E-book
19.11
drukowana A5
33.81
drukowana A5
Kolorowa
62.64
Niespodzianki w świecie Bogów

Bezpłatny fragment - Niespodzianki w świecie Bogów

Obserwatorzy Tom 3


Objętość:
196 str.
ISBN:
978-83-8221-489-5
E-book
za 19.11
drukowana A5
za 33.81
drukowana A5
Kolorowa
za 62.64

Historia Finna

Rozdział 1

Finn


Miałem pięć lat, kiedy mnie znalazł. Według ludzkiej miary jednak nie byłem pięciolatkiem, lecz dwulatkiem.

Moja matka porzuciła mnie, kiedy odkryła, że rosnę dużo wolniej niż inne dzieci. Kiedy pojęła, że jestem inny nie tylko z powodu swojego „opóźnienia”.

Byłem po części zwierzęciem — nie z powodu mojej dziecięcej „dzikości”, tylko Naprawdę.

Nie pamiętałem tego — wszyscy mówią, że to dobrze i wcale się z nimi nie nie zgadzałem.

Sama świadomość bolała.

Znajdowałem się w domu dziecka, kiedy pierwszy raz go spotkałem — byłem odludkiem, na wszystko reagowałem agresją. Jedynie jedna z kobiet zajmujących się nami potrafiła do mnie dotrzeć.

— Brawo Finn. Dzielny chłopiec.

Tylko dzięki niej potrafiłem się uśmiechnąć. Jednak poza nią… nie miałem nikogo.

Pewnego dnia, kiedy siedziałem rysując przy stoliku, usłyszałem, jak dzieci o czymś szepczą. W pewnej chwili spojrzałem tam gdzie oni i aż otworzyłem szeroko usta.

Nigdy nie widziałem takiego wielkiego faceta — on się nie mieścił w drzwiach!

— To ostatnia grupa. Czy jest tu dziecko, o którym pan myślał?

Wtedy jego wzrok padł prosto na mnie.

W pierwszej chwili skuliłem się, widząc ten wzrok — złote oczy, dość głęboko osadzone, tak, że wyglądały, jakby otaczał je mrok…

— Tak — potwierdził.

Jego głos bardzo przypominał warczenie. Większość dzieci, kiedy go usłyszała, uciekła pod ściany.

— No już dzieci — opiekunka starała się je uspokoić. — Pan Trent przecież was nie zje.

Mężczyzna spojrzał na nią kątem oka, ale zaraz znów spojrzał na mnie. Zaczął iść w moją stronę, a ja zszokowany unosiłem wzrok coraz wyżej, wyżej, i wyżej… aż padłem na plecy.

— Finn, uważaj — opiekunka podeszła do mnie. — Ale z ciebie niezdara.

Pomogła mi się podnieść i stanąłem naprzeciw tego faceta, przez chwilę mierząc się z nim wzrokiem. Po chwili dojrzałem w jego oczach jakiś błysk, którego znaczenie zrozumiałem dopiero po latach.

Nie uciekałem od niego. Byłem zaciekawiony, lecz się go nie bałem.

Po tym kucnął przede mną w taki sposób, że jego oczy znalazły się na równi z moimi.

— Jak masz na imię?

— Finn.

— Panie Trent… to o niego panu chodziło?

Nie spuszczał ze mnie wzroku.

— Tak.

Zabrała go na stronę, a do mnie podeszło parę osób.

Śmiali się ze mnie. Myśleli, że jestem głupi i nieogarnięty na swój wiek.

Lecz ja, jak się dowiedziałem jeszcze tego samego dnia, wcale nie byłem głupi i nieogarnięty.

Po prostu byłem za młody. Za młody według ludzkiej miary — lecz nie dla takich ludzi jak mężczyzna, który po mnie przyszedł.

Ten dzień zmienił całe moje życie. Ten mężczyzna je zmienił.

Mężczyzna o imieniu Tate.

Od tamtego dnia minęło parę lat, a ja w końcu zacząłem „nadrabiać zaległości”.

Byłem inteligentnym chłopakiem — wszyscy mi to mówili. Ciągle młodziutkim, mimo że według ludzkich lat powinienem być już pełnoletni.

Jednak ja nie byłem człowiekiem — nie całkowicie.

Miałem w sobie geny niedźwiedzia — choć te były trochę bardziej rozrzedzone niż u moich braci i sióstr. Podobno takich jak ja rodziło się niewiarygodnie mało — sam nikogo takiego nie znałem. W pewien sposób byłem najbardziej wyjątkowy i najbardziej dziwny pośród całej dziwności nas wszystkich.

Miałem moce takie same jak oni — byłem tak samo silny jak każdy zmienny.

Jednak miałem słabsze zdolności przystosowawcze. Łatwiej się dołowałem. Dłużej byłem zły. Dłużej się cieszyłem.

Moja ludzka strona objawiała się w moich uczuciach. Wszyscy wokół mnie byli wspaniali — kochałem ich tak samo, jak oni mnie. Jednak zawsze wiedziałem, że nie do końca odczuwam jak oni. Miałem trochę inne potrzeby, co innego było dla mnie priorytetem.

Miałem teraz dwadzieścia lat, co według ludzkiej miary stawiało mnie jako czternasto lub piętnastolatka. I tak się czułem, mimo że wyglądałem jak dorosły.

Byłem najmłodszy i znalazłem wspólny język z młodszymi zmiennymi, choć ci i tak byli przynajmniej sto lat starsi niż ja. Wszyscy byli niesamowici, jednak była jedna osoba, którą cały czas podziwiałem.

I był to mężczyzna, który lata temu mniej odnalazł.

Tate był najgroźniejszą osobą ze wszystkich… najbardziej wycofaną…

Nie wiem, dlaczego aż tak od początku do niego ciągnąłem — często na mnie warczał. Nie poddawałem się jednak, łażąc za nim krok w krok.

Aż w końcu usłyszałem coś, co bardzo mnie zaskoczyło.

— Finn, ty się go naprawdę nie boisz?

Miałem wtedy ludzkie dziesięć lat, czyli miałem umysł siedmiolatka — siedmiolatka, który dobrze wszystko pojmuje.

— Nie, czemu?

— On jest wielki — rzekła z przestrachem Alteea, która była po mnie najmłodsza. — I groźny. I…

— On jest legendą. Najstarszy zmienny zaraz po Saranie — wyznał Trent.

Byłem wpierw zaskoczony, gdy poznałem jego imię, bo tego samego użył Tate, gdy mnie znalazł. Do tej pory pamiętam swoją dziecięcą reakcję:

— Ale masz super imię!

Jakiś czas po tym powiedział mi, że wygrałem go tą jedną chwilą, a miał wtedy dwieście trzydzieści pięć lat.

Trent i Alteea do tej pory są moim najbliższymi przyjaciółmi.

Jednak to Tate był moim wzorem — jeszcze zanim dowiedziałem się o tym, że był „legendą”.

Tamtego dnia, gdy rozmawiałem o nim z przyjaciółmi, ci powiedzieli mi coś takiego, co sprawiło, że zacząłem chodzić za nim jeszcze bardziej, nawet trochę mu się naprzykrzając.

Zauważyli, że moja obecność nie przeszkadza mu za mocno.

Walczyłem — długo nie wiedziałem dlaczego. Walczyłem o jego uwagę, jednocześnie wiedząc, by nie przesadzać.

Kiedy go widziałem, jak wraca z misji, zawsze pytałem, co u niego — jak poszło. Wpierw mnie ignorował, jednak po dłuższym czasie, kiedy zobaczył, że nie dam się zbyć jak inni — westchnął ciężko i powiedział:

— Jesteś uparty jak osioł, a nie niedźwiedź.

I tyle. I Aż tyle.

Od tamtej chwili, kiedy coś robił, siadałem niedaleko — czasami nawet pakując się do pomieszczenia, kiedy był w nim sam. Mierzył mnie wtedy tym swoim wilczym spojrzeniem, lecz na mój uśmiech zawsze tylko kręcił oczami.

I nic nie mówił. A to oznaczało, że mogłem zostać.

Tak było do teraz. Miałem dwadzieścia lat, a nasza więź — bo mogłem ją tak nazwać, była trochę specyficzna. Tate wiedział, że nie traktuję go jak reszty. Wiedziałem też, że nie wie do tej pory, co z tym zrobić.

