E-book
7.88
drukowana A5
32.26
Niezwykłe kobiety powiatu golubsko-dobrzyńskiego

Bezpłatny fragment - Niezwykłe kobiety powiatu golubsko-dobrzyńskiego

Tekst stworzony z pomocą AI


Objętość:
123 str.
ISBN:
978-83-8455-498-2
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 32.26

WSTĘP

Książka, którą oddajemy do rąk Czytelników, jest pracą zbiorową. Poszczególne rozdziały zostały napisane przez kobiety związane z Powiatem Golubsko-Dobrzyńskim, a każdy tekst został podpisany imieniem i nazwiskiem autorki.

Miałam przyjemność być jedną z autorek, a także podjąć się redakcji całego wydawnictwa, przygotowania okładki oraz jego wydania. Dzięki temu mogłam poznać wiele niezwykłych historii i kobiet, które zechciały podzielić się swoimi doświadczeniami, wspomnieniami oraz refleksjami.

Mam nadzieję, że różnorodność tych opowieści stanie się największą wartością tej książki. Każda z autorek patrzy na świat przez pryzmat własnych przeżyć, a razem tworzą obraz kobiecości pełen siły, wrażliwości, odwagi i codziennej mądrości.

Co w życiu najważniejsze

Elżbieta Kujawska

Urodziłam się 60 lat temu w Szafarni. Przez wiele lat byłam jedynaczką, co nie oznaczało, że byłam rozpieszczana. Od najmłodszych lat pomagałam mamie w gospodarstwie. Razem szłyśmy zbierać buraki i ziemniaki, żeby stonka nie zniszczyła całego plonu. Podczas żniw wiązałam snopki i pomagałam przy omłotach. Mając dziewięć lat, już doiłam krowy. Nigdzie nie wyjeżdżałam, bo w domu nigdy nie było nadmiaru. Najpierw remonty, później budowa nowego domu, obory i innych budynków gospodarczych. W tym czasie urodził się mój brat i mimo nowych obowiązków, nie byłam już sama. Po ukończeniu szkoły podstawowej dostałam się do szkoły średniej w Toruniu. Rodzicom było ciężko, więc żeby się uczyć, musiałam zrezygnować z wielu rzeczy. Otrzymywałam pieniądze na bilet PKS, wynajem pokoju i obiady w stołówce szkolnej. Toruń zwiedzałam pieszo. Nigdy nie byłam w kinie ani w kawiarni. Zawsze byłam samotny, bo różniłem się od rówieśników, którzy korzystali z życia na wolności. Po ukończeniu szkoły natychmiast poszłam do pracy i pierwsze wynagrodzenie wydałam na wymarzoną sukienkę, którą oglądałam przez miesiąc. Rok później wyszłam za mąż, licząc na lepsze życie, i zamieszkałam u teściów. Nie zaakceptowali mnie, co prowadziło do wielu konfliktów. Zawodowo realizowałam się pracując w szkole w Płonnem. Za zarobione pieniądze kupiłam motor, którym jeździłam do pracy, na zakupy i do lekarza. W trzecim roku naszego małżeństwa, właśnie tym motocyklem pojechałam na badanie USG, które wymusiłam na lekarzu. Pojechałam do Torunia, gdzie tydzień przed planowanym porodem wykonano mi USG, które wykazało, że noszę pod sercem troje dzieci. Po namowie miejscowych lekarzy zostałam w szpitalu do porodu. Miał to swoje plusy i minusy. Plusy, bo tydzień później dzieci bezpiecznie przyszły na świat, były zdrowe i łącznie ważyły 7,5 kg. Minusy, bo lekarze z Golubia-Dobrzynia nigdy nie zaakceptowali faktu, że dzieci urodziły się w Toruniu. Lekarz ani położna nigdy nie odwiedzili dzieci w domu. Powiedziano mi prosto w oczy, że nie mają obowiązku ich odwiedzać, ponieważ urodziły się poza ich jurysdykcją. W razie choroby musiałam iść z nimi do przychodni. Na szczęście dzieci rosły zdrowo i nigdy nie potrzebowały wizyt lekarskich w naszym domu. To były czasy, gdy wszystko było na kartki, półki w sklepach były puste, a zdobycie mleka dla dzieci graniczyło z cudem.

