E-book
15.02
drukowana A5
27.78
drukowana A5
Kolorowa
49.42
Niepełnosprawność na życzenie

Bezpłatny fragment - Niepełnosprawność na życzenie

Alkoholizm


Objętość:
76 str.
ISBN:
978-83-8126-194-4
E-book
za 15.02
drukowana A5
za 27.78
drukowana A5
Kolorowa
za 49.42

Wstęp

Niniejsza nauka była już dostępna dla szerokiego grona czytelników w Internecie na stronie megamocni.pl w 12-sto, artykułowym cyklu pt. „Piszę ja i mówię nie tylko o sobie…” oraz w drugim cyklu na ten temat. Osobiście jest mi żal, że tak słabo twórcy tej strony wyeksponowali te wartościowe przecież treści. Zatem przyznam, że żałuję, iż je tak bezceremonialnie ze szkodą dla zainteresowanych, „podarowałem”. Ale co się odwlecze, to kiedyś i tak trzeba zrealizować, więc tym razem w formie książki, której tytuł postanowiłem zaczerpnąć z pierwszego tekstu na w/w stronie, przedstawiam dla każdego, młodego i starszego, ku przestrodze. I mam nadzieję, że dotrę z tym przekazem do szerszego grona czytelników, znajdę odpowiedniego promotora lub skutecznie sam się wypromuję.

Dodając w tym krótkim wstępie, dopisałem nawet sporo i sporo też zmieniłem w tym dwunastorozdziałowcu. Więc warto było książkę kupić, bo nie przeczytacie tego nigdzie, w żadnej innej postaci. Na pewno nie za darmo. A 12 rozdziałów — bo jest 12 kroków „uleczających” z alkoholizmu, o czym wspominam w ciekawej części końcowej tego tomiku.

Cykl I

Rozdział I

Właśnie w ten sposób można powiedzieć o alkoholiku — „niepełnosprawny na życzenie”, który cały czas pije. Gdy nasze picie staje się już pokarmem i nie potrafimy bez niego funkcjonować. Jesteśmy wręcz przekonani, że „nie przeżyjemy” bez wódki lub innego trunku z procentami.

Tak, tak — wstając rano dostajemy konwulsji i często bywa, że nasz organizm to jeden kłębek nerwów. Padaczka alkoholowa, a wcześniej delirium jest tak silna, że nie dojdziemy trzech metrów do ubikacji! Wcale nie jest to przesada. Szczególnie końcowe stadium życia w całości jest zbudowane z niedomóg. Alkoholizm powoduje, że szybciej możemy tego doznać mając nawet 30 lat.

Co zrobić? Prosimy w duchu o łyk wódki, piwa, bo wiemy, że to pomoże i tak jest codziennie. Mamy problem, gdy pod ręką nie ma nawet portfela z pieniędzmi, żeby je kupić. Zanim poukładamy myśli na tyle, na ile to możliwe bez alkoholu, chwytają nas psychozy w postaci lęków i nici z wyjścia do sklepu — bo tam przecież biją, krzyczą, śmieją się, grożą. Widzimy to i czujemy, a strach nas ogarnia jak nic innego na świecie. Jesteśmy gotowi zapłacić nawet tysiąc złotych, aby tylko ktoś przyniósł nam flaszkę, która stawia na nogi. Jesteśmy bezsilni, słabi, bez ratunku. Ale wytrwałość bierze na barki to wszystko i szukamy rozwiązania.

Do ubikacji idziemy „po ścianach”. Po wypróżnieniu, kiedy nierzadko robi nam się „rzadko”, a nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy, oswajamy się z lękiem i szykujemy mentalnie nasz umysł na walkę przed „wyjściem” na świat. Nieświadomie robimy to bardzo szybko, choć wydaje się nam, że czas stoi w miejscu. I tam już w raju — sklepie monopolowym — zanim lęki w pełni się rozwiną, a delirka jeszcze bardziej przykuje nas do łóżka, stoimy przy stoisku i słyszymy z ust ekspedientki słowa: „może pomóc panu wybrać pieniądze z portfela?”. Nie umiemy tego sprawnie zrobić, a każda sekunda to jak katujący, niszczący nasze myśli w środku lęk, narastający do postaci olbrzyma — stajemy się sparaliżowani. Stąd radość, gdy ktoś nas uwolni od tak trudnego zadania jak wyliczenie i wyjęcie pieniędzy do zapłaty za „wodne jedzenie”.

