E-book
18.43
drukowana A5
30.98
Niespodzianki w świecie Bogów

Bezpłatny fragment - Niespodzianki w świecie Bogów

Obserwatorzy Tom 3


Objętość:
194 str.
ISBN:
978-83-8221-489-5
E-book
za 18.43
drukowana A5
za 30.98

Historia Finna

Rozdział 1

Finn


Miałem pięć lat, kiedy mnie znalazł. Według ludzkiej miary jednak nie byłem pięciolatkiem, lecz dwulatkiem.

Moja matka porzuciła mnie, kiedy odkryła, że rosnę dużo wolniej niż inne dzieci. Kiedy pojęła, że jestem inny nie tylko z powodu swojego „opóźnienia”.

Byłem po części zwierzęciem — nie z powodu mojej dziecięcej „dzikości”, tylko Naprawdę.

Nie pamiętałem tego — wszyscy mówią, że to dobrze i wcale się z nimi nie nie zgadzałem.

Sama świadomość bolała.

Znajdowałem się w domu dziecka, kiedy pierwszy raz go spotkałem — byłem odludkiem, na wszystko reagowałem agresją. Jedynie jedna z kobiet zajmujących się nami potrafiła do mnie dotrzeć.

— Brawo Finn. Dzielny chłopiec.

Tylko dzięki niej potrafiłem się uśmiechnąć. Jednak poza nią… nie miałem nikogo.

Pewnego dnia, kiedy siedziałem rysując przy stoliku, usłyszałem, jak dzieci o czymś szepczą. W pewnej chwili spojrzałem tam gdzie oni i aż otworzyłem szeroko usta.

Nigdy nie widziałem takiego wielkiego faceta — on się nie mieścił w drzwiach!

— To ostatnia grupa. Czy jest tu dziecko, o którym pan myślał?

Wtedy jego wzrok padł prosto na mnie.

W pierwszej chwili skuliłem się, widząc ten wzrok — złote oczy, dość głęboko osadzone, tak, że wyglądały, jakby otaczał je mrok…

— Tak — potwierdził.

Jego głos bardzo przypominał warczenie. Większość dzieci, kiedy go usłyszała, uciekła pod ściany.

— No już dzieci — opiekunka starała się je uspokoić. — Pan Trent przecież was nie zje.

Mężczyzna spojrzał na nią kątem oka, ale zaraz znów spojrzał na mnie. Zaczął iść w moją stronę, a ja zszokowany unosiłem wzrok coraz wyżej, wyżej, i wyżej… aż padłem na plecy.

— Finn, uważaj — opiekunka podeszła do mnie. — Ale z ciebie niezdara.

Pomogła mi się podnieść i stanąłem naprzeciw tego faceta, przez chwilę mierząc się z nim wzrokiem. Po chwili dojrzałem w jego oczach jakiś błysk, którego znaczenie zrozumiałem dopiero po latach.

Nie uciekałem od niego. Byłem zaciekawiony, lecz się go nie bałem.

Po tym kucnął przede mną w taki sposób, że jego oczy znalazły się na równi z moimi.

— Jak masz na imię?

— Finn.

— Panie Trent… to o niego panu chodziło?

Nie spuszczał ze mnie wzroku.

— Tak.

Zabrała go na stronę, a do mnie podeszło parę osób.

Śmiali się ze mnie. Myśleli, że jestem głupi i nieogarnięty na swój wiek.

Lecz ja, jak się dowiedziałem jeszcze tego samego dnia, wcale nie byłem głupi i nieogarnięty.

Po prostu byłem za młody. Za młody według ludzkiej miary — lecz nie dla takich ludzi jak mężczyzna, który po mnie przyszedł.

Ten dzień zmienił całe moje życie. Ten mężczyzna je zmienił.

Mężczyzna o imieniu Tate.

Od tamtego dnia minęło parę lat, a ja w końcu zacząłem „nadrabiać zaległości”.

Byłem inteligentnym chłopakiem — wszyscy mi to mówili. Ciągle młodziutkim, mimo że według ludzkich lat powinienem być już pełnoletni.

Jednak ja nie byłem człowiekiem — nie całkowicie.

Miałem w sobie geny niedźwiedzia — choć te były trochę bardziej rozrzedzone niż u moich braci i sióstr. Podobno takich jak ja rodziło się niewiarygodnie mało — sam nikogo takiego nie znałem. W pewien sposób byłem najbardziej wyjątkowy i najbardziej dziwny pośród całej dziwności nas wszystkich.

Miałem moce takie same jak oni — byłem tak samo silny jak każdy zmienny.

Jednak miałem słabsze zdolności przystosowawcze. Łatwiej się dołowałem. Dłużej byłem zły. Dłużej się cieszyłem.

Moja ludzka strona objawiała się w moich uczuciach. Wszyscy wokół mnie byli wspaniali — kochałem ich tak samo, jak oni mnie. Jednak zawsze wiedziałem, że nie do końca odczuwam jak oni. Miałem trochę inne potrzeby, co innego było dla mnie priorytetem.

