E-book
9.56
drukowana A5
50.87
Nieosiągalne

Bezpłatny fragment - Nieosiągalne


Objętość:
326 str.
ISBN:
978-83-8126-759-5
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 50.87

Wstęp

Będąc małymi dziećmi widzimy świat jedynie w jasnych, bardzo jaskrawych barwach. Nie dostrzegamy żadnych ciemniejszych kolorów, wszystko wokół nas zdaje się być idealnie dobre i bezpieczne. Z czasem, gdy zaczynamy dorastać zdejmujemy coraz częściej te barwne, wesołe okulary i dostrzegamy, że coś jest nie tak. Ludzie stają się wobec nas źli, nieraz nawet zupełnie bez powodu, a dzikie zwierzęta rozszarpują się na strzępy, zamiast się ze sobą przyjaźnić, jak w bajkach, które nam czytano na dobranoc. Ten proces przejścia z idealnego dzieciństwa w okrutną dorosłość bywa bolesny, ale jeszcze bardziej bolesne jest przedwczesne odebranie małemu człowiekowi jego dzieciństwa, bezlitosne, nagłe zdarcie mu z nosa kolorowych okularów i zmuszenie go do oglądania szarej rzeczywistości. Próbujemy ochronić dzieci przed tym, tworzymy dla nich w domu małą utopię, pozbawioną zła i niebezpieczeństw. Z czasem dociera do nas, że tylko odseparowanie ich częściowo od reszty świata jest w stanie ich uchronić w pełni przed wszelkiego rodzaju krzywdą. Nie będzie to jednak trwało wiecznie, ponieważ każdy mur obronny z czasem zaczyna się sypać, a my odkrywamy, że w nas samych tkwi zło ze świata zewnętrznego. Przed innymi można uciec, lecz nie przed samym sobą.

Rozdział 1

(rok 2008)

— Pewna jesteś, że możemy ją zostawić samą? — zapytał ojciec moją mamę, wychodząc z domu na przyjęcie.

— Oczywiście. Jayleen ma już 10 lat, raczej nie zrobi nic głupiego. Wie, że nie wolno jej wpuszczać nikogo obcego, a poza tym będzie z nią brat — odparła ze stoickim spokojem, nakładając na dłonie swoje cienkie, ozdobne, czarne rękawiczki.

Spojrzałam z dołu na ojca. Był bardzo wysokim, silnym mężczyzną. Przybrał jak zwykle surowy, przepełniony gniewem wyraz twarzy, napinając się jak struna. Przełknęłam nerwowo ślinę, spuszczając nieśmiało głowę, aby uniknąć patrzenia mu w oczy. Nie próbowałam nic ukryć, po prostu mój ojciec zawsze budził respekt. Twierdził, że tylko tak zyska szacunek ze strony innych ludzi. Nigdy nie okazywał czułości, zawsze był skrajnie chłodny i potwornie zaborczy.

— Postarasz się być grzeczna kochanie, prawda? — zapytała ciepłym głosem mama, gładząc mnie po głowie. Natychmiast się rozluźniłam pod wpływem jej dotyku i poczułam się znacznie pewniej.

— Tak mamo. Obiecuję — odpowiedziałam, ośmielając się w końcu znów spojrzeć w górę na ich twarze.

Ojciec prychnął głośno pod nosem, a ja w reakcji na jego gest wpiłam się palcami w spódnicę matki, jakbym próbowała w ten sposób powiedzieć: „Jestem w strefie mamusi. Nie dosięgniesz mnie tutaj”.

— Chodźmy już, bo zaraz się spóźnimy — poganiał poirytowany spoglądając raz na mnie, a raz na drzwi frontowe.

Mama delikatnie zabrała moją dłoń ze swojej spódnicy uwalniając się z uścisku i wyszła z domu wraz z tatą posyłając ostatni raz w moją stronę kochany, słodki uśmiech. Gdy usłyszałam trzask drzwi wydałam z siebie głębokie, przeciągłe westchnięcie. Trochę bałam się zostawać w domu bez rodziców. Mieszkaliśmy na obrzeżach Denver w dość niebezpiecznej okolicy, tuż przy lesie. Często kręciły się tam jakieś nieciekawe typy. Choć mój o 5 lat starszy brat — Evan był na górnym piętrze nie dodawało mi to wystarczającej otuchy. Ten dom bez mamy stał się jeszcze bardziej obcy i przerażający, niż zwykle. Panowała noc, a to nie jest zbyt przyjazna pora dla dziecięcej wyobraźni. Sięgnęłam niepewnie po telefon swoją chudą, drobną dłonią i wybiłam na klawiszach numer bliskiej przyjaciółki młodszej o rok — Lisy.

— Hej Lisa, mogłabyś przyjść do mnie na noc? Porobiłybyśmy wiele fajnych rzeczy — zaoferowałam, zaciskając dłonie na słuchawce od telefonu.