A przynajmniej nie wiedział do ostatniej, bardzo ważnej, jeśli nie najważniejszej akcji całego jego życia. Jego i zarazem naszego również.

Akcji, dzięki której odnalazł Nike.

Wpierw… nie lubiłem jej. Zanim po raz pierwszy ją ujrzałem, czułem się tak, jakby zabrała mi uwagę Tate’a, który skupił się tylko na niej. A, kiedy chciał oddać swoje człowieczeństwo, poczułem nie tylko złość — znienawidziłem ją, bo mimo że tak bardzo kochałem Tate’a, on nawet mnie nie słuchał.

Czułem się tak, jakby mi go odebrała — odebrała mi kogoś, w kim widziałem nie brata, lecz ojca.

Kiedy go uratowała nie wiedziałem, co myśleć. Odsunąłem się od niego, urażony i zraniony.

Jednak go obserwowałem — i widziałem w nim coraz więcej zmian.

Coraz więcej emocji, coraz więcej… prawdziwego niego. Tego mężczyznę, którego w nim wyczuwałem i którego już pierwszego dnia pokochałem.

Długo myślałem. Kręciłem się w sobie, nie wiedziałem co robić, aż uznałem, że mam tylko jedno wyjście — jedną opcję.

Musiałem ją poznać i przekonać się, kim jest kobieta, która mi go odebrała i jednocześnie tak zmieniła — tak pozytywnie. Nie wierzyłem, że Tate kochałby kogoś, kto jest zły, mimo tego co, jak później sobie uświadomiłem, nawet nie miała zamiaru zrobić.

Po raz pierwszy zobaczyłem ją w naszej zbrojowni — i okazała się największym zaskoczeniem mojego życia.

Chwilę wcześniej widziałem Tate’a. Tak wściekłego, tak bardzo wkurzonego, jak nigdy nie widziałem, by był. Właściwie… nigdy wcześniej nie widziałem jego wściekłości. Nigdy nie widziałem w nim tylu emocji, które wręcz kipiały namacalną siłą, jakby gotowe rozerwać go od środka.

Sądziłem, że Lady — wtedy nią jeszcze dla mnie była, do czasu, nim ją poznałem — to kawał wstrętnej baby, która owinęła go sobie wokół palca i się nim bawi, więc — kiedy się dowiedziałem, że po raz pierwszy spaceruje po domu bez żadnej eskorty — uznałem, że nadszedł ten dzień, ta chwila.

Wszyscy, co ją do tej pory spotkali mówili, że jest wspaniała. Samo to, jak wiele zrobiła dla Tate’a, trochę nie zgadzało się z moimi myślami. Nie było mnie przy tym, kiedy zdemaskowała młodszych Kapłanów, ale wszyscy mówili jedno — że jest zupełnie inna, niż pokazuje na pierwszy rzut oka.

Kiedy wszedłem do zbrojowni byłem gotów na wszystko, zwłaszcza mając w pamięci wściekłość Tate’a. Jednak, kiedy ją zobaczyłem, moje wyobrażenie na jej temat pękło jak bańka.

Ona w niczym nie przypominała moich wyobrażeń.

W zbrojowni było nas kilku i wdaliśmy się w rozmowę na jej temat, podczas gdy ona oglądała wszystko z zaciekawieniem — nie strachem, jak wiele osób po raz pierwszy stykających się z taką bronią, tylko właśnie z ciekawością.

Pomimo mojego nastawienia doszliśmy do tego, że jest bardzo seksowna. Nie przypominała jakiejś chudej modelki — to była kobieta, bardzo ładna kobieta, którą otaczało coś takiego, czego nie mogłem w tamtej chwili nazwać.

Chłopacy rozprawiali dalej, lecz ja patrzyłem na nią, próbując cokolwiek zrozumieć.

Coś tu było nie tak. Ona nie promieniała siłą. Nie wyglądała na specjalnie odważną, czy choćby cwaną.

Jej ciało wręcz krzyczało: jestem zmęczona i smutna.

I taka w tamtej chwili była, o czym przekonałem się od razu, gdy zobaczyłem jej oczy.

Piękne, ciemnozielone oczy pełne smutku.

W pewnej chwili zobaczyłem, jak podchodzi do dość specyficznego modelu broni — był poręczny, ale głośny jak cholera.

Jak zobaczyłem, w jaki sposób bierze go do ręki, od razu wystartowałem ze słowami:

— Niech Lady tam nie naciska bo strzeli!

Nie upuściła broni, choć się przestraszyła, a wielu na jej miejscu właśnie to by zrobiło. Instynktownie złapała tylko za rączkę obiema dłońmi i przełknęła ślinę.

— Jezu, lubię swoje stopy, nie chcę w nich dziur.

To były pierwsze słowa, jakie od niej usłyszałem. I dobrze pamiętałem swoją reakcję, którą było po prostu zdumienie.

Miała dość niski, bardzo ciepły głos, który o dziwo bardzo do niej pasował. Same słowa zdradziły mi od razu, że mam do czynienia z osobą dość mądrą… Do tej pory nie mogę uwierzyć, że użyłem wtedy słowo „mądra”, bo teraz byłaby to w moich uszach obelga na jej temat i każdy, kto by ją tak określił w mojej obecności, zwyczajnie oberwałby ode mnie w mordę.

Wracając jednak do tematu, Nike — czy też wciąż wtedy dla mnie Lady — po tych słowach oddała mi broń, a ja wziąłem ją, patrząc na nią bez słowa.

Ona jednak zaraz się odezwała:

— Dziękuję. Cenię swoje nogi, choć są takie wielkie.

Pamiętam, że zmarszczyłem wtedy brwi i zlustrowałem ją wzrokiem, pytając zdziwiony:

— Wielkie?

— A nie? — zapytała. — Dziękuję, że mnie ostrzegłeś — zmieniła temat, nawet nie pozwalając mi się jakoś odnieść do jej słów. — Nigdy nie widziałam takich broni. W sumie to nigdy nie dotykałam żadnej, a tym bardziej takiej.

— Czy… Lady się ich nie boi? — zapytałem, zachodząc w głowę, po co ja to ciągnę.

— Szczerze? Nie, choć to może się wydawać trochę dziwne. W zasadzie bronie są na swój sposób fascynujące i zawsze chciałam nauczyć się strzelać, choć brakowało mi odwagi, by choć zajść na strzelnicę… — nagle się zamyśliła. — W sumie to nawet nie wiem, czy jakaś u nas była. Tak to jest z marzeniami — człowiek je ma, a ich nie realizuje.

W tamtej chwili zacząłem myśleć… kto to u licha jest? Ona naprawdę była Boginią Luną? Tą, którą zabrała mi Tate’a?

— Oj, przepraszam. Pewnie cię zajmuję.

Kiedy zobaczyłem jej oczy, ujrzałem w nich tyle smutku, tyle… sam nie wiedziałem czego.

— Dziękuję jeszcze raz — powtórzyła. — Nie będę już przeszkadzać.

Chciała odejść, lecz ja powiedziałem:

— Zaczekaj.

Spojrzała na mnie z ciekawością, lecz smutek ciągle był wszechobecny w jej oczach.

Czyżby… to przez kłótnię z Tate’em?

— Tak?

— Ja… nie mam teraz nic do roboty. Jeśli Lady chce, to pokażę jej to i owo.

Mimo smutku uśmiech, który zobaczyłem w odpowiedzi, był tak ciepły, że moje myśli zaczęły galopować.

Kto to, u licha, był?

Rozdział 2

Finn


Spędziłem z nią tak dwie godziny. Dwie godziny pokazując bronie, opowiadając o nich, aż zdałem sobie sprawę, że wciągnęliśmy się mocno w temat, a ja całkowicie zapomniałem, kim jest to ciepła, wypytująca mnie o wszystko kobieta.

— Tego nazywamy SIG-iem…

— To ludzka broń, czasem umieszczałam ją w książkach — rzekła od razu.

— Pisze Lady? Naprawdę? — zapytałem, szczerze zaciekawiony.

— Tak. Odkąd skończyłam trzynaście lat.

Rozdziawiłem gębę.