Wódka jest! Czasem piwo albo „jabol” — zależy ile mieliśmy w portfelu…

Czy to niepełnosprawność? Nie da się inaczej tego nazwać. A już na pewno mi nic innego do głowy nie przychodzi. Same objawy padaczkowe i niemożność poruszania się powodują, że alkoholicy często mają na takim etapie choroby swoich „sponsorów” i „służących”. Uzależniają się od innych, którzy widząc ich cierpienie, litują się poprzez przynoszenie trunków i dawanie na nie pieniędzy. Wiedzą, że to jedyny sposób aby alkoholik wstał i tym samym odciążył ich od odpowiedzialności opiekowania się i pielęgnacji. Tak niestety trzeba czynić, bo alkoholicy sikają do łóżka, czasem nawet nie czują, że muszą oddać kał. Oczywiście to jak koło — błędne. Ludzie jednak właśnie w taki sposób podchodzą do sprawy.

Wypróżnienia bywają niekontrolowane i nagłe, więc nawet gdy ci, zwałbym „pijacy” (w sumie siebie tak nazywałem) są na nogach, bo już po odpowiedniej dawce trunków, mogą robić w spodnie. Wtedy dodatkowo psychika jeszcze bardziej pada! I to nie tylko u alkoholika. Mało tego, gdy są teoretycznie trzeźwi, ich rozregulowany system metaboliczny, potrafi płatać figle i to często. Szczególnie rano, groźne są podrygi ciała leżącego pijaka — organizm budzi się, nerki i wątroba też. To już bomba zegarowa, bo czucie czyli kontrola nad tymi organami, u alkoholika praktycznie nie istnieje. To chyba dlatego, że organizm jest już bardzo wycieńczony i potrzebuje pomocy ale nie w postaci dolewania kolejnych procentów lecz w formie pełnego oczyszczenia. Oczyszczenie owszem jest możliwe pod przymusem. Co z tego, gdy osoba pijąca wnet powróci do swojej wątpliwej „pasji”. W rzeczy samej, „pasją” można to nazwać, bo wydaje się, że alkoholik nie widzi w swoim życiu niczego innego. I teraz pisząc to, mogę powiedzieć o błędnym kole w obiektywnym widzeniu całej sprawy alkoholizmu. Bo przecież zaprzeczę mówiąc — WIDZI — tylko nie jest w stanie przezwyciężyć siebie, postawić te dobre rozwiązania dla swojego życia na pierwszym miejscu. Lecz to marne usprawiedliwienie, gdy powie się, bo on „pijany cały czas to nieświadomy” lub powie „on już sił nie ma i nigdy nie wyjdzie — trzeba go zrozumieć”. Tysiące słów można na ten temat pisać, mówić.

Na własne życzenie!

Ludzie stają się niepełnosprawni w wyniku wypadków, chorób, czasem też tacy się już rodzą. Mają siłę życia, nie chcą myśleć o swoich dolegliwościach. Często są wzorem dla innych, także w pełni sprawnych. Bo są niesamowicie wytrwali i silni. Życie to dla nich dar, nie lekceważą go.

A co robią alkoholicy? Ci którzy piją, robią z siebie inwalidów. Twierdzą, że są nic niewarci i bezradni. Mówią, że to ich przerasta i wmawiają sobie wiele chorób i niepełnosprawności, gdy to alkohol zaciemnia fakt, że są w pełni sprawni. Jedyne co jest z nimi nie tak, to nagminne sięganie po trunki. Alkohol na strzępy dzieli mózg i układ nerwowy, nie mówiąc o siłach.

Na życzenie diabeł alkoholik przyjmuje drugiego diabła w gościnę, gdy sam nie ma co jeść…

Jesteśmy „niepełnosprawni” i do tych „niepełnosprawnych” tylko idziemy. Oni czekają i nie zawodzą nas, wyciągając z kieszeni kolejną butelkę… Prawdziwi niepełnosprawni powinni się obrazić na alkoholików i dać im kopa w dupę.

Alkoholik, który pije jest niepełnosprawnym idiotą…

Rozdział II

Niedawno widziałem wiadomość prezentowaną w serwisie informacyjnym jednej ze stacji telewizyjnych. Dotyczyła alkoholizmu, a przedstawiono w niej jeden z ośrodków uzależnień oraz krótki wywiad z beneficjentem, który pokonał swoje słabości i przestał pić.