— Czekaj, zapytam mamy — odpowiedziała, odchodząc na chwilę od telefonu. Po paru minutach wróciła i rzekła — Tak, pozwoliła mi. Przyprowadzi mnie za chwile.

— Ok, super. To do zobaczenia u mnie — pożegnałam się już znacznie promieniejąc na twarzy i odłożyłam słuchawkę na miejsce.

Nieoczekiwanie usłyszałam jak ktoś stawia szybkie kroki, jakby w pośpiechu w dół schodów. Odwróciłam się za siebie i ujrzałam zbiegającego po nich Evana z wzrokiem wbitym we mnie i telefon.

— Kogo zaprosiłaś? — zapytał zainteresowany, podchodząc bliżej.

Evan był średniego wzrostu piętnastolatkiem o krótkich, zmierzwionych blond włosach, piwnych oczach, drobnych ustach, zadartym, wąskim nosie i trójkątnej twarzy. Ja i brat mieliśmy identyczne cechy wyglądu. Gdybyśmy byli tej samej płci wyglądalibyśmy jak ta sama osoba.

— Lisę — odpowiedziałam obojętnie, wymijając go w drodze do kanapy.

— A zapytałaś tatę o pozwolenie?

Zatrzymałam się w miejscu i westchnęłam przeciągle, po czym odwróciłam się do niego i zapytałam niepewnie:

— Myślisz, że się rozzłości?

— Na pewno. Przecież wiesz, że on nie znosi, jak robimy cokolwiek bez jego zgody — wyrzucił z siebie lekko rozgniewany, jakby chciał jeszcze dodać: „Głupia jesteś. Nie znasz naszego taty?”, lecz się powstrzymał od komentarza.

— Trudno — odparłam, wzruszając ramionami — Już ją zaprosiłam i tyle — dodałam stanowczo swoim dziecięcym, piskliwym głosikiem, rzucając się leniwie na kanapę przed telewizorem.

Paręnaście minut później do drzwi zadzwoniła Lisa. Mieszkała dosyć niedaleko, więc droga do mojego domu nie zajęła jej zbyt wiele czasu. Wpuściłam ją z radością do środka, po czym upewniłam się, że dokładnie zamknęłam za nią drzwi. Oglądałyśmy film i grałyśmy w różne gry przez parę godzin, gdy o 22:34 rozległ się dzwonek. Pomyślałam, że może rodzice już wrócili, więc podbiegłam do drzwi, zabezpieczyłam je na wszelki wypadek łańcuchem i otworzyłam je lekko, wyglądając przez szparę. Ujrzałam przed sobą wysokiego, postawnego mężczyznę, ubranego w luźne, czarne spodnie i zapiętą bluzę o tym samym kolorze. Po lekko posiwiałych, brązowych włosach poznałam, że ma pewnie około 40-stu lat. Stał sztywno z dłońmi ukrytymi w kieszeniach bluzy i przyglądał mi się z lekko wytrzeszczonymi w przerażający sposób oczami.

— Są może rodzice? — zapytał swoim grubym głosem, zaglądając znad mojej głowy do wnętrza domu. Z pewnością ujrzał tam przez ułamek sekundy Lisę, ponieważ wzdrygnął się i zaczął mówić z jeszcze większą determinacją:

— Muszę zadzwonić. Mogę wejść do środka? — zapytał, wyciągając gwałtownie z kieszeni swoją wielką dłoń i wsadzając ją w szparę pomiędzy drzwiami, a ścianą. Aż odskoczyłam lekko do tyłu z przerażenia, po czym natychmiast zaczęłam napierać na drzwi, aby je z powrotem zamknąć, lecz nie byłam w stanie, ponieważ wciąż blokował je ręką.

— N-Nie! Proszę odejść! — krzyczałam panicznie, jeszcze silniej napierając na drzwi z przerażeniem.

— Ja chcę tylko skorzystać z telefonu! Wpuść mnie!! — warknął, usiłując dosięgnąć dłonią mojego ramienia, jakby chciał mnie pochwycić.

— Proszę mnie zostawić!!! — wrzasnęłam, gdy w końcu udało mi się odepchnąć od siebie jego rękę i zamknąć z trzaskiem drzwi. Natychmiast zabezpieczyłam je wszystkimi zamkami i oparłam się o nie plecami, próbując uspokoić swój oddech i łomot serca.

Chwilę później Evan zbiegł po schodach na dół, żeby zobaczyć co się dzieje.

— Stało się coś? Słyszałem krzyki — oznajmił, spoglądając raz na mnie, a raz na Lisę, która stała w kompletnym bezruchu w salonie z przerażeniem wymalowanym na twarzy.

— Jakiś pan próbował tu wejść — odrzekłam, już nieco się uspokajając.

