzice bardzo zdenerwowani? — zapytał, poprawiając koc na nogach.
— Nawet się nie zorientowali, że była jakaś impreza. Mama chłopaków bardzo się ucieszyła, jak mnie zobaczyła. W końcu mogłam z nią porozmawiać na żywo.
Tata zaśmiał się cicho. Zawsze był tym wyluzowanym rodzicem, który pamiętał, na czym polega bycie nastolatkiem. Przytuliłam się do niego, wdychając słodko-korzenne perfumy z domieszką imbiru.
Przypomniało mi się, jak kilka lat temu spryskałam maskotkę, którą od niego dostałam i wmawiałam sobie, że na łóżku leży tata. Dzięki temu cały czas był przy mnie. Dopóki zapach nie wyparował. Wreszcie mogę przytulić go w każdej chwili bez żadnego powodu. Tak o, gdy tylko najdzie mnie na to ochota.
Ziewnęłam zmęczona.
— Chyba się idę spać. Jutro pewnie dalsza część kopania, więc wolę być wypoczęta.
— Jasne, skarbie.
Zanim poszłam do domu, napisałam jeszcze wiadomość do Kevina.
Ja: Wpadniesz jutro koło dziesiątej, aby kopać ten dół?
Kevin: Dobra, tylko załóż coś cieplejszego, bo jutro ma być chłodno. Nie jest zbyt dobra pogoda, szczególnie że zapowiada się zima stulecia. Będzie tylko sześćdziesiąt osiem stopni Fahrenheita.
Ja: Musisz polecieć do Norwegii, aby zobaczyć, co to prawdziwy mróz!
Pamiętam, że Kevin zawsze fascynował się śniegiem, zwłaszcza po tym, jak w poprzednim roku nie miał okazji doświadczyć go nawet odrobinki. Dlatego pokazywałam mu ilość śniegu w Norwegii, a on podniecał się każdymi opadami białego puchu. Czasem wydawało mi się, że nie zdawał sobie sprawy z tego, że w Santa Rosa śnieg był naprawdę rzadkim zjawiskiem. Mimo że mieszkał w Kalifornii od zawsze.
Ruszyłam do swojego pokoju, by przygotować się do snu. Wyciągnęłam dwuczęściową piżamę i zapaliłam lampkę nocną, która nadała w pomieszczeniu przytulny nastrój. Usiadłam wygodnie z notesem w dłoni i postanowiłam przelać myśli na papier. Przez chwilę zastanawiałam się, od czego zacząć. W końcu zdjęłam skuwkę z długopisu i opisałam uczucia, które kłębiły się we mnie od dłuższego czasu.
Chociaż płakać mam ochotę
Zedrzeć skórę i uciec na piechotę
Po rozżarzonym węglu jak serce moje
Rozpalone i po chwili ugaszone
Przez potop moich łez wylanych
Tak przeze mnie potępianych
Ogień zdążył pokaleczyć stopy moje
Ocieram łzy i opadam na kolana swoje
By poczuć na sobie znów ten piekielny żar
Który znów tak okrutnie boli,
A mimo to należy mi się każda z kar.
Byłam zmęczona, a jednak wiersz przyszedł mi z wyjątkową łatwością.
Ułożyłam się wygodniej na łóżku, odkładając notes na szafce nocnej. Co powinnam zrobić po pocałunku z Lucasem? Przecież nie będę przychodzić do jego domu i zachowywać się jak gdyby nigdy nic. Westchnęłam przeciągle, a moje rozmyślenia przerwał telefon.
Fala emocji zalała mnie, gdy usłyszałam głos cioci Jasmine. Zapytała o moje samopoczucie i musiałam zdobyć się na odwagę, by nie zasłaniać prawdy. Jej ton troski udowodnił mi, jak bardzo czułam się bezsilna.
Opowiedziałam jej o moich obawach, trudnościach adaptacji w nowej rzeczywistości, o stabilizacji w moim życiu, które ostatnio stało się tak nieprzewidywalne. Powiedziałam o wdrożonych już planach nauki zdalnej. Jasmine słuchała uważnie, a jej słowa pocieszenia dały mi dużo do poprawy humoru.