Mieszkaliśmy u teściów na 20 m², więc było bardzo ciasno. Każdego dnia używałam ponad stu tetrowych pieluch plus flanelowych ubranek. Wszystko musiałem suszyć w domu, bo na zewnątrz było -30°C, a w pokoju woda płynęła po ścianach. Łóżeczka dzieci zajmowały całą wolną przestrzeń. Żeby rozłożyć kanapę, trzeba było przesunąć łóżeczka do mebli; żeby coś wyciągnąć z szafy, trzeba było przesunąć je z powrotem do kanapy. Musieliśmy znaleźć inne miejsce. Wynajęliśmy dom w Płonku, który miał 60 m² i trzy pomieszczenia. Okazało się jednak, że jego jedyną zaletą było to, że był duży — brakowało tam wody, ogrzewania, stare i nieszczelne drzwi i okna sprawiały, że w domu było bardzo zimno, a woda zamarzała zimą w wiadrze. Co zrobić? Trzeba było zacisnąć zęby i zabrać się za remont. Wtedy już byłam na siebie skazana, bo mąż pracował w Toruniu i rzadko był w domu. Wodę do prania nosiłem ze studni około 200 m, a do jedzenia ze studni sąsiada około 500 m. W tym czasie kupiliśmy kozę, żeby dzieci miały mleko. Chleb piekłam sama. Do sklepu było ponad 3 km polną drogą. Wyciągnięcie wózka z dziećmi graniczyło z cudem, ale jeszcze większym cudem było zrobienie zakupów, bo półki były puste — od mydła po powidła, trzeba było stać w kolejkach. W tym czasie mąż zaczął tonąć w alkoholu. Po trzech latach takiego życia udało się dzięki pomocy rodziców kupić lepsze mieszkanie i 9 hektarów pola, ale ziemia była klasy II, a z ograniczonymi funduszami musieliśmy wybrać miejsce daleko od ludzi i cywilizacji. Niektórzy mówili, że tam diabeł mówi dobranoc, ale ja odpowiedziałem własne! Znów czekały mnie remonty, żeby było możliwe do mieszkania. Mój tata, typ złotej rączki, pomógł mi w tym. To jemu zawdzięczam wodę w kranie, centralne ogrzewanie, łazienkę, itp. Przez pierwsze pół roku jedliśmy tylko chleb z marmoladą i jajka, bo na nic więcej nas nie było stać. Inwestowaliśmy w ziemię. Pierwszego roku zasadziliśmy hektar ziemniaków, a jesienią zbieraliśmy około 50 kg małych ziemniaków. Pan, który nam pomógł je zebrać, pokiwał głową i nawet nie chciał wziąć zapłaty za swoją pracę. Nie zawsze jednak było tak łatwo. Często po półgodzinnej pracy trzeba było odrabiać innym ludziom przez kilka dni na polu. Mąż pracował zawodowo, więc na niego nie można było liczyć. W tamtych czasach nie było przedszkoli, więc po urlopie macierzyńskim musiałem zrezygnować z pracy i zajmować się prowadzeniem gospodarstwa rolnego. Wtedy naszym jedynym środkiem lokomocji był rower. Jedno dziecko siedziało w koszu na kierownicy, drugie na ramie, a trzeci na bagażniku. Ja zajmowałem siodło i pedały. Kiedy maluchy zaczęły chodzić do szkoły, rodzina powiększyła się o córkę. Tylko ja wiem, jak trudno było pogodzić opiekę nad niemowlętami z nauką trzech dzieci i prowadzeniem gospodarstwa! Dla mnie nie było rzeczy niemożliwych, zaciskałam zęby i szłam dalej. Z czasem zaczęły pojawiać się maszyny, samochód, a dzieci rosły i z czasem zaczęły mi pomagać. Było już trochę lżej, ale wtedy pojawiły się problemy ze zdrowiem i miałam coraz mniej sił. Zajęta pracą i dziećmi, zapomniałam o sobie na wiele lat. Zamknęłam się we własnym świecie, nie chodziłam do sąsiadów, bo nie miałam kiedy, nie rozmawiałam z ludźmi, bo nie miałam o czym. Jedyną rozrywką było czytanie książek, które przenosiły mnie w inny, lepszy świat. W ten sposób minęło mi 50 lat życia.

