E-book
20.34
drukowana A5
79.51
Nieprawilni

Bezpłatny fragment - Nieprawilni


Objętość:
650 str.
ISBN:
978-83-8189-373-2
E-book
za 20.34
drukowana A5
za 79.51

Szpital

Jaśniejszy na tle ścian otwór okna przecinały kraty. Nikłe, blade światło ledowej diody nad drzwiami pozwalało dostrzec zarysy sprzętów: łóżka na emaliowanych ramach, wciśnięta w kąt szafa, stół, parę krzeseł. Ze stojaka kroplówki zwisał zbiorniczek wypełniony płynem. Biegnąca od spodu plastikowa rurka docierała do wenflonu wpiętego w przegub dłoni.

Mięśnie Che spięły się w zalążku ruchu.

— Nie szarp się, człowieku, jesteś na pasach — szepnął czuwający przy jego łóżku mężczyzna. Twarz mięsista, zryta siatką zmarszczek. Siwe wąsy opadały na brodę. Ziewnął i kłapnął szczęką. — Witamy w szpitalu.


***


Pociągnięte od zewnątrz drzwi otwarły się z impetem. Snop światła przebił salę i utkwił niby oszczep w głowie Che. Kurz pochwycony przez promienie słońca rozbłysnął na podobieństwo iskierek. Lakierowane ramy łóżek zadrgały refleksami.

— Pobudka! — Tubalny głos zakonnicy-sanitariuszki przeszedł w śpiewną recytację jutrzni. — Cały dzień będziecie się tak wałkonić? Pfu, ale zaduch! — Przekręciła klamkę w oknie i zrobiła uchył. Świeże powietrze poderwało z podłogi ławicę paprochów. — Wstawać, bo zgnijecie w tych barłogach. Noc jest od spania.

Otarła nadgarstkiem drobny, zdawałoby się zagubiony na rozlanej twarzy nosek. Swoją posturą przypominała gigantyczną gruszkę osadzoną na nogach. Szyja wylewała się na kołnierzyk. Dłonie z kciukami zatkniętymi za pasek robiły wrażenie niewinnych, choć potężne bicepsy budziły respekt. Z nakrapianych ciepłem, zatopionych w fałdach tłuszczu oczek przebijała dobroduszność. Obfite biodra nie przeszkadzały lawirować zwinnie między łóżkami. Wykrochmalony habit chrzęścił przy każdym ruchu.

Przystanęła nad Che. Zatrzymała dobiegającą dna kroplówkę. Włożyła palce pod pasy zabezpieczające, rozpięła sprzączkę i poluzowała o jedną dziurkę. Sięgnęła po kubek, napełniła wodą z wyszczerbionego dzbanka i podała mu do picia.

Che pociągnął łapczywie łyk. Okaleczone wargi zapiekły przy zetknięciu z chłodnym szkłem. Woda przepłynęła przez przełyk i powoli rozchodziła się po ciele.

— Uszy do góry, będzie dobrze — powiedziała, odsłaniając w uśmiechu garnitur mocnych, krótkich zębów. Głos miała ciepły, opiekuńczy. Wyjęła spod łóżka kaczkę na mocz. — Siku albo coś?

Che pokręcił przecząco głową.

Raptowny zwrot skręcił spód habitu na kształt śruby. Wyrwała Stefanowi spod głowy poduszkę i wymierzyła mu prostopadłego plaskacza w czoło. Zamamrotał coś z przytkniętymi palcami do skroni, jakby składał meldunek. Zakonnica wydała przeciągły gwizd na stulonych wargach, od którego zesztywniał cały.

Chwyciła ramę sąsiedniego łóżka i potrząsnęła gwałtownie. Ludwik wypadł na podłogę niczym jabłko z koszyka. Wstał, otrzepał zdobioną haftem piżamę. Pogmerał palcem w kącikach oczu, starł grudki ropy. Wziął się pod biodra i zakręcił kuprem. Spod bluzy wystawał pępek przekłuty kolczykiem. Krokiem stylizowanym na kadryla przemierzył drogę do okna. Szarpnął zasłonę. Cienki materiał rozdarł się, strzęp zasłony zawisł na pasemku.

— …rano wszystko wygląda pierwotnie oraz jednokrotnie, bo nic dwa razy się nie zdarza… — mówił zapatrzony w osnuty mgiełką teren szpitalnego parku. Brzuchate chmury gnały nad pawilonami szpitala. Słońce podświetlało je i nasączało krawędzie różową barwą. Gołębie kołowały w świetlistych pręgach przenikających przez korony drzew.