— A jak z Kevinem? — zagadała ciocia po dłuższej chwili rozmowy.
— Uwierzyłabyś, gdybym ci powiedziała, że razem z tatą ukartowali, żebym wykopała z Kevinem basen za domem?
Usłyszałam w odpowiedzi tylko głośny śmiech ciotki. Bardzo dobrze znała tatę, dlatego też wiedziałam, jaka będzie jej reakcja na ten wspaniały pomysł.
— Domyślam się, że za tym stoi jakiś podstęp. Przecież on nienawidzi wody i wszystkiego związanego z plażą.
Wyrzuciłam ręce w powietrze, chociaż wiedziałam, że tego nie zauważy. Nie mogłam się nie zgodzić z jej podejrzeniami.
— Co nie? To samo mówiłam, a jednak Kevin twierdzi, że stoi za tym urocza sąsiadka.
— I wszystko jasne! Nareszcie facet budzi się do życia!
Entuzjazm Jasmine był zaraźliwy. Cieszyłam się, że w końcu znalazł kogoś i trzymałam mocno kciuki, aby w końcu był szczęśliwy. Mógł ruszyć do przodu, odkryć nowe możliwości.
Być może wszystko potoczy się inaczej i będziemy mogli zaznać wspólnego szczęścia.
Pożegnałam się z ciocią, a potem ułożyłam się wygodnie do spania.
Rozdział 6
Octavia
Tydzień później.
Siedziałam w salonie z podręcznikiem w ręku, skupiona na rozwiązywaniu pracy domowej na laptopie. Zdalne nauczanie mnie pochłonęło. Kevin zachorował, więc z kopania basenu nic nie wyszło. Pozostały mi tylko dwa zadania z matematyki do wykonania i przesłania.
Od tygodnia w domu pomagała nam Rose, koleżanka ojca. Krzątała się teraz obok i ciągle zerkała mi przez ramię.
— Chcesz może herbatkę, panienko? Albo może jakieś ciasto? Widzę, że już od półtorej godziny siedzisz przed książkami. Czas na małą przerwę.
Uśmiechnęłam się wdzięcznie w odpowiedzi na jej propozycję. Jednak wolałam skupić się na nauce, żeby uniknąć zaległości, szczególnie że zostały mi jeszcze tylko dwie godziny na wysłanie wszystkich prac. Codziennie rano na maila przychodziły materiały do nauki — pliki, zadania, a czasem nawet linki do filmów lub stron z wyjaśnieniami. Taka forma nauki sprawiała, że wszystko stawało się dużo ciekawsze. Samodzielne poszukiwanie informacji pozwalało mi lepiej zapamiętywać materiał.
— Dokończę matematykę i napiję się z panią gorącej czekolady — zaproponowałam, wpisując kolejny wynik obliczeń na laptopie.
Rose miała ciepły sposób bycia, przez co atmosfera w domu stała się znacznie przyjemniejsza. Zaskoczyła nas swoją zaradnością i zaangażowaniem.
Początkowo miała być u nas tylko dwie godziny dziennie, ale szybko okazało się, że chce spędzać z nami więcej czasu. Zależało jej na tym, aby wszystko było zrobione dokładnie i starannie. Ojciec zgodził się bez mrugnięcia okiem na dłuższe godziny pracy, bo chciał jej pomóc. Wiedzieliśmy, że chciała zarobić więcej pieniędzy na leczenie synka.
Kiedy skończyłam matematykę i zamknęłam komputer, Rose była już w kuchni. Przygotowywała gorącą czekoladę z przylepionym na twarzy uśmiechem od ucha do ucha. Podkradłam świeże winogrono z talerza, a ona pacnęła mnie w dłoń, grożąc palcem. Cieszyłam się, że mogę spędzać czas w towarzystwie cudownej kobiety, którą nieoczekiwanie tata zaprosił do naszego życia. Dzięki niej wszystko wydawało się łatwiejsze i przyjemniejsze.