Miałem teraz dwadzieścia lat, co według ludzkiej miary stawiało mnie jako czternasto lub piętnastolatka. I tak się czułem, mimo że wyglądałem jak dorosły.

Byłem najmłodszy i znalazłem wspólny język z młodszymi zmiennymi, choć ci i tak byli przynajmniej sto lat starsi niż ja. Wszyscy byli niesamowici, jednak była jedna osoba, którą cały czas podziwiałem.

I był to mężczyzna, który lata temu mniej odnalazł.

Tate był najgroźniejszą osobą ze wszystkich… najbardziej wycofaną…

Nie wiem, dlaczego aż tak od początku do niego ciągnąłem — często na mnie warczał. Nie poddawałem się jednak, łażąc za nim krok w krok.

Aż w końcu usłyszałem coś, co bardzo mnie zaskoczyło.

— Finn, ty się go naprawdę nie boisz?

Miałem wtedy ludzkie dziesięć lat, czyli miałem umysł siedmiolatka — siedmiolatka, który dobrze wszystko pojmuje.

— Nie, czemu?

— On jest wielki — rzekła z przestrachem Alteea, która była po mnie najmłodsza. — I groźny. I…

— On jest legendą. Najstarszy zmienny zaraz po Saranie — wyznał Trent.

Byłem wpierw zaskoczony, gdy poznałem jego imię, bo tego samego użył Tate, gdy mnie znalazł. Do tej pory pamiętam swoją dziecięcą reakcję:

— Ale masz super imię!

Jakiś czas po tym powiedział mi, że wygrałem go tą jedną chwilą, a miał wtedy dwieście trzydzieści pięć lat.

Trent i Alteea do tej pory są moim najbliższymi przyjaciółmi.

Jednak to Tate był moim wzorem — jeszcze zanim dowiedziałem się o tym, że był „legendą”.

Tamtego dnia, gdy rozmawiałem o nim z przyjaciółmi, ci powiedzieli mi coś takiego, co sprawiło, że zacząłem chodzić za nim jeszcze bardziej, nawet trochę mu się naprzykrzając.

Zauważyli, że moja obecność nie przeszkadza mu za mocno.

Walczyłem — długo nie wiedziałem dlaczego. Walczyłem o jego uwagę, jednocześnie wiedząc, by nie przesadzać.

Kiedy go widziałem, jak wraca z misji, zawsze pytałem, co u niego — jak poszło. Wpierw mnie ignorował, jednak po dłuższym czasie, kiedy zobaczył, że nie dam się zbyć jak inni — westchnął ciężko i powiedział:

— Jesteś uparty jak osioł, a nie niedźwiedź.

I tyle. I Aż tyle.

Od tamtej chwili, kiedy coś robił, siadałem niedaleko — czasami nawet pakując się do pomieszczenia, kiedy był w nim sam. Mierzył mnie wtedy tym swoim wilczym spojrzeniem, lecz na mój uśmiech zawsze tylko kręcił oczami.

I nic nie mówił. A to oznaczało, że mogłem zostać.

Tak było do teraz. Miałem dwadzieścia lat, a nasza więź — bo mogłem ją tak nazwać, była trochę specyficzna. Tate wiedział, że nie traktuję go jak reszty. Wiedziałem też, że nie wie do tej pory, co z tym zrobić.

A przynajmniej nie wiedział do ostatniej, bardzo ważnej, jeśli nie najważniejszej akcji całego jego życia. Jego i zarazem naszego również.

Akcji, dzięki której odnalazł Nike.

Wpierw… nie lubiłem jej. Zanim po raz pierwszy ją ujrzałem, czułem się tak, jakby zabrała mi uwagę Tate’a, który skupił się tylko na niej. A, kiedy chciał oddać swoje człowieczeństwo, poczułem nie tylko złość — znienawidziłem ją, bo mimo że tak bardzo kochałem Tate’a, on nawet mnie nie słuchał.

Czułem się tak, jakby mi go odebrała — odebrała mi kogoś, w kim widziałem nie brata, lecz ojca.

Kiedy go uratowała nie wiedziałem, co myśleć. Odsunąłem się od niego, urażony i zraniony.

Jednak go obserwowałem — i widziałem w nim coraz więcej zmian.

Coraz więcej emocji, coraz więcej… prawdziwego niego. Tego mężczyznę, którego w nim wyczuwałem i którego już pierwszego dnia pokochałem.

Długo myślałem. Kręciłem się w sobie, nie wiedziałem co robić, aż uznałem, że mam tylko jedno wyjście — jedną opcję.

Musiałem ją poznać i przekonać się, kim jest kobieta, która mi go odebrała i jednocześnie tak zmieniła — tak pozytywnie. Nie wierzyłem, że Tate kochałby kogoś, kto jest zły, mimo tego co, jak później sobie uświadomiłem, nawet nie miała zamiaru zrobić.

Po raz pierwszy zobaczyłem ją w naszej zbrojowni — i okazała się największym zaskoczeniem mojego życia.