Potężnie zbudowany, nagi osobnik wyskoczył z łóżka. Jego skóra pokryta była gęstym włosem, rodzajem sierści. Ciało nosiło liczne ślady bójek. Udo obwiązane miał bandażem, brzuch przecinały sine pręgi blizn, czaszka pełna była guzów i wklęśnięć. Podrapał się w pachwinę, poczochrał plecami o ścianę, by wygasić swędzenie między łopatkami. Przeciągnął się z rozmachem, aż zatrzeszczały stawy. Przystąpił do odprawiania na środku pokoju dzikiego tańca. Stopy wielkości śnieżnych rakiet klaskały o linoleum.


***


Sanitariusze odpięli pasy z milczącą obojętnością, jakby rozwiązywali worek kartofli.

Che roztarł opuchnięte przeguby. Usiadł tak prędko, że zakręciło mu się w głowie. Na dnie oczu zatańczyły płomienne arabeski.

Krępy osiłek pchnął go z powrotem na posłanie.

— Hola-hola, koleżko cacany, najpierw przeprosiny. — Pokazał rozległy siniec na skroni. Wysunięta mocno do przodu, zaostrzona szczęka upodabniała go do szczura. Oczka błądziły po otoczeniu bez koordynacji, w różnych kierunkach, prawe poruszało się nieco szybciej od lewego.

— Ja cię uderzyłem? — wychrypiał Che głosem, w którym ledwo się rozpoznał. Zdrętwiałe struny głosowe nadawały słowom pijacki sznyt. Czuł suchość w ustach. Język z trudem przesuwał się po szorstkim podniebieniu. — Nie pamiętam.

— …nie pamiętam — przedrzeźniał go Szczur. Poruszył szczotkowym wąsem. — Limo samo nie wyrosło.

— Samo nie mogło — potwierdził jego towarzysz. Podtrzymywana przez kolumnę mięśni głowa osadzona była na szyi obrośniętej futrem gęstych włosów, które rozpychały kołnierz trykotowej bluzy. Sylwetka twardego zabijaki, który nieco się roztył. Toporne, grubo ciosane rysy twarzy, płaski nos boksera. Łysinę okrywał słomkowy kapelusz przewiązany rzemykiem pod brodą. Z kozią bródką oraz długimi, odstającymi uszami kojarzył się ze stojącym na zadnich nogach capem. — Jebniemy gostka w kufę?

— W jakim celu?

— A musi być cel? — zdziwił się Cap. Z ust zionął mu skisły smród nieprzetrawionej wódki.

— Lepiej przekażmy mu wiadomości.

— Wiadomości, acha. Ino jakie?

— Dobrą i… nie nazbyt dobrą.

— Dobra jest taka, że dostanie łomot?

— To akurat ta zła.

Cap starł rękawem pot z ogolonej głowy. Odchrząknął, strzyknął pod nogi długim pasmem śliny, roztarł plwocinę podeszwą. Usiłował podłubać w nosie, ale obłożony lateksową rękawiczką palec nie mieścił się w dziurce.

— Spuścimy mu manto, dostanie wpierdol — zgadywał. Podstawił Che pięść pod nos. — Powąchaj no tego, kurwa — warknął ostrzegawczo.

— Nadal jesteś po złej stronie. Dobry przekaz brzmi: puścimy go na śniadanie, jeśli przeprosi.

— Wal się — burknął Che.

Szczur skrzywił się z grymasem udawanego zgorszenia.

— Uuua! Konieczne jest pouczenie.

Cap zgniótł papierosa na ramie łóżka, nie dbając o to, że drobinki popiołu oprószyły czoło Che.

— Dajesz, ziomal. — Wyprostował się, demonstrując szerokie bary. Niezgrabna, klockowata figura zdawała się sklecona z kawałków kości i mięsa. Fartuch z odprutymi przy pachach rękawami podkreślał wytatuowane bicepsy.

— Otóż między ludźmi panuje taki zwyczaj…

— Zwyczaj taki jest, kapujesz łosiu?

— …że gdy się kogoś uszkodzi, to się potem przeprasza. Damy przykład.

Uderzenie między oczy wbiło głowę Che w po­duszkę. Cios był tak silny, że rozerwało poszewkę. Pierze buchnęło ze środka niczym kłąb pary.

— Prze-pra-sza-my — wyskandowali jednym głosem sanitariusze.


***


Che przemierzał korytarz prowadzony pod ramię przez Stefana. W członkach czuł osłabienie. Ruchy miał ciężkie, spowolniałe. Głowa chyliła się na boki. Krew łomotała w skroniach, dudniła, jakby ktoś walił młotem w ścianę. Kolorowe smugi przed oczami deformowały twarze mijanych po drodze osób. Jedni patrzyli na niego pusto, obojętnie, inni zrównywali się krokiem i wgapiali się natarczywie.

Młodzieniec o wypukłych, rybich oczach wepchnął mu do ręki kartkę. Oświadczył, że zawiera modlitwę będącą przepustką do żywota wiecznego.