— Co?! — zapytał zaskoczony, przyglądając się drzwiom frontowym — Zamknęłaś drzwi na wszystkie zamki? — wyjrzał przez jedno z okien znajdujących się niedaleko od wejścia do domu.

— Tak, zamknęłam — odpowiedziałam, obserwując go jak przechodził z okna do okna.

W końcu przestał wyglądać na zewnątrz i spojrzał na mnie poważnym, karcącym wzrokiem.

— Następnym razem, jeśli ktoś zadzwoni poczekaj, aż ja otworzę drzwi, okej? — zmarszczył brwi surowo.

— Okeeej — wydusiłam z siebie, spuszczając wzrok na dywan.

Evan wrócił do swojego pokoju na górnym piętrze, a ja kontynuowałam zabawę z Lisą. Paręnaście minut później do naszych uszu dotarł trzask stłuczonego szkła. Serce z wrażenia omal nie przestało mi bić. Lisa upuściła pionek z naszej gry planszowej i trzymała wciąż dłoń w powietrzu, jakby ktoś ją zamroził w tej pozycji. Evan od razu zbiegł z powrotem na dół wywracając oczami.

— Boże, co tym razem?! Co zbiłyście? — zaczął się rozglądać nerwowo po pokoju w poszukiwaniu owego przedmiotu.

— Evan… — wypowiedziałam jego imię w ogromnym stresie, aby zwrócić na siebie jego uwagę. Chłopak zmierzył mnie pytającym spojrzeniem, wciąż rozgniewany — To nie byłyśmy my… — oznajmiłam, przekierowując wzrok z twarzy brata na wysoką, ciemną postać zmierzającą w jego stronę od tyłu. Wydałam z siebie natychmiast głośny krzyk przerażenia, a Lisa chwyciła kurczowo moje ramię ze strachu. Zdezorientowany Evan odwrócił się za siebie, gdy właśnie mężczyzna, którego widziałam wcześniej u drzwi uderzył go w głowę kijem bejsbolowym z naszego ogródka. Przypomniałam sobie wtedy o tylnych drzwiach do naszego domu, które były zrobione ze szkła. Mężczyzna musiał je czymś wybić. Evan opadł na ziemię, łapiąc się za obolałą głowę, a ja natychmiast chwyciłam Lisę za dłoń i pociągnęłam ją za sobą w pośpiechu na górne piętro, aby schronić się tam przed włamywaczem, który właśnie przekierował swoją uwagę z mojego brata na nas i ruszył w naszą stronę. Szybko wbiegłyśmy do mojego pokoju, gasząc za sobą światło i schowałyśmy się w szparę pomiędzy łóżkiem, a skrzynią z zabawkami, nakrywając siebie od góry kocem, aby nie było widać naszych głów. Zapadła kompletna cisza. Niczego nie było słychać poza ciężkimi krokami stawianymi w górę schodów i naszymi przyspieszonymi oddechami. Próbowałam się uspokoić, aby nie było nas tak słychać. Włamywacz wszedł w końcu na górę i zaczął stawiać powolne, przepełnione groźbą kroki, zbliżając się do drzwi mojego pokoju. Z każdą, kolejną sekundą coraz bardziej rosła we mnie panika. Czułam się tak, jakby to miały być ostatnie chwile mojego życia. Nieoczekiwanie dźwięk kroków ustał tuż przy moich drzwiach. Zapadła grobowa cisza. Słyszałam tylko łomot swojego serca i głośny, nerwowy oddech Lisy, który raz spowalniał, a raz przyspieszał przy napływach przerażania. Nagle ciszę przerwał gwałtowny huk otwieranych drzwi. Wtedy z wrażenia aż wstrzymałam oddech zaciskając powieki, a Lisa jeszcze głośniej i szybciej zaczęła oddychać. Bałam się, że była zbyt głośna i zdradzi przypadkiem nasze położenie.

