E-book
23.63
drukowana A5
43.46
Nieświadomy Śmierci

Bezpłatny fragment - Nieświadomy Śmierci


Objętość:
99 str.
ISBN:
978-83-8455-695-5
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 43.46

Nieświadomy Śmierci

Prolog

Marek Nowicki nie wiedział, że jedna noc zmieni wszystko. Wracając po dyżurze, był zmęczony, ale spokojny. Nie przypuszczał, że właśnie rozpoczyna podróż pomiędzy życiem a śmiercią


Dedykacja

Dla wszystkich, którzy kiedykolwiek stracili kogoś bliskiego.

Dla tych, którzy zastanawiali się, co czeka po drugiej stronie.

I dla tych, którzy nadal wierzą, że miłość jest silniejsza niż śmierć.

Rozdział 1 — Śmierć

Deszcz padał od kilku godzin.

Ciężkie krople rozbijały się o przednią szybę samochodu Marka Nowickiego, zamieniając nocną drogę w rozmazaną smugę świateł.

Marek był zmęczony.

Bardzo zmęczony.


Kończył właśnie kolejny nocny dyżur w szpitalu miejskim.

Spojrzał na zegarek.

21:38

Jeszcze kilka minut i będzie w domu.

Anna pewnie już spała.

Julia zapewne siedziała w swoim pokoju z nosem w telefonie albo książce.

Na samą myśl o nich uśmiechnął się lekko.

To właśnie dla nich codziennie wstawał do pracy.

Dla nich znosił zmęczenie.

Dla nich wracał do domu.

Silnik mruczał jednostajnie.

Radio cicho grało jakąś starą piosenkę.

Droga była niemal pusta.

Tylko pojedyncze samochody mijały go od czasu do czasu.

Marek przetarł oczy.

Nie powinien być aż tak zmęczony.

Ostatnio zdarzało się to coraz częściej.

Nocne dyżury.


Mało snu.

Za dużo obowiązków.

Za mało czasu dla rodziny.

Westchnął ciężko.

Musiał coś zmienić.

Obiecywał to sobie od miesięcy.

Telefon zawibrował.

Na ekranie pojawiło się zdjęcie Anny.

Marek odebrał przez zestaw głośnomówiący.

— Już jedziesz? — usłyszał jej ciepły głos.

— Tak. Jeszcze chwila i będę.

— Julia nie chce spać, dopóki nie wrócisz.

Marek zaśmiał się cicho.

— Powiedz jej, że zaraz będę.

— Sama jej to powiedz.

Po chwili w słuchawce rozległ się głos córki.

— Tato?

— Tak, księżniczko?

— Nie zapomnij o sobocie.

— O grillu?

— O moim występie.


Marek uderzył dłonią w czoło.

— Racja. Jak mogłem zapomnieć?

— Bo jesteś stary.

— Dzięki.

Julia roześmiała się.

Marek również.

Przez krótką chwilę wszystko wydawało się idealne.

Potem zobaczył światła.

Bardzo jasne.

Zbyt jasne.

Pojawiły się nagle po drugiej stronie drogi.

Samochód.

Jadący prosto na niego.

Za szybko.

Stanowczo za szybko.

— Marek?

Głos Anny zabrzmiał gdzieś daleko.

— Marek?!

Instynktownie skręcił kierownicę.

Koła zapiszczały na mokrym asfalcie.

Samochód wpadł w poślizg.


Świat zaczął wirować.

Krzyk.

Metal.

Tłuczone szkło.

Ciemność.

I nagle…

cisza.

Całkowita.

Absolutna.

Marek otworzył oczy.

Nie czuł bólu.

Nie czuł strachu.

Nie czuł niczego.

Siedział za kierownicą.

Samochód stał nieruchomo.

Deszcz przestał padać.

Droga była pusta.

Nienaturalnie pusta.

— Co jest…?

wyszeptał.

Otworzył drzwi i wysiadł.


Powietrze było dziwnie zimne.

Jakby cały świat nagle stracił ciepło.