— Człowieku, masz pojęcie, jak wielka to moc?! — zawołał z przejęciem. Zaśliniona, buldogowata twarz z lepkimi nitkami śluzu ciągnącego się od warg. Obmacał Che tył głowy. Mokrymi ustami pocałował go po bratersku. W tym samym momencie oberwał w ucho kapciem.

Sprawcą był pacjent odziany w przetarty płaszcz w staromodnym fasonie, narzucony na gołe ciało. Raz po raz zakładał kapeć, brał krótki rozpęd, szurnięciem stopy katapultował go w przestrzeń korytarza, po czym zabierał kapeć z podłogi i powtarzał sekwencję ruchów.

Przysadzista kobieta na krótkich nóżkach pędziła donikąd. Obijała się o ściany, wpadała do otwartych sal, wybiegała stamtąd i podążała dalej w nieznanym sobie celu.

Dziewczyna ze słuchawkami na uszach podarowała Che krzepiący uśmiech. Głucha na świat zewnętrzny, poruszała głową w rytm muzyki z miniaturowych muszelek. Zrobiła parę kroków, zatrzymała się na środku korytarza i zemdlała. Ciało bezszelestnie zaległo na podłodze. Osoby na korytarzu mijały ją obojętnie.

— Cześć, kolego, cześć — przywitał się mężczyzna z krągłym brzuszkiem. Jowialna twarz, oczy spoglądały przyjaźnie. Garścią zebrał z nosa pot i podał ją Che.

Mizerny człeczyna z opaską na oku popisywał się sztuczką: dłonią okrytą rękawiczką bez palców wyjął monetę zza ucha i udał, że ją połknął. Spod długiej, sięgającej kolan kraciastej marynarki wystawały gołe nogi. Roztaczał wokół siebie bańkę smrodu, łączącego woń moczu, wymiocin, potu oraz zgniłej żywności przechowywanej w kieszeniach. Twarz okrywał menelski półcień. Otoczył Che ramieniem i próbował pociągnąć za sobą, ale Stefan na to nie pozwolił.

— Verpiss dich! — Machnięciem nogi zamarkował kopniaka.

Menel-z-opaską odskoczył, zaraz jednak powrócił. Wysiąkał nos w bluzę na zgięciu łokcia, na rękawie zabłyszczał ślimaczy ślad po smarkach. Zawile objaśniał Che posiadane przez siebie moce, chwalił się wstrzymaniem burzy, dzięki czemu szczęśliwie ominęła ona szpital, a ulewa zalała okoliczne miasta. Na koniec oświadczył z dumą, że odkrył dla ludzkości dynamit. Potrząsnął kubkiem prosząc o datek dla wynalazcy.

Stefan zdzielił go hakiem w splot słoneczny z taką siłą, że menel-z-opaską padł na podłogę z podkurczonymi nogami.

Kobieta z nosem jakby wgniecionym do środka czaszki szturchnęła Che łokciem. Nie miała przednich zębów, przymilny uśmiech odsłaniał dziąsła.

— Dzień doberek, dzwońcu, co słychować? — zagadnęła na jowialną nutę. — Nie masz co zakurzyć? — Ostatnią zgłoskę wchłonął gruźliczy kaszel wyciskający drobinki śluzu z płuc.

W palarni za uchylonymi drzwiami trwała szamotanina. Pogrążeni w dymie pacjenci próbowali odciągnąć od wiadra-popielniczki karzełka o dyniowatej głowie. Jego usta wypełniał kłąb wygrzebanych z dna petów.

Zawiani po całonocnej pijatyce pracownicy kuchni wnieśli na oddział styropianowy pojemnik z jedzeniem.

— Obcięliście człowiekowi nogę — zakrzyczał do nich młodzieniec o rybich oczach.

— Spulaj się, gościu — odpowiedzieli jednym głosem.

— Przy przyjęciu. Żywemu chłopu urżnęliście kopyto!

W pokoju socjalnym grupka pielęgniarek biesiadowała na skórzanych kanapach. Jedna demonstrowała koleżankom zdjęcia z wesela, pozostałe widelczykami nabierały z talerzyków kawałki tortu. Sanitariusz z kozią bródką wcinał solone śledzie. Palcami wyjmował po jednym ze słoika, potrząsał, by odciekły z oleju, po czym wsuwał do ust rozwartych niby pisklę w gnieździe.

Przy wejściu do pokoju, od strony korytarza, ustawione było łóżko z pacjentem unieruchomionym pasami. Trzęsiączka miotała jego kończynami, nogi pląsały jakby biegł na leżąco. Wrzeszczał chrapliwie, rzucał głową na boki. Strącona drgawkami kołdra leżała zrolowana na podłodze. Był nagi, tylko biodra opinał przesiąknięty pampers. W momentach rozluźnienia mamrotał delirycznie. Przewiązane warstwą bandaży udo wydzielało trupi odór, który niemal fizycznie spychał przechodzące obok osoby.