Usłyszałam, jak kroki zbliżyły się powoli i ostrożnie do miejsca naszej kryjówki. Lisa już całkowicie popadła w panikę i wydała z siebie niekontrolowany jęk przerażenia. Wtedy znienacka włamywacz odkrył nasze głowy i rzucił koc na podłogę, po czym chwycił moją przyjaciółkę za ramię i szarpnął ją w swoją stronę. Dziewczynka próbowała mu się wyrwać z przeraźliwym krzykiem, który przyprawił mnie o dreszcze. Poderwałam się do góry ze spojrzeniem wbitym w plecy mężczyzny, próbującego pochwycić na ręce wrzeszczącą Lisę. Moje serce zaczęło walić jak oszalałe, obraz rozmył mi się pod łzami paniki zmieszanej z determinacją. Musiałam coś zrobić. Nie mogłam uciec, więc pozostało mi go powstrzymać. W ostatniej chwili zamroczona potężnymi, negatywnymi, rozszarpującymi od środka emocjami sięgnęłam po swój granitowy przycisk do papieru i uderzyłam nim z całych sił oprawcę w tył głowy. Mężczyzna się skulił z bólu, a ja w panice kontynuowałam z rozpaczą wymalowaną na twarzy swój atak ciężkim przedmiotem, aż sprawiłam, że włamywacz całkowicie opadł na ziemię, lecz na tym nie poprzestałam. Dalej biłam go po głowie granitem klęcząc na kolanach, obraz miałam już całkowicie rozmyty przez łzy napływające mi do oczu, wszystko słyszałam tak, jakbym znajdowała się w jakiejś bańce — zagłuszony krzyk przerażenia Lisy, czyjeś szybkie, niewyraźne kroki po schodach zmierzające ku górnemu piętru, aż w końcu obrzydliwy dźwięk pękającej czaszki, gdy coś prysnęło mi na twarz. Byłam tak zszokowana, że z wrażenia w końcu upuściłam granitowy przedmiot na podłogę. Miałam tylko nadzieję na to, że to nie było to, co miałam na myśli, jednak gdy w końcu obraz przed moimi oczami wrócił do normy i spojrzałam na swoje drżące dłonie… Ku swojemu przerażeniu odkryłam, że tak, to była krew! Przekierowałam wzrok na nieruchome, rozluźnione całkowicie ciało mężczyzny. Wtedy miałam okazję po raz pierwszy wyraźnie przyjrzeć się temu, co narobiłam. Nagle przestałam cokolwiek czuć. Nie wiem, czy to nastąpiło w wyniku tak wielkiego szoku, że już moje ciało nie było w stanie go znieść, czy może po prostu byłam zbyt zmęczona, aby jakkolwiek na ten obrzydliwy widok zareagować. Tył głowy oprawcy był całkowicie zmasakrowany. Poczułam, jak coraz silniej uderzają we mnie mdłości. Nieoczekiwanie usłyszałam niewyraźny głos Evana, który coś do mnie krzyczał z przerażeniem. Nie miałam sił nawet podnieść na niego wzroku. Nie wytrzymałam i w końcu zwymiotowałam na martwe ciało i spojrzałam ukradkiem na zapłakaną, stojącą w całkowitym bezruchu Lisę. Poczułam na swoim ramieniu dłoń Evana, która zmusiła mnie do poderwania się na równe nogi.

— Jay! Jay! Jezus, Jay! Jezus!!! — tylko te słowa udało mi się wyłapać z ust brata, gdy potrząsał mną mocno, nie mogąc się uspokoić.

Dalej już nic nie pamiętam. Chyba zemdlałam z wrażenia. Na miejscu kilku kolejnych dni od tamtego wydarzenia pojawiła się głęboka, czarna dziura, ubytek z mojej dziecięcej pamięci. Myślę, że to z powodu traumy. Pamiętam już tylko, jak polecono mojemu tacie, aby zabrał mnie na terapię i faktycznie poszłam na nią parę razy, lecz potem ojciec stał się wyjątkowo wybuchowy, zaczął mnie za wszystko obwiniać, stał się surowy nawet wobec mojej matki, która zawsze próbowała załagodzić sytuację. Jego reakcja mnie ani trochę nie zdziwiła. On zawsze był jak chodząca, tykająca bomba — wiecznie spięty, o chłodnym wyrazie twarzy, wiecznie niezadowolony. To była tylko kwestia czasu, kiedy w końcu miał wybuchnąć. Moje morderstwo przelało jego czarę nienawiści i zawodu. Zaczął mnie nawet raz na jakiś czas zamykać na klucz w ciemnym, przerażającym, starym schowku pod schodami, bo uznał, że „miejsce małych potworów, takich jak ja jest w ciemnościach” i że nie może już dłużej na mnie patrzeć. Słyszałam nieraz przez drzwi, jak mama kłóci się z ojcem o to, żeby przestał mnie traktować jak śmiecia, a on mając już dość jej żalów i pretensji podnosił na nią rękę. Evan nigdy nie ingerował. Zawsze stał jedynie z boku i się przyglądał wszystkim tym sytuacjom. Myślę, że za bardzo bał się ojca, aby cokolwiek zrobić. Siedząc tak w ciemnościach schowka miałam okazję na dużo przemyśleń, ale również przerażających zwidzeń, które były wytworem mojej wyobraźni. Pożerana przez traumę po tamtym tragicznym wydarzeniu, poczucie winy i całkowitą bezradność pozostało mi tylko marnie się pocieszać, że wcale nie postąpiłam niezgodnie z zasadami. Ja tylko zabiłam złego człowieka. On chciał skrzywdzić Lisę, ja go powstrzymałam, a przecież tak robią bohaterowie… Prawda? Zdarzały się w końcu te upragnione chwile, gdy pozwalano mi wyjść ze schowka, abym tylko mogła przekonać się, że przebywanie poza nim nie jest wcale dobre. W nim przynajmniej miałam święty spokój, nie licząc odgłosów mojej bitej matki i jej jęków z bólu i rozpaczy, a poza swoim ukryciem byłam skazana na komentarze ojca, gnębienie i przebywanie pod jego wieczną obserwacją. On zawsze wszystko musiał kontrolować. Nawet, gdy mama przychodziła wieczorem do mojego pokoju, aby pośpiewać kołysankę, która znacznie mnie uspokajała i wpływała wręcz kojąco na mój chaotyczny, paranoiczny umysł. Ojciec co rusz podchodził do drzwi i walił o nie pięścią każąc jej się pospieszyć, ponieważ „nie mógł się skupić na oglądaniu telewizji przez jej wycie”. Jak ja go nienawidziłam. Czasem przyłapywałam samą siebie na wyobrażaniu sobie ojca z rozbitą głową na miejscu tamtego włamywacza, lecz zaraz starałam się pozbyć tych okrutnych, nikczemnych myśli.