Dzieci założyły rodziny i wyprowadziły się z domu. Nagle wokół mnie zrobiła się pustka, ponieważ z mężem alkoholikiem nigdzie nie chodziliśmy. Choć życie ciężko mnie doświadczyło, spotkałam na swojej drodze wielu dobrych ludzi. Na przykład panią Krystynę Kaźmierczak, znajomą z porodówki, która wielokrotnie spieszyła nam z pomocą humanitarną, rodziców, którzy wspierali nas finansowo i fizycznie, oraz panie z Fundacji Nocy i Dni ze spotkań czwartkowych, które przywróciły mnie do życia w społeczeństwie, bo dawno zapomniałam, jak być wśród ludzi.

Zaczęłam spełniać swoje marzenia z młodości. Spotykam się z ludźmi, wyjeżdżam na wycieczki. Niedawno zobaczyłam góry, morze, byłam w zoo, płynęłam statkiem i nie mogę się nadziwić, jaki piękny jest nasz kraj! Staram się swoim życiem spłacać długi wdzięczności wobec ludzi, którzy bezinteresownie wyciągali do mnie pomocną dłoń, pomagali przetrwać najcięższe chwile, których życie mi nie szczędziło. Wiem, co to znaczy bieda i samotność. Oprócz tych złych chwil, gdy wszystko traciło sens, były też dobre, gdy widziałam radość w oczach dzieci oraz życzliwość i wsparcie innych ludzi. Chociaż przepłaciłam to utratą zdrowia, nie żałuję niczego z mojego życia. Człowiek musi doświadczyć bogactwa i biedy, radości i smutku, kłopotów, samotności i choroby, aby mógł w pełni docenić to, co w życiu najważniejsze: rodzinę, przyjaciół i czyste sumienie.

Patchwork moja pasja

Alicja Suchorska

Zaproszenie do udziału w projekcie „Zwyczajne-niezwyczajne” uruchomiło w mojej świadomości pytanie: czy mogę zaliczać się do kobiet niezwykłych? Co robię i co robiłam szczególnego w swoim życiu? Przecież jak setki kobiet wypełniam jedynie obowiązki nakładane na nas przez role, które pełnimy w rodzinie, w pracy i w społeczeństwie. Kiedy jednak zaczęłam analizować drogę jaką przebyłam przez swoich 70 lat życia, postanowiłam skorzystać z zaproszenia i oto co z tego wynikło.


DZIECIŃSTWO

Urodziłam się w 1954 roku w rodzinie leśnika. Z rodzicami i rodzeństwem mieszkaliśmy w ukrytej wśród lasów gajówce we wsi Stare Strącze. Do szkoły podstawowej miałam cztery kilometry i taką odległość pokonywałam pieszo dwa razy dziennie. W tamtych czasach rodziny byłe liczne, ja miałam pięcioro rodzeństwa. Pracował tylko ojciec, więc jak to się mówi „nie przelewało nam się.” Pomagaliśmy mamie w niedużym gospodarstwie. Szkołę Podstawową ukończyłam w 1969 roku, a od września byłam uczennicą Liceum Ogólnokształcącego we Wschowie. Siedziba szkoły mieściła się w pobliskim miasteczku powiatowym. Z rozrzewnieniem wspominam dojazdy do szkoły. Jak większość młodzieży uczęszczającej do szkół średnich byliśmy skazani na dojazdy pociągiem. Wtedy jeszcze w prawie każdej wsi na terenach odzyskanych były stacje kolejowe. Wstawałam o godzinie piątej rano i szłam lasem na stację. Pamiętam nadjeżdżający pociąg, sapiącą i dymiącą lokomotywę, wagony

z przedziałami obitymi drobnymi listewkami, rozgadane koleżanki i dyskutujących kolegów. To była moja droga do dorosłości i chyba dlatego tak dobrze ją pamiętam. Po czterech latach nauki zdałam egzamin maturalny.


