E-book
9.63
drukowana A5
50.87
Nieosiągalne

Bezpłatny fragment - Nieosiągalne


Objętość:
326 str.
ISBN:
978-83-8126-759-5
E-book
za 9.63
drukowana A5
za 50.87

Wstęp

Będąc małymi dziećmi widzimy świat jedynie w jasnych, bardzo jaskrawych barwach. Nie dostrzegamy żadnych ciemniejszych kolorów, wszystko wokół nas zdaje się być idealnie dobre i bezpieczne. Z czasem, gdy zaczynamy dorastać zdejmujemy coraz częściej te barwne, wesołe okulary i dostrzegamy, że coś jest nie tak. Ludzie stają się wobec nas źli, nieraz nawet zupełnie bez powodu, a dzikie zwierzęta rozszarpują się na strzępy, zamiast się ze sobą przyjaźnić, jak w bajkach, które nam czytano na dobranoc. Ten proces przejścia z idealnego dzieciństwa w okrutną dorosłość bywa bolesny, ale jeszcze bardziej bolesne jest przedwczesne odebranie małemu człowiekowi jego dzieciństwa, bezlitosne, nagłe zdarcie mu z nosa kolorowych okularów i zmuszenie go do oglądania szarej rzeczywistości. Próbujemy ochronić dzieci przed tym, tworzymy dla nich w domu małą utopię, pozbawioną zła i niebezpieczeństw. Z czasem dociera do nas, że tylko odseparowanie ich częściowo od reszty świata jest w stanie ich uchronić w pełni przed wszelkiego rodzaju krzywdą. Nie będzie to jednak trwało wiecznie, ponieważ każdy mur obronny z czasem zaczyna się sypać, a my odkrywamy, że w nas samych tkwi zło ze świata zewnętrznego. Przed innymi można uciec, lecz nie przed samym sobą.

Rozdział 1

(rok 2008)

— Pewna jesteś, że możemy ją zostawić samą? — zapytał ojciec moją mamę, wychodząc z domu na przyjęcie.

— Oczywiście. Jayleen ma już 10 lat, raczej nie zrobi nic głupiego. Wie, że nie wolno jej wpuszczać nikogo obcego, a poza tym będzie z nią brat — odparła ze stoickim spokojem, nakładając na dłonie swoje cienkie, ozdobne, czarne rękawiczki.

Spojrzałam z dołu na ojca. Był bardzo wysokim, silnym mężczyzną. Przybrał jak zwykle surowy, przepełniony gniewem wyraz twarzy, napinając się jak struna. Przełknęłam nerwowo ślinę, spuszczając nieśmiało głowę, aby uniknąć patrzenia mu w oczy. Nie próbowałam nic ukryć, po prostu mój ojciec zawsze budził respekt. Twierdził, że tylko tak zyska szacunek ze strony innych ludzi. Nigdy nie okazywał czułości, zawsze był skrajnie chłodny i potwornie zaborczy.

— Postarasz się być grzeczna kochanie, prawda? — zapytała ciepłym głosem mama, gładząc mnie po głowie. Natychmiast się rozluźniłam pod wpływem jej dotyku i poczułam się znacznie pewniej.

— Tak mamo. Obiecuję — odpowiedziałam, ośmielając się w końcu znów spojrzeć w górę na ich twarze.

Ojciec prychnął głośno pod nosem, a ja w reakcji na jego gest wpiłam się palcami w spódnicę matki, jakbym próbowała w ten sposób powiedzieć: „Jestem w strefie mamusi. Nie dosięgniesz mnie tutaj”.

— Chodźmy już, bo zaraz się spóźnimy — poganiał poirytowany spoglądając raz na mnie, a raz na drzwi frontowe.

Mama delikatnie zabrała moją dłoń ze swojej spódnicy uwalniając się z uścisku i wyszła z domu wraz z tatą posyłając ostatni raz w moją stronę kochany, słodki uśmiech. Gdy usłyszałam trzask drzwi wydałam z siebie głębokie, przeciągłe westchnięcie. Trochę bałam się zostawać w domu bez rodziców. Mieszkaliśmy na obrzeżach Denver w dość niebezpiecznej okolicy, tuż przy lesie. Często kręciły się tam jakieś nieciekawe typy. Choć mój o 5 lat starszy brat — Evan był na górnym piętrze nie dodawało mi to wystarczającej otuchy. Ten dom bez mamy stał się jeszcze bardziej obcy i przerażający, niż zwykle. Panowała noc, a to nie jest zbyt przyjazna pora dla dziecięcej wyobraźni. Sięgnęłam niepewnie po telefon swoją chudą, drobną dłonią i wybiłam na klawiszach numer bliskiej przyjaciółki młodszej o rok — Lisy.

— Hej Lisa, mogłabyś przyjść do mnie na noc? Porobiłybyśmy wiele fajnych rzeczy — zaoferowałam, zaciskając dłonie na słuchawce od telefonu.

— Czekaj, zapytam mamy — odpowiedziała, odchodząc na chwilę od telefonu. Po paru minutach wróciła i rzekła — Tak, pozwoliła mi. Przyprowadzi mnie za chwile.

— Ok, super. To do zobaczenia u mnie — pożegnałam się już znacznie promieniejąc na twarzy i odłożyłam słuchawkę na miejsce.

Nieoczekiwanie usłyszałam jak ktoś stawia szybkie kroki, jakby w pośpiechu w dół schodów. Odwróciłam się za siebie i ujrzałam zbiegającego po nich Evana z wzrokiem wbitym we mnie i telefon.

— Kogo zaprosiłaś? — zapytał zainteresowany, podchodząc bliżej.

Evan był średniego wzrostu piętnastolatkiem o krótkich, zmierzwionych blond włosach, piwnych oczach, drobnych ustach, zadartym, wąskim nosie i trójkątnej twarzy. Ja i brat mieliśmy identyczne cechy wyglądu. Gdybyśmy byli tej samej płci wyglądalibyśmy jak ta sama osoba.

— Lisę — odpowiedziałam obojętnie, wymijając go w drodze do kanapy.

— A zapytałaś tatę o pozwolenie?

Zatrzymałam się w miejscu i westchnęłam przeciągle, po czym odwróciłam się do niego i zapytałam niepewnie:

— Myślisz, że się rozzłości?

— Na pewno. Przecież wiesz, że on nie znosi, jak robimy cokolwiek bez jego zgody — wyrzucił z siebie lekko rozgniewany, jakby chciał jeszcze dodać: „Głupia jesteś. Nie znasz naszego taty?”, lecz się powstrzymał od komentarza.

— Trudno — odparłam, wzruszając ramionami — Już ją zaprosiłam i tyle — dodałam stanowczo swoim dziecięcym, piskliwym głosikiem, rzucając się leniwie na kanapę przed telewizorem.

Paręnaście minut później do drzwi zadzwoniła Lisa. Mieszkała dosyć niedaleko, więc droga do mojego domu nie zajęła jej zbyt wiele czasu. Wpuściłam ją z radością do środka, po czym upewniłam się, że dokładnie zamknęłam za nią drzwi. Oglądałyśmy film i grałyśmy w różne gry przez parę godzin, gdy o 22:34 rozległ się dzwonek. Pomyślałam, że może rodzice już wrócili, więc podbiegłam do drzwi, zabezpieczyłam je na wszelki wypadek łańcuchem i otworzyłam je lekko, wyglądając przez szparę. Ujrzałam przed sobą wysokiego, postawnego mężczyznę, ubranego w luźne, czarne spodnie i zapiętą bluzę o tym samym kolorze. Po lekko posiwiałych, brązowych włosach poznałam, że ma pewnie około 40-stu lat. Stał sztywno z dłońmi ukrytymi w kieszeniach bluzy i przyglądał mi się z lekko wytrzeszczonymi w przerażający sposób oczami.

— Są może rodzice? — zapytał swoim grubym głosem, zaglądając znad mojej głowy do wnętrza domu. Z pewnością ujrzał tam przez ułamek sekundy Lisę, ponieważ wzdrygnął się i zaczął mówić z jeszcze większą determinacją:

— Muszę zadzwonić. Mogę wejść do środka? — zapytał, wyciągając gwałtownie z kieszeni swoją wielką dłoń i wsadzając ją w szparę pomiędzy drzwiami, a ścianą. Aż odskoczyłam lekko do tyłu z przerażenia, po czym natychmiast zaczęłam napierać na drzwi, aby je z powrotem zamknąć, lecz nie byłam w stanie, ponieważ wciąż blokował je ręką.

— N-Nie! Proszę odejść! — krzyczałam panicznie, jeszcze silniej napierając na drzwi z przerażeniem.

— Ja chcę tylko skorzystać z telefonu! Wpuść mnie!! — warknął, usiłując dosięgnąć dłonią mojego ramienia, jakby chciał mnie pochwycić.

— Proszę mnie zostawić!!! — wrzasnęłam, gdy w końcu udało mi się odepchnąć od siebie jego rękę i zamknąć z trzaskiem drzwi. Natychmiast zabezpieczyłam je wszystkimi zamkami i oparłam się o nie plecami, próbując uspokoić swój oddech i łomot serca.

Chwilę później Evan zbiegł po schodach na dół, żeby zobaczyć co się dzieje.

— Stało się coś? Słyszałem krzyki — oznajmił, spoglądając raz na mnie, a raz na Lisę, która stała w kompletnym bezruchu w salonie z przerażeniem wymalowanym na twarzy.

— Jakiś pan próbował tu wejść — odrzekłam, już nieco się uspokajając.

— Co?! — zapytał zaskoczony, przyglądając się drzwiom frontowym — Zamknęłaś drzwi na wszystkie zamki? — wyjrzał przez jedno z okien znajdujących się niedaleko od wejścia do domu.

— Tak, zamknęłam — odpowiedziałam, obserwując go jak przechodził z okna do okna.

W końcu przestał wyglądać na zewnątrz i spojrzał na mnie poważnym, karcącym wzrokiem.

— Następnym razem, jeśli ktoś zadzwoni poczekaj, aż ja otworzę drzwi, okej? — zmarszczył brwi surowo.

— Okeeej — wydusiłam z siebie, spuszczając wzrok na dywan.

Evan wrócił do swojego pokoju na górnym piętrze, a ja kontynuowałam zabawę z Lisą. Paręnaście minut później do naszych uszu dotarł trzask stłuczonego szkła. Serce z wrażenia omal nie przestało mi bić. Lisa upuściła pionek z naszej gry planszowej i trzymała wciąż dłoń w powietrzu, jakby ktoś ją zamroził w tej pozycji. Evan od razu zbiegł z powrotem na dół wywracając oczami.

— Boże, co tym razem?! Co zbiłyście? — zaczął się rozglądać nerwowo po pokoju w poszukiwaniu owego przedmiotu.

— Evan… — wypowiedziałam jego imię w ogromnym stresie, aby zwrócić na siebie jego uwagę. Chłopak zmierzył mnie pytającym spojrzeniem, wciąż rozgniewany — To nie byłyśmy my… — oznajmiłam, przekierowując wzrok z twarzy brata na wysoką, ciemną postać zmierzającą w jego stronę od tyłu. Wydałam z siebie natychmiast głośny krzyk przerażenia, a Lisa chwyciła kurczowo moje ramię ze strachu. Zdezorientowany Evan odwrócił się za siebie, gdy właśnie mężczyzna, którego widziałam wcześniej u drzwi uderzył go w głowę kijem bejsbolowym z naszego ogródka. Przypomniałam sobie wtedy o tylnych drzwiach do naszego domu, które były zrobione ze szkła. Mężczyzna musiał je czymś wybić. Evan opadł na ziemię, łapiąc się za obolałą głowę, a ja natychmiast chwyciłam Lisę za dłoń i pociągnęłam ją za sobą w pośpiechu na górne piętro, aby schronić się tam przed włamywaczem, który właśnie przekierował swoją uwagę z mojego brata na nas i ruszył w naszą stronę. Szybko wbiegłyśmy do mojego pokoju, gasząc za sobą światło i schowałyśmy się w szparę pomiędzy łóżkiem, a skrzynią z zabawkami, nakrywając siebie od góry kocem, aby nie było widać naszych głów. Zapadła kompletna cisza. Niczego nie było słychać poza ciężkimi krokami stawianymi w górę schodów i naszymi przyspieszonymi oddechami. Próbowałam się uspokoić, aby nie było nas tak słychać. Włamywacz wszedł w końcu na górę i zaczął stawiać powolne, przepełnione groźbą kroki, zbliżając się do drzwi mojego pokoju. Z każdą, kolejną sekundą coraz bardziej rosła we mnie panika. Czułam się tak, jakby to miały być ostatnie chwile mojego życia. Nieoczekiwanie dźwięk kroków ustał tuż przy moich drzwiach. Zapadła grobowa cisza. Słyszałam tylko łomot swojego serca i głośny, nerwowy oddech Lisy, który raz spowalniał, a raz przyspieszał przy napływach przerażania. Nagle ciszę przerwał gwałtowny huk otwieranych drzwi. Wtedy z wrażenia aż wstrzymałam oddech zaciskając powieki, a Lisa jeszcze głośniej i szybciej zaczęła oddychać. Bałam się, że była zbyt głośna i zdradzi przypadkiem nasze położenie.

Usłyszałam, jak kroki zbliżyły się powoli i ostrożnie do miejsca naszej kryjówki. Lisa już całkowicie popadła w panikę i wydała z siebie niekontrolowany jęk przerażenia. Wtedy znienacka włamywacz odkrył nasze głowy i rzucił koc na podłogę, po czym chwycił moją przyjaciółkę za ramię i szarpnął ją w swoją stronę. Dziewczynka próbowała mu się wyrwać z przeraźliwym krzykiem, który przyprawił mnie o dreszcze. Poderwałam się do góry ze spojrzeniem wbitym w plecy mężczyzny, próbującego pochwycić na ręce wrzeszczącą Lisę. Moje serce zaczęło walić jak oszalałe, obraz rozmył mi się pod łzami paniki zmieszanej z determinacją. Musiałam coś zrobić. Nie mogłam uciec, więc pozostało mi go powstrzymać. W ostatniej chwili zamroczona potężnymi, negatywnymi, rozszarpującymi od środka emocjami sięgnęłam po swój granitowy przycisk do papieru i uderzyłam nim z całych sił oprawcę w tył głowy. Mężczyzna się skulił z bólu, a ja w panice kontynuowałam z rozpaczą wymalowaną na twarzy swój atak ciężkim przedmiotem, aż sprawiłam, że włamywacz całkowicie opadł na ziemię, lecz na tym nie poprzestałam. Dalej biłam go po głowie granitem klęcząc na kolanach, obraz miałam już całkowicie rozmyty przez łzy napływające mi do oczu, wszystko słyszałam tak, jakbym znajdowała się w jakiejś bańce — zagłuszony krzyk przerażenia Lisy, czyjeś szybkie, niewyraźne kroki po schodach zmierzające ku górnemu piętru, aż w końcu obrzydliwy dźwięk pękającej czaszki, gdy coś prysnęło mi na twarz. Byłam tak zszokowana, że z wrażenia w końcu upuściłam granitowy przedmiot na podłogę. Miałam tylko nadzieję na to, że to nie było to, co miałam na myśli, jednak gdy w końcu obraz przed moimi oczami wrócił do normy i spojrzałam na swoje drżące dłonie… Ku swojemu przerażeniu odkryłam, że tak, to była krew! Przekierowałam wzrok na nieruchome, rozluźnione całkowicie ciało mężczyzny. Wtedy miałam okazję po raz pierwszy wyraźnie przyjrzeć się temu, co narobiłam. Nagle przestałam cokolwiek czuć. Nie wiem, czy to nastąpiło w wyniku tak wielkiego szoku, że już moje ciało nie było w stanie go znieść, czy może po prostu byłam zbyt zmęczona, aby jakkolwiek na ten obrzydliwy widok zareagować. Tył głowy oprawcy był całkowicie zmasakrowany. Poczułam, jak coraz silniej uderzają we mnie mdłości. Nieoczekiwanie usłyszałam niewyraźny głos Evana, który coś do mnie krzyczał z przerażeniem. Nie miałam sił nawet podnieść na niego wzroku. Nie wytrzymałam i w końcu zwymiotowałam na martwe ciało i spojrzałam ukradkiem na zapłakaną, stojącą w całkowitym bezruchu Lisę. Poczułam na swoim ramieniu dłoń Evana, która zmusiła mnie do poderwania się na równe nogi.

— Jay! Jay! Jezus, Jay! Jezus!!! — tylko te słowa udało mi się wyłapać z ust brata, gdy potrząsał mną mocno, nie mogąc się uspokoić.

Dalej już nic nie pamiętam. Chyba zemdlałam z wrażenia. Na miejscu kilku kolejnych dni od tamtego wydarzenia pojawiła się głęboka, czarna dziura, ubytek z mojej dziecięcej pamięci. Myślę, że to z powodu traumy. Pamiętam już tylko, jak polecono mojemu tacie, aby zabrał mnie na terapię i faktycznie poszłam na nią parę razy, lecz potem ojciec stał się wyjątkowo wybuchowy, zaczął mnie za wszystko obwiniać, stał się surowy nawet wobec mojej matki, która zawsze próbowała załagodzić sytuację. Jego reakcja mnie ani trochę nie zdziwiła. On zawsze był jak chodząca, tykająca bomba — wiecznie spięty, o chłodnym wyrazie twarzy, wiecznie niezadowolony. To była tylko kwestia czasu, kiedy w końcu miał wybuchnąć. Moje morderstwo przelało jego czarę nienawiści i zawodu. Zaczął mnie nawet raz na jakiś czas zamykać na klucz w ciemnym, przerażającym, starym schowku pod schodami, bo uznał, że „miejsce małych potworów, takich jak ja jest w ciemnościach” i że nie może już dłużej na mnie patrzeć. Słyszałam nieraz przez drzwi, jak mama kłóci się z ojcem o to, żeby przestał mnie traktować jak śmiecia, a on mając już dość jej żalów i pretensji podnosił na nią rękę. Evan nigdy nie ingerował. Zawsze stał jedynie z boku i się przyglądał wszystkim tym sytuacjom. Myślę, że za bardzo bał się ojca, aby cokolwiek zrobić. Siedząc tak w ciemnościach schowka miałam okazję na dużo przemyśleń, ale również przerażających zwidzeń, które były wytworem mojej wyobraźni. Pożerana przez traumę po tamtym tragicznym wydarzeniu, poczucie winy i całkowitą bezradność pozostało mi tylko marnie się pocieszać, że wcale nie postąpiłam niezgodnie z zasadami. Ja tylko zabiłam złego człowieka. On chciał skrzywdzić Lisę, ja go powstrzymałam, a przecież tak robią bohaterowie… Prawda? Zdarzały się w końcu te upragnione chwile, gdy pozwalano mi wyjść ze schowka, abym tylko mogła przekonać się, że przebywanie poza nim nie jest wcale dobre. W nim przynajmniej miałam święty spokój, nie licząc odgłosów mojej bitej matki i jej jęków z bólu i rozpaczy, a poza swoim ukryciem byłam skazana na komentarze ojca, gnębienie i przebywanie pod jego wieczną obserwacją. On zawsze wszystko musiał kontrolować. Nawet, gdy mama przychodziła wieczorem do mojego pokoju, aby pośpiewać kołysankę, która znacznie mnie uspokajała i wpływała wręcz kojąco na mój chaotyczny, paranoiczny umysł. Ojciec co rusz podchodził do drzwi i walił o nie pięścią każąc jej się pospieszyć, ponieważ „nie mógł się skupić na oglądaniu telewizji przez jej wycie”. Jak ja go nienawidziłam. Czasem przyłapywałam samą siebie na wyobrażaniu sobie ojca z rozbitą głową na miejscu tamtego włamywacza, lecz zaraz starałam się pozbyć tych okrutnych, nikczemnych myśli.