Rozejrzał się.

Nikogo.

Nic.

Żadnych świateł.

Żadnych samochodów.

Żadnych ludzi.

A potem usłyszał syreny.

Daleko za sobą.

Coraz bliżej.

Odwrócił się.

I zamarł.

Na poboczu stał rozbity samochód.

Jego samochód.

Przód był całkowicie zmiażdżony.

Maska zgnieciona.

Szyba roztrzaskana.

Wokół krzątali się ratownicy.

Strażacy.

Policjanci.


Marek zrobił krok naprzód.

Potem drugi.

Nie rozumiał.

To nie miało sensu.

Przecież stał tutaj.

Oddychał.

Patrzył.

Myślał.

Jeden z ratowników pochylił się nad wnętrzem wraku.

Po chwili pokręcił głową.

Powoli.

Smutno.

Wtedy Marek zobaczył twarz człowieka uwięzionego za kierownicą.

Zakrwawioną.

Nieruchomą.

Martwą.

Swoją własną.

Świat zatrzymał się.

— Nie…


wyszeptał.

Ratownik przykrył ciało białym materiałem.

— Nie…

powtórzył Marek.

Zrobił kolejny krok.

Chciał podbiec.

Chciał krzyczeć.

Chciał powiedzieć im, że popełnili błąd.

Że żyje.

Że stoi tutaj.

Ale nikt go nie słyszał.

Nikt nawet na niego nie spojrzał.

Jakby był powietrzem.

Jakby nie istniał.

I wtedy za swoimi plecami usłyszał głos.

Spokojny.

Obcy.

A jednak dziwnie znajomy.

— Nie wszyscy od razu to rozumieją.

Marek odwrócił się gwałtownie.

Kilka metrów dalej stał nieznajomy mężczyzna


ubrany w ciemny płaszcz.

Twarz skrywał cień.

— Kim jesteś?

Nieznajomy milczał przez chwilę.

— Kimś, kto ma ci pomóc.

— Pomóc w czym?

Mężczyzna spojrzał na przykryte ciało przy wraku.

— Zrozumieć, co się właśnie wydarzyło.

Rozdział 2 — Przebudzenie

Marek patrzył na własne ciało.

Nie potrafił oderwać wzroku.

Ratownicy nadal pracowali przy wraku, choć było już jasne, że nie mogą nic zrobić.

Deszcz znowu zaczął padać.

Tym razem jednak krople nie dotykały jego skóry.

Przenikały przez niego.

Jak przez mgłę.


Jakby nie był już częścią tego świata.

— To niemożliwe.

wyszeptał.

— Ja żyję.

Mężczyzna w ciemnym płaszczu stał nieruchomo.

Nie wyglądał na zaskoczonego.

Jakby widział tę scenę setki razy.

— Każdy mówi to samo.

odpowiedział spokojnie.

— Kim jesteś?!

krzyknął Marek.

— Co się dzieje?!

Nieznajomy spojrzał na niego uważnie.

Przez chwilę wydawało się, że chce coś powiedzieć.

Ale zrezygnował.

— Chodź.

powiedział tylko.

— Nigdzie nie idę.

— To nie jest już twój wybór.


W tej samej chwili świat wokół Marka zaczął się rozmywać.

Syreny ucichły.

Światła karetek zgasły.

Ratownicy zniknęli.

Droga rozpłynęła się w ciemności.

— Co się dzieje?!

Marek próbował biec.

Próbował wrócić do miejsca wypadku.

Ale ziemia pod jego stopami zniknęła.

Ciemność pochłonęła wszystko.

Przez chwilę nie było nic.

Żadnych dźwięków.

Żadnego światła.

Żadnych myśli.

A potem…

pojawił się korytarz.

Długi.

Wąski.

Oświetlony migającymi lampami.

Marek zamrugał.

Nie wiedział, gdzie jest.


Ściany wyglądały znajomo.

Białe kafelki.

Zapach środków dezynfekcyjnych.

Stare drzwi.

Szpital.

