E-book
23.63
drukowana A5
70.37
Nikomu nie można ufać

Bezpłatny fragment - Nikomu nie można ufać

Objętość:
331 str.
ISBN:
978-83-8414-229-5
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 70.37

Rozdział pierwszy

Czekając na taksówkę dopakowywałam jeszcze najpotrzebniejsze rzeczy. Piżamka, kosmetyki, ładowarka, masło kakaowe do opalania. Ciasto czekało już przyszykowane pod drzwiami. Zajrzałam do lodówki i wyciągnęłam butelkę wina bezalkoholowego. Alkoholu nie piłam już od kilku lat. Najpierw wizja bólu głowy następnego dnia skutecznie zniechęcała mnie do procentów, a potem kolejne zauważalne benefity podtrzymały decyzję o abstynencji. Poza tym mój przewrotny charakter nakazujący robić wszystko odwrotnie niż większość społeczeństwa, też odczuwał satysfakcję. Oczywiście początkowo moja decyzja wywoływała szok i niedowierzanie. Z jakiegoś dziwnego powodu w naszym kraju mniejsze zdziwienie wywołuje ogolenie głowy na łyso niż rezygnacja z odurzania się procentami. Jednakże po długich miesiącach przyglądania mi się z podejrzliwością, dopytywania o ewentualne jednostki chorobowe i cichego podejrzewania alkoholizmu, moja decyzja została zaakceptowana przez większość znajomych.

Wrzuciłam butelkę do torby i wyszłam z mieszkania akurat w momencie gdy charakterystyczne piknięcie poinformowało mnie, że auto już czeka na dole. Młody chłopak z typowo ukraińskim akcentem powitał mnie słowami: “Proszę zapiąć pasy!” Po czym ruszył z piskiem opon. Spojrzałam na zegarek 14.40.

— “Świetnie. — pomyślałam. — Będę na 15.00, goście mają być na 17.00 więc spokojnie zdążymy wszystko przygotować.”

Tak naprawdę trzeba było tylko poustawiać meble na tarasie, zrobić kanapeczki, pokroić warzywa i mięso na grilla. Ostatnie szlify. Każdy miał przygotować jakąś przekąskę żeby nie zwalać całej roboty na Magdę, która wciąż łaskawie udostępnia nam swój dom z wielkim ogrodem na większość spotkań i imprez plenerowych. Mój popisowy sernik upiekłam dzień wcześniej, żeby móc się porządnie wyspać i przygotować na imprezę. Zdążyłam nawet nałożyć maseczkę na twarz, co było u mnie rzadkością, bo wiecznie się gdzieś spieszyłam i zawsze miałam ważniejsze rzeczy do zrobienia.

Cieszyłam się na tą imprezę bo dawno nie widziałam się z moimi “Gwiazdami”. Ostatnie dwa tygodnie spędziłam w Londynie, a wcześniej pogoda nie zachęcała do imprez i spotkań na wolnym powietrzu. Jesień i zima były chłodne, deszczowe i szare. Śnieg, o ile padał, zaraz topniał i zostawiał na ulicach paskudną szarą breję. Tęskniłam za białymi, mroźnymi zimami jakie pamiętałam z dzieciństwa. “Może faktycznie coś jest na rzeczy z tym ocieplaniem klimatu.” — zastanawiałam się. Na szczęście zawsze jak zatęskniłam za śniegiem, mogłam wsiąść w auto i skoczyć w góry, do których z Krakowa było całkiem blisko. Oczywiście tylko w ciągu tygodnia. Nie byłam aż tak szalona żeby pchać się na Zakopiankę w weekend..

Wiosna tego roku także nie rozpieszczała aurą, ale akurat tuż przed moim przylotem wszystko nagle się odmieniło. Temperatura skoczyła do ponad dwudziestu stopni, słońce świeciło jak w środku lata i wszystkie znaki na niebie i ziemi (górale też) wskazywały, że końcówka maja już taka będzie. Żałowałam trochę, że mój Zdzisek musiał akurat wyjechać na jakieś nudne sympozjum finansowe, ale z drugiej strony cieszyłam się, że nie będę musiała oglądać jego dyskretnego ziewania koło północy i natarczywego wpatrywania się we mnie sygnalizującego, że czas wracać do domu. Na pewno nie byłoby też mowy o zostaniu na noc. No bo jak można się porządnie wyspać po imprezie, w obcym łóżku, w domu pełnym dzieci krzyczących od samego rana i wchodzących bez pukania do pokoju z pytaniem: „Ciociu, czy widziałaś naszą gierkę”? … Istny chaos.

Ja absolutnie nie miałam nic przeciwko, wręcz to uwielbiałam. Od zawsze żyłam w chaosie spowodowanym według mojej mamy — wrodzoną niezdolnością dostosowania się do ogólnie przyjętych norm społecznych w krajach wysoko rozwiniętych (czytaj dzikus), a według mnie — wszechstronnością zainteresowań. Bez względu na nazewnictwo najlepiej odnajdywałam się w sytuacjach podbramkowych, gdzie ilość nagromadzonych zadań i termin ich realizacji powodowały wzrost adrenaliny do poziomu niebezpiecznego dla zdrowia. Natomiast wykonanie najprostszego planu działania w warunkach komfortowych dla przeciętnego człowieka, stawało się dla mnie zadaniem przekraczającym moje zdolności podejmowania decyzji.

W pełni usystematyzowane i zaplanowane na co najmniej kilka lat do przodu życie i potrzebę stabilności Zdziska oczywiście rozumiałam i akceptowałam. Czasami tylko zastanawiałam się jak to możliwe, że ze mną jeszcze wytrzymuje i nie osiwiał. Na razie dawał radę i nie wykazywał chęci ewakuacji. Myślę, że przyczyniały się do tego moje częste podróże w ramach obowiązków zawodowych, które zapewniały mu chwilę wytchnienia od moich szaleństw. Także moje okresy wegetacji następujące po czasie kompletnego chaosu, wprowadzały trochę równowagi do naszej egzystencji. Odcinałam się wtedy od świata zewnętrznego aby w ciszy i spokoju skupić się na sprawach domowych, nowych hobby i czytaniu ukochanych książek. Na szczęście dla mojego ego, Zdzisek też nie był chodzącym książkowym ideałem księcia z bajki. Jego podejście do tematów romantycznych ilustrowało raczej zdanie: “Już raz Ci powiedziałem że Cię kocham, dam znać jak coś się zmieni.“ Komplementy w jego wykonaniu też bywały specyficzne, ale to akurat przy moim wrodzonym, dużym poczuciu humoru, poprawiało mi często nastrój na cały dzień. Jego ostatnia próba wytłumaczenia mi, że porównanie moich zdolności tanecznych do laleczki Chucky było w istocie komplementem, powodowała u mnie wybuchy śmiechu przez resztę dnia.

— Tutaj? — pytanie kierowcy wyrwało mnie z zamyślenia.

— Jeszcze kawałek. — odpowiedziałam rozglądając się dookoła. — Proszę zatrzymać się koło tego zakrętu. Stwierdziłam, że prościej będzie przejść te dwieście metrów pod górkę, niż wysłuchiwać jak zwykle narzekania kierowcy na wąską drogę i brak możliwości zawrócenia na podjeździe pełnym samochodów.

Wypakowałam torbę z bagażnika i ruszyłam ochoczo pod górę dzierżąc przed sobą blachę z sernikiem, modląc się żeby nie potknąć się na nierównej drodze i nie wywinąć orła. Z oddali widziałam już otwartą bramę i tak jak się spodziewałam zapchany parking przed garażem.

— “Weronika z Rafałem już są.” — pomyślałam, rozpoznając biały samochód. “A to czerwone, to chyba Ani i Tomka z Rzeszowa…”

Wrzaski przypominające rozrywane zwierzę sygnalizowały, że dzieci swoją imprezę już rozpoczęły. Potwierdził to okrzyk jakiejś znikającej w oknie głowy:

— Cześć ciocia!

Huk spadającej metr ode mnie prezerwatywy wypełnionej wodą przypomniał, że wkraczam na teren zwiększonego ryzyka, spowodowanego niecodziennym i wysokim zagęszczeniem dzieci na metr kwadratowy, jaki przy tego typu imprezach występuje.

— Sorry ciocia! Myślałem, że to Mariusz. — poinformował mnie inny okrzyk gdzieś z okolicy dachu, którego źródła za żadne skarby nie byłam w stanie zlokalizować.

Nieco już ostrożniej stawiając kroki i rozglądając się uważnie, okrążyłam dom i poszłam w kierunku wschodniego tarasu skąd dobiegały jakieś disco polowe rytmy oznaczające, że Weronika faktycznie już jest i działa. Na potwierdzenie moich przypuszczeń jakieś dwie sekundy później zobaczyłam ją, wyłaniającą się z domu przez drzwi tarasowe.

— O jesteś! — ucieszyła się na mój widok. — Świetnie, bo jesteśmy trochę do tyłu z czasem. Magda musiała rano pojechać do restauracji w Katowicach, bo mieli jakąś sytuację kryzysową z kucharzem. Zaraz powinna wrócić, ale na razie same musimy wszystko ogarnąć. Nie wiesz gdzie trzyma miski do sałatek? — zapytała całując mnie w policzek.

— Chyba pod schodami… Ania jest?

— Jest, karmi małego na dole.

— Dobra, to co mam robić?

— Wszystko po kolei. — powiedziała Weronika z szelmowskim uśmiechem. — Najpierw papierosek. A nie widziałaś mojej Kasi?

— Kasi nie widziałam, ale chyba twój syn próbował mnie zabić prezerwatywą z wodą.

— A tak, dorwali się do apteczki na dole. — poinformowała mnie ze stoickim spokojem Weronika, zaciągając się papierosem i rozsiadając na leżaku.

Stwierdziłam, że chwila przerwy przed pracą mi nie zaszkodzi więc odłożyłam torbę i sernik, usiadłam na kanapie i z przyjemnością rozejrzałam się po ogrodzie. Uwielbiałam początek lata po długiej i szarej zimie.

— Kto będzie? — zapytałam. — Bo nawet nie miałam czasu porozmawiać porządnie z Magdą.

— Ja z Rafałem, Magda z Markiem oczywiście, Alicja z Ryśkiem, ty, Ania z Tomkiem… — wyliczała Agnieszka — A z mniej ci znanych, Sabina z mężem i Beata. Klaudia jednak nie przyleci. Musiała odłożyć przyjazd na jesień. Jakieś problemy w firmie.

— Tak, wiem. Czytałam na “Gwiazdach”.

“Gwiazdy”, to była nasza babska grupa na messengerze, dzięki której byłyśmy cały czas w kontakcie i na bieżąco ze wszystkim co działo się w naszych zabieganych życiach. Nie pamiętam nawet kto ją założył i w jakich okolicznościach ale podejrzewam, że była to Magda. Większość “Gwiazd” poznałam właśnie dzięki niej. Najpierw Klaudię, która niedługo potem wyjechała do Stanów, przerywając studia prawnicze na czwartym roku, wprawiając tym w osłupienie chyba wszystkich na około. Otworzyła tam firmę sprzątającą, która obecnie jest chyba największą w New Jersey. Jej zmysł do biznesu i twarde stąpanie po ziemi wzbudzało we mnie ogromną zazdrość, ponieważ nie posiadałam ani jednego ani drugiego. Następnie Magda poznała mnie z Weroniką przy okazji jakiejś imprezy, a kilka lat później na szalonym sylwestrze — z Alicją, z którą od razu przypadłyśmy sobie do gustu. Następnie Alicja poznała nas ze swoją przyjaciółką z Rzeszowa — Anią, która idealnie wpasowała się w nasze babskie grono. Tak powstały “Gwiazdy”.

— A Natalia? Zaszczyci nas swoją obecnością? — zapytałam.

— Nie. Też jej coś wypadło.

— Szkoda… Ale więcej jedzenia dla nas. — powiedziałam szczerząc zęby w uśmiechu. — A propos jedzenia. Czy Ania przywiozła pischingera?

— Przywiozła, ale przyjechała wczoraj więc Magda pewnie już pół zjadła.

— Pewnie cały! — powiedziałam zawiedziona znając jej zamiłowanie do słodyczy, przewyższające nawet moje. — O pischingera Ani zawsze się biłyśmy.

— Ze mną nie będziecie musiały. Jestem na diecie i jedyne kalorie które mam zamiar dziś przyjąć to te z Martini.

— Ale po co jesteś na diecie? — zapytałam przyglądając jej się uważnie. — Przecież świetnie wyglądasz.

— Kochana jesteś ale powtórz mi to jak zejdę z rozmiaru 40.

— Weronika, mówię poważnie. Wyglądasz bardzo dobrze. Nie wyobrażam sobie ciebie jako chudzielca. Najważniejsze są proporcje. Niska nie jesteś więc naprawdę nie masz czym się martwić. Zresztą świat się zmienił. Dzisiejsze 40 to stare 36. Nie każdy musi mieć rozmiar 36. — powiedziałam z przekonaniem.

— To po co biegasz na siłownie trzy razy w tygodniu? — zapytała Weronika przyglądając mi się spod przymrużonych powiek.

— Dla zdrowia… — powiedziałam niepewnie.

— Taaak? — zapytała z przekąsem.

— Taaak… No i siebie akurat lubię w rozmiarze 36… — odpowiedziałam i zagryzłam wargi.

Patrzyłyśmy na siebie i wybuchnęłyśmy śmiechem.

Nie mniej jednak naprawdę uważałam że Weronika wyglądała bardzo dobrze. Śliczna buzia, falujące blond włosy do ramion, proporcjonalna figura.

— Dobra, wracam do pracy. — powiedziała podnosząc się z leżaka i gasząc papierosa.

— Też idę. — powiedziałam wstając i idąc za nią do domu przez drzwi tarasowe.

Przeszłam przez dużą jadalnię połączoną z salonem i weszłam do kuchni. Rzuciłam torbę w kąt i zajrzałam do lodówki, w której jak zwykle przy imprezie nie było nawet kawałka wolnego miejsca. Zeszłam na dół żeby stwierdzić, że w lodówce pod schodami sytuacja wygląda podobnie. Otworzyłam drzwi do garażu. Super zimno nie było ale doszłam do wniosku, że lepsze to niż reszta domu dla przetrwania mojego ciasta. Garaż był wielki, spokojnie zmieściłyby się dwa auta i jeszcze trochę miejsca by zostało, ale jak to w wielu domach pełnił tu również funkcję składu różnych mniej lub bardziej potrzebnych gratów. Lawirując między kartonami, pudełkami, stertami żelastwa i innych niezidentyfikowanych przedmiotów dotarłam do półek ciągnących się przez całą szerokość ściany. Oczywiście wypchane były po brzegi więc musiałam poprzesuwać jakieś stare lampy, słoiczki z dziwną zawartością i niezliczone pudełeczka żeby zrobić miejsce na blachę. Stwierdziwszy, że zostawiam swoje dzieło w bezpiecznym miejscu, wróciłam tą samą trasą, zgasiłam światło i poszłam na górę.