— Jay, dlaczego twój tata nas cały czas obserwuje? — zapytała w końcu Lisa, bawiąc się ze mną w ogrodzie. Westchnęłam przeciągle i spojrzałam w okno znajdujące się na górnym piętrze domu, w którym widoczna była surowa twarz mojego ojca, częściowo ukryta w cieniu. Przypominała trochę z mojej perspektywy oblicze jakiegoś ducha, lub nawet demona.

— Po prostu się martwi — skłamałam kontynuując zabawę, jakbym wcale nie była przejęta, czując na sobie jego spojrzenie.

Z każdym dniem mój strach i bezsilność coraz bardziej przeobrażały się w prawdziwą desperację i nieposkromiony gniew. Po pewnym czasie już tylko zależało mi na tym, aby zniszczyć wszystko, czego się bałam, wszystko czego NIENAWIDZIŁAM. To jedno wydarzenie, to jedno morderstwo, moment w którym tata w końcu wybuchł, to wszystko porwało mnie z mojego niewinnego, dziecięcego świata w mrok.

Rozdział 2

(rok 2017)

— Jay, czemu ty się pakujesz? — zapytała zdezorientowana Lisa, która właśnie przerwała zabawę na telefonie komórkowym, aby móc na mnie spojrzeć. Siedziała na moim łóżku, gdy ja tymczasem wciskałam nerwowo część niezbędnych rzeczy do średniej wielkości torby (telefon z nową kartką sim, fałszywy dowód osobisty).

— Mam już 19 lat. Myślę, że to idealny wiek na wyniesienie się z domu — odpowiedziałam tym charakterystycznym dla siebie chłodnym, niewzruszonym tonem.

— Dokąd pójdziesz? Nie boisz się reakcji ojca? — spojrzała na mnie z niepokojem przenikliwie, napinając lekko swoje ciało.

— Póki co prześpię się w jakimś tanim hotelu, a co dalej zobaczy się z czasem. Zarobiłam dosyć sporo pieniędzy, część ukradnę też ojcu — rzekłam z wyuczoną obojętnością, podchodząc do szafki, aby zabrać z niej jakieś ubrania. Tymczasem Lisa wstała gwałtownie z łóżka, zbliżyła się do biurka, na którym leżała moja rozpięta torba i zajrzała podejrzliwie do środka. Przyjaźniłyśmy się od dziecka, więc doskonale mnie znała i wiedziała, że mam tendencję do pakowania się w jakieś niebezpieczne, nieraz niezgodne z prawem sytuacje — stąd jej ostrożność. Lisa z natury była wyjątkowo spokojna i nieśmiała, lecz nasza wspólna tragedia z dzieciństwa sprawiła, że jeszcze bardziej zamknęła się w sobie i już z nikim nie rozmawiała poza mną i paroma innymi, bliskimi osobami.

— Po co ci czarna peruka i fałszywy dowód osobisty? — zaczęła nabierać coraz większych podejrzeń, jeszcze natarczywiej grzebiąc w mojej torbie, gdy nagle zamarła w miejscu. Po dłuższej chwili milczenia wyjęła pistolet — Jay… Co to ma być? — zapytała z głęboką powagą jak matka, która przyłapała na czymś dziecko — Do reszty zwariowałaś?!

Zerwałam się z miejsca i wyrwałam jej broń z dłoni, aby z powrotem wsadzić ją do torby. W odpowiedzi na jej pytanie jedynie posłałam jej ostrzegawcze spojrzenie.

— Jay, proszę… — wymamrotała znacznie łagodniej, odgarniając kosmyk swoich czarnych, długich, prostych włosów za ucho — Nie zrób niczego, co by mogło dla ciebie skończyć się aresztem, okej? — próbowała mi spojrzeć w oczy, lecz opuściłam celowo głowę w dół, unikając wszelkiego kontaktu wzrokowego. Dziewczyna zacisnęła nerwowo swoje wąskie, drobne, blade wargi, wciąż przyglądając mi się uważnie z bliska, aż w końcu dała sobie spokój i wyszła z mojego pokoju szybkim krokiem, trzaskając za sobą silnie drzwiami.

Naprawdę pragnęłam jej powiedzieć o wszystkim, lecz nie mogłam… Nie potrafiłam. Z jednej strony była tak blisko, w zasięgu mojej dłoni, lecz z drugiej mentalnie tak daleko… Byłam jak człowiek spragniony na morzu, z jednej strony woda go niesamowicie kusiła, pobudzając jeszcze bardziej pragnienie, a z drugiej wiedział, że nie może się jej napić, bo umrze. Fizycznie stale przebywałam wśród ludzi, psychicznie byłam całkowicie odizolowana. Wszyscy dostrzegali tę izolację, uważali to za wynik mojej specyficznej osobowości, lecz nie zdawali sobie z tego sprawy, jak bardzo chciałabym się do nich naprawdę zbliżyć. Pragnęłam jakiejś głębszej więzi, lecz coś mnie stale trzymało z dala od ludzi. To było okropne. Łatwiej by było, jakbym była psychopatą i nic nie czuła, lub osobą w pełni zdrową potrafiącą nawiązywać normalne kontakty społeczne, a tak to znajdowałam się pomiędzy jednym, a drugim. Nie nawiązywałam kontaktów z ludźmi, lecz jednocześnie wciąż czułam potrzebę bliskości jak inni.

— A ty dokąd idziesz? — usłyszałam za swoimi plecami gruby, przepełniony grozą głos ojca, gdy zamierzałam właśnie wyjść z torbą przewieszoną przez ramię tylnymi drzwiami domu.

Zmarszczyłam swoje ciemne brwi w gniewie i westchnęłam przeciągle zmęczon

a jego niezmiennym schematem działania. Przeczesałam palcami swoje sięgające do ramion, proste, postrzępione na końcach, pociemniałe blond włosy i w końcu łaskawie odwróciłam się przodem do niego.

— Wyprowadzam się — odparłam stanowczym, niewzruszonym głosem.

— Słucham? — wypluł jeszcze niższym, poważniejszym tonem, unosząc lekko obie brwi do góry. Najwyraźniej nie spodziewał się takiego rodzaju buntu z mojej strony — Głupia! — prychnął — Dokąd myślisz, że się wyprowadzisz? — zapytał, śmiejąc się szyderczo. Udawał rozbawionego moją „naiwnością”, lecz mimo to dało się wyczuć w jego śmiechu cień niepewności.

— O to się już nie martw. Mam załatwione miejsce do nocowania — rozciągnęłam usta w lekkim uśmiechu, przepełnionym jadem.

W trakcie naszej rozmowy zupełnie niepostrzeżenie do salonu wkroczyła mama ze ścierką w dłoni. Najwyraźniej coś przed chwilą sprzątała, jednak przerwała zaniepokojona ostrą wymianą zdań pomiędzy mną, a ojcem. Ubrana była w długą, bordową spódnicę, białą koszulkę z krótkim rękawkiem, na wierzch której zarzucony był szary fartuch, a jej długie, brązowe włosy zostały upięte w niedbałą kitkę. Jak zwykle miała podbite oko i parę głębokich zadrapań na ciele. Wyglądała żałośnie. Nie byłam w stanie zrozumieć, dlaczego nigdy nie zadzwoniła na policję w sprawie przemocy, jaką ojciec wobec nas wszystkich stosował. Nie potrafiłam jej wybaczyć tych wszystkich lat, w trakcie których błagałam ją o pomoc, a ona tylko stała i przyglądała się temu, co mi robił ojciec, bo zbyt bała się, aby cokolwiek na to poradzić.

— Nigdzie nie pójdziesz! Nie masz na to mojej zgody! — powiedział uniesionym tonem ojciec, zagradzając mi drogę.

— A kim ty jesteś, abym potrzebowała twojej zgody?! — krzyknęłam mu prosto w twarz, patrząc w oczy przepełnionym nienawiścią spojrzeniem i bez jakiegokolwiek ostrzeżenia naparłam bokiem na jego klatkę piersiową, aby go staranować. Mężczyzna był dosyć silny i postawny, więc nie dał tak łatwo się zepchnąć na bok. Wdaliśmy się w napiętą, pozbawioną słów szarpaninę. Moja matka jak zwykle stała w bezruchu i przyglądała się tej scenie z niepokojem.

— Nie będziesz mnie tu dłużej trzymać śmieciu! Nie jesteś moim panem, jesteś nic nie wartym gównem!! — zaryczałam ze złości rozrywając mu przypadkowo koszulę. W końcu ojciec nie wytrzymał mojego naporu i poleciał parę kroków do tyłu, uderzając plecami o tył kanapy — Głupiec!!! Nic mi nie możesz zrobić!!

Mężczyzna aż cały poczerwieniał na twarzy ze zniewagi. Wyjął pas ze swoich spodni warcząc ze złości i zaczął nim bić o kanapę w napadzie szału, jakby w ramach ostrzeżenia. Ja wciąż stałam w bezruchu, zupełnie nieporuszona tym widokiem, ze splecionymi ramionami i dumnie uniesioną głową do góry. Ojciec już rzucił się w moją stronę biorąc zamach ręką, w której trzymał pas, gdy nagle odezwał się głos Evana dochodzący ze schodów.

— Przestań! Dosyć!

Chłopak zbiegł na dół z głębokim niepokojem wymalowanym na twarzy i podszedł do nas, stając pomiędzy mną, a ojcem.

— Dosyć — powtórzył, stojąc przodem do tego żałosnego agresora — Odpuść jej, ona się tylko wygłupia. Wcale nie zamierza się wyprowadzić.

— Co?! A właśnie, że zamierzam! — powiedziałam z oburzeniem, podnosząc ton głosu.

— Jay, nigdzie nie idziesz — rzekł surowo Evan, odwracając głowę w moją stronę z irytacją.

— Nie będziecie mi już dłużej rozkazywać — wysyczałam przez zaciśnięte zęby, ruszając w stronę tylnych drzwi nerwowym krokiem.

— Skarbie… — odezwał się cichy głos mamy sprawiając, że znów przystanęłam w miejscu — Nie idź, proszę. Jak będziesz chciała się wyprowadzić to w porządku, ale jeszcze nie teraz. Wszytko w swoim czasie — wyjaśniła najłagodniej, jak tylko była w stanie. Tak naprawdę nigdy nie widziałam jej rozgniewanej. Częściej była zrozpaczona, lub zastraszona, ale nigdy nie rozgniewana. Jej prośba sprawiła, że trochę się uspokoiłam, lecz wciąż byłam przepełniona odrazą wobec swojej rodziny. Pomimo tego znów odwróciłam się przodem do nich i fukając pod nosem wróciłam przyspieszonym krokiem na górne piętro do swojego pokoju, trzaskając za sobą drzwiami. Oczywiście nie zamierzałam tak łatwo im odpuścić. Chciałam po prostu poczekać na odpowiedni moment, gdy będę miała pewność, że nikt mi nie przeszkodzi w mojej ucieczce. Siedziałam zamknięta w swoim pokoju aż do czasu, gdy nastała noc i wszyscy domownicy położyli się spać. Otworzyłam ostrożnie drzwi tak, aby przypadkiem zbyt głośno nie zaskrzypiały i zeszłam powoli po schodach na dolne piętro z torbą przewieszoną przez ramię. Moment, w którym zmierzałam już coraz bardziej do szklanych drzwi prowadzących na ogród miał w sobie coś stresującego i jednocześnie niezwykle ekscytującego. Wiedziałam, że ojciec mógł się obudzić w każdej chwili, gdy tylko usłyszy podejrzany dźwięk dochodzący z salonu. Pomimo to nie traciłam pewności, że cały plan na ucieczkę się powiedzie. W końcu po upłynięciu tej napiętej chwili, która zdawała się trwać nieskończoność dotarłam do szklanych drzwi i pociągnęłam za klamkę, otwierając je na oścież. Chłodny, przyjemny powiew wiatru uderzył w moją twarz, rozwiewając mi włosy do tyłu. Już postawiłam krok na trawie, gdy sobie przypomniałam o Evanie i matce. Gdy ja ucieknę, oni dalej będą męczeni przez ojca. Byłam na nich zła, lecz pomimo tego i tak ich kochałam. Bez względu na to, jak bardzo próbowałam siebie oszukać, że tak nie jest, uczucia zawsze brały nade mną górę. Westchnęłam z rezygnacją i zrzuciłam tymczasowo torbę na trawę, po czym spojrzałam w niewielkie okno pokoju ojca, który mieścił się na piętrze domu. Panowała tam kompletna ciemność, więc nie było szans, abym cokolwiek tam ujrzała, pomimo to wciąż przeszywał mnie lęk, że zobaczę stojącą po drugiej stronie szyby, przyciemnioną twarz taty. Miałam dość jego wiecznej kontroli. Ta nieznośna bezsilność… Ona wyżerała mnie od środka przez cały ten czas. Nie ma gorszego uczucia od bezsilności, gdy zdaje ci się, że już zawsze będziesz ofiarą i bez względu na to, jak ciężko będziesz się starać, ty nigdy nie wyjdziesz z tej klatki. Oni zawsze będą ciebie traktować jak swoją zabawkę, niewolnika, zwierzę. Mój ociec właśnie zawsze taki był. W pracy wiecznie walczący ramię w ramię o wyższe stanowisko, w domu wyżywający się, kontrolujący wszystko, abyśmy my nie zechcieli go zepchnąć na dno, abyśmy przypadkiem go nie zawiedli, skrzywdzili. Tymczasem to ON krzywdził NAS i wiecznie zawodził. Jest takim TCHÓRZEM. Pod każdym jego wybuchem złości krył się olbrzymi STRACH. Doskonale zdawałam sobie z tego sprawę, dlatego w pewnym etapie swojego życia zaczęłam odczuwać nad nim przewagę. Wiedziałam, że potrafię go zniszczyć równie mocno, jak on zniszczył mnie. Za każdym razem, gdy patrzyłam w to jedno okno na samej górze trwoga mieszała się u mnie z ogromną nienawiścią i desperacją. Panowała wokół mnie tak głucha, charakterystyczna dla tej okolicy i pory cisza, że głosy w mojej głowie stały się nieprzyjemnie głośniejsze. Skupiłam swój wzrok na kiju bejsbolowym Evana, opartym o ścianę domu. Dostrzegłam w nim swoją wolność, a także wolność matki i brata. Podeszłam do niego niepewnie i chwyciłam za rękojeść. Przeszył mnie nieprzyjemny, zimny dreszcz. Tej nocy to ja miałam mieć kontrolę nad wszystkim. Oparłam koniec kija bejsbolowego o swoje ramię i wróciłam się z powrotem do domu, ruszając powoli schodami na górne piętro. Z każdym, kolejnym, przebytym stopniem przypominałam sobie kolejne winy swojego ojca, a złość oraz nienawiść rosły we mnie z każdą sekundą. Gdy doszłam na samą górę naszło mnie wspomnienie tego, jak byłam małą dziewczynką i zdarzało mi się, siedząc w schowku pod schodami wyobrażać sobie ojca na miejscu tamtego pana, któremu rozbiłam głowę. Wtedy zazwyczaj wypełniało mnie ciężkie do opisania uczucie, przyjemne, kojące, lecz jednocześnie całkowicie przeze mnie niezrozumiałe. „Dlaczego ta myśl mnie tak bardzo cieszyła?” — wiecznie zadawałam sobie to pytanie.

Podeszłam ostrożnie do lekko uchylonych drzwi pokoju ojca i popchnęłam je delikatnie tak, aby otworzyły się szerzej, a następnie wkroczyłam niczym cień do środka. Ojciec spał spokojnie w łóżku, głośno pochrapując, z jedną ręką zwieszoną bezwładnie, a pod nią leżała przewrócona butelka częściowo wylanej już wódki. Brzydziłam się nim. Przed oczami przeleciały mi znów wspomnienia, jeszcze nie tak dawne jego, poniżającego moją matkę, bijącego ją do nieprzytomności zazwyczaj dlatego, że nie wykonała jakiejś roboty domowej tak, jak było zgodnie z jego myślą, lub nie chciała seksu, gdy on miał na to ochotę. Traktował nas jak zwierzęta! Taki syf jak on nie powinien żyć na tej planecie! Zacisnęłam pod wpływem olbrzymiego, ciężkiego do zniesienia gniewu dłonie na rękojeści kija bejsbolowego, zrobiłam wielki zamach i w nagłym ataku furii zaczęłam bić po głowie ojca, który nawet nie zdążył do końca się przebudzić, a już doznał tak poważnych obrażeń, że stracił przytomność. Nie zamierzałam tak szybko przestać, lecz usłyszałam skrzypienie drzwi dochodzące z korytarza. Wystraszyłam się i natychmiast rzuciłam kij na ziemię oraz ukryłam się w wielkiej, starej, drewnianej szafie, która skierowana była przodem do łóżka. Usłyszałam czyjeś, zbliżające się, ciężkie kroki i świst głęboko nabieranego powietrza do płuc z zaskoczenia. Domyśliłam się, że musiał to być Evan. Zajrzałam przez niewielką szparę pomiędzy drzwiami w szafie. Widziałam brata tylko do pasa, jak przystanął przy łóżku, na którym leżał we krwi nasz ojciec. Chłopak tak stał długo w milczeniu. Nie miałam pojęcia, jakie emocje wyrażał właśnie na twarzy, o czym myślał, a ciekawość nie dawała mi spokoju. Zupełnie niespodziewanie ojciec się ocknął w szoku, łapiąc jak najwięcej powietrza do płuc, jakby wynurzył się z wody. Spojrzał niemrawo na Evana z dołu i wymamrotał o resztkach sił:

— Synu… Jayleen… Mnie zaatakowała. Proszę… Wezwij… Pomoc.

Evan wciąż stał w milczeniu, nie odpowiadając na jego prośbę. Wtedy w oczach mężczyzny nadzieję natychmiast zastąpił niepokój. Chyba nie do końca rozumiał reakcję swojego syna. Nagle wydarzyło się coś, czego nigdy bym nie przewidziała. Evan w jednej krótkiej chwili poruszył się gwałtownie z miejsca, chwycił za kij bejsbolowy, który leżał wtedy na podłodze i uderzył nim z całej siły ojca w głowę, dobijając go. Byłam w szoku. Aż otworzyłam szeroko oczy z niedowierzania po tym, co ujrzałam. To było zupełnie niepodobne do mojego brata. Może i stawał nieraz po stronie matki, jednak mimo wszystko starał się być uległy wobec ojca, a teraz tak po prostu go zabił. Dokończył to, co ja zaczęłam. Evan odłożył kij z powrotem na podłogę i wyszedł z pokoju, pozostawiając drzwi otwarte. Odczekałam dłuższą chwilę, aby mieć pewność, że zamknął się znów w swoim pokoju i wyszłam niezwykle ostrożnie z pomieszczenia, zeszłam na palcach po schodach i wybiegłam z domu tylnymi drzwiami. Chwyciłam za swoją torbę i ruszyłam pędem wzdłuż ulicy w stronę najbliższego, taniego hotelu, jaki mogłam znaleźć. Czułam się tak, jakbym przed kimś uciekała, jakby odpowiedzialność za to, co zrobiłam przybrała postać osoby i mnie goniła przez tę całą drogę. W końcu dotarłam do jakiegoś małego hotelu. Założyłam dość realistyczną, czarną perukę o włosach sięgających do ramion, aby wyglądem pasowała do zdjęcia na moim fałszywym dowodzie osobistym. Wiedziałam, że wpakuję się w jakieś tarapaty, dlatego przygotowałam się w razie czego, gdyby trzeba było ukrywać swoją prawdziwą tożsamość. Udało mi się bez problemu zameldować w hotelu pod fałszywym imieniem i nazwiskiem. Gdy weszłam do swojego pokoju poczułam głęboką, nie do opisania ulgę. Nareszcie znajdowałam się w miejscu, gdzie byłam bezpieczna i przede wszystkim znajdowałam się z dala od rodziny. Starałam się nacieszyć najlepiej, jak tylko mogłam tą pierwszą chwilą prawdziwej wolności w swoim życiu.