Jednocześnie wróciły wspomnienia, lecz już teraz nie te złe ale te, którymi mogę się szczycić. Chociaż to szczycenie się nie jest na miejscu, bo w zależności od charakteru, może być powodem powrotu do picia…

Zanim jednak doszło do mojej metamorfozy, musiał nastąpić przełomowy dzień. Po latach, w swoim pamiętniku, zapisuję niektóre chwile tamtych czasów, a dzień mojej przemiany był najtrudniejszym i o dziwo najlepszym dniem, jaki mogłem przeżyć.

Kiedyś, gdy postanowiłem dokonać rozliczenia ze wspomnień i teraźniejszości, zapisałem kilka zdań, jak tego dnia:

Wybiła 7 rano gdy wypowiedziałem słowa do matki — „Nie wychodź nigdzie, bo będzie potrzebna karetka”. Była zaskoczona i początkowo nie wiedziała o co chodzi ale gdy dodałem po chwili — „Jeśli wytrzymam do 12, to do końca życia nie piję”. Wtedy było jasne dla niej, że nie żartuję, gdyż to pierwsze takie słowa płynące z moich ust. Poczułem niebywałą siłę w sobie. Tego nie da się po prostu opisać, więc nawet nie próbuję. Do tej pory nie wiem skąd i jak to się stało…

To był początek, który przedstawiłem w dosyć łagodny sposób. Działo się wtedy wiele i im więcej czasu upływa, tym mniej chce się pamiętać o tym szczególnym dniu. Myślę też, że jednak zabrakło trochę sił, aby wracać do boleści:

Pojawiły się pierwsze gwałtowne konwulsje i czułem, że zbliża się najgorsze. Od momentu kiedy wstałem z łóżka, nie minęło pół godziny. Wyczerpany organizm do ostatnich granic wytrzymałości o dziwo nie domagał się trunku. Wydawało mi się, że to jest chwila w której rozpocznie się ostateczna walka. Dotychczas każda próba kończyła się na kilku szklankach piwa a potem już wiadomo, zamieniało się to w litry. Nie mogłem chodzić gdy we krwi nie buzowały mi procenty, które z czasem utrzymywały mnie przy życiu. Tak właśnie, tego dnia czułem, że nastąpi ten przełom.

Spodziewałem się nieco lżejszego początku i myślałem, że zanim dojdzie do ostatecznego finału to minie trochę czasu i wtedy będę w stanie znosić to psychiczne o wiele lepiej. Jednak to co mnie nawiedziło było nagłe i jak dla mnie wstrząsem jakiego nigdy nie doświadczyłem. Moje ciało owładnęła padaczka nad którą ani trochę nie miałem kontroli. Koncentrowałem się, żeby jakoś opanować swoje ruchy lecz było to niemożliwe. Nawet mówić nie potrafiłem. Dałem znać matce aby zadzwoniła, wskazując jedynie na telefon. Domyśliła się. Po wykręceniu numeru nie słyszałem co mówi. Straciłem na chwilę słuch, jedynie w uszach słyszałem szum i nic poza tym. Domyśliłem się szybko, że nikt nie przyjedzie. Lekarze z którymi rozmawiała, stwierdzili, że nie ma bezpośredniego zagrożenia dla życia więc nie przyjadą. Padaczka postępowała i zanikała moja świadomość. W świetle tej sytuacji matka podjęła decyzję o udaniu się do lekarza rodzinnego. Przychodnia jest blisko mojego domu więc szybko zostało ustalone co dalej. Niestety ale w tych godzinach mój lekarz nie przyjmował więc trzeba było czekać do 12 w południe. To było najbardziej niepewnych 5 godzin w moim życiu.

Byłem już uwięziony.

To są zwykłe zdania i mało ukazują sytuację jaka miała wtedy miejsce. Nie każdy zrozumie co piszę i dla większości to stek płaczu kogoś słabego, kto próbuje wzbudzić współczucie. Może i kiedyś chciałem, aby takie odczucie mieć, teraz jest mi obojętne w jaki sposób jestem odbierany, bowiem piszę prawdę dla innych. Szczególnie dla tych, którym wydaje się odległe bycie alkoholikiem. Oby nie doznali tego wątpliwego zaszczytu — lepiej, żeby znali fakty. Fakty to nic innego jak ciężar tej choroby i wymiar tolerancji społeczeństwa. Społeczeństwo nie lubi pijaków i nie rozumie alkoholików.