DOROSŁOŚĆ

W październiku 1973 roku rozpoczęłam naukę w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Opolu. W międzyczasie założyłam rodzinę. Mąż też był leśnikiem. Ze związku urodziło nam się troje dzieci, syn i dwie córki. Problemy zdrowotne jednej z nich spowodowały przerwanie moich studiów i podjęcie pracy w szkole, a później w przedszkolu. Przewlekła choroba okulistyczna córki i brak konkretnej diagnozy spowodowały konieczność podporządkowania naszego życia rodzinnego

i zawodowego czynnościom związanym z jej leczeniem. Było Centrum Zdrowia Dziecka, klinika okulistyczna w Odessie, liczne gabinety okulistów. Mimo wszystko pracowałam zawodowo. Podjęłam przerwane studia i ukończyłam je w1989 roku. Zostałam dyrektorem przedszkola w mojej miejscowości. I wtedy musieliśmy podjąć kolejną decyzję. Lekarze zaproponowali zmianę miejsca otoczenia. Podejrzewali, że choroba córki może być związana z niekorzystnym wpływem działającej w pobliżu kopalni miedzi w Głogowie. Rozpoczęliśmy poszukiwanie nowego miejsca w Polsce, bardziej przyjaznego, bardziej czystego. Zawód męża bardzo nam to ułatwił. W ten sposób znaleźliśmy się w Płonnem, gdzie mąż objął stanowisko leśniczego. Ja znalazłam pracę w Szkole Podstawowej w Szafarni. Początkowo było to zastępstwo, a w 1991roku, po konkursie, objęłam stanowisko dyrektora Szkoły Podstawowej w Szafarni. W trakcie pełnienia tej funkcji w 1994 roku otrzymałam Nagrodę Kuratora Kuratorium Oświaty w Toruniu.

Niestety, malejąca liczba uczniów w szkołach wymusiła zmniejszenie liczby szkół na terenie Gminy Radomin. I tak, po likwidacji szkoły w Szafarni, podjęłam pracę w oddziale przedszkolnym

w Szkole Podstawowej w Płonnem. Praca z dziećmi sześcioletnimi dawała mi wiele radości, była zgodna z moim wykształceniem i pozwalała mi wzbogacać warsztat dydaktyczny.

Teraz, gdy po latach wspominam poszczególne okresy mojego życia, to ten ostatni przed emeryturą — związany z Płonnem — uważam za najbardziej dojrzały. Mogłam w pełni oddać się pracy, czerpać z niej satysfakcję i być w pełni kreatywną osobą. O taką kreatywność nigdy bym siebie nie podejrzewała. Przyszło to po latach pracy z dziećmi, pracy z rodzicami i z całym zespołem pedagogicznym i administracyjnym obu szkół.


NA EMERYTURZE BRAKUJE CZASU

Na emeryturę przeszłam w 2007 roku. Pierwsze dwa lata pomagałam pracującej córce opiekując się wnukiem. Gdy poszedł do przedszkola, okazało się, że mam wiele czasu do zagospodarowania. A ponieważ mąż nadal pracował, czas od siódmej do piętnastej musiałam czymś wypełnić.

Dobrodziejstwem okazał się komputer i Internet. Moje małe okno na świat. Początkowo było to przeglądanie stron. Interesowało mnie wszystko. Instalowałam nowe aplikacje, sprawdzałam ich możliwości. Cały czas uczyłam się obsługi i korzystania z komputera. Bardzo szybko trafiłam na strony internetowe osób zajmujących się tkaniną artystyczną. Najczęściej były to strony w języku angielskim, rozpoczęłam więc jego naukę. Dzisiaj w stopniu wystarczającym rozumiem artykuły napisane w języku angielskim, prenumeruję zagraniczne pisma, wymieniam krótką korespondencję z osobami z różnych zakątków świata.