***


Ściany stołówki powleczone były złuszczoną lamperią. Z sufitu zwisały serpentyny farby, narożniki zachodziły grzybiczymi plamami. Spod odpadającego miejscami tynku wyzierały cegły. Chmara zielonkawych much obijała się o szyby. Powietrze przesycała mieszanina skisłej woni stęchlizny, przypalonego mleka, potu, wyziewów jelitowych, moczu. Drzwi zgrzytały piskliwie przy każdym poruszeniu. Dudniąca z radia muzyka zlewała się ze skrobaniem łyżek o talerze.

Pacjenci na ogół jedli w milczeniu. Niektórzy gawędzili leniwie lub wypowiadali wyrwane z kontekstu frazy bądź pojedyncze słowa, przeznaczone dla nikogo i wszystkich zarazem.

W kącie przykucnęła półnaga kobieta-bez-nosa. Jej piersi układały się płasko na brzuchu, tworzyły obwisłe, pomarszczone trójkąty. Zaniosła się opętańczym śmiechem i równie nagle umilkła.

Bosy mężczyzna popychał przed sobą krzesło. Trzymając się oparcia, sunął między stolikami. Co pewien czas przystawał, puszczał się krzesła, zakrywał uszy i wydawał ostre, krótkie szczeknięcia.

Zakonnica karmiła łyżką Dziadka na wózku inwalidzkim. Cierpliwie przeczekiwała fazy starczego buntu, kiedy pluł pożywieniem. Zbierała z zatkniętej za kołnierz serwety, wkładała do miski, mieszała, nabierała łyżką i wsuwała znów między zaciśnięte w biernym sprzeciwie wargi.

Kuchennego okienka strzegła gruba, okryta splamionym fartuchem salowa. Umieszczono na nim emaliowane wiadro. Pacjenci podchodzili, chochlą nalewali do kubków herbatę. Jeden napluł do środka, za co oberwał ścierką od salowej.

Po sali z turkoczącym wózkiem krążyła pielęgniarka. Brała kieliszki z plastikowej tacki i podawała kolejno pacjentom do ręki. Kazała potem wystawić język na wierzch. Skanowała podniebienie, gmerała szpatułką między dziąsłami. Wyglądało, jakby sprawdzała uzębienie, ale w rzeczywistości sprawdzała, czy nie ukryli tabletek. Niektórym wprowadzała rozpuszczone lekarstwa wprost do gardła (wcześniej zatykała nos dwoma palcami, by zmusić do otwarcia ust).

— Połkła? — krzyknęła do przygłuchej staruszki. Poczekała na twierdzący skrzek. Puściła nos i ruszyła dalej, obojętna na rzeżący kaszel za plecami.


***


Od lepkiej, wystrzępionej przy brzegach ceraty na stole bił zapach pleśni. Dwie muszki wpijały się w zaschłą plamę soku. Z braku noży margarynę na chlebie rozsmarowywano łyżkami.

Che przygryzł kromkę. Świeże rany na wargach otwarły się, poczuł smak krwi. Chleb spęczniał mu w ustach i prawie się zadławił. Wypluł pulpę w garść, odstawił na talerz. Od jedzenia uwagę odwróciła zmierzająca ku nim młoda kobieta.

Mirjam stawiała kroki miękko, z lamparcią precyzją. Skóra na chochlikowatej buzi była idealnie gładka, pomijając niewielkie wgłębienie na środku podbródka. W ufnych, opalizujących oczach barwy miodu migotały iskierki, lekki zez nadawał im szelmowski wdzięk. Wydatne, zmysłowe wargi, miękkie i wilgotne niczym obrane winogrona. Rozkołysane biodra przyciągały spojrzenia mężczyzn zastygłych w niemym podziwie. Pożerali wzrokiem mięsiste pośladki prześwitujące przez koszulę cienką niby gaza, spozierali łakomie na wypukłości biustu, opalone uda. Kiedy niechcący upuściła na podłogę grzebyk, trzech naraz poderwało się z krzeseł, następnie zaczęli się przepychać, który pierwszy podniesie i odda zgubę. Ignorowała zbierane po drodze zaczepki. Spasiony jak wieprz osobnik klasnął ją z rozmachem w tyłek. Zamiast się gniewać, przyjaźnie wymierzyła mu kuksańca, po czym zaniosła się perlistym, przyjemnym dla uszu śmiechem.

— Kociak, co? — szepnął Stefan do Che. — Prima sort dziewucha. Od samego patrzenia człowiek syty się staje.