A co do zamierzeń upublicznienia tej historii wraz z koncepcją dla czytelników:

Od wielu lat myślałem nad założeniem strony internetowej dotyczącej tego tematu. Powstawało wiele koncepcji, w tym również strona społecznościowa czy też typowe forum.

Sam pomysł wywodzi się z mojego życia. Jestem alkoholikiem i wywalczyłem sobie wolność! Pokonałem lęk, strach i przyzwyczajenia, przestałem widzieć przyjemność z picia, a zobaczyłem życie. Powiedziałem — dosyć, ja jestem człowiekiem a nie świnią, ba nawet świnia tak się nie zachowuje. Byłem nikim.

Wspomniana wiadomość pomogła w decyzji co do formuły. Postanowiłem stworzyć prosty blog bez dodatkowych „fajerwerków”. Dokładniej mówiąc, powstała koncepcja realizacji przeciwalkoholowej kampanii informacyjnej na witrynie społecznościowej www.megamocni.pl.

Oto właśnie tenże projekt, który oddaję Wam, czytelnikom do użytku. Ma być pełnym zbiorem wszystkiego, co w życiu warte i można to mieć tylko, gdy prawidłowo żyjemy bez sięgania po kieliszek. To też zbiór wspomnień oraz porad — wszystkie są oparte na własnych doświadczeniach. Na pewno znajdą się tutaj inni, którzy przeżyli podobne piekło oraz ich historie…

Rozdział III

Z medycznego punktu widzenia alkohol to trucizna. Dokładniej mówiąc, chodzi tutaj o upojenie alkoholem. Bynajmniej zalicza się do tego także małe dawki, które nie wywołują większych zmian bezpośrednich tj. zaburzenia równowagi, plątania się języka i tym podobnych. Alkohol działa na nasze komórki i w zależności od dawki trunków jakie przyjęliśmy, niektóre komórki wyłącza lub osłabia ich działanie.

W przypadku picia nagminnego i nawet w tzw. „małych ilościach”, może nastąpić trwałe osłabienie poszczególnych komórek w naszym organizmie. Dochodzi także do ich całkowitego zaniku. Trzeba wiedzieć, że w pierwszej kolejności zatruciom ulegają układy młodsze i bardziej wydajne.

Zespół zatrucia alkoholowego jest traktowany przez lekarzy podobnie jak zatrucie pokarmowe, gdyż najwyraźniejsze zmiany są widoczne w przewodzie pokarmowym. W wyniku zatrucia alkoholowego dochodzi do przekrwienia błony śluzowej, co powoduje utrudnienie przenikania składników pokarmowych. Jak wiadomo, niedobór pierwiastków organicznych w naszym organizmie, które są dostarczane wraz z przyjmowanymi pokarmami, powoduje osłabienie funkcji fizycznych, jak również destabilizuje pracę mózgu. Niedobór składników odżywczych może powodować przewlekły nieżyt żołądka, czyli boleści. Do tego dochodzi nieprawidłowe działanie wątroby, nerek, jelit i innych narządów przewodu pokarmowego. Ma również wpływ na ciśnienie krwi.

Zatrucie alkoholem etylowym, bo tylko taki oczyszczony może być spożywany przez człowieka, jest łatwo rozpoznawalne, gdyż są to klasyczne objawy tzw. kaca, czyli efektu odstawienia picia napojów alkoholowych. Sam fakt upojenia w dniu poprzednim świadczy o tym, że organizm przyjął nadmierne dawki tego związku chemicznego. Są to dane, które wśród lekarzy przypisuje się do zatrucia. Na ich podstawie jest podejmowana ewentualna decyzja co do czynności odtrucia organizmu. Jednym ze sposobów jest zwykłe płukanie żołądka, które przynosi efekty głównie w przypadku zastosowania niedługo po spożyciu. Najczęściej stosuje się uzupełnienie organizmu w substancje pokarmowe, których nie otrzymaliśmy podczas picia. Lekarze dokonują tego za pośrednictwem kroplówki, a do najczęstszych jej składników zaliczana jest glukoza, bo to ją alkohol wypłukuje w największym stopniu. W przypadkach zagrożenia życia, które niestety występują coraz częściej nawet u młodych ludzi, stosowane jest oczyszczanie krwi poprzez dializę. Nie obywa się bez przypadków śmiertelnych, gdyż alkohol wchłaniany jest przez organizm natychmiastowo po spożyciu, szczególnie gdy osoba pijąca nic wcześniej nie jadła.