Treści internetowe związane z tkaninami inspirowały mnie od około 2009roku. Zaczęłam sprawdzać swoje możliwości i okazało się, że jest to coś dla mnie. Umiejętności manualne i ta odrobina kreatywności, którą odkryłam podczas pracy z dziećmi, pozwoliły mi rozpocząć przygodę

z „patchworkiem”. Początki nie były jednak łatwe. Moją ciekawość i radość z odkrywania świata tkanin stłumiła choroba onkologiczna. Była ona zaskoczeniem dla mnie i całej mojej rodziny. Leczenie trwało do 2013 roku i zakończyło się pozytywnym wynikiem. Pamiętam, że po skończonej chemioterapii to właśnie praca z tkaninami pozwoliła mi uporać się z konsekwencjami wyniszczającego leczenia.


CZYM JEST PATCHWORK

Patchwork to stosowana od wieków technika szycia, która polega na łączeniu ze sobą skrawków materiałów o różnorodnej kolorystyce, fakturze, wzorach i wielkości. Nazwa pochodzi od połączenia angielskich słów “patch” — skrawek, łata i “work” — praca, a sam produkt jest efektem ubóstwa przedwiktoriańskich społeczności. Znoszonej odzieży nie wyrzucano, lecz odzyskiwano z niej tyle, ile to było możliwe. Z końcem XIX wieku patchworkiem zainteresowały się mieszczki, które zaczęły szyć domowe tekstylia zdobione złotymi nićmi, koralikami, guzikami i różnego rodzaju aplikacjami ze szlachetnych materiałów. Technika nieco straciła na popularności w okresie międzywojennym, by znów powrócić do łask w latach 50 i 60 XX wieku.Patchwork to nie tylko technika szycia, ale także forma sztuki, która pozwala łączyć kreatywność z praktycznością i dzisiaj jest również popularnym sposobem na projektowanie nowoczesnych tekstyliów i dekoracji wnętrz.


MOJA PRACOWNIA

Praca z tkaninami pochłaniała każdą wolną chwilę. Pojawiały się nowe pomysły, nowe techniki do wypróbowania, nowe dodatki krawieckie, bez których nagle nie sposób było pracować. I oczywiście rozpoczęły się wielkie poszukiwania tkanin — nowych, używanych, jednobarwnych i tych kolorowych. Wszystkie miały swoje miejsce i czekały na swoją kolej.

Do dnia dzisiejszego stworzyłam kilkadziesiąt prac. Obdarowałam całą rodzinę i znajomych. Brałam udział w różnego rodzaju wystawach oraz konkursach. Moje dwie prace wzięły udział w Pierwszej Ogólnopolskiej Wystawie Patchworku w Szczecinie, gdzie otrzymałam wyróżnienie publiczności. W mniej więcej tym samym czasie zostałam członkiem Polskiego Stowarzyszenia Patchworku. Działamy w ramach Europejskiego Stowarzyszenia Patchworku, do którego należą stowarzyszenia narodowe krajów europejskich. Po drodze był również konkurs organizowany przez nasze stowarzyszenie oraz Fabrykę Porcelany w Bolesławcu, a także udział w wystawie w Birmingham w Wielkiej Brytanii.

Patchwork dla mnie to nie tylko tkaniny, to również ludzie. Cała społeczność osób, które czerpią radość z tworzenia. Spotykamy się podczas wystaw i konkursów, bierzemy udział w akcjach charytatywnych, wymieniamy się doświadczeniami. Cały czas pozostajemy w kontakcie, wspierając się i motywując do pracy.

Kiedyś bliska mi osoba zapytała: „Dlaczego tniesz na kawałki, a potem to wszystko zszywasz?”. Do dzisiaj nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, ale za każdym razem, kiedy wchodzę do mojej pracowni i czuję zapach tkanin, to przenoszę się w zupełnie inny świat. I zaczynam tworzyć.

