E-book
12.6
drukowana A5
54.09
drukowana A5
Kolorowa
80.18
Niepokój istnienia

Bezpłatny fragment - Niepokój istnienia

Gustaw Czerwik - wiersze


Objętość:
257 str.
ISBN:
978-83-8440-481-2
E-book
za 12.6
drukowana A5
za 54.09
drukowana A5
Kolorowa
za 80.18

Bogusławowi


„Im więcej czytasz, tym więcej widzisz światów, których nie znałeś.”

Aldous Huxley


Przy pracy nad tekstem autor korzystał z pomocy AI — w szczególności przy tworzeniu okładki i korekcie tekstu. Za treść odpowiada autor.

Przedmowa

Od jakiegoś czasu pisałem eseje i gromadziłem je do przyszłej książki. Tuż przed wyjściem na spotkanie z kolegą pomyślałem, że dobrze by było gdyby wspomniany kolega dopisał do każdego eseju wiersz — o ile się zgodzi — wszak jest poetą. — Zgodził się i to nawet z radością. Dla Gustawa było to nowe wyzwanie.

Dla mnie esej to krótka forma, która wpada do głowy najpierw w formie pomysłu — samego tytułu i dalej wskutek rozmyślań zaczyna poszerzać swoją przestrzeń. Jakoś tak się przyjęło, że u mnie ta przestrzeń to 8 –10 stron. Zdarzało się niekiedy, że ten pierwotny esej rozszerzał się do granic małej powieści. Tak było z książką 300-stronicową „Oswoić samotność”.

Tym razem zrodziło się to, co czytelnik ma w ręce. Powstała grupa esejów z przypisanymi im wierszami, każdy opatrzony stosownym mottem i tytułem. Jest ich dziewiętnaście chociaż na początku miało być mniej, bo w trakcie pisania zmarł Bogusław, który przez lata wspierał mnie artystycznie przy kolejnych książkach.

Niby każdy esej mówi o czymś zupełnie innym ale łączy ich coś — pewna bliżej nie określona nić, którą świadomość wije ze swoich neuronów. Kto to wyczuje, będzie wiedział o czym mówię. Przyznam, że nawet ja — autor — nie bardzo byłem świadom tego zjawiska. Zauważyłem tę nić po kolejnym eseju i odczułem przyjemność w pisaniu tych krótkich form.

Może tę nić nazwiemy niepokojem istnienia — tak, to ten niepokój towarzyszył mi cały czas. Towarzyszy mi również teraz kiedy książka powstała. Jest to bardzo zdrowy stan, posiada bowiem cechy motywacyjne w kierunku twórczego działania. Jestem pewien, że podobne problemy były tematem rozważań króla Zygmunta i Stańczyka — jego błazna filozofa. Mój niepokój mieści się gdzieś między zupełną beztroską a totalnym strachem — w środku. Granice miedzy tymi stanami są płynne. Tak narodził się tytuł tej książki. Na okładce książki zdjęcie — tak wyobrażam sobie jedną z licznych rozmów króla i jego błazna

Przyznaję rację Einsteinowi, że twórczość to inteligencja, która dobrze się bawi”. Jak każda dobra zabawa kończy się zmęczeniem, podobnie było w moim wypadku. Poza inteligencją trzeba było pamiętać o wewnętrznym zegarze biologicznym — najwyżej dwie strony i chwila odpoczynku połączona z namysłem.

Nie wiedziałem, że wspominając — w eseju „jeden dzień z życia” — swojego mistrza z lat młodzieńczych, mentora i szefa w jednej osobie, już na końcu — w epilogu — będę wspominał jego zmarłego syna Bogusława. Z Bogusławem przyjaźniliśmy się od wielu lat — pomagał w redagowaniu wszystkich moich książek. Przy tej ostatniej już nie pomagał — odszedł na zawsze, umarł.

Jak widać, książka ta ma kilka funkcji: prowokuje do przemyśleń własnych, jest polem do ćwiczenia nowych form literackich, a w trakcie pisania bardzo dobrze się bawiłem — Einstein ma rację. Te nowe formy literackie to również ta książka.

Tytułowy niepokój to nie strach, to bardziej troska, namysł, refleksja, kontemplacja. To te zjawiska towarzyszyły autorowi a bardziej autorom podczas opisywania obrazów w poszczególnych esejach.

Podziękowanie

Ta książka to efekt literackiego spotkania dwóch kolegów: poety Gustawa Czerwika i piszącego prozę, czyli mnie. Gustaw Czerwik to mój kolega jeszcze z lat 70-tych ubiegłego wieku, czyli znamy się pół wieku. Co nas łączyło i łączy nadal? — To oczywiście Fablok!

Fablok szkoła życia na poziomie studiów wyższych, Fablok praca i kariera zawodowa, wreszcie Fablok dawał chleb. Fablok był i żył, bo on faktycznie dawał różne oznaki życia — najmocniej młot 6T na kuźni. Całe miasto słyszało. My pokolenie 70+ wszystko to przeżyliśmy. Dzisiaj niemal każdy z nas robi różne rzeczy przedłużając swój żywot: jeden pisze swoje eseje i opowiadania, drugi pisze wiersze, inny maluje a jeszcze inny podróżuje po całej kuli ziemskiej.

Gustaw podjął się opatrzyć każdy z moich esejów wierszem tematycznie związanym z treścią eseju. Każdy wiersz co najmniej muska o treść eseju — jak to poezja.

Gustawie — pięknie dziękuję za podjęcie tego wyzwania. To nowa forma, chyba raczej dotąd nie spotykana — pewnie jesteś nieco prekursorami. Myślę, że obu nam przysporzy wrażeń i doświadczenia — dziękuję za podjęcie tego ryzyka.

Jan Ślęzak

Słowo poety do prozaika

Muszę z radością stwierdzić, że propozycja autora uczestniczenia jako poetycki komentator poszczególnych esejów była dla mnie jak zmartwychwstanie poety. Lubię twórcze wyzwania i mam ich sporo na swoim kącie. Bywa tak w pracy twórczej, że dopada nas pustka wynikająca z braku weny. W twoim obfitym dorobku prozatorskim z pewnością miałeś podobne momenty. W tym wiodącym dziele literackim to ty inspirujesz poetę, który rozwija skrzydła Pegaza w obszarach tematów, które moja wrażliwość poetycka dotykała zaledwie incydentalnie. Ten literacki eksperyment może stać się przykładem dla innych osób co — jak sądzę — obaj przyjmiemy z zadowoleniem. Najważniejsze jest, aby potencjalny czytelnik, który weźmie do swoich rąk i przeczyta będzie miał czytelniczą satysfakcję.

Eseje Jana Ślęzaka — mojego kolegi to nie są rozrywkowe teksty. Jan Ślęzak — inżynier w zakresie elektrotechniki — jest dobrze zaznajomiony z aktualną wiedzą z zakresu fizyki w tym kosmologii. Nie są mu obce również tematy z zakresu historii filozofii i nauki o społeczeństwie oraz psychologii. Ślady tej wiedzy można wyczuć w jego tekstach. Do tego należy dodać jego bogate życie zawodowe na poziomie funkcji menadżerskich. Jego wyobraźnia twórcza była dla mnie dodatkowym wyzwaniem. Mam nadzieję, że każdy czytelnik znajdzie w naszych tekstach coś przydatnego zgodnie ze swoimi zainteresowaniami.

Gustaw Czerwik

1. Tworzenie — czy to cud?

„Twórczość to inteligencja, która dobrze się bawi.”

Albert Einstein

Uprawianie jakiegokolwiek rodzaju sztuki — nawet na poziomie amatorskim — wywołuje u wielu ludzi pewien rodzaj zachwytu, a u niektórych nawet zazdrość. Ludzie zajmujący się nawet amatorsko sztuką bywają posądzani o posiadanie zdolności wykraczających ponad przeciętność.

Te nadzwyczajne zdolności często pojawiają się nagle, niczym błyskawica, i pozostają z człowiekiem na długo. Obdarowani nimi nie zawsze rozumieją zachwyt otoczenia. Twierdzą, że przecież każdy ma w sobie zalążek talentu — trzeba go tylko odkryć i starannie uprawiać — niczym warzywa.

Osobiście należę do tych ostatnich. Uważam, że każdy człowiek posiada jakiś talent. Wszystko zależy od tego, jak głęboko go zakopał, jak bardzo przysypał go innymi działaniami i problemami. Jeśli ktoś jest typem biznesmena, który interesuje się wyłącznie przepływem pieniędzy w swoim kierunku, to dla niego zajmowanie się sztuką jest stratą czasu. Znam takich, którzy z dumą przyznawali, że nie czytają książek, bo „nie przystoi to komuś na ich stanowisku”. Jeden z nich powiedział mi kiedyś wprost, że czytanie książek przyniosłoby mu ujmę — przy jego pozycji społecznej. Oczywiście, ja takich postaw nie rozumiem i nawet nie tracę czasu na próby zrozumienia.

Moje skłonności literackie pojawiały się stopniowo, i to od bardzo dawna, choć nie były to mocne sygnały. Najpierw pojawiło się upodobanie do pisma technicznego — przejąłem je jako własny charakter pisma i tak już pozostało. Uczyli mnie tego w szkole średniej, w Technikum Elektroenergetycznym. W tamtych czasach pisanie wypracowań domowych na zadany temat było obowiązkiem ucznia, a czytelność pisma — cnotą. Któż mógł wówczas przypuszczać, że nadejdą czasy, gdy pisanie ręczne będzie zanikać i służyć będzie jedynie do składania podpisów — dzisiaj nawet te podpisy zastępuje wersja elektroniczna.

Do uwolnienia moich skłonności do pisania przyczynili się moi nauczyciele języka polskiego z legnickiego technikum. Szkoła ta reprezentowała wysoki poziom nie tylko w zakresie przedmiotów zawodowych, ale również w nauczaniu języka ojczystego. Pisanie analiz literackich po przeczytanych lekturach, recenzji filmowych i teatralnych — tak kształtowały się moje pierwsze zainteresowania literaturą. Ta nauka — jak to się mówi — nie poszła w las. Została tylko na pewien czas uśpiona przez intensywne życie zawodowe, by powrócić ze zdwojoną siłą pod jego koniec.

W ramach prowadzonej działalności gospodarczej zajmowałem się projektowaniem instalacji elektrycznych. Każdy projekt wymagał szczegółowych opisów technicznych. Aby te opisy były precyzyjne i zrozumiałe dla wykonawcy, potrzebna była umiejętność jasnego formułowania myśli. Wtedy właśnie okazało się, że umiejętność pisania, nabyta w szkole, jest nieoceniona. Nastąpił kolejny etap ćwiczenia języka — tym razem użytkowego, inżynierskiego.

Po przejściu na emeryturę i zakończeniu działalności projektowej pozostało umiłowanie pisania. Tak rozpoczął się etap tworzenia, czyli pisania książek. Początkowo były to wspomnienia rodzinne — dla dzieci, dla wnuków. Plan zakładał dwie, może trzy książki. Dziś jest ich już niemal trzydzieści. Pisanie sprawia mi ogromną przyjemność — większą niż jakiekolwiek inne zajęcie. I podkreślam: nie ma w tym odrobiny chęci zarobku. Tylko radość i wypełnienie czasu.

Wielu posądza mnie o jakieś nadprzyrodzone zdolności. Nic bardziej mylnego. Twierdzę, że każdy, kto cierpliwie i długo ćwiczy, zbytnio nie naśladując innych, może osiągnąć to samo. Nie ma w tym nic z cudu.

Po każdej nowej książce otrzymuję gratulacje od znajomych. Nie znoszę tego. Rozumiem, że ktoś, kto zdobył szczyt górski, może oczekiwać gratulacji. Ja jednak czerpię z pisania przyjemność — więc czego tu gratulować? Że się dobrze bawię? Podobnie nie znoszę kondolencji — oba te słowa są jak wytrychy językowe: chłodne, zdystansowane.

Jest jeszcze drugi aspekt tego zjawiska chwalenia. To praktycznie nie są literaci i ich wiedza w tym temacie jest ograniczona, zatem ich pochwały nie są miarodajne. Zdarzają się jednak i tacy co to mają wykształcenie i wiedzę w zakresie literatury, na przykład dziennikarze. Pewnego razu ktoś taki potraktował mnie jak pisarza i ocenił moją książkę, którą ci pierwsi wychwalali pod niebiosa a tu zimny prysznic: źle ustawione akapity, źle użyte przecinki, powtórzenia i cała masa innych uwag. O wielu z tych spraw nawet nie wiedziałem. To naprawdę sprowadza na ziemię i przydało mi się. Jedyne co miałem na obronę było: — Ale to moje pierwsze opowiadanie w życiu! — Oj, to ja bardzo przepraszam. — Usłyszałem już potulnym głosem.