To ogólnie opisany typowo medyczny aspekt działania alkoholu. I o ile lekarz przyjmujący pacjenta z objawami zatrucia alkoholem kieruje się właśnie tylko tymi argumentami, o tyle można być spokojnym co do szybkiego działania odtruwającego.

Jednak wszyscy jesteśmy ludźmi, a więc pewne rzeczy mogą nas obrzydzać, mamy do nich większą niechęć lub też poprzez swoje nieodpowiednie zachowania, do których zalicza się z pewnością nadużywanie alkoholu, narażeni jesteśmy na brak akceptacji. Częste sięganie do kieliszka to również większe ryzyko kolejnych pobytów w szpitalu. Właściwie można by powiedzieć, że każdy pijący nagminnie, w ciągu swojego życia trafi przynajmniej raz na oddział nefrologii, a to oznacza jedno — mamy uszkodzone nerki. Biorąc pod uwagę ogólną niechęć do pijących, a szczególnie do pacjentów „z marginesu społecznego” czyli pijaków, lekarze automatycznie spychają ich na dalszy plan. Często bywa, że pod adresem takiego delikwenta są kierowane dość obraźliwe teksty. Podobnie jest zresztą ze strony innych pacjentów, którzy czekając na przyjęcie przez lekarza widzą obok leżącego na łóżku szpitalnym całkowicie pijanego pacjenta i sukcesywnie go szykanują. Taki pacjent jest trudny, jego dolegliwości i objawy są związane z alkoholem, choć nie zawsze jest to prawdziwy powód. Bywa również tak, że w tej samej porze doszło np. do zatrucia grzybami. I wtedy jest problem — lekarz zakłada zatrucie alkoholem, a więc może się nie spieszyć, tłumacząc, że pacjent jest pijany i śpi, kiedy prawdziwe komplikacje mają zupełnie inne źródło. Często jest tak, że alkohol tuszuje realne zagrożenie życia. To przypadki, gdy dochodzi do wypadków — lekarz musi mieć neutralny stosunek do pijaka, co nie zawsze ma miejsce. Pijak jest leczony poprzez skierowanie go na izbę wytrzeźwień, gdzie też jest lekarz. Ale to chyba najdroższy hotel z możliwych o takim standardzie a na dodatek, dopóki przebywamy w placówce, nie mamy praktycznie możliwości wyjścia z pokoju. Nasze wołania o pomoc lub wyjście do ubikacji, a nie daj boże gdy coś nas boli, szczególnie w nocy, często idą na marne. Dopóki nie wytrzeźwiejemy, jesteśmy traktowani jak margines. Ale jedno jest pewne — sami jesteśmy temu winni. Mając umiar w piciu, nie będziemy mieli takich problemów.

Wracając jeszcze do aspektów medycznych. Należy pamiętać, że alkohol nie jest solidarny z lekami a więc często może się zdarzyć, że lekarz będzie wahał co do aplikowania odpowiednich. To też prowadzi do niepewności co do skuteczności działań pomocy pacjentowi.

Reasumując, każdy alkoholik-pijak przysparza wiele niepotrzebnych dylematów lekarzom. Moralnie rzecz biorąc, każdy z nas jest człowiekiem, więc wie co robi. Pijąc alkohol, akceptujemy jego skutki uboczne. Wiedzą o nich też lekarze, więc wydawałoby się, że problemu z pacjentem pijakiem nie powinno być.

I odnośnie sytuacji w jakiej się znalazłem — w dzień w którym postanowiłem przestać pić, pisałem w pamiętniku:

Dałem znać matce aby zadzwoniła, wskazując jedynie na telefon. Domyśliła się. Po wykręceniu numeru nie słyszałem co mówi. Straciłem na chwilę słuch, jedynie w uszach słyszałem szum i nic poza tym. Domyśliłem się szybko, że nikt nie przyjedzie. Lekarze z którymi rozmawiała, stwierdzili, że niema bezpośredniego zagrożenia dla życia więc nie przyjadą. Padaczka postępowała i zanikała moja świadomość. W świetle tej sytuacji matka podjęła decyzję o udaniu się do lekarza rodzinnego. Przychodnia jest blisko mojego domu więc szybko zostało ustalone co dalej. Niestety ale w tych godzinach mój lekarz nie przyjmował więc trzeba było czekać do 12 w południe. To było najbardziej niepewnych 5 godzin w moim życiu.”