Ale nie ten, który znał.

Ten był dziwnie pusty.

Martwy.

— Co to za miejsce?

zapytał.

Nieznajomy stał kilka metrów dalej.

— Miejsce pomiędzy.

— Pomiędzy czym?

Mężczyzna nie odpowiedział.

Marek ruszył korytarzem.

Każdy krok odbijał się echem.

Głośniej niż powinien.

Jakby budynek był pusty od wielu lat.

Nagle usłyszał głos.

— Halo?

Zatrzymał się.


Głos dochodził zza jednych z drzwi.

— Jest tam ktoś?

Marek podszedł bliżej.

Powoli nacisnął klamkę.

Pokój był pusty.

Nikogo.

Ale głos odezwał się ponownie.

— Pomóż mi…

Marek poczuł dreszcz.

— Kto tu jest?

Cisza.

Po chwili drzwi zamknęły się same.

Z hukiem.

Marek odskoczył.

Serce powinno walić mu jak oszalałe.

Ale nie czuł nawet własnego pulsu.

Po raz pierwszy naprawdę się przestraszył.

— To nie jest normalne.

— Nie.

odezwał się nieznajomy.

— Nie jest.


Marek odwrócił się.

— Powiedz mi prawdę.

Mężczyzna milczał.

— Umarłem?

Po raz pierwszy nieznajomy spuścił wzrok.

— Jeszcze sam musisz to zrozumieć.

W oddali rozległ się nagły metaliczny dźwięk.

Jakby ktoś uderzył w drzwi.

Potem drugi raz.

I trzeci.

Obaj spojrzeli na koniec korytarza.

Tam, gdzie przed chwilą była tylko ściana…

pojawiły się drzwi.

Czarne.

Stare.

Oznaczone numerem:

13

Nieznajomy zmarszczył brwi.

Po raz pierwszy wyglądał na zaniepokojonego.

— To za wcześnie…

wyszeptał.


— Co jest za tymi drzwiami?

zapytał Marek.

Mężczyzna nie odpowiedział.

Patrzył tylko na numer 13.

Jakby bał się tego, co znajdowało się po drugiej stronie.

Klamka poruszyła się sama.

Powoli.

I wtedy z wnętrza dobiegł cichy kobiecy szept.

— Marek…


Rozdział 3 — Korytarz

Marek zamarł.

Głos był wyraźny.

Kobiecy.

Cichy.

A jednak słyszał go tak, jakby ktoś stał tuż obok.

— Marek…

powtórzył szept.

Drzwi oznaczone numerem 13 powoli uchyliły


się o kilka centymetrów.

Z wnętrza wydobywała się ciemność.

Nie zwykły mrok.

Coś głębszego.

Coś żywego.

— Nie otwieraj ich.

powiedział stanowczo nieznajomy.

Marek spojrzał na niego.

— Dlaczego?

— Bo jeszcze nie jesteś gotowy.

— Gotowy na co?

Nieznajomy nie odpowiedział.

W tej samej chwili światła nad nimi zamigotały.

Raz.

Drugi.

Trzeci.

Potem zgasły.

Korytarz pogrążył się w ciemności.

Marek usłyszał czyjeś kroki.

Powolne.

Ciągnące się.


Jakby ktoś szedł bardzo długo.

Bardzo daleko.

A teraz był coraz bliżej.

Serce powinno walić mu jak młot.

Ale nadal nie czuł własnego pulsu.

To było najgorsze.

Nie wiedział już nawet, czy żyje.

Nagle światła wróciły.

Korytarz był pusty.

Ale drzwi 13 były zamknięte.

Jakby nigdy się nie otworzyły.

— Widziałeś to?

zapytał Marek.

— Tak.

odpowiedział nieznajomy.

— Co było po drugiej stronie?

Mężczyzna przez chwilę milczał.

— Wspomnienia.

— Czyje?

— Tych, którzy nie potrafili odejść.

Marek poczuł nieprzyjemny chłód.

— Umarli ludzie?


— Nie wszyscy.