Pisanie jest dla mnie nie tylko źródłem przyjemności, lecz także sposobem na poszerzanie zasobów wiedzy, ćwiczenie języka — pisanego, mówionego i myślanego. Tak, myślanego, bo porządkowanie myśli to także forma pisania — wewnętrznego, niewidocznego dla innych. Efektem tych wszystkich procesów staje się książka. A książka — to nie cud. To owoc pracy mózgu.

Dawniej i ja podejrzewałem, że ci, którzy tworzą — piszą, malują, komponują — mają w sobie coś niezwykłego, czego ja w sobie nie mam i miał nie będę. Dziś wiem, że to złudzenie.

Szczególnie przekonałem się o tym, gdy dotarła do mnie wiadomość o istnieniu nowej gałęzi wiedzy — kognitywistyki. To nauka interdyscyplinarna, badająca procesy umysłowe: pamięć, rozumowanie, język. Czerpie z neurologii, psychologii, filozofii, informatyki i wielu innych dziedzin, aby zrozumieć, jak działa mózg i świadomość.

Po wysłuchaniu wykładu profesora Daniela C. Dennetta i po przeczytaniu jego książek moja dotychczasowa wiedza o tych sprawach legła w gruzach. Pierwszą reakcją było przerażenie — ogromne przerażenie. Dennett bowiem podważył wiele tradycyjnych wyobrażeń o „duszy” i „cudzie tworzenia”. Uświadomił mi, że to, co nazywamy „natchnieniem”, jest wynikiem długiego procesu, który zachodzi w sieciach neuronalnych naszego mózgu.

Dennett porównał mózg do systemu ewolucyjnego — do maszyny, która sama się uczy, powiela skuteczne rozwiązania i eliminuje błędne. Nie ma w tym magii — jest tylko biologia, chemia i czas. A jednak z tej prostej materii powstają rzeczy wielkie: symfonie, obrazy, poematy.

Dziś wiem, że nie istnieje żaden „cud tworzenia”. Istnieje tylko mózg, który potrafi łączyć doświadczenie, pamięć, emocje i logikę w nowe konfiguracje. Tym właśnie jest tworzenie — wynikiem nieustannej pracy tej niezwykłej maszyny jaką jest ludzki mózg.

Dowodem na to jest choćby sztuczna inteligencja. Nie powstała z cudu — powstała z kopiowania struktur i zasad działania ludzkiego mózgu. Nikt mi dotąd nie powiedział, że nauka znowu zrobiła tak wielki krok, odkrywając przed człowiekiem tajemnice jego własnego umysłu. Moje przerażenie szybko ustąpiło miejsca ciekawości, gdy zacząłem korzystać z owoców tej wiedzy — między innymi z AI, która, jak się okazało, potrafi być znakomitym partnerem w procesie tworzenia a w moim wypadku pisania.

Z czasem dostrzegłem coś jeszcze. AI nie jest „świadoma” w ludzkim sensie — ale jej sposób działania odsłania przed nami, jak my sami myślimy. Pokazuje, że to, co braliśmy za cud, jest efektem algorytmu, biologicznego i ewolucyjnego zarazem.

A zatem spróbujmy posłuchać, co dzieje się w naszym mózgu — posłuchać bez słów. Skorzystajmy z tego, co współczesna nauka odkryła. Zobaczmy, jak mózg radzi sobie z tym, co mu człowiek zadaje do obróbki.

Człowiek nie zawsze myśli wtedy, gdy o tym wie. Najczęściej myśli wtedy, gdy zdaje się, że śpi. W ciele rozluźnionym, w oddechu powolnym jak rytm dawnego zegara, mózg — ten wielki warsztat ewolucji — przetwarza, porządkuje, łączy wątki. Z pozornego chaosu wyłania się nowy porządek, a z milczenia — pomysł.

Nie ma w tym cudu. Jest tylko natura — potężna, cierpliwa i logiczna. Tworzenie nie spływa z nieba. Ono rodzi się w nas, z pracy miliardów neuronów, które nauczyły się myśleć o świecie, a potem — tworzyć jego nowe wersje.

Tu należy się drobna dygresja. Otóż profesor Dennett był niewierzącym, jednak ja to jego rozumowanie przyjmuję jako interpretację naukową. Oczywiście, to co dzieje się w moim mózgu to żaden cud bo to wszystko dzieje się w zgodzie z prawami natury i obaj się z tym zgadzamy. Jednak Dennett na tym poprzestaje a ja idę krok dalej. Wierzę, że te prawa natury są dziełem Najwyższego czyli Boga. Mylę, że gdyby profesor żył na pewno nie miałby nic przeciwko poszerzeniu jego interpretacji naukowej o element teologiczny.

Od Stwórcy dostaliśmy te prawa natury — dostaliśmy „na tacy” i teraz od nas zależy jak je wykorzystamy w pracy swojego mózgu. Jeżeli ktoś woli zostać głupim — to jego wybór i Stwórca mu w tym nie przeszkodzi, co najwyżej, będzie cierpiał z powodu głupoty swojego stworzenia. — Tyle dygresji.

Kiedy więc ktoś budzi się o czwartej nad ranem — tak, jak mnie to się przydarzyło — z gotową myślą, z początkiem zdania, z rozwiązaniem, którego szukał przez wiele dni — nie jest to cud ani przypadek. To naturalne spotkanie dwóch wymiarów świadomości: tej, która czuwa, i tej, która pracuje w ukryciu. Właśnie tak było z pojawieniem się pomysłu na esej o pewnej piosence zespołu Pink Floyd — „Comfortably Numb”.

Noc jest bowiem laboratorium umysłu. W dzień rozum zbiera fakty, argumenty, obrazy. W nocy — dusza, jak cicha tkaczka, przeplata je w tkaninę sensu. Dopiero świt rozjaśnia gotowy wzór.

Każdy, kto choć raz obudził się o tej porze z nagłym wrażeniem, że coś zrozumiał, zna ten stan. Nie wiadomo jeszcze, co się zrozumiało, ale wiadomo, że coś się ułożyło — jakby w niewidzialnym warsztacie w nocy ktoś uporządkował narzędzia, które wczoraj były w nieładzie. Świat jest jeszcze ciemny, a jednak w środku człowieka zapala się światło.

W neurobiologii istnieje określenie hipnopompiczny stan świadomości. To moment między snem a jawą, gdy aktywność mózgu zmienia rytm. Część struktur odpowiedzialnych za czuwanie już się budzi, ale te od emocji i wyobraźni wciąż działają jak we śnie. W tym krótkim czasie obie sfery — rozum i intuicja — współpracują. W ciągu dnia są jak dwie osoby w jednym domu, które nie potrafią rozmawiać. Ale o świcie potrafią.

To dlatego myśli przychodzą wtedy nagle, czysto, bez pośredników. Mózg nie zdążył jeszcze włączyć filtra racjonalności, który w dzień blokuje rzeczy niewygodne. To moment prawdy: cichy, prosty, szczery.

W nocy umysł nie śpi tak naprawdę. On pracuje w ukryciu.

To, co naukowcy nazywają „siecią trybu domyślnego” (ang. default mode network), włącza się, gdy przestajemy myśleć świadomie. Wtedy nasz mózg nie odpoczywa, tylko zaczyna układać puzzle: wspomnienia, uczucia, pytania.

Nieświadomy umysł jest jak stary bibliotekarz — zna każde miejsce w archiwum, ale nie ma telefonu, żeby wezwać nas w dzień. Może jedynie szeptać o czwartej nad ranem: „spójrz tu, w tym folderze jest to, czego szukasz”.

To, co nazywamy natchnieniem, jest często wynikiem tej cichej, nocnej pracy. Naukowcy opisują to jako inkubację problemu. Gdy świadomy rozum się poddaje, nieświadomość nadal próbuje — tylko w inny sposób. Dlatego poeta, który długo nie może znaleźć słowa, czasem budzi się z gotowym wersem. A uczony, który męczy się z równaniem, nagle znajduje rozwiązanie w półśnie.

Wielcy odkrywcy, artyści i filozofowie znali ten mechanizm, choć nie potrafili go nazwać. Paul McCartney obudził się z melodią „Yesterday”. Elias Howe zobaczył igłę maszyny do szycia, gdy śnił o włóczniach z dziurkami. Obaj oni nie byli czarodziejami — tylko ludźmi, którzy nauczyli się nie przeszkadzać swojemu umysłowi.

I jeszcze jedna bardzo ważna uwaga o pewnej tajemnicy, którą próbuje rozwikłać neurobiologia.

Otóż współczesna neurobiologia próbuje opisać to, co dawniej należało do sfery poezji. Neurologia zna dziś fale alfa i theta, wie że w stanie półsnu mózg łączy odległe wspomnienia, tworząc nowe asocjacje. Ale nauka nie odbiera temu zjawisku tajemnicy — przeciwnie, pogłębia ją. Bo nawet jeśli wiemy, jak działa myślenie o świcie, nie wiemy, dlaczego właśnie wtedy czujemy jego wagę.

Po krótce przedstawiłem to, co o pracy mózgu mówi nauka, jak tłumaczy jego działanie. Nie wchodziłem w szczegóły bo to nie moje kompetencje i bałem się aby czegokolwiek nie zniekształcić, a nawet nie przekłamać.

Człowiek jest jedynym stworzeniem, które potrafi obserwować własne myśli. Ta zdolność czyni nas istotami refleksyjnymi — zdolnymi do filozofii, sztuki, wiary. W tym sensie świt jest codziennym cudem ewolucji: chwilą, w której biologia spotyka się z duchowością.

W świetle powyższego chciałbym przywołać jeszcze jedno słowo-wytrych, którego nie znoszę a które niezwykle często jest używane: „wena”. Otóż słowo „wena” pochodzi z łaciny a do języka polskiego weszło poprzez język francuski. To łacińskie „vena” oznacza dosłownie „żyłę”. W starożytności wierzono, że talent twórczy płynie w żyłach artysty, tak jak krew, przepływa przez ciało i umysł twórcy.

Kiedy czytam takie abstrakcyjne wyjaśnienia coraz bardziej przybliżam się do nauki, do kognitywistów, do tego co pisał profesor Dennett. Zatem zanurzymy się w odmęty nauki.

Kognitywiści twierdzą ponadto, że aby myśl mogła zrodzić się o godzinie czwartej nad ranem — jak to mnie się zdarzyło, potrzebuje dwóch środowisk: struktury i swobody.

Zaczniemy od struktury dnia. W ciągu dnia karm umysł faktami, obrazami, argumentami. Niech ma z czego „fermentować”. Czytaj, oglądaj, rozmawiaj — ale bez przymusu. Najlepiej działa rytuał: np. godzina czytania wieczorem tematów, które cię poruszają, ale nie męczą.

Teraz coś, co dotyczy swobody nocy. Sen to czas, gdy wszystkie te wątki mieszają się i szukają wspólnego mianownika. Dlatego nie warto kłaść się spać po telewizji, wiadomościach, emocjach politycznych — wtedy mózg pracuje na cudzych schematach. Przed snem lepiej otworzyć przestrzeń ciszy: krótka notatka, pytanie bez odpowiedzi, fragment muzyki lub wiersza. W moim przypadku jest to ciche słuchanie muzyki: Mozart, Beethoven, Bach…

Oba te przypadki są mi doskonale znane i stosuję się do nich od dawna, wcześniej jeszcze aniżeli poznałem te zasady. Telewizji nie oglądam już od kilku lat i jest mi z tym dobrze, na przepływie informacji nie tracę.

Na koniec podamy jeszcze dwie metody treningowe dla mózgu. Jest ich wiele więcej. Nie są one może najnowsze, ale są znane i przez naukę a dokładnie przez neurologię zalecane od dawna:

I. „Cisza wejścia”. Ten etap to nauka uspokojenia umysłu, ale nie w sensie medytacji religijnej, lecz czysto poznawczym.

Wieczorem, zanim położysz się spać:

— Usiądź prosto, zamknij oczy.

— Oddychaj powoli i zauważ, jak oddech sam się reguluje.

— Zadaj sobie jedno pytanie, na które nie znasz odpowiedzi, np.: „Dlaczego ten człowiek widzi wroga tam, gdzie inni widzą przyjaciela?”, „Co łączy lęk jednostki z lękiem narodu?”

— Nie próbuj odpowiadać. Po prostu pozwól temu pytaniu trwać.

To ćwiczenie wprowadza mózg w stan tzw. preinkubacji — cichego napięcia poznawczego. To właśnie z takiego stanu może urodzić się myśl o czwartej nad ranem.