Jednak tacy właśnie ludzie to często źródło zarazków i obrzydzenia, gdyż duże upojenie to również brak higieny i toalety. Często jest to związane ze śmierdzącymi ubraniami, mokrymi od moczu i kału. To każdego rusza, nawet samych lekarzy. Pacjenci tacy są też nosicielami chorób, bo jak się czasem okazuje, ostatnim razem mieli do czynienia z opieką medyczną dobrych kilka lat temu. W tym czasie z powodu „stoczenia się”, zapadli na wiele chorób skórnych, wewnętrznych, a nawet zakaźnych, z najgroźniejszą AIDS włącznie.

Te obawy to niewidzialna ściana dzieląca udzielających pomocy od potrzebujących, ciężko jest ją zburzyć i zawsze powstają pytania z aspektów moralnych i obaw o swoje zdrowie.

Rozdział IV

Chcesz zmienić swój wygląd nie do poznania, bo żona i teściowa ścigają cię za alimenty? To zacznij pić!

Tak. To gwarantuje, że z czasem ludzie nie rozpoznają znajomego, którego spotykają nawet od urodzenia. Oczywiście na początku zmiany w wyglądzie są niezauważalne, lecz niewiele czasu potrzeba, aby z postawnej i szykownej osoby przeobrazić się w szkapowatego i odrażającego człowieka.

Miejmy na uwadze, że nadal jesteśmy wtedy ludźmi, mimo że inni często nas poniżają i spisują na straty. A jedną cech człowieka jest jego zdolność do zmian i poprawy zachowania.

Wracając. Mija rok i kolejny. Stajemy przed lustrem i twierdzimy — co mi tu bzdury ktoś gada, ja wyglądam dobrze, a nawet lepiej, bo uśmiechnięty! To fałszywe mniemanie jest następstwem — można by powiedzieć — „ślepoty alkoholowej”. Będąc często upojonemu piwem lub innym trunkiem, przyzwyczajamy się do obecnego wyglądu, który staje się standardowym. Nasza wyobraźnia „upiększa” nie tylko nas samych, lecz wszystko wokoło wydaje się równie atrakcyjne. To nic innego jak kłamstwo. Tak oto napisałem po latach, gdy już jestem świadomy:

Ludzie na mnie patrzyli jak na inwalidę lub pijaka, bowiem było widać po mnie, że to właśnie alkohol bardzo mnie wyniszczył. I tu muszę dodać jeszcze, że fakt — trunki do tego stopnia mnie zmieniły, że po dzień dzisiejszy wyglądam jakbym cały czas pił. A paradoksem jest jeszcze, że ludzie gdy byłem po 8 piwach, mówili, że wreszcie dobrze wyglądam. Tych słów do tej pory przez te 2 lata od nikogo nie usłyszałem.

Człowiek pijący odkrywa w sobie „zdolności twórcze” i staje się pozornie rozluźniony. To powoduje, że nabiera pewności do siebie i tego, co robi. Wydaje mu się, że każdy jego krok jest poprawny. A człowiek ma ogólną tendencję do „upiększania” swoich sukcesów, a więc w tym przypadku dodatkowo robi z tego wielką rzecz.

Ta omylność jest realna i myślimy, że jest racją. Błędne koło, którego istnieje uświadamiamy sobie dopiero na trzeźwo. Lecz to nierealne z kolei, bowiem pijemy codziennie. Tak więc to nasze życie jest błędnym kołem, pomimo przekonania, że idziemy do przodu, tak naprawdę jesteśmy w jednym zawężonym miejscu. Drepczemy wokoło, niczym więzień na spacerówce.

I ten nasz wygląd ma odniesienie w powyższym. Ale to nic, gdy jesteśmy „zadbani”, mamy jeszcze ochotę na pełną poranną toaletę i częste wizyty w łazience podczas dnia (tych jest gwarancja zawsze, gdyż z czasem kibel będzie naszym barem — biegunka i wymioty urozmaicą nasze codzienne dania). Tyle, że nagle okazuje się, iż szybciej zużywamy kosmetyki. Dzieje się tak, bo z czasem sami zaczynamy czuć, że nie pachnie od nas, a wręcz śmierdzi.