— Jay, dlaczego twój tata nas cały czas obserwuje? — zapytała w końcu Lisa, bawiąc się ze mną w ogrodzie. Westchnęłam przeciągle i spojrzałam w okno znajdujące się na górnym piętrze domu, w którym widoczna była surowa twarz mojego ojca, częściowo ukryta w cieniu. Przypominała trochę z mojej perspektywy oblicze jakiegoś ducha, lub nawet demona.

— Po prostu się martwi — skłamałam kontynuując zabawę, jakbym wcale nie była przejęta, czując na sobie jego spojrzenie.

Z każdym dniem mój strach i bezsilność coraz bardziej przeobrażały się w prawdziwą desperację i nieposkromiony gniew. Po pewnym czasie już tylko zależało mi na tym, aby zniszczyć wszystko, czego się bałam, wszystko czego NIENAWIDZIŁAM. To jedno wydarzenie, to jedno morderstwo, moment w którym tata w końcu wybuchł, to wszystko porwało mnie z mojego niewinnego, dziecięcego świata w mrok.

Rozdział 2

(rok 2017)

— Jay, czemu ty się pakujesz? — zapytała zdezorientowana Lisa, która właśnie przerwała zabawę na telefonie komórkowym, aby móc na mnie spojrzeć. Siedziała na moim łóżku, gdy ja tymczasem wciskałam nerwowo część niezbędnych rzeczy do średniej wielkości torby (telefon z nową kartką sim, fałszywy dowód osobisty).

— Mam już 19 lat. Myślę, że to idealny wiek na wyniesienie się z domu — odpowiedziałam tym charakterystycznym dla siebie chłodnym, niewzruszonym tonem.

— Dokąd pójdziesz? Nie boisz się reakcji ojca? — spojrzała na mnie z niepokojem przenikliwie, napinając lekko swoje ciało.

— Póki co prześpię się w jakimś tanim hotelu, a co dalej zobaczy się z czasem. Zarobiłam dosyć sporo pieniędzy, część ukradnę też ojcu — rzekłam z wyuczoną obojętnością, podchodząc do szafki, aby zabrać z niej jakieś ubrania. Tymczasem Lisa wstała gwałtownie z łóżka, zbliżyła się do biurka, na którym leżała moja rozpięta torba i zajrzała podejrzliwie do środka. Przyjaźniłyśmy się od dziecka, więc doskonale mnie znała i wiedziała, że mam tendencję do pakowania się w jakieś niebezpieczne, nieraz niezgodne z prawem sytuacje — stąd jej ostrożność. Lisa z natury była wyjątkowo spokojna i nieśmiała, lecz nasza wspólna tragedia z dzieciństwa sprawiła, że jeszcze bardziej zamknęła się w sobie i już z nikim nie rozmawiała poza mną i paroma innymi, bliskimi osobami.

— Po co ci czarna peruka i fałszywy dowód osobisty? — zaczęła nabierać coraz większych podejrzeń, jeszcze natarczywiej grzebiąc w mojej torbie, gdy nagle zamarła w miejscu. Po dłuższej chwili milczenia wyjęła pistolet — Jay… Co to ma być? — zapytała z głęboką powagą jak matka, która przyłapała na czymś dziecko — Do reszty zwariowałaś?!

Zerwałam się z miejsca i wyrwałam jej broń z dłoni, aby z powrotem wsadzić ją do torby. W odpowiedzi na jej pytanie jedynie posłałam jej ostrzegawcze spojrzenie.