Przez okna tarasowe widziałam Weronikę komenderującą Markiem i swoim mężem, Rafałem w temacie ustawiania stołów i krzeseł, co chwilę też łapiącą jakieś galopujące dziecko za rękę i zawzięcie coś mu tłumaczącą. Była to czynność co najmniej zbędna, ponieważ każdy z delikwentów wysłuchawszy reprymendy zaraz po wyrwaniu się z objęć, biegł dalej drąc się wniebogłosy.

Wrzeszczące, skrzeczące i wydające inne dziwne dźwięki osóbki trochę mnie rozpraszały, ale z doświadczenia wiedziałam, że za jakieś pół godziny mój mózg przestanie to rejestrować i zwracać uwagę. Typowe włączenie się stanu przetrwania w oprogramowaniu każdej osoby bezdzietnej, zmuszonej przebywać dłużej niż kilka minut w warunkach skrajnie ekstremalnych, jakimi są imprezy z udziałem dzieci. Mózg człowiek to prawdziwy cud techniki.

Pocieszające było również to, że przy całej miłości do dzieci moich przyjaciółek w końcu wrócę do mojego spokojnego, czystego mieszkanka błogosławiąc ciszę i możliwość usłyszenia własnych myśli. Otoczenie powoli przyzwyczajało się do mojej decyzji przedwczesnej śmierci na skutek odwodnienia, z powodu braku szklanki wody przy łóżku. Czasami tylko jakaś dalsza znajoma (zapominając, że brak posiadania przeze mnie dzieci może wynikać z niemożności takowego) przypominała mi o tykającym zegarze biologicznym i rozpływając się nad cudem macierzyństwa wytykała egoizm.

Magda wróciła tuż przed 17.00 kiedy praktycznie wszystko było już gotowe. Stoły na tarasie były zastawione ilością jedzenia mogącą wykarmić pluton wojska, dodatkowe krzesła zniesione z całego domu, Marek z Rafałem rozpalali grilla a ja z Anią kończyłyśmy ulubione kanapeczki pani domu. Bagietka, zielenina, ser pleśniowy, połówki winogron i posypka ze zmielonych orzechów włoskich.

— No witamy! — krzyknęła Ania nie przerywając krojenia sera w stronę wchodzącej do kuchni Magdy. — Przyszłaś pomóc? Troszkę za późno, prawie wszystko już zrobione.

— Przepraszam was dziewczyny. — powiedziała Magda ciężko wzdychając i siadając na stołku barowym za wyspą na której szykowałyśmy jedzenie. — Miałam kryzysową sytuację w restauracji. Kucharz nie przyszedł do pracy. Rozumiecie to? Po prostu nie przyszedł. Nawet nie zadzwonił, nie odbierał telefonu, a kiedy w końcu się do niego dodzwoniłam powiedział, że się zwalnia! Nie mam już siły do tych ludzi…

— I co teraz? — zapytałam z przejęciem. — Znalazłaś kogoś nowego? Co zrobisz?

— Na razie jego pomocnik przejął obowiązki, ale muszę szybko kogoś znaleźć bo chłopak sobie nie radzi, a na dodatek miał wziąć kilka dni wolnego w przyszłym tygodniu. Jak go teraz puszczę?? — zapytała z desperacją w głosie.

— Jak możemy ci pomóc kochana? — spytała Ania jak zwykle skłonna do pomocy każdemu i zawsze, układając na talerzu fikuśnie zwinięte wędliny.

— Jeżeli nie znasz jakiegoś dobrego, bezrobotnego kucharza w Katowicach to nie możesz. — odpowiedziała Magda podrywając się nagle z miejsca i związując swoje brązowe długie włosy gumką wyciągniętą z kieszeni jeansów. — Dobra, dziś już nie będę o tym myślała. Co jest jeszcze do zrobienia?

— Właściwie wszystko jest już gotowe więc zrób mi przyjemność i idź się wykąp, pomaluj czy coś, bo wyglądasz jak siedem nieszczęść. — powiedziałam mrugając do niej zajęta wycinaniem różyczek z rzodkiewki.

— Kochana jesteś. — powiedziała z uśmiechem Magda głaszcząc mnie po ramieniu.

— A ja??? — upomniała się Ania z udawanie obrażoną miną wymachując nożem.

— Ty też! — zaśmiała się Magda dusząc nas obydwie za szyję. — Co ja bym bez was zrobiła?

— Boże! Zaraz zwymiotuję… — doleciał nas głos z korytarza.

Obejrzałyśmy się w tamtą stronę. W drzwiach stała elegancko ubrana Alicja w krwisto czerwonej szmince na ustach, z przewieszoną przez rękę równie czerwoną torebką. Czarny kombinezon na ramiączka z długimi lejącymi, lekko rozszerzanymi spodniami i cienki skórzany pasek uwydatniały, że Alicja też woli się w chudej wersji i ewidentnie uczęszcza na jakiś fitness. Eleganckie, czarne szpilki dopełniały stylizację. Musiałam przyznać, że świetnie wygląda. Zresztą zawsze była fajnie ubrana. “Pewnie przyzwyczajenie z pracy. Jest przedstawicielem handlowym, codziennie widzi się z klientami, musi dobrze wyglądać.” — tłumaczyłam sobie własne lenistwo w tematach odzieżowo — stylizacyjnych. Moja praca, głównie zdalna ostatnimi czasy, miał swoje plusy i minusy. Minusem w moim przypadku była ogromna ilość eleganckich ubrań w szafie których nawet nie chciało mi się wyciągać. Styl casualowy i sportowy przylgnął do mnie na dobre. Jedynymi odstępstwami były większe imprezy formalne kiedy to przebierałam się w niezbyt wygodne stroje kupione pod wpływem impulsu i niebotycznie wysokie szpilki, żeby po kilku godzinach stękać nad niedolą kobiet i przeklinać wynalazcę obcasów.

— Widzę, że jesteście już na etapie ckliwego wyznawania sobie miłości. Dopiero siedemnasta a te już pijane! Nie wiem dlaczego w ogóle zadaję się z taką patologią… — powiedziała Alicja teatralnie wywracając oczami.

— Też się cieszymy, że cię widzimy. — odpowiedziała Magda przechodząc koło niej i całując w policzek — Idę zrobić z siebie znowu człowieka. Zaraz wracam.

— Powiedz swojemu lubemu, żeby wypakował mięso z auta. Zostawiłam otwarty bagażnik! — krzyknęła za nią Alicja.

— Sama mu powiedz, jest chyba przy grillu! — odkrzyknęła Magda wchodząc na górę po schodach — Chyba, że cię to za bardzo zmęczy to poproś Ewelinę lub Anię.

— Idź już i faktycznie zrób coś ze sobą bo straszysz ludzi! — odgryzła się Alicja, witając się z nami eleganckimi cmoknięciami w powietrze. — Wy też byście mogły coś ze sobą zrobić. — powiedziała taksując nas wzrokiem.

— Ja mam to gdzieś. — powiedziałam wracając do mozolnego wycinania kwiatków z wszystkich możliwych warzyw.

— A ja już zrobiłam… — powiedziała płaczliwym głosem Ania dotykając swoich ciemno-blond włosów uczesanych w fikuśny koczek na czubku głowy. — Myślisz, że zaraz po urodzeniu dziecka tak łatwo wrócić do formy?

— Przecież żartowałam! Ślicznie wyglądasz. No co Ty? — odpowiedziała Alicja patrząc na nią z niedowierzaniem.

— Hormony… — powiedziała cicho Ania wycierając nos kawałkiem papierowego ręcznika.

— Bezduszna małpa. — rzuciłam w przestrzeń.

— Przecież żartowałam! Tobie też hormony szaleją???

Udawałam że, nie słyszę.

— Idę do chłopaków. Z nimi przynajmniej można pożartować i mieć pewność że nie trafi się na trudne dni! — wykrzyknęła idąc na taras.

Uśmiechnęłam się pod nosem. Uwielbiałam te nasze przekomarzanki. Odsunęłam się od blatu żeby ocenić swoje dzieło. Moim talerzem wędlin ozdobionym kwiatami z rzodkiewek, pomidorków i ogórka nie powstydziłaby się żadna gospodyni domowa z czasów PRL-u. Z zadowoleniem kiwnęłam głową gratulując sobie talentu i oznajmiłam Ani, że idę się przebrać i poszłam na piętro. Minęłam pokoje i naprzeciwko łazienki skręciłam na strome schody prowadzące na poddasze, na którym zazwyczaj spałam kiedy zostawałam na noc. Powoli i ostrożnie wpiąłem się na samą górę, zastanawiając się jakim cudem nigdy z nich nie spadłam. Wchodzenie na nie było wyzwaniem z co dopiero schodzenie, zwłaszcza nad ranem po imprezie kiedy człowiek chciał dotrzeć jak najszybciej do łazienki. Przebierając się w swoje ukochane dżinsy i top rozglądałam się ciekawie po poddaszu które od jakiegoś czasu należało do Matyldy, najstarszej córki Magdy. Zniknęły wszystkie lalki i misie, których miejsce zajęła biżuteria, pierwsze kosmetyki i plakaty nieznanych mi zespołów. Poczułam się staro ale zaraz się pocieszyłam tłumacząc sobie, że Magda wcześnie urodziła Matyldę. Rozmyślając nad zbyt szybko biegnącym czasem powoli i jeszcze bardziej ostrożnie zeszłam po drewnianych stopniach.

Kiedy wróciłam na dół zarejestrowałam pojawienie się nowych osób, a impreza zaczynała się już powoli rozkręcać. W kuchni przywitałam się z Beatą i Sabiną które opowiadały coś zawzięcie Magdzie, żywo przy tym gestykulując, więc udałam się w kierunku tarasu ponieważ rozmowa o jakiejś pani Grażynce której nie znałam, a która to rozwodziła się z niewiernym mężem kompletnie mnie nie interesowała. Grill jak zwykle okupowany był przez dzierżących w rękach piwa — panów. Obserwując wygłodniałym wzrokiem rękę Marka obracającego skwierczące mięso, próbowali przekrzyczeć głośnik stojący tuż obok, z którego wydobywała się jakaś młodzieżowa muzyka typu hip hop, której fanką delikatnie mówiąc nie byłam. Weronika, Ania i Alicja siedziały na wielkiej sofie pod ogromnym parasolem przeciwsłonecznym dyskutując o czymś zawzięcie. Podeszłam do stolika pod ścianą który robił za bar. Stwierdziwszy, że moje wino bezalkoholowe wsadzone do coolera z lodem przez którąś z moich cudownych przyjaciółek ma idealną temperaturę, nalałam sobie spory kieliszek i wróciłam do dziewczyn żeby poplotkować na temat nieobecnych.


***


Tak jak się spodziewałam obudzona zostałam dużo wcześniej niż bym chciała. Ale cichutkie pytanie które mnie przywitało całkowicie zmiękczyło moje serce.

— Ciociu, zrobiłam naleśniki. Chcesz?

Otworzyłam oczy i zobaczyłam stojącą nade mną Matyldę, najstarszą córkę Magdy. Zawsze starałam się jej trójkę dzieci traktować tak samo, ale nic nie byłam w stanie poradzić na to, że do Matyldy miałam największą słabość. Myślę, że było to zupełnie zrozumiałe, ponieważ kiedy Magda zaszła w ciążę i urodziła był to okres naszej najintensywniejszej, jeżeli chodzi o ilość spędzanego ze sobą czasu, przyjaźni. Widywałyśmy się prawie codziennie, więc siłą rzeczy pokochałam tego małego robaka, który przerwał nam nieustający ciąg imprez i zabawy. Ja co prawda bawiłam się nadal, ale bez mojej najlepszej kompanki nie było to już to samo więc siłą rzeczy usiadłam trochę na tyłku. Niedługo później wyemigrowałam na kilka lat do Londynu, ale i tak większość czasu kiedy tylko wracałam do Polski spędzałyśmy razem.

— Już schodzę Mati, tylko wezmę szybki prysznic. — powiedziałam zwlekając się z łóżka. Rzuciłam okiem na telefon. 08:47. Nie całe pięć godzin snu to dla mnie stanowczo za mało, ale wizja pysznej, mocnej kawy poprawiła mi od razu nastrój. Powoli zeszłam z poddasza i udałam się do łazienki po drodze mijając zamknięte drzwi do pokoju Magdy i Marka oraz pokój Mariusza, ich syna, u którego spała Weronika z Rafałem i dziećmi. Mariusz i Matylda spali chyba w pokoju Mai, najmłodszej z rodzeństwa, do którego zajrzałam przechodząc. Pusto więc dzieci wstały, ale nie było ich nigdzie słychać co spowodowało u mnie lekki niepokój. Wiadomo, cisza w domu pełnym dzieci może oznaczać tylko to, że coś broją. “Sprawdzę jak tylko doprowadzę się do ładu” — postanowiłam. Wzięłam prysznic po którym od razu poczułam się lepiej. Szybkie spojrzenie w lustro potwierdziło, że nie jest najgorzej więc daruję sobie makijaż zwłaszcza, że mamy z dziewczynami w planach opalanie. Poza tym są tu sami swoi, nie w takich stanach się widywaliśmy. Ubrałam się w krótkie spodenki i koszulkę na ramiączka ponieważ zapowiadał się upalny dzień i zeszłam na dół. Już na progu zalanej słońcem kuchni doleciał mnie cudowny zapach świeżo parzonej kawy.

— Siadaj ciocia. Tu masz naleśniki. — powiedziała Matylda podtykając mi pod nos talerz. — Nie wiem z czym chcesz więc wyjęłam ci jakiś dżem i nutellę. A tu masz kawę.

Wzięłam od niej kubek i pociągnęłam łyk pysznej, mocnej kawy.

— Jeżeli matka będzie cię denerwować, dzwoń to cię adoptuję. — powiedziałam wygrzebując resztki dżemu truskawkowego ze słoika i smarując obficie naleśnik.

— To może od razu. — zaśmiała się Matylda.

— Dobra, dzwonię do prawnika żeby przygotował papiery. Mati, a gdzie reszta dzieci? Bo jest coś za cicho…

— Maja z Kasią siedzą u taty w biurze i grają na komputerze, a chłopaki polują na coś w lesie.

Połknęłam szybko naleśnik, zostawiłam niedopitą kawę i poszłam długim korytarzem do biura Marka. Był to największy pokój w całym domu, wielkości chyba połowy mojego mieszkania. W jednym rogu znajdowało się duże biurko, w drugim bieżnia, piłkarzyki i półki z książkami, w trzecim mini studio fotograficzne, w czwartym wielkie akwarium a pośrodku wielka pusta przestrzeń która robiła za parkiet taneczny na imprezach.

Dziewczynki grzecznie siedziały po obydwu stronach biurka, każda wpatrzona w swój komputer. Nawet mnie nie zauważyły. Wróciłam do kuchni gdzie Matylda rozmawiała z kimś przez telefon. Znakami pseudo-migowymi dałam jej znać, że idę sprawdzić do lasu co robią chłopcy. Odpowiedziała mi w ten sam sposób, że idzie do siebie porozmawiać.