II. „Mapa półsnu”. Kiedy zdarzy się przebudzenie z ideą, bardzo ważne jest natychmiastowe jej utrwalenie, zanim świadomy umysł zacznie ją „naprawiać”.

— Miej przy łóżku zeszyt i ołówek (nie telefon).

— Zapisz pierwsze słowa, jakie się pojawiają — nawet jeśli są chaotyczne.

— Nie próbuj ich rozwijać od razu.

— Rano przeczytaj i zadaj sobie pytanie: co tu chciałem powiedzieć naprawdę?

Z czasem nauczysz się rozpoznawać charakter tych zapisów. Jedne będą tylko fragmentami snu, inne — czystą ideą, której w dzień byś nie wymyślił.

W psychologii twórczości to etap tzw. inkubacji i iluminacji — od dawna badany u naukowców, kompozytorów, pisarzy. Poincaré, Kekulé, czy Einstein wspominali o podobnych momentach: olśnienie przychodziło, gdy przestali myśleć logicznie.

Wszystkie te „rewelacje” podejrzałem u naukowców, w prasie popularnonaukowej.


Mam nadzieję, że po zapoznaniu się z tym tekstem ubędzie tych, którzy będą nadal uważać, że myślenie to cecha wybrańców lub efekt jakiegoś nawiedzenia. Myślenie to cecha homo sapiens, przy czym jedne osobniki uprawiają myślenie, inne wolą gdy ktoś inny za nie myśli.

Myślenie to efekt pracy nad sobą, która winna rozpoczynać się tuż po urodzeniu a kończyć nie z nastaniem emerytury ale dopiero wraz z ustaniem pracy serca. Od tego momentu myślał będzie za nas już Ktoś Inny, ważniejszy.

Reasumując: ja sam nie dopatruję się w mojej chęci pisania nic nadzwyczajnego. Żadna tam jakaś wena, która rzekomo przypływa i odpływa, a już na pewno nie ma w tym żadnego cudu. To tylko efekt pracy nad sobą samym.

Wiele lat temu na mojej łączce obok domu wyrósł tulipan — tak po prostu, nikt go tam zasiał czy posadził. Ani ja, ani nikt z rodziny do tego się nie przyznawał. Zostawiliśmy go w spokoju oczekując co się stanie. A on rósł, na zimę znikał i tak było przez kilka lat. Któregoś roku nie wyrósł i pamięć o nim zaginęła. — Zapewne już miał dość bo nikt o niego nie dbał, trawy wokół nie wyrywał, gleby nie użyźniał. Po prostu spowszedniał i nikt się nim raczej nie interesował.

Po co ja o tym piszę? — Sam nie wiem, jakoś przypomniał mi się teraz ten incydent.

A może z tym tulipanem było tak, jak z ludzkim mózgiem? Nie używany, zapomniany, po prostu obumiera, jego działanie ogranicza się tylko do podstawowych funkcji życiowych. Rozejrzyjmy się wokół w poszukiwaniu podobnych zjawisk.

Cud tworzenia

Rzekł Kartezjusz: „Cogito ergo sum”.

Z wątpienia nielicznych — wiedza.

Wiarą karmiony nieświadomych tłum,

Rozum Renesansu logika wyprzedza.


Każdy talent ma własne przesłanie.

Rozkwita — w cudzie boskiej natury.

Cud tworzenia — gdy się stanie.

Przewróci niewolnicze mury.


Gdy z wiedzy wyrasta życiowa racja,

Splątanie neuronów szczęściem rozkwita.

W kosmosie danych — cyfrowa kombinacja,

„Jak lis z gąską” z żywym talentem się wita.


Wielu ulegnie pokusie łatwości,

Leniwiąc własne wspaniałe neurony.

Niewielu sięgnie cudu rozumienia,

Drogi człowieka do boskiej korony.

2. Przyjemne odrętwienie

„Lepiej cierpieć, niż być martwym wewnętrznie.”

Fiodor Dostojewski

David Gilmour napisał piosenkę o tym tytule — Comfortably Numb. W języku polskim oznacza to stan przyjemnego odrętwienia. Tak, to ten Gilmour, który niegdyś tworzył zespół Pink Floyd. Piosenka jest piękna, a ja mogę jej słuchać po kilka razy dziennie — nawet nie znając treści. Po pierwsze — wspaniały głos Gilmoura. Po drugie — wspaniałe solo na jego gitarze. Tę gitarę można rozpoznać wszędzie i zawsze.

David gra rocka, ale to spokojny rock — nie krzykliwy, nie nadmiernie głośny, a jednak zawsze mocny i przyjemny dla ucha. Jego zachowanie na scenie zupełnie różni go od innych muzyków rockowych. Żadnych zbędnych ruchów. Dla niego muzyka jest najważniejsza — on sam jest tylko jej wykonawcą, niemal instrumentem — z gitarą stanowią jedno.

Gilmour swoją postawą pokazuje, że jest całkowicie skupiony na utworze, który wykonuje. Cała jego sylwetka to zdradza. Kiedyś w trakcie koncertu zerwał mu się pasek od gitary. Bezceremonialnie sięgnął po nowy, odczekał moment, gdy instrument nie grał, i wymienił go — tak po prostu, bez gestów, bez słów. Drobiazg, a jednak wymowny: nawet w tej chwili najważniejszy pozostał utwór, nie on sam.

Podobne wspaniałe brzmienia potrafili wydobyć także inni muzycy rockowi: Eric Clapton, Mark Knopfler czy Carlos Santana. Wszyscy oni komponują, śpiewają i grają — przynajmniej na gitarach. Dzisiaj zaryzykuję tezę, że to cecha ich pokolenia, a więc i mojego. Takich artystów już się raczej nie słyszy. Może to twierdzenie ryzykowne, ale wydaje mi się, że współczesność przyniosła wysyp zespołów jazzowych, natomiast muzyka pop jakby się wycofała.

Być może jej prostota po prostu się znudziła — prostota muzyki, ale szczególnie prostota słów. Poziom intelektualny ludzi rośnie, znajomość języków obcych również, i coraz częściej szukamy w muzyce czegoś więcej niż rytmu i melodii.

— Słowa, które leczą.

Wróćmy jednak do piosenki Comfortably Numb. Znam ją od dawna i słuchałem jej wielokrotnie, nie tylko ze względu na gitarowe solo. Zawsze podejrzewałem, że w jej słowach kryje się coś więcej niż w prostych refrenach typu „I love you, baby”.

Kiedyś trafiłem na bardzo wierne tłumaczenie tekstu. Odtąd słucham tego utworu inaczej — nie tylko uchem, ale i sercem. Dla mnie to już nie piosenka, lecz utwór muzyczny w pełnym znaczeniu tego słowa. Z czasem odkryłem, że w repertuarze Gilmoura jest więcej podobnych pieśni — choćby Wish You Were Here. To również tekst mądry, ciepły, o ludzkich relacjach i tęsknocie za kimś bliskim.

Ale Comfortably Numb jest wyjątkowy. To próba dotarcia do człowieka, który potrzebuje pomocy — choć sam o tym nie wie. Siedzi może gdzieś w kącie pokoju, z głową w dłoniach, z zamkniętymi oczami. Nie czuje otoczenia. Jest w stanie przyjemnego odrętwienia — comfortably numb. Co najgorsze, ten stan mu się podoba.

Może to efekt narkotyków? A może coś innego — depresja, wypalenie, bezradność? W tym stanie człowiek nawet nie wie, że ktoś próbuje mu pomóc. Nie potrzebuje pomocy — a może tylko tak mu się wydaje.

Artysta woła do niego:

„Halo?

Jest tam kto?

Po prostu skiń głową, jeśli mnie słyszysz.

Czy ktoś jest w domu?

No dalej…

Podobno fatalnie się czujesz,

ale mogę złagodzić twój ból

i znów postawić cię na nogi.

Odpręż się.”

Mamy tu obraz człowieka w odrętwieniu, który z tym stanem już się pogodził — dobrze mu w tym stanie. On nie potrzebuje już pomocy.

Wystarczy rozejrzeć się po ulicy, by zobaczyć takich ludzi. Siedzą na ławkach, pod murami, w metrze. Zazwyczaj zaliczamy ich do „narkomanów” albo „pijaków”. Ale nie zawsze tak jest.

Czasem człowiek po prostu nie daje sobie rady. A my, przechodząc obok, mówimy sobie w duchu: pijany, sam sobie winien. W ten sposób dajemy sobie rozgrzeszenie. A jeśli to zawał? A jeśli to dusza, która już nie potrafi prosić o pomoc?

To stary jak świat problem — pomóc, czy ominąć? Powodów, by nie reagować, zawsze jest wiele. Klasyczny przypadek opisany jest w Ewangelii (Łk 10, 30–37): przypowieść o miłosiernym Samarytaninie.

Samarytanin nie zastanawiał się, kim jest człowiek leżący przy drodze. Pomagał — choć wiedział, że pomaga wrogowi swego narodu. W tym geście przekroczył granicę religijnego konfliktu i przeszedł w świat uniwersalnego człowieczeństwa.

Tak samo jest u Gilmoura — jego Comfortably Numb to współczesna przypowieść o Samarytaninie. O kimś, kto woła do zagubionego człowieka, choć nie zna jego historii.

— Choroba duszy. To taka dziwna choroba, żadne leki nie pomagają, może pomóc jedynie drugi człowiek. Nieważne są pobudki, liczy się tylko sam fakt pomocy. W wielu wypadkach pomagający nie może liczyć na podziękowanie.

Stan comfortably numb nie jest dziś czymś nadzwyczajnym. Ludzie coraz częściej doprowadzają się do takiego odrętwienia — alkoholem, lekami, ekranem, skrolowaniem w nieskończoność, czyli przewijaniem treści w telefonie. To wszystko środki do tego samego celu: żeby nie czuć.

Jak ktoś powiedział: ten stan nie rozwiązuje problemów, tylko uwalnia od konieczności ich rozwiązywania — szczególnie alkohol.

Dlaczego użyłem muzyki jako drogi do pokazania tego zjawiska? Bo to choroba, której nie da się opisać językiem medycyny. To nie obłęd, nie alkoholizm, nie zwykła depresja. To raczej choroba duszy — coś nowego, zrodzonego z nadmiaru bodźców, pośpiechu, z cyfrowego hałasu, który udaje kontakt z drugim człowiekiem.

To zapaść duchowa — jak zapadnięcie w czarną dziurę, z której nic nie wraca. A zaraz potem pojawiają się cudotwórcy oferujący „leki” — szybkie, skuteczne, gwarantujące szczęście. Reklamy obiecują powrót do równowagi, media społecznościowe podsuwają iluzję akceptacji. W tle takich akcji są zwykle pieniądze, ten poszkodowany raczej bardzo mało znaczy, niekiedy nic nie znaczy.

Ale czy można wyleczyć duszę, karmiąc ją tym, co ją zatruło?

— Wchodzi Gilmour i echo sumienia, oferta pomocy w postaci pytania: Chcesz?

Kiedy Gilmour śpiewa swoje Hello, is there anybody in there?, nie pyta tylko bohatera piosenki. Pyta nas wszystkich. Czy my jeszcze jesteśmy w środku? Czy jeszcze słyszymy, co gra w nas samych?

Bo może to my jesteśmy tym człowiekiem siedzącym w kącie — tylko że nasz kąt ma Wi-Fi i duży ekran. Może to my nauczyliśmy się funkcjonować w stanie przyjemnego odrętwienia: nie za bardzo cierpieć, nie za bardzo czuć, nie za bardzo myśleć.

Wtedy Comfortably Numb staje się lustrem cywilizacji, w której „odłączenie” bywa wygodniejsze niż życie.

A jednak… Z tego odrętwienia można się obudzić. Czasem wystarczy głos drugiego człowieka, czasem dźwięk gitary, czasem pytanie: „Jest tam kto?”

— Muzyka, która przywraca czucie.

Gilmour gra tak, jakby każda nuta była próbą dotknięcia uśpionej duszy. I może właśnie w tym tkwi jego siła — w prostocie, skupieniu, braku gestów. On nie odgrywa emocji, on je budzi. On nie tyle śpiewa co mówi, a może tylko śpiewa prosząco. Jeżeli energia z Kosmosu potrzebuje specjalnego kanału aby dotrzeć na Ziemię, to na pewno tych kilku muzyków z Gilmourem na czele stanowią taki kanał, czy może tunel.

Dlatego Comfortably Numb to nie tylko utwór o odrętwieniu — to także wezwanie do przebudzenia.

Bo muzyka, jeśli jest prawdziwa, potrafi leczyć. Nie przez zapomnienie, ale przez przypomnienie: że jesteśmy, że czujemy, że ktoś po drugiej stronie naprawdę gra dla nas.

— Muzyka, która myśli.