Chwilę wcześniej widziałem Tate’a. Tak wściekłego, tak bardzo wkurzonego, jak nigdy nie widziałem, by był. Właściwie… nigdy wcześniej nie widziałem jego wściekłości. Nigdy nie widziałem w nim tylu emocji, które wręcz kipiały namacalną siłą, jakby gotowe rozerwać go od środka.

Sądziłem, że Lady — wtedy nią jeszcze dla mnie była, do czasu, nim ją poznałem — to kawał wstrętnej baby, która owinęła go sobie wokół palca i się nim bawi, więc — kiedy się dowiedziałem, że po raz pierwszy spaceruje po domu bez żadnej eskorty — uznałem, że nadszedł ten dzień, ta chwila.

Wszyscy, co ją do tej pory spotkali mówili, że jest wspaniała. Samo to, jak wiele zrobiła dla Tate’a, trochę nie zgadzało się z moimi myślami. Nie było mnie przy tym, kiedy zdemaskowała młodszych Kapłanów, ale wszyscy mówili jedno — że jest zupełnie inna, niż pokazuje na pierwszy rzut oka.

Kiedy wszedłem do zbrojowni byłem gotów na wszystko, zwłaszcza mając w pamięci wściekłość Tate’a. Jednak, kiedy ją zobaczyłem, moje wyobrażenie na jej temat pękło jak bańka.

Ona w niczym nie przypominała moich wyobrażeń.

W zbrojowni było nas kilku i wdaliśmy się w rozmowę na jej temat, podczas gdy ona oglądała wszystko z zaciekawieniem — nie strachem, jak wiele osób po raz pierwszy stykających się z taką bronią, tylko właśnie z ciekawością.

Pomimo mojego nastawienia doszliśmy do tego, że jest bardzo seksowna. Nie przypominała jakiejś chudej modelki — to była kobieta, bardzo ładna kobieta, którą otaczało coś takiego, czego nie mogłem w tamtej chwili nazwać.

Chłopacy rozprawiali dalej, lecz ja patrzyłem na nią, próbując cokolwiek zrozumieć.

Coś tu było nie tak. Ona nie promieniała siłą. Nie wyglądała na specjalnie odważną, czy choćby cwaną.

Jej ciało wręcz krzyczało: jestem zmęczona i smutna.

I taka w tamtej chwili była, o czym przekonałem się od razu, gdy zobaczyłem jej oczy.

Piękne, ciemnozielone oczy pełne smutku.

W pewnej chwili zobaczyłem, jak podchodzi do dość specyficznego modelu broni — był poręczny, ale głośny jak cholera.

Jak zobaczyłem, w jaki sposób bierze go do ręki, od razu wystartowałem ze słowami:

— Niech Lady tam nie naciska bo strzeli!

Nie upuściła broni, choć się przestraszyła, a wielu na jej miejscu właśnie to by zrobiło. Instynktownie złapała tylko za rączkę obiema dłońmi i przełknęła ślinę.

— Jezu, lubię swoje stopy, nie chcę w nich dziur.

To były pierwsze słowa, jakie od niej usłyszałem. I dobrze pamiętałem swoją reakcję, którą było po prostu zdumienie.

Miała dość niski, bardzo ciepły głos, który o dziwo bardzo do niej pasował. Same słowa zdradziły mi od razu, że mam do czynienia z osobą dość mądrą… Do tej pory nie mogę uwierzyć, że użyłem wtedy słowo „mądra”, bo teraz byłaby to w moich uszach obelga na jej temat i każdy, kto by ją tak określił w mojej obecności, zwyczajnie oberwałby ode mnie w mordę.

Wracając jednak do tematu, Nike — czy też wciąż wtedy dla mnie Lady — po tych słowach oddała mi broń, a ja wziąłem ją, patrząc na nią bez słowa.

Ona jednak zaraz się odezwała:

— Dziękuję. Cenię swoje nogi, choć są takie wielkie.

Pamiętam, że zmarszczyłem wtedy brwi i zlustrowałem ją wzrokiem, pytając zdziwiony:

— Wielkie?

— A nie? — zapytała. — Dziękuję, że mnie ostrzegłeś — zmieniła temat, nawet nie pozwalając mi się jakoś odnieść do jej słów. — Nigdy nie widziałam takich broni. W sumie to nigdy nie dotykałam żadnej, a tym bardziej takiej.

— Czy… Lady się ich nie boi? — zapytałem, zachodząc w głowę, po co ja to ciągnę.

— Szczerze? Nie, choć to może się wydawać trochę dziwne. W zasadzie bronie są na swój sposób fascynujące i zawsze chciałam nauczyć się strzelać, choć brakowało mi odwagi, by choć zajść na strzelnicę… — nagle się zamyśliła. — W sumie to nawet nie wiem, czy jakaś u nas była. Tak to jest z marzeniami — człowiek je ma, a ich nie realizuje.

W tamtej chwili zacząłem myśleć… kto to u licha jest? Ona naprawdę była Boginią Luną? Tą, którą zabrała mi Tate’a?