— Na serio?

— Serio — zachichotała ciepło. — Ale, tak naprawdę na serio, wzięłam się za to dopiero po studiach. Trochę ich wydałam.

— O czym pani pisze?

I tak wypytywałem, poznając ją coraz bardziej, coraz bardziej będąc nią zachwyconym.

Ona była zupełnym przeciwieństwem tego, o czym myślałem.

Kiedy sobie to uświadomiłem zamilkłem i zacząłem zastanawiać… dlaczego byłem aż tak uprzedzony, choć nawet jej nie znałem.

— Finn? — zapytała wtedy i zaskoczy poczułem, jak obejmuje mój policzek. — Dobrze się czujesz? Nagle tak posmutniałeś…

Poczułem spokój. Jeden jej dotyk uspokoił moje sumienie.

Jednak nie chciałem o tym rozmawiać, dlatego zaproponowałem, że pokażę jej, jak się strzela, rzucając też pomysłem, żeby ona spróbowała.

Uśmiechnęła się i poszliśmy do strzelnicy.

Kiedy szliśmy w końcu odważyłem się i poruszyłem temat Tate’a — najbezpieczniej jak umiałem, chcąc zrozumieć, co ona do niego czuje.

I miałem rację. Była smutna z jego powodu, z powodu ich kłótni.

Jak się okazało nie rozumiała niektórych rzeczy, które dla nas były oczywiste, dlatego opowiedziałem jej o gniewie Tate’a — o tym, co on oznacza. Słuchała mnie uważnie — nie traktowała jak małolata, choć i tak nawet według ludzkich lat byłem przy niej praktycznie gówniarzem.

Jej uwaga była dla mnie bardzo ważna, o czym bardzo szybko się przekonałem.

I wtedy, kiedy ładowałem broń, wyskoczyła z tamtym pytaniem.

— Finn, czy uważasz, że jestem ładna?

Byłem przerażony i padłem na tyłek mówiąc o tym, że — gdyby Tate to usłyszał — nie miałbym już głowy. Jednak ona nalegała, wyciągając dłoń, by mi pomóc wstać.

Przyjąłem ją i — kiedy wstałem — od razu sobie uświadomiłem, że jeszcze trzy godziny temu, sama myśl, bym miał przyjąć jej dłoń, powodowała, że chciałem gryźć.

Powiedziałem jej wtedy prawdę, że samo to pytanie jest dla mnie przedziwne.

Pojąłem wtedy od razu, jak niską miała samoocenę. Nie widziała w sobie piękna — miałem wrażenie, że ona nawet nie wie, co Tate w niej widzi.

Nim się zorientowałem zacząłem jej opowiadać o tym, jak to u nas jest, czego faceci tacy jak my szukają u kobiet.

Widziałem coraz więcej zaskoczenia na jej twarzy i wchodziłem w temat głębiej, aż wyszło na to, że zacząłem jej opowiadać, co Tate musi w niej widzieć. W pewnej chwili jednak mój wzrok padł — sam nie wiem czemu — na drzwi i zamilkłem.

Ujrzałem opartego o futrynę Tate’a, lecz od razu pojąłem, że jego wściekłość minęła. Co więcej… zdałem sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie widziałem u niego takiego spojrzenia. Jego wzrok był… taki spokojny. Taki nawet trochę rozbawiony i zorientowałem się, że musiał mnie słuchać, lecz nie było w nim ani trochę nagany w związku z moim gadulstwem, raczej… zadowolenie.

W czasie, kiedy te myśli przelatywały mi przez głowę, Tate ruchem palca nakazał mi ciszę i dał znać, że mam kontynuować, wskazując od razu miejsce do ładowania broni.

Zrozumiałem i zrobiłem to, o co prosił.

Skończyłem mój wywód, a Lady rozdziawiła buzię ze zdumienia — był to… naprawdę zabawny widok.

Uśmiechnięty zacząłem trajkotać, ładując dla niej broń i zaraz poprosiłem, by się ustawiła, a ja zaraz pomogę jej ułożyć się dobrze do strzału.

Kiedy wzięła broń i zaczęła kombinować, ja wycofałem się do wejścia, podczas gdy Tate stanął kawałek od niej, tak, by go nie zauważyła.

Kiedy się mijaliśmy usłyszałem ciche:

— Dzięki mały.

I zrozumiałem. On ją naprawdę kochał.

Obserwowałem całą sytuację wraz z pozostałymi. Jednak to, co ujrzałem, całkowicie mnie zagięło.

Spędzając z nią dzisiejszy dzień uznałem, że jest bardzo ciepła, lecz też bardzo delikatna. Moja złość na nią, moja nienawiść znikła już po pierwszych dziesięciu minutach rozmowy z nią.

Tak naprawdę zacząłem się nawet martwić, że z trudnym charakterem Tate’a, z jego szorstkością, tak słodka kobieta sobie nie poradzi, a on ją tak kochał…

Zachowanie Tate’a umiałem zrozumieć, choć to, jak ją trzymał, jaki był delikatny i zarazem zdecydowany wobec niej, zaskoczyło mnie bardziej, niż mogłem sądzić.

On ją traktował jak swoją własność — każdy jego ruch był wypełniony zarazem miłością, jak i zdecydowaniem. Żadnej ostrożności, żadnego wahania, żadnej nadmiernej delikatności.

Tak prawdę mówiąc patrzenie na nich, mimo tego, że rozmowa między nimi nie była lekka, było dość mocno pobudzające, głównie na razie przez Tate’a.

Nigdy nie sądziłem, że on może tak na kogoś patrzeć i zarazem w ogóle się tego nie bać.

Jakby ona całkowicie go akceptowała. Jakby dobrze wiedział, że cokolwiek zrobi, jakkolwiek się zachowa, ona go nie odtrąci.

W tamtej chwili miałem jednak przed oczami kobietę sprzed ostatnich kilku godzin — tak naprawdę nie wiedziałem, jak było między nimi. Ja widziałem ciepłą, delikatną kobietę, która nie czuła się dobrze ze sobą, nie potrafiła dostrzec w sobie fizycznej atrakcyjności.

Jednak zachowanie Tate’a było aż zbyt wyraźne — dla niego ona była szczytem marzeń.

A kiedy zobaczyłem jej gniew, kiedy wycelowała w niego bronią, ujrzałem to, o czym mówili inni.

Ona była piekielnie odważna.

I nieugięta — nawet nie drgnęła jej ręka, nie cofnęła się ani o milimetr, kiedy Tate, z wyraźnym wyzwaniem, podjudzał ją, by strzeliła, idąc w jej stronę — aż do chwili, kiedy przycisnął się do wycelowanej w siebie broni.

Nie wiem dlaczego, ale kiedy wszyscy zamarli myśląc, że nie strzeli, ja wiedziałam, że to zrobi.

I zrobiła.

Szok był ogromny. Strzeliła, jednak Tate nadal stał — kula tkwiła za to idealnie między jego stopami.

Lady Nike jednak nie wpadła w histerię — nie była przerażony tym, że prawie go zabiła.

Ona była wściekła jeszcze bardziej, jadąc po nim z góry do dołu.

Kiedy go wyminęła i rozkazała nam po prostu spadać, twierdząc że „koniec przedstawienia”, wszyscy wręcz przyparliśmy do ściany.

Tamta słodka i delikatna kobieta znikła. Pojawiła się za to kobieta, którą Tate, a raczej jego wilk, musiał zaakceptować.

Pojawiła się nasza Alfa — nasza Luna.

Kobieta na tyle silna, by móc władać nie tylko nad samym Tate’em, ale i nad nami wszystkimi.

To, co działo się później, było samą manifestacją tego, czym była — jej moc się objawiła, czyniąc ją zwinniejszą i szybszą. Kilka razy walnęła Tate’a i to wcale nie lekko.

Jednak to, jak sobie z nią poradził, zszokowało nas jeszcze bardziej, a jej reakcja, gdy się uspokoiła, zabrała wszelkie wątpliwości na temat jej charakteru.

Ona była cholernie gorąca — Trent, kiedy zobaczył, co się dzieje, zasłonił mi oczy jak smarkowi, choć czułem, że jedzie od niego podnieceniem.