— Nie chcesz wyjść do przyjaciół? Ojciec mówił, że ostatnio po przeprowadzce wszędzie cię było pełno, ale nie w domu. A od kilku dni nawet czubka nosa nie wychyliłaś. Nie liczę wychodzenia z Melody na taras — zagadała Rose, upijając łyk czekolady z kubka. Podsunęła mi pod nos wielką porcję w moim ulubionym kubku.
— Ostatnio miałam niewiele czasu na planowanie. Kevin choruje, a dziewczyny z jego szkoły, z którymi się kumpluję, mają akurat zaliczenia. — Bawiłam się winogronem, turlając je po blacie.
— Może w weekend złapiecie trochę czasu dla siebie. No, a dziś jest piątek, więc już nie musisz martwić się nauką, bo wszystko zrobiłaś.
— Wiem, ale czasem mam takie chwile, że nie chcę wychodzić z domu. W Norwegii, kiedy mieszkałam jeszcze z mamą, rzadko wychodziłam. To dla mnie nowe, że ot tak spotykam się z przyjaciółmi i że w ogóle mam na to chęci. — chuchnęłam w czekoladę, aby nie poparzyć się podczas picia. Niekoniecznie chciałabym poczuć windę piekła od przełyku do samego żołądka.
Opuszczanie domu stało się dla mnie pewnego rodzaju wyzwaniem. Przełamywałam powoli tę barierę, aby zacząć czerpać z tego radość. Początkowo było trudno, ale postanowiłam stawić temu czoła i pokonać własne obawy.
Rozmowę z Rose przerwał telefon. Zerknęłam na ekran i zauważyłam numer Kevina. Może poczuł się trochę lepiej?
Zdecydowałam się odebrać. Po drugiej stronie słyszałam nieco poddenerwowany ton.
— Cześć, Octavio. Chciałabyś pojechać ze mną na tor wyścigowy? — zapytał Kevin.
— A ty nie jesteś czasem chory? — zdziwiłam się.
— Został mi jedynie delikatny kaszel, ale poza tym zdrowy jak ryba.
Po kilku sekundach namysłu postanowiłam zgodzić się na tę propozycję. Nie mogłam pozwolić na to, żeby zrobił coś głupiego. Kevin mówił tak podekscytowany, jak małe dziecko, które po raz pierwszy szło samo na plac zabaw. Miałam nadzieję, że nic mu się nie stanie.
— O której po mnie podjedziesz?
— Mógłbym nawet teraz — odpowiedział szybko, delikatnie pokasłując.
— To bądź za jakieś dwadzieścia minut, bo muszę się przebrać.
— Luz!
Westchnęłam z lekkim zawodem, przeczesując włosy palcami. Moje plany na spokojny wieczór uległy zmianie.
Rose uśmiechnęła się, ewidentnie oczekując, że powiem, dokąd się wybieram.
— Kevin chce, żebym pojechała z nim w jedno miejsce. Chciał ze mną spędzić trochę czasu — skłamałam, aby się nie wydało, dokąd mnie zabiera. Pewnie zaczęłyby się wywody ojca o tym, jak bardzo to niebezpieczne.
Pognałam do pokoju. Włożyłam czarną bluzę w czerwone płomienie, skórzane spodnie i obszerną kurtkę dżinsową. Nie mogłam zapomnieć o papierosach. Wyjęłam je z szafki nocnej i schowałam do kieszeni, po czym ruszyłam w stronę wyjścia.
Na ganku zaczekałam na Kevina. Rose towarzyszyła mi, bo zdążyła poznać Kevina. Polubiła go i standardowo chciała się z nim przywitać.
Gdy wreszcie podjechał, zaprosiłam go gestem dłoni. Wysiadł z auta i wszedł na posesję, zakładając kaptur na głowę, ponieważ zaczął kropić deszcz.
— Co tam, że mnie wołasz? — zapytał, podrzucając kluczyki od auta.
— Rose chciała się przywitać — oznajmiłam, Rose wstała z krzesła ogrodowego, uśmiechając się od ucha do ucha. Bez wahania objęła Kevina. Ten gest nieco mnie zaskoczył, bo nie miałam pojęcia, że są sobie na tyle bliscy.