— Oj, przepraszam. Pewnie cię zajmuję.

Kiedy zobaczyłem jej oczy, ujrzałem w nich tyle smutku, tyle… sam nie wiedziałem czego.

— Dziękuję jeszcze raz — powtórzyła. — Nie będę już przeszkadzać.

Chciała odejść, lecz ja powiedziałem:

— Zaczekaj.

Spojrzała na mnie z ciekawością, lecz smutek ciągle był wszechobecny w jej oczach.

Czyżby… to przez kłótnię z Tate’em?

— Tak?

— Ja… nie mam teraz nic do roboty. Jeśli Lady chce, to pokażę jej to i owo.

Mimo smutku uśmiech, który zobaczyłem w odpowiedzi, był tak ciepły, że moje myśli zaczęły galopować.

Kto to, u licha, był?

Rozdział 2

Finn


Spędziłem z nią tak dwie godziny. Dwie godziny pokazując bronie, opowiadając o nich, aż zdałem sobie sprawę, że wciągnęliśmy się mocno w temat, a ja całkowicie zapomniałem, kim jest to ciepła, wypytująca mnie o wszystko kobieta.

— Tego nazywamy SIG-iem…

— To ludzka broń, czasem umieszczałam ją w książkach — rzekła od razu.

— Pisze Lady? Naprawdę? — zapytałem, szczerze zaciekawiony.

— Tak. Odkąd skończyłam trzynaście lat.

Rozdziawiłem gębę.

— Na serio?

— Serio — zachichotała ciepło. — Ale, tak naprawdę na serio, wzięłam się za to dopiero po studiach. Trochę ich wydałam.

— O czym pani pisze?

I tak wypytywałem, poznając ją coraz bardziej, coraz bardziej będąc nią zachwyconym.

Ona była zupełnym przeciwieństwem tego, o czym myślałem.

Kiedy sobie to uświadomiłem zamilkłem i zacząłem zastanawiać… dlaczego byłem aż tak uprzedzony, choć nawet jej nie znałem.

— Finn? — zapytała wtedy i zaskoczy poczułem, jak obejmuje mój policzek. — Dobrze się czujesz? Nagle tak posmutniałeś…

Poczułem spokój. Jeden jej dotyk uspokoił moje sumienie.

Jednak nie chciałem o tym rozmawiać, dlatego zaproponowałem, że pokażę jej, jak się strzela, rzucając też pomysłem, żeby ona spróbowała.

Uśmiechnęła się i poszliśmy do strzelnicy.

Kiedy szliśmy w końcu odważyłem się i poruszyłem temat Tate’a — najbezpieczniej jak umiałem, chcąc zrozumieć, co ona do niego czuje.

I miałem rację. Była smutna z jego powodu, z powodu ich kłótni.

Jak się okazało nie rozumiała niektórych rzeczy, które dla nas były oczywiste, dlatego opowiedziałem jej o gniewie Tate’a — o tym, co on oznacza. Słuchała mnie uważnie — nie traktowała jak małolata, choć i tak nawet według ludzkich lat byłem przy niej praktycznie gówniarzem.

Jej uwaga była dla mnie bardzo ważna, o czym bardzo szybko się przekonałem.

I wtedy, kiedy ładowałem broń, wyskoczyła z tamtym pytaniem.

— Finn, czy uważasz, że jestem ładna?

Byłem przerażony i padłem na tyłek mówiąc o tym, że — gdyby Tate to usłyszał — nie miałbym już głowy. Jednak ona nalegała, wyciągając dłoń, by mi pomóc wstać.

Przyjąłem ją i — kiedy wstałem — od razu sobie uświadomiłem, że jeszcze trzy godziny temu, sama myśl, bym miał przyjąć jej dłoń, powodowała, że chciałem gryźć.

Powiedziałem jej wtedy prawdę, że samo to pytanie jest dla mnie przedziwne.

Pojąłem wtedy od razu, jak niską miała samoocenę. Nie widziała w sobie piękna — miałem wrażenie, że ona nawet nie wie, co Tate w niej widzi.

Nim się zorientowałem zacząłem jej opowiadać o tym, jak to u nas jest, czego faceci tacy jak my szukają u kobiet.

Widziałem coraz więcej zaskoczenia na jej twarzy i wchodziłem w temat głębiej, aż wyszło na to, że zacząłem jej opowiadać, co Tate musi w niej widzieć. W pewnej chwili jednak mój wzrok padł — sam nie wiem czemu — na drzwi i zamilkłem.

Ujrzałem opartego o futrynę Tate’a, lecz od razu pojąłem, że jego wściekłość minęła. Co więcej… zdałem sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie widziałem u niego takiego spojrzenia. Jego wzrok był… taki spokojny. Taki nawet trochę rozbawiony i zorientowałem się, że musiał mnie słuchać, lecz nie było w nim ani trochę nagany w związku z moim gadulstwem, raczej… zadowolenie.