Mirjam dosiadła się do stolika. Wyjadła palcem resztę marmolady z miseczki. Ukazała w uśmiechu białe, równiutkie zęby. Odrzuciła niesforny loczek przysłaniający oczy. Zastrzygła uszami. Krótki nosek wykonywał ruchy węszącego zwierzątka. Pociągnęła Che za płatek ucha, zmierzwiła włosy, dotknęła twarzy. Opuszkami palców badała czoło, policzki, wypukłość nosa. Oczy skrzyły się ciekawością poznania nieznajomego, który mógł stać się przyjacielem. Otworzyła mu dłonie, pieszczotliwie rozmasowała palce, pogłaskała kciukiem żyłkę na przegubie. Z szelmowską miną odciągnęła gumkę spodni i zajrzała pod spód.

Che chciał coś powiedzieć, ale wielka łapa Filipa zakleszczyła się na jego gardle. Krtań zapiekła, jakby nasypano tam rozżarzonych węgli. Niczym echo odbite od dna studni posłyszał krzyk interweniującej pielęgniarki, po którym ucisk zelżał.


***


Stefan obserwował Che przez brwi rosnące nieprzerwanym gąszczem między skroniami.

— W wojsku służył? — spytał ni w pięć ni w dziewięć.

— Bo co?

— Tak pytam.

— Jestem pacyfistą.

Stefan zrobił minę, jakby skosztował octu.

— Pacyfista! — Odsunął się z odrazą. — Przemoc im śmierdzi, psia mać. Przez takich narody giną. — Splunął pod nogi, otarł siwe wąsy. — Pokoju się mądralom zachciewa.

— Pokoju i wolności.

Ktoś w pobliżu zwymiotował i powietrze skosił kwaśny smród.

— Po co ludziom wolność? — Stefan skamieniał w oczekiwaniu kichnięcia, z przymrużonymi oczami, półotwartymi ustami, drgają­cym no­sem. Ujął go palcami i wysmarkał się, zaty­kając raz jedną, raz drugą dziurkę. Popa­trzył na ociekającą z palców wydzielinę, strzepnął ją i wsunął dłoń pod pachę. Musiał to być stały zwyczaj, bo materiał w tej okolicy połyskiwał srebrzyście. — Wolność-srolność. Wymyślili takie durnoty na uniwersytetach. Najesz się tym, ubierzesz na ziąb? Żywe chce żyć i tyle.

— Żyć w dobrym stylu — dodała Józefina. Dystyngowanym ruchem poprawiła różowy toczek z woalką okrywającą kok z tyłu głowy. Starcza, pomarszczona twarz nosiła ślady arystokratycznych rysów. Na dekolt staroświeckiej sukni z jedwabiu spływał sznur korali. Ułożyła na talerzyku kromkę chleba, rozsmarowała kosteczkę margaryny, przysypała szczyptą pietruszki. Kanapkę ujęła w dwa palce, wsunęła do ust, odgryzła kęs, po czym odłożyła z powrotem. Popiła łykiem herbaty z porcelanowej filiżanki. Przytknęła serwetkę do warg i wróciła do przerwanej robótki: dzierganego na drutach szalika. Wyszukana elegancja nie opusz­czała jej nawet wtedy, gdy ukradkiem drapała się w tyłek.

Przy kuchen­nym okienku powstał rumor. Zaczęło się od drobnej sprzeczki między kobietą-bez-nosa a menelem-z-opaską. Kłótnia nasilała się, za­ostrzała, w końcu przero­dziła się w zażartą bójkę: ona drapała go po twa­rzy i bosą stopą kopała w krocze, on zaciskał palce na jej szyi i czekał cierpliwie aż się udusi. Parę osób pobiegło, by obejrzeć zdarzenie z bliska. Wcześniej na miejsce dotarła zakonnica. Wkroczyła między walczących, rozdzie­liła ich własnym ciałem. Pochyliła się, uderzając jednocześnie czołem menela-z-opaską i odrzucając tyłkiem kobietę-bez-nosa.

— Siu! — Zakręciła szmatą w powietrzu.

Gapie rozpierzchli się niczym wróble.

— Wolność jest piękna, zaiste. — powiedział Ludwik. Policzki miał upudrowane, gładkie niczym u alabastrowego Kupidyna. Z ich bielą kontrastowała czerń brwi. Również wargi tego dnia pomalowane miał czarną kredką. Z przypasanej rzemykiem sakiewki wyjął grzebyk i przeczesał włosy lśniące od perfumowanego olejku. — Lecz nie każdemu ona służy. Szczęśliwym być może. Dla biedaków jednak niesie oskar­żenie. Bo gdzie taki szukać ma przyczyny swych nieszczęść? W sobie jedynie. I tak do bezmiaru cierpień dodaje kolejne: odpowiedzialność za swój los.

— Co się tak gapisz?! — krzyknął na Che jednoręki brodacz z sąsiedniego stolika. Jego zarost tworzył z czupryną zwartą kępę. Kłęby włosów sterczały nawet z płatków uszu. — Pierona, durch się yno gapi. Wypolisz mi ślypiami dziura w gymbie.