Rozdział 3

Następnego poranka, gdy się obudziłam na łóżku hotelowym i rozejrzałam z lekką dezorientacją po pokoju natychmiast przypomniałam sobie, co wydarzyło się poprzedniego dnia. Przez dłuższą chwilę nie mogłam uwierzyć w to, że ja naprawdę to wszystko zrobiłam. Pomyślałabym, że to był tylko sen, gdyby nie fakt, że znajdowałam się poza swoim domem. Wstałam powoli z łóżka, wyszykowałam się do wyjścia i opuściłam swój pokój hotelowy. Gdy wyszłam na zewnątrz budynku intensywne promienie słoneczne uderzyły w moje nieprzyzwyczajone jeszcze do światła oczy, oślepiając mnie chwilowo. Dotknęło mnie głęboko uczucie, jakbym nie znajdowała się już w doskonale znanej mi dzielnicy Denver, lecz jak w jakimś zupełnie innym wymiarze. Właśnie zamierzałam nacieszyć się tą dziwną, lecz zarazem zdumiewającą wolnością, gdy nagle tuż pod hotelem ujrzałam zaparkowany radiowóz i tu moja wolność się skończyła. Drzwi samochodu gwałtownie się otworzyły. Zanim kierowca zdążył z niego wysiąść natychmiast obróciłam się na pięcie tyłem do niego i wyruszyłam żwawym, nerwowym krokiem z powrotem do hotelu, lecz nagle usłyszałam młody, kobiecy głos.

— Proszę pani! — tym słowom towarzyszył trzask drzwi od radiowozu, na dźwięk którego od razu przyspieszyłam — Proszę Pani! — w tym momencie usłyszałam zbliżające się, szybkie kroki, więc w końcu całkowicie przystanęłam w miejscu i odwróciłam się w stronę osoby, która mnie wołała.

Była to średniego wzrostu, wysportowana, młoda policjantka. Miała owalną, delikatnie opaloną twarz, ciemnozielone oczy o pewnym, dominującym spojrzeniu, ciemne brwi, drobny nos oraz wąskie usta, wykrzywione w swawolnym uśmiechu. Swoje średniej długości, ciemnobrązowe, proste włosy miała upięte starannie w idealnie wygładzoną kitkę. Po jej plakietce dowiedziałam się, że nazywa się Shannon Tyler.

— Pani się nie boi, ja chcę tylko zadać parę pytań — oznajmiła przyjaznym, rozbawionym głosem, podbiegając do mnie truchtem. Gdy w końcu miała okazję przyjrzeć się mojej mocno umalowanej twarzy z bliska, w jej oczach pojawił się cień podejrzliwości, lecz zaraz znów przybrały one pogodny wyraz. Cieszyłam się, że nie zapomniałam tego dnia założyć swojej czarnej peruki. Modliłam się w myślach, aby mnie nie rozpoznała — Przepraszam, że zabieram Pani czas, ale wczoraj pewna dziewiętnastoletnia dziewczyna zamordowała kijem bejsbolowym swojego ojca i uciekła z domu. Ostatni raz została złapana na monitoringu ulicznym gdzieś w tej okolicy — machnęła energicznie ręką, wskazując na otaczające nas domy oraz ulicę, przy której stał hotel — Czy widziała może ją Pani? — zapytała nagle poważniejąc i wyjęła z kieszonki swojej błękitnej koszuli moje zdjęcie sprzed paru miesięcy, aby mi je pokazać. Musiała je dostać od mojej matki, lub brata.

— Nie… — urwałam na chwilę udając, że się zastanawiam — Nie kojarzę jej — odrzekłam, kiwając głową przecząco.

Kobieta westchnęła z rezygnacją i schowała z powrotem zdjęcie do kieszeni.

— Rozumiem. No cóż, przepraszam za marnowanie pani czasu — powiedziała rozczarowanym, ponurym tonem, po czym wyruszyła z powrotem do radiowozu.

Gdy wracałam żwawym, zdradzającym stres krokiem do hotelu obejrzałam się jeszcze ostatni raz za siebie i przyłapałam młodą policjantkę na dalszym przyglądaniu mi się zza okna samochodu w nieco podejrzliwy sposób. Natychmiast z powrotem zwróciłam głowę przed siebie udając, że niczego nie widziałam i w końcu wyszłam poza jej zasięg wzroku wchodząc do środka budynku. Wiedziałam już, że nie mogę tam zostać ani dnia dłużej. Postanowiłam spakować swoje rzeczy i wykwaterować się z hotelu. Udałam się pieszo do domu Lisy. Gdy stanęłam przed jej drzwiami na ganku przeszył mnie dreszcz. Bałam się, jak zareaguje na tę całą sytuację. Z pewnością dowiedziała się już o morderstwie. Nacisnęłam niepewnie na dzwonek i odczekałam krótką chwilę, gdy drzwi gwałtownie się otworzyły i stanęła w nich Lisa z takim wyrazem twarzy, jakby się mnie spodziewała już od dłuższego czasu.

— Wejdź — rzekła tonem wyczyszczonym z emocji i wpuściła mnie do środka, po czym zamknęła pospiesznie za mną drzwi upewniając się, że nikt z zewnątrz nas nie zobaczył — Jak mogłaś coś takiego zrobić… Znowu — zagadnęła z rozpaczą i rozczarowaniem, zagradzając mi drogę w korytarzu, jakby skrycie nie chciała mnie głębiej wpuścić — Myślałam, że można ci ufać, że to się więcej nie powtórzy, a ty znów to zrobiłaś! Znów zabiłaś! I to w dodatku w taki sam sposób jak w dzieciństwie: poprzez rozbicie czaszki — zaczęła stopniowo coraz bardziej podnosić na mnie głos, wylewając całą skrywaną dotąd złość — Jesteś chora, powinni byli cię wtedy od razu zabrać do psychiatry… — wypluła z odrazą, po czym zamilkła na dłuższą chwilę z powagą wymalowaną na twarzy, jakby chciała coś jeszcze dodać, lecz nie wiedziała do końca co.

— Niewdzięczna! Gdyby nie ja — ta psycholka, którą nagle zaczęłaś gardzić ty byś już dawno nie żyła! Gdyby nie ja, to ten stary zboczeniec by ciebie wtedy porwał jak byłaś dzieckiem i Bóg wie co by ci zrobił! — krzyczałam na nią z głęboką urazą — Nic nigdy nie rozumiałaś — zmarszczyłam brwi, usiłując powstrzymać łzy napływające do oczu. Nie cierpiałam okazywać słabości nawet najbliższym — Gdy ty po tym całym zdarzeniu spokojnie żyłaś sobie ze swoją idealną rodzinką ja byłam przetrzymywana w zamknięciu, głodzona przez wiele dni, stale bita przez ojca! Nikt nie chciał stanąć po mojej stronie!! — ostatnie słowa wyjęczałam nie mogąc powstrzymać rozdzierającego smutku — Myślisz, że żyjąc w takich warunkach jest łatwo pozostać przy zdrowych zmysłach? — z oczu pociekły mi pojedyncze łzy, lecz szybko je otarłam licząc na to, że pozostały niezauważone.

Nastała głęboka, napięta chwila ciszy. Cała złość ulotniła się z twarzy Lisy w jednej chwili i zastąpiła ją dezorientacja zmieszana z zaskoczeniem.

— Nie rozumiem… Co prawda fakt, byłaś zawsze wychudzona i miałaś pełno siniaków, lecz byłam przekonana, że nabiłaś je sobie bawiąc się. Twój ojciec zawsze wydawał się taki miły, gdy do nas podchodził, jak się bawiłyśmy u ciebie w ogrodzie… — wspomniała niepewnie, spuszczając nieśmiało wzrok.

— Pff! Przez cały ten czas udawał, żeby ludzie nic na niego nie mieli! Prawda jest taka, że raz na jakiś czas pozwalał mi się z tobą bawić nie z troski o moje dobro, lecz o swoją własną reputację. Bał się, że sąsiedzi dostrzegą, jak rzadko pojawiam się poza domem i zaczną coś podejrzewać — wyjaśniłam wciąż targana od środka gniewem, lecz starałam się mimo wszystko nie podnosić już głosu na Lisę.

— No dobrze, ale czy naprawdę nie było innego wyjścia? Czy naprawdę musiałaś go zabić? — spojrzała na mnie wciąż z brakiem przekonania.

Tym razem to ja zamilkłam w chwilowym zastanowieniu, lecz po chwili odezwałam się pewnie:

— Zasłużył sobie na śmierć i tylko to się dla mnie liczy.

Na twarzy Lisy pojawiła się głęboka, nieprzyjemna niechęć, wręcz bym powiedziała pogarda.

— Musisz odpowiedzieć za swoje czyny — rzekła z przekonaniem — Jesteś niebezpieczna, powinni coś z tobą zrobić. Ty naprawdę tracisz nad sobą kontrolę, Jay. Normalni ludzie nie zabijają — dodała z powagą, przybijając mnie wzrokiem do ziemi.

— Widzisz Lisa, „normalność”… — urwałam na chwilę uśmiechając się sztucznie — To pojęcie bardzo względne — dokończyłam, po czym obróciłam się na pięcie i wyszłam pewnym krokiem z jej domu, mając dość tej całej konwersacji.

Dziewczyna wybiegła tuż za mną, a ja widząc to przyspieszyłam jeszcze kroku. Zrezygnowała z dalszej pogoni i zatrzymała się na swojej werandzie, wodząc za mną uważnym wzrokiem.

— Dzwonię na policję, Jay!!! — zawołała za moimi plecami, gdy przekroczyłam granicę jej trawnika — Nie ujdzie ci to płazem, rozumiesz?!! — pogroziła.

Prychnęłam kpiarsko pod nosem, chowając obie dłonie do kieszeni swojej luźnej, dżinsowej kurtki i szłam dalej dumnie przed siebie, nie odwracając się w stronę Lisy ani razu. Idąc tak bez celu wzdłuż ulicy i mijając kolejne domy zastanawiałam się nad tym, co ze sobą zrobić dalej, gdzie się podziać. Miałam zostać w hotelu, lecz tamta policjantka chyba mnie trochę rozpoznała, więc byłoby to zbyt ryzykowne, natomiast u Lisy nie było mowy o zostaniu, ponieważ nasze relacje się trochę („trochę”, to mało powiedziane) zepsuły. Może w sumie postąpiła słusznie zwracając się przeciwko mnie, może faktycznie miała rację. Jestem potworem… Ale ja chcę być potworem, bo wolę być potworem i być silna, niż być niewinna i być słaba. Nie ma gorszego uczucia na Ziemi niż poczucie kompletnej bezsilności. Ono mnie rujnowało i wypełniało mnie każdego dnia coraz większą ilością myśli samobójczych. Odniosłam wrażenie, że samo to paskudne poczucie bycia gorszym i słabszym było bliskie uśmiercenia mojego organizmu, który pragnął z czasem coraz bardziej się poddać. Twój mózg ma zakodowane w sobie, że musisz być silny, bo w przeciwnym razie nie znajdzie się miejsce dla ciebie na świecie. Niewinność jest piękna, to prawda… Sama jej kiedyś broniłam, ale świat jest trochę inny, niż byśmy chcieli, żeby był i nie zdołamy go nigdy zmienić. Mój ojciec myślał, że już zawsze będę słaba, pod jego całkowitą kontrolą, pozbawiona poczucia jakiejkolwiek wartości tak jak wtedy, gdy byłam dzieckiem, lecz któregoś dnia coś się zmieniło. To stało się w dniu, w którym ponownie usłyszałam przez zamknięte drzwi ciemnego schowka kłótnie rodziców, a raczej po prostu ojca krzyczącego na matkę. Tym razem naśmiewał się szyderczo ze mnie, że jestem żałosna, nic nie warta i że nic nie mogę zrobić, nigdy go nie powstrzymam, że już zawsze będzie mógł robić ze mną, co chce. Gdy matka się sprzeciwiała tym słowom z jękiem, wtedy następowały te doskonale znane mi odgłosy bicia i jeszcze głośniejszy jęk, lecz z bólu. Pamiętam, jak dotknął mnie olbrzymi, nie do opisania, rozdzierający gniew i nieoczekiwane poczucie dumy. Wiedziałam, że tkwi we mnie siła, wtedy to dokładnie poczułam. Przez całe moje wychudzone ciało przepłynął silny dreszcz emocji. „Pokażę mu… Jeszcze pokażę… Jeszcze zobaczy z kim zadarł. Myśli, że jest królem?” — syczałam przez zaciśnięte zęby cicho, kiwając się raz do przodu, raz do tyłu jakby coś mnie napadło, po czym wybuchnęłam niekontrolowanym złośliwym, szyderskim śmiechem. Nagle ojciec uderzył pięścią w drzwi od drugiej strony, żeby mnie uciszyć. W wyniku tego zaczęłam jeszcze głośniej się śmiać. W końcu ojciec nie wytrzymał i otworzył szeroko drzwi, chwytając mnie za tył koszulki oraz wyszarpał mnie ze schowka na korytarz. Nieopodal mnie stała wciąż załzawiona, czerwona na twarzy mama. „Czego się śmiejesz smarkulo?!” — wrzasnął na mnie grubym głosem ojciec. Ja na to odpowiedziałam z szerokim, jadowitym uśmiechem na twarzy: „Z ciebie, żałosna gnido. Bóg musiał mieć naprawdę zły dzień tworząc ciebie” Oczywiście, jak można się już domyśleć w następstwie ojciec zaczął mnie okładać pięściami i kopać, a ja tylko dalej się głupawo śmiałam, szepcząc: „Zabiję cię. Zobaczysz, że jeszcze cię zabiję”. Mężczyzna odszedł na chwilę tylko po to, aby poszukać swojego pasa. Wykorzystałam ten moment na spojrzenie matce w załzawione, przerażone oczy. W końcu zapytałam, krztusząc się prawie co słowo: „Po co tu stoisz? Czemu jeszcze nie odejdziesz? Nie widzisz? Nie widzisz do czego to nas doprowadza?” Matka spuściła wzrok zalana wstydem i poczuciem winy. Odpowiedziała: „Musimy się go słuchać. Gdybyś była grzeczna, nie robił by tego” Z jej oczu polały się kolejne łzy. Ponownie zmarszczyłam brwi w napływie gniewu, lecz tym razem skierowanego na nią. Jak mogła jeszcze tak mówić? Nigdy nie sprawiałam problemu, a i tak ojciec się nade mną znęcał. Dobrze wiedziała, że to nie moja wina, a nawet jeśli bym sprawiała kłopot on nie miał prawa mnie bić. Widziałam w niej tchórza, słabe, trzęsące się popychadło, nie posiadające swojego zdania. Brat zawsze jej mocno bronił, lecz ja doskonale wiedziałam, że gdyby naprawdę się postarała, mogłaby sprowadzić pomoc, a ona się nigdy nie starała. Nigdy nie śmiała się przeciwstawić mężowi, nigdy nie stawiała najmniejszego oporu. Zawsze mnie to najmocniej bolało. To, że moja matka, ostatnia osoba, którą kochałam wybierała mojego ojca, zamiast mnie. ON zawsze był ważniejszy… Zawsze.

Nieoczekiwanie z oddali dostrzegłam migające, czerwono-niebieskie światła policyjne, które pojawiły się na horyzoncie ulicy. Po chwili mym oczom ukazała się reszta radiowozu. Natychmiast zeskoczyłam na bok ulicy, chowając się w najbliższe krzaki. Całe szczęście radiowóz po prostu mnie minął, pędząc dalej wzdłuż ulicy. Chyba zmierzał w kierunku domu Lisy. Czyżby faktycznie spełniła swoje groźby i zadzwoniła na policję? Odniosłam wrażenie, że nie ważne, gdzie pójdę radiowozy i tak są niemal na każdym kroku. Pozostanie w Denver byłoby wyjątkowo męczące, przepełnione strachem przed tym, że za rogiem czai się policja. Uznałam, że najlepiej byłoby wynieść się na jakiś czas do jednej z pobliskich miejscowości. Wyruszyłam w stronę głównej ulicy wyjazdowej z Denver, aby spróbować złapać jakiegoś stopa. Obrałam drogę wiodącą przez las, aby nie być zbyt na widoku w razie, gdyby w okolicy znów pojawił się radiowóz. Kiedy dotarłam już do jednej z zatok ulicznych odkryłam, że to miejsce jest już częściowo zajęte przez młodą prostytutkę. Uznałam, że mimo wszystko przystanę tam w niewielkiej odległości od kobiety licząc na to, że może jednak złapię jakiś samochód. Gorzej by było, gdyby pomyśleli przez nią, że ja również jestem prostytutką. Tego dnia samochody o wiele rzadziej przejeżdżały, niż zwykle. Podeszłam do krańca zatoki i wyciągnęłam kciuk do góry za każdym razem, gdy zjawiło się jakieś auto, lecz minęło wyjątkowo dużo czasu, a wciąż żaden kierowca nie chciał się zatrzymać. W końcu częściowo się poddałam, bo ręka już mnie rozbolała od trzymania jej stale w górze. Spojrzałam znużonym wzrokiem na prostytutkę, której również tego dnia się nie szczęściło. Była bardzo niska, miała trochę ciałka, lecz nie wskazywało to jeszcze na otyłość, jej włosy miały średnią długość, były czarne i silnie połyskujące, jakby włożyła w nie tonę lakieru. Ubrana była w wysokie, czarne kozaki, różową mini spódniczkę oraz czarny top na ramiączkach. Po jakimś czasie włożyła sobie papierosa do ust i wygrzebała z torebki zapalniczkę, aby móc go zapalić, lecz przez dłuższą chwilę miała z tym problem z powodu drżących dłoni. Nie było zimno, więc albo musiała na coś chorować, albo drżenie dłoni było skutkiem silnego stresu. Zaczęło mnie trochę to zastanawiać, z jakiego powodu mogłaby być tak zestresowana. Zazwyczaj bym nie zawracała sobie głowy takimi sprawami, jednak wtedy miałam aż zanadto czasu, aby rozmyślać nad problemami prostytutki. Kiedy kobieta w końcu napotkała mój wzrok od razu przekierowałam z powrotem spojrzenie na las przed sobą. Potem nie mając już na czym się skupiać zaczęłam rozglądać się ze znudzenia w poszukiwaniu jakiś interesujących szczegółów w otaczającym mnie obszarze. W końcu dostrzegłam z daleka mały krzyż postawiony tuż przy drodze, po drugiej stronie ulicy. Stało pod nim wiele wypalonych, żółtych zniczy i mały miś przewiązany w szyi żółtą wstążką. Przebiegłam szybko na drugą stronę ulicy, aby móc się temu przyjrzeć z bliska. Wtedy dopiero dostrzegłam przybitą do krzyża, niewielką tabliczkę z napisem: „Spoczywaj moja mała Rosie w pokoju”. Czyżby miał miejsce tam jakiś wypadek, w którym zginęło dziecko? Tak wiele się działo w Denver, a ja o niczym nigdy nie słyszałam, nawet o tych wydarzeniach, które miały miejsce w okolicy, gdzie mieszkałam. Wróciłam z powrotem na zatokę uliczną, gdy nagle zatrzymał się tam jakiś czarny samochód. Wysiadł z niego wysoki, szczupły, dojrzały facet o posiwiałej brodzie i włosach oraz wyjątkowo chłodnym, poważnym spojrzeniu. Podszedł szybkim krokiem do prostytutki, która na jego widok upuściła papierosa z wrażenia i zaczęła lekko drżeć na całym ciele.