Trochę szkoda, że nie dał mi popatrzeć, ale w sumie później okazało się, że dobrze zrobił, bo miałbym jeszcze większy problem niż miałem i to przez własne hormony.

Bo Lady bardzo szybko przestała być dla mnie „Lady”. Od tamtej chwili, kiedy tylko ją widziałem, zagadywałem ją. Ona zawsze miała dla mnie uśmiech i zawsze mnie wysłuchiwała, chyba że naprawdę nie miała czasu. Potem jednak często szukała mnie. Za pierwszym razem nie wiedziałem właściwie czemu i jak o to spytałem, powiedziała:

— Chciałeś pogadać, prawda?

Kiedy porozmawialiśmy roztrzepała mi włosy i powiedziała, że pogada z Tate’am. Nie wiem już teraz, o co wtedy chodziło, ale miałem na to wytłumaczenie.

Naszych rozmów było po prostu bardzo dużo. Kiedy nie miała w danej chwili czasu, zawsze mnie późnej szukała tłumacząc się dokładnie tym samym powodem co za pierwszym razem. Bardzo szybko zrozumiałem, że ona mnie lubi.

I że ja lubiłem ją.

Nim się zorientowałem… pokochałem ją. Jednak nie jak zwykłą kobietę.

Kiedy ją widziałem czułem się szczęśliwy. Chciałem, by była ze mnie dumna, tak jak zawsze chciałem, by był ze mnie dumny Tate.

Przyjęła mnie, a Tate bardzo często mi ją powierzał. Poczułem się częścią ich świata. Wszyscy mówili, że mam szczęście, że jestem „w ścisłym gronie” tych, którzy są najbliżsi Alfom wraz z Beth oraz od pewnego czasu także Rafaelem i Saraną, która bardzo troszczyła się o Nike. Jednak ja nie czułem się jak „jeden ze ścisłego grona”, ja czułem się tak, jakbym pośród wszystkich tych wspaniałych ludzi znalazł w końcu swoje miejsce, znalazł rodzinę, którą stworzyła Nike, nawet o tym nie wiedząc.

Ona była jej trzonem, jej podporą, choć to Tate był naszą skałą.

Ona była dla mnie jak matka. Matka, której tak bardzo pragnąłem i tak bardzo potrzebowałem.

Tłumiłem to przez te wszystkie lata. Inni nie mieli tego problemu, lecz ja — będąc emocjonalnie bardziej człowiekiem — nie potrafiłem się tak po prostu otrząsnąć. Potrzebowałem rodziców, potrzebowałem, by ktoś się o mnie martwił, potrzebowałem kogoś kochać inaczej niż brata czy siostrę. Kiedy poznałem Nike zrozumiałem, że to ona jest dla mnie matką. Kochałem ją jak syn, chciałem nim być — ta potrzeba, jak po pewnym czasie zrozumiałem, była nie tylko moja, bo moje zwierzęcy geny także tego pragnęły.

Jednak ona nią nie była, a ja nie mogłem tego zmienić. Nie miałem prawa nawet jej prosić, by mnie pokochała tak, jak tego najbardziej pragnąłem.

Więc byłem przy niej. Czerpałem z tego najwięcej, jak tylko mogłem, aż wszyscy zaczęli się śmiać pojmując, do czego tak naprawdę dążę.

Wszyscy to zauważyli. Wszyscy wiedzieli, co czułem.

Ona także już wiedziała.

Bałem się tej chwili — chwili, kiedy się dowie, jak bardzo byłem głupi. Ona była dziesięć lat starsza ode mnie, mimo że emocjonalnie byłem znacznie młodszy. Nie bałbym się tak bardzo, gdyby była taka jak my lub chociaż jak ja, ale ona była wychowana na Ziemi, gdzie życie ludzkie trwa tylko około stu lat. Bałem się, że mnie odrzuci, że mnie wyśmieje albo całkowicie opuści.

Jednak ona nie zrobiła żadnej z tych rzeczy.

W zasadzie nie zrobiła nic. Nie przestała do mnie przychodzić, nie przestała mnie tulić, kiedy byłem szczęśliwy czy smutny.

Zaakceptowała tą myśl, choć wiedziałem że — podobnie jak ja — nie wiedziała do końca, co z tym zrobić.

Wtedy dowiedziałem się, że ona nie zna całej prawdy. Nie zna prawdy o tym, czym do końca jestem i przez to nie całkiem pojmuje to, co czułem.

Tate jej nie powiedział. I zrozumiałem, że jej nie powie.

Czułem się, jakby to była dla mnie kara. To, że jej nie powiedział, oznaczało iż — mimo że jej to nie przeszkadza — jemu wyraźnie tak. Nie zgadzał się na to, co czułem, jednak nie odseparował mnie od niej.

Nie wiedziałem, co mam o tym myśleć, jednak nie potrafiłem już odejść — nie potrafiłem odsunąć. Zostałem więc przy nich, choć wiedziałem, że nigdy nie dostanę od nich tego, czego najbardziej w życiu pragnąłem.

Rozdział 3

Finn


Pewnego razu Tate i Nike strasznie się pokłócili — to była ich pierwsza tak poważna kłótnia. Przez cały tydzień Tate chodził wściekły — lecz była to wściekłość tak wielka, że nawet nie bulgotała, tylko przypominała zimno na Antarktydzie.

Zaś Nike… jej złość bała spokojna. Tak spokojna, że cięła lepiej niż nóż masło. Przez cały tydzień wszyscy unikaliśmy ich spojrzeń, bo od razu traciło się całą odwagę ujrzawszy ich wzrok. Mówiąc krótko — do obojga lepiej było nie podchodzić wcale.

Jednak mieliśmy dość.

Podzieliliśmy się na grupki. Rafael poszedł do Tate’a, bo — odkąd tylko się poznali — stali się przyjaciółmi i wcale się temu nie dziwiłem, bo Rafael był naprawdę super facetem. Chcieliśmy, by drugą grupę poprowadziła Beth, lecz nie było jej na stacji — miała kilka spraw do załatwienia na Ziemi i poprosiła o trochę wolnego jeszcze zanim podjęliśmy decyzję w sprawie naszego „buntu”.

Nie mogliśmy jednak czekać, więc zostałem ja.

Poszliśmy do niej. Spojrzenie, które ujrzałem, sprawiło mi więcej bólu, niż sądziłem. Jednak i tak spróbowałem — spróbowałem i nie wytrzymałem. W pełni świadomie powiedziałem do niej przez „Ty”, żeby wiedziała, że naprawdę już nie możemy — że Ja nie daję rady.

Jednak jej oschłość raniła i wyszedłem stamtąd bez słowa, po czym poszedłem do siebie i trzasnąłem drzwiami.

Siedziałem w pokoju wściekły, zraniony, nie wiedząc, co robić — jak odzyskać naszą Nike, która przez ten tydzień jakby zniknęła, zastąpiona przez inną osobę.

Wtedy jednak dowiedziałem się o bójce. Trent wpadł do mnie do pokoju ze słowami:

— Tate i Rafael zaraz się pozabijają!

Pobiegliśmy, a w międzyczasie dogoniła nas Alteea.

— Cholera, oni tak na serio? — zapytała i wtedy jakby nastąpiło trzęsienie.

Coś rozpieprzyło ścianę w pokoju niedaleko i wpadliśmy do pomieszczenia.

Tate — cały zakrwawiony w postaci wilka — walczył tam z Rafaelem, który nie wyglądał ani trochę lepiej.

— Przestańcie!

Usłyszałem głos Nike, lecz oni jej nie słuchali.

Do diabła!

Nim się zastanowiłem ruszyłem na nich, chcąc zrobić coś, cokolwiek, skoro nawet ona nie potrafiła ich uspokoić.

Jednak Tate po prostu walnął mnie pyskiem, aż padłem na glebę.

Usłyszałem tylko:

— Nie wtrącać się!

— Boże Finn!

Nike podbiegła do mnie, jednak byłem zbyt zły, zbyt zraniony jej dotychczasowym zachowaniem. Nie potrafiłem tego ukryć, więc nawet na nią nie spojrzałem.

Wtedy poczułem zapach jej łez i usłyszałem, jak obwinia się o wszystko.