Tymku — dziękuję że jesteś

Katarzyna Jarzyńska

Kiedy poproszono mnie o napisanie swojej historii w tej książce o wyjątkowych kobietach powiatu golubsko-dobrzyńskiego to pierwsza moja myśl była taka, że tak naprawdę nie pasuje do tej książki i nie bardzo wiem dlaczego ja… Bliskie mi osoby uzmysłowiły mi, że przecież jestem mamą wyjątkowego dziecka a za co za tym idzie ja też w jakiś sposób muszę być wyjątkowa… Może to też jest szansa na to byście poznali moją historię i to co czasem kłębi mi się w głowie i nie zawsze znajduje z niej ujście. Urodziłam się i wychowałam w kochającej rodzinie. Moi rodzice zapewnili mi godne warunki do edukacji ale też od najmłodszych lat uczyli mnie odpowiedzialności, pracowitości i sumienności a przede wszystkim szacunku dla drugiego człowieka. Raczej nie byłam zbuntowanym dzieckiem. Cechowała mnie ambicja i empatia do otaczającego mnie świata. Urodziłam się w czasach kiedy slogany w stylu „pokorne cielę dwie matki ssie” „jak cię widzą tak cię piszą” itp. były na porządku dziennym. Chociaż bardzo lubiłam swoje „wiejskie życie” to zawsze gdzieś w głębi serca marzyłam o tym by wyrwać się do „Wielkiego Świata”. Chciałam poznawać nowe miejsca i ludzi. Skończyłam szkołę podstawową w Ostrowitem i Liceum Ogólnokształcące im. Anny Wazówny w Golubiu-Dobrzyniu. Tak jak większość nastolatek zdobyłam tam pierwsze przyjaźnie i miłości. Kończąc czwartą klasę nie miałam sprecyzowanych planów co będę robić w przyszłości. Lata 90 to był trudny czas dla młodych ludzi. Byliśmy po przełomie „Nowego” ale tak naprawdę wszystko dopiero się klarowało w nowej rzeczywistości gospodarczo-politycznej. A my nieświadomi niczego łapaliśmy wszystko garściami. Skończyłam chyba najbardziej oblegany kierunek studiów w tamtym czasie. Słynny Marketing i Zarządzanie a ponieważ zawsze byłam cierpliwa i dokładna uznałam że księgowość to dla mnie idealny wybór. Okres studiów wspominam bardzo sentymentalnie. Był to czas na to, aby ryzykować, aby uczyć się na własnych błędach, które przecież nas kształtują i sprawiają, że stajemy się silniejsi. Ale też czas kiedy zawiązujemy przyjaźnie i to już te dojrzał, te które zostają na całe życie. Tak też było i ze mną. Mam wspaniałe grono przyjaciół, z którym spotykam się dnia dzisiejszego. Nasze dzieci rosną i dojrzewają na naszych oczach. Spędzamy wspólnie wakacje, uroczystości rodzinne ale przede wszystkim wspieramy się wzajemnie… Jestem absolwentką roku 2000. To bardzo fajna data „Milenijna” ale tak naprawdę był to czas kiedy znalezienie pracy nawet po studiach „graniczyło z cudem”. W końcu po wielomiesięcznych zmaganiach dostałam pracę w Urzędzie Pracy w Golubiu-Dobrzyniu. Niestety nie była to praca w dziale księgowości. W tamtym czasie było to niezbędne by w przyszłości móc prowadzić własne biuro rachunkowe.. Kiedy po paru latach pracy okazało się, że nie mam szans wyrwać się z błędnego koła postanowiłam zmienić coś w życiu o 180 stopni. Już wcześniej w okresie studiów zdarzały mi się wypady za granicę. Z reguły tak jak u większości miały one na celu zarobienie trochę grosza… Ale tym razem postanowiłam wyjechać na dłużej… Podjęłam decyzję o półrocznym urlopie bezpłatnym. Miałam aktualną wizę i wcześniej byłam już w Stanach Zjednoczonych więc jako cel obrałam właśnie ten kraj. Było mi też dużo łatwiej ponieważ mieszkała tam siostra mojej mamy. Tak też w roku w 2002 z założeniem, że tylko na pół roku wyemigrowałam do Stanów Zjednoczonych do małej miejscowości Garfield w okolicy Nowego Jorku. Bardzo szybko znalazłam pracę w polskim sklepie spożywczym wynajęłam malutki pokój u starszy pani… Tak naprawdę dopiero w tym momencie w wieku 28 lat poczułam, że jestem w pełni samodzielna. Nie mieszkałam u rodziców, nie „żywiłam” się u mamy i musiałam sama podejmować decyzję w nowych nie do końca i nie zawsze sprzyjających warunkach. Najgorsze w tym wszystkim było to że przez 8 lat uczyłam się języka rosyjskiego a przez 4 lata języka niemieckiego niekonieczna przydatnego na amerykańskim kontynencie. To wtedy chyba zrozumiałam że znajomość języków otwiera nam większość drzwi do tego mojego „Wielkiego Świata”. Pomimo ogromnej tęsknoty za domem rodzinnym ( 5 lat mojego życia w Stanach Zjednoczonych) to jeden z najwspanialszych okresów w moim życiu. To lata wypełnione beztroską młodością poznawaniem nowych ludzi i miejsc. Nie chciałam żeby mój pobyt w Stanach Zjednoczonych był związany tylko z pracą. Chciałam przywieźć stamtąd jak najwięcej wspomnień, jak najwięcej obrazów zachowanych w pamięci, miejsc w których byłam, jak najwięcej przyjaźni które zawarłam. Dlatego też nie poświęciłam całego tego czasu na zarobienie pieniędzy. Chyba gdzieś podświadomie czułam, że jeżeli nie teraz to kiedy. Zwiedziłam wiele znanych miejsc: Nowy Jork, Philadelphie, Phoenix, Las Vegas, Grand Canyon, Florydę. Udało mi się nawet odwiedzić muzeum Salvador Dali mojego ulubionego malarza w Sarasocie. Nie sposób tu wszystkiego wymienić. Ale los podarował mi wówczas coś najcenniejszego w tej podróży — miłość. Miłość, której owocem są moje dzieci, mojego męża Norberta.