— Jak mama? — zapytała Rose.
— A dobrze, chciałaby zacząć pracować zdalnie i podróżować. Uwielbia jeździć po świecie, a jak w dodatku w tym samym czasie ma zarabiać, to czego chcieć więcej?
— Jasne, że tak! Niech spełnia marzenia!
— Cieszę się, że w końcu myśli o sobie, oby jej wyszło — westchnął rozmarzony Kevin.
— Dobra, to ja wam nie przeszkadzam i wpadnij kiedyś do Octavii, gdy tutaj będę. Wtedy posiedzimy przy herbacie i pogadamy, bo teraz macie plany, a nie chcę was zatrzymywać.
Obiecał, że wpadnie, gdy wyzdrowieje.
Nie wiedziałam, że jego mama chciała pracować w taki sposób. Chciałam zapytać o to skąd tak dobrze znają Rose, ale postanowiłam, że zrobię to innym razem. Ruszyliśmy w drogę i okazało się, że Kevin świetnie odnajduje się w roli kierowcy. Prowadził podobnie jak jego brat. Zerknął na mnie zaciekawiony, a ja odwróciłam wzrok, bo zrozumiałam, że za bardzo mu się przyglądałam. Chciałam wiedzieć, o czym myślał. Zachowywał się jak przedtem, zanim powiedział, co czuje.
Wjechaliśmy na tor, który był wypełniony samochodami. Na trawie w środku toru stało mnóstwo osób. Zatrzymaliśmy się koło mercedesa Lucasa i wysiedliliśmy. Szłam za Kevinem, lekko zaintrygowana, ale też przestraszona. Nadal nie powiedział mi, po co się tam znaleźliśmy. Deszcz padał coraz mocniej, więc zaciągnęłam sznurki w kapturze, aby nie zmoczyć za bardzo włosów.
Kevin przywitał się z każdym, a ja stałam jak kołek i czekałam, aż skończy. Na środku pojawił się jego brat, klaszcząc w dłonie dla zwrócenia na siebie uwagi zebranych dookoła ludzi.
— Wiecie, po co tu jesteśmy. Wygra tylko jeden z was i to właśnie on dołączy do naszego teamu. Tylko jeden, ten najszybszy! — krzyczał, przystępując z nogi na nogę. — Reszta pozostanie z niczym! Chyba że odbędą się kolejne nabory i będziecie mieli następną szansę.
Czyżby chodziło o nabory na miejsce przyjaciela Lucasa, który zginął?
Zaczęłam się stresować, ponieważ z jednej strony chciałam, aby zwyciężył Kevin, a z drugiej, wiedząc, jakie wygrana niesie ryzyko, miałam nadzieję, że jednak się nie dostanie do drużyny. Nad drugą opcją przeważał fakt, że prawdziwe wyścigi odbywają się poza torem,
Kevin spojrzał w moją stronę po raz pierwszy od momentu wyjścia Lucasa na środek. Dostrzegłam determinację w jego oczach. Była to walka nie tylko o zwycięstwo w wyścigu, ale o upamiętnienie przyjaciela brata poprzez zajęcie jego miejsca w drużynie. Czy pogodzenie się z tym, że marzenia przyjaciela mogą oznaczać utratę bliskiej mi osoby, może być łatwe?
— A więc wsiadajcie do aut i ustawcie się na starcie. Ten, który zrobi trzy okrążenia najszybciej, wygra! Pamiętajcie, że czas jest w tym momencie najważniejszy.
Lucas stanął na starcie wyścigu, deszcz ściekał mu po twarzy, a zaciśnięte szczęki wszystkich zainteresowanych świadczyły o skupieniu i determinacji. Słowa Lucasa były jasne — czas miał największe znaczenie. Podszedł bliżej, spojrzał na każdego z osobna.
Zagryzłam wargę, próbując ukryć zdenerwowanie. Lucas nie był tym, na kogo powinnam reagować emocjonalnie. Gdy znalazł się obok, wyciągnęłam papierosa i zapalniczkę, starając się ukryć roztargnienie. Zaciągnęłam się mocno dymem. Kevin obserwował mnie uważnie, ale jego mina pozostawała nieodgadniona. Wraz z resztą uczestników, ruszyli po auta, pozostawiając mnie i Lucasa z innymi dziewczynami.