— Daj spokój — wtrącił pojednawczo Stefan. — Po to są gały, żeby patrzały.

— Nie poradzi kaj indzij? — Jednoręki nie dawał za wygraną. Wydatny, krogulczy nos znaczył pieprzyk wielkości ziarnka fasoli. Z ust zionęła mu ostra woń cebuli, którą przygryzał jak jabłko. Luźno zwisający rękaw amputowanej kończyny łopotał przy energicznych poruszeniach tułowia. — Szteruje mie. Mosz przestać, diosecki giździe! — Schrupał ostatni kawałek cebuli i splunął flegmą podobną do kurzego łajna. — O, łobejrzise, ledwoch to pedzioł, zaś ślypiami blynduje. Blank choby szpijon.

Che poprawił się na krześle.

— Władza ograbiła nas z wolności. Ale możemy walczyć. Odrzucić prawdę nakazaną. Wyrwać z korzeniami to, co obce w nas samych. — Ręce wspomagały wywód energiczną gestykulacją. — A do tego potrzebna jest… rewolucja! — Potoczył rozognionym wzrokiem wokół, jakby szukał przeciwnika do sporu, jednak najbliższe otoczenie zamarło na podobieństwo filmu zatrzymanego w kadrze.

Znudzony sennym rytmem przedpołudnia, Cap zabawiał się spluwaniem do odległych o parę metrów doniczek. Zwykle trafiał. Zaostrzony ton Che rozbudził jego czujność. Podciągnął nogawkę spodni. Wyjął zatknięty za cholewę gumowy kabel i rytmicznie uderzał w otwartą dłoń.

Che podrapał się w czoło.

— Tak właśnie myślę — dokończył już spokojnie.

Atmosfera wokół rozluźniła się.

Cap ziewnął szeroko, aż z zawiasów prawie wypadła dolna szczęka. Szerokie zęby ledwo się w niej mieściły. Podrzucił kabel pod sufit i złapał w locie. Zastawił drogę pacjentowi o wyglądzie podstarzałego hippisa (długie włosy ściągnięte opaską nad uszami, gitara przewieszona przez plecy, wzrok zmętniały od leków).

— Czego tu stoisz, kudłata cipo?! — warknął i z głupia frant pacnął hippisa w czoło. Zabrechtał na widok jego zbaraniałej miny. Wesołość popsuł protest hippisa. — Masz jakiś problem, kolego?! — Wymierzył w to samo miejsce, ale się majtnął i musiał poprawić.

Stefan położył ciężką łapę na barku Che i potrząsnął nim przyjaźnie.

— Był tu jeden taki, co chciał robić rewolucję. Głosił, że światem rządzą elektryczni. Stworki, które w prądzie żyją. — Gruchnął jowialnym śmiechem.

Tymoteusz spoglądał badawczo na Che zza grubych szkieł okularów, które powiększały wodniste, bez­barwne oczy. Twarz zasuszona, o typie mola książkowego. Rysy wyrzeźbione przez dyscyplinę umysłu, ściągnięte w wyrazie koncentracji. Wytarł usta, położył serwetkę na talerzu. Wstrząsnął ręką, czując, że ktoś próbuje mu skraść zegarek z przegubu.

— Spoko-luz, gościu, kupić chciałem — wyjaśnił pacjent ubrany w przepalany papierosami dres. Kreszowy materiał szeleścił przy każdym poruszeniu ciała.

— Zegarek nie jest na sprzedaż — odparł Tymoteusz.

— Na co ci sikor? — dociekał Dresiarz. Obrzmiały język plątał się i potykał na słowach. Z ust buchał skisły odór wódki. Na głowie tkwił obsunięty na jedno ucho beret z antenką. Lewy policzek ogorzałej twarzy przecinała blizna.

— Pokazuje mi czas.

— Innemu też może.

Dresiarz zaciągnął się papierosem skrywanym w koszyku splecionych dłoni. Rozpiął bluzę i wydmuchał dym pod pachę. Na torsie widoczny był tatuaż węża dusiciela owiniętego na ciele kobiety. Przedramię oplatało kilka zegarków, na nadgarstku świecił się drogi smartwatch.

— Zapłacę. Kasa do ręki. — Wyjął z kieszeni banknot, napiął w palcach, aż strzeliło. Rozłożył na dłoni i oklepał drugą, by się spłaszczył. — Dorzucę gratis panienkę na noc. Pierwszorzędna laska, zarąbiście śliczna. Wczoraj przyjęta, nie ruszana. Młoda lolitka, prawie dziewica.

— Wykluczone. — Tymoteusz skłonił się sztywno, nie zginając karku, jakby opięty był kołnierzem ortopedycznym.

Z nozdrzy Dresiarza wypłynęły dwa spiralne obłoki.

— Kreska amfy, zioło, koks… nic? Frajer! — burknął i poszedł sobie. Poliestrowy, upstrzony dziurami materiał upuszczał siwe kłęby, jakby kopcił się od środka.