— I co? Zarobiłaś coś? — zapytał groźnie, chwytając ją silnie za przedramię.

— Dziś niewiele — wyjęczała cicho, wyciągając z torebki parę banknotów.

Mężczyzna wyrwał jej agresywnie dolary z dłoni i przejrzał je marszcząc brwi w skupieniu.

— Tak mało?! — krzyknął, rzucając banknotami kobiecie w twarz — Jesteś do niczego!! Nawet dupy porządnie nie jesteś w stanie sprzedać! Jesteś nic nie wartą, bezużyteczną pizdą — splunął na nią, a kobieta wykrzywiła twarz w rozpaczy wybuchając płaczem.

— Ja naprawdę robiłam, co mogłam. Ile jeszcze mam się starać?! Oddaję ci zawsze wszystko, co mam! — mówiła zapłakanym głosem.

— Masz przynosić więcej forsy, rozumiesz?! — mężczyzna dalej żywił pretensje, nie zważając na wymówki kobiety. W końcu przestał panować nad swoim gniewem i uderzył z pięści w twarz prostytutkę tak silnie, że aż upadła na ziemię. Mężczyzna na tym nie poprzestał i dalej okładał ją pięściami, a ona błagała go, żeby przestał kuląc się w samoobronie. Poczułam silny przypływ gniewu, zupełnie podobny do tego, gdy ojciec ze mnie szydził i mówił, że zawsze będę pod jego kontrolą. Zacisnęłam obie dłonie w pięści i napięłam całe ciało, prostując się.

— Zostaw ją! — wrzasnęłam, zrzucając z ramienia swoją torbę na ziemię i podchodząc do nich bliżej. Mężczyzna nawet nie zwrócił na mnie uwagi, bo był zbyt zajęty biciem kobiety. W końcu nie wytrzymałam, gdy poczułam kolejną, lecz tym razem nieporównywalnie silniejszą falę gniewu, która całkowicie wyłączyła mój umysł i zmusiła mnie do tego, abym rzuciła się na tego mężczyznę, chwyciła go za oba ramiona i odciągnęła od dziewczyny z ogromną siłą tak, że aż poleciał na plecy. Gdy ujrzałam załzawioną, czerwoną od ciosów twarz kobiety poczułam przez sekundę głęboki żal, lecz zaraz go zastąpił jeszcze głębszy szał skierowany na mężczyznę. On był zupełnie jak mój ojciec. Myślał, że może mieć władze nad nią, że ma prawo ją bić, traktować jak gówno, jeśli nie posłucha. Za kogo on się miał?! Zanim zdołał się poderwać z powrotem do góry natychmiast skoczyłam na niego całym ciałem, przypierając go do ziemi i zaczęłam walić pięściami o jego klatkę piersiową w dzikiej furii, potem w twarz, aż w pewnym momencie do reszty straciłam nad sobą kontrolę i wgryzłam się mu z całych sił w szyję, wydając z siebie zwierzęce ryki. Nie czułam już nic poza tą silną, potężną adrenaliną. Obraz zaczął mi się lekko rozmywać przed oczami, moje ciało wciąż w niekontrolowanym szale zadawało kolejne ciosy, gdy umysł całkowicie się wyłączył. Pamiętam tylko jeszcze, jak słyszałam w tle wrzask przerażenia tamtej prostytutki, a dalej film mi się już urwał. Nastała ciemność. Najgorsze jest to, że nie poprzedziła ją utrata przytomności. Ta ciemność tak po prostu znikąd naszła mnie w trakcie mojego ataku. Nie miałam pojęcia, co się ze mną dzieje.

Rozdział 4

Nagle do mych uszu dotarł odległy dźwięk syren policyjnych. Natychmiast odruchowo poderwałam głowę do góry, nie pamiętając co się stało. Poczułam pod dłońmi pękające pod ciężarem mojego ciała gałązki oraz liście. Podniosłam się powoli na równe nogi i rozejrzałam się po lesie, w którym się znajdowałam nieobecnym spojrzeniem. Przez pnie drzew przebijał się obraz ulicy, więc oddaliłam się tylko trochę od zatoki, na której wcześniej się znajdowałam. Dopiero myśląc o zatoce ulicznej i o tamtej prostytutce powoli zaczęłam kojarzyć poszczególne zdarzenia. W końcu przypomniałam sobie wszystko do momentu, gdy rzuciłam się na tamtego mężczyznę. Gdy zorientowałam się, że syreny policyjne stają się coraz głośniejsze dotknęła mnie nagła panika. Rozejrzałam się nerwowo wokół siebie w poszukiwaniu swojej torby, lecz musiałam ją zostawić na zatoce. Nie mogłam odejść bez niej, tam były wszystkie niezbędne dokumenty. Szybko wybiegłam z lasu, aby poszukać swojej własności. Akurat natrafiłam prosto na swoją torbę, gdy tylko przekroczyłam granicę drzew. Do mych uszu dotarł głośny, kobiecy szloch dochodzący z drugiej strony zatoki, lecz nie chciałam marnować ani chwili na sprawdzenie co się dzieje. Policja miała tam przybyć lada chwila. Chwyciłam pospiesznie ramiączko od swojej torby i wtedy po raz pierwszy zorientowałam się, że całe moje dłonie są ubabrane krwią. Upuściłam torbę z wrażenia i obejrzałam je uważnie. Zaczęłam oglądać całe swoje ciało w poszukiwaniu innych plam krwi. Serce jeszcze mocniej mi przyspieszyło. Znów zamarłam w bezruchu, gdy natrafiłam wzrokiem na całkowicie przemokniętą krwią górę swojej białej bluzki z krótkim rękawkiem. Wyjęłam z torby lusterko i gdy spojrzałam w nie, uderzyło we mnie ogromne przerażenie. Cała moja szyja, usta i dolna szczęka były ubrudzone krwią. Z ust ściekały mi pojedyncze jej stróżki. Splunęłam na ulicę — krew, co gorsza nie moja. Dlaczego miałam usta wypełnione czyjąś krwią? Dlaczego wcześniej nie poczułam na języku tego ohydnego, metalicznego smaku? Nie zdawałam sobie sprawy z powagi tego, co zrobiłam. Nagle dotarło do mnie, jak syreny policyjne stały się przerażająco głośne. Byli już tak blisko, a ja dalej stałam z szokiem wymalowanym na twarzy, cała we krwi. Chwyciłam torbę i popędziłam głęboko w las. Biegłam tak szybko, jakby goniło mnie stado wilków, byleby jak najdalej od ulicy. Mój oddech był niezwykle szybki i płytki, a stres zmieszany z wysiłkiem fizycznym sprawił, że zrobiło mi się gorąco jak w piekarniku. W końcu opadłam na ziemię, próbując opanować swój oddech. Syreny policyjne nagle ucichły, co świadczyło o tym, że dotarli już na miejsce. Zdjęłam z siebie ubrudzoną bluzkę, wyjęłam butelkę wody z torby i wylałam sobie ja na szyję, usta i klatkę piersiową zmywając w ten sposób większość krwi. Schowałam zakrwawione ubranie i przebrałam się w nowe. Dopiero po dłuższym czasie zorientowałam się, że końce mojej czarnej peruki również są mokre od krwi.

— A niech to szlag! Dlaczego akurat peruka?! — wyszeptałam ze złością sama do siebie, zrzucając ją z głowy jednym, energicznym ruchem dłoni. Schowałam ją do torby razem z innymi brudnymi rzeczami, po czym wyruszyłam w głąb lasu. Po pół godzinie las zaczął się przerzedzać i wyszłam na pole. W oddali zobaczyłam dom, a niedaleko od niego wiejską drogę. Niestety zdążył już zapaść zmrok, a jazda autostopem w nocy nie byłaby zbyt bezpieczna. Wszystkie światła w oknach domu były zapalone. Naszedł mnie pomysł, że jeśli zaoferuję właścicielowi pieniądze, to może pozwoli mi u siebie przenocować. Wyruszyłam przez pole do domu i niepewnie zadzwoniłam do drzwi. Usłyszałam po drugiej stronie ciężkie kroki, które zatrzymały się bardzo blisko i tkwiły tak w kompletnej ciszy przez dłuższą chwilę. Nagle drzwi gwałtownie się otworzyły powodując, że aż podskoczyłam lekko w miejscu, a po drugiej ich stronie stał średniego wzrostu, tęgawy, łysy mężczyzna w czarnej, wygniecionej koszuli i ogrodniczkach. Z samego wyglądu oszacowałam, że chyba był w średnim wieku. Mężczyzna zmierzył mnie podejrzliwym spojrzeniem od stóp po głowę, marszcząc brwi nieufnie.

— Dobry wieczór. Przepraszam, że zajmuję Panu czas, ale znalazłam się w nieciekawej sytuacji i potrzebuję pomocy. Nie znam w ogóle tych okolic, zginęła mi gdzieś mapa i całkowicie się zgubiłam. Nie mam gdzie nocować. Chciałam wynająć pokój w hotelu, ale wylądowałam na polu ze swoją marną orientacją w terenie — zaśmiałam się cicho w lekkim onieśmieleniu, zgrywając słodką idiotkę — Czy miałby może Pan jakiś pokój do wynajęcia? Zapłacę ile Pan tylko zechce — oznajmiłam błagalnym tonem, niewinnie patrząc.

Mężczyzna stał przez dłuższą chwilę w milczeniu, wciąż przeszywając mnie niepewnym spojrzeniem, aż w końcu rozpromieniał na twarzy i odpowiedział:

— Myślę, że coś się znajdzie. Wejdź — zaprosił mnie do środka.

Nieśmiało przekroczyłam próg jego domu, zamykając za sobą drzwi. Od razu poczułam przyjemne ciepło i zapach jakiegoś gotowanego jedzenia.

— Dobrze, że się zjawiłaś — oznajmił, podchodząc do mnie bliżej — Takiej ślicznej dziewczynie jak ty mogłoby się stać coś bardzo złego o tej porze — zagadnął dziwnym tonem nieoczekiwanie kładąc swoją dłoń na mojej talii i przyciągając mnie lekko do siebie. Zbyłam trochę jego gest nerwowym śmiechem, odsuwając się na bezpieczną odległość. Chyba powoli zaczęłam żałować tego, że zdecydowałam się u niego zostać. Ten mężczyzna patrzył na mnie w wyjątkowo nieprzyjemny sposób.

— Żyje Pan tu sam, czy z kimś? — zapytałam, usiłując brzmieć na zrelaksowaną.

— Żona nie żyje, a dzieci już są dorosłe, więc się wyprowadziły — odrzekł, prowadząc mnie powoli na górne piętro.

— To musi się Pan tu czuć wyjątkowo samotnie — stwierdziłam nieco obojętnym głosem.

— Nie jest tak źle. Mam wielu dobrych znajomych, którzy mnie odwiedzają — odpowiedział zatrzymując się przy jednych z drzwi na górnym piętrze, po czym otworzył je na oścież i zaprosił mnie do środka.

Była to średniej wielkości, skromna, całkiem przytulna sypialnia z dwuosobowym łóżkiem, wielką szafą i małym biurkiem.

— Oto twój pokój — oznajmił.

Zapłaciłam mu gotówką tyle ile chciał, po czym weszłam od razu do sypialni, zamykając za sobą drzwi na klucz. Noc była wyjątkowo spokojna i głucha. Wyjęłam z torby lustereczko i spojrzałam na swoje odbicie. Nie było widać już jakichkolwiek śladów krwi na moim ciele, za to wyglądałam wyjątkowo ponuro i groźnie. Nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego, że przez cały ten czas marszczyłam lekko brwi ze złości i zaciskałam swoje drobne wargi. Moje piwne oczy mocno pociemniały dodając mi jeszcze bardziej srogiego wyglądu. Odłożyłam lusterko na biurko i rzuciłam się leniwie na łóżko. Dzięki całkowitej ciszy i ciepłej, przytulnej atmosferze od razu udało mi się zasnąć. Następnego ranka obudziło mnie głośne pianie koguta. Podniosłam się powoli z łóżka, przecierając oczy i spojrzałam na zegarek wiszący na przeciwnej ścianie. Była dopiero szósta nad ranem. Wyszłam z sypialni i zakradłam się na palcach do łazienki licząc na to, że nie obudzę właściciela domu. Umyłam się szybko, zrobiłam sobie mocny makijaż planując znów udawać kogoś innego i wróciłam do wynajmowanego pokoju, aby obejrzeć perukę. Co prawda poprzedniego dnia była brudna we krwi, ale zdążyła już wyschnąć, a dzięki ciemnej barwie nie było w ogóle widać przebijającej się czerwieni. Zamierzałam ją ubrać po pożegnaniu się z gospodarzem i opuszczeniu tego domu. Póki co schowałam ją z powrotem do torby i zeszłam niepewnie na dolne piętro. Okazało się, że mężczyzna już od dłuższego czasu nie spał i oglądał telewizję w salonie.

— Widzę, że Pani już wstała — nieoczekiwanie odwrócił się w moją stronę, zanim zdążyłam się przywitać — Ładnie Pani wygląda. Dla kogo tak się Pani wymalowała, jeśli można wiedzieć? — zapytał posyłając mi wyuzdany uśmiech.

— Dla siebie — odpowiedziałam starając się brzmieć w miarę życzliwie — Będę niedługo szła. Dziękuję, za użyczenie mi pokoju.

— Mam taką jedną jeszcze prośbę, zanim pójdziesz — rzekł, podrywając się z wysiłkiem z fotela — Czy mogłabyś jeszcze sprawdzić w stodole, czy konie mają wystarczająco dużo paszy?

— Emm… Jasne — odparłam, a gdy poczułam, jak mężczyzna kładzie dłoń na moim plecach natychmiast ją zrzuciłam i ruszyłam szybkim krokiem do stodoły. Była dosyć duża. Gdy weszłam do środka w mój nos od razu uderzył odór końskiego łajna. Wykrzywiłam twarz w obrzydzeniu i rozejrzałam się uważnie po wnętrzu. Znajdowały się tam boksy z końmi, ciasne klatki wypełnione królikami i wielki, czarny pies przykuty krótkim łańcuchem do ściany. Zwierzę na mój widok zaczęło merdać ogonem w ekscytacji i chciało pobiec w moją stronę, lecz łańcuch zaraz pociągnął go z powrotem do tyłu. Pies nie mogąc się ze mną pobawić zrobił smutne oczy i zapiszczał. Zrobiło mi się go żal. Nie powinien był być przykuty. Tak duże psy potrzebują ruchu. Patrząc na ciasne klatki wypełnione po brzegi królikami można się było domyśleć, że ich właściciel nie dbał ani trochę o komfort swoich zwierząt. Dostrzegłam trochę w nich samą siebie. Czułam dokładnie to, co one teraz. Tą potworną bezsilność, utratę wolności, bezradność. Ludzie są najokrutniejszymi stworzeniami na świecie. Niszczą naturę, zwierzęta, a nawet samych siebie. Są jak chodząca, tykająca bomba. To tylko kwestia czasu, kiedy wybuchną i do reszty zrujnują tę planetę. Współczuję w tym wszystkim zwierzętom. One nic złego tak naprawdę nie zrobiły. Trzymały się od początku naturalnego porządku, a któregoś dnia pojawił się człowiek i zburzył wszystko.

Podeszłam powoli do tego smutnego psa i pogłaskałam go po głowie czule. W końcu nie zważając na reakcję właściciela, gdy się zorientuje puściłam psa z łańcucha. Zwierzę zaczęło biegać wokół mnie z zachwytu i skakać na mnie. Uśmiechnęłam się do niego szeroko, po czym delikatnie zdjęłam jego ciężkie łapy ze swojego brzucha i sprawdziłam, czy konie mają wystarczająco paszy, a pies tymczasem wybiegł na pole. Nagle do stodoły wpadł gospodarz, cały czerwony na twarzy ze złości.

— Ty! — wskazał na mnie palcem — Ty jesteś morderczynią! Widziałem cię przed chwilą w wiadomościach! — powiedział podniesionym tonem.

Zesztywniałam cała na ciele i patrzyłam mu prosto w oczy w całkowitym bezruchu. Nie wiedziałam za bardzo, co począć. Mężczyzna stał przy samym wejściu zagradzając je swoim ciałem. Nie miałam dokąd uciec.

— Zamierzałem zadzwonić na policję, ale pomyślałem, że nie będę się z tym śpieszyć. Skoro już wiem, jaką jesteś szmatą, to może trochę się z tobą zabawię — znów uśmiechnął się w ten obrzydliwy, zboczony sposób, który sprawił, że zaczęło się we mnie buzować.

Wyprostowałam się, unosząc głowę dumnie do góry i spojrzałam na niego z wyższością, mówiąc:

— Nie powinieneś się mnie bać, skoro jestem mordercą?

Zrobiłam parę kroków w jego stronę, aby mu pokazać w ten sposób, że się go nie boję.

— A co mi zrobisz? Nic mi nie zrobisz! — wrzasnął oburzony, jakbym zraniła jego dumę.

Ostatnio zamordowałam silnego, wysokiego mężczyznę gołymi rękoma. Wciąż nie miałam pojęcia, jak ja to dokładnie zrobiłam, ale byłam stuprocentowo przekonana, że nie użyłam do tego jakiegokolwiek narzędzia. Dlaczego więc miałabym sobie nie dać rady z jakimś niskim wieśniakiem, który ledwo wstawał z fotela o własnych siłach?

— Skoro uważasz, że nie mam z tobą szans, to proszę. Droga wolna — odparłam ze stoickim spokojem, otwierając szeroko ramiona w jego stronę na znak, że może atakować.