Poszłam za damską częścią grupy pod daszek. Zerknęłam na Lucasa, który wyciągnął ze spodni stoper.
Zaciągnęłam się po raz kolejny, siadając na wilgotnej barierce. Zimny metal wywołał dreszcze. Brązowowłosa dziewczyna podeszła bliżej.
— Jestem Darcy, a ty?
Ujęłam dłoń, którą wyciągnęła i przedstawiłam się, a ona usiadła obok, wyciągając papierosa z różowej papierośnicy. Czekałyśmy na to, co miało nadejść. Emocje wypełniały mnie stresem i adrenaliną, tworząc wewnętrzne napięcie, które było dziwne, ale jednocześnie przyjemne.
Z każdym zaciągnięciem dymu czułam, jakby czas zwalniał, a ja stawałam się bardziej skupiona na otaczającym mnie świecie. Było coś niezwykle pociągającego w tym momencie, gdzie emocje mieszały się ze smakiem tytoniu w ustach.
Nagle jedna z kobiet wyszła spod daszka, machając ręką, a potem szybko ją opuszczając. Samochody ruszyły z piskiem opon. Przytrzymałam się barierki, żeby nie stracić równowagi. Kevin znajdował się na trzecim miejscu. Szybkie skręty, przyspieszenia — wszystko to, sprawiało, że trudno było mi oderwać wzrok od samochodów sunących po asfalcie. Kevin jechał bardzo szybko, wyprzedzając rywali i niebezpiecznie zbliżył się do czarnego BMW. W drugim okrążeniu byli już na wyciągnięcie ręki. Wyprzedzał go raz za razem. Ostatnie okrążenie!
BMW prowadziło nie do zdarcia. Wydawało się niemożliwe, aby ktoś je wyprzedził. Jednak wtedy Kevin udowodnił, że te przypuszczenia są błędne! Na ostatnich metrach zdołał wyprzedzić BMW i jako pierwszy przekroczył metę. Mój triumfujący przyjaciel wyskoczył z samochodu, a ja nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Skoczyłam z barierki z szokiem w oczach. Końcówka papierosa wypadła mi na ziemię. Byłam zapatrzona w to, co właśnie się wydarzyło. Jego sukces był niesamowity, a ja czułam ogromną dumę, ale nie tylko. Ogarnęło mnie przerażenie narastające z każdą sekundą. Zwyciężył! Ręce drżały mi ze szczęścia, a dreszcz emocji przeszywał ciało.
Z ciemnych chmur zaczął lać deszcz. Byłam przemoczona, gdy biegłam w kierunku Kevina. On również zdążył zmoknąć. Gdy dotarłam do niego, rozpostarł ramiona, a ja wpadłam mu w objęcia. Przytykając ucho do jego piersi, słyszałam mocne bicie serca. Spoglądał na mnie, szczerząc białe zęby.
— Udało mi się — powiedział dumny, ale jakby ciągle nie wierząc w swój sukces. — Udało mi się!
Pokiwałam głową z uznaniem, a on mocno mnie przytulił, niemal odbierając mi oddech. Pozostali uczestnicy zebrali się wokół nas, dołączył także Lucas, który z aprobatą poklepał Kevina po ramieniu.
— Najszybszym okazał się Kevin! Mój młodszy brat, który tym samym dołączy do drużyny! — wykrzyczał Lucas.
Wszyscy wiwatowali, a potem się rozproszyli. Nasza trójka poszła na parking. Po drodze Kevin dziękował każdemu z osobna za gratulacje, a ja dumnie trzymałam go za ramię. Nie wiedziałam, co powiedzieć, bo ciągle bałam się, że Kevin weźmie udział w nielegalnych wyścigach. Liczyłam, że być może ma więcej rozsądku i ograniczy się do tych na torze.