Wielu muzyków gra dobrze, ale tylko nieliczni potrafią myśleć dźwiękiem. Gilmour należy właśnie do tych nielicznych. W jego grze słychać coś, co wykracza poza technikę, poza akordy, poza styl. On nie popisuje się muzyką — on ją kontempluje. Każde jego solo jest jak rozmowa z ciszą.

Można odnieść wrażenie, że gitarę traktuje jak pióro, którym pisze coś, czego nie sposób powiedzieć słowami.

Właśnie dlatego jego muzyka porusza nie tylko ucho, ale i sumienie. Bez najmniejszego ryzyka można powiedzieć, że muzyka Gilmoura zmusza do myślenia, do pozytywnego myślenia. Nie wyzwala buntu czy krzyku, on przeważnie przemawia do słuchacza.

— Głos, który nie krzyczy.

W czasach, gdy na scenie dominują efekty, ruch, dym i hałas, Gilmour stoi niemal nieruchomo. To gest odwagi — milczeć wśród krzyku. Nie potrzebuje widowiska, by wzruszyć. Potrzebuje tylko tonu — czystego, jakby wyjętego z wnętrza człowieka.

Ten ton ma w sobie coś z modlitwy. Nie jest religijny w sensie rytuału, ale duchowy w sensie skupienia.

Jakby w każdej nucie zawierało się pytanie:

— Czy jeszcze potrafimy słuchać — nie tylko muzyki, ale i siebie nawzajem?

Muzyka Gilmoura jest jak rozmowa z drugim człowiekiem, który milczy, ale jego milczenie mówi wszystko.

Skoro tak daleko zabrnęliśmy z tym jednym utworem, aż się prosi aby przynajmniej dotknąć pozostałym utworów.

— Wish You Were Here (Jak bardzo chciałbym, żebyś tu był) — tęsknota jako rodzaj obecności.

Utwór Wish You Were Here to jeden z najbardziej rozpoznawalnych muzycznych listów do nieobecnych.

Na powierzchni — piosenka o przyjacielu, który odszedł.

W głębi — refleksja o kondycji człowieka w epoce oddalenia.

Słowa „How I wish you were here” brzmią jak westchnienie, ale też jak modlitwa. Bo tęsknota to nie tylko brak — to dowód, że coś w nas jeszcze żyje. Kto tęskni, ten nie jest obojętny.

Tęsknota to ostatni znak czucia.

W tym sensie Wish You Were Here jest odwrotnością Comfortably Numb. Tam człowiek jest zamknięty w odrętwieniu, tu — otwarty w bólu. A jednak to właśnie ten ból jest znakiem zdrowia duszy. Bo dusza żyje tylko wtedy, gdy potrafi tęsknić.

Nie bez powodu Gilmour śpiewa ten utwór prawie szeptem.

To szept do wszystkich, których nie ma: przyjaciół, zmarłych, samego siebie z przeszłości. I nagle muzyka staje się przestrzenią, gdzie oni  — choćby na chwilę.

— High Hopes — hymn o przemijaniu.

Z wiekiem Gilmour coraz częściej śpiewa o czasie.

W utworze High Hopes (z płyty The Division Bell) przeszłość powraca jak echo:

„The grass was greener, the light was brighter…” [Trawa była bardziej zielona, światło było jaśniejsze…]

Nie ma w tym goryczy, raczej łagodna zgoda na przemijanie, na upływ czasu. Jakby mówił: tak, to wszystko minęło — ale było, i to wystarczy.

Ten utwór to opowieść o dorastaniu, o utracie marzeń, które jednak nie przestają świecić. Bo nawet jeśli przeszłość znika, pozostawia ślady — wspomnienia, dźwięki, zapachy.

A wśród nich — gitara Gilmoura, jak nić łącząca to, co minione, z tym, co trwa.

High Hopes (Wielkie nadzieje) słychać coś jeszcze: pogodzenie. Nie rezygnację, nie smutek, lecz akceptację życia takim, jakie jest — z jego bólem, stratą, ale i pięknem.

W pewnym sensie to najbardziej dojrzały utwór Gilmoura — taki, który nie krzyczy, że boli, lecz mówi: „To też jest część drogi.”

— Dźwięk jako forma modlitwy.

Kiedy słucha się jego solowych nagrań — zwłaszcza z płyty On an Island — ma się wrażenie, że muzyka Gilmoura zbliżyła się do kontemplacji. Jakby człowiek, który przez całe życie grał o bólu i samotności, wreszcie znalazł chwilę ciszy.

Ten album jest jak spacer po brzegu morza: nic się nie dzieje, a jednak dzieje się wszystko. Nie ma tu efektów, nie ma pośpiechu, tylko czyste trwanie. To muzyka pogodzonego człowieka — kogoś, kto już nie pyta „dlaczego”, lecz „po co”.

I w tym „po co” jest coś z filozofii Wschodu: przekonanie, że sens nie musi być w słowach, może być w samym byciu.

Gilmour zdaje się mówić: Nie szukaj znaczenia — słuchaj.

— Samotność współczesnego człowieka.

Wszystkie te utwory — od Comfortably Numb po On an Island — opowiadają o jednym: o samotności. Ale nie o samotności fizycznej, lecz duchowej — tej, która rodzi się w tłumie.

W epoce internetu, kiedy każdy może być „połączony” z całym światem, człowiek paradoksalnie coraz częściej czuje się nieobecny. Klikamy, przewijamy, lajkujemy — ale nie rozmawiamy. Zatem rodzi się bardzo ważne pytanie czy w ogóle odczuwamy to, co w jakiś sposób przewinęło się lub tylko otarło się o nasz mózg. I może dlatego głos Gilmoura brzmi dziś jeszcze bardziej aktualnie niż w latach 70.

Bo jego muzyka to wołanie: „Halo? Jest tam kto?” — pytanie, które coraz częściej kierujemy już nie do innych, lecz do samych siebie. A może dzisiaj już tam wielokrotnie nikogo nie ma chociaż fizycznie istnieje ale w ogóle nie reaguje na nasze pytania.

— Światło i dźwięk.

Można by powiedzieć, że Gilmour buduje swoje utwory jak malarz. Zamiast farb ma dźwięki, zamiast płótna — ciszę.

Każde jego solo to obraz namalowany światłem.

Kiedy gra, czas zwalnia. Nie ma przeszłości ani przyszłości — jest tylko teraz. To właśnie w tym „teraz” muzyka dotyka wieczności.

Może dlatego jego koncerty — mimo że pełne ludzi — przypominają modlitwę. Nie ma w nich ekstazy, jest skupienie.

Jakby każdy uczestnik wracał na chwilę do własnego wnętrza.

— Ostateczne pytanie.

W świecie, który przyspiesza, muzyka Gilmoura uczy spowolnienia. W świecie, który produkuje hałas, on proponuje ciszę. W świecie, który boi się uczuć — on przywraca czucie.

Jego piosenki są jak przypowieści dla współczesnych Samarytan: o tych, którzy wciąż próbują dotrzeć do człowieka uwięzionego w sobie. Bo każdy z nas, choćby raz w życiu, był w stanie „comfortably numb” — i wtedy potrzebował, by ktoś zawołał do niego: „Halo? Jesteś tam?”

I może właśnie na tym polega siła sztuki: że nie daje recepty, ale przypomina, że czucie jest początkiem uzdrowienia. Rezygnacja, pozostanie w tym stanie to śmierć — wybieraj.

— Pink Floyd to teologia dźwięku.

Kiedy człowiek słucha Pink Floyd, może odnieść wrażenie, że to nie zespół muzyczny, lecz zjawisko przyrodnicze.

Jak burza, jak ocean, jak przestrzeń kosmiczna. Ich muzyka nie opowiada — ona dzieje się. Jakby ktoś otworzył drzwi do wnętrza ludzkiego umysłu i pozwolił, by echo popłynęło w nieskończoność.

— Narodziny innego brzmienia.

Pink Floyd powstał w epoce, w której świat dopiero odkrywał własną niepewność. Lata sześćdziesiąte — czas po wielkich wojnach, czas młodości i buntu, ale też czas pierwszego zmęczenia nowoczesnością. Ziemia obiecywała postęp, a człowiek wciąż czuł pustkę.

To właśnie z tej pustki wyrosła ich muzyka. Nie z buntu przeciwko światu, lecz z tęsknoty za sensem. Była jak pytanie zadane niebu: „Czy to wszystko ma znaczenie?” — Ciągle oczekuje na odpowiedź.

I tak powstał dźwięk Pink Floyd — ciemny, głęboki, rozległy jak przestrzeń kosmiczna, ale zarazem intymny jak szept w środku nocy.

— Echo człowieka — Echoes.

Utwór Echoes z 1971 roku można nazwać pierwszą wielką modlitwą Pink Floyd. To czterdzieści minut dźwiękowego snu, w którym wszystko jest symbolem: morze, cisza, głosy z oddali. Nie ma tam melodii w tradycyjnym sensie — są fale, które przychodzą i odchodzą, jak oddech świata.

„And no one showed us to the land, And no one knows the whereas or whys.”( I nikt nie pokazał nam tej krainy, I nikt nie wie, gdzie ona jest i dlaczego.)

W tych słowach zawiera się cała filozofia Floydów: człowiek rzucony w świat, który nie daje odpowiedzi. Nie ma przewodnika, nie ma mapy — tylko echo własnego głosu.

A jednak to echo wraca. Wraca w dźwiękach gitary Gilmoura, w pulsie basu Watersa, w perkusji Masona, która brzmi jak bicie serca. I wtedy pojawia się poczucie, że może nie jesteśmy sami — że wszechświat słucha, nawet jeśli milczy.

— Time — filozofia przemijania.

Na płycie The Dark Side of the Moon z 1973 roku znalazł się utwór Time. To jedna z najbardziej przenikliwych muzycznych medytacji o życiu.

Początek to zgiełk budzików — jakby cały świat wołał: „obudź się!”. A potem pojawia się rytm serca i głos, który mówi: — „And then one day you find, ten years have got behind you.” (I pewnego dnia odkrywasz, że dziesięć lat zostało za tobą.)

To nie jest piosenka — to przypomnienie. Przypomnienie, że czas nie biegnie obok nas, tylko przez nas. Że każda chwila, którą odkładamy, jest chwilą utraconą. Jakże bezsensowne jest powiedzenie „nie mam czasu”. To czas ma nas, nigdy nie jest odwrotnie.

A jednak w tej świadomości nie ma rozpaczy. Jest mądrość: życie trwa tylko wtedy, gdy jest świadome.

Time jest jak kazanie dla współczesnych — bez Boga, ale z poczuciem sacrum. Bo czas to Bóg naszego wieku: niewidzialny, wszechobecny, nieubłagany.

— The Wall — przypowieść o murze.

Najbardziej znany album Pink Floyd, „The Wall”, to opowieść o człowieku, który wznosi wokół siebie mur — cegła po cegle. Każda cegła to rana, wspomnienie, lęk, zawód.

Zbudowany z własnych doświadczeń mur, który miał chronić — staje się więzieniem.

To metafora współczesności: im więcej mamy środków komunikacji, tym grubsze mury oddzielają nas od siebie.

„All in all, it’s just another brick in the wall.”

Gilmour, gdy śpiewa ten wers, nie krzyczy — on wzdycha. Nie oskarża, lecz konstatuje z goryczą i smutkiem. Dlatego najbliższy duchowi jego interpretacji byłby przekład:

„W końcu — to tylko jeszcze jedna cegła w murze.”

To zdanie jest przerażająco aktualne. Każdy z nas dokłada cegłę — brakiem empatii, obojętnością, cynizmem. Z czasem mur staje się tak wysoki, że już nie słyszymy głosów po drugiej stronie.

Ale muzyka Pink Floyd nie zostawia nas w rozpaczy.

W końcowej scenie mur pęka. Z wnętrza wydobywa się krzyk — nie krzyk bólu, lecz narodzin. Bo człowiek nie może żyć odgrodzony od innych.

Mur musi runąć, jeśli ma się narodzić człowieczeństwo. Tak powiada piosenka ale co na to człowiek? Człowiek nadal się odgradza bo się boi kontaktu z drugim, chociaż nie koniecznie z innym.

— Cisza po dźwięku.

Wielkość Pink Floyd polega nie tylko na tym, co zagrali, ale także na tym, czego nie zagrali. Ich muzyka ma przestrzeń, w której może oddychać dusza słuchacza. Każda pauza, każdy pogłos jest zaproszeniem do refleksji.

To muzyka, która nie kończy się, gdy milknie — ona trwa w ciszy po sobie. Jak echo modlitwy, które nie znika, tylko zmienia miejsce. Ostrzega, przypomina, nawołuje do refleksji każdego — nawet tego co nie rozumie słów. W końcu uderza w sumienia jeżeli trzeba. Bywa modlitwą, nawoływaniem lub apelem.