W czasie, kiedy te myśli przelatywały mi przez głowę, Tate ruchem palca nakazał mi ciszę i dał znać, że mam kontynuować, wskazując od razu miejsce do ładowania broni.

Zrozumiałem i zrobiłem to, o co prosił.

Skończyłem mój wywód, a Lady rozdziawiła buzię ze zdumienia — był to… naprawdę zabawny widok.

Uśmiechnięty zacząłem trajkotać, ładując dla niej broń i zaraz poprosiłem, by się ustawiła, a ja zaraz pomogę jej ułożyć się dobrze do strzału.

Kiedy wzięła broń i zaczęła kombinować, ja wycofałem się do wejścia, podczas gdy Tate stanął kawałek od niej, tak, by go nie zauważyła.

Kiedy się mijaliśmy usłyszałem ciche:

— Dzięki mały.

I zrozumiałem. On ją naprawdę kochał.

Obserwowałem całą sytuację wraz z pozostałymi. Jednak to, co ujrzałem, całkowicie mnie zagięło.

Spędzając z nią dzisiejszy dzień uznałem, że jest bardzo ciepła, lecz też bardzo delikatna. Moja złość na nią, moja nienawiść znikła już po pierwszych dziesięciu minutach rozmowy z nią.

Tak naprawdę zacząłem się nawet martwić, że z trudnym charakterem Tate’a, z jego szorstkością, tak słodka kobieta sobie nie poradzi, a on ją tak kochał…

Zachowanie Tate’a umiałem zrozumieć, choć to, jak ją trzymał, jaki był delikatny i zarazem zdecydowany wobec niej, zaskoczyło mnie bardziej, niż mogłem sądzić.

On ją traktował jak swoją własność — każdy jego ruch był wypełniony zarazem miłością, jak i zdecydowaniem. Żadnej ostrożności, żadnego wahania, żadnej nadmiernej delikatności.

Tak prawdę mówiąc patrzenie na nich, mimo tego, że rozmowa między nimi nie była lekka, było dość mocno pobudzające, głównie na razie przez Tate’a.

Nigdy nie sądziłem, że on może tak na kogoś patrzeć i zarazem w ogóle się tego nie bać.

Jakby ona całkowicie go akceptowała. Jakby dobrze wiedział, że cokolwiek zrobi, jakkolwiek się zachowa, ona go nie odtrąci.

W tamtej chwili miałem jednak przed oczami kobietę sprzed ostatnich kilku godzin — tak naprawdę nie wiedziałem, jak było między nimi. Ja widziałem ciepłą, delikatną kobietę, która nie czuła się dobrze ze sobą, nie potrafiła dostrzec w sobie fizycznej atrakcyjności.

Jednak zachowanie Tate’a było aż zbyt wyraźne — dla niego ona była szczytem marzeń.

A kiedy zobaczyłem jej gniew, kiedy wycelowała w niego bronią, ujrzałem to, o czym mówili inni.

Ona była piekielnie odważna.

I nieugięta — nawet nie drgnęła jej ręka, nie cofnęła się ani o milimetr, kiedy Tate, z wyraźnym wyzwaniem, podjudzał ją, by strzeliła, idąc w jej stronę — aż do chwili, kiedy przycisnął się do wycelowanej w siebie broni.

Nie wiem dlaczego, ale kiedy wszyscy zamarli myśląc, że nie strzeli, ja wiedziałam, że to zrobi.

I zrobiła.

Szok był ogromny. Strzeliła, jednak Tate nadal stał — kula tkwiła za to idealnie między jego stopami.

Lady Nike jednak nie wpadła w histerię — nie była przerażony tym, że prawie go zabiła.

Ona była wściekła jeszcze bardziej, jadąc po nim z góry do dołu.

Kiedy go wyminęła i rozkazała nam po prostu spadać, twierdząc że „koniec przedstawienia”, wszyscy wręcz przyparliśmy do ściany.

Tamta słodka i delikatna kobieta znikła. Pojawiła się za to kobieta, którą Tate, a raczej jego wilk, musiał zaakceptować.

Pojawiła się nasza Alfa — nasza Luna.

Kobieta na tyle silna, by móc władać nie tylko nad samym Tate’em, ale i nad nami wszystkimi.

To, co działo się później, było samą manifestacją tego, czym była — jej moc się objawiła, czyniąc ją zwinniejszą i szybszą. Kilka razy walnęła Tate’a i to wcale nie lekko.

Jednak to, jak sobie z nią poradził, zszokowało nas jeszcze bardziej, a jej reakcja, gdy się uspokoiła, zabrała wszelkie wątpliwości na temat jej charakteru.

Ona była cholernie gorąca — Trent, kiedy zobaczył, co się dzieje, zasłonił mi oczy jak smarkowi, choć czułem, że jedzie od niego podnieceniem.

Trochę szkoda, że nie dał mi popatrzeć, ale w sumie później okazało się, że dobrze zrobił, bo miałbym jeszcze większy problem niż miałem i to przez własne hormony.