— Jay, proszę… — wymamrotała znacznie łagodniej, odgarniając kosmyk swoich czarnych, długich, prostych włosów za ucho — Nie zrób niczego, co by mogło dla ciebie skończyć się aresztem, okej? — próbowała mi spojrzeć w oczy, lecz opuściłam celowo głowę w dół, unikając wszelkiego kontaktu wzrokowego. Dziewczyna zacisnęła nerwowo swoje wąskie, drobne, blade wargi, wciąż przyglądając mi się uważnie z bliska, aż w końcu dała sobie spokój i wyszła z mojego pokoju szybkim krokiem, trzaskając za sobą silnie drzwiami.

Naprawdę pragnęłam jej powiedzieć o wszystkim, lecz nie mogłam… Nie potrafiłam. Z jednej strony była tak blisko, w zasięgu mojej dłoni, lecz z drugiej mentalnie tak daleko… Byłam jak człowiek spragniony na morzu, z jednej strony woda go niesamowicie kusiła, pobudzając jeszcze bardziej pragnienie, a z drugiej wiedział, że nie może się jej napić, bo umrze. Fizycznie stale przebywałam wśród ludzi, psychicznie byłam całkowicie odizolowana. Wszyscy dostrzegali tę izolację, uważali to za wynik mojej specyficznej osobowości, lecz nie zdawali sobie z tego sprawy, jak bardzo chciałabym się do nich naprawdę zbliżyć. Pragnęłam jakiejś głębszej więzi, lecz coś mnie stale trzymało z dala od ludzi. To było okropne. Łatwiej by było, jakbym była psychopatą i nic nie czuła, lub osobą w pełni zdrową potrafiącą nawiązywać normalne kontakty społeczne, a tak to znajdowałam się pomiędzy jednym, a drugim. Nie nawiązywałam kontaktów z ludźmi, lecz jednocześnie wciąż czułam potrzebę bliskości jak inni.

— A ty dokąd idziesz? — usłyszałam za swoimi plecami gruby, przepełniony grozą głos ojca, gdy zamierzałam właśnie wyjść z torbą przewieszoną przez ramię tylnymi drzwiami domu.

Zmarszczyłam swoje ciemne brwi w gniewie i westchnęłam przeciągle zmęczon

a jego niezmiennym schematem działania. Przeczesałam palcami swoje sięgające do ramion, proste, postrzępione na końcach, pociemniałe blond włosy i w końcu łaskawie odwróciłam się przodem do niego.

— Wyprowadzam się — odparłam stanowczym, niewzruszonym głosem.

— Słucham? — wypluł jeszcze niższym, poważniejszym tonem, unosząc lekko obie brwi do góry. Najwyraźniej nie spodziewał się takiego rodzaju buntu z mojej strony — Głupia! — prychnął — Dokąd myślisz, że się wyprowadzisz? — zapytał, śmiejąc się szyderczo. Udawał rozbawionego moją „naiwnością”, lecz mimo to dało się wyczuć w jego śmiechu cień niepewności.

— O to się już nie martw. Mam załatwione miejsce do nocowania — rozciągnęłam usta w lekkim uśmiechu, przepełnionym jadem.

W trakcie naszej rozmowy zupełnie niepostrzeżenie do salonu wkroczyła mama ze ścierką w dłoni. Najwyraźniej coś przed chwilą sprzątała, jednak przerwała zaniepokojona ostrą wymianą zdań pomiędzy mną, a ojcem. Ubrana była w długą, bordową spódnicę, białą koszulkę z krótkim rękawkiem, na wierzch której zarzucony był szary fartuch, a jej długie, brązowe włosy zostały upięte w niedbałą kitkę. Jak zwykle miała podbite oko i parę głębokich zadrapań na ciele. Wyglądała żałośnie. Nie byłam w stanie zrozumieć, dlaczego nigdy nie zadzwoniła na policję w sprawie przemocy, jaką ojciec wobec nas wszystkich stosował. Nie potrafiłam jej wybaczyć tych wszystkich lat, w trakcie których błagałam ją o pomoc, a ona tylko stała i przyglądała się temu, co mi robił ojciec, bo zbyt bała się, aby cokolwiek na to poradzić.

— Nigdzie nie pójdziesz! Nie masz na to mojej zgody! — powiedział uniesionym tonem ojciec, zagradzając mi drogę.

— A kim ty jesteś, abym potrzebowała twojej zgody?! — krzyknęłam mu prosto w twarz, patrząc w oczy przepełnionym nienawiścią spojrzeniem i bez jakiegokolwiek ostrzeżenia naparłam bokiem na jego klatkę piersiową, aby go staranować. Mężczyzna był dosyć silny i postawny, więc nie dał tak łatwo się zepchnąć na bok. Wdaliśmy się w napiętą, pozbawioną słów szarpaninę. Moja matka jak zwykle stała w bezruchu i przyglądała się tej scenie z niepokojem.