Ta odpowiedź wcale mu się nie spodobała.

Ruszyli dalej.

Korytarz wydawał się nie mieć końca.

Po obu stronach znajdowały się identyczne drzwi.

Niektóre zamknięte.

Niektóre uchylone.

W jednym z pomieszczeń Marek dostrzegł starszą kobietę siedzącą przy oknie.

— Przepraszam…

zaczął.

Kobieta spojrzała na niego.

Jej oczy były całkowicie białe.

Marek cofnął się gwałtownie.

Kiedy mrugnął, pokój był pusty.

— Co to było?!

— Ktoś taki jak ty.

— To niemożliwe.

— Jeszcze nie wiesz, ile rzeczy tutaj jest możliwych.


Dotarli do rozwidlenia korytarzy.

Na ścianie wisiała stara tablica.

ODDZIAŁ A

ODDZIAŁ B

ODDZIAŁ 13

Napis był częściowo spalony.

Jakby przeszedł przez pożar.

Marek zatrzymał się.

— To miejsce istnieje naprawdę?

— Kiedyś istniało.

— A teraz?

Nieznajomy spojrzał gdzieś przed siebie.

— Teraz istnieje tylko dla tych, którzy tutaj trafiają.

W oddali rozległ się kobiecy śmiech.

Cichy.

Przerażający.

Marek poczuł lodowaty chłód.

— Kto to był?

Po raz pierwszy nieznajomy wyglądał na zaniepokojonego.


— Mam nadzieję, że nikt ważny.

Ale ton jego głosu mówił coś zupełnie innego.

Kilka sekund później wszystkie drzwi na korytarzu otworzyły się jednocześnie.

Z wnętrza dziesiątek sal ktoś zaczął szeptać jedno słowo.

— Marek…

— Marek…

— Marek…

— Marek…

I wtedy po raz pierwszy zobaczył cień.

Stał na końcu korytarza.

Nieruchomo.

Patrzył prosto na niego.

A potem zniknął.


Rozdział 4 — Cień

Marek nie ruszał się.

Patrzył w miejsce, gdzie przed chwilą stała postać.

Na koniec korytarza.


Tam, gdzie światło było słabsze.

Tam, gdzie cień wydawał się gęstszy niż powinien.


───


— Widziałeś go?

zapytał.


───


Nieznajomy skinął głową.


───


— Tak.


───


— Kim był?


───


— Jeszcze nie wiem.


───


— Jak to nie wiesz?

Myślałem, że znasz to miejsce.


───


Mężczyzna przez chwilę milczał.


───


— To miejsce zmienia się razem z tymi, którzy do niego trafiają.


───


— To nie ma sensu.


───


— Tutaj niewiele rzeczy ma sens.


───


Szepty za drzwiami ucichły.

Nagle.

Jakby ktoś jednym ruchem wyłączył wszystkie głosy.


───


Korytarz ponownie pogrążył się w ciszy.


───


— Chcę wrócić do domu.

powiedział Marek.


───


Nieznajomy spojrzał na niego ze współczuciem.


───


— Wiem.


───


— Anna i Julia mnie potrzebują.


───


— Wiem.


───


— Więc mnie tam zabierz.


───


Tym razem odpowiedź nie padła od razu.


───


— Nie mogę.


───


Marek poczuł narastającą złość.


───


— Dlaczego?!


───


— Bo nie należysz już do tamtego świata.


───


Te słowa zabolały bardziej niż wszystko, co usłyszał do tej pory.


───


— Umarłem.

wyszeptał.


───


Nie było to pytanie.


───


Po raz pierwszy wypowiedział to na głos.


───


Nieznajomy nie odpowiedział.

Nie musiał.


───


Marek odwrócił wzrok.


───


Przez całe życie widział śmierć.

Pracował w szpitalu.

Towarzyszył ludziom w ostatnich chwilach.

Pocieszał rodziny.

Pomagał pacjentom.


───


Nigdy jednak nie wyobrażał sobie własnej.