Przeszłam przez salon i wyszłam na taras na którym odbywała się wczorajsza impreza. Był już posprzątany i nawet najmniejszy ślad nie wskazywał na to, że odbywało się na nim przyjęcie do wczesnych godzin porannych. Znając Magdę, byłam pewna, że zdążyła nawet umyć podłogi w całym domu kiedy wszyscy poszli już spać.

Zeszłam z tarasu i przez trawnik wielkości połowy boiska do piłki nożnej podążyłam w stronę „lasu”, jak wszyscy nazywali gąszcz różnego rodzaju drzewek; od iglaków po owocowe, zasadzonych jak dla mnie zbyt blisko siebie przez co ciężko było się między nimi przedzierać. Stanęłam przed pierwszymi drzewami i nasłuchiwałam jakiś dźwięków żeby zlokalizować chłopaków. Jedyne co słyszałam to ćwierkanie ptaków i bardzo odległy odgłos kosiarki do trawy. Powoli zagłębiłam się w gęstwinę modląc się o to żeby nie napotkać jakiegoś pająka, ponieważ bałam się ich okrutnie. Przedzierając się przez gałęzie które chlastały mnie po twarz, przeklinałam Marka, który porządek z tą częścią działki robił od jakiś czterech lat nie mogąc się zdecydować które drzewka wykopać. Wydawało mi się, że słyszę coś w okolicach lewego górnego rogu tego buszu, gdzie stała stara, rozwalająca się szopa na narzędzia do której dojście bez odpowiedniego obuwia i spodni było praktycznie niemożliwe gdyż na około rozsiało się jakieś kolczaste krzaczysko. Udałam się więc w tamtym kierunku starając się unikać wszelkich iglaków drapiących mnie po górnej części ciała. Im bliżej byłam, tym wyraźniej słyszałam podniecone głosy chłopaków.

— Mariusz, mówię ci ciachaj tu dołem..

— Ale drapie bardzo… Weź przytrzymaj…

Słowo ciachaj spowodowało we mnie delikatny niepokój. Oczami wyobraźni zobaczyłam różnego rodzaju przedmioty ostre typu noże, siekiery i tasaki oraz dzieci co najmniej rzucające do siebie wyżej wymienionymi. Od razu przyspieszyłam. Chłopcy byli tak zajęci, że nawet nie zauważyli mojego pojawienia się. Mariusz z Bartkiem, synem Weroniki, klęczeli przy krzaku rozrośniętym dookoła szopy, w miejscu w którym był najrzadszy i cieli gałęzie małym sekatorem. Przemek, syn Ani, kawałek dalej odwrócony tyłem ubierał na swój chudy tyłek spodnie, wyglądające na rybackie, jakieś sześć rozmiarów za duże. Nigdy nie mogłam zapamiętać który z nich ile miał lat, ale na pewno wszyscy mieli poniżej lat dziesięciu i stanowczo uważałam, że muszę przerwać tą zabawę.

— Cześć. Co robicie? — przywitałam ich.

Wszyscy trzej jak na komendę obrócili się w moją stronę.

— Ciociaaa!!! — wrzasnął Mariusz łapiąc się teatralnie za serce i upuszczając sekator. — Ale nas przestraszyłaś!

— Próbujemy dostać się do szopy, ale się nie da przez tego krzaka więc wycinamy. — poinformował mnie Przemek ubierając na nogi gumowce jakieś dziesięć rozmiarów za duże.

— A po co próbujecie się tam dostać? — zapytałam. — Nie ma tam nic ciekawego, od kilku lat stoi kompletnie pusta. Możecie najwyżej dostać tam w głowę spadającą deską.

— Ktoś się włamał i chcemy to sprawdzić. — odpowiedział mi Mariusz wracając do pracy.

— Po co ktoś miałby się tam włamywać? Nic tam nie ma. I skąd wiesz, że ktoś się włamał? — spytałam patrząc na zamknięte drzwi szopy.

— Nie ma kłódki. Tato założył ją niedawno żeby nas nie kusiło i żebyśmy do niej nie wchodzili.

— To może tato ją zdjął bo po coś tam wchodził.

— Po co? Skoro nic tam nie ma? — zapytał rezolutnie Mariusz z politowaniem w głosie wobec mojego elementarnego braku logiki. — Gdyby to był on, to z powrotem by ją założył.

Wszyscy trzej patrzyli na mnie wyczekująco. W normalnym stanie świadomości zapewne bez problemu znalazłabym jakąś logiczną i zadowalającą wszystkie strony odpowiedź, ale brak snu i odpowiedniej ilości kofeiny we krwi ewidentnie wpłynęły na jakość i szybkość pracy moich neuronów. Stojąc tak i patrząc na ich zawzięte miny wiedziałam, że nie odpuszczą i nawet jeżeli teraz uda mi się ich zgarnąć do domu, czy to przekupstwem czy groźbą podkablowania ich rodzicom, i tak tu jeszcze dzisiaj wrócą.

— Dobra — powiedziałam — robimy tak: Na pewno żadnego z was tam nie wpuszczę bo ten dach jak na mój gust w każdej chwili może się zawalić. Wejdę tam i sprawdzę co się dzieje. O.K?

— Ale też chcieliśmy zobaczyć… — odezwał się zawiedziony Bartek.

— To zrobię zdjęcia i sobie zobaczycie. — powiedziałam w przypływie natchnienia. — Innej opcji nie ma.

Spojrzeli po sobie z lekko zawiedzionymi minami.

— No dobra… — zgodził się Mariusz — Tylko całą szopę. Dokładnie!

— O.K -zgodziłam się — Przemek ściągaj te spodnie.

Chwilę później, ubrana w lekko zalatujące stęchlizną spodnie z jakiegoś grubego namiotowego materiału i gumiaki rozmiar 46 w których człapałam jak kaczka, cały czas instruowana przez chłopaków gdzie stawiać kroki, przedzierałam się przez krzaki. Nie było tak źle ponieważ w jednym miejscu były rzadsze i wygniecione jakby ktoś po nich chodził. Dotarłam do szopy i uchyliłam drzwi. Powoli wsunęłam głowę do środka rozglądając się głównie po suficie i ścianach. Upewniwszy się, że nie widzę porozciąganych wszędzie pajęczyn z których mogły by mnie zaatakować nagle pająki mutanty, ponaglana przez chłopaków, weszłam do środka.

Rozejrzałam się po wnętrzu próbując przyzwyczaić wzrok do panujących ciemności. Szopa składała się z dwóch pomieszczeń. Pierwsze, mniejsze miało dwa małe okienka po obu stronach drzwi, dające niewiele światła. Na przeciwległej ścianie wisiały rozwalające się drewniane półki, na których leżały jakieś zardzewiałe przyrządy ogrodnicze, jeszcze chyba po starych właścicielach. Na podłodze walały się puste butelki i opakowania po nawozach. W prawym rogu stała wiekowa kosiarka a koło niej leżała płachta brezentu.

— Ciocia i co?! — doleciał mnie głos Mariusza.

— Nic tu nie ma! — odkrzyknęłam.

— Rób zdjęcia! — przypomniał mi Przemek.

Wyjęłam telefon z kieszeni i obfotografowałam całe pomieszczenie. Poszłam ostrożnie w kierunku wejścia do drugiej części szopy, cały czas wytężając wzrok, żeby nie trafić na jakąś pułapko- pajęczynę. Zajrzałam do środka. Pomieszczenie było co najmniej trzy razy większe. Na przeciwległej ścianie znajdowało się również małe okienko, lekko uchylone. Tu również panował bałagan i różne rupiecie walały się po podłodze. Cyknęłam szybko parę zdjęć stojąc w drzwiach i już miałam wychodzić kiedy mój wzrok zatrzymał się na przedmiotach leżących pod oknem. Było tam trochę jaśniej więc mogłam się im dokładnie przyjrzeć. Plastikowa butelka po wodzie do połowy pusta, jakieś opakowanie po wafelkach i puszka piwa. Zamknięta.

Stałam tak, patrzyłam i myślałam jakie to dziwne że ona tu stoi. Kto mógł ją tu zostawić? Magda piwa nie pije, a Marka na pewno nie podejrzewałam o takie zaniedbanie. Mógł zapomnieć, ale po co by je tu w ogóle przynosił? Raczej nie było to miejsce zachęcające do miłego spędzania czasu i z tego co wiem nikt tu nie przychodził. Od lat szopa była przeznaczona do rozbiórki i żadnych planów co do tej części ogrodu nie było z racji utrudnionego dostępu. Może kiedyś, jak zostanie zrobiony porządek z drzewami. Pewnie gdyby nie ta puszka od razu bym wyszła, ale coś w niej nie dawało mi spokoju. Podeszłam i przyjrzałam się jej dokładniej. Zauważyłam, że nie jest nawet zakurzona.

Wzrok już mi się przyzwyczaił do ciemności więc zaczęłam dokładniej rozpoznawać przedmioty. Moją uwagę przyciągnęła sterta po lewej stronie. Jakieś stare robocze ubrania, szmaty, leżące buty. Wpatrywałam się w te buty i pomyślałam, że dziwnie je ktoś tak zostawił. Jakby na nogach leżącego człowieka. I ten materiał wyżej nawet wygląda jak spodnie. Zrobiłam kilka kroków do przodu i zamarłam. To był leżący człowiek! Matko Boska, zwłoki! — zawyło w mojej głowie. Leżał na wznak, z lewą ręką podwiniętą pod tułów, prawa bezwładnie leżała wzdłuż ciała. Głowa i kawałek klatki piersiowej przykryte starym ręcznikiem. Być może ktoś inny w pierwszej chwili, chociaż przez sekundę pomyślałaby, że to śpiący lub odpoczywający człowiek, ale przecież nie ja karmiąca się od trzynastego roku życia wszelkiej maści kryminałami gdzie trup zazwyczaj ściele się gęsto. Mój umysł proszący o pomoc kalkulator przy tabliczce mnożenia na poziomie klasy trzeciej szkoły podstawowej, bezbłędnie i automatycznie rozpoznawał nienaturalne ułożenie ciała. Serce zaczęło walić mi jak szalone i pierwszą moją myślą było: Uciekaj!

Pewnie bym tak zrobiła gdyby nogi nie odmówiły mi posłuszeństwa. Stałam jak sparaliżowana i wpatrywałam się leżące ciało. “Jak to możliwe? — myślałam — Kolejny trup!“

— Ciocia! Długo jeszcze? — doleciał mnie krzyk z zewnątrz który wyrwał mnie z odrętwienia, ale wprowadził w jeszcze większą panikę. Matko Boska, dzieci! Co robić? — próbowałam zmusić mój mózg do w miarę logicznego i konstruktywnego myślenia. — Myśl Ewelina, myśl!

Wzięłam kilka głębszych oddechów i próbując przybrać w miarę normalny wyraz twarzy szybko wyszłam z szopy, zatrzaskując za sobą drzwi.

— Nic tam nie ma ciekawego. — powiedziałam przedzierając się z powrotem przez krzaki. — Jakieś starocie.

— Ale masz zdjęcia? — upewniał się Bartek.

— Za ciemno tam było, żadne by nie wyszło, a lampa błyskowa mi nie działa. — wymyślałam na poczekaniu. Wiedziałam, że muszę jak najszybciej ich stąd zabrać i jakoś się ich pozbyć chociaż na piętnaście minut.

— No weeeeź… — jęknął Mariusz głosem pełnym zawodu.

Wiedziałam, że muszę skierować ich uwagę na coś innego. Musiałam szybko coś wymyślić i nagle mnie olśniło.

— Słuchajcie chłopaki. — powiedziałam starając się ukryć zdenerwowanie i siląc na uśmiech kiedy już stanęłam przed nimi. — Zajmujemy się głupotami, a ja was szukałam bo mam sprawę. Można zarobić.

Spojrzeli po sobie i zauważyłam lekki błysk zainteresowania.

— A ile i za co? — zapytał zaciekawiony Mariusz.

— Po dychę na głowę. Musicie tylko skoczyć do sklepu, tego przy kapliczce i kupić parę rzeczy.

Sklep przy kapliczce był jedynym, z racji bezpiecznego dojścia do którego Magda pozwalała chodzić czasami samemu Mariuszowi, istniała więc wysoka szansa, że mnie nie zabije po tym jak bez jej zgody go tam wyślę. Nie wiedziałam co prawda jak zareagują Ania i Weronika, że ich synów też tam wysłałam, ale było to jedyne co zdołałam wymyślić żeby odciągnąć ich od szopy i mieć chwilę czasu na zastanowienie się co robić.

— Trzydzieści. — powiedział Bartek zakładając ręce na piersi. — Na głowę.

Spojrzał na pozostałych chłopaków którzy kiwnęli głowami i też założyli ręce wpatrując się we mnie wymownie. Aż się zachłysnęłam na to jawne zdzierstwo i na chwilę zapomniałam po co to robię.

— Po trzydzieści na głowę? Za pójście do sklepu?…

— Daleko jest. — powiedział Mariusz mrużąc oczy.

— Niech będzie. — powiedziałam chcąc się ich pozbyć jak najszybciej i ruszyłam w stronę domu. — Chodźmy, dam wam kasę.

Wyprawiwszy chłopaków zaopatrzonych w dwieście złotych, wymyśloną na poczekaniu listą zakupów i reklamówką, popędziłam na pierwsze piętro i bez pukania wpadłam do pokoju Magdy i Marka.

Marek jeszcze spał z twarzą w poduszce, a Magda siedząc obok niego przeglądała coś w telefonie. Aż podskoczyła na łóżku w reakcji na moje nagłe wtargnięcie. Spojrzała na mnie znad okularów z wyrazem sporego zdziwienia na twarzy.

— Co się stało? Co Ty masz na sobie?… — wykrzyknęła wstając z łóżka i idąc w moją stronę.

Marek, którego obudził jej okrzyk, popatrzył najpierw na nią, potem jednym spojrzeniem ocenił moje potargane włosy i swoje robocze spodnie na moim tyłku, po czym odwrócił się z zamiarem dalszego spania.

— Widzę, że impreza się jeszcze nie skończyła… — mruknął naciągając kołdrę na głowę.

Całe moje opanowanie które musiałam zachować przy chłopakach teraz opadło, a tłumione emocje i nerwy eksplodowały ze zdwojoną siłą. Dopadłam do łóżka krzycząc histerycznie: Wstawaj, wstawaj!

Jednym szarpnięciem ściągnęłam z niego całą kołdrę żeby przekonać się, że sypia w koszulce, ale niestety bez majtek. Wydałam z siebie okrzyk; Iiiii! po czym rzuciłam w niego kołdrą, minęłam przerażoną Magdę, dopadłam do okna, mocnym szarpnięciem odsłoniłam zasłonę zrywając kilka żabek z karnisza i machając rękami w stronę ogrodu na przemiennie łapałam się za głowę.