Trochę to trwało, bo dopiero w wieku 30 lat spotkałam kogoś z kim chciałam dzielić swoją przyszłość, budować dom, podróżować i wychowywać nasze dzieci. Wspólnie poczuliśmy, że jesteśmy gotowi na powrót do kraju i budowanie wspólnego gniazda. W roku 2007 wróciliśmy do Polski i się pobraliśmy. Mieliśmy wymarzone ślub jak z bajki, wspaniałych goście, cudowną zabawa. Wszystko zaczynało być jak z bajki… Wprowadziliśmy się do nowego mieszkania w przepięknym Trójmieście. Mieliśmy nowe prace, które dawały nam możliwości rozwoju. Do pełni szczęścia brakowało nam dzieci. Marzyliśmy o nich ale wiedzieliśmy niestety, że będziemy musieli na nie jeszcze troszkę poczekać. Jak to często teraz bywa bez wsparcia medycyny pewnie by się nie udało. Moja osobiste problemy chorobowe zaważyła na tym, że dopiero po dwóch latach leczenie dostaliśmy zielone światło. Tymek był naszym wymarzonym i wyczekiwanym dzieckiem. Kiedy otrzymaliśmy wspólny prezent w postaci dwóch wybarwionych kresek na teście ciążowym ( tuż przed urodzinami mojego męża) — radości nie było końca. Nasza perfekcyjne życie trwało jeszcze tylko dwa miesiące. Nazwałam je z premedytacją „perfekcyjne”, ponieważ słynęłam z tego, że wszystko musiałam wykonywać perfekcyjnie. Wszystko musiało być idealne zaplanowane, posprzątane uporządkowane...itd.! Nie potrafiłam czytać książki, choć je bardzo uwielbiam, kiedy wkoło mnie nie panował ład przestrzenny. Później po latach żartowałam, że ta perfekcja męczyła Pana Boga i postanowił dać mi Tymka dziecko na wskroś nie idealne…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 32.26