Bo Lady bardzo szybko przestała być dla mnie „Lady”. Od tamtej chwili, kiedy tylko ją widziałem, zagadywałem ją. Ona zawsze miała dla mnie uśmiech i zawsze mnie wysłuchiwała, chyba że naprawdę nie miała czasu. Potem jednak często szukała mnie. Za pierwszym razem nie wiedziałem właściwie czemu i jak o to spytałem, powiedziała:

— Chciałeś pogadać, prawda?

Kiedy porozmawialiśmy roztrzepała mi włosy i powiedziała, że pogada z Tate’am. Nie wiem już teraz, o co wtedy chodziło, ale miałem na to wytłumaczenie.

Naszych rozmów było po prostu bardzo dużo. Kiedy nie miała w danej chwili czasu, zawsze mnie późnej szukała tłumacząc się dokładnie tym samym powodem co za pierwszym razem. Bardzo szybko zrozumiałem, że ona mnie lubi.

I że ja lubiłem ją.

Nim się zorientowałem… pokochałem ją. Jednak nie jak zwykłą kobietę.

Kiedy ją widziałem czułem się szczęśliwy. Chciałem, by była ze mnie dumna, tak jak zawsze chciałem, by był ze mnie dumny Tate.

Przyjęła mnie, a Tate bardzo często mi ją powierzał. Poczułem się częścią ich świata. Wszyscy mówili, że mam szczęście, że jestem „w ścisłym gronie” tych, którzy są najbliżsi Alfom wraz z Beth oraz od pewnego czasu także Rafaelem i Saraną, która bardzo troszczyła się o Nike. Jednak ja nie czułem się jak „jeden ze ścisłego grona”, ja czułem się tak, jakbym pośród wszystkich tych wspaniałych ludzi znalazł w końcu swoje miejsce, znalazł rodzinę, którą stworzyła Nike, nawet o tym nie wiedząc.

Ona była jej trzonem, jej podporą, choć to Tate był naszą skałą.

Ona była dla mnie jak matka. Matka, której tak bardzo pragnąłem i tak bardzo potrzebowałem.

Tłumiłem to przez te wszystkie lata. Inni nie mieli tego problemu, lecz ja — będąc emocjonalnie bardziej człowiekiem — nie potrafiłem się tak po prostu otrząsnąć. Potrzebowałem rodziców, potrzebowałem, by ktoś się o mnie martwił, potrzebowałem kogoś kochać inaczej niż brata czy siostrę. Kiedy poznałem Nike zrozumiałem, że to ona jest dla mnie matką. Kochałem ją jak syn, chciałem nim być — ta potrzeba, jak po pewnym czasie zrozumiałem, była nie tylko moja, bo moje zwierzęcy geny także tego pragnęły.

Jednak ona nią nie była, a ja nie mogłem tego zmienić. Nie miałem prawa nawet jej prosić, by mnie pokochała tak, jak tego najbardziej pragnąłem.

Więc byłem przy niej. Czerpałem z tego najwięcej, jak tylko mogłem, aż wszyscy zaczęli się śmiać pojmując, do czego tak naprawdę dążę.

Wszyscy to zauważyli. Wszyscy wiedzieli, co czułem.

Ona także już wiedziała.

Bałem się tej chwili — chwili, kiedy się dowie, jak bardzo byłem głupi. Ona była dziesięć lat starsza ode mnie, mimo że emocjonalnie byłem znacznie młodszy. Nie bałbym się tak bardzo, gdyby była taka jak my lub chociaż jak ja, ale ona była wychowana na Ziemi, gdzie życie ludzkie trwa tylko około stu lat. Bałem się, że mnie odrzuci, że mnie wyśmieje albo całkowicie opuści.

Jednak ona nie zrobiła żadnej z tych rzeczy.

W zasadzie nie zrobiła nic. Nie przestała do mnie przychodzić, nie przestała mnie tulić, kiedy byłem szczęśliwy czy smutny.

Zaakceptowała tą myśl, choć wiedziałem że — podobnie jak ja — nie wiedziała do końca, co z tym zrobić.

Wtedy dowiedziałem się, że ona nie zna całej prawdy. Nie zna prawdy o tym, czym do końca jestem i przez to nie całkiem pojmuje to, co czułem.

Tate jej nie powiedział. I zrozumiałem, że jej nie powie.

Czułem się, jakby to była dla mnie kara. To, że jej nie powiedział, oznaczało iż — mimo że jej to nie przeszkadza — jemu wyraźnie tak. Nie zgadzał się na to, co czułem, jednak nie odseparował mnie od niej.

Nie wiedziałem, co mam o tym myśleć, jednak nie potrafiłem już odejść — nie potrafiłem odsunąć. Zostałem więc przy nich, choć wiedziałem, że nigdy nie dostanę od nich tego, czego najbardziej w życiu pragnąłem.

Rozdział 3

Finn


Pewnego razu Tate i Nike strasznie się pokłócili — to była ich pierwsza tak poważna kłótnia. Przez cały tydzień Tate chodził wściekły — lecz była to wściekłość tak wielka, że nawet nie bulgotała, tylko przypominała zimno na Antarktydzie.