Wsiadłam do auta, a on jeszcze został z Lucasem. Dłonie mi zmarzły, więc chuchałam na nie, aby je ogrzać. Cała byłam przemoczona, więc siedzenia czekało suszenie.
Kiedy wracaliśmy, wyglądałam przez okno, wpatrując się w mijane drzewa. Próbowałam oderwać się od niepokojących myśli, które nieustannie krążyły po mojej głowie. Choć widok za oknem uspokajał, wciąż czułam w ciele lekki dreszcz emocji.
— Może pojechalibyśmy do mnie, napić się herbaty i coś zjeść. Co ty na to? — zaproponował Kevin.
Zgodziłam się, pragnąc jedynie się rozgrzać. Nie chciałam się rozchorować, zwłaszcza że dopiero zaczynał się weekend. Miałam masę innych rzeczy do zrobienia i nie zamierzałam leżeć w łóżku zawalona zasmarkanymi chusteczkami. Pogoda była naprawdę okropna, a wiatr szarpał drzewami, ograniczając widoczność na drodze.
— Miejmy nadzieję, że nie wpadniesz na pomysł uczestnictwa w nielegalnych wyścigach poza torem — wypaliłam nagle pod nosem, zakładając nogę na nogę.
— Nie jestem na tyle głupi, ale nigdy nic nie wiadomo. Na razie skupiam się na torze. Nie mam aż takiej wprawy jak Lucas — odpowiedział Kevin.
Nie byłam zachwycona jego odpowiedzią, ale wiedziałam, że nie mogłam kontrolować jego decyzji.
Skręcił w boczną uliczkę i już po chwili byliśmy przed jego domem. Lucas wjechał na podjazd w tej samej chwili, co my.
Po wejściu do środka od razu poczułam ciepłą i przytulną atmosferę, która wspaniale kontrastowała z szalonym deszczem za oknem. Pomimo zmęczenia, postanowiłam zamiast herbaty, wypić kawę, aby jeszcze bardziej się zrelaksować.
Usiadłam wygodnie na kanapie, delektując się jej aromatem. Po intensywnym dniu naprawdę potrzebowałam relaksu.
— Kevinie, nie sądziłem, że sobie poradzisz — zadrwił Lucas, siadając na szczycie kanapy. — A jednak potrafisz zaskoczyć.
— No widzisz, jednak mam coś po starszym, głupszym bracie! — Zaśmiał się w odpowiedzi.
Ich przepychanki słowne i złośliwe docinki były dla mnie obcym sposobem okazywania miłości. Jako jedynaczka, nigdy nie doświadczyłam takiej relacji. Pomimo drwin i kłótni, zawsze byli dla siebie, kiedy tego potrzebowali. Zdałam sobie sprawę, jak ważne jest mieć kogoś bliskiego obok. Kogoś, kto nas wesprze, pośmieje się i pomoże w trudnych chwilach. To było coś, czego brakowało mi przez całe życie.
Upiłam kolejny łyk kawy, próbując zająć myśli filmem, który włączył któryś z braci. Zajęta bujaniem w obłokach, nawet nie zauważyłam, który to zrobił. Nagle poczułam na sobie intensywne spojrzenie. Odwróciłam się i dostrzegłam, że Lucas patrzy na mnie z wrednym uśmieszkiem. Zacisnęłam szczękę.
— A wam, co się dzieje, że tak się na siebie gapicie? — zapytał Kevin, układając się wygodniej na kanapie pomiędzy mną a bratem.
— A nic, twoja przyjaciółeczka jest nadzwyczaj irytująca. — Wzruszył ramionami, przechylając głowę na bok.
O co mu znów chodziło, do cholery?
— Prędzej twój braciszek, który pcha na pewną śmierć osoby, które chciałyby jeszcze żyć!
— Nikt nikogo do niczego nie zmusza! — ryknął Lucas.
— Ja chyba zbiorę się do domu — oznajmiłam w końcu, by zakończyć tę bezsensowną wymianę zdań.
— Nie no, przepraszam — powiedział cicho Lucas. — Wyżywam się na tobie, chociaż nie powinienem. Kevin ma rację, niezły ze mnie dupek!