Spojrzałem na nią zorientowawszy się, że wróciła, jednak wtedy ona wpadła z krzykiem pomiędzy walczących.

W tym momencie moje serce stanęło i pękło na wszystkie części.

Nie mogłem się ruszyć, bałem się odetchnąć — Rafael, zanim zamarł, zanim zdołał nad sobą zapanować, po części wbił miecz w jej plecy. Tate tymczasem, w swoim szale, zacisnął swoje wielkie szczęki wokół jej ciała, przebijając je aż do krwi.

Rafael był tak przerażony, że aż trzęsły mu się ręce. Poruszał przez to mieczem, co — jak widziałem — doskonale wiedział.

Zamknął oczy, po czym — jednym ruchem — wyjął broń z jej ciała i rzucił ją na podłogę. Ujrzałem, jak przerażony pada na ziemię, patrząc na to, co zrobił.

Tate — niemal bezgłośnie — zaczął się cofać w czasie przemiany. Nigdy nie widziałem go tak przerażonego — Nigdy.

Reakcja Nike przełamała jednak cały tydzień niesnasek. Ona…

Zaczęła przepraszać.

Płakała, przepraszając za wszystko. Przepraszała jego, nas… Krwawiła, niemal zginęła. A mimo tego to ona przepraszała, błagając, by Tate nie znienawidził jej za jej zachowanie.

On również ronił łzy. Zapewniał ją, że tak nie jest, próbując dotknąć, lecz widocznie bojąc się to zrobić, by nie wywołać u niej większego bólu.

Tymczasem ona nadal przepraszała. Przepraszała, póki nie straciła przytomności.


Siedziałem z nimi przez cały czas. Nie mogłem się uspokoić — nigdy tak bardzo się nie bałem.

Kiedy Sarana powiedziała, że Nike jest emocjonalnie wykończona, byłem wściekły i zdruzgotany — przede wszystkim tym, że nikt tego nie zauważył. Z Tate’em byli pokłóceni, ale ja mogłem przy niej być. Mogłem ją wspierać, spróbować do niej dotrzeć, tak jak ona dotarła do mnie…

Jednak słowa Sarany, kiedy wyszła od Nike, całkowicie mnie dobiły.

— Nike niewiele mówiła. Ale jej poczucie winy jest ogromne. Cały czas przepraszała. Wszystkich. Tate’a, Rafaela, Beth, Finna.

— Mnie? — zapytałem, nie wiedząc, czemu by miała chcieć przeprosić akurat mnie.

— Wie, że cię zraniła. Boi się, że jej nie wybaczysz.

Przyznaję, poryczałem się strasznie i z ledwością zdołałem zapytać:

— Mogę do niej iść?

Jednak mi nie pozwoliła, bo ją po prostu uśpiła.

Ryczałem bardzo długo, cały czas siedząc skulony na jednym z łóżek. W końcu Sarana powiedziała, żebym poszedł do siebie — żebym odpoczął i że mogę wrócić tu rano.

Jednak nie zgodziłem się. Po raz pierwszy tak bardzo się zaparłem, że aż przemieniłem się, by wiedzieli, że nigdzie się nie ruszam.

Nawet warczenie Tate’a mnie nie przekonało — byłem gotów walczyć, by zostać. Zrozumiał mój upór i w końcu zmęczony powiedział, bym robił, jak chcę.

Postanowiłem się upewnić, że mnie stąd nie wyrzucą i pozostałem w postaci niedźwiedzia, kładąc na środku poczekalni. Nie mogłem jednak przestać płakać i ryczałem tak długo, aż w końcu zasnąłem.


Kiedy zrobiło się jasno otworzyłem oczy i od razu przypomniałem sobie wszystko, co się wydarzyło — to wspomnienie znów wywołało u mnie wybuch płaczu.

Czemu to wszystko musiało się wydarzyć? Tak bardzo się o nią bałem — jeszcze nigdy nie bałem się tak mocno. A świadomość, że moje zachowanie było częścią jej załamania…

Zacząłem wyć w swojej zwierzęcej formie — nie minęło jednak wiele, kiedy usłyszałem:

— Boże, Finn!

I poczułem, jak obejmują mnie jej ramiona.

Tuliła mnie tak przez chwilkę, by w końcu unieść mój pysk — ujrzałem wtedy jej zapłakane, kochające oczy.

— Boże, Finn — powtórzyła. — Już dobrze, dobrze skarbie, już dobrze…

I znów mocno mnie przytuliła — ja w tym czasie uniosłem swoje wielkie łapska i zrobiłem to samo.

— Przepraszam — zapłakałem. — Nike, przepraszam. Kocham cię. Nie jestem zły. Przepraszam.

Wtedy znów złapała mój pysk i poczułem, jak jej łzy moczą mi futro.

Przemieniłem się znów w człowieka, a ona wycałowała mnie, wyznając:

— Też cię kocham Finn. Bardzo. Jesteś najukochańszym chłopcem na świecie.

— Naprawdę? — pociągnąłem nosem. — Naprawdę?

— Tak — pocałowała mnie w usta, jednak nie był to pocałunek, jaki widuje się w telewizji — sam także nie poczułem niczego dziwnego.

Ten pocałunek mnie pocieszył i to tak bardzo, że się uspokoiłem. Nigdy nie sądziłem, że cmoknięcie może tak bardzo pokazać drugiej osobie, że ta go kocha.

Pociągnąłem nosem — byłem cały mokry od swoich i jej łez. Zapomniałem o tym — zapomniałem o znaczeniu jej łez, o tym, co robią Zmiennym. Oblizałem usta nieświadomy, że coś może się wydarzyć — nie myślałem o konsekwencjach, choć kiedyś marzyłem by, skoro nie mogłem być dla niej synem, stać się dla niej kimś takim jak Beth — mieć z nią więź. Zrezygnowałem jednak z tego pomysłu, kiedy zrozumiałem uczucia Tate’a.

Wtedy jednak poczułem, jak tracę przytomność — a kiedy doszedłem do siebie, zobaczyłem nieprzytomną Nike, leżącą w ramionach Tate’a.

Tate’a, który był zrezygnowany i ani trochę zły.

— Jak to jest kochanie, że ty zawsze masz rację?

Mój wzrok — nie wiem czemu — padł na mój nadgarstek… by po chwili wrócić z przestrachem na Tate’a.

Kiedy zobaczył mój wzrok od razu przechylił głowę.

— Nie tego chciałeś?

— Tate ja…

— Wiem — powiedział uspokajająco i po chwili kładł mi rękę na głowie. — Wiem, ile ona dla ciebie znaczy. Jak wiele ty znaczysz dla niej. Nie potępiam tego Finn. Nigdy nie potępiałem.

Popłakałem się ponownie i zrozumiałem coś, co powinienem był zrozumieć już jakiś czas temu.

Tate wcale się ode mnie nie odwrócił — nie naprawdę. Po prostu, kiedy pojawiła się Nike, odnalazł to, czego od zawsze szukał. Bał się to utracić — bał się odwrócić wzrok z obawy, że — jeśli nie będzie cały czas patrzył — ona zwyczajnie zniknie. Bał się tego tak bardzo, że jego świat „zamknął się” wokół niej. Podejrzewałem teraz, że nawet o tym nie wiedział — pewnie uważał, że wszystko jest po staremu z tą różnicą, że ona znajdowała się w jego życiu.

Im więcej czasu mijało, tym stawał się jej bardziej pewny — bardziej „otwierał” się dla innych, wpuszczając nas powoli do ich świata.

Tak bardzo się bałem, że mnie nie potrzebował… tymczasem wystarczyło tylko poczekać.

Rozdział 4

Finn


Od tamtej pory stałem się pełnoprawnym członkiem „przywództwa”. Alfami byli Tate i Nike — to nie podlegało dyskusji. Ich „zastępcami”, czyli Betami, była Beth oraz Rafael, choć ten nie był zmiennym. W sumie czułem, że człowiekiem też nie był, ale nie miałem dowodów. Poza tym człowiek w życiu nie przeżyłby pojedynku z Tate’em — i to tak zażartym, że przez pięć dni, obaj, gnili w skrzydle szpitalnym dochodząc do siebie.

Tymczasem ja…

— Status? — zapytała Nike już drugiego dnia po swoim powrocie do zdrowia.