Mężczyzna parsknął kpiarsko pod nosem i podszedł do mnie szybkim krokiem, chwytając mnie za ramię i obracając tyłem do siebie. Gdy usiłował wepchnąć mi dłoń do majtek wymierzyłam mu jeden, solidny cios łokciem w twarz, wciąż udając opanowanie, choć gniew rósł we mnie z każdą sekundą. Wieśniak skulił się lekko, chwytając za obolały, krwawiący nos i wyjęczał ze złością:

— Ty gówniaro! Ja ci jeszcze pokażę! — znów rzucił się w moją stronę, lecz ja w ostatniej chwili wymierzyłam mu kopniaka w krocze, po czym chwyciłam go za głowę i zadałam mu w nią porządny cios kolanem. Miał być tylko jeden, lecz się zapędziłam i zadałam kolejne, aż nagle facet znieruchomiał i opadł bezwładnie na ziemię. Zbadałam mu tętno wciąż dysząc z emocji — żył, tylko stracił przytomność. Pobiegłam do jego domu, aby zabrać stamtąd swoją torbę, po czym włożyłam na głowę perukę i stanęłam przy krańcu ulicy, aby kontynuować próby schwytania autostopa. Nie sądziłam, że na wiejskiej drodze złapię coś szybko, gdy nagle przystanął w pobliżu jakiś biały samochód osobowy. Podeszłam do niego z głęboką ulgą, że ktoś się zatrzymał. Gdy kierowca opuścił szybę odkryłam, że była to ta sama młoda policjantka, którą widziałam przy hotelu. Z tego, co pamiętałam miała na nazwisko Tyler. Nie była ubrana w mundur, więc musiała mieć wolne godziny od pracy. Mimo wszystko serce mi przyspieszyło na jej widok, bo bałam się, że się zorientuje kim jestem. Już przy pierwszym naszym spotkaniu patrzyła na mnie dość podejrzliwie.

— O, to Pani — uśmiechnęła się do mnie pogodnie — Zabiorę Panią. Dokąd Pani się wybiera?

— Właściwie to postanowiłam wybrać się tak ogólnie na długą wycieczkę po Colorado, aby zwiedzić sobie różne miejscowości. Uznałam, że podróż autostopem będzie bardziej ekscytująca. Dokąd Pani jedzie? — zapytałam schylając się, aby móc spojrzeć w jej ciemnozielone oczy.

— Do Estes Parku — odpowiedziała z zadowoleniem.

— W porządku, to zabiorę się z Panią — uśmiechnęłam się szeroko i wsiadłam na tylne siedzenie jej samochodu — Na imię mi Janet — skłamałam, podając jej dłoń na przywitanie.

Kobieta obróciła się przodem do mnie i z wyjątkowo pogodnym nastawieniem uścisnęła moją dłoń, mówiąc:

— Ładne imię, Janet. Ja jestem Shannon.

Gdy kobieta wyruszyła w drogę starałam się jakoś ją zagadywać, aby nie panowała pomiędzy nami krępująca, cicha atmosfera.

— Z jakiego powodu właściwie jedziesz do Estes Parku? — zapytałam z ciekawości.

— Do rodziny. Moja matka tam mieszka — odpowiedziała, spoglądając na mnie w przednim lusterku — Łapałaś autostopa w bardzo niebezpiecznej okolicy. Dobrze, że na mnie trafiłaś, a nie na kogoś mniej życzliwego — zagadnęła.

— Naprawdę? Nie wiedziałam, że jest to niebezpieczna okolica. Nie jestem stąd, więc nie znam się tak — wzruszyłam lekko ramionami.

— Musisz koniecznie czytać wiadomości. Niedaleko miejsca, w którym stałaś wczoraj został brutalnie zamordowany mężczyzna — rzekła poważniejąc.

— Zamordowany? A wiesz może coś więcej na ten temat? — dopytywałam się z udawanym zainteresowaniem.

Shannon wypuściła ciężko powietrze z płuc i otworzyła szerzej oczy na myśl o tamtym zdarzeniu.

— Dziewczyna potwornie zmasakrowała mu ciało. Odgryzła mu spory kawałek szyi i niemal całą twarz — na te słowa aż się wzdrygnęłam. Kompletnie nic z tego nie pamiętałam. Może to nawet lepiej — Jego ciało było mocno poturbowane i pokryte głębokimi śladami po pazurach — dokończyła opis, po czym ciągnęła dalej, lecz o sprawcy morderstwa — Policja przepytywała świadka tego zdarzenia. Kobieta ujrzała zdjęcie Jayleen Conley i rozpoznała jej twarz. Powiedziała, że to jej sprawka. Teraz Jayleen jest poszukiwana już za dwa morderstwa.

Wpiłam się silnie palcami w siedzenie na myśl o tym, co sama zrobiłam. To stąd miałam tyle krwi w ustach. Zebrało mi się mocno na wymioty, gdy zrozumiałam, że miałam na języku czyjeś fragmenty twarzy i szyi.

— Dobrze się czujesz? — zapytała lekko zaniepokojona Shannon, coraz częściej spoglądając na mnie w przednim lusterku — Zbladłaś na twarzy i masz taki wyraz, jakbyś miała za chwilę zwymiotować — pokiwałam głową przecząco, aby się nie martwiła o mnie — Przepraszam, że tak obrazowo opowiedziałam ci o tym morderstwie. Mogłam oszczędzić ci paru szczegółów — tym razem bez słowa pokiwałam na tak, krzywiąc się na twarzy. Shannon jeszcze bardziej się zaniepokoiła — Wiesz co… Lepiej będzie, jeśli zrobimy sobie chwilowy postój — stwierdziła, zjeżdżając w najbliższą zatokę.

Gdy tylko zatrzymała samochód wypadłam z niego i od razu zwymiotowałam na asfalt. Shannon wyszła tuż za mną i widząc mnie w takim stanie posłała mi przepełnione współczuciem spojrzenie. Zajrzała na chwilę do samochodu, aby wyjąć z niego butelkę wody.

— Proszę — podała mi — Dla przepłukania ust — wyjaśniła.

— Dzięki — powiedziałam z wdzięcznością osłabłym głosem i wzięłam od niej wodę. Trochę głupio było mi płukać gardło i usta przy niej, ale nie wyglądała na ani trochę skrępowaną, lub obrzydzoną.

— Masz wyjątkowo małą torbę, jak na dłuższą wycieczkę. Zazwyczaj widuję ludzi z takimi małymi bagażami, jak szybko zmieniają miejsce położenia. Dlaczego właściwie sama podróżujesz? Nie masz przyjaciół, ani rodziny? — usłyszałam cień podejrzliwości w jej głosie. Wtedy już byłam prawie pewna, że domyśliła się kim jestem.

— Tak po prostu — wzruszyłam ramionami, starając się wyglądać na rozluźnioną i wzięłam łyka wody.

— Na pewno? Jakbyś miała jakieś problemy, to mów. Chętnie pomogę — zagadnęła przyjaźnie.

Myślę, że policjantka nie byłaby najlepszą pomocą biorąc pod uwagę typ moich „problemów”. Chciałam jednak mimo wszystko zrzucić z siebie wszelkie podejrzenia o to, że to ja jestem poszukiwaną morderczynią. Musiałam wymyślić coś, co nadałoby sensu mojej podróży w oczach Shannon.

— Wiesz… Faktycznie mam pewien problem — rzekłam cicho i niepewnie. Kobieta nadstawiła uszu, aby uważnie wysłuchać, co mam jej do powiedzenia — Mój ex nie może się pogodzić z naszym rozstaniem, jest wyjątkowo zaborczy. Groził mi, że jak do niego nie wrócę, to mnie zabije. Spakowałam wszystko, co najważniejsze i uciekłam. Wzięłam nawet ze sobą broń w razie, gdyby mnie odnalazł i zechciał skrzywdzić — opowiedziałam jej tę wymyśloną, lecz bardzo realistycznie brzmiącą historyjkę. Kobieta słuchała w pełnym skupieniu pochmurniejąc.

— Nie myślałaś o tym, aby zgłosić go na policję? — zapytała.

— Zgłaszałam go, ale policja nic nie mogła zrobić — odparłam.

— Powinni byli zająć się tym. Przez to, że policja w tym kraju ignoruje takie przypadki coraz częściej słyszy się o mężczyznach, którzy zamordowali swoje kobiety — powiedziała z wyraźnym gniewem w głosie, lecz po chwili urwała przyglądając mi się w zastanowieniu — Cóż, pojedziemy do Estes Parku, a co dalej to się zobaczy. Na pewno nie zostawię cię z tym samą — oznajmiła.

— Dziękuję, jesteś naprawdę wielka — spojrzałam na nią z głęboką wdzięcznością.

Po krótkiej chwili odetchnięcia wsiadłyśmy z powrotem do auta i wyruszyłyśmy w drogę. Z początku rozmawiałam z Shannon na wiele przeciętnych tematów, potem zaczęła opowiadać mi o różnych ciekawych miejscowościach w Colorado wartych odwiedzenia. Czułam się przy niej na tyle bezpiecznie, że przez ostatnie paręnaście minut drogi ucięłam sobie drzemkę. Gdy dotarłyśmy na miejsce Shannon wysiadła z samochodu, otworzyła drzwi od mojej strony i delikatnie mnie obudziła gładząc po głowie i szepcząc „pobudka”. Poderwałam się do góry, przecierając zaspane oczy i posłałam jej pogodny uśmiech. Po wyjściu z auta rozejrzałam się po okolicy ze zdumieniem. Musiałam się przyzwyczaić do tego, że nie byłam już w Denver.

— Pięknie tu, prawda? — zapytała radośnie Shannon, rozglądając się po pobliskich, słonecznych ulicach, wzdłuż których biegły małe sklepiki.

Faktycznie, była to wyjątkowo malownicza miejscowość, położona w górach pokrytych gęsto lasem, a piękna, słoneczna pogoda tylko dodała jej uroku.

— Gdzie mogłabym znaleźć najbliższy hotel?

Nie mogłam zbyt długo cieszyć się ładnymi widokami, ponieważ wciąż po głowie chodziła mi ucieczka jak najdalej przed policją.

— Na obrzeżach miasteczka znajduje się wielki hotel, w którym jest dosyć tanio jak na jego dobre warunki. Nazywa się Hotel White. Mogę cię tam zabrać teraz, jeśli chcesz — zaoferowała uprzejmie.

— Byłoby mi naprawdę niezmiernie miło — odparłam, uśmiechając się nieśmiało.

Obie z powrotem wsiadłyśmy do samochodu i Shannon podwiozła mnie pod sam hotel, który faktycznie był wyjątkowo duży, jak na tak małą miejscowość i wyglądał jak jakaś bogata rezydencja. Gdy wysiadłam z auta i zaczęłam mu się przyglądać ze zdumieniem Shannon rzekła:

— Wiem, to bardzo dziwne, że taki duży, ładny hotel znajduje się w takiej mieścinie. Ma on przeszło sto lat.

— Dziękuję, że zgodziłaś się zabrać mnie ze sobą. Naprawdę nie wiem, jak ci dziękować — powiedziałam z wyraźną wdzięcznością.

— Nie ma sprawy, to dla mnie drobiazg — puściła do mnie krótkie oczko, po czym zapytała nieśmiało — Mogłabym prosić o twój numer? — napotykając moje zaskoczone spojrzenie dodała — raz na jakiś czas kontaktowałabym się z tobą, aby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.

— Ach… Jasne! — zaśmiałam się cicho, rozbawiona swoimi własnymi skojarzeniami i podyktowałam jej swój numer. Dziewczyna zapisała go w telefonie, jeszcze upewniając się, czy aby na pewno się nie pomyliła.

— No cóż, to do zobaczenia! — pożegnała się promiennie, unosząc dłoń do góry — Na pewno jeszcze się spotkamy.

— Jeszcze raz dziękuję za pomoc! — zawołałam, gdy dziewczyna już oddaliła się w stronę samochodu, lecz zanim wsiadła do środka jeszcze posłała mi ostatni, przyjazny uśmiech.

Westchnęłam głęboko z jednej strony zadowolona z życzliwości Shannon, jednak z drugiej czułam, że sobie na to nie zasłużyłam. Ona była policjantką. Gdyby dowiedziała się, kim jestem natychmiast by mnie znienawidziła, a zresztą słusznie. W końcu jestem potworem.

Rozdział 5

Weszłam niepewnie do hotelu czując się tam trochę, jak kosmitka. Jego wnętrze było wyjątkowo zadbane, eleganckie i utrzymane w dziewiętnastowiecznym stylu. Przy recepcji stały dwie osoby, zawzięcie dyskutując na jakiś temat — atrakcyjna kobieta, wyglądająca na około 40 lat, o srebrzysto-siwych, sięgających za łopatki, lekko falowanych na końcach włosach, ciepłych, szaroniebieskich oczach, wąskim nosie i szerokich, pełnych ustach, ubrana w żółtą, formalną sukienkę oraz młody mężczyzna, o delikatnych, nieco dziecięcych rysach twarzy, kręconych, czarnych włosach, wąskich ustach, drobnym nosie i przenikliwych, niebieskich oczach, ubrany w białą koszulę i czarną marynarkę. Jego skóra była niezwykle blada i dodawała mu trochę porcelanowego wyglądu. Podeszłam niepewnie do recepcji chcąc ich jakoś zignorować, lecz niestety skupiłam na sobie przypadkowo całą ich uwagę. Młody mężczyzna nagle przerwał rozmowę i zwrócił się do mnie łagodnym, przyjaznym tonem:

— Pani do recepcji? — zapytał, lecz bez czekania na odpowiedź rzekł — Już Panią obsługuję — wszedł szybkim krokiem za ladę i otworzył księgę rezerwacji.

Nagle poczułam, jak coś chwyciło mnie za nogę, a do mych uszu dotarło kobiece wołanie z tyłu: „Elodie, wracaj! Nie ładnie zaczepiać obcych!”. Spojrzałam w dół i ujrzałam małą, trzyletnią dziewczynkę o czarnych włosach upiętych w dwie kiteczki, trzymającą mnie za nogawkę od spodni i przyglądającą mi się z dziecięcym zainteresowaniem swoimi brązowymi, dużymi oczami. Mężczyzna zostawił na chwilę otwartą księgę i opuścił ladę, aby wziąć dziecko na ręce.

— Przepraszam za nią. Spodobała jej się Pani — uśmiechnął się szeroko, gładząc dziewczynkę wolną ręką po główce.

— Nic się nie stało — odwzajemniłam uśmiech — Pan jest jej ojcem? — zapytałam z ciekawości.

Nagle do recepcji podeszła szybkim krokiem inna kobieta i weszła za ladę w pośpiechu, mówiąc do mężczyzny:

— Dziękuję Colin, że tu postałeś za mnie przez jakiś czas.

— Nie ma sprawy — odrzekł mężczyzna, którego imię, jak się okazało brzmiało: Colin. Po chwili znów zwrócił się do mnie — Tak, to moja córka, Elodie — gdy to powiedział nieoczekiwanie kobieta w żółtej sukience, która wcześniej z nim rozmawiała spochmurniała. Trochę mnie to zdziwiło, że widok małego, słodkiego dziecka ją zasmucił — Pani przyjechała tu na wakacje? — zapytał, chcąc rozpocząć ze mną rozmowę, gdy tymczasem podeszła do nas, jak z moich obserwacji wynikało jego partnerka, aby wziąć od niego dziecko. Widziałam ją tylko przez chwilę i jedyne szczegóły jej wyglądu, jakie rzuciły mi się w oczy, to były długie, jasnobrązowe, proste włosy, szczupła sylwetka i lekko opalona karnacja.

— Emm… W sumie nie do końca — urwałam na chwilę udając, że w międzyczasie szukam odpowiednich słów, gdy tak naprawdę zastanawiałam się nad tym, co tym razem wymyślić — Przyjechałam, aby załatwić parę spraw ze znajomymi, którzy tu mieszkają — skłamałam.

— Rozumiem — rzekł nieodgadnionym tonem, przyglądając mi się uważnie, po czym wymienił się dziwnie spojrzeniami z kobietą w żółtej sukience, z którą wcześniej prowadził rozmowę — Cóż, życzę skutecznego załatwiania spraw w takim razie — uśmiechnął się, lecz wciąż jego spojrzenie było przepełnione niepewnością, jakby o czymś wiedział i to ukrywał — Mam nadzieję, że zostanie pani na dłużej, jest tu wiele pięknych miejsc wypoczynkowych.

— Na pewno zbyt szybko stąd nie wyjadę — uśmiechnęłam się tak szeroko, że aż sztucznie, po czym zajęłam się rezerwowaniem pokoju. W międzyczasie Colin odszedł od lady, lecz jego dojrzalsza znajoma została i udawała, że rozgląda się po hotelu w zamyśleniu, spoglądając na mnie co chwilę. Gdy przyłapywałam ją na tym, że mi się przyglądała od razu uciekała wzrokiem gdzieś indziej. Odniosłam wrażenie, że jej twarz jest wyjątkowo znajoma. Musiałam ją już gdzieś widzieć i to nie jeden raz, lecz nie byłam w stanie sobie przypomnieć, gdzie.

— Pani również nie jest stąd? — w końcu przełamałam się na tyle, aby zapytać. Nie byłam zbyt towarzyską osobą, więc przejęcie inicjatywy i zagadanie do obcej kobiety było u mnie dość sporym osiągnięciem. Nieznajoma od razu przekierowała na mnie całą swoją uwagę i wyglądała na mocno zmieszaną, wręcz bym powiedziała onieśmieloną.

— Tak, przyjechałam w sprawach biznesowych — oznajmiła, spuszczając wzrok wstydliwie, lecz zaraz znów spojrzała mi głęboko w oczy. Sprawiała wcześniej wrażenie osoby wyjątkowo stanowczej i pewnej siebie, gdy rozmawiała z Colinem. Przy mnie zmieniła się nagle o 180 stopni.

— Proszę, pani klucz do pokoju — rzekła recepcjonistka, podając mi kartę z numerem 16.

— Dziękuję bardzo — powiedziałam, biorąc od niej przedmiot i ponownie zwróciłam się do kobiety w żółtej sukience — Czym się Pani zajmuje? Jeśli można zapytać oczywiście… — dotknął mnie lekki stres. Była dużo starsza ode mnie. Trochę się bałam, że odezwę się w jakiś nieprzyzwoity sposób. Gdy zapytałam ją o zawód recepcjonistka rzuciła we mnie pogardliwym i mocno zaskoczonym spojrzeniem. Zanim kobieta w żółtej sukience zdążyła odpowiedzieć, pani pracująca za ladą ją w tym prześcignęła:

— Jak to? To ty nie wiesz? — zapytała mnie z niedowierzaniem — Prawie wszyscy wiedzą, że Pani Finch stworzyła najbardziej znany i unowocześniony psychiatryk w Stanach Zjednoczonych. Jest milionerką! — mówiła z wyczuwalną ekscytacją w głosie, a Pani Finch (jak się właśnie dowiedziałam) cała poczerwieniała na twarzy, co zresztą wyglądało uroczo.

— Greto, uspokój się — zaśmiała się nerwowo — Nie wszyscy muszą to wiedzieć — dodała lekko poirytowana tym, jak recepcjonistka się wszystkim chwaliła.

Na wieść o tym, że ta kobieta była założycielką jakiegoś wielkiego, super rozwiniętego psychiatryka, a w dodatku była milionerką potwornie się zestresowałam. Nie miałam pojęcia, że do tego hotelu przychodzą tacy ludzie. Co ja tam w ogóle robiłam?!

— A z kim Pani załatwia interesy? — szybko palnęłam, byleby jakoś zmienić temat.

— Z Colinem, którego zresztą przed chwilą miałaś okazję poznać. Współpracujemy ze sobą. Jest hipnotyzerem w moim psychiatryku. Ma wrodzony talent do hipnozy, jego głos potrafi zdziałać prawdziwe cuda! — rzekła z zachwytem, przyglądając mi się uważnie swoim ciepłym, pogodnym spojrzeniem. Sposób, w jaki na mnie patrzyła był tak miły i przenikający w głąb mojego umysłu, że aż chwilami spuszczałam wzrok z zawstydzenia. Cały czas męczyła mnie myśl, że gdzieś na pewno już ją widziałam — nie w gazetach, nie w telewizji, lecz na żywo. Tak bardzo starałam się sobie przypomnieć, gdzie.