***


Filip wyrażał się głównie za pomocą pomruków o różnej tonacji, przeplatanych monosylabami pozbawionymi znaczenia, jak gdyby ćwiczył odmianę lapońskich czasowników. Usta zakreślały białe obwódki po tym, jak siorbał zupę prosto z talerza, ignorując leżącą obok łyżkę. Na brodzie dyndała mu nitka makaronu, zakończona kropelką mleka.

Pusty talerz roztrzaskał o kolano. Zakończonym ostro kawałkiem porcelany wyrył na ceracie linoryt przedstawiający wesołego penisa. Na czubku wyżłobił oczy oraz uśmiechniętą buźkę. Zastanowił się, co jeszcze można zrobić odłamkiem. Ujął go w garść niby szpadę. przyjął pozycję szermierza. Wykonał próbne cięcie na ukos, po czym głębokim sztychem dziabnął w zadek przechodzącą obok kobietę okutaną wiejską chustą z frędzelkami.

Wędrowała między stolikami z koszulą podwiniętą na brzuchu w rodzaj worka. Zanurzała tam zgrabiałą od ciężkiej pracy dłoń, sypała okruszki na podłogę i jednostajnym „ciiip-cip-cip” zwoływała niewidzialne kurczęta. Twarz wieśniaczki pokrywał bujny, prawdziwie męski zarost. Zaskoczona atakiem nie po­czuła bólu, a jedynie coś w rodzaju ukąszenia komara. Wychyliła się przez ramię, spojrzała na tkwiący w pośladku odprysk porcelany. Wargi zadrżały w gotowości do płaczu. Przezornie odbiegła kawałek i dopiero wtedy uderzyła w lament. Przeciągły skowyt w końcówce przeszedł w urywane łkanie.


***


Gwar na stołówce osłabł. Pacjenci słali ukradkowe spojrzenia w stronę wejścia i spuszczali głowy. Milkli jeden po drugim, aż nastała grobowa cisza, tak gęsta, że można ją było kroić nożem.

Postać oddziałowej wypełniła otwór drzwi. Brzydka, kwadratowa twarz okolona przetykanymi siwizną włosami. Przenikliwy, mrożący wzrok wodził po sali niby snop światła reflektora. Sylwetka ciężka, zwalista. Głowa wtopiona w tułów pozbawiony wcięcia w talii. Odgięty nienaturalnie do tyłu powodował rozhuśtany chód, przy którym ręce pozostawały nieco z tyłu. W całej postawie było coś władczego, nawet stukot obcasów brzmiał rozkazująco.

Przystanęła nad Che. Choć dzieliło ich zaledwie pół metra, miał wrażenie, że spogląda na niego z ogromnej wysokości.

— Nazywasz się…

— Che — uprzedził ją.

— Niech i tak będzie. — Głos oddziałowej zdawał się dochodzić z różnych stron i Che bezwiednie obracał głowę, by uchwycić źródło. — Ty jesteś tym, kim się nazwałeś, a ja…?

— Zastępca kierownika oddziału do spraw pielęgniarstwa i jakości — odczytał z przypiętego do klapy identyfikatora.

— No, to jesteśmy sobie przedstawieni. — Wygładziła fartuch na brzuchu. Przerośnięty biust napinał materiał i zdawał się rozrywać guziki. — A teraz powiem raz i krótko: nie próbuj więcej testować naszej cierpliwości. Wyglądasz, jakbyś już dość oberwał.

— Napadli mnie zbóje. W medycznych uniformach.

— Będziesz z nimi zadzierał, to użyją twardszych argumentów.

— Groźba?

— Zwykłe pouczenie. Personel pacjentów nie straszy, lecz…? — Oddziałowa zawiesiła głos niczym belfer oczekujący, że uczniowie dopowiedzą resztę zdania.

— Pomaga, leczy, rehabilituje — do­biegły usłużne głosy z sąsiedztwa.

— Zaś jedną z form pomocy terapeutycznej jest…?

Pacjenci pokasływali z zakłopotaniem.

— Informacja o konsekwencjach — powiedziała oddziałowa do Che, jakby wyłącznie z nim prowadziła tę kon­wersację. — Wiem na co cię stać. Tyle łajdactw na jednego gogusia nieczęsto się trafia. Działalność w nielegalnych organizacjach, obraza moralności publicznej…

— To moja specjalność.

— …próba podpalenia muzeum…

— Po pijanemu.

— …bezczeszczenie pomników, obrzucenie miejsca kultu religijnego cuchnącą substancją…

— Psim gównem.

— …czynne uczestnictwo w ulicznych rozruchach, napaść na funkcjonariusza policji.

— Tylko go oplułem. Dla żartu.

— Sąd nie wykazał się poczuciem humoru. Ile ci wymierzył?