Właśnie siedziały wraz z Beth i zaiwaniały jak szalone, by nadrobić wszelkie zaniedbania spowodowane „okresem kłótni” — jak go określaliśmy — oraz te, które powstały po tym, co ta dwójka głupków narobiła w czasie swojej „kłótni”.

— Tak — potwierdziła Beth, jednak ja milczałem udając, że im pomagam, jednocześnie podsłuchując ich rozmowę, bo gadały o mnie. — Ty i Tate jesteście Alfami, ja jestem żeńską Betą.

— A Rafael męską Betą. Kapuję — rzekła Nike, lecz Beth zmierzyła ją wzrokiem.

— Czy to konieczne?

Stłumiłem śmiech.

Beth zawsze psioczyła na Rafaela, ale ja widziałem, że jest inaczej. Jej stosunek do niego był inny niż do reszty — podejrzewałem, że było to dla mnie oczywiste przede wszystkim dlatego, że miałem inny kąt patrzenia przez moją większą „wrażliwość” na emocje, jak pewnego razu określiła to Nike.

— To już zostało ustalone — stwierdziła Nike i ją po prostu zlała, wracają do dokumentów. — Jeśli masz jakieś zażalenia zgłoś je osobie, która się tym zajmuje.

Beth poderwała się wściekle.

— To działka Rafaela!

Nike udała, że się zastanawia.

— No taaak faktycznie. Zapomniałam. Wybacz.

Jednak w jej głosie nie było ani odrobinki przeprosin. Co więcej, po jej twarzy błąkał się wredny uśmiech.

Beth obserwowała ją wściekle, aż w końcu oparła dłonie na jej biurku, nachyliła się i powiedziała:

— Grasz coraz bardziej nieczysto.

Patrzyłem teraz otwarcie, coraz bardziej ciekaw, do czego to doprowadzi.

— Hm. Taak? Ja? Niee.

Stłumiłem śmiech, a Beth łypnęła na mnie groźnie.

— Ty się lepiej nie odzywaj.

Uniosłem poddańczo ręce i rzekłem:

— Na mnie nie patrz. Ja tu tylko sprzątam.

— Oboje jesteście straszni. Masz na niego zły wpływ — rzekła do Nike. — Dzieciak coraz częściej podłapuje od ciebie teksty.

— Przynajmniej mądrze gada.

I nagle wszyscy wybuchliśmy śmiechem — nawet Beth się śmiała, w końcu stwierdzając:

— Dobra, niech wam będzie. Ale i tak jesteście straszni — i wróciła do swojego biurka.

Spojrzałem na Nike, a ona na mnie. Puściła mi oko zza okularów i zadowoleni wróciliśmy do swoich zajęć.


Dwa dni później, kiedy z samego rana wszedłem do biura, w szoku aż stanąłem w przejściu.

Poprzedniego wieczoru Nike i Beth posłały mnie do łóżka, widząc, że zasypiam na siedząco i obiecały, że za niedługo pójdą w moje ślady.

Ale nie poszły — co więcej spały teraz obie na swoich biurkach, wyraźnie wykończone.

Nie chciałem je budzić — nie miałem pojęcia, jak długo pracowały.

Wszedłem jednak do środka i zerknąłem na biurko Beth, myśląc: „Boże, zrobiła wszystkie swoje zadania z tego miesiąca i prawie połowę roboty Rafaela”.

Byłem taki zdumiony, że aż zajrzałem, jak wiele zrobiła Nike.

Jedno spojrzenie kazało mi usiąść i wbić zszokowany wzrok w gotową stertę… a przynajmniej do czasu, jak wyczułem, że budzi się Beth.

— Finn? — zaczęła zaspana, ale pokazałem jej, że ma być cicho, wskazując na Nike.

Kiwnęła zaspana głową i podeszła do mnie, szepcząc:

— Co to za papiery?

Nie musiałem mówić, bo ledwo na nie spojrzała i pisnęła:

— Jasny szlag!

Od razu zatkała sobie usta dłonią, a ja dodałem własną rękę i oboje spojrzeliśmy w tej samej chwili na Nike.

Ta mruknęła coś delikatnie, ale po chwili znów spała jak zabita.

Kiedy byliśmy pewni, że się nie obudzi, Beth zaczęła szeptać gorączkowo:

— Pamiętam że — jak wyszedłeś — wróciłyśmy do pracy, ale miałyśmy zaraz wychodzić. Nike mówiła co chwile, że zaraz, zaraz, więc pracowałam dalej, aż po prostu odpłynęłam. Jednak tych papierów było mniej. Kupka była mniejsza, o wiele!

Znów oboje zatkaliśmy jej usta, lecz Nike — na szczęście — nawet nie drgnęła.

Patrzyliśmy na nią dość długo, nie mogąc tego pojąć, jednak ja… po chwili zorientowałem się co czuję i uśmiechnąłem się.

Nigdy wcześniej nie byłem z nikogo tak dumny, jak z niej w tej chwili.

Rozdział 5

Finn


Następnego dnia dziewczyny wybyły wraz z ojcem Nike, mimo że dziś mieli opuścić skrzydło szpitalne Tate i Rafael.

W innym wypadku byłbym po stronie facetów — męska solidarność, wiadomo. Ale to, co zrobiły przez ten czas, jak oni się „byczyli”, całkowicie zmieniło moje nastawienie.

Zasługiwały choć na jeden dzień spokoju po tym wszystkim. A to, że utrą im przy tym trochę nosa… w sumie było dobrym pomysłem.

Może i „pokłócili się” w dobrym celu, lecz — za to wszystko co przy tym rozpierniczyli — powinni dostać karę.

Szczególnie, że cały ten bałagan ogarnęły same.

Ten bałagan i znacznie więcej, a moim zadaniem było im to zakomunikować.

Nie martwiłem się tym zbytnio. Z Rafaelem bardzo się lubiliśmy, a relacje moje i Tate’a stały się takie jak dawniej, z pewnymi ważnymi zmianami. Głownie dlatego, że ja już nie byłem tamtym chłopcem, a on nie był tamtym Tate’em.

Nike zmieniła nas obu.

Poszedłem rano do ich pokoju i przez chwilę słuchałem pod drzwiami ich gadaniny.

Brzmieli jak stare małżeństwo. Zaśmiałem się w duchu i lekko zapukałem, żeby nie spalili się ze wstydu — tyle mogłem im oszczędzić.

Z resztą musieli poradzić sobie sami.

Wszedłem do środka i powiedziałem:

— Przyszedłem po was.

— Co? Gdzie Nike? — Tate był w autentycznym szoku.

— Albo nasza słodka Beth? — zapytał Rafael.

„Słodka Beth” tak? Czyżby obie strony…

Skrzywiłem się. Nie chciałem teraz o tym myśleć.

— Nie ma ich — powiedziałem.

— Co?!

Aż zatkałem uszy, tak obaj się wydarli. Jęknąłem:

— Nie drzyjcie się tak. Razem z Riskiem „zeszły” na trochę na Ziemię.

— Nie wierzę — powiedział Tate. — Wiedziała, że w końcu będę mógł wyjść.

— Cóż, jednak ich nie ma — stwierdziłem. — Za to mam coś dla was.

Podszedłem do nich i podałem teczki, które przygotowały im wczoraj wieczorem dziewczyny.

— Co to jest? — zapytał Tate marszcząc brwi, jednak Rafael rozdziawił usta.

— One to zrobiły! — zajęczał.

— Co? — nie rozumiał.

— Wrobiły nas! — przekartkował wszystko i padł na łóżko. Pewnie nawet nie zauważył zawartości. — Ja stąd nie wyjdę!

Skrzyżowałem ręce na piersi.

— A mówicie, że to ja jestem dzieciak.

— Młody ty to widziałeś? — zapytał mnie. — Przecież tu jest…

— To są obowiązki z jednego dnia — powiedziałem cierpliwie.

Rafael zszokowany wbił wzrok w folder, a ja zacząłem się trochę irytować.

Czemu po prostu nie przeczyta tego, co tam jest?

— Tak wiele? — zapytał nagle Tate, a ja zmierzyłem go wzrokiem.

Też będzie narzekał bez patrzenia?