— W szopie! Musimy tam iść zanim chłopaki wrócą ze sklepu! Może trzeba gdzieś zawieźć dzieci zanim przyjedzie policja, bo im siądzie na psychikę albo coś!!! Gdyby nie to piwo, to bym nawet nie zauważyła, że tam leży!!! — wrzasnęłam i spojrzałam na nich wyczekująco dziwiąc się, że jeszcze nie biegną działać i coś robić. Bo przecież trzeba coś robić!!!…

Stałam tak i patrzyłam raz na Magdę raz na Marka i zaczęło do mnie docierać, że chyba nie zachowuję się zbyt racjonalnie i muszę się uspokoić bo coś jest nie tak. Magda stała pod ścianą przyciskając do piersi telefon z przerażeniem w oczach, natomiast Marek siedział na łóżku trzymając mocno zwiniętą w kłębek kołdrę, jakby bał się że pobiegnę i ją wyrwę, z pretensją patrząc na moją przyjaciółkę za wpuszczanie do domu osób niezrównoważonych umysłowo.

Czułam, że zaczynam się trząść, zrobiło mi się trochę słabo więc chwiejnym krokiem podeszłam do krzesła które stało w rogu przy oknie i ciężko na nim usiadłam próbując zebrać myśli. Nie pamiętam za bardzo co mówiłam bo starałam się skupiać na tym żeby oddychać i nie zemdleć. Nie był to pierwszy trup w moim życiu ale tą sytuację przeżyłam zdecydowanie gorzej.

Chyba jednak w miarę klarownie udało mi się przedstawić sytuację bo Marek nagle powiedział — O kurwa! — wyskoczył z łóżka i naciągając koszulkę do połowy ud pobiegł do garderoby. Za chwilę, już ubrany, pobiegł do pokoju obok obudzić Rafała i Weronikę. Magda pobiegła na dół sprawdzić pewnie gdzie jest reszta dzieci. Chwilę później w domu zaczęło się małe zamieszanie, chociaż wszyscy dorośli poinformowani już o sytuacji starali się zachować spokój i nie panikować przez wzgląd na dzieci. Miały one być wysłane razem z Weroniką, Anią i protestującą Magdą do zoo, na lody, czy gdziekolwiek, żeby nie były ich w domu kiedy przyjedzie policja.

— Nie jadę do żadnego zoo. — upierała się Magda. — Nie przegapię czegoś takiego w moim domu. Zadzwonię po Igę żeby się nimi zajęła.

— No matka roku! — rzucił Marek, próbując jej chyba zagrać na poczuciu winy.

— To sam jedź jak jesteś taki mądry. — odgryzła się Magda — Ja zostaję, dzwoń do siostry.

Odwróciła się na pięcie i poszła szykować dzieci. Po szybkiej naradzie stanęło na tym, że Magda zawiezie swoje dzieci do zoo gdzie przejmie je Iga, siostra Marka z mężem i wróci. Weronika zdecydowała się wrócić z dziećmi do domu zostawiając Rafała którego wołami by nie wywlekli z miejsca zbrodni. Ania z Przemkiem i dziećmi też mieli jechać do zoo, chociaż po minie jej męża widziałam, że robi to niechętnie. W końcu nie często ma się okazję uczestniczyć w sytuacji rodem z filmu. Wcale mu się nie dziwiłam bo jak tylko doszłam do siebie po pierwszym szoku, moja wrodzona ciekawość i zamiłowanie do filmów i książek kryminalnych wzięła górę. Szykując dzbanki mrożonej herbaty i szklanki (przychylni policjanci może pozwolą patrzeć) upominałam sama siebie żeby mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Wszystko co tu się wydarzy będzie bezcennym doświadczeniem — myślałam, które pomoże mi wreszcie napisać upragnioną książkę do której do tej pory nie miałam za bardzo weny.

Zaniosłam wszystko na taras i przypomniałam sobie o moim serniku który został w garażu. Kompletnie o nim zapomniałam. Już chciałam po niego pobiec kiedy przyjechała policja i pogotowie.

Nie wiem na co liczyłam, ale na pewno na więcej atrakcji niż się wydarzyło. Do ogrodu całkowicie odcięto nam dostęp przez co kompletnie nie wiedziałam co się dzieje w szopie. Po zebraniu wstępnych zeznań co do tego kto był w domu, kto tu mieszkał i w jakich okolicznościach znaleziono ciało, poproszono nas o rozjechanie się do domów i czekanie na wezwanie do komendy na przesłuchania. Na nic zdało się czarowanie, próba przekupstwa herbatkami i ciasteczkami. Byli nieugięci. Z uczuciem ogromnego zawodu zamówiłam taksówkę i pojechałam do siebie, nakazując Magdzie aby na bieżąco informowała mnie o wszystkim.

W ciągu tygodnia wszyscy obecni na imprezie zostali wezwani na komendę i przesłuchani. Prawie dostałam gorączki z ekscytacji przed moimi zeznaniami, ale już po pierwszych minutach moje oczekiwania co do uzyskania jakichkolwiek informacji zdechły śmiercią naturalną. Moja nieśmiała prośba o uchylenie rąbka tajemnicy i przekazania mi chociażby najmniejszego detalu dotyczącego sprawy, spotkała się jedynie z pełnym politowania uśmiechem i słowami: “Chyba pani żartuje.” Moje rozczarowanie sięgnęło zenitu.

Wytrzymałam jeden dzień i zadzwoniłam do Magdy wpraszając się na kawę i plotki. Wiedziałam, że tylko od niej mogę się cokolwiek dowiedzieć. Rafał, mąż Weroniki, miał sporo znajomych w policji i wiedziałam, że jedyną osobą z którą się podzieli informacjami to Marek. Marek na pewno powtórzy wszystko Magdzie, a Magda mi. Co prawda na naszej grupie messenger-owej “Gwiazdy”, szalałyśmy z teoriami i przypuszczeniami (głównie ja) ale podejrzewałam, że Magda może nie pisać wszystkiego co wie. Ciekawość mnie zjadała żywcem.

*

Zatrąbiłam dwa razy pod bramą. Za chwilę zaczęła się powoli otwierać. Na podjeździe, co rzadko się zdarzało, było pusto. Pewnie Marek gdzieś pojechał a drugie auto jest w garażu. Mój sernik! — przypomniałam sobie. Na pewno był pyszny… — pomyślałam z żalem patrząc na zamknięte drzwi garażowe. Muszę go zabrać i wywalić zanim zacznie śmierdzieć. Poszłam w prawo brukowanymi stopniami, okrążając garaż żeby dostać się na taras znajdujący się nad nim a z którego drzwi prowadziły wprost na mały korytarzyk półpiętra. Przeszłam przez drzwi i spojrzałam w dół na schody które prowadziły do głównych drzwi wejściowych, w lecie używanych chyba tylko przez obcych i niżej do pokoju gościnnego, łazienki, kotłowni i wejścia do garażu. Ciemno. Minęłam kolejne schody prowadzące na górę i skręciłam w prawo do kuchni. Też pusto. Przeszłam przez salon i wyszłam na taras na którym jeszcze ponad tydzień temu, świetnie się bawiliśmy. Usiadłam na dużym narożniku ogrodowym, zdjęłam klapki i wystawiłam nogi do słońca. Za chwilę w drzwiach pojawiła się Magda.

— Cześć kochana. — powiedziała nachylając się nade mną i całując mnie w policzek. — Chcesz coś do picia?

— Mam wodę, dzięki. Później chętnie napiję się kawy, ale teraz siadaj i opowiadaj. Wiadomo coś nowego? — zapytałam z nieukrywaną ciekawością.

Nie trzeba jej było dwa razy powtarzać. Uwielbiałyśmy ploteczki a temat który nam się nawinął był grubego kalibru.

— No więc… — zaczęła nalewając sobie soku z dzbanka stojącego na stole — ..jest bomba. Ale od początku. Koleś nazywał się Michał jakiśtam. Był wcześniej notowany przez policję. Jakieś drobne kradzieże, podejrzenie o udział w grupie przestępczej, ale jakoś się z tego wywinął. Rafał go sprawdził. To znaczy jakiś jego kolega z policji. Wyszedł dwa miesiące temu bo siedział za jakieś drobne włamanie za które odwiesili mu zawiasy.

— Ile miał lat? — spytałam. — Bo na zdjęciu wyglądał młodo.

— Dwadzieścia sześć. Z jakiejś patologicznej rodziny. Ojciec zapił się na śmierć jak chłopak był jeszcze mały, a matka lubiła sprowadzać do domu swoich nowych facetów. Uciekł z domu jak miał chyba szesnaście lat..albo siedemnaście, nie pamiętam.

— Ktoś od nas go rozpoznał? Gwiazdy wiem że nie, ale może Sabina albo Beata?

— Nikt. — powiedziała Magda kręcąc przecząco głową.

— A wiadomo co tam robił?

— Nie wiadomo. Podejrzewają, że się ukrywał.

— No dobra, a co to za bomba którą masz?

— Dobrze, że siedzisz bo ja mało co się nie przewróciłam jak Rafał nam to dzisiaj rano powiedział. Specjalnie przyjechał przed pracą bo nie chciał gadać przez telefon…

— Zabije cię. — stęknęłam. — Mów!

Magda popatrzyła na mnie z uśmieszkiem i satysfakcją na twarzy.

— Zginął w noc naszej imprezy. Między dwunastą a pierwszą w nocy. I na pewno ktoś mu w tym pomógł. — powiedziała wolno i rozparła się na kanapie z miną zwycięzcy konkursu na informację roku.

I miała rację. Siedziałam z otwartą buzią wpatrując się jak w obraz. Nastąpiła dłuższa chwila ciszy, w czasie której Magda pociągała swój sok przez słomkę delektując się wrażeniem jakie na mnie zrobiła.

— Miałam taką samą minę jak ty. — powiedziała kiwając głową.

Zamknęłam buzię.

— Ale to znaczy, że ktoś go zamordował kiedy wszyscy tu byliśmy! — krzyknęłam wstając z narożnika. Zaczęłam chodzić w tą i z powrotem trzymając się za skronie jak by to miało pomóc mi w myśleniu.

— Dokładnie. Mówiłam ci że bomba.

— Ale kuźwa nie spodziewałam się, że ktoś kogo znam jest prawdopodobnie mordercą! — wykrzyknęłam.

— O czym ty mówisz? Powiedziałam, że został zamordowany w czasie kiedy tu imprezowaliśmy a nie, że ktoś z nas go zabił!

— Magda, pomyśl logicznie. — powiedziałam siadając naprzeciwko niej i zniżając głos. — Impreza trwała prawie do czwartej, było tu pełno ludzi o dzieciach nie wspomnę. Jak ktoś z zewnątrz mógł tu wejść niezauważony, przejść koło domu, następnie przez trawnik, zabić tego gościa w szopie i wrócić tą samą trasą? To niemożliwe!

— Siedziałyśmy naprzeciwko siebie patrząc sobie w oczy i widziałam, że to teraz ja przekazałam jej informacje roku.

— Eeeee...niemożliwe. — powiedziała otrząsając się z pierwszego szoku. — Pewnie wszedł jakoś inaczej. Przez ogrodzenie za szopą czy jakoś tak…

— To chyba musiał przelecieć. — powiedziałam z niedowierzaniem. — Na działce za wami są psy sąsiada. Chyba nie muszę ci przypominać, że to nienormalne okazy. Poza tym żeby dostać się od drogi musiałby przejść przez trzy działki, z czego pierwsza to mur. Czysta dedukcja. A co mówi policja? Były jakieś ślady że przeszedł od tamtej strony?

— Nie wiem, Rafał nic nie mówił, ale gdyby podejrzewali kogoś z nas to chyba by powiedział?

— Chyba że Marek mu zabronił, żeby cię nie denerwować.

— Dzwonię do Marka. — stwierdziła Magda biorąc telefon. — Ale nie wierzę w to kompletnie. Ty i ta twoja dedukcja. Ktoś powinien zabronić ci czytać te kryminały. Wszędzie węszysz spiski!

Popatrzyła na mnie z wyrzutem jakbym co najmniej sama zabiła biednego chłopaka.

— Ja tylko próbuję ustalić co się stało. — powiedziałam.

— Ustalić. — prychnęła Magda. — Ciebie to wszystko cieszy! Pewnie już zaczęłaś pisać tą swoją książkę.. Halo! Marek! — krzyknęła do telefonu. — Gdzie jesteś? O której będziesz? Wracaj szybko bo musimy porozmawiać.

— O której będzie? — zapytałam gdy odłożyła komórkę.

— Za jakieś pół godziny.

— Dobra, to ja idę do garażu sprzątnąć mój sernik o którym kompletnie zapomniałam.

— Ojej. — zmartwiła się szczerze Magda, której miłość do słodyczy była wręcz legendarna. — Jaka szkoda…. Idź, ja zrobię nam kawy.

Weszłam do domu i schodami na dół zeszłam do garażu. Zapaliłam światło i zaczęłam przedzierać się w stronę półek na których zostawiłam ciasto. Dotarłam do półki i stanęłam zdziwiona. Blacha z sernikiem leżała do góry dnem na podłodze. Spojrzałam na półkę. “Dziwne — pomyślałam — Wszystko poprzestawiane.” Lampa na półce obok, to pudełeczko na pewno tu nie stało, słoiki też poprzestawiane… Z moją pamięcią fotograficzną od razu zauważyłam, że wszystko stoi inaczej. Podniosłam blachę i ręką zgarnęłam sernik. “Będę musiała wrócić tu z mopem “- pomyślałam. Wróciłam na górę i wyrzuciłam sernik do śmietnika. Umyłam blachę i poszłam na taras do Magdy która siedziała i piła swoją latte wpatrując się w ekran telefonu.

— I co? — zapytała z nadzieją w głosie. — Dobry?

— No co ty. Po takim czasie? Poza tym ktoś go zrzucił. Potrzebuję mopa żeby posprzątać.

— To gdzie go dałaś? Trzeba było schować. Nie wiesz, że dzieci wszędzie wywęszą słodycze?

— Tak wiem. Mają to po mamie. — powiedziałam z uśmiechem na co Magda pokazała mi język. — Ale nie sądzę, że to dzieci. Był schowany wysoko na półce za kartonami. Sam też nie spadł. Wygląda, że ktoś czegoś szukał i zrzucił przez przypadek.

— A czego tam ktoś mógł szukać? Nic ciekawego tam nie ma. Chyba że przedwojenne przetwory po których nabawić się można zatrucia. Muszę tam wreszcie posprzątać — zdecydowała Magda. — Olej mopa, zajmę się tym później.

— No dobra, wracając do trupa… — zaczęłam. — Nie wydaje ci się to wszystko dziwne? Co on w ogóle tam robił? Nie wierzę, że się ukrywał przed policją czy kimkolwiek bo gorszej miejscówki raczej sobie nie mógł wymyślić. Od strony ulicy, moim zdaniem, niemożliwy dostęp a od strony waszego domu też nie prosto. Praktycznie zawsze jest ktoś z domowników a zazwyczaj jeszcze dodatkowo jacyś ludzie. To wszystko jest bardzo podejrzane.

— A może właśnie dlatego tam się ukrył bo ciężko się dostać?