— Pink Floyd a teologia.

Można powiedzieć, że Pink Floyd stworzył teologię bez wspominania Boga, ale z ogromnym szacunkiem dla Niego oraz dla tajemnicy istnienia. Nie głoszą dogmatów, nie mówią, co jest dobre, a co złe — tylko pytają. A pytanie to najczystsza forma wiary.

Ich muzyka nie modli się słowami, ale dźwiękiem. Nie klęka przed ołtarzem, tylko przed ciszą. To cisza, w której człowiek spotyka samego siebie — a może i coś więcej. Może również rozpoznaje bliźniego — niekiedy na nowo.

Bo jeśli Bóg istnieje, to może właśnie tam — w przestrzeni między dźwiękami, gdzie rodzi się sens.

— Ostatnie światło.

Kiedy słucha się The Endless River, ostatniej płyty sygnowanej nazwą Pink Floyd, ma się wrażenie, że to już nie album, lecz pożegnanie. Nie z publicznością, ale z epoką.

To muzyka, która nie chce nic udowadniać — tylko płynąć.

Jak rzeka, która kończy swój bieg w oceanie ciszy.

W tym pożegnaniu jest coś wzruszającego: świadomość, że wszystko, co miało zostać powiedziane, zostało wypowiedziane, do końca. A reszta należy do słuchacza, słuchacza inteligentnego, potrafiącego słuchać i snuć szerokie refleksje.

— Echo, które trwa.

Muzyka Pink Floyd jest jak echo ludzkiej duszy w epoce technologii. Nie daje gotowych odpowiedzi, ale przypomina, że słuchanie jest formą istnienia. Mówiąc inaczej i bardziej dosadnie: Kiedy organ słuchu funkcjonuje to znaczy, że człowiek żyje. Każdy z nas jest takim instrumentem, który rezonuje z tym, co słyszy — jeśli tylko potrafi słuchać.

W czasach, gdy człowiek znowu buduje mury wokół siebie z różnych powodów i szuka odrętwienia, Floydzi są niczym prorocy bez religii — ci, którzy nie kazali wierzyć, ale uczyli i nadal uczą czuć. Ponadto ostrzegają przed skutkami budowania murów i szukania sposobów na wpędzanie się w stan odrętwienia.

Bo w końcu — jak śpiewał Gilmour — „The child is grown, the dream is gone… I have become comfortably numb.” [Dziecko dorosło, sen zniknął...Stałem się wygodnie odrętwiały]

I może właśnie wtedy, gdy zdajemy sobie z tego sprawę,

zaczyna się pierwszy krok ku przebudzeniu z odrętwienia — potem już mogą być następne. Najpierw powoli, ociężale, stopniowo aby w końcu wskoczyć na prostą i wrócić do społeczności.

Taki przeskok z odrętwienia do społeczności oferuje muzyka Pink Floyd bo jest to muzyka inna, w swoim rodzaju doskonała. Każdy utwór tego zespołu w wykonaniu Davida Gilmoura jest doskonały w swoim rodzaju, nikt tak nie śpiewa.

Jest wiele zespołów, które trudno jest odróżnić muzycznie od siebie. Jest tylko kilka zespołów, które można rozpoznać słuchając tylko ich muzyki. Jest tylko jeden zespół Pink Floyd, który jest niepowtarzalny i nikt nie może go naśladować.

Zaryzykuję teraz twierdzenie, tylko przez siebie wymyślone. Mówi ono, że Pik Floyd na czele z Davidem Gilmourem tworzy dalszy ciąg muzyczny muzyki klasycznej. Wróżę tej muzyce i tej grupie muzycznej, że pamięć o nich nie zaginie nigdy. Choćby nawet dzisiaj przestali grać, ich płyty będą grały nadal a tym samym historia Pink Floyd toczyć się będzie dalej.

Zrobimy teraz krok wstecz w kierunku źródła muzyki Gilmoura, czyli do muzyki klasycznej.

— „Tak oto los puka do drzwi” i co z tego wynikło dla mnie.

Zmaganie się z muzyką klasyczną trwało u mnie wiele lat. Przełamanie nastąpiło dopiero około ćwierć wieku temu. W latach młodzieńczych przeważała u mnie muzyka nowoczesna — głównie jazz i rock, wykonywane przez kilkuosobowe zespoły. Orkiestry symfoniczne odpadały. Jak to niektórzy trywialnie mawiają: nie było czasu na taką muzykę.

A może raczej — nie było jeszcze gotowości, by ją przyjąć.

Intuicyjnie jednak przeczuwałem, że coś w tej muzyce jest. Skoro ludzie inteligentni, wrażliwi i oczytani słuchają jej z zachwytem, to musi mieć w sobie coś, czego jeszcze nie potrafię dostrzec. Postawiłem sobie więc ambitne zadanie — zbadać ten problem, zrozumieć, co kryje się za tą „muzyką dla wybranych”.

Przypadek sprawił, że pewnego dnia, słuchając audycji o działalności radia BBC podczas II wojny światowej, usłyszałem jego ówczesny sygnał. Prowadzący wyjaśnił, że dźwięk ten, nadawany codziennie, był inspirowany motywem z V Symfonii c-moll op. 67 Ludwiga van Beethovena. Było to pięć uderzeń w bęben — trzy krótkie i jedno długie. W alfabecie Morse’a odpowiadały one literze V — Victory, zwycięstwo. Jednak dla mnie to nie była tylko wojskowa melodia. Ja usłyszałem coś więcej — wezwanie, jakieś pukanie z głębi czasu.

Kiedy później się dowiedziałem, że sam Beethoven powiedział o tym motywie: „Tak oto los puka do drzwi”, poczułem, że to pukanie dotyczy również mnie.

Nabyłem płytę z nagraniem V Symfonii i odtworzyłem ją po raz pierwszy. Usłyszałem słynne ta-ta-ta-taaa! — mocne, nieubłagane, jakby ktoś naprawdę pukał do duszy człowieka.

Odtwarzałem ją potem wielokrotnie, dzień po dniu, aż znałem każdy takt na pamięć. I wtedy coś się stało — jakby tama, która oddzielała mnie od tego świata dźwięków, sama się otworzyła.

Nie jestem muzykiem. Jestem tylko inżynierem, człowiekiem, który na co dzień myśli kategoriami praktycznymi. A jednak — ta muzyka przebiła się do mojej podświadomości. Nie dało się już wrócić do obojętności.

Beethoven mówił, że los puka do każdego z nas. Jeśli rzeczywiście tak jest, to do mnie zapukał spokojnie, ale stanowczo. Od tej chwili moja przyjaźń z Beethovenem zaczęła się zacieśniać, a potem rozszerzać — na pozostałe jego symfonie, na koncerty fortepianowe, kwartety, sonaty.

Zrozumiałem, że muzyka klasyczna wymaga cierpliwości i pokory. Nie otwiera się od razu. Trzeba w nią wejść — jak w katedrę, której mrok początkowo onieśmiela, ale z czasem ukazuje witraże, światła i sklepienia, o jakich wcześniej się nie śniło.

To jest tak jak pierwsze spojrzenie na Katedrę Sagrada Familia w Barcelonie. Nie od razu widzi się w tym majstersztyk architektury autorstwa Gaudiego. Dopiero stopniowe odkrywanie szczegółów pozwala na zrozumienie piękna tego obiektu.

Tak było z moim wejściem w to co kryje w sobie muzyka klasyczna i stopniowo ją zrozumiałem a dzisiaj nie wyobrażam sobie jej braku.

Z czasem fala ciekawości rozlała się na innych kompozytorów. Mozart — czysta radość istnienia. Bach — matematyczna doskonałość spleciona z modlitwą. Vivaldi — barwa i ruch. Ravel, Liszt, Grieg, Brahms, Dworak, Händel — każdy z nich to odrębny świat, a jednak połączony tą samą tajemniczą nicią: pięknem, które się nie starzeje.

I nagle okazało się, że nawet barok, który wcześniej wydawał mi się chłodny i przesadnie ozdobny, stał się bliski. W tym odkryciu pomogły mi nagrania Cecilii Bartoli i naszej znakomitej skrzypaczki Martyny Pastuszki. Barok okazał się nie tylko epoką przepychu, ale i duchowej dyscypliny, rytmicznej harmonii świata.

A Chopin? On jest zupełnie osobną wyspą. Nie można go zestawiać z innymi. Jego muzyka to Polska zamieniona w dźwięk, tęsknota i duma splecione w jedno. Jedynie koncerty fortepianowe e-moll i f-moll można z pewnym wahaniem porównać do europejskich wzorców — reszta to już tylko Chopin, niczym osobny język duszy.

Jest jeszcze inna wyspa, mniejsza, ale bardzo silna — Henryk Mikołaj Górecki i jego III Symfonia, Symfonia pieśni żałosnych. To muzyka, która nie błyszczy, lecz rani; nie unosi, lecz modli się za tych, którzy odeszli. Górecki długo był niedoceniany w kraju, doceniono go dopiero na świecie. Opowiadano, że pewnego razu, rozgoryczony brakiem zrozumienia, wyszedł z sali, trzaskając drzwiami. A jednak to on stworzył jedno z najbardziej przejmujących dzieł XX wieku.

W mojej kolekcji płyt CD, w serii „To, co najpiękniejsze”, jego nazwisko leży obok Paderewskiego, Lutosławskiego i Kilara. Najczęściej sięgam właśnie po płytę z muzyką Góreckiego. I wiem, że tak już pozostanie.

Dziś nie wyobrażam sobie mojego pisania bez muzyki klasycznej w tle. Słowa układają się wtedy naturalniej, mają rytm i puls, jakby poddawały się tej samej harmonii, która rządzi w dziełach Beethovena czy Bacha. Bo muzyka klasyczna jest niezniszczalna. Nie starzeje się tak jak mody, instrumenty czy technologie. Jej dźwięki nie zużywają się od słuchania — przeciwnie, im częściej się do nich wraca, tym więcej w nich słychać.

To muzyka, która przetrwała imperia, wojny, rewolucje i zmiany stylów. Była tłem koronacji i pogrzebów, triumfów i klęsk. Wciąż wraca, bo dotyka czegoś w człowieku, co się nie zmienia — pragnienia piękna, ładu i sensu.

Niektóre dzieła literackie, obrazy, a nawet filmy, rodzą się właśnie z tej muzyki. Szekspir inspirował się dźwiękiem lutni, Goethe pisał swoje strofy pod wpływem barokowych fug, a współczesny pisarz, taki jak ja, nie potrafi już pisać w ciszy. Bo cisza bez muzyki klasycznej nie jest już ciszą — jest pustką.

Muzyka klasyczna to nie tylko zapis nutowy. To rodzaj języka, który mówi wprost do duszy. Nie wymaga tłumacza. Wystarczy otworzyć serce. Dlatego można ją nazwać najczystszą formą modlitwy, jaka kiedykolwiek została zapisana w ludzkim języku dźwięków.

Wspomnieć należy, że Kościół posiada szereg utworów, które — jak to ktoś powiedział — pisane były na kolanach. Znam je i niekiedy ich słucham, w bardzo różnych sytuacjach ale zawsze w samotności. Należą do nich: Te Deum, Veni Creator, Magnificat, Gaude Mater, czy „Anielski orszak”. Jest ich wiele więcej ale te wymienione są najpopularniejsze. Zawsze ich wysłuchanie przynosi ukojenie.

Oczywiście piękno tych utworów a zatem ich właściwy odbiór zależy w znacznym stopniu od tego, kto je odtwarza.

I tak oto od prostego pytania — „co takiego ludzie widzą w tej muzyce” — doszedłem do miejsca, w którym nie wyobrażam sobie życia bez niej. Beethoven miał rację: los rzeczywiście puka do drzwi. Trzeba tylko mieć odwagę otworzyć.

Muzyka żywego serca

Każda epoka ma własną ciszę,

Tęsknotę, muzykę, bohatera.

Sensowne słowo — gdy napiszę,

Jednych cieszy, innych uwiera.


Każdy smutek o ratunek prosi

W samarytańskiej potrzebie.

Nie każda radość, dobroć przynosi.

Szanuj bliźniego jak samego siebie.


Pamięcią czasu — dzieła cywilizacji,

Jeśli nie zburzy bezmyślna euforia,

Potomni zapomną, o starej racji:

Czego uczyła, ludzka historia.


Muzyka — nasz rytm żywego serca,

Gilmoura, Bacha, Chopina, innych,

Niech nas kołysze — ciszą przewierca,

Aż przeminie burzliwa epoka winnych.