───


Nigdy nie myślał, że nadejdzie tak szybko.


───


— Nie zdążyłem się pożegnać.


───


Głos załamał mu się po raz pierwszy.


───


— Nikt nie jest na to gotowy.

powiedział nieznajomy.


───


W oddali rozległ się kolejny dźwięk.

Metaliczny.

Głuchy.

Jakby coś ciężkiego uderzyło o podłogę.


───


Raz.


───


Potem drugi.


───


I trzeci.


───


— Co to było?


───


Mężczyzna odwrócił głowę.


───


— Schowaj się.


───


— Co?


───


— Natychmiast.


───


Po raz pierwszy w jego głosie zabrzmiał strach.


───


Prawdziwy strach.


───


Marek nie zdążył zapytać dlaczego.


───


Światła zaczęły migotać.


───


Na końcu korytarza pojawiła się sylwetka.


───


Ta sama.


───


Wysoka.

Nienaturalnie chuda.


───


Twarz ukrywał mrok.


───


Ale oczy…


───


Oczy świeciły bladym światłem.


───


Postać zrobiła krok.


───


Potem kolejny.


───


I jeszcze jeden.


───


Nie szła.

Sunęła.


───


Marek poczuł chłód przeszywający całe ciało.


───


— Kim to jest?

wyszeptał.


───


Nieznajomy odpowiedział dopiero po chwili.


───


— Kimś, kto nie powinien cię jeszcze widzieć.


───


Postać zatrzymała się.


───


Powoli uniosła głowę.


───


I spojrzała prosto na Marka.


───


Przez sekundę świat wokół niego zniknął.


───


Zobaczył ogień.


───


Płonące ściany.

Dym.


Krzyki ludzi.


───


Szpital.


───


A potem twarz kobiety.

Młodej.

Przerażonej.


───


— Pomóż mi…


───


Wizja urwała się nagle.


───


Marek osunął się na kolana.


───


Oddychał ciężko.

Choć nie powinien już oddychać.


───


— Co to było?


───


Nieznajomy wyglądał równie zaskoczonego.


───


— Niemożliwe…


───


— Co jest niemożliwe?


───


Mężczyzna patrzył na niego w milczeniu.


───


— Właśnie zobaczyłeś wspomnienie, które nie należy do ciebie.


───


W tym momencie postać na końcu korytarza uśmiechnęła się.


───


Powoli.

Nienaturalnie.


───


A potem wypowiedziała jedno słowo.


───


— Trzynastka.


───


I wszystkie światła w szpitalu zgasły.


───


Rozdział 5 — Oddział 13

Ciemność.

Całkowita.

Przenikająca wszystko.

Marek nie widział własnych dłoni.

Nie widział ścian.

Nie widział nawet podłogi pod stopami.

Słyszał tylko własne myśli.

I oddech.

Choć nadal nie był pewien, czy naprawdę oddycha.

— Gdzie jesteśmy?

zapytał.

Nikt nie odpowiedział.

— Halo?

Cisza.

Nagle gdzieś daleko rozległ się dźwięk.

Pik.

Krótki.

Metaliczny.

Znajomy.

Pik.

Monitor pracy serca.

Pik.

Dźwięk stawał się coraz głośniejszy.

Coraz bliższy.

Potem pojawiło się światło.

Słabe.

Migające.

Marek zamrugał.


Znajdował się w sali szpitalnej.

Było tam kilka łóżek.

Starych.

Zardzewiałych.

Na każdym leżał pacjent.

Nieruchomo.

Marek zrobił krok.

Pacjenci wyglądali normalnie.

Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Dopóki nie zauważył ich oczu.

Wszyscy patrzyli prosto na niego.

Bez mrugania.

Bez ruchu.

Jak manekiny.

— Nie podoba mi się to miejsce.

wyszeptał.

— Mnie też nie.

odezwał się głos za jego plecami.

Marek odwrócił się gwałtownie.

Nieznajomy wrócił.

Stał kilka kroków dalej.


— Co się stało?