— No dobra, ale skąd by się nawet dowiedział o tej szopie? Mało który ze znajomych wie o tej ruderze.

— Nie wiem, nie zastanawiałam się nad tym, zostawiam takie rzeczy policji a nie bawię się w detektywa. — odpowiedziała Magda wymownie patrząc w moją stronę. — Może znał poprzednich właścicieli i wiedział że stała tam szopa…

— Aha.. I wiedział, że akurat jest przez was nie używana i nikt tam nie chodzi bo sad zamieniliście w nieprzystępny busz???

— No może…

— I właśnie o tym mówię! W każdej z opcji musiał mieć informację której obcy człowiek by nie znał! Ktoś mu musiał powiedzieć i raczej na pewno ktoś z waszych znajomych.

— Od razu znajomych! — oburzyła się Magda. — A może jacyś robotnicy albo ogrodnicy?

— A których robotników albo ogrodników wpuszczałaś w te chaszcze?

— Nooo… Nie wiem, nie pamiętam… Może Marek z kimś rozmawiał na temat rozbiórki? Przyjedzie to go zapytam — zadecydowała Magda. — A ty już przestań wymyślać i snuć te swoje teorie spiskowe. I uważaj żeby tobą się ktoś nie zainteresował. Drugi nieboszczyk w ciągu kilku lat to raczej niecodzienne… Mówiłaś policji o Racheli?

— No co ty? Po co? Przecież te sprawy nie mają związku. Odpowiadałam tylko na zadawane pytania. Co pamiętam, kogo znam, czy znałam tego gościa itd… Nikt mnie nie pytał więc nic nie mówiłam. Zresztą co miałam powiedzieć? A wie pan, tak “by the way”, to to jest już drugie morderstwo w którym uczestniczyłam.

— No mogliby się zdziwić i na pewno bardziej ci się przyjrzeć. — zaśmiała się Magda. — A tak w ogóle to jak się skończyła tamta sprawa? Znaleźli mordercę?

— Z tego co wiem to nie. Nie ma sprawcy, nie ma motywu. To znaczy motyw miało mnóstwo ludzi bo wiesz jaka ona była… Ale to raczej byłaby zbrodnia w afekcie, a tamto było dokładnie zaplanowane. Wyglądało, że morderca czegoś szukał ale nie wiadomo czego bo nic nie zginęło. Przynajmniej nic nie zauważyłyśmy z Kamilą. Rodzina zresztą też…

— O Marek przyjechał! — przerwała mi Magda, bo za domem usłyszałyśmy charakterystyczne pikanie bramy i warkot silnika.

Chwilę później zza domu wyłonił się faktycznie Marek niosąc siatki z zakupami.

— Co tu knujecie? — zapytał stawiając wszystko na stole.

— Nic nie knujemy tylko zastanawiamy się nad okolicznościami tego morderstwa. — opowiedziałam.

— Nie zastanawiamy się, tylko ty się zastanawiasz. — sprostowała Magda. — I wymyślasz jakieś stresujące teorie! Ewelina twierdzi, że to ktoś z obecnych na imprezie zamordował tego chłopaka bo nikt nie mógł się dostać do szopy od strony ulicy. I że to nie przypadek że on się tam ukrył, że musiał wiedzieć o tej szopie bo mało kto o niej wie… I tak dalej.. Przecież ten dom wcześniej należał do kogoś innego, dużo ludzi mogło o nie wiedzieć i to chyba nic dziwnego, że skoro jest taka stara to nikt jej nie używa… Prawda? — zwróciła się wprost do Marka.

— Prawda. Pewnie wiedział od poprzednich właścicieli. — odpowiedział Marek czym mnie trochę zdziwił ponieważ nawet jeżeli się tym zgadzał, nie było do niego podobne nie przeanalizowanie tematu i wyprowadzenie mnie z błędu. — Zaniosę to i rozpakuję. — powiedział wskazując na zakupy czym wprawił mnie w jeszcze większe osłupienie. “Rozpakuje???” — myślałam. — “Sam? Zamiast ubrać w to Magdę lub któreś dziecko?” I zapewne zaraz bym go zapytała złośliwie czy nie dostał jakiegoś udaru od słońca ale nie zdążyłam bo wchodząc do domu odwrócił się w moją stronę i posłał mi bardzo znaczące spojrzenie pod tytułem “Zamknij się”.

No więc się zamknęłam. Napiłam się kilka łyków wody żeby troszkę ochłonąć bo ciśnienie delikatnie skoczyło mi w górę. Co innego kiedy wymyślam sobie w głowie jakieś swoje teorie i pozostają one jedynie w sferze fantazji mojego wybujałego umysłu, ale potwierdzenie ich w rzeczywistości, przez kogoś kto raczej nie buja w obłokach bywa lekko szokujące.

“Czyli jest coś na rzeczy. — myślałam. — Ciekawe z czym trafiłam. Czy policja podejrzewa kogoś z nas? “

— No widzisz. — powiedziała Magda, przerywając moje przemyślenia. — Jak zwykle szukasz afery gdzie jej nie ma. Gdyby było w tym coś podejrzanego, Marek by o tym wiedział od kolegi Rafała z policji. Przestań się tym już zajmować i lepiej zastanówmy się co kupimy Alicji na urodziny. Ma za dwa tygodnie. Może jakiś voucher do spa?…

— Tak, voucher może być. — odpowiedziałam automatycznie bo kompletnie nie mogłam się skupić. Słuchałam pomysłów Magdy i nie bardzo cokolwiek rejestrowałam bo cały czas miałam w głowie zachowanie Marka. Chciałam jak najszybciej z nim porozmawiać bo ciekawość zżerała mnie od środka. Stwierdziłam że raczej tutaj mi się nie uda i będę musiała do niego zadzwonić. “ Najlepiej późno wieczorem. “ — zadecydowałam. — “ Kiedy Magda i dzieci będą już spały. Marek i tak zawsze pracuje do późna. “

Podjąwszy decyzję, wspięłam się na wyżyny swoich możliwości jeżeli chodzi o skupienie na rozmowie i po ustaleniu z Magdą szczegółów dotyczących urodzin Alicji, pożegnałam się i pojechałam do domu.


***


— Halo?

— No halo. Sorry że tak późno ale chciałam porozmawiać jak już Magda będzie spała. Masz chwilę? — zapytałam.

— No mam… — odpowiedział bez entuzjazmu Marek.

— O co ci chodziło z tym wzrokiem? Mam rację, tak?? Policja podejrzewa kogoś z nas? Wlazł tam przez wasz ogródek? Skąd wiedział i po co i dlaczego nie chcesz rozmawiać przy Magdzie? — zasypywałam go pytaniami.

— Powoli.. — stopował mnie. — Po pierwsze i najważniejsze to nie jest rozmowa na telefon. A jeżeli chodzi o Magdę, to nie chcę żeby się denerwowała. Może tego po sobie nie pokazuje ale ta sytuacja mocno ją wyprowadziła z równowagi. Martwi się o dzieci.

— No jasne że się martwi! Każdy by się martwił… Ale dlaczego nie chcesz rozmawiać przez telefon? Myślisz że nas podsłuchują??? — zapytałam zaaferowana.

— Boże! — jęknął Marek wyraźnie poirytowany. — Ewelina, nie rozmawia się o takich rzeczach przez telefon.

— No dobra, nie potrzebuję DZISIAJ jakiś szczegółowych informacji, jak wyniki sekcji zwłok, ale powiedz mi chociaż w czym miałam rację? Podejrzewają kogoś z nas?…

— Nie wiem.

— A ty co myślisz?

— Wolę myśleć że nie.

— Boże! — jęknęłam poirytowana. — Z mojego kota więcej bym wyciągnęła! A ile siedział w tej szopie?

— Prawdopodobnie wlazł tam poprzedniej nocy.

— Przez wasz sad?

— Tak.

— A czy są jakieś ślady wskazujące że, ktoś przechodził przez działkę sąsiada od ulicy albo jakąś inną działkę?

— Nie. Nie w ostatnim czasie.

— O jaaa…


Rozdział drugi

Koniec końców impreza urodzinowa Alicji zamieniła się w imprezę niespodziankę. Po pierwsze dlatego, że Alicja nie mogła się zdecydować gdzie robić. Po drugie — kiedy, bo wiecznie komuś ze znajomych jakaś data lub miejsce nie odpowiadały. A po trzecie wiedziałyśmy, że nigdy imprezy niespodzianki nie miała. Dlatego cztery dni przed jej urodzinami postanowiłyśmy z dziewczynami na tajnej grupie messengerowej, utworzonej specjalnie pod to wydarzenie, że zajmiemy się tym same. Grupa pod nazwą “Urodziny Alicji” różniła się od naszej grupy “Gwiazdy” tylko brakiem solenizantki. Zresztą była to nasza powszechna praktyka przed urodzinami każdej z “Gwiazd”. Na takiej grupie można było w spokoju i mniej lub bardziej zgodnie ustalić rodzaj prezentu, wysokość składek, kto co kupi i tym podobne. Czasami do takiej grupy dodawane były koleżanki solenizantki, spoza naszego teamu, o ile oczywiście były to osoby w miarę zgodne i łatwe w obsłudze. W tym wypadku zrezygnowałyśmy z zapraszania prywatnych koleżanek Alicji do grupy, ponieważ to między nimi właśnie wybuchły nieporozumienia dotyczące daty i miejsca urodzin, więc ustalenie dogodnego dla wszystkich terminu byłoby niemożliwe. Postanowiłyśmy poinformować je o podjętej przez nas decyzji wysyłając zaproszenia drogą elektroniczną, unikając w ten sposób wielogodzinnych, bezproduktywnych rozmów i ewentualnych pretensji. Po dwóch dniach wszystko było gotowe. Zaproszenia wysłane, prezenty kupione. Alicja myślała, że przychodzi z mężem, do mnie i Zdziska na kolację, ponieważ nasi panowie mają do omówienia jakieś biznesy. Była to wymówka raczej słaba, bo mój Zdzisek widział jej męża może dwa razy na jakiś imprezach i raczej wiele wspólnych tematów nie mieli. Ale z tego co mówił Ryszard, mąż Alicji, kupiła tą bajeczkę.

Goście zostali zaproszeni na godzinę siedemnastą trzydzieści w piątek, z nakazem absolutnej punktualności, ponieważ Alicja i Ryszard mieli być na godzinę osiemnastą. Znając punktualność Alicji, wiedziałam, że wcześniej niż osiemnasta trzydzieści nie ma co się ich spodziewać, więc będziemy mieli co najmniej godzinę na ostatnie szlify. Mieszkanie i taras posprzątałam dzień wcześniej z pomocą nieocenionej pani Marysi, która przychodziła do nas co kilka tygodni żeby posprzątać wszystkie zakamarki na które ja nie miałam czasu podczas “normalnych” porządków.

Chwilę przed siedemnastą przyjechał catering z przekąskami, na który się zdecydowałyśmy w ramach oszczędności czasu i energii. Zamówiłam go w restauracji swoich znajomych, którzy dali mi bardzo hojną zniżkę, więc finansowo też nam się to opłaciło. Kiedy pierwsi goście zaczęli się schodzić wszystko było prawie gotowe. Zostały mi tylko do zapalenia świeczki w całym domu, czyli jakieś piętnaście minut pracy jak stwierdził Zdzisek, wyśmiewając moją obsesję na punkcie świeczek w każdym pomieszczeniu i liczbie przekraczającej zdrowy rozsądek.

Pierwsze przyszły Magda i Weronika z butelką Prosecco w rękach, tortem który odebrały po drodze z naszej ulubionej cukierni i dużą reklamówką z której prawie wysypywały się chipsy.

— O widzę że dzisiaj lajtowo. — stwierdziłam wskazując głową na butelkę i odbierając od nich tort.

— Pod chipsami jest jeszcze jedna. — odpowiedziała Weronika puszczając do mnie oko i podając reklamówkę.

— Rozumiem. — zaśmiałam się. — Czyli przyjechałyście taxi? Śpisz dziś u Magdy? — zapytałam Weronikę, która ku swojemu niezadowoleniu często przyjeżdżała na nasze imprezy samochodem ponieważ mieszkała za Krakowem i dojazd tam taksówką mógł być bardzo bolesny dla portfela.

— Tak. I to bez dzieci i chłopa. — powiedziała głosem tak szczęśliwym że aż wybuchnęłyśmy z Magdą śmiechem.

— A Marek? — zapytałam Magdę.

— Musi pracować. — odpowiedziała idąc za mną do salonu a później do kuchni. — A poza tym chyba chciał uniknąć pytań związanych z naszą ostatnią imprezą. Rozniosło się już po całym Krakowie i nagle dzwonią do nas ludzie którzy nie odzywali się nawet po kilkanaście lat. Oddają rzeczy które kiedyś pożyczyli na wieczne nieoddanie, przypominają sobie że mieliśmy się spotkać… A PRZY OKAZJI chcieli zapytać co tam u nas ostatnio się wydarzyło…

— Jesteście popularni. — zaśmiałam się.

— Tak, zawsze marzyłam o takiej popularności… Ale plus jest taki, że odzyskałam masę ciuchów i misek z różnych imprez, a Marek stojak do aparatu, starą kosiarkę i jakieś tam rzeczy dj-skie z których cieszy się jak dziecko, bo nie pamiętał komu pożyczył.

Przerwał nam dzwonek od domofonu więc poszłam otworzyć. Za chwilę pojawiła się w drzwiach Natalia ze swoim nowym chłopakiem, którego imienia oczywiście nie zapamiętałam ( chyba Waldek ) ponieważ cierpię na jakąś chroniczną niezdolność do zapamiętywania imion nowo poznanych ludzi. Zaraz za nimi Ania, a na koniec Sabinka, jedyna koleżanka Alicji której termin odpowiadał, z mężem, chyba Marcinem… ( widziałam go zaledwie cztery razy…)

Kiedy wszyscy zajęci byli robieniem sobie drinków i innych koktajli, ja dokończyłam zapalanie świeczek w całym domu i na tarasie. Wróciłam do gości i w tym momencie zadzwonił domofon. Nastąpiła ogólna panika ponieważ okazało się, że nie zdążyliśmy jeszcze wymyślić żadnego planu działania. W czasie gdy całe towarzystwo zajęte było raczej głośnym ustalaniem gdzie się schować, kiedy krzyczeć “surprise” i równoczesnym uciszaniem się nawzajem, wyjęłam tort z lodówki, zapaliłam szybko świeczki i wcisnęłam go w ręce stojącej najbliżej Natalii. Natalia się chyba tego kompletnie nie spodziewała ponieważ stała jak słup soli patrząc to na mnie to na tort. Złapałam ją więc za ramiona i wepchnęłam głębiej do kuchni. Weronika z Magdą zamknęły się w łazience, Sabinka z mężem dołączyli do Natalii, Ania i “chyba Waldek” popędzili do biura ciągnąc za sobą Zdziska, którego w ostatnim momencie złapałam za rękę, bo zdałam sobie sprawę że on tu przecież powinien być. Do niego też chyba to wtedy dotarło, bo zatrzymał się pośrodku holu po czym nie bardzo wiedząc co ma robić położył ręce na biodrach i stał tak próbując wyglądać naturalnie. Przechodząc koło niego w kierunku drzwi do których dzwonek właśnie zadzwonił, teatralnie wywróciłam oczami i pokręciłam głową dając tym wyraz podziwu jego zdolnościom aktorskim.