3. Wylękniony zbawiciel

„Każdy, kto ma odwagę prowadzić innych, najpierw musi zmierzyć się z własnym cieniem.”

Carl Gustav Jung

W ostatnich czasach bardzo różne i bardzo dziwne — wręcz absurdalne — informacje dobiegają do moich skromnych uszu. Przyzwyczaiłem się już nawet do ich napływu i zacząłem je ignorować.

Tej ostatniej informacji — z serii dziwactw politycznych — postanowiłem jednak nie ignorować, uznałem, że dokonam jej analizy, uznałem bowiem, że jej absurdalność sięgnęła już najwyższych szczytów nie tyle absurdu co głupoty.

Dotarła do mnie przestroga, że Francja i Niemcy chcą nas pozbawić państwa, czyli chcą nas zniewolić. Tyle. Żadnych informacji czy trzeba się ewakuować, dokąd — dalszych instrukcji nie było. Myślę, że być nie mogło, bo w obecnych czasach wybór byłby bardzo ograniczony. Skoro zachód nas zamierza zniewolić, zaś za wschodnią granicą wojna i sąsiad nam nieprzyjazny od wieków, od północy Bałtyk, to gdzie mamy uciekać? Do Słowaków lub Czechów?

Ponadto skąd to zagrożenie z zachodu? Ze strony państw należących do tej samej Unii?

Tymczasem na wschodzie atakuje Rosja naszego sąsiada Ukrainę i czyni prowokacje przygraniczne, ale o tym autor tego dziwacznego „odkrycia” nawet nie wspomina. W pierwszej chwili pomyślałem nawet, że najpewniej jest to kolejna prowokacja rosyjska — element wojny hybrydowej.

Kto mógł spreparować taką informację, bowiem prawdy w niej doszukiwać się nie można! Już po kilku chwilach padło słynne „eureka” — tym kimś okazał się być mój rówieśnik, osoba doskonale znana — od lat, od kilkudziesięciu lat z małymi przerwami. Powiedziałem o nim, że rówieśnik chociaż młodszy jest ode mnie — kilka miesięcy, ale to nie jest aż tak istotne. Jego słowa i okrzyki, o dziwo, przypominają mi lata 60-e ubiegłego wieku — nieraz je słyszałem kiedy wygłaszał je ówczesny I Sekretarz PZPR Gomułka. Ten Gomułka też straszył tymi samymi sąsiadami z zachodu, a dokładnie straszył imperializmem zachodnioniemieckim.

Co mogło spowodować, że taką pseudo-prawdę wygłosił ten dzisiejszy osobnik. Zacząłem się zastanawiać, różne fakty z historii a szczególnie z naszych życiorysów przywoływać — począwszy od 1949 roku.

Obaj urodziliśmy się w mrocznym okresie tak zwanej Polski socjalistycznej, tyle tylko, że ja urodziłem się na Ziemiach Odzyskanych a mój ojciec był osadnikiem przybyłym z Polski Centralnej — był rolnikiem czyli po prostu chłopem znającym się jedynie na uprawie roli. On był tym, który uwierzył ówczesnej władzy, też socjalistycznej. Wiarę tę jednak szybko utracił kiedy zagoniono go do kołchozu. Doznałem więc twardych warunków życia, nieraz poza szkołą czekała praca w polu. Poznałem skutki zbyt głośno wypowiadanych poglądów przez ojca — wizyta dwóch panów w kapeluszach i ciemnych płaszczach.

Mój rówieśnik urodził się w Warszawie, jego ojciec chociaż kiedyś żołnierz AK przystąpił do ówczesnej nowej partii i w pewnym momencie został nawet I sekretarzem Komitetu Uczelnianego znanej uczelni warszawskiej. Mama mojego rówieśnika pochodziła z rodziny, z której w latach stalinowskich wywodził się nawet ówczesny minister sprawiedliwości PRL. W takich warunkach mój rówieśnik na pewno nie zaznał biedy ani nie wiedział nic o problemach ludzi takich jak ja. On poznał zupełnie inne życie i inne problemy. Wtłoczono mu do głowy miłość do Związku Radzieckiego i do ówczesnego systemu politycznego.

Piszę o tych sprawach w kontekście pewnego przysłowia, które wielokrotnie słyszałem i czytałem. Oto to przysłowie: — „Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”. Znaczy ono tyle, że nawyki, przyzwyczajenia, wiedza nabyta jak również nabyte cechy charakteru w młodości, ujawniają się później, w dorosłym życiu. Jest to przestroga, że trudne do wykorzenienia wady lub nałogi zdobyte w młodości, mogą wpływać na człowieka przez całe życie. Tak, przez całe życie…

Mam uzasadnione podejrzenia, że właśnie tutaj kryją się główne powody dzisiejszej postawy mojego rówieśnika.

On nie zna żadnego obcego języka, za granicą — poza ZSRR — chyba nie był. Atmosfera domowa w jakiej się wychował była pochodną stanowisk rodziców. Studia odbył w otoczeniu aktywistów partyjnych. Tym sposobem przysłowiowa „skorupka” nasiąknęła wspomnianymi wartościami. Kto teraz głosi inne wartości staje się automatycznie wrogiem, gorszym sortem i zagraża „dobrym” wartościom społecznym.

Takie to wyjaśnienie dzisiejszej postawy mojego rówieśnika przychodzi mi do głowy i jestem przekonany, że jest ono prawidłowe. Do tego dodać możemy jeszcze marzenie mojego rówieśnika jakie wygłosił ponad trzydzieści lat temu. W wywiadzie udzielonym Teresie Torańskiej powiedział ni mniej ni więcej tylko tyle, że pragnie kiedyś zostać emerytowanym zbawcą narodu. Od przypomnienia treści tego wywiadu przestałem poszukiwać dalszych faktów, chociaż na pewno znalazłoby się ich jeszcze wiele. Wszystko to wskazywało, że przypowieść o skorupce zadziałała — pomyślałem.

Zastanówmy się zatem czy przypadek mojego rówieśnika jest odosobniony czy świat zna jeszcze inne, podobne przynajmniej w efektach końcowych przypadki.

W historii narodów powtarza się pewien archetyp: pojawia się człowiek, który głosi, że tylko on widzi prawdę, tylko on rozumie, dokąd zmierza jego ojczyzna i tylko on potrafi ją ocalić przed siłami zewnętrznymi. W czasach niepewności, gdy społeczeństwo odczuwa lęk przed utratą tożsamości, taki przywódca bywa witany jak wybawiciel. Jego misja wydaje się moralna, niemal religijna — „ocalić naród przed upadkiem ducha”. Tak powstała doktryna obrony moralnej — walka nie z armią, lecz z wartościami. W niej zawiera się głębokie psychologiczne źródło tego fenomenu.

Nie jest to przypadek odosobniony i w dalszej części naszych dociekań wykażemy to.

Można by to nazwać również syndromem starzejącego się przywódcy.

Starzejący się przywódca, zwłaszcza taki, który nie ma rodziny, doświadcza specyficznego rodzaju samotności. Otacza go dwór, ale nie ma nikogo, kto powiedziałby mu prawdę. Psychologia organizacyjna określa to mianem syndromu dworu — im dłużej ktoś rządzi, tym mniej słyszy rzeczy trudnych. Informacje, które do niego docierają, są filtrowane przez lojalność i lęk podwładnych.

Taki człowiek zaczyna wierzyć, że jego wizje są obiektywną rzeczywistością. Staje się zakładnikiem własnej narracji. Psychologowie zwracają uwagę, że w późnym wieku nasilają się dwa zjawiska: poznawcza sztywność i emocjonalna kompensacja. Pierwsza sprawia, że człowiek interpretuje nowe fakty przez stare kategorie. Druga że brak bliskości emocjonalnej rekompensuje więzią z abstrakcyjną wspólnotą: narodem, partią, ideą.

Naród staje się wówczas rodziną, którą trzeba ochronić, a każdy sprzeciw — to zdrada. Przywódca zaczyna mówić językiem ojca, który wie lepiej, co dobre dla jego dzieci. W jego umyśle miesza się więc polityka z emocją: logika z troską, a troska z podejrzliwością. W miarę jak świat przyspiesza, jego percepcja staje się obronna. Nowoczesność — liberalna, różnorodna, pełna sprzeczności — jawi mu się jako chaos. Rosja natomiast, choć brutalna, wydaje się uporządkowana. W autokracji rozpoznaje coś znajomego — prosty porządek siły.

Nasz bohater znał przecież takich autokratów, którzy byli wszystkim — w tym również byli prawem stojąc nad prawem przynależnym zwykłym ludziom. Stalin, Gomułka i pozostali gensekowie sowieccy.

Żaden przywódca nie trwa długo bez poparcia mas –nieważne, że poparcie to jest zmanipulowane. Dlatego jego psychologia zyskuje wymiar socjologiczny: lęk jednostki staje się lękiem zbiorowym.

Wiele społeczeństw, szczególnie tych o silnym doświadczeniu zależności, reaguje na globalizację poczuciem zagrożenia. Migracje, zmiana obyczajów, presja integracji europejskiej — wszystko to budzi niepokój. Przywódca, który potrafi nadać temu niepokojowi słowa, staje się tłumaczem zbiorowych emocji.

Zachód w jego narracji symbolizuje utratę kontroli: moralnej, ekonomicznej, kulturowej. W ten sposób tworzy się mit oblężonej twierdzy. Naród, nawet jeśli nie jest zagrożony fizycznie, zaczyna wierzyć, że jest atakowany duchowo.

To klasyczny mechanizm mobilizacji przez strach. Nie trzeba już wielkich reform, wystarczy podtrzymywać poczucie zagrożenia. A skoro Zachód staje się źródłem zagrożenia, każdy wewnętrzny krytyk — intelektualista, dziennikarz, opozycjonista — zostaje uznany za agenta obcych interesów.

Socjologia władzy zna ten proces od dawna. Strach scala wspólnotę skuteczniej niż entuzjazm. Strach wymaga wodza, entuzjazm wymaga dialogu. Wódz którego wybiera strach staje się automatycznie nieskazitelny, jest totalnie bezbłędny.

Teraz kilka nazwisk wybranych z historii, ludzi którzy widzieli się w roli zbawców.

Charles de Gaulle, choć demokratyczny, w późnych latach życia widział w Stanach Zjednoczonych większe zagrożenie dla francuskiej suwerenności niż w ZSRR. Wyprowadził Francję z NATO. Zresztą wiele państw zachodnioeuropejskich widziały w Stalinie wybawcę i oswobodziciela niemal całego świata.

Władcy autorytarni, jak Nicolae Ceausescu, przemieniali ideę niepodległości w kult własnej osoby — z uporem i stopniowo.

Józef Piłsudski pod koniec życia również tracił zaufanie do Zachodu, szukając złudnej równowagi między Niemcami a Rosją. Ostatnie kilka lat jego życia trąciły nawet kultem jednostki.

Wszyscy oni mieli wspólny rys: poczucie misji połączone z samotnością. Uważali się za ostatnich obrońców porządku, który świat odrzucał. W ich oczach świat stawał się coraz bardziej obcy, a oni — coraz bardziej konieczni.

Każdy z nich w końcu przegrywał nie z przeciwnikiem zewnętrznym, lecz z czasem. Czas odbierał im zdolność rozumienia nowych pokoleń. Ich słowa traciły rezonans, bo społeczeństwo uczyło się mówić innym językiem.

Bez większego ryzyka można powiedzieć, że podobny los odrzucenia i zapomnienia czeka mojego rówieśnika — ja mu tego życzę.

On, który dziś odwraca się od Zachodu, a milczy wobec Wschodu, działa według tego samego wzorca. Jego polityka to mieszanina troski i resentymentu. Mówi, że broni wolności, lecz w istocie broni pamięci o dawnym świecie, w którym on sam był młody, silny, potrzebny.

Jego retoryka przybiera ton proroka: „Nadchodzi czas próby”, „musimy się bronić”, „oni chcą odebrać naszą tożsamość”. Każde „oni” jest niejasne — to siła jego słów. Nie trzeba wskazywać konkretnego wroga, wystarczy wzbudzić emocję.

Psychologia polityczna nazywa to strategią niedookreślonego zagrożenia — pozostawia ono przestrzeń na projekcję lęków odbiorcy. Jedni widzą w tym zagrożenie ekonomiczne, inni kulturowe, jeszcze inni religijne. Przywódca, niczym zwierciadło, odbija ich obawy i tym cementuje poparcie.

Problem polega na tym, że taki przywódca nie tworzy następców. Zbawca nie może mieć rywali. Wszyscy, którzy mogliby myśleć samodzielnie, zostają odsunięci. Władza personalna, pozbawiona korekty, staje się systemem samozamkniętym.