— Nie będziesz mnie tu dłużej trzymać śmieciu! Nie jesteś moim panem, jesteś nic nie wartym gównem!! — zaryczałam ze złości rozrywając mu przypadkowo koszulę. W końcu ojciec nie wytrzymał mojego naporu i poleciał parę kroków do tyłu, uderzając plecami o tył kanapy — Głupiec!!! Nic mi nie możesz zrobić!!

Mężczyzna aż cały poczerwieniał na twarzy ze zniewagi. Wyjął pas ze swoich spodni warcząc ze złości i zaczął nim bić o kanapę w napadzie szału, jakby w ramach ostrzeżenia. Ja wciąż stałam w bezruchu, zupełnie nieporuszona tym widokiem, ze splecionymi ramionami i dumnie uniesioną głową do góry. Ojciec już rzucił się w moją stronę biorąc zamach ręką, w której trzymał pas, gdy nagle odezwał się głos Evana dochodzący ze schodów.

— Przestań! Dosyć!

Chłopak zbiegł na dół z głębokim niepokojem wymalowanym na twarzy i podszedł do nas, stając pomiędzy mną, a ojcem.

— Dosyć — powtórzył, stojąc przodem do tego żałosnego agresora — Odpuść jej, ona się tylko wygłupia. Wcale nie zamierza się wyprowadzić.

— Co?! A właśnie, że zamierzam! — powiedziałam z oburzeniem, podnosząc ton głosu.

— Jay, nigdzie nie idziesz — rzekł surowo Evan, odwracając głowę w moją stronę z irytacją.

— Nie będziecie mi już dłużej rozkazywać — wysyczałam przez zaciśnięte zęby, ruszając w stronę tylnych drzwi nerwowym krokiem.

— Skarbie… — odezwał się cichy głos mamy sprawiając, że znów przystanęłam w miejscu — Nie idź, proszę. Jak będziesz chciała się wyprowadzić to w porządku, ale jeszcze nie teraz. Wszytko w swoim czasie — wyjaśniła najłagodniej, jak tylko była w stanie. Tak naprawdę nigdy nie widziałam jej rozgniewanej. Częściej była zrozpaczona, lub zastraszona, ale nigdy nie rozgniewana. Jej prośba sprawiła, że trochę się uspokoiłam, lecz wciąż byłam przepełniona odrazą wobec swojej rodziny. Pomimo tego znów odwróciłam się przodem do nich i fukając pod nosem wróciłam przyspieszonym krokiem na górne piętro do swojego pokoju, trzaskając za sobą drzwiami. Oczywiście nie zamierzałam tak łatwo im odpuścić. Chciałam po prostu poczekać na odpowiedni moment, gdy będę miała pewność, że nikt mi nie przeszkodzi w mojej ucieczce. Siedziałam zamknięta w swoim pokoju aż do czasu, gdy nastała noc i wszyscy domownicy położyli się spać. Otworzyłam ostrożnie drzwi tak, aby przypadkiem zbyt głośno nie zaskrzypiały i zeszłam powoli po schodach na dolne piętro z torbą przewieszoną przez ramię. Moment, w którym zmierzałam już coraz bardziej do szklanych drzwi prowadzących na ogród miał w sobie coś stresującego i jednocześnie niezwykle ekscytującego. Wiedziałam, że ojciec mógł się obudzić w każdej chwili, gdy tylko usłyszy podejrzany dźwięk dochodzący z salonu. Pomimo to nie traciłam pewności, że cały plan na ucieczkę się powiedzie. W końcu po upłynięciu tej napiętej chwili, która zdawała się trwać nieskończoność dotarłam do szklanych drzwi i pociągnęłam za klamkę, otwierając je na oścież. Chłodny, przyjemny powiew wiatru uderzył w moją twarz, rozwiewając mi włosy do tyłu. Już postawiłam krok na trawie, gdy sobie przypomniałam o Evanie i matce. Gdy ja ucieknę, oni dalej będą męczeni przez ojca. Byłam na nich zła, lecz pomimo tego i tak ich kochałam. Bez względu na to, jak bardzo próbowałam siebie oszukać, że tak nie jest, uczucia zawsze brały nade mną górę. Westchnęłam z rezygnacją i zrzuciłam tymczasowo torbę na trawę, po czym spojrzałam w niewielkie okno pokoju ojca, który mieścił się na piętrze domu. Panowała tam kompletna ciemność, więc nie było szans, abym cokolwiek tam ujrzała, pomimo to wciąż przeszywał mnie lęk, że zobaczę stojącą po drugiej stronie szyby, przyciemnioną twarz taty. Miałam dość jego wiecznej kontroli. Ta nieznośna bezsilność… Ona wyżerała mnie od środka przez cały ten czas. Nie ma gorszego uczucia od bezsilności, gdy zdaje ci się, że już zawsze będziesz ofiarą i bez względu na to, jak ciężko będziesz się starać, ty nigdy nie wyjdziesz z tej klatki. Oni zawsze będą ciebie traktować jak swoją zabawkę, niewolnika, zwierzę. Mój ociec właśnie zawsze taki był. W pracy wiecznie walczący ramię w ramię o wyższe stanowisko, w domu wyżywający się, kontrolujący wszystko, abyśmy my nie zechcieli go zepchnąć na dno, abyśmy przypadkiem go nie zawiedli, skrzywdzili. Tymczasem to ON krzywdził NAS i wiecznie zawodził. Jest takim TCHÓRZEM. Pod każdym jego wybuchem złości krył się olbrzymi STRACH. Doskonale zdawałam sobie z tego sprawę, dlatego w pewnym etapie swojego życia zaczęłam odczuwać nad nim przewagę. Wiedziałam, że potrafię go zniszczyć równie mocno, jak on zniszczył mnie. Za każdym razem, gdy patrzyłam w to jedno okno na samej górze trwoga mieszała się u mnie z ogromną nienawiścią i desperacją. Panowała wokół mnie tak głucha, charakterystyczna dla tej okolicy i pory cisza, że głosy w mojej głowie stały się nieprzyjemnie głośniejsze. Skupiłam swój wzrok na kiju bejsbolowym Evana, opartym o ścianę domu. Dostrzegłam w nim swoją wolność, a także wolność matki i brata. Podeszłam do niego niepewnie i chwyciłam za rękojeść. Przeszył mnie nieprzyjemny, zimny dreszcz. Tej nocy to ja miałam mieć kontrolę nad wszystkim. Oparłam koniec kija bejsbolowego o swoje ramię i wróciłam się z powrotem do domu, ruszając powoli schodami na górne piętro. Z każdym, kolejnym, przebytym stopniem przypominałam sobie kolejne winy swojego ojca, a złość oraz nienawiść rosły we mnie z każdą sekundą. Gdy doszłam na samą górę naszło mnie wspomnienie tego, jak byłam małą dziewczynką i zdarzało mi się, siedząc w schowku pod schodami wyobrażać sobie ojca na miejscu tamtego pana, któremu rozbiłam głowę. Wtedy zazwyczaj wypełniało mnie ciężkie do opisania uczucie, przyjemne, kojące, lecz jednocześnie całkowicie przeze mnie niezrozumiałe. „Dlaczego ta myśl mnie tak bardzo cieszyła?” — wiecznie zadawałam sobie to pytanie.