— No co?… — zapytał z wyrzutem, po czym podszedł do ściany i oparł się o nią jedną ręką, drugą nadal trzymając na biodrze. Aż mi jęknęło wszystko w środku.

— Cześć, zapraszam. — powiedziałam równie naturalnie otwierając drzwi.

— Hej kochana — odpowiedziała Alicja wchodząc i całując mnie w policzek. — Dziękujemy za zaproszenie.

— Tak, dziękujemy. — dodał Rysiek witając się ze mną i niby konspiracyjnie mrugając okiem otwierając przy tym szeroko usta.

“ Boże mój …” — pomyślałam podłamana — “Same oskarowe role.” Alicja na szczęście w tym momencie próbowała powiesić marynarkę na wieszaku pełnym odzieży wierzchniej pochowanych po całym domu gości, więc chyba tego nie zauważyła. “ Dobrze, że nie kazałam ludziom ściągać butów, bo szlag by trafił niespodziankę w pierwszych sekundach. “ — myślałam prowadząc ich korytarzem w kierunku salonu i besztając się w duchu za te swetry i marynarki na wieszaku. Jednak jak tylko dotarliśmy do salonu problem wieszaka zmalał do zera kiedy zobaczyłam stół w jadalni pełny szklanek i kieliszków pochowanych gości, a na kanapie w salonie Zdziska czytającego gazetę. “ No fajki mu tylko brakuje! Skąd on na miłość boską wytrzasnął gazetę?? “ — pomyślałam czując jak ciśnienie uderza mi do głowy. Na szczęście w tym samym momencie drzwi do łazienki się otworzyły i wypadły z nich Magda z Weroniką drąc się wniebogłosy — “Surprise”!! ! Prawie w tym samym momencie z kuchni wyskoczyła Natalia z tortem w rękach i Sabinka z mężem krzycząc to samo, a zaraz po nich z biura wypadła Ania i “chyba Waldek” krzyczący “Niespodzianka”!

Alicja wyglądała na zaskoczoną, a nawet jeżeli nie była, to świetnie udawała. Nastąpiło małe zamieszanie, ktoś zaintonował tradycyjnie “sto lat”. Potem przy okrzykach “pomyśl życzenie” zdmuchnęła świeczki i zaczęła się ze wszystkimi witać i przyjmować prezenty. Kiedy wreszcie została posadzona na honorowym miejscu za stołem, z drinkiem w ręce i zaczęła rozpakowywać prezenty, ja zabrałam tort do kuchni. Postawiłam go na blacie wyspy oddzielającej salon z jadalnią od kuchni i krojąc, kątem oka obserwowałam całe towarzystwo które rozsiadło się za stołem. Normalnie był on przeznaczony dla sześciu osób, ale po rozsunięciu spokojnie mieściło się dziesięć, a i dwanaście też by się upchnęło. Była to nasza duma i projekt własny, nad którym spędziliśmy trochę czasu. Zresztą większość mebli robiliśmy na zamówienie i według własnych pomysłów, ponieważ nie mogliśmy znaleźć w sklepach nic co by nam odpowiadało, a jak już znaleźliśmy, to cena zwalała nas z nóg. Przy okazji meblowania mieszkania okazało się, ku mojemu zaskoczeniu, że mamy ze Zdziskiem prawie identyczny gust i w tym temacie rozumieliśmy się bez słów. Z ogromnym zdziwieniem odkryłam, że istnieją mężczyźni którzy lepiej znają się na kolorach niż ja, są nawet bardziej upierdliwi w kwestii szczegółów niż ja i podpisują z wykonawcami umowy na najdrobniejszą nawet rzecz, czego ja nigdy nie robię, dzięki czemu uniknęliśmy kilkakrotnie dużych problemów. Tak sobie rozmyślając o zaletach bycia z mężczyzną który w przeciwieństwie do mnie twardo stąpa po ziemi, pokroiłam tort, przełożyłam na talerzyki i zaczęłam je podawać Ani, która pojawiła się w kuchni oferując pomoc.

— Chyba się udało. — szepnęła zadowolona. — Alicja wyglądała na zaskoczoną.

— Też mi się tak wydaje. — powiedziałam biorąc widelczyki do ciasta i idąc za nią do gości.

*

Impreza trwała w najlepsze. Wstawiłam właśnie do pieca lasagne żeby ją podgrzać i włączyłam zmywarkę która już zdążyła się zapełnić. Rozejrzałam się czy wszyscy mają coś do picia i zauważyłam że Magdzie siedzącej na sofie z Ryszardem, mężem Alicji, kończy się prosecco. Wyjęłam z lodówki butelkę, oceniłam że na jeszcze jeden kieliszek wystarczy i poszłam jej dolać.

— Dziękuję ci kochana. — powiedziała Magda podstawiając mi kieliszek i dyskretnie wzrokiem dając znać żebym ją ratowała. Usiadłam wobec tego koło nich, odstawiając pustą butelkę na stolik kawowy.

— Jak się bawicie? — zagadnęłam obydwoje.

— Świetnie. — odpowiedział Rysiek lekko podchmielonym głosem. — Rozmawiamy sobie o kluczach… Bo ostatnio… eee… zacząłem zbierać i interesuje mnie ten temat..

— Tak, bardzo ciekawy temat. — dodała Magda głosem wskazującym, że kompletnie ją ta rozmowa nie interesuje. — Rysiek dopytuje mnie o naszyjnik z kluczem który od ciebie dostałam. Ten, który sama zrobiłaś jak miałaś zajawkę na robienie biżuterii akurat. — powiedziała z uśmiechem szczerząc zęby, na co pokazałam jej język. Wiedziałam że nabija się z moich krótkotrwałych acz intensywnych fascynacji różnego rodzaju zajęciami. A było ich całe mnóstwo. Robienie biżuterii, tapicerowanie, szycie, malowanie, szydełkowanie, żywica epoksydowa itd, itd. Nic sobie absolutnie nie robiłam z jej docinków, jak i postękiwań Zdziska, żebym może zdecydowała się na jedno hobby, bo szkoda pieniędzy i miejsca na przechowywanie tych wszystkich badziewi. U mnie takiej możliwości nie było. Fascynowało mnie wszystko co związane było z kreatywnością i wszystkiego chciałam spróbować. Jedyny minus może był taki, że do każdego nowego zajęcia kupowałam pełne wyposażenie i półprodukty potrzebne do produkcji, które często nie były tanie i zajmowały sporo miejsca.

— Tak, właśnie. — kontynuował Ryszard. — Podobno ten klucz był bardzo ciekawy i stary więc chciałem go zobaczyć ale eeee… Magda nie może go znaleźć.

— Mówiłam ci już ostatnio, że nie wiem dokładnie gdzie jest. Ewelina dała mi go po kolacji na której razem byłyśmy, bo mi się spodobał. A ja go chyba wyniosłam z resztą biżuterii do garażu w czasie malowania sypialni i teraz nie mam pojęcia w którym jest kartonie. Jak zabiorę się wreszcie za porządki w garażu to pewnie go znajdę. — odpowiedziała wyraźnie już poirytowana Magda.

— Może uda ci się wreszcie w tym roku. — powiedziałam z niewinnym uśmiechem wiedząc, że jest chora na myśl segregowania rzeczy które się tam uzbierały przez lata.

— Tak. A ty mi w tym pomożesz. — powiedziała do mnie z szerokim uśmiechem. — Ponieważ sporo rzeczy tam jest twoich, których nie miałaś czasu zabrać. Jeszcze po przeprowadzce z Michałowic.

— Ależ ja ci je wszystkie dałam w prezencie. — droczyłam się z nią. — Zresztą mogę ci pomóc. Chętnie zobaczę jakie skarby skrywa twój garaż. Może znajdziemy nasze stare zdjęcia! — zawołałam podekscytowana.

— Zdjęć z czasów naszej młodości wolałabym nie znajdować. Ale może uda się znaleźć naszyjnik z kluczem który tak fascynuje Ryśka.

— Taaaak… — wybełkotał pociągając kolejny łyk drinka.

Popatrzyłyśmy na siebie znacząco.

— Kochana, czy możesz pomóc mi z jedzeniem? — zapytałam Magdę.

— Oczywiście — odpowiedziała szybko, wstając.

— Natomiast jeżeli chodzi o naszyjnik to, z tego co pamiętam, nie ty go masz tylko jest u mnie. Jak pomagałam wynosić ci rzeczy przed malowaniem to go wzięłam, bo szłam na imprezę w tej turkusowej sukience i stwierdziłam że będzie mi pasował. Pożyczyłam też kilka innych. Pamiętasz?

— Tak… — zaczęła Magda — Było coś takiego… Faktycznie! Dałaś mi go po czym pożyczyłaś i nie oddałaś!

Już miałam jej coś odpowiedzieć ale nie zdążyłam, ponieważ Ryszard nagle złapał mnie za rękę. Zrobił to z taką gwałtownością, że o mało nie wypadła mi trzymana w niej pusta butelka po prosecco, którą miałam zamiar wyrzucić do śmieci.

— Ty masz ten klucz?! — wychrypiał jakby już trzeźwiejszy.

— Tak mi się wydaje… — odpowiedziałam niepewnie zaskoczona jego zachowaniem.

— Byłbym ci wdzięczny gdybyś mi go pokazała. — powiedział puszczając moją rękę.

— Poszukam go ale na pewno nie dzisiaj. Dam ci znac jak go znajdę — powiedziałam odwracając się i idąc do kuchni.

— Niektórzy nie powinni pić alkoholu. — stwierdziła cicho Magda podchodząc do mnie i biorąc rękawice kuchenne leżące na blacie, żeby sprawdzić lasagne. — Akurat dzisiaj musiał przypomnieć sobie znowu o tym kluczu.

— Jak to znowu? — zapytałam.

— No już drugi raz mnie o niego męczy. Przyjechał po coś do Marka, jak akurat byłaś w Londynie ostatnio i gadał coś, że zobaczył go na naszym wspólnym zdjęciu jak byłyśmy na kolacji i że ty go miałaś na szyi, ale wie od ciebie że mi go dałaś i takie tam…

— No tak! — przerwałam jej — Faktycznie było coś takiego. Całkiem o tym zapomniałam! Jakiś czas temu pojechałam do Alicji po palmę, którą chciała wyrzucić bo nie miała na nią już miejsca, a mi mega pasowała do sypialni. Był Rysiek i nie wiem w sumie dlaczego oglądaliśmy jakieś zdjęcia na facebook-u. Przy tym z naszej babskiej kolacji, zagadnął że mam fajny naszyjnik. I chyba wtedy powiedziałam że bardzo ci się spodobał i ci go dałam…. Mogłam zapomnieć dodać, że potem go od ciebie pożyczyłam. Co on się na niego tak uwziął?

— Zawsze był dziwny. A dziś jeszcze jest podpity. — stwierdziła Magda krojąc lasagne. — A skąd ty właściwie masz ten klucz?

Mało nie upuściłam talerzy które miałam właśnie jej podać, bo uświadomiłam sobie skąd mam ten klucz i w jakich okolicznościach trafił w moje ręce.

— Halo, tu ziemia. — powiedziała Magda wyciągając rękę po talerz. — Wszystko ok? Bo wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha.

— Zobaczyłam właśnie. — powiedziałam zszokowana. — To był klucz Racheli.

— Twojej zamordowanej szefowej???

— Tak.

Rozdział trzeci

Dwa lata wcześniej. Lipiec. Londyn.


Przez niejasne odmęty świadomości, usłyszałam coś na podobieństwo zbliżającego się pociągu. Skąd ten pociąg? Rozejrzałam się po ukwieconej łące z dziwnym uczuciem, że coś się tu nie zgadza. Narastający rumor coraz bardziej mnie niepokoił, słońce dziwnie zaczęło się chybotać i ten nagły trzask jakieś parę metrów od mojej głowy spowodował, że serce podskoczyło mi do gardła. Obudziłam się.

Nade mną, w otwartych drzwiach stała Kamila ciężko dysząc. Oczy prawie wychodziły jej z orbit i patrzyła na mnie w jakimś potępieńczym szale. Włosy miała w nieładzie, a z ust wydobywał jej się dźwięk na podobieństwo mojej starej wyciskarki do owoców. Wyrwana tak brutalnie z objęcia Morfeusza, próbowałam zrozumieć ten dziwny dźwięk wydobywający się z jej gardła:

— Zaje..na…, zaje...na… — dyszała mi nad głową.

— Kamila na miłość boską, nie wiem. Poczekaj aż stara się obudzi i ją zapytaj. — odparłam lekko zirytowana przekręcając się na drugi bok żeby jeszcze pospać.

— Za je ba na! — wrzasnęła mi nad uchem.

Tego już było dla mnie za wiele. Wiedziałam że jest dość ekscentryczna, zdążyłam ją już porządnie poznać przez prawie rok czasu i akurat to u niej bardzo lubiałam, natomiast nigdy nie przejawiała nawet odrobiny braku elementarnych zasad dobrego wychowania. Przynajmniej w stosunku do mnie!

— Kamila — odpowiedziałam siląc się na spokój — Ja też w weekend byłam zajebana robotą. Dziwi mnie, że się dziwisz. Rachela zawsze wymyśla jakieś dodatkowe zadania.

— Za-je-ba-na stara…. — wyszeptała z tym samym dziwnym wyrazem twarzy i oczami wychodzących z orbit.

— Wiem stara, wiem. Trochę za długo wczoraj siedziałyśmy. — powiedziałam już bardziej ugodowo, jednak w duchu przysięgając sobie że trzeba jednak wyluzować z naszymi nocnymi posiadówkami na dachu.

Nagle Kamila jakby się ocknęła, dopadła do mnie, złapała mnie za ramiona z siłą o którą jej nie podejrzewałam i wysyczała mi w twarz:

— STARA! STARA!!!! NASZA STARA!!! Leży w pralni!!! Zajebana!