Zaś Nike… jej złość bała spokojna. Tak spokojna, że cięła lepiej niż nóż masło. Przez cały tydzień wszyscy unikaliśmy ich spojrzeń, bo od razu traciło się całą odwagę ujrzawszy ich wzrok. Mówiąc krótko — do obojga lepiej było nie podchodzić wcale.

Jednak mieliśmy dość.

Podzieliliśmy się na grupki. Rafael poszedł do Tate’a, bo — odkąd tylko się poznali — stali się przyjaciółmi i wcale się temu nie dziwiłem, bo Rafael był naprawdę super facetem. Chcieliśmy, by drugą grupę poprowadziła Beth, lecz nie było jej na stacji — miała kilka spraw do załatwienia na Ziemi i poprosiła o trochę wolnego jeszcze zanim podjęliśmy decyzję w sprawie naszego „buntu”.

Nie mogliśmy jednak czekać, więc zostałem ja.

Poszliśmy do niej. Spojrzenie, które ujrzałem, sprawiło mi więcej bólu, niż sądziłem. Jednak i tak spróbowałem — spróbowałem i nie wytrzymałem. W pełni świadomie powiedziałem do niej przez „Ty”, żeby wiedziała, że naprawdę już nie możemy — że Ja nie daję rady.

Jednak jej oschłość raniła i wyszedłem stamtąd bez słowa, po czym poszedłem do siebie i trzasnąłem drzwiami.

Siedziałem w pokoju wściekły, zraniony, nie wiedząc, co robić — jak odzyskać naszą Nike, która przez ten tydzień jakby zniknęła, zastąpiona przez inną osobę.

Wtedy jednak dowiedziałem się o bójce. Trent wpadł do mnie do pokoju ze słowami:

— Tate i Rafael zaraz się pozabijają!

Pobiegliśmy, a w międzyczasie dogoniła nas Alteea.

— Cholera, oni tak na serio? — zapytała i wtedy jakby nastąpiło trzęsienie.

Coś rozpieprzyło ścianę w pokoju niedaleko i wpadliśmy do pomieszczenia.

Tate — cały zakrwawiony w postaci wilka — walczył tam z Rafaelem, który nie wyglądał ani trochę lepiej.

— Przestańcie!

Usłyszałem głos Nike, lecz oni jej nie słuchali.

Do diabła!

Nim się zastanowiłem ruszyłem na nich, chcąc zrobić coś, cokolwiek, skoro nawet ona nie potrafiła ich uspokoić.

Jednak Tate po prostu walnął mnie pyskiem, aż padłem na glebę.

Usłyszałem tylko:

— Nie wtrącać się!

— Boże Finn!

Nike podbiegła do mnie, jednak byłem zbyt zły, zbyt zraniony jej dotychczasowym zachowaniem. Nie potrafiłem tego ukryć, więc nawet na nią nie spojrzałem.

Wtedy poczułem zapach jej łez i usłyszałem, jak obwinia się o wszystko.

Spojrzałem na nią zorientowawszy się, że wróciła, jednak wtedy ona wpadła z krzykiem pomiędzy walczących.

W tym momencie moje serce stanęło i pękło na wszystkie części.

Nie mogłem się ruszyć, bałem się odetchnąć — Rafael, zanim zamarł, zanim zdołał nad sobą zapanować, po części wbił miecz w jej plecy. Tate tymczasem, w swoim szale, zacisnął swoje wielkie szczęki wokół jej ciała, przebijając je aż do krwi.

Rafael był tak przerażony, że aż trzęsły mu się ręce. Poruszał przez to mieczem, co — jak widziałem — doskonale wiedział.

Zamknął oczy, po czym — jednym ruchem — wyjął broń z jej ciała i rzucił ją na podłogę. Ujrzałem, jak przerażony pada na ziemię, patrząc na to, co zrobił.

Tate — niemal bezgłośnie — zaczął się cofać w czasie przemiany. Nigdy nie widziałem go tak przerażonego — Nigdy.

Reakcja Nike przełamała jednak cały tydzień niesnasek. Ona…

Zaczęła przepraszać.

Płakała, przepraszając za wszystko. Przepraszała jego, nas… Krwawiła, niemal zginęła. A mimo tego to ona przepraszała, błagając, by Tate nie znienawidził jej za jej zachowanie.

On również ronił łzy. Zapewniał ją, że tak nie jest, próbując dotknąć, lecz widocznie bojąc się to zrobić, by nie wywołać u niej większego bólu.

Tymczasem ona nadal przepraszała. Przepraszała, póki nie straciła przytomności.


Siedziałem z nimi przez cały czas. Nie mogłem się uspokoić — nigdy tak bardzo się nie bałem.