— To wspaniale — odpowiedziałam cicho, mocno onieśmielona jej obecnością. Zapadła między nami długa, krępująca chwila ciszy. Kobieta patrzyła mi głęboko w oczy z lekko rozwartymi ustami, jakby oczekiwała czegoś. Dopiero wtedy zauważyłam, jak fizyczna odległość pomiędzy nami się zaskakująco skróciła. Poczułam, jak się rumienię z powodu jej bliskości. Postanowiłam zakończyć tę rozmowę, bo byłam już wystarczająco spięta.

— Muszę już iść. Do widzenia — rzuciłam w jej stronę nerwowo i już zaczęłam się oddalać w stronę swojego pokoju, gdy jeszcze zza pleców usłyszałam jej głos:

— Na pewno się jeszcze spotkamy… Możesz być tego pewna…

To sprawiło, że dziwny dreszcz przeszył moje plecy, a w mojej głowie pojawiło się chwilowe uczucie lekkości, jakbym miała zemdleć. To całe spotkanie było wyjątkowo dziwne… Sposób, w jaki na mnie patrzyła, przybliżała się do mnie, wymieniała podejrzanie spojrzenia z Colinem, gdy rozmawiał na mój temat i jeszcze to najdziwniejsze pożegnanie, jakiego doświadczyłam w życiu. To „możesz być tego pewna” brzmiało bardziej niepokojąco, niż przyjaźnie. Nie znałam tych ludzi i nie miałam pojęcia, dlaczego tak specyficznie się zachowywali. Postanowiłam przestać o tym myśleć i zająć się o wiele ważniejszymi sprawami takimi, jak ukrywanie się przed policją. Weszłam do zarezerwowanego pokoju i rzuciłam swoją torbę na łóżko. Wszystko tam wyglądało staro, lecz jednocześnie niezwykle elegancko. W hotelu było darmowe wifi, więc weszłam na internet w komórce i wpisałam „Finch” w wyszukiwarce. Wyskoczyły mi szczegółowe informacje o świeżo poznanej przeze mnie kobiecie. Były również jej zdjęcia, więc miałam pewność, że to ona. Nazywała się Samantha Finch, miała 43 lata, 19 lat temu bogaci rodzice pomogli jej założyć psychiatryk z wprowadzoną „nowoczesną technologią”, która miała kontrolować całkowicie umysły pacjentów i zachodzące w nich reakcje. Zdobyła wiele tytułów naukowych i dokonała dużo ciekawych odkryć w dziedzinie psychiatrii oraz neurologii. Czytając te informacje poczułam się trochę głupio. Dlaczego taka kobieta, jak ona marnowałaby swój czas na rozmowę z taką smarkulą, jak ja? Nie rozumiałam skąd nagle pojawiło się tyle szczęścia w moim życiu. Najpierw niezwykła życzliwość i pomoc ze strony Shannon, teraz poznanie znanej osoby. Miałam nadzieję mimo wszystko, że na tym moje wrażenia miały się zakończyć, ponieważ popadałam przez nie w coraz większe zakłopotanie. Zdjęłam ze swojej głowy perukę wzdychając z ulgą. Czułam w niej dosyć spory dyskomfort, a w dodatku przy większych upałach głowa mi się pociła. Weszłam pod prysznic i obserwowałam, jak cały mój makijaż spływa z wodą i mydłem. Po odświeżeniu się i przebraniu zamierzałam od razu pójść spać, lecz dokładnie w momencie, gdy położyłam się na łóżku zadzwonił mój telefon. Ależ ta osoba miała wyczucie czasu! Poderwałam się leniwie do góry i sięgnęłam do torby, aby wyjąć z niej urządzenie i odebrać połączenie.

— Halo? — zapytałam ospałym głosem.

— Cześć Janet, mam nadzieję, że nie przeszkadzam — usłyszałam głos Shannon, co sprawiło, że od razu stanęłam na nogi — Jak tam? Zarezerwowałaś już pokój? Wszystko jest póki co okej? — jej troskliwość naprawdę mnie urzekła. Była to druga osoba w moim życiu, tuż po Lisie która dbała o moje bezpieczeństwo.

— Tak, zarezerwowałam już pokój. Wiedziałaś o tym, że jest tu Samantha Finch? — zapytałam, usiłując ukryć swoje ogłupienie i dezorientację.

— Serio?! Nie wiedziałam! No to mnie teraz zdziwiłaś! — rzekła ze szczerym zaskoczeniem — Miałabyś ochotę może jutro się wybrać ze mną na spacer w góry? — zaproponowała.

— Jasne, czemu nie. W sumie i tak nie mam zbyt wiele do roboty jutro — odparłam starając się brzmieć obojętnie, lecz nie mogłam przestać uśmiechać się pod nosem.

— To świetnie! Naprawdę miło mi się spędzało dzisiaj z tobą czas.

— Mi z tobą również — mój głos zdradził całe moje zadowolenie, więc zaraz dodałam — Jestem padnięta. Właśnie wybierałam się spać, więc… Do jutra — pożegnałam się.

— Miłych snów — rzekła pogodnym, słodkim tonem i nie chciała się rozłączać, więc ja musiałam to zrobić.

Opadłam na łóżko uśmiechając się od ucha do ucha z telefonem przyłożonym do piersi. Naprawdę polubiłam Shannon. Tak krótko się znałyśmy, lecz jej osoba była na tyle dobra, że nie dało jej się nie lubić.

Rozdział 6

Następnego poranka, gdy przemywałam sobie twarz usłyszałam pukanie do drzwi mojego pokoju. Serce podskoczyło mi do gardła. Byłam całkowicie nieumalowana i nawet gdybym założyła swoją perukę, to i tak by mnie rozpoznano. Nie otwierając drzwi zapytałam głośno: „Kto tam?” Odpowiedział mi znajomy głos: „To ja, Shannon!”. Uchyliłam lekko drzwi, lecz nie pokazywałam przez szparę pomiędzy nimi swojej twarzy:

— Ja nie jestem jeszcze gotowa. Poczekaj chwilkę, tylko przebiorę się i zaraz do ciebie przyjdę, okej?

— Okej — odpowiedziała i odsunęła się od drzwi na znak, że mogę je zamknąć.

Szybko rzuciłam się do swojej kosmetyczki i wysypałam z niej wszystko, co miałam. W pośpiechu zrobiłam sobie makijaż, po czym nie dbając o posprzątanie swoich kosmetyków założyłam dokładnie perukę i wyszłam z pokoju udając, że jestem w pełni opanowana.

— Hej, już jestem — wydyszałam, opierając się o framugę drzwi.

— Gotowa na naszą wyprawę w góry? — zapytała Shannon, mierząc mnie od stóp po głowę lekko rozbawionym spojrzeniem.

— Tak, możemy iść — odrzekłam, a następnie zamknęłam pokój i wraz z Shannon wyszłam z hotelu.

— Widzę, że nie mogłaś mi się pokazać niewystrojona — zaśmiała się.

— Po prostu pragnę wyglądać jak najlepiej — odpowiedziałam, nieco zmieszana.

Gdyby to jeszcze o strojenie się chodziło, to cała ta sytuacja byłaby nieporównywalnie dla mnie łatwiejsza. Wybrałyśmy się razem pieszo w góry na długi, relaksujący spacer. Dowiedziałam się w trakcie naszej rozmowy, że Shannon ma 25 lat, ma dwie młodsze siostry, od dziecka marzyła o tym, aby zostać policjantką. Gdy jej powiedziałam, że ja pragnęłam być kwiaciarką stwierdziła, że wszystkie kwiaciarki, jakie zna (a jest ich ponoć sporo) są niezwykle wrażliwymi, uczuciowymi osobami i być może ja również taka jestem. Na tym etapie naszej rozmowy trochę się speszyłam, ponieważ Shannon zaczęła już tworzyć obraz w swojej głowie mnie, jako osoby delikatnej, trochę nieśmiałej, wrażliwej, a nijak się to miało do rzeczywistości. Nie chciałam wyjść na fałszywego człowieka, lecz coraz głębiej pakowałam się w kolejne kłamstwa. Czy byłam wrażliwa? Nie wiem, czy można nazwać osobę, która zamordowała dwóch mężczyzn wrażliwą. Zrobiłam to, bo widok ich znęcających się nad innymi kobietami zbyt ranił moje uczucia, lecz wciąż nie wiedziałam, czy można było to przypisać do wrażliwości. Jeśli tak, to zapewne moja wrażliwość musiała występować pod wyjątkowo oryginalną postacią. Gdy dotarłyśmy do strumyka i zrobiłyśmy sobie przy nim chwilowy postój Shannon znów zmieniła temat na policję, co było dla mnie niezbyt przyjemne, ale postarałam się udawać pozytywnie nastawioną.

— Gdy zaczynałam pracować w policji wszędzie przydzielano mi do towarzystwa takiego jednego, również początkującego policjanta. Na imię ma Martin i jest potwornie irytujący. Nigdy nie potrafił zachować powagi i zawsze leciał na przestępczynie, które ścigaliśmy — rzekła przykucając przy strumieniu by odpocząć, a na jej twarzy z każdym kolejnym wspomnieniem zaczęła malować się coraz głębsza irytacja.

— Poważnie? To co on robił w tym zawodzie? — zapytałam zaskoczona i jednocześnie rozbawiona.

— Nasz szef twierdził, że Martin świetnie strzela, będzie idealny do obrony. Faktycznie muszę przyznać, że w niebezpiecznych sytuacjach nie zawodził, lecz jego obsesja na punkcie, jak on to ujął „twardych bab” i masochizm trochę mnie irytowały — odparła, po czym zaczęła przedrzeźniać Martina, aby lepiej zobrazować mi jego osobę — „Hej Shaaaanon, nie chciałabyś mnie ukarać za dzisiejsze złe zachowanie?” — puściła oczko i zrobiła dzióbek z ust tak, jak Martin o którym mówiła, a ja na jej widok nie mogłam powstrzymać się od wybuchnięcia śmiechem. Dziewczyna dalej kontynuowała swoją grę aktorską — „A po co trzymasz ten pasek, Shaaanon? Chciałabyś go użyć na MNIE?!” — zapiszczała z ekscytacji jak mała dziewczynka, stając na jednej nodze ze złączonymi dłońmi i mrugając intensywnie rzęsami. To sprawiło, że dostałam jeszcze większego napadu śmiechu, w wyniku którego aż zaczął boleć mnie brzuch — No! Tak to wyglądało. Na pierwszy rzut oka faktycznie był zabawny, lecz na dłuższą metę jego zachowanie było do tego stopnia irytujące, że aż mało brakowało, a bym naprawdę go zdzieliła tym pasem, lecz nie chciałam przynosić mu zbędnej przyjemności — poruszała palcami u dłoni w geście przegonienia jakiejś niewidzialnej osoby i wykrzywiła usta w odrazie.

— A ma dalej jakąś podejrzaną na oku, czy mu już z czasem przeszło? — zapytałam wciąż uśmiechając się szeroko z rozbawienia.

— Oj ABSOLUTNIE mu nie przeszło! — powiedziała, przewracając oczami — Niestety — dodała, wzdychając ciężko — Tym razem padło na Jayleen — gdy to powiedziała na mojej twarzy pojawił się jeszcze większy grymas rozbawienia — Już zdążył się w niej zakochać — po tych słowach już nie wytrzymałam i parsknęłam ze śmiechu — Poszukiwanie jej traktuje jak wyścig z innymi policjantami. W sumie nie wiem dlaczego tak bardzo zależy mu na byciu pierwszym. Aż strach pomyśleć. Może po odnalezieniu jej zamiast zabrać ją na komisariat ten głupol ją uprowadzi — zasugerowała z zamyślonym spojrzeniem, marszcząc brwi w skupieniu, a ja znów usiłowałam wstrzymać napad śmiechu, lecz bezskutecznie.

— Och, to… To ciekawe — znów parsknęłam, zginając się w pół — To naprawdę bardzo ciekawe — próbowałam uspokoić oddech po ataku śmiechu — Myślę, że Jayleen na pewno by się tego nie spodziewała — wypowiadając te słowa na mojej twarzy pojawił się głupawy uśmiech — Ciekawe, gdzie teraz je… — urwałam, ześlizgując nogę z kamienia, na którym przystanęłam i po nagłej utracie równowagi wpadłam prosto do wody w strumyczku — Jest — dokończyłam ostatnie słowo, siedząc pupą w wodzie ze spuszczoną głową, gdy tymczasem Shannon wybuchnęła śmiechem i od razu podbiegła, aby podać mi rękę. Chwyciłam ją za dłoń i z jej pomocą poderwałam się na równe nogi, po czym wyszłam ze strumyczka niezadowolona, oglądając swoje przemoknięte ubrania — Ach, super. Teraz będę chodziła cała mokra — wyburczałam pod nosem.

— Ze spodniami ci nie pomogę, ale mogę dać ci swoją rozpinaną bluzę, abyś nie chodziła w przemoczonej koszulce — zaproponowała.

— Byłabym naprawdę wdzięczna — odpowiedziałam.

Shannon zrzuciła ze swoich ramion bluzę i użyczyła mi ją. Gdy zdjęłam na jej oczach mokrą koszulkę na jej twarzy pojawił się niepokój. Zaczęła uważnie przyglądać się mojemu ciału. W końcu nie wytrzymała i zapytała:

— Janet… Od czego to masz? — wskazała na parę, pojedynczych blizn na moim ciele, a gdy podeszła znacznie bliżej nagle w jej oczy rzuciły się również blizny idące wokół moich nadgarstków — A to? Wygląda to tak, jakby ktoś zbyt mocno zacisnął sznur na twoich nadgarstkach… Byłaś więziona przez swojego ex? — dopytywała się z powagą, kładąc delikatnie dłoń na moich nagich plecach i schyliła głowę, aby móc spojrzeć mi w twarz, którą usiłowałam w tym momencie ukryć — Mi możesz powiedzieć — starała się wzbudzić moje zaufanie.

Faktycznie to były blizny od zbyt mocno zaciśniętego sznura, a przynajmniej te na moich nadgarstkach. Pozostałe były od bicia przez mojego ojca. Nie zamierzałam powiedzieć prawdy Shannon. Nie mogłam. Musiałam po raz kolejny skłamać. Naprawdę ukrywanie wszystkiego przed nią mnie potwornie bolało w środku. Była tak sympatyczną, godną zaufania osobą.

— Tak, to sprawka mojego ex — odparłam z głębokim przygnębieniem — Ale to już nie ważne — nagle dodałam energiczne, podnosząc w końcu głowę do góry — Uciekłam od niego. Tu mi raczej nie zrobi już krzywdy.

— Nie „raczej”, lecz na pewno. Nie pozwolę mu ciebie tknąć kochana — oznajmiła stanowczym tonem, opierając dłonie o swoje biodra, a mnie jeszcze mocniej zabolało to, jak troskliwa była, a ja wciąż musiałam ukrywać przed nią prawdę.

— Czy możemy już powoli wracać? — zapytałam cicho, wkładając na siebie bluzę Shannon i zapięłam ją do samego końca, aby już żadna z moich blizn nie była widoczna.

— Tak, oczywiście — odpowiedziała, po czym wzięła z ziemi swoją małą torbę przekładaną przez ramię i wyruszyła ze mną z powrotem w kierunku hotelu.

Gdy szłyśmy przez centrum miasteczka dostrzegłam porozwieszane na budynkach listy gończe z moim starym zdjęciem. Natychmiast przyspieszyło mi tętno, a na mojej twarzy pojawił się strach. Shannon od razu to dostrzegła i spojrzała w tą samą stronę, co ja.

— Boisz się Jayleen? — zapytała tonem nie wyrażającym jakichkolwiek emocji.

— Trochę — skłamałam — Tutaj też jej szukają? A ona przypadkiem nie zamordowała w Denver?

— Tak, lecz kobieta, która była świadkiem ostatniego morderstwa twierdzi, że Jayleen próbowała złapać autostopa, co świadczy o tym, że prawdopodobnie nie ma jej już w Denver i być może udała się do pobliskich miejscowości — odpowiedziała profesjonalnym, suchym tonem zapominając chyba, że jest poza służbą. Ciekawiło mnie to, jaka Shannon była w trakcie bardziej niebezpiecznych akcji. Ciężko było mi sobie wyobrazić tak miłą, ciepłą i wyluzowaną dziewczynę jak z broni celuje w drugiego człowieka. Świadomość, że była z zawodu policjantką jakoś słabo mi pasowała do pełnego obrazu jej osoby pomimo tego, iż już raz miałam okazję zobaczyć ją w mundurze. Wyglądała w nim nawet całkiem… Ładnie. Aby moje myśli nie obrały jakiegoś niewłaściwego kierunku zaczęłam nawijać do Shannon o tym, jak uwielbiam lody i jakie są moje ulubione smaki, gdy napotkałam spojrzeniem jakąś przypadkową lodziarnię. W ten łatwy sposób rozpoczęłam całą długą rozmowę, a z tematu miejscowych lodziarni nagle przeszłyśmy na temat włoskich lodów, a potem już ogólnie rozmawiałyśmy o włoskiej kuchni i kulturze. Gdy doszłyśmy do hotelu poprosiłam Shannon, aby zaczekała chwilkę pod budynkiem, a przebiorę się i oddam jej bluzę. Po wejściu do swojego pokoju zmieniłam ubranie, spakowałam swoje rzeczy do torby i zeszłam na dół, aby wymeldować się z hotelu. Musiałam znaleźć inne miejsce tymczasowego zamieszkania. Najbardziej popularny hotel w mieście nie był bezpiecznym schronieniem dla uciekającego przed policją mordercy. Przeraził mnie fakt, że nawet w tej miejscowości mnie szukali. Wyszłam po wymeldowaniu się z hotelu i wróciłam do Shannon.

— Proszę — oddałam jej bluzę — Dziękuję, za pożyczenie jej — rzekłam i wtedy zauważyłam stojącą nieopodal nas pod hotelem panią Finch, paląca papierosa. Kobieta udawała, że skupia się na przestrzeni przed sobą, lecz zerkała na nas co jakiś czas uważnym spojrzeniem. Jej obecność wprawiła mnie w lekki dyskomfort.

— Nie ma sprawy — odparła Shannon uśmiechając się, lecz gdy zauważyła, że miałam przewieszoną przez ramię torbę uśmiech nagle zniknął jej z twarzy — Wyjeżdżasz już? — zapytała nerwowo, mocno rozczarowana.

— Moi znajomi zadzwonili do mnie przed chwilą i powiedzieli, że mój ex jakimś cudem dowiedział się, gdzie jestem. Nie mogę dłużej nocować w hotelu, bo to z pewnością pierwsze miejsce, do którego zajrzy, gdy tu przyjedzie — powiedziałam ze szczerą rozpaczą w głosie. Nie chciałam wyjeżdżać. Brakowało by mi towarzystwa Shannon.

— Twój ex ciebie prześladuje? — zupełnie nieoczekiwanie za moimi plecami odezwał się dojrzały, przyjemny dla uszu głos Pani Finch. Z wrażenia aż podskoczyłam lekko w miejscu i natychmiast odwróciłam się w jej stronę z głębokim zaskoczeniem.