No cóż, mój rówieśnik w pewnym sensie jest postacią tragiczną. Nie kieruje się cynizmem, lecz wiarą. Nie nienawiścią, lecz lękiem. Chciałby ocalić wspólnotę, lecz przez swoją nieufność wobec świata pogłębia jej izolację.

Filozoficznie rzecz ujmując, jego dramat polega na pomieszaniu dobra z kontrolą. Wierzy, że tylko on wie, jak ocalić naród, a więc każde inne spojrzenie wydaje mu się zdradą.

Historia jednak uczy, że narody dojrzewają przez dialog, nie przez lęk. Gdy więc zbawca w końcu milknie, społeczeństwo powoli odzyskuje oddech. Zaczyna mówić własnym głosem, już bez pasterskiego tonu. Nawet ci, opuszczeni przez „zbawcę” teraz doznają ukojenia, pięści im się rozwierają chociaż na razie nic nie mówią i jeszcze długo nie będą mówić.

I wtedy okazuje się, że zbawienie, którego obiecywał, było w rzeczywistości lękiem przed zmianą, a nie przed utratą wolności.

Tak sobie myślę, że gdybym teraz poprosił mojego przyjaciela Sokratesa aby spojrzał na mojego rówieśnika, to co by mu powiedział? — Jestem pewien, że powiedziałby bardzo spokojnie:

„Nie bój się świata, który się zmienia. Bój się siebie, gdy przestajesz pytać.”

Bo władza, która przestaje pytać, staje się już tylko cieniem własnego mitu. A mit zbawcy, nawet jeśli urodził się z patriotyzmu, zawsze kończy się w samotności.

Na zakończenie muszę jednak jeden fakt podkreślić z wielkim naciskiem bowiem wyczuwam tu elementy zdrady. Otóż mój rówieśnik straszy zachodem a nie słyszę z jego strony jednego słowa potępienia Rosjan a dokładnie potępienia Putina za napad na Ukrainę. Nawet nie reaguje na prowokacje rosyjskie z dronami przy naszej granicy. Po jego dawnych wizytach w ambasadzie rosyjskiej odnoszę wrażenie, że stał się przyjacielem Rosjan — nie koniecznie z własnej woli. Kiedyś wyrażał nawet podziw dla stylu sprawowanej władzy przez ich prezydenta a w szczególności jego działania ponad prawem stanowionym. Powiada, że władza winna mieć przywilej działania ponad prawem — prawo jest dla pospólstwa. Jego wzorzec sprawowania władzy wzięty ze wschodu przeraził mnie, ale w żaden sposób nie zdziwił. To strach nim powoduje.

Ja poznałem Rosjan w czasach kiedy nazywaliśmy ich jeszcze Sowietami. Mieszkałem obok nich przez pięć lat w Legnicy. Oni nie mają szacunku dla nikogo, dla Polaków w szczególności. Dzisiaj jestem tego samego zdania co pisarz Józef Mackiewicz. On twierdził, że z Rosjanami się nie pertraktuje bo oni nigdy nie dotrzymują słowa — to nie leży w ich naturze. Problemy z Rosjanami rozwiązuje się jedynie przy użyciu siły fizycznej.

Wszystkie państwa zachodnie dopiero niedawno to zrozumiały — już po napaści na Ukrainę a szczególnie po pierwszych próbach skłonienia Putina do rozmów pokojowych. Ostatnim z nich był prezydent Trump, chociaż nie jest to jeszcze takie pewne.

Tacy ludzie jak wspomniany pisarz Józef Mackiewicz czy ja sam, doskonale wiedzieliśmy i wiemy, że Rosjanie nigdy i z nikim nie zawarli porozumienia pokojowego. Nawet kiedy przegrali i zniszczyli napadnięty kraj, wycofywali się ogłaszając zwycięstwo — czy nie tak było w Afganistanie?

Uwaga: Mówiąc o moim rówieśniku wiem kogo mam na myśli. Moim czytelnikom proponuję porzucić zamiar dociekania tego nazwiska.

Zbawca lękliwy

Nie do śmiechu, mnie, tobie.

Nasz Rówieśnik,

W swej ozdobie,

Dziwne śpiewa żale.


Może tak ma — z rodu miodu?

Może Bóg Słońce,

Podmienił nam osobę,

Na Zbawcę Narodu.


Niemiecką Europą straszy.

Ty bój się — Lachu.

Nas ubierze w kubraki,

Zostanie królem strachu.


Jesteś sławny — nie pękaj

A może lękasz się siebie?

Och… nas się nie lękaj,

My kochamy Ciebie.

4. Spojrzenie za siebie

„Życie to jest dobrze i źle. I tak jest dobrze. Bo jak jest tylko dobrze, to jest źle.”

Ks. Jan Twardowski

Ten temat wraca do mnie już od ponad roku. Myślałem, że z czasem zniknie z pamięci, że rozpłynie się wśród innych wspomnień. Nie znika. Przeciwnie — im więcej czasu mija, tym częściej powraca, jakby mój umysł uparł się, by nie pozwolić mu odejść. Chociaż bywało dobrze i źle, czyli dobrze było, prawda?

Sprawa dotyczy Fabloku — zakładu, z którego wyniosłem najwięcej, zarówno zawodowo, jak i życiowo. To właśnie tam, wśród dźwięku młotów i zapachu oleju maszynowego, narodziłem się zawodowo. Może to brzmi trochę patetycznie, ale coś w tym jest.

Są tacy co napewno powiedzą, że przecież nieraz już pisałem o Fabloku w swoich książkach. To prawda — ale za każdym razem z innej strony: raz politycznej, raz społecznej, raz gospodarczej. A jednak brakowało mi tego najprostszego spojrzenia — ludzkiego. Bez analiz, czy bez wielkich słów. Chciałbym opowiedzieć o nim jak o starym przyjacielu, który wiele mnie nauczył i któremu wiele zawdzięczam i który gdzieś odszedł — czy już w zaświaty?

Bo przecież nawet potknięcia, nawet niepowodzenia miały w sobie sens — one również mnie kształtowały. W dużej mierze to dzięki tamtym czasom jestem dziś taki, jaki jestem.

Zatem postanowiłem: opowiem o jednym dniu z mojego życia w Fabloku. O dniu przeciętnym, uśrednionym — bo trudno odtworzyć dokładny przebieg tamtej codzienności, ale w pamięci wciąż żyje jej rytm, jej dźwięk, jej zapach. Właśnie to spróbuję pokazać, przypomnieć.

Będzie to rok 1979. Miałem wówczas trzydzieści lat i pełniłem funkcję Kierownika Oddziału Elektrycznego. Z dzisiejszej perspektywy — po czterdziestu sześciu latach — widzę, że był to najbardziej twórczy okres mojego zawodowego życia. Czas, który wspominam z największym sentymentem.

Złe doświadczenia z prób działalności politycznej odchodziły już w cień. Doszedłem do przekonania, że łączenie polityki z pracą zawodową nie jest w moim charakterze. Ówczesne realia pozwalały na takie eksperymenty, ale ja wiedziałem już, że to droga nie dla mnie. To doświadczenie, choć wtedy bolesne, dziś oceniam jako cenne. Utwierdziło mnie w przekonaniu: nie łączyć polityki z rzemiosłem pracy.

Ktoś mógłby zapytać: dlaczego właśnie to stanowisko? W końcu nie najwyższe. Przecież były wyższe — choćby Główny Energetyk. Odpowiadam bez wahania: bo tam, w roli kierownika oddziału, byłem najbliżej ludzi i codziennych problemów technicznych.

Kierownik Oddziału Elektrycznego miał pod sobą około 150 osób, którymi zarządzał poprzez trzech mistrzów, a ci — przez swoich brygadzistów. Ale mimo tej struktury hierarchicznej, kontakt z ludźmi był codzienny i prawdziwy. Kierownik nie był figurą zza biurka, lecz kimś, kto w razie potrzeby zakładał fartuch i szedł na warsztat. Tam, między kablami, iskrą i zapachem nagrzanego metalu, rozwiązywaliśmy wspólnie problemy.

Główne zadanie oddziału? — Awarie. Te elektryczne — nieprzewidywalne i uparte. Cały zakład, setki maszyn, od prostych tokarek po hartownice indukcyjne i obrabiarki sterowane numerycznie — wszystko musiało działać bez przerwy. Drugi oddział, Energetyczny, zajmował się ciepłem, wodą i sprężonym powietrzem i tu dowodził mój starszy kolega inżynier Władysław Kura. Nad oboma czuwał Główny Energetyk. To ostatnie stanowisko akurat w tym roku wakowało. Jeszcze niedawno był tam Inżynier Zdzisław Wład — mój kilkuletni mentor, sybirak, lwowiak, absolwent Politechniki Lwowskiej. To od niego bardzo wiele się nauczyłem. Nauczyłem się nie tyle w sprawach zawodowych, co wielkiej kultury uprawiania inżynierskiego zawodu — mojego zawodu.

Miałem dylemat: przypominać dziś tamtych ludzi z nazwiska, czy nie? W końcu zdecydowałem, że tak. Bo jeśli ja ich nie wspomnę, to kto to zrobi? Czas biegnie, pamięć ludzka krucha. A oni zasługują, by ich choć raz jeszcze wymienić, z nazwiska.

W tamtym czasie mieszkałem z żoną — lekarką pediatrą w szpitalu — i z naszą roczną córką Agnieszką. Mieszkaliśmy w bloku fablokowskim przy ulicy Wodzińskiej 3. Dziesięć pięter, ale nasze mieszkanie M3 było na pierwszym — i to była prawdziwa wygoda. Czasem, gdy winda się psuła, obserwowałem współlokatorów z wyższych pięter, jak z trudem wspinali się po schodach.

Poranek. Wczesne lato. Śniadanie w pośpiechu, przez otwarte okno wpada dźwięk Fabloku — charakterystyczny, rytmiczny, pewny siebie stukot sześciotonowego młota. Dla mnie to był dźwięk życia — znak, że dzień się zaczyna.

Włączam radio na fale średnie — i słyszę, że hartownica PIS50 znowu działa. Naprawili. Dlaczego w radio?

Tu muszę się zatrzymać, by coś wyjaśnić. PIS-50 to była hartownica indukcyjna do kół zębatych, wykorzystująca pole elektromagnetyczne o częstotliwości około 700 kHz. Potężny generator lampowy wytwarzał to pole. Moc tego generatora powodowała, że jego praca była słyszalna w radio w okolicy Chrzanowa. Te 700 kHz akurat mieści się w zasięgu fal radiowych średnich. Nasi konserwatorzy Antoni Potocki i Edward Piórko to wykryli. Byli radioamatorami. Gdy ząb koła znalazł się w jego zasięgu tego pola elektromagnetycznego, rozgrzewał się błyskawicznie do czerwoności, po czym był studzony. Hartowanie precyzyjne, czyste, jak sztuka.

Była też druga hartownica — austriacka, marki ELIN, o mocy około 100 kW, też lampowa. I trzecia angielska — Radyne, oparta już na najnowocześniejszych półprzewodnikach, na tyrystorach. To była technika, która fascynowała i uczyła pokory.

Ale dość już porannego wykładu. Idziemy do pracy.

Z bloku na Wodzińskiej droga prowadziła obok cmentarza, potem przez rynek — i już po drugiej stronie Chrzanowa zaczynał się Fablok. Ci bardziej leniwi wsiadali w autobus, choć trzeba było mieć szczęście, by się do niego wcisnąć. Ja wolałem iść pieszo.

Ten pobliski cmentarz był terenem spacerów z małą córeczką — tylko tam było bezpiecznie.

Autobusy miejskie wtedy… cóż, to był osobny rozdział. Zatłoczone, głośne, pełne ludzi, niekiedy w roboczych ubraniach. Kto chciał być uczciwy, podawał kierowcy pieniądze za bilet ponad głowami współpasażerów. Bilet trzeba było skasować, więc ten, kto stał przy kasowniku, miał prawdziwą udrękę — bilety szły przez ręce jak karty do gry. Czasem autobus już stał pod zakładem, ludzie wysiadali, a ten biedak nadal kasował. Potem zostawał z plikiem skasowanych biletów i nikomu już nie mógł ich oddać.

Starsze pokolenie wspominało z rozrzewnieniem czasy, gdy w autobusach siedział kasjer — człowiek z torbą pełną biletów, który wszystko robił za pasażera.

Już widać zabudowania Fabloku. Z oddali słychać gwiżdżącą lokomotywę manewrową, a z kominów unosi się lekka mgiełka dymu. Powietrze pachnie smarem i żelazem — dla jednych nieprzyjemnie, dla mnie znajomo i swojsko.

Wchodzimy do głównego biura. Na holu — zegary i nasze karty kontrolne. Odbijam kartę — wejście zarejestrowane. Tak samo będzie przy wyjściu. Rytuał dnia.