— Tak — powiedziałem jednak. — Przez ten czas, jak tu byliście, dziewczyny każdego dnia miały tego prawie dwa razy tyle.

Wgapili się we mnie. Tak, wy głupki.

— Tak — powiedziałam jednak spokojnie. — Nie kręcę. Wiem o tym aż za dobrze, bo wciągnęły mnie w to. Pomogłem ile potrafiłem, jednak najwięcej wzięła Nike. Jest niesamowita — powiedziałem, przypominając sobie to, jak wiele zrobiła, jak bardzo się starała i przy tym…

Nagle dostałem centralnie w łeb.

— Ej! — zakryłem głowę. — Nie miałem złych myśli. Po prostu ją podziwiam.

— Wiem — powiedział Tate i westchnął ciężko. — Kuźwa — spojrzał w końcu na listę. — Miały tego więcej?

— Tak — powiedziałem obrażony. — W zasadzie te ostatnie dwa dni je wykończyły. Zaiwaniały praktycznie non stop.

— Dlaczego? — Rafael w końcu zaczął myśleć.

— Dla was, a dla kogo innego? To, co macie na tych listach, to są ostatnie rzeczy do zrobienia do końca miesiąca.

— Który dzisiaj — Rafael zaczął czegoś szukać, więc powiedziałem:

— Piętnasty.

— Przecież są jeszcze dwa tygodnie — zauważył Tate.

— To nie mój interes — powiedziałem do razu.

Niech sobie sami…

— Gadaj — warknął jednak, a ja zakręciłem oczami.

Niech im będzie. Ten jeden raz.

— Chciały, żebyście odpoczęli — wzruszyłem ramionami. — Choć nie wiem po jaką cholerę, skoro cały czas leżeliście w łóżkach.

Obaj wlepili wzrok w teczki.

No dalej — poganiałem ich w myślach. — Zacznijcie myśleć i zacznijcie czytać.

Pierwszy ruszył się Rafael i w końcu zajrzał do środka.

— Chwila… tu są ogarnięte wszystkie moje obowiązki — zamrugał i wybałuszył oczy. — Tu praktycznie niema zadań, tylko…

— Tak, niektóre rzeczy Beth nie mogła zrobić, bo tyczyły ciebie personalnie, mimo że macie ten sam stopień — powiedziałem.

— Chcesz powiedzieć, że ogarnęła moją część roboty?

Wzruszyłem ramionami, lecz z satysfakcją powiedziałem:

— Twoją i swoją.

Aż zastygł w szoku.

Spojrzałem na Tate’a. Patrzył na teczkę bardzo długo, aż przełknął ślinę.

Znał Nike najlepiej. Wiedział, na ile ją stać.

— Otwórz to — poleciłem w końcu, bo wyglądał jakby się bał nawet zajrzeć.

Zrobił to bez słowa.

I po chwili aż usiadł.

Jego mina była bezcenna.

— Tate? — Rafael dojrzał jego minę. — Ile ci zostawiła?

Widziałem, że czyta. Czyta, czyta… A potem zaczął od początku.

Znów czułem jak duma rośnie we mnie coraz bardziej.

— Potrzeba na paru dokumentach podpisów nas oboje — jakiś wymóg od kilku Bogów — powiedział w końcu.

— I co jeszcze?

Milczał.

— Tate?

— …Tyle — rzekł w końcu, a Rafael aż wstał i podszedł do niego mówiąc:

— Co takiego? Przecież tu są trzy kartki. Całe zapełnione.

Tate podał mu je w milczeniu.

— Co do kur… — Rafael przeklinał? No proszę. — Co ona tu…

— Mówiłem, że jest niesamowita — powiedziałem, pękając z dumy.

Rafael usiadł obok Tate’a, całkowicie osłupiały.

— Wiedziałem, że ona potrafi pisać… Ale to… to wygląda jak raport w stylu opowieści. Gdyby zabrać ozdobniki i napisać bardziej formalnie…

— Byłby idealny raport — rzekłem.

Aż byłem zdziwiony, że jeszcze nie pękłem, tyle dumy czułem.

— Ona… Ona jest za mądra — rzekł w końcu z przerażeniem na twarzy. — Zaczynam się jej po prostu bać.

Tate milczał, lecz po chwili aż zamrugałem, widząc jego minę.

Tymczasem Rafael…

— Cholera jasna — odskoczył od niego, jakby ten się zapalił. — Nie wierzę. Ciebie to kręci!

Patrzyłem na Tate’a — faktycznie tak to wyglądało. Jego uśmiech mówił aż za wiele. Ciekawe, jak to jest czuć coś takiego…

Nagle zerknął na mnie z uśmiechem i zapytał zadowolonym tonem:

— Młody, podoba ci się ktoś teraz?

— Um… nie — zaskoczył mnie.

— Więc posłuchaj mnie. Kiedy będziesz z resztą i będą cię namawiać, żebyś przeleciał jakąś kobietę, nie rób tego.

— Nie? — zapytałem zaskoczony, bo już mi to sugerowano.

Mówili że mam ciało faceta, mimo autentycznego wieku i bez problemu mógłbym jakąś poderwać. Myślałem nad tym, dlatego jego słowa mnie zaskoczyły. I widać nie tylko mnie, bo po moim pytaniu — w ten sam sposób — odezwał się Rafael, równie zaskoczony:

— Nie?

Jednak Tate nie zmienił wyrazu twarzy, powtarzając:

— Nie — i zaczął mówić dość zaskakujące słowa: — Poczekaj. Nigdy nie rób czegoś, czego nie chcesz. To, że komuś innemu podoba się jakaś kobieta, tobie nie musi. Mogą się z ciebie śmiać, ale nie przejmuj się tym. W końcu ktoś zwróci twoją uwagę i może być to nawet całkowite przeciwieństwo tego, czego pragną inni. Bo wiesz, co się naprawdę liczy? — podszedł do mnie i poklepał po ramieniu. Byłem wysoki, jednak do Tate’a było mi daleko. W zasadzie byłem trochę wyższy od Rafaela co plasowały mnie w pierwszej piątce najwyższych facetów w całym domu. Z dziewczyn najwyższa była moja najbliższa siostra Alteea, a zaraz za nią… tak naprawdę plasowała się Nike, która była wyższa od połowy facetów — niewiele, ale jednak, nawet wyższa od swojego ojca. — Nie wygląd, bo ten może z początku bardzo zwieść — powiedział Tate, skupiając moją całkowitą uwagę. — Liczy się to, co kobieta ma w sercu i w głowie. Kiedy mężczyzna to dostrzeże, kiedy ją doceni, nawet najbardziej niepozorna kobieta może okazać się największą pięknością, na jaką mężczyzna mógłby kiedykolwiek trafić.

Po tych słowach ścisnął moje ramię i zadowolony wyszedł.

Zamyśliłem się i wtedy odezwał się Rafael:

— Powiedziałbym, że mówi głupoty i nie powinieneś go słuchać, bo jesteś młody i masz prawo się wyszaleć, ile chcesz.

Spojrzałem na niego i spytałem:

— Więc dlaczego tego nie powiesz?

Zaśmiał się.

— Nie dziwię się, że zwojowałeś tę dwójkę. Jesteś równie bystry jak Tate i równie czarujący jak jego partnerka.

Po chwili namysłu powiedziałem:

— Chyba wolałbym mieć te cechy na odwrót.

Wybuchł jeszcze większym śmiechem.

— Cholera, kto by nie chciał? Tyle że Nike nikt nie przebije, a Tate ma tyle uroku co ogolony pies. Ciesz się, że jest tak, a nie inaczej.

— W sumie racja — przyznałem.

Wstał z łóżka, podszedł do mnie i objął moje barki.

— Chodź dzieciaku. Skoro dziewczyn nie ma, a Tate postanowił wyczekiwać ukochanej, my możemy trochę spędzić czasu razem.

— Taa… — rzekłem, widząc, jak macha sobie teczką przy twarzy. — Chcesz ze mnie zrobić tanią siłę roboczą.

— Nic z tych rzeczy — rzekł uśmiechnięty. — Mam tylko parę rzeczy do podpisania, sam to…

— Plus zadania z dzisiejszego dnia — powiedziałem skrzywiony, a na jego szczęśliwe:

— Naprawdę? Nie zauważyłem.