Po tych słowach Kevin miał równie zaskoczoną minę, co ja.
— Jestem jakoś rozdrażniony. Ostatnio wszystko mnie denerwuje, a ty się akurat napatoczyłaś, więc przepraszam.
Kolejny zwrot akcji! On przeprasza? W ogóle nie rozumiałam Lucasa i nie zapowiadało się, żeby było inaczej. Kiwnęłam głową, chcąc już zakończyć temat. Dopiłam kawę, oparłam głowę o ramię Kevina i próbowałam skupić się na filmie. Zastanawiałam się, dlaczego życie nie może być tak proste, jak w romansidłach, gdzie bohaterowie żyją długo i szczęśliwie.
— Zadręczasz się myślami o Avie? — zapytał cicho Kevin.
— Aż tak widać? — Lucas westchnął przeciągle, przecierając twarz.
— No, ostatnio wyprowadziła cię z równowagi, więc skojarzyłem fakty.
Przytaknął jedynie i wypuścił głośno powietrze. Próbowałam skupić się na końcówce filmu, chociaż bardziej interesująca okazała się rozmowa.
Przez to dopadło mnie wspomnienie o pocałunku. Ogarnęła mnie fala gorąca, przez co delikatnie dotknęłam policzka w nadziei na ochłonięcie. To uczucie było nie do zniesienia i musiałam przerwać nurt myśli.
— Idę do łazienki, a wy spróbujcie się nie pozabijać, okej? — Kevin wstał z kanapy i spojrzał, to na mnie, to na Lucasa.
Poprawiłam się na siedzeniu. Niepokój zagościł we mnie na dobre, ale nie mogłam tego pokazać Kevinowi, a co dopiero wyjaśnić, dlaczego tak się stało. Jak miałabym mu wytłumaczyć, że unikam bycia sam na sam z Lucasem z powodu pocałunku?
Gdy poszedł na górę, czujność wzrosła. Lucas usiadł zbyt blisko mnie, a jego intensywne, korzenne perfumy z nutą ambry opanowały moje zmysły. Zagubienie i zakłopotanie świetnie opisywały mój stan.
— Co do tego, co działo się na balkonie… — zaczął Lucas.
— Nic się takiego nie wydarzyło, więc nie musimy o tym mówić — przerwałam mu w pół zdania, zmuszając się brzmieć przekonująco.
— Być może, ale jesteś bardzo irytująca i jakoś siedzisz mi w głowie, chociaż nie rozumiem dlaczego.
Skrzyżowałam z nim wzrok, wciągając mocno powietrze. To się nie dzieje naprawdę! Niech on już odejdzie i da mi święty spokój. Serce zabiło mi mocniej.
— Nie podobamy się sobie, więc po co drążyć temat? — zapytałam ostro, zadzierając głowę. — Zajmij się swoją Avą, która niedługo wraca. Wiem, że nie powinnam wchodzić do twojego pokoju, ani tym bardziej pozwalać na ten pieprzony pocałunek!
— A jednak zerkasz na mnie, denerwujesz się i reagujesz na to, co mówię i robię. Czy tak robi osoba, która nie jest zainteresowana?
Zbliżył twarz blisko mojej, patrząc mi głęboko w oczy. Zastygłam w bezruchu, bojąc się ruszyć o milimetr. Dotknął nosem mojej wargi i odsunął się z chamskim uśmiechem. Drażnił mnie, a ja na to pozwalałam. Dźgnęłam palcem wskazującym jego klatkę piersiową. Musiałam grać twardą.
— Odpuść sobie, bo i tak nic nie ugrasz. Nie jesteś z mojej ligi, więc szukaj innej panienki. Nie ze mną te numery, na mnie to nie działa — skwitowałam oschle. — Ja szukam kogoś, kto wie, co to miłość i potrafi myśleć o czymś innym, niż o czubku własnego nosa.
Widocznie ruszyło go to, co powiedziałam, bo zacisnął mocno szczękę, ale nic nie zrobił. Wyglądał, jakby analizował każde słowo, a po chwili zaniósł się krótkim śmiechem.