Kiedy Sarana powiedziała, że Nike jest emocjonalnie wykończona, byłem wściekły i zdruzgotany — przede wszystkim tym, że nikt tego nie zauważył. Z Tate’em byli pokłóceni, ale ja mogłem przy niej być. Mogłem ją wspierać, spróbować do niej dotrzeć, tak jak ona dotarła do mnie…

Jednak słowa Sarany, kiedy wyszła od Nike, całkowicie mnie dobiły.

— Nike niewiele mówiła. Ale jej poczucie winy jest ogromne. Cały czas przepraszała. Wszystkich. Tate’a, Rafaela, Beth, Finna.

— Mnie? — zapytałem, nie wiedząc, czemu by miała chcieć przeprosić akurat mnie.

— Wie, że cię zraniła. Boi się, że jej nie wybaczysz.

Przyznaję, poryczałem się strasznie i z ledwością zdołałem zapytać:

— Mogę do niej iść?

Jednak mi nie pozwoliła, bo ją po prostu uśpiła.

Ryczałem bardzo długo, cały czas siedząc skulony na jednym z łóżek. W końcu Sarana powiedziała, żebym poszedł do siebie — żebym odpoczął i że mogę wrócić tu rano.

Jednak nie zgodziłem się. Po raz pierwszy tak bardzo się zaparłem, że aż przemieniłem się, by wiedzieli, że nigdzie się nie ruszam.

Nawet warczenie Tate’a mnie nie przekonało — byłem gotów walczyć, by zostać. Zrozumiał mój upór i w końcu zmęczony powiedział, bym robił, jak chcę.

Postanowiłem się upewnić, że mnie stąd nie wyrzucą i pozostałem w postaci niedźwiedzia, kładąc na środku poczekalni. Nie mogłem jednak przestać płakać i ryczałem tak długo, aż w końcu zasnąłem.


Kiedy zrobiło się jasno otworzyłem oczy i od razu przypomniałem sobie wszystko, co się wydarzyło — to wspomnienie znów wywołało u mnie wybuch płaczu.

Czemu to wszystko musiało się wydarzyć? Tak bardzo się o nią bałem — jeszcze nigdy nie bałem się tak mocno. A świadomość, że moje zachowanie było częścią jej załamania…

Zacząłem wyć w swojej zwierzęcej formie — nie minęło jednak wiele, kiedy usłyszałem:

— Boże, Finn!

I poczułem, jak obejmują mnie jej ramiona.

Tuliła mnie tak przez chwilkę, by w końcu unieść mój pysk — ujrzałem wtedy jej zapłakane, kochające oczy.

— Boże, Finn — powtórzyła. — Już dobrze, dobrze skarbie, już dobrze…

I znów mocno mnie przytuliła — ja w tym czasie uniosłem swoje wielkie łapska i zrobiłem to samo.

— Przepraszam — zapłakałem. — Nike, przepraszam. Kocham cię. Nie jestem zły. Przepraszam.

Wtedy znów złapała mój pysk i poczułem, jak jej łzy moczą mi futro.

Przemieniłem się znów w człowieka, a ona wycałowała mnie, wyznając:

— Też cię kocham Finn. Bardzo. Jesteś najukochańszym chłopcem na świecie.

— Naprawdę? — pociągnąłem nosem. — Naprawdę?

— Tak — pocałowała mnie w usta, jednak nie był to pocałunek, jaki widuje się w telewizji — sam także nie poczułem niczego dziwnego.

Ten pocałunek mnie pocieszył i to tak bardzo, że się uspokoiłem. Nigdy nie sądziłem, że cmoknięcie może tak bardzo pokazać drugiej osobie, że ta go kocha.

Pociągnąłem nosem — byłem cały mokry od swoich i jej łez. Zapomniałem o tym — zapomniałem o znaczeniu jej łez, o tym, co robią Zmiennym. Oblizałem usta nieświadomy, że coś może się wydarzyć — nie myślałem o konsekwencjach, choć kiedyś marzyłem by, skoro nie mogłem być dla niej synem, stać się dla niej kimś takim jak Beth — mieć z nią więź. Zrezygnowałem jednak z tego pomysłu, kiedy zrozumiałem uczucia Tate’a.

Wtedy jednak poczułem, jak tracę przytomność — a kiedy doszedłem do siebie, zobaczyłem nieprzytomną Nike, leżącą w ramionach Tate’a.

Tate’a, który był zrezygnowany i ani trochę zły.

— Jak to jest kochanie, że ty zawsze masz rację?

Mój wzrok — nie wiem czemu — padł na mój nadgarstek… by po chwili wrócić z przestrachem na Tate’a.

Kiedy zobaczył mój wzrok od razu przechylił głowę.

— Nie tego chciałeś?

— Tate ja…

— Wiem — powiedział uspokajająco i po chwili kładł mi rękę na głowie. — Wiem, ile ona dla ciebie znaczy. Jak wiele ty znaczysz dla niej. Nie potępiam tego Finn. Nigdy nie potępiałem.

Popłakałem się ponownie i zrozumiałem coś, co powinienem był zrozumieć już jakiś czas temu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 18.43
drukowana A5
za 30.98