— Trafiliśmy tam, gdzie nie powinniśmy.

— To znaczy?

Mężczyzna spojrzał na tabliczkę wiszącą nad drzwiami.

Marek podążył za jego wzrokiem.

Na metalowej tabliczce widniał napis:

ODDZIAŁ 13

Powietrze momentalnie zrobiło się zimniejsze.

— To ten oddział?

— Tak.

— Co się tutaj wydarzyło?

Nieznajomy długo milczał.

— Dawno temu był częścią szpitala.

— I?

— Teraz nie powinien istnieć.

Marek nie zdążył odpowiedzieć.

Jedno z łóżek skrzypnęło.

Powoli.

Pacjent siedzący najbliżej właśnie poruszył głową.


Potem ramieniem.

Potem całym ciałem.

Marek zamarł.

Mężczyzna na łóżku wyglądał na około sześćdziesiąt lat.

Miał szpitalną piżamę.

I twarz pełną zmęczenia.

Spojrzał na Marka.

— Nowy?

zapytał.

Marek nie wiedział, co odpowiedzieć.

— Chyba tak.

Pacjent westchnął.

— Szkoda.

— Dlaczego?

Mężczyzna uśmiechnął się smutno.

— Bo nikt nie trafia tutaj przez przypadek.

W tym momencie kolejne łóżko skrzypnęło.

Potem następne.

I następne.

Jeden po drugim pacjenci zaczęli siadać.


Wszyscy patrzyli na Marka.

Jakby czekali właśnie na niego.

— Kim jesteście?

zapytał.

Starszy mężczyzna odpowiedział pierwszy.

— Takimi jak ty.

— Umarłymi?

Kilka osób skinęło głową.

Kilka spuściło wzrok.

A jedna kobieta zaczęła cicho płakać.

— Jak długo tu jesteście?

Zapadła cisza.

Nikt nie odpowiedział.

Jakby sami nie znali odpowiedzi.

Nagle z końca sali dobiegł głos.

Kobiecy.

Spokojny.

— Za długo.

Marek spojrzał w tamtą stronę.

Przy oknie siedziała młoda pielęgniarka.

Nie zauważył jej wcześniej.

Miała ciemne włosy związane w kucyk.


Szpitalny fartuch.

I smutne oczy.

— Kim jesteś?

zapytał.

Kobieta uśmiechnęła się lekko.

— Ewa.

— Pracowałaś tutaj?

— Kiedyś.

— A teraz?

Przez chwilę patrzyła przez okno.

— Teraz próbuję pomóc tym, którzy się zgubili.

Marek poczuł, że po raz pierwszy od śmierci spotkał kogoś, komu może zaufać.

Ale zanim zdążył zadać kolejne pytanie…

W całym oddziale rozległ się alarm.

Głośny.

Przeraźliwy.

Światła zaczęły migać.

Pacjenci momentalnie pobledli.

Ewa zerwała się z miejsca.

— Nie.


wyszeptała.

— Co się dzieje?

krzyknął Marek.

Ewa spojrzała na niego z przerażeniem.

— Ona się obudziła.

— Kto?

W tej samej chwili gdzieś w głębi Oddziału 13 rozległ się kobiecy śmiech.

Ten sam, który Marek słyszał wcześniej.

A wszystkie drzwi na oddziale otworzyły się jednocześnie.

Rozdział 6 — Głosy

Alarm wył w całym oddziale.

Nieprzerwanie.

Przenikliwie.

Jakby ostrzegał przed czymś, czego nie dało się już zatrzymać.

Marek odruchowo zasłonił uszy.


Nie pomogło.

Dźwięk zdawał się rozbrzmiewać wewnątrz jego głowy.

Pacjenci zaczęli się cofać.

Niektórzy chowali twarze w dłoniach.

Inni patrzyli ze strachem na ciemny korytarz za drzwiami.

Ewa pobladła.

— Musimy stąd odejść.

Natychmiast.

— Nadal nie powiedziałaś mi, kto się obudził.

— Nie ma czasu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 43.46