— T-Tak — odpowiedziałam, spuszczając wzrok nieśmiało — Nie może się pogodzić z tym, że go rzuciłam — wyjaśniłam.

Kobieta przyjrzała mi się przeszywającym, skupionym spojrzeniem i rzekła tonem wyczyszczonym z emocji:

— W moim domu letniskowym jest wiele wolnych pokoi. Mogłabyś u mnie zamieszkać na jakiś czas, gdybyś poczuła taką potrzebę. To dla mnie nie problem, a twój ex raczej by ciebie nie znalazł w domu obcej kobiety.

Jej oferta mocno mnie zadziwiła. Dlaczego miałaby w ogóle przejąć się moimi problemami i jeszcze w dodatku oferować mi pomoc? Z jednej strony jej zachowanie było wyjątkowo życzliwe, lecz z drugiej dość nietypowe dla osób takich, jak ona. Nie byłam w stanie zrozumieć, dlaczego postanowiła być dla mnie tak miła.

— To naprawdę bardzo miło z pani strony, ale obawiam się, że nie mogę — odpowiedziałam niepewnie, po czym przekierowałam swoje spojrzenie na Shannon, która była równie zaskoczona, jak ja.

— Dlaczego? Pewna jesteś? Naprawdę to dla mnie nie jest żaden kłopot, a pragnę pomóc — dalej usiłowała mnie przekonać, nieco bardziej stanowczo. Gdy stanęła znacznie bliżej mnie, wtedy dopiero zorientowałam się, jak wysoka jest. Była aż o pół głowy wyższa ode mnie, a stała wtedy w płaskich lakierkach. Rzuciłam Shannon błagalne spojrzenie, aby coś powiedziała, albo dała znak co mam zrobić, lecz ona jedynie wzruszyła ramionami przybierając wyraz twarzy, który mówił: „Mnie nie pytaj, ja nic nie wiem”.

— Hmm? To co, pójdziesz ze mną? — dopytywała się pani Finch nieugiętym tonem, jeszcze bardziej się przybliżając, a gdy dostrzegła wyraźnie zmieszanie na mojej twarzy dodała nieco łagodniej — Nie bój się mnie, ja naprawdę chcę tylko pomóc — zaśmiała się sympatycznie, a jej śmiech brzmiał równie przyjemnie, co jej głos.

— W porządku — w końcu odpowiedziałam, a Shannon słysząc moje słowa uśmiechnęła się szeroko, jakby właśnie tego oczekiwała. Pani Finch również wyglądała na mocno zadowoloną.

— To w takim razie miłego wieczoru życzę — zwróciła się do Shannon — Mam nadzieję, że nie urazi to pani, jeśli ukradnę pani teraz przyjaciółkę — uśmiechnęła się czarująco w stronę dziewczyny, po czym zwróciła się do mnie — Chodź moja droga, zabiorę cię na miejsce.

Gdy pani Finch zaprowadziła mnie do swojego mocno połyskującego się, czarnego jak smoła samochodu jeszcze ostatni raz odwróciłam się w stronę Shannon układając usta w niemej wiadomości: „Pomocy”, a ona uśmiechnęła się głupawo i pomachała do mnie ironicznie, po czym mogłam dostrzec po drżeniu jej klatki piersiowej, że wydała z siebie stłumiony chichot. Po wejściu do auta spiorunowałam ją spojrzeniem przez okno i wystawiłam do niej żartobliwie język. Przez całą jazdę samochodem panowała pomiędzy mną, a panią Finch krępująca, chłodna cisza. Cieszyłam się, że siedzę na tylnym siedzeniu tuż za nią, ponieważ gdybym siedziała z przodu, sytuacja byłaby jeszcze bardziej niezręczna. Tak to przynajmniej nie byłam w zasięgu jej wzroku. Gdy dojechałyśmy na miejsce okazało się, że jej dom letniskowy był średniej wielkości, przeciętnie wyglądającym domem położonym wyżej w górach, z dala od innych posiadłości. Cieszyłam się, że nie była to jakaś willa, lecz zwykły, tradycyjny dom. Czułam się tam naprawdę przytulnie. Pani Finch zaprowadziła mnie na wyższe piętro, aby pokazać mi pokój, w którym mogłam nocować.

— Oto twój pokój. Mam nadzieję, że będziesz czuła się w nim jak u siebie — rzekła, otwierając drzwi na oścież.

Była to dość duża, zachowana w dziewczęcym stylu sypialnia utrzymana w pastelowych, niebiesko-białych kolorach. Była naprawdę śliczna.

— Będę czuła się w nim nawet lepiej niż u siebie — zaśmiałam się, będąc już znacznie mniej spiętą, na co pani Finch uśmiechnęła się ciepło — Ile mam zapłacić za pobyt tutaj? — zapytałam.

— Nie musisz nic płacić — szybko odpowiedziała.

— Nie wypada mi tak nie płacić — stwierdziłam, ponownie popadając w zmieszanie.

— Jak ja mówię, że nie trzeba płacić, to wypada jak najbardziej nie płacić — powiedziała ze zdecydowaniem, wciąż zachowując życzliwy ton głosu.

— W porządku. Naprawdę dziękuję za pomoc. Nie wiem, jak mogę się pani odwdzięczyć — rzekłam nieśmiało zbierając się na to, aby spojrzeć jej prosto w oczy i nie zalać się znów rumieńcem.

— Po prostu otwórz się na mnie, nie bądź taka nieśmiała w moim towarzystwie. Tyle mi wystarczy — odparła wyciągając lekko dłoń w stronę mojej twarzy, lecz zaraz ją opuściła, jakby zamierzała coś zrobić, lecz się w ostatniej chwili rozmyśliła. Przyglądała mi się dłuższą chwilę milcząc, głębokim, ciepłym, lecz jednocześnie coś kryjącym spojrzeniem. W końcu znów się odezwała — Jakbyś czegoś potrzebowała słońce, to mów śmiało. Ja przeważnie przesiaduję na dole. Miłej nocy — uśmiechnęła się szeroko i odeszła, zamykając za sobą powoli drzwi.

Po długim spacerze z Shannon byłam na tyle zmęczona, że od razu przebrałam się w piżamę i tylko poszłam umyć zęby zanim wskoczyłam w końcu do ciepłego, zaskakująco wygodnego, dużego łóżka. Wtulając twarz głęboko w kołdrę poczułam przyjemny, słodki, kwiecisty zapach, jakby była czymś wyperfumowana. Pomimo tak wspaniałych warunków do spania nie byłam w stanie przez długi czas zasnąć. Myślę, że było to spowodowane faktem, iż znajdowałam się w domu letniskowym pani Finch i wciąż nie potrafiłam do tego przywyknąć. Zupełnie nieoczekiwanie usłyszałam, jak drzwi od mojego pokoju powoli się otwierają. Nie śmiałam sprawdzić, kto wchodzi, ani się nawet poruszyć. Po prostu zamknęłam oczy i udawałam, że śpię. Po chwili było słychać spokojne, ostrożne kroki, jakby ta osoba starała się nie robić zbyt wiele hałasu. Poczułam, jak łóżko się zapada tuż obok mnie, co świadczyło o tym, że ktoś właśnie na nim usiadł. Serce mi lekko przyspieszyło. Do mych uszu dotarło ciche, głębokie kobiece westchnięcie. Domyśliłam się, że była to pani Finch, tylko po co zaglądałaby do mojego pokoju w nocy? Nagle poczułam, jak kładzie delikatnie dłoń na mojej głowie, wplata palce w perukę i zaczyna powoli mi ją zsuwać. W tym momencie serce zaczęło łomotać mi w piersi jak oszalałe z napływu paniki. Pani Finch w całkowitym opanowaniu zsunęła całkowicie perukę z mojej głowy. Nastała długa, ciągnąca się w nieskończoność chwila ciszy. Spodziewałam się jakiejś negatywnej reakcji, lecz nie usłyszałam nic. Po jakimś czasie poczułam, jak palce pani Finch wędrują po moich naturalnych włosach i zatapiają się w nich czule, po czym zjeżdżają powoli na całą ich długość wywołując przyjemne dreszcze na skórze mojej głowy. Później kobieta przekierowała dłoń z mojej głowy na policzek i pogładziła go łagodnie, szepcząc z miłością w głosie:

— Moja Jayleen… Nareszcie moja.

Te słowa sprawiły, że poczułam ściśnięcie w żołądku, lecz sama nie wiedziałam, czy z zadowolenia, czy z mocnego zaskoczenia. Z jednej strony nasuwało mi się pytanie: Dlaczego pani Finch pragnęła, abym należała do niej? Choć z drugiej strony cieszyłam się po prostu, że tak ciepła i atrakcyjna kobieta pragnie mnie mieć, jakbym była jakimś skarbem. Nigdy nie czułam się zbyt wartościowa przez całe swoje życie. To był pierwszy raz, gdy doświadczyłam ze strony drugiej osoby takiego pragnienia posiadania mnie i wlało to wiele słodyczy w moje serce. Po siedzeniu obok mnie przez paręnaście minut i przyglądaniu mi się, jednocześnie a to gładząc mnie po głowie, a to po dłoni pani Finch ostrożnie wyszła. Miałam tak wiele mieszanych emocji i myśli w swojej głowie. Teraz to tym bardziej nie będę w stanie zasnąć. Nie mogłam doczekać się poranka. Chciałam zadać jej tyle pytań, zrozumieć dlaczego mnie pragnie, dowiedzieć się, skąd mnie zna i jak mnie rozpoznała pomimo peruki. Nagle mnie olśniło. Właśnie sobie przypomniałam, gdzie widziałam wcześniej panią Finch. Gdy byłam małym dzieckiem i ojciec czasem pozwalał mi się bawić w ogrodzie widywałam nieraz podjeżdżający pod mój płot czarny samochód. Zatrzymywał się, a zza jego szyby obserwowała mnie kobieta w okularach przeciwsłonecznych, potem widziałam tą samą kobietę pracując w lodziarni. Przyglądała mi się długo kupując lody i pytała mnie o zwyczajne rzeczy typu: Jak mi idzie praca, jak mi idzie w szkole itp. Ostatnim razem pojawiła się pod moim domem i rozmawiała z moim ojcem, który wyglądał na mocno rozgniewanego z powodu poruszanego przez nią tematu. Wtedy po raz pierwszy nie miała na sobie okularów przeciwsłonecznych. Jakimś cudem wyczuła, że obserwuję ją przez okno z górnego piętra i spojrzała prosto na mnie swoimi niebieskimi, ciepłymi oczami, uśmiechając się szeroko… To była pani Finch. Tylko o czym rozmawiała wtedy z moim tatą, że był taki wściekły i dlaczego mnie obserwowała przez tak długi czas? Dawniej, gdy nie miałam pojęcia kim jest, była w moich oczach po prostu jakąś dziwną znajomą ojca. Teraz jeszcze mocniej wszystko się pokomplikowało, a w mojej głowie zapanował jeden, wielki chaos, gdy próbowałam do czegokolwiek dojść sama.

Rozdział 7

Rano, gdy wybiła siódma wstałam w końcu z łóżka. Co prawda udało mi się przespać z dwie godziny, lecz było to zdecydowanie za mało dla mojego organizmu. Zrobiłam sobie jak zawsze makijaż, włożyłam perukę i zeszłam w koszuli nocnej powoli na dolne piętro spodziewając się tam pani Finch, lecz nigdzie jej nie było. Zostawiła na stole w salonie wiadomość, która brzmiała: „Musiałam wyjść wcześniej. Jak będziesz szła do miasta, to poinformuj mojego ogrodnika, że wychodzisz. Mam nadzieję, że dobrze CI się spało ostatniej nocy. Wiem, kim naprawdę jesteś. Nie martw się, nie zdradzę cię policji”. Na końcu ostatniego zdania postawiona została uśmiechnięta buźka, na co prychnęłam z rozbawienia. Po tym, jak Shannon dzwoniła do mnie na telefon komórkowy zapisałam sobie jej numer i postanowiłam się z nią skontaktować. Miałam nadzieję, że już wstała. Po wybiciu jej numeru i długim czekaniu w końcu odebrała.

— Halo? — odezwał się jej zaspany głos. Prawdopodobnie ją obudziłam, czego tak bardzo chciałam uniknąć.

— Hej, Shannon. To ja, Jayleen. Chciałabyś dziś wyjść ze mną na miasto? — zapytałam niepewnie bojąc się, że będzie na mnie rozgniewana za tak wczesne wydzwanianie.

— Eee… — zamilkła na chwilę w niemrawym zastanowieniu — Jasne! — nagle odpowiedziała energicznie, jakby właśnie co dopiero się przebudziła — Znaczy… Rano nie mogę, bo muszę pomóc mamie przy remoncie domu, ale wieczorem z wielką przyjemnością się z Tobą spotkam. Możemy pójść do klubu, jeśli chcesz — zaproponowała.

Nie przepadałam za miejscami takimi, jak kluby, lecz będąc w towarzystwie Shannon wszędzie było mi dobrze.

— Okej. To jak będziesz miała już czas, to zadzwoń i jakoś się umówimy — odparłam promieniejąc.

— W porządku. A jak tam w ogóle u pani Finch? — zapytała takim tonem, jakby nocowanie u tej kobiety było czymś zobowiązującym.

Miałam ogromną ochotę opowiedzieć jej o wszystkim, co zaszło ostatniej nocy, lecz nie mogłam, ponieważ kręciło się to głównie wokół mojej prawdziwej, ukrywanej tożsamości. Tak bardzo żałowałam wtedy, że nie mogłam się przed nią wygadać.

— Naprawdę dobrze. Odniosłam wrażenie, że pani Finch mnie bardzo polubiła — rzekłam starając się zdradzić choć małą namiastkę tego, co naprawdę się wydarzyło — Jest wyjątkowo ciepła — dodałam, uśmiechając się szeroko.

— Cieszę się, że pozwoliła ci spać u siebie. Gdyby nie to, pewnie byś wyjechała i mnie tu zostawiła — powiedziała z wyczuwalną urazą w głosie.

— Przecież wiesz, że to z powodu ex. Ja naprawdę nie chcę ciebie zostawiać — przekonywałam ją szczerze.

— Wiem, wiem. Tak się droczę — wydała z siebie stłumiony chichot — Dobra, ja będę kończyć. Później się jeszcze z tobą skontaktuję — pożegnała się pogodnie i zakończyła połączenie.

Opadłam na kanapę wypuszczając z długim świstem powietrze z płuc. Na szklanym stole stojącym naprzeciw mnie leżały gazety z wiadomościami. Wśród nich niektóre miały pozaznaczane czerwonym markerem nagłówki mówiące o moich zbrodniach. Zaczęłam rozglądać się po pokoju w głębokim zamyśleniu, gdy nagle natrafiłam spojrzeniem na zdjęcie, stojące w ramce na stoliczku obok telewizora. Podeszłam bliżej, aby móc mu się lepiej przyjrzeć. Była na nim pani Finch, obejmująca jakąś małą dziewczynkę z szerokim uśmiechem na twarzy. Wyglądała na dwadzieścia parę lat, jej włosy miały ciemny odcień blondu, natomiast dziewczynka, która zapewne była jej córką wyglądała na co najwyżej sześć lat, miała bardzo jasne, długie blond włosy upięte w kitkę z prostą grzywką opadającą na czoło. Teraz prawdopodobnie była już dorosła, albo gdzieś tak w moim wieku. Pod ramką ze zdjęciem leżała broszka w kształcie żółtej, uśmiechniętej buźki o czarnych konturach. Na jej tyle było napisane imię Rosie. Odłożyłam przedmiot na miejsce i udałam się przez tylne drzwi do ogrodu, aby poinformować starszego mężczyznę pracującego tam, że wychodzę. Ogrodnik przytaknął i przekazał mi, że pani Finch prosiła mnie o to, abym przypadkiem nawet nie myślała o wyprowadzeniu się od niej tego dnia. Chciała, abym została u niej na dłużej. Gdy mężczyzna przekazywał mi tę informację miał taki wyraz twarzy, jakby o wszystkim już wiedział i znał moją prawdziwą tożsamość. Być może pani Finch mu powiedziała. Pożegnałam się z ogrodnikiem i wyszłam do miasta. Poprzedniego dnia w trakcie spaceru z Shannon przechodziłyśmy akurat obok jej rodzinnego domu, więc wiedziałam już, gdzie mieszka. Postanowiłam ją odwiedzić, aby pomóc jej przy remoncie. Gdy zadzwoniłam do drzwi otworzyła mi jej mama. Przedstawiłam się, a zaraz przy wejściu pojawiła się również Shannon. Była mocno zaskoczona moim nagłym zjawieniem się, lecz jednocześnie bardzo się ucieszyła, że ona i jej mama będą miały dodatkowe ręce do roboty. Dzień upłynął niezwykle szybko, a remont z Shannon był wbrew pozorom bardzo przyjemnym spędzeniem czasu. Wieczorem, gdy zapadł zmrok obie wyszłyśmy do miejscowego, małego klubu. Głównie rozmawiałyśmy tam ze sobą przy piwie, lecz po dłuższym czasie Shannon udało się wyciągnąć mnie na parkiet. Pomimo tego, iż nie przepadałam zbytnio za tańcem świetnie się z nią wtedy bawiłam. Wszystko układało się świetnie do momentu, gdy wyszłyśmy z klubu. Pod samym wejściem stała grupa młodych, wysokich chłopaków palących papierosy i wybuchająca co parę minut głośnym, irytującym śmiechem na jakiś marny żart. Na nasz widok zaczęli wołać i wyciągać ramiona w naszą stronę zapraszająco. Usiłowałyśmy ich ignorować, lecz po chwili cała ich grupa podeszła do nas bliżej i nas nieprzyjemnie otoczyła. Jeden z chłopaków zaczął proponować nam niby przyjaźnie, czy nie zechciałybyśmy z nimi pójść na piwo, lecz Shannon delikatnie odmawiała, próbując się przez nich przecisnąć. Chłopak nie odpuszczał i zaczął coraz bardziej nerwowo nalegać do tego stopnia, że chwycił moją towarzyszkę za nadgarstek i przyciągnął do siebie. Ten gest mocno mnie rozgniewał tym bardziej, że Shannon wyraźnie nie życzyła sobie jakiegokolwiek kontaktu fizycznego z nim. W końcu popchnęłam go do tyłu agresywnie, aby puścił dziewczynę, a on w odpowiedzi próbował się potem dobrać do mnie, co ja zaraz przeobraziłam w jedną, wielką szarpaninę. Jego kumple zaczęli krzyczeć na mnie i usiłowali mnie odciągnąć od chłopaka, gdy rzucałam się na niego z pazurami. Nagle nie wiadomo skąd pojawił się młody, wysoki, postawny policjant o ciemnych, krótkich, gęstych włosach i drobnej, nastoletniej twarzy. Od razu zainteresował się całym zajściem, a gdy ujrzał mnie akurat w momencie, gdy atakowałam tego nieznajomego, chwycił mnie szybko od tyłu za oba ramiona i odciągnął od niego. Chłopacy widząc, że już nic im nie mogę zrobić, bo byłam przytrzymywana przez policjanta zaczęli się ze mnie śmiać i szydzić.

— Co tu się dzieje?! Dlaczego wdaliście się w walkę? — zapytał mocno rozgniewany oficer, patrząc z głęboką niechęcią w oczach na roześmianych chłopaków.