Nie wiem czy to przez zdecydowanie zbyt krótki czas snu, czy przez to, że zostałam z niego tak brutalnie wyrwana, ale znaczenie jej słów docierało do mnie bardzo powoli. Proces myślowy w trakcie którego Kamila cały czas stała nade mną trzymając mnie za ramiona, przebiegał mniej więcej tak: Stara (jak zdrobniale nazywałyśmy Rachele) — nasza pracodawczyni, najbardziej nienormalna osoba jaką znam, totalnie nieprzewidywalna kobieta, leży pijana w pralni. Nie! To niemożliwe, wszystko tylko nie pijana… Przecież ona nie pije nic poza wodą z cytryną i imbirem. Więc może ktoś ją spoił na siłę? Ale po co i jak? Żeby ośmieszyć? To nie w domu; rozumiem że na jakimś przyjęciu i wśród ludzi… W domu nie trzeba jej na siłę ośmieszać, robi to cudownie sama… Nie, nie, coś tu nie gra. A może ona nie jest pijana, tylko zemdlała. Kamila zobaczyła ją leżącą i z racji niewyspania i przemęczenia uznała, całkiem nieprawdopodobnie, że stara spędziła wczorajszy wieczór oddając się orgii alkoholowej w czeluściach swojego pokoju. Udając się po kolejną flaszkę do piwniczki męża, nagle się zmęczyła i padła. Oczywiście, że to nie może być to. Jedynym logicznym wytłumaczeniem dla mnie było to, że z jakiegoś powodu Stara straciła przytomność. Powodów mogło być wiele i każdy prawdopodobny. Permanentne niedożywienie wynikające z odżywiania się obierkami i sałatą, atak apopleksji wynikający z jakiegoś mojego wczorajszego niedopatrzenia (być może zauważyła że jabłka w lodówce przełożone są tylko jedną warstwą papieru) lub wypadek natury grawitacyjnej. Może spadła z jakiegoś stołka wspinając się do swojej półki ścisłego zarachowania żeby policzyć słoiki orzechów makadamia? Tak. To są teorie w miarę prawdopodobne…

Kamila przez cały ten czas kiedy wykonywałam ten logiczny proces myślowy, co nie trwało w końcu aż tak długo, stała w totalnym bezruchu, chyba nawet nie mrugając. Dopiero na moje pytanie czy nie widziała tam stołeczka bo na pewno nie uwierzę że Stara jest pijana, nastąpiło coś na zasadzie nagłego wstrzymania oddechu, zamrugania i jako takiego powrotu do rzeczywistości.

— Jakiego kuźwa stołeczka?!? — zawyła, łapiąc się za głowę. — Ewelina! Czy Ty rozumiesz co ja do ciebie mówię kobieto?!? Stara leży na podłodze w pralni! Zajebana! Zakatrupiona! Zabita! Zaciukana!!!! Z nożem w plecach! We krwiiiiiiiii!!!! Ostatnie słowo wykwiczała mi prosto w nos. Skojarzenie ze świnią było tak uderzające, że parsknęłam śmiechem, ale już w następnej sekundzie dotarło do mnie znaczenie jej poprzednich słów. Wyskoczyłam z łóżka jak rażona gromem. W pośpiechu ubrałam wczorajszy uniform leżący na podłodze, odruchowo złapałam za telefon i popędziłam stromymi schodami na sam dół. Nie wiem jakim cudem nie skręciłam sobie karku. Za mną dudniły kroki Kamili.

Przed samym zejściem do kuchni trochę wyhamowałam powstrzymana delikatnie wizją rodzącą się w mojej głowie co do tego co zobaczę. Nigdy przecież nie widziałam trupa, a co dopiero trupa kogoś kogo znam! Biegnąca za mną Kamila nie przewidziawszy zmiany tępa i poruszająca się wciąż z tą samą prędkością, wpadła na mnie z siłą małej lokomotywy taranując mnie swoim obfitym biustem. I zapewne udałoby mi się jeszcze uratować sytuację, gdyby nie to, że potknęłam się na ostatnim stopniu, nie zdążyłam złożyć w zakręt i wpadłam wprost na stojący u podnóża schodów rzeźbiony podest na którym ustawiony był porcelanowy wazon. Próbując się ratować i czegoś podtrzymać złapałam za górną krawędź podestu pociągając go za sobą. Jak w zwolnionym tempie widziałam ukochany wazon Starej który leci na niechybne spotkanie z marmurową podłogą. Desperacko wyciągnęłam rękę żeby uratować antyczne dzieło sztuki ale nie zdążyłam. Niesamowity huk rozniósł się po całym domu.

— O ja pier…! — usłyszałam przerażony jęk tuż nad głową — Stara nas zabije…

Próbując wydostać się spod leżącej na mnie Kamili ogarnęłam wzrokiem pobojowisko na podłodze. Ohydny, podobno ręcznie malowany i bardzo drogi ulubiony wazon naszej znienawidzonej pracodawczyni, walał się potłuczony na drobne kawałeczki u naszych stóp a raczej leżących ciał. Spojrzałyśmy na siebie w przerażeniu i w następnej sekundzie biegłam już do kuchni po zmiotkę a Kamila w panice zaczęła zbierać co większe kawałki. Całkowicie zapomniałyśmy dlaczego w ogóle znalazłyśmy się na dole. Dla osoby postronnej nasze zachowanie mogło wydawać się co najmniej dziwne, ale nie dla kogoś kto znał Rachelę. Zamiatając skorupki słuchałam jęków przerażonej Kamili.

— Może da się posklejać? — wyszeptała.

— Jak posklejać? Przecież to drobny mak. — powiedziałam wskazując głową na szufelkę.

— O mój Boże! — jęczała dalej Kamila biegnąc do kuchni. Cisnęła skorupy do kosza i wróciła. — Jeszcze się przecięłam! — podetknęła mi zakrwawiony palec pod nos.

— Idź to zdezynfekuj i zaklej, a ja tu skończę.

Kamila posłusznie pobiegła do małej łazienki pod schodami. Wróciła akurat kiedy wysypywałam resztki skorup do kosza. Pomogła mi podnieść ciężki podest na którym stał wazon. Z ulgą stwierdziłyśmy że tylko jeden róg się trochę obił więc obróciłyśmy go tak żeby nie było widać. Popatrzyłyśmy na siebie i wtedy do nas dotarło dlaczego tak naprawdę znalazłyśmy się na dole. Równocześnie spojrzałyśmy na wielki salon, na którego końcu znajdowało się wejście do pomieszczeń gospodarczych. Zrobiło mi się trochę słabo na samą myśl, że muszę tam wejść. Moja bujna wyobraźnia podsuwała mi makabryczne obrazy których mogę się spodziewać. Krew, wnętrzności, części ciała… Zrobiło mi się nie dobrze. W duchu przeklęłam wszystkie filmy i książki z morderstwem w tle w których się lubowałam. Otrząsnęłam się z tych myśli i ruszyłam do pralni. Kamila za mną.

Pomieszczenia gospodarcze był to wielki pokój poprzedzielany ściankami działowymi. Z salonu przez ukryte w ścianie drzwi wchodziło się do pralni gdzie stały pralki i suszarki oraz lodówka i zamrażarka Starej, z których to nikt nie miał prawa korzystać oprócz niej (czasami pozwalała synowi coś użyć, córka i tak jadała tylko smażony na oleju kokosowym — jarmuż, którego kilogramy zawsze były w ogólnodostępnej lodówce w kuchni). Po lewej stronie było wejście do pomieszczenia gdzie były bojlery i z racji tego, że było tam zawsze gorąco na rurkach od wody biegnących pod sufitem wisiały wiecznie ubrania do suszenia. Te które według Racheli nie nadawały się do suszenia w suszarkach bębnowych. Między innymi nasze uniformy do pracy — czarne spodnie i tuniki. Po prawej stronie były rzędy półek na których stały słoiki i słoiczki z różnymi wynalazkami Racheli typu kiszonki, octy, moczone orzechy itp. Tuż przed półkami było wejście do zamykanej na klucz piwniczki ze srebrami, porcelaną i winami, do której klucz musiała mieć ta z nas, która akurat była na zmianie. Kategorycznie zabronione było dawanie klucza dzieciom, tak samo zresztą jak kluczy do drzwi wejściowych. Syn i córka, pomimo pełnoletności, uznawani byli przez Rachelę za jednostki skrajnie nieodpowiedzialne i nie godne zaufania. Myślę, że tak naprawdę chodziło o ich pełną kontrolę, na punkcie której nasza szefowa miała absolutną obsesję. Gdyby mogła, zapewne odebrała by klucze również mężowi.

Rachela leżała tuż przed drzwiami do piwniczki twarzą do ziemi. Rozrzucone blond włosy były zakrwawione. Ubrana była we wczorajszy dres więc od razu przyszło mi na myśl, że musi leżeć tu od wczoraj. Popatrzyłam na Kamilę która stała nad nią z nieodgadnioną twarzą.

— Może żyje? — powiedziałam nie pewnie.

Kamila spojrzał na mnie z powątpiewaniem. Sprawdź — powiedziała.

— Ja??? Nie znam się na tym.

— Ja też nie. Zresztą to ty jesteś znawczynią.

— To że lubię książki detektywistyczne nie robi ze mnie eksperta medycyny. — odparłam. — Ty sprawdź.

Kamila delikatnie trąciła stopą nogę Starej.

— Tak??? — spytałam lekko oburzona — Bardzo wdzięcznie moja droga. Może trochę szacunku…

— Przecież to Ona!

— Ale chyba nie żywa więc wypada się jakoś zachowywać.

— To się zachowuj, tylko sprawdź czy na pewno nie żyje bo inaczej mamy przesrane przez ten wazon.

Z lekkim obrzydzeniem pochyliłam się żeby odgarnąć włosy i sprawdzić tętno. Delikatnie przyłożyłam dwa palce do szyi, ale zimno jej skóry aż mnie zelektryzowało więc czym prędzej się odsunęłam.

— Na pewno nie żyje. — powiedziałam. — Trzeba zadzwonić na policję.

Odwróciłam się na pięcie i pognałam do telefonu. Wykręciłam 112 i starając się mówić jak najskładniej opisałam sytuacje. Odłożyłam słuchawkę i już miałam lecieć z powrotem do Kamili kiedy uświadomiłam sobie, że nie wiem gdzie jest moja komórka. Pamiętałam dokładnie, że zbiegając na dół miałam ja na pewno w ręce ponieważ przeszkadzała mi trzymać się poręczy i przekładając ją do drugiej ręki o mało jej nie upuściłam.

Rozejrzałam się po kuchni ale nigdzie jej nie widziałam. Próbowałam sobie przypomnieć kiedy ostatni raz miałam ją w ręce i co po kolei się wydarzyło. Leciałyśmy jak opętane na dół po schodach — miałam ją w dłoni, potem upadek i zbieranie skorup po wątpliwej urody ukochanym wazonie Starej — wtedy już jej nie miałam. Albo gdzieś odłożyłam, albo mi wypadła z ręki kiedy pokonywała mnie grawitacja. Obeszłam wyspę i dokładnie przyjrzałam się każdej powierzchni płaskiej na którą mogłam odłożyć telefon zanim zabrałam się do zamiatania dowodów naszej zbrodni. Zajrzałam nawet do szafki w której leżała szufelka ze szczotką i do szuflady z której wyciągnęłam worek na śmieci. Nigdzie jej nie było więc jedynym logicznym rozwiązaniem pozostawała opcja, że wypadła mi z ręki. Podeszłam do schodów, odwróciłam się w stronę kuchni i kucnęłam. Kuchnia i salon były ogromne więc nawet jeżeli siła rozpędu z jaką wypuściłam go z rąk była duża, powinien leżeć gdzieś na środku podłogi i ewidentnie rzucać się w oczy na białych płytkach. Ponieważ się nie rzucał jedynym logicznym rozwiązaniem jego pobytu była wnęka pod wyspą. Często zastanawiałyśmy się z Kamilą jakim to inteligentnym tłumaczeniem wykazał by się architekt który zaprojektował to ustrojstwo. Wyspa znajdująca się pośrodku kuchni była wielka i faktycznie bardzo praktyczna ponieważ w całości pełniła funkcję blatu roboczego z kranem i zlewem w jednym rogu. Pod blatem znajdowały się przydatne półki i szuflady, a także wysuwany kosz na śmieci który można było otworzyć kolanem nie brudząc przy tym białych frontów jeżeli akurat miało się uwalane czymś ręce. Ale po co na miłość boską zostawiać było kilku centymetrową szparę przy podłodze, zamiast zrobić fronty do samej ziemi? Szpara była na jakieś dwadzieścia centymetrów w głąb dookoła wyspy i nóżkami w każdym z rogów, plus jeden po środku każdego boku. Nie było chyba dnia żeby ktoś pracujący przy wyspie nie zahaczył o którąś z nóżek, bądź nie ubił sobie palca jeżeli akurat miał pecha być a klapkach lub nie daj boże na boso. Oczywiście sprzątanie też było utrudnione ponieważ szpara była na tyle niska, że nie dostawało się do końca mopem.

Pewna, że mój telefon spoczywa właśnie w czeluściach pod wyspą, uzbrojona w długą drewnianą łyżkę zaczęłam grzebać drugą jej stroną w szparze. Tak jak się spodziewałam i prawie dokładnie w tym miejscu którym się spodziewałam trafiłam na opór. Eleganckim ślizgiem wydostałam go na światło dzienne. Ku mojemu zaskoczeniu równie eleganckim ślizgiem wydostał się klucz, który jak pomyślałam musiał mi wypaść z kieszeni. Schowałam go więc razem z telefonem i poszłam wstawić wodę na herbatę.

Policja przyjechała bardzo szybko. Ledwo zdążyłam zaparzyć ziółka na uspokojenie których podejrzewałam, że zaraz będę potrzebować zarówno ja jak i Kamila. Kamila pobiegła na górę otworzyć, a ja z kubkiem siadłam za wielką wyspą pośrodku kuchni próbując pozbierać myśli. Kiedy weszli tylko kiwnęłam głową w stronę pralni. Kolejną godzinę pamiętam jak przez mgłę. Coraz więcej ludzi kręcących się po domu, pytania, zamieszanie. Kiedyś myślałam, że gdybym znalazła się w takiej sytuacji panikowała bym i histeryzowała, ale byłam dziwnie spokojna. Cała ta sytuacja była tak nierealna, że mój mózg nie przyjmował chyba tego za prawdę. Po wstępnych pytaniach dotyczących okoliczności i tego czy nie potrzebujemy psychologa lub pomocy medycznej, zostałyśmy poproszone o udanie się do swoich pokoi i czekanie aż ktoś do nas przyjdzie. Siedziałyśmy więc w moim pokoju na podłodze i paliłyśmy papierosa za papierosem co było oczywiście kategorycznie zakazane, ale w tej sytuacji nawet się tym nie przejmowałyśmy. Akurat dzień wcześniej postanowiłam, że od dzisiaj rzucam, ale w tych okolicznościach zdrowie moich płuc zeszło na drugi plan.

— Ewelina… — wyszeptała nagle zdenerwowana Kamila. — A jak nas będą podejrzewać?

— No co ty. — powiedziałam uspokajająco. — W dzisiejszych czasach na pewno potrafią ustalić kto to zrobił a kto nie…

Jednak zaraz jak to powiedziałam delikatny niepokój wkradł się w moje serce. Tyle się przecież słyszy o kozłach ofiarnych niesłusznie skazanych żeby policja mogła się wykazać szybkim wynikiem, zwłaszcza w sprawach medialnych. A była to na pewno sprawa medialna! Żona byłego ministra Wielkiej Brytanii, obecnego parlamentarzysty … Ja pierdzielę! Ale wdepnęłyśmy! To że nie pałałyśmy do niej uczuciami ciepłymi, a wręcz przeciwnie, wiedział każdy z moich bliższych i dalszych znajomych z którymi kiedykolwiek rozmawiałam o swojej pracy. Nie! Bez jaj! Otrząsnęłam się z ponurych myśli. Za dużo filmów oglądam.