Podeszłam ostrożnie do lekko uchylonych drzwi pokoju ojca i popchnęłam je delikatnie tak, aby otworzyły się szerzej, a następnie wkroczyłam niczym cień do środka. Ojciec spał spokojnie w łóżku, głośno pochrapując, z jedną ręką zwieszoną bezwładnie, a pod nią leżała przewrócona butelka częściowo wylanej już wódki. Brzydziłam się nim. Przed oczami przeleciały mi znów wspomnienia, jeszcze nie tak dawne jego, poniżającego moją matkę, bijącego ją do nieprzytomności zazwyczaj dlatego, że nie wykonała jakiejś roboty domowej tak, jak było zgodnie z jego myślą, lub nie chciała seksu, gdy on miał na to ochotę. Traktował nas jak zwierzęta! Taki syf jak on nie powinien żyć na tej planecie! Zacisnęłam pod wpływem olbrzymiego, ciężkiego do zniesienia gniewu dłonie na rękojeści kija bejsbolowego, zrobiłam wielki zamach i w nagłym ataku furii zaczęłam bić po głowie ojca, który nawet nie zdążył do końca się przebudzić, a już doznał tak poważnych obrażeń, że stracił przytomność. Nie zamierzałam tak szybko przestać, lecz usłyszałam skrzypienie drzwi dochodzące z korytarza. Wystraszyłam się i natychmiast rzuciłam kij na ziemię oraz ukryłam się w wielkiej, starej, drewnianej szafie, która skierowana była przodem do łóżka. Usłyszałam czyjeś, zbliżające się, ciężkie kroki i świst głęboko nabieranego powietrza do płuc z zaskoczenia. Domyśliłam się, że musiał to być Evan. Zajrzałam przez niewielką szparę pomiędzy drzwiami w szafie. Widziałam brata tylko do pasa, jak przystanął przy łóżku, na którym leżał we krwi nasz ojciec. Chłopak tak stał długo w milczeniu. Nie miałam pojęcia, jakie emocje wyrażał właśnie na twarzy, o czym myślał, a ciekawość nie dawała mi spokoju. Zupełnie niespodziewanie ojciec się ocknął w szoku, łapiąc jak najwięcej powietrza do płuc, jakby wynurzył się z wody. Spojrzał niemrawo na Evana z dołu i wymamrotał o resztkach sił:

— Synu… Jayleen… Mnie zaatakowała. Proszę… Wezwij… Pomoc.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 50.87