— Rok w zawieszeniu.

— Wczorajsze jatki w katedrze mogły kosztować znacznie więcej. Bomba urwała pół dzwonnicy. Powinieneś siedzieć w ciupie. Ale tata, Ważny Prokurator, ma układy. Wspólnie z sędzią uznali, że w szpitalu psychiatrycznym też jesteś zabezpieczony. Na czas nieokreślony.

Z tkanki pamięci Che wyświetlały się krótkie scenki, przerywane rozbłyskami, niczym kadry starego filmu. Strzępy wspomnień kłębiły się pod czaszką, rwały, zbijały się w nieforemne kłęby. Zobaczył salę sądową.

— …uznany za niepoczytalnego w chwili popełnienia czynu — odczytywała sędzia beznamiętnym, maszynowym głosem.

Obrazy przetasowały się bez żadnego przejścia. Widział tłum gapiów ścieśnionych za taśmą rozpiętą na pniach drzew. Policjantka z kucykiem wystającym spod czapki pilnowała, by nikt nie przedostał się do strzeżonej strefy. Na tle przysadzistej budowli z ciemnopomarańczowej cegły dziennikarka relacjonowała do kamery umocowanej na statywie. Strażacy z zadartymi głowami wypatrywali czegoś na wieży. Przez syreny karetek pogotowia przebił się spiżowy odgłos dzwonu. Po trzecim uderzeniu zagłuszył go huk eksplozji. Osadzone w oknach witraże spękały, z rozprutej kopuły posypał się grad ceglanych odprysków.

Coś w mózgu zaiskrzyło. Na moment wyświetliło się wnętrze izby przyjęć. Ręce i nogi skute miał kajdanami. Policjanci z konwoju przekazywali rejestratorce dokumenty.

— Jaki mamy obecnie rok… jaki dzień… nie, wtorek był wczoraj… dlaczego chciałeś zniszczyć katedrę? — Pytania lekarza przyjmującego przedzierały się przez szum w głowie.

Napływające później wspomnienia zamieniły się w błotnistą papkę.

— Myślę, że…

— Nie obchodzi mnie, co myślisz — oddziałowa przerwała mu szorstko. — Zasada numer jeden: ściśle stosować się do regulaminu. Zasada druga, trzecia oraz kolejne brzmią podobnie. Masz się ich trzymać jak kulawy laski. Zapamiętaj sobie, bo powtarzać nie lubię. Zwykle mówię niewiele, ale co powiem jest święte. Nie wymagamy nadmiernie, ale w sprawach porządku jesteśmy konsekwentni do bólu. Bo czy my tu chcemy wichrzycieli? — zapytała głośniej, a zewsząd rozległy się gorliwe zaprzeczenia. — Nie jesteś pierwszym paranoikiem, który z łamania zasad czyni normę.

— Nie mam paranoi.

— A to ci zagwozdka. Jak z niej wybrnąć? Przecież nie prześwietlimy mózgu, żeby wytropić obłęd. W tych sprawach trzeba zawierzyć specjalistom. Co psychiatra uzna za paranoję, jest paranoją. Przebadamy cię, opinia powędruje do sądu. Ten zgodnie z naszymi wnioskami wyda postanowienie i temat się zamknie. Na pół roku. Potem sprawa wróci do punktu wyjścia, czyli kolejna opinia i kolejne postanowienie. Możemy tak bez końca. Wszystko zgodnie z prawem. Potrzymamy cię, aż dojrzejesz do społecznych oczekiwań, nauczysz się szacunku dla norm, jakie między ludźmi obowiązują.

— Mogę się odwołać. Zażądać ponownego badania, zmiany biegłych.

Oddziałowa kiwnęła ospale głową. Ziewnięcie osypało puder maskujący cienie pod oczami.

— Próbuj. Sąd rzecz rozważy. Ze świadomością, że bezkrytycyzm wobec psychozy stanowi osiowy jej objaw. — W głosie po­brzmiewała wystudiowana ironia. — Prawie wszyscy tu uważają się za psychicznie zdrowych. I nie zmienią zdania, nawet gdyby ich kijami po grzebiecie lać. Jak każdy, posiadają pewne ułomności, drobne przywary, ale kto ich nie ma?

— Wszyscy mają — odpowiedziały jej aprobujące pomruki.

— Od nadmiaru stresu nie radzą sobie z emocjami, mają niestabilną osobowość, przegrzany układ nerwowy. Przejawiają daleko idącą oszczędność w posługiwaniu się zdrowym rozsądkiem. Zrobili sobie wolne od rzeczywistości, odwrócili się do niej plecami. Nie chcą wykorzystywać mocy neuronów do tworzenia inteligentnych ciągów myślowych, bo i po co?

— No właśnie, nie warto — komentowały zgodnie głosy wokół.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.34
drukowana A5
za 79.51