Wstaję rano i mam trampka w gębie, a pierwsze słowa to: „O Jezu, dajcie wody a najlepiej piwa!” — nieprawdaż, że to fajny scenariusz, tym bardziej, że potem to tylko piwo będzie nam przechodzić rano przez układ pokarmowy, a raczej jego widmo… Następnie pozostaną wspomnienia:

Moja waga spadła nagle ze stanu krytycznego na taki, którego nawet nie można nazwać. Podczas picia, przynajmniej na twarzy wyglądałem jeszcze w miarę dobrze. Gdy koszmar się skończył, zaczął się kolejny — ważyłem 55 kg. Mam 188 cm wzrostu, więc doskonale można sobie wyobrazić jakim wrakiem byłem. Najgorsze jest to, że nie mogłem nadal normalnie jeść ale najlepsze to, że każdy kęs był wyjątkowym rarytasem. Niesamowite jak może smakować sucha kromka chleba — dla mnie była to upragniona czekolada najwyższej marki.

To jest jeszcze do zniesienia. Następny etap „egzystencji alkoholowej w naszych ustach” to najzwyklejsza i jakże popularna próchnica. Nie ukrywajmy, ale będąc „pod wpływem”, nigdy dokładnie nie zadbamy o zęby. Zresztą w miarę upływu czasu nie będzie się chciało wziąć do ust pasty, bo mdli. No i przekonanie „piwa się napiję to wymyję”, ale zaraz potem smak naszego „złotego trunku” ogarnie podniebienie a pasta zepsuje tylko, setną lub tysięczną z kolei rozkosz smaku. Piwo staje się ważniejsze od wszystkiego, a zęby zostają osłabione i do czasu tylko bronią się same przed „żrącymi zwierzątkami” w postaci bakterii wydzielających mdlący, podobny do wymiocinowych aromatów, zapach.

Bo zapach alkoholu w kolejnych „promilach życia” to czyste rzygi. Gnijemy od środka, nie wiedząc o tym. Wypłukujemy organizm z wartości odżywczych i nie dostarczamy witamin. Tracimy witalność, a właśnie witaminy są składnikiem niezbędnym do utrzymywania gładkiej cery i jasnego wizerunku.

Zmarszczki — ot, co czeka nas gdy będziemy mieli 30 lat! Chcesz zmienić wizerunek wcześniej? Polecam „Żytnią” — setka rano, setka rano, setka rano i „gleba”, a potem setka i znów „gleba” i przecież po „glebie” porannej kolejne setki na „popołudniówkę” a może jeszcze wieczorkiem i nocą również. System zmian ekspresowy — wyglądamy inaczej.

Brudne paznokcie, poobgryzane, łamiące się albo wyrośnięte krzywo. Żółte i twarde stopy, do czyszczenia których nadaje się jedynie szlifierka. To kolejne elementy naszego nowego image’u. Ach, to się kobiety podniecą, a faceci będą szaleć za jakże urokliwymi damami.

Dzień przełomowy, w którym nastąpi pełna przemiana naszego wizerunku to nasza „gleba publiczna”. Po odbytej libacji tracimy świadomość i wracamy do domu. Tyle, że dziwnym trafem zaliczamy darmowy nocleg w pobliskich krzakach. Podświadomie wiemy (resztki trzeźwości prowadzą nas przez tereny o mniejszym natężeniu ruchu), że nie wypada nam być w takim stanie. Idąc tą „bezpieczniejszą”, lecz dłuższą drogą, padamy na ziemię. Zbyt wiele alkoholu w krótkim czasie nagle doprowadziło do utraty przytomności.

Uff, co za ulga — śpimy. Jakże piękna metamorfoza wtedy zachodzi. Kurtka za 200 zł nabiera dodatkowego uroku, trafiliśmy na psie gówno ale co tam, jest super — odpoczywamy. Impreza trwała kilkanaście godzin, więc tyle snu potrzeba. W środku nerki i wątroba, też pijane, zaczynają „strajkować”. Tylko chwilę pozwalają na utrzymanie moczu i kału. Gdy śpimy już pięć godzin (lecz gwarantuję, iż bywa to pięć minut), zaczyna się proces „oczyszczania”.

I w taki sposób do psich odchodów dołączamy własne. Co za aromat!

Żeby całkiem było dobrze, w finalnym momencie przebudzenia rzygamy, a będąc jeszcze „niczym na statku podczas sztormu”, upiększamy wymiotami buty i nogawki od spodni. Oczywiście uda się to tylko wtedy, gdy wstaliśmy, a nie podczas snu…

A potem cóż. Trzeba wreszcie do domu. Myśląc „przeszło mi”, nabieramy sił i szukamy autobusu. Tam okazuje się niespodziewanie, że wszyscy ustępują nam miejsca. Zapach mówi za nas.