Zakręciłem oczami, próbując się chyłkiem wywinąć z jego uścisku. Jednak on mnie nie puścił, co więcej…

To nie była ludzka siła.

Spojrzałem na niego z ukosa i zobaczyłem, że patrzy na mnie w ten sam sposób.

Wtedy po raz pierwszy poczułem jego moc.

Otworzyłem usta, lecz usłyszałem w głowie:

— Nie tutaj dzieciaku. Nie sądziłem, że tak szybko ktoś jeszcze się zorientuje.

Milczałem obserwując go, aż poszliśmy do jego biura.

Kiedy zamknął za nami drzwi gabinetu, od razu skrzyżowałem ręce na piersi i zapytałem:

— O co tu chodzi?

Westchnął, usiadł ciężko i powiedział:

— Mogę liczyć, że nikomu nie powiesz?

— Nie ukryję niczego przed Nike i Tate’em — powiedziałem do razu.

Spojrzał wtedy na mnie badawczo i po chwili się uśmiechnął:

— Naprawdę cię lubię. I jest w sumie coś, co od pewnego czasu chciałem ci powiedzieć.

Zmarszczyłem brwi i zasugerowałem:

— Więc powiedz.

— Widzisz… twoje uczucia względem tej dwójki nie są tak straszne, jak myślisz. Każdy chce być kochany, chłopcze. Każde dziecko pragnie mieć rodzinę.

Jego słowa mnie ruszyły.

— Ale ja nie jestem takim…

— Jesteś — przerwał mi i uśmiechnął ciepło. — Wydaje ci się że — skoro wyglądasz jak dorosły — to tak powinieneś się zachowywać. Tymczasem… to myślenie typowo ludzkie — wyznał poważnie. — A ty nie jesteś człowiekiem, nie całkiem, tak samo jak nie jesteś zwierzęciem w takim samym stopniu jak pozostali. Finn, obserwuję cię od początku i widzę, że jesteś zagubiony we własnej głowie. Akceptujesz to, czym jesteś, lecz jednocześnie twoje ludzkie myślenie każe ci podnosić sobie coraz większą poprzeczkę, aż sam nie widzisz, co masz, czego chcesz i co możesz mieć.

Aż klapnąłem na krzesło.

— Sprzeczność twoich myśli to rzecz typowo ludzka, lecz twoje zwierzęce geny bardziej je komplikują i zarazem upraszczają. Założę się, że bardzo często masz tak, że w jednej chwili nie wiesz, co robić, lecz — gdy już podejmiesz decyzję — to się jej trzymasz. Innym razem jest tak, że wiesz, co chcesz zrobić, jesteś tego absolutnie pewny, lecz jedna myśl wszystko burzy. Wiesz, czemu tak jest?

Pokręciłem głową.

— Twoje zwierzęce geny, twój instynkt, kiedy podejmujesz dobrą decyzję, nigdy nie popuszcza. Jak mówiłem obserwowałem cię od swojego pierwszego dnia na stacji, jednak pewność tego dał mi dopiero twój ostatni „wybryk” — stwierdził, a ja zmarszczyłem brwi. — To, jak uparłeś się, by zostać przy Nike — wyjaśnił, widząc mój wzrok. — Tate dość długo na ciebie psioczył, gdy o tym rozmawialiśmy, lecz gdy skończył… Finn, gdybyś tylko mógł zobaczyć, jak bardzo był z ciebie dumny.

Zamrugałem.

— Dumny? — szepnąłem, a — gdy pokiwał głową — zwyczajnie poczerwieniałem ze szczęścia.

— Co zaś tyczy się drugiego przypadku… — mówił dalej — …to wydaje się to być zwykłym ludzkim wahaniem, prawda? Lecz nim nie jest.

Aż wbiłem w niego wzrok.

— Codziennie podejmujemy jakieś decyzje. Bardzo często takie, których później żałujemy. Zauważyłem, że u was wygląda to trochę inaczej. Kierujecie się instynktem na równi jak ludzkim myśleniem — w taki sposób, że dzielicie rzeczywistość na czerń i biel. U ciebie jest więcej szarości, lecz to pozwala ci inaczej patrzeć na ludzi dookoła, czyni bardziej…

— Wrażliwym — szepnąłem, a on spojrzał zaciekawiony.

— Tak. Skąd o tym…

— Nike mi tak powiedziała — wyznałem. — Że, z powodu większej ilości ludzkich cech, jestem bardziej wyczulony na emocje innych, dzięki czemu potrafię je inaczej pojąć i zrozumieć. I że nie powinienem się tego wstydzić, że powinienem się z tego cieszyć.

— Cholera, ona jest za dobra — rzekł przerażony, a ja w końcu się zaśmiałem. — Tak czy siak — kontynuował po chwili. — Twoje „niby” ludzkie wahania… cóż, nie są nimi do końca. Zauważyłem, że bardzo łatwo potrafisz zmienić zdanie, kiedy ktoś dobrze poda argument. Dlaczego?

— Um… bo wydaje mi się to bez sensu, skoro tak przedstawia sprawę…

— Aha… a nie jest tak… że część ciebie, taka maleńka, najmniejsza, kiedy nawet podejmiesz ostateczną decyzję i twardo się jej trzymasz, odzywa się czasem słabiutkim głosem w stylu: „coś mi tu nie gra?”.

Aż się poderwałem.

— Czy ty siedzisz mi w głowie? Czytasz myśli albo co?

— Nie — rzekł niezrażony. — Jednak żyję bardzo długo i widziałem naprawdę wiele rodzajów zachowań. Twoje zmiany decyzji nie są ludzkim wahaniem, bo człowiek potrafi oszukać nawet samego siebie. Gdyby był w takiej sytuacji jak opisałem — gdyby naprawdę się uwziął — kłóciłby się albo milczał, nie przyjmując do wiadomości, że może się mylić, szczególnie jeśli był już przekonany, że ma rację. Człowiek — każdy człowiek — kiedy ktoś podważy jego niemalże pewną myśl, myśl, którą często potwierdzają inni — zwykle nie jest w stanie odrzucić jej od tak, bo potrzebuje do tego czasu. Często bardzo dużo czasu, a czasem nawet się zdarza, że i tak pozostaje przy swojej pierwotnej myśli, tłumacząc sobie, że może jednak to tamten nie ma racji, skoro jemu wszyscy przytakiwali.

— Dobra. Dobra… — pokręciłem głową. — Cholera, aż mi słabo. Rozumiem, co do mnie mówisz, choć nie wiem jakim cudem, ale do czego właściwie dążysz?

Westchnął.

— Usiądź — poprosił i zobaczyłem jak sięga pod biurko po sok. Jak zobaczył mój zaskoczony wzrok od razu się uśmiechnął. — Wmontowana lodówka. Uwielbiam technologię — nie wyobrażam już sobie bez niej świata.

Zamrugałem w szoku.

Czy on właśnie…

— Czy ty właśnie…

— O mnie za chwilę — przerwał mi i podał szklankę. — Wypij.

Zrobiłem to i faktycznie — sok jabłkowy był całkiem zimny.

Kiedy wytarłem usta rękawem, powiedział:

— Samo to, jak wycierasz zawsze buźkę, mówi, że ciągle jesteś dzieckiem.

— Czemu? — nie rozumiałem.

— Tylko dzieci wszystko wycierają w rękaw.

Zamrugałem zaskoczony.

— Zerknij na bluzę.

Spojrzałem.

— O cholera — zawstydzony schowałem rękę za siebie.

— Taak. Dzieciak — stwierdził. — Nigdy nawet nie zwróciłeś na to uwagi, co?

Zaczerwieniłem się.

— Dobra, a więc tak. To, do czego dążę, to jeden fakt, o którym nigdy pewnie nie pomyślałeś. I, patrząc na twoją reakcję, nawet nie byłeś go blisko. Finn, wiesz, co pozwala ci zmieniać tak łatwo decyzję? Wiesz, co niemal zawsze ratuje w takich sytuacjach twoje sumienie i często twoją skórę?

Pokręciłem głową.

— To twój niedźwiedź.

Zamarłem.

— Co?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 19.11
drukowana A5
za 33.81
drukowana A5
Kolorowa
za 62.64