— Ja nie wiem proszę pana, my nic nie zrobiliśmy — usprawiedliwiał się nieznajomy, którego wcześniej zaatakowałam, unosząc obie dłonie do góry w geście niewinności — To ta dziewczynka jest jakaś agresywna. Rzuciła się na mnie zupełnie bez powodu — wskazał na mnie dłonią leniwie.

— Oni się do nas dobierali! — wrzasnęłam mocno rozjuszona, próbując się wyszarpać policjantowi.

— „Nas” — zapytał zaskoczony, najwidoczniej wcześniej nie zauważając mojej towarzyszki. Gdy w końcu rozejrzał się uważnie po obecnych dostrzegł Shannon — Shannon! — zawołał radośnie– Co ty tutaj robisz?! — zapytał z ekscytacją.

Dziewczyna wcześniej stała za nami, więc również dopiero teraz zorientowała się, z kim ma do czynienia.

— Martin?… — spojrzała na niego z zaskoczeniem i ledwo dostrzegalnym rozczarowaniem — Ja wzięłam urlop na parę dni, a co TY tutaj robisz? Nie powinieneś być teraz w Denver? — uniosła jedną brew do góry z poirytowanym spojrzeniem. Zaczęłam powoli kojarzyć, że był to ten sam policjant, o którym opowiadała mi wcześniej Shannon.

— Nie. Poprosiłem szefa, aby pozwolił mi szukać Jayleen w pobliskich miastach i się zgodził — odpowiedział przymykając oczy w radości, jak małe dziecko, po czym spojrzał na mnie z lekką dezorientacją — To twoja znajoma? — zapytał Shannon.

— Tak, to jest Janet — przedstawiła mnie swojemu koledze z pracy, który dopiero wtedy mnie wypuścił z objęć i obrócił przodem do siebie.

— Miło mi ciebie poznać, Janet — podał mi dłoń na przywitanie — Trochę mi głupio, że poznaliśmy się w takich okolicznościach — potarł sobie wolną dłonią kark, spuszczając na chwilę wzrok w zmieszaniu. Gdy ponownie mi się przyjrzał nagle w jego oczach dostrzegłam przebłysk rozpoznania, jakby ujrzał kogoś znajomego — Chwileczkę… — rzekł, wyciągając z kieszeni swoich spodni jakąś zmiętoloną kartkę, po czym rozłożył ją i jak się okazało, był to list gończy przedstawiający mnie. Przystawił go do mojej twarzy spoglądając raz na zdjęcie, a raz na mnie skupionym spojrzeniem — Jesteś zadziwiająco do niej podobna — w końcu znów się odezwał, lecz tym razem o wiele niższym i poważniejszym głosem. Schował z powrotem do kieszeni list gończy i kontynuował analizę mojej twarzy swoimi oczami, pocierając brodę w głębokim zastanowieniu. Shannon przyglądała się tej całej sytuacji ze skamieniałą twarzą, jakby nie wiedziała, jak ma zareagować. Gdy na nią patrzyłam zupełnie nieoczekiwanie Martin zdarł jednym ruchem perukę z mojej głowy. Wzdrygnęłam się mocno z zaskoczenia chwytając się za naturalne włosy. Nie przypuszczałam, że mężczyzna posunie się do tego, aby pociągnąć za moją perukę. Shannon widząc to, aż odskoczyła lekko do tyłu z ustami zakrytymi obiema dłońmi. Jedynie Martin wydał z siebie głośny okrzyk zadowolenia:

— Tak! Tak, wiedziałem! Wiedziałem, że ciebie tutaj znajdę! JAYLEEN! — wzniósł obie pięści ku niebu z radości, a następnie ujął delikatnie moje dłonie, na co cofnęłam się jeszcze parę kolejnych kroków do tyłu, aby znaleźć się jak najdalej od niego.

— Ty… — wyjęczała Shannon marszcząc brwi w rozpaczy, po czym zsunęła w końcu dłonie ze swoich ust — Nie wierzę… Jak mogłaś mnie przez cały ten czas okłamywać? — wycisnęła z siebie z głęboką urazą w głosie — Ty przez cały ten czas… — podeszła do mnie bliżej, a jej twarz wykrzywiła się w jeszcze większym smutku — Uciekałaś przed policją, a nie przed jakimś wymyślonym ex — dodała i wyglądała tak, jakby zaraz miała wybuchnąć płaczem, lecz ani jedna łza nie pociekła z jej oczu — Jak mogłaś mnie tak wykorzystać — wypluła czerwieniejąc na twarzy jak burak, a smutek nagle przeobraził się u niej w złość.

Stałam ze spuszczoną głową w całkowitym bezruchu, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa. Byłam całkowicie zalana wstydem. Naprawdę polubiłam Shannon, miałam ochotę jej wyjaśnić wszystko, lecz z drugiej strony zdawałam sobie doskonale sprawę z tego, że i tak to nic nie zmieni. Ona już wie, że to ja zamordowałam tych mężczyzn. Już nic nie będzie między nami takie, jak na początku naszej znajomości. Z przyjaznej, słodkiej Janet w jednej sekundzie, gdy peruka została zerwana mi z głowy stałam się dla Shannon potworem, mordercą… Jayleen. Dziewczyna zmarszczyła brwi w narastającym gniewie, odpięła kajdanki od pasa Martina i skuła mnie w nie patrząc mi w oczy przeszywającym, surowym spojrzeniem.

— Jayleen Conley, jesteś aresztowana za morderstwo — powiedziała drżącym głosem, po czym dała znać ruchem dłoni Martinowi, aby się mną zajął.

— I za atak na Johanie Akerman — dodał, chwytając mnie silnie za przedramię. Gdy Shannon rzuciła mu pytające, zaskoczone spojrzenie wyjaśnił — Do szpitala trafił niedawno mężczyzna z poważnym urazem głowy. Twierdził, że Jayleen go zaatakowała, gdy wynajmował jej pokój. W jego sprawie również będzie toczyć się proces sądowy.

— Pewnie byłoby jeszcze więcej ofiar, gdybyś jej nie zatrzymał pod klubem, gdy zaczęła szarpać się z tamtym chłopakiem — prychnęła gniewnie Shannon, patrząc na mnie, jak na małe dziecko, które sobie mocno nagrabiło.

— Co z nią teraz zrobić? — zapytał nieco zdezorientowany Martin.

— Zabierz ją do radiowozu. W końcu musiałeś tu czymś przyjechać — odpowiedziała chłodno — Zaraz zadzwonimy na komisariat w Denver, aby zapytać się szefa, gdzie ją przywieźć.

— Ach tak, racja — spuścił wzrok, uśmiechając się wstydliwie — Radiowóz, no tak.

Mężczyzna zabrał mnie do radiowozu, który stał jak się okazało na poboczu ulicy, tuż za rogiem klubu. Zamknął mnie w środku pojazdu, skutą w kajdanki, a sam przystanął przy oknie wraz z Shannon wydzwaniającą właśnie z telefonu komórkowego na komisariat policji. Po długiej, nerwowej rozmowie rozłączyła się i wsiadła na miejsce kierowcy. Zdezorientowany Martin usiadł z przodu, obok niej i gdy kobieta odpaliła silnik zapytał:

— Co powiedzieli? Gdzie jedziemy?

— Jedziemy do Denver. Chcą, abyśmy ją tam zawieźli — odrzekła stanowczo.

— Teraz? — westchnął Martin z głębokim rozczarowaniem — To półtorej godziny jazdy. Jest już późno, nie chce mi się tam jechać — zaczął marudzić jak małe dziecko — A skoczymy chociaż po drodze do McDonalda? — zapytał energicznie.

— Nie, Martin. Nie będziemy zatrzymywać się przy McDonaldzie, nie mamy na to czasu — powiedziała Shannon z rosnącą irytacją.

Mężczyzna zaburczał pod nosem z oczami wywróconymi ku górze z niezadowolenia i opadł plecami leniwie na oparcie fotela.

— Przeżyjesz to jakoś Martin — westchnęła przeciągle Shannon wyruszając w drogę.

W trakcie jazdy do Denver oparłam głowę o fotel, przymykając oczy. Shannon chyba pomyślała, że śpię, ponieważ po raz pierwszy od momentu, gdy wyjechaliśmy z Estes Parku w końcu się odezwała:

— Ja naprawdę nie wiem, co ty w niej widzisz — zwróciła się ściszonym głosem do Martina — Zamordowała dwóch mężczyzn, w sumie trzech, bo jeszcze tego włamywacza, gdy miała 10 lat. Jak możesz podkochiwać się w takiej bestii? — zapytała z pogardą i niedowierzaniem.

— Bestii?… — prychnął — Jakbyśmy my byli lepsi od niej — na te słowa Shannon musiała się wzdrygnąć, ponieważ Martin kontynuował — No co? Czym my i nasze morderstwa się różnią od jej? Ona jest inna od przestępców, których dotychczas chwytaliśmy. Oni zabijali niewinnych ludzi, ona zabiła tylko tych, którzy poważnie kogoś skrzywdzili. Czy my nie robimy tego samego?

Zapadła długa, napięta chwila ciszy. W końcu Martin nie wytrzymał i rzekł wyjątkowo oschle, jak na niego:

— No tak, bo my mamy odznakę i mundur. To czyni nas bohaterami w oczach ludzi i daje nam pozwolenie, aby strzelać do tych, których uważamy za niebezpiecznych. Jayleen nie paraduje w mundurze policjanta i tylko dlatego wszyscy jej nienawidzą. Ona robi dokładnie to, co my robiliśmy dotychczas.

Usłyszałam głębokie westchnięcie Shannon i po kolejnej chwili milczenia odpowiedziała:

— Nie wiem Martin… Nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć.

Przez resztę drogi do Denver już ani razu się do siebie nie odezwali. Gdy dojechaliśmy na miejsce zostałam zabrana do aresztu. Mój pobyt tam trwał aż do rozprawy sądowej. Zostałam oskarżona o dwa morderstwa i jedno pobicie. W trakcie rozprawy spośród ludzi tam obecnych szczególnie rzuciły mi się w oczy: moja matka, która cały czas płakała, brat pocieszający ją, pani Finch, Johan Akerman z obandażowaną głową (wynajmował mi pokój, pobiłam go w stodole) i żona mężczyzny, którego zamordowałam w zatoce ulicznej. Kobieta miała na twarzy już zanikające stopniowo siniaki, jakby została dużo wcześniej przez kogoś pobita. Była mocno przygnębiona i zła z powodu utraty męża. Nie wiem, jak mogła się użalać nad jego losem, nad losem mężczyzny, który był damskim bokserem zmuszającym kobiety do prostytucji. Tak bardzo przypominała mi wtedy moją matkę. Zamiast się cieszyć, one obie opłakiwały jeszcze swoich dupków! Nie byłam w stanie pojąć takich kobiet! Sędzia zamierzał skazać mnie na karę śmierci, lecz zupełnie nieoczekiwanie wtrąciła się pani Finch, szepcząc mu coś na ucho. Mężczyzna zarządził nieuzasadnioną przerwę, która zaskoczyła wszystkich obecnych. Po wyjściu ludzi z zali sądowej na korytarz, gdy policjant mnie również wyprowadził skutą w kajdanki dostrzegłam w oddali panią Finch i sędziego rozmawiających ze sobą po cichu. Ich dyskusja była wyjątkowo napięta i trwała przez całą piętnastominutową przerwę, aż do kontynuowania rozprawy. Gdy wszyscy wrócili na salę wyrok postawiony przez sędziego ku olbrzymiemu zdumieniu wszystkich obecnych całkowicie się zmienił. Zamiast zostać skazaną na śmierć miałam zostać wysłana do zakładu psychiatrycznego. Jak się później okazało po całej rozprawie nie był to byle jaki zakład psychiatryczny, lecz ten, który należał do pani Finch. Zdumiewały mnie wpływy tej kobiety, a jeszcze bardziej fakt, że tak bardzo zależało jej na tym, abym trafiła w jej ręce za wszelką cenę. Ostatnim razem nie zdążyłam się nawet zapytać jej, skąd wiedziała kim jestem, lecz będę miała okazję już niebawem, gdy trafię do jej psychiatryka.

Rozdział 8

Przyjechali po mnie ludzie pracujący w psychiatryku pani Finch dużym, białym samochodem. Mężczyźni byli ubrani cali na żółto i mieli na piersiach plakietki z imionami. Jechaliśmy z Denver ponad godzinę. Za oknem widziałam pokryte lasem góry. Po jakimś czasie znad drzew wyłonił się szczyt wielkiego, białego budynku o bardzo prostej, geometrycznej budowie, połyskujących w słońcu ścianach, na których wyróżniały się pojedyncze, całkowicie oszklone pomieszczenia. Wyglądał w miarę ładnie, jednak mimo wszystko i tak widać było, że architekt poszedł bardziej w praktyczne zastosowanie, niż estetykę. Psychiatryk otoczony był ze wszystkich stron lasem, przez który przebijała się tylko jedna, szeroka ulica dojazdowa. Gdy samochód w końcu się zatrzymał i zostałam z niego wyprowadzona miałam okazję po raz pierwszy dokładnie się rozejrzeć. Budynek nie graniczył od razu z lasem, wokół niego rozciągała się okrągła, rozległa polana pokryta przerzedzonymi mleczami, za którą dopiero zaczynała się linia drzew. Nad głównym wejściem psychiatryka, do którego mnie zresztą zaraz zaprowadzono wisiała wielka, okrągła ikona uśmiechniętej buźki o żółtej barwie. Jej widok mnie trochę zaniepokoił, chodź sama nie rozumiałam, dlaczego. Gdy zostałam wprowadzona do środka pierwsze, co ujrzałam to oczywiście długi, przestronny, biały korytarz z różnorodnymi, szklanymi drzwiami. Jeden z mężczyzn zaprowadził mnie do najbliższego pomieszczenia wypełnionego półkami z żółtymi uniformami złożonymi w kostkę. Gdy pozostali się rozeszli, zaczął przeglądać w stoickim spokoju ubrania, jakby się czymś od siebie różniły. Dopiero, gdy w końcu natrafił na uniform przeznaczony dla mnie i go rozłożył zorientowałam się, że wszystkie były ponumerowane. Mój miał dosyć duży, czarny, pogrubiony numer: 01 na prawej piersi. Mężczyzna podał mi go i wyszedł na chwilę z pomieszczenia, abym mogła się przebrać. Wizja chodzenia w jednoczęściowym uniformie z krótkim rękawkiem mnie trochę z początku odrzucała, lecz gdy go przymierzyłam okazał się być wyjątkowo wygodny i trochę luźny. Czułam się w nim, jak w piżamie dla małego dziecka, choć z wyglądu przypominał bardziej uniform więzienny. Wyszłam niepewnie z pomieszczenia i oddałam mężczyźnie złożone ubrania, w których tam przyjechałam. Udaliśmy się na koniec pierwszego odcinka korytarza, po czym przeszliśmy przez wielkie, szklane drzwi do drugiego odcinka, w którym od razu dotknęło mnie dziwne uczucie w głowie, jakby delikatne wibrowanie. Chwyciłam się za czoło w mocnym zaskoczeniu, gdy uderzyła we mnie relaksująca, lecz jednocześnie otępiająca fala.

— Spokojnie, przyzwyczaisz się do tego — rzekł mężczyzna niskim, grubym głosem.

— Co to jest? — zapytałam wykrzywiając twarz w niezadowoleniu, że coś wpływa na mój mózg.

— Od tych szklanych drzwi, które właśnie przekroczyliśmy zaczyna się odcinek psychiatryka przeznaczony już dla pacjentów. Tutaj w powietrzu unoszą się niewidoczne dla ludzkiego oka fale emitowane przez ukryte w ścianach urządzenia. Przenikają one przez mózg ludzki wywołując u niego stan zawieszenia pomiędzy snem, a rzeczywistością. Mogą one wywołać silne omamy, lecz większość pacjentów jest do nich przyzwyczajona. Z początku możesz mieć problem z rozróżnieniem halucynacji od rzeczywistości. Pani Finch twierdzi, że opisywane przez pacjentów doznania w tym stanie pomagają jej namierzyć prawdziwe źródło ich problemów psychicznych — wyjaśnił beznamiętnym tonem głosu, jak lektor z filmów dokumentalnych, po czym zaprowadził mnie przez kolejne szklane drzwi, lecz tym razem z boku korytarza do ogromnej, przestronnej, białej stołówki, wypełnionej dużą ilością długich, sterylnie czystych stołów, przy których siedzieli inni pacjenci w żółtych, ponumerowanych uniformach zajęci jedzeniem obiadu i zawziętą rozmową. W powietrzu unosiła się apetyczna woń pieczonego mięsa. Zauważyłam, że co któryś stół były wolne przestrzenie, jakby pacjenci celowo zostali podzieleni na grupy. Najmniejszą z grup była ta z numerami od 2 do 10 i siedziała przy stole wyjątkowo oddalonym od reszty. Zaczęłam zastanawiać się nad tym, dlaczego byli tak odizolowani. Jedyne, co mogło mi w tamtym czasie przyjść do głowy to było to, że być może ci pacjenci byli wyjątkowo niebezpieczni. Gdy mężczyzna towarzyszący mi zaczął prowadzić mnie w stronę ich stolika przeszył mnie nieprzyjemny dreszcz. Siedziały tam głównie młode osoby. Najmłodsza para bliźniaczek jednojajowych wyglądała na 9 lat, a najstarszy mężczyzna na góra 25 lat. W porównaniu do pozostałych ludzi tam obecnych, byli wyjątkowo cisi i spokojni, powiedziałabym nawet, że wyglądali na jedynych tam normalnych, co przyprawiło mnie o głęboką dezorientację. Mężczyzna prowadzący mnie wskazał ruchem dłoni na wolne siedzenie przy stole i rzekł:

— Poczekaj tutaj na panią Finch. Jak zgłodniejesz możesz zawsze podejść śmiało do kucharek i poprosić o jedzenie.

Po poinformowaniu mnie o tym odszedł obojętnie, zostawiając mnie samą z innymi pacjentami. Usiadłam niepewnie na swoim miejscu, na którym jak się okazało była namalowana liczba: 01. Numerowali nawet krzesła na stołówce. Cóż, porządku nigdy za wiele. Zastanawiało mnie tylko, co ja robiłam wśród grupy najbardziej odizolowanych ludzi i dlaczego przydzielono mi pierwszy numer? Od razu poczułam się przy stole jak intruz, ponieważ wszelkie rozmowy pozostałych pacjentów z dziesiątki ucichły i w całkowitym, pochmurnym milczeniu zajęli się jedzeniem swojego obiadu udając, że mnie nie widzą. Każdy z nich miał już pokrojone mięso, ponieważ nie mogli używać noży z wiadomych powodów, a jeden chłopiec, który wyglądał na 12 lat miał nawet widelec wymieniony na plastikowy, aby nie móc zrobić innym, bądź samemu sobie krzywdy. Nie wyglądał na niebezpiecznego, ale pozory mylą. Nagle na stołówce pojawił się młody mężczyzna o doskonale znanej mi twarzy, ubrany jak zawsze w białą koszulę i czarną marynarkę. Był to Colin, poznałam go w hotelu White w Estes Parku, gdy wynajmowałam pokój. Z tego, co pamiętam jest on hipnotyzerem w psychiatryku pani Finch.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.63
drukowana A5
za 50.87