To jest realne nawet, gdy nie pijemy nagminnie. Droga do takiego wizerunku może trwać krótko, a ludzie pamiętają nawet jednorazowe wpadki. Taką wizję człowieka musimy zaakceptować, gdy sięgamy po raz n-ty po kieliszek w krótkim odstępie czasu.

Adnotując tutaj jako autor, nie miałem tego „luksusu” w swoim życiu. Pewnie wynika to z faktu, że zawsze ktoś mnie przywlókł. Jedynie z opowieści o mnie mogę stwierdzić, że należałem do grona tej wybitnie utalentowanej i wyróżnionej elity osób po kielichu…

Rozdział V

Po dziesięciu piwach nikogo nie obchodzi jak się wyrażamy, a właściwie jest to plebejski bełkot. Podczas pijackich rozmów powstaje wiele nowych i dziwnych wyrazów. Tworzy się wiele niesmacznych określeń. Normalnego i trzeźwego człowieka taki sposób wypowiedzi wprawia w obrzydzenie.

Dla osób, które przebywają całymi dniami z pijakiem, jest to jak tortura — odechciewa się żyć. Nie wspominając nawet o odorze jaki panuje i przeszywa całe pomieszczenie, w którym „gościmy” opoja.

Zdania, jakie układamy gdy jesteśmy pijani, nawet gdy nie zawierają bezpośrednich i wulgarnych zwrotów, są niczym innym jak prymitywnymi wypowiedziami. Bądź co bądź, są one nieskładne, nieprawidłowe fonetycznie i słowotwórczo. Pomińmy nawet fakt sensowności, bo najczęściej są to wypowiedzi bez żadnej wartości i słabo lub w ogóle nie poparte faktami.

Pijąc codziennie, co robi każdy alkoholik, dochodzimy do wprawy w wypowiadaniu się bez sensu, niestylistycznym, ohydnym, itd. Można by tutaj przytoczyć wiele określeń, ale żadne nie odzwierciedla niesmaku, jaki udziela się w naszym otoczeniu innym, trzeźwym. Nas to przecież nie obowiązuje, bo jesteśmy wolni — po co patrzyć pesymistycznie, prawda? Wszystko wydaje się formą żartu, pewnego lekceważenia — przez nas, pijących, określanego mianem „standardu” — kultury życia codziennego i zachowania w społeczeństwie.

Często te wyrazy i zdania nieświadomie przekazujemy innym „towarzyszom butelki”. Ta społeczność nadaje powagi zwrotom, które nie powinny być stosowane, a nasze mózgi kodują je jako odpowiednie do porozumiewania się na co dzień.

Nawet gdy uda się być trzeźwym — ot, mało realne założenia — mózg uruchamia nabyte zasoby słownictwa i stylu wypowiedzi. Każdy orientuje się, iż osoba tak mówiąca to nikt inny jak pijak. Ale cóż to dla nas za informacja — mamy to przecież daleko w tyle… Trzeźwość nie ratuje.

A więc o prestiż chodzi?

Choćby nawet dlatego warto nie pić! Czyż nie jest przykro mając w pamięci, że kończąc nasze szkoły, emanowaliśmy postawnością, inteligencją i czystym sposobem wypowiedzi? Nagle stajemy się prostakami, niczym ludzie bez żadnego wykształcenia. Ludźmi ulicy i marginesu społecznego. Po co nam były dyplomy?

Ale cóż, niejeden powie — „ja i tak szkoły nie ukończyłem i mam tylko podstawowe wykształcenie, więc o czym tu mówić i co to za argument”. Błahe wytłumaczenie — pewnie nie ukończył szkoły, bo butelka to był ten fakultet, który postanowił doskonalić! I bez obrazy dla tych, którzy szkół nie ukończyli z innych powodów, ale nie ukrywajmy, zazwyczaj to jest zaniedbanie i to najczęściej z powodu wódki.

A teraz — teraz przecież mamy dyplom z picia!

Tak właśnie stało się również w moim życiu. Pozostały mi wyrazy, części zdania, które ujawniają moje wcześniejsze pijaństwo. Pracuję nad ich zwalczeniem, lecz są zbyt mocno zakorzenione. Niemal od początku muszę uczyć się poprawności językowej w niektórych sytuacjach. Mozolna praca „wsteczna”, bo przecież już dawno to przerabiałem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.02
drukowana A5
za 27.78
drukowana A5
Kolorowa
za 49.42