— Ciekawe czy dzieci już wiedzą? — zastanawiałam się na głos. — I Joachim.

— Telefon do Joachima wzięli ode mnie zaraz po przyjściu więc on pewnie wie, ale dzieciom to chyba nie będzie chciał mówić przez telefon…

— Pewnie że lepiej by było osobiście, ale zanim tu dotrą ze szkół to prędzej dowiedzą się z telewizji albo jakiegoś portalu. Pewnie pod domem już kręcą się jacyś dziennikarze. — stwierdziłam.

— Myślisz? — zdziwiła się Kamila — A skąd by wiedzieli?

— Mają informatorów w policji. Zawsze przecież są mega szybko na miejscach zbrodni a co dopiero jak zginie ktoś znany.

— Skąd wiesz że mają informatorów? — dopytywała Kamila.

— No z książek i z filmów.

— Boże! Ty i te twoje kryminały! — zirytowała się Kamila przeglądając coś w telefonie. — Tylko się nie przyznawaj policji że masz takiego hopla na tym punkcie bo będziesz pierwszą podejrzaną.

— Wcale nie mam hopla tylko po prostu lubię. — oburzyłam się. — Jedni lubią modę, inni tenisa czy coś, a ja lubię zagadki detektywistyczne. Zastanówmy się więc nad motywem…

— Poważnie? Może zostawmy to policji?

— Nie jesteś ciekawa?

— Niezbyt.

— Ale ja jestem i lepiej mi się myśli jak do kogoś gadam. Więc po kolei. Co najczęściej jest motywem zbrodni? Pieniądze, zemsta, miłość lub chęć zatuszowania innego przestępstwa.

— Miłość możemy tu wykluczyć. — powiedziała Kamila z przekąsem.

— Miłość czyli zaangażowanie emocjonalne. — pouczyłam ją. — To może być zazdrość na przykład, albo chęć pozbycia się Racheli przez męża lub jego kochankę żeby mogli być razem.

— Nie prościej się rozwieść? — zapytała Kamila.

— Może się nie dało. Może Rachela nie chciała dać Joachimowi rozwodu, albo on chciał się rozwieść z powodów politycznych lub finansowych. Nie znamy ich sytuacji. Może mieli podpisaną intercyzę i w razie rozwodu straciłby wielki majątek. A może bał się, że gdyby zażądał rozwodu a ona odkryła romans, puściła by go z torbami?…

— Dużo tych może.

— A będzie jeszcze więcej.

— O Boże, jaka nuda… — powiedziała Kamila kładąc się na podłodze i podkładając sobie pod głowę jedną z ozdobnych poduszek którymi zawalony był pokój. — Poważnie myślisz, że Joachim byłby zdolny do morderstwa?

— Nie wiem czy byłby zdolny. Nie wygląda na takiego. Ale statystycznie siedemdziesiąt procent zabójstw to małżonek. Jak nie on, to mogła być to jego kochanka która dosyć miała czekania na rozwód. Wcale bym mu się nie dziwiła że odwlekał. Strach było jej powiedzieć że awokado się zepsuło w misce żeby nie ześwirowała, a co dopiero o rozwodzie.

— Czyli uważasz, że miał kochankę? On? — zapytała z niedowierzaniem w głosie Kamila.

— Nie uważam, ale chcę rozpatrzyć wszystkie możliwości. — kontynuowałam. — Przy motywie związanym z miłością można by jeszcze rozważyć zaangażowanie emocjonalne z jej strony. Czyli ona miała kochanka na przykład, zerwała z nim i on ją zabił z zazdrości.

Kamila spojrzała na mnie wzrokiem wyrażającym powątpiewanie i postukała się w czoło.

— No dobra, tą wersję odrzucamy. — powiedziałam z przekonaniem. — Idźmy dalej. Od miłości prosta droga do nienawiści. Czyli ktoś ją zabił z zemsty.

— Tu może prościej będzie zrobić listę kto nie chciał….

— Ale myślmy poważnie. Wielu osobom nadepnęła na odcisk.

— Raczej zmiażdżyła stopy kowadłem. — przerwała mi Kamila gapiąc się w sufit.

— … ale czy do tego stopnia żeby zabić? — kontynuowałam. — Nie mamy w tym temacie wystarczającej wiedzy więc to musimy odłożyć. Następny możliwy motyw to pieniądze. Wiemy że lubiła się “mylić” przy wypłatach i “zapominać” płacić pracownikom. Możemy więc założyć, że na dużo większą i poważniejszą skalę też mogły jej się zdarzać “pomyłki”. To byłby dobry motyw o ile chodziło o większą skalę bo nie wyobrażam sobie pracownika mordującego Starą za kilka stów nieuzasadnionych potrąceń z wypłat.

— Za kilka stów nie, ale dodaj do tego traumy emocjonalne, koszmary nocne i motyw jest. — powiedziała Kamila z przekonaniem w głosie.

— Kilka dni temu śniło mi się, że dokupiła na wieś jeszcze dwie lodówki i kazała mi wszystkie pięć czyścić nie tylko w niedziele ale też w piątki. Miałam atak paniki po przebudzeniu. Masz rację. — przyznałam. — Nie możemy wykluczyć żadnej z byłych pracownic z kręgu podejrzanych.

— Czy dotarło już do ciebie przed jakim nieprawdopodobnym zadaniem stoi teraz policja i żebyśmy nie wiem ile się zastanawiały nie dojdziemy do żadnego rozwiązania?

— Tak. Dotarło. To będzie trudna sprawa.

— O! Nawet nie zauważyłam, że wysłała mi wczoraj referencje. — wykrzyknęła nagle Kamila patrząc w telefon.

— Stara? — zapytałam zdziwiona — Jakie referencje?

— Mówiłam ci chyba? Jakiś czas temu poprosiłam ją o referencje bo chcę zacząć powoli wysyłać CV do różnych galerii i muzeów.

— Nie mówiłaś! Przyznałaś się że chcesz odejść?? I nie zjadła cię żywcem?

— Okłamałam ją. Powiedziałam, że to po to żeby tylko się rozeznać co mi odpiszą. Żeby ewentualnie jakieś kursy sobie zrobić i na pewno potrwa to wiele miesięcy. Ale jak byś zobaczyła jej minę! Myślałam że dostanie apopleksji. I oczywiście zaraz później przypomniała sobie, że trzeba wyczyścić wszystkie srebra.

— Oczywiście. O której skończyłaś?

— Przed północą. Normalnie pewnie bym to dwa dni robiła ale tak mnie wkurzyła, że szorując tą szmatą wyobrażałam sobie że to pumeks a dzbanki to jej twarz.

— Nie pamiętam tego. Nie było mnie wtedy w domu?

— Nie. Poszłaś gdzieś ze znajomymi. Dzwoniłam nawet do ciebie ale nie miałaś zasięgu. Miałam nadzieję, że się wyżalę i powstrzymasz mnie przed dosypaniem jej trutki na szczury do herbatki na wzdęcia.

— Ale nie dosypałaś? — zapytałam podejrzliwie bo Rachela często miewała problemy gastryczne, bardzo uciążliwe dla otoczenia.

— Nie znalazłam trutki.

— To szkoda, że się nie dodzwoniłaś to bym ci doradziła.

— Gdzie jest trutka?

— Nie. — zaśmiałam się. — Z tymi srebrami. Jak je szybko wyczyścić. Nie opowiadałam ci jak doprowadziłam Starą na skraj zapaści?

— Nie! Gadaj.

— To było jakieś dwa miesiące po tym jak zaczęłam pracę i drugi weekend który zostaliśmy w Londynie i tutaj pracowałam. Stara nie mogła chyba przeżyć, że coraz częściej pomimo dokładania mi obowiązków kończę o czasie i nie robię darmowych nadgodzin. Łaziła, sprawdzała, ale nie mogła mnie złapać na niewypełnianiu listy. Więc postanowiła wytoczyć większe działa. Zawołała mnie do spiżarni, pokazała tę tonę dzbanków, sztućców, lichtarzy i tym podobnych, wręczyła szmatkę i baniak mleczka do czyszczenia i kazała polerować. Popatrzyłam na te wszystkie półki, oceniłam, że zajmie mi to kilka dni i pytam do kiedy mam to zrobić. Na co ona z tym swoim fałszywym uśmiechem, że dzisiaj bo jutro jest impreza, a ona jeszcze nie zdecydowała co z tego użyje więc wszystko ma lśnić. Szlag mnie trafił ale postanowiłam, że nie dam małpie satysfakcji więc z uśmiechem jej mówię, że nie ma sprawy. Jak tylko wyszła z domu to ja na internet i szukam jak szybko wyczyścić srebra. No i wyskoczył mi sposób z folią aluminiową. Szklaną miskę wykładasz folią, sypiesz sól, wlewasz wrzątek i w tym zanurzasz srebro. Wrzuciłam pierwszy dzbanek do miski, wyciągam po kilku sekundach a on się świeci jak psu jajka. Bez polerowania.

— No co ty?

— Poważnie! Mało się nie posikałam ze szczęścia. No więc metodą taśmową przy użyciu kilku misek obrobiłam te wszystkie srebra w cztery godziny. Żeby zatrzeć ślady nawet wylałam pół baniaka tego mleczka do czyszczenia do ubikacji. Jak Stara wróciła do domu po siódmej, to ja sobie już na spokojnie jadłam kolację. Wpadła do kuchni, złapała za listę, zobaczyła że wszystko oznaczone że zrobione, więc od razu wydarła gębę że przecież mówiła wyraźnie że srebra najważniejsze. No więc ja do niej między jednym kęsem a drugim, w totalnym spokoju, że przecież zrobione i nie musi się tak unosić. Nigdy jeszcze nie widziałam żeby w takim tempie przemierzyła salon. Wpadła do spiżarni prawie z drzwiami i framugą i siedziała tam z dziesięć minut. Taki były huk przerzucanych sreber, że bałam się czy sąsiedzi na policję nie zadzwonią. Wypadła z tamtąd, poleciała na górę, trzasnęła drzwiami tak że tynk trochę odleciał. Ale udawałam że go nie widziałam idąc na górę. Zresztą byłam już po godzinach pracy. — dokończyłam szczerząc zęby w szerokim uśmiechu.

— Dziwne, że udaru wtedy nie dostała z tłumionych wrzasków. — chichotała Kamila.

— Oj nie tłumiła. Jak brałam kąpiel to słyszałam jej darcie. Wyła jak syrena alarmowa. Chyba na Joachima. No ale czytaj moja droga! Zobaczmy jakie ci referencje wystawiła.

— A no tak. — powiedziała Kamila biorąc telefon do ręki.

Czytała i czytała a jej twarz nabierała coraz bardziej czerwonego koloru. Zagryzłam wargi żeby się nie śmiać bo już wiedziałam, że Rachela musiała coś odwalić. Kiedy w końcu podniosła twarz znad telefonu i popatrzyła na mnie była buraczkowa.

— Ja pier…! — wycedziła przez zęby — Ja pier…!

— Co? — udało mi się z trudem wykrztusić bo zanosiłam się śmiechem, zakrywając sobie usta rękami, żeby policja nie słyszała jak pracownica przeżywa żałobę po śmierci swojej pracodawczyni. Nie miałam ochoty przesunąć się na liście podejrzanych na pozycję numer jeden.

— Czytaj! Referencje do galerii sztuki. — powiedziała Kamila podając mi telefon. — Trzeci akapit.

Wzięłam od niej telefon i zaczęłam czytać na głos:

— …. z najwyższą starannością i zaangażowaniem wykonywała powierzone obowiązki takie jak: obieranie i siekanie warzyw, obsługę maszyn elektronicznych typu pralka czy zmywarka, czyszczenie urządzeń sanitarnych typu umywalka czy sedes… — urwałam łapiąc za poduszkę i wsadziłam w nią twarz wyjąc ze śmiechu. Kiedy wreszcie udało mi się w miarę uspokoić opuściłam poduszkę i ocierając łzy lecące mi po policzkach oddałam telefon Kamili.

— Ewelina, mówię ci, Bóg nade mna czuwa. — powiedziała poważnym głosem biorąc ode mnie komórkę. — Gdyby teraz nie leżała tam martwa to ja bym ją dzisiaj udusiła gołymi rękami. Aż mi się w głowie kręci ze złości. Jak można być taką wredną cholerą?

— Nie wiem moja droga. — powiedziałam rozkładając ręce. — A jeszcze bardziej nie wiem jak można ją tolerować. My jesteśmy tu na chwilę. Ale Joachim i jego rodzina? To całkiem przyzwoici ludzie. Że on się z nią nie rozwiódł już dawno temu to jakieś nieporozumienie.

— Pewnie nie może bo boi się o karierę polityczną. Albo ma syndrom Sztokholmski.

— Co robi z niego jeszcze lepszego kandydata na mordercę. Pamiętaj, w siedemdziesięciu procentach to współmałżonek popełnia zbrodnię. A w tej sytuacji daję mu mocne osiemdziesiąt.

— Wiesz co, ja to się chyba położę. — powiedziała nagle Kamila. — Jakoś nie najlepiej się czuję…

— Faktycznie blada jesteś. — stwierdziłam przyglądając się jej. — Idź się połóż. Może zawołać lekarza?

— Nie, spoko. Szlag mnie trafił po tym CV. Nawet z tamtego świata musiała mi dowalić.

Odprowadziłam ją do pokoju żeby mi gdzieś po drodze nie fiknęła koziołka, położyłam i przykryłam kocem z nakazem wołania jak tylko będzie czegoś potrzebowała po czym wróciłam do siebie. Zadzwoniłam do Zdziska, który oczywiście bardzo się przejął całą sytuacją ale po pierwszym szoku stwierdził pragmatycznie, jak to on, że przynajmniej wrócę szybciej do Polski.

Policja pracowała do późna w nocy. W międzyczasie zdjęto nam odciski palców i zostałyśmy przesłuchane. Niektóre pytania były dość krępujące, jak na przykład: dlaczego siedziałyśmy na dachu w prawdopodobnym czasie popełniania morderstwa, albo czy nie przyszło nam do głowy, że zamiatanie podłogi, nawet jak coś się rozbiło, mogło nie być najlepszym pomysłem z racji usuwania ważnych śladów które mógł zostawić morderca? Jednak największą konsternację wywołało pytanie: Jaką osobą była Rachela i jak nam się układały z nią stosunki? Cisza która zapadła wydawała się trwać w nieskończoność. Już wtedy zauważyłam, że policjanci przesłuchujący nas patrzą na siebie znacząco. Natomiast po pytaniu: czy wiemy kto mógłby chcieć skrzywdzić Rachelę i odpowiedzi wściekłej nadal o referencje Kamili: A kto by nie chciał? — Postanowiono przesłuchać nas jednak osobno.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 70.37