Jeśli poprzedniego dnia były kłopoty z łącznością w zakładzie, pierwsze kroki kieruję do konserwatora centrali Strowger. Pan Staszek Buczek, niezastąpiony fachowiec, unosi głowę znad aparatury i mówi radosnym głosem:

— Szefie, już wszystko działa. Kabel między W-2 a W-4 był uszkodzony. Nie było dużo roboty.

Kiwam głową, uśmiecham się. Idę dalej chodnikiem między hartownią a narzędziownią. Na W-2 spokój — to dobry znak. Mijam Staszka Jarczyka i Leszka Kurka, mistrzów wydziałowych. Krótkie powitanie, żadnych skarg. Rzadki, ale miły moment.

Przy kołówce widzę Adama Knapika — naszego elektryka od Krzyśka Doległy.– Za pół godziny maszyna pójdzie — mówi. — Ale stycznik główny trzeba by wymienić, tylko nie pozwalają bo maszyna musi pracować, mają pilne zestawy kołowe do obróbki. Mówią, że w nocy możemy robić. To już drugie moje podejście.

Uśmiecham się. Znam te realia. Znam ten ton. I choć brzmi jak codzienność, w tamtym rytmie było coś, co budowało — poczucie wspólnej sprawy, rzemiosła, które miało sens.

Tak właśnie wyglądało moje wejście w dzień pracy.

Zwykły dzień — a jednak nie całkiem zwykły. Bo każdy z nich, nawet ten najbardziej przeciętny, zostawił ślad.

Tuż przed drzwiami spotykam pana Franciszka Likusa, jednego z najstarszych pracowników — ślusarza, „złotą rączkę” do wszystkiego. Średniego wzrostu, szczupły, z czapką przekrzywioną na bok i rękami jak z dębowego drewna. W jednej ręce trzyma starą skrzynkę narzędziową, w drugiej — suwmiarkę, który zawsze miał przy sobie. Pewnie już był na którejś z maszyn i dokonywał pomiarów — pomyślałem.

— Dzień dobry, panie kierowniku — mówi z uśmiechem, poprawiając czapkę. — Dzisiaj chyba będzie spokojnie, co?

— Oby, panie Franciszku — odpowiadam, ale obaj wiemy, że w Fabloku takie nadzieje rzadko się spełniały.

— A bo wie pan, wczoraj tę przekładnię z hartowni to ja już prawie miałem. Jeszcze tylko jeden frez do poprawy, ale klucz się złamał. No i teraz, jakby pan widział, dorabiam drugi — pokazuje mi go z dumą, jakby to było dzieło sztuki.

Patrzę na jego twarz — pooraną zmarszczkami, ale pogodną. W jego oczach widać coś, co trudno opisać: prostą, czystą radość z pracy. Tę, która dziś jest już rzadkością.

— Panie Franciszku — mówię z uśmiechem — gdyby wszyscy mieli takie ręce i głowę jak pan, to byśmy już dawno zbudowali drugi Fablok.

Śmieje się cicho, takim swoim, zachrypniętym śmiechem.

— E, tam. Ręce to każdy ma, tylko nie każdy nimi myśli — odpowiada i rusza w stronę warsztatu.

Zostaję na chwilę w drzwiach, patrząc za nim. Wiedziałem, że mogę na niego liczyć zawsze — czy chodziło o naprawę zawiasu, czy o skomplikowany mechanizm w suwnicy. Był jak cichy duch zakładu, który nigdy nie zawodził.

Wchodzę za nim do środka. Ciepło hali, zapach metalu, gwar rozmów, szum wentylatora w dachu, bo to lato. Tak zaczynał się mój dzień.

Zwykły dzień — a jednak nie całkiem zwykły. Bo każdy z nich, nawet ten najbardziej przeciętny, zostawił ślad.

Zakręt w prawo, potem w lewo — i jestem w swoim biurze. Zostawiam teczkę obok biurka i wychodzę na halę. Na szafce przy ścianie leży zeszyt, gdzie wpisują się przedstawiciele wydziałów zgłaszający awarie.

Mijam różnych pracowników: jedni mówią tylko „dzień dobry”, innym podaję rękę i zamieniam kilka zdań. No jakże tu nie zagadać z brygadzistą Józkiem Piegzą, z którym jeszcze pięć lat temu usuwaliśmy awarię oświetlenia ogólnego hali W-3. Zanim zacznie się krótkie spotkanie z mistrzami — o 7.30 — ja mam już jakąś orientację o sytuacji technicznej na zakładzie.

Kiedy wracam do siebie przez pokój mistrzów, oni już są u siebie: Zbyszek Adryan, nadzorujący W-5, Narzędziownię i W-4, a także dwie brygady — suwnic i nawijalni. Dalej siedzi Krzysiek Doległo, odpowiedzialny za największy i najbardziej umaszynowiony Wydział Obróbki Skrawaniem, czyli W-2. Trzeci z nich to Kazimierz Paw — najstarszy z całej trójki.

Pan Kaziu — bo tak się do niego zwracamy z racji dużej różnicy wieku — ma pod sobą W-3, Kotłownię, Tlenownię, Sprężarki oraz wszystkie podstacje wysokiego napięcia. Jest też naszą odskocznią w sprawach trudnych i skomplikowanych technicznie. To Starszy Mistrz.

Nie jest inżynierem, ale posiada — jak na technika — ogromną wiedzę. Ma tę cechę, że poproszony o pomoc techniczną nigdy nikomu nie odmówił. Każdą prośbę traktuje jak osobiste wyzwanie. A pole do sprawdzania swojej wiedzy w Fabloku ma ogromne — choćby tylko samo W-2.

Za ścianą jest jeszcze biuro, gdzie siedzą dwie dziewczyny: Ela Kuczmenda i Zosia Komuniecka. Zajmują się administracją oddziału — tam ruch bez przerwy.

Narada jest krótka, jak zawsze — tylko sprawy bieżące, czyli awarie. Niekiedy jeszcze przed naszą wewnętrzną naradą zdarzają się telefony od niektórych kierowników wydziałów z ponagleniami lub pytaniem o realny termin przywrócenia danej obrabiarki do ruchu.

Pierwszy zaczyna Zbyszek: — Z trzeciej zmiany mam dwa sprzęgła elektromagnetyczne do przezwojenia. One są z automatów tokarskich 1787 i 1606. Są już w nawijalni i jutro na pierwszej zmianie te obrabiarki zostaną uruchomione. Na W-4 dzisiaj rano stanął Colet, ale za chwilę powinien ruszyć. Trzeba było tylko wymienić jeden styk w styczniku głównym. Na teraz tyle.

— A jak sprawuje się silnik główny po niedawnym spawaniu wału wirnika? — zapytałem przy okazji, bo tę awarię miałem głęboko w pamięci. Urwała się, a może po prostu ułamała końcówka wału wirnika — odcinek z wieloklinem.

Zbyszek twierdzi, że nie ma oznak nieprawidłowości. Pokonanie tej awarii było wielką szkołą dla wszystkich — zaangażował się nawet Główny Spawalnik Fabloku, inżynier Michał Kucia, i to osobiście. On lubił takie wyzwania. To on wybrał najlepszego spawacza i nadzorował początek spawania nowej końcówki. Chodziło o to, aby podczas spawania nie doszło do wyboczenia wału. Sposób nakładania spoin i ich czas a potem studzenie — w tym się kryła cała tajemnica.

Dla nas, elektryków, było to coś nowego — niczym wykład z praktycznym pokazem.

Pan Kazimierz Paw podnosi rękę do góry i ogłasza, że na podległym mu rejonie nie zdarzyło się nic awaryjnego. — Jest spokój i oby tak dalej — dodaje z uśmiechem.

Krzysiek Doległo zaczyna od tokarki do zestawów kołowych, ale przerywam mu: — Krzysiu, już wiem, że stycznik. Tylko kiedy ten stycznik już całkowicie padnie, to będzie coś do wymiany?

Krzysiek się uśmiecha: — Już dzwoniłem na Magazyn Główny, są jeszcze dwa styczniki o tych parametrach. — No i kazałeś je ściągnąć do nas, do magazynu podręcznego, prawda?

— Ależ oczywiście, szefie, już jadą do nas! — odpowiada roześmiany Krzysztof.

— Stycznik to drobiazg, ja bym proponował całą kołówkę wymienić na nowszy typ. Ta maszyna tak nam daje w kość, że nieraz śni mi się po nocach! — dodaje już bez radosnego uśmiechu.

Tak mniej więcej wyglądają te poranne narady: krótko, konkretnie i do pracy.

Potem lubiłem wyjść na warsztat i porozmawiać z ludźmi o tym, co akurat robią. Zwykle były to spawarki transformatorowe lub maszynowe. Praca przy nich trwała nawet kilka dni. Co innego składanie silnika — właśnie tym zajmowali się pracownicy brygady suwnic: Czesław Jochymczyk i Zdzisław Wątroba.

— Rozumiem, że ta suwnica na W-3 dzisiaj ruszy? — zapytałem mimochodem, zwracając się do Czesława.

— Tak, panie inżynierze, jeszcze przed śniadaniem — odpowiedział pewnym głosem brygadzista. Lubiłem takie odpowiedzi.

Starszych pracowników — zwłaszcza brygadzistów — charakteryzował pewien szacunek do tytułów. Do mnie mówili „panie inżynierze”. Młodsi ograniczali się do „kierownika” albo „szefa”. Z rówieśnikami byłem na „ty”. Takie były niepisane zasady, chociaż ja do nich nie przywiązywałem większej wagi — w końcu jeszcze kilka lat temu byłem jednym z nich. Ja ich przecież doskonale znałem, wśród nich i z wieloma z nich szlifowałem swoje zawodowe szlify..

Skoro zatrzymałem się przy stole brygady suwnicowej, wymieńmy tych, których pamiętam. Brygadzista Jochymczyk, dalej Zdzisław Wątroba, Stefan Hudzik z Zagórza, Stefan Szubel z Balina i pod samym oknem — Franciszek Warzecha, najstarszy z nich. Dzisiaj wszyscy oni już nie żyją — nie mam tylko pewności co do Stefka Hudzika.

Dalej był stół ślusarski, przy którym królem był Franek Likus — klasyczny ślusarz, a raczej artysta ślusarski. Na wydziale produkcyjnym mogli dorobić każdą część, ale obowiązywały dwa warunki: kartka z wyceną roboty przez technologa i rysunek. Frankowi takie rzeczy nawet się nie śniły. Brał do ręki uszkodzoną część, chwilę myślał — i już miał koncepcję. Może tylko szedł jeszcze do uszkodzonej maszyny na wydział produkcyjny aby to i owo sobie pomierzyć.

Podobnym był nasz murarz — już nieco wiekowy pan Balion, któż go nie pamięta. Należał do brygady Jurka Kaisera, chociaż w zasadzie był samotnikiem — trudno było pogodzić elektrykę z budowlanką.

Podobnie było z tokarzem warsztatowym Jaworkiem, czy tym co po nim nastał — Toka się nazywał. Mieliśmy u siebie tokarkę do potrzeb remontowych — tokarze również wykonywali różne podzespoły bez pomocy konstruktorów czy technologów.

Tuż za drzwiami wejściowymi po lewej stronie stacjonowała wspomniana już brygada Jurka Kaisera, który kiedyś pracował w brygadzie suwnicowej: Włodek Urbański, Seweryn i Kazimierz Dworniczek. To zespół działający w różnych miejscach zakładu w przypadku problemów nietypowych.

Wracam do brygady Staszka Stawarza, która odpowiadała za Wydział W-2. Oprócz brygadzisty byli tam Adam Knapik, Tyrański, Ryszard Malczyk i Marian Śleboda oraz dyżurny na W-2 Kalemba.

Za nimi, czyli za ścianą, mieściła się nawijalnia silników, gdzie brygadzistą był Marian Langer. Dalej — weteran Adam Kurdziel, potem Józek Pikul, Włodek Polan i dziewczyny: Małgosia Stawarz, Teresa Kajzer, Zosia Grochal, Krystyna, Irena Marysia Skwarek i kilka innych, które bywały tam przechodnio.

Reszta lewej części hali warsztatowej to brygada Józefa Piegzy, zajmująca się W-3 i podstacjami. Na stałe oddelegowanym na W-3 był Olek Głuszczenko oraz Jan Przebindowski na W-1. Na warsztacie mieli też bazę Franciszek Soboń, Stanisław Pierzchała i Wiktor Heinrich. Na podstacjach dyżury pełnili Teodor i Jan Palkowie oraz Czesław Brzózka.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.6
drukowana A5
za 54.09
drukowana A5
Kolorowa
za 80.18